Ledwie otworzyły się drzwi mieszkania dziadków, wykrzyknąłem:
- Cześć, babciu! Cześć, dziadku! Tata zarejestrował mnie w Akademii Piłkarskiej Legii! Muszę czekać na zaproszenie na próbne treningi. Chyba pęknę z niecierpliwości. Tylko gdzie ja będę ćwiczył do tego czasu? - dodałem naprawdę zmartwiony.
- Na wszystko znajdzie się rada - powiedział dziadek Paweł i ucałował mnie mocno na powitanie.
- Łaskoczesz. Obiecałeś zgolić wąsy - przypomniałem mu.
Udał wielkie zdziwienie.
- Naprawdę? Nic podobnego.
- No dobrze, nie ty obiecałeś, tylko babcia Zosia - sprostowałem.
Dziadek zerknął na babcię z ukosa.
- Babcia Zosia ma wąsy? Pierwsze słyszę. Jeśli ma, niech je zgoli. Ja swoich nie dam tknąć.
Roześmiałem się, bo wyobraziłem sobie babcię z wąsami i golarką w ręku.
- Babcia obiecała, że cię przekona - odparłem.
Nie mogłem zrozumieć, dlaczego dziadek wciąż nosi wąsy. Nie dość, że łaskotały przy pocałunku, to były niewygodne. Moczyły się w herbacie, w kawie, w zupie. Fuj! Ja nie będę nosił wąsów. Gdy byłem młodszy, dziadek opowiadał mi bajki o żółtobrzuszkach, stworach, które mieszkały w wąsach jak w gęstym lesie. Czasem śniły mi się, i to nie były przyjemne sny. Teraz już nie wierzę w żadne wymyślone stwory.
- Widzisz, wnusiu, wąsy czasami kryją wielkie tajemnice... - Dziadek zniżył głos aż do szeptu.
- Twoje też? - spytałem z niedowierzaniem.
- Możliwe, ale myślę o innym wąsaczu, którego wąsy były znane i sławne w całej Rzeczpospolitej Polskiej, a nawet poza jej granicami.
- I kryły tajemnicę? - upewniłem się.
Dziadek, widząc moje zainteresowanie, tylko uśmiechnął się pod wąsem. Oho, powiedziałem sobie, znów wymyśli coś fantastycznego, jakieś zielonooczki albo krzywoząbki. Uschnę z nudów, zanim skończy o nich opowiadać.
- Zapraszam na obiad - zmieniła temat babcia Zosia i spytała tatę. - Zjesz z nami?
- Dziękuję. Muszę gnać. Dziś przyjeżdża elektryk. - Tata zburzył mi włosy. - Będziesz cierpliwie czekał na wiadomość o próbnych treningach, prawda? - rzucił z uśmiechem i już go nie było.
Cierpliwie? To niemożliwe. Tata dobrze wie, że akurat cierpliwości brakuje mi najbardziej. Przywiózł mnie do dziadków na wakacje, bo rodzice są bardzo zajęci. Pracują i budują nowy dom pod Warszawą. A poza tym chcą, żebym lepiej poznał stolicę. Będę tu przecież trenował. Taką mam nadzieję.
Po chwili siedziałem przed talerzem zupy pomidorowej i wzdychałem. U dziadków zawsze jest obiad trzydaniowy, a ja nie lubię zup. Pomieszałem łyżką w talerzu i się skrzywiłem. Dziadek Paweł i babcia Zosia spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
- Adasiu, powiedz mi, ile łyżek zupy jest w twoim talerzu? - zapytał dziadek.
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Spojrzałem na talerz z zupą. Był napełniony do połowy, ale ile łyżek zupy mieści?
- Nie mam pojęcia - odpowiedziałem. - To ważne?
- Bardzo ważne. Jeśli nie wiesz, policz, wnusiu, a odkryjesz jedną z tajemnic wąsacza, o którym ci wspomniałem. I sprawisz nam przyjemność.
Obiecałem rodzicom, że nie przysporzę dziadkom kłopotu, postanowiłem więc spełnić niezwykłą prośbę. Napełniłem łyżkę.
- Jedna - odliczyłem i połknąłem jej zawartość, żeby sięgnąć po drugą i kolejną. Gdy doszedłem do dwunastej, talerz był pusty.
- Brawo! - Babcia zaklaskała, a dziadek podkręcił wąsa.
- To był podstęp! - Zrozumiałem, ale nie gniewałem się na dziadka, bo zupa okazała się wyjątkowo smaczna. - Sprytny jesteś, dziadku!
- To nie ja. To wymyślił ten wąsacz, o którym ci wspomniałem. A wiesz, tak sobie teraz myślę, że szczególnie ty powinieneś poznać go bliżej - zaznaczył i ciągnął dalej. - Kiedy jego córki, Wanda i Jagoda, grymasiły przy obiedzie, pytał je o liczbę łyżek zupy w talerzu. Oczywiście nie wiedziały, więc radził liczyć podczas jedzenia.
Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Śmiałem się trochę z siebie, a trochę z tych córek wąsacza, które dały się tak nabrać swojemu tacie.