Maroon - Letycja Wileńska

Kup ebooka

50.90 zł
42.25 zł (50,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Playlista

Taylor Swift - Maroon

Sufjan Stevens - Fourth of July

Arctic Monkeys - 505

Olivia Rodrigo - the cure

Olivia Rodrigo - pretty isn't pretty

The Neighbourhood - A Little Death

Conan Gray - Family Line

Gracie Abrams - I Love You, I'm Sorry

Madison Beer - Sweet Relief

JoJo - Too Little Too Late

Billie Eilish - everything i wanted

Cigarettes After Sex - Apocalypse

sombr - undressed

Taylor Swift - The Prophecy

Olivia Rodrigo - stupid song

Lana Del Rey - Pretty When You Cry

Timbaland, OneRepublic - Apologize

Chris Grey - ALWAYS BEEN YOU

THE DRIVER ERA - Back To You (Brooklyn Sessions)

Billie Eilish - What Was I Made For?

Nessa Barrett - PINS AND NEEDLES

One Direction - Over Again

Isabel LaRosa - more than friends

Taylor Swift - cardigan

Maggie Lindemann - self sabotage

Olivia Rodrigo - vampire

The Neighbourhood - Reflections

Taylor Swift - champagne problems

Arctic Monkeys - Do I Wanna Know?

Coldplay - The Scientist

Billie Eilish - Not My Responsibility

Duncan Laurence - Arcade

Katy Perry - The One That Got Away

Nessa Barrett, Whethan - sick of myself

Madison Beer - make you mine

ZAYN - Die For Me

Ludwig van Beethoven - Dla Elise

Bella Kay - iloveitiloveitiloveit

The Neighbourhood - Sweater Weather

Labrinth - Never Felt So Alone

Olivia Rodrigo - deja vu

Harry Styles - She

Linkin Park - Leave Out All The Rest

Tate McRae - you broke me first

One Direction - Little Things

Chase Atlantic - Consume (feat. Goon Des Garcons)

Shawn Mendes - Mercy

One Direction - They Don't Know About Us

Cigarettes After Sex - Sunsetz

Taylor Swift - Lover

Ostrzeżenie

Drogi Czytelniku,

Maroon jest drugim tomem trylogii "Burning Red", która opowiada historię Maddoxa oraz Eleanor - jeśli nie przeczytałeś(-aś) jeszcze pierwszego tomu, Scarlet, zachęcam, żebyś najpierw zaznajomił(a) się z nim.

Ponownie muszę ostrzec, iż niektóre wątki mogą wprawić Cię w dyskomfort, więc zapoznaj się z listą trudnych tematów poruszanych na przestrzeni trylogii: zaburzenia odżywiania i negatywny obraz własnego ciała, przemoc psychiczna i fizyczna, wątki o charakterze seksualnym, również bez zgody, nadużywanie alkoholu oraz innych substancji psychoaktywnych, dysfunkcyjne relacje rodzinne, problemy ze zdrowiem psychicznym, manipulacja, zastraszanie, samookaleczanie oraz myśli samobójcze, traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa.

Jeśli zmagasz się z problemami podobnymi do tych, których doświadczają bohaterowie, pamiętaj, że nie jesteś sam(a).

Policyjny Telefon Zaufania ws. Przemocy w Rodzinie - 800 120 226.

Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży - 116 111.

Telefon Zaufania dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym - 116 123.

Książka została napisana w celach rozrywkowych, a nie edukacyjnych. Choć porusza poważne tematy, jej głównym zamysłem jest opowiedzenie wciągającej historii, a nie wierne odwzorowanie rzeczywistości. To fikcja literacka, rządząca się swoimi prawami - nie traktuj jej jako przewodnika czy źródła wiedzy. System szkolnictwa został celowo zmodyfikowany na potrzeby fabuły i nie odzwierciedla rzeczywistych zasad obowiązujących w Wielkiej Brytanii.

Rozdział pierwszy

Maddox

Nie zawsze podejmujemy właściwe decyzje.

Zdarza się, że jesteśmy do czegoś zmuszeni przez okoliczności, które nas przerastają, lub sytuacje wymykające się spod kontroli, nim zdążymy się zorientować, jak bardzo jest źle. Innym razem działamy, bo wmówiliśmy sobie, że tak będzie lepiej: dla nas, dla tych, których kochamy, dla kogoś, komu chcemy oszczędzić kolejnej dawki cierpienia. Niekiedy, w wyjątkowo beznadziejnych momentach, robimy coś z pełną świadomością, że będziemy tego żałować, i mimo wszystko popełniamy ten błąd.

Ja wiem, że pożałuję okazania jej słabości.

Jutro rano obudzę się z migreną rozwalającą mi czaszkę na pół i będę pamiętał każdy przeklęty detal tej chwili z wręcz okrutną precyzją. Zapamiętam sposób, w jaki trzęsły się mi dłonie, gdy po raz pierwszy od prawie stu dni - dokładnie dziewięćdziesięciu sześciu - przyciągnąłem ją do siebie. Tę głęboką ulgę, która zalała mnie w momencie, kiedy nasze klatki piersiowe zetknęły się ze sobą, a ja mogłem poczuć przyspieszone bicie serca Eleanor tuż przy moim. Sposób, w jaki tak kurewsko perfekcyjnie wpasowywała się w moje ramiona, jakby nic się nie zmieniło. Wilgotne plamy na koszulce tam, gdzie jej łzy wsiąkały w czarny materiał.

Zapamiętam wszystko.

I będę się tym katował przez kolejne dni, tygodnie, miesiące, może lata.

Nie potrafię jednak się odsunąć.

Nie potrafię puścić jej nawet na sekundę, lecz wiem - kurwa, wiem - że powinienem. Nie mogę tego zrobić, gdy ona stoi tak blisko, a jedyne, co mnie otacza poza tą przeklętą ciemnością i rzędami metalowych półek uginających się pod ciężarem produktów spożywczych, to przytłaczający, słodki zapach wiśni oraz ciepło, które emanuje ze zbyt drobnego ciała dziewczyny, wyczuwalne nawet przez warstwę koszulki i jej za dużego swetra.

Wstydzę się przyznać nawet przed samym sobą, jak bardzo brakowało mi Eleanor. I nie chodzi tylko o dotyk, chociaż jego nieobecność obudziła rodzaj głodu, którego nie potrafiłem zaspokoić niczym innym, ale o wszystko, co składało się na nią. Sposób, w jaki wypełniała sobą przestrzeń wokół, dźwięk głosu, gdy wypowiadała moje imię tym specyficznym, miękkim tonem, błękitne oczy, którymi kiedyś mi się przyglądała, jakbym był najważniejszą osobą w jej życiu.

Przez ostatnie trzy miesiące próbowałem wmówić sobie całą masę bzdur - że nasze wspomnienia są przekoloryzowane, wyidealizowane, bo przecież mózg ma tendencję do upiększania rzeczy, których nie możemy mieć, a tęsknota potrafi wyolbrzymić wszystko do granic absurdu, aż w końcu wspomnienie staje się piękniejsze niż rzeczywistość, na której się opiera.

Teraz rozumiem, iż to wszystko było jednym wielkim, żałosnym kłamstwem.

- Tęsknię za tobą, El. - Gładzę ją powoli po potylicy, delektując się miękkimi, idealnie gładkimi włosami pod opuszkami. Pamiętam ich fakturę z setek chwil, gdy pozwalała mi robić dokładnie to samo, bo ten prosty ruch uspokajał ją skuteczniej niż jakiekolwiek słowa, które mogłem wypowiedzieć. - Kurwa, tak bardzo za tobą tęsknię.

Mam nadzieję, że nie słyszy, jak cholernie drży mi głos.

- Nie m-mów mi, że tęskn-nisz - wydusza Eleanor wprost w materiał mojej koszulki. Wbija palce jeszcze mocniej w tkaninę, zgniatając ją tak mocno, że napina mi się na plecach. - B-błagam cię, M-maddox. N-nie mów tego.

- El...

- Nie m-możesz tak po p-prostu powiedzieć, że za m-mną tęsknisz, kiedy t-ty... - Ledwie odrywa policzek od mojej klatki piersiowej, jakby chciała spojrzeć mi w oczy, ale w ostatniej chwili traci odwagę i ponownie się we mnie wtula. - Kiedy jesteś z n-nią... Kiedy m-mnie w-wyk...

- Nie płacz. - Odkąd sięgam pamięcią, nie potrafiłem znieść widoku jej łez, a tym bardziej tych, które spływają po piegowatych policzkach z mojej winy. Ujmuję twarz Eleanor w obie dłonie, unoszę ją delikatnie, by musiała na mnie spojrzeć, i ocieram kciukami wilgoć ze skóry. - Proszę, El, nie płacz. Nie zniosę tego. Błagam, koch...

Gryzę się w język o pół sekundy za późno.

Słowo już wybrzmiało w połowie i zawisło między nami, niedokończone, lecz nazbyt wyraźne, by można je zignorować.

Kochanie.

Spomiędzy warg Eleanor wyrywa się szloch tak przepełniony smutkiem, że jego dźwięk wykręca mi wszystkie wnętrzności.

- M-maddox. - Moje imię w jej ustach brzmi jednocześnie jak prośba o litość i oskarżenie, jak modlitwa i przekleństwo wypowiedziane tym samym tchem. - Nie... n-nie możesz...

Chwyta za mój nadgarstek. Jej palce są lodowate - zawsze miała zimne dłonie, nawet latem, po długich godzinach spędzonych na korcie tenisowym pod palącym słońcem. Nie odpycha mnie, lecz też nie przyciąga bliżej. Po prostu trzyma, jakby sama nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. Ja natomiast stoję nieruchomo, bojąc się poruszyć choćby o milimetr, by przypadkiem nie zepsuć tego ulotnego momentu.

- A ty za mną tęsknisz? - Gdzieś w zakamarkach umysłu wiem, że odpowiedź najprawdopodobniej będzie przecząca. Albo, co gorsza, nie otrzymam jej wcale. Mam jednak tę żałosną, naiwną nadzieję, że mimo wszystko tęskni.

Chociaż odrobinę.

- Nie pytaj mnie o to - szepcze tak cicho, że ledwo słyszę ją przez dudnienie muzyki i krzyki za drzwiami. - Po prostu... - Urywa, jak gdyby zabrakło jej odwagi na dokończenie tego zdania.

- Po prostu co, El?

- Po prostu mnie trzymaj. Tylko... tylko przez chwilkę. Proszę, Maddox...

I cholera, gdyby poprosiła w tym momencie o wyrwanie własnego serca z klatki piersiowej i położenie go u jej stóp, zrobiłbym to bez mrugnięcia okiem. Prawdopodobnie zdeptałaby je na miazgę tak samo jak wcześniej, zostawiając tylko krwawe strzępy i wspomnienie czegoś, co kiedyś biło wyłącznie dla niej.

- Tak długo, jak będziesz chciała. - Wiem, że to obietnica, której nie dotrzymam. Ktoś w końcu otworzy te przeklęte drzwi, a rzeczywistość wróci ze zdwojoną siłą.

Dziewczyna niepewnie wędruje dłońmi wyżej - przesuwa je po moich napiętych ramionach, zatrzymuje na chwilkę w okolicy obojczyków, aż w końcu zostawia na karku. Delikatnie dotyka palcami skóry tuż pod linią włosów i to wystarcza, żeby zalała mnie fala niewyobrażalnej ulgi.

Całuję ją w czubek głowy, ponieważ nie potrafię się powstrzymać.

El pociąga cicho nosem, jednak nie protestuje.

- Powiedz mi jedną rzecz - proszę po dłuższej chwili. - To pytanie, które chciałaś mi zadać w niedzielę. W kuchni, kiedy gotowaliśmy razem rosół dla Sable, zanim przyjechał Killian z Charlotte. - Kciuk, który do tej pory trzymałem na jej policzku, przesuwam niżej i zatrzymuję go na krawędzi dolnej wargi. Sunę nim powoli przez ten wyuczony na pamięć kształt. - Co chciałaś wtedy powiedzieć, El? Co było tak ważne, że najpierw musiałaś się upewnić, czy możesz w ogóle zapytać?

Nie odpowiada.

Zamiast tego wpatruje się we mnie wielkimi, błękitnymi oczami wypełnionymi łzami, które lada moment znowu spłyną po policzkach, i nieustannie gładzi mój kark, jakby w jakiś sposób to ona czerpała ukojenie z tego z pozoru prostego ruchu.

- Eleanor - naciskam z większą desperacją, podczas gdy jej przyspieszony oddech owiewa moją twarz. Uświadamiam sobie, że nasze usta są oddalone od siebie jedynie o kilka milimetrów. Gdybym pochylił się bardziej, gdyby ona uniosła brodę choćby odrobinę wyżej... - Powiedz mi - powtarzam błagalnie.

Tak bardzo tego pragnę.

Pragnę jej.

Pragnę ją odzyskać, zatrzymać przy sobie, mieć tak blisko, żeby już nigdy więcej nie mogła zniknąć z mojego życia. Chcę zyskać pewność, że kiedy otworzę rano oczy po kolejnej bezsennej nocy pełnej koszmarów, ona będzie gdzieś w pobliżu - może nie w tym samym łóżku, nie jako moja dziewczyna, ale przynajmniej jako jedyny człowiek, który rozumie mnie lepiej niż ja sam siebie.

Jako moja El.

Nagle każde słowo, które tamtego lipcowego popołudnia padło spomiędzy tych pełnych, pachnących waniliowym błyszczykiem warg, traci na znaczeniu. Cały ból, gniew oraz nieustający żal, gnieżdżące się w moim sercu przez ostatnie miesiące, idą w zapomnienie.

Nie myślę o tym, że pewnie na tej imprezie pojawiła się Scarlett, która wypytuje wszystkich, gdzie jestem, i którą powinienem w końcu przestać ranić. Choć jej nie kocham, to nie zasługuje na to, żebym trzymał w ramionach inną dziewczynę i marzył wyłącznie o tym, by móc ją pocałować.

W tej chwili nie myślę o nikim i o niczym poza Eleanor.

- Chciałam cię zapytać, czy czasem żałujesz.

Marszczę brwi, próbując rozszyfrować, co dokładnie ma na myśli.

- Czego, El?

Wyraz twarzy dziewczyny się zmienia. Wygląda na jeszcze bardziej zranioną, jak gdyby to proste pytanie spowodowało jej fizyczny dyskomfort.

- Czego miałbym żałować? - powtarzam, gdy nadal milczy. - Musisz być bardziej konkretna, bo jest cholernie długa lista rzeczy, których żałuję, jeśli chodzi o ciebie. O nas.

Wzdryga się lekko na ostatnie słowo, przy czym mocniej zaciska palce na moim karku, wbijając krótkie paznokcie w skórę ze zbyt dużą siłą.

Zupełnie mi to nie przeszkadza.

- Proszę cię, El. - Nasze wargi ocierają się o siebie przy każdym wymawianym przeze mnie słowie. Wystarczyłby jeden ruch. Jeden mały, nieznaczny, być może nawet przypadkowy ruch i granica zostałaby ponownie przekroczona. - Chcę tylko z tobą szczerze porozmawiać. Kiedyś potrafiliśmy spędzać całe noce na dyskusjach o wszystkim i o niczym. Leżeliśmy w oranżerii, patrzyliśmy w gwiazdy i gadaliśmy, dopóki nie wstawało słońce. Dlaczego teraz nie możemy tego zrobić?

Eleanor przygryza dolną wargę.

Widzę moment, w którym jej opór zaczyna pękać.

Już prawie, prawie się poddaje i wyjaśnia mi wszystko - dlaczego tamtego dnia powiedziała Zoe, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego, dlaczego zignorowała każdą moją wiadomość, każdy telefon, każdą próbę dotarcia do niej, dlaczego przez te wszystkie tygodnie traktowała mnie jak obcego.

Serce mi przyspiesza.

W końcu dowiem się prawdy i przestanę tonąć w tej niewiedzy, która niszczy mnie od środka.

Otwiera usta szerzej, bierze głęboki wdech...

I wtedy słyszę metaliczny dźwięk klucza przekręcanego w zamku.

Nie. Tylko nie, kurwa, to. Nie teraz.

El odskakuje ode mnie tak gwałtownie, jakby została wyrwana z głębokiego transu, i odgradza się, krzyżując ciasno ramiona na piersi w obronnym geście.

Natychmiast mam ochotę przyciągnąć ją z powrotem do siebie. Wrzasnąć na tego, kto stoi za drzwiami, żeby się odpierdolił i zostawił nas w spokoju choćby na pięć minut, ponieważ wiem, że jesteśmy tak blisko przełomu. Zamiast tego stoję sparaliżowany i patrzę, jak drzwi otwierają się powoli, wpuszczając do środka oślepiające światło z kuchni.

W progu stoją Zoe i Michael.

Oczywiście, że to był ich pomysł. Powinienem się tego domyślić od samego początku.

Oboje cofają się o pół kroku, robiąc nam miejsce. Wychodzimy z dusznej spiżarni z powrotem w sam środek imprezy, która wciąż trwa w najlepsze, jakby świat wcale się nie zatrzymał kilka minut temu.

- Udało się wam porozmawiać? - Zoe zerka raz na mnie, raz na Eleanor, studiując nasze twarze z intensywnością pieprzonego detektywa przesłuchującego podejrzanego na miejscu zbrodni. - Hm?

Nie, bo przerwaliście nam w najmniej odpowiednim momencie.

- T-to... - Głos El drży od ledwie powstrzymywanego gniewu. Szkarłatne plamy zaczynają wykwitać wzdłuż jej szyi. - To wy nas tu zamknęliście?

- Tak - przyznaje Zoe bez cienia skruchy, unosząc podbródek. - I szczerze? Zrobiłabym to ponownie, gdyby zaszła taka potrzeba.

- Nie miałaś prawa...

- A właśnie, że miałam. Jako twoja najlepsza przyjaciółka...

- Nie! Nie możesz po prostu zamykać ludzi w pomieszczeniach i zmuszać ich do rozmów, Zoe! To tak nie działa!

- Nie miałam już żadnego innego pomysłu, okej?! - Rozkłada bezradnie ręce. - A tak właściwie, to nie ja na to wpadłam jako pierwsza, tylko Phoebs o tym zażartowała dwa dni temu i pomyślałam, że...

- Pomyślałaś: "Och, tak, zamknijmy Eleanor z Maddoxem w najmniejszym pomieszczeniu, jakie istnieje, i sprawdźmy, co takiego się stanie". Czy ty w ogóle słyszysz, jak absurdalnie to brzmi?

- Martwimy się o was oboje - wtrąca się spokojnie Michael. Robi krok do przodu i staje pomiędzy dziewczynami, jakby chciał fizycznie oddzielić je od siebie, chociaż żadna z nich nigdy nie skrzywdziłaby drugiej. - Zrobiliśmy to w dobrej wierze.

- To nie była wasza decyzja - wyszeptuje Eleanor słabo.

- El ma rację - odzywam się w końcu, lecz muszę przyznać, że część mnie jest wdzięczna przyjaciołom za to, że dali nam te kilkanaście minut sam na sam. - To nie powód, żeby robić coś takiego. Rozumiem, że się martwicie. Naprawdę. Doceniam to. Ale można to było załatwić w inny sposób. - Po tych słowach spoglądam wymownie na Richardsa.

W jego brązowych oczach widzę jedynie szczerą troskę - tę samą, którą dostrzegałem niezliczenie wiele razy przez wszystkie lata naszej przyjaźni. Michael nigdy nie wtrąca się w cudze sprawy bez poważnego powodu. Jeśli tym razem uznał, że powinien pomóc Zoe w realizacji tego planu, to musi uważać, że sytuacja między mną a Eleanor osiągnęła punkt krytyczny.

- W inny sposób?! - wybucha Williams. Najwidoczniej nie przejmuje się tym, że słyszą ją ludzie obecni w kuchni. - Jaki inny sposób? Ile jeszcze mieliśmy czekać, aż w końcu sami do siebie podejdziecie i wszystko sobie szczerze wyjaśnicie?! Tydzień? Miesiąc? Rok? Bo mam dla ciebie zajebiście szokującą wiadomość, Griffin: to by się nigdy nie stało!

Zaczynam dyskutować z Zoe, przerzucamy się kolejnymi argumentami; każdy z nich jest coraz bardziej naładowany emocjami. Michael co jakiś czas spokojnie wtrąca uwagi, by załagodzić sytuację, ale to tylko dolewa oliwy do ognia. Żadne z nas nawet nie zauważa, kiedy w rozmowie przestaje brać udział czwarta osoba. Dopiero po dłuższej chwili, gdy Williams kończy właśnie kolejny wywód o tym, jak bardzo jesteśmy uparci i jak bardzo sabotujemy własne szczęście, dociera do mnie, że...

Eleanor już dawno przy nas nie ma.

Kręcę się po piętrze penthouse'u Jake'a, otwieram kolejne drzwi i próbuję znaleźć El, aby dokończyć naszą przerwaną rozmowę. Minęło już jakieś piętnaście minut, odkąd zdałem sobie sprawę, że po prostu rozpłynęła się w tłumie, zanim którekolwiek z nas zdążyło się zorientować, że wyszła z kuchni.

Jak ona to, kurwa, robi? Jak potrafi ulotnić się tak szybko, tak bezgłośnie niczym duch?

Sprawdziłem już większość, jeśli nie wszystkie pomieszczenia na górze. Jak na razie zamiast Eleanor odnalazłem Clarę pieprzącą się z Levim w jednej z gościnnych sypialni, przy czym oboje okazali się tak pijani, że nawet nie zauważyli, gdy otworzyłem drzwi. Potem natknąłem się na kilka innych par w różnych stadiach rozbierania, kogoś wymiotującego do doniczki oraz kilka scen, których zdecydowanie wolałbym nie stać się świadkiem, a prawdopodobnie będą prześladować mnie przez następne tygodnie.

Gdzie ona, do jasnej cholery, jest?

Zaczynam rozważać powrót na parter, ponieważ może umknęła mi gdzieś w ogromnym tłumie, kiedy zauważam znajomą sylwetkę wychodzącą z pomieszczenia na samym końcu korytarza.

Nathan.

Zamyka za sobą drzwi z przesadną ostrożnością, jakby próbował być dyskretny, po czym opiera się o nie plecami. Przymyka oczy, przejeżdża palcami przez potargane włosy i ewidentnie próbuje zebrać myśli lub przetworzyć coś, co właśnie wydarzyło się w pokoju za nim.

- Nate! - Ignoruję sposób, w jaki cały spina się na dźwięk mojego głosu, i idę do niego zdecydowanym krokiem, niemal biegnąc przez korytarz. - Widziałeś gdzieś Eleanor?

Scott unosi głowę i wpatruje się we mnie, jak gdyby to pytanie było sformułowane w obcym, niezrozumiałym dla niego języku.

- Co? - wydusza ochryple.

- Pytam, czy widziałeś gdzieś Eleanor - powtarzam wolniej. - Zniknęła jakieś dwadzieścia minut temu i nikt nie wie, gdzie jest.

- Właśnie jej szukam. - Robi krok w moją stronę, czym zmniejsza i tak już niewielki dystans między nami. Jest ode mnie o kilka centymetrów niższy, ale teraz wyrównuje to poprzez agresywną postawę ciała. - Ale zastanawiam się nad jednym, Maddy... Po co właściwie TY szukasz MOJEJ ELLIE w środku nocy? Hmm?

Mojej Ellie.

- Martwię się o nią. Zniknęła bez słowa, nie odbiera telefonu i zostawiła płaszcz w przedpokoju. Jest cholernie zimno, więc jeśli wyszła na zewnątrz w samym swetrze...

- Och, MARTWISZ SIĘ. Jak szlachetnie z twojej strony, Maddox. Naprawdę kurewsko wzruszające.

- Skoro jej nie widziałeś, wrócę na dół i...

- Wiesz co? - Nathan łapie mnie za ramię, powstrzymując przed odejściem; jego uścisk jest zdecydowanie mocniejszy, niż powinien. - Szczerze wątpię, żeby chciała cię teraz widzieć, a tym bardziej z tobą rozmawiać. Może w końcu nadeszła pora, byś pogodził się z faktem, że cokolwiek między wami było, to przeszłość. Eleanor zasługuje na szczęście i spokój, więc zajmij się wreszcie swoją dziewczyną, zamiast łazić za tą, którą...

- Brałeś coś? - przerywam mu w połowie zdania, wyrywając ramię z jego chwytu, gdyż zauważam coś, co przykuwa moją uwagę znacznie bardziej niż ten chaotyczny, pełen jadu monolog.

Jego źrenice.

Są nienaturalnie rozszerzone - praktycznie całkowicie pochłaniają jasnoniebieskie tęczówki, zostawiając tylko wąski pierścień koloru. Nie widzę jednak żadnych innych oczywistych oznak, może oprócz lekko przyspieszonego oddechu oraz dłoni wciśniętych głęboko w kieszenie jeansów, by ukryć ich drżenie.

Nathan marszczy brwi, udając - jestem tego pewien - kompletne niezrozumienie.

- O czym ty, do cholery, mówisz?

- Pytam, czy coś dziś brałeś.

- Teraz próbujesz zrobić ze mnie ćpuna? Serio, Maddox? - Wybucha krótkim, gorzkim śmiechem. - Niesamowite. - Potrząsa głową z niedowierzaniem. - Niech zgadnę, co będzie dalej. Pewnie przy pierwszej okazji z ogromną chęcią powiesz Ellie, że znowu biorę i powinna trzymać się ode mnie z daleka dla własnego dobra?

- To nie ma nic wspólnego z El - oponuję. - Zadaję ci proste pytanie, wymagające równie prostej odpowiedzi. Tak albo nie, Nate.

- Jestem czysty - cedzi przez zaciśnięte zęby, wyraźnie walcząc z chęcią wykrzyczenia mi tego prosto w twarz. - Od siedmiu miesięcy. Ani jednej kreski, ani jednej tabletki molly, ecstasy, ani nic, kurwa, innego. Skończyłem z tym gównem na dobre.

- Twoje źrenice mówią coś zupełnie innego - upieram się. Nie mogę, kurwa, odpuścić. Nieważne, jak bardzo odsunęliśmy się od siebie w ciągu ostatnich miesięcy, nie chcę, żeby wszystko, co miało miejsce tamtego marcowego wieczoru, się powtórzyło. - Więc albo powiesz mi prawdę teraz, albo...

- Albo co? - przerywa mi prowokacyjnie, ponownie opierając się plecami o drzwi za sobą. - No dalej, Maddy. Dokończ to zdanie. Co takiego zrobisz? Zadzwonisz do Kaidena, żeby na mnie naskarżyć? Powiesz moim starym, którzy właśnie teraz są gdzieś w Tokio albo Singapurze i mają swojego syna kompletnie w dupie? Zawieziesz mnie siłą na testy narkotykowe do najbliższego szpitala, żeby udowodnić swoją rację?

- Po prostu się o ciebie martwię, ty idioto. - Mój głos łagodnieje mimo woli. - Kurwa, Nate, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę...

- Wróciłem do antydepresantów. - Wyjmuje dłoń z kieszeni spodni i przejeżdża nią po twarzy. - Corrigan przepisał mi nowe. Jednym z efektów ubocznych są rozszerzone źrenice. Tak jak widzisz. - Wskazuje na swoje oczy. - Poza tym suchość w ustach, problemy ze snem, koncentracją, bóle głowy, nudności. Cały jebany pakiet. Więc tak, jestem pod wpływem czegoś. Leków od psychiatry. Czy tym razem moja odpowiedź cię satysfakcjonuje?

- Nate...

- Wypiłem dziś trochę, co w połączeniu z tymi tabsami okazało się pieprzonym błędem, bo zaczęło mnie mdlić jak cholera. Właśnie rzygałem przez ostatnie dziesięć minut. - Wskazuje kciukiem za siebie, na zamknięte drzwi. - Teraz głowa napierdala tak mocno, że prawie widzę podwójnie. Z pewnością znasz to z własnego doświadczenia. Więc wszystko, czego teraz chcę, to znaleźć Eleanor, zabrać ją stąd, wrócić do domu i spróbować zasnąć.

- Nie wiedziałem - przyznaję, a jednocześnie zastanawiam się, czy Mike był tego świadomy i celowo mi nie powiedział, żeby chronić prywatność Nathana, czy może Nate postanowił nie dzielić się tym z nikim. - Przepraszam. Naprawdę. Mogę ci jakoś pomóc?

- Tak. Możesz na przykład zakończyć to pieprzone przesłuchanie i dać mi iść szukać Ellie.

Nie czekając na moją odpowiedź, wymija mnie szerokim łukiem, a następnie schodzi po schodach na parter, trzymając się mocno poręczy.

Tego wieczoru żaden z nas nie znajduje El.

Rozdział drugi

Eleanor

Znowu mu uległam.

Jestem tak żałośnie słaba, jeśli chodzi o Maddoxa Cartera Griffina, że wystarczyło kilkanaście minut w ciasnej spiżarni, jego silne ramiona owinięte wokół mnie, dłonie zagubione w moich włosach, znajomy zapach cytrusowo-drzewnych perfum i wszystko inne - cała racjonalność, obietnice złożone samej sobie, każde postanowienie, że już nigdy, przenigdy nie pozwolę mu znowu zbliżyć się na tyle, by mógł mnie skrzywdzić - przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.

Nie wiem, co by się wydarzyło, gdyby Zoe i Michael nie otworzyli w tamtym momencie drzwi. Czy dałabym mu szansę na wytłumaczenie się ze wszystkiego, co zrobił? Czy wysłuchałabym tych kłamstw, wymówek, starannie przygotowanych usprawiedliwień, które z pewnością poukładał sobie wcześniej w głowie, próbując jakoś zracjonalizować swoje wybory, sprawić, by nie wyglądały tak okrutnie, jak w rzeczywistości były? A może, co przeraża mnie najbardziej, pozwoliłabym mu się pocałować, podczas gdy jego dziewczyna znajdowała się w tym samym mieszkaniu, niczego nieświadoma?

Czy naprawdę upadłam już aż tak nisko?

Tak.

Prawdopodobnie tak.

Nie, poprawka - na pewno tak.

Bo kiedy przesunął kciukiem po mojej dolnej wardze, a nasze twarze były od siebie oddalone o kilka milimetrów, nie myślałam ani o konsekwencjach, ani o tym, jak bardzo ucierpiałabym na kolejnym zbliżeniu z kimś, kto już raz udowodnił, że potrafi wykorzystać moją słabość przeciwko mnie.

W głowie wybrzmiewało tylko jedno słowo: proszę.

Proszę, pocałuj mnie.

Proszę, zatrzymaj czas i pozwól nam zostać w tej chwili na zawsze.

Proszę, spraw, żeby wszystko wróciło do normy.

I nienawidzę się za to bardziej, niż jestem w stanie wyrazić słowami.

Nienawidzę tej części siebie, która mimo wszystko wciąż go chce, która gotowa jest zapomnieć o bólu, upokorzeniu, miesiącach płaczu w poduszkę, tylko po to, by poczuć znowu jego dotyk.

Wibracja telefonu w torebce wytrąca mnie z myśli.

Wyciągam urządzenie z tylnej przegródki i patrzę na zbyt jasny ekran, mrużąc oczy przez zasłonę łez, nieprzerwanie spływających po moich policzkach.

Nathan:

ellie gdze jestes

przeszukałem da razy całe to cholerne mjejsce i nigdzie cię nie ma

zaczynam się maetwić skarbie

Zalewa mnie ogromne poczucie winy.

Przez to wszystko zupełnie zapomniałam, że mieliśmy wrócić do domu razem - obiecałam mu to przecież przed tym, jak poszedł na górę z chłopakami. Pewnie zszedł na parter i szukał mnie w salonie, podczas gdy ja po wyjściu ze spiżarni oraz dyskusji z Zoe i Michaelem skierowałam się prosto do drzwi, nawet nie myśląc o zabraniu po drodze swojego płaszcza.

Palcami drżącymi od październikowego zimna lub emocji, sama nie wiem, wystukuję odpowiedź:

Ellie:

pojechałam do domu

widziałam, że wolisz zostać na imprezie, nie chciałam psuć Ci zabawy x

Wiadomość zwrotna przychodzi niemal natychmiast.

Nathan:

co??? ellie nie

przecież mieliśmy wrócić razem

gdzie jesteś mam po cbie przyjechać

myslałem że pojedziemy o mnie

Ellie:

jestem już w Uberze, niedługo powinnam być w domu x

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa.

W rzeczywistości stoję w strugach lodowatego deszczu, na samym środku jakiejś wąskiej, słabo oświetlonej uliczki w centrum Londynu. Nie mam pewności, gdzie dokładnie jestem, gdyż wybiegłam z budynku Jake'a i po prostu szłam prosto przed siebie, nie zwracając uwagi na kierunek. Zdążyłam przemoknąć do suchej nitki - włosy przyklejają mi się do twarzy i karku, a makijaż pewnie już dawno spłynął po policzkach.

Telefon milczy przez dłuższą chwilę, podczas której znajduję schronienie pod zadaszeniem jakiegoś zamkniętego lokalu. Widzę, że Nathan przeczytał moje wiadomości, lecz nie odpisuje. Pewnie próbuje zdecydować, czy mi wierzyć, czy też zaufać instynktowi, który podpowiada mu, że coś jest nie tak.

W końcu ekran się rozświetla.

Nathan:

okej

napisx jak będziesz w domu żebym wiedział że dotarłaś bezpiecznie

Nie mam pojęcia, co powinnam ze sobą teraz zrobić. Wiem tylko jedno - z pewnością nie mogę dzisiaj wrócić do domu.

Jestem przekonana, że ojciec jeszcze nie śpi, mimo że jest prawie pierwsza w nocy. Christopher Adwin rzadko kiedy kładzie się do łóżka przed drugą, często nawet trzecią nad ranem, zwłaszcza w dni, gdy mama wraca z kancelarii zmęczona na tyle, by zasnąć praktycznie od razu po kolacji. Wtedy ojciec pracuje w swoim gabinecie, popija drogą whisky i przegląda swoje projekty albo rozmawia przez telefon z klientami z innych stref czasowych. W sekundę wyczułby ode mnie intensywny zapach alkoholu oraz dymu papierosowego, którym przesiąkły moje ubrania. Zapytałby, dlaczego wróciłam do domu, skoro przecież mówiłam mamie, że nocuję dzisiaj u Zoe. Pewnie gdyby się dowiedział, że ich okłamałam, zrobiłby coś znacznie gorszego niż rodzicielska reprymenda, w zależności od nastroju, tego, ile wypił, oraz czy miał dobry, czy zły dzień.

Nie mogę ryzykować.

Odnajduję konwersację z pierwszą osobą, jaka przychodzi mi do głowy.

Ellie:

śpisz? x

Czekam, wpatrując się w ekran, i chociaż nie liczę na odpowiedź o tak późnej porze, ta przychodzi szybciej, niż się spodziewałam.

Lottie:

Nie, zakuwam do egzaminu z metodologii badań psychologicznych i mam ochotę wyrzucić te wszystkie podręczniki przez okno. Wszystko w porządku, kochana? Jest bardzo późno. Dlaczego nie śpisz? Xx

Ellie:

mogę do Was przyjechać?

proszę? x

Lottie:

Oczywiście, że możesz. Jesteś w stanie bezpiecznie do nas dojechać czy potrzebujesz, żebym po Ciebie przyjechała? Killian śpi, a moje auto jest u mechanika, ale mogę wziąć kluczyki od Astona. Xx

Ellie:

nie trzeba, zamówię Ubera

dziękuję, Lotts x

Lottie:

Nie dziękuj mi, głuptasie. Czekam na Ciebie. Nastawię wodę na herbatę i przygotuję Ci piżamę, bo pewnie przyjedziesz bez rzeczy, tak? Xx

Łzy wdzięczności napływają mi do oczu.

Ellie:

tak x

Lottie:

Jedź bezpiecznie. Xx

Wchodzę w aplikację Ubera i wpisuję odpowiedni adres na Primrose Hill. Najbliższy dostępny kierowca jest niedaleko mnie; od razu akceptuje przejazd i ku mojej ogromnej uldze auto pojawia się na miejscu już po niecałych czterech minutach.

- Eleanor? - pyta kierowca, gdy wsuwam się na tylne siedzenie.

- Tak - potwierdzam, zatrzaskując za sobą drzwi.

Mężczyzna zerka na mnie w lusterku wstecznym, lekko marszcząc brwi. Z pewnością widząc mój żałosny stan, zakłada, że jestem pijana lub naćpana.

Kiedy ruszamy, opieram głowę o zagłówek i przymykam powieki, próbując nie myśleć o głosie Maddoxa, którym wypowiedział to jedno pytanie: A ty za mną tęsknisz?

Z całego serca.

- Napijesz się kawy?

Odrywam wzrok od ekranu telefonu, na którym jeszcze sekundę temu przewijałam Instagram. Natknęłam się na najnowszy post Kingswood Cardinal - tym razem o jednej z pierwszoklasistek, przyłapanej wczoraj na całowaniu się z kilka lat starszym chłopakiem uczęszczającym na Uniwersytet Hampton. I chociaż szczerze szkoda mi niejakiej Juliette, z ulgą stwierdzam, iż tym razem to nie ja jestem głównym obiektem szkolnych plotek.

Chociaż pewnie to tylko kwestia czasu.

Mrużę oczy, ponieważ słońce wpadające przez odsłonięte okna salonu razi mnie bezpośrednio w twarz. Mamy dziś jeden z tych rzadkich, wyjątkowo pięknych październikowych poranków, kiedy angielska pogoda postanawia być łaskawa i hojnie obdarowuje nas błękitnym niebem bez ani jednej chmurki, czego nie spodziewałam się po nocnej ulewie.

- Poproszę. - Silę się na uśmiech, kierując go w stronę stojącej w łukowatym przejściu prowadzącym z salonu do kuchni Charlotte. - Czarną. Bez mleka, bez cukru.

Lottie kiwa głową ze zrozumieniem, tym razem nie wnikając w to, dlaczego rezygnuję z mojego ukochanego latte na mleku owsianym na rzecz czegoś, co w gruncie rzeczy nawet mi nie smakuje, po czym znika w kuchni. Już po chwili docierają do mnie dźwięki mielonych w ekspresie ziaren oraz brzdęk kubków.

Szczelniej okrywam się grubym kocem i próbuję zmusić się do przełknięcia kolejnej łyżki owsianki. Wiem, że muszę ją zjeść albo przynajmniej spróbować, ponieważ przyjaciółka specjalnie wstała wcześniej, by przygotować mi jedno z moich ulubionych śniadań, które jeszcze nie tak dawno zjadłabym z apetytem. Nie jestem na tyle niewdzięczna, by po prostu zostawić nietkniętą miskę.

I tak najprawdopodobniej już zauważyła moje dziwne zachowanie przy jedzeniu - w końcu zaczęła studia z psychologii na Hampton, a ludzki umysł oraz sposoby, w jaki funkcjonują osoby z przeróżnymi zaburzeniami, schorzeniami oraz traumami, fascynują ją bardziej niż cokolwiek innego na tym świecie. Do tej pory ani razu nie powiedziała nic na głos, lecz obawiam się, że to jedynie kwestia czasu, zanim nie będzie w stanie dłużej się powstrzymywać.

Za to jej błękitne oczy mówią wszystko.

Widzę w nich troskę. Zrozumienie. Może nawet smutek.

Więc się staram. Naprawdę, z całych sił się staram.

Nabierając owsiankę na łyżkę, próbuję wybrać wyłącznie same płatki, omijając plasterki banana oraz masło orzechowe, które ma najwięcej kalorii ze wszystkich składników. Żuję powoli, licząc w głowie do trzydziestu, zanim w końcu zmuszam się do przełknięcia.

Ile dokładnie Charlotte wsypała płatków owsianych? Pięćdziesiąt gramów? Sześćdziesiąt? Może więcej? Sto mililitrów mleka migdałowego to około trzydziestu kalorii, ale jeśli było sto pięćdziesiąt, to już czterdzieści pięć... A ten kawałek banana ile może liczyć kalorii - dziesięć? Piętnaście? Dwadzieścia? Masło orzechowe to około dziewięćdziesięciu, może nawet stu kalorii na jedną łyżkę stołową, więc jeśli zjadłam jakąś jedną piątą tego, co jest w tej misce, to wychodzi... od osiemnastu do dwudziestu kalorii z samego masła, plus te płatki, banan, mleko migdałowe, wiórki kokosowe...

- Els? - Lottie pojawia się ponownie w salonie, niosąc dwa duże kubki: jeden z uroczym, pastelowym rysunkiem rudego kotka i napisem Purrfect Morning. Podaje mi go, a na stolik kawowy odstawia swój ulubiony, czarny, pozbawiony jakichkolwiek zdobień. Opada obok mnie na kanapę, podciąga nogi pod siebie i poprawia niechlujny kok, z którego wymykają się odrobinę ciemniejsze od moich kosmyki. Wygląda na niewyspaną, co jest w stu procentach moją winą, bo siedziała ze mną w pokoju gościnnym prawie do czwartej nad ranem. - Naprawdę nie musisz jeść na siłę, kochana. Mogę ci zrobić coś innego, jeśli masz ochotę. Tosty z awokado? Smoothie z jarmużem i mango? Omlet?

- Nie, nie. - Biorę kolejny symboliczny kęsik, żeby udowodnić przyjaciółce, że naprawdę jem. - Po prostu... trochę boli mnie żołądek.

- Rozumiem. - Chwyta za swój kubek i upija łyk kawy. - Ale jeśli poczujesz, że to dla ciebie za dużo, po prostu zostaw, okej? Nie będę na ciebie zła.

Taka właśnie jest Charlotte Dayton.

Wczoraj, gdy dotarłam tu po pierwszej, nie zadała mi ani jednego niewygodnego pytania. Po prostu wpuściła mnie do środka, wzięła w ramiona i pozwoliła płakać tak długo, jak potrzebowałam. Potem przygotowała gorącą kąpiel, dała mi czystą piżamę i położyła się ze mną w pokoju gościnnym.

Nie wspomniałam jej ani słowem o Maddoxie ani o tych kilkunastu minutach w spiżarni. Nawet jeśli głęboko wierzę, że przyjaciółka nigdy nie powtórzyłaby nikomu niczego, co ode mnie usłyszała, po prostu nie mogę ryzykować zdradzenia jej żadnych szczegółów. Gdybym tylko wyjawiła za dużo, a to jakimś cudem dotarłoby do Killiana podczas zwykłej, codziennej rozmowy między ludźmi, którzy dzielą się wszystkim, a on powiedziałby to Maddoxowi... Zamiast tego zdradziłam tylko, że pokłóciłam się z kimś na imprezie i wolałam wyjść, zanim sytuacja eskaluje. Lottie, będąc dokładnie taką osobą, jaką jest - empatyczną, pełną zrozumienia, z szacunkiem dla cudzych granic - nie naciskała.

Tupot ciężkich kroków zbiegających po schodach przerywa mój chaotyczny tok myślenia.

Kill pojawia się na parterze, w idealnie dopasowanym do swojej postawnej sylwetki ciemnym garniturze oraz białej koszuli, która jeszcze nie została zapięta do końca, dzięki czemu widać kawałek jego wytatuowanej klatki piersiowej. Kruczoczarne włosy, w tym charakterystycznym dla całego rodzeństwa Griffinów odcieniu, odziedziczone po wujku Carterze, są starannie zaczesane do tyłu, chociaż jeden uparty kosmyk mimo wszystko opada mu na czoło.

- Dzień dobry, moje drogie panie - wita się ze specyficznym uśmiechem, który zawsze sprawia, że jego ostre rysy twarzy łagodnieją w zdumiewający sposób. Jest ewidentnie w świetnym humorze; widać to po błysku w jasnoszarych oczach, tak różnych od niemal czarnych tęczówek Maddoxa, a jednocześnie identycznych pod względem kształtu i intensywności spojrzenia. - Mam nadzieję, że dobrze spałyście, a szczególnie ty, młoda. - Zerka na mnie z troską.

Nim zdążę odpowiedzieć, pochyla się nad ukochaną. Całuje ją namiętnie w usta, wkładając w to tyle uczucia, że aż odwracam wzrok.

- Dzień dobry, kochanie. - Lottie mruczy wprost w wargi swojego partnera. - Uwielbiam cię w tym garniturze, wiesz?

- Ach, tak? - Killian odrywa się od jej ust tylko po to, by przenieść pocałunki wyżej, tuż przy skroni. - Może powinienem nosić go częściej po pracy, jeśli wywołuje u ciebie taką uroczą reakcję. - Muska opuszkami zaróżowiony policzek dziewczyny, na co ta chichocze.

Nie mogąc się powstrzymać, obserwuję ich interakcję kątem oka i czuję, jak coś ściska mi gardło.

To zazdrość.

Nie o Killiana, oczywiście. Kocham go, lecz jak brata, tak samo jak kocham Sable czy Zoe i Phoebs. Ale zazdroszczę im tej odwzajemnionej, bezwarunkowej miłości, która zdaje się silniejsza z każdym dniem.

- Lepiej się czujesz, Els? - Kill siada na podłokietniku przy mnie. - Charlotte wspomniała, że miałaś dość... trudny wieczór.

- Dużo lepiej. - Czuję się równie źle, jeśli nie gorzej. - Przepraszam za to wczorajsze najście - dodaję pospiesznie. - Ale nie wiedziałam, dokąd indziej mogłabym pójść o pierwszej w nocy...

- Przestań - przerywa mi stanowczo i kładzie dłoń na moim ramieniu. - Mówiłem ci to już wielokrotnie, ale chyba będę musiał powtórzyć jeszcze ze sto razy, zanim to do ciebie dotrze. Zawsze jesteś mile widziana w naszym domu. O każdej porze dnia i nocy, w każdym stanie, z jakimkolwiek powodem lub bez niego. Pozostajesz częścią naszej rodziny. I to się nigdy nie zmieni, nieważne, co się wydarzy między tobą a moim bratem. Rozumiesz?

- Dziękuję, Kill - udaje mi się wyszeptać.

Ściska lekko moje ramię, a potem zerka na srebrny zegarek błyszczący na jego nadgarstku.

- Muszę już niestety lecieć, zanim tata zacznie do mnie wydzwaniać i rugać przez telefon. - Podnosi się z miejsca. - Do drugiej jestem w biurze, a potem mam wykłady na Hampton. Pewnie wrócę koło ósmej, może trochę później, jeśli profesor Olsen znowu postanowi przedłużyć ćwiczenia. - Przewraca oczami. - Zadzwonię do ciebie w przerwie, dobrze, piękna? Może uda nam się umówić na szybki lunch, jeśli spotkanie skończy się wcześniej, niż planowano, chociaż szczerze w to wątpię.

- Dobrze. - Charlotte wstaje z kanapy i poprawia mu krawat, choć przed chwilą idealnie go zawiązał. - Powodzenia na spotkaniu z inwestorami. Jesteś najlepszy w tym, co robisz, pamiętaj. - Staje na palcach, by cmoknąć go w sam kącik ust. - Kocham cię.

- Ja ciebie też, skarbie. Nad życie. - Killian zgarnia z fotela skórzaną teczkę i kieruje się do drzwi, jednak zatrzymuje się jeszcze na moment i spogląda na mnie przez ramię. - El, jeśli będziesz potrzebowała czegokolwiek, dzwoń albo pisz. Okej?

Potwierdzam skinieniem głowy, że przyjęłam to do wiadomości.

Zostajemy same z Lottie, która bez wahania chwyta mnie za rękę i ciągnie po schodach do sypialni na piętrze. Po drodze prosi, bym pomogła jej z pakowaniem na długi weekend w Rzymie, a ja jestem wdzięczna za tę namiastkę normalności, która sprawi, że choć na chwilę oderwę się od myśli.

Siadam na skraju ich ogromnego łóżka, obserwując, jak przyjaciółka znika w garderobie. Już po chwili zaczyna wynosić z niej ogromne stosy ubrań i układać je na materacu. Korzystając z tego, że jest zajęta, wyciągam telefon z kieszeni spodni od piżamy i spoglądam na ekran.

- Wylatujecie jutro, tak? - upewniam się, podczas gdy wzrokiem sunę po nieodczytanych powiadomieniach.

- Tak! - woła z garderoby, a w jej głosie słychać mieszankę ekscytacji i lekkiego napięcia. - Boję się lotu, ale to na szczęście tylko jakieś dwie i pół godziny, więc powinno być znośnie. - Wnosi do sypialni cztery pary butów na obcasie. - Mam nadzieję, że uda mi się zasnąć od razu po starcie. Może wcześniej łyknę sobie jakieś ziółka na spanie.

W oczekiwaniu na rozpoczęcie prywatnego pokazu mody, który Charlotte najwyraźniej ma zamiar mi zaserwować, postanawiam odczytać wszystkie wiadomości, zaczynając od naszej grupowej konwersacji gossip&grace.

Zoe:

Eleanor Vivienne Adwin gdzie ty do kurwy nędzy jesteś

słyszałaś kiedyś może o ODCISZANIU TELEFONU???

dzwoniłam do ciebie OSIEM razy!!!

Phoebs:

Elsie, wszystko w porządku? Bardzo się martwimy. Proszę, daj nam znać, że nic ci nie jest ??

Zoe:

dobra sprawdziłam lokalizację na find my friends

jesteś u Killiana i Charlotte, tak???

Kolejnego SMS-a Zoe wysłała mi już prywatnie:

Zoe:

przepraszam, okej? wiem, że jesteś wkurzona za to co zrobiłam z Michaelem

to było głupie i nie powinnam była cię do niczego zmuszać

ale kurwa Els odezwij się do mnie proszę

Els:

pogadamy jutro x

Następnie otwieram konwersację z Nathanem.

Nathan:

jak się czujesz?

przepraszam za wczoraj, chyba trochę za dużo wypiłem

nie powinienem zostawiać Cię samej

spotkamy się dzisiaj?

Ellie:

po tenisie x

I na samym końcu czytam wiadomości dostarczone do mnie zaledwie pięć minut temu.

Mads:

dokończmy naszą rozmowę

proszę, El

- Co sądzisz o tej? - pyta Lottie z nutą niepewności, więc blokuję telefon i poświęcam jej całą swoją uwagę. Stoi przy łóżku, ubrana w śliczną, granatową sukienkę z długim rękawem oraz głębokim dekoltem. - Kill zarezerwował nam stolik w jakiejś restauracji z gwiazdką Michelin i chcę wyglądać... ładnie. - Przygryza dolną wargę. - Kupiłam ją specjalnie w House of Cb. Kosztowała cholernie dużo, zapłaciłam za nią ponad trzysta funtów. Ale może jednak ta byłaby lepsza? - Unosi kreację w kolorze espresso, sięgającą ziemi.

- W tej wyglądasz przepięknie. - Przewracam się na brzuch i podpieram brodę na dłoniach, przyglądając się jej uważniej. - Jak Killian cię w niej zobaczy, zakocha się na nowo. I na pewno będzie miał spore problemy z oddychaniem.

Charlotte chichocze cicho.

Pozwalam jej kontynuować pokazywanie kolejnych opcji, kiwam głową w odpowiednich momentach, udzielam rad, aż w końcu i tak wracamy do granatowej sukienki, uznając ją za najlepszy wybór.

Kiedy duża walizka zostaje zapakowana i ustawiona w rogu sypialni, gotowa na jutrzejszy wyjazd, przyjaciółka rzuca się obok mnie na łóżko. Układa się na plecach i przez moment leżymy w ciszy, słuchając przytłumionych dźwięków miasta: samochodów przejeżdżających po ulicy, szczekania psa gdzieś w oddali, śmiechu dzieci bawiących się w parku.

- Podjęłam pewną decyzję - oznajmia Lottie z nieoczekiwaną powagą.

Odwracam się na bok, by lepiej ją widzieć.

- Jaką decyzję?

- No więc... - Bierze głęboki oddech, jakby to, co zaraz powie, było czymś niezwykle istotnym, nad czym bardzo długo myślała. - Po powrocie z Rzymu zwalniam się z kawiarni i zaczynam pracę w Griffin for Youth, na pełen etat.

- Co?! - Podrywam się do siadu. - Lottie, to... to niesamowite! Najlepsze, co mogłaś zrobić!

- Naprawdę tak myślisz? - W jej głosie wciąż pobrzmiewa nutka wątpliwości. - Bo wiesz... ciągle mam takie głupie myśli, że może powinnam jeszcze zaczekać, skończyć studia, zdobyć jakieś doświadczenie w innym miejscu... Jednak z drugiej strony za każdym razem, gdy wracam z wolontariatu w fundacji, czuję się spełniona. W kawiarni po prostu przychodzę, robię kawę, podgrzewam kanapki, a potem wracam do domu wyczerpana, z poczuciem, że nie zrobiłam niczego pożytecznego. Więc ta zmiana... chyba wyjdzie mi na dobre, prawda?

- Oczywiście, że tak - potwierdzam. - Kiedy o tym zdecydowałaś?

- Dopiero wczoraj wieczorem. Długo rozmawialiśmy z Killianem o naszej wspólnej przyszłości, o tym, co naprawdę chcę robić, o tym, że życie jest za krótkie, żeby tkwić w miejscu, które nie czyni cię szczęśliwym. W pewnym momencie po prostu stwierdziłam, że muszę to zrobić. Że CHCĘ to zrobić. Wiesz, że bardzo długo się wzbraniałam przed przyjęciem tej pracy, prawda?

- Wiem. - Rzeczywiście Lottie mówiła mi wcześniej o swoich wątpliwościach i lękach.

- Odkąd poznałam Griffinów, przez te wszystkie lata zrobili dla mnie niewyobrażalnie wiele. Szczerze mówiąc, Els, nie potrafię nawet w pełni wyobrazić sobie, w jakim miejscu znajdowałabym się teraz, gdybym tamtego dnia nie trafiła przypadkiem do fundacji. Nie wiem, czy... - Przerywa, przełykając z trudem ślinę. - Nie wiem, czy w ogóle dzisiaj bym tutaj była.

- Lotts... - Nie potrafię znieść tego, jak ktoś, kogo tak bardzo kocham, mówi takie rzeczy. - Nie mów tak. - Przytulam ją mocno do siebie. - Proszę.

- Ale to prawda, El - szepcze w moje ramię. - Kocham Killa ponad wszystko, lecz doskonale wiem, co myślą sobie niektórzy ludzie. Że jestem z nim tylko dla pieniędzy, wykorzystuję jego rodzinę, nie pasuję do nich. Słyszałam już przeróżne komentarze na swój temat, dlatego się martwię, że gdy przyjdę do fundacji, zaczną plotkować, że dostałam tę pracę, bo sypiam z synem Amelii, a nie dlatego, że faktycznie na nią zasługuję. - Otwieram usta, by zaprotestować, lecz ona dodaje: - Wczoraj, gdy Kill opowiadał mi o tym, jak widzi naszą przyszłość, jak mówił o domu na obrzeżach Londynu, psach, dwójce dzieci... Normalna, kochająca rodzina to moje największe marzenie.

Nie tylko twoje, Charlotte.

Rozdział trzeci

Eleanor

Zbliżam się do wyjścia z Ashbourn Tennis Academy i jednocześnie przekopuję się przez zawartość sportowej torby, próbując odnaleźć kluczyki do auta gdzieś pomiędzy mokrym ręcznikiem, pustą butelką po wodzie i wegańskimi batonikami proteinowymi, które mama systematycznie pakuje do niej bez mojej wiedzy. Mięśnie ud oraz łydek pulsują przyjemnym zmęczeniem po dwugodzinnym, intensywnym treningu, a oddech nadal nie wrócił do spokojnego rytmu. Potrzebowałam dzisiaj tego wysiłku fizycznego, możliwości przekierowania każdej natrętnej myśli o ciemnobrązowych oczach i silnych ramionach na coś produktywnego, nawet jeśli jestem przez to tak padnięta, że ledwo trzymam się na nogach.

Słyszę za sobą charakterystyczne, niemożliwe do zignorowania czy pomylenia z kimkolwiek innym kroki. Nawet bez odwracania się wiem, że Maddox idzie za mną, odkąd tylko wyszłam z szatni.

Cały dzisiejszy trening spędziliśmy na różnych kortach - ja z trenerem Berkleyem pracowałam nad zwiększeniem precyzji swoich serwisów, natomiast on, kilka metrów dalej, grał sparing z nowym chłopakiem o imieniu Damien, który dołączył w zeszłym tygodniu do Akademii.

- Możesz na mnie zaczekać?

Przystaję w miejscu, nogi same podejmują decyzję, zanim moja racjonalna strona zdąża zaprotestować oraz przypomnieć mi wszystkie powody, dla których powinnam po prostu iść dalej i nie wracać do sytuacji z wczoraj.

Czekam na niego, wpatrując się przez szybę w parking zalany popołudniowym słońcem. W odbiciu widzę, jak Maddox dogania mnie, po czym pcha przeszklone drzwi i przepuszcza przodem. Nie wiem, czy robi to celowo, czy może to tylko okrutny zbieg okoliczności, lecz gdy zatrzymujemy się na zewnątrz, nasze dłonie ocierają się o siebie. To zaledwie muśnięcie wydaje się bardziej intymne niż wszystkie namiętne pocałunki, jakie kiedykolwiek wymieniliśmy.

Przez długą chwilę stoimy w kompletnej ciszy i patrzymy sobie głęboko w oczy, zupełnie jak kilkanaście godzin temu w tej przeklętej spiżarni u Petersona. Wilgotne od potu kosmyki opadają mu na czoło, a na zarysowanej szczęce widać delikatny cień ciemnego zarostu; zwykle pozbywa się go każdego poranka zaraz po przebudzeniu.

- Chcę, żebyś odpowiedziała mi tylko na jedno proste pytanie. - Nie brzmi to jak prośba, lecz raczej stanowcze żądanie. - Możesz to dla mnie zrobić?

- Jakie znowu pytanie? - Zaczynam nerwowo owijać bordową wstążkę wokół palca wskazującego.

- To samo, które zadałem ci wczoraj wieczorem. Tęsknisz za mną, El? Choćby odrobinę?

Tak. Boże, tak.

- Nie - wypalam z automatu. Muszę trzymać się resztek swojej godności, której o mały włos nie straciłam wczoraj, gdy płakałam w jego ramionach, błagając w myślach, by ten moment nigdy się nie kończył.

- Naprawdę? - Unosi brew. - Bo w spiżarni odniosłem zupełnie odmienne wrażenie. Oboje doskonale wiemy, że gdyby Zoe i Michael nam nie przerwali...

- ...to nic by się nie wydarzyło. - To prawdopodobnie byśmy się pocałowali.

- Przestań - cedzi Maddox przez zaciśnięte zęby, wyraźnie tracąc cierpliwość z powodu mojego uporu. Ale czy naprawdę tak bardzo dziwi go to, że nie jestem w stanie z nim o tym rozmawiać? - Wystarczy. Musisz wreszcie...

- Wiesz co? - wchodzę mu w zdanie. - Masz rację. Tęsknię. - Na to jedno, banalne słowo coś zmienia się w jego tęczówkach. - Tęsknię za tą wersją ciebie, która prawdopodobnie nigdy nawet nie istniała poza moją głową. Za tą idealną iluzją, którą stworzyłeś tylko po to, żeby...

- Iluzją? - Twarz Maddoxa ponownie przybiera nieczytelny wyraz, a światło w oczach gaśnie tak szybko, jak się pojawiło, zastąpione czymś ostrym. - Jaką iluzją, do cholery? - Mruży powieki, marszcząc przy tym gęste brwi, co jasno daje mi do zrozumienia, że jest zły. - O czym ty w ogóle mówisz? Wyjaśnij mi to, bo najwyraźniej wiesz coś, czego ja nie wiem.

- Po co to robisz?

- Co robię? El, do cholery, ja tylko próbuję zrozumieć...

- Po co od ponad miesiąca udajesz, że ci na mnie zależy? Po co mówiłeś wczoraj te wszystkie rzeczy? Te twoje "tęsknię za tobą", "proszę, El, nie płacz". Po co dotykałeś mnie tak czule, jak... jak kiedyś, gdy byliśmy... - Urywam na moment. - Właściwie nie wiem, czym tak naprawdę dla siebie byliśmy. Czasem myślę, że się nawet nie przyjaźniliśmy, bo prawdziwy przyjaciel nigdy nie zrobiłby mi czegoś tak okrutnego. - Ostatnie zdanie, które wypada z moich ust, sprawia, że Maddox wygląda, jakbym uderzyła go prosto w twarz. - I nie potrafię zrozumieć, co chcesz przez to wszystko osiągnąć. Nie jestem już tak naiwna jak wcześniej. Cokolwiek planujesz, tym razem ci się to nie uda.

- Czy ty siebie słyszysz, Eleanor? - Wypowiada moje pełne imię niczym oskarżenie, skracając przy tym odległość pomiędzy nami. - Słyszysz te bzdury, które wygadujesz?

- Bzdury? - Złość zaczyna we mnie wrzeć, a ton podnosi się o oktawę mimo prób zachowania spokoju. - Nazywasz to... BZDURAMI?

- Czasem mam wrażenie, że żyjemy w jakichś dwóch całkowicie odrębnych rzeczywistościach. Wszystko, co mówisz, to jakiś absurd. Wiecznie tylko mnie o coś oskarżasz, mieszasz mi w głowie jakimiś zagadkowymi pytaniami o to, czy żałuję, podczas gdy to ty...

- Cześć, piękna Ellie. - Głęboki głos za plecami Maddoxa przerywa mu bezceremonialnie w samym środku zdania.

Niczym zsynchronizowani odrywamy od siebie spojrzenia i kierujemy je w stronę Nathana, który idzie szybkim krokiem przez parking, zmierzając prosto do nas. Niesie w dłoniach ogromny bukiet złożony z przeróżnych kwiatów - frezji w odcieniu lawendy, śnieżnobiałych eustom, bladoróżowych róż, gipsówki oraz gałązek eukaliptusa.

- Tylko jego tu, kurwa, brakowało - warczy Maddox pod nosem, odgarniając z frustracją włosy do tyłu.

Nate dociera do nas i bez wahania przyciąga mnie do swojego boku, a następnie całuje w sam czubek głowy, na moment zatrzymując usta na rozczochranych włosach.

- Wybacz mi maleńkie spóźnienie, ale miałem coś do załatwienia. - Wyciąga w moją stronę bukiet. - To dla ciebie, skarbie. Przepraszam za wczoraj. Nie powinienem był cię zostawiać samej i iść na górę z chłopakami.

Gdybyś tego nie zrobił, nigdy nie znalazłabym się w spiżarni, myślę sobie. Nie czułabym jego ramion wokół swojego ciała, nie usłyszałabym, jak tym łamiącym się głosem mówi, że za mną tęskni, nasze wargi nie zetknęłyby się w obietnicy pocałunku, który nie miał prawa się wydarzyć.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

- Pozwolisz mi to jakoś wynagrodzić? - kontynuuje Nathan, wyraźnie zdeterminowany, by naprawić swój wczorajszy błąd. - Może jakaś dobra kolacja na mieście? Albo... nie wiem, możemy po prostu zostać u mnie, zamówić jedzenie, obejrzeć jakiś film. Cokolwiek zechcesz, Ellie.

- Nie musiałeś kupować mi kwiatów, Nate. Przecież nie jestem na ciebie zła. - Odbieram od niego bukiet, który okazuje się znacznie cięższy, niż się początkowo spodziewałam. - Są przepiękne. Dziękuję.

- Może i nie musiałem, ale chciałem. Wiem, jak bardzo je uwielbiasz, za to ja uwielbiam patrzeć, jak się uśmiechasz. - Znów cmoka mnie czule, tym razem w okolicy skroni. - Więc to taki deal korzystny dla nas obojga, nie sądzisz?

Z boku Maddox wydaje z siebie dźwięk, który brzmi jak stłumione parsknięcie. Kątem oka widzę, jak zaciska szczęki na tyle mocno, że mięśnie przy żuchwie pulsują wyraźnie pod bladą skórą. Bierze głęboki wdech przez nos, najwyraźniej próbując opanować emocje, zanim to one opanują jego.

- Skończyłeś już? - rzuca w kierunku drugiego chłopaka. - Bo jeśli to wszystko, co miałeś do powiedzenia, może pozwolisz nam dokończyć rozmowę, którą przerwałeś?

- Rozmowę? Nazwałbym to raczej kolejnym epizodem twojego... - Nathan zastanawia się nad odpowiednim sformułowaniem, choć widzę w jego oczach, że dokładnie wie, co chce powiedzieć - ...uporczywego nękania. Ale jeśli wolisz nazywać to rozmową, proszę bardzo. Chociaż, spójrz na Ellie. - Wskazuje głową w moją stronę. - Czy wygląda ci na kogoś, kto ma ochotę kontynuować tę... ROZMOWĘ? Jak na moje oko raczej wolałaby robić teraz cokolwiek innego.

- Może pozwolisz El samej zdecydować, czego chce, zamiast mówić w jej imieniu o rzeczach, o których nie masz bladego pojęcia?

- Och, uwierz mi, że mam pojęcie. - Nate staje teraz pomiędzy mną a Maddoxem, odgradzając nas od siebie swoim ciałem. - Więc co ty na to, że wreszcie się od niej odpierdolisz, zanim znowu ją, kurwa, skrzywdzisz?

Maddox również decyduje się zrobić krok do przodu, czym zmniejsza dystans między nimi do niebezpiecznie małej odległości.

- Przestańcie - proszę cicho, lecz żaden z nich mnie nie słucha.

Nienawidzę tego, że przez moją zepsutą relację z Maddoxem ucierpiała również ich wieloletnia przyjaźń. Chłopcy, którzy byli kiedyś nierozłączni niczym bracia, teraz stoją naprzeciwko siebie, wyglądając, jakby za chwilę mieli rzucić się sobie do gardeł.

Z mojego powodu.

- Naprawdę chcesz teraz rozmawiać o krzywdzeniu ludzi, Nate? Z chęcią wymienię ci wszystkie rzeczy, które ty zrobiłeś...

- Śmiało. Z przyjemnością posłucham. Chociaż raczej wątpię, żeby jakikolwiek mój błąd przebił to, co ty odjebałeś.

Maddox otwiera usta, gotowy kontynuować tę wymianę zdań, która nie doprowadzi do niczego dobrego, jednak wtedy z jego kieszeni dochodzi dźwięk nadchodzącego połączenia. Wiem, że dzwoni do niego Sable, ponieważ każda z najbliższych mu osób ma ustawioną inną melodię. Przez moment walczy sam ze sobą, rozważając, czy powinien odebrać, czy też zignorować połączenie.

Troska o młodszą siostrę wygrywa.

- Ta rozmowa nie jest skończona, Eleanor - oznajmia, patrząc mi prosto w oczy ponad ramieniem Nathana. - Tak, Sab? - Jego głos natychmiast zmienia się na łagodniejszy. - Wszystko w porządku? - Odchodzi w kierunku swojego auta zaparkowanego zaledwie dwa miejsca od mojego Mercedesa.

Patrzę za nim, nie mogąc oderwać wzroku od jego pleców, sposobu, w jaki przejeżdża wolną ręką przez włosy, tego, jak przystaje tuż przed Porsche i opiera się o maskę, najwyraźniej nie mając zamiaru odjechać, dopóki nie zakończy rozmowy.

- Ellie, skarbie, powiedz mi szczerze. - Nathan odwraca moją twarz do siebie, bym przestała obserwować sylwetkę Maddoxa. - Czy coś się wydarzyło wczoraj na tej imprezie? Kiedy zostawiłem cię samą?

- Nic takiego...

- Kłamiesz - stwierdza, sunąc kciukiem po mojej szczęce. - Znam cię wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy próbujesz mnie oszukać. Widzę to po twoich oczach, po tym jak zaciskasz dłonie w pięści... - Zerka w dół i zauważa, jak ściskam palce na łodygach tak mocno, że bibuła owijająca kwiaty marszczy się pod naciskiem. - Właśnie o tym mówię. Więc proszę, powiedz mi, dlaczego tak naprawdę wyszłaś.

Wiem, że nie ma sensu go okłamywać. Prędzej czy później i tak dowiedziałby się prawdy, a w najgorszym możliwym scenariuszu przeczytałby o tym w poście Kingswood Cardinal - jestem przekonana, że niedługo się pojawi - gdzie historia zostałaby zupełnie zmieniona przez anonimowego admina żerującego na cudzych nieszczęściach.

Opowiadam mu więc wszystko, w międzyczasie ruszając w stronę swojego samochodu - zaczynam od Veroniki, która poprosiła mnie o przyniesienie limonek ze spiżarni, kończąc na momencie, gdy Zoe i Michael weszli do środka. Pomijam chwilę, w której niemal się pocałowaliśmy, co prawdopodobnie jest wobec niego niesprawiedliwe, lecz staram się zignorować głos w głowie podpowiadający mi, że ta nieszczerość jeszcze kiedyś obróci się przeciwko mnie.

Otwieram samochód pilotem, po czym ostrożnie układam w bagażniku bukiet oraz sportową torbę.

Nathan przez cały czas słucha w milczeniu, nie przerywając mi ani razu. Otwiera przede mną drzwi od strony kierowcy, a następnie obchodzi auto i sam zajmuje miejsce pasażera. Musi przesunąć fotel maksymalnie do tyłu, bo jego długie nogi ledwo mieszczą się w niewielkiej przestrzeni, którą zostawiła tam ostatnim razem Phoebs.

- Rozumiem, że nie udało wam się niczego wyjaśnić? - pyta, kiedy udaje mi się zakończyć chaotyczny monolog. Po tonie głosu Nate'a nie jestem w stanie wyczuć, co teraz myśli.

- Niekoniecznie. - Odpalam silnik, przez co w aucie rozbrzmiewa na cały regulator I miss you, I'm sorry Gracie Abrams. - Raczej... - Szybko ściszam muzykę prawie do zera, wzdychając na ten jakże niefortunny dobór utworu. - Skomplikowaliśmy to wszystko jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe. Właściwie to...

Nic nie wydarzyło się tak, jak tego chciałam1.

- ...jeśli myślisz, że na to pozwolę, to jesteś w zajebistym, kurwa, błędzie!

Wazon z przepięknym bukietem od Nathana, który zaledwie godzinę temu ustawiłam na szafce nocnej, rozbija się o jasne panele. Szkło pęka na dziesiątki nierównych kawałków, woda rozlewa się po podłodze, natomiast pastelowe kwiaty leżą teraz w kałuży, część z nich z pogiętymi płatkami i połamanymi łodygami.

Wpatruję się w odłamki bladoróżowego szkła i nie mogę się zmusić do jakiegokolwiek ruchu. W uszach dzwoni mi od ogłuszających krzyków ojca, a serce wali tak mocno, że czuję jego bicie gdzieś w skroniach.

- Masz w tej chwili wypierdolić kwiaty od tego gnoja, rozumiesz? - Ojciec łapie mnie obiema dłońmi za materiał bluzy, tuż pod szyją, po czym przyciąga gwałtownie do siebie. Tracę równowagę i uderzam w jego twardą niczym skała klatkę piersiową. - Nie chcę więcej widzieć w tym domu kolejnego bukietu ani, kurwa, niczego, co przypomina mi o tym, że moja córka ma cokolwiek do czynienia z pierdolonym Scottem.

Nie odpowiadam.

Każde słowo, które teraz wypowiem, każda próba obrony siebie czy Nathana tylko pogorszą tę sytuację. Wpatruję się więc w punkt gdzieś za ramieniem ojca i czekam, co tym razem wydarzy się dalej.

- Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! - Szarpie mną mocniej, wymuszając tym spotkanie naszych spojrzeń. - Powiedz mi, rozłożyłaś już nogi przed tym...

- Wróciłam! - Niespodziewanie radosny głos mamy dobiega z parteru, niczym wybawienie przed dalszą eskalacją tego konfliktu. - Przepraszam, że tak późno, ale kolejki w Tesco były dzisiaj koszmarne! Chyba połowa Notting Hill robiła zakupy w tym samym czasie co ja! - Słyszę szelest papierowych toreb, które pewnie odstawia na wyspę kuchenną. - Chris, pomożesz mi wnieść resztę zakupów z samochodu? Kupiłam wino na dzisiejszą kolację!

To przerażające, jak szybko ojciec potrafi zmienić wyraz twarzy - w ułamku sekundy jego rysy przechodzą od czystej, nieokiełznanej furii do ciepłego, czarującego uśmiechu, dzięki któremu wygląda na idealnego ojca i męża, uwielbianego przez każdego, kogo pozna. Gdybym nie widziała, co działo się przez ostatnie piętnaście minut, sama uwierzyłabym w tę przemianę.

- Wiesz, co zrobię, jeśli piśniesz Claire choćby jedno słówko o tym, co się tutaj wydarzyło, prawda? - wyszeptuje najciszej, jak umie.

Potwierdzam skinieniem głowy.

Wiem dokładnie, co zrobi.

- Powiedz to na głos - żąda. - Chcę to usłyszeć z twoich ust, Eleanor.

- W-wiem.

- Co wiesz? - naciska, a w jego tonie słychać coś, co brzmi jak chore zadowolenie z tego, że mnie terroryzuje. - Chcę mieć pewność, że naprawdę rozumiesz konsekwencje swojego ewentualnego... nieposłuszeństwa.

- Że... że jeśli p-powiem k-komukolwiek... - Przełykam ślinę, czując, jak w gardle zbiera mi się szloch. - ...to z-zrobisz m-mamie... zrobisz jej k-krzywdę, c-chociaż t-tylko o-ona się dla c-ciebie l-liczy - powtarzam mechanicznie wyuczoną formułkę.

Od dziecka straszył mnie właśnie tym, że jeśli powiem komukolwiek o tym, co dzieje się w naszym domu, gdy nikt nie patrzy, zrobi coś strasznego jedynej osobie, za którą - jak zawsze powtarza - oddałby życie. W głębi duszy jestem niemal pewna, iż nigdy nie tknąłby własnej żony, ponieważ traktuje ją jak najcenniejszy skarb, lecz nie mogę mieć stuprocentowej pewności. Zbyt wiele razy widziałam, jak łatwo potrafi przekroczyć wszelkie granice.

Z drugiej strony...

- A co byłoby największą krzywdą, jaka mogłaby spotkać Claire? - docieka.

- U-utrata mnie.

...to jego subtelny sposób na powiedzenie mi, że ponowne otwarcie ust mogę przypłacić czymś gorszym niż kolejne pobicie, co czasami nie wydaje mi się najgorszym wyjściem z mojej beznadziejnej sytuacji.

Śmierć byłaby łatwiejsza.

Ale zabiłabym tym również swoją ukochaną mamę.

- Mądra dziewczynka. - Głaszcze mnie delikatnie po policzku, czego nienawidzę z całego serca. - A teraz zachowuj się jak grzeczna córeczka i posprzątaj ten bałagan, który ZROBIŁAŚ. Zrozumiano?

- T-tak.

- Oczywiście, że ci pomogę, serce! - woła w stronę uchylonych drzwi. - Zostaw te ciężkie torby, ja się nimi zajmę! - Odwraca się znów do mnie. - Zanim zejdziesz na kolację, wyprostuj włosy - wydaje polecenie, jakby instruował swojego pracownika. - Mamy dzisiaj gości, więc włóż coś porządnego i zrób makijaż. Tylko nie zapomnij nałożyć grubej warstwy podkładu na szyję i dekolt, te czerwone plamy wyglądają obrzydliwie. Nikt nie chce patrzeć na coś takiego przy jedzeniu. Jasne?

Jeszcze raz kiwam głową.

- Nie słyszę odpowiedzi, Eleanor.

- J-jasne - wyduszam.

- Świetnie.

Nie czekając na nic więcej, wychodzi z pokoju.

Patrzę na zamknięte drzwi, czując nadchodzący atak paniki. Opuszczam powieki i staram się zastosować technikę oddechową, której nauczyła mnie pani Marsh.

Wdech przez nos, policz do czterech.

Jeden... dwa... trzy... cztery.

Wstrzymaj powietrze, policz do siedmiu.

Jeden... dwa... trzy... cztery... pięć... sześć... siedem.

Wydech przez usta, policz do ośmiu.

Jeden... dwa... trzy... cztery... pięć... sześć... siedem... osiem.

Próbuję jeszcze raz.

I jeszcze raz.

I ostatni, aż oddech względnie wraca do normy.

Klękam pośrodku całego tego bałaganu i zaczynam zbierać na kupkę większe kawałki szkła. Jeden z nich - długi, wyglądający na wyjątkowo ostry - przykuwa moją uwagę. Podnoszę go ostrożnie między kciukiem a palcem wskazującym i przyglądam mu się z każdej strony. Następnie, nie myśląc o konsekwencjach, z całej siły zaciskam na nim lewą dłoń.

Ból przychodzi natychmiast.

Czuję, jak skóra pęka pod naporem szkła, a krew zaczyna się sączyć spomiędzy zaciśniętych palców. Nie sprawia to jednak, że puszczam. Wręcz przeciwnie. Zaciskam dłoń mocniej i mocniej, i mocniej, obserwując niczym zahipnotyzowana, jak szkarłatne kropelki spadają na podłogę.

Kap, kap, kap.

- Cześć, słoneczko!

Powitanie sprawia, że bezzwłocznie rozluźniam uścisk. Zakrwawiony kawałek wazonu upada, dołączając do reszty.

Mama pojawia się w progu pokoju z promiennym uśmiechem rozświetlającym piękną twarz. Niestety, ten uśmiech znika w okamgnieniu, ustępując miejsca przerażeniu na widok sceny rozgrywającej się przed nią.

- Boże, misia! - Klęka obok mnie, kompletnie ignorując fakt, że jej jasne spodnie przesiąkają wodą zmieszaną z krwią. Łapie delikatnie za mój nadgarstek i uważnie ogląda dłoń z każdej strony. - Och, kochanie... To wygląda na naprawdę głęboką ranę. Jak to się stało?

- U-upuściłam wazon. N-nie wiem jak... Wyślizgnął mi się z r-rąk, a potem chciałam p-posprzątać i... i skaleczyłam się, gdy z-zbierałam... - Nie daję rady dokończyć zdania, gdyż szloch, który rósł w gardle, wydobywa się na wolność.

- Nie płacz, maleńka. - Mama przyciąga mnie do swojej piersi i zaczyna kołysać w ramionach. - Za sekundkę ci to opatrzę, dobrze? Chris! - podnosi głos, kierując go w stronę korytarza. - Chris, kochanie, przynieś mi, proszę, szybko apteczkę z łazienki! Eleanor się zraniła!

Ojciec kręci się przez chwilę po domu, po czym ponownie wchodzi do pokoju, tym razem ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy, jakby kilka minut wcześniej nie stał dokładnie w tym samym miejscu i nie groził mi śmiercią.

- Co się stało? - Klęka obok mamy i patrzy na moją dłoń. - Ellie, córeczko, dobrze się czujesz? Nic ci nie jest oprócz ręki?

- Wazon się rozbił - wyjaśnia mama, rozwijając palce, które mimowolnie zacisnęłam w pięść. - Musimy dokładnie przemyć tę ranę, sprawdzić, czy nie ma w środku żadnych odłamków szkła i... szczerze, Chris, nie wiem, czy nie trzeba pojechać na pogotowie, bo rozcięcia wyglądają na naprawdę głębokie. Może potrzebne będą szwy.

- Poradzimy sobie z tym sami, serce. - Ojciec otwiera apteczkę i wyciąga z niej wszystkie potrzebne rzeczy: gaziki, opatrunki, plastry, buteleczkę z wodą utlenioną. - Ty idź na dół, rozpakuj zakupy, zanim lody się roztopią. - Całuje ją delikatnie w policzek. - Ja zajmę się naszą dziewczynką.

Mama waha się przez moment, patrząc raz na mnie, raz na męża.

- No dobrze... - Niechętnie wstaje z podłogi. - Ale gdyby coś się działo, wołajcie. - Nachyla się jeszcze, by złożyć pocałunek na czubku mojej głowy, a potem wychodzi z pokoju, zostawiając nas samych.

Ojciec nie marnuje ani chwili, by wyszeptać:

- Następnym razem, gdy będziesz chciała zrobić sobie krzywdę, przynajmniej lepiej się z tym ukryj, Eleanor.

Każdy kąt tego domu jest nawiedzony2.

Rozdział czwarty

Maddox

Leżę na narożniku w salonie, zajadając się już kolejnym z rzędu kawałkiem ciasta. Mama upiekła dziś na deser aż trzy różne rodzaje: sernik nowojorski z malinową konfiturą i białą czekoladą, tartę cytrynową zwieńczoną bezą oraz ciasto czekoladowe z kawowym kremem, które chyba jest najlepsze ze wszystkich i śmiało może konkurować ze słynnym brownie Eleanor.

Eleanor.

Nie mogę przestać o niej myśleć nawet na ułamek sekundy.

- Nie patrz tak na mnie - karcę Cairo siedzącego tuż obok kanapy. Od dobrych dziesięciu minut próbuje wyżebrać chociażby mikroskopijny okruszek. Jego brązowe oczy śledzą każdy ruch mojej dłoni jak zahipnotyzowane, natomiast długi ogon porusza się lekko, w nadziei na zmianę decyzji. - Wiesz równie dobrze jak ja, że czekolada jest dla ciebie śmiertelnie trująca, chłopie - przypominam mu, po czym oblizuję gorzki krem z widelczyka. - Bogu dzięki, że ja mogę ją jeść do woli - dodaję sam do siebie.

Doberman raczy mnie przeciągłym, pełnym wyrzutu westchnieniem i opiera łeb na przednich łapach, wyglądając przy tym jak najbardziej nieszczęśliwe stworzenie we wszechświecie.

- Synku, dołożyć ci jeszcze kawałek? - Mama przygląda mi się znad filiżanki z herbatą. - Widzę, że dzisiejszy deser wyjątkowo ci smakuje.

- Chyba zaraz pęknę - odpowiadam zgodnie z prawdą i kładę dłoń na pełnym brzuchu. Klepię się po nim lekko, czując, jak materiał koszulki napina się odrobinę bardziej niż zwykle. - Jestem pewien, że w ciągu ostatniej godziny zjadłem więcej kalorii niż normalnie przez cały dzień. - Mimo tych słów i tak nie będę w stanie odmówić sobie kolejnej porcji. Gorzka czekolada to moja największa słabość. No, prawie największa. - Ale... może jeszcze jeden kawałek tego czekoladowego? Taki malutki.

Jutro odbiję sobie całe to obżarstwo na porannym bieganiu z Michaelem.

- Wiedziałam. - Mama uśmiecha się ciepło, po czym odkrawa zdecydowanie zbyt dużą porcję ciasta. - Moje dzieci i ich miłość do słodyczy. Nie mam pojęcia, po kim to macie. - Nakłada go na mój talerzyk. - A dla ciebie, maleńka? - zwraca się do mojej siostry. - Może też masz ochotę na to czekoladowe?

Sable siedzi skulona na przeciwległym końcu kanapy, z kolanami podciągniętymi pod brodę i wzrokiem wbitym w ekran telefonu. Na niskim stoliku stoi jej nietknięty talerz z kawałkiem sernika; zwykle pochłania go w rekordowym tempie, a następnie prosi o dwie dokładki.

- Nie, dziękuję - mamrocze pod nosem. Brzmi dziwnie, zupełnie nie jak moja zwykle pełna energii siostrzyczka. - Jeszcze trochę boli mnie gardło po tym przeziębieniu. Miałam nawet problem z przełknięciem grzanek w zupie. - Milknie na moment, przewijając coś na telefonie, aż nagle zmienia temat, nadal nie patrząc na żadne z nas: - Mogę jechać jutro z Mikaelą i Thalitą do stajni? Naprawdę bardzo się za nimi stęskniłam przez ten cały tydzień. I za moją Maple też. - Pociąga krótko nosem. - Pewnie myśli, że o niej zapomniałam.

- W ten weekend zostań jeszcze w domu, myszko - wtrąca się tata, który właśnie skończył rozpalać kominek. - Dopiero co gorączkowałaś przez trzy dni. - Podnosi się z kucek, otrzepuje dłonie i zajmuje miejsce po drugiej stronie kanapy, obok mamy. - Nie chcę, żebyś teraz zmarzła w stajni i znowu złapała jakąś infekcję.

- Ale, tato, błagam... - Sable w końcu podnosi wzrok znad telefonu i patrzy na ojca z wyraźną frustracją. Jej jasnoszare oczy błyszczą wilgocią, jakby mogła się zaraz rozpłakać. - Czuję się już dobrze. Naprawdę. Nie mam już ani gorączki, ani kaszlu, ani tego okropnego kataru. Tylko trochę drapie mnie w gardle, kiedy przełykam, ale to nic poważnego...

- Córeczko, rozumiem, że chciałabyś wyjść już z domu, jednak twoje zdrowie jest najważniejsze. Przyjaciółki i klacz nigdzie się nie wybierają. Będą tam na ciebie czekały za tydzień, za dwa, za miesiąc. Odpocznij jeszcze parę dni przed powrotem do szkoły.

- Nie chcę już więcej odpoczywać! - protestuje, unosząc głos, co ostatnio zdarza się jej coraz częściej. - Siedzę zamknięta w tym domu już od prawie tygodnia jak jakiś więzień!

- Sable, posłuchaj taty. - Zwykle bez większego problemu udaje mi się dotrzeć do tej małej buntowniczki. Momentami boję się, że rośnie nam druga Zoe, bo młoda zaczyna powoli dorównywać jej temperamentem. - Przecież chcemy dla ciebie jak najlepiej.

- Nie wtrącaj się w to, Maddox! Chyba nikt nie pytał cię o zdanie, hm?!

Unoszę powoli brew, zaskoczony, a może nawet odrobinę zraniony, wrogo brzmiącym tonem siostry.

Zazwyczaj jestem jej największym sprzymierzeńcem, osobą, do której może przyjść z każdym problemem - bez względu na to, czy chodzi o kłótnię z najlepszą przyjaciółką, trudności w szkole, czy po prostu zły dzień. Najwyraźniej nadal jest wkurwiona, co daje mi odczuć od zeszłej niedzieli: odpowiada mi tylko monosylabami, nie wbiega do mojego pokoju bez pukania, ignoruje mnie, gdy próbuję zacząć jakąkolwiek rozmowę. Jedyne, do czego byłem jej potrzebny przez ostatnie dni, to do odebrania zamówienia z Waterstones po środowym treningu tenisa. Pokłóciliśmy się przez to jeszcze bardziej, bo zamówiła sobie książki zdecydowanie nieodpowiednie do swojego wieku, najwyraźniej licząc na to, że jeśli nie przyjdą bezpośrednio do domu, nikt nie zorientuje się, co czyta.

- Nie podnoś głosu na brata - strofuje ją stanowczo tata. - Nie w taki sposób traktujemy się w tym domu, Sable. Możesz być zła na Maddoxa, ale to nie usprawiedliwia ani takiego tonu, ani braku szacunku.

- Przepraszam - burczy, lecz nie brzmi szczerze. Pojedyncza łza spływa po jej policzku, co boli mnie równie bardzo jak widok płaczącej Eleanor. - Mogę już iść do swojego pokoju?

Nie wiem dokładnie, co się z nią ostatnio dzieje, ale zaczynam się poważnie martwić. Wątpię, że chodzi tylko o relację moją i El, chociaż to z pewnością nie pomaga. Intuicja podpowiada mi, że jest w tym coś więcej i mam zamiar dowiedzieć się co.

Nim któreś z rodziców zdąża jej odpowiedzieć, mój telefon leżący na stoliku kawowym wibruje, informując o nadchodzącym połączeniu FaceTime.

Zerkam na wyświetlacz.

Killian.

Gdy odbieram, na ekranie pojawia się twarz starszego brata i, cholera jasna, chyba nigdy w życiu nie widziałem go aż tak szczęśliwego.

Od razu wiem, co wydarzyło się w Rzymie.

Oświadczył się Charlotte.

- Cześć, Maddy. - Kill uśmiecha się szeroko, przez co wygląda jak zupełnie inna osoba. - Jesteś może z rodzicami i Sable?

- Jestem. - Mimowolnie odwzajemniam uśmiech, czując, jak jego radość przenosi się na mnie. Odwracam telefon, by przednia kamera objęła również resztę rodziny. - Właśnie odpoczywamy po deserze.

- Idealnie. Chcieliśmy się z wami czymś podzielić. - Pokazuje nam zapłakaną, lecz roześmianą Charlotte na tle ich pokoju hotelowego. Dziewczyna unosi lewą dłoń do aparatu, prezentując nam pierścionek ze sporych rozmiarów diamentem o owalnym szlifie, otoczonym mniejszymi kamieniami. - Bardzo niedługo będziemy mieć w rodzinie kolejną panią Griffin.

Na sekundę zapada cisza - tylko ja wiedziałem o planach brata na ten wyjazd do Włoch, więc wszyscy są w kompletnym szoku - a zaraz potem salon eksploduje okrzykami radości, gratulacjami i łzami.

- O mój Boże! - Mama podbiega bliżej i pochyla się nad moim ramieniem, by lepiej widzieć ekran telefonu. - Nie mogę uwierzyć, że to się w końcu stało! Czekałam na ten dzień od tak dawna! - Przykłada drżącą dłoń do ust, próbując opanować narastające emocje, jednak łzy już lecą po jej policzkach. - Kill, skarbie, jestem tak... tak bardzo szczęśliwa!

- Mój najstarszy syn się żeni. - Tata kiwa głową z niedowierzaniem, przy czym uśmiecha się szeroko. - To niesamowite. Gratuluję wam, moje dzieci.

- Opowiadajcie nam wszystko, Kill! - piszczy wyraźnie rozemocjonowana Sable, która chyba zapomniała już o swoim ponurym nastroju i złości na cały świat. - Chcę znać każdy najmniejszy szczegół!

- Och tak, opowiedzcie nam wszystko! - wtóruje jej mama.

- Dobrze, dobrze, spokojnie. - Brat wybucha krótkim, szczerym śmiechem, który słyszę u niego naprawdę rzadko. Siada wygodniej na łóżku i zaczyna opowiadać, patrząc raz na nas, raz na Charlotte skuloną w jego objęciach. - Więc... zarezerwowałem nam przed wyjazdem stolik w La Terrazza. Obiad był przepyszny, ale szczerze? Nie pamiętam większości tego, co jedliśmy, bo stresowałem się jak nigdy. Miałem pierścionek w wewnętrznej kieszeni marynarki i przez cały czas bałem się, że Charlotte zauważy moje dziwne zachowanie.

- Od razu zauważyłam, że coś jest nie tak - wtrąca Lottie, uśmiechając się szeroko przez łzy. - Byłeś taki dziwnie nerwowy, co jest do ciebie niepodobne. Ciągle poprawiałeś marynarkę, dotykałeś lewej kieszeni... Myślałam, że może masz jakiś problem w pracy, o którym nie chcesz mi powiedzieć, i ktoś do ciebie ciągle wydzwania.

- Po kolacji poszliśmy na spacer - kontynuuje brat. - Najpierw do Fontanny di Trevi, bo Charlotte zawsze się nią zachwycała. Problem polegał na tym, że wszędzie zebrały się ogromne tłumy, więc zacząłem prowadzić nas dalej, przez te wszystkie uliczki, próbując znaleźć jakieś spokojniejsze, bardziej kameralne miejsce...

- ...aż nagle zaczęło padać.

- Wszyscy ludzie uciekali, szukali jakiegoś schronienia, a Lottie po prostu stanęła na środku pustego Placu Navona, w tej pięknej, granatowej sukience, i śmiała się z głową odrzuconą do tyłu. - Zauważam, że w oczach Killiana zbierają się łzy, które próbuje powstrzymać, mrugając szybko. - I właśnie wtedy, patrząc na nią, pomyślałem sobie: to jest ten moment. Więc klęknąłem na jedno kolano, wyciągnąłem pudełko z przemoczonej marynarki i zapytałem ją, czy chce zostać moją żoną.

- A ja odpowiedziałam "tak", zanim zdążył powiedzieć całą przemowę, którą przygotował.

- To jest najbardziej romantyczna, najpiękniejsza historia, jaką kiedykolwiek słyszałam! - Sable opada na mnie teatralnie, udając, że mdleje, z dłonią przyłożoną do czoła. - Normalnie jak z jakiegoś filmu! Kill, nigdy bym nie pomyślała, że jesteś aż takim romantykiem!

- Nie jestem romantykiem. Po prostu... - zerka z czułością na Charlotte - zupełnie straciłem głowę dla tej cudownej kobiety.

Skądś znam to uczucie.

- Scarlett?

Ostrożnie uchylam drzwi do pokoju dziewczyny, starając się nie hałasować za bardzo, na wypadek gdyby spała; jest już grubo po dziesiątej wieczorem. Wszedłem do jej domu za pomocą zapasowego klucza, leżącego od lat w tym samym miejscu, pod doniczką przy drzwiach wejściowych. Od imprezy nie miałem z nią żadnego kontaktu i zacząłem się martwić - ani Clara, ani Amanda nie chciały mi powiedzieć, co się z nią dzieje, a ona sama ignorowała wszystkie moje wiadomości.

Wnętrze pomieszczenia wygląda, jakby przeszła przez nie jakaś katastrofa naturalna. Ubrania i torebki od projektantów są porozrzucane po całej podłodze, ozdobne poduszki oraz narzuta leżą zwinięte w kłębek w rogu zamiast ułożone na pufie, lewa zasłona jest częściowo zerwana z karnisza, a przy łóżku wala się potłuczona lampka nocna.

Chryste.

Jestem w pełni przygotowany na ostrą kłótnię, oskarżenia o zdradę, łzy oraz wrzaski. Zaledwie pół godziny temu Kingswood Cardinal opublikował post, na którym widać, jak oboje z Eleanor wychodzimy ze spiżarni. Zdjęcie jest zrobione z daleka, ale wystarczająco wyraźne, by każdy rozpoznał nasze twarze.

Podpis pod nim sprawił, że krew dosłownie zawrzała mi w żyłach:

- Wszystko w porządku? - pytam.

- Nie - burczy Scarlett spod grubej kołdry, która przykrywa ją po sam czubek głowy. - Nic nie jest w porządku, Maddox. Mam fatalny humor, od wczoraj męczy mnie okres, a do tego pokłóciłam się z tatusiem przez telefon.

Marszczę brwi, próbując zrozumieć, czy to oznacza, że faktycznie jeszcze nie wie o spiżarni, czy po prostu skupia się teraz na innych problemach, odkładając konfrontację ze mną na później, kiedy nabierze więcej sił.

- Mogę zrobić coś, żebyś poczuła się lepiej? - Podchodzę bliżej łóżka, omijając rozbite szkło, i siadam na samym brzegu materaca. - Przygotować ci ziołową herbatę? Podać leki przeciwbólowe? Termofor? Mogę też po prostu wyjść i zostawić cię w spokoju, jeśli wolisz pobyć sama.

Scarlett powoli wyłania się spod kołdry.

Jej zwykle idealnie ułożone rude loki są poplątane, twarz opuchnięta i zaczerwieniona od długiego płaczu, a ciemnozielone oczy błyszczą od świeżych łez, które zaczynają spływać po policzkach.

- Zostań - szepcze. - Możesz?

Kiwam głową i układam się obok niej na łóżku, a ona wtula się we mnie, chowając twarz w zagłębieniu mojej szyi. Obejmuję ją odruchowo, po czym zaczynam gładzić po włosach, co wydaje mi się dziwnie niewłaściwe po tym, jak jeszcze trzy dni temu trzymałem w ramionach Eleanor i dotykałem jej kosmyków w dokładnie ten sam sposób. Swoją drogą, powinienem zacząć ten temat i przyznać się Scarlett do tego, co miało miejsce we wtorek wieczorem. Biorę więc głęboki wdech, jednak ona mnie uprzedza i odzywa się pierwsza.

- Widziałam post na Cardinalu. - Kreśli opuszką palca nieregularne wzory na moim boku, co jest kurewsko nieprzyjemne, ale nie mam zamiaru tego mówić. - Udało się wam wreszcie porozmawiać? Z Ellie?

Okej. Co?

Nie takiej reakcji się spodziewałem, zwłaszcza po tym, jak nie tak dawno wpadła wściekła do mojego domu, gdyż dowiedziała się, że byłem przez kilka minut sam na sam z Zoe, gdy rozmawialiśmy o rosnących problemach Eleanor i o tym, jak bardzo się o nią martwimy. A teraz leży tu taka... spokojna, wręcz obojętna, jakby to w ogóle nie miało dla niej żadnego znaczenia?

- Nie. Nie udało - przyznaję zgodnie z prawdą. - I jeśli mam być szczery, wątpię, czy kiedykolwiek uda.

- Och. - Milknie na moment, przetwarzając tę informację. - Przykro mi, Maddox.

- Nie jesteś na mnie zła?

- Nie, misiu. Wiem, jak bardzo potrzebujesz tej rozmowy, żeby w końcu zamknąć ten etap i zapomnieć o niej raz na zawsze. - Otwieram usta, by powiedzieć, że nie wiem, czy zdołam to zrobić, lecz ona kontynuuje: - Ale z tego, co mówiła ostatnio Ellie, kiedy była u mnie z resztą drużyny, nie chce wracać do przeszłości. Woli skupić się na relacji z Nathanem. Podobno dobrze się do siebie dopasowują... pod wieloma różnymi względami.

Patrzę w sufit, w to samo miejsce co zawsze, gdzie farba wygląda nieco inaczej, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.

- Opowiadała, że jest im razem wyjątkowo dobrze i myśli, że niedługo Nate zapyta ją...

- Killian i Lottie się dzisiaj zaręczyli - wyrzucam z siebie, bo ostatnia rzecz, o jakiej chcę słuchać, to Eleanor, Nathaniel i ich cudowne dopasowanie.

- Co? Naprawdę? - Scarlett unosi lekko głowę z mojej klatki piersiowej, patrząc na mnie z nagłym zainteresowaniem. - To cudownie! Muszę im koniecznie pogratulować. Może wyślę im kwiaty, gdy wrócą?

- To byłoby miłe.

- Wiadomo już może, kiedy planują ślub?

- Nie mam pojęcia - odpowiadam, wdzięczny, że trzymamy się tego bezpiecznego tematu. - Ale znając mojego brata i patrząc na to, jak bardzo kocha Charlotte, pewnie zaplanują to wszystko jak najszybciej. Może w przyszłym roku latem?

- Hmm... - pomrukuje cicho, a następnie wsuwa palce pod dolną krawędź mojego swetra i zaczyna pieścić skórę bez żadnej bariery. Zaciskam szczęki. - Myślisz - zagaja niepewnie - że my też się kiedyś zaręczymy? Że będziemy razem wybierać salę weselną, zapraszać gości, decydować o menu, kwiatach...

Pytanie zawisa w powietrzu między nami, natomiast ja kompletnie nie mam pojęcia, jak na nie odpowiedzieć, żeby nie zranić Scarlett ani nie okłamać.

Kiedy próbuję wyobrazić sobie przyszłość - ślub, budowanie wspólnego życia, kupowanie pierwszego domu, wychowywanie dzieci - od zawsze widzę kogoś z długimi, jasnymi włosami związanymi jedwabną wstążką i przezroczystymi niebieskimi oczami.

Kurwa mać.

- Obiecaj mi, Mads, że kiedyś się pobierzemy - poprosiła Eleanor, sadzając swoją ulubioną lalkę Barbie obok mojego Kena. Wcale go nie chciałem, ale został mi przydzielony siłą, bo uparła się, że muszę się z nią bawić w rodzinę. - Jak już będziemy bardzo dorośli, kupimy sobie duży dom z dużym basenem i psa, a może nawet dwa albo trzy! I będziemy mieli dzieci. Duuużo dzieci. Może pięć.

- Czekaj, czekaj. - Zmarszczyłem brwi. - Chcesz mieć ze mną ślub? - zapytałem kompletnie zdezorientowany, bo przecież trzeba kogoś bardzo mocno kochać, żeby to zrobić.

Tak mówiła mamusia.

- No, wiadomo, że z tobą, głuptasie! - Przewróciła teatralnie oczami. - Niby z kim innym miałabym się pobierać? Z Michaelem albo Nathanem? - Skrzywiła się na samą myśl. - Przecież ciebie lubię najbardziej ze wszystkich na całym świecie.

- Ale... El, wiesz, że trzeba się całować w usta, żeby mieć dzieci? - Spoważniałem nagle, bo tydzień wcześniej widziałem, jak rodzice się całowali w kuchni i brat mi wtedy wytłumaczył, że tak właśnie się robi dzieci. - I to długo. Tak powiedział mi Kill.

- No to się pocałujemy, skoro trzeba. - Eleanor wzruszyła ramionami. - Wcale mi to nie przeszkadza. - Zmarszczyła nosek, zastanawiając się nad czymś. - Poza tym moi rodzice się nie całowali, żeby mieć dziecko. Mamusia mi mówiła, że poszli do specjalnego doktora, a on włożył mnie prosto do jej brzuszka. Więc może my też tak zrobimy, jeśli nie będziemy chcieli się całować.

- No... dobrze. - Skinąłem głową, bo to brzmiało rozsądnie. - To obiecuję. Gdy dorośniemy, to się pobierzemy.

- Przysięgasz, Mads? - Wyciągnęła do mnie mały paluszek.

- Na wszystko, El - odpowiedziałem stanowczo, splatając mój palec z jej.

A potem Eleanor pochyliła się szybko i cmoknęła mnie krótko w usta.

To był nasz pierwszy pocałunek.

- Kto wie. - Zmuszam się do powrotu do teraźniejszości, chociaż moja głowa wciąż jest wypełniona obrazem sześcioletniej Eleanor z lalką Barbie i poważną miną. - Mamy dopiero osiemnaście lat. Przed nami całe życie na podejmowanie takich poważnych decyzji.

- Ale... - Palce Scarlett zatrzymują się na mojej skórze. - Ale chciałbyś tego? Wziąć kiedyś ślub, mieć dzieci...

- Nie wiem - kłamię, choć, kurwa, doskonale wiem, jak chcę, żeby wyglądała moja przyszłość. - Może? Prawdopodobnie? Nigdy jakoś mocno się nad tym nie zastanawiałem.

- Nigdy się nie zastanawiałeś?

- Planuję raczej najbliższe kilka lat. Studia, wyprowadzkę od rodziców, rozpoczęcie pracy w Griffin Global, może jakieś większe podróże do...

- Killian jest od nas tylko dwa lata starszy, a już oświadczył się Charlotte - przerywa mi z nutką frustracji w głosie. - Jest dopiero na drugim roku studiów, ona na pierwszym, a już mieszkają razem w ich nowym mieszkaniu, planują wspólne życie...

- Dla każdego to wygląda inaczej - tłumaczę cierpliwie. - Killian zawsze był bardzo dojrzały jak na swój wiek. Do tego są z Lottie razem już od trzech lat. A poza tym... - przypominam jej coś istotnego, o czym rozmawialiśmy kilka tygodni temu - ...przecież za rok chcesz wyprowadzić się na studia do Mediolanu.

- No tak, ale są przecież samoloty i mogłabym wracać na weekendy do Londynu... - Wzdycha cicho. - Nieważne. Masz pewnie rację, zostało nam jeszcze naprawdę dużo czasu na takie poważne decyzje. - Wdrapuje się na mnie i wtula całym ciałem w mój tors. - Wiem, że jesteśmy razem tylko dwa miesiące, ale ja naprawdę czuję, że to jest to, Maddox.

Doskwiera mi przytłaczające poczucie winy, bo ja tego nie czuję.

Nigdy nie będę tego czuł z nią.

Z nikim prócz jednej konkretnej osoby.

Rozdział piąty

Maddox

Hades i Cairo zrywają się z kanapy w salonie, a następnie rzucają się w stronę korytarza, jakby spodziewali się, że odwiedzi nas ktoś, kogo nie widzieli od lat. Otwieram drzwi szerzej i wpuszczam do środka Michaela, który w stu procentach podziela entuzjazm moich psów.

Umówiliśmy się na sobotnie bieganie, chociaż teoretycznie powinienem być wciąż wkurwiony za tę całą akcję w spiżarni oraz nieproszoną ingerencję w moje prywatne sprawy. Richards jednak ma to do siebie, że nigdy nie potrafiłem się na niego gniewać dłużej niż kilka dni. Głównie dlatego, że doskonale wiem, iż wszystko, co robi, wynika wyłącznie z dobrej woli i chęci pomocy, a nie z jakiegoś pragnienia uprzykrzenia mi mojego wystarczająco skomplikowanego, popieprzonego życia.

- No już, chłopaki, dajcie spokój. - Mike przykuca na jedno kolano i zaczyna głaskać obydwa dobermany jednocześnie, by żaden nie poczuł się pominięty. Drapie Cairo za uchem, podczas gdy Hades próbuje wetknąć mokry nos wprost pod jego dłoń, domagając się większej uwagi. - Nie martwcie się, zabierzemy was ze sobą na bieganie. - Zerka na mnie przez ramię z lekkim uśmiechem. - Zakładam, że się zgadzasz?

- Jakbym miał jakikolwiek wybór. - Obserwuję tę całą scenę z dozą rozbawienia. Richards czasem potrafi być bardziej czuły wobec zwierząt niż wobec ludzi. - Chodź. - Ruchem głowy wskazuję kierunek. - Nie zdążyłem jeszcze wypić kawy.

W towarzystwie psów, które teraz krążą wokół nas niczym dwa owczarki pilnujące swojego stada, przechodzimy przez salon do kuchni. Przy wyspie kuchennej, na jednym z wysokich stołków, siedzi ubrana w różową piżamę Sable. Kończy właśnie jeść tosty, czytając książkę w twardej oprawie.

Mam nadzieję, że tym razem jest to coś odpowiedniego do jej wieku.

- Hej, Sable - rzuca swobodnie Michael. - Co tam czytasz? - Zatrzymuje się naprzeciwko niej i opiera dłonie o blat wyspy, nachylając się lekko.

Moja młodsza siostra, która jeszcze sekundę wcześniej wydawała się całkowicie pochłonięta lekturą, unosi głowę znad książki. Jasne oczy rozszerzają się odrobinę, gdy napotyka wzrok Michaela, a policzki oblewa intensywny rumieniec. Przez ułamek sekundy wpatruje się w Richardsa niczym w nadprzyrodzone zjawisko, ale zaraz spuszcza wzrok z powrotem na otwarte strony, jakby właśnie przyłapano ją na czymś niewłaściwym.

- H-hej, Mike. N-nie spodziewałam się... to znaczy - przełyka ślinę - nie wiedziałam, że dzisiaj p-przyjdziesz. Mads nic nie mówił. - Posyła mi krótkie, oskarżycielskie spojrzenie.

Co jest, kurwa?

Marszczę brwi, próbując rozszyfrować, co właściwie się tu dzieje, bo zachowanie Sable jest... nietypowe. Nigdy tak się nie jąka, chyba że jest skrajnie zdenerwowana albo przestraszona, a Michael to ostatnia osoba na świecie, która mogłaby ją przestraszyć. Zna go przecież praktycznie całe swoje życie; dorastał razem ze mną, bywał w naszym domu tak często, że sąsiedzi myśleli, iż rodzice go adoptowali.

Richards natomiast, najwyraźniej nieświadomy tego dziwnego napięcia w powietrzu, uśmiecha się lekko i przesuwa wzrokiem po tytule książki.

- Okrutny Książę? Czytałem w zeszłym roku. Była całkiem niezła, chociaż momentami trochę przewidywalna.

Rumieniec na twarzy Sable - jeśli to w ogóle możliwe - pogłębia się o co najmniej trzy odcienie, przy czym obejmuje teraz również uszy, szyję oraz dekolt.

- N-naprawdę? - pyta cicho, wciąż uparcie unikając jego spojrzenia. - Ty... ty czytasz takie książki? To znaczy... Nie myślałam, że to jest twój... gatunek. Wydawało mi się, że wolisz... no wiesz - macha ręką w nieokreślonym kierunku - coś bardziej... poważnego? Takie, nie wiem... polityczne biografie albo coś o historii wojen?

- Polityczne biografie? Mam osiemnaście lat, Sable, nie pięćdziesiąt...

- N-nie, nie to miałam na myśli! - piszczy siostra. - Chodziło mi o to, że... ty wyglądasz na kogoś, kto... - Urywa, jakby zdała sobie sprawę, że każde kolejne słowo pogarsza jej sytuację. - Nieważne. Przepraszam. To było głupie.

- Czytam różne rzeczy. Nie ograniczam się do jednego gatunku, bo to trochę jak jedzenie wyłącznie jednego dania przez całe życie: w pewnym momencie staje się nudne, nawet jeśli jest obiektywnie dobre. Literatura to literatura, niezależnie od tego, czy jest to klasyka, kryminał, fantastyka, czy romans. Ale przyznam szczerze, że akurat do tego tytułu namówiła mnie Skylar. Uwielbia fantastykę, szczególnie taką z elementami polityki i władzy.

Sable w końcu unosi wzrok i przez krótką chwilę patrzy na niego z czymś, co wygląda na uwielbienie. Jej oczy aż błyszczą, a przez twarz przebiega cała gama emocji, zanim znowu odwraca głowę, tym razem w stronę okna wychodzącego na ogród, gdzie wiatr kołysze gałęziami.

- T-to... to fajnie - mamrocze bardziej do siebie niż do któregokolwiek z nas. Bawi się nerwowo rogiem strony, na zmianę zaginając go i prostując. - Że... że czytasz. I że ci się podobało.

Staję przy ekspresie do kawy i zaczynam przygotowywać sobie podwójne espresso, bo pojedyncze zdecydowanie nie wystarczy po wczorajszej nocy, którą spędziłem, przewracając się z boku na bok. Jednocześnie obserwuję kątem oka tę dziwną wymianę zdań, starając się zarejestrować każdy szczegół.

Cholera jasna.

Czy Michael, mój najlepszy przyjaciel, który jest o cztery lata starszy od Sable, się jej... podoba? Ona ma już prawie czternaście lat, więc teoretycznie zainteresowanie płcią przeciwną jest normalne - sam w tym wieku byłem po uszy zakochany w Eleanor - ale raczej spodziewałem się, że zacznie wzdychać do jakiegoś kolegi ze szkoły albo chłopaka z drużyny jeździeckiej w swoim wieku, a nie dorosłego faceta.

A może po prostu sobie to wszystko wymyślam? Szukam problemów tam, gdzie ich nie ma, bo własne życie uczuciowe jest takim jebanym bałaganem, że podświadomie projektuję swoje paranoje na nastoletnią siostrę?

- Czujesz się już lepiej, mała? - Wyjmuję filiżankę spod ekspresu, który właśnie skończył parzenie. - Gardło przestało cię boleć?

- Tak. - Sab zamyka książkę i zsuwa się ze stołka. - Znaczy... prawie. Jeszcze trochę drapie, ale to nic takiego. - Zabiera z blatu talerz i kubek, by odnieść je do zmywarki, przy okazji omijając Michaela nienaturalnie szerokim łukiem. - I-idę na górę. Muszę... muszę się pouczyć do testu z historii.

Otwieram dla niej zmywarkę, bo ma zajęte obie ręce.

- W sobotę? - pytam podejrzliwie, gdyż nigdy dobrowolnie nie uczy się w weekendy. - O dziewiątej rano?

- Tak, w sobotę, o dziewiątej rano - bąka, układając z niepotrzebną precyzją naczynia we właściwych szufladach. - Mam bardzo dużo materiału do nadrobienia przez chorobę.

Zanim mogę powiedzieć cokolwiek więcej, młoda praktycznie wybiega z kuchni, zostawiając za sobą tylko dźwięk bosych stóp tupoczących po schodach na górę i głośne trzaśnięcie drzwiami do jej pokoju.

- Tylko ja to zauważyłem - odzywa się Michael ostrożnie, jakby nie chciał przypadkiem oskarżyć mojej siostry o coś niewłaściwego, ale nie mógł zignorować tego, co właśnie się wydarzyło - czy Sable zachowywała się trochę... dziwnie?

- Nie tylko ty. - Wypijam swoje espresso naraz, a gorycz rozlewa się po moim podniebieniu. - Właśnie się przy tobie jąkała, a zwykle jest w stanie przegadać Zoe, co jest nie lada wyczynem. - Odstawiam filiżankę do zlewu. - Zachowuje się tak od tygodnia, może nawet dłużej. Nie wiem, co się z nią dzieje.

- Dojrzewanie - stwierdza, jakby to wszystko wyjaśniało.

I może faktycznie wyjaśnia.

Tym akcentem kończymy temat mojej siostry. Zaczynam za to opowiadać Michaelowi o zaręczynach Killiana oraz mojej wczorajszej rozmowie ze Scarlett, w międzyczasie przygotowując dla niego czarną kawę.

- I co jej na to odpowiedziałeś? - pyta przyjaciel, sącząc powoli gorący napój. - Kiedy zapytała cię o wasze wspólne plany?

- Że nigdy się nad tym nie zastanawiałem. - Postanawiam wypić jeszcze jedno espresso, więc wyjmuję z szafki czystą filiżankę i wracam do ekspresu. - I że mamy dopiero osiemnaście lat i przed nami całe życie na takie decyzje.

Mike milczy przez długą chwilę, obracając powoli kubek w dłoniach. Znam go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że ta cisza nie jest przypadkowa. Musi dokładnie przemyśleć, jak ubrać w słowa to, co chce powiedzieć, żeby nie zabrzmiało źle.

- Nie mówiłeś mi przypadkiem niedawno, że chcesz wziąć ślub stosunkowo wcześnie? Najlepiej jeszcze przed ukończeniem magisterki, prawda? - Drapie się po pokrytej ciemnym zarostem szczęce. - I mieć przynajmniej trójkę dzieci?

Mówiłem. Nawet pamiętam tamtą rozmowę.

Siedzieliśmy późnym wieczorem w jego pokoju, piliśmy bezalkoholowe piwo i nagle zebrało się nam na poważne rozmowy o przyszłości. Mike otwarcie wyznał, że raczej nie widzi się w roli ojca czy męża, przynajmniej nie przez następne dziesięć, piętnaście lat. Woli poświęcić się politycznej karierze, która jest jego życiowym celem. Ja za to marzyłem - i nadal marzę - o dużej rodzinie. Tylko że wtedy, gdy wypowiadałem te wszystkie pragnienia na głos, byłem przekonany, że ta wyobrażona przyszłość - dom pełen dzieci z blond włosami oraz piegami, wspólne śniadania i wieczory przy kominku - czeka mnie z Eleanor.

- Mówiłem, Mike. - Przeczesuję włosy obiema dłońmi. - Bo dokładnie tego chciał... chcę. Dokładnie tego chcę.

- Ale nie ze Scarlett - stwierdza bez owijania w bawełnę.

Przytakuję skinieniem głowy, po czym wypijam kolejne espresso, które raczej mi nie pomoże, tylko najprawdopodobniej przyspieszy bicie serca i pogłębi uczucie lęku towarzyszące mi, odkąd się dziś obudziłem.

- Nie wiem, co mam zrobić, stary - wyznaję w końcu, a to jedno krótkie, z pozoru banalne zdanie, wypowiedziane na głos, otwiera jakiś wewnętrzny zawór, przez co wylewają się ze mnie wszystkie myśli, które do tej pory trzymałem głęboko w środku. - Te oświadczyny Killiana, wszystkie wczorajsze pytania Scarlett o naszą wspólną przyszłość, ślub, dzieci, wspólny dom... Ona nie zasługuje na bycie w związku z kimś, kto całymi dniami i nocami ciągle myśli obsesyjnie o innej dziewczynie. To nieuczciwe. Okrutne. Podłe, kurwa. Nawet jeśli od samego początku wiedziała, co tak naprawdę czuję do El, to na pewno w głębi duszy liczyła, że to się z czasem zmieni. I w sumie wychodzi na to, że powinienem do końca życia być sam. Prawdopodobnie nigdy nie pokocham innej kobiety tak mocno jak Eleanor. Bo nic się nie zmieniło, Mike. Kocham ją jak popierdolony i nie potrafię przestać. - Ukrywam twarz w dłoniach i pocieram piekące od bezsenności oczy. - Próbowałem. Naprawdę, kurwa, próbowałem, żeby mój związek ze Scarlett wypalił. Cholernie chciałem, by nam wyszło. Wmawiałem sobie, że po prostu potrzebuję więcej czasu, a uczucia w końcu same przyjdą, jeśli tylko będę wystarczająco cierpliwy. Ale nie jestem w stanie jej pokochać. Po prostu... kurwa, po prostu nie potrafię. - Biorę głęboki oddech. - Nie lubię dotyku Scar, chociaż chciałbym, żeby był dla mnie przyjemny. Pocałunki nie wywołują tych motyli w brzuchu, tego podekscytowania. Niczego. - Zawieszam głos, a potem dodaję ciszej: - Cholera, nawet nie mogę się przemóc, żeby się z nią przespać.

Nigdy wcześniej nikomu się do tego nie przyznałem.

- Nie? - Michael unosi brwi, wyraźnie zdziwiony tą informacją. Odstawia kubek z niedopitą kawą na blat i pochyla się w moją stronę. - Przecież Scarlett to... no, zawsze była dość otwarta w tym temacie. Myślałem, że przynajmniej ta część waszego związku działa względnie dobrze.

- Ta część naszego związku w ogóle nie istnieje.

- Ale... - Urywa, niepewny, czy powinien drążyć. - W ogóle nic? Przez te dwa miesiące? Nawet raz?

- Nic. Nawet... - Gryzę się w język, nie chcę wdawać się w szczegóły. - Po prostu nic, Mike.

- Żadnej fizycznej bliskości poza całowaniem się? - upewnia się jeszcze raz, jakby nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.

- Żadnej - potwierdzam.

- Dlaczego, Maddox? Obiektywnie patrząc, Scarlett jest bardzo atrakcyjną dziewczyną. Nie musisz jej kochać, żeby fizycznie cię pociągała.

- To... skomplikowane. - Nie potrafię inaczej tego ująć, nie brzmiąc przy tym jak kompletny pojeb albo ktoś z bardzo poważnym psychicznym problemem, wymagającym natychmiastowej terapii.

- Spróbuj to jakoś wytłumaczyć - prosi. - Możesz mi powiedzieć wszystko. Nigdy cię nie oceniałem i nie zamierzam tego robić.

Hades, leżący przy moich stopach, trąca mi nosem kostkę, jakby wyczuwał, że coś ważnego dzieje się w przestrzeni nad jego głową.

- Nie jestem w stanie nawet znieść MYŚLI o seksie z jakąkolwiek inną dziewczyną niż Eleanor. I pewnie teraz uznasz mnie za nienormalnego, bo przecież spaliśmy ze sobą tylko ten jeden raz. Ale boję się, że gdybym spróbował z kimkolwiek innym, czy to ze Scarlett, czy inną dziewczyną, to przez cały czas myślałbym tylko i wyłącznie o El. O tym, jak się czułem tamtego wieczoru, jak kurewsko idealnie do siebie pasowaliśmy. - Przejeżdżam dłonią po włosach, próbując zebrać myśli. - Wiem, że warto ruszyć dalej. W gruncie rzeczy to był tylko seks, który pewnie nie powinien mieć dla mnie aż tak wielkiego znaczenia po tylu miesiącach...

- To nie był tylko seks, Maddox - przerywa mi Michael. - Nie dla ciebie. Może dla większości ludzi w naszym wieku to tylko przyjemna czynność, mechaniczny akt, sposób na rozładowanie napięcia i zaspokojenie potrzeb bez głębszego znaczenia. Dla ciebie jednak dotyk i bliskość zawsze wiązały się z czymś znacznie więcej. Z zaufaniem, emocjami, poczuciem bezpieczeństwa. Ty po prostu nie potrafisz oddzielić od siebie tych wszystkich rzeczy. To nie jest twoja wina. To po prostu to, kim jesteś. I nie ma w tym nic złego.

Skurczybyk dobrze mnie zna. Czasem mam wrażenie, że aż za dobrze - lepiej niż ktokolwiek inny prócz jednej osoby, która nie chce ze mną rozmawiać.

- Czemu, do kurwy nędzy, nadal czuję się jak jej własność?

Richards przygląda mi się ze współczuciem.

- Bo nadal ją kochasz.

- KURWA. - Opieram czoło o blat i zamykam oczy. - Muszę zerwać ze Scarlett, zanim ona się we mnie zakocha.

Godzę się z tym, że najwidoczniej będę sam już na zawsze.

Wspomnienia Maddoxa

- Co jeśli... - Odwróciłem wzrok, unikając tak dobrze znanych mi oczu, które od razu dostrzegłyby każdą moją niepewność. - Stanę się twoim błędem?

- Maddox. - Poczułem chłód jej drobnych dłoni na twarzy, chociaż lipcowa noc była wyjątkowo gorąca. - Spójrz na mnie. Proszę.

- Ale...

- Maddoxie Carterze Griffinie. - Wiedziałem, że skoro wypowiedziała moje pełne imię, jest poważnie. - Spójrz. Na. Mnie.

Niechętnie to zrobiłem.

Eleanor leżała pode mną naga, w ciemnoszarej pościeli, z naturalnie kręconymi włosami rozsypanymi na poduszce. Wyglądała... kurwa, nie istniały słowa, które mogłyby odpowiednio opisać, jak piękna była w tamtym momencie. Pełne usta miała zaczerwienione, lekko opuchnięte od naszych pocałunków, które zaczęły się jeszcze na dole, w oranżerii, a na piegowatych policzkach wykwitał intensywny rumieniec.

- Nigdy nie będziesz moim błędem. - Przesunęła kciukiem po mojej szczęce. - Słyszysz? NIGDY - powtórzyła to słowo z naciskiem. - Cokolwiek się stanie jutro, za tydzień, za rok... to, co dzisiaj zrobimy, nie stanie się dla mnie błędem.

- El...

- Jestem gotowa, Mads. Chcę, żebyś był moim pierwszym.

- A ja chcę, żebyś była moją pierwszą, kochanie. - Uśmiechnąłem się lekko, czując, jak to określenie, kochanie, spływa z moich ust tak naturalnie, jakby zostało stworzone wyłącznie dla niej. Wiedziałem, jak bardzo się rozpływa, gdy tak do niej mówię, za to ja wprost uwielbiałem ją tak nazywać. - Ale musisz mi coś obiecać.

- Cokolwiek - wyszeptała.

Jej bezwarunkowe zaufanie ścisnęło mi gardło.

- Jeśli w jakimkolwiek momencie poczujesz się niekomfortowo, będzie dla ciebie za szybko, za intensywnie, zaboli bardziej, niż powinno, albo najzwyczajniej w świecie zmienisz zdanie... Obiecaj, że NATYCHMIAST mi powiesz, a ja przestanę. Bez pytań, bez wyjaśnień. Po prostu przestanę. Rozumiesz?

Eleanor potwierdziła skinieniem głowy, co mnie nie zadowoliło.

- Słowami, piękna - wymruczałem. - Muszę to usłyszeć z twoich ust.

- Obiecuję.

- Przysięgasz, El?

- Na wszystko, Mads.

To było więcej niż wystarczające.

Zacząłem składać pocałunki wzdłuż jej szyi, a El zacisnęła mocno palce na moich włosach.

W ciągu ostatnich tygodni, odkąd pozwoliła mi się dotykać w taki sposób, całkiem dobrze nauczyłem się jej ciała. Wiedziałem już dokładnie, gdzie muszę ją pocałować, żeby przeszedł przez nią dreszcz, jak mocno przygryźć skórę, by było to dla niej przyjemne, a nie bolesne, w jakim tempie przesuwać usta, aby wyrwać z Eleanor te rozkoszne dźwięki, które doprowadzały mnie do szaleństwa.

Dotarłem do tego jednego szczególnie wrażliwego miejsca tuż pod jej uchem - odkryłem je całkowicie przypadkiem, gdy całowaliśmy się w moim Porsche po wspólnym treningu w Ashbourn Academy - a El odchyliła szyję, dając mi lepszy dostęp. Powoli zjechałem wargami niżej, do piersi, które tak idealnie pasowały do moich dłoni. Objąłem ustami twardy sutek, co sprawiło, że wygięła się pode mną w łuk. Ssałem delikatnie, przesuwałem językiem po wrażliwym miejscu, słuchając, jak próbuje stłumić kolejne jęki, bo mimo wszystko wciąż była zawstydzona tym, jak bardzo reagowała na mój dotyk.

Boże, jak ja ją kocham.

- Nie musisz się powstrzymywać - przypomniałem, przenosząc usta na drugą pierś. Pocałowałem ją, po czym dmuchnąłem lekko na wilgotną skórę, co wywołało kolejny dreszcz. - Nikt nas nie usłyszy, kochanie.

- Łatwo ci mówić. - El zakryła twarz przedramieniem. - To nie ty wydajesz z siebie... takie... dziwne dźwięki.

- Cudowne dźwięki - poprawiłem ją. Odciągnąłem rękę dziewczyny od twarzy i splotłem nasze palce na poduszce, tuż obok jej głowy. - Chcę usłyszeć je wszystkie.

Przesunąłem drugą dłoń wzdłuż boku Eleanor i zatrzymałem się na biodrze, zanim ona objęła mój nadgarstek i skierowała ją ponownie między swoje uda, tam, gdzie gościłem już wcześniej w oranżerii. Przesunąłem po niej palcami, obserwując przy tym każdą najmniejszą reakcję jej ciała.

- Wszystko w porządku? - Musiałem zapytać. Musiałem wiedzieć.

- T-tak - wydusiła.

- Moglibyśmy się teraz zatrzymać. - Uniosłem nasze splecione dłonie i złożyłem pocałunek na każdej kostce ukochanej z osobna. - Dotykać przez całą noc, całować aż do rana, sprawiać sobie przyjemność w taki sposób, w jaki robiliśmy to do tej pory. I to też byłoby dobre, El. Nie musimy iść dalej tylko dlatego, że doszliśmy do tego momentu.

- Ale...?

- Ale jeśli jesteś pewna, możemy się kochać - podjąłem bardziej intymnym głosem. - Bez planu. Bez presji, że wszystko wyjdzie idealnie, bo... - Uśmiechnąłem się krzywo. - Szczerze mówiąc, kochanie, prawdopodobnie nie wyjdzie. Początek może okazać się odrobinę niezręczny, może nawet nieprzyjemny, chociaż zrobię wszystko, byś czuła się jak najlepiej. I na pewno nie będzie wyglądało jak w filmach czy książkach. Za to będzie NASZE. Tylko NASZE.

- Chcę się z tobą kochać, Mads. Teraz. Tutaj, w twoim łóżku. Nie chcę czekać. Nie chcę, żeby wyszło idealnie. Chcę ciebie. Nas.

Nas.

Pocałowałem ją ponownie, tym razem z jeszcze większą namiętnością. Przesunąłem językiem wzdłuż dolnej wargi dziewczyny, prosząc bez słów o dostęp, na co natychmiast odpowiedziała. Ciągle dotykałem jej kobiecości, starając się ją jak najbardziej rozluźnić.

- Tak... tak, to... - Eleanor jęknęła prosto w moje usta. Próbowała jednocześnie całować mnie dalej i wyrażać to, co czuje. - Och, Boże, MADDOX...

Zacisnęła palce na moim ramieniu i wbiła krótkie paznokcie w skórę na tyle mocno, że poczułem lekkie ukłucie przyjemnego bólu. Pozostawiła tam małe czerwone półksiężyce, które następnego dnia stanowiły dowód tego, co się między nami wydarzyło.

Chciałem jej śladów na sobie. Wszędzie.

Zwiększyłem tempo, bo wiedziałem, że jest blisko - poznawałem to po sposobie, w jaki napinała mięśnie ud coraz bardziej i oddychała urywanie, nierówno. Kontynuowałem te same ruchy, które wyrywały z gardła El coraz głośniejsze, bardziej rozpaczliwe dźwięki, i patrzyłem niczym zahipnotyzowany, jak fala rozkoszy przechodzi przez jej ciało.

- Jesteś niesamowita. - Cmoknąłem ją w czubek lekko zadartego noska. - Wiesz o tym, prawda? Absolutnie niesamowita.

Wtedy spojrzała na mnie, jakbym był kimś wyjątkowym.

Jakbym był jej.

Dysząc ciężko, bo sam potrzebowałem czasu, żeby się pozbierać po tym, co przed chwilą zobaczyłem, trzymałem ją w ramionach. Gdy zyskałem pewność, że względnie doszła do siebie, odsunąłem się od niej, ignorując ciche westchnienie protestu.

- Poczekaj sekundkę.

Sięgnąłem do szuflady w szafce nocnej, aż po chwili grzebania w jej zawartości odnalazłem opakowanie prezerwatyw. Odwróciłem się z powrotem do Eleanor i zauważyłem dziwny wyraz twarzy.

- Co się stało?

- Dlaczego... - Przeniosła wzrok na niebieskie opakowanie, a potem z powrotem na mnie. - Dlaczego je masz?

Zmarszczyłem brwi.

- Co?

- Prezerwatywy - wyjaśniła, oblewając się szkarłatem tak głębokim, że sięgnął aż do jej piersi. - To znaczy nie, że zakładałam, że ich nie masz i zrobimy to bez zabezpieczenia. To byłoby nieodpowiedzialne i głupie, i w ogóle wiem, że jesteś odpowiedzialny i zawsze myślisz o takich rzeczach z wyprzedzeniem, ale nie wiem... czy ty...

Z całej siły zacisnęła powieki, przerywając tę chaotyczną tyradę w połowie zdania. Westchnęła bezsilnie i zakryła czerwoną twarz dłońmi; El miała tendencję do kompletnej utraty kontroli nad własnym językiem w stresujących sytuacjach.

- Przepraszam - mruknęła stłumionym głosem. - To było głupie. Możemy się umówić, że ostatnie trzydzieści sekund nigdy się nie wydarzyło?

- Dlaczego je mam? - powtórzyłem zadane przez nią pytanie. Odłożyłem opakowanie na poduszkę obok nas i wróciłem do swojej wcześniejszej pozycji nad El. - Kupiłem je jakiś czas temu. - Odciągnąłem jej dłonie od twarzy. - Ale nie planowałem ich używać z kimś innym, jeśli o to się martwisz. Nawet przez jedną, pieprzoną sekundę swojego życia nie myślałem o innej dziewczynie niż ty. - Musnąłem wargi Eleanor swoimi. - Wiedziałem, że między nami coś się zmienia. I pomyślałem sobie, że jeśli kiedykolwiek dojdziemy do tego momentu, to nie chcę panikować. Nie chcę przerywać tej chwili, tylko być gotowy. DLA CIEBIE.

Patrzyła na mnie, przetwarzając moje wyjaśnienie. Zupełnie niespodziewanie jej oczy zaszkliły się łzami.

- Hej, co się stało? - Przesunąłem dłonią po policzku ukochanej, przy okazji odgarniając przyklejone do spoconej skóry platynowe kosmyki. - Powiedziałem coś nie tak?

- Nie. - Potrząsnęła głową. - Nie powiedziałeś nic złego, Mads. Wręcz przeciwnie. Po prostu tak bardzo cię... PRAGNĘ.

- Ja ciebie też - kocham - pragnę, kochanie - dokończyłem bezpiecznie, choć te słowa wydawały się błahe w porównaniu z tym, co naprawdę czułem.

Wiedziałem jednak, że już niedługo jej o tym powiem.

Jeszcze tylko dwa dni.

- Zróbmy to - zarządziła stanowczo. - Nie chcę już dłużej czekać.

Sięgnąłem ponownie po kartonik, a następnie klęknąłem pomiędzy jej szeroko rozchylonymi nogami. Ręce zaczęły drżeć mi z nerwów, podniecenia i pieprzonego strachu, że coś spierdolę.

Uspokój się, Maddox. Weź głęboki oddech. Jesteś z El. Wszystko będzie dobrze.

Wyjąłem foliowe opakowanie i zacisnąłem zęby na jego brzegu, próbując rozerwać je w ten sposób, bo moje roztrzęsione palce z pewnością by zawiodły.

Pociągnąłem mocno.

Raz.

Nic.

Drugi.

Nic.

Kurwa. Mać.

Spróbowałem ponownie, tym razem pod innym kątem, ale jedyne, co uzyskałem, to ukłucie w dziąsło.

- Nie oceniaj - burknąłem w stronę Eleanor, gdyż widziałem, jak ledwo powstrzymuje uśmiech. - To... stres.

- Wcale cię nie oceniam. - Przesunęła dłoń na moje udo. - To tylko... no wiesz. - Zawahała się. - Słodkie.

Uniosłem wzrok znad przeklętej folii.

- SŁODKIE? Serio, El? SŁODKIE?

- Mhm. SŁODKIE - potwierdziła.

- Masz mnie nagiego w łóżku, jestem dosłownie sekundę od tego, żeby się z tobą kochać, a jedyne, co przychodzi ci do głowy na opisanie tej sytuacji, to... SŁODKIE?

Eleanor parsknęła śmiechem.

To dźwięk, dla którego gotów byłem robić rzeczy wręcz absurdalne.

- NAJSŁODSZE - poprawiła się, nadal chichocząc, by po chwili puścić mi oczko. - A jeśli mam być całkowicie szczera, to najseksowniejsze, co w życiu widziałam.

Wróciłem do walki z opakowaniem z nową determinacją. Tym razem zacisnąłem zęby mocniej, pociągnąłem pod jeszcze innym kątem i wreszcie usłyszałem satysfakcjonujący dźwięk rozrywanej folii.

- HA! - wykrzyknąłem triumfalnie, unosząc prezerwatywę niczym trofeum mistrza lacrosse'a. - Wiedziałem, że dam radę!

Zachichotała ponownie.

- Mój bohater.

Założyłem prezerwatywę i gdy byłem już gotowy, objąłem Eleanor za biodra. Przysunąłem ją bliżej do siebie, po czym ustawiłem się tuż przy jej wejściu, lecz zanim cokolwiek zrobiłem, spojrzałem dziewczynie w oczy. Zauważyłem w nich napięcie.

- Wszystko dobrze?

W odpowiedzi pocałowała mnie, wlewając w to całą swoją pewność.

- Jeśli to jest twoim "tak", to ja jestem cały twój, El. Ale jeśli potrzebujesz jeszcze minuty, godziny, tygodnia, roku, nie ruszę się stąd. Zostanę przy tobie dokładnie tak długo, jak będziesz potrzebowała. I poczekam. Nawet całą wieczność, jeśli trzeba.

- To jest moje "tak", Mads. I nie potrzebuję więcej minut, godzin ani tym bardziej dni czy tygodni. Chcę być z tobą. Teraz.

I wtedy zaczęliśmy.

Razem.

Rozdział szósty

Eleanor

W sobotę Londyn postanawia obdarować nas kolejnym z tych niezwykle rzadkich, słonecznych dni, kiedy na niebie nie ma ani jednej chmurki. W związku z tym wykorzystujemy z dziewczynami tę niespodziewaną łaskę natury i wybieramy się na długi spacer po Hyde Parku, zamiast jak zwykle tkwić w zatłoczonych kawiarniach lub sypialni Zoe.

Upijam mały łyk gorzkiej, czarnej kawy z papierowego kubka, który parzy mi palce nawet przez tekturową osłonkę. Nadal nie mogę przyzwyczaić się do jej paskudnego smaku, ale brak mleka owsianego pozwala mi zaoszczędzić trochę niepotrzebnych kalorii.

A każda kaloria się liczy.

KAŻDA.

- Jeszcze jeden malutki kęsik, Elsie - zachęca Phoebe, podnosząc do moich ust maślane ciasteczko z białą czekoladą i suszonymi malinami. Kupiła mi je w kawiarni siłą, ignorując wszystkie moje protesty oraz próby przekonania jej, że nie jestem głodna. - Zjadłaś dopiero połowę, kochana.

Niechętnie rozchylam wargi, aby odgryźć kawałek wypieku; chociaż obiektywnie jest naprawdę smaczny, nie sprawia mi żadnej przyjemności. Nie mam wolnej ręki, by samodzielnie trzymać to przeklęte ciastko - w prawej dzierżę kubek, a lewą mam zabandażowaną po ostatnim... incydencie, który ostatecznie skończył się szyciem rany w szpitalu - więc moja najsłodsza Phoebs postanowiła mnie osobiście nakarmić.

- Przestań już z tą ciszą, błagam, bo nie zniosę dłużej tej chujowej atmosfery - marudzi idąca po mojej lewej stronie Zoe. Od dobrych dziesięciu minut próbuje zainicjować pomiędzy nami normalną rozmowę, chociaż ja pozostaję nieugięta. - Nienawidzę, jak się na mnie obrażasz. - Czubkiem swojego loafersa Prady kopie ze złością mały, szary kamyk, wysyłając go kilka metrów dalej. - To jest tortura, Els. Wolałabym, żebyś się na mnie darła albo wyzywała od najgorszych niż po prostu... MILCZAŁA.

- Nie obrażam się - powtarzam monotonnie, patrząc na dzieci biegające przed nami.

- Kłamiesz. Totalnie się obrażasz. Nawet na mnie nie patrzysz, odkąd się spotkałyśmy, a od tej zasranej imprezy praktycznie ze mną nie rozmawiasz. - Zoe zatrzymuje się w miejscu, czym zmusza nas do zrobienia tego samego. - Wiem, że zrobiłam źle, okej? Wiem, że nie powinnam była zamykać was z Maddoxem w tej pieprzonej spiżarni bez waszej zgody. To głupie, impulsywne i totalnie przekroczyłam granicę. - Bierze głęboki oddech. - Ale musisz mi uwierzyć, że zrobiłam to w dobrej wierze, Els. Naprawdę. Martwię się o ciebie. O was oboje. I pomyślałam, że może jeśli zostaniecie zmuszeni do rozmowy, to w końcu... Jezu, kurwa, nie wiem, no. Wygarniecie sobie to, co leży wam na sercach od miesięcy.

Przytakuję skinieniem głowy, ponieważ gdzieś w głębi duszy rozumiem intencje przyjaciółki. Wiem, że Zoe nie zrobiła tego z chęci zranienia mnie czy Maddoxa. Szczerze wierzyła, że to nam pomoże, jednak nie zmienia to faktu, że... no cóż, nie pomogło.

- Przepraszam, okej?! - wykrzykuje nagle, stając tuż przede mną. Chwyta za moje ramiona i siłą zmusza, bym w końcu spojrzała jej w jasnozielone oczy. - Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Powiem to sto razy. Tysiąc razy. Milion. Ile tylko chcesz, żebyś w końcu przestała się dąsać i wróciła do bycia moją normalną, wspaniałą, najlepszą przyjaciółką.

- Okej.

- Okej? - Marszczy gęste, znacznie ciemniejsze od jasnobrązowych włosów brwi. - To wszystko? Tylko jedno suche "okej"? Żadnego wykładu o tym, jak bardzo zawiodłam twoje zaufanie, żadnych oskarżeń?

- Mhm.

- Eleanor Vivienne Adwin, jeśli zaraz nie przestaniesz mi odpowiadać monosylabami, to przysięgam na Chanel, że wrzucę cię w tę ogromną kupkę mokrych liści! - grozi, wskazując palcem na wielki, brązowo-złoty stos leżący pod rozłożystym dębem kilka metrów dalej. - I absolutnie nie obchodzi mnie, że masz zabandażowaną rękę. Zrobię to. Naprawdę zrobię.

- To ja powinnam wrzucić tam ciebie! - wyrywa mi się, zanim zdążam się powstrzymać, na co Zoe się uśmiecha, zadowolona, że w końcu zareagowałam emocjonalnie.

- Jeśli to sprawi, że w końcu przestaniesz się boczyć i wrócisz do bycia sobą, śmiało, zrób to! - Rozkłada szeroko ręce w geście kapitulacji. - Proszę bardzo! Popchnij mnie z całej siły! Nawet nie będzie mi ani trochę szkoda mojego zajebiście pięknego, nowego trenczyku. - Wskazuje na beżowy, dwurzędowy płaszcz Burberry z charakterystycznym podszyciem w kratkę. - Kosztował mnie prawie dwa tysiące funtów, ale dla naszej przyjaźni jestem gotowa go poświęcić!

Parskam cicho pod nosem, czując, jak resztki uporu i determinacji, by trzymać ją na dystans, po prostu wyparowują.

- Nie wrzucę cię w żadne liście, Zo. I nie jestem na ciebie zła. To znaczy... przez ostatnie cztery dni byłam naprawdę wściekła, ale już mi przeszło.

- Serio? - W jej pięknych oczach pojawia się błysk nadziei. - Naprawdę mi wybaczasz? Mówisz to poważnie czy tylko po to, żebym się w końcu zamknęła i przestała cię męczyć?

- Naprawdę. - Biorę mały łyk obrzydliwej kawy. - Rozumiem, że miałaś dobre intencje. I doceniam to, że się o mnie martwisz, choć nadal uważam, że to był wyjątkowo głupi pomysł.

- Całkowicie się z tobą zgadzam - przytakuje mi Phoebe.

- Ja pierdolę, jak ja za tobą tęskniłam, Els - wyznaje Zoe z ulgą, po czym nieoczekiwanie wciąga mnie w duszący uścisk. Unoszę kubek, ledwo unikając wylania gorącego napoju na nas obie. - Nigdy więcej się już na mnie nie złość, błagam. To było, kurwa, koszmarne. Najgorsze cztery dni w moim życiu.

- To nigdy więcej nie dawaj mi powodów do złości - odbijam, jednak w głosie słychać już tylko ciepło.

- Przysięgam - mamrocze przyjaciółka prosto w moje włosy. - Na Chanel, na kolekcję butów i wszystkie torebki mamy...

- Na Chanel wystarczy - przerywam jej z rozbawieniem.

Stoimy tak przez dłuższą chwilę, wtulone w siebie na środku parkowej alejki, podczas gdy inni przechodnie omijają nas szerokim łukiem, a Phoebe obserwuje nas z zadowolonym uśmiechem.

Mój telefon wibruje w kieszeni płaszcza, przerywając ten moment. Odrywam się od Zoe, podaję jej kubek i sięgam po urządzenie; czekam na wiadomości od Nathana, z którym jestem potem umówiona do kina na jakiś horror.

Ale to nie Nathan.

Sable:

nie uwierzysz co przypadkowo usłyszałam

maddox i michael rozmawiali w kuchni i nawet nie wspomnę, że nikt mnie nie uprzedził, że będziemy mieli gościa, więc byłam tam w różowej piżamie z misiami, ale to teraz nieważne

zapomniałam wziąć z wyspy kuchennej książkę, a naprawdę chciałam dokończyć rozdział, bo nie mogłam przestać myśleć o tym, co będzie dalej

więc wróciłam się po nią na dół, bo myślałam, że może już wyszli na to swoje bieganie

i wiesz co akurat wtedy mówił mój brat?

że chce zerwać ze scarlett

ZERWAĆ

Czytam te wiadomości trzy razy, by upewnić się, że dobrze rozumiem słowa, które widzę na ekranie.

Maddox chce zerwać ze Scarlett?

Przecież są razem od zaledwie... dwóch miesięcy? Może trochę więcej? Dokładnie tyle samo czasu minęło między naszym pierwszym pocałunkiem przy pianinie a naszym - a właściwie moim - pierwszym razem.

To może oznaczać tylko jedno: teraz będzie szukał sobie kolejnej naiwnej dziewczyny do zdobycia, uwiedzenia, wykorzystania i porzucenia.

Robi mi się żal Scarlett.

Co, jeśli tak naprawdę ona nigdy nie chciała mnie celowo skrzywdzić ani zniszczyć naszej wieloletniej przyjaźni? Co, jeśli również stała się ofiarą jego manipulacji, niepodważalnego uroku osobistego, tej zdolności do sprawiania, że czujesz się jak najważniejsza osoba na świecie, a potem nagle, bez wyjaśnienia, zostajesz z niczym? W mojej głowie panuje teraz jeszcze większy mętlik niż po wyjściu ze spiżarni. Skoro Maddox naprawdę chce zerwać ze Scarlett, a we wtorek zachowywał się w stosunku do mnie tak... czule, czy to znaczy, że miałam rację i naprawdę znów chce wciągnąć mnie na swoją orbitę, z której tak trudno się wydostać?

Chowam telefon z powrotem do kieszeni płaszcza, nie pozwalając, by moja twarz zdradziła jakiekolwiek emocje. Jednak Phoebe ze swoją wrodzoną intuicją już coś zauważyła, więc by skutecznie odciągnąć jej uwagę od potencjalnego drążenia tematu i zadawania niewygodnych pytań, proszę:

- Dasz mi kolejny gryz ciasteczka?

Przyjaciółka patrzy na mnie z miną, która jasno mówi, że wie, iż coś się właśnie wydarzyło, a ta nagła chęć jedzenia to tylko sprytny manewr odwracający uwagę od problemu.

- Oczywiście, kochana - mówi łagodnie, podsuwając wypiek pod moje usta.

Niechętnie odgryzam malutki kawałek.

- Nie są takie dobre jak twoje - stwierdzam całkowicie szczerze, lecz z intencją, by skierować rozmowę na jedno z jej ukochanych hobby. - Nikt nie piecze takich ciasteczek jak ty, Phoebs.

- Jake ostatnio też... - zaczyna niewinnie, po czym urywa w połowie zdania, jakby zdała sobie sprawę, że właśnie powiedziała za dużo. - Ups. - Zakrywa usta wolną dłonią, a jej oczy rozszerzają się niemal dwukrotnie.

- Phoebs? - Zoe wchodzi w tryb "detektyw Williams", marszcząc podejrzliwie brwi. - Co chciałaś przed chwilą powiedzieć? Dokończ to zdanie. Natychmiast.

- Ja... ja... nic takiego... tylko... Jake też lubi ciasteczka...

- O mój Boże. - W głowie Zoe wszystkie elementy układanki składają się w całość z prędkością światła. - O mój, kurwa, Boże. PHOEBE MARIE HARRIS. Czy ty coś kręcisz z Petersonem?!

- Nie! - wykrzykuje. - To nie jest... my tylko... - Bierze głęboki wdech, próbując zebrać się w sobie. - Od tej imprezy z okazji wygrania przez Elsie turnieju, gdzie rozmawialiśmy tak długo na tarasie o... o różnych rzeczach, złapaliśmy lepszy kontakt. I możecie mi wierzyć lub nie, ale Jake jest świetnym kucharzem. Naprawdę fantastycznym. No w końcu jego rodzice mają całą sieć ekskluzywnych restauracji, więc od dziecka był wychowywany w tym środowisku... Lecz pieczenie słodkości, ciast, deserów zawsze szło mu strasznie słabo. Jakiś czas temu poprosił mnie bardzo grzecznie, czy mogłabym go nauczyć podstaw, pokazać kilka prostych przepisów. Ostatnio robiliśmy u niego ciasteczka inspirowane Crumble Cookie, a wcześniej makaroniki...

Nagle ta niewytłumaczalna ilość różnego rodzaju mąki, którą widziałam w jego spiżarni podczas imprezy, zaczyna mieć dla mnie sens.

- Byłaś u niego w domu?! - Zoe musi usiąść na najbliższej ławce, wyraźnie zszokowana słowami Phoebs. - Sama? Z Jakiem Petersonem? Wielokrotnie? I nikomu o tym nie powiedziałaś?!

- Technicznie rzecz biorąc, to nie jest jego dom. Przecież nie mieszka w tym penthousie na stałe, tylko z rodzicami...

- Nie wierzę w to, co słyszę. Moja słodka, delikatna, niewinna Phoebe, która nosi pastelowe, różowe sweterki z haftowanymi kwiatuszkami i chodzi do kościoła co niedzielę, spotyka się potajemnie z wydziaranym na całym ciele Petersonem, mającym pieprzone kolczyki w sutkach.

- Ty też masz kolczyki w sutkach! I tatuaże!

- Więc... - podejmuję ostrożnie, przyciągając uwagę Phoebe na siebie. - Ty i Jake spędzacie razem czas. Często?

- Spotykamy się dwa, czasem trzy razy w tygodniu, zależy, ile mamy na głowie. - Siada obok Zoe, a ja zajmuję miejsce po jej prawej stronie. - Ale to naprawdę nie jest nic romantycznego. Najzwyczajniej w świecie dobrze mi się z nim rozmawia. Jest zabawny. Dużo bardziej inteligentny, niż myślą wszyscy w szkole. I... lubi słuchać, kiedy mówię o rzeczach, które mnie interesują. Zadaje pytania, pamięta szczegóły z poprzednich rozmów. To... przyjemne. Żaden inny chłopak nigdy wcześniej nie poświęcał mi tyle uwagi.

- Phoebs. - Układam zabandażowaną dłoń na jej kolanie, ukrytym pod grubymi, różowymi rajstopami. - Czy ty się w nim... zakochałaś?

- Chyba jeszcze nie. Ale... boję się, że to tylko kwestia czasu. - Zerka na mnie niepewnie spod gęstych rzęs. - To głupie, prawda? Zakochiwać się w kimś takim jak Jake Peterson? W kimś, kto prawdopodobnie złamie mi serce?

- Nie. To nie jest głupie. Uczucia nigdy nie są głupie.

Nawet jeśli prowadzą do złamanego serca.

Ziewam po raz kolejny, przyciskając czoło do chłodnej szyby w Jaguarze Nathana, a oczy zamykają mi się same. Horror, który obejrzeliśmy w kinie - nawet nie pamiętam jego tytułu - był wyjątkowo słaby, a ostatnie pół godziny przespałam wtulona w ramię chłopaka. Nie mam pojęcia, jak się zakończył, czego wcale nie żałuję.

Parkujemy pod domem Nate'a, tuż za moim autem. Z trudem udaje mi się prowadzić przez zabandażowaną rękę, ale automatyczna skrzynia biegów zdecydowanie ułatwia sprawę. Muszę jednak przyznać, że za każdym razem, gdy musiałam w drodze tutaj chwycić mocniej za kierownicę, chciało mi się wyć z bólu.

Sama to sobie zrobiłaś, El. Nikt nie kazał ci zaciskać dłoni na tym kawałku szkła.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdybym znalazła się znów w identycznej sytuacji, zrobiłabym to ponownie.

Bez zastanowienia.

- Śpisz, piękna Ellie? - Z prawej strony dobiega mnie rozbawiony głos Nathana. Słyszę, jak gasi silnik, a zaraz potem czuję jego dotyk na udzie. - Cholera. Wybacz, że aż tak bardzo cię dzisiaj zanudziłem.

- Nie śpię - mamroczę niezbyt przekonująco, odrywając czoło od szyby. Zmieniam pozycję i opieram głowę o zagłówek, by móc spojrzeć na chłopaka siedzącego obok mnie. - Ale nigdy więcej nie dam namówić się na żaden film, w którym są zombie. To było... po prostu obrzydliwe.

- Zapamiętam na przyszłość - obiecuje z uroczym uśmiechem, po czym wysiada z auta.

Przez moment zastanawiam się, czy powinnam teraz pożegnać się z nim i wrócić do siebie. Jest już prawie jedenasta, ale z drugiej strony ojciec planował zabrać dziś mamę na jakąś "romantyczną randkę", więc najprawdopodobniej nie będzie zbytnio interesował się tym, że mnie nie ma w domu. Z drugiej strony nigdy nie wiem, czego mogę się po nim spodziewać.

Nathan szybko obchodzi samochód z przodu i zanim zdążę choćby sięgnąć do klamki, on już otwiera drzwi pasażera, a następnie wsuwa się do środka.

- Co ty...? - zaczynam zdezorientowana, lecz urywam, gdy bez słowa wsadza jedno ramię pod moje kolana, a drugie układa mi na plecach, tuż pod łopatkami. - Nate! - piszczę głośniej, niż zamierzałam, bo właśnie bez najmniejszego problemu wyciąga mnie z fotela pasażera, jakbym nic nie ważyła. - Przestań, jestem za...

Ciężka.

Instynktownie zarzucam ręce na jego szyję i chwytam się jej kurczowo, wczepiając palce prawej dłoni w kaptur ciemnej bluzy, na wypadek gdyby nagle stracił równowagę i upuścił mnie na podjazd.

- Jesteś za co? Za ładna? Za słodka? Zbyt inteligentna? - Poprawia chwyt, by pewniej mnie trzymać, przez co nasze twarze są teraz na tej samej wysokości. - Jeśli właśnie to chciałaś powiedzieć, to się z tobą w zupełności zgadzam, skarbie.

- Nate, serio, możesz mnie postawić... - próbuję zaprotestować. - Pewnie jest ci ciężko...

- Ciężko? - Pomimo ciemności panującej na zewnątrz wyraźnie widzę, jak marszczy brwi, jakbym powiedziała właśnie coś absurdalnego. - Chyba zwariowałaś. - Zamyka drzwi biodrem i sięga po kluczyk do tylnej kieszeni, trzymając mnie teraz jedną ręką. - Wyciskam na siłowni dwukrotność twojej wagi, jeśli nie więcej. - Kierujemy się w stronę wejścia do domu. - Jesteś leciutka jak piórko. Mogę cię tak nosić caaałą noc.

Nie jestem.

Waga od półtorej tygodnia praktycznie stoi w miejscu, chociaż naprawdę staram się pilnować każdej kalorii i ważyć jedzenie na wadze kuchennej, by na pewno się nie pomylić, a większość dni w mojej notatce jest zaznaczona na zielono lub co najwyżej pomarańczowo. Nie zmienia to faktu, iż ciągle nie jestem w stanie pozbyć się piątki z przodu, nawet pomimo obniżenia dziennego limitu o kolejne sto kalorii.

Pogrążam się w tych obsesyjnych myślach na tyle głęboko, że nie rejestruję nawet, kiedy Nate otwiera drzwi, wnosi mnie do domu i sadza na kanapie w salonie. Kuca, by zdjąć mi sięgające przed kolano kozaki, podczas gdy Puszek już gramoli się na moje uda. Miauczy przeciągle oraz rozpoczyna intensywną produkcję ciasteczek, ugniatając przednimi łapkami materiał spódniczki.

- Cześć, Pusiu. - Cmokam kocura w rudy łebek. - Chyba nie jadłeś jeszcze kolacji, hmm? - Drapię go pod bródką, w miejscu, które sprawia, że zamyka zielone ślepia z rozkoszy i zaczyna mruczeć jak traktor. - Jesteś strasznie głodny, prawda, maluszku?

- Na pewno. - Nathan odstawia moje buty obok kanapy. - On jest zawsze głodny. Trzecia nad ranem? Głodny. Południe? Głodny. Dopiero co pochłonął całą miseczkę karmy? Nadal głodny. - Zsuwa mi płaszcz z ramion, rzuca go niedbale na fotel, a następnie chwyta zwierzaka i zabiera go w kierunku kuchni. - Ciebie również zapraszam, skarbie. Ty też nie jadłaś jeszcze kolacji.

- Ale jadłam całkiem sporo popcornu - oponuję, chociaż w rzeczywistości skubnęłam zaledwie kilka ziarenek. - I piłam dużą Colę. Z cukrem. - Kłamstwo. Wybrałam tę w wersji diet. - Poza tym wcześniej poszłam z dziewczynami na wegańskiego burgera. - Kolejne kłamstwo. - Zamówiłam tam ogromnego cheeseburgera z kotletem z fasoli, frytki... - Stop, Eleanor. Zaraz się pogubisz we własnych kłamstwach. - I naprawdę jestem pełna.

Może i Zoe oraz Phoebs rzeczywiście były dzisiaj po południu na burgerach, ale ja już wtedy od dawna siedziałam w domu z mamą. Popijałyśmy razem zieloną herbatę z opuncją i przez cały ten czas myślałam tylko o Maddoxie i jego planowanym zerwaniu ze Scarlett.

Nathan nie wydaje się zbyt zainteresowany moimi protestami. Zaczyna przygotowywać coś w kuchni, z Puszkiem nadal w ramionach, więc wyjmuję z torebki telefon, który ignorowałam cały wieczór.

Uśmiecham się pod nosem, widząc wiadomości od Lottie.

Jestem tak niesamowicie szczęśliwa, że ona i Killian się zaręczyli. Ta dwójka niewątpliwie została sobie przeznaczona przez jakąś odgórną siłę i stworzą razem cudowną, kochającą się rodzinę, pełną ciepła, wsparcia i bezwarunkowej miłości.

Dokładnie taką, o jakiej sama nieustannie marzę.

Lottie:

Nie mogę przestać patrzeć na pierścionek.

Dosłownie co pięć sekund unoszę rękę i patrzę, jak światło się w nim odbija.

[Obraz]

Wkurzam Cię już? Mam nadzieję, że nie, ale gdybym wkurzała, to mi powiedz. Xx

Chociaż pewnie i tak nie przestanę do Ciebie wypisywać. Nigdy. Xx

Jestem taka szczęśliwa!!!

[Obraz]

Widziałam dziś tę suknię ślubną na wystawie jakiegoś cholernie drogiego butiku. Nawet nie chcę znać jej ceny, ale chyba się zakochałam. Co Ty o niej sądzisz? Myślisz, że taka koronka to dobry pomysł?

Zaczynam wystukiwać odpowiedź do przyjaciółki, ale ledwo udaje mi się napisać pierwsze słowo, gdy nagle z kuchni dobiega głośny, metaliczny huk, jakby Nathan upuścił coś ciężkiego na podłogę. Zaraz potem słyszę serię soczystych przekleństw, których zwykle stara się przy mnie nie używać, bo wie, jak bardzo tego nie lubię.

- Wszystko w porządku, Nate? - Odrywam wzrok od ekranu telefonu i spoglądam w stronę otwartej kuchni.

- Tak, tak, jest super, nie martw się! - odpowiada szybko, a w jego głosie pobrzmiewa irytacja skierowana zapewne wyłącznie na samego siebie. Widzę, że podnosi z kafelków żeliwną patelnię, po czym odstawia ją na kuchenkę gazową. - Wolisz tosty z samym serem czy dać ci też ketchup? - Otwiera lodówkę i przesuwa w niej produkty, ewidentnie czegoś szukając. - Wybacz, że nie mam nic innego. Wszystko, co zostało mi z dzisiejszego cateringu, jest z mięsem.

- Nate, serio, nie musisz nic dla mnie robić. - Podnoszę się z kanapy i ruszam do kuchni. - Naprawdę. Mówiłam ci, że jestem najedzona po tym burgerze i...

- Ellie. - Odwraca się do mnie, opiera biodra o blat kuchenny i krzyżuje ramiona na szerokiej klatce piersiowej. - Z serem i ketchupem? Czy może chcesz bez niczego, zwykły chleb podsmażony na odrobinie masła?

Zaciskam prawą dłoń na brzegu swetra.

- Bez niczego - wyszeptuję pokonana.

- Hej. - Nathan zmniejsza dystans między nami, a potem delikatnie unosi moją brodę palcami. - Wiesz, że nie mam złych intencji, prawda, skarbie? Chcę tylko, żebyś coś zjadła.

Nieznacznie kiwam głową.

Wzdycha cicho i zanurza obie dłonie w moich rozpuszczonych, sięgających do pasa włosach. Przeczesuje je powoli, od nasady aż po same końcówki, ale nagle coś wyraźnie go niepokoi. Zabiera jedną rękę i unosi ją pomiędzy nas oboje, na wysokość naszych twarzy. Wokół jego palców jest owiniętych kilkanaście pojedynczych, jasnych włosów, które mienią się w świetle lampy nad wyspą kuchenną.

- Co jest...? - Mruży oczy, wpatrując się w te kosmyki, jak gdyby nie mógł uwierzyć w to, co widzi.

Odwracam wzrok i kieruję go na Puszka mlaszczącego przy swojej miseczce, całkowicie pochłoniętego najważniejszą czynnością w swoim kocim życiu.

Ostatnio wypada mi coraz więcej włosów; pierwszy raz zauważyłam to po wygranym turnieju tenisowym, a od tamtej pory z każdym tygodniem sytuacja jest odrobinę gorsza niż poprzednio. Na szczęście - przynajmniej jak dotąd - nie jest to jeszcze zauważalne dla innych, ponieważ z natury mam je dosyć gęste i grube. Nie zmienia to jednak faktu, że na szczotce po każdym rozczesywaniu czy w odpływie prysznica po umyciu głowy zawsze zostaje ich przerażająca ilość.

- Ellie. - W głosie Nathana pojawia się wyraźny niepokój. - Skarbie, powiedz mi szczerze. Czy ty... czy ty się dobrze czujesz?

Nie, Nate. Nie czuję się dobrze. Ani trochę. Ale nigdy ci się do tego nie przyznam.

- To tylko... stres. Zawsze wypada mi więcej włosów, kiedy mam za dużo na głowie. Moja mama cierpi na dokładnie to samo, więc to pewnie genetyczne czy coś.

- Ellie...

- To co z tymi tostami?

- Eleanor. - Wypowiada moje pełne imię tonem, jakiego nigdy wcześniej od niego nie słyszałam. - Proszę. Nie zmieniaj...

- Chyba jednak zgłodniałam, wiesz? - Zmuszam się do szerokiego uśmiechu, który pewnie wygląda groteskowo. - W sumie... Może zrób mi je jednak z serem. Z dużą ilością sera. I z ketchupem też. Musisz opiec je z dwóch stron, żeby były idealnie chrupiące. - Wiem, że mówię za dużo i za szybko, co brzmi nienaturalnie, ale nie potrafię się powstrzymać. - Naprawdę umieram z głodu. Zjem przynajmniej dwa, jeśli nie trzy...

- Eleanor, przestań. - Nathan chwyta mnie stanowczo za oba ramiona. - Proszę cię. Po prostu przestań.

Zamykam usta.

- Widzę, co robisz. Każdego dnia obserwuję, jak jesz coraz mniej i mniej, jak wymyślasz coraz bardziej skomplikowane wymówki, jak unikasz wspólnych posiłków, a twoje ubrania zaczynają być coraz luźniejsze... - Przerywa na moment, przełykając ciężko ślinę. - I teraz jeszcze te włosy. Ellie, skarbie, ja... Martwię się o ciebie. Bardzo. Nie tylko ja. Wszyscy się martwimy.

Stoję jak wryta, czując pieczenie pod powiekami.

- Chodź tu, maleńka. - Przyciąga mnie do swojej klatki piersiowej. - Wiem, że to nie jest dla ciebie łatwy temat, ale pamiętaj, że możesz na mnie liczyć. Zawsze. - Odsuwa się odrobinę, po czym uśmiecha lekko, ukazując dołeczek w policzku. - A teraz zjemy razem tosty, okej? A potem może... zostaniesz?

Chowam twarz w materiale jego bluzy.

- Okej - szepczę stłumionym głosem. - Zostanę. Napiszę tylko mamie, że będę u... Zoe.

Próbuję nie myśleć o tym, że to kolejne kłamstwo na długiej, niekończącej się liście.

Ale przynajmniej dzisiejszej nocy będę bezpieczna.

Wspomnienia Eleanor

Wiedziałam, że pierwszy raz może boleć.

Nie spodziewałam się, że aż tak bardzo.

Zacisnęłam palce na umięśnionych plecach Maddoxa i wbiłam paznokcie w jego skórę, choć nie zamierzałam użyć aż tyle siły. To nie była intencja zranienia go czy chęć zostawienia na nim śladów, lecz czysty odruch - ten sam, który kazał mi zaciskać dłonie w pięści lub chwytać za wstążkę we włosach. Próbowałam powstrzymać grymas bólu, ponieważ desperacko chciał pojawić się na twarzy. Wolałam, by Maddox nie pomyślał, że robi coś źle, więc zagryzłam dolną wargę, starając się myśleć o czymś innym: o jego dużych dłoniach na moich biodrach, tekście 505, które leciało w tle z naszej wspólnej playlisty od El dla Madsa <3, sposobie, w jaki ciało chłopaka pasowało do mojego, o tym, jak bardzo go kocham...

- El, spójrz na mnie. - Mads ułożył lewą dłoń na mojej twarzy, po czym zaczął delikatnie przesuwać palcami po policzku. - Czy bardzo boli? - zapytał, na co skinęłam lekko głową. Nie było sensu go okłamywać. - W skali od jednego do dziesięciu?

- Może... sześć? - Skrzywiłam się lekko. - Pięć i pół? To nie jest...

- El.

- Siedem - przyznałam ciszej.

- Możemy przestać w każdej sekundzie - przypomniał mi. - Powiedz tylko jedno słowo, a się wycofam, kochanie.

- Nie chcę przestawać. - Zdradliwa, samotna łza wymknęła mi się spod rzęs. Nie zdążyłam nawet pomyśleć o tym, że nie powinnam płakać w takim momencie, gdyż Mads już ścierał ją kciukiem. - Po prostu... nie wiedziałam, że to będzie takie...

- Intensywne? - podpowiedział łagodnie, więc ponownie pokiwałam mu w odpowiedzi. - Chcę, żebyś ty też czuła się dobrze. Na tym zależy mi najbardziej. Nie na... kontynuowaniu. Na TOBIE. - Pocałował czubek mojego nosa. - Jeśli chcesz, możemy przestać. Włączyć jakiś serial albo zejść na dół i pograć na pianinie. A może kąpiel...

- Nie - przerwałam mu. Wiedziałam, dokąd zmierza ta litania propozycji. Próbował sprawić, żebym nie czuła się źle z rezygnacją, lecz ja nie miałam zamiaru się wycofać. Nie chciałam się wycofać. - Daj mi tylko chwilkę - poprosiłam. - I pocałuj mnie. Tak jak zawsze, Mads.

Usta Maddoxa zamknęły się na moich z tak niewiarygodną delikatnością, że przez sekundę odnosiłam wrażenie, iż całuje mnie duszą, nie ciałem. Nasze języki spotkały się w tańcu, który stał się nam bliski przez ostatnie tygodnie - od tego pierwszego pocałunku przy pianinie, przez setki kolejnych, z każdym razem coraz pewniejszych, coraz bardziej naszych.

- To jest twoja chwila - wyszeptał prosto w moje wargi. - Chcesz, żebym się wycofał? Wycofam się. Chcesz leżeć tak do rana? Będziemy leżeć. Chcesz, żebym się poruszył? Poruszę się. Ty decydujesz, co dzieje się dalej. Wszystko jest w twoich rękach. Dobrze?

- Dobrze - odszeptałam drżąco.

Nie czekając na więcej słów, ponownie złączyłam nasze usta. Całowaliśmy się tak długo, jakbyśmy mieli na to całą wieczność. Wrócił do wędrówki dłońmi po moim ciele - przesuwał nimi powoli wzdłuż boków, zatrzymał na chwilę na biodrach, następnie zszedł niżej na uda, by potem przenieść je wyżej. Każdy dotyk przypominał mi, jak bardzo kocham to uczucie, a moje ciało stopniowo rozluźniało się pod nim.

- Mads? - odezwałam się w końcu, odrywając wargi od jego. Nie wiedziałam, ile czasu minęło, lecz czułam, że jestem gotowa na więcej.

- Tak, kochanie? - Odsunął się odrobinkę, by na mnie popatrzeć, a w jego oczach w kolorze gorzkiej czekolady, w których tonęłam od tak dawna, że nie pamiętałam już, jak wygląda powierzchnia, zobaczyłam uczucie przypominające miłość.

- Możesz się ruszyć. Tylko bardzo, bardzo powoli. I... - Złapałam za dłoń chłopaka i splotłam nasze palce. - Trzymaj mnie za rękę. Nie puszczaj, proszę.

- Nie puszczę, piękna.

Lekko poruszył biodrami i z początku ból zaostrzył się w miejscu, w którym mnie wypełniał. Wstrzymałam oddech, a palce prawej dłoni jeszcze mocniej zacisnęłam na jego łopatce.

- Oddychaj, El - polecił, na co wypuściłam powietrze z płuc.

Mads nie przyspieszył, nie pogłębił ruchów, nie próbował forsować żadnej granicy, której nie byłam gotowa przekroczyć. Każdy ruch wydawał się ostrożny, przemyślany, pełen uwagi - tak inny od męskiego dotyku, do którego zostałam przyzwyczajona.

Tak inny od rąk ojca.

Odepchnęłam tę myśl jak najszybciej. Nie miałam prawa dopuścić jej do siebie w chwili, gdy kochałam się z miłością mojego życia.

Gdzieś między trzecim a czwartym pchnięciem, między piątym a szóstym oddechem, poczułam, jak coś powoli się zmienia. Ból przeplatał się z czymś innym, co zaczęło się jako ledwo zauważalne ciepło gdzieś głęboko w brzuchu. Przyjemność byłaby za dużym słowem, by to opisać, lecz to uczucie zapowiadało się... obiecująco. Przebłysk tego, co mogłoby przyjść, gdybyśmy tylko dali naszym ciałom więcej czasu na naukę siebie nawzajem.

- Jak się czujesz? - Maddox przesuwał ustami wzdłuż mojej szczęki, aż do miejsca za uchem. - Powiedz mi, kochanie. Kiedy milczysz, martwię się, że robię coś źle.

Wzięłam głęboki wdech, próbując zebrać myśli, które rozpraszały się za każdym razem, gdy wargami dotykał mojej skóry.

- Lepiej - odparłam szczerze. - Dużo lepiej niż na początku. Możesz... - Zawahałam się, gdyż mimo wszystko nadal czułam się dziwnie, prosząc go o coś takiego. - Możesz przyspieszyć. Tylko odrobinę.

Mads natychmiast uniósł głowę.

- Jesteś pewna? El, jeśli wciąż boli, możemy...

- Jestem pewna - przerwałam mu stanowczo. - Ufam ci, Mads. Po prostu... kontynuuj. Proszę.

- Powiedz mi, jeśli to będzie za dużo - przypomniał.

Ruchy ukochanego stopniowo nabierały rytmu. Znalazł tempo, które działało dla nas obojga - na tyle łagodne, by nie sprawić mi większego bólu, ale wystarczająco obecne, bym czuła go, czuła nas, czuła to wszystko, co działo się między naszymi ciałami w ciemności jego sypialni. Zacisnęłam palce w kruczoczarnych włosach chłopaka i zaczęłam całować go wszędzie, gdzie tylko mogłam dosięgnąć w tej pozycji - po szyi, tuż pod szczęką, po obojczykach oraz ramionach. Zostawiałam ślady na bladej skórze Maddoxa, na co odpowiadał westchnieniami.

- Mads...

- Hm?

- Nic. - Pocałowałam zagłębienie pomiędzy jego szyją a ramieniem. - Po prostu chciałam powiedzieć twoje imię.

Uśmiech pojawił się na jego przystojnej twarzy.

- Tak cholernie dobrze się z tobą czuję, El - wydyszał ochryple. - Nawet nie masz pojęcia.

Delikatnie zmienił kąt, unosząc moje biodra odrobinę wyżej, przez co nagle poczułam coś zupełnie innego. Z ust wyrwał mi się cichy dźwięk, którego nie byłam w stanie powstrzymać, nawet gdybym próbowała ze wszystkich sił.

Maddox zastygł w tej samej sekundzie, jak gdyby przestraszył się, że mnie skrzywdził.

- Kochanie, wszystko w porządku? Zrobiłem coś...

Zanim zdążył dokończyć pytanie, oplotłam go nogami i przyciągnęłam do siebie mocniej, krzyżując kostki w okolicy jego lędźwi.

- Nie przestawaj. - Moje biodra poruszały się już same, szukając tego samego kąta. - Zaczynam czuć się...

- Dobrze? - dokończył za mnie z nadzieją. - El, proszę, powiedz mi prawdę. Naprawdę jest ci dobrze?

- Mhm... - mruknęłam, powracając do jego ust.

Przy tobie zawsze jest mi dobrze.

Po wszystkim leżeliśmy spleceni ze sobą przez nieskończenie długą chwilę, starając się uspokoić szaleńcze tempo naszych serc, które biły ze sobą w zsynchronizowanym rytmie. Maddox spoczywał na mnie całym ciężarem swojego umięśnionego ciała, z głową opartą tuż między moimi piersiami i oddychał coraz głębiej, podczas gdy ja gładziłam go bezmyślnie po wilgotnych od potu włosach. Hades i Cairo, zamknięci za drzwiami sypialni, skrobali od czasu do czasu pazurami o drewno, domagając się wpuszczenia do środka.

- Jak się czujesz? - zapytał Mads, nie unosząc się ani o milimetr; jego głos był stłumiony, ponieważ mówił bezpośrednio w moją skórę.

- Zmęczona. - Moje powieki stawały się tak niewiarygodnie ciężkie, że ledwo byłam w stanie je utrzymać otwarte. - Ale... w dobry sposób. Jak po naprawdę dobrym treningu, tylko milion razy lepiej.

- Coś cię boli? - Przesunął dłonią po moim boku, na co dostałam gęsiej skórki.

- Troszeczkę.

- Przepraszam.

- Przestań przepraszać.

- Nie przepraszam za to, co zrobiliśmy. Przepraszam za to, że bolało. Gdybym mógł wziąć ten ból na siebie, zrobiłbym to bez wahania.

Wiem, pomyślałam. Właśnie dlatego jestem tu teraz z tobą.

- Mads. - Pociągnęłam go lekko za włosy, wymuszając, by uniósł głowę i na mnie popatrzył. - To nie był zły ból. Przeżyłabym go z chęcią setki razy, jeśli to oznaczałoby, że znajdę się znów tak blisko ciebie.

Uśmiechnął się kącikiem ust i oparł brodę na moim mostku.

- Musimy wziąć prysznic - wymamrotał niechętnie, lecz żadne z nas nawet nie drgnęło. - Jeśli tylko masz ochotę... wspólny.

- Minutkę, dobrze?

- Minutkę - zgodził się, obejmując mnie jeszcze mocniej w talii, jakby chciał upewnić się, że nigdzie się nie wybieram. - Możemy leżeć tak do rana, jeśli chcesz. Do końca tygodnia. Albo do końca świata.

- Do końca świata brzmi dobrze.

Pomiędzy nami zapadła cisza, choć nie trwała ona długo.

- El?

- Tak?

- Dziękuję, że mi zaufałaś i oddałaś coś tak cennego. Że... - przełknął ciężko ślinę, a jego jabłko Adama poruszyło się pod skórą - pozwoliłaś mi być twoim pierwszym.

- Dziękuję, że byłeś taki cierpliwy. - Musnęłam opuszkami jego kark, na co mruknął cicho. - Dzięki tobie czułam się... BEZPIECZNA.

- Przy mnie zawsze będziesz bezpieczna.

Uwierzyłam mu.

Kolejne utwory grały w tle - Reflections przeszło w Do I Wanna Know? - aż w pewnym momencie Maddox odsunął się ode mnie po raz pierwszy, odkąd skończyliśmy się kochać. Usiadł na piętach, odgarniając ręką mokre włosy z czoła, a mój wzrok mimowolnie powędrował w dół, między nasze ciała. Od razu zwróciłam uwagę na to, że prezerwatywa była pokryta krwią. Podniosłam się nieznacznie, siadając wyżej, i spojrzałam na jasnoszare prześcieradło - niestety, wcale nie wyglądało lepiej. Natychmiast sięgnęłam po kołdrę, którą zrzuciliśmy wcześniej na podłogę w ferworze namiętności, czując przytłaczającą potrzebę, by zakryć siebie i sprawić, aby te wszystkie fizyczne dowody zniknęły.

Obrzydliwe, usłyszałam w głowie głos brzmiący jak ojca.

- Hej, hej, nie uciekaj przede mną. - Maddox chwycił moją dłoń, którą zaciskałam mocno na kołdrze. - Nic się nie dzieje, El. To jest całkowicie normalne. Wiesz o tym, prawda?

- Wiem - potwierdziłam cicho, oblizując nerwowo wargi. Policzki mi wręcz płonęły, natomiast oczy uciekały jak najdalej od niego. - Ale to nie zmienia faktu, że czuję się... zawstydzona.

- Nie musisz się wstydzić. To tylko ja. Twój Mads. - Uniósł moją dłoń i ucałował jej wierzch. - Nie przesadziłem pod koniec? Cholera, powinienem był...

- Wszystko w porządku - przerwałam mu szybko, zanim na dobre zaczął się obwiniać. - Naprawdę, boli tylko troszkę. Przysięgam, że gdyby było inaczej, powiedziałabym ci.

Przyglądał mi się przez długą chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, próbując wyczytać z moich oczu prawdę, którą być może ukrywałam.

- Na co przysięgasz? - zapytał, a kącik jego ust drgnął.

- Na wszystko, Mads.

Pocałował mnie w czoło, po czym podniósł się z łóżka.

- Za moment wracam, kochanie.

Kiedy widziałam, jak się oddala - nadal nagi, ze zmierzwionymi włosami i wyraźnymi, czerwonymi śladami moich paznokci na szerokich plecach - poczułam irracjonalną panikę wzbierającą w piersi.

- Dokąd idziesz? - Przyciągnęłam kołdrę bliżej do ciała, nagle przerażona tym, że zostanę sama. - Mads...?

- Idę tylko do łazienki. Niczym się nie martw.

Drzwi zamknęły się za nim, a ja opadłam z powrotem na poduszki, gapiąc się bezmyślnie w śnieżnobiały sufit pokoju. Poczułam ukłucie w okolicy serca, jakby moja pierś próbowała pomieścić emocje zbyt wielkie, bym mogła je w pełni ogarnąć.

Tak bardzo go kocham. Ponad wszystko na tym świecie. Ponad tenis, zieloną herbatę, wstążki, Taylor Swift, deszczowe poranki...

Czy on czuł to samo? Czy dla niego to również było przełomowe, czy po prostu... przyjemne? Fizycznie satysfakcjonujące? Czy myślał o tym jako o utracie prawictwa ze swoją najlepszą przyjaciółką, czy jako o najpiękniejszej nocy w jego życiu? Teoretycznie w ciągu ostatnich tygodni zmieniło się między nami absolutnie wszystko, jednak mózg podsuwał mi scenariusze, których nie byłam w stanie powstrzymać: unikanie swojej obecności, strata mojego najlepszego przyjaciela, złamane serce, samotność...

Dźwięk otwieranych drzwi wyrwał mnie z narastającej spirali lękowych myśli.

Maddox, ubrany w czarne bokserki, wszedł ponownie do sypialni. W jednej dłoni trzymał niewielki, granatowy ręcznik, w drugiej szklankę wody, którą postawił na stoliku nocnym po lewej stronie łóżka.

- Przepraszam, że tak długo. - Usiadł obok mnie na skraju materaca. - Szukałem ręcznika, który będzie wystarczająco miękki, żeby nie podrażnić ci skóry. Wiem, że to może być głupie, ale - spojrzenie chłopaka odnalazło moje - nasączyłem go ciepłą wodą. Możesz się położyć dla mnie? Na plecach? Chciałbym się tobą zaopiekować.

Zamrugałam kilkukrotnie, próbując odgonić łzy napierające mi na powieki i grożące, że za chwilę spłyną po policzkach i zdradzą moją bezbronność. Nie płakałam ze smutku ani z bólu, który wciąż pulsował między nogami.

Płakałam ze wzruszenia.

Z tego przytłaczającego uczucia, że Maddox traktował mnie z czułością i troską, na jaką nigdy nie potrafiłam się przed sobą przyznać, że zasługuję. Ojciec nigdy nie zaopiekował się mną, nawet po tym jak pozostawiał na moim ciele okropne ślady swoich pięści. Nie po tym, jak błagałam go rozpaczliwie o pomoc, gdy nie mogłam ruszyć się z bólu.

Kiwnęłam głową na znak zgody, więc Mads ostrożnie odsunął kołdrę, odsłaniając moje nagie ciało. Jego szczęka napięła się, a coś ciemnego przemknęło przez dotychczas troskliwe spojrzenie.

- Coś nie tak? - zapytałam niepewnie, po czym odruchowo zasłoniłam dłońmi odkrytą skórę.

- Zostawiłem ci siniaki - stwierdził smutno, a w jego głosie zabrzmiało coś, co przypominało zawód skierowany w samego siebie. Przesunął palcami po moim lewym biodrze, gdzie wcześniej musiał mnie trzymać zbyt mocno. - Tutaj, widzisz? I tutaj też. - Dotknął wewnętrznej strony uda. - Nie chciałem... kurwa, El, przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam. Nie zdawałem sobie sprawy, że...

- Maddox, przestań. - Złapałam jego dłoń obiema swoimi i ścisnęłam pokrzepiająco. - To nic takiego. Naprawdę. Nawet ich nie czuję. A poza tym... Twoje plecy wcale nie wyglądają lepiej, wiesz?

Moje słowa go nie uspokoiły, wręcz przeciwnie.

- To nie jest to samo, El. - Poczucie winy wzięło nad nim kontrolę. - Przepraszam - powtórzył, całując jeden z niewielkich siniaków na biodrze. - Przepraszam, przepraszam, tak bardzo cię przepraszam, moje kochanie. - Całował każdy ślad z osobna, próbował wymazać pieszczotami to, co już się stało. - Więcej tak nie zrobię. Przysięgam. Następnym razem będę ostrożniejszy. Nie pozwolę sobie stracić kontroli, nawet jeśli...

- NASTĘPNYM RAZEM - złapałam go za słówko, pstrykając lekko w nos, by choć odrobinę rozluźnić atmosferę. - Podoba mi się twoje założenie, że to się powtórzy, Griffin. Bardzo odważne z twojej strony.

- A... nie powtórzy?

- Zapytaj mnie za tydzień, kiedy będę w stanie normalnie chodzić.

Maddox uśmiechnął się krzywo i pokręcił głową, ewidentnie rozbrojony. Pocałował ostatnie miejsce, po czym rozchylił odrobinę moje nogi. Przesunął wilgotny ręcznik między udami, a wszystkie mięśnie napięły się instynktownie. To było dziwne uczucie - intymne w zupełnie inny sposób niż kilka minut wcześniej, gdy się kochaliśmy.

Nie kryło się za tym nic poza bezwarunkową troską.

- Spokojnie, kochanie. - Przez cały czas nie spuszczał wzroku z moich oczu. Ani razu nie zerknął w dół. - Rozluźnij się.

- Nie musisz tego robić - wyszeptałam, choć to nie była prawda.

W rzeczywistości tak bardzo pragnęłam czuć, że jestem warta tego wysiłku, tej uwagi, tej czułości.

- Muszę. A przede wszystkim chcę. - Rzucił ręcznik na podłogę, a potem podał mi szklankę wody. - Proszę, napij się. Zaraz przyniosę świeżą pościel i jakieś wygodne ubrania. - Przykrył mnie szczelnie kołdrą. - A ty po prostu odpoczywaj.

Maddox wstał z łóżka, po czym wyszedł z sypialni. Hades i Cairo wskoczyli na niego, merdając ogonami, jakby nie widzieli go przez długie miesiące.

- Ciii - uciszył psy, zamykając za sobą drzwi. - Nie hałasujcie. Nasza El odpoczywa.

Słyszałam, jak kroczył przez dom - najpierw do pokoju gościnnego, skąd wrócił po chwili z czystą parą bawełnianych majtek, które na siebie włożyłam, a potem do garderoby; przyniósł z niej czarny, oversizowy T-shirt.

- Rączki do góry - polecił, na co zachichotałam i posłusznie uniosłam ręce. Ubrał mnie w koszulkę, a następnie odgarnął mi włosy z twarzy obiema dłońmi, zakładając je za uszy. - Jeszcze chwileczkę.

Zniknął ponownie i zaraz wrócił z czystym kompletem ciemnoszarej pościeli.

- Mads... - odezwałam się, gdy zaczął rozpinać guziki na kołdrze. - Mógłbyś na razie... po prostu mnie przytulić? Zanim zmienisz pościel?

- Oczywiście, kochanie. - Wsunął się pod kołdrę, zamykając nas w ciepłej, bezpiecznej przestrzeni, w której istnieliśmy tylko my. - Chodź tutaj. - Przyciągnął mnie bliżej, a ja wtuliłam się w niego całym ciałem. - Wszystko w porządku?

Otworzyłam usta, lecz słowa nie chciały przejść mi przez gardło.

Powiedz mu. Powiedz mu, że jest wszystkim. Powiedz mu, że kochasz go tak bardzo, że aż boli, że nie jesteś w stanie pomieścić tego uczucia w klatce piersiowej.

Uniosłam wzrok, szukając jego spojrzenia, i wtedy uderzyła we mnie fala emocji, ciężka i przytłaczająca. Nie zorientowałam się nawet, kiedy w oczach ponownie zebrały się łzy.

- El...? - Palce Madsa przesunęły się z moich pleców na policzek. - Co się dzieje? Źle się czujesz?

Pierwsza łza spłynęła po moim policzku, zostawiając za sobą wilgotny ślad na rozgrzanej skórze. Chwilę później dołączyła do niej kolejna. I kolejna.

Nie miałam nad tym kontroli.

Maddox oddychał płytko. Jego dłoń - ciepła, silna, a jednocześnie tak niesamowicie delikatna - wylądowała na mojej twarzy. Przesunął powoli kciukiem wzdłuż kości policzkowej, aż do kącika ust, ocierając mokrą smugę.

- Dlaczego płaczesz, kochanie? - zapytał cicho, po czym ujął moją brodę między palce i wymusił, aby nasze spojrzenia się spotkały.

Wtedy wszystko we mnie pękło.

Dolna warga zaczęła drżeć, a gardło zacisnęło się w bolesnym skurczu, który odciął mi oddech. Patrzyłam w te piękne, brązowe oczy, ciemne niczym bezgwiezdna noc; to właśnie w nich przez całe życie odnajdywałam spokój oraz bezpieczeństwo. Próbowałam wydusić z siebie cokolwiek, ale każde słowo grzęzło na końcu języka, uwięzione między strachem a pragnieniem.

Jak miałam mu powiedzieć, że nigdy wcześniej nie czułam się tak przywiązana do drugiego człowieka? Jak przyznać się do tego, że jego obecność była dla mnie niczym powietrze, a sama myśl o nieposiadaniu go w swojej codzienności paraliżowała całe moje ciało?

Lata temu zakorzenił się we mnie bardziej, niż kiedykolwiek powinnam była mu pozwolić.

I to uczucie było równie piękne, co przerażające.

- El... - Westchnienie Maddoxa otarło się o moją skórę, wywołując dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Zanurzył w moich włosach palce, a następnie przeczesał nimi splątane kosmyki. - Proszę, powiedz mi, co się dzieje.

- To wszystko jest takie... - Nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów. Po wszystkim, co wydarzyło się tamtego dnia, byłam wyjątkowo zagubiona we własnych myślach. - Jest takie dobre, że aż się boję. Boję się, że coś to zniszczy i stracimy wszystko, co mamy.

- Hej, hej... - szepnął i w tej samej chwili przyciągnął mnie bliżej, tak że nasze czoła stykały się ze sobą. - To, co mamy, nie jest czymś, co można po prostu zniszczyć. To MY, El. TY i JA. - Czułam jego drżący oddech tuż przy skroni, gdzie pozostawił subtelne muśnięcie. - Nie ma na tym świecie niczego, co mogłoby mi cię odebrać. Jesteś dla mnie WSZYSTKIM.

Uniosłam rękę i powoli przesunęłam opuszkami po jego świeżo ogolonym policzku. Przymknęłam powieki, gdy Maddox przechylił głowę i wtulił się w moją dłoń.

- Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła - wyznałam ledwo słyszalnie.

- I nigdy się o tym nie przekonasz, bo ci na to nie pozwolę. Nie istnieje świat, w którym mógłbym cię zostawić. Nie ma wersji rzeczywistości, w której pozwalam, żebyś była sama. To się nie stanie, słyszysz?

Dałam się otulić tym słowom, lecz mimo to gdzieś w głębi mnie pojawił się cień strachu.

A jeśli kiedyś wszystko się zmieni?, zapytałam samą siebie, a niepokój przeniknął mnie do szpiku kości. Co, jeśli nadejdzie dzień, w którym jego obietnice będą zaledwie wspomnieniem, a ja stracę nie tylko miłość swojego życia, ale i najlepszego przyjaciela?

- Powiedz to jeszcze raz - poprosiłam, nawet nie zważając na to, jak błagalnie brzmiały te słowa.

- Obiecuję ci, Eleanor Adwin, że nigdy cię nie zostawię. I jeśli kiedykolwiek znowu pojawi się ten głos - postukał mnie leciutko w skroń - ten, który będzie ci szeptał, że jest inaczej, pamiętaj, że to tylko kłamstwo. A ja tu będę, żeby je zagłuszyć. Zawsze, bez względu na wszystko.

Przesunęłam dłoń niżej i ułożyłam ją na jego klatce piersiowej, dokładnie w miejscu, gdzie czułam szaleńcze tempo serca ukochanego.

- Przysięgasz, Mads?

- Na wszystko, El.

Wtedy to do mnie dotarło.

Maddox Griffin nigdy nie składał obietnic, których nie zamierzał dotrzymać. Każde słowo, które wypowiedział tamtej nocy, każdy szept, który opuścił jego usta - to nie były puste deklaracje.

To była szczera prawda.

Nie miałam innego wyboru, jak w nią uwierzyć.

Więc uwierzyłam.

Bo to był mój Mads.

A on jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

Rozdział siódmy

Maddox

Nie mogę oddychać.

Czuję kobiecą dłoń z tyłu głowy, palce zaciska na karku tak mocno, że skóra zaczyna nieprzyjemnie mrowić. W drugiej ręce trzyma łyżkę z owsianką - ciepłą, obrzydliwie rozmemłaną, śmierdzącą mlekiem - która przyprawia mnie o mdłości, jeszcze zanim cokolwiek znajdzie się w moich ustach.

Nienawidzę owsianki.

- Otwórz buźkę, Maddy - żąda słodkim niczym miód głosem. - No już, mój uroczy chłopczyku. Grzeczne dzieci zjadają całe śniadanko bez marudzenia. Nawet jeśli im troszeczkę nie smakuje.

Zaciskam mocno zęby, bo naprawdę bardzo nie chcę tego jeść. Mówiłem jej już o tym tyle razy, ale ona zawsze robi dokładnie to samo śniadanie. Myśli pewnie, że jeśli doda do niej kawałki gorzkiej czekolady, to będzie lepsza.

Nie jest.

Popełniam wielki błąd, nie otwierając posłusznie ust.

W jednej sekundzie jeszcze mocniej zaciska dłoń na moim karku. Szarpie mnie za włosy, odchylając głowę tak bardzo w tył, aż widzę sufit.

Boli. Bardzo boli.

- Powiedziałam: otwórz - syczy jadowicie przez zaciśnięte zęby.

Wciska mi łyżkę do buzi z takim impetem, że metal rozcina kąciki ust.

Próbuję zablokować ją językiem, ale nie mam żadnych szans. Dławię się tą ohydną, gorącą papką, która przylepia się do podniebienia, wywołując odruch wymiotny. Chcę odkaszlnąć, wypluć, jednak drugą dłonią zatyka mi nos.

Muszę przełknąć albo się uduszę.

- No już, mój skarbie - słyszę ją tuż nad uchem. - Jeszcze tylko kilka małych łyżeczek i już będzie po wszystkim. Pamiętasz przecież, co ci mówiłam? Duzi chłopcy są dzielni i zjadają wszystko z miseczki. A ty przecież chcesz być dzielny, prawda, Maddy? Dokładnie taki jak twój tatuś.

Gorące łzy spływają mi po policzkach, mieszając się ze śliną oraz owsianką wokół ust. Bardzo chcę je otrzeć, lecz nie robię tego. Dobrze wiem z wcześniejszych doświadczeń, że to by ją tylko jeszcze bardziej zdenerwowało.

Próbuję nie płakać głośno. Duzi chłopcy nie płaczą.

- Za najukochańszą na świecie mamusię... - kolejna łyżka, brutalnie wepchnięta w moje usta - za cudownego tatusia... - i kolejna - za malutką Sable... - kolejna - za słodką Eleanor...

Coś lepkiego leci mi po brodzie i skapuje na piżamkę. Owsianka? Może ślina? Krew? Nie wiem. Próbuję znowu zamknąć usta, bo naprawdę nie dam rady przełknąć kolejnego kęsa.

Zaraz zwymiotuję.

- Maddox, powiedziałam, kurwa, otwórz buźkę. - Zaciska dłoń na mojej brodzie, po czym zmusza, bym spojrzał prosto w jej jasne oczy. Boję się ich. - Nie będę się z tobą dłużej pieprzyć, rozumiesz? Nie mam na to czasu ani ochoty. Żryj natychmiast albo przysięgam na Boga, że wepchnę ci to bezpośrednio do gardła własną ręką. Czy to do ciebie dociera, ty mały, uparty gnoju?

Wciska mi na siłę kolejną porcję, przy czym uderza łyżką o tylną ściankę gardła. Wtedy moje ciało odmawia posłuszeństwa. W jednej chwili robi mi się gorąco, a w następnej czuję zimno, mimo że mam na sobie moją ulubioną ciepłą piżamkę z długim rękawem z Sally z Aut.

Śniadanie podchodzi mi do góry, aż wymiotuję na siebie oraz jej ładną sukienkę w kolorowe kwiatki.

- Ty mały, obrzydliwy gówniarzu... - wypluwa z siebie, bez ani grama tak dobrze mi znanej fałszywej słodyczy. To jest jej prawdziwy głos. Ten straszny. - Patrz, co zrobiłeś! Na ten syf, na siebie, na moją, kurwa, nową sukienkę! Myślisz, że kto teraz to wszystko posprząta, co?! - wrzeszczy mi prosto w twarz. Pociągam nosem i niezdarnie przecieram łzy wierzchem dłoni, ale to tylko pogarsza sprawę. - Czego ryczysz, ty rozwydrzony bachorze?! Myślisz, że jak zrobisz tę swoją żałosną minę, to mnie to ruszy?!

- P-przepraszam - szlocham cicho, zwijając się na krześle w malutką kulkę.

Chcę wyjaśnić, że nie miałem zamiaru sprawić jej przykrości ani kłopotu, ale nie dałem rady już tego przełknąć. Próbowałem być dzielny, tak jak kazała.

Wtedy ona sięga po miseczkę ze stołu i ciska nią o podłogę. Naczynie uderza o kafelki z głuchym trzaskiem, rozpryskując się na grube kawałki, a resztki owsianki chlapią we wszystkie strony.

Wzdrygam się.

- Żryj to z podłogi. - Łapie mnie za kark i zrzuca z krzesła. Upadam na kolana, przy okazji wbijając sobie odłamek szkła w dłoń. - Zobaczymy, jak ci pójdzie teraz, Maddy. Pokaż, jaki jesteś dzielny.

Nie. Proszę, nie.

- Ja... ja nie mogę... Proszę... bardzo proszę, nie każ mi...

- Zaraz ci pokażę, co dzieje się z takimi nieposłusznymi chłopczykami jak ty.

Kulę się na podłodze, instynktownie zasłaniając głowę rękami. Serce bije mi jak oszalałe. Czekam na wrzask, kolejne szarpnięcie, palce wbijające się w mój kark.

Na karę. Kara zawsze przychodzi po tym, jak jestem niegrzeczny.

Jednak nie tym razem. Zamiast tego... coś się zmienia.

Świat milknie. Słyszę kroki. Cichutkie.

- Mads?

Powoli unoszę głowę, ledwo odważając się oddychać.

W progu jadalni stoi moja kochana El. Jasne światło z dużego okna za jej plecami sprawia, że przypomina aniołka. Ma dzisiaj dwa warkoczyki związane białymi wstążkami, różową sukienkę, a w rękach tuli swojego pluszowego Misia. Patrzy na mnie z troską wielkimi, błękitnymi oczami.

- Podobno czegoś się wystraszyłeś.

Kiedy ją widzę, czuję ulgę tak wielką, że aż boli.

Chcę wyznać jej tak wiele rzeczy - że bardzo się boję, że nie wiem, jak powiedzieć o tym tatusiowi, żeby nie był na mnie zły, że ona ciągle mi to robi. Zamiast tego zanoszę się głośniejszym szlochem i spuszczam wzrok na krwawiącą rączkę.

El podchodzi bliżej i siada na podłodze naprzeciwko mnie, krzyżując nogi po turecku, jakby nie przeszkadzało jej to, że wszystko wokół śmierdzi mlekiem i wymiocinami.

- Przyszłam cię przytulić. - Sadza Misia na swoich kolanach i macha jego łapką. - Nie wiem, czego się wystraszyłeś, Mads... Ale nie musisz się już bać. Naprawdę nie musisz. Jestem tu.

Wyciągam niepewnie dłoń, bo boję się, że zaraz zniknie. Nasze palce już mają się spotkać, prawie czuję chłód jej dłoni, kiedy...

Powietrze w jadalni gęstnieje. Robi się ciężkie, duszne, jak gdyby ktoś nagle wypompował z pomieszczenia tlen i zostawił tylko strach. Nim zdążę zareagować, coś czarnego wyłania się spod stołu i owija wokół El niczym wąż.

Próbuję zawołać pomoc, lecz z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.

El rozszerza oczy ze strachu, wyciąga rączki w moją stronę, a Miś upada na panele, tuż przy moich stopach. Cień unosi ją w powietrze i szarpie ciałem dziewczynki jak szmacianą lalką.

- Mads! - woła rozpaczliwie. - Mads, boję się! Pomóż mi! Nie zostawiaj mnie!

Chcę rzucić się do przodu, żeby złapać ją za nogę, kawałek sukienki, może za dłoń, ale nie mogę unieść się z podłogi. Patrzę bezradnie, jak cień wciąga El, aż zupełnie znika, pochłonięta przez ciemność.

- Myślałeś, że ktoś ci pomoże, Maddy?

Podłoga pode mną zaczyna pękać, a z ciemnych szczelin wylewają się setki identycznych cieni, które pełzną w moją stronę.

I kiedy myślę, że ciemność mnie pochłonie...

Rozdział ósmy

Eleanor

Od dobrych piętnastu minut nadaję niczym katarynka, wylewając z siebie wszystko, co aktualnie spędza mi sen z powiek. Niestety, mój jedyny dostępny słuchacz - Nathan - nawet nie zadaje sobie trudu, by choćby w minimalnym stopniu udawać, że cokolwiek z tego niekontrolowanego potoku słów naprawdę do niego dociera. Jego uwaga jest wyraźnie skoncentrowana na czymś zupełnie innym - a konkretnie na fakcie, że siedzę okrakiem na jego kolanach. Przytrzymuje mnie pewnie za biodra i głaszcze je powolnymi ruchami kciuków przez granatowy materiał szkolnej spódniczki.

- Więc, jeśli tego w końcu nie załatwimy - wyrzucam z siebie kolejne zdanie - to i tak cała wina spadnie na mnie, bo to ja powinnam upilnować komitetu organizacyjnego. - Nerwowo gestykuluję obiema dłońmi, próbując jakoś zilustrować skalę swojej frustracji. - Tyle napracowałam się nad organizacją tego balu, poświęciłam na to tak dużo energii i nerwów, a ciągle mam nieodparte wrażenie, że nic nie jest jeszcze dopięte na ostatni guzik.

- Mhm... - mruczy wprost w skórę mojej szyi.

- Nate.

- Słucham cię, skarbie.

- Nie słuchasz - stwierdzam głosem tracącym na ostrości, gdyż jego oddech na mojej skórze robi rzeczy, przez które trudno mi formułować zdania o logistyce szkolnego wydarzenia. - Mógłbyś chociaż przez pięć minut...

- Słucham. Bal. Komitet. Wszystko na twojej głowie. Mów dalej.

- Do tego jeszcze nadchodzące rozgrywki w Ashbourn. - Usilnie próbuję zachować resztki koncentracji, choć okazuje się to coraz trudniejsze, gdy Nate wsuwa dłonie pod dolną krawędź mojej białej koszuli i zaczyna głaskać nagą skórę brzucha tuż nad spódniczką. - Poważnie się zastanawiam, czy w ogóle nadal chcę kontynuować treningi. To znaczy... Kocham grać w tenisa, ale zabiera mi to sporo cennego czasu, który mogłabym poświęcić na naukę do egzaminów końcowych. Bo jak inaczej dostanę się na prawo na Hampton, jeśli nie zdam wszystkich z najwyższym możliwym wynikiem? A poza tym... - Unoszę moją nadal zabandażowaną rękę na wysokość jego twarzy. - Berkley powiedział, żebym zrobiła sobie trochę wolnego od gry i przychodziła tylko po to, żeby oglądać sparingi Maddoxa i ewentualnie wykonywać jakieś proste ćwiczenia. - Opuszczam rękę z rezygnacją. - Przecież w taki sposób w moment wypadnę z formy.

- Aha - potakuje Nathan bezmyślnie.

Tym razem miękkimi wargami muska prowokacyjnie to najbardziej zdradzieckie miejsce tuż pod uchem, przez co na moment zapominam, co właściwie chciałam powiedzieć.

- Jakby tego było mało - podejmuję z uporem - wieczorem mam dwugodzinne konwersacje z francuskiego. Nie wiem nawet, po co mi te lekcje. Zaczęłam się go uczyć tylko dlatego, że... - Że Maddox od dziecka mówi płynnie w tym pięknym języku i bardzo chciałam, żebyśmy mogli w nim ze sobą rozmawiać. - Nie wiem, dlaczego właściwie zaczęłam. Po co mi czwarty język?

- Nie mam pojęcia, skarbie.

- Mógłbyś chociaż próbować udawać zainteresowanie - stwierdzam z wyrzutem.

- Jestem zainteresowany. - Zęby chłopaka delikatnie zahaczają o płatek mojego ucha. - Tylko niekoniecznie tym samym co ty.

- Nathan. - Zaciskam mocniej dłoń na jego ramieniu, choć sama nie wiem, czy rzeczywiście chcę, żeby przestał.

- Tak, piękna? - Uśmiecha się bezczelnie, ukazując dołeczek w lewym policzku. - Naprawdę cię słucham. Wiem wszystko o balu charytatywnym, wynikach na Hampton, tym, że Berkley kazał ci odpuścić na jakiś czas tenisa i tylko oglądać sparingi Mad... - urywa na sekundę, jakby imię Maddoxa nie było w stanie przejść mu przez gardło - sparingi. - Kolejna pauza. - No i jeszcze francuski, którego nie wiesz, po co się uczysz, choć oboje doskonale wiemy PO CO.

Mrugam, zaskoczona nie tyle jego pamięcią, ile faktem, że potrafi jednocześnie całować mnie po szyi i rejestrować każde wypowiedziane przeze mnie słowo.

- Zapamiętałeś to wszystko?

- Ellie, skarbie. To, że wolę cię całować, niż słuchać o szkolnym komitecie organizacyjnym, nie znaczy, że jestem głuchy. Mam dwoje uszu i jedno z nich zawsze nasłuchuje tego, co mówisz. - Trąca czubkiem nosa mój, a ten gest kontrastuje absurdalnie z tym, co robi dłońmi pod moją koszulą. - Mogę robić obie te rzeczy naraz. - Po tych słowach mnie całuje.

Odwzajemniam tę pieszczotę odrobinę zbyt chętnie - zbyt szybko rozchylam wargi, zbyt łatwo pozwalam językowi chłopaka spotkać się z moim, zbyt ochoczo zanurzam palce w jego włosach i przyciągam go bliżej. Nate, jak zawsze po przerwie, smakuje miętą z gumy zmieszaną z papierosami.

Ale to nie jest smak, za którym tęsknię.

Gorzka czekolada, podwójne espresso bez cukru i coś, co było po prostu... nim.

Odpycham to wspomnienie na sam kraniec świadomości, do ciemnego kąta, w którym trzymam wszystko, o czym nie powinnam myśleć, będąc w ramionach innego chłopaka.

- Miałeś rzucić palenie - przypominam mu.

- Mhm. Kiedyś na pewno rzucę, obiecuję. - Cmoka mnie raz jeszcze w sam kącik ust. - Wiesz, co myślę? - zagaja, odgarniając kosmyk włosów, który opadł mi na twarz. - Myślę, że powinnaś wziąć głęboki oddech i przestać się zadręczać rzeczami, na które w tym momencie nie masz wpływu. Bal się odbędzie. Twoja ręka się zagoi, chociaż wiem, jak bardzo cię to frustruje. Egzaminy zdasz śpiewająco, bo jesteś jedną z najinteligentniejszych osób, jakie kiedykolwiek poznałem, a poznałem ich cholernie dużo. - Zsuwa palec wzdłuż linii mojej szczęki. - A co do tenisa... Berkley jest dobrym trenerem. Jednym z najlepszych w Londynie. Gdyby uważał, że przerwa ci zaszkodzi albo że stracisz formę, nigdy by tego nie zaproponował. Zaufaj mu.

- Ale...

- A jeśli bardzo chcesz, mogę cię z tego wszystkiego wyciągnąć - podsuwa. - Jedno pieprzone słowo, Ellie. Tylko jedno. Powiedz je, a pakuję cię w samochód i po prostu stąd znikamy. Nie ma balu, nie ma francuskiego, tenisa ani żadnych innych obowiązków.

- Och, naprawdę? I dokąd byś mnie niby zabrał, hm?

- Mam kilka naprawdę solidnie przemyślanych pomysłów. Opcja numer jeden: domek nad jeziorem Windermere. Tylko ty, ja i łóżko większe niż wszystkie nasze problemy razem wzięte. Opcja numer dwa: kompletne odludzie gdzieś wysoko w szkockich górach, w jakiejś starej chatce bez internetu i zasięgu. Nikt by nas tam nie szukał, skarbie.

- To brzmi jak początek planu jakiegoś seryjnego mordercy prosto z horrorów, które tak uwielbiasz - droczę się, choć w głębi duszy ta wizja ucieczki od wszystkiego brzmi... niebezpiecznie kusząco. - A opcja trzecia?

- Rzym. Lecimy pierwszym porannym samolotem, wypożyczamy czerwoną Vespę, jeździmy nią po całym mieście, jemy pizzę prosto z pudełka, siedząc na jakichś zabytkowych schodach, i całujemy się pod Koloseum. - Kradnie mi kolejnego buziaka. - A jeśli nic z tego ci nie odpowiada, to mam też dostępną wersję deluxe: ja, ty, moje bardzo wygodne łóżko, maraton najlepszych horrorów i zero jakichkolwiek obowiązków. All inclusive, skarbie. Z nieograniczoną opcją dotyku i możliwością przedłużenia pobytu, na ile tylko chcesz. No i Puszkiem.

- Kuszące. - Przejeżdżam opuszkami palców po jego karku, tuż pod linią lekko zakręconych włosów. - Nawet bardzo. Szczególnie ta część z Puszkiem.

- Mhm. Ale wiesz, co jeszcze jest kuszące, Ellie?

Unoszę pytająco brew, ponieważ ton jego głosu zmienił się w ciągu jednej sekundy z żartobliwego w niski, wręcz zmysłowy.

- To, jak nieziemsko wyglądasz w tej koszuli. Jakby została specjalnie zaprojektowana tylko po to, żebym mógł ją z ciebie zdjąć.

- To szkolny mundurek, Nate.

- Na nikim nie leży tak dobrze jak na tobie.

Mam na końcu języka jakąś kąśliwą ripostę, jednak nie mam okazji wypowiedzieć jej na głos, bo w tej samej sekundzie dłonie Nathana suną jeszcze wyżej, tym razem po wewnętrznej stronie ud. Z moich lekko rozchylonych ust ucieka ciche, niekontrolowane westchnienie - ledwie słyszalne, lecz on i tak to wychwytuje.

- Cholera, wiesz, jak bardzo lubię ten dźwięk. - Ściska mocniej moje uda. - Chyba całkiem nieźle mi idzie odwracanie twojej uwagi od stresujących tematów, co? Wydaje mi się, że osiągam zamierzony efekt, bo od jakichś dwóch minut nie wspomniałaś ani razu o balu charytatywnym.

- Ujdzie - rzucam prowokacyjnie, starając się zignorować szaleńcze tempo swojego pulsu.

- Tylko... ujdzie?

- No, może trochę więcej niż ujdzie - przyznaję niechętnie. - Ale nie powiem ci dokładnie, ile więcej. Twoje ego jest już wystarczająco ogromne.

- Moje ego ma się wyśmienicie, bardzo dziękuję za troskę, Ellie. - Bez ostrzeżenia zsuwa dłonie na moje pośladki i zdecydowanym ruchem podciąga mnie wyżej. Gorąco rozlewa mi się po każdym nerwie, kiedy wyraźnie czuję go pod sobą, napierającego przez warstwy ubrań, a moje biodra mimowolnie reagują na ten nacisk mikroskopijnym ruchem, którego nie zdążam powstrzymać. - I myślę, skarbie, że mogę postarać się o coś więcej niż marne "ujdzie".

I właśnie w tym momencie, gdy balansuję niebezpiecznie na cienkiej granicy między zdrowym rozsądkiem a kapitulacją, drzwi do kantorka trenera Owensa otwierają się niespodziewanie.

Odsuwam się od Nathana jak poparzona, niemal spadając z jego kolan. On, w przeciwieństwie do mnie, nawet nie drgnie - nie wygląda na zaskoczonego ani nawet odrobinę speszonego. Odchyla się nonszalancko na skórzane oparcie krzesła i wypuszcza z siebie przeciągłe westchnienie, które brzmi jak najgłośniejsze mam to w dupie wszech czasów.

- Kurwa, ludzie - burczy niezadowolony, nie zadając sobie nawet trudu, żeby zdjąć dłonie z moich pośladków. - Czy wy nie znacie czegoś takiego jak pukanie?

Powoli odwracam się w stronę drzwi, a moje policzki płoną żywym ogniem. W przejściu stoi Amanda Campbell - wyraźnie rozwścieczona, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i tą charakterystyczną dla niej miną pełną pogardy, która mówi wszystko, zanim jeszcze otworzy usta.

Gardzi mną. Gardzi nim. Gardzi nami.

Gardzi też prawdopodobnie tym kantorkiem, krzesłem i samym faktem, że musi oddychać tym samym powietrzem co my.

- Jeśli naprawdę chcecie prywatności - cedzi przez zaciśnięte zęby - to może nie uprawiajcie soft porno w pomieszczeniu, do którego prowadzą przezroczyste drzwi, przez które każda przechodząca korytarzem osoba może was zobaczyć?

- Przezroczyste, ale matowe - poprawia ją Nate. - Poza tym, Mandy, jeśli ci to przeszkadza, zawsze możesz odwrócić wzrok. Nikt cię nie zmusza do patrzenia, ale chyba nie możesz się powstrzymać, co?

- Trenerka Walker kazała mi znaleźć Eleanor i przekazać, że ma natychmiast stawić się w jej gabinecie - informuje chłodno, po czym przenosi ciemne spojrzenie z Nathana na mnie. - Chce z tobą porozmawiać. Powiedziała, że to pilne.

- O cholerka - wymyka mi się półszeptem, a palce trzęsą się, gdy zaczynam w popłochu zapinać guziki od koszuli.

- Przekażę jej, że jesteś w drodze. Chociaż może najpierw popraw sobie spódniczkę, bo masz ją podwiniętą do pasa i widzę, jakiego koloru masz dzisiaj stringi - radzi złośliwie, po czym wychodzi, ale trzaska drzwiami z taką siłą, że cała przeszklona ściana aż drży.

- Coś przeskrobałaś, skarbie? - pyta Nate, pomagając mi poprawić rozchełstany kołnierzyk.

- Nie mam pojęcia. - Staram się nie panikować, lecz mój głos brzmi podejrzanie piskliwie. - Naprawdę. Może chodzi o jakieś zmiany w harmonogramie treningów? Albo plan występu na nadchodzący mecz? Albo... - Urywam, gdy myśli zaczynają galopować zbyt szybko, każda gorsza od poprzedniej.

Albo chce mnie wyrzucić z drużyny.

Niepewnie wsuwam głowę do gabinetu Walker.

- Dzień dobry, trenerko.

Kobieta siedzi za swoim masywnym biurkiem w czarnej sportowej bluzie z wyhaftowanym emblematem Kingswood High na piersi, pochylona nad rozłożonymi przed nią dokumentami. Na parapecie za nią stoi rząd złotych i srebrnych trofeów, zdobytych przez drużynę na przestrzeni lat, oraz zdjęcie z czasów, gdy Scarlett nie była jeszcze kapitanem.

- Eleanor. - Podnosi wzrok znad papierów i wskazuje skinieniem głowy na krzesło ustawione naprzeciwko niej. - Zamknij, proszę, drzwi i usiądź wygodnie.

Posłusznie wykonuję oba polecenia, starając się wyglądać swobodnie, choć moje mięśnie są napięte jak przed najważniejszym układem na zawodach.

Nigdy wcześniej nie zostałam zaproszona na rozmowę sam na sam z trenerką Walker w jej gabinecie. To zdarza się tylko wtedy, gdy ktoś poważnie narozrabia albo gdy za chwilę straci swoje miejsce w drużynie. W dokładnie taki sposób została wyrzucona Evelyn, poprzednia kapitan - wyszła z tego pokoju z czerwonymi od płaczu oczami i już nigdy nie włożyła stroju Bloodies, a żadna z nas nigdy nie dowiedziała się, co było tego powodem.

Czy stanę się następną Evelyn?

- Powiedz mi szczerze, Eleanor... - Trenerka splata dłonie na biurku. - Jak czujesz się na swojej obecnej pozycji w naszej drużynie? Jesteś zadowolona z tego, co robisz?

Okej. To... nie jest pytanie, którego się spodziewałam.

Nie brzmi jak ochrzan ani ostrzeżenie, ale jednocześnie nie jak pochwała czy luźna pogawędka. Raczej jak wstęp do znacznie dłuższej rozmowy, która może pójść w wiele różnych kierunków.

- Dobrze, trenerko. - Przełykam nerwowo ślinę, poprawiając się na niewygodnym siedzisku. - Myślę, że radzę sobie całkiem dobrze. To znaczy... - odchrząkuję - staram się dawać z siebie sto procent na każdym treningu.

Od razu mam ochotę kopnąć się za tę niepewność w głosie.

Myślę? Radzę sobie? Staram się? Serio, El?

- Radzisz sobie - powtarza Walker, przechylając lekko głowę w bok, jakby analizowała moje słowa. - To bardzo zachowawcze stwierdzenie, nie sądzisz? Niezwykle skromne. Może nawet zbyt skromne jak na twoje umiejętności.

Zaciskam mocno palce na kolanach, próbując z całych sił powstrzymać się od kompulsywnego podrygiwania prawą nogą, które zdradziłoby, jak bardzo jestem zestresowana. Otwieram usta, chcąc coś powiedzieć - może dodać, że mimo chronicznego zmęczenia, nieustannego stresu i ogromnej presji ze wszystkich stron staram się trzymać jak najwyższy poziom - ale trenerka nie daje mi szansy.

- Co byś powiedziała, gdybym w ramach docenienia twoich starań zaproponowała ci lepszą pozycję?

- Lepszą? - powtarzam niepewnie. - W jakim sensie, trenerko?

- Chcę, żebyś w trakcie kolejnego meczu stanęła na szczycie piramidy.

Mrugam kilka razy, kompletnie zbita z tropu; przez długą chwilę jestem pewna, że po prostu coś źle usłyszałam. Moje palce, zupełnie bezwiednie, wędrują do nadgarstka i zaczynają bawić się cienką, złotą bransoletką z maleńką literką M wygrawerowaną na zapięciu.

Dlaczego nadal ją noszę?, pytam samą siebie w myślach.

- Przepraszam... co? - udaje mi się w końcu wydusić. - Ja... chyba coś źle zrozumiałam. Chce trenerka powiedzieć, że...

- Że chcę cię na szczycie piramidy, Eleanor. Zamiast Scarlett. A co za tym idzie, chciałabym również, żebyś przejęła funkcję kapitana Bloodies.

Kapitan.

Ona chce, żebym została kapitanem.

- Scarlett... zrezygnowała? - dopytuję, chociaż w głębi duszy wiem, że to niemożliwe. Prędzej odcięłaby sobie rękę, niż dobrowolnie oddała komukolwiek kapitaństwo.

- Nie - odpowiada krótko, pozostawiając mnie coraz bardziej zdezorientowaną.

- Więc... chce ją trenerka zastąpić? Mną?

- Posłuchaj, Eleanor. - Walker wstaje z krzesła, po czym przysiada na krawędzi biurka bliżej mnie. - Scarlett ma świetną technikę. Jest lekka, pewna siebie, zna bezbłędnie każdy układ w naszym repertuarze i nie zaprzeczam, że wydaje się urodzoną liderką. Ale ty dzięki treningom tenisa masz siłę, wytrzymałość oraz koordynację ruchową, którymi ona nigdy nie dysponowała. Jesteś wyśmienitym sportowcem i dokładnie kogoś takiego chcę na szczycie piramidy. - Uśmiecha się kącikiem ust, co jest niesamowicie rzadkim widokiem. - Do tego wszystkie dziewczyny cię uwielbiają, a ostatnio otrzymałam kilka niepokojących skarg na temat zachowania Scarlett względem innych zawodniczek, zwłaszcza pierwszoklasistek. Nie zamierzam tolerować hejtu w mojej drużynie, więc po tym, co usłyszałam, jestem zmuszona ją zastąpić.

Powinnam się w tym momencie cieszyć - czuć dumę, niewiarygodną ekscytację, tę czystą euforię, bo czy nie o tym właśnie marzy każda dziewczyna z drużyny?

Kapitan. Szczyt piramidy. Prowadzenie całego zespołu.

Zamiast tego wszystkiego czuję jednak ukłucie niepokoju w żołądku.

Scarlett mi tego nie odpuści.

Rozdział dziewiąty

Maddox

- Chciałem cię zapytać, czy zostaniesz... Nie, kurwa mać, nie tak - warknąłem sfrustrowany, po czym przejechałem dłońmi przez starannie ułożone włosy, kompletnie niszcząc efekt dwudziestu minut pracy przed lustrem. Wyprostowałem się, nabrałem głęboko powietrza do płuc i spróbowałem ponownie: - Eleanor, chciałem cię zapytać, czy uczynisz mi ten ogromny zaszczyt i zostaniesz... - Słysząc, jak żałośnie brzmię, opadłem ciężko na samą krawędź łóżka i ukryłem twarz w dłoniach.

Dlaczego to jest takie trudne? To przecież moja El.

Obok mnie, na pościeli, w której spaliśmy wtuleni w siebie jeszcze wczoraj, leżał ogromny bukiet ciemnoczerwonych piwonii, zamówiony kilka dni z wyprzedzeniem w Blooms. Tuż obok niego spoczywało małe pudełeczko w odcieniu błękitu, które kryło w sobie złoty, delikatny pierścionek.

Kupiłem go... cóż, zdecydowanie wcześniej niż te kwiaty.

Oczywiście, nie miałem zamiaru oświadczać się Eleanor. Tamtego dnia chciałem ją zapytać, czy zostanie moją dziewczyną, a promise ring stanowił mój sposób na powiedzenie: obiecuję, że chcę być tylko twój, a kiedyś, gdy nadejdzie odpowiedni moment, przysięgnę ci to na wieczność.

Firma, z której zamówiłem pierścionek - Darry Ring - i tak kierowała się bardzo jasną, nienaruszalną polityką: Jedna miłość. Jedno życie. Można było u nich kupić pierścionek tylko raz, dla jednej osoby, co musiałem potwierdzić swoim dowodem osobistym.

Na tym świecie istniała tylko jedna dziewczyna, dla której mogłem zrobić coś takiego.

Jedyna, z którą widziałem przyszłość.

Mrugam kilkukrotnie, siłą wyrywając się ze swoich lipcowych wspomnień, i próbuję skupić na czymś innym - na fakturze krótkiej, aksamitnej sierści Hadesa pod palcami, jego miarowym oddechu oraz pysku Cairo ułożonym na moim prawym udzie. Staram się nie myśleć o tym, że ten cholerny pierścionek nadal leży zakopany głęboko w dolnej szufladzie biurka.

Pewnie będzie tam leżał do końca mojego życia.

- Więc myśleliście już o jakiejś konkretnej dacie? - Odkąd Killian i Charlotte przyjechali do nas na obiad, mama zasypuje ich lawiną pytań, chcąc poznać wszystkie możliwe detale związane z planowaniem ceremonii, chociaż nie minął nawet tydzień od ich zaręczyn. - Wiem, że niektóre pary potrzebują nawet roku, czasem dwóch na przygotowania, ale może macie już jakąś wstępną wizję?

- Tak właściwie to podjęliśmy decyzję jeszcze w ten sam dzień. - Lottie uśmiecha się promiennie, po czym splata swoją dłoń z dużą, pokrytą tatuażami dłonią mojego brata, patrząc na niego z niemożliwym do opisania słowami uczuciem. - Jeśli tylko uda nam się wszystko załatwić, to chcielibyśmy, żeby nasz ślub odbył się w lipcu przyszłego roku.

- Niby to tylko dziewięć miesięcy, więc nie pocieszymy się zbyt długo narzeczeństwem, ale szczerze? - Killian przyciąga ją jeszcze bliżej do swojego boku. - Doszliśmy do wniosku, że po co mamy odkładać to w czasie, skoro wiemy, że chcemy spędzić ze sobą resztę życia?

- To brzmi cudownie. - Mama ociera dyskretnie kącik oka, gdzie zbierają się łzy wzruszenia, i pociąga cicho nosem. - Moje kochane dzieci. Nawet nie wyobrażacie sobie, co czuję, widząc was takich szczęśliwych, zakochanych.

Rozmowa wokół mnie toczy się dalej, ale wyłapuję z niej jedynie pojedyncze informacje - ślub na zewnątrz, w Toskanii, winnica należąca do rodziców Evana, około stu gości, ceremonia późnym wieczorem, kolacja przy świecach.

- No dobrze. - Tata podnosi się z fotela przy rozpalonym kominku, czym odwraca moją uwagę od tańczących płomieni. - Myślę, że to najwyższy czas, by wznieść toast za naszą piękną parę.

Obserwuję, jak przemierza salon i podchodzi do barku w rogu pomieszczenia. Otwiera przeszklone drzwiczki, po czym kuca, by wyciągnąć z dolnej półki jedną z kilku butelek Armand de Brignac, które rezerwuje tylko na specjalne okazje. Otwiera szampana z wyćwiczoną przez lata wprawą, dzięki czemu z butelki nie wylatuje nawet najmniejsza ilość piany, a następnie nalewa alkohol do wysokich kieliszków stojących na blacie. Każdy z nas - prócz Sable, która ma w szklance jakiś gazowany napój - po kolei otrzymuje szkło, aż w końcu przychodzi czas na mnie.

Ojciec wyciąga kieliszek w moją stronę, przyglądając mi się ze zmarszczonymi brwiami. W jego ciemnym spojrzeniu widnieje niewypowiedziane na głos pytanie: jesteś tego pewien, synu? Mama również się we mnie wpatruje, starając się ukryć subtelny niepokój, aby nie zepsuć tej wyjątkowej chwili, natomiast Killian pokasłuje wymownie, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że nie powinienem tego robić. Charlotte wygląda na lekko skonfundowaną, nie do końca rozumiejąc to dziwne napięcie, które znikąd pojawiło się w salonie.

To tylko symboliczny kieliszek. Toast za szczęście mojego brata i Lottie. Nic strasznego się nie stanie.

Nim zdążam się nad tym dłużej zastanowić, kieliszek ze złocistym alkoholem znajduje się w mojej dłoni.

- No dobrze. - Tata odchrząkuje uroczyście, podczas gdy wszyscy wstajemy ze swoich miejsc. - Chciałbym wznieść toast za Killiana i Charlotte. Za ich miłość, która jest dowodem na to, że prawdziwe uczucie istnieje w tym...

Przestaję słuchać dalszej części zapewne pięknej, starannie przemyślanej przemowy.

Zamiast tego koncentruję całą swoją uwagę na mikroskopijnych bąbelkach unoszących się ku powierzchni, by po chwili zniknąć bezpowrotnie. Ostatni raz piłem alkohol na początku sierpnia, ponad dwa miesiące temu, i do tej pory tak kurewsko dobrze szło mi powstrzymywanie się od sięgania po cokolwiek zawierającego procenty. No, prócz tego jednego, nieszczęsnego razu, gdy spróbowałem whisky na kolacji ze Scarlett i jej ojcem w Bacchanalii.

Tamtego wieczoru wypiłem może pół szklanki, ale i tak poczułem tę natychmiastową, niebezpieczną ulgę, która przypomniała mi, dlaczego powinienem unikać picia.

- ...i właśnie dlatego cieszę się, że nasz syn znalazł kogoś tak wyjątkowego jak ty, Charlotte - kontynuuje wzruszony tata, uśmiechając się ciepło do przyszłej synowej. - Kogoś, kto rozumie go bez słów, akceptuje takiego, jakim jest, i kocha go nie za nazwisko ani pieniądze, ale za to, co ma w środku. - Unosi wysoko kieliszek. - Za Killiana i Charlotte! Ich przyszłość, szczęście, a przede wszystkim za miłość!

- Za Killiana i Charlotte! - powtarzamy wszyscy chórem.

Upijam pierwszy łyk.

To tylko jeden kieliszek, upominam się w myślach. Nie piję po to, żeby zapomnieć. Nie piję, bo jest mi źle i nie mogę sobie poradzić z emocjami. Piję za szczęście mojego starszego brata. To zupełnie inna sytuacja.

Lecz gdy alkohol osadza się w moim żołądku i czuję to znajome, niemal błogie rozluźnienie napiętych od tygodni mięśni w karku i ramionach, zdaję sobie sprawę z jednej, przerażającej rzeczy: brakowało mi tego otępienia.

Dlatego upijam kolejny łyk. I kolejny. I kolejny.

Przecież nic strasznego się nie dzieje. Zaręczyny Killiana wydarzą się tylko raz w życiu. Nie upiję się. Wszystko mam pod kontrolą.

Ale gdzieś z tyłu czaszki, w tym ciemnym miejscu, które próbuję zagłuszyć, wiem, że okłamuję samego siebie.

Wiecznie okłamuję samego siebie.

- Pieprzone dzieci - burczę niewyraźnie pod nosem.

Pochylam się jeszcze bardziej nad telefonem, aż niemal dotykam nosem ekranu i próbuję z całych sił skupić się na tym, co właściwie chciałem jej jeszcze napisać. Od piątku wszystkie moje wiadomości do Eleanor nie zostają nawet dostarczone, co jasno mi mówi, że mnie, kurwa, zablokowała.

Więc piszę jej właśnie maila.

Co to znaczy troj... Chyba chciałem napisać trójkę, ale palec mi się omsknął. Mniejsza z tym. Eleanor zrozumie. Zawsze mnie rozumiała. Co jeszcze musi wiedzieć? Było coś ważnego, myślałem o tym dzisiaj... Pierścionek! Tak, kurwa, pierścionek. Powinna wiedzieć o pierścionku.

- Maddox?

Podrywam głowę zdecydowanie zbyt szybko jak na swój obecny stan, bo podłoga zamienia się miejscami z sufitem. Widzę rozmazaną sylwetkę Killiana stojącego w drzwiach mojej sypialni - właściwie to widzę dwóch Killianów, co jest chyba o jednego za dużo. Jak zwykle, kurwa jego mać, wchodzi sobie tu bez pukania, co zawsze mnie potwornie wkurwiało, ale teraz działa mi na nerwy podwójnie, bo czy on nie widzi, że jestem teraz czymś zajęty?

- Wszystko okej, braciszku? - Wchodzi głębiej do pokoju, co mi się bardzo, ale to bardzo nie podoba. - Długo cię nie było. Myślałem, że źle się poczułeś.

- Czuję się... FANTASTYCZNIE - oświadczam, po czym próbuję wrócić wzrokiem do ekranu.

Przez to, że Kill mi przerwał, kompletnie straciłem wątek. Teraz nie mam pojęcia, na czym właściwie skończyłem zajebiście długiego maila do El i co jeszcze chciałem dodać.

O czym to ja... Aha. Pierścionek. Dom. Piwonie. Dzieci.

Przewijam palcem w górę, próbując przeczytać to, co już napisałem, ale litery zlewają się w jedno, więc po prostu odpuszczam i kontynuuję od kolejnej myśli, która wpada mi do głowy:

- Może powinieneś odłożyć telefon - sugeruje Killian spokojnym tonem, lecz ja mam głęboko w dupie tę sugestię. - Przyniosłem ci wodę z cytryną i lodem. - Stawia szklankę na szafce nocnej obok butelki Yamazaki, którą, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, kiedy wypiłem do połowy. - Chcesz się napić? Wyglądasz... cóż, niezbyt dobrze, braciszku.

- Nie potrzebuję wody - oponuję uparcie, w sumie to dla zasady. Cholernie mnie suszy i chętnie napiłbym się czegoś, co nie zawiera czterdziestu trzech procent alkoholu. - Potrzebuję... potrzebuję dokończyć to, co piszę do El. To w chuj ważne, Kill. Ważniejsze niż cokolwiek na tym świecie. Muszę jej powiedzieć... muszę... - Co muszę powiedzieć? - Muszę powiedzieć, że... Że ją kocham. I że tęsknię. I że... dam jej wszystko, czego chce. Wszystko, kurwa. Cały świat, jeśli będzie chciała. Tylko niech wróci.

- Maddox, skup się, dobrze? - Mówi do mnie jak do jakiegoś pieprzonego dzieciaka, który właśnie dostał ataku histerii na środku Tesco. Zaraz. Dzieci. Pisałem jej już o naszych dzieciach? - Jesteś pijany...

- O, kurwa, dzięki wielkie za to odkrywcze, genialne spostrzeżenie. Nikt by się tego nie domyślił. Gratulacje. Jesteś jak pierdolony Sherlock Holmes tej rodziny.

- Pisanie wiadomości w takim stanie, zwłaszcza do Eleanor, to naprawdę nie jest dobry pomysł, Maddy. - Killian ignoruje moją zjadliwość i w dodatku nazywa mnie tym jebanym zdrobnieniem, przez co jeszcze bardziej się wkurwiam. - Zaufaj mi, proszę. Rano będziesz tego...

- Po raz pierwszy od miesięcy chcę napisać prawdę, a ty próbujesz mi powiedzieć, że powinienem się zamknąć?!

- Próbuję ci powiedzieć, że jutro, kiedy wytrzeźwiejesz i zaczniesz znów myśleć logicznie, pożałujesz tego - tłumaczy cierpliwie. - Usiądziesz w tym samym miejscu, trzeźwy, z zajebistą migreną, i będziesz chciał cofnąć czas. A wtedy już ci nie pomogę, Maddox. Wysłanie takich wiadomości, zwłaszcza gdy jesteś w związku...

- Gówno mnie obchodzi Scarlett! - krzyczę, chociaż nie chciałem podnosić głosu, no ale stało się, kurwa, i co teraz. - Rozumiesz?! Kompletnie mnie nie obchodzi! To wszystko było błędem, gigantycznym, potwornym błędem i ja... - Uderzam pięścią w materac. - Kurwa!

Killian przygląda mi się tak długo, że zaczynam czuć się nieswojo. Wzdychając ciężko, bo na pewno ma dosyć mnie i mojego gówna, siada na brzegu łóżka. Tego samego łóżka, w którym kiedyś spałem przytulony do Eleanor, a ona była taka piękna rano, gdy się budziła, że zawsze musiałem się ugryźć w język, żeby nie wypalić, jak bardzo ją kocham.

- Daj mi telefon, Maddy. - Brat wyciąga otwartą dłoń. - No dalej. Oddaj mi go.

- Nie. - Chowam urządzenie za plecy. - Nie oddam.

- Oddaj. Mi. Telefon.

- To mój pieprzony telefon! - Cofam się na łóżku, chociaż nie mam dokąd. Za mną jest już tylko zagłówek. - I moje pieprzone życie! I moje pieprzone uczucia! Nie możesz mi zabronić do niej pisać! Ona musi wiedzieć! Musi wiedzieć, że... że ja...

- Mogę - przerywa mi. - I właśnie to robię. Telefon. Teraz.

Przyglądamy się sobie przez długą chwilę.

W końcu, ponieważ jestem zbyt pijany, żeby dalej walczyć, zbyt zmęczony całą tą sytuacją, całym tym wieczorem, całym moim pieprzonym, bezsensownym życiem, i może też trochę - a raczej bardzo - smutny...

Rezygnuję.

Powoli wyciągam telefon zza pleców i podaję go Killianowi.

- Dobrze - mówi już znacznie łagodniej, biorąc ode mnie urządzenie. - To był mądry wybór, braciszku. Jestem z ciebie dumny.

Odblokowuje ekran moim kodem - oczywiście, że zna mój kod, nawet mnie to nie dziwi, bo to data urodzin El, dwudziesty drugi listopada - i chyba zaczyna czytać maila, ale przecież on był do mojej Eleanor, a nie do niego.

- Ja pierdolę, Maddox. - Marszczy brwi coraz mocniej, aż tworzą się między nimi głębokie zmarszczki. Wygląda jak nasz ojciec. Podnosi na mnie wzrok, a w jego jasnoszarych oczach widzę politowanie. - Co ty jej tutaj, do cholery jasnej, napisałeś? I czemu... wysyłasz do niej maila?

- Prawdę - odpowiadam słabo. Gardło jakoś dziwnie mi się zaciska. Jeszcze nie wiem dokładnie, czy za chwilę będę rzygał, czy płakał, ale chyba to drugie, ponieważ drży mi mięsień pod lewym okiem i czuję pieczenie za powiekami. - Po prostu... napisałem jej prawdę. W mailu, bo zablokowała mój pierdolony numer.

- Nie wysłałeś tego.

- To dobrze czy źle? - pytam głupio, naprawdę nie wiem.

Z ręką na sercu, nie mam pojęcia, czy to, że te słowa nie dotarły do Eleanor, jest zbawieniem, czy tragedią. Czy właśnie ocaliłem resztki swojej godności, czy straciłem szansę, żeby powiedzieć jej coś, co powinno zostać wypowiedziane miesiące temu, trzeźwo, twarzą w twarz, patrząc w te niebiańskie oczy.

- Dobrze. Bardzo dobrze. - Kill blokuje telefon i chowa go sobie do przedniej kieszeni spodni, gdzie z pewnością będzie bezpieczny przed moimi ewentualnymi próbami odzyskania go. - Jutro rano, gdy się obudzisz i zobaczysz, co chciałeś jej napisać, będziesz mi dziękował na kolanach. Serio. Uwierz mi na słowo. Właśnie zrobiłem ci przysługę.

- Aha.

Nie mam siły się kłócić, walczyć, bronić swoich racji.

W duchu liczę na to, że brat wyjdzie z pokoju i zostawi mnie samego z moją nędzną egzystencją, jednak zamiast tego on kładzie się na łóżku, również opierając plecy o zagłówek.

Milczymy przez moment.

Albo może przez wieczność.

Nie mam pojęcia.

- Maddy?

- No? - Podnoszę na niego wzrok.

- Spałeś z El?

Dziwne pytanie. To przecież oczywiste.

- Setki razy - odpowiadam bez zastanowienia. - U mnie w pokoju, u niej, w łóżkach, na kanapach, na podłogach, wszędzie, gdzie tylko się dało. W naszym domu wakacyjnym w Marbelli. W Meksyku. W Paryżu, gdy byliśmy na turnieju tenisowym i dostaliśmy sąsiadujące pokoje. El i tak skończyła w moim, bo nigdy nie lubiła zostawać sama poza domem. Na plaży, na tylnym siedzeniu w samochodzie, kiedy wracaliśmy z...

- Czekaj, czekaj, co? - przerywa mi, wyraźnie zdezorientowany, może nawet lekko przerażony. - Zwolnij. Co ty właśnie, kurwa, powiedziałeś?

- Co takiego powiedziałem?

- Spałeś z nią setki razy?

- No. Spaliśmy razem praktycznie zawsze, gdy mogliśmy. Co w tym niezwykłego?

- Przecież kiedy byliście na turnieju w Paryżu, mieliście jakieś czternaście lat.

- No i co z tego? - Naprawdę nie rozumiem, o co mu chodzi. Co ma wiek do spania? - El zawsze lepiej zasypiała...

- Uprawiałeś z nią seks, gdy miałeś czternaście lat?

- Co?

- Pytałem o seks, Maddy. - Kill odwraca się do mnie całym ciałem, przez co materac pod nami faluje lekko. Niedobrze. - O stosunek płciowy. Pieprzenie się. Penetrację. Rozumiesz?

- Aha. - Pojmuję wreszcie, jakie spanie miał na myśli. Nie to niewinne zasypianie obok siebie, ale to... drugie. - Oooch. Jasne. Teraz rozumiem. - Kiwam głową, chociaż ruch sprawia, że wszystko wiruje jeszcze bardziej. Podwójnie niedobrze. Żołądek podchodzi mi do gardła, więc przełykam ciężko. - Skąd w ogóle ten pomysł?

- Wspomniałeś coś w tym swoim... cudownym, pełnym ortograficznych arcydzieł mailu. Że spaliście ze sobą i się nią opiekowałeś.

- Hm. - Przejeżdżam niezdarnie dłonią przez włosy. - Tylko raz.

- O cholera... - mamrocze pod nosem, jakby serio się tego nie spodziewał. - Poważnie?

- Chciałem z tym poczekać, wiesz? - Obracam sygnet Griffinów wokół palca, lecz szybko rezygnuję i stwierdzam, że wolę skupić się na bransoletce z malutkim E. - Z seksem. Chciałem, żebyśmy najpierw zostali parą, ale... tak jakoś wyszło tamtego wieczoru. Wszystko było idealne. Ona była idealna, piękna i tak cudownie całowała. Smakowała jak wanilia, dotykała mnie, a ja straciłem kontrolę i nie zdążyłem jej nawet zapytać, czy chce być ze mną, a potem... - Zaciskam z całej siły szczęki.

Jesteś słaby, Maddy.

- Chciałeś zapytać o to El? Czy zostanie twoją dziewczyną?

Duzi chłopcy nie płaczą.

- N-no.

Jesteś mazgajem.

- Maddox, ty - twarz Killiana pojawia się tuż przed moją - płaczesz?

- Nie - odpowiadam odruchowo. To niemożliwe, chociaż faktycznie czuję, jak coś ciepłego spływa mi po policzku. Podnoszę dłoń, dotykam twarzy, a palce są... mokre. - Przecież j-ja nie płaczę. Nie jestem, k-kurwa, mazgajem.

- Ostatni raz widziałem cię płaczącego, gdy miałeś sześć lat. Spadłeś z drzewa w ogrodzie i złamałeś rękę w dwóch miejscach. Nawet nie pisnąłeś, dopóki Eleanor nie zaczęła płakać i wtedy...

- Nie p-płaczę! - bronię się uparcie. - Widzisz?! - Ocieram policzki brzegiem koszulki, by zatrzeć ślady swojej słabości. - Nie ma ż-żadnych łez!

- Chodź tu, braciszku. - Killian obejmuje mnie ramieniem i przyciąga do siebie, aż moje czoło spoczywa na jego klacie. - Wszystko okej, Mads. Możesz płakać. To normalne. Płacz tyle, ile potrzebujesz, a ja tu z tobą zostanę, okej?

I to właśnie te słowa - możesz płakać - sprawiają, że wszystkie mury burzą się bezpowrotnie.

- K-kocham ją, K-kill. K-kocham ją tak bardzo, że to fi-izycznie boli. Dosłownie czuję, jakby ktoś w-wciskał mi całą p-pieprzoną dłoń w k-klatkę p-piersiową i g-grzebał w m-miejscu, w którym kiedyś m-miałem s-serce, zan-nim ona j-je za-abrała. - Jak żałosny, pijany idiota, którym w gruncie rzeczy jestem, przytulam się mocno do starszego brata, tak jak robiłem to, gdy byłem małym dzieckiem i bałem się ciemności oraz koszmarów. - Za każdym, k-kurwa, r-razem, kiedy zam-mykam oczy, widzę tylko ją. Jak się śm-mieje, jak marszczy n-nosek, kiedy się czymś irytuje, jak przygryza d-dolną wargę, kiedy się intensywnie nad czymś zastanawia albo próbuje n-nie płakać. Widzę te wielkie, n-niebieskie oczy, zmieniające o-odcień w zależności od światła i-i nastroju, i... - Urywam na sekundę, by pociągnąć głośno nosem. Jest zatkany, ciężko mi się oddycha. - I m-mam ochotę się na nią wydrzeć, żeby do m-mnie wróciła. Wrzeszczeć na nią tak głośno, że usłyszy m-mnie przez cały Londyn, b-błagać ją na kolanach, u-upokorzyć się, żeby znowu m-mnie chciała, żeby spojrzała n-na mnie tak jak kiedyś. Chociaż na chwilę. Może nawet n-nie na cały dzień. Może n-na godzinę. Na p-pół godziny. Na pięć m-minut. Chciałbym ją o-odzyskać chociaż... chociaż na pięć minut, których p-prawdopodobnie nigdy n-nie dostanę...

A za które oddałbym wszystko.

Rozdział dziesiąty

Eleanor

Schodzę na dół w samej piżamie, z włosami mokrymi po prysznicu, zamierzając zrobić sobie szybko kubek zielonej herbaty z opuncją i wrócić do pokoju, gdzie czeka na mnie niedokończony rozdział Czwartego skrzydła. Spodziewam się, że jeszcze nikogo nie ma w domu - mama napisała mi wcześniej, że dzisiaj znowu zostanie do późna w kancelarii, ponieważ musi odbyć jakieś ważne spotkanie z klientem z Bristolu, który nie może przyjechać wcześniej do Londynu. To oznacza, że już kolejny dzień z rzędu wróci po zmroku, kompletnie wyczerpana. Od jakiegoś czasu strasznie się przepracowuje i zaczynam się o nią coraz bardziej martwić. Bierze coraz więcej spraw brutalnych morderstw, których inni prawnicy nie chcą się podjąć, przez co zapomina o odpoczynku oraz wszystkich swoich wieczornych rytuałach, które kiedyś były dla niej święte: czytanie książki z lampką czerwonego wina albo długie, relaksujące kąpiele z olejkami eterycznymi, po których zawsze przychodziła do mojego pokoju sprawdzić, czy śpię, lub chwilę porozmawiać.

Brakuje mi jej.

Odpisuję na SMS od Charlotte, która już w pełni weszła w tryb panny młodej, przez co kompletnie nie zwracam uwagi na otoczenie. Uśmiecham się mimowolnie, odpisując jej na zdjęcia zjawiskowej, toskańskiej winnicy rodziców Evana, w której ma się odbyć ceremonia.

Ellie:

to będzie najpiękniejszy ślub na świecie x

Dopiero wymowne chrząknięcie wyrywa mnie z wirtualnej konwersacji.

Zatrzymuję się w miejscu i unoszę wzrok znad ekranu.

W kuchni, przy marmurowej wyspie kuchennej, siedzi ojciec w towarzystwie Franka Mortona, jednego z najmłodszych, a zarazem najbardziej utalentowanych architektów w jego pracowni. Z pewnością nie ma jeszcze trzydziestu lat, ale już zdążył w zeszłym roku zdobyć prestiżową nagrodę RIBA3 za projekt rewitalizacji wiktoriańskiej kamienicy. Wokół nich rozłożone są dziesiątki szkiców wnętrz, plany pomieszczeń z naniesionymi wymiarami, próbki tkanin w różnych odcieniach beżu, grube katalogi z meblami. Stoją tam również dwie kryształowe szklanki whisky - ta po stronie ojca jest prawie całkowicie pusta, podczas gdy druga, należąca do Franka, ledwo tknięta, jakby z grzeczności wobec gospodarza pociągnął jeden łyk dla towarzystwa, lecz nie zamierzał kontynuować.

- D-dobry wieczór - wyduszam niepewnie, odruchowo krzyżując ramiona na piersi.

Nagle jestem bardzo świadoma tego, jak niewiele mam na sobie. Jasnoniebieski top na ramiączkach z koronkową lamówką odsłania nie tylko mój dekolt, ale również wąski pasek skóry na brzuchu. Krótkie szorty zakrywają pośladki wyłącznie dlatego, że stoję idealnie prosto ze złączonymi nogami. Gdybym się jednak po coś schyliła...

- Cześć, Eleanor. - Frank odkłada długopis, którym robił notatki na marginesie jakiegoś szkicu, i uśmiecha się do mnie szeroko, ukazując przy tym idealnie białe, równe zęby. - Dawno cię nie widziałem. Minęły... ze cztery miesiące? Od tamtej kolacji charytatywnej, na której byłaś z rodzicami, pamiętasz? - Jego ciemne oczy prześlizgują się po mojej sylwetce od góry do dołu i zatrzymują na nagich nogach o ułamek sekundy za długo. - Ostatnio czas tak szybko leci, że kompletnie tracę rachubę. - Wraca spojrzeniem do mojej twarzy. - Co u ciebie słychać? Jak szkoła?

- Dobrze, bardzo dziękuję - odpowiadam grzecznie. - A u pana?

- Och, proszę. - Macha lekceważąco ręką. - Mówiłem ci już chyba z tysiąc razy, żebyś zwracała się do mnie po imieniu. Jest między nami ledwo dziesięć lat różnicy. To prawie nic, nie uważasz?

Nie. Nie uważam.

Dziesięć lat to przepaść, zwłaszcza gdy jedna osoba jest jeszcze niepełnoletnią uczennicą liceum, a w dodatku córką twojego szefa.

- Dobrze... Frank.

- No, od razu lepiej. - Opiera się jednym łokciem o blat i odwraca całym ciałem w moją stronę, najwyraźniej mając zamiar kontynuować konwersację. - A jeśli chodzi o to, co u mnie... Dużo ciekawych projektów, jeszcze więcej podróży po Europie. Twój tata - kiwa głową w stronę ojca, który obserwuje nas w milczeniu - sprawia, że jestem w ciągłym biegu. Ale nie narzekam. To zaszczyt pracować pod okiem takiej legendy jak on.

- To brzmi... bardzo intensywnie - mamroczę, nie bardzo wiedząc, co innego mogłabym powiedzieć. - Przepraszam, ale chciałabym...

- Jesteś już w ostatniej klasie Kingswood, prawda? - Frank ignoruje moją próbę wycofania się, więc na jego pytanie odpowiadam jedynie sztywnym skinieniem głowy. - Masz już jakieś konkretne plany na studia? Cambridge? Oxford?

- Planuję aplikować na prawo. Na Hampton.

- Prawo? - Unosi brwi, wyraźnie zdziwiony tą informacją, jakbym wyznała, że zamierzam zostać klaunem w cyrku. - Naprawdę? Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że pójdziesz w ślady swojego ojca. Z pewnością odziedziczyłaś po Christopherze niesamowity talent do rysunku.

Powstrzymuję parsknięcie.

Jedyne, co potrafię narysować, to patyczak. Krzywy patyczak.

Wymuszam nikły uśmiech, czując się coraz bardziej niekomfortowo pod jego wwiercającym się prosto we mnie spojrzeniem.

- Jesteśmy tu trochę zajęci, CÓRECZKO. - Ojciec przerywa naszą wymianę zdań, za co jestem mu wdzięczna. Używa pieszczotliwego słowa, jednak znam go zbyt dobrze, by dać się zwieść tej fasadzie. Zauważam, jak szczęki napinają mu się minimalnie, a w oczach błyska ostrzeżenie. - Mamy jeszcze sporo do omówienia przed jutrzejszą prezentacją dla klienta z Edynburga. Więc jeśli mogłabyś...

Nie kończy zdania, ale nie musi. Znam tego mężczyznę od niemal osiemnastu lat i wiem dokładnie, co ma na myśli: Spadaj stąd. Natychmiast. Nie chcę cię tu widzieć.

- Przyszłam tylko po... coś do picia. Zrobię sobie tylko szybko herbatę i już wam nie przeszkadzam.

- Oczywiście, KOCHANIE. - Ojciec uśmiecha się do mnie w ten obrzydliwy sposób, który z perspektywy Franka prawdopodobnie wygląda na czuły, pełen troski. - Zrób sobie spokojnie herbatkę.

Kieruję się sztywno w stronę czajnika, napełniam go wodą z kranu i naciskam odpowiedni przycisk. Czekam, aż woda się zagotuje, a jednocześnie zerkam kątem oka na ojca, właśnie dolewającego sobie alkoholu do szklanki.

I wiem.

Wiem, że dzisiaj w nocy, gdy Frank zabierze swoje szkice i pójdzie do domu, a mama nie wróci jeszcze z kancelarii, bo jej spotkanie skończy się późno, będzie źle.

Bardzo, bardzo źle.

- Wstawaj.

Bezwzględny rozkaz wyrywa mnie brutalnie z głębokiego snu.

Z ogromnym wysiłkiem rozchylam powieki, walcząc przeciwko otępieniu spowijającemu umysł niczym gęsta mgła. Przez kilka rozciągniętych w nieskończoność sekund nie jestem w stanie pojąć, co się dzieje, gdzie jestem, która może być godzina i dlaczego nad moim łóżkiem stoi masywny mężczyzna, budząc mnie przeraźliwie brzmiącym tonem.

Czy to jakiś koszmar, który za chwilę się skończy? Czy może jeszcze gorsza rzeczywistość, z której nie mam żadnej ucieczki?

Mój wzrok powoli przyzwyczaja się do półmroku panującego w pokoju i wtedy rozpoznaję sylwetkę ojca, zarysowaną na tle przytłumionego światła dobiegającego z korytarza przez uchylone drzwi.

Drzwi, które zamknęłam na klucz.

- Powiedziałem: wstawaj - powtarza lodowato, na co serce podskakuje mi do gardła. - Natychmiast, Eleanor. Nie zamierzam powtarzać tego po raz trzeci.

Wciąż pogrążona w resztkach snu, odsuwam kołdrę na bok i staję boso na miękkim dywanie naprzeciwko niego, niczym skazaniec przed bezwzględnym katem tuż przed egzekucją, czekając na wyrok, od którego nie ma odwołania.

- Coś ty sobie, kurwa, myślała, co? - Twarz ojca, na której kilka godzin temu gościł uśmiech, jest teraz wykrzywiona nieokiełznanym gniewem. Mężczyzna robi krok w moją stronę, zmniejszając dystans między nami do absolutnego minimum. - Jakim prawem pokazujesz się przy moim najlepszym pracowniku w pieprzonej piżamie? W dodatku z niewyprostowanymi, rozczochranymi włosami, wyglądając jak pieprzona miotła?

- J-ja... - Głos utyka mi gdzieś w gardle, uwięziony przez paraliżujący mnie od środka strach. Cofam się, lecz tyłem nóg napotykam materac. - Chciałam tylko... tylko zrobić sobie h-herbatę... Nie wiedziałam, że ktoś jest na d-dole, p-przysięgam...

- Herbatę. - Śmiech wydobywający się z jego piersi jest krótki i całkowicie pozbawiony rozbawienia. Ojciec łapie mnie z całej siły za lewe ramię, tuż powyżej łokcia. Następny siniak do kolekcji. - I oczywiście musiałaś być do tego ubrana w szorty ledwo zakrywające tyłek i top, spod którego wystaje ci brzuch?

Wystaje? On też to zauważył?

- Myślałam, że nikogo nie ma w d-domu. M-mama p-pisała, że zostaje d-do późna w p-pracy, więc j-ja... B-byłam tylko u-uprzejma...

- Jesteś aż tak żałośnie zdesperowana, żeby dostać jakąkolwiek uwagę od mężczyzny? - wypluwa z siebie kolejne słowa, jakby moje wyjaśnienia nie miały dla niego najmniejszego znaczenia. - A może Frank ci się podoba, hmm? Lubisz doświadczonych facetów, Eleanor? Kilka lat starszych, w dobrze skrojonych garniturach, z pieniędzmi i zegarkami za dwadzieścia tysięcy? Podnieca cię to?

- Tato, p-proszę... - Próbuję uwolnić ramię z jego uścisku, lecz to sprawia, że ten jedynie przybiera na sile. - Ja n-nie... To nie t-tak...

- Przestań się jąkać. Robisz to celowo, żebym poczuł się winny.

- N-nie robię tego ce...

- I nie nazywaj mnie swoim tatą, kiedy zachowujesz się jak ostatnia szmata.

To słowo - szmata - rani boleśniej niż jakikolwiek fizyczny cios.

Siniak zagoi się w tydzień. Można go zakryć podkładem, długim rękawem, wymówką o niezdarności. Słowa zostają na zawsze. Wchodzą pod skórę i zamieszkują w kościach, mięśniach, odbiciu w lustrze, w które patrzę codziennie i nie widzę w nim Eleanor, tylko zbiór epitetów, jakimi przez lata nazywał mnie ojciec.

- A teraz odpowiedz na moje pytanie - naciska bezlitośnie. - Podoba ci się Frank Morton?

- Nie, oczywiście, że nie! Nigdy...

Nie udaje mi się dokończyć tego zdania, ponieważ w tej właśnie chwili ojciec uderza mnie z całej siły otwartą dłonią w bok głowy, tuż przy skroni, przez co na sekundę robi mi się ciemno przed oczami, a w uszach rozlega się przeraźliwy pisk. Chwieję się i opadam bezwładnie na łóżko, lecz on ponownie chwyta za to samo miejsce na ramieniu i podnosi szarpnięciem do pionu.

- Nie waż się podnosić na mnie głosu w moim własnym domu, ty niewychowana gówniaro. Zrozumiano?

Kiwam posłusznie głową, próbując zignorować łomot w czaszce oraz łzy, które lada moment zaczną spływać mi po policzkach, chociaż robię wszystko, by je powstrzymać.

- Powiedz to na głos - żąda ojciec i drugą dłonią ściska mój podbródek, zmuszając do spojrzenia mu prosto w oczy. Te same błękitne tęczówki, które widzę codziennie w lustrze, są wypełnione czymś tak przerażającym, że najchętniej odwróciłabym wzrok. To jednak jedynie rozwścieczyłoby go jeszcze bardziej. - Powiedz ładnie: "Rozumiem, tato. Przysięgam, że nie będę podnosić na ciebie głosu".

- R-rozumiem, t-tato. P-przysięgam, że n-nie będę podnosić n-na ciebie g-głosu.

- A na co dokładnie przysięgasz? - drąży z udawanym zaciekawieniem. - Na Boga, w którego nawet nie wierzysz? Na rodzinę, którą zawstydzasz swoim niestosownym zachowaniem przy każdej możliwej okazji? Na honor, którego, szczerze mówiąc, nigdy nie posiadałaś?

- N-na wszystko - szepczę załamana, tylko te słowa przychodzą mi do głowy.

Przysięgasz, Mads?

Na wszystko, El.

- Wiesz co, córeczko? - podejmuje zupełnie innym tonem, brzmiącym niemal przyjaźnie, jakby cała furia i okrucieństwo właśnie z niego wyparowały. - Może faktycznie powinniśmy porozmawiać o twoich przysięgach. Bo widzisz, przysięgałaś mi kiedyś, że nigdy więcej mnie nie okłamiesz. Pamiętasz ten dzień? Pamiętasz, jak klęczałaś na tej podłodze - wskazuje na dywan pod moimi stopami - i błagałaś, żebym ci wybaczył? Obiecywałaś, że już nigdy nie będziesz kłamać?

- T-tak.

Trudno byłoby mi o tym zapomnieć, nawet gdybym chciała. Klęczałam wtedy w jednej pozycji przez ponad dwie godziny, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy, bo tak mi kazał, aż całe moje ciało zdrętwiało, a ból okazał się nie do zniesienia. On siedział na moim łóżku i rysował na tablecie projekt loftu i co kilka minut unosił wzrok, by sprawdzić, czy przypadkiem nie ruszyłam się chociażby o milimetr.

- Więc może łaskawie wyjaśnisz mi, dlaczego spędziłaś sobotnią noc u Nathaniela Scotta - wypluwa jego imię z odrazą - skoro według wiadomości wysłanej do swojej matki miałaś nocować u Zoe?

Krew odpływa mi z twarzy tak gwałtownie, że przez sekundę mam wrażenie, iż zaraz zemdleję, co zdecydowanie byłoby lepszym wyjściem niż kontynuowanie tej rozmowy. Serce, które do tej pory waliło szybko w gardle, zamiera.

- S-skąd...?

- Skąd wiem, co robi moje własne dziecko? Cóż, na twoją niekorzyść ostatnio całkiem często pojawiam się w Camden. Mam tam klienta, mieszka dokładnie trzy domy dalej od twojego nowego ukochanego. Więc wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy wracając do samochodu po trzygodzinnym spotkaniu, zauważyłem za bramą Mercedesa, którego kupiłem swojej córce. A kiedy pojawiłem się tam następnego dnia rano... Niespodzianka! Twoje auto wciąż stało dokładnie w tym samym miejscu. Więc opowiedz mi, co dokładnie robiłaś u tego chłopaka? Opowiadałaś, jaka jesteś nieszczęśliwa w tym okropnym domu? Płakałaś mu w ramionach? Skarżyłaś się na strasznego ojca, któremu tak naprawdę zawdzięczasz każdą najmniejszą rzecz, jaką posiadasz? A może po prostu pieprzyliście się bez opamiętania przez całą noc?

- Nate to mój przyjaciel! - protestuję i tym razem nie udaje mi się powstrzymać łez; lecą już po obu policzkach, przysłaniając mi sylwetkę ojca. - Od przedszkola! Znam go całe życie, tato! Ty też go znasz! Przychodził do nas na kolacje, na urodziny, na święta...

- Przyjaciel... - Prycha. - Powiedz mi, jak spędzacie czas ze swoim "przyjacielem", gdy u niego nocujesz? Hmm? Tak samo jak z Zoe i Phoebe? Siedzicie w piżamkach i oglądacie razem romantyczne komedie? Plotkujecie o chłopakach ze szkoły i robicie maseczki? - Nachyla się jeszcze bliżej, aż nasze twarze są oddzielone zaledwie milimetrami. - Czy może leżysz rozkraczona na jego łóżku i pozwalasz mu wsuwać ręce wszędzie, gdzie tylko zechce?

- Nie! My nie... nigdy nie... Przecież... - Szukam jakiegokolwiek argumentu, czegokolwiek, co mogłoby załagodzić tę sytuację. - U Maddoxa też nocowałam całe życie i nigdy nie miałeś z tym problemu - próbuję się bronić, choć wiem, że to bezcelowe.

Przegrałam w sekundzie, w której wszedł do mojego pokoju.

- Nie waż się porównywać tego bezwartościowego gnoja o nazwisku Scott do kogoś takiego jak Maddox. Carter wychowuje swoich synów właściwie. Uczy ich szacunku, dyscypliny, wartości. Killian i Maddox to porządni młodzi mężczyźni z przyszłością. A rodzice Nathaniela? Zostawili go kilka lat temu całkowicie samego, bez żadnego nadzoru, i zobacz, kurwa, co z niego wyrosło. Robi dokładnie, co chce, z kim chce, kiedy tylko ma na to ochotę. I teraz najwyraźniej z kimś, kto nosi moje nazwisko.

- Nate jest naprawdę dobrym człowiekiem...

- Bronisz tego sukinsyna? - Ojciec patrzy na mnie z niedowierzaniem, które w ułamku sekundy przekształca się w coś znacznie gorszego, zwiastującego pierwszy cios. - Zmarnowałem prawie osiemnaście lat życia na wychowywanie cię, a ty i tak wyrosłaś na tępą, naiwną dziewuchę. - Zanim zdążę zareagować, popycha mnie w tył, przez co upadam na materac, a cienkie ramiączko jasnoniebieskiego topu zsuwa się, odsłaniając sporą część piersi. - Co ty tam, kurwa, masz?

Przerażona, podążam za jego spojrzeniem i wtedy to widzę - dwa małe, ciemnofioletowe ślady tuż nad lewą piersią, na które wcześniej nawet nie zwróciłam uwagi.

Nathan mnie tam całował. Wczoraj wieczorem, kiedy leżeliśmy razem na kanapie...

- To... nic takiego... - Gorączkowo poprawiam materiał, by zakryć malinki. - Chyba na treningu tenisa dostałam tam piłką...

Nie chodzisz na treningi tenisa, El. Masz zabandażowaną rękę.

- Nie waż się bezczelnie kłamać mi prosto w twarz. - Nachyla się nade mną i kładzie dłonie po obu stronach mojego ciała, blokując mi jakąkolwiek możliwość ucieczki. - Myślisz, że jestem idiotą? Że nie widzę różnicy między siniakiem od przypadkowego uderzenia a jebaną malinką?

Jestem uwięziona. Zamknięta w pułapce między nim a materacem.

Bez wyjścia. Bez ratunku. Bez nadziei.

- Ten parszywy śmieć zostawia ci ślady na ciele, jakbyś była jego, kurwa, własnością? - syczy jadowicie przez zaciśnięte zęby. - Jakim prawem...

- Nie! To... to się stało przypadkiem, my tylko...

- Tylko co?! - Uderza pięścią w materac, tuż obok mojego biodra. - Przypadkiem położyłaś się w jego łóżku? Przypadkiem pozwoliłaś mu ściągnąć z ciebie ubranie? Przypadkiem rozłożyłaś przed nim nogi?

- Przestań! - szlocham głośno, zakrywając twarz drżącymi dłońmi. - Proszę, tato, przestań tak mówić...

Niespodziewanie milknie, co przeraża mnie jeszcze bardziej niż krzyk. Zerkam na niego spomiędzy palców, podczas gdy on, nad wyraz opanowanym tonem, mówi:

- Rozbieraj się.

Świat wokół mnie kurczy się do tego jednego, krótkiego zdania.

- C-co? - wyszeptuję, absolutnie pewna, że mój oszołomiony strachem oraz adrenaliną umysł zaczął płatać figle i podrzucać słowa, których tak naprawdę nie wypowiedział.

- Zdejmij top i szorty. - Powtarza to tym samym, beznamiętnym tonem i cofa się o pół kroku, krzyżując ramiona na piersi. - Teraz. Chcę zobaczyć dokładnie, co Nathaniel Scott zrobił z ciałem MOJEJ JEDYNEJ CÓRKI.

- Nie... nie mogę... - Cała zaczynam się trząść, a zęby uderzają o siebie niekontrolowanie, gdy dociera do mnie, co wiąże się z jego rozkazem. - Tato, błagam cię, nie każ mi się rozbierać... Zrobię wszystko, co zechcesz, dosłownie wszystko, mogę klęczeć na dywanie przez całą noc, tylko nie to...

Boże, jeśli Phoebe ma rację i naprawdę istniejesz gdzieś tam na górze, błagam cię, zrób coś. Powstrzymaj go. Spraw, żeby mama wróciła do domu, żeby zadzwonił telefon, żeby stało się cokolwiek, co go zatrzyma.

- Rozbieraj się albo zrobię to za ciebie - mówi to tak spokojnie, jakby prosił mnie o podanie mu soli przy kolacji. - Masz pięć sekund na podjęcie decyzji, Eleanor. I sugeruję, żebyś wybrała mądrze. Pięć... - zaczyna odliczać.

- Nie...

- Cztery...

- Nie mam nic pod spodem! - wykrzykuję, płacząc coraz głośniej. - Mam na sobie tylko piżamę, nic więcej, nawet bielizny, proszę cię, błagam, błagam, błagam...

- Trzy...

Ale moje błagania nigdy nie miały dla niego znaczenia.

- N-nie... wytrzymam j-już d-dłużej... - wyduszam z siebie, ale mój głos jest zbyt słaby, by dotrzeć do człowieka, który dawno przestał traktować mnie jak własne dziecko.

Nie pamiętam dokładnie, co wydarzyło się potem.

W pewnym momencie mój umysł zrobił jedyną rzecz mogącą mnie uratować i po prostu... odpłynął. Odciął się od tego, co działo się z ciałem, zostawiając za sobą tylko skórę, kości i mięśnie, które leżały nieruchomo i pozwalały, by Christopher Adwin robił ze mną to, co chciał. Uciekłam w jedyne bezpieczne miejsce, jakie znałam - do domu Griffinów, prosto w ramiona Maddoxa. Siedzieliśmy w oranżerii pełnej kwiatów, przytulając się, podczas gdy Hades i Cairo spali u naszych stóp. Przez uchylone okno wpadał wieczorny wiatr, a ja czytałam książkę, której tytułu nie pamiętam. Później przeszliśmy do salonu, gdzie Maddox usiadł przy pianinie i zaczął grać Clair de lune Debussy'ego.

Było to tak niewiarygodnie realne, że przez jedną, cudowną sekundę naprawdę w to uwierzyłam. Pomyślałam, że Maddox przyszedł z pomocą - że jakoś się dowiedział i przybiegł mnie stąd zabrać raz na zawsze.

Ale to okazało się tylko złudzeniem.

Urojeniem umysłu, który próbował się obronić przed tym, co było nie do zniesienia.

Maddox nie przyjechał.

Maddox jest teraz w swoim pokoju w Richmond albo w sypialni Scarlett i nie ma pojęcia, że dziewczyna, której kiedyś obiecywał szczęście, leży skulona pod kołdrą, myśląc o tym, jak bardzo chciałaby umrzeć.

Każdy oddech sprawia mi niewyobrażalny, przeszywający ból w miejscach, gdzie ojciec mnie uderzył.

A bił dosłownie wszędzie.

Ramiona. Żebra. Plecy. Uda. Głowa. Brzuch. Pośladki.

Nie mogę przestać płakać, chociaż łzy tylko potęgują mój fizyczny dyskomfort - każdy szloch sprawia, że chcę wrzeszczeć z bólu, ale zamiast tego gryzę poduszkę, tłumiąc chcące wydostać się z gardła dźwięki. Błądzę palcami po pościeli, szukając czegokolwiek, co mogłoby przynieść mi choć odrobinę pociechy w tym niekończącym się koszmarze zwanym życiem.

I wtedy go znajduję.

Misia.

Nie tego pierwszego, prawdziwego Misia, którego zgubiłam lata temu podczas wakacji we Francji.

Tego misia, którego Maddox kupił mi trzy tygodnie później.

Pojechał ze swoją mamą do każdego sklepu z zabawkami w Londynie, szukając identycznego pluszaka. Oczywiście nie znalazł dokładnie takiego samego, ale i tak mi go przyniósł.

- Wiem, że to nie jest twój prawdziwy Miś, El - powiedział wtedy, podając mi zabawkę obiema rękami, jakby wręczał mi największy skarb świata. I może tak właśnie było. - Ale pomyślałem sobie, że może... może ten nowy mógłby się tobą zaopiekować i pilnować cię w nocy, dopóki tamten pierwszy nie znajdzie drogi powrotnej do domu? Bo na pewno tam gdzieś jest i bardzo za tobą tęskni. Tak samo jak ja bym tęsknił, gdybym się kiedyś zgubił i nie mógł do ciebie wrócić.

Rzuciłam się na niego wtedy z takim impetem, że oboje przewróciliśmy się na trawę w ogrodzie. Tuliłam jednocześnie i Maddoxa, i nowego misia, płacząc i powtarzając w kółko dziękuję, dziękuję, dziękuję. Wtedy Mads roześmiał się i powiedział, że nie muszę mu dziękować, bo przecież właśnie po to są najlepsi przyjaciele.

Szlocham głośniej w miękkie futerko, nie przejmując się już tym, że mogę zachowywać się zbyt głośno. Mama nadal jest w kancelarii, nieświadoma tego, co dzieje się w domu, kiedy jej nie ma. Ojciec natomiast chyba wyszedł - słyszałam trzaśnięcie drzwi wejściowych, podczas gdy klęczałam na podłodze i sprzątałam papierowymi ręcznikami wymiociny, bo trafił pięścią w mój żołądek i nie udało mi się powstrzymać odruchowej reakcji ciała.

Ogarnia mnie kolejna fala bólu, przypominając mi o tym, czego przed chwilą doświadczyłam. Z ogromnym trudem, ponieważ każdy ruch to osobna tortura, odwracam się powoli na drugi bok. Otwieram górną szufladę w szafce nocnej, gdzie trzymam przeróżne leki przeciwbólowe i różowe pudełeczko w kształcie serca.

Nie zastanawiam się nad tym, ile tabletek Xanaxu biorę. Dwie? Trzy? Cztery? Nie wiem. Nie obchodzi mnie to. Po prostu wysypuję je na dłoń, wkładam do ust i popijam wodą ze szklanki stojącej na szafce.

Znowu przyciągam misia do piersi, tuląc go tak mocno, jakby od tego zależało moje życie, i sięgam po telefon leżący na poduszce obok głowy, kierowana irracjonalną potrzebą jakiejkolwiek ulgi, poczucia, że nie jestem całkowicie sama na tym okrutnym świecie.

Zaczynam pisać wiadomość, chociaż ledwo widzę cokolwiek przez łzy:

El:

tak, tęsknię. bardzo x

To odpowiedź na pytanie, które zadał mi najpierw w spiżarni, a następnie pod Ashbourn - Tęsknisz za mną, El? Choćby odrobinę? - na które odpowiedziałam "nie", bo jestem kłamczuchą.

Zanim zdążę zmienić zdanie, klikam wyślij.

Wiadomość pojawia się w okienku czatu. Czekam na komunikat dostarczone pod tekstem, lecz nic się nie dzieje. Odczekuję jeszcze kilka dodatkowych sekund i sprawdzam ponownie, z nadzieją, że to tylko problem z zasięgiem albo z internetem.

Nic.

SMS nadal wisi bez żadnego statusu.

El:

Mads?

Mads, proszę

potrzebuję Cię

Żadna z nich nie zostaje dostarczona.

Tym razem naprawdę zostałaś sama, El.

Rozdział jedenasty

Maddox

Nie wiem, czy powinienem to robić.

Właściwie to doskonale wiem, że nie powinienem, lecz Eleanor nie pojawiła się dzisiaj w szkole, co samo w sobie nie byłoby może aż tak niepokojące, gdyby nie moja interakcja z Zoe w trakcie długiej przerwy. Williams dosłownie wyciągnęła mnie siłą z kolejki w stołówce tuż przed tym, jak chciałem złożyć zamówienie, i zaprowadziła do rzadko użytkowanej sali chemicznej. Z wyraźnym przejęciem w oczach zapytała, czy miałem od wczoraj jakikolwiek kontakt z El, ponieważ nie odpisała ani jej, ani Phoebe, ani Nathanowi.

Mogłem powiedzieć jej, że trudno byłoby mi pisać z kimś, kto zablokował mój numer oraz wszystkie konta w mediach społecznościowych, ale ugryzłem się w język i odpowiedziałem tylko krótkie, suche:

- Nie.

Moja partnerka tenisowa nie przyjechała również na popołudniowy trening w Ashbourn, podobnie jak w poniedziałek. Berkley zapytał mnie na wejściu, czy wiem, dlaczego jej nie ma, skoro miała oglądać moje sparingi, na co mogłem tylko wzruszyć bezradnie ramionami - swoją drogą zachodzę w głowę, co właściwie się stało, że ciągle chodzi z zabandażowaną dłonią. Przez nieobecność El już dwa treningi z rzędu musiałem grać przeciwko Damienowi, a ten nowy typ oraz jego pewność siebie wyjątkowo działają mi na nerwy.

Teraz zatrzymuję Porsche pod znajomym budynkiem w Notting Hill, tuż za ciemnym Mercedesem dziewczyny, który - jak zwykle zresztą - stoi zaparkowany odrobinkę krzywo.

Przynajmniej wiem, że jest w domu.

Słucham do końca Maroon Taylor Swift, bo jestem na tyle żałosny, że nadal włączam playlistę zatytułowaną od El dla Madsa <3 na Spotify. Stworzyła ją dla mnie dwa lata temu podczas deszczowego wieczoru i wypełniła utworami, które kochaliśmy, które grałem dla niej na pianinie, których słuchaliśmy podczas nocnych przejażdżek po Londynie oraz niekończących się rozmów w oranżerii.

Chociaż za każdym razem, gdy włączam tę playlistę, czuję się jak masochista, który celowo zadaje sobie ból, robię to codziennie. Czasem w drodze do szkoły lub wracając z treningu, jednak najczęściej w nocy, gdy nie mogę zasnąć i Hades oraz Cairo śpią u moich stóp, a ja wpatruję się w sufit, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo mi jej brakuje.

Piosenka dobiega końca, więc sięgam po telefon leżący na fotelu pasażera, chcąc puścić jeszcze jeden utwór, zanim w końcu zbiorę się na odwagę, żeby wyjść z samochodu i stanąć przed drzwiami Adwinów.

Wtedy wzrok pada na coś, czego wcześniej tam nie było.

Nowy tytuł na playliście.

loml.

Jej ulubiona piosenka, ta, której mogła słuchać godzinami na zapętleniu. El zawsze się przy niej wzruszała, zwłaszcza gdy grałem ją na pianinie. Mimo że tak bardzo uwielbiała ten utwór, nigdy wcześniej nie dołączyła go do playlisty, ponieważ według niej był zbyt smutny i nie pasował do reszty utworów, które kojarzą się jej ze mną.

A teraz nagle się tu pojawiła.

Czy dodała ją przypadkowo?, próbuję wymyślić jakieś racjonalne wytłumaczenie. Może chciała umieścić ją na jednej ze swoich niezliczonych składanek i po prostu się pomyliła? Przecież niemożliwe, że dodała ją celowo, ale jeśli...

Nie dopowiadaj sobie, Maddox.

Znam siebie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że mam patologiczną tendencję do analizowania każdego jej gestu, słowa, spojrzenia, szukając w nich ukrytych znaczeń, które nie istnieją nigdzie poza moją wyobraźnią. Robiłem to wielokrotnie - przekonywałem się, że przecież to, jak na mnie patrzyła, jak się uśmiechała na samą wzmiankę o czymś, co razem planowaliśmy, jak szeptała moje imię w trakcie pocałunków, musiało coś oznaczać.

Och, Mads...

Za każdym razem kończyło się to tym samym: rozczarowaniem, gdy okazywało się, że wszystko sobie po prostu wyobrażałem. Interpretowałem zwykłą przyjaźń i czułość, którą El obdarzała mnie od dzieciństwa, jako miłość.

Nie mogąc się powstrzymać, włączam piosenkę.

What we thought was for all time was momentary.

Miałem ją dla siebie tylko na tak krótki, ulotny moment, a chciałem zachować na wieczność.

I wish I could unrecall,

How we almost had it all.

Prawie.

Prawie mieliśmy wszystko.

Prawie była moja.

I'll never leave, 'never mind.

Przysięgała mi kiedyś, że nigdy mnie nie zostawi. A potem odeszła.

And I'll still see it, until I die.

You're the loss of my life.

Eleanor jest największą stratą mojego życia.

Stratą, z którą będę musiał egzystować do końca swoich dni. Zacznie mnie prześladować w każdym nowym związku, pojawi się w każdym pocałunku z kimś innym, sprawiając, że poczuję pustkę zamiast pożądania. Pewnego dnia pomyślę, że może już się tego pozbyłem i nauczyłem się bez niej żyć, a potem usłyszę piosenkę, którą kochała, albo zobaczę kogoś o podobnych włosach, albo poczuję zapach wiśni i wszystko wróci ze zdwojoną siłą.

Kurwa.

Gaszę silnik, muzyka cichnie.

Nim zmienię zdanie lub wymyślę tysiąc powodów, dla których to, co właśnie planuję zrobić, jest złym pomysłem, zmuszam się do działania. Wysiadam z auta, wpisuję kod do bramy i ruszam szybkim krokiem przez ścieżkę prowadzącą do drzwi. Serce wali mi jak oszalałe, jakbym właśnie przebiegł maraton, a nie przeszedł kilka metrów od samochodu, natomiast głowa nadal lekko ćmi pomimo łyknięcia oksykodonu - migrena męczy mnie przez mój alkoholowy wybryk. Prawą skroń przeszywa pulsujący ból, który zapowiada, że jeśli nie wezmę kolejnej dawki leku, za kilka godzin nie dam rady funkcjonować.

Nie było mnie u Adwinów od ponad trzech miesięcy, jeśli nie liczyć tamtego jednego, absurdalnie krótkiego razu, kiedy pojawiłem się z bukietem ciemnoczerwonych piwonii po zwycięstwie Eleanor w turnieju tenisowym. Te same kwiaty miałem dla niej w lipcu, gdy przyjechałem tutaj, do tego samego domu, z zamiarem zapytania jej, czy zostanie moją dziewcz...

Nie wracaj tam. Nie teraz.

Kiedyś bywałem tu kilka razy w tygodniu, chociaż zwykle to Eleanor spędzała czas u mnie, w Richmond. Niemniej jednak potrafiłem godzinami siedzieć w ich kuchni, obserwując, jak El wraz z Claire pieką specjalnie dla mnie kolejne partie tych niesamowitych ciastek z pistacjami i gorzką czekoladą. Czasami przesiadywałem wieczorami z Christopherem w jego gabinecie pełnym szkiców i makiet budynków, gdzie pokazywał mi najnowsze projekty wnętrz, często pytając o moją opinię, jakby naprawdę obchodziło go zdanie dzieciaka bez żadnego zmysłu estetycznego.

Traktował mnie jak własnego syna, o którym chyba od zawsze marzył.

W zeszłym roku, podczas Bożego Narodzenia spędzonego wspólnie przez nasze rodziny, po sporej ilości whisky wypitej w trakcie kolacji, wyznał mi, że po urodzeniu Eleanor próbowali z Claire ponownie zajść w ciążę, tym razem naturalnie. Trwało to dwa lata, lecz nic z tego nie wyszło. Potem, jakiś czas temu, zdeterminowani chęcią posiadania kolejnego dziecka, wrócili do in vitro, ale przeszli przez nieudany transfer i ostatecznie się poddali.

Ellie jest naszym jedynym cudem, powiedział wtedy, patrząc na mnie tymi samymi niebieskimi oczami, które kochałem w jego córce. Dlatego musisz mi obiecać, Maddox, że będziesz dbał o moją dziewczynkę. Że nigdy jej nie skrzywdzisz.

Biorę głęboki wdech, napełniając płuca chłodnym powietrzem, po czym uderzam trzy razy w ciemne drewno. Po kilku sekundach oczekiwania słyszę męskie kroki, a następnie drzwi otwierają się szeroko.

Pierwsze, na co zwracam uwagę, to znajomy, zbyt intensywny zapach perfum do wnętrz o zapachu róży, którymi Claire obsesyjnie spryskiwała każdy zakamarek tego domu. Chyba że wiedziała wcześniej o moim przyjściu - wtedy wietrzyła wszystkie pomieszczenia, nawet w środku zimy, by przypadkiem nie wywołać u mnie bólu głowy.

- Maddox? - Christopher marszczy ciemne brwi z zaskoczeniem wykwitającym w każdym ostrym rysie jego twarzy. Wygląda jak zawsze elegancko, w białej koszuli oraz garniturowych spodniach w kant. - Cholera jasna, synu... - Wychyla się i rozgląda za mną, jakby sprawdzał, czy przyjechałem sam. - Co ty tutaj robisz? Jesteś ostatnią osobą, której się dzisiaj spodziewałem.

- Wiem. - Odchrząkuję, by pozbyć się napięcia z głosu. - Cześć, Christopher. - Unoszę nieznacznie kąciki ust w coś, co ma imitować uśmiech, i wyciągam do niego dłoń. Ściska ją pewnie, ale nie za mocno. - Przepraszam, że przyjechałem bez zapowiedzi. Wpadłem tylko na chwilę. - Wsuwam obie ręce głęboko do przednich kieszeni spodni. Czuję się dziwnie nieswojo, jakbym był jakimś intruzem, a nie kimś, kto setki razy przekraczał ten próg. - Chciałem się upewnić, że z El wszystko w porządku. Nie pojawiła się dzisiaj w szkole, nie przyszła na popołudniowy trening, a od wczorajszego wieczoru nikt nie miał z nią kontaktu...

- Eleanor jest chora - wchodzi mi w zdanie, co ma w zwyczaju robić, odkąd pamiętam. Szczerze tego nienawidzę, lecz przy nim staram się nie okazywać irytacji, gdyż darzę go zbyt dużym szacunkiem. - Ale to nic poważnego. Zwykłe przeziębienie, które z pewnością przejdzie do końca tygodnia. Wiesz, że ze swoją słabą odpornością łapie dosłownie każdego wirusa o tej porze roku. Wystarczy, że ktoś w jej otoczeniu kichnie raz i już następnego dnia leży z wysoką temperaturą.

- To dobrze. - Faktycznie El zawsze choruje jesienią. To nic nowego. - To znaczy... nie dobrze, że jest chora, ale dobrze, że to nic poważnego, że to tylko przeziębienie... - Urywam, gdyż brzmię jak pieprzony idiota. - Czy mógłbym ją zobaczyć? Obiecuję, że nie będę jej długo męczył.

- Obawiam się, że to nie jest dobry moment, synu. - Christopher kładzie mi dłoń na ramieniu i ściska je lekko w geście, który pewnie ma być pocieszający. - Ellie naprawdę kiepsko się czuje. Biedactwo śpi przez cały dzień, ledwo ma siłę podnieść się z łóżka, żeby pójść do łazienki, a co dopiero żeby przyjmować gości. Zostałem dzisiaj specjalnie w domu, zamiast jechać do pracowni, by móc się nią opiekować.

Zaraz. Co?

Coś w tym wytłumaczeniu brzmi... niespójnie.

Eleanor ma zwykłe przeziębienie, a tymczasem on mówi mi, że nie jest w stanie samodzielnie podnieść się z łóżka? Wymaga takiej opieki, że jej ojciec musiał zostać w domu, zamiast pojechać do pracy?

Znienacka czuję nieprzyjemne ukłucie w żołądku, jakąś niewyjaśnioną potrzebę, żeby wepchnąć się siłą do ich domu, wbiec po schodach na górę, otworzyć drzwi do pokoju El i zobaczyć na własne oczy, że faktycznie śpi i nic jej nie jest.

- A ciocia Claire... - Szukam innej drogi, żeby się dostać do środka. - Mogę się z nią przywitać?

- Claire ma aktualnie straszny kocioł w kancelarii. - Wzdycha, jak gdyby sam pracował po nocach i był zmęczony tą sytuacją. - Wczoraj w ogóle nie spała w domu, tylko została w biurze na kanapie.

Claire nie spała w domu.

Eleanor nie odpisuje nikomu od wczorajszego wieczoru.

To zbieg okoliczności... Prawda?

- Rozumiem.

- Bardzo doceniam to, że przejmujesz się stanem zdrowia mojej córki. Naprawdę. Ale Eleanor potrzebuje teraz spokoju i ciszy. Na pewno odezwie się do was, gdy tylko poczuje się na siłach. - Klepie mnie po bicepsie. - A ty wracaj do domu i koniecznie pozdrów ode mnie swoich rodziców.

- Jasne - odpowiadam mechanicznie.

Drzwi zamykają się przed moją twarzą, a potem słyszę dźwięk przekręcanego w zamku klucza, co ostatecznie pozbawia mnie szansy na zobaczenie El. Ruszam z powrotem w stronę samochodu, lecz nim docieram do furtki, odnoszę wrażenie, że czuję na sobie czyjś wzrok.

Odwracam się i patrzę w górę, na trzecie okno od lewej.

Pokój Eleanor.

Beżowe zasłony są zaciągnięte, ale pomiędzy nimi dostrzegam wyraźnie zarysowaną przez blade światło dobiegające z wnętrza sypialni kobiecą sylwetkę, która znika w tym samym momencie, gdy nasze oczy się spotykają.

Christopher właśnie skłamał mi prosto w twarz.

El wcale nie śpi.

- Napijesz się czegoś? - Scarlett odwraca się i rzuca mi przelotne spojrzenie przez ramię, podczas gdy kroczę za nią w głąb salonu. - Czekam też na kolację, zamówiłam sobie carbonarę jakieś dwadzieścia minut temu, ale nie wiedziałam, że dzisiaj przyjdziesz, więc niestety nie wzięłam nic dla ciebie... - Przygryza dolną wargę. - Mogę zadzwonić i poprosić o jeszcze jedną porcję, jeśli chcesz? Albo zamówić coś zupełnie innego? Może masz ochotę na sushi albo coś z tej koreańskiej restauracji na końcu ulicy? - Słowa wypadają z ust dziewczyny odrobinę zbyt szybko, jakby intuicja podpowiadała jej, że coś jest nie tak, i starała się odwrócić od tego uwagę zwykłą gadaniną.

- Nie jestem głodny - zapewniam łagodnie, zanim zdąży zaproponować kolejną opcję. - Możemy usiąść? - Wskazuję głową w stronę narożnej sofy.

Przyszedłem tutaj w konkretnym celu: zakończyć nasz związek.

Muszę to zrobić dzisiaj. Bez dalszego odkładania tego w czasie, bez wymyślania kolejnych wymówek, bez przekonywania samego siebie, że może zaczekam jeszcze tylko chwilę, jeszcze tydzień, miesiąc, a wtedy wszystko magicznie się między nami zmieni.

Scarlett zasługuje na nieporównywalnie więcej, niż jestem jej w stanie zaoferować, i lepiej rozstać się teraz, zanim pogrążymy się w tym wszystkim na tyle głęboko, że wyjście będzie jeszcze bardziej bolesne.

Zanim ona się we mnie zakocha.

Jeśli w ogóle może się zakochać w kimś takim jak ja.

Wczoraj wieczorem prosto spod domu Adwinów pojechałem na Primrose Hill, do mieszkania Killiana i Charlotte. Po raz pierwszy od bardzo dawna otworzyłem się przed starszym bratem i pozwoliłem sobie na szczerość dotyczącą tego, co czuję do Eleanor, mojej relacji ze Scarlett, wydarzeń z lipca. Podobno już we wtorek powiedziałem mu wystarczająco dużo, by bez problemu połączył ze sobą wszystkie kropki i zrozumiał pełen obraz sytuacji, w której tkwię od miesięcy. Pokazał mi też zrzuty ekranu z maila - tak, kurwa mać, maila - którego napisałem do Eleanor tamtej nocy. Chaotyczne, rozpaczliwe wyznania pełne literówek i błędów ortograficznych, pozbawione jakiejkolwiek logiki czy spójności. Opowiadałem jej o naszych wyimaginowanych dzieciach, wspólnym domu, tym, jak bardzo ją kocham i jak bardzo tęsknię.

Chyba nigdy w życiu nie byłem za nic tak cholernie wdzięczny jak za to, że Kill zabrał mi telefon i tym samym uniemożliwił wysłanie tego kompromitującego wywodu. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by się stało, gdybym faktycznie nacisnął wyślij.

- Jasne. - Scarlett splata nasze palce i prowadzi przez salon.

Siadam sztywno na samym brzegu kanapy, starając się zachować pomiędzy nami jakiś dystans, natomiast ona zajmuje miejsce tuż obok, przez co nasze uda się stykają. Podciąga bose stopy pod siebie i opiera głowę o moje ramię. Wzdycha, jakby samo to, że przyszedłem, było czymś, czego potrzebowała najbardziej na świecie, co potęguje we mnie już i tak kurewsko silne poczucie winy.

- Co się stało, misiu? - pyta miękko, a jednocześnie zaczyna kreślić palcami powolne kółka na wewnętrznej stronie mojego nadgarstka, tuż nad pulsującą żyłą.

- Chciałem z tobą porozmawiać o czymś ważnym. - Szukam odpowiednich słów, by jak najmniej ją zranić, lecz nie pozostawić żadnych wątpliwości co do decyzji, którą podjąłem. - Coś, o czym myślę już od dłuższego czasu i...

- Właściwie to ja z tobą też - przerywa mi, nim zdążam dokończyć myśl.

Podnosi głowę z mojego ramienia i spogląda mi prosto w oczy, na co marszczę brwi. Jestem zaskoczony tą informacją, bo to nie był scenariusz, który przygotowałem sobie w głowie.

- Wybacz, nie powinnam wchodzić ci w słowo... - dodaje przepraszająco. - Mów dalej, Maddox. Słucham cię.

- Nie, nie. Proszę, ty mów pierwsza.

Może to będzie łatwiejsze, niż myślałem.

Może Scarlett również poczuła, że między nami brakuje tej chemii, która powinna pojawić się po takim czasie, i doszła do tych samych wniosków co ja. Może to będzie obopólna decyzja - spokojna, dojrzała rozmowa, a po niej każde z nas pójdzie w swoją stronę i wrócimy do tego, jak nasza relacja wyglądała jeszcze kilka miesięcy temu.

- Zbierałam się już od kilku dni, żeby z tobą o tym porozmawiać - kontynuuje Scarlett, a jej ciemnozielone oczy wwiercają się we mnie z niepokojącą intensywnością. - Ale jakoś nie mogłam znaleźć odpowiedniego momentu. Ty byłeś zajęty treningami, rodziną, pomaganiem ojcu w banku, ja miałam mnóstwo nauki, sesję zdjęciową do kampanii, spotkanie z nowym agentem... - Wylicza kolejne punkty, dotykając przy każdym palców drugiej dłoni. - Chciałam ci to powiedzieć w odpowiednim miejscu, we właściwym czasie, kiedy znajdziemy dla siebie odrobinę więcej niż skradzione kilka minut na przerwie w szkole...

Moje serce, które jeszcze przed chwilą biło stosunkowo spokojnie, coraz mocniej uderza o żebra.

To zdecydowanie nie brzmi jak wstęp do rozmowy o rozstaniu.

Wręcz przeciwnie.

- Ostatnio bardzo dużo o nas myślałam. - Dziewczyna układa dłoń na mojej nodze, tuż nad kolanem. - O tym, co dokładnie między nami jest, dokąd zmierzamy jako para, co nas czeka w przyszłości... I wiesz, co sobie uświadomiłam? - Dotyka drugą ręką mojego policzka. - Że nigdy wcześniej nie czułam się z żadnym facetem tak, jak czuję się z tobą, Maddox.

Nie, nie, nie. Kurwa, proszę, nie mów tego.

- Scarlett... - próbuję zatrzymać ten pociąg, zanim nabierze pełnej prędkości i wjedzie prosto we mnie, taranując po drodze wszystkie moje plany.

Ona jednak kontynuuje, jakby w ogóle nie słyszała, co powiedziałem.

- Zdaję sobie sprawę, że na samym początku było między nami trochę dziwnie, bo przecież znaliśmy się od przedszkola i nagle, w tak krótkim czasie, coś się zmieniło... Ale teraz? Teraz czuję, że to ma sens. Że MY mamy sens, Mads. - Ściska odrobinę mocniej moje udo, uśmiechając się do mnie najbardziej uroczym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widziałem na jej twarzy. - I chciałabym wyznać ci coś ważnego. Planowałam to zrobić od dłuższego czasu, ale nie miałam odwagi powiedzieć tego na głos. Bałam się, że może to jeszcze za wcześnie...

Wiem dokładnie, co zaraz powie.

Wiem i nie mogę tego w żaden sposób powstrzymać.

- Kocham cię, Maddox.

Nie. To nie może się dziać.

Przyszedłem tu zakończyć nasz związek, odzyskać odrobinę kontroli nad swoim życiem, przestać okłamywać zarówno ją, jak i siebie, że to wszystko ma jakikolwiek sens. A ona właśnie postanowiła, w najgorszym możliwym momencie, po raz pierwszy wyznać mi miłość.

Siedzę niczym sparaliżowany, niezdolny do wypowiedzenia choćby jednego sensownego słowa. Mój umysł pracuje na najwyższych obrotach, próbując jakoś naprawić tę sytuację albo przynajmniej nie pogorszyć jej jeszcze bardziej.

- Wiem, że pewnie to dla ciebie spore zaskoczenie - kontynuuje Scarlett, najwyraźniej interpretując moją ogłuszającą ciszę jako szok ze szczęścia, a nie przerażenie. - Wiem, że może nie spodziewałeś się tego akurat dziś, ale nie mogłam już dłużej czekać. - Delikatnie przesuwa kciukiem po mojej szczęce. - Kocham cię, misiu. Naprawdę. I wiem, że ty też coś do mnie czujesz, nawet jeśli jeszcze nie jesteś gotowy, by mi to wyznać. Ale to nic. Zamierzam czekać tak długo, jak będzie trzeba.

- Scarlett - udaje mi się wydobyć z siebie jej imię. - Posłuchaj...

- Nie, kochanie, nie musisz nic mówić - przerywa mi szybko, jak gdyby bała się usłyszeć więcej. - Nie oczekuję, że powiesz to samo w tej chwili. Wiem, że uczucia to nie jest dla ciebie łatwy temat. - Gramoli mi się na kolana i obejmuje moją twarz dłońmi; ja swoje trzymam sztywno po bokach ciała. - Zaręczyny Killiana i Lottie oraz nasza ostatnia rozmowa uświadomiły mi, że nie ma na świecie drugiej osoby, z którą tak bardzo pragnę spędzić resztę życia. Widzę, jak wspierasz mnie w mojej karierze influencerki i studiach z projektowania mody, jak ja wspieram ciebie w przejmowaniu Griffin Global Investments. Widzę nas na kolacjach z naszymi rodzinami, w pięknym domu gdzieś w Richmond, z gromadką dzieci...

- Zatrzymaj się na moment. - Kładę dłonie na jej biodrach, nie po to, żeby ją przyciągnąć, ale żeby delikatnie, lecz zdecydowanie odsunąć. - Proszę cię. Naprawdę musisz mnie teraz wysłuchać, bo nie jestem w stanie...

- Och! - Przykłada dłoń do ust, jakby nagle ją olśniło. - Wiesz co, misiu? Totalnie zapomniałam! - Schodzi z moich kolan i poprawia satynowy szlafrok, mocniej zaciskając pasek wokół talii.

- O czym zapomniałaś?

- Przecież zaprosiłam dziś na noc Clarę i Amandę. Planowałyśmy sobie zrobić babski wieczór z filmami, maseczkami, winem... - Sięga po telefon leżący na stoliku kawowym i podświetla ekran. - O Boże, Clara właśnie napisała, że są już w drodze. Będą tutaj dosłownie za dziesięć minut. Przepraszam, ale musisz już iść. - Chwyta mnie za obie dłonie, by sekundę później podciągnąć do pionu z kanapy.

Co się, kurwa, dzieje?

Staram się zrozumieć tę nagłą zmianę dynamiki - jeszcze minutę temu siedziała na moich kolanach, wyznając mi miłość, malując obrazy naszej wspólnej przyszłości, a teraz dosłownie wyrzuca mnie z domu.

- Scarlett, czekaj... - próbuję ponownie, ale ona już ciągnie mnie przez salon w stronę korytarza.

- Tak strasznie się cieszę, że wreszcie ci o tym wszystkim powiedziałam. Czuję taką... ulgę.

Jej kroki są szybkie, zdecydowane. Moje - niepewne, ociągające się.

- Naprawdę potrzebuję z tobą porozmawiać...

Docieramy do drzwi wejściowych.

- Pa, misiu - żegna się słodko, po czym staje na palcach i całuje mnie w policzek, tuż przy kąciku ust. - Napisz, jak dojedziesz do domu, dobrze? Zawsze tak strasznie się martwię, gdy jeździsz późno wieczorem samochodem, zwłaszcza w taką pogodę. - Przesuwa palcami po mojej klatce piersiowej, poprawiając nieistniejące zmarszczki na materiale koszulki. - Nie chcę, żebyś miał jakiś wypadek przez to, że jechałeś zbyt szybko albo za bardzo się rozpraszałeś myślami o... nas.

Otwieram usta i raz jeszcze próbuję cokolwiek wtrącić, jednak ona układa palec wskazujący na moich wargach, uciszając mnie, zanim mam szansę wydać z siebie chociażby jeden dźwięk.

- I, Maddox... - Jej głos zmienia się z uroczego na poważny, wręcz ostrzegawczy. - Pomyśl o tym, co dzisiaj powiedziałam. KOCHAM CIĘ. - Wypowiada to dosadnie, upewniając się, że te słowa na pewno do mnie dotrą. - Więc nie chciałabym, żebyś teraz pod wpływem impulsu zrobił coś głupiego, nieprzemyślanego i może zbyt... pochopnego. Coś, czego oboje moglibyśmy potem żałować przez długi, długi czas.

Marszczę brwi przez sposób, w jaki to powiedziała, ten konkretny ton głosu, dziwny błysk w oczach...

Te słowa zabrzmiały niemal jak groźba.

- Co dokładnie masz na myśli?

- Och, nic konkretnego, naprawdę. Wiesz przecież, że czasem ludzie robią głupie rzeczy pod wpływem chwili. Mówią coś, czego nie myślą. Podejmują decyzje, których potem żałują. - Wzrusza ramionami. - Nie chciałabym, żebyś popełnił taki błąd, to wszystko. - Wymija mnie, po czym otwiera drzwi. - Widzimy się na imprezie zaręczynowej, kochanie. Nie mogę się już doczekać.

Całuje mnie raz jeszcze - tym razem w usta - a potem dosłownie wypycha z domu, zostawiając z poczuciem, że właśnie zupełnie straciłem kontrolę nad sytuacją.

Nieświadomy, że nigdy tak naprawdę jej nie miałem.

Rozdział dwunasty

Eleanor

- Wyprostuj się.

Komenda wypowiedziana ledwo słyszalnym szeptem sprawia, że natychmiast koryguję postawę, chociaż ten z pozoru banalnie prosty ruch sprawia mi niewyobrażalny ból. Odkąd dziś wyszłam z domu po raz pierwszy od wtorkowej nocy, żebra protestują przy każdym oddechu, biodro przypomina o sobie przy nawet najbardziej ostrożnym kroku, jednak to plecy są najgorsze. Mam wrażenie, że materiał sukienki, choć odrobinę luźny, podrażnia siniaki, przypominając mi o każdym kopnięciu, które otrzymałam.

- Och, tak cudnie dzisiaj wyglądasz, Ellie! - zachwyca się mama z szerokim uśmiechem. - Absolutnie olśniewająco, kochanie. - Poprawia mi kosmyk idealnie wyprostowanych włosów, który wymknął się zza ucha. Tak bardzo chciałam je dzisiaj zakręcić i upiąć wstążką, jednak wiedziałam, że on mi na to nie pozwoli. - Ten kolor... śliwkowy idealnie pasuje do twojej karnacji.

Na dzisiejszą imprezę zaręczynową Killiana i Charlotte, odbywającą się w rezydencji Griffinów, przygotowałam zupełnie inną kreację. Gdy tylko dostaliśmy zaproszenie, wspólnie z mamą pojechałyśmy do Harrods, gdzie spędziłyśmy całe popołudnie, przymierzając dziesiątki opcji, dopóki nie znalazłyśmy tej idealnej. Wybrałyśmy pudroworóżową sukienkę z kolekcji Elie Saab, z odkrytymi ramionami oraz przepięknym, głębokim dekoltem w kształcie litery V z tyłu.

Teraz wisi w garderobie, zapakowana w pokrowiec, ponieważ moje ciało nadal pokrywają wyraźne, ciemne ślady gniewu ojca.

Przez lata dorastania w domu, który z zewnątrz wygląda jak urzeczywistnienie marzeń, nauczyłam się perfekcyjnie ukrywać siniaki pod warstwami makijażu - kolorowy korektor, podkład w odcieniu dopasowanym do mojej bladej skóry, który nakładam na każdy odsłonięty fragment ciała, pudry utrwalające. Moja szyja jest dzisiaj idealnie gładka, bez ani jednego widocznego śladu jego palców, a ramiona i plecy są całkowicie zasłonięte materiałem sukienki, którą w ostatniej chwili wybrałam z najgłębszego zakamarka garderoby, przez co jest na mnie odrobinę za duża.

To bez znaczenia. Najważniejsze, że zakrywa wszystko, czego nikt nie może zobaczyć.

- Dziękuję, mamuś. - Zmuszam się do uśmiechu, prawie tak samo bolesnego jak wyprostowana postawa. - Ty też wyglądasz wspaniale.

Mama jest jak zwykle najpiękniejszą kobietą na przyjęciu i naprawdę niewiele osób próbowałoby podważyć to stwierdzenie. Dla niej wybrałyśmy kontrastującą z platynowymi włosami, ciemnobrązową suknię, którą połączyła z perłowym naszyjnikiem - prezentem od ojca na tegoroczną rocznicę ślubu. Przed wyjściem zapinał jej go tymi samymi dłońmi, które zaledwie trzy dni temu zaciskał wokół mojej szyi, odcinając dopływ powietrza.

Claire Adwin wygląda jak ktoś, kto ma wszystko.

Idealne życie. Idealną rodzinę. Idealne małżeństwo.

Gdyby tylko wiedziała, że mężczyzna obejmujący ją za talię jest potworem.

- Dobry wieczór.

Od razu czuję, jak niewiarygodne napięcie w moich ramionach lekko rozluźnia się na dźwięk znajomego, lekko chrapliwego głosu... a potem pogłębia z zawrotną prędkością, gdy zdaję sobie sprawę, co oznacza jego obecność przy moim ojcu.

Odwracam lekko głowę i widzę Nathana - wysoki, wyglądający niesamowicie przystojnie w idealnie skrojonym granatowym garniturze, z blond włosami zaczesanymi starannie do tyłu, przez co sprawia wrażenie starszego. Jasnoniebieskie oczy spoczywają na mnie dłużej, niż powinny, jakby sprawdzał, czy wszystko jest w porządku.

Wszystko okej, próbuję przekazać mu wzrokiem. Naprawdę.

- Pani Adwin. - Nate zwraca się najpierw do mojej mamy, kłaniając się lekko. Ma w sobie wrodzony urok, którym potrafi oczarować kobietę w każdym wieku. - Cudownie znów panią spotkać.

- Nathaniel, kochanie, tak się cieszę, że cię widzę! - Mama bez wahania przytula chłopaka, na co ojciec dosłownie się krzywi, jak gdyby był świadkiem czegoś obrzydliwego. - Minęło tyle czasu, odkąd ostatnio byłeś u nas na obiedzie. Musisz wpadać częściej, naprawdę. Wiesz przecież, że zawsze jesteś mile widziany w naszym domu.

Och, tak. Niesamowicie mile widziany.

- Z ogromną przyjemnością, pani Adwin. - Uśmiecha się czarująco, a jednocześnie odwzajemnia jej mocny uścisk. - To niezwykle miłe z pani strony. I jeśli mogę dodać: wygląda pani dzisiaj olśniewająco. Kolor sukienki wspaniale podkreśla pani oczy.

- Och, Nate, zawsze byłeś takim uroczym chłopcem - chichocze mama, cała promieniejąc, podczas gdy jej mąż wygląda, jakby rozważał najbardziej efektywne sposoby na pozbycie się ciała.

W odpowiedzi Nathan posyła jej kolejny uśmiech, po czym odwraca się w stronę ojca i podaje mu rękę na powitanie.

- Witam serdecznie, panie Adwin. Miło pana znowu widzieć.

Ojciec patrzy na wyciągniętą dłoń przez kilka niezręcznych sekund. Zaciska szczęki jeszcze mocniej, aż żyła zaczyna pulsować na szyi, a coś ciemnego, wręcz przerażającego przemyka przez spojrzenie. Widać wyraźnie, że nie chce uścisnąć dłoni Nate'a, lecz tutaj, w salonie pełnym znajomych oraz wpływowych ludzi, nie może pozwolić sobie na zrobienie sceny, która mogłaby potencjalnie zrujnować jego starannie budowany przez lata wizerunek.

Tutaj musi być idealny.

Z wyraźną, ledwo maskowaną niechęcią, chwyta rękę chłopaka, a następnie ściska ją z siłą tak brutalną, że jestem niemal w stanie poczuć ból na własnej skórze.

Nathan marszczy odrobinę brwi, jednak poza tym nie daje niczego po sobie poznać. Nie krzywi się, choć na pewno odczuwa dyskomfort, ani nie cofa ręki. Po prostu wytrzymuje z kamienną twarzą ten pełen dominacji uścisk, patrząc mężczyźnie prosto w oczy, dopóki ten nie rozluźnia palców.

- Nathaniel - mówi ojciec chłodno, celowo używając pełnego imienia chłopaka. W jego ustach brzmi ono niczym najgorsza na świecie obelga. - Cudownie, że się spotykamy. Bardzo, ale to bardzo chciałem z tobą porozmawiać i czekałem, aż nadarzy się odpowiednia okazja.

- Oczywiście, panie Adwin. Zamieniam się w słuch.

- Mam wrażenie, że twoja przyjaźń z moją córką przekroczyła ostatnio pewne... granice, które normalnie obowiązują między młodymi ludźmi przeciwnej płci. Czyż nie, Nathanielu?

Mama zerka na mnie przepraszająco.

W jej oczach ojciec po prostu zachowuje się jak nadopiekuńczy rodzic, troszczący się o dobro swojego jedynego dziecka. Ja wiem, że jego nienawiść do Nate'a jest wręcz chorobliwa, nawet jeśli nie mam pojęcia, skąd się bierze.

- Z całym szacunkiem, panie Adwin - podejmuje Nathan bardzo spokojnie - nie sądzę, żeby to była odpowiednia chwila albo miejsce na tego typu rozmowę. Jesteśmy tutaj, by świętować zaręczyny Killiana i Charlotte. Może powinniśmy się skupić na tym pięknym wydarzeniu?

- I tak właśnie szliśmy przywitać się z Williamsami, prawda, skarbie? - wtrąca się mama, ujmując męża pod ramię. - Nie chcę, by Orella pomyślała, że ją ignorujemy.

Ojciec kiwa głową, nie spuszczając morderczego spojrzenia z chłopaka.

- Masz rację, serce. Chodźmy.

Nathan czeka, aż moi rodzice znikną w tłumie. Dopiero wtedy odwraca się do mnie i kładzie mi dłoń na policzku.

- Hej. - Ciepło jego skóry rozlewa się po mojej twarzy, kontrastując z zimnem, które czuję w środku.

- Przepraszam. Nie powinien się tak do ciebie odzywać. To było niepotrzebne i...

- Nie przepraszaj za swojego starego. - Przesuwa kciukiem po mojej skórze. - To nie twoja wina, że najwidoczniej nie umie pogodzić się z tym, że jego córka nie jest już małym dzieckiem, które nie potrafi samo o sobie decydować.

Och, Nate. Gdyby to było tylko to.

Nachyla się i muska moje wargi raczej w geście pocieszenia niż namiętności. Ale nawet ten niewinny pocałunek wydaje mi się dziwnie niewłaściwy w tym miejscu, bo od razu coś sobie przypominam.

Pamiętam, jak stałam dokładnie tutaj, przyciśnięta plecami do ściany za mną, całując Maddoxa z desperacją, która graniczyła z obłędem. Pamiętam, jak rozbierał mnie niecierpliwie, ponieważ nie mogliśmy doczekać się, żeby dotrzeć na górę, do jego pokoju. Pamiętam smak ust chłopaka, ciężar ciała przyciskającego mnie do ściany. Sposób, w jaki szeptał moje imię między pocałunkami - potrzebuję cię, El - jakby to były jedyne słowa, jakie pamiętał.

- Wszystko dobrze? - Nathan odsuwa się lekko, by móc mi się przyjrzeć. Błękitne oczy próbują doszukać się na mojej twarzy odpowiedzi, jakby podświadomie czuł, że nic nie jest dobrze, lecz wiedział, iż nigdy się do tego nie przyznam. - Przez trzy dni praktycznie nie było z tobą kontaktu, skarbie. Wszyscy odchodziliśmy od zmysłów.

Otwieram usta, chcąc skłamać, tak jak robię to zawsze...

- El! - Charlotte podbiega do nas cała rozpromieniona. Ma na sobie przepiękną koronkową sukienkę w odcieniu złamanej bieli, którą pomagałam jej wybrać specjalnie na dziś, a jasne włosy, ułożone w luźne fale, opadają dziewczynie na smukłe ramiona. - Przepraszam, że wam przerywam, ale muszę porwać tę piękność na momencik! - Wskazuje na mnie z szerokim uśmiechem, po czym spogląda na Nathana. - Mogę, prawda? Obiecuję, że nie ukradnę jej na długo! Góra piętnaście minut i oddam ją w nienaruszonym stanie!

- Wszystko w porządku, Lottie? - pytam. - Potrzebujesz z czymś pomocy?

- Nie, nie, wszystko jest wspaniale! Po prostu mam do ciebie kilka spraw, które chciałabym omówić. - Chwyta mnie za dłoń i ciągnie za sobą w kierunku długiego korytarza. - Chodź ze mną, kochana.

Odwracam głowę i rzucam przepraszające spojrzenie Nathanowi, który uśmiecha się, machając ręką, jakby mówił: Idź, skarbie. Nie martw się, dam sobie radę. Pozwalam Charlotte poprowadzić mnie przez zjawiskowo udekorowany salon, pełen elegancko ubranych gości oraz kelnerów lawirujących pomiędzy nimi z tacami pełnymi szampana, następnie długi korytarz, aż w końcu docieramy do mojego ulubionego miejsca w całej rezydencji Griffinów.

Oranżerii.

Pomieszczenie jest tak piękne, że ilekroć przekraczam jego próg, zapiera mi dech w piersiach i sprawia, iż przez ulotny moment zapominam o całej reszcie świata. Najbardziej kochałam tu przebywać wieczorami, dokładnie takimi jak ten, gdy przez oszklony dach można zobaczyć niebo usłane tysiącami gwiazd rozrzuconych po czerni, a światło pełni księżyca przelewa się przez szyby, wypełniając oranżerię srebrzystym światłem.

Spędziłam w tym miejscu niezliczone godziny. Przychodziłam tu, kiedy tylko mogłam, zwykle czytałam książki, siedząc obok Maddoxa, lub grałam z nim w szachy, chociaż przegrywałam za każdym razem i z czułością patrzyłam, jak cieszy się ze zwycięstwa. W późniejszym stadium naszej relacji książki oraz szachy przestały nam wystarczać - wtedy głównie siedziałam na jego kolanach na sofie, gdzie całowaliśmy się do utraty tchu.

Ku mojemu zdziwieniu - spodziewałam się, że będziemy z Lottie same - chwilę później do oranżerii wchodzą Maddox i Killian.

Oczy w kolorze gorzkiej czekolady błyskawicznie odnajdują moje w półmroku pomieszczenia. Przez ułamek sekundy coś przemyka przez jego twarz, ale równie szybko znika, zastąpione... obojętnością.

Nawet się ze mną nie wita. Nie mówi "cześć, El", jak to ma w zwyczaju.

Nic.

Kill sadza go obok mnie na sofie, na tyle blisko, że dystans między nami można zmierzyć w milimetrach. Nasze ramiona się stykają; nawet przez dwie warstwy materiału jestem w stanie poczuć fizyczne ciepło umięśnionego ciała. Powinnam się odsunąć, zachować odpowiednią odległość, ale zamiast tego siedzę sztywno w miejscu. Do moich nozdrzy dociera intensywny zapach cytrusowo-drzewnych perfum, zmieszany z niemożliwą do zignorowania wonią alkoholu. Maddox trzyma w dłoni szklankę wypełnioną po brzegi bursztynowym płynem, prawdopodobnie jego ulubioną whisky Springbank. Gdy dyskretnie zerkam kątem oka na jego twarz, mam nieodparte wrażenie, że jest lekko pijany.

W międzyczasie narzeczeni stają naprzeciwko nas.

Zaczynam się stresować.

Co tu się właściwie dzieje?

- Przyprowadziliśmy was oboje tutaj, z dala od całego tego zamieszania - Charlotte jakimś cudem uśmiecha się jeszcze szerzej - ponieważ chcielibyśmy zapytać was o coś niezwykle ważnego dla nas obojga. - Patrzy w górę na swojego ukochanego. - Zaczniesz, skarbie?

- Mogę zacząć. - Killian odchrząkuje, by w następnej kolejności skupić całą swoją uwagę na Maddoxie. Nie jest typem człowieka, który często okazuje uczucia, a jednak w tym momencie jego jasnoszare oczy wyglądają zaskakująco łagodnie. - Maddy. - Wypowiada to znienawidzone przez chłopaka zdrobnienie z miłością w głosie. - Jesteś nie tylko moim młodszym bratem, ale jednocześnie najlepszym przyjacielem, kimś, na kim mogę polegać bez względu na wszystko. Ufam ci bardziej niż komukolwiek innemu na tym świecie i bez wahania powierzyłbym ci swoje życie. - Przerywa na moment i drapie się po karku, jakby szukał odpowiednich słów. - Cholera, jestem naprawdę słaby w przemowach, lecz chcę powiedzieć, że bardzo cię kocham, braciszku. I jestem wdzięczny za to, że cię mam. - Bierze głęboki wdech. - Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny stał przy moim boku w trakcie najważniejszego dnia w moim życiu. Dlatego chciałbym cię zapytać... Czy zostaniesz moim świadkiem?

Maddox wpatruje się w Killiana z miną, której nie jestem w stanie do końca rozszyfrować, aż znienacka na jego twarzy pojawia się najpiękniejszy na świecie uśmiech. Sprawia on, że w moim brzuchu rozprasza się całe stado oszalałych motyli, a serce wykonuje kilka nadprogramowych uderzeń.

Och, Boże.

- Kill. - Odstawia szklankę na niski stolik i podrywa się z kanapy z takim impetem, że przesuwa ją lekko razem ze mną. - Oczywiście, że zostanę twoim świadkiem. Nawet nie musiałeś o to pytać.

Bracia spotykają się w męskim, mocnym uścisku, a moje gardło zaciska się niebezpiecznie. Widzę przed sobą rodzinę, którą kiedyś uważałam za swoją własną, lecz teraz czuję się jak ktoś obcy, kto nie powinien brać w tym udziału. Przełykam ciężko ślinę, gdy Killian klepie młodszego brata jeszcze raz w ramię i pozwala mu wrócić na miejsce. Maddox opada z powrotem na kanapę, nie zachowując pomiędzy nami ani milimetra przestrzeni.

Za blisko. O wiele, wiele za blisko. A jednocześnie... za daleko.

Charlotte wyciera kącik oka, najwyraźniej również wzruszona tą sceną, a potem siada na stoliku dokładnie naprzeciwko mnie. Bierze moje dłonie w swoje i ściska je mocno.

- Moja kochana, cudowna El. - Jej głos jest tak nasycony emocjami, że oczy zaczynają mi się szklić. Wiem dokładnie, o co zaraz zapyta. Wiem też, że kiedy wypowie te słowa na głos, rozpłaczę się jak dziecko. - Od dnia, kiedy poznałyśmy się na moim pierwszym piątkowym obiedzie w domu Griffinów, czułam, że odnalazłam w tobie bratnią duszę. Najlepszą przyjaciółkę, jaką kiedykolwiek mogłabym sobie wymarzyć. Kogoś, kto rozumie mnie bez słów, wspiera bezwarunkowo oraz nigdy, przenigdy nie zawiedzie, bez względu na to, co się stanie. - Jedna łza spływa po policzku, zostawiając wilgotny ślad na idealnym makijażu. - Chciałabym zapytać cię, czy uczynisz mi ten ogromny zaszczyt i zostaniesz moją świadkową?

Zrywam się gwałtownie z miejsca, ignorując eksplodujący w całym ciele ból. Nie obchodzi mnie w tej chwili nic oprócz tego, że Charlotte poprosiła, żebym była jej świadkową.

- Tak! - wykrzykuję przez łzy. - Tak, tak, tak! Oczywiście, że tak!

Rzucam się na dziewczynę, obejmując ją ramionami tak mocno, jak tylko jestem w stanie, chociaż każdy ruch jest dla mnie męczarnią.

Teraz nie ma to znaczenia.

Po długiej, emocjonalnej rozmowie, pełnej śmiechu przez łzy oraz planów dotyczących wszystkiego, co z związane z przygotowaniami do ślubu, Charlotte i Kill wracają do gości. W końcu to ich wyjątkowy wieczór, a wszyscy z pewnością zastanawiali się, gdzie zniknęli przyszli państwo młodzi. Ja natomiast wciąż potrzebuję jeszcze kilku dodatkowych minut, zanim będę gotowa dołączyć do reszty - muszę zebrać się w sobie, uspokoić oddech, który wciąż jest lekko urywany od płaczu, i koniecznie poprawić rozmazany makijaż.

Maddox najwyraźniej również nie jest gotowy do powrotu na przyjęcie, ponieważ nadal siedzi sztywno obok mnie. Jego humor zmienił się diametralnie w sekundzie, gdy narzeczeni zniknęli za drzwiami. Cała ta radość, ten piękny uśmiech... wszystko wyparowało, jakby nigdy ich nie było. Teraz wygląda na przygnębionego, z pustym, nieobecnym wzrokiem wbitym w kolejną już szklankę whisky, którą trzyma w dłoni.

Znam go zbyt dobrze, by nie wiedzieć, co się właśnie dzieje.

- Boli cię głowa? - Mój głos jest ledwo słyszalnym szeptem w ciszy oranżerii. Boję się, że zbyt głośne słowa mogłyby sprawić mu jeszcze większy ból, ponieważ zawsze był wyjątkowo czuły na dźwięki podczas ataków migreny.

- Mhm - pomrukuje obojętnie, nie podnosząc na mnie wzroku. Zamiast tego upija spory łyk whisky.

Obserwuję profil Maddoxa - ostrą, gładko ogoloną linię szczęki, zgrabny nos ozdobiony maleńkimi piegami, kruczoczarne włosy, które opadają mu na czoło - i bezwiednie wyciągam rękę, chcąc dotknąć jego karku, co zawsze pozwalało przetrwać mu najgorsze momenty. Zatrzymuję się jednak w pół ruchu, cofam dłoń i zaczynam nerwowo bawić się cienką, złotą bransoletką na nadgarstku. Tą z wygrawerowaną literką M na zapięciu.

- Ostatnio bardzo często miewasz migreny - zauważam z troską, której nie jestem w stanie ukryć. Bez względu na wszystko nigdy nie przestanę się o niego martwić. - Dużo częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Może powinieneś umówić się na wizytę do doktor Harris? Zmienić leki albo zrobić dodatkowe badania...

- Cóż - przerywa mi nad wyraz spokojnie, wzruszając lekko ramionami. - Ostatnio sporo rzeczy nie idzie po mojej myśli. A stres, jak dobrze wiesz, jest głównym wyzwalaczem moich migren. Więc nie, nie potrzebuję wizyty u doktor Harris ani dodatkowych badań, bo doskonale wiem, skąd się biorą.

Sugeruje, że to przeze mnie?

- Chyba nie powinieneś pić alkoholu. - Obserwuję, jak przechyla szklankę i wypija z niej całą zawartość. - To tylko pogorszy twój stan. Przecież...

- Nie powinienem robić wielu rzeczy, Eleanor. - Odstawia puste szkło na stolik tylko po to, by napełnić je ponownie. - Nie powinienem pić whisky, zwłaszcza w takich ilościach, gdy boli mnie głowa, bo jutro nie będę w stanie wstać z łóżka. - Bierze kolejny łyk. - Nie powinienem wchodzić w związek z kimś, kogo nie kocham, tylko po to, żeby o tobie zapomnieć. - Co on właśnie powiedział? - A już na pewno nie powinienem siedzieć tu z tobą sam na sam, w pomieszczeniu pełnym naszych wspomnień. Bo jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, gdy tu przychodzę, to ty. - Wreszcie unosi wzrok i patrzy na mnie z intensywnością, która w połączeniu z jego słowami sprawia, że zapominam, jak się oddycha. - Mam przed oczami wyłącznie ciebie. Tamten poranek po tym, jak się kochaliśmy - kochaliśmy - i jedliśmy tu razem śniadanie, które dla nas przygotowałaś, chociaż to ja miałem zrobić coś dla ciebie. Obiecałem przecież, że się tobą zajmę. Pamiętasz?

Oczywiście, że pamiętam. Jak mogłabym zapomnieć?

To tamtego poranka widziałam go po raz ostatni.

- Spieprzyłem naleśniki, bo byłem kurewsko rozproszony i nie mogłem przestać myśleć o poprzedniej nocy. Więc musiałaś usmażyć je na nowo, chociaż oboje umieraliśmy z głodu. Siedziałaś dokładnie tam - wskazuje palcem na przeciwległy koniec kanapy - z nogami podciągniętymi pod siebie, w mojej czarnej koszulce. Miałaś rozczochrane włosy, kręcące się we wszystkie strony po naszej nocnej kąpieli, ślady na szyi, które ci zostawiłem, i patrzyłaś na mnie tak, jakbym był dla ciebie najważniejszą osobą na świecie. Przysięgam, w tamtym momencie myślałem, że umarłem i trafiłem prosto do nieba, bo nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć w życiu.

Serce wali mi jak oszalałe, a w oczach ponownie zaczynają piec łzy.

- Maddox, co ty... - Urywam, gdyż nie wiem, jak dokończyć to zdanie.

Co ty robisz? Dlaczego mówisz te wszystkie rzeczy?

- Ale to wszystko nie miało dla ciebie żadnego znaczenia, prawda? JA nigdy nie miałem dla ciebie znaczenia. Wszystkie te lata przyjaźni, wszystkie pocałunki, dotyki, obietnice... Tamta noc, tamten poranek, nic z tego, co się między nami wydarzyło... Nic z tego, absolutnie nic nie miało dla ciebie choćby odrobiny znaczenia, skoro tak łatwo mnie zostawiłaś. - Podnosi się z kanapy, odrobinę chwiejąc się na bok, lecz szybko odzyskuje równowagę. - Muszę stąd, kurwa, iść. Nie powinienem w ogóle ci tego mówić...

- Maddox, nie, zaczekaj! - Podrywam się za nim i łapię go za nadgarstek, zanim zdąży się oddalić. - To, co mówisz... to nie ma żadnego sensu... Proszę...

- Teraz chcesz, żebym zaczekał? - Odwraca się gwałtownie, a w jego oczach widzę coś, czego nigdy wcześniej tam nie było, gdy na mnie patrzył. Gniew. - Teraz, po kilku miesiącach kompletnego ignorowania mojej egzystencji, nagle chcesz ze mną porozmawiać? - Wyszarpuje nadgarstek z mojego uścisku. - Minęły ponad trzy miesiące, Eleanor. Ponad TRZY MIESIĄCE, odkąd postanowiłaś mnie olać i traktować jak kompletnie obcego człowieka, odkąd przestałaś odbierać moje telefony, odpowiadać na wiadomości, odkąd po prostu z dnia na dzień zniknęłaś z mojego życia bez ani jednego słowa wyjaśnienia. Za każdym razem, kiedy jak ostatni idiota próbowałem cokolwiek wyjaśnić, unikałaś tematu. A teraz zablokowałaś mój pierdolony numer - co? - i obściskujesz się w moim własnym domu z moim byłym najlepszym przyjacielem! - Głos Maddoxa podnosi się coraz bardziej, a jego echo odbija się od szklanych ścian. - Traktujesz mnie jak najgorszego wroga, chociaż nigdy nie zrobiłem nic, żeby na to zasłużyć! Nigdy cię nie skrzywdziłem! Nigdy cię nie zdradziłem! Nigdy nie dałem ci powodu, żebyś mnie nienawidziła! Zniszczyłaś wszystko, co było między nami, zanim to miało jakąkolwiek szansę się zacząć. - Z frustracją przejeżdża dłońmi przez włosy, ciągnąc za końcówki na tyle mocno, że musi sprawiać mu to ból. - A miało szansę, Eleanor. My mieliśmy szansę - mówi to ze łzami w oczach. - A ty nam ją odebrałaś, zanim zdążyłem cię zapytać...

- Maddox, proszę, to...

- Ja też cię prosiłem! - krzyczy już na tyle głośno, że odruchowo robię krok do tyłu. Nie boję się, gdyż wiem, że Maddox jest ostatnią osobą, która mogłaby mi zagrażać, jednak nigdy wcześniej na mnie nie krzyczał. - Wielokrotnie. Błagałem cię, żebyś ze mną porozmawiała. A ty miałaś to wszystko kompletnie gdzieś. Miałaś mnie gdzieś. Nie obchodziło cię, jak bardzo cierpię. Myślałem... - Pojedyncza łza spływa po jego policzku, a ja marzę o tym, żeby ją zetrzeć. - Naprawdę myślałem, że mnie kochasz, El. - Odwraca się i chwyta za klamkę. - Jak mogłem się tak kurewsko co do ciebie pomylić?

- Mads. - Drzwi od oranżerii trzaskają z ogłuszającym hukiem. - Kocham cię... - szepczę do pustego pomieszczenia.

Stoję jak sparaliżowana i próbuję przetworzyć wszystko, co usłyszałam w przeciągu ostatnich pięciu minut. Nogi uginają się pode mną, więc padam z powrotem na kanapę.

Nie rozumiem nic z tego, co właśnie powiedział.

Absolutnie nic.

Rozdział trzynasty

Maddox

Dopijam kolejną już szklankę whisky, po czym sięgam po butelkę i napełniam szkło po sam brzeg, co spotyka się z wymownym, pełnym dezaprobaty chrząknięciem Michaela, którym potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów.

Aktualnie gówno mnie ono obchodzi.

Mam tylko nadzieję, że zaraz nie zacznie swojej moralnej gadki o tym, jak bardzo jest rozczarowany moim aktualnym stanem, jak kurewsko głupio postępuję albo - co gorsza - jak bardzo przypominam mu w tej chwili jego biologicznego ojca.

Siedzimy w doborowym towarzystwie córki aktualnego premiera Wielkiej Brytanii, Skylar Moore - dziewczyny o długich, kasztanowych włosach i nieprzeniknionym wyrazie twarzy. Cholera wie, po co właściwie ona i Mike w ogóle przyszli tutaj, do biblioteki na pierwszym piętrze, gdzie ukryłem się przed wszystkimi. Znaleźli mnie zatapiającego swoje smutki w dwudziestopięcioletnim Springbanku i niestety postanowili dotrzymać mi towarzystwa, chociaż wyraźnie dałem im do zrozumienia, że wolę - nie, potrzebuję - zostać sam z myślami i alkoholem.

- Killian na pewno cię szuka. - Michael podejmuje kolejną próbę zabrania mi szklanki, więc cofam ją poza zasięg jego ramienia, przy okazji rozlewając odrobinę bursztynowego płynu na swoją białą koszulę. - Stary, wypiłeś już chore ilości tego kurewstwa. Powinniśmy zejść na dół i dołączyć do reszty gości, zanim twoi rodzice zaczną się zastanawiać, gdzie się podziałeś i co, do diab...

- Odwal się - warczę i odpycham go od siebie z większą siłą, niż początkowo zamierzałem. - Powiedziałem jasno, że chcę być sam. Sam. Rozumiesz to proste słowo? S-A-M?

Kurwa, tak strasznie boli mnie głowa.

- Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? - naciska przyjaciel, uporczywie ignorując moje próby odizolowania się. Opiera łokcie na kolanach i wwierca we mnie przenikliwe spojrzenie, którym próbuje dotrzeć tam, gdzie nie chcę nikogo wpuszczać. - Serio, Maddox. Coś się stało? Pokłóciłeś się z kimś? Z Killem? Ze Scarlett? Z Elea...

- Nie - burczę, zanim wypowie jej imię, co w moim aktualnym stanie spowoduje, że stracę resztki opanowania. - Nie pokłóciłem się z nikim. Wszystko jest w najlepszym, kurwa, porządku. Nie mogłoby być lepiej. Życie? Zajebiste. Związek? Rewelacyjny. Przyszłość? Pierdolona bajka.

- Pewnie chodzi o tę blondynkę - wtrąca się Skylar, wygodnie usadowiona naprzeciwko mnie w skórzanym fotelu. Mówi szeptem skierowanym wyraźnie do Michaela, ale wystarczająco głośno, żebym usłyszał każde słowo. - Jak ona ma na imię... Ellie? Elena? Elinor! Elinor Adwin, tak?

- ELEANOR - poprawiam ją ostro. - Ona ma na imię ELEANOR, Moore.

- Och, właśnie, przepraszam. ELEANOR. - Nadal szepcze do Richardsa, jakby mnie tu, kurwa, nie było. - Widziałam, jak Maddox wychodził jakiś czas temu z oranżerii, a gdy zajrzałam do środka, bo chciałam zobaczyć te piękne kwiaty, ona siedziała tam sama. I płakała.

Oczywiście, że płakała.

Przez to, że wreszcie nie wytrzymałem i pod wpływem procentów wyrzuciłem z siebie to, co nosiłem w duszy przez ostatnie miesiące. Zachowałem się jak ostatni egoistyczny skurwiel, nie myśląc o niczym poza własnym bólem, frustracją oraz niepohamowaną potrzebą, żeby wreszcie usłyszała prawdę i zrozumiała, co ze mną zrobiła. Nie zatrzymałem się ani na sekundę, by zastanowić się, jak Eleanor się z tym poczuje lub czy zranię ją swoimi słowami. Ale czy ona kiedykolwiek brała pod uwagę moje uczucia? Czy w ciągu tych trzech niekończących się miesięcy, które ciągnęły się niczym sadystyczna forma tortur, zastanowiła się, co ja przeżywam? Jak wygląda moje życie bez niej? Jak to jest budzić się każdego ranka i zdawać sobie sprawę, że jej nie ma?

Czy obchodziło ją w ogóle, że kiedy odeszła, zabrała ze sobą każdy cholerny kawałek mnie, który był wart czegokolwiek?

Sięgam po szklankę, żeby ponownie ją wyzerować, gdy do naszego uroczego zgromadzenia dołącza kolejna osoba.

- Ellie?! - woła Nathan w przestrzeń biblioteki, rozglądając się dookoła z wyraźnym niepokojem na twarzy. Gdy słyszy głosy w rogu pomieszczenia, natychmiast rusza do nas zdecydowanym krokiem. - Widzieliście Eleanor? Szukam jej już od piętnastu minut. Miała na chwilę pójść gdzieś z Charlotte, a minęła już ponad godzina...

- Jest w oranżerii - odpowiada Skylar, nawet nie fatygując się, by na niego spojrzeć. - Przynajmniej była tam jakieś dwadzieścia minut temu.

Nie mogę się powstrzymać od sarkastycznego parsknięcia, ponieważ jestem cholernie pewien, że Eleanor już dawno tam nie ma. Pewnie wyszła zaraz po tym, jak trzasnąłem drzwiami, znalazła jakąś wiarygodną wymówkę i wróciła do domu, żeby nie musieć ze mną przebywać w tej samej przestrzeni przez resztę wieczoru.

Tyle dobrze, że najwyraźniej nie zrobiła tego z nim.

- Co cię tak, kurwa, bawi, MADDY? - W głosie Nathana słychać wyraźną nutę agresji, którą próbuje ukryć pod fasadą pozornego spokoju. - Powiedziałem coś zabawnego?

- Bawi mnie - upijam łyk whisky - twoja żałosna próba odgrywania zaniepokojonego chłopaka, gdy oboje świetnie zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteś dla niej tylko...

- Tylko CO? - przerywa mi ostro, robiąc zdecydowany krok w moją stronę. Michael natychmiast zrywa się z podłogi, jakby przygotowywał się do interwencji. - No dalej. Dokończ to pieprzone zdanie, Maddox. Powiedz mi wprost, czym dokładnie jestem dla Eleanor.

Niezdarnie, gdyż alkohol krążący w organizmie wyraźnie utrudnia mi koordynację, podnoszę się do pionu i staję twarzą w twarz z facetem, który niegdyś był moim bratem.

- Tylko pocieszeniem - kończę jadowicie. - Niczym więcej, NATHANIELU. Kimś, do kogo przyszła, bo akurat okazałeś się dostępny i zawsze gotów ją przytulić oraz pocieszyć, gdy tego potrzebowała. Ale nie jesteś tym, kogo naprawdę chce. Nigdy nim nie byłeś i nigdy, kurwa, nie będziesz, nieważne, jak bardzo się starasz.

Scott łapie mnie za koszulę obiema rękami i przypiera do regału za mną, przez co niektóre książki spadają na podłogę z głuchym łoskotem. Szkło wypada mi z dłoni, rozbijając się w drobny mak na panelach.

Wybucham śmiechem.

Chyba trafiłem w czuły punkt.

Korytarz wydaje się ciągnąć w nieskończoność, jak w jednym z tych koszmarów, gdzie idziesz i idziesz, lecz cel nigdy nie staje się bliższy. W końcu udaje mi się dotrzeć do mojego pokoju, a następnie przylegającej do niego łazienki. Zamykam drzwi ramieniem, na wszelki wypadek przekręcam klucz w zamku, po czym opieram się plecami o drewno i opuszczam powieki.

Prawa skroń pulsuje mi na tyle mocno, że czuję to nie tylko w czaszce, ale w każdym pojedynczym zakończeniu nerwowym ciała. Jakby ktoś wbijał mi rozgrzany do czerwoności gwóźdź bezpośrednio w mózg, powoli, milimetr po milimetrze, bez krzty litości.

Kurwa. To jest nie do zniesienia.

Podchodzę do umywalki. Patrzę w lustro.

Facet, który zerka na mnie z odbicia, wygląda jak ktoś całkowicie obcy. Ktoś, kogo ledwo rozpoznaję, chociaż widzę tę twarz codziennie od ponad osiemnastu lat. Koszula rozpięta przy kołnierzyku, granatowy krawat poluzowany po maleńkiej szarpaninie z Nathanem, włosy rozczochrane od wielokrotnego przeczesywania ich palcami w próbie poskromienia bólu. Oczy mam lekko przekrwione, a całą twarz nienaturalnie zarumienioną od alkoholu.

Wyglądasz jak pieprzony wrak, Griffin.

Sięgam do szafki pod umywalką i wyjmuję z niej nowiutkie opakowanie z oksykodonem. Odkręcam nakrętkę z zabezpieczeniem, wysypuję jedną tabletkę na dłoń i przez moment jej się przyglądam.

Prawdopodobnie - a właściwie to na pewno - nie powinienem łączyć alkoholu z lekami opioidowymi. Wiem to. Killian wielokrotnie mi o tym przypominał, zwłaszcza latem, gdy piłem na umór, a doktor Harris podczas ostatniej wizyty, kiedy przyszedłem po receptę wcześniej niż zazwyczaj, podkreślała, że to niebezpieczne połączenie. Ból jest już jednak nie do wytrzymania i zaraz, kurwa, albo przekręcę się na drugi świat, albo zemdleję na środku przyjęcia zaręczynowego swojego brata, jeśli migrena natychmiast nie odpuści.

Tylko jedna. To wystarczy.

Jedna tabletka nie może mi zaszkodzić, prawda?

Wkładam ją do ust. Pochylam się nad umywalkę, odkręcam zimną wodę i popijam prosto z kranu. Chowam buteleczkę z powrotem do szafki, zapinam górny guzik koszuli, poprawiam krawat, a na koniec próbuję przywrócić włosom jakikolwiek porządek, przygładzając je wilgotną dłonią.

Patrzę jeszcze raz w lustro.

Zaraz będzie lepiej.

- ...zajebisty pomysł na prezent ślubny, nie uważasz, Maddy?

Słyszę głos gdzieś po lewej stronie - ktoś mówi chyba do mnie, bo wyłapałem swoje imię. A raczej ten okropny, infantylny skrót, który brzmi, jakbym był jakimś kilkuletnim dzieckiem, a nie osiemnastoletnim facetem.

Odwracam głowę w kierunku źródła dźwięku, mając nieodparte wrażenie, że robię to w zwolnionym tempie. W końcu wzrok pada na Evana Browna, jednego z najbliższych przyjaciół Killiana.

Kiedy właściwie do mnie podszedł? Sekundę temu go tu nie było. A przynajmniej... nie sądzę, żeby był. Nie zauważyłem też go wcześniej. Czy on cały czas tu stał?

- Kill wspominał mi niedawno, że planują jakiś dłuższy wyjazd na miesiąc miodowy - kontynuuje Evan, mieszając drinkiem w niskim, kryształowym szkle. - Więc pomyślałem sobie, że zamiast kupować im kolejny komplet garnków albo jakiś obraz, mógłbym zorganizować dla nich cały wyjazd. Od A do Z.

Obserwuję ruch lodu w jego szklance niczym zahipnotyzowany.

Kostki są przezroczyste, idealnie kwadratowe, wyglądają jak małe bryłki szkła.

Szkło.

Szkło się rozbija.

Ja rozbiłem szklankę. W bibliotece.

Whisky rozlała się na panele.

- Wiecie, ogarnąłbym bilety lotnicze, jakiś zajebisty hotel, może dodatkowe atrakcje typu spa, prywatny przewodnik... - ciągnie Brown, a jednocześnie kładzie mi dłoń na ramieniu, na co wzdrygam się mimowolnie. - Co ty na to, Maddy? To dobry pomysł, nie?

- Tak - odpowiadam automatycznie, chociaż nie jestem pewien, czy słyszałem wszystkie pytania. Słowa docierają do mojego mózgu opóźnione o pół sekundy. - To znaczy... To on musi zdecydować. Mój brat. Razem z Charlotte. Oni mają swoje... plany. Pomysły. Marzenia. Chyba.

- Może Japonia - proponuje Kaiden, który najwyraźniej również dołączył do naszej rozmowy. Kiedy? Nie wiem. Cassian też tu stoi. I Jacob. I... ktoś jeszcze, kogo nie rozpoznaję. - Charlotte wspominała mi kiedyś, że nie lubi leżeć bezczynnie na plaży, a tam mogliby sporo pozwiedzać.

- Japonia... - powtarzam powoli.

Dlaczego to brzmi tak dziwnie? Japonia. Ja-po-nia. Śmieszne słowo.

Japonia. Ceremonia. Agonia. Piwonia.

Piwonie.

El lubi piwonie. Ciemnoczerwone. Kupiłem jej bukiet.

- Dzieciaku, wszystko w porządku? - Williams marszczy ciemne brwi, przysuwając twarz bliżej do mojej. - Wyglądasz jakbyś był... nie wiem, pijany? Zawołać Killa?

- Wszystko okej. - Zmuszam się do uśmiechu, który prawdopodobnie wygląda równie chujowo, jak się czuję. - Serio. Jest super. Świetnie. Fantastycznie. Po prostu jestem trochę... zmęczony. Długi dzień. Dużo emocji. Wiesz, jak to jest. Będę świadkiem. Killiana. Na ślubie. - Przerywam na chwilę, gdzieś po drodze gubię wątek. - Byłeś kiedyś... świadczony? Świadczyłeś komuś? Znaczy... świadkowałeś?

Kaiden wymienia zaniepokojone spojrzenie z Evanem i Cassem, jednak zupełnie mnie to nie obchodzi, gdyż nagle czuję błogą ulgę rozlewającą się po całym ciele.

Migrena odpuszcza.

Nareszcie. Kurwa, nareszcie.

Oksykodon zaczyna działać.

Może to jednak nie był taki zły pomysł.

Scarlett stoi przede mną na słabo oświetlonym korytarzu na parterze - tym prowadzącym do gabinetu ojca, gdzie zwykle nikt nie zagląda podczas przyjęć.

Hm. Jak się tutaj znalazłem?

Przed chwilą byłem przecież w... w jadalni. Nie, zaraz. Nie w jadalni. W salonie. Tak, dokładnie tam. Rozmawiałem z... z Evanem! I z Kaidenem. Ale nie pamiętam o czym. Może o Japonii? Albo o piwoniach. Nie, piwonie to coś zupełnie innego niż Japonia. A teraz Scarlett na mnie krzyczy.

Dlaczego krzyczy?

Próbuję sobie przypomnieć, co tym razem mogłem spierdolić, ale w mojej głowie jest... pustka. Luki. Brakuje fragmentów, jak w źle zmontowanym filmie, z którego wycięto kilka kluczowych, niezbędnych do zrozumienia fabuły scen.

- ...nie możesz tego tak po prostu, kurwa, oświadczyć i oczekiwać, że ja się z tym zgodzę! - Jej głos jest na granicy histerii, brzmi tak kurewsko piskliwie, że chyba znów zaczyna boleć mnie głowa. - Radzę ci, zastanów się bardzo dokładnie nad tym, co właśnie powiedziałeś, zanim popełnisz nieodwracalny błąd. Jesteś pijany. Nie myślisz racjonalnie. W ogóle nie myślisz! Jutro, jak wytrzeźwiejesz, przypomnisz sobie, że należysz do mnie...

Aha. No tak. Powiedziałem jej, że chcę zerwać.

W końcu to zrobiłem.

- My... my nie powinniśmy... nie powinniśmy być nigdy razem - mamroczę, chociaż formułowanie nawet najprostszych zdań przychodzi mi teraz z ogromnym trudem. - To... to nie jest... nie jest dobre dla nikogo. Ani dla ciebie. Ani dla mnie.

- Zamknij się! - Scarlett chwyta dłońmi za moją koszulę i pcha do tyłu, przez co ląduję plecami na ścianie. Silna jest. Albo ja słaby. - Przecież dopiero co wyznałam ci, że cię kocham! Że widzę z tobą przyszłość! Dom w Richmond! Dzieci! Całe, kurwa, życie! A teraz próbujesz to wszystko zniszczyć?!

- Ale ja ciebie nie kocham. - Słowa brzmią brutalnie. Nie mają w sobie żadnej delikatności, którą pewnie powinienem okazać w takiej sytuacji. - Nie kocham cię, Scarlett. Starałem się, naprawdę, kurwa, próbowałem, ale...

Nie jesteś El.

- Boże, a ty dalej, kurwa, myślisz tylko o tej małej, blond szmacie! - Jak ona ją nazwała? Szmatą? I czy ja powiedziałem coś o Eleanor na głos, czy tylko pomyślałem? - Nie dociera do tego twojego łba, że ona cię nie chce?! Że woli pieprzyć się z twoim byłym najlepszym przyjacielem, niż związać się z tobą?!

- I tak cię nie kocham - powtarzam uparcie. Mimo całego zamętu w głowie tego jestem pewien na sto procent. - Nawet gdyby El nie istniała już na tym świecie. Nawet gdyby zniknęła, wyprowadziła się na inną planetę, umarła. Ale mam nadzieję, że tego nie zrobi. Że nie umrze. Bo byłbym wtedy taki... taki strasznie smutny. Myślę, że umarłbym razem z nią...

Scarlett przygląda mi się z taką pogardą, że czuję się nieswojo.

- Jesteś żałosny.

- Wiem.

- Jeśli myślisz, że możesz mnie tak po prostu zostawić i odejść bez żadnych konsekwencji, to jesteś w cholernie ogromnym błędzie, Maddoxie Griffinie.

Cholernie ogromny błąd brzmi poważnie.

- Jakich konsekwencji?

- Och, kochanie. - Uśmiech na jej twarzy sprawia, że przechodzą mnie ciarki. - Mogę zrobić więcej, niż sobie w ogóle wyobrażasz. Zniszczyłam was raz. Mogę to zrobić ponownie.

Co...

Hades oraz Cairo biegną wprost na mnie przez mokrą trawę. Szczekają radośnie, podskakują wokół moich nóg jak szalone, a ja mimowolnie uśmiecham się i próbuję je pogłaskać, bo kocham swoje psy. Wyciągam rękę w stronę czarnego futra Hadesa, lecz moje ruchy są spowolnione, jakbym poruszał się w gęstym miodzie.

Dłoń opada mi bezwładnie, zanim w ogóle zdąża dotrzeć do psa.

- Maddox?

Tak. To ja jestem Maddox. To moje imię.

Ktoś zbliża się do mnie przez ogród, więc mrużę oczy, próbując wyostrzyć zamazany obraz, aż wreszcie udaje mi się rozpoznać sylwetkę.

Charlotte. Narzeczona Killiana. Moja przyszła szwagierka.

- Hej, kochany - mówi wyjątkowo łagodnie. Brzmi dokładnie jak mama namawiająca małego Maddoxa do wyjścia z szafy, w której się chował, gdy przychodziły potwory. Potwory go krzywdziły. Krzyczały. Łapały. Dotykały. Duzi chłopcy nie płaczą, Maddy. - Wszystko w porządku? - Zatrzymuje się parę metrów dalej, jakby się mnie bała. Albo jakby się bała, że to ja się jej boję. A może boję. Czy ona się boi? - Co robisz tutaj sam, na tym okropnym zimnie? I dlaczego nie masz butów? - Spuszczam wzrok i faktycznie, na stopach zostały mi same skarpetki. Gdzie są moje buty? - Szukamy cię z Killianem już od bardzo dawna. Evan chciał nas do ciebie przyprowadzić, ale zniknąłeś...

- Nie jest w porządku - przerywam jej, podczas gdy ona narzuca mi na ramiona koc. Pachnie przyjemnie płynem do prania, którego używa mama. - Wszystko jest źle. Bardzo źle.

- Mogę ci w czymś pomóc? - Poprawia gruby materiał, by porządnie mnie okrywał.

- Nie wiem - odpowiadam szczerze. Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, czego potrzebuję. Nie wiem niczego. - Zimno mi. I nie mogę przestać myśleć o El. Kocham ją, wiesz?

- Wiem, Mads.

- Ale ona mnie nie kocha...

- Chodź ze mną do środka, dobrze? - Lottie podaje mi dłoń. - Zaprowadzę cię do twojego pokoju. Tam będzie ci cieplej.

Do środka. Ciepło. Łóżko.

Brzmi dobrze.

- Dobrze - zgadzam się bez protestów.

Może El też tam będzie.

Opadam bezwładnie na materac, chociaż nawet nie pamiętam, kiedy wszedłem po schodach.

Czy Charlotte mnie tu zaprowadziła? Czy szedłem sam?

Moje ciało zatapia się przyjemnie w mięciutkiej pościeli, więc w sumie nie ma to teraz znaczenia.

Tak dobrze tu leżeć. Jest ciepło. Bezpiecznie.

Zamykam oczy. Tylko na króciutką chwilę. Może się zdrzemnę, a kiedy się obudzę, wszystko magicznie wróci do normy... Ale wtedy przypominam sobie, że przecież nic nie jest dobrze.

Od miesięcy. Od lata. Od tamtej nocy.

El...

Widziałem ją dzisiaj. Rozmawiałem z nią w oranżerii, w naszym miejscu, ale tym razem jej nie całowałem. Dotykaliśmy się - nasze ramiona stykały się na kanapie, mogłem poczuć ciepło chudego, zbyt chudego, kościstego wręcz ciała Eleanor przez warstwy materiału. Wyglądała tak nieziemsko, pięknie, cudownie, w śliwkowej sukience, z kręconymi włosami i delikatnym makijażem. Pachniała wiśniami, bo zawsze pachnie wiśniami, a ja na nią... krzyczałem jak ostatni palant.

Dlaczego w ogóle krzyczałem? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Nie powinienem był podnosić głosu. Nigdy wcześniej nie krzyczałem na El. Nigdy w życiu, ani razu, nawet gdy byłem wściekły, sfrustrowany, zraniony.

Ona przez to płakała. Widziałem łzy w jasnoniebieskich oczach. I jej nie pocieszyłem. Nie przytuliłem. Nie powiedziałem, że przepraszam. Nie wytarłem mokrych policzków. Nie ucałowałem w czoło.

Po prostu wyszedłem. Trzasnąłem drzwiami. Zostawiłem ją samą.

Co ja zrobiłem?

Próbuję wstać, iść do niej, wszystko naprawić.

Muszę to naprawić.

Muszę jej powiedzieć prawdę.

Muszę...

Gorąco uderza w moje ciało bez ostrzeżenia, jak gdybym otworzył na oścież drzwi do płonącego budynku i pozwolił płomieniom uderzyć mnie prosto w twarz. Płonę, chyba naprawdę płonę. Spalam się od środka. Materiał koszuli - nadal mam ją na sobie? Byłem przekonany, że się rozebrałem - przylega do spoconej piersi, do ramion, do pleców.

Dusi mnie. Uwiera.

Nie mogę złapać tchu.

Próbuję rozpiąć koszulę przy szyi. Palce mi drżą, nie trafiają tam, gdzie powinny. Guzik jest za mały. Albo palce za duże.

Drugi guzik. Trzeci.

Kurwa. Czemu nie mogę rozpiąć pieprzonego guzika?

Czwarty.

Ręce opadają mi bezwładnie na materac.

Nie dam rady. To za trudne.

- El - wyszeptuję, podnosząc wzrok na sylwetkę klęczącą przede mną w mroku mojego pokoju. Widzę jej włosy... długie włosy, opadające na ramiona w tych pięknych falach, które zawsze uwielbiałem. - Możesz mi pomóc się rozebrać? Proszę, kochanie? Strasznie mi gorąco. Chyba nie mogę oddychać.

Cisza.

Długa, niewytłumaczalna cisza.

Dlaczego cisza? Powiedziałem coś złego? Uraziłem ją? Wciąż jest zła za oranżerię?

A może...

Czy to w ogóle jest El?

Sięgam niepewnie do jej twarzy i pozwalam dłoni zagłębić się w miękkie kosmyki przy skroni.

To musi być ona.

- Cieszę się, że ich dzisiaj nie wyprostowałaś, El - wyznaję z ulgą, okręcając sobie pasemko wokół palca wskazującego. - Wyglądasz tak pięknie z kręconymi włosami.

Zawsze jej to powtarzałem.

Zostaw je kręcone, kochanie.

- Jesteś taka piękna - szepczę dalej, nie kontrolując już słów wylewających się z moich ust. - Najpiękniejsza na całym świecie. Ale powiedz mi... - Przesuwam kciukiem po jej policzku, niemal jestem w stanie wyczuć piegi pod opuszką, chociaż to niemożliwe, lecz wszystkie moje zmysły są teraz wyczulone. - Dlaczego włożyłaś dzisiaj tę sukienkę? Zwykle kochasz odkryte ramiona, głębokie dekolty na plecach. A dziś... dziś wszystko zakryłaś. Ukrywasz coś przede mną? Powiedz mi, kochanie, proszę.

El dotyka mojej klatki piersiowej i zabiera się za rozpinanie tych kurewsko upierdliwych guzików.

- Dziękuję - mamroczę z wdzięcznością. - Wiedziałem, że mi pomożesz. Zawsze mi pomagasz. Jesteś dla mnie taka dobra. Nawet kiedy nie zasługuję. - Łapię jej dłoń i przyciskam do swojej piersi. - Przepraszam. Nigdy więcej na ciebie nie nakrzyczę. Nigdy. Jesteś... jesteś dla mnie wszystkim. Całym moim światem. Kocham cię tak bardzo, że to boli. Fizycznie boli, o, tutaj. - Prowadzę rękę Eleanor do lewej strony klatki piersiowej, w miejsce, gdzie serce wali mi jak oszalałe. Bum, bum, bum. - Czujesz? Czujesz, jak szybko bije, kiedy jesteś blisko? A może... może to przez ten oksykodon, który połączyłem z alkoholem... Nie powinienem był tego robić.

Koszula wreszcie jest całkowicie rozpięta. Chłodne powietrze dotyka rozpalonej skóry i czuję natychmiastową ulgę, gdy El zsuwa materiał z moich ramion.

Lepiej. O wiele lepiej.

- El?

- Tak? - odszeptuje moja miłość, tak cichutko, że ledwo ją słyszę.

- Przytulisz mnie? - Wyciągam do niej rękę przez zbyt dużą przestrzeń, która nas dzieli. - Proszę, kochanie. Nie zostawiaj mnie znowu samego.

- Nie zostawię - odpowiada głos gdzieś obok, może po lewej, może po prawej, nie potrafię zlokalizować. - Nigdzie się nie wybieram, Mads.

Uśmiecham się lekko, chociaż nie wiem, czy moja twarz rzeczywiście się porusza, czy tylko mi się wydaje. Ulga jest tak ogromna, że czuję, jak łzy napływają mi do oczu.

- Kocham cię. - Znowu łapię za jej dłoń. Chcę unieść ją do ust i pocałować, ale chyba mi się nie udaje. - Będę cię kochał aż do śmierci. I nawet po. Nawet gdy umrę, będę cię kochał. Z nieba albo piekła.

- Ja ciebie też kocham, Mads.

Powiedziała to. Powiedziała, że mnie kocha.

Chcę odpowiedzieć, przytulić ją, pocałować, jednak ciało odmawia posłuszeństwa.

Świat znowu znika.

Tym razem na dłużej.

Drobne ciało znajduje się tuż przy moim boku. Moja ukochana, jedyna El leży obok mnie na łóżku, dokładnie tam, gdzie zawsze powinna być: po lewej stronie, na swoim miejscu.

Wydaję z siebie cichy, zadowolony dźwięk gdzieś z tyłu gardła - coś między westchnieniem ulgi a pomrukiem satysfakcji. Obejmuję ją w talii i przyciągam jak najbliżej do siebie, nie zamierzam pozwolić, żeby znowu gdzieś mi uciekła. Wtulam twarz w jej miękkie, pachnące czymś bardzo słodkim włosy i leżymy tak w ciemności, gdzie wreszcie odnajduję bliskość, bez której nie potrafiłem normalnie funkcjonować.

Moja El wróciła do mnie.

Czuję ruch przy dolnej części brzucha. Palce ukochanej pracują nad sprzączką mojego paska, dotykają skóry tuż nad linią garniturowych spodni, a potem chyba całkowicie go rozpinają.

- El? - Oszołomiony umysł próbuje nadążyć za tym, co się dzieje. - Co ty... co robisz, kochanie?

- Chcę się z tobą kochać - szepcze tuż przy moim uchu. Przechodzą mnie ciarki, bo oddechem muska skórę na szyi. - Chcesz tego, prawda, Maddox?

- Chcę. Bardzo chcę. Ale poczekaj, El. Powiedz mi... Nie śnię, prawda? To naprawdę ty? - Muszę się upewnić, że to nie jest kolejny okrutny sen, z którego zaraz się obudzę jeszcze bardziej samotny niż przed zaśnięciem. - Nie wytrzymam, jeśli to znowu będzie tylko sen. Nie przeżyję tego kolejny raz. Tych snów, w których wracasz do mnie tylko po to, żebym się obudził i znowu był sam...

- Nie śnisz, Mads. - Nazywa mnie tym zdrobnieniem, które zawsze brzmiało tak słodko w jej ustach. - To nie sen, kochanie. - Kochanie. - Przysięgam. Jestem tu. - Wsuwa mi dłoń w materiał bokserek i zaczyna głaskać kutasa. - Czujesz mój dotyk?

Czuję, kochanie.

Obserwuję w gęstej ciemności, która nie pozwala mi dostrzec żadnych szczegółów, oprócz niewyraźnego zarysu sylwetki, jak El podciąga sukienkę wyżej i wyżej. Materiał szeleści cicho, zbiera się w talii, odsłaniając coraz więcej nagiej skóry, bladej skóry, gładkiej skóry.

- Chcę być na górze. - Eleanor siada okrakiem na moich udach. Przyspiesza znacząco ruchy dłoni na członku, jakby chciała upewnić się, że nie stracimy tego, co udało się nam osiągnąć. A łatwo nie było. Pieprzony alkohol wymieszany z oksykodonem sprawił, że moje ciało reagowało wolniej niż zwykle. - Pozwolisz mi?

- Zrób ze mną wszystko, co tylko zechcesz, kochanie. Jestem twój.

El pochyla się, a fale jej włosów opadają wokół naszych twarzy, oddzielając nas całkowicie od reszty świata. Całuje mnie namiętnie, a ja odpowiadam z równą, jeśli nie większą intensywnością, z głodem, który narastał we mnie przez długie miesiące. Języki spotykają się, tańczą ze sobą w znajomym, a jednocześnie jakimś dziwnie odmienionym rytmie.

Smakuje... trochę inaczej niż zwykle.

Nie wanilią.

- Masz nowy błyszczyk? - dociekam pomiędzy pocałunkami. - Inny smak?

- Mhm - pomrukuje niewyraźnie, nie przerywając pieszczot. - Kupiłam niedawno. - Przysuwa usta do mojego ucha. - Podoba ci się? Czy wolisz ten stary?

- Wszystko mi się podoba, jeśli chodzi o ciebie.

- Kocham cię, Mads - wypowiada te słowa prosto w moje usta. - Nie masz pojęcia, jak bardzo.

Zamykam oczy, nie potrafiąc utrzymać ich otwartych na dłużej niż kilka sekund, i całkowicie poddaję się jej dotykowi.

- Przysięgasz, El? Że naprawdę mnie kochasz?

- Przysięgam - potwierdza, ale to nie wystarcza.

To nie jest nasza przysięga.

- Nie... - Łapię ją nieporadnie za nadgarstek, próbując zatrzymać coraz szybsze ruchy na moim przyrodzeniu. - Powiedz to porządnie, kochanie.

- Przysięgam, Maddox.

- Nie - protestuję sfrustrowany. - Powiedz... powiedz całość. Tak jak zawsze.

Na wszystko, Mads.

Ale ona zamiast dokończyć przysięgę, unosi się na kolanach i ustawia dokładnie nade mną. Sięga między nasze ciała, znajduje twardego kutasa, a następnie naprowadza na swoje wejście.

- Poczekaj - wyrzucam nagle, gdy przez całe to odurzenie przebija się jedna trzeźwa, odpowiedzialna myśl. - El, zaczekaj sekundę.

- Co się stało?

- Kochanie, musimy się zabezpieczyć. Dzieci... dopiero za kilka lat... troje, czworo, ale po studiach...

- Biorę pigułki.

Bierze? To dla mnie nowość.

- Od kiedy?

- Od jakiegoś czasu.

- Nadal mam prezerwatywy. W szufladzie, o tam... - Próbuję się podnieść na łokciach, lecz ciało ze mną nie współpracuje. - Zostały po naszej nocy...

- Nie trzeba. - Eleanor przyciska dłoń do mojej piersi, popychając mnie z powrotem na materac z zaskakującą siłą. - Naprawdę, kochanie. - Kochanie. - Biorę pigułki regularnie, o tej samej porze każdego dnia. - Całuje mnie po szyi, przygryza skórę tuż pod żuchwą, przejeżdża po niej językiem, łagodząc własne ukąszenie. - Chcę poczuć cię bez żadnych barier między nami. Wiesz, jakie to będzie cudowne?

- Nie wiem.

- Ale ja wiem.

- Skąd? Skąd możesz to wiedzieć, skoro nigdy wcześniej... - Urywam, gdyż mgła w głowie gęstnieje z każdą sekundą. Poczucie otumanienia narasta, a powieki robią się tak niewiarygodnie ciężkie. Zaraz odpłynę. - El, byłaś z kimś innym? Z Nathanem?

Nie, nie, błagam, nie, nie byłaś z nim.

- Oczywiście, że nie. - Moja ukochana łączy nasze wargi, jakby próbowała powstrzymać mnie przed zadawaniem kolejnych niewygodnych pytań. W tej samej sekundzie opada, przyjmując całego kutasa w jednym ruchu, przez co jęczę bezwstydnie. - Ufasz mi, Mads?

Tylko tobie, El.

Wspomnienia Maddoxa

Tamtego lipcowego wieczoru nie mogłem zmusić się do wyjścia z własnego łóżka, nie mówiąc już o tym, żeby w ogóle rozważać opuszczenie domu. Jedyną rzeczą, na jaką miałem ochotę, było zobaczenie się z El, chociaż dosłownie kilka godzin wcześniej zamknąłem za nią drzwi. Odnosiłem nieodparte wrażenie, że nadal czuję na skórze słodki zapach jej wiśniowych perfum, chłód delikatnych opuszków, które poprzedniej nocy pieściły każdy możliwy skrawek mojego ciała, oraz słyszę oddech tuż przy uchu, gdy szeptała moje imię w sposób, którego nigdy wcześniej nie słyszałem.

Gdybym tylko mógł, pod żadnym pozorem nie wypuściłbym jej ze swoich objęć do końca pieprzonego świata. Zatrzymałbym czas dokładnie w tamtym momencie, gdy leżeliśmy spleceni pod kołdrą, a głowa El spoczywała na mojej piersi, pod nierówno bijącym sercem, podczas gdy za oknem powoli wschodziło słońce. Niestety, moja ukochana musiała pojawić się z rodzicami na jakiejś prestiżowej gali architektonicznej, gdzie Christopher miał do odebrania nagrodę za projekt pięciogwiazdkowego hotelu w Rzymie.

Ja tymczasem nie mogłem usiedzieć w miejscu.

Próbowałem.

Naprawdę próbowałem położyć się z powrotem do łóżka, zakopać w pościeli, która pachniała nią, zamknąć oczy i po prostu zasnąć, licząc na to, że sen sprawi, iż jutro nadejdzie szybciej, a ja przestanę obsesyjnie liczyć minuty do momentu, gdy znów będę mógł ją zobaczyć. Ale nie dałem rady. Buzowało we mnie za dużo energii, zbyt wiele myśli kłębiło się w głowie, a wspomnienia z ostatniej nocy odtwarzały się w pętli za każdym razem, gdy zamykałem powieki. Więc kiedy Jake napisał na grupowym czacie drużyny lacrosse o spontanicznej imprezie w jego penthousie, zdecydowałem, że przynajmniej spróbuję oderwać myśli od Eleanor.

Zająłem miejsce na gigantycznej kanapie w salonie, zaraz obok Michaela, który prowadził z Garrettem jakąś intensywną dyskusję na temat czegoś związanego z hokejem. Jako że kompletnie mnie to nie obchodziło, wyjąłem telefon z kieszeni i bez zbędnego namysłu otworzyłem wiadomości do El. Jednocześnie uniosłem do ust kolejną już szklankę wypełnioną whisky i upiłem spory łyk.

Mads:

mogę do Ciebie przyjechać po gali? tęsknię, piękna x

Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałem - Eleanor najwyraźniej trzymała telefon w dłoni, pewnie ukrywając go dyskretnie pod stołem, żeby rodzice nie zauważyli, że pisze do mnie, zamiast słuchać kolejnej nudnej przemowy lub wymieniać się uprzejmościami z ich znajomymi.

El:

nie mam pojęcia, o której wrócę x

ale widzimy się jutro, prawda?

Mads:

widzimy

co nie zmienia faktu, że tęsknię, kochanie

i że wolałbym, żebyś była tutaj ze mną

albo jeszcze lepiej, żebyśmy byli tylko we dwoje gdziekolwiek indziej

El:

ja też tęsknię. bardzo x

gdybym tylko mogła, uciekłabym stąd i przyjechała do Ciebie x

ale jutro będę tylko Twoja, Mads x

Tylko moja.

Nie miałem kontroli nad dodatkowym, cholernie mocnym szarpnięciem serca w klatce piersiowej.

- Czemu uśmiechasz się do telefonu jak idiota?

Oderwałem wzrok od wyświetlacza i napotkałem podejrzliwe, choć zauważalnie rozbawione spojrzenie Michaela. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że Garrett zniknął gdzieś w międzyczasie, przez co zostaliśmy na kanapie we dwóch, otoczeni zbyt głośną muzyką i przekrzykującymi się pijanymi gośćmi.

- Może jestem po prostu w dobrym nastroju. - Schowałem komórkę z powrotem do kieszeni, choć w duchu chciałem ignorować wszystkich wokół i nadal pisać do El.

- W dobrym nastroju? - Richards uniósł brew, jakbym powiedział właśnie coś absurdalnego. - To nowość.

- Powinieneś czasem spróbować, Mike. Polecam. Całkiem przyjemne uczucie.

- Zaraz, zaraz... - Nachylił się bliżej, opierając łokcie na szeroko rozstawionych kolanach. - Jedyną osobą, która potrafi sprawić, że wyglądasz na tak szczęśliwego, jest Eleanor. Więc... czyżby to miało jakiś związek z nią?

Nie odpowiedziałem od razu.

Zamiast tego upiłem spory łyk whisky, zastanawiając się, ile powinienem mu zdradzić. Czy w ogóle powinienem cokolwiek mówić? Część mnie chciała zachować naszą pierwszą noc tylko dla siebie, schować ją głęboko w sercu jak najcenniejszy sekret, który dzieliłem wyłącznie z ukochaną. Ale z drugiej strony czułem się tak kurewsko szczęśliwy jak nigdy wcześniej i aż mnie nosiło, żeby się tym z kimś podzielić.

Nie chciałem jeszcze rozmawiać o tym z Killem, gdyż mój brat traktował El jak młodszą siostrę, co pewnie wiązałoby się z wysłuchiwaniem godzinnego wykładu o odpowiedzialności, konsekwencjach, szacunku i tym, jak bardzo mogę ją zranić, jeśli nie będę ostrożny. Natomiast Nathan... nawet nie pojawił się na imprezie, co swoją drogą wydało mi się dziwne - Scott nigdy nie przepuszczał okazji do picia, zwłaszcza gdy chodziło o spontaniczne spotkania u Jake'a.

Został mi więc Richards.

- Chodź na górę. - Wskazałem brodą w stronę schodów prowadzących na piętro, gdzie znajdowały się gościnne sypialnie, w których moglibyśmy porozmawiać we względnej ciszy. - Muszę ci coś powiedzieć.

Michael zmarszczył brwi, ale nie zadawał żadnych pytań. Po prostu wstał i ruszył za mną, a po chwili usiedliśmy w jedynym wolnym pokoju na piętrze.

- No dobra. - Oparł się plecami o ścianę obok okna i skrzyżował ramiona na piersi, patrząc na mnie wyczekująco. - Coś się stało, prawda?

- Tak. Nie. To znaczy... - Przejechałem dłonią po włosach, nagle czując, jak trudno jest mi sformułować to, co chcę powiedzieć. - Wszystko jest w porządku. Bardziej niż w porządku. Po prostu... - Zaśmiałem się bezradnie. - Kurwa, Mike. Nie wiem, jak to ubrać w słowa.

- Maddox. - Oderwał się od ściany i podszedł bliżej mnie. - Powiedziałeś w końcu Eleanor, co do niej czujesz?

Jako jedyny wiedział o moim planie.

O złotym pierścionku z diamentem, kupionym w Darry Ring, bezpiecznie czekającym w szufladzie mojego biurka, o ciemnoczerwonych piwoniach, które miały być gotowe do odbioru jutro o dwunastej, o każdym słowie, przygotowanym z wyprzedzeniem i przećwiczonym w głowie setki razy podczas treningów, przed snem, pod prysznicem, gdy próbowałem znaleźć idealny sposób na wypowiedzenie ich na głos, zanim zapytam ją, czy zostanie moją dziewczyną.

- Jeszcze nie. - Usiadłem na krawędzi łóżka, ponownie zanurzając palce we włosach. - Zrobię to jutro, tak jak planowałem. Ale... - Nie byłem zdolny do powstrzymania uśmiechu rozciągającego mi wargi mimo wszystkich starań, żeby zachować choć odrobinę powagi. - Ale coś się między nami wczoraj wydarzyło.

- Zakładam, że coś dobrego, skoro tak się szczerzysz?

Przytaknąłem mu skinieniem głowy, po czym, nie mogąc już dłużej tego w sobie dusić, zacząłem opowiadać o wczorajszej nocy. Może w zbyt wielu szczegółach, jednak w tamtym momencie się tym nie przejmowałem. Michael był moim najlepszym przyjacielem, który wiedział o mnie dosłownie wszystko i znał każdy mój najpilniej strzeżony sekret.

- Cholera - podsumował, gdy skończyłem swój kilkuminutowy, prawdopodobnie zajebiście chaotyczny monolog. - To brzmi... intensywnie, Maddox.

Wiedziałem, że był o wiele bardziej doświadczony niż ja. Jego pierwszy raz nie miał żadnego związku z jakimikolwiek uczuciami czy głębszą więzią emocjonalną. Stracił niewinność jakieś dwa lata temu z - już byłą - przyjaciółką swojej najstarszej siostry. Zastanawiałem się, czy czasem żałował, że wyglądało to właśnie tak: bez tej miłości, którą ja czułem do El. Mike jednak nie należał do romantyków ani do osób szukających bliskości innej niż fizyczna, więc pewnie pozostawało to dla niego obojętne.

- No - przyznałem, nadal z tym pieprzonym uśmiechem, który przykleił mi się do twarzy wczoraj i najwyraźniej planował zostać tam na stałe. - Takie właśnie było. Intensywne. Przytłaczające. Idealne w swojej nieidealności. A potem rano... - Zaśmiałem się na samo wspomnienie. - Rano nie było lepiej. Obudziłem się pierwszy i próbowałem zrobić dla nas śniadanie, żeby zaskoczyć El czymś miłym, ale oczywiście spaliłem pieprzone naleśniki, bo nie mogłem się skupić na niczym innym poza nią. Więc i tak musiała przejąć kontrolę i uratować resztę ciasta. - Parsknąłem. - Przyszła do kuchni w mojej koszulce, zaspana, z rozczochranymi włosami, spojrzała na to, co narobiłem, i po prostu... zaczęła się śmiać. A potem pocałowała mnie i powiedziała, że to najsłodszy gest, jaki ktoś kiedykolwiek dla niej zrobił.

- Kto by pomyślał, że drzemie w tobie taki romantyk, Griffin.

Wzruszyłem ramionami.

Jeśli chodziło o Eleanor, byłem pieprzonym romantykiem i zupełnie mi to nie przeszkadzało.

- Później jedliśmy razem w oranżerii - kontynuowałem. - Karmiliśmy się nawzajem, co chwilę się całując, śmiejąc się z kompletnych głupot... I pomyślałem sobie wtedy, że właśnie tego chcę do końca życia. Budzić się obok niej, jeść razem naleśniki, nawet jeśli miałyby się okazać spalone, całować się do utraty tchu i po prostu... Być z nią. Wszędzie. Zawsze.

- Jestem pewien, że El jutro się zgodzi. - Mike, który jakoś w połowie opowieści usiadł obok mnie na łóżku, poklepał pokrzepiająco moje ramię. - Wreszcie przestaniecie udawać, że jesteście tylko przyjaciółmi, bo, serio, ile można? Wszyscy wokół was wiedzieli, że to tylko kwestia czasu, aż zaczniecie być razem. - Uderzył mnie łokciem w bok. - Ona cię kocha, stary.

Roześmiałem się cicho, czując, jak adrenalina i ekscytacja bulgoczą gdzieś w okolicach żołądka, mieszając się z nerwami.

Jutro.

Jutro wreszcie powiem Eleanor, że ją kocham - na głos, patrząc prosto w najpiękniejsze na świecie, błękitne oczy. Powiem, że chcę być z nią na zawsze, że nie wyobrażam sobie przyszłości, w której jej nie ma. Że każdy mój plan, każde marzenie, każda wizja tego, kim chcę się stać za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat - wszystko to opiera się na niej.

Że jest moją jedyną.

- Jak myślisz, powinienem... - zacząłem, ale wtedy z dołu zaczęły dobiegać jakieś niepokojące krzyki, głośne, agresywne przekleństwa i charakterystyczny odgłos rozbijanego szkła.

Ktoś wyraźnie zaczął się awanturować, a jako pierwszy na mojej liście podejrzanych pojawił się Levi - ten idiota miał wręcz nadnaturalny talent do wszczynania bójek i dramatów wszędzie, gdzie tylko się pojawił.

- Kurwa, co tam się dzieje?

- Może lepiej zejdźmy na dół - zaproponował Michael, już podnosząc się z miejsca. - Zanim Jake znowu skończy z policją wezwaną przez wkurzonych sąsiadów.

Kiwnąłem głową i podążyłem za nim w stronę drzwi, czując, jak euforia powoli ustępuje miejsca irytacji. Ostatnie, czego chciałem, to wplątywanie się w jakąś pijacką awanturę, ratowanie czyjegoś tyłka lub rozsądzanie konfliktów między naćpanymi idiotami, którzy za pięć minut i tak zapomną, o co w ogóle poszło.

Otworzyłem drzwi sypialni i zaraz za nimi, jakby tylko czekała, aż wyjdziemy z pomieszczenia, stała Scarlett.

- O, tu jesteście! - wykrzyknęła z ulgą, układając dłoń na piersi. - Szukałam was po całym domu. Bałam się, że już wyszliście i zostanę sama z tym bałaganem. - Przeniosła spojrzenie z mojej twarzy na Michaela. - Mike, kochany, mógłbyś odwieźć ze mną Amandę do domu? Ledwo stoi na nogach, a jej rodzice są w Edynburgu na sympozjum medycznym, więc nie mogę po nich zadzwonić. A ty jako jedyny nie piłeś nic... prawda?

- Prawda. - Zmarszczył brwi, wyraźnie niezadowolony z perspektywy bycia kierowcą dla pijanej Campbell. - Gdzie ona jest?

- Na dole, w łazience. Wymiotuje już od dziesięciu minut i boję się, że niedługo tam zemdleje. Mówiłyśmy jej z Zoe, żeby nie mieszała wina z wódką, ale wiesz, jaka ona jest...

Mike westchnął ciężko, przejeżdżając dłonią po twarzy.

- Dobra. W porządku. Pomogę wam. - Spojrzał na mnie. - Maddox, wracasz ze mną czy zostajesz?

- Zostanę - odpowiedziałem od razu. Spędzenie godziny w samochodzie, słuchając, jak Amanda wyrzuca z siebie zawartość żołądka, wydawało się najgorszym możliwym sposobem na zakończenie wieczoru. - Ale daj znać, gdy już ją odwieziesz, okej?

- Jasne. - Kiwnął głową na pożegnanie, po czym ruszył za Scarlett w stronę schodów.

Zostałem sam na korytarzu, wpatrując się w ich oddalające się sylwetki. Dopiero kiedy zniknęli za zakrętem, zdałem sobie sprawę, że całe moje ciało było napięte, jakbym nieświadomie przygotowywał się na jakieś zagrożenie.

Pokręciłem głową, próbując się otrząsnąć z tego irracjonalnego uczucia.

Paranoja, Griffin. Zwykła paranoja.

Rozdział czternasty

Eleanor

Stoję przed szafką, próbując upchnąć w niej książki, które w magiczny sposób rozmnożyły się od rana. Wciskam jeden podręcznik za drugim, siłuję się z grubym zeszytem od statystyki, lecz ten za nic w świecie nie chce zmieścić się pomiędzy biologią a literaturą angielską, i mam ochotę się rozpłakać choćby z przytłaczającego mnie zmęczenia.

Moje ciało niby funkcjonuje - porusza się, oddycha, wykonuje wszystkie wymagane od niego czynności - ale głowa... głowa właśnie krzyczy, żebym zwinęła się w kłębek gdzieś w ciemności, zasnęła na przynajmniej tydzień i przestała czuć to, co mnie przytłacza. Trzy czarne kawy, które wlałam w siebie od rana, zrobiły dokładnie nic. No, może niezupełnie. Teraz jestem jeszcze bardziej roztrzęsiona i mam ochotę na kogoś nakrzyczeć za sam fakt tego, że stoi obok i oddycha zbyt głośno.

Na krótką chwilę opieram czoło o metalowe drzwiczki, po czym zamykam oczy, próbując zebrać się w sobie.

Jeszcze tylko półtoragodzinny trening cheerleaderek, a potem wrócę do pustego domu - mama znowu zostaje w kancelarii do późna, ponieważ przygotowuje się do rozprawy, natomiast ojciec wyleciał razem z Frankiem do Szwecji na konferencję architektoniczną - gdzie będę mogła wreszcie przestać udawać, że wszystko jest w porządku.

- Cześć, Ellie.

Głos dobiega gdzieś z lewej strony, więc odwracam się, z początku nie rejestrując, kto do mnie mówi, aż napotykam wściekłorude loki i promienny, choć odrobinę sztuczny uśmiech, należące do Scarlett.

- Hej - odpowiadam ostrożnie, ponieważ coś w jej z pozoru słodkim tonie sprawia, że czuję w żołądku lekkie ukłucie niepokoju.

- Jest coś, o czym chciałabym z tobą porozmawiać - oznajmia. - Na osobności. Masz może chwilkę?

Zerkam na złoty zegarek na nadgarstku i przeliczam w głowie czas, który dzieli nas od rozpoczęcia treningu.

- Jasne, ale dosłownie minutkę. - Zamykam szafkę na kłódkę. 1-3-0-2. Nadal jako kod mam jego datę urodzenia. - Nie zapomniałaś chyba, że mamy dziś dodatkowy trening?

- Nie, oczywiście, że nie! - świergocze odrobinę zbyt entuzjastycznie. - Zajmę ci tylko króciutką chwilkę.

Łapie mnie mocno pod ramię i prowadzi zdecydowanym krokiem w stronę skrzydła sportowego, a ja idę za nią, bo... bo nie wiem, co innego miałabym zrobić. Nie mówi nic przez całą drogę, aż docieramy do szatni na końcu korytarza. Raczej nikt z niej nie korzysta, ponieważ notorycznie jest wyłączona z użytku przez pękającą rurę.

Po co mnie tu przyprowadziła?

Scarlett otwiera drzwi i wpycha mnie do środka - zupełnie nieprzygotowana na taki ruch, potykam się o własne nogi, niemal się przewracając. W ostatniej chwili łapię równowagę, ale torebka i tak zsuwa mi się z ramienia, po czym ląduje z hukiem na kafelkach. Drzwi za nami trzaskają tak gwałtownie, że podskakuję w miejscu, a echo rozchodzi się po pustej szatni.

- Czy ty, do kurwy nędzy, ZAWSZE musisz mieć WSZYSTKO?! - wybucha Scarlett, nim w ogóle zdążę przetworzyć, co się właśnie dzieje. - Zawsze musisz być najlepsza? Idealna w każdej rzeczy, jakiej się dotkniesz? Wszystko spada ci z nieba, jakbyś dostawała od wszechświata pierdolone nagrody za samo istnienie!

Powoli odwracam głowę w jej stronę, a ostre, pełne jadu spojrzenie, którym przeszywa mnie na wskroś ciemnozielonymi tęczówkami, sprawia, że czuję się winna, choć przecież nic złego nie zrobiłam. Moje dłonie zaczynają drżeć niekontrolowanie, więc szybko ukrywam je za plecami, zaciskając palce w pięści tak mocno, że paznokcie wrzynają się w miękką skórę. Wiem, iż zaraz poczuję krew, lecz nie potrafię się powstrzymać, gdyż w tej chwili to jedyny sposób, aby nie pozwolić panice przejąć nad sobą kontroli.

Scarlett nigdy w życiu nie podniosła na mnie głosu, nawet kiedy w trakcie naszej wieloletniej przyjaźni dochodziło między nami do bardzo sporadycznych kłótni - zwykle o kompletne, nic nieznaczące bzdury, o których zapominałyśmy po kilku minutach.

- Chyba... Chyba nie rozumiem, o czym mówisz. Jeśli coś zrobiłam, to powiedz mi, proszę...

- Nie udawaj głupszej, niż jesteś, Eleanor. - Robi krok bliżej, przez co automatycznie się cofam, aż uderzam plecami o metalowe szafki za mną, odcinając sobie dalszą drogę ucieczki. - Przed chwilą trenerka zaprosiła mnie na uroczą rozmowę do swojego gabinetu, by poinformować, że dziś oficjalnie ogłosi zmiany w drużynie. Podobno to TY mnie zastąpisz. Na szczycie I jako kapitan drużyny. - Śmieje się sucho. - Co za radosna nowina, prawda? Gratuluję, kochanie. Tak kurewsko się cieszę twoim szczęściem.

Och. No tak. Zupełnie o tym zapomniałam.

- Scarlett, ja... - Bezskutecznie próbuję poskładać słowa w coś, co brzmi jak sensowne wyjaśnienie, a nie żałosna wymówka. - Nie chciałam, żeby tak to wyszło. Naprawdę. Powinnam była z tobą porozmawiać...

- To są chyba, kurwa, jakieś żarty - wrzeszczy, jakby mnie nie słyszała - że to właśnie ty masz zająć moje pieprzone miejsce w piramidzie! Nie Veronica, nie Amanda, nie Clara. TY, ELEANOR!

- To trenerka zdecydowała... - staram się wtrącić.

- TRENERKA?! - powtarza z jawnym oburzeniem. Unosi brodę wyżej i przygląda mi się z góry, choć jesteśmy niemal tego samego wzrostu. Teraz jednak czuję się... mniejsza. Dużo mniejsza. Jak gdybym kurczyła się z każdą sekundą tej konfrontacji, na którą zupełnie nie byłam przygotowana. - Myślisz, że obchodzi mnie, kto podjął tę pojebaną decyzję?! Że to, kurwa, cokolwiek zmienia?! Nie miałaś nawet odwagi, żeby ze mną o tym pogadać. - Robi pół kroku do przodu, tym razem skracając dystans pomiędzy nami do absolutnego minimum. - Od kiedy o tym wiesz, co? Tydzień? Dwa?! Odpowiadaj, suko!

Suko?

Krew odpływa mi z twarzy tak szybko, że przez moment odnoszę wrażenie, iż zemdleję. Jednocześnie gorąco zalewa mi kark, policzki, dekolt, rozpraszając po skórze szkarłatne, nieregularne plamy. Nienawidzę ich. Nienawidzę, że zawsze zdradzają każdą emocję, którą próbuję ukryć.

Scarlett lustruje je wzrokiem i dokładnie wie, jak bardzo jestem właśnie przerażona - zna każdą, nawet najmniejszą reakcję mojego ciała.

- To nie ja podjęłam tę decyzję - tłumaczę, starając się brzmieć spokojnie, choć serce łomocze mi tak mocno, że słyszę je w uszach. Wiem, że cokolwiek powiem, zostanie obrócone przeciwko mnie, lecz nie mogę pozwolić się zmiażdżyć bez jakiejkolwiek próby obrony. - Trenerka sama to zaproponowała. Stwierdziła, że młodsze dziewczyny...

- Och, błagam cię. - Scarlett przewraca oczami tak ostentacyjnie, że widzę tylko ich białka. - Skończ wreszcie z tymi żałosnymi, gównianymi wymówkami. "Ojej, to nie moja wina, to się samo stało, buuu, jestem taka niewinna, nic o tym nie wiedziałam..." - przedrzeźnia mnie piskliwym, dziecinnym tonem, który ma chyba sprawiać, że poczuję się głupio. Niestety, działa. - Uwierz mi, kochanie, że nie głodziłaś się wystarczająco, żeby ktokolwiek był w stanie utrzymać cię na szczycie piramidy bez ryzyka, że spadniesz i złamiesz sobie pieprzony kark. - Przesuwa wzrokiem po mojej sylwetce, krzywiąc się przy tym z niesmakiem. - Spójrz tylko na siebie. Poważnie. Nie jest ci wstyd, że tak się zapuściłaś? Zajadasz smutki po złamanym serduszku? Tęsknisz za swoim ukochanym Maddoxem i pocieszasz się ciasteczkami z pistacjami? Tymi, które wcześniej tak chętnie dla niego piekłaś?

Jej słowa uderzają we mnie z brutalną siłą otwartej dłoni wymierzonej prosto w twarz.

Rozumiem, że decyzja trenerki musiała ją zdenerwować, jednak sposób, w jaki ze mną rozmawia, słowa przepełnione jadem, wypowiadane z tak przemyślanym okrucieństwem... To wszystko nie przypomina dziewczyny, z którą spędziłam większą część swojego życia. Tej, która jako jedyna na świecie wiedziała o tym, co naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami mojego domu, i płakała przez wiele dni na moim ramieniu, gdy trzy lata temu jej mama popełniła samobójstwo.

- Co ty właśnie powiedziałaś? - wyszeptuję.

- Słyszałaś doskonale. Ale mogę powtórzyć, jeśli masz problem ze zrozumieniem prostych zdań. Zapuściłaś się, Eleanor. Roztyłaś. Masz ramiona jak facet, twoje uda ocierają się o siebie przy każdym kroku, a brzuch wystaje ci jak w trzecim miesiącu ciąży. Naprawdę dziwisz się, że Maddox wolał mnie?

- Scarlett, to nie ma nic wspólnego z...

- Nie pieprz mi, że to nie ma z nim nic wspólnego. Myślisz, że nie zwróciłam uwagi, jak na nas patrzysz? Jak skręca cię od środka za każdym razem, kiedy widzisz, jak trzyma mnie za rękę lub całuje przy wszystkich, podczas gdy ty musisz stać z boku i przyglądać się nam z tą swoją zbolałą miną i świadomością, że byłaś tylko... czym właściwie? - Udaje, że musi się nad tym głęboko zastanowić. - Ach, tak. Nic nieznaczącym epizodem. Jedną nocą. Myślałaś, że jesteś inna, nie? Wyjątkowa, kurwa, Eleanor. Tak naprawdę... okazałaś się tylko odhaczonym punktem numer trzydzieści trzy z jego listy PPZ. Nie miłością jego życia, jak zawsze marzyłaś.

Zaciskam dłonie jeszcze mocniej w pięści - tym razem paznokcie przebijają naskórek. Pierwsze krople krwi ściekające po wewnętrznej stronie palców są jedynym, co jakimś cudem trzyma mnie przy świadomości. Ciało już próbuje zareagować samo, uruchamiając mechanizmy obronne wypracowane przez lata życia w domu pełnym przemocy. Chce wyłączyć zmysły, odciąć dopływ bodźców, odpłynąć w jakieś bezpieczne, odległe miejsce głęboko w mojej głowie, gdzie słowa Scarlett nie będą w stanie mnie dosięgnąć.

Nie mogę na to pozwolić.

- Chcesz, żebym ci dokładnie przypomniała, jak to było, kochanie? Wydaje mi się, że zapomniałaś już, jak cię zmanipulował. Jak pieczołowicie cię urabiał, tydzień po tygodniu, aż posłusznie rozłożyłaś przed nim nogi, święcie przekonana, że ta jedna noc przekształci waszą przyjaźń w ogromną miłość. A Maddox? Maddox na drugi dzień z dumą opowiadał chłopakom, że stał się tym, któremu udało się rozdziewiczyć Perfekcyjną Eleanor.

Zamykam oczy.

Nic nie mówię. I tak nie znalazłabym odpowiednich słów, żeby się bronić lub zaprzeczyć. To, co Scarlett mówi... to przecież prawda.

- Pamiętasz, co to jest PPZ, prawda? Poderwij. Przeleć. Zapomnij. W końcu trudno, żebyś zapomniała, skoro twoje imię widnieje na liście prawie każdego chłopaka z drużyny lacrosse. - Uśmiecha się złośliwie, przechylając lekko głowę w bok. - Maddox zdobył za ciebie pełną punktację. Za to, że byłaś jego najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa, za dziewictwo, za zdjęcie okrwawionej prezerwatywy, za łzy z bólu... Gratulacje, skarbie. Stałaś się najcenniejszym trofeum w całej pieprzonej rozgrywce.

Kochałam Maddoxa, odkąd pamiętam.

Ufałam mu bardziej niż komukolwiek innemu na tym świecie - bardziej niż mamie, Zoe, Phoebe, bardziej niż samej sobie. Oddałam mu wszystko, nie po dwóch tygodniach przypadkowej znajomości, nie po kilku miesiącach intensywnego flirtu, tylko po długich latach wspólnych wspomnień, tysiącach dni i nocy, kiedy okazał się moją jedyną stałą w świecie, który non stop, bezlitośnie walił się wokół mnie.

To nie była przelotna fascynacja naiwnej nastolatki zakochanej w przystojnym chłopaku z klasy ani powierzchowne zauroczenie jego wyglądem, statusem społecznym czy nazwiskiem. To nie był wybryk, impuls, moment szaleństwa wywołany hormonami lub zwykłym pożądaniem.

To była MIŁOŚĆ.

Prawdziwa, głęboka, niszcząca miłość, która pochłonęła mnie całą.

A on to wszystko wykorzystał.

Dlaczego?, zadaję sobie to pytanie od tamtego lipcowego dnia. Dlaczego zaprzepaścił całe nasze wspólne życie? Wszystkie plany, które razem mieliśmy? Te nocne rozmowy o przyszłości, o uniwersytecie, o podróżach? Dla kilku chorych, obrzydliwych punktów w najbardziej wulgarnej "grze", jaką można sobie wyobrazić? Dla pokazania chłopakom z drużyny lacrosse, że to właśnie on, Maddox Carter Griffin, był tym, który zdołał zdobyć "niedostępną Eleanor"?

Tak. Byłam całe życie niedostępna dla innych.

Niedostępna, zimna, obojętna na każdą próbę flirtu, zainteresowanie ze strony płci przeciwnej, liczne komplementy rzucane w moją stronę. Nigdy nie chciałam nawet przez sekundę spoglądać w stronę kogokolwiek innego, bo wszystko, czego pragnęłam, było w tym pięknym, okrutnym zdrajcy o oczach w kolorze gorzkiej czekolady i uśmiechu, który sprawiał, że zapominałam, jak się oddycha.

- P-przestań - udaje mi się wydusić. - Proszę... po prostu przestań...

- Przestać? - Scarlett śmieje się, jakby moje złamane serce, roztrzęsione dłonie i oczy pełne łez były dla niej najlepszą rozrywką. I może faktycznie są. Może właśnie takim człowiekiem jest naprawdę Scarlett Sinclair: okrutnym, wyrachowanym, bez serca. - Dlaczego miałabym? Przecież sama błagałaś, żeby cię wreszcie przeleciał. Z pozoru taka niewinna, a jednak... DZIWKA.

Niespodziewanie chwyta mnie obiema dłońmi za sweter od mundurka i z brutalną siłą, której się po niej nie spodziewałam, popycha na szafki za mną, przez co uderzam w nie plecami oraz tyłem głowy. Ból eksploduje w podstawie czaszki, a zimny dreszcz przechodzi mi wzdłuż kręgosłupa - od karku, przez każdy kręg, aż po lędźwie.

- Myślisz, że mi go zabierzesz? - Nachyla się tak blisko, że nasze nosy prawie się stykają. - Że ja na to pozwolę? - Zaciska palce mocniej na materiale swetra. - Jesteś tylko jego żałosną przyjaciółką z dzieciństwa. Łatwą, naiwną, wiecznie milczącą. Nigdy nie okażesz się wystarczająco dobra, żeby zasłużyć na jego miłość. Możesz być najpiękniejszą dziewczyną w tej szkole, mieć najlepsze oceny, zostać najbardziej utalentowaną cheerleaderką, kurwa, możesz zamienić się w kogo tylko zechcesz, a i tak nigdy nie staniesz się dla niego wystarczająca. Nawet jeśli znowu rozłożysz dla niego nogi i pozwolisz mu robić z tobą, co tylko zechce, jeśli upadniesz przed nim na kolana i poprosisz o jeszcze jedną szansę. Nawet jeśli wykrwawisz się na środku tej pieprzonej szkoły tylko po to, żeby zwrócić jego uwagę. ON NIGDY NIE BĘDZIE TWÓJ.

Trzymam się w pionie tylko dlatego, że wciąż zaciska dłonie na moim swetrze, bezlitośnie przyciskając mnie posiniaczonymi przez ojca plecami do zimnej powierzchni. Świat wiruje mi przed oczami w zawrotnym tempie, a łzy napływają do nich tak szybko, że ledwo widzę jej twarz.

Mrugam, próbując wyostrzyć obraz, ale ten coraz bardziej się rozmywa.

Znam to uczucie.

Atak paniki.

Nadchodzi.

Powoli.

Nieuchronnie.

- Zamknij się - wyszeptuję.

Żałosne, Eleanor.

- Naprawdę sądzisz, że możesz mi mówić, co mam robić? - Scarlett wybucha krótkim śmiechem, teatralnie odrzucając głowę do tyłu. - Najwyższy czas, żebyś w końcu zrozumiała, że świat nie kręci się wokół ciebie, Adwin. Nie jesteś żadnym pierdolonym promieniem słońca ani perfekcyjnym pępkiem świata, za jaki zawsze cię uważano. Prawda jest taka, kochanie, że jesteś - zatrzymuje się na sekundę - NIKIM.

Coraz bardziej kręci mi się w głowie.

- Jeśli jutro znikniesz, to wiesz, co się stanie? - pyta, chociaż wcale nie oczekuje ode mnie odpowiedzi. - Wszyscy odetchną z ulgą. Nathan? Wreszcie będzie mógł wrócić do swojego starego trybu życia, zamiast litować się nad przyjaciółką, której mu szkoda. Zoe i Phoebe? Zaczną przejmować się sobą, a nie twoją pieprzoną nerwicą, napadami lękowymi i miłością do nieudanych głodówek. Michael? On chyba nawet z tobą już nie rozmawia, prawda? A Maddox? - Prycha z kpiną. - No cóż, nawet nie muszę kończyć tego zdania.

Nie. Nie musisz.

- A może właśnie to powinnaś zrobić? - Zakłada mi kosmyk włosów za ucho z czułością tak absurdalnie niepasującą do tego, co właśnie mówi, po czym nachyla się jeszcze bliżej i szepcze mi prosto do ucha: - ZNIKNĄĆ.

Łzy zaczynają spływać po mojej twarzy.

Nie mam żadnej kontroli nad tym, co się ze mną dzieje. Przymykam oczy, próbując jakoś się uspokoić, wyrwać z tej spirali, ale wiem, że już za późno. Jestem pewna, że zaraz zemdleję albo zwymiotuję prosto na jej buty. A może po prostu zniknę - dokładnie tak jak mi kazała. Może to byłoby najlepsze rozwiązanie dla wszystkich.

Dla Maddoxa. Dla rodziców. Dla dziewczyn.

Dla mnie.

- Ellie... - Głos Scarlett znów przybiera ten obłędnie miękki ton, którego używała zaledwie kilka miesięcy temu, kiedy tuliła mnie godzinami w swoim pokoju po tym, jak uciekłam z domu, pytając łagodnie: "Co zrobił ci tym razem, skarbie?". Teraz tym samym głosem mówi: - Płaczesz, skarbie? - Ściera opuszkami łzy z mojego policzka. - Boże, tak strasznie mi przykro. Naprawdę. Nie miałam tego wszystkiego na myśli, wiesz? Po prostu się zdenerwowałam przez tę całą sytuację z pozycją w drużynie i... no wiesz. Czasem mówię rzeczy, których nie powinnam...

Odwracam głowę, próbując uciec przed jej dotykiem...

Wtedy mnie uderza.

Płaską dłonią, z całej siły, prosto w lewy policzek.

Moja głowa odchyla się w bok od siły ciosu, włosy opadają na twarz, zasłaniając oczy, a w uszach słyszę tylko wysoki, przenikliwy pisk. Metaliczny smak krwi wypełnia mi usta - musiałam przygryźć od środka policzek albo wargę.

Jestem tym tak zaskoczona, że nawet nie reaguję.

Nie krzyczę.

Nie płaczę głośniej.

Nie odpycham jej od siebie.

Po prostu stoję jak sparaliżowana, z głową odwróconą w bok i włosami zasłaniającymi połowę twarzy.

Scarlett Sinclair - moja najlepsza przyjaciółka przez większość życia, osoba, której powierzyłam swoje najciemniejsze sekrety - właśnie uderzyła mnie w policzek.

- Jeśli jeszcze raz zobaczę cię w pobliżu MOJEGO Maddoxa, to nie chcesz wiedzieć, co z tobą zrobię - grozi, przejeżdżając dłonią po miejscu, które właśnie trafiła, jakby chciała ukoić zadany mi ból. - Mam nadzieję, że wyciągniesz z naszej rozmowy jakąś lekcję. A jeśli komukolwiek o niej powiesz, zadbam o to, żeby wszyscy w Kingswood dowiedzieli się o tym, co twój tatuś robi ci w domu. Pokażę im zdjęcia twoich siniaków. Tych na ramionach, plecach, biodrach, udach... Zebrałam ich całkiem obszerną kolekcję, prawda, Ellie?

- Spierdalaj - mamroczę pod nosem.

To chyba pierwszy raz, gdy powiedziałam coś takiego do drugiego człowieka.

- No proszę, proszę. Okazuje się, że Eleanor Adwin jednak zna takie wulgarne słowa. Jestem pod wrażeniem, skarbie.

Pochyla się raz jeszcze w moją stronę, a ja napinam całe ciało w oczekiwaniu na kolejne uderzenie. Drugi policzek? Brzuch? Szarpnięcie za włosy, jak robi to ojciec? Wstrzymuję oddech, gotowa na ból, ale... on nie nadchodzi.

Zamiast tego jej usta lądują na moim czole.

Całuje mnie. Lekko. Prawie czule.

I jest to najbardziej obleśna forma przemocy, jakiej kiedykolwiek doświadczyłam.

- Pamiętaj jedno, kochanie - szepcze bezpośrednio w skórę; wargami ledwo muska moje czoło, ale to wystarczy, by wywołać odruch wymiotny. - Im wyżej się wspinasz, tym bardziej boli upadek. A ja przysięgam ci, że twój - przesuwa dłonią po moich włosach - zaboli tak niewyobrażalnie mocno, że nie jesteś sobie nawet w stanie tego wyobrazić. Okaże się spektakularny, Eleanor. I nikt, absolutnie nikt nie poda ci ręki, kiedy będziesz spadać. Wiesz dlaczego? Bo wszyscy zaczną wtedy klaskać.

Odchodzi. Po prostu się odwraca i rusza w stronę drzwi. Zanim wychodzi z szatni, zatrzymuje się na moment w progu, z dłonią na klamce, i wypowiada ostatnie słowa, nie odwracając głowy:

- Do zobaczenia na treningu, pani kapitan.

Drzwi szatni skrzypią, potem trzaskają, a ja nadal nie drgnęłam nawet o milimetr. Dopiero dźwięk jej oddalających się kroków sprawia, że osuwam się na zimne kafelki. Czołgam się na kolanach do torebki po różowe pudełko w kształcie serduszka, które jest jedyną rzeczą, jaka ma moc uspokojenia mnie.

Nie pamiętam niczego, co dzieje się potem.

Wspomnienia Eleanor

Siedziałam na kanapie w salonie z The Right Move rozłożonym na kolanach, wpatrując się w tę samą stronę, którą starałam się przeczytać już od przynajmniej piętnastu minut. Bezwiednie przejeżdżałam palcami po brzegu papierowej okładki i chociaż próbowałam skupić się na fabule, prawda była taka, że od dwóch dni nie potrafiłam myśleć o niczym innym niż o nim.

O Maddoxie.

Moim Maddoxie.

Serce przyspieszało mi za każdym razem, gdy tylko uświadamiałam sobie, że to już dziś. Za kilka godzin Mads przekroczy próg mojego domu, przyjrzy mi się tym swoim intensywnym, ciemnym spojrzeniem, które zawsze sprawiało, że zapominałam, jak poprawnie oddychać, po czym przyciągnie mnie do siebie bez pytania i pocałuje tak, jakby miało to okazać się ostatnie zetknięcie naszych ust. A kiedy jego wargi odsuną się od moich i oboje będziemy próbowali złapać oddech... Powiem mu w końcu prawdę.

Jesteś miłością mojego życia, Maddoxie Carterze Griffinie.

Po wszystkim, co wydarzyło się między nami w ostatnich tygodniach - po każdym ukradkowym pocałunku w oranżerii, gdy byliśmy pewni, że nikt nas nie zobaczy, po tych wszystkich czułych, pełnych niewypowiedzianych słów spojrzeniach, którymi mnie obdarzał podczas treningów tenisa w Ashbourn, po tej niezwykłej ostrożności w jego dłoniach, kiedy dotykał mojego ciała - nie miałam już żadnych wątpliwości.

Maddox również mnie kochał.

Chociaż teoretycznie słowa "kocham cię, El" jeszcze nigdy nie wyszły z jego ust, czułam tę miłość w każdym geście, w każdym spojrzeniu, w sposobie, w jaki szeptał moje imię w ciemnościach.

Westchnęłam cicho, układając głowę na miękkim oparciu kanapy, i wbiłam wzrok w sufit. Zamknęłam powieki i pozwoliłam sobie wrócić myślami do środowej nocy. Robiłam to już chyba po raz setny, odtwarzając w głowie każdą pojedynczą sekundę naszego pierwszego razu. Ciągle musiałam się upewniać, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

To nie był sen.

Maddox naprawdę był mój, tak samo jak ja byłam jego.

I mogłabym tak trwać godzinami, zupełnie zatracona w tych wspomnieniach, myśląc o szeptanych mi do ucha słowach pełnych czułości, gdy leżeliśmy spleceni pod kołdrą i świt powoli wlewał się przez zasłony, ale zanim zdążyłam na dobre pogrążyć się we własnych myślach, dzwonek do drzwi przywrócił mnie do rzeczywistości.

Gwałtownie otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy. Odłożyłam książkę na marmurowy stolik kawowy, nawet nie zadając sobie trudu, żeby zaznaczyć zakładką, na której stronie się zatrzymałam, po czym wstałam z kanapy, wygładzając dłońmi materiał zwiewnej, białej sukienki w haftowane kwiatki.

Niemożliwe, żeby Maddox przyjechał tak wcześnie, przebiegło mi przez głowę.

Przecież umówiliśmy się dopiero późnym popołudniem. Miał po mnie przyjechać godzinę przed rozpoczęciem bankietu w jego domu - corocznego wydarzenia organizowanego przez wujka Cartera czwartego lipca, odkąd Griffin Global Investments otworzyło swoje oddziały w Stanach Zjednoczonych. Kilka lat temu tradycją stało się, że tego dnia specjalnie przylatywali najważniejsi członkowie zarządu z Nowego Jorku, San Francisco i Bostonu, a willa w Richmond zamieniała się w centrum obchodów Dnia Niepodległości.

To na pewno moje dziewczyny.

Tamtego dnia od samego rana miałyśmy ustalone wszystkie szczegóły na naszym grupowym czacie hot mess - bikini, krem z filtrem pięćdziesiąt dla mnie i Phoebe, bo zawsze jako pierwsze kończyłyśmy z poparzoną skórą, domowa lemoniada z miętą, śmiech, słońce oraz trochę zdjęć na Instagrama, które Scarlett edytowała przez długie godziny.

Uwielbiałam wakacje.

Kochałam leżeć razem na leżakach przy basenie w moim ogrodzie, gdzie słońce łaskotało nas delikatnie po ramionach, policzkach i nosach, a ciepły wiatr przynosił zapach róż mamy. Na samą myśl, że przed nami było całe, długie lato, które - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem - miałam spędzić jako dziewczyna Maddoxa, chciałam zapiszczeć z ekscytacji jak głupia.

- Już idę! - zawołałam głośno, niemal biegnąc przez przedpokój, zanim dzwonek zdążył rozbrzmieć po raz drugi. Moje bose stopy stukały rytmicznie o drewnianą podłogę, a sukienka łaskotała przyjemnie uda przy każdym kroku. Złapałam za klamkę i otworzyłam drzwi wejściowe, wpuszczając do środka potężną falę dusznego lipcowego powietrza. - Hej, Scar! - przywitałam się radośnie.

Spodziewałam się zobaczyć jej charakterystyczny, szeroki uśmiech.

Ale Scarlett się nie uśmiechała.

Moja najlepsza przyjaciółka stała sztywno w progu z dużą torbą przewieszoną przez ramię i ulubionymi okularami przeciwsłonecznymi Chanel wsuniętymi na szczyt głowy. Jej rude fale połyskiwały w ostrym słońcu, lecz gdy otworzyłam drzwi szerzej, to wyraz twarzy dziewczyny - ściągnięte brwi, zaciśnięte w wąską linię usta, lekko zaczerwienione oczy - przykuł moją uwagę i sprawił, że cała radość oraz ekscytacja z wcześniejszych myśli o Maddoxie uleciały w ułamku sekundy, zastąpione przytłaczającym niepokojem.

- Scar? - powtórzyłam niepewnie. - Coś się stało?

Nie odpowiedziała mi.

Zamiast tego przez długą chwilę tylko stała w bezruchu, patrząc na mnie pięknymi, ciemnozielonymi oczami, które wyglądały, jakby lada moment ponownie miały polać się z nich łzy.

Wyciągnęłam dłoń w stronę przyjaciółki i delikatnie dotknęłam jej przedramienia.

- Proszę, powiedz mi, co się dzieje - nalegałam, starając się, by mój głos zabrzmiał uspokajająco, choć strach mimo woli wkradał się do gardła. - Przerażasz mnie. Czy ktoś cię skrzywdził? Czy twój tata...?

Wtedy pękła.

Scarlett bardzo rzadko się smuciła, a już tym bardziej nie płakała przy kimkolwiek, nawet przy mnie. Zawsze była tą silną, która trzymała wszystko pod kontrolą i pocieszała innych, nigdy odwrotnie. Jednak w tamtym momencie, po usłyszeniu mojego pełnego troski tonu, po jej policzkach zaczęły spływać łzy, a z ust wydostał się stłumiony szloch, brzmiący tak boleśnie, że poczułam ukłucie w sercu.

- E-ellie... - wyszlochała, zakrywając twarz obiema wyraźnie drżącymi dłońmi. - P-przepraszam... Nie-e chc-ciałam... n-nie powin-nnam b-była...

- Chodź, skarbie. - Objęłam ją ramieniem i poprowadziłam w stronę salonu. - Rodzice są w pracy, więc jesteśmy same. Nikt nie będzie nam przeszkadzał.

Ostatni raz widziałam, żeby Scarlett płakała w taki sposób, gdy Jennifer Sinclair popełniła samobójstwo, zażywając śmiertelną dawkę tabletek nasennych i zostawiając tylko krótki, pożegnalny list dla córki. Od tamtej niewyobrażalnej tragedii ani razu nie widziałam u niej łez, przez co odnosiłam nieodparte wrażenie, że Scar wypłakała wtedy wszystkie, jakie miała przeznaczone do końca życia.

Usiadłyśmy razem na kanapie, gdzie pozwoliłam jej wtulić się w moją pierś. Owinęłam przyjaciółkę ramionami i zaczęłam głaskać rytmicznie po miękkich włosach, co kiedyś było w stanie ją ukoić.

- Ciii, już dobrze - szeptałam uspokajająco, lecz jednocześnie moje serce biło coraz szybciej z narastającej niepewności. - Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Cokolwiek się stało, razem to rozwiążemy. Jestem tutaj z tobą. - Pocałowałam ją w czubek głowy. - Możesz mi powiedzieć wszystko. Wiesz o tym, prawda?

Scarlett szlochała głośno przez kolejne kilka minut, mocząc materiał mojej sukienki swoimi łzami, aż w końcu, bardzo powoli, zaczęła się uspokajać. Jej oddech stał się głębszy, bardziej regularny, chociaż wciąż przerywany sporadycznymi, niemożliwymi do powstrzymania czkawkami i jękliwymi szlochami.

- P-przepraszam c-cię, E-ellie... - wydukała. - B-błagam, n-nie zn-nienawidź - hik! - m-mnie za to, co c-ci zaraz p-powiem. P-proszę. N-nie m-mogę... N-nie wyt-trzymam, jeśli... jeśli c-cię stracę...

- Nawet tak nie mów. - Odsunęłam ją od siebie odrobinę, by spojrzeć jej w oczy. Potrzebowałam, żeby dotarło do niej to, co miałam zamiar wypowiedzieć. - Nigdy, przenigdy cię nie znienawidzę. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nie ma rzeczy, która mogłaby to zmienić, bo kocham cię jak rodzoną siostrę. - Otarłam łagodnie łzy Scar kciukami, uśmiechając się do niej czule. - No już. Oddychaj. I powiedz mi, co się stało.

Przymknęła na moment powieki, wzięła kilka głębokich wdechów, starając się zebrać w sobie, po czym spojrzała na mnie z rozpaczą. Przez przedłużającą się w nieskończoność chwilę słychać było tylko nasze nierówne oddechy oraz szum klimatyzacji, aż w końcu Scarlett wypowiedziała trzy słowa, które zrujnowały całą moją rzeczywistość, rozbijając ją nieodwracalnie na miliony maleńkich kawałków.

- Spałam z Maddoxem.

Czas zatrzymał się w miejscu.

Nie wiedziałam, czy jeszcze oddycham. Wydawało mi się, że nie. Powietrze utknęło gdzieś pomiędzy tchawicą a płucami i nie zdołało ruszyć dalej. Byłam niemal pewna, że moje serce przestało bić. Nie w jakimś metaforycznym, poetyckim sensie.

Po prostu... się zatrzymało.

Stanęło.

Przestało pompować krew.

Najwyraźniej uznało, że nie jest w stanie udźwignąć ciężaru tego, co właśnie usłyszałam, i się poddało.

Nie... To niemożliwe.

- Co? - wydusiłam z siebie piskliwie, a następnie odsunęłam się od niej gwałtownie, nagle nie będąc w stanie znieść dotyku jednej z najbliższych mi osób. - Co... co właśnie powiedziałaś?

Scarlett ponownie zamknęła oczy, z całych sił zaciskając powieki, a nowe łzy zaczęły spływać strumieniami po jej policzkach.

- Spałam z Maddoxem - powtórzyła, tym razem wyraźniej, choć każde słowo brzmiało, jakby wypowiadanie go sprawiało jej fizyczny ból. - Tydzień... - Westchnęła ciężko. - Tydzień temu. Zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Wyjechałaś z rodzicami do Nicei i... my... to znaczy ja i Maddox... to... - Urwała, ocierając łzy wierzchem dłoni. - To był straszny błąd, Ellie. Największy błąd mojego życia. Coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Chciałam ci powiedzieć od razu, gdy wróciłaś w niedzielę, ale tak bardzo się bałam... bałam się, że mnie znienawidzisz, że stracę cię na zawsze...

Nie słyszałam reszty jej słów.

Dźwięk przepraszającego głosu Scarlett powoli zamieniał się w stłumiony szum. Pokój wokół mnie wirował, podczas gdy ja siedziałam w paraliżującym osłupieniu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu.

Zaczęłam dysocjować.

Znałam to uczucie aż za dobrze. Dokładnie to samo działo się ze mną za każdym razem, gdy ojciec najpierw podnosił na mnie głos, a potem rękę. W takich chwilach automatycznie przenosiłam się myślami gdzieś daleko, w bezpieczne miejsce. Zwykle byłam z Maddoxem, w jego domu w Richmond, z całą rodziną Griffinów i szczekającymi psami.

To tam zawsze się ukrywałam w swojej głowie.

To tam czułam się kochana.

Ale nie chciałam się tam znaleźć.

Bo moje miejsce przestało być bezpieczne.

Scarlett spała z Maddoxem.

Moim Maddoxem.

Tym samym Maddoxem, który przez ostatnie tygodnie zachowywał się tak, jakby pragnął mnie równie mocno, jak ja pragnęłam jego. Maddoxem, który późnym majowym wieczorem pocałował mnie przy pianinie w jego salonie i od tamtej przełomowej chwili przestał traktować mnie wyłącznie jak najlepszą przyjaciółkę z dzieciństwa, a zaczął jak kobietę, do której coś czuje. Który trzymał moją dłoń pod stołem podczas każdego piątkowego obiadu u jego rodziców i zakładał mi swój rodzinny sygnet Griffinów na palec, szeptał mi czule do ucha w ciemności oranżerii, że jestem najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział, że jestem wyjątkowa, że jestem jego kochaniem.

Maddoxem, który dwa dni temu wziął mnie do swojego łóżka, patrzył mi prosto w oczy i powiedział, że to również jego pierwszy raz.

Kłamał?

Bez ostrzeżenia poczułam silne mdłości, więc zacisnęłam mocno zęby, żeby nie zwymiotować na środku salonu. Pokój wirował coraz szybciej, zimny pot pokrywał moją skórę, a ręce drżały na tyle, że musiałam zacisnąć je z całej siły w pięści.

- Ellie? - zająkała się ponownie. - Czy ty w ogóle mnie słyszysz? Proszę, powiedz coś...

Nie byłam w stanie odpowiedzieć.

Moje usta się otworzyły, ale żaden dźwięk nie wydostał się z gardła.

Nie mogłam krzyczeć, płakać, reagować.

Wpatrywałam się tępo w pustkę przed sobą, czując, jak moje serce - to samo serce, które jeszcze chwilę temu biło szybciej na myśl o Maddoxie i naszej miłości - rozpada się w klatce piersiowej na niemożliwe do posklejania, krwawiące fragmenty.

- To kłamstwo. - Usłyszałam swój własny głos, zaskakująco spokojny jak na to, co właśnie działo się w moim wnętrzu. - Kłamiesz, Scarlett. Nie wiem dlaczego, nie wiem po co, ale kłamiesz. Maddox... Maddox by tego nie zrobił. On... my...

- Ellie... - Wyciągnęła do mnie ręce, próbując złapać moje dłonie, lecz ja odruchowo poderwałam się z kanapy i cofnęłam o kilka kroków.

Chciałam znaleźć się jak najdalej od niej.

Jak najdalej od tych słów, które właśnie wypowiedziała.

- Błagam cię, Eleanor... - Również wstała, po czym niepewnie zbliżyła się o krok. - Wiem, że nie chcesz w to wierzyć. Ale przysięgam ci na pamięć mojej mamy, że to prawda. Nigdy bym cię nie oszukała. A już zwłaszcza nie w takiej sprawie. Nigdy. - Łzy nadal spływały po jej policzkach. - Wiem, jak niemożliwie to wszystko brzmi. I tak bardzo mi przykro, że do tego doszło. Nie chciałam cię skrzywdzić, wiesz, że jesteś dla mnie najważniejsza...

- Przestań.

Skuliłam się na fotelu, do którego dotarłam, zwijając się w małą, bezbronną kulkę.

Czy właśnie straciłam dwie najbliższe mi osoby?

- Dlaczego mówisz mi o tym akurat teraz? Minął... Minął tydzień, Scarlett. Widziałyśmy się w niedzielę, w poniedziałek na śniadaniu, we wtorek, wczoraj... Miałaś tyle okazji...

- Bo... - Przełknęła ciężko ślinę. - Boże, nie wiem, czy dam radę ci to wszystko powtórzyć. - Ukryła twarz w dłoniach, po czym po raz kolejny zaszlochała głośno, jakby to ona była tutaj ofiarą. Jakby to ona właśnie traciła wszystko, co kiedykolwiek miało dla niej znaczenie. - Maddox... on nie jest tym człowiekiem, za którego go uważasz.

- Tyle już wiem - odpowiedziałam beznamiętnie, chociaż w głębi duszy tak bardzo nie chciałam w to wierzyć.

Scarlett kłamie.

Kłamie, kłamie, kłamie.

- Wczoraj na imprezie u Jake'a - ponownie usiadła na kanapie, szanując to, że potrzebuję przestrzeni - usłyszałam rozmowę chłopaków z drużyny lacrosse. Siedzieli na sofie w salonie, a my z Amandą akurat stałyśmy z boku i czekałyśmy na Clarę i Veronicę. Oni... oni zaczęli rozmawiać o PPZ. - Zadrżała, jakby to wspomnienie sprawiło jej dyskomfort. - Głośno chwalili się tym, kogo ostatnio udało im się zaliczyć, kogo jeszcze mają na swojej liście, ile punktów zdobyli. I wtedy Maddox wyciągnął telefon i pokazał im swoją UKOŃCZONĄ listę PPZ.

Maddox. Miał. Listę. PPZ.

Maddox zawsze potępiał tę chorą grę. Mówił, że to obrzydliwe, poniżające, że nigdy by w czymś takim nie uczestniczył, bo ma za duży szacunek do kobiet. Patrzył z pogardą na chłopaków z drużyny bezczelnie chwalących się publicznie swoimi podbojami.

Kłamał.

Cały czas kłamał.

A ja mu wierzyłam.

Wpatrywałam się w ciemną plamę na stoliku kawowym. Niewielką, nieregularną. Myślałam o tym, co przypomina.

Gwiazdka? Płatek śniegu? Zeschnięty kwiatek?

- Powiedział... powiedział, że w tym tygodniu wreszcie udało mu się ją ukończyć. Że po prawie dwóch latach zaliczył wszystkie trzydzieści trzy pozycje. Byłaś ostatnia, Ellie. - 33. Jak jego numer na koszulce. Moja ulubiona cyfra. - Zaczęli rozmawiać na temat punktacji, jaką powinien za ciebie dostać. Wymieniali kryteria: dziewictwo, łzy, bo Maddox dodał, że płakałaś, waszą wieloletnią przyjaźń, cechy twojego wyglądu, niedostępność, status społeczny. I to, że udało mu się to wszystko osiągnąć w mniej niż dwa miesiące od waszego pierwszego pocałunku. - Dla mnie to były najlepsze dwa miesiące mojego życia. - A potem... potem pokazał im coś na telefonie. Wszyscy zaczęli głośno krzyczeć, poklepywać go po plecach, gratulować mu i... Boże, to takie niewyobrażalnie okrutne, Ellie. Najwięcej punktów podobno dostał za...

- Za? - Nadal wbijałam wzrok w jeden punkt na stoliku, tam, gdzie ciemna plama przypominała już nie suszonego kwiatka, tylko złamane serce.

- Za dowód. - Scarlett kucała przede mną na podłodze, chociaż nawet nie zauważyłam, kiedy się przysunęła. Bez żadnego ostrzeżenia podsunęła swój telefon tak blisko mojej twarzy, że widziałam własne szkliste odbicie oczu w czarnym ekranie. - Maddox wysłał to na grupowy czat drużyny lacrosse zaraz po... po waszej nocy. Mam te zrzuty ekranu od Spencera Whitlocka. Wysłał mi je dziś rano, kiedy mu powiedziałam, że zamierzam ci o wszystkim powiedzieć. Spencer uważa, że to świństwo i zasługujesz na prawdę.

Nie chciałam na to patrzeć.

Każda komórka w ciele błagała, żebym odwróciła wzrok, po prostu wstała i wyszła z tego pokoju.

Nie mogłam się powstrzymać.

Niczym zahipnotyzowane, spojrzenie bez mojej zgody powędrowało na ekran.

Wtem zobaczyłam zdjęcie.

Zdjęcie okrwawionej prezerwatywy ułożonej na kawałku papieru. Musiał je zrobić, gdy zniknął na dłuższy czas w łazience, szukając ręcznika, którym później mnie umył.

Potem zrzuty ekranu z wiadomościami.

Maddox:

misja wykonana, chłopaki. 33/33. oficjalnie zamykam listę

Felix:

KURWA MAĆ NIE WIERZĘ. Kapitanie, jesteś jebaną legendą!!!

Levi:

skoro już nie jest dziewicą, biorę ją następny

może teraz będzie łatwiejsza;)

Dorian:

zostaw coś dla mnie, Lev

Xander:

WAŻNE!!! bierze do buzi?

Collin:

jesteście popierdoleni

Nie byłam w stanie czytać reszty z nich.

Przewinęłam do kolejnych zrzutów ekranu, tych z notatnika w telefonie.

Lista.

Trzydzieści trzy nazwiska dziewczyn, które znałam. Niektóre bardzo dobrze, inne tylko z widzenia - nie zmieniało to faktu, że wszystkie chodziły do naszej szkoły, należały do naszych towarzyskich kręgów, miały ze mną jakiś kontakt.

- 4. SOPHIE MARTINEZ - 15.09 - mój pokój - 45 pkt

- 7. ISABELLA CHEN - 22.10 - jej mieszkanie - 38 pkt

- 13. CLARA MONTGOMERY - 14.11 - oranżeria - 52 pkt

Oranżeria. Nasze miejsce. I to z Clarą?

- 19. AMANDA CAMPBELL - 3.02 - impreza u Valentine - 41 pkt

- 28. DHALIA MELVIN - 18.04 - samochód - 33 pkt

- 31. SCARLETT SINCLAIR - 22.06 - jej dom - 39 pkt

I na samym końcu, jako numer trzydzieści trzy, wypisane wielkimi literami:

- 33. ELEANOR VIVIENNE ADWIN - 2.07 - oranżeria/mój pokój - 87 pkt

Osiemdziesiąt siedem punktów.

Byłam warta osiemdziesiąt siedem punktów.

- Zdradził im wszystko. - Scarlett zabrała telefon sprzed mojej twarzy, lecz ja nadal wpatrywałam się w to samo miejsce. - Ellie, on mówił o waszym seksie z takimi detalami, z takim brakiem szacunku, że kilku chłopaków było wyraźnie skrępowanych, ale nikt nie miał odwagi go powstrzymać. I w końcu, kiedy skończył mówić... dodał coś, czego... czego naprawdę nie chcę ci powtarzać.

- Powiedz.

- Nie mogę...

- Scarlett.

- Stwierdził, że seks z tobą był jak... że od zawsze postrzegał cię jak siostrę. Jesteś dla niego kompletnie aseksualna, a twoje ciało go nie pociąga, ale... że musiał to zrobić, żeby wreszcie zakończyć swoją listę.

Siostra. Aseksualna. Ciało. Musiałem.

Lista. Trzydzieści dwie osoby przede mną.

A ja chcę, żebyś była moją pierwszą, kochanie.

Zawsze myślałam, że znam Maddoxa lepiej niż kogokolwiek na świecie. Chciałam wierzyć, iż rozumiem go w sposób, w jaki nikt inny nie był w stanie, oraz że jesteśmy połączeni czymś głębszym niż przyjaźń, nasze ciała i uczucia - duszami.

Najwidoczniej się myliłam.

Wychodziło na to, że wcale go nie znałam.

Maddox Griffin, którego znałam - mój Maddox - nigdy by tego nie zrobił.

A jednak...

A jednak zrobił.

W jednej sekundzie moje ciało ogarnęła przytłaczająca fala paniki. Oddech zamienił się w spazmatyczne próby złapania powietrza, jednak każda z nich kończyła się totalnym fiaskiem, jakby płuca nagle całkowicie przestały rozumieć swoją podstawową funkcję. Cała zaczęłam się trząść, a gardło zaciskało się tak niewiarygodnie mocno, że nie byłam w stanie przełknąć nawet śliny gromadzącej się w ustach.

- Ellie... Oddychaj. Hej. Spójrz na mnie, proszę. Musisz oddychać.

Wstałam z fotela - a raczej próbowałam wstać - lecz nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Ściany oddalały się od siebie i zbliżały w rytmie mojego przyspieszonego pulsu, meble falowały jak podczas trzęsienia ziemi, a cały obraz przed oczami rozmywał się w nieostre plamy kolorów.

Żołądek podszedł mi do gardła w nieubłaganej fali mdłości, która nie dała mi żadnego czasu na jakąkolwiek reakcję.

Wiedziałam, że nie zdążę dobiec do łazienki.

Upadłam ciężko na kolana tuż przy krawędzi kanapy, a cała treść mojego żołądka wylądowała na jasnych deskach drewnianego parkietu.

W głowie słyszałam tylko jego wszystkie kłamstwa, które wypowiedział kilkadziesiąt godzin temu.

To, co mamy, nie jest czymś, co można po prostu zniszczyć.

Nie ma na świecie niczego, co mogłoby mi cię odebrać.

Jesteś dla mnie wszystkim.

Przysięgasz, Mads? Na wszystko, El.

Zgięta wpół, trzymałam się kurczowo za brzuch, podczas gdy wstrząsały mną kolejne torsje. Nie wiedziałam, czy płakałam z bólu fizycznego, czy dlatego, że cały mój świat runął i rozpadł się w gruzy u moich stóp.

- Ellie... - Scarlett uklęknęła obok mnie, uważając, żeby nie wejść w wymiociny. - Dotknę tylko twoich pleców, dobrze, skarbie? - Poczułam jej dłoń przez cienki materiał sukienki.

- Nie dotykaj mnie. - Przeczołgałam się kawałek po podłodze. - Wyjdź.

- Proszę, pozwól mi wyjaśnić... - błagała łamiącym się głosem i znów próbowała się zbliżyć. - Przysięgam, że nie chciałam... To on...

- Wynoś się z mojego domu - wyszlochałam, a jednocześnie starałam się podnieść z podłogi. Chwyciłam się brzegu kanapy obiema rękami, ale całe ciało było zbyt roztrzęsione, więc ponownie upadłam na kolana. - Natychmiast. Nie chcę cię nigdy więcej widzieć.

- Powiedz mi, czego potrzebujesz? - dopytywała, zupełnie ignorując moje słowa. - Wody? Chusteczki? Zimnego okładu?

Czego potrzebuję?

Potrzebowałam cofnąć się w czasie.

Wrócić do tego majowego wieczoru przy pianinie i powiedzieć Maddoxowi "nie", kiedy nachylił się, żeby mnie pocałować.

Potrzebowałam wymazać jego dłonie z mojej skóry, jego usta z moich warg, jego głos z mojej pamięci.

Potrzebowałam wyrzucić z głowy ten moment, w którym szczerze uwierzyłam, że mogę być czyimś "zawsze".

Potrzebowałam nigdy nie pokochać Maddoxa Griffina.

Rozdział piętnasty

Eleanor

- Els...?

Otrząsam się powoli, jakbym próbowała wybudzić się z koszmaru, lecz rzeczywistość, do której powracam, wcale nie okazuje się lepsza.

Siedzę skulona w rogu kabiny, z plecami opartymi o lodowate kafelki na ścianie, przeszywającymi mnie chłodem aż do szpiku kości. Kolana mam przyciśnięte do klatki piersiowej, natomiast dłonie zaciskam kurczowo na bordowym materiale spódniczki od mundurka. W ustach czuję obrzydliwy posmak, mieszankę krwi oraz żółci, który przypomina mi o przygryzionym boleśnie policzku, ale również zdradza, że musiałam wymiotować. Z trudem przełykam ślinę, lecz suchość w gardle tylko pogarsza sprawę, wywołując odruch wymiotny zmuszający mnie do pochylenia się nad muszlą.

Ostatnie, co pamiętam, zanim najprawdopodobniej straciłam świadomość przez atak paniki, to chaotyczne grzebanie w torbie. Drżącymi dłońmi wyrzucałam z niej całą zawartość, by odnaleźć ten znajomy, obiecujący spokój kształt serca.

Tabletki miały pomóc.

Miały wyciszyć krzyk w głowie, złagodzić ten niemożliwy do zniesienia ból w piersi, zatrzymać wszystkie myśli, które atakowały mnie falami, jedna za drugą, nie dając mi chwili wytchnienia.

Wzięłam pięć. A może sześć.

Może więcej.

Nie jestem do końca pewna.

Chyba i tak zwróciłam wszystko, co wytłumaczyłoby, dlaczego ulga, którą zwykle gwarantuje mi Xanax, nie nadeszła.

Wciąż czuję obecność Scarlett.

Nie fizyczną, bo przecież wyszła, ale echo dotyku jej ust na moim czole i brzmienie słów, których długo nie zapomnę. I nie mówię tutaj o tym, co powiedziała o Maddoxie - to nie było dla mnie niczym nowym. Wiedziałam o tym wszystkim od dawna.

Widziałam na własne oczy screeny rozmów z chłopakami z drużyny lacrosse, w których szczegółowo opisywał, jak łatwo dałam się zmanipulować, bym "grzecznie rozłożyła nogi", zdjęcie zakrwawionej prezerwatywy, zrobione zaraz przed tym, jak przyszedł do mnie z ciepłym ręcznikiem i opiekował się mną, żebym poczuła się lepiej po wyjątkowo bolesnym pierwszym razie, tabelkę z punktacją, w której moje imię świeciło na samej górze z pełnym kompletem bonusów.

Nie pojawił się czwartego lipca, choć przysięgał, że przyjedzie. Myślałam, że tamtego dnia wreszcie wyznamy sobie miłość i przestaniemy być tylko najlepszymi przyjaciółmi, którzy całują się w ciemności oraz trzymają za ręce pod stołem na rodzinnych obiadach. Zamiast tego dostałam odrzucone połączenia, jedną wiadomość i ciszę.

Lecz mimo tego wszystkiego - dowodów, faktów, zdjęć, rozmów, punktacji, ciszy - po części nadal mu ufałam. Dalej wierzyłam w tego chłopaka o kruczoczarnych włosach, który od dziecka był dla mnie domem, do którego mogłam uciec, gdy mój własny zamieniał się w piekło. I kiedy po tygodniach walki ze sobą, niezliczonych bezsennych nocach, setkach łez wylanych w poduszkę, czułam się gotowa, żeby z nim usiąść i dać mu szansę na wyjaśnienie, która prawdopodobnie nawet mu się nie należała... Maddox i Scarlett byli już razem.

A to tylko sprawiło, że utwierdziłam się w przekonaniu, że Maddox Carter Griffin nigdy tak naprawdę mnie nie kochał.

- Hej, Els? - powtarza głos, z wyraźnym niepokojem przebijającym przez każdą sylabę.

Nie jestem w stanie stwierdzić, czy to rzeczywistość, czy może początki halucynacji, bo jednak nie zwróciłam wszystkich leków. Zostałam uwięziona we własnej głowie niczym w labiryncie bez wyjścia, nie mogąc wydostać się z niego bez względu na to, jak bardzo próbuję.

Nie mogę nawet drgnąć.

Nie mogę otworzyć oczu.

Nie mogę poruszyć palcami.

Jeśli jutro znikniesz, wszyscy odetchną z ulgą.

Mama. Zoe. Charlotte. Nathan. Phoebe. Sable. Killian. Michael.

Maddox.

Oni wszyscy? Naprawdę?

To zabolało mnie najbardziej w jej słowach.

Co, jeśli to, co powiedziała, rzeczywiście jest prawdą, a nie tylko wymyślonym, sadystycznym kłamstwem mającym na celu mnie zniszczyć? Czy to w ogóle możliwe, że wszyscy ci ludzie, których kocham ponad własne życie, jedynie udają? Trzymają mnie przy sobie wyłącznie z litości, przyzwyczajenia, poczucia obowiązku? Może w głębi duszy są już zmęczeni moją słabością i czekają, aż zniknę z ich życia na dobre?

Czy gdybym przestała istnieć... naprawdę byłoby im lżej?

- Els, słyszysz mnie w ogóle? - Głos staje się wyraźniejszy. - Otwórz te cholerne drzwi. Proszę cię. To ja, Zoe...

Zoe.

Niepewnie odwracam głowę w stronę dźwięku.

W wąskiej szczelinie między drzwiami kabiny a futryną widzę rozmyty fragment twarzy mojej najlepszej przyjaciółki.

Wygląda na zaniepokojoną. Może nawet przestraszoną.

Niespodziewanie żółć podchodzi mi do gardła szybciej, niż jestem w stanie ją przełknąć. Ledwo zdążam pochylić się nad otwartą muszlą klozetową, a bolesne skurcze po raz kolejny wstrząsają moim ciałem, podczas gdy żołądek wyrzuca z siebie wszystko, co w nim pozostało. Właśnie wtedy, między kolejnymi torsjami, uświadamiam sobie, że Zoe mnie słyszy, a co gorsza, prawdopodobnie widzi.

Od dziecka ma emetofobię4. Dla niej to nie tylko obrzydzenie oraz dyskomfort, lecz paniczny, paraliżujący lęk, który zamraża jej ciało w bezruchu i odcina dostęp powietrza. Znam ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że teraz stoi za drzwiami z zaciśniętym gardłem, oczami utkwionymi w podłogę, walcząc z każdą komórką organizmu, która wrzeszczy na nią: Uciekaj stąd natychmiast. Nie możesz tu zostać.

- Kurwa, E-els... - duka spanikowana. - Otwórz te drzwi. Proszę cię. Błagam, pozwól mi wejść do środka. Muszę wiedzieć, że wszystko z tobą w porządku.

Jakimś cudem, używając ostatnich rezerw siły, które jeszcze w sobie mam, otwieram zasuwkę.

- Kochanie, jestem tu. - Zoe klęka obok mnie bez wahania, nie pozwalając sobie na słabość. Jedną dłoń czuję na swoich plecach, drugą przytrzymuje moje włosy, choć są już zlepione potem, łzami i... nie chcę myśleć, czym jeszcze. - Już dobrze, Els. Spokojnie. Nie jesteś sama.

Opieram czoło o plastikową deskę klozetową, ale przyjaciółka nie pozwala mi zostać w tej pozycji ani sekundy dłużej. Obejmuje mnie ramionami, przyciąga do siebie i przytula, natomiast ja pozwalam sobie opaść na nią całym ciężarem, gdyż zwyczajnie nie mam siły, by się sprzeciwić.

- Scarlett powiedziała mi, że źle się poczułaś. Szkoda, że zrobiła to, kurwa, piętnaście minut po rozpoczęciu treningu.

- No. - Pociągam głośno nosem i patrzę gdzieś obok, byle nie w jej oczy. - Nie wiem, co mi jest.

- Masz czerwony policzek - stwierdza, dotykając delikatnie opuszkami palców lewej strony mojej twarzy, gdzie wciąż odczuwam tępy ból.

- To... to żałosne, ale walnęłam się o toaletę, gdy kucałam, żeby zwymiotować.

Zoe wzdycha cicho, po czym sięga do moich zaciśniętych w pięści dłoni. Zaczyna powoli rozprostowywać palce, jeden po drugim, a jej spojrzenie na chwilę zatrzymuje się na świeżej krwi oraz drobnych rankach od paznokci na wewnętrznej stronie.

- Miałaś atak paniki? - pyta, zamiast komentować to, co widzi.

- Tak. Chyba... chyba przez to, że dziś trenerka miała oficjalnie ogłosić, że zajmę miejsce Scarlett. Strasznie mnie to wszystko przytłoczyło. - Jesteś taką obrzydliwą kłamczuchą, Eleanor. - Przepraszam, że przy tobie zwymiotowałam - wyduszam, próbując odwrócić jej uwagę od moich dłoni i kłamstw. - Wiem, że cię przestraszyłam i to było obrzydliwe...

- Nie przepraszaj mnie za to - wchodzi mi w słowo. - Odwiozę cię do domu, dobrze? - proponuje łagodnie, głaszcząc opuszkami kciuków moją poranioną skórę. - Pomogę ci się umyć, zamówię coś dobrego do jedzenia, zadzwonimy po Phoebs i zrobimy sobie babski wieczór z jakimś idiotycznym serialem, żebyś nie musiała być sama na noc.

- Nie mogę... trenerka czeka, dziewczyny...

- Jebać trening. Powiem Walker, że źle się poczułaś i musiałam cię odwieźć do domu. Wymyślę coś. Nie martw się tym. - Patrzy mi prosto w oczy. - To jak będzie?

Ostrożnie kiwam głową, nie do końca pewna, czy powinnam się zgodzić. Nie chcę stać się powodem, dla którego Zoe anuluje plany z Garrettem, a Phoebe nie pojedzie rano na jogę, ale jednocześnie... tak bardzo nie chcę być teraz sama.

- Pomożesz mi wstać? - kapituluję.

- Zawsze. Zawsze ci pomogę, Els. Bez względu na wszystko. - Podnosi się pierwsza, po czym wyciąga do mnie obie dłonie. - Możesz leżeć na samym dnie najgłębszego syfu, jaki sobie wyobrazisz, w najciemniejszym, najbardziej zapomnianym miejscu... a ja i tak przyjdę cię stamtąd wyciągnąć. Rozumiesz?

Łapię jej dłonie, z całą siłą, jaką tylko mogę z siebie wykrzesać, a Zoe unosi mnie zaskakująco łatwo, mimo że jestem od niej sporo wyższa. Kolana uginają się pode mną, zanim jeszcze zdążę się wyprostować, ale ona nawet na ułamek sekundy nie traci równowagi.

- Trzymam cię - zapewnia.

Mam ochotę zapłakać z wdzięczności.

Nie tylko dlatego, że mnie znalazła, lecz dlatego, że mimo iż przez ostatnie miesiące usilnie próbowałam ją od siebie odepchnąć, raniłam ją swoim dystansem, milczeniem, byciem nieobecną, ona ze mnie nie zrezygnowała.

To właśnie nazywa się prawdziwa przyjaźń.

Siedzę na miejscu pasażera w Range Roverze Zoe, opierając czoło o chłodną szybę i tonąc w za dużym swetrze Garretta, który włożyła mi bez słowa, kiedy zobaczyła, jak bardzo się trzęsę. Za oknem świat powoli się wygasza; niebo przechodzi z bladego błękitu w coraz głębszy granat, a zachodzące słońce rzuca ciepłą poświatę na mijane budynki Londynu.

Wieczór zawsze był moją ulubioną porą dnia.

Kojarzy mi się z powrotem do domu - nie tego prawdziwego, lecz tego wymyślonego, bezpiecznego, który istniał tylko w mojej głowie. Z momentem, kiedy można w końcu odetchnąć pełną piersią, zwinąć się pod grubym kocem, wyłączyć świat i wziąć głębszy oddech.

Dzisiaj nawet wieczór nie przynosi mi ulgi.

Zatrzymujemy się przed moim domem w Notting Hill. Zanim zdążę odpiąć pas bezpieczeństwa, Zoe już otwiera mi drzwi i wyciąga do mnie dłoń z pomalowanymi na czarno paznokciami.

- Nie trzeba - mamroczę, choć w moim głosie nie ma ani krzty przekonania.

Każdą komórką swojego ciała nienawidzę tego, że znów potrzebuję pomocy, o którą tak bardzo nienawidzę prosić.

W końcu nigdy tego nie robiłam.

Nie wtedy, gdy w wieku sześciu lat ojciec pierwszy raz podniósł na mnie rękę - za to, że grając z Maddoxem w tenisa przed naszym domem, przypadkowo trafiłam w nowiutkie BMW należące do Christophera i wybiłam boczną szybę. Nie wtedy, gdy pewnego dnia zorientowałam się, że moja obsesja na punkcie kalorii i wagi przestała być chęcią spełnienia jego niemożliwych do osiągnięcia oczekiwań, a stała się uzależnieniem.

Kiedy mama zapisała mnie do pani Marsh - jest moją szóstą psychoterapeutką - przez pierwsze trzy miesiące siedziałam w ciszy, co w sumie nadal się dzieje w trakcie większości naszych cotygodniowych spotkań. Nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenia. Dlatego, że nie umiem pozwolić sobie... pomóc.

Zoe kompletnie ignoruje mój wymamrotany pod nosem protest. Otwiera drzwi jeszcze szerzej i pomaga mi wysiąść z auta. Trzyma mnie pewnie, jakby podświadomie wiedziała, że moje nogi jeszcze nie są w pełni gotowe, żeby nieść mnie samodzielnie bez ryzyka upadku.

Kiedy wchodzimy do środka, w domu panuje cisza. Nie ta groźna, zwiastująca awanturę i która skrada się pod drzwiami gabinetu ojca, czekając na moment wybuchu.

To ta dobra cisza. Ta, która oznacza, że go nie ma.

Jesteś bezpieczna, El. Przynajmniej dzisiaj.

Rzucam torebkę na podłogę w przedpokoju i... nic się nie dzieje. Nikt nie podnosi na mnie głosu ani nie rzuca ciętą uwagą o porządku, o braku szacunku, o tym, że "tak się nie zostawia rzeczy w tym domu, Eleanor".

- Przygotuję ci gorącą kąpiel - zarządza Zoe tonem nieznoszącym sprzeciwu. Kieruje się do schodów prowadzących na piętro, ale zatrzymuje się na moment na pierwszym stopniu i kolejny tego dnia raz wyciąga dłoń w moją stronę. - Gdzie masz jakąś czystą piżamkę?

- W garderobie. Trzecia szuflada po prawej. - Człapię za nią na górę, po drodze chwytając jej dłoń. - Nie musisz tego robić, Zo... - szepczę, choć sama do końca nie wiem, po co w ogóle to mówię. Żeby poczuć się mniej winna? Mniej słaba? Mniej żałosna, kiedy ktoś musi prowadzić mnie za rękę do własnej łazienki?

- Nawet nie zaczynaj, Els - ucina twardo, rzucając mi przez ramię spojrzenie mające w sobie więcej siły niż krzyk. To jedno krótkie ostrzeżenie wystarcza, żeby skutecznie zamknąć mi usta. - Pozwól, że choć raz po prostu się tobą zaopiekuję, okej? - dodaje już łagodniej. - Jako ktoś, kto cię naprawdę cholernie bardzo kocha.

Wchodzimy razem do łazienki połączonej bezpośrednio z moją sypialnią.

Siadam na zamkniętej klapie od toalety, a dłonie chowam pod uda, próbując stłumić ich drżenie, które nie ustępuje, mimo że od ataku paniki minęło już kilkadziesiąt minut. Patrzę na krzątającą się po dobrze znanym jej pomieszczeniu Zoe. Odkręca wodę w wannie, sprawdza jej temperaturę, zapala nawet waniliową świeczkę i zawiesza czysty ręcznik na grzejniku, aby był ciepły, gdy wyjdę z wody. W pewnym momencie schyla się do jednej z dolnych półek pod umywalką i wyciąga z niej małe pudełko z kulami do kąpieli, które mama przywiozła mi niedawno z południa Francji.

- Którą dzisiaj chcesz? - Zo odwraca się w moją stronę, unosząc w dłoniach dwie kule. - Karmelową babeczkę czy wiśniowego misia? Ja na twoim miejscu wybrałabym misia. Jest brokatowy i - głęboko zaciąga się zapachem - zajebiście pachnie.

Mimo koszmaru, jakim był dzisiejszy dzień, bólu fizycznego i psychicznego, tego, że Scarlett jeszcze chwilę temu życzyła mi śmierci... śmiech przebija się przez moje ściśnięte gardło.

Krótki, zachrypnięty, trochę bolesny.

Ale śmiech.

- Misia - decyduję.

- Doskonały wybór, panno Adwin. - Zoe wrzuca kulę do wanny, gdzie ta natychmiast zaczyna się rozpuszczać, uwalniając intensywnie różowy kolor oraz mój ulubiony słodki zapach wiśni.

Przyjaciółka rusza w stronę garderoby, z której słyszę trzask otwieranej szuflady oraz szelest przesuwanych tkanin.

- Masz tu chyba z pięćdziesiąt piżam, Els! - woła z lekkim rozbawieniem. - Serio. To jakaś obsesja. - Wraca po krótkiej chwili z bawełnianym kompletem w odcieniu pudrowego różu z białymi lamówkami. - Ta wydaje mi się na maksa wygodna. Idealna na dziś. - Odkłada piżamę na blat przy umywalce, po czym bez wahania klęka przede mną na kafelkach i zaczyna rozpinać paseczki w moich Mary Jane.

- Zoe... - protestuję półgębkiem, coraz bardziej przytłoczona okazywaną przez nią troską oraz czułością. - Nie... nie musisz tego robić...

- Milcz i pozwól mi się tobą zaopiekować, ty upierdliwa babo. - Przewraca oczami z udawaną irytacją. Najpierw ściąga moje buty, potem czarne zakolanówki. - Wiem, że twoja głowa będzie się buntować i każe ci mnie odepchnąć, ale dziś wyjątkowo to ja tu rządzę. Nie ona. - Kiedy kończy, podnosi się z klęczek i wyciąga do mnie dłonie. - Wstawaj. Pomogę ci się rozebrać, a potem umyję ci włosy, dobrze?

Powinnam odpowiedzieć "dobrze".

Nie tak dawno temu to było dla nas normalne - rozbieranie się przy sobie bez wstydu, wspólne kąpiele w jej ogromnej wannie z hydromasażem, wygłupy z maseczkami na twarzy i włosami owiniętymi w turbany z ręczników. Bezwstydna bliskość, której nie trzeba było wyjaśniać. Ale teraz? Teraz nie potrafię się przed nią rozebrać.

Nie mogę.

Nie chcę, żeby widziała moje obrzydliwe ciało, lecz przede wszystkim nie mogę pozwolić, żeby zobaczyła moje plecy. Wciąż są na nich zielono-fioletowe ślady po kopnięciach ojca, a Zoe nigdy w życiu nie uwierzyłaby, że to tylko kwestia niefortunnego upadku na schodach.

- Zo... - szepczę łamiącym się głosem. - Mogłabyś... no wiesz... dać mi chwilę? I... zgasić lampę? Zostawić tylko tę jedną świecę?

- Jasne, kochana. - Podchodzi do włącznika przy drzwiach i gasi ostre, białe światło sufitowe. - Zawołaj, gdy już wejdziesz do wanny, okej?

Przytakuję skinieniem, a przyjaciółka całuje mnie w czubek głowy, zanim znika za drzwiami. Wtedy się rozbieram, za wszelką cenę unikając swojego odbicia w lustrze. Nie mam siły patrzeć na własną twarz z rozmazanym makijażem i opuchniętymi oczami, ślad na policzku po uderzeniu Scarlett ani włosy posklejane łzami i resztkami wafli ryżowych z lunchu.

Wrzucam ubrania do kosza na brudy, po czym podchodzę do wanny.

Najpierw ostrożnie zanurzam jedną stopę, by przetestować temperaturę. Skóra momentalnie piecze, jednak uwielbiam to uczucie. Wchodzę cała i osuwam się głębiej, aż woda sięga mi brody, a piana zakrywa całe ciało. Opieram głowę o rant, z ulgą przymykając powieki.

- Zo... - wołam, nie podnosząc głosu, ale nie mam wątpliwości, że i tak mnie usłyszy. - Możesz...?

Nie mija nawet dziesięć sekund, a drzwi łazienki się uchylają i Zoe wraca, dokładnie tak, jak obiecała. Krótkie, jasnobrązowe włosy ma niedbale spięte klamrą, a z mundurka zostały tylko podkolanówki i granatowa spódniczka, bo najwyraźniej zrzuciła z siebie sweter oraz koszulę, a zamiast nich wygrzebała z mojej szafy bluzę z logo Ashbourn Tennis Academy.

- Phoebs będzie za jakieś piętnaście minut. Już wyjechała z domu. - Zamyka za sobą drzwi biodrem, po czym siada na krawędzi wanny. Sięga po szampon, wyciska sporą ilość na dłoń i zanurza ją w moich mokrych włosach. Zaczyna rozprowadzać pianę, masując mi skórę głowy z taką delikatnością, że nagle całe spięte od stresu ciało się rozluźnia. - Zamówiłam nam też tajskie - dodaje chwilę później. - Dla ciebie pad thai z tofu i ekstra chrupiącymi orzeszkami, które zawsze zostawiasz na koniec.

- Mhm... - mruczę tylko pod nosem.

Nie mam ani krzty siły wyjaśniać, że nie dam rady zjeść nawet jednego, choćby najmniejszego kęsa. Dosłownie nic, może poza ciepłą zieloną herbatą, nie będzie w stanie przejść mi przez gardło bez natychmiastowego odruchu wymiotnego.

Ponownie przymykam powieki i pozwalam jej kontynuować mycie moich włosów. Gorąca woda otaczająca mnie ze wszystkich stron, rytmiczne ruchy jej palców oraz zapach szamponu mieszający się z wonią kuli do kąpieli... te wszystkie rzeczy powinny działać kojąco.

Niestety, moje myśli nie odpuszczają.

- Zoe? - zagajam niepewnie, nim zdążę przemyśleć, czy powinnam zadać pytanie, które od kilkunastu minut kotłuje mi się w głowie, domagając się odpowiedzi.

- No?

- Czy według ciebie jestem dobrą przyjaciółką?

Dłoń Zoe zatrzymuje się w moich włosach.

W łazience zapada cisza tak absolutna, że słyszę, jak pojedyncze krople wody spadają z nieszczelnego kranu prosto do wanny, drewniany knot świecy trzaska gdzieś na półce, a moje serce łomocze nierówno w klatce piersiowej.

- Skąd, do kurwy nędzy, takie pytanie?

- Ostatnio mam wrażenie, że wszyscy dają od siebie o wiele więcej niż ja. Ty i Phoebe jesteście obok, wspieracie mnie, a ja tylko... biorę. I może... - przerywam na moment, zbierając w sobie resztki odwagi - może gdybym któregoś dnia zniknęła, to wszystkim byłoby lżej.

Zoe cofa dłoń z moich włosów.

- Els, jeśli jeszcze raz powiesz coś tak skrajnie popierdolonego, to przysięgam na wszystko, co święte, że utopię cię w tej wannie własnymi rękoma. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

- To... chyba groźba karalna - bronię się.

- A to, co właśnie z siebie wyplułaś, to najbardziej absurdalne gówno, jakie kiedykolwiek w życiu od ciebie usłyszałam. I uwierz mi, słyszałam od ciebie naprawdę wiele durnych rzeczy przez te wszystkie lata. Ale to? To przebija absolutnie wszystko. - Bierze głęboki, uspokajający oddech, jakby próbowała zapanować nad emocjami, które wyraźnie w niej buzują. - Posłuchaj mnie. Jesteś cholernie trudna. Czasem zamykasz się w sobie tak bardzo, że mam ochotę wstrząsnąć tobą, żebyś wreszcie coś z siebie wydusiła. Milczysz, kiedy powinnaś mówić. Odsuwasz się, gdy najbardziej kogoś potrzebujesz, budując wokół siebie mury tak wysokie, że nikt nie jest w stanie ich przeskoczyć. Ale nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, że nie jesteś dobrą przyjaciółką. Nigdy. Ty, Els, jesteś definicją lojalności. Odkąd pamiętam, byłaś obok za każdym razem, kiedy cię potrzebowałam. Kiedy Finnley mnie zdradził, to do ciebie i Phoebs zadzwoniłam najpierw. Gdy upiłam się po raz pierwszy i rzygałam, to ty trzymałaś mi włosy i uspokajałaś, gdy miałam atak paniki i nie mogłam oddychać, bo byłam tak strasznie przerażona. A pamiętasz obóz letni w Brighton? Dostałam pierwszą miesiączkę, a ty oddałaś mi swoje ostatnie majtki i sama chodziłaś z gołym tyłkiem pod spodenkami.

- Ale ostatnio nie dawałam ci tyle uwagi i wsparcia, co ty mi...

- Przyjaźń to nie jest jakaś pieprzona transakcja biznesowa. "O, ona dała mi trzy razy wsparcie, więc ja muszę dać jej dokładnie trzy razy w zamian, żeby wyszło sprawiedliwie". To nie tak działa prawdziwa przyjaźń, Els. Czasami ty będziesz potrzebować znacznie więcej niż ja. Czasami ja będę potrzebować więcej niż ty. I to jest, kurwa, okej.

Oczy ponownie zaczynają mnie piec, ale tym razem to nie są łzy wynikające wyłącznie z bólu, rozpaczy czy upokorzenia.

To ulga. I głęboka, przytłaczająca wdzięczność za to niewiarygodne szczęście, że ktoś taki jak Zoe Orella Williams i Phoebe Marie Harris w ogóle pojawił się w moim życiu.

- To, że ostatnio przechodzisz przez gorszy okres, nie znaczy, że masz mniej prawa do bycia kochaną i otoczoną troską. Jeśli poczujesz się gotowa, żeby w końcu opowiedzieć o tym, co się dzieje, zrobię wszystko, żeby cię wysłuchać. I jestem pewna, że Phoebs również. Ale jeśli nie chcesz, nie potrafisz, nie jesteś jeszcze w stanie, to też jest okej. Nie musisz zasługiwać na naszą lojalność, przyjaźń, obecność. Już ją masz. Bezwarunkowo. Tylko o jedno cię proszę, dobra? - Zoe chwyta mój podbródek, zmuszając mnie, bym spojrzała jej prosto w oczy. - Nie mów więcej czegoś takiego. Bo jak jeszcze raz powiesz, że wszyscy by odetchnęli z ulgą, gdybyś zniknęła, to przysięgam, Els... Kurwa, strasznie się tym zmartwiłam.

- Przepraszam...

- Czy ty masz myśli samobójcze? - pyta bez ogródek.

Właśnie tak działa Zoe.

Nigdy nie owija w bawełnę ani nie unika trudnych tematów. Pyta bezpośrednio o to, o co inni ludzie boją się zapytać, gdyż potencjalnie mogą usłyszeć odpowiedź, której by nie chcieli.

- Nie. - Pojedyncza łza spływa po moim policzku, a przyjaciółka ociera ją opuszką, nie przerywając kontaktu wzrokowego. - Nie mam myśli samobójczych, przysięgam. Nie planuję... nie chcę się... - Nie potrafię wypowiedzieć tego słowa na głos. - Po prostu czasami myślę, że gdyby tamten transfer in vitro nie udał się tak jak wszystkie poprzednie próby...

W tej sekundzie z parteru dochodzi do nas głośny trzask drzwi wejściowych.

- Jestem, dziewczynki! - woła Phoebe z entuzjazmem, który zawsze brzmi jak promień słońca przebijający się przez najciemniejsze chmury. - Gdzie się ukrywacie, moje kochane?

- Na górze, w łazience! - krzyczy donośnie Zoe przez ramię, nim ponownie poświęca mi całą swoją uwagę. - Co chciałaś powiedzieć, Els?

W międzyczasie słyszymy tupot stóp na schodach i charakterystyczne chlup, jakby coś się właśnie rozlało.

- Do cholerki jasnej! - rozlega się jęk Phoebe. Zaraz potem słychać głośne stąpnięcie i szuranie po drewnianych schodach. - Wiedziałam, że to się wyleje, jeśli będę nieść wszystko naraz! Ale nieee, przecież dam radę, jestem silną, niezależną kobietą!

Drzwi do łazienki uchylają się powoli - najpierw w szczelinie pojawia się czubek nosa, potem przykryte grzywką czoło, a w końcu cała Phoebe, w różowym swetrze z haftowanymi stokrotkami i z kolorową spinką we włosach. W dłoniach trzyma plastikowe kubki ze słomkami oraz karton ciasteczek z mojej ulubionej piekarni.

- Cześć. - Uśmiecha się słodko. - Więc... mam dla was dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że przed zamknięciem zdążyłam kupić twoje ulubione ciastka z kawałkami czekolady i pistacjami, Elsie. Zła natomiast jest taka, że właśnie wylałam całą twoją matcha latte na schody. - Rzuca Zoe spojrzenie, wskazując głową korytarz. - Idź zlizać z podłogi, kochana.

Zoe parska śmiechem, kręcąc głową z rozbawieniem, i schyla się, żeby zebrać z podłogi moje zakolanówki, których nie wrzuciłam uprzednio do kosza.

- Cześć, Elsie. - Phoebe podchodzi bliżej i podaje mi jeden z kubków, a potem siada po turecku na dywaniku przy wannie. - Twoje demony nie mają szans, jeśli jesteśmy w tym razem. Pamiętaj, kochanie.

Mrugam szybko, próbując odgonić kolejną falę łez, a kącik moich ust wędruje nieznacznie do góry.

Po raz pierwszy tego dnia... czuję się dobrze.

Nie wspaniale.

Ale dobrze.

Rozdział szesnasty

Maddox

Gdy nie prześladują mnie koszmary, niemal zawsze śnię o El.

Czasami są to tylko krótkie, ulotne obrazy - sposób, w jaki opiera brodę na dłoni podczas czytania, całkowicie pochłonięta słowami, zarys jej profilu w bladym świetle księżyca, wpadającym pomiędzy zasłonami w mojej sypialni, charakterystyczny gest, gdy nerwowo poprawia sobie kosmyk włosów za ucho lub owija wstążkę wokół palca wskazującego.

Innym razem to całe rozmowy, które chciałbym z nią odbyć, słowa, które powinienem dawno temu wypowiedzieć na głos. W tych snach mówię jej wprost: Kocham cię, El. A ona zawsze, bez wyjątku, odpowiada mi: Ja też cię kocham, Mads.

Niezwykle rzadko zdarza się, że do mojej świadomości wracają konkretne, wyraźne sceny z przeszłości odtworzone w najdrobniejszych szczegółach. Jej śliczny uśmiech, z którym czasem przyłapywałem ją na przyglądaniu mi się, kiedy myślała, że akurat patrzę gdzie indziej. Nasze splecione palce podczas spacerów poza Londynem z Hadesem i Cairo. Pocałunki trwające godzinami, gdy ukrywaliśmy się przed światem w oranżerii lub w moim pokoju.

Ale nigdy wcześniej nie miałem aż tak realistycznego snu erotycznego jak w sobotę.

Jestem w stanie przysiąc na wszystko, że wciąż czuję jej dotyk na skórze. Ciężar drobnego ciała poruszającego się nade mną w ciemności, ciepło oddechu na żuchwie, gdzie zostawiała pocałunki, sposób, w jaki poruszała biodrami... to wszystko wydawało się tak cholernie prawdziwe, że gdy się obudziłem, przez pierwsze kilka sekund byłem przekonany, iż to naprawdę się wydarzyło. Niestety, po otwarciu oczu w niedzielny poranek - z jednym z najgorszych bólów głowy, jakie kiedykolwiek doświadczyłem, i mdłościami podchodzącymi do gardła tak szybko, że nie zdążyłem do łazienki - dotarło do mnie, że byłem sam. Pościel leżała nietknięta, ułożona idealnie tak, jak zostawiłem ją wieczorem przed przyjęciem, a mój otumaniony alkoholem i oksykodonem umysł najwidoczniej wykreował tę scenę jako próbę poradzenia sobie z jej nieobecnością.

Nigdy więcej nie zamierzam łączyć alkoholu z jakimikolwiek lekami.

Nigdy, kurwa, więcej, nawet jeśli miałbym zdechnąć z bólu. Zajęło mi całe dwa dni, spędzone głównie na leżeniu w łóżku albo klęczeniu pochylonym nad muszlą klozetową, by w miarę dojść do siebie, a tak gównianie nie czułem się nawet w trakcie najgorszych migren.

Jakimś cudem udało mi się dziś dotrzeć na coroczny bal charytatywny Griffin for Youth. Impreza ta zgodnie z nienaruszalną od lat tradycją odbywa się co roku w Kingswood w trzeci wtorek października, co w mojej rodzinie jest ważną datą, o której jednak nigdy się nie mówi.

Jak zawsze, każdy najmniejszy detal został przemyślany - od personalizowanych kieliszków z wygrawerowanym logo fundacji, poprzez orkiestrę grającą muzykę klasyczną na osobnej scenie przy parkiecie, aż po te cholerne obrusy. O wszystkie te rzeczy zadbał komitet organizacyjny złożony z naszego samorządu, ale przede wszystkim moja mama i... Eleanor.

Eleanor, która gdzieś tutaj jest i z którą koniecznie muszę porozmawiać, zanim za niecałą godzinę, równo o ósmej, będę zmuszony wejść na główną scenę, by poprowadzić licytację przedmiotów oraz doświadczeń przekazanych przez sponsorów.

Muszę ją przeprosić.

I błagać na kolanach o rozmowę.

Jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, jestem gotów zrobić to tutaj, na środku tej cholernej sali balowej, przed całą elitą Londynu, uczniami naszej szkoły i nauczycielami. Zniosę każde upokorzenie, każdą plotkę na Kingswood Cardinal, każde spojrzenie pełne dezaprobaty oraz szepty za plecami, byle tylko El wyszła ze mną stąd choćby na pięć minut i powiedziała mi całą prawdę o tym, co się wydarzyło tego lata.

Jedną z ostatnich rzeczy, jakie pamiętam z imprezy zaręczynowej Killiana i Charlotte, jest nasza sprzeczka - a raczej mój wybuch, gdyż to nie była sprzeczka dwojga ludzi wymieniających argumenty, tylko jednostronny atak wymierzony w osobę, na którą nigdy nie podniosłem głosu. Później biblioteka z Michaelem i Skylar, gdzie wypiłem znacznie więcej whisky, niż powinienem. Ostra wymiana słowna z Nathanem, a ta o mało nie przerodziłaby się w szarpaninę, gdyby Richards nie stanął między nami. Wizyta w łazience, w której przekonywałem samego siebie, że jedna tabletka oksykodonu nie może mi zaszkodzić.

I zerwanie ze Scarlett, które z pewnością nie powinno odbyć się w takich okolicznościach.

Potem mam w pamięci pustkę, przerywaną jedynie strzępami pojedynczych momentów, które nie układają się w spójną całość bez względu na to, jak bardzo się staram je poskładać.

Ogród. Mokra trawa pod stopami. Charlotte prowadząca mnie gdzieś do środka domu. Mój pokój - albo przynajmniej myślę, że to był mój pokój, bo tam się obudziłem, lecz nie jestem w stu procentach pewien, czy to właśnie tam Lottie mnie zabrała. Fragmenty rozmów, których nie potrafię zrekonstruować.

Podnoszę wzrok znad kieliszka z wodą gazowaną i rozglądam się po zatłoczonej sali, szukając w tłumie jasnych włosów, lecz zamiast dziewczyny mój wzrok odnajduje Nathana. Właśnie zmierza w stronę baru z bezalkoholowymi napojami, ustawionego przy wschodniej ścianie. Eleanor nigdzie przy nim nie ma, ale widziałem ich razem wcześniej, przed tym jak mama rozpoczęła oficjalną przemowę. Witała gości, wymieniała z nazwiska wszystkich najważniejszych sponsorów, dziękowała za hojne wsparcie fundacji i przypominała, jak ważna jest nasza misja pomagania młodzieży z mniej uprzywilejowanych środowisk. Nie mogłem wtedy po prostu wstać z miejsca przy stole, gdzie siedziałem z resztą rodziny, i podejść do El, lecz teraz, gdy oficjalna część wieczoru dobiegła końca i goście swobodnie przemieszczają się po sali, popijając szampana bez procentów, mogę w końcu działać.

Odstawiam kieliszek na stół i szybkim krokiem podchodzę do Nate'a, zanim zdąży złożyć zamówienie u barmana. Facet w białej koszuli i eleganckiej kamizelce z logo fundacji właśnie pyta chłopaka, czego się napije, gdy chwytam go za łokieć i odciągam od baru.

- Co jest, kurwa? - syczy Scott.

Ignorując to niesamowicie przyjazne powitanie, ciągnę go siłą przez tłum, w odrobinę mniej zatłoczoną część sali.

- Jak dobrze cię widzieć, PRZYJACIELU. - Nathan wyrywa się z mojego uścisku jednym szarpnięciem. - Mam dla ciebie świetną wiadomość: jestem w idealnym nastroju, żebyśmy sobie wreszcie, kurwa, szczerze porozmawiali - mówi tak cicho, że z trudem rozumiem słowa przez orkiestrę grającą teraz Einaudiego.

Spokojnie, Maddox. Nie daj mu się sprowokować. Potrzebujesz od niego tylko jednej informacji.

- Powiesz mi, gdzie znajdę El? - pytam możliwie najbardziej opanowanym tonem, na jaki potrafię się zdobyć.

- Nie.

- Słucham?

- Powiedziałem: NIE - powtarza głośniej, przy czym krzyżuje ramiona na piersi, przybierając defensywną postawę. - Po co jej właściwie szukasz, hm? Masz ochotę znowu doprowadzić ją do płaczu? Potrzebujesz się na kimś wyżyć? Pokrzyczeć, jaki to jesteś biedny, zraniony i nieszczęśliwy?

- Nathan, posłuchaj...

- Nie przerywaj mi. Jeszcze nie skończyłem. - Pochyla się odrobinę do przodu. - A może tym razem pójdziesz o krok dalej i doprowadzisz ją do ataku paniki na środku tej sali, przed całą szkołą, nauczycielami i rodzicami? Bo twoja lista osiągnięć w kategorii "jak zniszczyć życie Eleanor Adwin" robi się z dnia na dzień coraz bardziej imponująca.

Całą swoją siłą woli tłumię w sobie impuls, żeby odburknąć mu coś równie sarkastycznego. Zamiast tego biorę powolny wdech przez nos, liczę w myślach do pięciu i staram się nie patrzeć na sposób, w jaki jego palce zaciskają się tuż powyżej łokci, jakby powstrzymywał się przed czymś gorszym niż tylko zjadliwe słowa.

- Po prostu powiedz mi, gdzie ona jest. - Ignoruję jego próbę wyprowadzenia mnie z równowagi. - PROSZĘ - dodaję w nadziei, że to słowo choć trochę złagodzi jego cholerną nieustępliwość.

- PROSZĘ. - Nathan klika parokrotnie językiem o podniebienie, jak gdyby to słowo z moich ust było dla niego czymś niewiarygodnym. - Wow. Prawie uległem. Tyle że wiesz, Maddox, szczerze mówiąc, mam już naprawdę dość tej całej sytuacji. Dość siedzenia z Eleanor godzinami po każdej waszej interakcji, która zawsze kończy się tym samym. Pocieszania jej, słuchania, jak próbuje przekonać samą siebie, że wszystko jest w porządku, kiedy wyraźnie, kurwa, nie jest. Więc wybacz, stary, ale nie zamierzam ułatwiać ci skrzywdzenia jej jeszcze bardziej, niż już to zrobiłeś.

- Nie chcę skrzywdzić El. Chcę z nią tylko porozmawiać.

- Aha. Jasne. Porozmawiać. - Wybucha krótkim śmiechem. - Teraz nagle zależy ci na tym, żeby rozmawiać? To zajebiście, Griffin. Serio. Zastanawiam się tylko, gdzie była ta twoja dojrzałość i chęć do spokojnej rozmowy w sobotę wieczorem, kiedy wrzeszczałeś na Eleanor w oranżerii jak ostatni pojeb?

Cholera.

Czyli wcale nie wróciła do domu zaraz po naszej kłótni, skoro Nate wie, co się wydarzyło. A może po prostu zwierzyła mu się ze wszystkiego jeszcze tego samego wieczoru, u niej w domu, podczas tych "godzin", które najwyraźniej spędził przy niej, pocieszając ją po tym, co ja jej zrobiłem.

To teraz nieistotne. Skoncentruj się. Musisz się dowiedzieć, gdzie ona jest.

- Wiem, że zjebałem - przyznaję, nie ma sensu temu zaprzeczać. - Zachowałem się chujowo. I właśnie dlatego muszę ją przeprosić za wszystko, co powiedziałem. Wyjaśnić jej...

- Daj już sobie spokój z tymi swoimi pierdolonymi "wyjaśnieniami". - Nathan przesuwa dłonią po twarzy, zatrzymuje ją na chwilę na ustach, po czym opuszcza rękę, którą wkłada do kieszeni spodni garniturowych. Znam ten gest od lat: oznacza on, że zaczyna czuć się niekomfortowo. - Eleanor nie potrzebuje twoich pieprzonych wyjaśnień ani usprawiedliwień, ani przeprosin, które i tak nic nie zmienią - ciągnie. - To, czego NAPRAWDĘ potrzebuje, to żebyś wrócił do swojej dziewczyny, zajął się własnym życiem i pozwolił jej wreszcie ułożyć sobie wszystko na nowo. Bez ciebie. Więc zrób Ellie przysługę... właściwie nie. Zrób NAM przysługę i odpierdol się od niej raz na zawsze.

Wtedy dociera do mnie coś, co powinienem był zauważyć już dawno temu.

Powinienem był zauważyć to, że Nate zawsze patrzył na nią odrobinę zbyt długo - nie jak na przyjaciółkę, lecz tak, jak patrzy się na tę jedną, wybraną osobę w pomieszczeniu pełnym ludzi. To, że zawsze starał się zwrócić na siebie jej uwagę odrobinę bardziej niż innych dziewczyn z naszej grupy. Sposób, w jaki zapamiętywał każdą najmniej znaczącą pierdołę, o której kiedykolwiek wspominała, dokładnie tak samo jak ja.

- Jesteś w niej zakochany. - Nie pytam. Stwierdzam fakt.

Jedyną widoczną reakcją, po której poznaję, że trafiłem w sedno, jest bardzo krótkie zmrużenie przez Nathana oczu oraz ledwo dostrzegalne drgnięcie mięśnia w szczęce.

Nie zaprzecza.

Kurwa. Nate jest zakochany w El.

- Eleanor ma ułożyć sobie życie z TOBĄ, tak? - naciskam. - To jest twój plan? Od jak dawna coś do niej czujesz i czekałeś, aż wreszcie zdołasz zająć moje miejsce?

- Planuję sprawić, żeby Ellie była szczęśliwa, a skoro to oznacza, że muszę ją trzymać z dala od ciebie, to dokładnie to, kurwa, zrobię. I nawet jeśli, jak to pięknie nazwałeś w sobotę, jestem dla niej tylko "pocieszeniem", to i tak ostatecznie w MOIM łóżku zasypia wieczorami. MNIE całuje. MNIE ufa. A wiesz dlaczego? - Pochyla się odrobinę bliżej, świadomie wchodząc w moją przestrzeń osobistą. Nasze twarze znajdują się teraz zaledwie centymetry od siebie, przez co widzę każdy detal: rozszerzone od leków (mam nadzieję, że od leków) źrenice, cienie pod oczami sugerujące, że on też ostatnio nie sypia najlepiej, popękane naczynka. - Bo w odróżnieniu od ciebie nigdy w życiu nie zraniłbym jej uczuć. A już na pewno nie wykorzystałbym ciała Eleanor dla jakiejś pierdolonej punktacji w grze wymyślonej przez zjebów z drużyny lacrosse, mierzących swoją wartość liczbą dziewczyn, które udało im się przelecieć.

Co on właśnie, kurwa, powiedział?

Temperatura mojej krwi niebezpiecznie rośnie, puls przyspiesza i dudni w skroniach, a w uszach zaczyna szumieć.

Kilka osób w naszym otoczeniu zwraca na nas uwagę, ale staram się to ignorować.

Jedyne, co widzę, to Nathan stojący przede mną.

I szkarłatna mgła opadająca na mój umysł.

- O czym ty pieprzysz?

- Och, błagam cię, przede mną też zamierzasz udawać idiotę? - Nie mam nawet szansy, żeby cokolwiek wtrącić, bo Scott kontynuuje: - Od samego początku wiedziałem, że musiałeś odjebać coś naprawdę grubego, bo inaczej Ellie nigdy by się od ciebie nie odcięła. Ale mimo tego, jak bardzo ją zraniłeś, ona i tak próbowała chronić twój pieprzony honor i milczeć. Nie powiedziała nikomu, co tak naprawdę między wami zaszło. Przez te wszystkie miesiące nosiła to w sobie i broniła cię, kiedy próbowaliśmy się dowiedzieć, co się, kurwa, stało. Aż do soboty. Teraz znam już każdy szczegół. Od momentu, kiedy ją pocałowałeś po raz pierwszy, przez te wszystkie słodkie słówka, romantyczne gesty, obietnice wspólnej przyszłości, aż po dzień, kiedy wreszcie dostałeś to, czego chciałeś. I brzydzę się tobą, Griffin. Zawsze byłeś pierwszy do potępiania wszystkich tych frajerów, którzy brali udział w PPZ. Zachowywałeś się jak wielki, kurwa, gentleman z zasadami, a jak przyszło co do czego, okazałeś się najgorszym śmieciem z nich wszystkich.

- Nie mam pojęcia, o czym do mnie mówisz - wypowiadam powoli, wyraźnie akcentując każde słowo.

- Więc Eleanor kłamie?

- Znasz mnie, Nate. Nigdy nie brałem udziału w tym gównie, a już na pewno nigdy nie przyszłoby mi do głowy wplątać w to El. Ona jest... była... - Przejeżdżam dłonią po włosach. - Kurwa, wiesz przecież, jak bardzo ją kochałem. Nadal kocham. I będę kochał do końca życia, nawet jeśli ona już nigdy do mnie nie wróci.

- KOCHASZ? - Tym razem Scott śmieje się głośno, jakby moje wyznanie miłości było zabawnym żartem, czym ściąga na nas jeszcze większą uwagę. - Błagam cię, nie ośmieszaj się. Kochasz wersję siebie, którą przy niej jesteś, to, jak sprawia, że się czujesz. Ale nigdy nie kochałeś JEJ, Maddox. Gdybyś ją naprawdę kochał, to nie zrobiłbyś jej tego, co zrobiłeś.

Muszę stąd odejść. Teraz. Natychmiast, zanim stracę resztki kontroli.

Odwracam się od niego, bo wiem, że jeśli zostanę tu choć sekundę dłużej, zrobię coś, czego potem nie będę w stanie w żaden sposób cofnąć. Nie zdążam zrobić nawet jednego kroku w kierunku podwójnych drzwi prowadzących na korytarz, gdyż Nathan chwyta mnie obiema dłońmi za kołnierz marynarki, próbując zatrzymać.

- Nie uciekaj teraz, do kurwy nędzy - warczy tuż przy moim uchu. - Nie po tym, jak w końcu usłyszałeś prawdę. Zostań i zmierz się z konsekwencjami swoich wyborów jak dorosły facet.

Przez przypadek - chcę wierzyć, że to tylko przypadek, a nie celowe działanie - jego palce ocierają się o wrażliwą skórę na moim karku.

Tam, gdzie nikt nie ma prawa mnie dotknąć. Nikt oprócz Eleanor.

Cały obraz przed oczami zamazuje się całkowicie, pozostawiając wyłącznie intensywną czerwień wypełniającą pole widzenia.

To nie jest żadna metafora.

Nie jest to literacki sposób opisania gniewu, furii czy utraty kontroli.

Dosłownie widzę tę przeklętą czerwień, pochłaniającą wszystko wokół mnie, jak gdyby ktoś wlał ją bezpośrednio za gałki oczne.

Nie ma już sali balowej. Nie ma ludzi wokół. Nie ma muzyki.

Nie ma nawet Nathana stojącego przede mną.

Jest tylko ta wszechogarniająca, szkarłatna czerwień.

Następną rzeczą, jaką rejestruję - chociaż mam wrażenie, jakbym był gdzieś obok swojego własnego ciała, obserwując tę scenę z bezpiecznej odległości, zamiast w niej uczestniczyć - to że siedzę okrakiem na klatce piersiowej Nathana i przyciskam go całym swoim ciężarem do podłogi. W tle orkiestra gra właśnie Dla Elizy Beethovena.

Nie pamiętam, jak się tu znalazłem.

Nie pamiętam momentu, w którym go powaliłem.

Nie pamiętam pierwszego ciosu.

Widzę za to efekty swojego działania.

Z nosa mojego niegdyś najlepszego przyjaciela tryska krew.

Najpierw dostrzegam tylko pojedynczą smugę, przecinającą mu górną wargę i znikającą gdzieś w kąciku ust. Potem jest jej coraz więcej. Sączy się nieprzerwanie spomiędzy jego palców, którymi próbuje zasłonić twarz, spływa w dół po szczęce, zostawiając ślady na szyi, plami śnieżnobiałą koszulę w miejscu, gdzie kołnierzyk styka się z obojczykiem.

Dla mnie to nie jest tylko krew.

To dowód na to, że właśnie przekroczyłem granicę, której całe życie nie naruszyłem. I teraz jedyne, co mogę zrobić, to wpatrywać się oszołomiony w ten jeden kolor ze świadomością, że zapamiętam go na bardzo, bardzo długo.

Szkarłat.

Moja lewa pięść jest ponownie uniesiona wysoko w powietrzu, wymierzona prosto w jego twarz. Gdzieś głęboko w racjonalnej części mózgu, tej, która jeszcze nie została całkowicie zatopiona w czerwonej mgle, wiem, że nie chcę uderzyć go ponownie. Naprawdę nie chcę, lecz nim zdążam samodzielnie opuścić dłoń i się wycofać, ktoś chwyta mnie za nadgarstek.

- Maddox, zejdź z niego! - Głos dobiegający gdzieś zza moich pleców jest niski, męski. Skądś go znam, jednak w tym momencie, z adrenaliną wciąż krążącą w żyłach i sercem walącym jak oszalałe, nie rozpoznaję, do kogo należy. - Słyszysz, co do ciebie mówię?!

Zostaję siłą ściągnięty z Nathana i gwałtownie postawiony do pionu; nogi trzęsą mi się tak mocno, że ledwo utrzymuję równowagę. Ktoś przytrzymuje mnie od tyłu za oba ramiona, by uniemożliwić mi jakikolwiek ruch, choć tak na dobrą sprawę nawet nie próbuję się wyrwać.

Już tego żałuję.

Nate siada powoli na posadzce, krzywiąc się z bólu, i stara się zatamować przedramieniem nieprzerwanie tryskającą z nosa krew. Kaiden podbiega do niego w towarzystwie Evana oraz Jake'a, klęka obok, po czym ogląda z przejęciem jego twarz. Mówi szybko coś, czego nie daję rady usłyszeć przez szum w uszach.

Odwracam głowę, by zidentyfikować osobę trzymającą mnie od tyłu.

Natrafiam na znajome, lodowate szare oczy.

Killian.

- Co ty, kurwa, zrobiłeś, Maddy?

Opuszczam wzrok na swoje dłonie.

Lewa jest zaczerwieniona wokół kostek, pokryta krwią Nathana, która zaczyna już zasychać na skórze. Prawa drży niekontrolowanie.

To nie mogą być moje ręce. Ja tak nie postępuję. Ja nigdy...

Rozglądam się po sali i dopiero teraz rejestruję, że wszyscy na mnie patrzą.

Uczniowie Kingswood, zgromadzeni w małych grupkach, szepczą między sobą, zasłaniając usta dłońmi. Ktoś w tłumie trzyma telefon w górze, skierowany prosto na nas. Sponsorzy i darczyńcy fundacji odsuwają swoje dzieci na bezpieczną odległość, jak gdybym w każdej chwili miał rzucić się na któreś z nich. Niektórzy przyglądają się całej scenie z oburzeniem, inni z fascynacją widowiskiem, którego z pewnością nie spodziewali się zobaczyć na balu charytatywnym. Nathan wciąż siedzi na podłodze kilka metrów ode mnie, oparty plecami o ścianę pod witrażowym oknem. Evan wyciąga z kieszeni marynarki chusteczkę i podaje mu bordowy materiał, a Scott przyciska ją do krwawiącego nosa, pochylając głowę do przodu, żeby zatamować krwotok.

Nie wygląda na wściekłego.

Nie podrywa się z podłogi, żeby mi oddać, nie wykrzykuje w moją stronę gróźb ani wyzwisk. W jego jasnych oczach jest... zrozumienie. Wie, że nie zrobiłem tego z premedytacją, tylko z czystego odruchu, nad którym nie miałem zupełnie żadnej kontroli.

Chcę do niego podejść, uklęknąć obok, wyciągnąć rękę i przeprosić, powiedzieć, że nie zamierzałem tego zrobić, że strasznie żałuję. Ale Killian jeszcze mocniej zaciska palce na moich ramionach, niemal do granicy bólu.

- Chodź. - Odciąga mnie od całej sceny w kierunku drzwi. - Musimy stąd wyjść, Maddox.

Kiwam głową, niezdolny do sformułowania choćby jednego sensownego zdania, podczas gdy wraz z Killem idziemy przez tłum, który rozstępuje się przed nami jak Morze Czerwone. Kiedy wychodzimy na główny korytarz prowadzący w stronę wyjścia z budynku Kingswood, zza zakrętu wyłania się Eleanor w towarzystwie Zoe i Phoebe.

Bogu dzięki, że nie widziała tej sceny.

- Maddox? - El zatrzymuje się w miejscu, a błękitne oczy rozszerzają się co najmniej dwukrotnie w kompletnym przerażeniu. - C-co się stało? - Podbiega do mnie, ignorując ostrzegawcze spojrzenie Killiana; jej wysokie obcasy uderzają rytmicznie o kamienną posadzkę. - Skąd ta krew... jesteś ranny? Powiedz coś, proszę...

Chcę jej powiedzieć wszystko.

Straciłem nad sobą kontrolę. Widziałem tylko tę przeklętą czerwień i nie pamiętam nawet pierwszego ciosu, nie wiem, ile razy faktycznie go uderzyłem. Nienawidzę siebie za to, co właśnie się stało. Nie miałem nigdy żadnej pierdolonej listy. Kocham cię bardziej niż własne życie.

- El...

- Nie teraz, młoda - mówi stanowczo Killian.

- Ale, Kill, on... - Eleanor wyciąga niepewnie dłoń, jakby chciała mnie dotknąć. - Przynajmniej powiedz mi, czy to jego krew, czy... czyja...

- Eleanor - powstrzymuje ją Kill, nim jej ręka ma szansę spotkać się z moim przedramieniem. - Powiedziałem: NIE TERAZ. Wiem, że się martwisz, ale naprawdę nie jest to odpowiedni moment na rozmowę. Muszę zabrać stąd Maddoxa, zanim sytuacja jeszcze bardziej się skomplikuje. - Nie czeka na jej odpowiedź. Obejmuje mnie ramieniem, wymija dziewczyny i prowadzi nas dalej do drzwi.

Odwracam głowę przez ramię, ponieważ muszę spojrzeć na nią jeszcze raz.

- Nie zrobiłem tego, El...

Próbuję odczytać z jej twarzy, czy istnieje choćby najmniejsza szansa, że mi wierzy, lecz brat popycha mnie za róg, a ona znika mi z pola widzenia.

Co ja narobiłem?

- ...zdajesz sobie w ogóle sprawę, jakie mogą być tego konsekwencje?! - Killian krąży nerwowo po moim pokoju, chodząc tam i z powrotem od okna do drzwi, od drzwi do biurka, od biurka z powrotem do okna. Co chwilę przeczesuje palcami kruczoczarne włosy, które sterczą mu we wszystkie możliwe strony. - Uderzyłeś go, kurwa, na pieprzonym balu charytatywnym fundacji naszej matki! Na terenie szkoły! Przed ponad trzystoma osobami: sponsorami, nauczycielami, ludźmi mającymi wpływ na to, czy dostaniesz się za rok na Hampton!

Siedzę zgarbiony na samej krawędzi łóżka i nawet nie próbuję się bronić ani usprawiedliwiać tego, co zrobiłem. Wpatruję się nieobecnym wzrokiem w swoje dłonie, spoczywające teraz na udach - jeszcze nie miałem okazji porządnie ich umyć, więc w niektórych miejscach nadal pokrywa je zaschnięta krew Nathana - i słucham, jak starszy brat się na mnie wydziera.

Nie mogę się na niego złościć. Ma rację.

Prawdopodobnie narobiłem sobie w chuj problemów.

Nie, poprawiam się w myślach. Nie "prawdopodobnie".

Na pewno.

Pytanie brzmi: jak bardzo?

- Nigdy w życiu nikogo nie uderzyłeś - kontynuuje po krótkiej przerwie. Mówi teraz ciszej, jakby dopiero docierał do niego absurd tej sytuacji. - Nawet kiedy byłeś dzieciakiem i starsi chłopcy dokuczali ci, nazywając cię zjawą albo wampirem przez twoją bladą cerę i czarne włosy. Nawet kiedy wielokrotnie próbowali cię sprowokować podczas meczu lacrosse, gdy Dawson powiedział te wszystkie obrzydliwe, seksistowskie rzeczy o Eleanor, a dziennikarz na gali źle wypowiadał się o mamie. Zawsze zachowywałeś zimną krew i nie dawałeś się wyprowadzić z równowagi. Walczyłeś słowami oraz inteligencją, nie pięściami. - Podchodzi bliżej i zatrzymuje się tuż nade mną, patrząc z góry oceniającym spojrzeniem. - Co Nate ci powiedział, że tak zareagowałeś?

- Dotknął mojego karku - wyznaję ochryple.

- Kurwa... - Rysy jego twarzy łagodnieją.

Drzwi do pokoju otwierają się z impetem i uderzają o ścianę, a klamka pozostawia w niej dziurę na tyle głęboką, że widzę tynk pod szarą farbą.

- Przestań krzyczeć na Maddoxa! - Do środka wpada Sable, co oznacza tylko jedno: rodzice również wrócili już z gali. - Najlepiej w ogóle stąd wyjdź i zostaw go w spokoju!

- Sab, maleńka, nie powinnaś się w to wtrącać... - zaczyna łagodnie Killian, tonem przeznaczonym tylko dla niej, Charlotte i Eleanor. - To sprawa pomiędzy mną a Maddoxem.

Młoda zupełnie go ignoruje.

Podbiega do mnie i rzuca się w moje ramiona z taką siłą, że oboje tracimy równowagę i przewracamy się do tyłu na materac.

- Mads - szepcze mi w koszulę, przez co jej głos jest stłumiony. - Słyszałam w samochodzie od mamy, co się stało. Dobrze, że tego nie widziałam. Pewnie gdybym zobaczyła całą tę krew, to bym zemdlała albo dostała ataku paniki. Wiesz, jak strasznie się boję. - Odsuwa się minimalnie, żeby przeskanować oczami moją twarz. Na szczęście do tej pory nie zauważyła resztek szkarłatu na dłoniach. - Dobrze się czujesz? Coś cię boli? Proszę, powiedz mi prawdę...

- Jest okej, Sab - staram się brzmieć przekonująco, choć sam nie jestem pewien, czy to prawda. Fizycznie może i jestem cały, ale psychicznie? To już inna historia. - Nie musisz się o mnie martwić.

- Sable, kochanie, wyjdź, proszę, na chwilkę. - Mama pojawia się w progu, objęta ramieniem przez tatę, który stoi tuż przy niej. Jej twarz jest bledsza niż zwykle, natomiast oczy są zaczerwienione i lekko opuchnięte, jakby płakała przez całą drogę powrotną do domu. - Killian, ty też, synku. - Przenosi smutne spojrzenie na starszego syna stojącego teraz przy oknie. - Zostawcie nas sam na sam z Maddoxem.

- Dlaczego ja mam wyjść? - W głosie brata słychać wyraźne oburzenie. - Mamo, to dotyczy przecież również mnie. Reputacja całej naszej rodziny, firmy...

- Jesteś wzburzony, synu - zauważa ojciec - a my potrzebujemy porozmawiać na spokojnie. Bez krzyków, bez oskarżeń, bez zbędnych emocji. - Wypuszcza żonę z objęć i wyciąga dłoń do Sable. - Chodź, myszko. Pójdziecie z Killem na dół, a potem, kiedy skończymy rozmawiać, pozwolimy ci wrócić do pokoju Maddoxa i spędzić z nim tyle czasu, ile będziesz chciała. Dobrze?

- Nigdzie nie wychodzę - protestuje siostra, a jednocześnie przytula się jeszcze mocniej. - Chcę zostać z Madsem. On mnie potrzebuje, poza tym muszę wiedzieć, że wszystko z nim w porządku.

- Córciu...

- Nie, mamo! Za dwa tygodnie kończę czternaście lat, nie cztery! Wiem, co się stało. Wiem, że Maddox uderzył Nathana przy wszystkich ważnych gościach i teraz każdy będzie o tym mówić. Zrobi się z tego skandal, wy jesteście na niego wściekli, a w szkole pewnie go zawieszą... - Dziękuję za tę optymistyczną wizję. - Więc dlaczego mam wyjść? Wolę zostać tutaj, przy moim bracie, kiedy tego potrzebuje.

- Sable. - Tata wypowiada jej imię z większą stanowczością, choć wciąż bez podnoszenia głosu. - Proszę cię, skarbie.

- A ja proszę o to, żeby zostać!

- Myszko...

- Nie, tato!

- Idź, Sab. - Odsuwam od siebie siostrę. - Później do ciebie przyjdę, obiecuję. Najpierw muszę porozmawiać z mamą i tatą. Sam. A potem powiem ci dokładnie, co się stało i dlaczego tak zareagowałem. Możemy się tak umówić?

Sable waha się przez chwilę, ale ostatecznie kiwa głową, po czym bardzo niechętnie wstaje z materaca.

- Kocham cię, Mads. Bez względu na to, co zrobiłeś. Zawsze będziesz moim starszym bratem i zawsze będę cię kochała. Pamiętaj o tym, okej?

- Też cię kocham, Sable. Bardzo.

Killian, który przez cały ten czas cierpliwie na nią czekał, obejmuje ją ramieniem, a następnie wspólnie opuszczają pokój.

Mama siada obok mnie na krawędzi łóżka i bierze moją lewą dłoń w obie swoje. W międzyczasie tata przysuwa bliżej nas skórzane krzesło obrotowe od biurka i siada naprzeciwko, po czym opiera łokcie na kolanach, pochylając się lekko do przodu, tak że jego twarz znajduje się mniej więcej na tym samym poziomie co moja.

- Musimy porozmawiać o tym, co się stało dzisiaj wieczorem. Wiem, synu, że jesteś zmęczony i pewnie wolałbyś zostać teraz sam, ale potrzebujemy usłyszeć twoją wersję wydarzeń. Co czułeś? Co myślałeś? Dlaczego zareagowałeś tak, jak zareagowałeś? I chcę, żebyś zrozumiał jedno: nie prosimy cię o to, bo chcemy cię ukarać albo zrobić wykład o tym, że przemoc nigdy nie jest odpowiedzią. Sam doskonale o tym wiesz. Robimy to wyłącznie po to, żeby cię zrozumieć i przemyśleć, jak ci pomóc.

Tacy właśnie są moi rodzice.

Nie krzyczą na mnie, chociaż mają ku temu powody. Nie rzucają oskarżeniami, chociaż to ja jestem wszystkiemu winien. Nie mówią, że ich zawiodłem, skompromitowałem, że zniszczyłem nazwisko, chociaż to wszystko prawda.

Moje dobro i samopoczucie są dla nich priorytetem.

Właśnie dlatego, nawet jeśli faktycznie wolałbym teraz położyć się do łóżka, a najlepiej pojechać do Notting Hill, robię to, co powinienem - opowiadam im wszystko, ponieważ wiem, że niezależnie od tego, czy zostanę wyrzucony z Kingswood, a Nathan znienawidzi mnie już na zawsze, mam ich.

Moją rodzinę.

Dopóki oni są przy mnie, dam radę przez to wszystko przejść.

Rozdział siedemnasty

Eleanor

Nie tak wyobrażałam sobie dzisiejszy wieczór.

Klęczę między nogami Nathana na płytkach w mojej łazience, czując, jak kolana zaczynają powoli drętwieć mi od zbyt długiego przebywania w tej samej, niewygodnej pozycji. Wciąż mam na sobie elegancką, bordową suknię, której gorset wżyna się nieprzyjemnie w ciało, utrudniając każdy oddech i ocierając się o pozostałości po siniakach z zeszłego tygodnia.

Nie marzę teraz o niczym innym jak o tym, żeby wreszcie ją z siebie ściągnąć, rozpuścić włosy z upięcia i położyć się do łóżka.

Najpierw muszę zadbać o siedzącego na brzegu wanny chłopaka.

Nate pochyla się lekko do przodu, z łokciami opartymi o kolana i dłońmi zaciśniętymi z całej siły w pięści. Garnitur oraz biała, przesiąknięta krwią koszula leżą zwinięte w rogu, a on ma na sobie tylko czarne bokserki. Skóra wokół jego nosa przybrała niepokojący odcień, natomiast dolna warga pękła w dwóch miejscach - z boku, gdzie Maddox prawdopodobnie zahaczył o nią sygnetem, oraz pośrodku, jakby Nate przygryzł ją w momencie uderzenia.

Przywiozłam go do swojego domu, licząc na to, że mama będzie na miejscu i pomoże mi go opatrzyć. Niestety, przeliczyłam się. Nie wróciła jeszcze z kancelarii, co w sumie nie powinno mnie wcale zaskoczyć, ponieważ znając jej ostatnie nawyki, znowu zostanie tam do samego rana.

Muszę więc poradzić sobie sama.

Jak zawsze.

- Auć, kurwa, skarbie... - syczy Nathan przez zaciśnięte zęby, ponieważ właśnie przykładam do jego rozbitego nosa kolejny wacik nasączony wodą utlenioną. - Boli, boli... kurwa, naprawdę boli... Ach... - jęczy dalej, a mnie naprawdę robi się go żal.

Przez pierwsze pięć minut, kiedy delikatnie oczyszczałam zaschniętą krew spod jego nozdrzy oraz wokół ust, zachowywał się jak typowy chłopak, który nie chce pokazać słabości. Teraz jednak, gdy dotykam bezpośrednio miejsca, gdzie pięść Maddoxa rozcięła mu skórę, opanowanie definitywnie go opuszcza.

- Ciii, spokojnie, Nate - mówię najłagodniej, jak umiem. - Wiem, że boli. Jeszcze tylko kilka sekund, przysięgam. Naprawdę staram się być delikatna.

- Delikatna, mówisz? - Próbuje się sarkastycznie zaśmiać, lecz wychodzi mu z tego coś pomiędzy parsknięciem a bolesnym jękiem. - Jeśli to jest twoja definicja delikatności, skarbie, to nie chcę wiedzieć, jak wyglądałoby brutalne podejście.

- Przestań dramatyzować. - Uśmiecham się pobłażliwie, chociaż sytuacja wcale nie jest zabawna. - Nie umierasz, Nathan - przypominam mu, odkładając zużyty wacik na krawędź wanny, obok rosnącej sterty poprzednich.

W głębi serca wiem, że ma prawo narzekać.

- Nie umieram, fakt, ale jest kurewsko blisko. - Przymyka jedno oko i wykrzywia usta w grymasie bólu. - Ta woda utleniona pali jak diabli. Serio. Boli bardziej niż ten pieprzony cios, który tak na dobrą sprawę wcale tak bardzo nie bolał, tylko mnie... zaskoczył. Nie spodziewałem się, że Griffin potrafi kogoś uderzyć.

Ja też nie.

Nate ponownie próbuje się cofnąć, więc łapię go mocno za szczękę. Palce lewej dłoni zaciskają się po obu stronach jego twarzy i choć uścisk nie jest brutalny, wystarcza, by całkowicie pozbawić go szans, żeby się wywinął.

Zaskoczony, zastyga w bezruchu.

- Nathaniel - podejmuję tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Jesteś ode mnie sporo większy, silniejszy, prawdopodobnie nawet szybszy... Ale uwierz mi na słowo, że jeśli będę musiała, to znajdę sposób, żeby skutecznie unieruchomić cię na tyle długo, by opatrzyć cię porządnie. Więc albo siedzisz spokojnie i pozwalasz mi dokończyć, albo...

- Albo co? - przerywa mi nieoczekiwanie z krzywym, lekko prowokacyjnym uśmieszkiem, który pojawia się na jego ustach mimo bólu. - Hm? Co takiego zrobisz, Ellie? Przywiążesz mnie do rury pod umywalką? Zamkniesz tutaj na klucz i będziesz przetrzymywać jako zakładnika, aż w końcu podporządkuję się twoim żądaniom?

- Dokładnie taki miałam plan.

- Zajebiście kusząca perspektywa.

Sięgam wolną ręką po kolejny, świeży wacik i nasączam go porządnie wodą utlenioną, po czym dociskam do drugiego rozcięcia.

- Auć, mała! - Nathan odruchowo cofa głowę, próbując uciec przed pieczeniem, ale mój chwyt jest wystarczająco mocny, by go zatrzymać. - Ostrzeż mnie następnym razem, zanim to zrobisz!

- No już, cichutko - szepczę ponownie z przesadną czułością, jakbym uciszała rozkapryszonego malucha, a nie chłopaka o wzroście ponad metr dziewięćdziesiąt. - Jeszcze momencik i przestanie piec. - Cmokam go przelotnie w sam kącik ust. - Obiecuję.

- Gdybyś pocałowała mnie jeszcze raz, tym razem w usta, to jestem pewien, że poczułbym się znacznie lepiej. Może nawet całkowicie zapomniałbym o całym tym bólu...

Przewracam oczami, ledwo powstrzymując się od pstryknięcia go palcem prosto w ten obolały nos, choć doskonale wiem, że to byłoby wyjątkowo okrutne i prawdopodobnie skończyłoby się kolejnym krwotokiem.

- Naprawdę, Nathan? TERAZ chcesz ze mną flirtować?

- A kiedy indziej? Nigdy nie wiadomo, kiedy znowu będę miał cię tak blisko, klęczącą między moimi nogami, zajętą wyłącznie mną...

Uciszam go jednym spojrzeniem.

Przez cały czas, gdy się nim zajmuję, staram się nie myśleć o tym, że ja nigdy nie miałam nikogo, kto opatrzyłby moje rany po pobiciach ojca.

Ile razy stałam w tej samej łazience, płacząc bezgłośnie? Ile razy oceniałam przed lustrem kolejne sińce, otarcia, pęknięcia skóry i starałam się samodzielnie określić, które wymagają plasterka lub opatrzenia, a które same się zagoją, jeśli tylko nie będę ich dotykać przez kilka dni i uważać, żeby nie ocierać ich ubraniem?

Zawsze sama.

Zawsze w ciszy.

Zawsze z tym przytłaczającym poczuciem, że nikt nie przyjdzie mi pomóc.

- No dobrze. - Cofam się, a następnie bardzo uważnie przejeżdżam wzrokiem po jego twarzy. Szukam śladów krwi, których mogłam wcześniej nie dostrzec, ale wygląda na to, że udało mi się pozbyć wszystkiego. - Gotowe - oznajmiam. - Masz szczęście, że nie jest złamany. - Podnoszę się wreszcie z kolan, podtrzymując się krawędzi wanny, bo moje nogi są całkowicie zdrętwiałe. Tysiące bolesnych ukłuć przebiegają przez stopy, łydki, uda, jakby ktoś wbijał w nie maleńkie szpilki. - Jak się czujesz? Masz zawroty głowy? Mdłości? Widzisz podwójnie?

- Trochę boli. Ale nie tam, gdzie myślisz. - Kładzie dłoń na mostku, w miejscu, gdzie ja sama czuję najwięcej. Znam to uczucie. To ten rodzaj uporczywego bólu, którego nie jest w stanie ukoić żadna ilość leków. - Kurwa, Ellie. To wszystko moja wina. Cała ta sytuacja. Przeze mnie Maddox będzie miał teraz przejebane. Z rodzicami, ze szkołą, z przyjęciem na Hampton...

- PRZEZ CIEBIE?

- Tak, przeze mnie - potwierdza. - Rozmawialiśmy... nie, właściwie to się kłóciliśmy. Wyrzuciłem mu rzeczy, których prawdopodobnie nie powinienem. O tobie. O tym, co opowiedziałaś mi w sobotę. O PPZ, o manipulacji, o... - Odgarnia obiema dłońmi włosy do tyłu. - Kurwa, przepraszam. Wiem, że nie miałem prawa, ale on powiedział coś, co mnie tak cholernie wkurwiło, że straciłem kontrolę nad swoimi słowami.

I wtedy słowa Maddoxa, które wypowiedział, tuż zanim Killian wyprowadził go ze szkoły, nabierają sensu.

Nie zrobiłem tego, El.

Nie mówił o uderzeniu Nathana.

Mówił o PPZ.

O liście.

O...

- W pewnym momencie próbował ode mnie odejść, więc chciałem go zatrzymać - kontynuuje Nate, nie zauważając narastającego w moim wnętrzu chaosu. - Złapałem go za kołnierz marynarki i jakimś jebanym cudem dotknąłem przez przypadek jego karku. Nie zrobiłem tego celowo, przysięgam, nawet na początku nie zorientowałem się, co się stało. Trwało to tylko ułamek sekundy, ale to wystarczyło.

Oczywiście, że to wystarczyło.

Dla Maddoxa dotyk w tym konkretnym miejscu to nie tylko dyskomfort czy nieprzyjemne uczucie. To wyzwalacz, który aktywuje w nim coś przerażającego, czego nigdy do końca nie potrafił mi wyjaśnić, chociaż próbował. Kiedyś, gdy siedzieliśmy razem w oranżerii i nie mogliśmy zasnąć, starał się to opisać, jednak nie był w stanie znaleźć odpowiednich słów.

- Wiem, że nie zrobiłeś tego specjalnie - mówię w końcu cicho, chociaż teraz mój umysł skupia się wyłącznie na smutku, który dostrzegłam w ciemnobrązowych oczach Maddoxa, kiedy patrzył na mnie przez te krótkie, ulotne pięć sekund w korytarzu. - I jestem pewna, że Maddox też to wie. On... po prostu nie potrafi kontrolować swojej reakcji, kiedy ktoś go tam dotknie. To nie jest kwestia wyboru. To jest...

- Trauma - kończy za mnie Nathan. - Wiem. Też znam go od lat, Ellie.

Zaczynam sprzątać w łazience. Muszę zająć czymś ręce, zanim zacznę zaciskać je z całej siły w pięści i ranić paznokciami własną, już i tak pokaleczoną skórę. Chowam apteczkę z powrotem do szafki, obok nieużywanych od miesięcy tamponów, wyrzucam wszystkie różowo-czerwone gaziki do kosza na śmieci, opłukuję umywalkę, by zmyć z niej ostatnie ślady krwi.

- Ellie, pozwól mi posprzątać. - W międzyczasie Nathan podnosi się z brzegu wanny. - To mój bajzel. Nie powinnaś tego robić.

- Już prawie skończyłam. - Wycieram papierem toaletowym kropelkę krwi z białych kafelków. - Idź połóż się w sypialni. Za moment do ciebie przyjdę. Muszę tylko jeszcze... - Urywam, bo właściwie to nie wiem, co jeszcze muszę zrobić. Łazienka jest już praktycznie czysta.

Nathan wygląda, jakby chciał zaprotestować, ale ostatecznie tylko kiwa głową i wychodzi, zostawiając mnie samą. Gdy upewniam się, że wszystko jest już na swoim miejscu, gaszę światło i przechodzę do sypialni, gdzie chłopak siedzi na skraju materaca. Zapalił tylko małą lampkę nocną stojącą na szafce przy łóżku, z której dochodzi przytłumione, ciepłe światło.

W dłoniach trzyma mojego pluszowego misia.

- Może pomogę ci zdjąć sukienkę? - proponuje Nathan, sadzając pluszaka z powrotem na poduszkę. - Widzę, że ledwo możesz oddychać w tym gorsecie. Pewnie jest ci strasznie niewygodnie, a wątpię, że poradzisz sobie sama z rozwiązaniem wszystkich tych pieprzonych tasiemek z tyłu.

Kiwam głową w niemej zgodzie i odwracam się do niego plecami.

- Najpierw rozwiąż kokardę na samej górze - instruuję go. - A potem poluzuj wszystkie pozostałe wstążki, od góry do dołu.

- Już się robi.

Po chwili mocowania się z ciasno zawiązanymi tasiemkami gorset luzuje się na tyle, bym mogła wziąć pierwszy głęboki oddech od kilku godzin. Suknia, pozbawiona swojej głównej podpory - i z niewielką pomocą dłoni Nathana - zsuwa się z mojego ciała, aż opada wokół kostek.

Zostaję w samych beżowych, bezszwowych stringach.

- Ellie... - Przyspieszony oddech Nate'a łaskocze moją lewą łopatkę, wywołując gęsią skórkę. Zaraz potem ustami dotyka wrażliwej skóry u podstawy karku. Schodzi pocałunkami coraz niżej wzdłuż kręgosłupa, po czym chwyta mnie zdecydowanie za biodra i przyciąga bliżej, aż stykam się z jego nagim torsem. - Mam nadzieję, że teraz jest trochę lepiej?

Wtedy słyszę wymowne chrząknięcie.

Każdy mięsień w ciele zastyga w bezruchu, a serce podchodzi mi do gardła z przerażenia.

Z początku myślę, że ktoś włamał się do domu, że jesteśmy w niebezpieczeństwie, że muszę krzyczeć, uciekać, cokolwiek... Niestety, kiedy odwracam głowę przez ramię, w kierunku otwartych na oścież drzwi, rzeczywistość okazuje się o wiele gorsza niż jakikolwiek włamywacz czy seryjny morderca.

Widzę mojego ojca.

Ojca, który we własnej osobie stoi w progu sypialni, oparty o framugę z rękami skrzyżowanymi na piersi, i patrzy na nas zabójczym spojrzeniem.

Przecież miał wrócić ze Szwecji dopiero jutro późnym wieczorem. Co on tutaj robi?

Tuż za jego szerokimi plecami dostrzegam mamę.

Stoi z dłonią przyciśniętą do ust, a w jej ciemnych oczach widzę... rozbawienie? Ramiona kobiety drżą subtelnie, gdy ledwo powstrzymuje się od wybuchu śmiechu, jakby cała ta sytuacja - przyłapanie własnej córki, ubranej jedynie w bieliznę, z chłopakiem - była czymś niewiarygodnie zabawnym.

Dla niej to pewnie wygląda niewinnie, słodko, może nawet przypomina jakąś podobną sytuację z jej własnej młodości, lecz ona nie widzi tego, co ja dostrzegam w oczach ojca.

Nie widzi tej mrożącej krew w żyłach furii. Tego, jak jego palce wbijają się w przedramiona na tyle mocno, że materiał garnituru marszczy się pod naciskiem. Gniewu, który sprawia, że całe moje ciało przechodzi dreszcz strachu, ponieważ oczami wyobraźni widzę, jakie poniosę za to konsekwencje, gdy zostanę sam na sam z moim katem.

- Eleanor. - Odzywa się ojciec pozornie spokojnym głosem. - Czy byłabyś tak uprzejma i wyjaśniła mi łaskawie, co dokładnie się tutaj, kurwa mać, dzieje? Bo o ile dobrze pamiętam, chyba właśnie powinnaś uczestniczyć w balu charytatywnym Griffin for Youth w Kingswood?

Zrywam z łóżka puchatą narzutę i przyciskam ją do piersi, próbując zakryć chociaż odrobinę swojej nagości. Siadam na samym skraju materaca, ponieważ nogi odmawiają mi posłuszeństwa, wdzięczna losowi, że gdy usłyszałam to chrząknięcie, stałam tyłem do drzwi.

- Dobry wieczór, panie Adwin. - Nate odchrząkuje wyraźnie, po czym dyskretnie zasłania dłonią wybrzuszenie w bokserkach. - Moglibyśmy prosić o minutę na doprowadzenie się do porządku? Sytuacja jest... niezręczna dla każdego z nas, więc chyba wszyscy skorzystalibyśmy w tym momencie na odrobinie prywatności.

- Nie przypominam sobie, żebym zwracał się do CIEBIE, chłopcze. - Ojciec nie raczy go nawet przelotnym spojrzeniem. Jego przenikliwy wzrok jest utkwiony wyłącznie we mnie, jakby Nathan w ogóle nie istniał. - Zadałem pytanie swojej córce, więc bądź tak miły, zamknij grzecznie usta i nie odzywaj się, dopóki ktoś cię o to nie poprosi. Jeśli to do ciebie nie dotarło, z największą przyjemnością powtórzę to wolniej lub przeliteruję.

Nate unosi brew, wyraźnie podirytowany tym z pozoru uprzejmym, lecz w rzeczywistości lekceważącym komunikatem.

Nie, błagam go w myślach. Nie reaguj. Proszę, Nate, nie dawaj mu powodu, żeby...

- Eleanor, wstawaj. - Christopher wydaje rozkaz, poruszając wymownie dłonią, jak gdybym była dla niego niczym więcej niż psem, który ma posłusznie wykonać komendę właściciela. - I włóż coś na siebie, na litość boską. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo niekomfortowo się czuję, gdy jestem zmuszony patrzeć na własną córkę w tym... stanie.

Szkoda, że nie czułeś się tak niekomfortowo tydzień temu, kiedy kazałeś mi się rozebrać do naga w tym samym miejscu.

- Chris, nie róbmy z tego wielkiej sprawy. - Mama wchodzi za nim do środka, przekraczając próg mojej sypialni z miną, która nadal wyraża rozbawienie. - Eleanor jest już przecież prawie dorosła. Ma prawo spotykać się z chłopcami i spędzać z nimi czas sam na sam. Wiem, że się o nią troszczysz, ale przecież my również przez to przechodziliśmy w jej wieku, czyż nie, kochanie? Ty też zakradałeś się do mojego pokoju, kiedy rodzice wychodzili...

- Serce, wiesz, że zwykle się z tobą zgadzam, jednak nie uważam, żeby Nathaniel Scott był odpowiednim wyborem dla naszej jedynej córki. Oboje jesteśmy przecież świadomi, jakie problemy stwarzają mężczyźni o tym nazwisku, prawda? Nie chciałabyś chyba, żeby twoje dziecko przechodziło przez to samo co ty? Okazałoby się to nieodpowiedzialne z naszej strony, gdybyśmy pozwolili historii się powtórzyć.

Spoglądam pytająco na mamę, marszcząc brwi.

O czym on mówi? Przez co przechodziła mama? Jacy mężczyźni o nazwisku Scott? Ojciec Nathana?

- To nie jest odpowiednie miejsce ani czas na tę rozmowę. - Mama łapie go pod ramię i próbuje odciągnąć w stronę wyjścia z pokoju. - Pozwólmy się dzieciakom spokojnie ubrać i dojść do siebie. Zejdźmy na dół, zrobię nam herbatę i wtedy porozmawiamy o wszystkim spokojnie, jak cywilizowani ludzie.

- Nie będziemy o niczym rozmawiać, Claire - warczy ojciec w odpowiedzi, na co jego żona wyraźnie się wzdryga, zaskoczona agresywną reakcją.

Nigdy wcześniej nie słyszałam, by zwracał się do niej takim tonem, który zazwyczaj rezerwuje wyłącznie dla mnie. Mama zna tylko jego drugą twarz. Tę łagodną, czarującą, pełną ciepła i troski. Tę, którą prezentuje światu, podczas gdy prawdziwa - zimna, brutalna, pozbawiona jakiejkolwiek empatii - ujawnia się dopiero wtedy, gdy nikogo nie ma w pobliżu.

- Eleanor - kontynuuje tyradę - masz trzydzieści sekund, żeby się ubrać. A ty - przesuwa wzrok na Nathana - wypierdalaj z mojego domu. Teraz. I nigdy więcej nie pojawiaj się w pobliżu mojej córki albo zapewniam cię, że bardzo tego pożałujesz. I to nie jest pusta groźba, chłopcze. To obietnica, której zamierzam dotrzymać.

- Christopher, na litość boską! - wykrztusza mama z niedowierzaniem, patrząc na swojego męża, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. - Co się z tobą dzieje? To tylko dzieci. Nic złego się przecież nie stało...

- NIC ZŁEGO? Claire, właśnie przyłapaliśmy naszą córkę praktycznie nagą w sypialni z chłopakiem, który nawiasem mówiąc, ma rozbitą twarz i wygląda, jakby przed chwilą brał udział w ulicznej bójce. A ty mówisz, że NIC ZŁEGO SIĘ NIE STAŁO? Naprawdę? - Wybucha suchym śmiechem. - Wybacz, serce, ale nie zamierzam dłużej tolerować tego, że nasza córka zachowuje się jak jakaś...

- Proszę dokończyć to zdanie - wchodzi mu w słowo Nathan. Robi odważny krok naprzód, a mnie zamarza krew w żyłach. - Śmiało, proszę pana. Jestem niesamowicie ciekaw, co pan chciał właśnie powiedzieć o Eleanor.

Nie, nie, nie.

Ojciec powoli odwraca się całym ciałem w stronę chłopaka, a na jego twarzy maluje się wyraz, który wygląda jednocześnie jak wściekłość, rozbawienie i niepokojąca fascynacja. Unosi lekko kąciki ust, tworząc coś, co może przypominać uśmiech, ale w rzeczywistości jest czymś znacznie bardziej przerażającym.

- No proszę, proszę. Muszę przyznać, zrobiłeś na mnie wrażenie. Odważny jesteś, chłopcze. - Kręci głową, przejeżdżając językiem po wnętrzu policzka. - Albo po prostu niewiarygodnie głupi. Która z tych opcji okaże się prawdziwa? Szczerze mówiąc, skłaniam się ku tej drugiej.

- Nie obchodzi mnie, co sobie pan myśli. Mogę być w pańskich oczach odważny, głupi, bezczelny, arogancki, niewychowany i jakikolwiek inny epitet przyjdzie panu do głowy. - Robi kolejny krok bliżej. - Ale zanim zacznie pan rzucać oskarżeniami w moją stronę, może najpierw zacząłby pan traktować własną córkę z choć odrobiną szacunku? Bo to, co właśnie miało tu miejsce? To nie była normalna interakcja ojca ze swoim dzieckiem.

Trzęsę się na łóżku, nadal zakryta tylko tą różową narzutą, i mam ochotę cofnąć się w czasie, do momentu, gdy Kaiden zaproponował, że zabierze Nathana do swojego mieszkania w Mayfair, a ja powiedziałam, że może wrócić do mnie, bo mama na pewno pomoże mi się nim zaopiekować.

- Stoisz w samych gaciach w sypialni mojej nieletniej córki, w której, jak mniemam, planowałeś uprawiać z nią seks i ośmielasz się mnie pouczać? Naprawdę, chłopcze?

- Za miesiąc będę pełnoletnia!

- Zamknij się, gówniaro!

- Wystarczy! - Ostatni raz słyszałam, żeby mama krzyczała w ten sposób, podczas ich kłótni o wycieczkę do Barcelony. - Wychodzimy! - zarządza, po czym łapie go za ramiona i siłą próbuje wypchnąć z pokoju na korytarz. - Musisz ochłonąć, Christopher. Nie wiem, co w ciebie wstąpiło, ale to, co właśnie robisz, jest nie do przyjęcia. Nie pozwolę ci traktować w ten sposób naszego dziecka ani jej przyjaciela.

Ojciec - zapewne świadomy tego, że nie może sobie pozwolić na całkowite utracenie kontroli w obecności żony - wycofuje się krok po kroku z pomieszczenia. Nie spuszcza wzroku z Nathana, niczym drapieżnik obserwujący potencjalną ofiarę.

- MASZ DOKŁADNIE DWIE MINUTY, SCOTT - oznajmia, wyraźnie akcentując każde słowo. - Sto dwadzieścia sekund na ubranie się i opuszczenie mojego domu. Jeśli za sto dwadzieścia jeden sekund wciąż tutaj będziesz, osobiście ci pomogę.

Po tych słowach wreszcie opuszcza mój pokój.

Mama rzuca nam jeszcze jedno przepraszające spojrzenie, zanim cichutko zamyka za sobą drzwi. Słyszę, jak na korytarzu mówi do męża podniesionym szeptem:

- Christopher, co się właśnie stało? Jak mogłeś tak się zachować? Potraktować tak naszą El i tego Bogu ducha winnego chłopaka, którego znasz od lat? Wiesz przecież, że Nate to dobry dzieciak.

Jego odpowiedź brzmi już o wiele spokojniej - przywdziewa maskę zatroskanego, kochającego ojca:

- Masz rację, serce. Przepraszam. Kompletnie straciłem nad sobą panowanie. To był szok, rozumiesz? Wejść do domu po męczącej podróży i zobaczyć naszą córkę w takiej kompromitującej sytuacji... Po prostu mnie poniosło. Wiem, że przesadziłem...

Ich głosy stopniowo cichną, aż w końcu znikają całkowicie, gdy rodzice schodzą na parter.

- Hej, Ellie. - Nathan siada obok mnie na materacu i obejmuje ramieniem, a ja odruchowo szukam pocieszenia u jego boku. Różowa narzuta, którą do tej pory przyciskałam do piersi, upada na podłogę, podczas gdy wtulam się w niego z całej siły. - Spokojnie, maleńka. Oddychaj. Wszystko jest w porządku.

- Tak strasznie mi przykro, Nate. - Nawet nie wiem dokładnie, kiedy zaczęłam płakać, ale łzy płyną teraz po moich policzkach. - Przepraszam cię za... za niego. Za to, jak się zachował. On... on po prostu się o mnie martwi. - Próbuję jakoś usprawiedliwić zachowanie ojca. - To znaczy... wiem, że to brzmiało okropnie i że on się zachował jak... jak... Ale on po prostu jest nadopiekuńczy i... i przepraszam...

- Ciii, przestań - ucisza mnie, czym skutecznie przerywa chaotyczny monolog. Ujmuje moją twarz w obie dłonie, zmuszając, bym na niego spojrzała. - Nie przepraszaj za swojego starego. To, co się właśnie stało, sposób, w jaki się do ciebie odezwał, to... to nie było normalne, Ellie. On zawsze cię tak traktuje?

- Nie.

- Skarbie...

- Powinieneś już iść. - Ocieram łzy wierzchem dłoni, rozmazując resztki tuszu na policzkach. - Pewnie minęły już dwie minuty. Nie chcę, żeby... coś ci zrobił... Naprawdę nie rozumiem, dlaczego jest do ciebie tak strasznie uprzedzony...

- Ellie, mam gdzieś to, co mi zrobi. Może mi przyjebać, wyrzucić na zbity pysk w samych gaciach, zadzwonić do mojego ojca i naskarżyć jak na niegrzecznego przedszkolaka. Nie obchodzi mnie to. Jedyne, o co się martwię, to czy z TOBĄ będzie wszystko okej?

Nie, Nate. Oczywiście, że nie będzie.

07973 851 205:

jeśli był w Twoim życiu choć jeden moment, w którym cokolwiek dla Ciebie znaczyłem, przyjdź jutro o 10 do oranżerii

możesz na mnie krzyczeć, powiedzieć mi, jak bardzo mnie nienawidzisz, zwyzywać od najgorszych, uderzyć, traktować jak powietrze przez całe spotkanie, kazać mi błagać na kolanach o przebaczenie

możesz zrobić ze mną wszystko, co tylko chcesz, El

tylko błagam, pozwól mi powiedzieć prawdę, bo nie mogę żyć z tym, że myślisz, że kiedykolwiek celowo Cię skrzywdziłem

jeśli nie przyjdziesz, to zrozumiem

ale będę na Ciebie czekał, dopóki nie upłynie wystarczająco dużo czasu, bym miał pewność, że naprawdę się nie pojawisz

i jeśli po tym, jak mnie wysłuchasz, nadal będziesz chciała, żebym zniknął z twojego życia na zawsze i nigdy więcej się do ciebie nie odzywał, to tak zrobię

przeniosę się do innej szkoły, przestanę trenować w Ashbourn, wyjadę z Londynu zamiast iść na Hampton, zrobię wszystko, żebyś nie musiała mnie więcej widzieć, jeśli to jest to, czego naprawdę chcesz

przysięgam, El

na wszystko x

Na wszystko.

Rozdział osiemnasty

Maddox

Chyba jednak coś dla niej znaczyłem.

Inaczej Eleanor nie siedziałaby obok mnie na sofie w naszej oranżerii, ubrana w mój kilka rozmiarów za duży, ciemnobrązowy sweter - ten, który dałem jej jakiś czas temu na imprezie u Zoe, kiedy pijana bardziej niż kiedykolwiek wcześniej trzęsła się z zimna nawet pod puchową kołdrą. Zastanawiam się, czy to przypadek, czy może jakiś sygnał, którego nie potrafię odczytać.

Czy chce mi coś powiedzieć tym gestem? A jeśli tak, to co dokładnie?

Nie patrzy na mnie.

Wpatruje się za to w przeszklone ściany oranżerii, wprost w ogromny ogród skąpany w porannym, jesiennym świetle, i obserwuje moje dobermany ganiające się nawzajem gdzieś w oddali, przy gęstym żywopłocie oddzielającym naszą posiadłość od posesji sąsiadów. Cairo właśnie przewrócił Hadesa na trawnik, obaj tarzają się teraz po wilgotnej od nocnego deszczu trawie i szczekają radośnie.

El bawi się bordową wstążką przewiązaną na końcówce długiego, luźno zaplecionego warkocza, nawijając jedwab na palec wskazujący i rozwijając go z powrotem w powtarzalnym, tak dobrze znanym mi ruchu. W drugiej dłoni trzyma kubek z wizerunkiem Misia Paddingtona ze swoją ulubioną zieloną herbatą z opuncją, którą zaparzyła sobie w kuchni.

Przyglądam się jej teraz ukradkiem, siedząc na przeciwległym końcu sofy w bezpiecznej odległości, którą sama ustaliła, gdy się tutaj usadowiła. Próbuję odczytać cokolwiek z wyrazu jej twarzy, lecz nie potrafię określić, w jakim jest nastroju. Wydaje się niepokojąco spokojna, wręcz nienaturalnie opanowana, jakby starannie schowała gdzieś głęboko każdą emocję, bym nie miał najmniejszej szansy ich dosięgnąć.

Odkąd przyjechała tu dwadzieścia minut temu, nie odezwała się do mnie ani jednym słowem. Zaparkowała krzywo przed domem, zupełnie nie zwracając uwagi, gdzie staje - jedno koło na trawniku, drugie na podjeździe - po czym nawet nie spojrzała w moją stronę, gdy stałem jak idiota w otwartych drzwiach wejściowych, obserwując ją z bijącym jak oszalałe sercem. Uklękła za to przy Cairo i Hadesie, którzy dosadnie dali jej znać, jak bardzo za nią tęsknili, a potem zrobiła sobie herbatę i zasiadła w oranżerii.

- El... - próbuję przerwać tę niekomfortową ciszę, niepewny, od czego powinienem zacząć wyjaśnienia.

Eleanor odwraca głowę w moją stronę, a wyraz jej twarzy zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Odstawia kubek na niski stolik przed sofą, a następnie, patrząc mi prosto w oczy swoim przeszywającym spojrzeniem, wyrzuca z siebie wszystko, co od lipca leżało jej na sercu.

- Próbowałam cię znienawidzić, Maddox. Naprawdę próbowałam. Pragnęłam tego bardziej niż czegokolwiek innego, bo nienawiść do ciebie wydawała się jedynym wyjściem, by móc żyć dalej i zupełnie nie zwariować. Całymi nocami fantazjowałam o tym, jak by to było, gdybym potrafiła przestać o tobie myśleć, wyrzucić cię ze swojej głowy, z serca, z duszy. Pragnęłam obudzić się pewnego ranka i odkryć, że dźwięk twojego imienia już mnie nie boli. Że już nie tęsknię za tobą do tego stopnia, że myśl o tobie odbiera mi oddech, a nasze wspomnienia to tylko martwe obrazy z przeszłości, którą pochowałam gdzieś głęboko i nigdy więcej nie odkopię. - Bierze płytki oddech. - Przez te wszystkie miesiące nieustannie zadawałam sobie te same pytania, aż czasami miałam wrażenie, że popadam w obłęd. Czym zasłużyłam na to, żebyś chciał mnie tak niewyobrażalnie skrzywdzić? W którym momencie zawiodłam cię tak bardzo, że uznałeś, iż zasługuję na coś takiego? Przeszukiwałam każdy zakamarek pamięci, każdą chwilę, którą spędziliśmy razem od dzieciństwa po tamten lipiec. Starałam się odnaleźć ten jeden moment, tę jedną sytuację, w której zrobiłam coś tak niewybaczalnego, że postanowiłeś ukarać mnie w ten obrzydliwy, poniżający sposób.

Kurwa.

To tak czuła się przez cały ten czas? Cierpiała tak samo mocno jak ja, a może nawet mocniej?

- Eleanor, to nigdy...

- Nie przerywaj mi, Maddox. - Unosi rękę. - Nie masz pojęcia, ile kosztowało mnie przyjechanie tutaj. Więc teraz milcz i słuchaj, co ja mam do powiedzenia. A kiedy skończę, będziesz mógł powiedzieć, co o tym sądzisz. Ale najpierw... najpierw ja muszę to z siebie wyrzucić, zanim stracę odwagę, którą zbierałam w sobie przez kilka miesięcy.

Posłusznie zamykam usta i zagryzam wewnętrzną stronę policzka tak mocno, że czuję metaliczny smak krwi na języku. Siedzę z dłońmi zaciśniętymi w pięści na udach, starając się nie patrzeć na łzy wiszące na rzęsach El, bo jeśli zobaczę, jak spadają, nie wytrzymam. Rzucę się do niej przez tę cholerną sofę, przyciągnę ją do siebie, będę błagał o przebaczenie, przysięgał na wszystko, co święte, że nigdy jej nie zdradziłem, że jedyne, co do niej czuję, odkąd pamiętam, to miłość.

Ale poprosiła, żebym jej wysłuchał.

Więc słucham.

- Do wczoraj byłam stuprocentowo przekonana, że wykorzystałeś moje ciało, zaufanie, uczucia, które do ciebie żywiłam. Myślałam, że zaplanowałeś to wszystko od początku, od dnia, kiedy pocałowałeś mnie po raz pierwszy. Zwątpiłam w każde słowo, jakie kiedykolwiek opuściło twoje usta, każdą obietnicę, która stała się tylko nic nieznaczącym kłamstwem.

Uczucia. Eleanor coś do mnie czuje. A może raczej... czuła?

- Chciałam z tobą wspólnego życia. - Po tych słowach twardość z jej głosu znika bez śladu, zastąpiona przytłaczającymi ją emocjami. - Nie tylko tych skradzionych, ukrytych przed całym światem chwil w ciemności, gdy zasłanialiśmy zasłony i zamykaliśmy drzwi na klucz, żeby nikt nas nie przyłapał, pocałunków wymienianych wtedy, kiedy nikt nie patrzył, trzymania się za ręce pod stołem podczas rodzinnych obiadów. Chciałam budować z tobą wspomnienia, do których moglibyśmy wrócić na starość. Marzeń o przyszłości, które będziemy realizować razem. Planów na studia, na to, gdzie zamieszkamy po skończeniu Kingswood. Myślałam, że... - Przerywa, kręcąc głową, jakby dopiero teraz, wypowiadając to na głos, zdała sobie sprawę z absurdu własnych nadziei. - Myślałam, że byłeś moją... Moim... - Spuszcza wzrok na swoje dłonie, teraz zaciśnięte kurczowo na krawędzi swetra, a pojedyncza łza spływa po jej policzku. - Moim najlepszym przyjacielem - wyszeptuje cichutko, lecz coś podpowiada mi, że to wcale nie jest określenie, którego naprawdę chciała użyć.

Wyczuwam to w sposobie, w jaki się zatrzymała - w krótkiej pauzie tuż przed wypowiedzeniem tych dwóch bezpiecznych słów. W tym, jak jej głos lekko zadygotał na samej końcówce zdania, zdradzając emocje, które próbuje ukryć, tym, jak odwróciła wzrok, chociaż przez cały ten monolog patrzyła mi prosto w oczy z taką intensywnością, że czułem się, jakby próbowała wypalić dziurę w mojej twarzy.

W tym, jak mówiła o wspólnym życiu.

O przyszłości.

O obietnicach.

Nikt nie mówi tak o najlepszym przyjacielu.

Nikt nie fantazjuje o wspólnym życiu z najlepszym przyjacielem w taki sposób, w jaki El właśnie opisała.

Nikt nie czuje takiego bólu po stracie najlepszego przyjaciela.

Przyjaźń boli, kiedy się kończy.

Wiem o tym z pierwszej ręki - straciłem Nathana, człowieka, z którym dzieliłem niemal każdy ważny moment mojego życia. I bolało. Kurwa, jak bolało.

Ale nie tak.

To nie jest ból po utracie przyjaciela.

To jest ból po utracie drugiej połowy swojej duszy.

Postanawiam więc tymczasowo zignorować całą resztę wyznania El - chociaż jej monolog tylko potwierdził to, co Nathan wyrzucił mi prosto w twarz na balu - i zamiast tego uczepić się kurczowo tej jednej rzeczy, która ma w tej chwili największe znaczenie.

Czy Eleanor kiedykolwiek mnie kochała.

Czy kocha mnie nadal.

I czy jest jeszcze jakakolwiek, nawet najmniejsza szansa, że mogę ją odzyskać.

- Twoim najlepszym przyjacielem? - wyrzucam to pytanie, zanim zdążę przemyśleć, czy to dobry pomysł. - Tylko tym dla ciebie byłem, El?

Mruga szybko, patrząc na mnie z wyraźnym zaskoczeniem wypisanym na twarzy, jakby kompletnie nie spodziewała się, że zwrócę uwagę akurat na tę konkretną część jej wypowiedzi. Ewidentnie zbita z tropu moją reakcją, milczy przez długą chwilę - otwiera usta, zamyka je z powrotem, znowu otwiera.

- Co? - wydusza w końcu.

- Zapytałem... - Przysuwam się do niej powoli, obserwując uważnie każdą jej reakcję, gotowy się zatrzymać, jeśli tylko dostrzegę choćby cień lęku w oczach. - Czy byłem dla ciebie jedynie najlepszym przyjacielem.

Skracam coraz bardziej dystans, który przez te niekończące się miesiące rozrósł się między nami do rozmiarów niemożliwej do przekroczenia przepaści. Kiedy milczy, wyciągam prawą dłoń i układam ją tuż obok jej, spoczywającej teraz bezwładnie na sofie, lecz jeszcze nie dotykam. Pozwalam naszym skórom znaleźć się tak blisko siebie, że czuję chłód bijący od ciała Eleanor, dostrzegam lekkie drgnięcia jej palców, jak gdyby walczyła z odruchem, by choćby musnąć mnie opuszką.

- Odpowiedz mi szczerze, El - proszę błagalnym tonem, który pewnie brzmi żałośnie, ale w tym momencie mam to gdzieś. Mam gdzieś godność, dumę. Jedyne, co się liczy, to usłyszenie prawdy spomiędzy jej warg, które drżą wyraźnie, co próbuje powstrzymać, przygryzając dolną. - Czy kiedy mnie całowałaś tak, że żadne z nas nie mogło złapać tchu i musieliśmy się od siebie oderwać tylko dlatego, że płuca domagały się tlenu, a potem zasypiałaś wtulona we mnie całym ciałem, mówiąc, że tylko w moich ramionach czujesz się bezpieczna... to była tylko przyjacielska bliskość?

Odwracam dłoń leżącą obok niej tak, że wewnętrzna część jest skierowana do góry. Eleanor dotyka jej opuszką swojego małego palca. Ledwie to czuję, jednak w tej chwili znaczy to dla mnie wszystko.

Ten jeden maleńki gest daje mi odwagę, żeby kontynuować.

- Czy kiedy patrzyłaś na mnie tymi pięknymi oczami i szeptałaś, że chcesz, bym był twoim jedynym, błagałaś, żebym nigdy nie odchodził, żebym został z tobą bez względu na wszystko... To były tylko przyjacielskie prośby? Słowa wypowiedziane w emocjach, które nic dla ciebie nie znaczyły?

El przygryza dolną wargę na tyle mocno, że widzę, jak skóra blednie pod naciskiem. Boję się, że za moment tkanka pęknie i poleci z niej krew, na co pod żadnym pozorem nie mogę pozwolić. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, układam kciuk na wardze dziewczyny, po czym uwalniam ją spomiędzy zaciśniętych zębów.

Jako że nie zostaję odtrącony, biorę to jako pozwolenie, by iść o krok dalej.

Obejmuję całą dłonią jej piegowaty, zalany rumieńcem policzek.

Mam wrażenie, że przez kilka sekund Eleanor nawet nie oddycha. A potem przechyla odrobinę głowę i wtula policzek w moją dłoń.

Szuka ciepła.

Szuka pocieszenia.

Szuka mnie.

- Czy kiedy się kochaliśmy... - Mój głos drży teraz równie mocno jak jej przyspieszony oddech, który czuję na twarzy. - Byłem dla ciebie tylko tym? Tylko twoim najlepszym przyjacielem, z którym uprawiałaś niezobowiązujący seks, bo chciałaś pozbyć się dziewictwa z kimś, komu ufasz?

- Maddox... - W swoim imieniu słyszę teraz setki sprzecznych emocji: błaganie, żebym przestał zadawać te pytania, niemożliwą do ukrycia tęsknotę, strach przed tym, co może się wydarzyć, jeśli się przede mną otworzy.

To nie jest odpowiedź, którą muszę usłyszeć, żeby móc dalej żyć.

- Powiedz mi wreszcie całą prawdę, El - naciskam uparcie, nie odrywając od niej wzroku ani na ułamek sekundy. - Proszę. Powiedz mi, że byłem tylko twoim błędem. Jedną nocą, której do tej pory żałujesz. Chwilą słabości, do której nigdy więcej nie chcesz wracać. - Zaczynam kreślić kciukiem małe kółka na jej policzku, tuż pod okiem. - Że wszystko, co myślałem, że nas łączy, działo się tylko w mojej głowie. - Muskam leciutko nosem jej. - Spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że nigdy mnie nie kochałaś.

Eleanor przymyka powieki, a spod jej gęstych rzęs wymyka się coraz więcej łez. Jedna z nich spływa prosto na mój kciuk, którym wciąż pieszczę skórę dziewczyny.

- Nie... - wydobywa z siebie ledwo słyszalny szept.

Moje serce przyspiesza tak gwałtownie, że czuję je w każdym milimetrze ciała, jak gdyby ktoś przyłożył do niego defibrylator i uruchomił je ponownie po miesiącach bycia martwym, tylko po to, żeby zaraz potem znowu je zatrzymać.

Nie. Kurwa, nie. To nie może oznaczać tego, co myślę.

To nie może być moment, w którym Eleanor powie mi, że nigdy nic do mnie nie czuła. Że to koniec, straciliśmy naszą szansę, jest już za późno, by cokolwiek naprawić.

- Nie? - Panika przebija się przez każdą literę tego krótkiego słowa. - Co masz na myśli, mówiąc "nie", El?

- N-nie powiem t-tego...

- Dlaczego nie możesz mi powiedzieć? Co cię powstrzymuje?

- Bo to... t-to... - jąka się rozpaczliwie, a jej oddech staje się coraz płytszy. Kurczowo chwyta moją koszulkę i z całej siły zaciska palce na czarnym materiale. - T-to b-byłoby... k-kłamstwem...

Kłamstwem.

Jeśli powiedzenie, że mnie nie kocha, byłoby kłamstwem, to znaczy, że...

Nie, nie mogę jeszcze pozwolić sobie na nadzieję.

- Co dokładnie byłoby kłamstwem? - pytam ciszej, przesuwając się tak blisko, że teraz naprawdę już nie ma między nami żadnej przestrzeni. - Powiedz mi. Proszę. Potrzebuję wiedzieć, co czujesz, bo przez te wszystkie miesiące żyłem w przekonaniu, że mnie nienawidzisz.

- To... t-to... Że... j-ja... c-cię...

- No dalej, kochanie. - Dotykam swoimi ustami jej dolnej wargi. Delikatnie, prawie niewyczuwalnie, jakbym błagał ją, by pozwoliła mi się pocałować. - Powiedz mi prawdę.

- Kocham cię, Maddox.

Głos, którym Eleanor wypowiada te trzy słowa, o których marzyłem latami, jest tak miękki i przepełniony szczerością, że dosłownie czuję, jakby ponownie wyrwała mi serce z piersi gołymi dłońmi i zamiast zmiażdżyć je do reszty, tak jak się tego spodziewałem, zaczęła składać z powrotem.

Tkanka po tkance.

Żyła po żyle.

Każdy fragment, który rozpadł się, gdy odeszła ode mnie w lipcu, teraz powraca na swoje miejsce.

Moje ciało całkowicie odłącza się od umysłu, niezdolne do jakiejkolwiek reakcji na to wyznanie. Przez długi moment po prostu wpatruję się w El. W jej oczy, teraz wręcz niemożliwie jasne, a jednocześnie zaczerwienione od łez, rumieńce płonące na policzkach, lekko rozwarte usta, którymi właśnie wypowiedziała moje imię z najpiękniejszym wyznaniem, jakie kiedykolwiek mogłem usłyszeć. I jeśli to wszystko nie jest wymysłem złamanego serca, które błagało o cokolwiek, co pozwoli mu przetrwać jeszcze jeden dzień... To ja muszę usłyszeć to jeszcze raz.

A potem znowu.

I znowu, i znowu, i znowu.

Do końca mojego życia chcę słyszeć tylko te słowa.

Kocham. Cię. Maddox.

- Powiedz to jeszcze raz - proszę szeptem, bardziej przypominającym bezwstydne błaganie niż jakiekolwiek żądanie. Ciągle ścieram kciukami łzy z jej policzków, choć sam jestem na granicy płaczu. Mięsień pod okiem drży mi coraz bardziej, a gardło zaciska się boleśnie. - I przysięgnij, El. Przysięgnij na wszystko, że naprawdę to czujesz.

- Kocham cię. Przysięgam na wszystko, Mads.

Nie potrafię powstrzymywać się ani sekundy dłużej.

Chwytam ją obiema rękoma za wąską talię i przyciągam do siebie tak blisko, że prawie siedzi mi na kolanach. Prawdopodobnie trzymam ją za mocno, ale nie potrafię się powstrzymać. Właśnie spełnia się coś, co jeszcze godzinę temu, kiedy siedziałem sam w tej oranżerii, patrząc na zegarek co dwie minuty, czekając, nie wiedząc, czy w ogóle przyjedzie, wydawało się kompletnie nieosiągalne.

- Nie masz pojęcia, jak cholernie długo czekałem, żeby to usłyszeć. Jak bardzo potrzebowałem tego jednego zdania. I jak bardzo się bałem, że nigdy go nie wypowiesz.

- A ty...? - wyszeptuje niepewnie, łapiąc moją twarz w dłonie. - Ty... ty też mnie kochasz...?

- Kocham cię bardziej niż własne życie, El.

- Mads...

Och, jak kurewsko za tym tęskniłem.

Nawet nie rejestruję momentu, w którym usta Eleanor lądują na moich - nie wiem, które z nas przekroczyło tę ostatnią, mikroskopijną granicę.

Z początku całuje mnie nieśmiało, niemal niewinnie, jakby wciąż nie była do końca pewna, czy może sobie na to pozwolić. Wystarcza jednak, że pogłębiam pocałunek, rozkoszując się utęsknionym smakiem waniliowego błyszczyka oraz czymś, co jest po prostu nią, a ona wydaje z siebie ciche westchnienie i całkowicie się temu poddaje. Jej miękkie, pełne wargi poruszają się teraz w idealnie zsynchronizowanym rytmie z moimi - zachłannie, a jednocześnie z tą charakterystyczną dla niej delikatnością, która zawsze rozkładała mnie na czynniki pierwsze.

Wciągam Eleanor na swoje kolana, gdyż nie mogę znieść nawet tej minimalnej odległości, która wciąż nas dzieli.

Potrzebuję mieć ją jak najbliżej.

Siada okrakiem na moich udach i układa dłonie na ramionach, nawet na sekundę nie rozdzielając naszych spragnionych siebie nawzajem warg.

Nie jestem w stanie przeoczyć tego, jaka jest lekka.

Znacznie lżejsza niż wtedy, gdy ostatni raz trzymałem ją w ten sposób.

Nie mam jednak czasu dłużej się nad tym zastanawiać, ponieważ w tej samej chwili dotyka mojego karku, a mnie zalewa ulga, której nie jestem w stanie opisać. Chłodne palce łagodnie suną po najbardziej wrażliwym miejscu ciała, a ja czuję się... bezpieczny. Odkąd pamiętam, to właśnie jej dotyk miał niewytłumaczalną moc odciągania mnie od wszystkich traum, a każda sekunda z nią leczyła mnie bardziej niż dziesiątki godzin sesji terapeutycznych czy kolejne opakowania Prozacu przepisywane mi przez psychiatrów na przestrzeni lat.

- Kocham cię... - Usta Eleanor nadal szukają moich, a mimo to, między oddechami i muśnięciami, jej cichutki głos wślizguje się w przestrzeń między nami. - Kocham cię, Maddox... Boże, tak bardzo... Cię kocham...

- Powiedz mi, kochanie. - Przytulam ją do siebie jeszcze mocniej i ukrywam twarz w zagłębieniu pomiędzy jej szyją a obojczykiem. - Powiedz mi, co stało się czwartego lipca.

- Za moment - dyszy ciężko, wplątując palce w moje włosy. - Daj mi jeszcze tylko moment, Mads... - Znów łączy nasze usta.

Jak mógłbym jej odmówić?

Nie mogę.

Więc po prostu całuję ją znowu.

Głębiej.

Wolniej.

Pozwalam, żeby ten moment trwał tak długo, jak Eleanor potrzebuje.

Mamy czas.

Już jej nie stracę.

Nigdy więcej.

Wspomnienia Maddoxa

Serce tłukło mi się w klatce piersiowej jak opętane.

Świadomość tego, że za kilka minut miałem powiedzieć El o uczuciach, którymi darzyłem ją od lat, oraz zapytać, czy zechce uczynić mi ten zaszczyt i zostać moją dziewczyną, sprawiała, że dłonie pociły mi się obficie na kierownicy, a noga - na szczęście ta, którą nie operowałem pedałami - podrygiwała, uderzając rytmicznie podeszwą buta o gumowy dywanik. Nieważne, jak bardzo próbowałem sobie racjonalnie przetłumaczyć, że to przecież "tylko" Eleanor, moja El, najbliższa mi osoba, która nie tylko zna mnie jak nikt inny na tym świecie, ale również widziała w najgorszych momentach mojego życia i nigdy nie osądziła, denerwowałem się coraz bardziej.

Zaparkowałem Porsche przed jej domem na Notting Hill i zamiast dać sobie choćby krótką chwilę na zebranie myśli, chwyciłem za ogromny bukiet jej ulubionych, niemal bordowych piwonii leżący na siedzeniu pasażera - miał być gotowy na dwunastą, lecz gdy pojechałem po niego o czwartej trzydzieści florystka dopiero go zaczynała, przez co pojawiłem się u El później, niż zamierzałem. Zatrzasnąłem za sobą drzwi samochodu, po czym setny raz wsunąłem wolną dłoń do kieszeni materiałowych spodni, by upewnić się, że promise ring nadal spoczywa tam bezpiecznie w jasnoniebieskim pudełeczku.

Jest. Wszystko jest gotowe.

Ja byłem gotowy.

Chyba.

Chciałem zrobić El niespodziankę, więc zamiast wpisać kod do furtki, jak zwykle to robiłem, skorzystałem z zapasowego kompletu kluczy, który dostałem kilka lat temu od cioci Claire tak "na wszelki wypadek". Przed drzwiami wejściowymi wziąłem jeszcze jeden, głęboki wdech, lecz nie pomógł mi on się ani trochę uspokoić, a następnie najciszej, jak potrafiłem, wsunąłem klucz do zamka.

Wtedy zorientowałem się, że drzwi były otwarte.

Wywołało to we mnie pewnego rodzaju niepokój, ponieważ Eleanor zawsze pilnowała tego, by pozostawały zamknięte, zwłaszcza kiedy siedziała sama w domu. Wiedziałem, że tamtego późnego popołudnia jej rodzice pracowali do wieczora, przez co nie mogli pojawić się na corocznej już imprezie z okazji Czwartego Lipca organizowanej przez mojego tatę w naszym ogrodzie w Richmond.

Może zamówiła sobie coś do jedzenia i po prostu zapomniała ich zamknąć za dostawcą?, próbowałem wytłumaczyć to sobie w racjonalny sposób. Pewnie była rozkojarzona przygotowaniami na wieczór i po prostu jej to umknęło.

Powoli otworzyłem ciężkie, czarne skrzydło i na palcach, bezszelestnie niczym duch, wszedłem do środka. W domu panowała względna cisza, jednak słyszałem stłumiony głos El dochodzący gdzieś z wnętrza, co oznaczało, że albo jednak nie była sama, albo rozmawiała z kimś przez telefon.

- Nie planuję z nim rozmawiać - oznajmiła do drugiej osoby, tonem niepokojąco wypranym z emocji, wręcz nienaturalnym.

Zatrzymałem się w pół kroku.

Z kim nie planuje rozmawiać? Pokłóciła się z kimś? Ktoś ją zranił?

Podszedłem bliżej salonu, skąd domyśliłem się, że dochodził jej głos, i zauważyłem Eleanor siedzącą na kanapie. Była odwrócona do mnie tyłem, całkowicie nieświadoma mojej obecności, zwrócona twarzą w stronę przeszklonych drzwi tarasowych, zasłoniętych grubymi zasłonami. Wiedziałem, że nie powinienem stać i podsłuchiwać tej rozmowy, lecz nie chciałem przerywać jej w trakcie.

Poczekam, aż skończy. Minutkę, może dwie.

- Słucham? - Z głośnika telefonu wydobyło się pełne niedowierzania parsknięcie Zoe. Najwidoczniej to z nią El właśnie rozmawiała przez FaceTime lub miała ją na głośniku, bo słyszałem ją bardzo wyraźnie. - Czekaj... Kurwa, Els, co ty właśnie powiedziałaś? Powtórz, bo chyba się przesłyszałam.

- Słyszałaś dokładnie, co powiedziałam, Zoe. Nie planuję rozmawiać z Maddoxem. - W jej głosie wybrzmiewała ta zawzięta stanowczość, z którą czasem odrzucała moje pomysły, kiedy próbowałem ją rozśmieszyć lub podnieść na duchu w zły dzień. Kilkadziesiąt godzin wcześniej tym samym głosem szeptała mi do ucha, jak wiele dla niej znaczyłem. - Ani dzisiaj, ani jutro, ani kiedykolwiek w najbliższej przyszłości. Może nigdy...

Moje serce, które jeszcze chwilę temu waliło ze stresu i przytłaczającej ekscytacji, że za moment moja ukochana wreszcie stanie się faktycznie moja, a ja stanę się jej, zamarło całkowicie w klatce piersiowej.

El... mówi o mnie? Nie zamierza ze mną rozmawiać?

Co się, kurwa, dzieje?

- Dobra, zaczekaj, Els. - Williams weszła jej stanowczo w zdanie. - Weź głęboki oddech i wyjaśnij mi na spokojnie, co się właściwie stało? Bo jeszcze wczoraj wieczorem byłaś taka szczęśliwa, chciałaś powiedzieć mu...

Co? Co chciała mi powiedzieć?

- Nic się nie stało - zaprzeczyła zaskakująco obojętnie Eleanor, zanim dodała odrobinę ostrzejszym tonem: - Po prostu... dziś rano zrozumiałam coś, co powinnam dostrzec już bardzo dawno temu.

- Tak? I co takiego niby zrozumiałaś, kochanie?

- Zrozumiałam, że z mojej strony to nigdy nie była prawdziwa miłość.

Nie. Błagam, nie. Ona nie mówi poważnie, prawda?

- To było tylko p-przywiązanie... - Jej głos zaczął wyraźnie drżeć, a prawa dłoń powędrowała do kosmyka jasnych włosów, który zaczęła okręcać sobie wokół palca wskazującego. - S-silne przywiązanie. Może nawet... nawet podchodzące pod niezdrową o-obsesję.

- Els, co ty...

- Kiedy znasz się z kimś t-tak długo, łatwo jest pomylić jedno z drugim. Stabilność z prawdziwym uczuciem. Przyzwyczajenie z miłością. Wygodę i bezpieczeństwo z głęboką więzią. I n-nagle dochodzisz do punktu w s-swoim życiu, w którym zaczynasz wierzyć, że to c-coś więcej. Że jesteś zakochana, a on j-jest miłością twojego życia, bo jego o-obecność to jedyna stała rzecz, jaką masz. Ale t-to tylko twój umysł ci to p-podpowiada. T-to... to wszystko zwykłe k-kłamstwo.

Przed oczami pojawiła mi się znajoma, czerwona poświata, którą widziałem za każdym razem, gdy napięcie rozsadzało mi czaszkę od środka. Całe życie rozpadało się dosłownie pod moim nosem, a ja byłem tak sparaliżowany, że nie mogłem się nawet ruszyć. To, co czułem w tamtej chwili, dało się porównać do powolnego rozszarpywania wnętrzności.

To ona.

Czwartego lipca to moja miłość chwyciła mnie za serce obiema dłońmi i wyrwała mi je z klatki piersiowej, po czym bez wahania wbiła w to puste miejsce ostry nóż i kręciła nim tak długo, aż z resztek po najważniejszym organie nie pozostało już nic.

Tylko czarna otchłań.

Następną rzeczą, jaką pamiętałem, było siedzenie z powrotem w aucie. Nie miałem już ze sobą bukietu ciemnoczerwonych piwonii, a pierścionek ciążył mi w kieszeni niczym kilkutonowy głaz. Tamtego dnia, płacząc niczym bezradne dziecko, siedziałem pod domem Eleanor Vivienne Adwin, odtwarzając w głowie tylko to jedno przeklęte zdanie:

Z mojej strony to nigdy nie była prawdziwa miłość.

Rozdział dziewiętnasty

Mads

Nie potrafię uspokoić El.

Zaciskam ramiona wokół jej drobnego ciała, które od piętnastu minut całe drży, szarpane zdającymi się nie mieć końca falami rozdzierającego szlochu, i przyciskam do swojej piersi, cały czas szepcząc dziewczynie do ucha słowa, którymi pragnę ją ukoić.

Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ktokolwiek płakał w ten sposób.

To nie jest zwykłe łkanie, jakim czasem reagowała na smutne filmy lub sceny w książkach, ani nawet histeria, w którą wpadła po tym, jak odszedł Vesper, nasz poprzedni doberman. Co kilka sekund próbuje nieudolnie złapać powietrze, jakby tonęła i starała się napełnić płuca tlenem, zanim znów pójdzie na dno. Zaciska dłonie na długim rękawie mojej bluzki, a każdy świst wydobywający się z jej gardła sprawia, że tulę ją jeszcze mocniej, chociaż odnoszę wrażenie, że to wcale nie pomaga. Nic, co zrobię, nie będzie w stanie zatrzymać tego, co dzieje się we wnętrzu El.

Przysięgam na wszystko, co mam, że nigdy w życiu nie czułem się aż tak kurewsko bezradny jak teraz. Nie wiem, czy powinienem mówić, czy milczeć. Głaskać ją po włosach czy lepiej nie. Kołysać czy trwać w bezruchu.

Każda opcja wydaje się niewystarczająca.

Jeszcze chwilę temu całowaliśmy się na tej sofie, wyznając sobie miłość słowami, które powinny paść między nami już lata temu, ale z jakiegoś powodu dopiero dziś wybrzmiały głośno. Oboje jak najbardziej odciągaliśmy w czasie moment, gdy musieliśmy się od siebie odsunąć i porozmawiać o tym, co tak naprawdę wydarzyło się czwartego lipca oraz w tygodniach, które po nim nastąpiły. Każde z nas miało własną wersję tej samej historii, tak kurewsko różniącą się od siebie, że trudno było uwierzyć, iż w ogóle mówimy o tych samych wydarzeniach. Aktualnie sam nie mogę dojść do siebie - najchętniej dałbym upust negatywnym emocjom, które buzują we mnie od momentu, gdy Eleanor skończyła mówić, a zaczęła płakać - lecz teraz najważniejsze jest poprawienie samopoczucia dziewczyny na moich kolanach.

Wszystko inne może poczekać.

Nie jestem w stanie pojąć, jak Scarlett mogła posunąć się tak daleko i zniszczyć relację moją i El w jeden pieprzony dzień.

Kilka godzin.

To nie było spontaniczne.

To nie był impuls, chwila słabości, jakiś niepojęty wybuch zazdrości, który w ferworze emocji prowadzi do zrobienia czegoś głupiego. To perfekcyjnie zaplanowana, przemyślana do ostatniego detalu manipulacja, godna prawdziwego socjopaty. I teraz, kiedy poznałem też perspektywę El, wszystko w końcu układa się w spójną całość.

Pamiętam wieczór trzeciego lipca cholernie wyraźnie, jakby to było wczoraj, a nie kilka miesięcy temu.

Na imprezie u Jake'a, dzień po tym, jak kochaliśmy się po raz pierwszy, czułem się do cna rozwalony emocjonalnie - w najlepszym możliwym tego słowa znaczeniu. Miałem wrażenie, że nie chodzę, tylko unoszę się kilka centymetrów nad ziemią, a wszystko wokół mnie nabrało żywszych, bardziej intensywnych kolorów, bo wiedziałem, że El za niecałe dwadzieścia cztery godziny zostanie moją dziewczyną. Potrzebowałem wtedy z kimś pogadać, wyrzucić z siebie to, co dosłownie rozsadzało mi klatkę piersiową. Zaciągnąłem Michaela do jednego z pokoi na piętrze i opowiedziałem mu wszystko, bez żadnych filtrów ani cenzury, a kiedy wychodziliśmy z pokoju, zaczepiła nas Scarlett.

Dziś wiem, że to była właśnie ta chwila. Ten jeden, cholernie niepozorny moment, na który nie zwróciłem wtedy większej uwagi, a w którym wszystko zaczęło się sypać, jeszcze zanim zdążyłem się zorientować, że coś jest nie tak. Scarlett stała wtedy pod drzwiami i słyszała każde słowo, które powiedziałem Michaelowi.

Każdy szczegół naszego pierwszego razu z Eleanor.

Każdą intymną tajemnicę.

Każdy plan na najbliższą przyszłość.

Wszystko, co mogła później użyć przeciwko mnie.

Przeciwko El.

Przeciwko nam.

Następnego dnia pojechała do niej z wyuczonym do perfekcji scenariuszem, zaprojektowanym tak, by trafić prosto w jej największe lęki, które znała najlepiej z nas wszystkich - El zwierzała się Scarlett z rzeczy, o których nie mówiła nawet mnie, Zoe czy Phoebe, nie spodziewając się, że kiedykolwiek staną się amunicją. Sinclair wcisnęła jej całą litanię chorych, wyssanych z palca bzdur, tak absurdalnych, że gdybym usłyszał je w innej sytuacji, być może bym się zaśmiał. I szczerze mówiąc, nie dziwię się ani trochę, że po tym, co Eleanor usłyszała, nie chciała mieć ze mną absolutnie nic wspólnego, ponieważ ja na jej miejscu też bym nie chciał.

Gdybym tylko po usłyszeniu jej rozmowy z Zoe miał odwagę do niej podejść, zamiast uciec i pozwolić emocjom całkowicie mnie przytłoczyć, nigdy nie doszłoby do tego, że Scarlett namieszała między nami jeszcze bardziej na imprezie z okazji Czwartego Lipca, korzystając z mojego stanu i promili alkoholu we krwi. Po tym jak siedziała ze mną przez kilka godzin, manipulując również mną, miała czelność zostać w moim pokoju, gdy zasnąłem pijany, i odrzucić trzy połączenia od El - bo mimo wszystkiego, czego się dowiedziała, oraz swojego złamanego serca, w głębi duszy wierzyła, że nie zrobiłbym jej czegoś takiego. Potem Sinclair napisała do niej wiadomość, podszywając się pode mnie, a na koniec usunęła wszystkie ślady swoich działań i zasnęła w moim łóżku.

Zdecydowanie potrzebuję bardziej kreatywnego kodu do telefonu niż dwudziesty drugi listopada.

Zajęło mi trzy dni, by wziąć się w garść i napisać do Eleanor - trzy dni, które spędziłem w swoim pokoju w Richmond, na przemian leżąc z twarzą w poduszce i chodząc po domu jak duch, niezdolny do jedzenia, rozmowy, do czegokolwiek poza odtwarzaniem w głowie każdej sekundy, którą z nią spędziłem, próbując zrozumieć, co poszło nie tak.

Ale po trzech dniach było już za późno.

Ona myślała, że nasza noc stanowiła dla mnie tylko część obrzydliwej gry, w której nigdy nawet nie przeszłoby mi przez myśl wziąć udział oraz że okłamałem ją co do swojego prawictwa. Wszystko to miał potwierdzić fakt, iż nie przyjechałem do niej czwartego lipca - chociaż byłem tam, kurwa, byłem - a w dodatku nie odebrałem jej połączeń i wysłałem wiadomość, by do mnie nie dzwoniła. Półtora miesiąca później związałem się ze Scarlett, ponieważ czułem się załamany po stracie Eleanor i szukałem czegokolwiek, co mogłoby chociaż w jednej milionowej procenta wypełnić po niej pustkę. Ja myślałem, że El nigdy tak naprawdę mnie nie kochała. W mojej wersji wydarzeń pozostawałem dla niej tylko błędem, najlepszym przyjacielem, z którym raz przekroczyła granicę i tego pożałowała. Zniknęła z mojego życia bez żadnego powodu oraz ignorowała tygodniami, gdyż nic dla niej nie znaczyłem.

Dwie wersje tej samej historii.

Dwa lustra ustawione naprzeciwko siebie, odbijające to samo kłamstwo w nieskończoność, aż prawda zanikła gdzieś pomiędzy nimi, pogrzebana pod warstwami sfabrykowanych dowodów i starannie wykreowanej manipulacji.

Nie rozumiem dlaczego.

Dlaczego Scarlett, która była naszą przyjaciółką od tylu lat, z premedytacją zrobiła nam coś tak okrutnego. Dokładnie wiedziała o tym, co do siebie czujemy - cholera, kibicowała nam, mówiła, że jesteśmy dla siebie stworzeni - po czym postanowiła to po prostu zniszczyć i odebrać nam najpiękniejszą rzecz, jaką mieliśmy.

Naszą miłość.

Z rozmyślań wyrywa mnie kolejny szloch Eleanor.

Poprawiam ją na swoich kolanach i podciągam wyżej, tak by oparła głowę w zagłębieniu mojej szyi. Wtula twarz w skórę, a ja czuję wilgoć jej łez, które spływają mi po gardle i znikają gdzieś pod kołnierzykiem bluzki.

- Ciii, kochanie - szepczę z czułością, a jednocześnie muskam ustami jej włosy. Zamykam oczy, sam próbując się uspokoić, po czym wtulam twarz w jasne kosmyki i kołyszę ją delikatnie w ramionach. - Już po wszystkim. Już jesteś ze mną, El.

W odpowiedzi nie dostaję nic oprócz kolejnego spazmu płaczu, jeszcze głośniejszego od poprzedniego. Eleanor szlocha tak intensywnie, że dostaje duszącego ataku kaszlu - przez kilka przerażających sekund mam wrażenie, że się udusi.

Kurwa.

Przesuwam dłonie z jej pleców na policzki, tak aby mogła poczuć ciepło moich palców, i odsuwam się na tyle, byśmy spojrzeli sobie prosto w oczy, ponieważ muszę ocenić, jak bardzo jest źle - czy poradzę sobie z tym sam, czy może powinienem zadzwonić po mamę lub ciocię Claire. Źrenice El są rozszerzone do granic możliwości, a błękitne tęczówki rozmyte w czerwieni pękniętych naczynek. Porcelanowa skóra wręcz płonie od rumieńca, który rozlewa się od twarzy po szyję oraz prawdopodobnie ukryty pod swetrem dekolt.

- Wiem, że to wydaje się bardzo trudne, ale musisz spróbować oddychać razem ze mną. - Ujmuję jej drżącą, zimną jak lód dłoń i układam na swojej piersi, dokładnie tam, gdzie bije moje serce. - Tu. Czujesz? - Przyciskam palce El mocniej, by poczuła miarowy, choć znacznie przyspieszony rytm. - To serce zawsze biło tylko dla ciebie. A teraz musimy sprawić, żeby twoje się uspokoiło.

- J-ja... p-próbuję - wydusza słabym, łamiącym się przy każdym słowie głosem. - M-Maddox... j-ja nap-prawdę p-próbuję. A-ale n-nie m-mogę... - Kolejny szloch przerywa jej w połowie zdania. - Chyba m-mam a-atak... paniki... N-nie mogę... złapać o-oddechu...

Oczywiście, że to atak paniki.

Powinienem był rozpoznać objawy natychmiast: hiperwentylacja, histeryczny płacz, rozszerzone źrenice. Eleanor przechodziła już przez to wcześniej - widziałem ją w tym stanie kilka razy i zawsze potrafiłem z tego wyciągnąć.

Muszę to zrobić też teraz.

Nie zawiodę jej już nigdy więcej.

- Okej, El - staram się brzmieć na opanowanego, choć ledwo mam kontrolę nad własnymi emocjami. - Wiem, że teraz czujesz, jakby w pomieszczeniu nie było wystarczającej ilości tlenu, ale to nieprawda. Jest go wystarczająco dużo, o wiele więcej, niż potrzebujesz. - Łapię jej drugą dłoń i również kładę ją na swojej piersi. - Nic ci nie grozi. Jesteś ze mną. Jesteś bezpieczna. Słyszysz mnie? BEZPIECZNA.

Eleanor chce wziąć głębszy oddech, lecz nie jest w stanie. Zamiast ulgi nadchodzi kaszel tak silny, że dziewczyna niemal zsuwa się z moich kolan.

- Nie, nie, nie - mówię szybko, widząc, że to tylko pogarsza sprawę. - Nie próbuj brać głębokich oddechów, El. - Panika pojawia się w jej oczach, gdyż nie rozumie, czemu mówię, żeby nie oddychała głęboko, kiedy czuje, że umiera z braku powietrza. - Zacznijmy od małych oddechów. Bardzo, bardzo malutkich. - Biorę krótki, płytki wdech, celowo robiąc to przesadnie głośno, żeby to słyszała. - Widzisz? Taki mały. Tylko tyle. A potem wypuszczam. - Wydycham powoli. - I znowu. Wdech. - Pokazuję jej jeszcze raz. - Wydech. Nie myśl o tym, co się stało. Myśl tylko o oddechu. Tylko o tym jednym, małym wdechu, który zaraz weźmiesz.

Próbuje zrobić to, o co ją proszę, i wciąga powolutku powietrze dokładnie tak, jak zademonstrowałem.

- Jesteś taka dzielna. Właśnie tak... - chwalę ją, kiedy widzę, jak jej klatka piersiowa unosi się ponownie. - Wiedziałem, że dasz radę. Jeszcze raz. Wdech... I wydech. Powolutku.

Powtarzamy to kilkanaście razy - liczę w myślach każdy oddech Eleanor, obserwując ją niczym jastrząb, by wyłapać najmniejsze zmiany, jakiekolwiek oznaki poprawy albo pogorszenia stanu. Przy jedenastym wdechu rumieniec na jej policzkach zaczyna stopniowo blednąć, natomiast oddech staje się odrobinę głębszy, bardziej regularny.

Niestety, łzy wciąż płyną.

- Na szyi masz rumieniec w kształt serca. - Skupiam się na czymś prozaicznym, co mogłoby odrobinkę odwrócić jej uwagę. - Jest uroczy. - Dotykam tego miejsca opuszkami, pod którymi czuję przyspieszony puls El. - No i włosy przykleiły ci się do policzka. O, czekaj. Zaraz to naprawię. - Przesuwam palcami po jej twarzy, odgarniając do tyłu jasne, wymykające się z warkocza kosmyki. - Już lepiej.

Przez chwilę zastanawiam się, czy nie przynieść dziewczynie czegoś, co naprawdę przyniosłoby ukojenie. Mama trzyma w apteczce hydroksyzynę, którą czasami daje mi, kiedy mam wyjątkowo ciężką noc. Może dzięki temu Eleanor zasnęłaby na kilka godzin, a po przebudzeniu poczułaby się choć odrobinę mniej przytłoczona.

Kurwa, o czym ja w ogóle myślę?

Przecież nie będę faszerował jej lekami na uspokojenie. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek brała coś podobnego, a nigdy nie wiadomo, jak organizm zareaguje na nowy lek. Nie mam zamiaru ryzykować zdrowia El tylko dlatego, że czuję się bezradny i szukam jakiegokolwiek rozwiązania.

Więc robię jedyne, co mogę: tulę ją dalej.

Wsuwam jedną dłoń pod brzeg jej - mojego - swetra, chcąc poczuć skórę dziewczyny bezpośrednio pod palcami, mocniej ją do siebie przytulić. Ale to, co napotykam pod opuszkami, zamiast mnie ukoić, sprawia, że sztywnieję.

Pod cienką skórą wyczuwam każdy, kurwa, pojedynczy kręg.

Liczę je nieświadomie; nie potrafię tego powstrzymać, przez co mój własny oddech przyspiesza z każdym kolejnym kręgiem, a panika zaczyna podnosić się gdzieś w gardle.

Dlaczego to sobie robisz, El? Czy to moja wina?

Mimo to nie odsuwam się od niej.

Nie robię żadnego nieprzemyślanego ruchu, który mógłby ją wystraszyć, zranić lub pozwolić, żeby dowiedziała się, jak bardzo mnie to przeraża. Zamiast tego całuję ją w skroń i nieustannie głaszczę jej plecy, jakbym niczego nie zauważył, chociaż wewnątrz wrzeszczę z rozpaczy.

Z tego, co wskazuje Omega na moim nadgarstku, po czterdziestu siedmiu minutach Eleanor wreszcie się uspokaja. Wciąż nie unormowała oddechu, ale przynajmniej nie mam już wrażenia, że za chwilę zemdleje z niedotlenienia lub dostanie kolejnego ataku paniki. Cicho pociąga noskiem i zaczyna wiercić się w moich ramionach, jakby szukała wygodniejszej pozycji.

- Spójrz na mnie, jeśli możesz - proszę łagodnie. - Tylko na chwilę. Nie musisz nic mówić. Po prostu chcę cię zobaczyć i upewnić się, że najgorsze już minęło.

Eleanor waha się odrobinę, więc czekam cierpliwie i zapewniam tyle czasu, ile potrzebuje. Kiedy w końcu nasze oczy się spotykają, robię wszystko, żeby nie pokazać, jak mocno rozpieprza mnie widok ukochanej dziewczyny w tym stanie. Dolna warga drży jej niekontrolowanie, a samotna łza wypływa z kącika oka i spływa po policzku, zostawiając po sobie mokrą smugę.

- Tu jesteś. - Pochylam się i trącam nos Eleanor swoim, próbując wywołać choć cień uśmiechu na ślicznej twarzy. - Cześć, El.

- C-cześć, M-Mads. - Zaczyna gładzić mnie opuszkami po policzku, w miejscu, gdzie może wyczuć szorstki zarost. - P-przepraszam. T-to... - bierze bardzo głęboki wdech - to wszystko m-mnie przerosło. Nie sądziłam... Nie chciałam... żebyś m-musiał...

- Nawet nie próbuj mnie za to przepraszać - wchodzę jej w słowo, nim zdąży się zakopać głębiej w zupełnie nieuzasadnionym poczuciu winy. - Nigdy nie przepraszaj za to, co czujesz. Przeszłaś przez coś, czego nikt nie powinien doświadczać. Dowiedziałaś się, że osoba, której ufałaś bezgranicznie, zmanipulowała cię w najbardziej perfidny sposób, jaki można sobie wyobrazić. I wiesz co? Kiedy myślę o tym, ile straciliśmy czasu, najchętniej sam zakopałbym się pod kołdrą i płakał jak dzieciak, aż zabrakłoby mi łez.

- Wystarczyłaby jedna rozmowa, Mads - stwierdza El ze smutkiem w głosie. - JEDNA. Gdybym nie była taka niesamowicie uparta, gdybym po prostu przyszła do ciebie i zapytała wprost, dała ci szansę na wytłumaczenie, zanim uwierzyłam Scarlett... To wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Mogliśmy od dawna być... szczęśliwi.

- El...

- Ale jak mogłam podważyć jej słowa? - kontynuuje, nie dając mi dojść do głosu. - Ona nigdy wcześniej mnie nie zawiodła, była moją siostrą... Wspierała we wszystkich najgorszych momentach...

- Nie obwiniaj się, proszę. Nie jesteśmy w stanie cofnąć czasu. Nie możemy wrócić do lipca i zrobić wszystkiego inaczej, spotkać się wcześniej, porozmawiać, zanim uwierzysz Scarlett, bez względu na to, jak bardzo byśmy tego chcieli. Ale wiesz co? - Cmokam ją lekko w usta, aktualnie smakujące słonymi łzami zamiast wanilią. - Mamy coś o wiele ważniejszego. Przyszłość, którą możemy budować razem od dzisiaj, jeśli tylko tego chcesz. Taką bez sekretów, bez kłamstw, bez manipulacji. Tylko my. Ty i ja. Tak jak powinno być od samego początku.

- Przysięgasz, Mads?

- Na wszystko, El.

Siedzimy jeszcze długo w ciszy, pozwalając sobie po raz pierwszy od miesięcy być po prostu... razem.

To wszystko, czego aktualnie potrzebujemy.

Siebie nawzajem.

I czasu.

Po prostu... czasu.

- Maddox?

Unoszę głowę znad deski do krojenia i kieruję wzrok na El. Siedzi na wysokim, drewnianym stołku przy wyspie kuchennej i obserwuje, jak kroję dla niej świeże owoce.

Jakieś dwadzieścia minut temu dowiedziałem się, że nic jeszcze dzisiaj nie jadła, a według zegarka na piekarniku jest już dziesięć po drugiej. Oznacza to, że nie miała w ustach nic oprócz zielonej herbaty od jakichś osiemnastu godzin, może nawet dłużej - wątpię, że wczoraj po balu i opatrywaniu twarzy Nate'a miała ochotę na kolację, więc nie mam pojęcia, kiedy ostatni raz jadła normalny posiłek. Nie wspomniała mi o tym ani słowem, dopóki mój własny brzuch nie zaczął burczeć, domagając się drugiego śniadania, a ja nie zapytałem jej, czy przypadkiem też nie jest głodna. Wzruszyła wtedy ramionami i powiedziała cichutko: Nie wiem. Może trochę.

W lodówce znalazłem jogurt kokosowy o smaku mango, ponieważ Sable oświadczyła ostatnio, że również zostaje wegetarianką. Od tamtej pory w kuchni mamy masę produktów roślinnych, więc Eleanor może bez obaw sięgnąć po praktycznie wszystko, co tylko chce. I zamierzam dopilnować, żeby zjadła przynajmniej połowę z tego, co dla niej przygotuję.

- Tak, El? - Odkładam nóż na deskę, po czym wycieram dłonie w ścierkę. Odwracam się do niej całym ciałem, poświęcając jej pełną uwagę, ponieważ brzmi, jakby nadal czymś się martwiła.

- Co teraz ze Scarlett? - Poprawia się nerwowo na stołku i chowa dłonie głębiej w rękawy swetra. W jej ochrypłym od wyczerpującego płaczu głosie słychać mieszankę niepewności oraz czegoś, co brzmi jak lęk przed moją odpowiedzią. - Co... co zamierzasz zrobić?

Odkładam ścierkę obok deski, a następnie podchodzę bliżej i opieram się łokciami o blat wyspy, tuż obok El.

- Dobre pytanie. - Nie zamierzam jej okłamywać ani udawać, że mam już wszystko zaplanowane, kiedy w rzeczywistości jeszcze nie wiem, jak to rozegrać. - Na pewno zamierzam się z nią skonfrontować. Spróbować dowiedzieć się, dlaczego to wszystko zrobiła, co nią kierowało... Ale najpierw muszę sobie to jakoś sensownie poukładać w głowie, bo szczerze? Im dłużej o tym myślę, tym więcej mam pytań, na które nie znajduję logicznych odpowiedzi.

Eleanor przytakuje mi skinieniem, jakby moje słowa miały dla niej sens, ale jednocześnie widzę, że coś więcej chodzi jej po głowie.

- A... Kiedy z nią... No wiesz... - Odwraca wzrok, patrząc gdzieś w bok, na okno wychodzące na ogród, gdzie Cairo i Hades leżą teraz skuleni obok siebie na tarasie, zmęczeni po zabawie. - Zerwiesz? Teoretycznie wciąż masz dziewczynę, a dzisiaj całowaliśmy się, wyznaliśmy sobie miłość... I... technicznie rzecz biorąc... zdradziłeś ją. Ze mną. Wiem, że to brzmi strasznie głupio, zważywszy na to, co ona nam zrobiła, ale...

- Nie jesteśmy już razem. - Łapię za stołek, na którym siedzi, i przekręcam go tak, by była teraz zwrócona przodem do mnie. Trzymam obie jej dłonie owinięte w rękawy swetra. - Fakt, może okoliczności, w jakich zakończyłem nasz związek, nie były najlepsze i gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym to inaczej. Ale to już koniec. Zerwałem z nią w sobotę i od tamtej pory nie rozmawialiśmy ani razu.

- Okoliczności nie były najlepsze...?

Biorę głęboki oddech.

Muszę zwierzyć się jej z czegoś, do czego jest mi kurewsko wstyd się przyznać. Rozważam złagodzenie wersji wydarzeń, jednak przysięgliśmy sobie przyszłość bez sekretów, kłamstw oraz niedopowiedzeń, a to oznacza mówienie Eleanor nawet - zwłaszcza - o tych rzeczach, które wolałbym zatrzymać wyłącznie dla siebie.

- Na imprezie zaręczynowej Killiana i Charlotte zmieszałem oksykodon z alkoholem.

Eleanor wydaje z siebie zaskoczony pisk.

- Co... - Zaciska mocniej dłonie na moich, aż czuję, jak wbija mi krótkie paznokcie w skórę przez materiał swetra. - Maddox, co zrobiłeś? Przecież wiesz, jakie to niebezpieczne. Mogłeś się poważnie zatruć, przestać oddychać, dostać zatrzymania akcji serca albo... - Słowo umrzeć nie jest w stanie przejść jej przez gardło. - Mógłbyś teraz nie siedzieć tutaj, ze mną, a ja mogłabym nigdy się nie dowiedzieć, że... Że mnie kochasz. Nigdy bym tego nie usłyszała. Nigdy bym nie wiedziała...

- Wiem, El. Ale miałem wtedy jedną z najgorszych od miesięcy migren i w pewnym momencie ból był tak cholernie nie do zniesienia, że przestałem przejmować się konsekwencjami.

- Ile tabletek wziąłeś?

- Jedną.

- Nie rób tego nigdy więcej. Słyszysz mnie, Maddox? - Uwalnia jedną dłoń z uścisku i kładzie ją na moim policzku. - Nigdy. Gdyby coś ci się stało... Nie przeżyłabym tego.

- Nie zrobię. - Odwracam lekko głowę, by ucałować jej nadgarstek. - Obiecuję.

Wtedy rozlega się piknięcie systemu alarmowego, oznaczające, że ktoś właśnie otworzył boczną bramkę wejściową prowadzącą bezpośrednio do ogrodu. Zdezorientowany marszczę brwi i znów zerkam na zegarek - dwadzieścia po drugiej, co oznacza, że Sable ma lekcje przez następne czterdzieści minut. Zwykle to właśnie ona używa tego wejścia, gdy matka Mikaeli podrzuca ją w drodze do ich domu i nie chce robić niepotrzebnego kółka wokół naszej posiadłości. Chwilę później słyszę charakterystyczne, zbyt mocne trzaśnięcie drzwi tarasowych i nie mam już żadnych wątpliwości, że to moja młodsza siostra wróciła do domu.

Sable wchodzi do kuchni tanecznym krokiem, co oznacza, że dla odmiany jest dzisiaj w całkiem niezłym humorze. Jest ubrana w granatowy mundurek Rosemary Secondary School, natomiast jej kruczoczarne włosy, zazwyczaj starannie uczesane, są rozpuszczone i lekko potargane, co ma sens, patrząc na to, jak wieje na zewnątrz. Kiedy zauważa Eleanor siedzącą na stołku pomiędzy moimi nogami, zastyga w bezruchu.

- El?! - Rzuca skórzaną torbę z książkami na podłogę i biegnie w naszą stronę, natomiast ja robię krok w tył, by dać im trochę przestrzeni. - Boże, El, co ty tu robisz?! - Zatrzymuje się tuż przed nią, jakby w ostatniej chwili dotarło do niej, że może coś się stało, skoro Eleanor jest w naszym domu, w dodatku w środku tygodnia. - Wszystko w porządku? - upewnia się. - Dlaczego... to znaczy... Stało się coś złego?

- Nic się nie stało, Sab. - Eleanor wyciąga do niej ręce, zachęcając do przytulenia się. - Chodź tu, kochanie.

Sable nie trzeba tego powtarzać.

Rzuca się w jej ramiona z taką siłą, że obie niemal spadają ze stołka.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że tu jesteś. Ale... - Odsuwa się odrobinę, by zlustrować uważnie twarz dziewczyny. - Czemu wyglądasz, jakbyś płakała? - Jej oczy błyszczą gniewnie, gdy odwraca się w moją stronę. - Maddox, co ty zrobiłeś? Jeśli po raz kolejny ją zraniłeś, to przysięgam, że...

- Sable - wtrąca się El, zanim moja siostra zdąży rozpędzić się w swojej tyradzie. - Nic złego się nie stało. Po prostu... - Patrzy na mnie przez ramię Sable, szukając w moich oczach zgody na to, ile może powiedzieć. Kiwam nieznacznie głową. - Musieliśmy wyjaśnić sobie z Maddoxem kilka bardzo ważnych spraw. I niektóre z tych spraw były... trudne. Ale płakałam z ULGI, Sab, nie z BÓLU.

Mam nadzieję, że w tym stwierdzeniu jest chociaż ziarnko prawdy.

Rozdział dwudziesty

El

Maddox Griffin mnie kocha.

To zdanie brzmi w mojej głowie absurdalnie, niczym fragment wyrwany z moich najskrytszych marzeń, które przez ostatnie miesiące pogrzebałam tak głęboko, że w pewnym momencie pogodziłam się z tym, iż nigdy nie ujrzą światła dziennego. Tych, które odwiedzały mnie wyłącznie w nocy, gdy pozwalałam sobie na zakazaną chwilę słabości i wyobrażałam, że wszystko potoczyło się inaczej - że słowa, które wyszeptał mi dziś, padły już dawno temu, w lipcu, w świetle zachodzącego słońca, zamiast w szary, październikowy poranek przesiąknięty łzami oraz prawdą tak bolesną, że wciąż nie jestem pewna, czy moje biedne serce potrafi ją udźwignąć.

Ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałam dziś rano, wsiadając do samochodu z galopującymi myślami i walącym zbyt szybko sercem, było usłyszenie kocham cię, El wypowiedziane moim ukochanym głosem oraz namiętne, przesiąknięte tęsknotą pocałunki.

Przez krótką niczym mrugnięcie sekundę miałam cień wątpliwości: A co, jeśli to kolejna część jego planu? Co jeśli robi mi to samo, co wtedy - mówi dokładnie to, co chcę usłyszeć, żebym znowu mu zaufała, oddała całą siebie, a potem znowu została z niczym? Jednak łzy, błyszczące w ciemnobrązowych oczach Maddoxa, były zbyt prawdziwe, by mogły okazać się elementem jakiejkolwiek gry. Wszystko, o czym rozmawialiśmy - każdy najmniejszy szczegół, każda data i godzina, które łączyliśmy ze sobą - złożyło się w przerażającą, wypełnioną okrutną prawdą oraz zbiegami okoliczności całość, tak spójną i logiczną, że gdyby Scarlett Sinclair stanęła przede mną w tej chwili, nie jestem pewna, co bym zrobiła. Znając mnie, wpatrywałabym się w nią w milczeniu, próbując pojąć, jak ktoś, kogo kochałam jak siostrę i wpuściłam do najbardziej prywatnych sfer życia, mógł z zimną krwią odebrać mi jedyną osobę, która sprawiała, że czułam się jak ktoś wart miłości.

Kocham cię bardziej niż własne życie, El.

I wierzę, że kocha. Całą sobą wierzę, że to uczucie, które dostrzegłam miesiące temu, zanim wszystko legło w gruzach, naprawdę istniało już wtedy. A ja, zamiast ufać mu ponad wszystko, jak robiłam to przez całe życie, pozwoliłam jednemu kłamstwu rozpętać lawinę, która zabrała ze sobą absolutnie wszystko, co mieliśmy.

- Elsie, jadę do Orelli, a wracając zajadę do Tesco! - Głos mamy wpada do mojego pokoju przez uchylone drzwi, a w międzyczasie słyszę brzdęk kluczy i odgłosy obcasów stukających o drewniany parkiet w korytarzu. - Potrzebujesz czegoś, kochanie?! Może jakichś przekąsek do szkoły?! Albo coś na kolację?! Mogę kupić tortellini z ricottą i szpinakiem, co ty na to?!

Tortellini to dwieście pięćdziesiąt sześć kalorii na każde sto gramów produktu, plus parmezan, którym mama zawsze obficie je posypuje. U Maddoxa zjadłam jogurt z bananem, miodem i orzechami nerkowca, a później Sable przygotowała dla nas wegańskie burgery z czarnej fasoli ze srirachą, serem i warzywami...

- Nie, dziękuję, mamuś! - odkrzykuję w odpowiedzi. - Mam wszystko, czego potrzebuję!

Słyszę jeszcze stłumione krzyki z dołu - coś o tym, że wróci za jakieś trzy godziny, że jeśli zmienię zdanie, mam zadzwonić, i że kupi mi moją ulubioną czekoladę na poprawę humoru - a potem trzaśnięcie drzwi wejściowych.

Przenoszę wzrok na puste pole tekstowe, które czeka cierpliwie, aż w końcu zbiorę się w sobie i napiszę choćby jedno sensowne zdanie. Biały kursor miga rytmicznie, jakby próbował mnie zmusić do działania.

Wiem, że jak najszybciej muszę spotkać się z Nathanem, by powiedzieć mu prawdę, chociaż sama nie jestem jeszcze pewna, jak ta prawda dokładnie brzmi. Wiem tyle, że to, czego dowiedziałam się w oranżerii, zburzyło fundamenty tego, w co wierzyłam przez ostatnie miesiące. I chociaż wraz z Nate'em nigdy nie nazwaliśmy, czym dla siebie jesteśmy, to mimo wszystko byliśmy ze sobą... blisko. Znacznie bliżej niż zwykli przyjaciele, którzy raczej się nie całują, nie dotykają w ten sposób ani nie zasypiają przytuleni do siebie w jednym łóżku.

Ostatnio, gdy próbowałam poruszyć ten temat podczas jednej z naszych nocnych rozmów i zapytać go wprost, co właściwie dla siebie znaczymy, Nathan zbył mnie, mówiąc, że doskonale rozumie, iż nie jestem jeszcze gotowa na nic więcej i możemy po prostu być nami bez żadnej presji. Pomyślałam wtedy, że może on sam nie chce związku - w końcu nigdy nie był w poważnej relacji - chociaż jego czyny, czułe gesty i te wszystkie słodkie słowa, które szeptał mi do ucha, kiedy myślał, że śpię, temu zaprzeczały.

W końcu wysyłam mu najprostszą wiadomość.

Ellie:

jak się czujesz? x

Przez kolejne dziesięć minut kręcę się niespokojnie po łóżku, bezustannie zmieniając pozycję - raz leżę na plecach, wpatrując się tępo w sufit z dekoracyjną sztukaterią, raz przewracam się na bok, zwijając w kłębek, by zaraz potem, sfrustrowana, znowu położyć się na brzuchu. Głowa boli mnie od histerycznego płaczu, a w dodatku wciąż nie mogę przestać myśleć o własnej naiwności.

Nathan mi nie odpisuje, co jest zupełnie do niego niepodobne, bo zwykle zajmuje mu to maksymalnie trzydzieści sekund. Bawię się nerwowo brązowym uszkiem pluszowego misia, który leży na poduszce obok mnie, przygryzając wewnętrzną śluzówkę dolnej wargi.

Ponownie podświetlam ekran telefonu.

Wtedy zauważam powiadomienie: @kingswoodcardinal opublikował nowy post. Chociaż nie powinnam, klikam w nie, a aplikacja Instagrama otwiera się, ukazując fotografię, na której Nate siedzi oparty plecami o ścianę z obficie krwawiącym nosem, natomiast Killian odciąga Maddoxa w kierunku wyjścia z sali.

Blokuję urządzenie i rzucam je na łóżko, wściekła na istnienie tego konta, osobę, która zrobiła to zdjęcie, każdego, kto zdecydował się je skomentować, polubić, udostępnić dalej.

Kiedy sprawdzam powiadomienia jeszcze dwukrotnie, a zamiast wiadomości od Nate'a widzę tylko tapetę z ciemnoczerwonymi piwoniami i napisem to live for the hope of it all, stwierdzam, że nie ma sensu leżeć dłużej bezczynnie. Zmuszam się do wstania z łóżka z zamiarem wzięcia długiej, relaksującej kąpieli. Potrzebuję jej po dzisiejszym emocjonalnie wyczerpującym dniu pełnym zarówno bolesnych, jak i pięknych wyznań, słonych łez i jeszcze słodszych pocałunków oraz... prawdy.

Wreszcie poznałam prawdę.

Mój umysł nadal odmawia zaakceptowania tego, że Scarlett mogła zrobić mi coś tak okrutnego. Jeśli latem, kiedy dopiero się dowiedziałam o tym, co - jak mi się wydawało - zrobili mi z Maddoxem, myślałam, że jej nienawidzę, to nie istnieją wystarczające słowa, by w pełni opisać, co aktualnie czuję.

Teraz to nie jest nienawiść.

To coś nieporównywalnie głębszego.

Wchodzę do garderoby, by wziąć z niej czystą piżamę. Wybieram jedną z moich ulubionych: szarą, bawełnianą bluzkę z haftem małego, śpiącego kotka oraz długie spodnie w tym samym kolorze, które są na tyle luźne, że nie będą mi przypominać o wszystkim, co zjadłam u Griffinów.

1424. Czerwony dzień.

Przez kolejną godzinę rozkoszuję się niemal wrzącą kąpielą z olejkami eterycznymi - myję dokładnie włosy, robię sobie peeling całego ciała, golę każdy milimetr skóry i pozwalam swojemu przebodźcowanemu umysłowi skupić się na audiobooku Releasing 10 lecącym w tle z telefonu oraz najprostszych, niewymagających myślenia czynnościach. Gdy woda staje się nieprzyjemnie letnia, wychodzę z wanny, ubieram się w piżamę i wracam do pokoju, by zadzwonić do Charlotte. Jutro oficjalnie zaczyna pracę w Griffin for Youth, co jest dla niej ogromnym krokiem, więc chcę się upewnić, że nie stresuje się za bardzo.

Wtedy dostrzegam ojca siedzącego na skraju łóżka.

Czy wiedziałam, że moja kara za to, że przyłapał mnie wczoraj wieczorem z Nathanem, chociaż tak naprawdę nie robiliśmy nic nieprzyzwoitego, nadejdzie w najbliższym czasie?

Oczywiście, że tak.

Wiedziałam o tym z taką samą pewnością, z jaką wiem, że po każdej nocy nadchodzi dzień i nikt nie jest w stanie tego zatrzymać. To jest prawo rządzące moim światem - nienaruszalne, niezmienne, wygrawerowane gdzieś głęboko w podświadomości od momentu, gdy byłam na tyle duża, by zrozumieć, że ojciec, którego zna świat, i ojciec, który istnieje za zamkniętymi drzwiami naszego domu, to dwaj zupełnie różni mężczyźni.

Przygotowałam się na karę mentalnie, jeszcze zanim dziś rano wyszłam z domu, żeby pojechać do Maddoxa. Już wtedy wiedziałam, że to prawdopodobnie tylko kwestia kilku godzin, aż będę musiała ponieść konsekwencje swoich czynów i zmierzyć się z jego gniewem.

Pytanie nigdy nie brzmi czy. Pytanie zawsze brzmi kiedy.

Bo kara nadchodzi zawsze. Bez wyjątku.

Stoję ze skrzyżowanymi ramionami w progu łazienki i zaciskam palce na rękawach piżamy, czekając na wyrok. Ojciec, bez słowa wyjaśnienia, wyciąga zza swoich pleców podłużny kartonik z różowo-białym nadrukiem i układa go na swoim kolanie.

Mrużę oczy, próbując zidentyfikować, co to jest.

Test ciążowy...?

Ostatnią miesiączkę miałam gdzieś w połowie czerwca, a jest prawie koniec października. W sierpniu, spanikowana do granic absurdu myślą, że może, wbrew wszelkim logicznym przesłankom, rzeczywiście zaszłam w ciążę z Maddoxem mimo użycia zabezpieczenia, zrobiłam cztery testy kupione w różnych aptekach, bojąc się, że któryś z nich może dać fałszywy wynik.

Każdy wyszedł negatywny.

Od tamtego jedynego razu nie uprawiałam seksu ani nawet nie widziałam na oczy penisa, więc jeśli nie jestem jakimś medycznym fenomenem, to szanse na moją ciążę są równe zeru. Tyle że ojcu wydaje się, że sypiam z Nathanem, a jego pokręcony umysł podpowiada mu, że to, co właśnie robi, jest w pełni uzasadnione.

Wszystko będzie w porządku, El, powtarzam sobie w głowie. Zrobisz test, przecież i tak nie masz wyboru. Wyjdzie negatywny i może wtedy nic ci nie zrobi. Albo chociaż okaże więcej łaski niż zwykle.

- Zrób ten test - rozkazuje twardo, wyciągając kartonik w moją stronę. - Teraz.

- N-nie jestem w c-ciąży - dukam, nienawidząc się za to, że mój głos brzmi jak u małej dziewczynki, nie osiemnastoletniej kobiety. Jak ktoś, kto błaga o litość, nie ktoś, kto domaga się szacunku. - Nie sypiam z Nathanem. To, co wczoraj widziałeś, to nie... Pomagałam mu opatrzyć twarz. Ktoś go uderzył na balu i potrzebował pomocy, więc przywiozłam go do domu, bo myślałam, że mama jest na miejscu i...

- Nie prosiłem cię o wyjaśnienia. - Wciąż nie podnosi głosu. - Poprosiłem cię o jedną, prostą rzecz. ZRÓB. TEST.

- Dobrze - kapituluję, nie mam siły z nim walczyć.

- Przy otwartych drzwiach.

- Jak to... jak to przy otwartych...? - wykrztuszam piskliwie. - Nie możesz...

- Nie zmuszaj mnie do powtarzania poleceń, bo oboje doskonale wiemy, jak bardzo tego nie lubię. - Podnosi się z łóżka i podchodzi bliżej, aż staje tuż przede mną. - Chcę mieć pewność - z jego oddechu czuję obrzydliwy zapach whisky - że nie spróbujesz użyć wody z kranu albo jakichś innych sztuczek, żeby zmanipulować wynik.

- Zrobię ten test, to żaden problem. Tylko proszę, nie każ mi robić tego w taki sposób... To... to jest...

- To jest CO, Eleanor? - przerywa mi. - Niewygodne? Krępujące? Upokarzające? Może powinnaś była o tym pomyśleć wczoraj, córeczko, zanim zdecydowałaś się zaprosić Nathaniela Scotta pod mój dach. Gdybyś poświęciła choć ułamek sekundy na zastanowienie się nad konsekwencjami swoich działań, nie musielibyśmy teraz oboje uczestniczyć w tej scenie.

- Nic się między nami nie wydarzyło...

- Zamknij się już. - Łapie mnie za nadgarstek i wpycha kartonik wprost w moją dłoń. - I żebyś wiedziała, jeśli ten test wyjdzie pozytywny... - Przerywa znacząco, pozwalając groźbie zawisnąć w powietrzu między nami. - Nie chciałbym być w twojej skórze.

- Przysięgam ci, tato...- szepczę łamiącym się głosem, kurczowo ściskając test w drżących palcach. - Nigdy nie sp...

- Twoje słowa oraz gówniane przysięgi są dla mnie bezwartościowe, pieprzona kłamczucho. Jedyne, co się dla mnie liczy, to fakty. A niepodważalnym faktem jest to, że wczoraj wieczorem przyłapałem cię w sypialni z rozebranym do gaci chłopakiem, z którym, jeśli mnie pamięć nie myli, miałaś zakaz się spotykać.

Robię to, czego ode mnie żąda, gdyż nie mam innego wyjścia - walka z Christopherem Adwinem nie jest czymś, co można wygrać; można ją jedynie przetrwać. Wchodzę do pomieszczenia, w którym jeszcze chwilę temu leżałam zrelaksowana, nieświadoma faktu, że za moment znów odbierze mi kolejny fragment człowieczeństwa.

Ojciec zatrzymuje się w progu łazienki, blokując wyjście całym swoim wielkim ciałem, i ku mojej ogromnej uldze odwraca się do mnie plecami.

- No dalej - ponagla niecierpliwie. - Im szybciej to zrobisz, tym szybciej będziemy mogli zakończyć tę niekomfortową dla nas obojga sytuację.

Stoję nieruchomo w miejscu, całkowicie sparaliżowana upokorzeniem. Chociaż ojciec na mnie nie patrzy, czuję się jeszcze gorzej niż wtedy, gdy kazał mi się rozebrać w poszukiwaniu malinek na moim ciele.

To nie jest normalne.

Żaden normalny rodzic nie zmuszałby swojego dziecka do czegoś tak okrutnie poniżającego. Żaden ojciec nie stałby w progu łazienki swojej córki, blokując jej jedyną drogę ucieczki. Boję się, co wymyśli kolejnym razem - wiem, że następny raz nadejdzie - jakie jeszcze granice, o których istnieniu nie mam nawet pojęcia, przekroczy.

Kolejne minuty mijają mi na powstrzymywaniu łez, które grożą, że spłyną strumieniami po moich policzkach, choć wydawało mi się, że dziś wypłakałam wszystkie, jakie miałam. Okazuje się, że ciało ludzkie jest nieskończoną studnią rozpaczy i że nawet wtedy, gdy jesteś pewna, że nie masz w sobie już nic, ono zawsze znajduje jeszcze odrobinę. Z całych sił staram się myśleć o czymkolwiek innym niż o scenie, w której wbrew swojej woli zostałam zmuszona uczestniczyć.

Myślę o Maddoxie.

O tym, jak kołysał mnie dziś w swoich silnych ramionach, całował moje czoło, skronie, szeptem wyznawał miłość, uspokajał, gdy miałam atak paniki i nie mogłam sięgnąć po różowe serduszko z Xanaxem.

Ojciec nieustannie coś mówi - rzuca kolejnymi groźbami, przypomina mi o konsekwencjach, jakie czekają mnie, gdyby test wyszedł pozytywny, opowiada szczegółowo, jak dokładnie wyglądałaby moja wizyta w klinice aborcyjnej - lecz ja tylko wpatruję się w kafelki naprzeciwko toalety i mechanicznie wykonuję wszystkie czynności.

Odpakowanie testu.

Przeczytanie instrukcji.

Wykonanie testu.

Odłożenie go na brzeg umywalki.

Dokładne umycie rąk.

Odczekanie trzech minut, które wydają się trwać wieczność.

- Negatywny - stwierdza ojciec, przyglądając się uważnie jednej różowej kresce widocznej w małym okienku.

- Zadowolony? - Słowo wymyka mi się z ust, zanim zdążam je powstrzymać, czego żałuję w ułamku sekundy, gdy chwyta za mój podbródek.

- Uważaj na ton, jakim do mnie mówisz. Nie życzę sobie, żebyś zwracała się do mnie w taki sposób. Czy to jest jasne? - Kiwam głową na tyle, na ile pozwala mi jego uścisk. - Mam nadzieję. - Cofa dłoń, po czym wyrzuca test do kosza na śmieci. - Tym razem ci się udało, Eleanor. - Odkręca wodę w kranie, a następnie namydla dłonie. - Zapisałem cię do twojego ginekologa. Wizyta jest jutro o piątej po południu. Pójdziesz tam po szkole i poprosisz doktor Devins, aby przepisała ci odpowiednią dla ciebie antykoncepcję hormonalną. I zanim spróbujesz mi się sprzeciwić, pozwól, że oszczędzę ci wysiłku. To nie jest sugestia ani prośba. To jest polecenie. Nie pozwolę, żebyś zniszczyła sobie przyszłość, na którą tak ciężko pracowałem, przez nieplanowaną ciążę w ostatniej klasie liceum.

Stoję w swojej własnej łazience, w piżamie ze śpiącym kotkiem, mokrymi włosami, czerwonymi oczami, podbródkiem, na którym wciąż czuję nacisk jego palców, i myślę jedno:

Gdzie w tym wszystkim jest moje zdanie?

Właśnie zabrał mi ostatnią rzecz, którą myślałam, że jeszcze posiadam.

Prawo do decydowania o własnym ciele.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Mads

Podciągam rękaw bordowej marynarki od mundurka i zerkam na srebrny zegarek Omega, obserwując, jak wskazówka sekundnika przesuwa się po tarczy nienaturalnie powoli.

Dwadzieścia siedem minut i czternaście sekund.

Piętnaście.

Szesnaście.

Siedemnaście.

Osiemnaście.

Tyle minęło, odkąd usiadłem w gabinecie dyrektora Somerseta i zacząłem słuchać jego monotonnej rozmowy z ojcem, nie biorąc w niej praktycznie żadnego czynnego udziału. Rytmicznie sunę opuszką kciuka po wykończonym skórą podłokietniku, a paznokieć co chwilę zahacza o jeden z nitów przy krawędzi.

- ...musisz zrozumieć, Carterze, że biorąc pod uwagę wagę incydentu, nie możemy przejść obok niego obojętnie - ciągnie Somerset, po raz któryś z rzędu wypowiadając tę samą myśl, tylko opakowaną w delikatnie zmodyfikowane słowa, jakby liczył na to, że w końcu któraś wersja trafi do taty z odpowiednią siłą perswazji. - To było bezpośrednie pogwałcenie nie tylko regulaminu szkolnego, ale również fundamentalnych zasad oraz wartości, na których opiera się cała nasza społeczność. Kingswood High budowało swoją reputację przez ponad sto pięćdziesiąt lat, a każdy skandal tego typu uderza w...

Przestaję go słuchać gdzieś w połowie zdania.

Zdążyłem kilkukrotnie omieść wzrokiem całe pomieszczenie, chociaż nie jestem tutaj pierwszy raz - zdarzało mi się tu przebywać, jednak raczej w odrobinę przyjemniejszych, mniej potencjalnie rujnujących życie okolicznościach niż możliwość wyrzucenia ze szkoły. Ponownie patrzę na regały wypełnione po brzegi książkami, które prawdopodobnie nigdy nie zostały przeczytane, dyplomy z Uniwersytetu Oksfordzkiego oraz Hampton, starą mapę Londynu, wiszącą tuż nad strzelającym cicho kominkiem.

- Maddox?

Wyrwany z letargu, odwracam głowę w stronę taty.

Siedzi tuż obok mnie, z filiżanką espresso w dłoni i opanowanym wyrazem twarzy, którym zwykle doprowadza ludzi do szału, ponieważ nie są w stanie odgadnąć, co tak naprawdę chodzi mu po głowie. Mnie natomiast od dzieciństwa uczył, że nie trzeba podnosić głosu, żeby wygrać każdą dyskusję, a prawdziwa władza tkwi w spokoju, kontroli nad emocjami oraz umiejętności słuchania innych, zanim się przemówi.

Carter Griffin, w czarnym, trzyczęściowym garniturze oraz koszuli w tym samym kolorze, wygląda jak definicja władzy oraz dominacji. Zupełnie nie przypomina teraz człowieka, który co sobotę rano smaży dla Sable jej ulubione placuszki z kremem Biscoff albo w środku nocy zrywa się z łóżka, kiedy mam migrenę tak silną, że nie jestem w stanie samodzielnie dotrzeć po leki do łazienki.

Nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego ojca niż on.

Lepszego wzorca. Lepszego nauczyciela. Lepszego przyjaciela.

A ja? Ja go zawiodłem, nawet jeśli on sam twierdzi, że jest inaczej.

To przeze mnie nazwisko Griffin znalazło się na pierwszych stronach The Sun, najgorszego możliwego szmatławca, żywiącego się skandalami. Ktoś z zaproszonych gości sprzedał im serię zdjęć dokumentujących całe zajście: od momentu, gdy moja pięść po raz pierwszy trafiła w nos Nathana, poprzez ujęcie, na którym chwytam go za kołnierz koszuli i rzucam na posadzkę, aż po to ostatnie - najgorsze - gdzie siedzę na nim okrakiem z uniesioną pięścią.

- Chciałbyś coś dodać, synu? - pyta spokojnie, odstawiając filiżankę na mały, szklany stolik ustawiony między naszymi fotelami. Poprawia klapy marynarki, po czym splata dłonie na kolanach i czeka cierpliwie na moją odpowiedź. Jak gdyby było to pytanie rzucone mimochodem przy rodzinnym śniadaniu, a nie podczas rozmowy, która może zaważyć na moim statusie w szkole, pozycji w drużynie lacrosse i, nie oszukujmy się, całym moim wizerunku. - Nie musisz nic mówić, jeśli nie czujesz się na siłach - dodaje, jak zawsze dając mi wybór. - Twoje milczenie nie zostanie w żaden sposób wykorzystane przeciwko tobie, obiecuję ci to. Ale jeśli masz coś do powiedzenia w tej sprawie, to jest odpowiedni moment.

Sięgam po swoją filiżankę z czarną kawą, której do tej pory jeszcze nie tknąłem. Napój zdążył już całkowicie ostygnąć, lecz i tak biorę łyk, pozwalając gorzkiemu smakowi rozlać się po języku.

- Zależy, ojcze... - Świadomie używam tej oficjalnej formy, choć przecież nigdy się tak do niego nie zwracam. - Chciałbym powiedzieć kilka słów. Niestety, nie jestem pewien, czy ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie na tym etapie postępowania.

- Dla mnie ma to ogromne znaczenie - zapewnia tata, po czym odwraca głowę w stronę drugiego mężczyzny. - I myślę, że pan Somerset również chciałby to usłyszeć. Prawda, Victorze? - Unosi brew w wymownym geście, który jest raczej uprzejmie sformułowanym żądaniem, nie prośbą.

- Naturalnie. Słucham cię, Maddoxie.

Zerkam kątem oka na dyrektora, który przez całą tę rozmowę próbuje roztaczać wokół siebie aurę niepodważalnej władzy, ale jego dłoń zdradza wszystko. Palce nerwowo bębnią po papierze z oficjalnym, złotym logo Kingswood High - to kilkustronicowa notatka, której treść bez problemu mógłbym obstawić w zakładzie za kilka tysięcy funtów: punkty regulaminu szkolnego, które naruszyłem, szczegółowe odniesienia do kodeksu ucznia, powołanie się na opinię psychologa.

- Wiem, że to, czego się dopuściłem, było absolutnie nieakceptowalne, proszę pana. Nie mam zamiaru szukać usprawiedliwień ani zrzucać odpowiedzialności na kogokolwiek innego. Incydent, który się wydarzył w trakcie balu, jest wyłącznie moją winą. Jestem gotów ponieść za niego wszelkie konsekwencje, jakie rada pedagogiczna uzna za stosowne.

- Maddoxie. - Somerset pochyla się do mnie przez masywne biurko, opierając łokcie o blat z ciemnego drewna. - Czy możesz, proszę, wyjaśnić, co dokładnie doprowadziło do tego... incydentu? Przez wszystkie lata edukacji w Kingswood nigdy nie miałeś żadnych problemów dyscyplinarnych. Twoja teczka jest nieskazitelnie czysta. Jesteś jednym z najbardziej utalentowanych, wszechstronnie rozwiniętych uczniów, jakich mieliśmy kiedykolwiek zaszczyt kształcić w murach naszej szkoły, wzorem do naśladowania dla zarówno młodszych roczników, jak i rówieśników. Reprezentujesz Kingswood w każdej możliwej dziedzinie: akademicko, sportowo jako kapitan drużyny lacrosse oraz wielokrotny finalista turniejów tenisowych, wizerunkowo jako ambasador szkoły. Twoja twarz widnieje na pierwszej stronie naszych ulotek rekrutacyjnych, w materiałach promocyjnych, na stronie internetowej. W zeszłym roku byłeś numerem jeden w całym roczniku pod względem wyników w nauce, a twoje eseje z literatury angielskiej czytano jako przykłady podczas konferencji naukowych na Uniwersytecie Hampton. - Rozkłada ręce w geście zupełnego niezrozumienia. - I nagle, podczas jednego z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu szkoły, balu charytatywnego organizowanego przez fundację twojej własnej matki, publicznie, na oczach setek osób, atakujesz fizycznie swojego wieloletniego przyjaciela. Rozumiesz, dlaczego to jest dla nas wszystkich tak niezwykle trudne do pojęcia?

Co mam mu powiedzieć?

Że Nate przypadkowo dotknął mojego karku, czym wyzwolił we mnie reakcję, nad którą nie miałem żadnej kontroli? Że przez ułamek sekundy widziałem tylko wszechogarniającą czerwień, zalewającą całe moje pole widzenia, i nie pamiętam nic więcej, aż do momentu, kiedy siedziałem już na nim z pięścią uniesioną do kolejnego ciosu, podczas gdy jego krew sączyła się między moimi palcami?

Nie. Nie mogę tego powiedzieć.

Wybieram więc wersję, która nie jest zupełną nieprawdą, lecz raczej okrojonym do minimum fragmentem tego, co faktycznie miało miejsce.

- Nathaniel i ja się pokłóciliśmy, proszę pana. To była niezwykle intensywna wymiana zdań na bardzo osobisty temat, który wywołał we mnie silne emocje. W pewnym momencie tej konfrontacji straciłem nad sobą panowanie i zachowałem się w sposób całkowicie nieakceptowalny. Chciałbym jednak jednoznacznie podkreślić, że ze strony Nathaniela nie doszło do żadnej prowokacji. Nie powiedział on ani nie zrobił nic, co mogłoby w jakikolwiek racjonalny sposób usprawiedliwić moją agresywną reakcję. Cała odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, leży WYŁĄCZNIE PO MOJEJ STRONIE - powtarzam bardzo dosadnie; nie mogę pozwolić, by Nate poniósł jakiekolwiek konsekwencje za moją niemożność kontroli nas sobą i swoimi odruchami.

Somerset wzdycha tak ciężko, jakby nagle dźwigał na swoich ramionach nie tylko ciężar tej jednej decyzji wpływającej na moją przyszłość, lecz całego świata, a następnie zdejmuje okulary w cienkich oprawkach i zaczyna pocierać palcami nasadę nosa.

- Doceniam twoją szczerość, Maddoxie - ponownie zakłada okulary, opierając się w swoim skórzanym fotelu - oraz fakt, że bierzesz pełną odpowiedzialność za swoje czyny, zamiast próbować przerzucić winę na Nathaniela czy szukać wymówek. To mówi wiele o twoim charakterze. Muszę jednak pozostać z wami szczery, panowie. - Przenosi wzrok z mojego ojca na mnie, a potem z powrotem na tatę, jakby nie wiedział, na kim powinien się skupić. - Rada pedagogiczna była... podzielona w kwestii odpowiedniej kary. Wczorajsza dyskusja trwała ponad dwie godziny i w pewnym momencie bałem się, że w ogóle nie dojdziemy do konsensusu.

To nie brzmi dobrze. Powiedziałbym wręcz, że brzmi to kurewsko źle.

Rozpinam górny guzik koszuli, ponieważ nagle robi mi się okropnie duszno. Jestem przekonany, że ogrzewanie w tym pomieszczeniu jest ustawione na co najmniej trzydzieści stopni, a w dodatku ten pieprzony kominek nadal się tli.

- Wszystko w porządku, synu? - upewnia się tata z troską przebijającą się przez opanowanie. - Potrzebujesz chwili przerwy? Możemy wyjść na korytarz, zaczerpnąć świeżego powietrza, napić się wody, jeśli czujesz, że robi ci się słabo...

- Nie, nie. - Odchrząkuję. - Wszystko dobrze, ojcze. Po prostu... strasznie tutaj duszno.

Somerset zrywa się ze swojego fotela z nieoczekiwaną dla mężczyzny po sześćdziesiątce energią i podchodzi do jednego z wysokich, neogotyckich okien z witrażowym szkłem.

- Przepraszam bardzo, nie pomyślałem, że może być dla was za ciepło. - Otwiera jedno z nich na oścież. Chłodne, październikowe powietrze natychmiast wpada do środka, niosąc ze sobą zapach wilgotnej jesiennej ziemi i zgniłych liści. - Lepiej?

- Tak, znacznie lepiej. Dziękuję bardzo, proszę pana.

- Nie ma za co, chłopcze. - Somerset wraca na swoje miejsce. - Wracając do tego, o czym rozmawialiśmy przed chwilą... Część rady pedagogicznej uważa, że Maddox powinien zostać wydalony ze szkoły ze skutkiem natychmiastowym, bez możliwości odwołania się od tej decyzji. Argumentowali to tym, że przemoc fizyczna na terenie szkoły, szczególnie w trakcie tak istotnego wydarzenia jak bal charytatywny, jest niedopuszczalna i musi spotkać się z najbardziej surową karą przewidzianą w naszym regulaminie. Zwłaszcza że sprawcą jest uczeń ostatniego roku, pełniący funkcję kapitana drużyny sportowej, który z racji swojej pozycji powinien dawać pozytywny przykład innym uczniom.

Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy.

Wydalenie. Ze skutkiem natychmiastowym. Bez odwołania.

Hampton nie przyjmie wyrzuconego ucznia, bez względu na to, jakie miałbym usprawiedliwienie. Cała moja przyszłość, wszystko, na co pracowałem, odkąd sięgam pamięcią, ległaby w gruzach przez jeden pieprzony błąd.

- Victorze, na litość boską... - Ojciec przeciera twarz obiema dłońmi. - Mówimy o jednorazowym incydencie. Nie pozwolę, aby to przekreśliło wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć Maddoxowi. Znasz mojego syna, wiesz, jaki on jest, jakimi kieruje się wartościami, jak został wychowany. To wrażliwy, inteligentny młody mężczyzna, który popełnił błąd...

- Carterze. - Somerset unosi dłoń w uspokajającym geście, czym przerywa monolog ojca, zanim ten naprawdę się rozkręci. - Proszę, wysłuchaj mnie do końca. Powiedziałem, że rada była PODZIELONA - kładzie wyraźny nacisk na ostatnie słowo. - Co w tym przypadku oznacza, że większość, w tym ja, miała odmienne zdanie. Uważamy, że należy wziąć pod uwagę całokształt dotychczasowej postawy Maddoxa, jego liczne osiągnięcia, zaangażowanie w życie szkoły oraz nienaganną, wręcz wzorową opinię.

Oddycham głęboko przez nos, desperacko próbując uspokoić szaleńczo bijące serce.

Może jednak jest dla mnie nadzieja.

- Ale żeby było jasne: nie oznacza to, że incydent przejdzie bez żadnych konsekwencji dyscyplinarnych. Oto więc, do jakich ostatecznie wniosków doszliśmy na wczorajszym spotkaniu. - Somerset sięga po jeden z leżących przed nim dokumentów, po czym odchrząkuje i zaczyna czytać: - Maddox Carter Griffin, decyzją rady pedagogicznej Kingswood High, zostaje ukarany w następujący sposób. Po pierwsze: usunięcie z pełnionej funkcji kapitana szkolnej drużyny lacrosse Kingswood Oxbloods ze skutkiem natychmiastowym. Funkcja ta zostanie powierzona innemu zawodnikowi, wyłonionemu w głosowaniu przez członków drużyny w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

Kiwam głową, bo wiedziałem, że to nadejdzie. Pogodziłem się z tym, jeszcze zanim przekroczyłem próg tego gabinetu.

- Po drugie: zawieszenie w prawach członka drużyny lacrosse Kingswood Oxbloods do końca roku kalendarzowego, to znaczy do trzydziestego pierwszego grudnia włącznie. - Somerset podnosi wzrok znad kartki i patrzy mi prosto w oczy. - Oznacza to, Maddoxie, że przez ten czas nie będziesz mógł trenować z drużyną, uczestniczyć w żadnych meczach ani wyjazdach. Twój ewentualny powrót do składu okaże się możliwy wyłącznie pod warunkiem pozytywnej opinii psychologa szkolnego. Jednakże muszę cię poinformować, że nawet jeśli wrócisz do drużyny w styczniu, nie zmieni to nic w kwestii twojej utraconej pozycji. Funkcja kapitana nie zostanie ci zwrócona.

Styczeń.

Trzy miesiące.

Ominą mnie wszystkie najważniejsze mecze sezonu. Turniej międzyszkolny w listopadzie, do którego cała drużyna przygotowywała się od początku roku szkolnego. Finały regionalne w grudniu, transmitowane przez lokalną telewizję i obserwowane przez skautów z uniwersyteckich drużyn z całego kraju, w tym z Hampton.

- Victorze, czy to nie jest jednak trochę... - zaczyna ojciec, lecz tym razem to ja mu przerywam.

- Rozumiem oraz akceptuję tę karę.

- Maddox...

- Ojcze, naprawdę. Zasłużyłem na to.

Somerset obserwuje naszą wymianę zdań z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym wraca do czytania dokumentu.

- Po trzecie: Maddox zostaje zobowiązany do regularnych, cotygodniowych spotkań ze szkolnym psychologiem, Sarą Ellery. Sesje pozostaną obowiązkowe minimum do końca grudnia, z możliwością przedłużenia, jeśli którakolwiek ze stron uzna to za stosowne dla dobra ucznia. Pani Ellery będzie składała miesięczne raporty dotyczące charakteru waszych sesji oraz postępów w przepracowywaniu problemów, które doprowadziły do incydentu. Pierwsza sesja odbędzie się w listopadzie. O szczegółach uczeń zostanie poinformowany mailowo. - Odkłada dokument na biurko, a następnie ponownie skupia uwagę na mnie. - Ponieważ jak wszyscy wiemy, jest to twój ostatni rok nauki w Kingswood, a w przyszłym tygodniu rozpoczyna się przerwa międzysemestralna, rada postanowiła w geście dobrej woli zawiesić cię w prawach ucznia tylko na dwa dni. Szczerze liczę, że pokażesz nam wszystkim swoimi działaniami, nie tylko słowami, że naprawdę zasługujesz na to zaufanie, które w tobie pokładamy, dając ci tę drugą szansę, o jakiej wielu innych uczniów mogłoby tylko pomarzyć.

- Bardzo dziękuję za wyrozumiałość oraz drugą szansę, panie dyrektorze - mówię uprzejmie, ponieważ tak zostałem wychowany, chociaż aktualnie jedyne, na co mam ochotę, to wrzeszczeć ze złości na samego siebie i ten pierdolony kark. - Obiecuję, że wykorzystam ją najlepiej, jak potrafię.

- Cieszę się, Victorze, że ty oraz cała rada pedagogiczna rozsądnie podeszliście do tej niewątpliwie trudnej sytuacji. - Ojciec podnosi się z fotela, wyciągając dłoń w stronę dyrektora. - Naprawdę doceniam, że wzięliście pod uwagę całokształt sytuacji mojego syna.

- Robimy, co w naszej mocy, żeby każda decyzja była sprawiedliwa, Carterze. - Somerset ściska jego rękę. - Maddox to dobry chłopak, który popełnił błąd. Uważam, że wszyscy zasługujemy na drugą szansę.

Z tym akurat nie mogę się zgodzić.

- Straciłeś pozycję kapitana - stwierdza tata podczas nieśpiesznego marszu do stojącego z tyłu parkingu samochodu. - Wiem, jak wiele to dla ciebie znaczyło, synu. Pamiętam każdy trening o szóstej rano, każdą kontuzję, którą ukrywałeś przede mną i mamą, żebyśmy się nie martwili. Niezliczone godziny spędzone na boisku bez względu na pogodę, wysiłek psychiczny, fizyczny oraz poświęcenie włożone w to, żeby zdobyć tę pozycję i utrzymać ją przez cały zeszły rok. - Wzdycha ciężko, przeczesując palcami włosy w geście, który znam aż za dobrze, bo sam nieświadomie powtarzam go, gdy jestem zdenerwowany. - I wiem również, ile musiało cię kosztować, żeby powiedzieć Somersetowi, że akceptujesz tę karę bez walki.

Wzruszam ramionami, udając całkowitą obojętność, a jednocześnie kopię czubkiem buta kamyk. Obserwuję, jak toczy się kilka metrów dalej i zatrzymuje na przedniej oponie naszego czarnego Bentleya Continental.

- Zasłużyłem - odpowiadam lakonicznie, ponieważ nie mam aktualnie ochoty na rozmowę ani na to, by ojciec próbował mnie pocieszyć.

On od razu wyczuwa moją potrzebę wycofania się i nie zmusza do dalszej konwersacji, za co jestem mu niezmiernie wdzięczny. Obaj wsiadamy do auta w milczeniu, a mój wzrok z niezrozumiałego powodu wędruje przez przyciemnioną szybę kierowcy. Wtedy zauważam, że do głównego wejścia do budynku szkoły idzie Nathan w towarzystwie wysokiego mężczyzny w beżowym płaszczu oraz ciemnych spodniach garniturowych.

Przez pierwsze kilka sekund myślę, że się mylę, ale kiedy słońce, przebijające się przez rozstępujące się na moment chmury, pada na ich twarze, rozpoznaję go.

Mrużę oczy, nie dowierzając temu, co widzę.

Ostatni raz widziałem Jamesa Scotta osobiście ponad pięć lat temu, na imprezie urodzinowej z okazji trzynastych urodzin Nate'a, które wyprawili wraz z żoną tylko po to, by poprawić swój wizerunek w mediach po skandalu związanym z jednych z ich hoteli, gdzie doszło do wycieku danych osobowych gości, w tym kilku członków rodzin królewskich i arabskich szejków. Smutna prawda jest taka, że oboje z Josephine nigdy nie interesowali się swoim jedynym synem, a cztery lata temu przestali udawać, że wywiązują się z podstawowych obowiązków wobec własnego dziecka. Zostawili Nathana samego sobie w tym ogromnym, pustym domu w Camden, z kartą kredytową, gosposią i niańką.

Cholera, przecież oni nie wiedzą nawet o jego przedawkowaniu w marcu, które o mały włos nie skończyło się tragedią. To były jego osiemnaste urodziny, więc Nate osiągnął pełnoletniość, a szpital nie miał prawnego obowiązku kontaktowania się z jego rodzicami. Od tamtej pory jego osobą pierwszego kontaktu nie jest żaden członek rodziny, tylko Kaiden, starszy brat Zoe.

Akurat kiedy James oraz Nathan przechodzą obok naszego Bentleya, tata decyduje się odpalić silnik. Starszy Scott zwraca uwagę na specyficzny odgłos i błyskawicznie orientuje się, do kogo należy auto. Odprawia syna pogardliwym machnięciem dłoni w kierunku wejścia, po czym rusza do nas zdecydowanym krokiem.

Swoją drogą, mój były najlepszy przyjaciel wygląda... fatalnie.

Pod jego lewym okiem widnieje ciemnofioletowy siniak, który rozlewa się aż na policzek, dolna warga jest mocno opuchnięta, pęknięta w kilku miejscach, a na nosie ma biały opatrunek. Wyraźnie blada skóra kontrastuje ze zwykle lekko opaloną cerą, przez co wygląda, jakby zeszłej nocy nie zmrużył oka nawet na dziesięć minut.

Żołądek wywraca mi się do góry nogami, a mdłości podchodzą do gardła.

Kurwa, czy to ja aż tak bardzo go pokiereszowałem?

To... niemożliwe. Na pewno nie biłem go tak długo ani tak mocno, żeby wyrządzić aż takie szkody.

Nate nie idzie posłusznie do wejścia tak, jak mu kazano. Zamiast tego podąża uparcie za swoim ojcem, mówiąc do niego coś z poirytowanym wyrazem twarzy. James najwyraźniej nie ma zamiaru nawet udawać, że interesuje go zdanie syna, bo zupełnie go ignoruje, na co ten pokazuje mu środkowy palec, a następnie odchodzi w przeciwnym kierunku.

Starszy Scott podchodzi do naszego auta i puka dwukrotnie w szybę po stronie kierowcy. Tata wzdycha z niezadowoleniem, ale mimo to decyduje się ją opuścić, przez co zauważam coś, czego z większej odległości nie byłem w stanie dostrzec. Na czole mężczyzny, tuż nad lewą brwią, przyklejony jest cielisty plaster, pod którym wyraźnie widzę fioletowo-czerwony ślad. Identyczny opatrunek znajduje się na jego kości policzkowej, jeszcze jeden tuż przy linii włosów. Szczęka pod kilkudniowym zarostem jest zasiniona i zauważalnie opuchnięta po prawej stronie.

Zaraz...

To wygląda, jakby Nate pobił się z ojcem.

Nie byłby to pierwszy raz.

- Carter. - Scott opiera łokieć o dach samochodu i zagląda do środka, przesuwając jasnymi oczami po wnętrzu. Na mój widok uśmiecha się sztucznie, przez co wygląda identycznie jak jego syn, kiedy ten akurat udaje kogoś, kim nie jest. - Cóż za... uroczy zbieg okoliczności, że spotykamy się tutaj, akurat dzisiaj. Zakładam, że ty również zostałeś uprzejmie poproszony o stawienie się w szkole w związku z tą... jak by to ująć... nieprzyjemną sytuacją.

- James - odpowiada chłodno tata. - Wybacz, ale się spieszę...

- Kto by pomyślał, że twój idealny, wzorowy chłopczyk zachowa się tak... prymitywnie. Rozbijanie twarzy innym uczniom na balu charytatywnym twojej drogiej żony? - Cmoka z dezaprobatą. - To naprawdę... no cóż, powiedzmy sobie szczerze, trochę szokujące jak na kogoś z nazwiskiem Griffin. Szczególnie ciekawi mnie, z jakiego powodu wybrał sobie na ofiarę akurat mojego Nathaniela, który jeśli mnie pamięć nie myli, jest jego najlepszym przyjacielem. Cholernie przypomina mi to coś z naszej wspólnej przeszłości, nie uważasz, Carterze?

O czym on gada?

Wiem z fragmentów podsłuchanych rozmów i przypadkowych wzmianek przez lata, że nasi ojcowie byli kiedyś najlepszymi przyjaciółmi. Razem z Christopherem oraz biologicznym ojcem Michaela - o którym nikt z nas nie ma prawa wspominać przy Richardsach - tworzyli legendarną czwórkę młodych, bogatych, wpływowych mężczyzn, w latach dziewięćdziesiątych znaną dosłownie w całym Londynie. Zanim pojawiliśmy się na świecie, wydarzyło się między nimi coś, co nieodwracalnie zniszczyło ich przyjaźń, lecz tata nie był nigdy chętny, by poruszać ten temat.

- Szkoda tylko, że mój przygłupi syn nie zdołał się obronić - kontynuuje James z pogardą. - To... rozczarowujące. Co nie jest niczym nowym dla Nathaniela. Rozczarowywanie ludzi to jedyna rzecz, w której jest naprawdę wyjątkowo utalentowany. - Stuka palcami w dach Bentleya, natomiast ja mrużę oczy, przyglądając się mu z nienawiścią. Jak może wypowiadać się w ten sposób o własnym synu? - Jeszcze nie zdecydowałem, czy mam zamiar was za to pozwać. W końcu nie dość, że musiałem przerwać niezwykle ważne, warte miliony funtów negocjacje w Zurychu i przylecieć tu tylko po to, żeby zająć się tym pieprzonym bałaganem, który urządził twój synek, to dodatkowo zdjęcie obitej gęby mojego dzieciaka lata już po całym internecie, a informatycy Scott & Langston nie nadążają go usuwać. - Prostuje się, poprawiając klapy płaszcza. - No cóż, zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja. Aha, i koniecznie pozdrów ode mnie Amelię. Oraz, jak zawsze, jeśli oczywiście będziesz miał ku temu okazję w najbliższym czasie... moją ukochaną Claire.

Moją ukochaną Claire?

Dlaczego, do cholery, James mówi w ten sposób o mamie El, jakby łączyło ich coś więcej niż tylko znajomość z dawnych lat, kiedy chodzili razem do szkoły i byli w jednej grupie przyjaciół?

Po tych słowach, nie czekając na żadną reakcję, po prostu odchodzi w stronę głównego wejścia do budynku, a ja siedzę zbity z tropu i wpatruję się w jego oddalającą się sylwetkę. Chcę zapytać tatę, o co chodziło w tej całej dziwnej wymianie zdań, co miał na myśli Scott, mówiąc o ich wspólnej przeszłości, historii, która się powtarza, o Claire Adwin jak o "swojej", ale zanim zdążam otworzyć usta i sformułować jakiekolwiek pytanie, telefon wibruje mi w kieszeni płaszcza.

Wyciągam go i sprawdzam wiadomości.

El:

jak rozmowa z dyrektorem? stresuję się, odkąd wstałam x

proszę, powiedz mi, że wszystko jest w miarę okej

Uśmiecham się mimo woli.

Mads:

na szczęście mnie nie wyrzucili

w dużym skrócie: jestem zawieszony w drużynie do końca grudnia i utraciłem pozycję kapitana

El:

och... tak strasznie mi przykro

Mads:

to nieważne

ważne, że mogę zostać w kingswood i widzieć Cię każdego dnia

jedziesz dzisiaj do szkoły?

El:

niestety, właśnie wychodzę z domu

nie mogę znów ominąć treningu cheerleaderek

ale może spotkamy się wieczorem?

Mads:

będę po Ciebie o siódmej

Nagle ten beznadziejny dzień staje się lepszy.

Bo przypominam sobie najważniejszą rzecz.

Wreszcie odzyskałem El.

Rozdział dwudziesty drugi

El

Nie zwracaj na nią uwagi.

- Jak już wspomniałam podczas poniedziałkowego treningu, od bieżącego tygodnia w naszej drużynie zachodzą dość znaczące zmiany. Uważam, że podniosą one jakość naszych występów oraz poprawią ogólną dynamikę i atmosferę, jaka panuje w Bloodies. - Trenerka Walker stoi pośrodku przestronnej sali na pierwszym piętrze skrzydła sportowego Kingswood, gdzie zwykle odbywają się treningi, kiedy na zewnątrz jest już zbyt zimno, byśmy mogły ćwiczyć na boisku. - Po pierwsze, po bardzo długich obserwacjach waszych umiejętności oraz postępów zdecydowałam się na zmodyfikowanie odrobinę formacji naszej piramidy, którą zaprezentujemy na kolejnym meczu przeciwko Northview High.

Najlepiej nawet na nią nie patrz, El.

Chociaż wiem, że ona patrzy na mnie.

Nie muszę nawet obracać się w kierunku Scarlett, by to potwierdzić, ponieważ odkąd tylko weszłyśmy do tego pomieszczenia dziesięć minut temu, jej spojrzenie nieustannie jest skierowane prosto na mnie - widzę to w odbiciu lustra zajmującego całą ścianę przed nami.

Wiem, co zrobiłaś. Wiem o wszystkim. I ty nie masz pojęcia, że wiem.

- Zerknijcie teraz, proszę, w lewo - poleca Walker, po czym odpala projektor multimedialny zawieszony na suficie. Po chwili ładowania na białej powierzchni wyświetla się szczegółowa grafika przedstawiająca naszą drużynę ustawioną w trzystopniowej piramidzie. - Od teraz układ będzie wyglądać następująco. Na samym szczycie stanie Eleanor. - Pokazuje laserowym wskaźnikiem na sylwetkę podpisaną moim imieniem. - Uważam, że dzięki predyspozycjom fizycznym jest ona aktualnie najlepszą zawodniczką na tę pozycję. Podtrzymywać będą ją Scarlett oraz Amanda, a co za tym idzie, Veronica ustawi się teraz na dole wraz z Clarą oraz Zoe.

Jedyną reakcją na wszystkie wypowiedziane do tej pory słowa trenerki jest stłumione prychnięcie Veroniki dobiegające zza moich pleców.

Nie pomyślałam wcześniej o tym, że ta decyzja wpłynie również na nią - przecież to oczywiste, iż Scarlett, do tej pory największa gwiazda drużyny, nie zostanie zdegradowana do pozycji na samym dole formacji, gdzie dotychczas stałam ja. Ani o tym, że teraz to mojemu największemu wrogowi będę musiała zaufać na tyle, by pozwolić jej unieść mnie kilka metrów nad ziemię.

To ona pozostanie odpowiedzialna za moje bezpieczeństwo.

- Po drugie - kontynuuje trenerka Walker, nie dając nikomu czasu na przetrawienie pierwszej informacji - jako że według wieloletniej tradycji drużyny na szczycie piramidy stoi zawsze kapitan, oznacza to, że tę rolę od dzisiaj przejmuje Eleanor. - Odwraca się do Scarlett, która wygląda, jak gdyby miała za moment rozpłakać się ze złości. - Scarlett, moja droga. Chciałabym ci z całego serca podziękować za twój czas, wysiłek oraz zaangażowanie, jakie poświęciłaś na bycie kapitanem Bloodies. - Wyciąga do niej prawą dłoń, którą dziewczyna łapie niechętnie. - Tak jak już mówiłam w poniedziałek, liczę, że rozumiesz powody, dla których musiałam podjąć tę decyzję. To nie jest degradacja. To jest reorganizacja mająca służyć dobru całej drużyny.

- Oczywiście, trenerko - odpowiada słodko, jakby właśnie nie straciła pozycji, o którą walczyła miesiącami. - Dziękuję za zaufanie, którym mnie trenerka obdarowała. Bycie kapitanem Bloodies było dla mnie ogromnym zaszczytem i mam nadzieję, że choć w jakimś małym stopniu przyczyniłam się do tego, że nasza drużyna jest dziś tam, gdzie jest. - Puszcza dłoń kobiety, a następnie wymija ją i podchodzi do mnie. - Gratulacje, Ellie. - Uroczy uśmiech rozciąga się na jej pomalowanych na różowo wargach. - Zasługujesz na to bardziej niż ktokolwiek inny. Nie mogę się już doczekać, aż zobaczę cię na szczycie. To będzie po prostu... SPEKTAKULARNE.

Po tych słowach, wypowiedzianych na tyle głośno, by usłyszał je każdy obecny na sali, bez uprzedzenia wciąga mnie w swoje ramiona. Natychmiast sztywnieję, a serce przyspiesza mi do niezdrowej prędkości, gdy przypominam sobie nie tylko o wszystkim, co zrobiła mi i Maddoxowi, lecz także o sytuacji z poniedziałku - uderzeniu mnie otwartą dłonią w twarz oraz wszystkich okrutnych rzeczach, które od niej usłyszałam.

Im wyżej się wspinasz, tym bardziej boli upadek.

Jeśli jeszcze raz zobaczę cię w pobliżu mojego Maddoxa, to nie chcesz wiedzieć, co z tobą zrobię.

A może właśnie to powinnaś zrobić? Zniknąć.

Z racji tego, że pod żadnym pozorem nie mogę dać po sobie poznać, jak bardzo jej bliskość sprawia, że czuję się zagrożona, układam jedno ramię na plecach Scarlett i odwzajemniam uścisk, podczas gdy moje ciało wrzeszczy, żebym się odsunęła. Każda sekunda ciągnie się w nieskończoność, a kiedy wreszcie dziewczyna wypuszcza mnie z ramion i odchodzi na bok do Amandy oraz Clary, reszta drużyny podbiega, aby mi pogratulować. Na szczęście koleżanki reagują entuzjastycznie na zmianę w hierarchii. Jedna po drugiej przytulają mnie, klepią przyjaźnie po plecach, prawią komplementy odnośnie do mojej techniki i kontroli nad ciałem. Nawet Veronica, która teoretycznie powinna być najbardziej rozczarowana, gdyż została zdegradowana na sam dół, daje mi całusa w policzek, po czym stwierdza, że zmiana kapitana wyjdzie wszystkim na lepsze.

Jedna z młodszych zawodniczek, Sophie z pierwszej klasy, zasłania usta dłonią, żeby nikt nie mógł odczytać z ruchu warg, co mówi, i szepcze:

- Naprawdę, cieszę się z decyzji trenerki, Ellie. Gdyby Scarlett pozostała kapitanem, to musiałabym odejść z drużyny. Nie wytrzymałabym ani jednego dnia dłużej.

Patrzę na nią do cna zaskoczona tymi słowami.

Kim tak naprawdę jest Scarlett Sinclair?

Co jeszcze zrobiła? Komu? Ile osób skrzywdziła, ilu zniszczyła życie, zanim dotarła do mnie i Maddoxa?

Nie mam czasu, żeby zapytać Sophie, co ma przez to na myśli, bo w następnej sekundzie Zoe rzuca się na mnie z impetem i dusi w swoim legendarnym, niedźwiedzim uścisku, z którego nie da się uciec.

- Jestem z ciebie kurewsko dumna, Els! - Bez wysiłku unosi mnie kilka centymetrów ponad parkiet, chociaż jest ode mnie sporo niższa. I prawdopodobnie lżejsza. - Moja najlepsza przyjaciółka na samym szczycie, tam, gdzie jej pieprzone miejsce! - Ląduję z powrotem na podłodze. - Musimy to dzisiaj uczcić. Bez dyskusji. Ty, ja i oczywiście Phoebs, chyba że znowu PIECZE Z PETERSONEM MAKARONIKI. - Puszcza mi wymowne oczko i unosi kącik ust w złośliwym uśmieszku. - Chodźmy na jakieś zajebiste włoskie żarcie. Makaron, pizza, tiramisu, wszystko popite cholernie mocnym limoncello. Moja mama może nam załatwić stolik nawet w Carlotcie. Co ty na to, hm?

- Dzisiaj nie dam rady, Zo. - Rozczarowanie pojawia się na jej twarzy, więc zanim wejdzie w tryb detektywa, szybko wyjaśniam: - Mam umówioną wizytę kontrolną u ginekologa zaraz po treningu. Ale może... jutro? Albo w weekend? Mogłybyśmy pójść w niedzielę, po pilatesie?

- Kiedy tylko chcesz. Zawsze mam dla ciebie czas. - Chwyta za moją dłoń i lustruje mnie jasnozielonymi oczami. - Ale... wszystko w porządku, tak? - upewnia się. - To tylko wizyta kontrolna?

- Tak, Zo. Nie byłam już od ponad roku, więc mama zarezerwowała pierwszy wolny termin.

- Jeśli chcesz, mogę z tobą pojechać i zaczekać w poczekalni albo nawet wejść z tobą, żebyś się nie stresowała. Wiem, że nienawidzisz lekarzy, więc jeśli mnie potrzebujesz, jestem tu.

Nagle zdaję sobie sprawę, jak bardzo nie chcę iść tam sama, nawet jeśli Zoe miałaby siedzieć na korytarzu, za zamkniętymi drzwiami i nigdy nie dowiedzieć się, po co tak naprawdę tam poszłam.

- Naprawdę mogłabyś to zrobić? - pytam niepewnie.

- Wiadomo, że tak, kochanie. - Przyjaciółka pozostawia na moim lewym policzku głośnego, soczystego buziaka. - Chodź, pani kapitan. Pora pokazać tym wszystkim sukom, kto tutaj rządzi.

Przewracam oczami, chociaż uśmiech sam ciśnie mi się na usta.

Wtedy odzywa się głos w głowie:

Scarlett też była twoją najlepszą przyjaciółką, Eleanor. Tak samo ściskała twoją dłoń i zostawiała buziaki na policzku, opatrywała twoje rany, mówiła, że zawsze pozostanie przy tobie, a potem zniszczyła wszystko, co miałaś. Więc skąd wiesz? Skąd wiesz, że Zoe jest inna? Czy możesz jej ufać?

Nie, odpowiadam głosowi z taką furią, że prawie wykrzykuję to słowo na głos. Zamknij się. Zoe nie jest Scarlett. Zoe nigdy, przez kilkanaście lat naszej przyjaźni, nie zdradziła mojego sekretu, nie powtórzyła nikomu ani jednego słowa powiedzianego w zaufaniu, nie użyła niczego, co wiedziała o mnie, jako broni.

Ale Scarlett też tego nie robiła, przypomina głos. Przez lata była ci najbliższa. A potem zrobiła to wszystko w jeden dzień.

Zaciskam szczęki.

Scarlett nie tylko odebrała mi Maddoxa na kilka miesięcy. Nie tylko zniszczyła naszą miłość, nasz pierwszy raz, nasze plany, nasze na wszystko. Odebrała mi coś nieporównywalnie cenniejszego, czego nie da się odzyskać wyznaniem miłości w oranżerii.

Odebrała mi zdolność ufania.

Scarlett:

Hej, Ellie. Niestety nie udało mi się złapać Cię po treningu, bo wyszłaś szybko z Zoe, a chciałam porozmawiać z Tobą na osobności. Muszę Cię przeprosić za tę sytuację w poniedziałek. Nie daje mi to spokoju. Gdy Walker powiedziała mi o zmianach w hierarchii drużyny, puściły mi nerwy. Wiem, że nie powinnam mówić Ci tych wszystkich okrutnych rzeczy. Naprawdę tego żałuję. Nie wiem, co się ostatnio ze mną dzieje. To chyba przez tę zbliżającą się rocznicę śmierci mamy. Zawsze wtedy jestem w kiepskim stanie. Ty byłaś jedyną osobą, która rozumiała, jak to jest, bo tylko Tobie kiedykolwiek o tym opowiadałam. Mogłabym Ci to jakoś wynagrodzić? Wiem, że pewnie nie zasługuję na drugą szansę, ale proszę, może mogłybyśmy się spotkać, porozmawiać normalnie, jak kiedyś? Proszę. Tęsknię za Tobą.??

Czytam tę długą, przepełnioną fałszem wiadomość, która właśnie pojawiła się na ekranie telefonu leżącego obok mnie w pościeli.

Ona naprawdę myśli, że jestem aż taką naiwną idiotką?

Nie mogę się nawet porządnie zirytować, ponieważ ostry ból w moim podbrzuszu jest nieporównywalnie silniejszy niż jakakolwiek emocja, jaką mogłabym poczuć wobec Scarlett. Kulę się na materacu, przyciskając do brzucha wypełniony wrzątkiem termofor w kształcie króliczka. Przez ostatnie kilka miesięcy zdążyłam zapomnieć, jak mocno potrafią boleć skurcze w tej okolicy, ale teraz, zaledwie godzinę po założeniu wkładki, przypominam to sobie aż zbyt szczegółowo.

Po obszernym wywiadzie medycznym oraz rutynowym badaniu doktor Devins zdecydowała, że przez moje niepokojące problemy z miesiączkowaniem nie przepisze mi żadnej antykoncepcji hormonalnej, ponieważ mogłoby to dodatkowo zaburzyć mój i tak już kompletnie rozregulowany cykl. Jedyną opcją, jaką mogła mi zaproponować, była miedziana wkładka. Zgodziłam się na to rozwiązanie bez wahania - chciałam jak najszybciej opuścić gabinet, by uniknąć kolejnych pytań o moją wagę, podobno zbyt niskie BMI, nawyki żywieniowe oraz poziom stresu. Poza tym lekarka zapewniła mnie, że jest to bezpieczna, często wybierana przez kobiety metoda, która ma niewiele skutków ubocznych.

Unoszę głowę z poduszki, by sprawdzić godzinę na zegarku na szafce nocnej. Jest za dwadzieścia siódma, więc Maddox powinien być tu lada chwila. Nie jestem pewna, czy dam radę podnieść się z łóżka bez podchodzących falami do gardła mdłości oraz zawrotów głowy, nie mówiąc o tym, żeby ubrać się w coś normalnego i poprawić rozmazany od łez makijaż, ale zmuszam wyczerpane ciało do posłuszeństwa.

- Auć... - jęczę głośno, gdyż kolejny skurcz przechodzi przez moje podbrzusze i promieniuje aż do ud.

W garderobie przebieram się z wygodnych dresów w czarną, sweterkową sukienkę, która jest na tyle luźna, że nie będzie mnie nigdzie uciskać, po czym poprawiam makijaż przy toaletce. Pakuję do małej torebki Saint Laurent wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, a następnie schodzę na parter, gdzie panuje grobowa cisza.

Rodzice nie wrócili jeszcze do domu z pracy, ale już dziesięć minut po wizycie u lekarza ojciec pisał do mnie wiadomości, w których kazał mi wysłać zdjęcia dokumentacji medycznej z dzisiejszej wizyty.

Już niedługo skończysz liceum i wyniesiesz się stąd na zawsze, El, przypominam samej sobie. Wytrzymałaś w tym domu tyle lat, przetrwałaś piekło, więc dasz radę jeszcze te kilka ostatnich miesięcy.

Musisz.

Marszczę brwi i syczę przez zęby, gdy muszę się pochylić, żeby zapiąć kozaki na płaskim obcasie. Narzucam na ramiona wełniany płaszcz, raz jeszcze otwieram torebkę i upewniam się, że o niczym nie zapomniałam - portfel, klucze, Xanax, paracetamol, błyszczyk, na wypadek gdyby... gdyby Maddox mnie pocałował - po czym wychodzę z domu akurat w momencie, kiedy czarne Porsche 911 wjeżdża na moją ulicę. Zamykam za sobą drzwi na klucz i biegnę jak najszybciej do auta, ponieważ z nieba leci drobna mżawka, przez którą zaraz zaczną kręcić mi się włosy.

Wsiadam do środka, nim Maddox zdąży w pełni zatrzymać pojazd. Wnętrze pachnie tym specyficznym zapachem wetkniętym w wywietrznik klimatyzacji, zmieszanym z jego cytrusowo-drzewnymi perfumami. Tęskniłam za tym samochodem, naszymi nocnymi przejażdżkami po Londynie bez celu, pocałunkami, na tylnym siedzeniu...

- Cześć, Mads.

Wygląda tak dobrze w okularach korekcyjnych, w których zawsze prowadzi samochód, gdy na zewnątrz zaczyna się ściemniać, że mam ochotę pochylić się przez podłokietnik, wziąć jego piękną twarz w dłonie i wycałować każdy jej milimetr - od czoła, przez powieki, czubek prostego nosa, po kąciki ust.

Chyba mogę to zrobić... prawda?

Chyba teraz - po tym, co powiedzieliśmy sobie wczoraj w oranżerii, po łzach zmieszanych z prawdą, po kocham cię, El, po na wszystko - mam do tego prawo?

Nie muszę pytać. Nie muszę czekać na pozwolenie. Nie muszę się zastanawiać, czy to odpowiedni moment, czy nie jest za wcześnie.

Jest mój. Zawsze był. A ja zawsze byłam jego.

- Cześć, El. - Kąciki jego ust wędrują subtelnie w górę, tworząc delikatny uśmiech. - Następnym razem wolałbym wysiąść i otworzyć dla ciebie drzwi, tak jak na to zasługujesz.

- Naprawdę nie musisz tego dla mnie robić za każdym razem... - próbuję zaprotestować, chociaż uwielbiam takie subtelne gesty.

- Nie muszę, ale CHCĘ - zaznacza. - Poza tym wtedy mógłbym cię uprzedzić, że na siedzeniu leży twój ulubiony batonik Twirl, który... no cóż, teraz może się okazać odrobinę zgnieciony. - Parska pod nosem, gdy wyciągam spod swoich pośladków fioletowe opakowanie. - Mam nadzieję, że nie wpłynie to na jego walory smakowe.

- Z pewn... - Chcę odpowiedzieć, że z pewnością nadal będzie smakował idealnie, gdy przeszywający skurcz przerywa mi w pół słowa. - Uch... - Zginam się mimowolnie, przyciskając dłoń do podbrzusza.

- El? - Lewa dłoń Maddoxa ląduje na moim udzie, skrytym pod materiałem grubych rajstop. - Coś cię boli? - Pochyla się w moją stronę, próbując zajrzeć mi w twarz, którą ukrywam za zasłoną włosów opadających do przodu. - Hej, co się dzieje?

- Wszystko dobrze. - Biorę głębszy oddech i powoli wracam do normalnej pozycji. - Dostałam... okresu. Akurat pierwszy dzień.

Obiecaliśmy sobie wczoraj, że nie będziemy mieć przed sobą żadnych tajemnic, a teraz siedzę w jego samochodzie i kłamię.

Nie wiem jednak, jak mogłabym mu wytłumaczyć, że od paru miesięcy nie menstruuję, a wkładkę założyłam nie dlatego, że tego chciałam, lecz dlatego, że mój ojciec - ten sam, którego on szanuje, podziwia oraz uważa za wzór do naśladowania - mnie do tego zmusił.

Są pewne mroczne sekrety, które do śmierci będę trzymać z dala od niego.

Od wszystkich.

- Dlaczego nic wcześniej nie powiedziałaś? - pyta z troską w głosie. - Gdybym wiedział, że kiepsko się czujesz, nie namawiałbym cię na wyjście z domu.

- Wzięłam dwie tabletki paracetamolu. Jeszcze kilka minut i mi przejdzie.

- Nadal uważam, że lepiej by było, gdybyś poleżała w łóżku z termoforem i odpoczęła.

- Wolę porobić coś, co mnie rozproszy, niż siedzieć bezczynnie i skupiać się na bólu. - Zapinam pas bezpieczeństwa, ponieważ nie mam zamiaru zmienić zdania. - Jedziemy?

Maddox nie wygląda na przekonanego moimi argumentami, co widzę po lekko zmarszczonych brwiach oraz zaciśniętych szczękach. Na szczęście zna mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy powinien odpuścić, więc decyduje się nie naciskać.

- No dobrze. - Wrzuca kierunkowskaz i ruszamy spod mojego domu w kierunku... Właściwie to nie wiem, dokąd jedziemy. - Ale jeśli ból nie ustanie w ciągu najbliższych trzydziestu minut, powiesz mi o tym, w porządku?

- Obiecuję. - Rozsiadam się wygodniej w podgrzewanym fotelu, układając głowę na skórzanym zagłówku. - Opowiesz mi coś więcej o wizycie u dyrektora? - zagajam. - Twój tata był z tobą, prawda? Co mówił Somerset?

- Somerset okazał się... sprawiedliwy. Mógł mnie wyrzucić ze szkoły ze skutkiem natychmiastowym, czego domagała się część rady pedagogicznej, ale ostatecznie zdecydowali się dać mi drugą szansę.

- Zasługujesz na nią, Mads.

- Nie jestem tego taki pewien - stwierdza z poczuciem winy, mocniej zaciskając dłonie na kierownicy. - Widziałem dzisiaj Nathana. Na parkingu przed szkołą, po spotkaniu z dyrektorem. Wyglądał... kurwa, El, wyglądał fatalnie. Myślałem, że to ja go tak urządziłem, ale potem podszedł do nas jego ojciec i...

- James? - przerywam mu zaskoczona. - James Scott jest w Londynie?

- Uwierz mi, też byłem zdziwiony. - Maddox zerka na mnie przelotnie, po czym wraca wzrokiem na błyszczącą od deszczu drogę. - Co gorsza, on też wyglądał, jakby się z kimś bił. Miał plastry na czole, lekko zasinioną szczękę, a gdy odchodził od auta, szedł, jakby bolały go żebra...

- Sugerujesz...

- Że Nathan pobił się ze swoim ojcem? - kończy za mnie, czym potwierdza moje najgorsze przypuszczenia. - Tak, El. Właśnie to sugeruję.

Boże. Biedny Nate.

To by wyjaśniało, dlaczego od wczorajszego wieczoru nawet nie wyświetlił mojej wiadomości ani nie pojawił się dzisiaj w szkole. Zwykle kiedy miał problemy ze swoimi rodzicami, zamykał się w sobie, izolował od grupy i znikał bez słowa wyjaśnienia, a jeśli do tego doszłoby pobicie się z Jamesem...

- Pisałeś do niego?

- Tak. Zaraz po powrocie do domu wysłałem mu SMS-a z prośbą o spotkanie, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi.

- Myślisz, że mógłby...? - Nie chcę nawet kończyć tego zdania.

Maddox wie dokładnie, o co chcę zapytać.

- Mam nadzieję, że nie. - Skręcamy w lewo na światłach, które akurat zmieniają się z czerwonego na zielone. - Rozmawiałem jakąś godzinę temu z Kaidenem. Powiedział, że gdy wrócił z popołudniowych zajęć na uczelni, Nate był u niego w mieszkaniu. A Kai nie pozwoli mu niczego wziąć. Tego jestem pewien. - Przejeżdża dłonią po gęstych, kruczoczarnych włosach, odgarniając je z czoła. - El... - Odchrząkuje. - Mogę cię o coś zapytać?

- O wszystko, Mads.

- Co tak naprawdę było między tobą a Nathanem?

- Sama nie wiem - odpowiadam szczerze. - Latem, gdy myślałam, że wszystko między nami to kłamstwo, Nate okazał się jedyną osobą, która nie próbowała wyciągnąć ze mnie prawdy. Nie mówił mi, że wkrótce poczuję się lepiej. Nie dawał rad. Po prostu... był. I chyba tylko dzięki niemu udało mi się jakoś przetrwać te miesiące. Na imprezie u Jake'a, przed samym rozpoczęciem roku szkolnego, wypiłam trochę więcej, niż powinnam. Nie pamiętam nawet, jak do tego doszło, ale wtedy pocałowałam się z Nathanem po raz pierwszy, o czym dowiedzieli się wszyscy przez Cardinal. Potem zaczęliśmy częściej spotykać się po szkole, wymieniać ze sobą więcej wiadomości, dotykać, aż pewnego wieczoru pocałowaliśmy się znowu, tym razem na trzeźwo. Wydawało mi się, że skoro ty związałeś się już z kimś innym, ja też zasługuję na choćby odrobinę szczęścia. - Zaczynam bawić się kosmykiem włosów, jak na złość akurat dziś nie mam w nich wstążki. - Nate przez cały ten czas wiedział, że nadal cię kocham. Nie okłamywałam go w tej kwestii, od początku pozostawałam z nim w stu procentach szczera. I on to zaakceptował. Nigdy też nie proponował mi, byśmy stali się czymś więcej. Wydaje mi się, że czuł, że nie byłam gotowa na związek. Poza tym nawet nie wiem, czy on tego chciał. Może ja też stanowiłam dla niego tylko ucieczkę od jego własnych demonów, a wiemy, że ma ich... sporo.

Maddox milczy przez długą chwilę po tym, jak kończę mówić. Deszcz bębni o dach Porsche, wycieraczki przesuwają się miarowo po przedniej szybie, a Londyn za oknem jest rozmazany, niewyraźny, jak obraz widziany przez łzy.

- Wydaje mi się, że chciał, El. - Poprawia okulary palcem wskazującym. - Może nie potrafił się do tego przyznać nawet przed samym sobą, ale... wielokrotnie widziałem, jak na ciebie patrzy, kiedy myśli, że nikt inny nie zwraca uwagi. I to nie był wzrok, jakim obdarza się swoją przyjaciółkę.

Mrugam szybko, próbując powstrzymać napływające do oczu łzy.

- M-myślisz... - Mój głos załamuje się lekko, więc biorę głębszy wdech i próbuję ponownie. - Myślisz, że bardzo go skrzywdzę? Kiedy zrozumie, że cokolwiek, co się między nami utworzyło... skończyło się w momencie, gdy ty powiedziałeś mi, że mnie kochasz?

- Myślę, że pewnie będzie potrzebował trochę czasu. Ale Nate zna nas oboje od lat. Wie, co do siebie czujemy. - Maddox łapie mnie za rękę, po czym układa nasze splecione dłonie z powrotem na moim udzie. Ten gest wydaje się tak naturalny. Tak... nasz. - Jeśli powiemy mu całą prawdę, jestem przekonany, że o wiele bardziej wścieknie się na Scarlett za to, co zrobiła, niż na nas. Poza tym podejrzewam, że manipulowała również nim. I mam nadzieję, że może gdy się o tym dowie, to uda się nam odbudować naszą przyjaźń. Bo strasznie mi go brakuje.

- Ja też mam taką nadzieję - wyszeptuję, czując się winna za rozpad ich relacji, lecz głęboko w środku wiem, że to również wydarzyło się przez Scarlett. - Myślisz, że moglibyśmy pojechać do ciebie? Dzisiaj był... wyjątkowo długi dzień. Z samego rana stresowałam się decyzją dyrektora odnośnie do twojego zawieszenia, a po południu Walker oficjalnie ogłosiła zmiany w układzie piramidy.

Maddox zerka na mnie pytająco.

- Teraz ja będę na szczycie zamiast Scarlett. I zostałam kapitanem.

- Naprawdę? Cholera, El, to niesamowite!

- Wiedziałam o tej zmianie już od jakiegoś czasu. - Wzruszam obojętnie ramionami, choć jestem dumna z tego wyróżnienia. Na treningu szło mi świetnie i od pierwszej próby odnalazłam się na szczycie jak ryba w wodzie. - W poniedziałek, kiedy Scarlett się o tym dowiedziała... Krótko mówiąc, miałyśmy bardzo nieprzyjemną wymianę zdań w szatni. - Uderzyła mnie w twarz i sugerowała, że powinnam się zabić. - Ale dzisiaj pogratulowała mi jako pierwsza i nawet mnie przytuliła, a potem... - Wyciągam telefon z torebki leżącej u moich stóp na dywaniku. - Napisała mi wiadomość. - Odnajduję odpowiednią konwersację na iMessage i odczytuję na głos treść SMS-a. - Zakładam więc, że jak na razie nie podejrzewa, że udało nam się cokolwiek wyjaśnić. Albo właśnie podejrzewa i próbuje jakiejś nowej strategii.

- Zamierzam jechać do niej w sobotę. I lepiej, żeby potrafiła wytłumaczyć mi, skąd w jej popieprzonej głowie wziął się pomysł na to wszystko, bo jeśli nie będę zadowolony z jej odpowiedzi, a szczerze wątpię, żeby jakakolwiek mogła mnie usatysfakcjonować...

- Maddox...

- Nie zrobię niczego głupiego - zapewnia, jak gdyby czytał mi w myślach. - Obiecuję. Po prostu... muszę to od niej usłyszeć, El.

Rozumiem to uczucie. Sama chcę wiedzieć, co nią kierowało, co takiego zyskała, niszcząc nas.

Telefon, który nadal trzymam w dłoni, wibruje.

Tata:

Nie jestem do końca przekonany do tej metody, ale niech już będzie. Traktuję to jako rozwiązanie tymczasowe. Kiedy dokładnie masz zamiar umówić się na te wszystkie badania krwi, które zleciła Ci doktor Devins? Podejrzewam, że przez Twoje niedorzeczne wymysły z jedzeniem wyniki wyjdą fatalne. Znowu.

Eleanor:

jutro przed szkołą zadzwonię do przychodni i umówię się na pierwszy wolny termin

Tata:

Dlaczego nie ma Cię w domu, skoro Twoje auto stoi na miejscu? Swoją drogą, znowu krzywo zaparkowałaś.

Eleanor:

jestem z Maddoxem, przyjechał po mnie

Tata:

Z Maddoxem?

Dobrze. W takim razie nie mam zastrzeżeń. Postaraj się zachować ciszę, kiedy będziesz wchodzić do domu. Jestem zmęczony.

Chowam telefon z powrotem do torebki i uśmiecham się z myślą, że jadę właśnie do mojego bezpiecznego miejsca.

Mojego prawdziwego domu.

Rozdział dwudziesty trzeci

Mads

- Misiu!

Przymykam powieki i opieram głowę o skórzany zagłówek fotela, pozwalając sobie na ostatni moment, by zebrać się w sobie przed rozmową, która na zawsze odmieni sposób, w jaki postrzegam osobę zaledwie kilka metrów ode mnie. Liczę powoli do pięciu, skupiając się na rytmie własnego oddechu, zanim przenoszę wzrok w prawo, gdzie Scarlett zbiega właśnie po mokrych od deszczu schodkach prowadzących do drzwi wejściowych rezydencji Sinclairów w South Kensington. Ma na sobie jedynie jasnobeżowy, jedwabny szlafrok, którego pasek zawiązuje w pośpiechu, a rude loki są splątane, jakby sekundę temu zerwała się z łóżka, chociaż według zegarka na desce rozdzielczej jest już jedenasta dwadzieścia siedem.

- Tak strasznie się za tobą stęskniłam, kochanie! - Rzuca się na drzwi po mojej stronie, po czym otwiera je, szarpiąc za klamkę tak mocno, że obawiam się, iż zostaną wyrwane z zawiasów. - Przepraszam, że przez cały tydzień się do ciebie nie odzywałam, ale działo się u mnie cholernie dużo, a potem usłyszałam od Mandy o tym okropnym incydencie na balu i pomyślałam sobie, że pewnie potrzebujesz trochę czasu dla siebie, żeby to przetrawić, więc nie chciałam zawracać ci głowy... - Wszystko to wyrzuca z siebie jednym ciągiem, bez najmniejszej przerwy na zaczerpnięcie powietrza, jakby obawiała się, że jeśli choć na sekundę się zatrzyma, wtrącę się w tę lukę i każę się jej zamknąć.

Ma rację. Właśnie to zamierzam zrobić.

- Scarlett - przerywam chaotyczny słowotok Sinclair. - Mogłabyś, proszę, odsunąć się od drzwi i pozwolić mi wysiąść z samochodu? - Mój ton jest opanowany do granic możliwości; brzmię wręcz absurdalnie w kontraście do jej przesadnego entuzjazmu. - I byłbym wdzięczny, gdybyś tak głośno nie krzyczała. Boli mnie głowa.

Nie kłamię.

Migrena nie mogła wybrać sobie lepszego dnia na swoje niechciane odwiedziny, chociaż mam nadzieję, że połknięty pół godziny temu oksykodon zaraz przyniesie mi ulgę.

- Och. - Szeroki uśmiech dziewczyny drga odrobinę, a w ciemnozielonych oczach pojawia się cień niepewności. - Tak, oczywiście. Przepraszam. - Splata ramiona na piersi, po czym robi krok do tyłu, pozwalając mi swobodnie opuścić auto. - Po prostu TAK STRASZNIE się cieszę, że cię widzę...

- Bez wzajemności. - Zatrzaskuję za sobą drzwi i klikam przycisk na pilocie, na co Porsche odpowiada krótkim dźwiękiem klaksonu. Scarlett patrzy na mnie osłupiała, a gdy rozchyla powoli usta, by sformułować jakąś odpowiedź, uprzedzam ją o ułamek sekundy: - Będziemy tu tak stać czy zaprosisz mnie do środka? - Zarzucam kaptur czarnej bluzy na głowę. - Pada.

- Tak... tak, oczywiście. Chodźmy do środka. - Odwraca się i idzie w stronę domu, którego mam nadzieję, że próg przekraczam po raz ostatni. - Zaraz zrobię ci ciepłą herbatę, kupiłam też specjalnie ciasteczka z gorzką czekoladą...

Ignoruję jej paplaninę.

Kiedy wchodzimy do przestronnego holu z kryształowym żyrandolem zwisającym z sufitu i szerokimi schodami prowadzącymi na pierwsze piętro, rozglądam się dookoła, wypatrując jakichkolwiek oznak obecności innych ludzi - Franklina, kogoś z personelu, gości, kogokolwiek, kto mógłby zostać świadkiem nadchodzącej rozmowy.

- Nikogo nie ma w domu? - Zdejmuję kaptur i przeciągam dłonią po wilgotnych włosach, które przykleiły mi się do czoła.

- Tata wyleciał wczoraj wieczorem do Stanów na konferencję w Nowym Jorku, będzie tam przez najbliższe dwa tygodnie. - Scarlett zamyka drzwi wejściowe, a następnie przekręca klucz w zamku. - Gosposia ma dzisiaj wolne, więc jesteśmy sami. - Wyciąga dłoń, jakby chciała dotknąć mojej twarzy. - Możemy porozmawiać, o czym tylko chcesz, bez żadnych przeszkód. Wiem, że ostatnio wiele się wydarzyło i pewnie jesteś zestresowany całą tą sytuacją z Nathanem i...

Odsuwam się, zanim jej palce zdążą dosięgnąć mojego policzka.

- Dobrze. - Chowam dłonie do kieszeni bluzy. - W takim razie usiądźmy gdzieś i porozmawiajmy.

- Misiu, wszystko w porządku? Zachowujesz się... nie wiem, inaczej niż zwykle. Jakbyś był na mnie zły, a przecież ja nic nie zrobiłam...

- Salon czy biblioteka? - pytam obojętnie.

- S-salon.

Wymijam ją szerokim łukiem i ruszam w kierunku otwartej przestrzeni, słysząc za sobą stukot bosych stóp uderzających o panele. Wybieram fotel przy oknie, czym celowo zachowuję pomiędzy nami spory dystans. Opadam na miękkie siedzisko, a potem zerkam na deszcz, który ciągle uderza monotonnie w szyby.

Nie mam pojęcia, skąd biorę w sobie tyle samokontroli.

Jakim cudem udaje mi się tu spokojnie siedzieć, z pozornie rozluźnioną postawą ciała, podczas gdy wewnątrz mnie buzuje wściekłość, a czerwień tańczy na samych granicach mojego pola widzenia, gotowa wybuchnąć przy najbardziej nieznaczącym bodźcu i pochłonąć mnie całkowicie, tak jak miało to miejsce na balu. Pragnę wygłosić długi monolog, po którym przez resztę swojego życia Scarlett będzie słyszała mój głos rozbrzmiewający w swojej głowie za każdym razem, gdy tylko spróbuje wypowiedzieć kolejne kłamstwo. Ale zanim do tego dojdzie... najpierw potrzebuję usłyszeć, co wymyśli na swoje usprawiedliwienie.

- M-mógłbyś mi wreszcie p-powiedzieć, o co chodzi, misiu? - Siada na sofie naprzeciwko, w miejscu znajdującym się jak najbliżej mojego fotela. Zakłada nogę na nogę i poprawia szlafrok, który podsunął się odrobinę zbyt wysoko. - Zaczynam się stresować. Nigdy wcześniej się tak wobec mnie nie zachowywałeś...

- Rozmawiałem z Eleanor.

- Och, naprawdę? To wspaniale, Maddox! - stara się brzmieć na zadowoloną, jakby właśnie usłyszała najwspanialszą nowinę w swoim życiu, jednak brzmi to tak kurewsko sztucznie, że aż mnie mdli. - Czyli wreszcie udało się wam porozmawiać i jakoś wyjaśnić sobie wszystkie te nieporozumienia...

- Udało. - Potakuję skinieniem głowy. - Wyjaśniliśmy sobie WSZYSTKO. I to ze szczegółami. Uwierz mi, nie pominęliśmy ani jednej istotnej kwestii.

- No cóż, to... to fantastycznie. - Chociaż z całych sił próbuje utrzymać maskę, fasada powoli zaczyna pękać. - Może dzięki temu zdołacie odbudować przyjaźń, wrócić do tego, co kiedyś między wami było. Wiesz przecież, jak bardzo mi zależy na was obojgu...

- Mam więc do ciebie jedno, bardzo proste pytanie. - Patrzę jej w oczy, które kiedyś uważałem za piękne. Teraz widzę w nich tylko pustkę i okrucieństwo. - DLACZEGO?

- C-chyba nie rozumiem...

- Nie? - Unoszę brew. - W takim razie pozwól, że doprecyzuję pytanie, żebyśmy oboje mieli pewność, że mówimy o tym samym. Dlaczego trzeciego lipca, podczas imprezy u Jake'a, podsłuchiwałaś moją rozmowę z Michaelem? Dlaczego następnego dnia rano pojechałaś do domu Eleanor i oszukałaś ją, mówiąc, że uprawialiśmy seks, chociaż to nigdy się nie wydarzyło, nawet w trakcie naszego związku? Dlaczego pokazałaś jej sfałszowane wiadomości oraz zdjęcia okrwawionej prezerwatywy, których nigdy nie wysłałem? - Mój puls przyspiesza, wywołując coraz silniejszy ucisk w prawej skroni. - Dlaczego pokazałaś El tabelkę z listą PPZ z moim nazwiskiem, chociaż nigdy nie brałem w tym udziału? Dlaczego na imprezie w moim własnym domu poszłaś za mną do pokoju, kiedy byłem kompletnie pijany, i zgrywałaś wtedy troskliwą przyjaciółkę, która "po prostu musiała powiedzieć mi okrutną prawdę dla mojego własnego dobra"? Dlaczego skłamałaś, że Eleanor rzekomo wyznała ci, że chciała stracić dziewictwo z kimś, komu naprawdę ufała, bo podobno nie chciała wyjść na niedoświadczoną przed Nathanielem, kiedy w końcu z nim będzie? Dlaczego, kiedy zasnąłem, odrzuciłaś jej połączenia i usunęłaś je z rejestru połączeń, bym nigdy się o tym nie dowiedział? - Wstaję z fotela, bo nie jestem w stanie dłużej usiedzieć w miejscu, buzuje we mnie zbyt wiele emocji. - Dlaczego przez kolejne tygodnie manipulowałaś mną na każdym kroku, pocieszałaś po czymś, czego sama okazałaś się sprawczynią, by na koniec, gdy już nie miałem wiary w to, że odzyskam El, powiedzieć, że COŚ do mnie poczułaś i chcesz spróbować związku? - Robię krok w jej stronę, na co ona cofa się głębiej na sofie. - Dlaczego, gdy ostatnio byłem u ciebie w domu i rozmawialiśmy na temat przyszłości, kiedy wyszedłem do toalety na pięć minut, wzięłaś mój telefon, z którego zablokowałaś numer Eleanor oraz wszystkie jej konta na mediach społecznościowych, żebym nie mógł w żaden sposób nawiązać z nią kontaktu? Dlaczego, kurwa mać, z pełną premedytacją zniszczyłaś naszą relację, skoro byłaś naszą przyjaciółką od dzieciństwa i doskonale wiedziałaś o tym, jak bardzo się kochamy? - Kończę monolog, ciężko dysząc. - Już teraz rozumiesz dokładnie, co mam na myśli, pytając cię DLACZEGO, Scarlett? Mogę wymieniać dalej, ale myślę, że przypomniałem ci wystarczająco.

Cisza, która zapada po moich słowach, jest ogłuszająca.

Stoję nad nią, czekając na jakąkolwiek reakcję potwierdzającą, że właśnie dotarło do niej, iż jej budowane miesiącami kłamstwa wyszły na jaw, lecz ona tylko wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami i milczy, jakby to była dla niej zupełna nowość.

- Odpowiesz mi na moje pytanie? - naciskam. - Czy wolisz gapić się na siebie w nieskończoność?

- To właśnie powiedziała ci Eleanor? Że ja... Że ja zrobiłam te okropne rzeczy, o których właśnie mówiłeś? - Scarlett podnosi się z miejsca i tym razem to ja się cofam, gdyż nie mogę znieść bycia tak blisko niej. - Maddox, kochanie, przecież to nie ma najmniejszego sensu - brzmi na szczerze zranioną, natomiast jej oczy szklą się od łez. - Nigdy w życiu nie opowiadałam Ellie o żadnej liście PPZ, nie pokazywałam żadnych sfabrykowanych zrzutów ekranu, wiadomości ani tym bardziej zdjęć... okrwawionej prezerwatywy? To obrzydliwe. Skąd miałabym coś takiego w ogóle wziąć? - Krzywi się. - Czwartego lipca byłam u niej, to fakt, ale wtedy to ona opowiadała mi o Nathanie, co później ci powtórzyłam, bo myślałam, że powinieneś wiedzieć...

Nie, kurwa, nie.

- Nie waż się kłamać mi prosto w twarz - ostrzegam. - I tak nigdy więcej nie uwierzę w żadne twoje słowo, więc możesz sobie darować kolejne wyssane z palca bzdury.

- Misiu, przecież nigdy nie zrobiłabym wam czegoś takiego, kocham was oboje...

- Nie jestem twoim pieprzonym MISIEM! - wybucham, tracąc resztki opanowania, a Scarlett wzdryga się na dźwięk mojego podniesionego głosu. - Zerwałem z tobą, więc przestań się zachowywać, jakby cokolwiek nadal nas łączyło! Jakby cała ta relacja nie opierała się na pierdolonej manipulacji!

- Myślę, że powinieneś usiąść i spróbować się uspokoić. - Ton, jakim to mówi, jest tak przesadnie łagodny, że jeszcze bardziej mnie to wkurwia. - Zaczynam się poważnie martwić o twój stan psychiczny. Te chroniczne migreny, silne, uzależniające leki opioidowe, które bierzesz praktycznie codziennie, stres związany z incydentem na balu, zawieszenie w drużynie, utrata pozycji kapitana... - Ponownie wyciąga rękę, próbując dotknąć mojego ramienia. - To wszystko na ciebie wpływa. Uważam, że twój umysł jest po prostu przeciążony...

- Nawet nie próbuj mnie, kurwa, dotykać. Nigdy więcej.

- Maddox, proszę, wysłuchaj mnie. Jestem TWOJĄ DZIEWCZYNĄ - wypowiada to bardzo dosadnie. - Kocham cię, chcę dla ciebie jak najlepiej...

- Może i byłem najebany w sobotę, ale pamiętam dokładnie, że z tobą zerwałem, więc przestań próbować znów namieszać mi w głowie! - Wyrzucam oskarżycielsko palec w jej stronę.

- Wcale ze mną nie zerwałeś...

- Po prostu weź odpowiedzialność za swoje czyny i powiedz mi, dlaczego to wszystko zrobiłaś. Co tobą kierowało? Co chciałaś przez to osiągnąć? Tylko to chcę wiedzieć, Scarlett.

Patrzę na nią wyczekująco, daję jej ostatnią szansę, żeby przynajmniej spróbowała być ze mną szczera.

Najwyraźniej nie ma zamiaru z niej skorzystać.

- Nie przyznam się do czegoś, czego nie zrobiłam. Możesz mnie oskarżać, o co tylko chcesz, wierzyć ślepo w każde słowo, które powiedziała ci Eleanor, ale ja nie będę kłamać, że brałam udział w czymś, o czym usłyszałam pięć minut temu po raz pierwszy. Skoro wolisz wierzyć dziewczynie, która cię wykorzystała, niż własnej partnerce...

Ona naprawdę zamierza w to brnąć.

- W porządku. - Odwracam się i odchodzę w stronę przedpokoju, ponieważ nie chcę tracić więcej czasu na tę bezsensowną rozmowę, która do niczego nie doprowadzi. - W takim razie nie mam ci już nic więcej do powiedzenia.

- Gdzie ty idziesz?! - wykrzykuje spanikowana, biegnąc za mną przez korytarz. - Maddox?!

- Jeśli kiedykolwiek zdobędziesz się na odwagę, żeby się przyznać i wytłumaczyć mi, co tobą kierowało, daj znać. - Chwytam za klamkę. - Do tego czasu nie kontaktuj się ze mną ani nawet nie próbuj zbliżać się do Eleanor. Ta rozmowa będzie wyglądać zupełnie inaczej, jak tylko się dowiem, że znów próbowałaś namieszać jej w głowie.

- Jeśli w tym momencie wyjdziesz, bardzo tego pożałujesz. - Nagle głos Scarlett zmienia się ze słodkiego na ostry, wręcz przepełniony groźbą. - A uwierz mi, Maddox, że nie chcesz wiedzieć, o czym mogę...

- Przekonamy się, kto czego będzie żałował.

Po tych słowach trzaskam drzwiami z taką siłą, że słyszę za sobą huk roztrzaskującego się szkła - prawdopodobnie jeden z obrazów spadł ze ściany i potłukł się o marmurową podłogę. Adrenalina pompuje mi w żyłach tak intensywnie, że ledwo czuję zimny deszcz, który zaczyna przesiąkać przez materiał bluzy. Biegnę podjazdem w stronę samochodu, po czym wsiadam do środka, wrzucam odpowiedni bieg i jak najszybciej odjeżdżam.

Ona nie ma już nade mną żadnej władzy.

Maddy:

wiem, że teraz chujowo się czujesz i jesteś na mnie wkurwiony, ale daj chociaż znać, że żyjesz. naprawdę się o Ciebie martwię

gadałem wczoraj z Kaidenem, cieszę się, że jesteś u niego bezpieczny

gdybyś czegoś potrzebował, jestem

Odkładam telefon na szafkę nocną i wracam wzrokiem do ekranu iPada spoczywającego na moich kolanach. Od dobrych czterdziestu minut przeglądam stronę Airbnb, szukając wśród setek opcji idealnego miejsca poza Londynem, do którego mógłbym zabrać El w trakcie nadchodzącej przerwy międzysemestralnej - czegoś wystarczająco daleko, by odciąć się całkowicie od reszty świata, ale jednocześnie na tyle blisko, żeby dojazd nie zajął nam całego dnia.

Zatrzymuję się na ogłoszeniu, które wygląda wyjątkowo obiecująco. Na zdjęciach widnieje uroczy domek w okolicach Stow-on-the-Wold w Cotswolds, z kominkiem w salonie, sypialnią na antresoli i... pianinem.

Nawet nie wiem, czy El się zgodzi, jednak wewnętrznie czuję, że tego potrzebujemy: czasu tylko we dwoje, miejsca, gdzie będziemy mogli wrócić do tego, jak wyglądała nasza relacja, zanim została zrujnowana. Teraz, gdy wiem, że miłość mojego życia odwzajemnia moje uczucia, nie zamierzam zmarnować ani dnia dłużej. Ani jednej godziny, minuty, sekundy.

Czekałem na "kocham cię, Mads" z jej ust wystarczająco wiele lat i kiedy wreszcie je usłyszałem, nie istnieje siła na tym świecie, która mogłaby mnie od niej odciągnąć.

- Hej, Mads! - Sable wlatuje do mojego pokoju niczym czarnowłose tornado, oczywiście nawet nie zawracając sobie głowy uprzednim pukaniem do drzwi. Rzuca się na łóżko z impetem, a biedny Cairo, który do tej pory drzemał spokojnie na poduszce obok mnie, obrywa rykoszetem. Wydając z siebie niezadowolone pomrukiwanie, przenosi się w moje nogi. - Przepraszam cię, najsłodszy pieseczku! - Siostra wyciąga do niego rękę, próbując przeprosić, ale doberman demonstracyjnie odwraca łeb. - Nie chciałam cię przestraszyć ani wyrwać z drzemki. No nie obrażaj się na mnie...

- Wiesz, że Cairo potrafi być strasznie mściwy, kiedy ktoś zakłóci mu drzemkę.

- Dokładnie jak ty, kiedy ktoś przeszkadza ci w trakcie migreny.

- Cóż.

- Co tam robisz? - Porzuca próby pojednania się z psem i zagląda w ekran tabletu. - O, domki... Wyjeżdżasz dokądś? O Boże, tylko mi nie mów, że się wyprowadzasz na stałe! - piszczy spanikowana, chwytając za moje ramię obiema dłońmi. - Maddox, błagam, nie rób mi tego! Nie wytrzymam wyprowadzki obu starszych braci w ciągu jednego roku! Killian już mnie zostawił, a teraz ty też?!

- Do końca liceum nigdzie się nie wyprowadzam, obiecuję - uspokajam ją. - Planuję tylko zabrać El na kilkudniowy wyjazd w trakcie przerwy międzysemestralnej. Pomyślałem, że przydałoby nam się trochę czasu tylko dla siebie.

- Uuuu... - Młoda zapomina o swoich obawach dotyczących mojej rzekomej przeprowadzki i uśmiecha się znacząco. Porusza sugestywnie brwiami, a w jej jasnoszarych oczach błyszczy rozbawienie. - Romantyczny wyjazd we dwoje, czas tylko dla siebie, z dala od Londynu. Rozumiem już, o co chodzi...

- Sable - przerywam siostrze pobłażliwym tonem, a następnie znajduję domek, który przed chwilą dodałem do ulubionych. - Co myślisz o tym miejscu? - Podaję jej iPad. - Podoba ci się? Czy powinienem poszukać czegoś innego?

- Hmmm... - mruczy pod nosem, przeglądając fotografie z wnętrza oraz malowniczej okolicy. - Sypialnia na antresoli, duża, wolnostojąca wanna w łazience, żadnych sąsiadów w promieniu kilku kilometrów... Zaraz, zaraz... - Cofa się do zdjęcia przedstawiającego przytulny salon z kominkiem i instrumentem ustawionym przy oknie. - W tym domku jest pianino? Maddox, to miejsce jest IDEALNE. Wiesz, jak bardzo El uwielbia, kiedy dla niej grasz. Będzie zachwycona.

- O tym samym pomyślałem. - Uśmiecham się na samą myśl, że uda mi się coś dla niej zagrać. Może nawet skomponuję coś wyjątkowego? - Daj, muszę szybko zaklepać, zanim ktoś inny sprzątnie mi go sprzed nosa.

Odbieram od siostry tablet i dokonuję rezerwacji Honeycomb Cottage na trzy noce, od poniedziałku do czwartku. Opłacam ją razem z opcją wcześniejszego zameldowania, a potwierdzenie błyskawicznie przychodzi mi na maila.

Doskonale.

- Cieszę się, że znowu jesteście Madsem i El. - Sable układa się jeszcze bliżej i opiera głowę na moim ramieniu. - Przez ostatnie miesiące patrzyłam, jak oboje cierpicie, i to było na maksa okropne. I jeszcze ta ruda potworzyca Sinclair. - Wzdryga się. - A tak w ogóle... Też bym tak chciała, wiesz? - Wzdycha rozmarzona, chociaż w jej głosie wyczuwam nutę smutku. - Mieć już osiemnaście lat. Być zakochana w kimś, kto też mnie kocha. Móc pojechać sobie gdzieś na długi weekend i całować się tam do woli...

- Może przystopujmy jednak z tym całym całowaniem do woli, dobrze? - Śmieję się, cmokając siostrzyczkę w czubek głowy. - Na to wszystko zostało ci jeszcze mnóstwo czasu, Sab. Nie musisz się spieszyć z dorastaniem. Ciesz się tym, że jesteś jeszcze dzieckiem.

- Ale ja wcale nie chcę być już dzieckiem, Mads - protestuje. - Mikaela ma już chłopaka od czerwca, chodzą razem do kina, trzymają się za ręce w szkole. Za to Thalita w zeszłym tygodniu pocałowała się po raz pierwszy z kolegą z ostatniej klasy, który gra w drużynie rugby, i teraz non stop o tym gada na naszej grupie. Ja... Ja też chciałabym wreszcie wiedzieć, jak to jest, gdy ktoś cię całuje albo mówi, że cię kocha.

- A co z tym chłopakiem, o którym mi kiedyś wspominałaś? - pytam delikatnie, ponieważ wiem, że to dla niej wrażliwy temat, na który niechętnie rozmawia, nawet ze mną. - Ten z twojej klasy. David czy jak mu tam było.

- Davien. - Sable odsuwa się ode mnie odrobinę. - I to bez znaczenia. - Podciąga kolana pod klatkę piersiową i obejmuje je ramionami. - On jest... po prostu moim przyjacielem. Nic więcej.

- El też była "po prostu" moją przyjaciółką - przypominam.

- To zupełnie co innego. Ty jesteś zakochany w El, odkąd pamiętam, nigdy nie widziałeś poza nią świata, a ja jestem zak... - Przerywa, jakby złapała się na mówieniu o czymś, o czym nie powinna była wspominać. - Ja jestem zakochana w kimś innym - kończy ciszej.

- Jesteś w kimś zakochana?

Kurewsko rozczula mnie tym nieśmiałym wyznaniem, bo ja sam w jej wieku już dawno wiedziałem, że kocham Eleanor. To, co czuje moja młodsza siostra, może nie być wcale jakimś nastoletnim zauroczeniem, które przejdzie za miesiąc czy dwa, gdy pojawi się ktoś nowy, bardziej interesujący.

To może być coś prawdziwego.

- No. - Wzrusza obojętnie ramionami, bawiąc się rękawem swojego czarnego sweterka. Lekki rumieniec rozlewa się po jej bladych policzkach. - Od dawna. Ale on jest ode mnie sporo starszy. I w ogóle to nie ma nawet najmniejszych szans, żebyśmy kiedykolwiek mogli być razem, bo jestem dla niego tylko dzieciakiem. Więc bez sensu nawet o tym rozmawiać. Po prostu... zapomnij, że w ogóle coś powiedziałam, okej?

Kurwa mać.

Wychodzi na to, że moje przypuszczenia o tym, że podoba jej się Mike, były prawdą.

Richards, jakby w jakiś niepojęty sposób wyczuł, że o nim mowa, wysyła mi serię wiadomości, przez co ekran tabletu podświetla się na moich kolanach.

Michael:

Gadałem właśnie przez ostatnie pół godziny z Nathanem przez telefon i, stary, powiem Ci, że naprawdę zaczynam się o niego martwić.

Powiedział mi, że kurewsko obwinia się za to wszystko, co się wydarzyło na balu, i uważa, że to przez niego straciłeś pozycję kapitana. Próbowałem go przekonać, że to nie jego wina, ale nie chciał słuchać żadnych argumentów.

I miałeś rację z tym, co podejrzewałeś odnośnie do jego ojca. Jak James przyleciał do Londynu, to rzeczywiście się pobili. Nate nie chciał zdradzić mi żadnych szczegółów, ale powiedział, że nigdy nie było tak źle.

Brzmiał na pijanego. Powiedział, że Kaiden musiał pilnie wyjść z mieszkania, bo coś się odjebało z Mią. Nate jest teraz sam i boję się, że mógł coś wziąć, dlatego jadę do mieszkania Williamsa.

Maddox:

daj mi znać, jak tylko będziesz wiedział coś więcej

i gdybym był potrzebny, to natychmiast przyjadę

Blokuję ekran iPada, nie chcę, żeby Sable przypadkiem przeczytała te wiadomości. Najchętniej pojechałbym prosto na Mayfair i osobiście zajął się Nathanem, ale wiem, że Mike sobie poradzi, a ja jestem prawdopodobnie ostatnią osobą, jaką Scott chciałby widzieć w tym stanie.

- To Michael? - wyszeptuje Sab i po tonie jej głosu po prostu wiem.

Wiem, w kim zakochana jest moja młodsza siostra.

Rozdział dwudziesty czwarty

El

Wyłączam budzik w telefonie - chociaż tak naprawdę nie śpię już od dobrych czterdziestu minut, wpatrując się w ciemność sypialni i próbując opanować nieustannie podrywające się do lotu motyle w brzuchu - po czym siadam na materacu. Londyn o tak wczesnej porze jest wyjątkowo cichy. Jedyne dźwięki, jakie docierają do moich uszu, to odległa syrena oraz jednostajny szum ogrzewania.

Przeciągam się powoli, czując, jak kręgosłup chrupie mi przyjemnie w kilku miejscach naraz. Z ogromną ulgą stwierdzam, że po raz pierwszy od bardzo dawna - może od lipca, gdy byliśmy na Mykonos z rodzicami? - nie mam na ciele żadnych siniaków, stłuczeń ani otarć, które powodowałyby ból przy każdym najmniejszym ruchu. Dyskomfort w podbrzuszu oraz lekkie krwawienie ustały całkowicie wczoraj wieczorem, a aktualnie czuję jedynie lekkie, wręcz przyjemne zakwasy po pilatesie z Zoe oraz Phoebs w RFRM.

To miła odmiana, myślę sobie, a jednocześnie staram się uciszyć ten natarczywy głos w głowie, szepczący mi, że to nie potrwa długo. Za kilka dni jakiś drobiazg zirytuje ojca na tyle, by uznał, że znów zasługuję na dotkliwe przypomnienie, gdzie tak naprawdę jest moje miejsce. Jestem jednak zbyt podekscytowana myślą o tym, że za niespełna dwie godziny zobaczę Maddoxa, z którym spędzę cztery dni z dala od Londynu, Kingswood i plotek krążących po korytarzach, postów na Cardinalu, obowiązków, skomplikowanych rozmów oraz - co najważniejsze - swojego kata.

Czuję się... szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.

Odnoszę wrażenie, że w relacji mojej i Maddoxa wszystko jest jak dawniej, jakby ostatnie cztery miesiące nigdy się nie wydarzyły, lecz równocześnie świat wokół wygląda fundamentalnie inaczej.

Nie wiem, jak Scarlett zamierza zachowywać się po powrocie do szkoły w przyszłym tygodniu. Czy nadal będzie udawać tę fałszywą, słodką przyjaciółkę, czy może po rozmowie z Maddoxem zrzuci maskę i pokaże swoje prawdziwe oblicze? Nikt z nas, oprócz Kaidena, nie nawiązał kontaktu z Nathanem od zeszłego czwartku, przez co ciągle się o niego martwię, bo nie mam pojęcia, co się z nim dzieje. Zoe i Phoebe jeszcze nie wiedzą o tym, co zrobiła Scarlett - o manipulacji, kłamstwach, sfabrykowanych dowodach. I nie wymyśliłam, jak im to wszystko wyjaśnić.

Przecież Zoe ją...

Za oknem jest jeszcze zupełnie ciemno, więc zapalam lampkę na szafce nocnej, po czym odrzucam kołdrę na bok i wsuwam stopy w puchate kapcie. Od razu zaścielam starannie łóżko - przykrywam je narzutą, układam ozdobne poduszki, a na sam koniec sadzam pomiędzy nimi misia. Patrzę na niego przez moment, aż decyduję, że jedzie ze mną. Nie pozwolę, by został sam w tym okrutnym domu.

Podchodzę do fotela i upycham pluszaka do bordowej torby, chociaż ledwo się tam mieści przez nadmiar rzeczy.

Wczoraj wieczorem dostałam wiadomości, dzięki którym najpierw gapiłam się na ekran telefonu z niedowierzaniem, potem chichotałam do niego niczym zakochana nastolatka - w gruncie rzeczy nią jestem - a na sam koniec przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć z podekscytowania.

Mads:

mam do Ciebie prośbę

El:

jaką prośbę? x

Mads:

chciałbym, żebyś spakowała się na cztery dni

El:

to całkiem niespodziewana prośba

zwłaszcza o dziewiątej wieczorem

może zdradzisz mi coś więcej? x

Mads:

zabieram Cię jutro rano w tajemnicze miejsce

El:

to zdecydowanie za mało informacji

powiedz mi chociaż, co powinnam ze sobą wziąć

Mads:

Jedyne, co musisz wiedzieć, to że będziemy poza Londynem trzy noce

El:

Mads, poza Londynem może oznaczać naprawdę wiele

Mads:

wiem

nie zdradzam nic więcej

lubię robić Ci niespodzianki

obiecuję, że będziesz zadowolona

do zobaczenia jutro o ósmej x

El:

MADDOX

nie możesz mnie tak po prostu z tym zostawić

Mads:

mogę i właśnie to robię

dobranoc x

Próbowałam z niego wyciągnąć jakiekolwiek konkrety aż do pójścia spać, używając wszystkich możliwych technik, jakie przyszły mi do głowy: błagania przeplatającego się ze słodkimi słówkami i niezliczonymi "x", przekonywania opartego na logicznych argumentach, kokietowania, a nawet groźby, że nigdzie z nim nie pojadę, jeśli mi nie powie. Niestety, Mads był nieugięty i odpowiadał mi jedynie uśmiechniętymi emotkami, a na sam koniec napisał:

Mads:

będzie cudownie, El. zaufaj mi x

To oczywiście tylko podsyciło moją ciekawość i sprawiło, że zamiast zasnąć, rozmyślałam nad potencjalną destynacją.

Niemożliwe, że będziemy lecieć gdzieś samolotem, prawda? A może pojedziemy Eurostarem do Paryża? Albo autem gdzieś nad morze? Do jakiegoś małego, urokliwego miasteczka, o którym nigdy nie słyszałam?

Wreszcie, gdzieś około trzeciej nad ranem, doszłam do wniosku, że nieważne, co Maddox dla mnie zaplanował, dokąd pojedziemy ani co będziemy robić. Najważniejsze jest to, że spędzimy razem kilka dni przerwy międzysemestralnej tylko we dwoje.

O siódmej trzydzieści schodzę na parter z torbą podróżną przewieszoną przez ramię, czując coraz większe podekscytowanie. Na szczęście ojciec pojechał już do swojej pracowni architektonicznej - widziałam przez okno, jak jego czarne BMW odjeżdżało spod domu chwilę przed siódmą - natomiast mama siedzi w kuchni przy marmurowej wyspie z filiżanką kawy oraz dokumentami rozłożonymi na blacie przed nią. Kiedy mnie zauważa, jej piękna twarz rozjaśnia się ciepłym uśmiechem, choć oczy wyglądają na wyjątkowo zmęczone.

- Dzień dobry, mój skarbie - wita się łagodnie, odsuwając papiery na bok, jakby chciała mi przekazać, że teraz skupia się wyłącznie na mnie. - Dobrze spałaś?

Nie spałam prawie w ogóle.

- Tak, mamuś - odpowiadam zamiast tego. - Mogę... - zagajam niepewnie. - Mogę ci o czymś powiedzieć? O czymś bardzo dla mnie ważnym?

- Oczywiście, misia. - Wyciąga obie dłonie w moją stronę, zapraszając gestem, bym podeszła bliżej. - Zawsze możesz ze mną porozmawiać. O wszystkim. Nie musisz przecież pytać o pozwolenie. Co się dzieje?

Odstawiam ciężką torbę na podłogę, a następnie opieram się łokciami o blat naprzeciwko niej.

- Chciałabym, żeby to, co ci teraz powiem, zostało między nami. Przynajmniej na razie, dobrze?

- Masz moje słowo. - Wyciąga do mnie mały paluszek. - Przysięgam.

Chichoczę i splatam go ze swoim.

- W zeszłym tygodniu porozmawialiśmy szczerze z Maddoxem i wyjaśniliśmy bardzo wiele rzeczy, ale przede wszystkim... wyznaliśmy sobie miłość.

Ciemnobrązowe oczy mamy rozszerzają się z zaskoczenia, za to usta układają się w nieme "och".

- O matko, naprawdę?! - pyta piskliwie, głosem przepełnionym szczerym podekscytowaniem. Uśmiecha się jeszcze szerzej, łapiąc moją dłoń przez szerokość wyspy. - El, kochanie, to cudownie! Tak bardzo się cieszę! Wiedziałam, że w końcu wszystko się pomiędzy wami ułoży.

- Ja też się cieszę. Nawet nie wiesz, jak bardzo. - Sunę opuszką kciuka po sporych rozmiarów diamencie na jej pierścionku zaręczynowym. - Wczoraj wieczorem Mads napisał mi, żebym spakowała torbę na kilka dni, bo chce zabrać mnie z dala od Londynu. - Wskazuję na ledwo dopięty bagaż przy swoich stopach. - Potrzebuję tego, mamuś. Potrzebuję spędzić z nim trochę czasu, spróbować nadrobić stracone tygodnie, chociaż wiem, że to niemożliwe.

- Och, El. - Mama podnosi się z wysokiego stołka, po czym wciąga mnie w ramiona i układa dłoń na tyle mojej głowy, której czubek całuje. - Jeśli pytasz o pozwolenie na wyjazd, to oczywiście, że nie mam nic przeciwko. Wręcz uważam, że to wspaniały pomysł, żebyś odpoczęła odrobinę od codzienności i obowiązków. Spędźcie trochę czasu tylko we dwoje, nadróbcie, ile tylko się da, a kiedy wrócisz do domu, opowiesz mi o wszystkim od początku. Mam naprawdę sporo pytań. Co ty na to, kochanie?

- Jasne, mamuś - przytakuję. - Tylko... właściwie nie o pozwolenie chciałam cię poprosić.

- Więc o co chodzi?

- Czy mogłabyś powiedzieć tacie, że pojechałam na babski wypad z Zoe i Phoebs? Wiesz, że on jest - psychopatą - wyjątkowo nadopiekuńczy. Nie chcę, żeby przypadkiem zepsuł mi wyjazd ciągłymi wiadomościami i pytaniami o to, co jest teraz między mną a Maddoxem.

Mama przez chwilę bije się z własnymi myślami, wyraźnie niepewna, czy powinna pozostać lojalna wobec męża, czy wysłuchać prośby córki. Szybko jednak uśmiecha się i ponownie mnie całuje, tym razem w policzek, gdzie zostawia ślad lepkiego błyszczyku.

- To pozostanie naszym małym sekretem, dobrze, misia? - Zaraz potem wyraz jej twarzy staje się odrobinę poważniejszy. - Za to ty obiecaj mi, że będziesz na siebie uważać. I pisać do mnie regularnie, żebym wiedziała, że wszystko jest u was w porządku. Możemy się tak umówić?

- Obiecuję, mamuś - zapewniam z ogromną ulgą. - Dziękuję...

Wtedy za oknem słyszę znajomy odgłos silnika Porsche 911.

- Nie każ mu czekać. - Widząc rozpromieniony wyraz mojej twarzy, mama głaszcze mnie po policzku, po czym poprawia kosmyk włosów za ucho. - Jedź i bądź szczęśliwa. Zasługujesz na to, słoneczko.

Chwytam torbę, a następnie rzucam się w stronę drzwi, lecz w połowie drogi się zatrzymuję. Odwracam się i biegnę z powrotem do kuchni, żeby przytulić mamę jeszcze raz.

- Kocham cię, mamuś.

- Ja ciebie też, skarbie. Najbardziej na świecie.

Wypadam z domu przez drzwi w tym samym momencie, gdy Maddox wysiada z zaparkowanego przy płocie samochodu. Przystaję w miejscu, ponieważ wygląda tak niesamowicie przystojnie w materiałowych spodniach, granatowym swetrze oraz z idealnie ułożonymi włosami, co jest dla niego rzadkością - zazwyczaj sprawia wrażenie, jakby dopiero co wstał z łóżka lub przejechał po kosmykach dłonią. I chociaż wolałabym postać tu jeszcze chwilkę, by napawać się widokiem przede mną, zbiegam po stopniach i rzucam się w jego ramiona z takim rozpędem, że Maddox uderza plecami o bok auta, a powietrze ucieka mu z płuc w zduszonym westchnieniu.

- Dzień dobry, El. - Śmieje się cicho, układając dłonie na moich plecach. - Czy to przywitanie oznacza, że jednak masz zamiar ze mną jechać? Bo wiesz, po twoich wczorajszych wiadomościach odrobinę w to zwątpiłem...

Uciszam go pocałunkiem.

- Daleko jeszcze? - marudzę zniecierpliwiona, wpatrując się w monotonny widok za oknem. Londyn został dawno za nami, zastąpiony autostradą prowadzącą w kierunku... No właśnie. Nadal nie wiem, dokąd zabiera mnie Maddox, bo kazał mi trzymać zamknięte oczy do momentu, aż wyjechaliśmy z miasta. - Jedziemy już ponad godzinę. - Przenoszę na niego wzrok. - Możesz mi chociaż powiedzieć, ile zostało nam trasy? Proszę, Mads...

- Nie - powtarza nieustępliwie, ewidentnie rozbawiony moją frustracją. Kąciki jego ust unoszą się w lekko prowokacyjnym uśmiechu, który sprawia, że jednocześnie chcę go pocałować i szturchnąć go w bok za tę męczącą tajemniczość. - Powiedziałem ci już: to niespodzianka, El. Możesz błagać, ile tylko chcesz, a i tak nie dam ci ani jednej wskazówki. Radzę ci to zaakceptować i po prostu się zrelaksować.

Tymczasowo rezygnuję z dalszego nalegania i po prostu przyglądam się Maddoxowi, który prowadzi jedną ręką, podczas gdy druga spoczywa swobodnie na moim udzie, tuż nad kolanem.

Promienie jesiennego słońca przesuwają się po jego idealnym profilu - światło przeskakuje z ostrej szczęki na linię prostego, pokrytego mikroskopijnymi piegami nosa, a potem zatrzymuje się na gęstych brwiach, które marszczą się nieznacznie, gdy mruży oczy.

- Co zrobisz, jeśli niespodzianka mi się nie spodoba, hm? - droczę się prowokacyjnie. To pytanie jest absurdalne. Moglibyśmy pojechać dosłownie dokądkolwiek, nawet do najbardziej zapomnianego miejsca na ziemi, a ja i tak byłabym zachwycona samym faktem, że jestem tam z nim. - Wymyślisz nowy plan? Czy po prostu zostawisz mnie na poboczu i wrócisz do Londynu sam?

- Jeśli ci się nie spodoba, to zawrócę i pojedziemy dokądkolwiek zechcesz. Jako że spakowałaś torbę, jakbyś wybierała się w podróż nie na cztery dni, tylko cztery tygodnie, myślę, że spokojnie możesz wybrać każde miejsce na tej planecie.

- Nigdy nie wiadomo, co mi się przyda - bronię się, choć faktycznie, może odrobinę przesadziłam z liczbą rzeczy. - Nie zdradziłeś mi ani jednego, nawet najmniejszego szczegółu dotyczącego tego tajemniczego wyjazdu, więc musiałam być przygotowana na każdą ewentualność. To wyłącznie twoja wina, Maddoxie Griffinie.

- Moja wina? - Unosi brew. - Naprawdę właśnie obwiniasz mnie za to, że chciałem zrobić ci miłą niespodziankę?

- Tak - potwierdzam uparcie.

- Zdradzę ci jedną rzecz. - Cała się rozpromieniam. - Wszystko, czego naprawdę potrzebujesz na ten wyjazd, to ja. - Zaciska mocniej palce na moim udzie. - A ja z kolei potrzebuję tylko ciebie.

Jak mogłam kiedykolwiek uwierzyć, że ten chłopak mógłby mnie celowo skrzywdzić?

Przykrywam jego dużą dłoń swoją i przez długą chwilę jedziemy w przyjemnym milczeniu, słuchając playlisty od El dla Madsa <3. Z głośników płynie Sunsetz Cigarettes After Sex, natomiast ja obserwuję, jak krajobraz za oknem zmienia się stopniowo w coraz bardziej malownicze, wiejskie tereny. Autostrada ustępuje miejsca węższej drodze, a pola zamieniają się we wzgórza.

- Jedziemy do Cotswolds? - odważam się zapytać. - Te wszystkie śliczne domki, wzgórza... Zgadłam, prawda?

Maddox tylko się uśmiecha, co jest odpowiedzią samą w sobie.

Jeszcze kilkanaście minut jazdy coraz bardziej krętymi drogami otoczonymi z obu stron niskimi, kamiennymi murkami porosłymi mchem i wreszcie skręcamy w boczną dróżkę pokrytą żwirem, który chrzęści głośno pod oponami. Zatrzymujemy się przed małym, stojącym samotnie pośrodku ogromnej polany domkiem. Jest zbudowany z charakterystycznego dla całego regionu miodowego kamienia, pokrytego gdzieniegdzie gęstym bluszczem.

- Oto nasze miejsce na następne cztery dni - oznajmia Maddox, parkując samochód pośrodku podjazdu. - Mam nadzieję, że jesteś zadowolona, El. Bo jeśli nie, możemy zawrócić...

- Oczywiście, że jestem zadowolona. - Otwieram drzwi, zanim on zdąży okrążyć auto i zrobić to za mnie, po czym wychodzę na zewnątrz i rozglądam się dookoła. Obracam się wokół własnej osi, próbując objąć wzrokiem każdy najmniejszy szczegół tego miejsca. - Tu jest niesamowicie, Mads.

- Widzisz? - Wysiada z Porsche i kieruje się do bagażnika, by wyciągnąć z niego nasze torby. Zarzuca je sobie na jedno ramię, a następnie wyciąga do mnie rękę. - Mówiłem, że będzie cudownie. Ale ty mi nie wierzyłaś, hm?

- Kiedy to wszystko zaplanowałeś? - Splatam nasze palce, spoglądając na niego z ukosa.

- W piątek wieczorem. - Wolną dłonią sięga do kieszeni spodni po telefon i zaczyna przewijać coś na ekranie. Prawdopodobnie szuka kodu dostępu do drzwi lub informacji, jak możemy dostać się do środka. - Chyba dwie godziny spędziłem na Airbnb, żeby znaleźć odpowiednie miejsce, które nie było jeszcze zarezerwowane w tym terminie. Wygląda na to, że Cotswolds to wyjątkowo popularny wybór na przerwę międzysemestralną.

Podchodzimy do ciemnobrązowych drzwi, gdzie obok framugi znajduje się mała, metalowa skrzynka zabezpieczona kodem. Maddox wystukuje na klawiaturze kilka cyfr, a mechanizm odblokowuje się, ukazując stary, mosiężny klucz z zawieszką 7, Honeycomb Cottage. Wkłada go do zamka, a zawiasy skrzypią cicho, gdy otwiera drzwi.

- Panie przodem.

Przekraczam próg domku i zatrzymuję się, coraz bardziej oczarowana tym, co widzę. Wnętrze okazuje się znacznie większe, niż się spodziewałam, patrząc na stosunkowo niewielki rozmiar budynku. Wszystko jest urządzone w stylu rustykalnym, co wygląda niesamowicie przytulnie.

Parter stanowi spory salon połączony z otwartą kuchnią, która zajmuje prawą stronę pomieszczenia. Na blacie stoi wiklinowy kosz z chlebem, butelką czerwonego wina oraz kilkoma innymi lokalnymi produktami. Po lewej stronie, na kamiennej ścianie, znajduje się sporych rozmiarów kominek, w którym płonie już ogień - właściciel musiał rozpalić go przed naszym przyjazdem, by wnętrze było już odpowiednio ogrzane. Jednak to, co naprawdę przyciąga moją uwagę, to stojący pod oknem wychodzącym na dolinę instrument.

- Maddox... - Wzdycham zaskoczona. - Tu jest pianino.

- Wiem, El. - Słyszę, jak rzuca torby na drewniany parkiet, po czym podchodzi bliżej i przytula mnie od tyłu. - To był jeden z głównych powodów, dla których wybrałem akurat to miejsce. Pomyślałem, że może zechcesz, bym coś dla ciebie zagrał?

- Oczywiście, że tak. - Opieram tył głowy o jego twardy tors, uśmiechając się na samą myśl, że znowu usłyszę jeden z moich ukochanych dźwięków. - A gdzie właściwie jest sypialnia...? - dopytuję, bo nigdzie nie zauważam łóżka.

- Na antresoli. - Wskazuje palcem przeciwległy koniec pomieszczenia, gdzie rzeczywiście dostrzegam ledwo zauważalne przejście. - Widzisz ten mały korytarzyk za regałem? Tam jest łazienka, a obok niej są ukryte wąskie schody na górę. Chcesz zobaczyć?

- Tak - odpowiadam bez wahania.

Mads prowadzi mnie przez salon, a następnie wspinamy się po naprawdę bardzo wąskich, stromych stopniach, aż docieramy na piętro.

Prawie całą powierzchnię antresoli zajmuje ogromne łóżko z ramą i kremowym, zwiewnym baldachimem. Na skośnym suficie, pomiędzy drewnianymi wspornikami, wmontowane jest sporych rozmiarów okno dachowe, przez które widać teraz zachmurzone niebo.

- Będziemy mogli przed spaniem patrzeć w gwiazdy. - Maddox ponownie obejmuje mnie od tyłu, tym razem układając brodę na czubku mojej głowy. - Pomyślałem, że ten detal ci się spodoba.

Nie jestem w stanie wydobyć z siebie ani jednego zdania, które oddałoby to, co czuję w tej chwili. Jestem przytłoczona jego troską o każdy szczegół tego wyjazdu - od wyboru idealnej lokalizacji z dala od ludzi, poprzez obecność pianina, po okienko nad łóżkiem.

Odwracam się do Maddoxa i łapię jego gładko ogoloną twarz w obie dłonie, po raz kolejny tego dnia łącząc nasze usta w głębokim pocałunku.

Może jednak polubię niespodzianki?

Cały pierwszy dzień w Cotswolds - a dokładnie w Stow-on-the-Wold, uroczym miasteczku, w pobliżu którego znajduje się nasz wynajęty domek - spędziliśmy na spacerowaniu przez brukowane uliczki. Trzymaliśmy się za ręce i rozmawialiśmy na zupełnie błahe tematy tak długo, aż deszcz złapał nas bez żadnego ostrzeżenia. W jednej chwili słońce raziło nas w oczy, a w następnej wbiegaliśmy do pierwszej lepszej kawiarni, jaką udało nam się dostrzec, byle tylko schronić się przed ogromną ulewą. Zamówiłam dla Maddoxa podwójne espresso, a dla siebie latte na mleku owsianym z dodatkiem karmelu, pozwalając sobie na tę ulotną chwilę normalności bez natychmiastowego rachunku sumienia. Na sam koniec zrobiliśmy zakupy w lokalnym sklepie spożywczym, by kupić najpotrzebniejsze rzeczy na kolację, jutrzejsze śniadanie oraz... składniki na ulubione ciasteczka Maddoxa z pistacjami i gorzką czekoladą.

Teraz stoję przy drewnianym blacie kuchennym w Honeycomb Cottage i staram się uformować z ciasta równe kuleczki, które nie mają najmniejszego zamiaru ze mną współpracować. Ogień w kominku trzaska głośno za moimi plecami, przez okno nad zlewem widać już tylko ciemność i słychać delikatną mżawkę uderzającą o szyby, a cały domek przesiąkł mieszaniną zapachu gorzkiej czekolady, waniliowego aromatu oraz palonego drewna.

- Ta jest za duża.

Podskakuję w miejscu i zerkam na Madsa, który podszedł do mnie bezszelestnie; byłam na tyle pochłonięta myślami, że nawet tego nie zarejestrowałam. Odgarnia mi włosy do tyłu, a potem pochyla się przez moje ramię, by zajrzeć na blaszkę do pieczenia.

- Słucham?

- Ta - wskazuje palcem konkretną kulkę w drugim rzędzie - jest za duża w porównaniu z pozostałymi. Widzisz? - Przesuwa palec, porównując jej rozmiar z sąsiadującymi, faktycznie mniejszymi kuleczkami. - Te są dość równe, a ta wygląda, jakby miała być na dwie porcje. Będzie się piec dłużej niż reszta.

Och, naprawdę?

- Maddox? - podejmuję słodko, lecz z nutką ostrzeżenia w głosie.

- Tak, kochanie? - odpowiada niewinnie.

- Co ty na to, że może sam zajmiesz się ciasteczkami, żeby wyszły tak cudownie równe i idealnie upieczone jak te, które zrobiłeś dla mnie, gdy byłam jakiś czas temu chora? - Uśmiecham się do niego uroczo, a jednocześnie upycham do rzekomo zbyt dużej kuleczki dodatkowy kawałek czekolady i pokruszone pistacje. - Ja w tym czasie chętnie poleżę w wannie z lampką wina.

- Wiesz co? - Maddox opiera dłonie o blat po obu stronach moich bioder. - Właściwie to mam znacznie bardziej kuszącą propozycję. Zostawiamy te ciasteczka w cholerę - całuje mnie w bok szyi, przez co wzdłuż kręgosłupa przebiega mi przyjemny dreszcz - i idziemy poleżeć w wannie razem. Jest tam wystarczająco dużo miejsca dla dwóch osób, El.

- Piekarnik jest już rozgrzany do odpowiedniej temperatury. - Skupiam wzrok na blaszce, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo działa na mnie jego dotyk. - Pierwsza partia będzie się piekła dwanaście minut, druga tyle samo. Możesz EWENTUALNIE liczyć na wspólną kąpiel za jakieś pół godziny.

- Ewentualnie? - Wzdycham mimowolnie, kiedy czuję jego miękkie wargi w najwrażliwszym miejscu, tuż poniżej ucha. - Nie podoba mi się to słowo.

- Wszystko zależy od twojego zachowania w ciągu najbliższych trzydziestu minut.

Wtedy Maddox, perfidnie wykorzystując moment mojego rozproszenia, podkrada ze szklanej miski kawałek surowego ciasta i wciska go sobie do ust.

- Mads! Nie można jeść surowego ciasta, przecież tam są jajka...

- Smaczne - stwierdza z pełną buzią. - Nawet jeśli niektóre kuleczki są nierówne. Chociaż tak między nami, mogłabyś dodać trochę więcej pistacji do następnej partii, bo czekolada całkowicie dominuje ich smak...

- Wynoś się z mojej kuchni. - Wskazuję palcem w kierunku salonu. - Teraz.

- Technicznie rzecz biorąc, domek jest wynajęty na moje nazwisko...

- MADDOX.

- Już wychodzę. - Cofa się o mikroskopijny kroczek, unosząc ręce w geście poddania. - Widzisz? Jestem już bardzo daleko. Praktycznie w innym pomieszczeniu.

- Stoisz dosłownie kilka centymetrów ode mnie.

- To jest odległość, z której nie jestem w stanie komentować rozmiaru kuleczek - zapewnia. - Ani ich nieregularnego kształtu. Ani proporcji czekolady do pistacji... - Nagle jego ton staje się niższy, bardziej intymny. Układa mi kciuk na dolnej wardze, po czym przysuwa swoją twarz na kilka milimetrów do mojej. - Ale z tej mogę cię pocałować.

Chichoczę cicho, kiedy całuje mnie przelotnie.

Zanim zdążam unieść ręce, by wplątać palce w jego włosy, sięga po blaszkę z ciasteczkami i sam wsuwa ją do piekarnika. Dotykam opuszkami własnych ust, uśmiechając się, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułam się aż tak dobrze.

Jedynym problemem jest ten głos w głowie, który z uporem powtarza wciąż te same słowa:

To nie potrwa długo.

Rozdział dwudziesty piąty

Mads

Nie pamiętam, kiedy ostatnio moja pierwsza myśl po przebudzeniu nie była bezskuteczną próbą odtworzenia fragmentów koszmaru, by wreszcie dowiedzieć się, co prześladuje mnie każdej nocy od dwunastu lat.

Zazwyczaj przez długą chwilę po otwarciu oczu nie mam pojęcia, gdzie jestem. Serce wali mi wtedy w samym gardle, całe ciało jest zlane zimnym potem, migrena pulsuje w prawej skroni, a niewidzialna dłoń zaciska się na moim karku z taką siłą, że muszę wziąć lodowaty prysznic lub - jeśli koszmar był wyjątkowo ciężki - spędzić kolejne minuty pochylony nad toaletą.

I to nie tak, że przy El zawsze spałem idealnie, jakby sama jej obecność potrafiła cudownie odgonić czające się w zakątkach mojego umysłu demony. Wielokrotnie budziłem ją swoimi nieludzko głośnymi wrzaskami, gwałtownym podrywaniem się z materaca lub odgłosami wymiotów. Czasami, kiedy bezsenność dawała o sobie znać, po prostu patrzyłem na nią aż do świtu, co było nieporównywalnie lepsze niż gapienie się w sufit.

Wczoraj za to zasnąłem przed dziesiątą.

Nigdy mi się to nie zdarza, bo sama myśl o położeniu się do łóżka przed północą wydaje się absurdalna. Jednak zeszłego wieczoru leżeliśmy wtuleni w siebie pod zbyt grubą kołdrą, słuchając deszczu bębniącego o okno dachowe nad naszymi głowami i planując następny dzień, aż gdzieś pomiędzy jednym a drugim zdaniem, kiedy El mówiła coś o odwiedzeniu innego miasteczka... odpłynąłem. Bez tabletek, bez powtarzania w głowie jakichś pieprzonych wzorów matematycznych, żeby tylko zmęczyć umysł na tyle, by dał mi spokój.

Co więcej, nie obudziłem się ani razu.

Przespałem całą noc.

Wyciągam rękę w lewo, podświadomie szukając ciepła ciała Eleanor. Chcę przyciągnąć ją do siebie bliżej, wtulić twarz w jasne włosy i spędzić cały leniwy poranek w łóżku, zanim w ogóle zaczniemy myśleć o tym, żeby rozpocząć równie leniwy dzień.

Dziwię się - nie, jestem rozczarowany, ponieważ chciałem obudzić ją pocałunkami - gdy dłonią napotykam tylko chłodne prześcieradło tam, gdzie jeszcze kilka godzin temu leżała ona, z nogą przerzuconą przez moje biodra i palcami zaciśniętymi na moim boku. Nie muszę się jednak zbyt długo zastanawiać, dokąd mogła pójść, bo odpowiedź dociera do mnie w postaci nieziemskiego zapachu dochodzącego z parteru - słodkiego, maślanego aromatu smażonych naleśników, mieszającego się z nutą wanilii.

Żołądek burczy mi z głodu, przypominając, że ostatni posiłek zjedliśmy... ja zjadłem wczoraj wieczorem. El upierała się, że jest niesamowicie najedzona dwoma ciasteczkami oraz miską zupy pomidorowej, którą zamówiła dla siebie na obiad. Nie skomentowałem tego, ponieważ nie chciałem psuć naszego pierwszego wieczoru w Cotswolds, lecz jeśli dzisiaj się to powtórzy, nie mam zamiaru puścić tego płazem.

Zerkam w lewo, gdzie na małej szafce nocnej leży telefon. Podświetlam ekran, który oprócz kilku powiadomień pokazuje dziewiątą dwadzieścia trzy, co potwierdza moje wcześniejsze przypuszczenia, że spałem prawie dwanaście godzin. Zazwyczaj o tej porze byłbym już po porannym bieganiu w Richmond Park z Hadesem i Cairo albo półtoragodzinnej sesji na siłowni, ale teraz?

Teraz jedyne, co muszę zrobić, to zejść na dół i spędzić czas z moją El.

Podnoszę się z łóżka i w samych spodniach od piżamy schodzę po wyjątkowo wąskich, stromych schodach, trzymając się kurczowo poręczy, bo ostatnie, czego potrzebuję, to złamać kark w momencie, kiedy moje życie zaczyna wreszcie się układać. Gdy docieram na parter, widok, który mnie wita, sprawia, że zatrzymuję się w miejscu, by móc popatrzeć na nią przez chwilę, zanim zauważy, że się pojawiłem.

Eleanor stoi tyłem do mnie przy kuchence gazowej, ubrana w biały, sweterkowy komplet. Długie włosy są splecione w luźny warkocz, zakończony bordową wstążką. Jest całkowicie pochłonięta swoim zadaniem, nucąc pod nosem jakąś melodię, chyba Lover. Na talerzu przed nią leży sterta złotobrązowych naleśników, a El właśnie próbuje odwrócić następnego - unosi łopatką brzeg ciasta, sprawdzając, czy jest już wystarczająco zarumienione, a potem jednym ruchem nadgarstka przewraca je na drugą stronę. Na blacie obok kuchenki widzę naszykowane dodatki: kilka miseczek ze świeżymi owocami, małe słoiczki z miodem i czekoladą, a także bitą śmietanę. Wszystko przygotowane z myślą o tym, żeby było dokładnie tak, jak ja lubię.

Podchodzę do niej po cichu, starając się nie zdradzić swojej obecności, a kiedy jestem już wystarczająco blisko, łapię ją od tyłu i unoszę. Eleanor wydaje z siebie zaskoczony pisk, a drewniana łopatka wypada jej z dłoni. Obracam nas kilkukrotnie wokół własnej osi, przez co ukochana chichocze radośnie.

- Maddox! - Zaciska dłonie na moich przedramionach. - Przestraszyłeś mnie!

- Zostawiłaś mnie samego w łóżku i myślałaś, że będę tam grzecznie leżał i czekał, aż łaskawie wrócisz?

- Chciałam zrobić ci niespodziankę! Przynieść ci kawę i śniadanie do łóżka... - tłumaczy, podczas gdy stawiam ją z powrotem na podłodze. Nie mam zamiaru wypuścić jej z objęć, więc zamiast tego odwracam ją w swoich ramionach, tak że teraz stoimy twarzą w twarz. - Myślałam, że pośpisz jeszcze chwilkę.

- Obudziłem się, bo zabrakło mi ciebie. - Zakładam jej za uszy zbuntowane kosmyki, które wymknęły się z warkocza. - A poza tym mój żołądek chyba uznał, że zapach twoich naleśników jest zbyt kuszący, żeby dalej spać.

- Robię twoje ulubione, z malinami, borówkami, czekoladą i bitą śmietaną... - Zerka przez ramię na wysoką stertę placków. - Mam nadzieję, że jesteś głodny, bo przyrządziłam chyba trochę za dużo jak na dwie osoby.

- Jestem BARDZO głodny - zapewniam ją zgodnie z prawdą. Łapię za gumkę jej sweterkowych spodni i przyciągam jeszcze bliżej do siebie. - I nawet jeśli zrobiłaś za dużo, obiecuję ci, że wszystko zniknie. Przy mnie nie zmarnuje się ani jeden naleśnik. - Pochylam się, aż nasze nosy są zaledwie kilka centymetrów od siebie. - Dzień dobry, El.

- Dzień dobry, Mads - szepcze w odpowiedzi z promiennym uśmiechem, który rozświetla całą jej piękną twarz.

Kurwa, jestem w niej tak beznadziejnie zakochany.

Całuję ją powoli, smakując na jej wargach lekko kwaśny smak malin. Eleanor wbija mi krótkie paznokcie w nagą skórę na torsie i unosi się odrobinę na palcach, próbując dosięgnąć moich ust pomimo ponad dwudziestocentymetrowej różnicy wzrostu. Przejmuje kontrolę, pogłębiając pocałunek, który z nieśmiałego staje się coraz głębszy.

Kiedy w końcu się od siebie odrywamy - nie mamy wyboru, ponieważ za moment naleśnik na patelni zamieni się w kawałek węgla - Eleanor rumieni się nieznacznie, natomiast jej błękitne oczy błyszczą szczęściem, którego nie widziałem w nich od tak dawna.

- Wyspałeś się? - Schyla się, by podnieść łopatkę z podłogi. Opłukuje ją pod bieżącą wodą, po czym odwraca się z powrotem do kuchenki, by dołożyć ostatniego naleśnika do reszty. - Nie miałeś... koszmarów?

- Spałem najlepiej od miesięcy. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio przespałem całą noc bez budzenia się.

- Cieszę się, kochanie.

Nawet nie zdaje sobie sprawy, co właśnie rozpętała w moim wnętrzu, gdy nazwała mnie tym pieszczotliwym określeniem.

Nie Maddox. Nie Mads.

Kochanie.

- A ty? - Opieram się lędźwiami o krawędź wyspy kuchennej. - Jak długo już nie śpisz?

- Od siódmej. Obudziłam się i nie mogłam znowu zasnąć, więc pomyślałam, że zamiast leżeć i się wiercić, co pewnie by cię obudziło, lepiej zrobić coś pożytecznego.

- Dlaczego nie mogłaś zasnąć? Coś cię... niepokoiło?

- Nie, nie. Nic mnie nie niepokoiło. Po prostu... - Zaczyna owijać końcówkę wstążki we włosach wokół palca wskazującego. - Chyba byłam zbyt podekscytowana dzisiejszym dniem. A teraz chodź jeść, bo słyszę twój brzuch aż tutaj.

Wspólnie przenosimy na niewielki, okrągły stół talerz z naleśnikami oraz miseczki i słoiki z dodatkami. Dodatkowo wyjmuję z lodówki karton mleka owsianego, zgarniam spod ekspresu dzbanuszek ze świeżo zaparzoną kawą, po czym odstawiam wszystko na blat i siadam na krześle naprzeciwko dziewczyny.

Szybko się do tego przyzwyczaję, myślę sobie, obserwując, jak El przygotowuje moją gigantyczną porcję. Do budzenia się w tym samym łóżku co ona, wspólnych śniadań, tego spokoju, który pojawia się tylko wtedy, kiedy jest obok mnie.

Jednocześnie wiem, że by móc zbudować tę wymarzoną przyszłość, o której właśnie rozmyślam, patrząc, jak Eleanor smaruje moje naleśniki zdecydowanie zbyt dużą ilością kremu czekoladowego, musimy zrobić jeszcze jedną rzecz.

Porozmawiać z Nathanem.

Nie wyobrażam sobie dłużej trzymać naszej miłości w sekrecie, jakby była czymś niewłaściwym, czego powinniśmy się wstydzić. Chcę móc trzymać El za rękę na korytarzach Kingswood, nie zastanawiając się, co pomyślą inni, pocałować ją na szczęście przed meczem lacrosse - jeśli jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane zagrać - i móc dumnie ogłosić każdej osobie na tym świecie, że Eleanor Vivienne Adwin jest moją jedyną.

Cholera, przywiozłem tu nawet ze sobą ten pieprzony pierścionek z Darry Ring, który od miesięcy leżał zapomniany w szufladzie w moim biurku. Początkowo planowałem dać jej go tutaj, w trakcie spokojnego, romantycznego wieczoru przy kominku, ale wtedy przypomniałem sobie naszą czwartkową rozmowę o Nathanie. Chociaż nigdy nie zdefiniowali tego, co między nimi było, nie zmienia to faktu, że Nate jest przekonany, iż to niezdefiniowane coś trwa. Wiem, że Eleanor nie czułaby się dobrze sama ze sobą, zgadzając się na związek, zanim on nie pozna całej prawdy. Wiem również, że nie powiedziała o manipulacjach Scarlett ani Zoe, ani Phoebe, które - jako jej najlepsze przyjaciółki - powinny dowiedzieć się o tym jako pierwsze.

Wydaje mi się, że ona sama jeszcze nie do końca ułożyła sobie to w głowie i nie pogodziła się z tym, że ktoś, komu bezgranicznie ufała, mógł zrobić coś tak niewyobrażalnie okrutnego - co jest, nawiasem mówiąc, jak najbardziej zrozumiałe.

El potrzebuje czasu. Dam jej go tyle, ile będzie potrzebowała.

Bez presji, bez pośpiechu.

Jedyne, co się dla mnie naprawdę liczy, to fakt, że ona kocha mnie tak samo mocno, jak ja kocham ją. Nie mam żadnych wątpliwości co do prawdziwości tych uczuć - widzę je wyraźnie w każdym spojrzeniu, czuję to w każdym, nawet najbardziej niewinnym dotyku.

I tym razem już nikt nam tego nie odbierze.

- Smacznego, Mads. - Głos Eleanor wyrywa mnie ze spirali rozmyślań na temat przyszłości. Dziewczyna stawia przede mną talerz z czterema starannie złożonymi w trójkąciki naleśnikami, a całość jest przyozdobiona ogromną ilością dodatków. - To dopiero twoja pierwsza porcja. Zostało jeszcze siedem, więc mam nadzieję, że jesteś bardzo głodny.

- Dziękuję, kochanie. - Uśmiecham się do niej z wdzięcznością. - To wygląda cholernie niesamowicie.

Sięgam po widelec oraz nóż, gotowy zabrać się do tego zajebistego posiłku rodem z najlepszych londyńskich śniadaniowni, jednak najpierw zawieszam spojrzenie na talerzu El. Obserwuję, jak nakłada sobie dwa naleśniki, po czym - ku mojemu absolutnemu zaskoczeniu - sięga po słoik z czekoladą i smaruje je hojnie, aż krem pokrywa całą ich powierzchnię. Potem składa je w trójkąciki i układa na wierzchu sporo owoców, a na sam koniec dodaje jeszcze porcję bitej śmietany.

Okej, to... To wygląda jak zupełnie normalna porcja. Taka, jaką zawsze jadła, kiedy przygotowywała dla nas dokładnie takie samo śniadanie w weekendowe poranki, gdy nocowała w moim domu.

Spodziewałem się, że zobaczę na talerzu El suchego naleśnika lub usłyszę jedną z wymyślonych na poczekaniu wymówek: że zjadła już wcześniej, że nie jest głodna, że boli ją brzuch. Przygotowywałem się mentalnie na tę trudną rozmowę o jej problemach z jedzeniem i tym, jaki ogromny wpływ ma to na zdrowie, lecz ona bierze sztućce w dłonie i po prostu... zaczyna jeść.

Nie jestem w stanie uwierzyć własnym oczom.

Po wszystkim, co zaobserwowałem z boku przez ostatnie miesiące - jej drastycznie spadająca waga, przebijające się spod skóry kości, unikanie jedzenia w szkole, coraz słabsze samopoczucie podczas treningów tenisa w Ashbourn - to wydaje się niemal cudem.

- Mads? - Eleanor odkłada sztućce na brzeg talerza, marszcząc delikatnie brwi. - Dlaczego tak na mnie patrzysz? Coś nie tak?

Cholera.

- Przepraszam, ja... - Odchrząkuję, zdając sobie sprawę, że przez ostatnie minuty gapiłem się na nią jak kompletny idiota. - Po prostu... nie mogę uwierzyć, że jesteśmy tutaj razem. Gdyby ktoś powiedział mi w zeszły wtorek, że to wszystko potoczy się w ten sposób, a ja spędzę z tobą przerwę międzysemestralną w Cotswolds, pewnie kazałbym mu postukać się w głowę.

- Tak, to faktycznie było... nieoczekiwane. - Wyciąga dłoń przez szerokość stołu i układa ją na mojej, która spoczywa obok filiżanki z kawą. - Ale jednocześnie... nie wyobrażam sobie wiedzieć o tym, że kochasz mnie od tak dawna, i nic z tym nie robić. Udawać, że to nie jest to, o czym marzyłam każdej nocy. Straciliśmy już zbyt wiele bezcennych, wspólnych tygodni, które mogliśmy spędzić razem, będąc szczęśliwi, Mads. - Ściska moją rękę troszeczkę mocniej. - Nie widzę sensu, żeby tracić ich więcej.

Mrugam, zaskoczony jej nagłym przypływem szczerości.

- Zgadzam się z tobą, kochanie. Przysięgam, że nie zmarnujemy ani sekundy więcej.

Kontynuujemy nasze śniadanie w przyjemnej ciszy, przerywanej jedynie odgłosami uderzania sztućców o porcelanę oraz silnym wiatrem za oknem. Mój telefon wibruje w kieszeni piżamowych spodni, jednak ignoruję go do momentu, aż nie kończymy jeść. Zmywamy razem naczynia, po czym El oznajmia, że wybiera się pod prysznic. Dopiero kiedy słyszę szum wody dobiegający z łazienki na parterze, sprawdzam powiadomienia.

Scarlett:

Możemy się spotkać?

Sam widok jej imienia na wyświetlaczu sprawia, że mdłości podchodzą mi do gardła.

Maddox:

nie

Scarlett:

Proszę? To naprawdę ważne. Musimy porozmawiać o tym, co się wydarzyło w sobotę. O nas.

Maddox:

nie ma żadnych nas

a poza tym, nie ma mnie w Londynie

Scarlett:

Och. Rozumiem.

Pojechałeś sobie na romantyczne wakacje ze swoją małą, słodką manipulantką? Ciekawe. Jakie kolejne kłamstwa wcisnęła Ci tym razem?

Jako że nie mam ochoty słuchać dłużej tych bzdur oraz kolejnych prób manipulacji mających sprawić, żebym ponownie zwątpił w El, blokuję jej numer, usuwam całą konwersację i rzucam telefon na kanapę.

Tylko jedna kobieta na tym świecie ma prawo mieć nade mną władzę.

I nie jest nią Scarlett Sinclair.

Rozdział dwudziesty szósty

Mads

Eleanor stoi przy wysokim, sięgającym prawie do sufitu oknie z kubkiem zielonej herbaty z dodatkiem truskawki, którą wybrała w małej herbaciarni, gdy spacerowaliśmy wczoraj po Stow-on-the-Wold. Patrzy w milczeniu na rozległe wzgórza Cotswolds tonące w intensywnej pomarańczowo-fioletowej poświacie chowającego się powoli za horyzontem słońca.

Ja natomiast obserwuję swój własny, majestatyczny widok.

Ją.

Po raz kolejny tego wieczoru uświadamiam sobie, że nie jestem w stanie oderwać od niej wzroku na dłużej niż kilka sekund, zanim oczy, wbrew mojej woli, wędrują z powrotem do jej sylwetki. Próbowałem. Naprawdę próbowałem skupić się na czymkolwiek innym - na książce, którą przywiozłem ze sobą, a która leży teraz zapomniana na stoliku obok fotela, płomieniach tańczących w kominku, zdjęciach w telefonie zrobionych w trakcie ostatnich dni.

Za każdym razem mój wzrok wędrował z powrotem do niej.

Nie istnieją odpowiednie słowa - nie w żadnym z pięciu języków, jakie udało mi się opanować przez osiemnaście lat życia - które byłyby w stanie w pełni opisać to wszechogarniające uczucie, wypełniające moją klatkę piersiową, kiedy widzę ją tutaj, w tym małym domku, ubraną w mój najzwyklejszy, czarny sweter. Materiał wisi na niej tak luźno, że zasłania satynowe spodenki od piżamy, a na stopach ma puchate, grube skarpetki z wyszytymi misiami.

Jednak najbardziej ze wszystkich tych rzeczy moją uwagę przyciągają jej włosy. Kręcone kosmyki opadają jej aż do pasa, bo chociaż El zapakowała ze sobą połowę swojej szafy i masę innych, niepotrzebnych rzeczy, zapomniała o suszarce, przez co musiały wyschnąć naturalnie.

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego je prostuje.

Przysięgam, że mógłbym patrzeć na nią latami i nigdy bym się tym nie znudził. Zresztą dokładnie to robię od momentu, kiedy przyjechaliśmy tutaj w poniedziałek: obserwuję ją bez przerwy, zapamiętując każdy najdrobniejszy szczegół, gdyż przez ostatnie miesiące byłem tego pozbawiony i teraz nie zamierzam zmarnować ani jednej sekundy, którą los - lub cokolwiek, co rządzi tym wszechświatem - zdecydował mi się oddać. Ciągle dostrzegam jakieś nowe detale sprawiające, że zakochuję się w niej bardziej z każdą sekundą. Dzisiaj na przykład odkryłem, że pod jej prawym okiem pojawił się jeden, znacznie ciemniejszy od reszty pieg, który wygląda wyjątkowo uroczo, zwłaszcza gdy się uśmiecha.

Wstaję z fotela przy kominku, czując, jak moje mięśnie protestują po zbyt długim siedzeniu w jednej pozycji, i ruszam w stronę Eleanor nieśpiesznym krokiem. Płomienie trzaskają, wypełniając ciszę kojącym dźwiękiem, a ciepło rozchodzi się po całym pomieszczeniu, mieszając się z zapachem świeżo upieczonych ciasteczek czekoladowych z kawałkami pistacji. Namówiłem El, żebyśmy zrobili je dzisiaj ponownie - chociaż głównie to zasługa mojej ukochanej.

Ja pełniłem funkcję dekoracyjną oraz dostarczyciela komplementów.

I pokroiłem czekoladę.

- Nadal nie mogę uwierzyć, że naprawdę to zrobiłeś - odzywa się akurat w momencie, gdy podchodzę do niej od tyłu. Obejmuję ją w talii, po czym przyciągam do siebie tak, by jej plecy zetknęły się z moją klatką piersiową. - Że po prostu wsadziłeś mnie do samochodu i przywiozłeś tutaj, bez ani jednego słowa wyjaśnienia, dokąd dokładnie jedziemy ani co właściwie będziemy robić.

- Powiedziałem ci, żebyś spakowała torbę na cztery dni - przypominam, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu, który sam pojawia się na mojej twarzy. Jestem tak cholernie szczęśliwy, że wreszcie mogłem zrobić dla niej coś miłego. - To wydawało mi się całkowicie wystarczającym wyjaśnieniem jak na początek naszej małej, spontanicznej przygody z dala od Londynu, kochanie.

- Nie dla mnie - protestuje El z udawanym oburzeniem, przyglądając mi się przez ramię spod gęstych rzęs.

Światło z kominka tańczy na jej twarzy, podkreślając łagodne rysy, lekko zadarty, pokryty piegami nosek oraz błękit oczu, który ma teraz wręcz niemożliwy odcień.

Wygląda na... spokojną.

A spokój to coś, czego chyba nie widziałem na twarzy El od tamtego lipcowego poranka w oranżerii.

Dziewczyna stojąca teraz w moich ramionach, z rozpuszczonymi włosami i małym, nieśmiałym uśmiechem to Eleanor, którą pamiętam sprzed całego tego piekła. Ta, w której zakochałem się tak dawno temu, że nie wiem nawet, kiedy dokładnie się to wydarzyło.

I zrobię absolutnie wszystko, żeby już zawsze była dokładnie taka.

Spokojna. Szczęśliwa. Bezpieczna.

Moja.

- Ale wtedy nie byłoby żadnej niespodzianki, prawda? - Przytulam ją do siebie mocniej, jak gdybym podświadomie bał się, że jeśli choć na chwilę poluzuję uścisk, ona rozpłynie się w powietrzu jak sen. - A czy nie o to właśnie chodzi w niespodziance, El? Że nie wiesz, co się stanie, aż do momentu, kiedy to się dzieje?

- Wiesz doskonale, że nie lubię niespodzianek.

- Kłamczucha - szepczę wprost w jej włosy, a jednocześnie wdycham do płuc cudowny zapach wiśni. - Uwielbiasz niespodzianki. Po prostu za bardzo boisz się przyznać przed samą sobą, że lubisz, kiedy ktoś inny przejmuje kontrolę i się o ciebie troszczy.

Eleanor prycha cicho, po czym przewraca oczami w ten charakterystyczny dla siebie sposób, który zawsze, bez wyjątku, mnie rozbraja.

- Kocham cię - wyszeptuję po raz tysięczny, odkąd wyznałem jej to kilka dni temu.

Mówię to teraz wręcz obsesyjnie, jakbym przy każdej okazji musiał nadrobić wszystkie te stracone lata, kiedy byłem zbyt wielkim tchórzem, żeby zaryzykować i zrobić cokolwiek, co mogłoby potencjalnie zniszczyć naszą przyjaźń.

- Ja ciebie też kocham, Mads. - El odwraca się w moich ramionach, a następnie zarzuca mi ręce na kark, przez co dostaję gęsiej skórki. Zostawia na moich wargach czułe, niewinne cmoknięcie. - Zagrasz mi coś na pianinie?

- Jasne, że tak - zgadzam się bez najmniejszego wahania. - Chodź ze mną.

Splatam nasze palce i prowadzę ją przez salon w stronę instrumentu pod oknem.

Już wczoraj odkryłem, że choć Yamaha jest stara - widać to na pierwszy rzut oka po lekko pożółkłych klawiszach oraz zniszczonej obudowie - to ktoś regularnie o nią dba, ponieważ jest zadziwiająco dobrze nastrojona. Podnoszę klapę, a w międzyczasie Eleanor siada obok mnie na wąskiej, pokrytej czerwonym aksamitem ławeczce i opiera mi głowę na ramieniu.

- Co chcesz usłyszeć? - pytam, choć gdzieś w głębi duszy już znam odpowiedź.

- Experience.

Wiedziałem.

Układam dłonie w odpowiedniej pozycji i zaczynam grać z pamięci - wykonywałem ten utwór nieskończenie wiele razy, więc nie potrzebuję nut. Przesuwam palce po klawiszach z wprawą wypracowaną przez lata prywatnych lekcji, na które mama wysyłała mnie od czwartego roku życia, mimo że nienawidziłem siedzenia przy pianinie, kiedy inni chłopcy bawili się na dworze.

Teraz jestem jej za nie wdzięczny, bo mogę robić to.

Grać dla mojej El.

Ogień w kominku trzaska rytmicznie, jakby próbował dodać własny akompaniament do utworu Einaudiego, a za oknem słońce zaszło już prawie całkowicie, zostawiając po sobie tylko wąski pas głębokiego fioletu na linii horyzontu.

- Mads? - Eleanor unosi głowę z mojego ramienia. Wciąż poruszam palcami po klawiszach, chociaż zwalniam nieznacznie tempo. - Mogę cię o coś poprosić?

- O cokolwiek, kochanie.

- Nauczysz mnie kiedyś grać ten utwór? - Układa dłoń na moim policzku. - Chociaż króciutki fragment? Tak, żebym mogła zagrać go sobie, kiedy za tobą zatęsknię i będę potrzebowała poczuć, że jesteś blisko.

- Oczywiście. - Przerywam grę i odwracam twarz tak, żeby móc pocałować wewnętrzną stronę jej dłoni. - Mogę nauczyć cię nawet teraz, jeśli tylko chcesz. - Łapię rękę El i prowadzę w stronę klawiszy. - Experience zaczyna się od prostej, powtarzającej się frazy, więc...

- Nie... - szepcze, a jej palce zamiast dotknąć klawiszy, zawijają się wokół mojego nadgarstka i delikatnie, lecz stanowczo odciągają rękę od instrumentu.

Zanim zdążam zapytać, co ma na myśli, mówiąc "nie", chwyta mnie za materiał koszulki i przyciąga do siebie, aż nasze spragnione usta się spotykają. Odwzajemniam pocałunek, przekręcając się na ławeczce tak gwałtownie, że kolanem uderzam boleśnie o pianino, lecz aktualnie się tym nie przejmuję. Obejmuję ją za biodra i zbliżam do siebie, aż siada na mnie niemal okrakiem.

- Chodźmy na górę - dyszy wprost w moje wargi, gdy próbujemy zaczerpnąć odrobinę powietrza. - Proszę, Mads.

- Kochanie... - Kurwa, pragnę być blisko niej bardziej niż czegokolwiek innego. Najpierw jednak muszę się upewnić, że to nie decyzja podjęta pod wpływem emocji. - Jesteś pew...

- Maddox - przerywa mi stanowczo. Jest w pełni świadoma, o co chciałem ją zapytać; w końcu przed naszym pierwszym razem pytałem ją o to przynajmniej dziesięć razy, przed każdym etapem upewniając się, że chce kontynuować. - Nie pytaj, czy jestem pewna. Chcę tego. Chcę CIEBIE. Tutaj. Teraz. Więc proszę... - Przesuwa ustami wzdłuż mojej szczęki, aż dociera do ucha. - Po prostu zabierz mnie na górę i pokaż mi, jak bardzo tęskniłeś za mną przez te wszystkie miesiące, kiedy nie mogłeś dotknąć tak, jak chciałeś.

Cholera jasna.

Podnoszę się z ławeczki i biorę Eleanor w ramiona, wsuwając jedną dłoń pod jej kolana, a drugą układając na plecach. Waży tak niewiarygodnie mało, że to aż przerażające, lecz nie chcę psuć tego momentu żadnymi negatywnymi myślami. Niosę ją przez słabo oświetlony salon, gdzie ogień w kamiennym kominku już prawie całkowicie wygasł, następnie wąski korytarz, aż do podstawy stromych schodów, po których nie byłbym w stanie wnieść jej bezpiecznie. Opuszczam ją z powrotem na podłogę, a na pogrążoną w półmroku antresolę docieramy, trzymając się za dłonie.

Świadomie decyduję się nie zapalać lampki, choć moja dłoń przez ułamek sekundy zawisa nad włącznikiem. Nie robię tego dlatego, że nie chcę widzieć El - wręcz przeciwnie, chciałbym móc przyjrzeć się każdemu centymetrowi jej ciała. Boję się jednak, że przy zbyt jasnym świetle zacznie analizować swój wygląd, szukać nieistniejących wad, które tylko ona zauważa, a tego chcę oszczędzić dziewczynie za wszelką cenę.

- Cześć, Mads - szepcze, jakbyśmy dopiero co się spotkali.

- Cześć, El - odpowiadam równie cicho, a kąciki ust unoszą mi się mimowolnie.

- Tęskniłam za tym. - Błądzi dłońmi po moim torsie, przez co mam ochotę błagać ją, by wsunęła je pod koszulkę i nigdy ich nie cofała. - Za tym, jak twoje serce przyspiesza, kiedy cię dotykam.

- Ono zawsze tak bije, kiedy jesteś blisko.

- To było najgorsze, wiesz? - kontynuuje myśl. - Nie brak wiadomości, nie brak rozmów, nie to, że nie mogłam zadzwonić do ciebie w środku nocy, kiedy nie potrafiłam zasnąć, albo napisać ci o czymś głupim, co przypomniało mi o tobie. To, że nie mogłam się do ciebie po prostu... przytulić. To mnie wykańczało, Maddox.

- Chodź tutaj. - Pociągam ukochaną w stronę wielkiego łóżka z baldachimem i zachęcam do położenia się na pościeli.

Gdy układa się na plecach, przykrywam ją swoim ciałem, podpierając się na przedramionach po obu stronach jej głowy. Patrzę na nią z góry, chłonąc każdy szczegół wyjątkowej urody Eleanor: rozchylone, lekko opuchnięte od przygryzania w ferworze chwili wargi, oczy z niemożliwie rozszerzonymi źrenicami, szkarłatne rumieńce rozlewające się po policzkach i zstępujące niżej, na szyję oraz dekolt, dokładnie tam, gdzie kończy się materiał mojego swetra.

Wygląda jak ucieleśnienie wszystkiego, czego kiedykolwiek pragnąłem.

- Jesteś tak niewiarygodnie piękna, El.

- N-nie jestem... - próbuje zaprotestować, lecz nim zdąży dokończyć to kłamstwo, przykładam palec wskazujący do jej warg, by ją uciszyć.

- Ani słowa więcej, kochanie. Nie pozwolę ci mówić o sobie w ten sposób.

- Maddox...

- Ciii.

Zastępuję swój palec ustami, by nieco później zjechać nimi niżej. Całuję ją wzdłuż linii szczęki, po szyi, zatrzymuję się na dłuższy moment w zagłębieniu tuż nad obojczykiem, aż docieram do najbardziej czułego miejsca pod uchem. El przez cały czas wierci się pode mną niespokojnie, nieświadomie unosząc biodra, jakby próbowała sprawić, że znajdziemy się bliżej siebie. Sięgam do dolnej krawędzi swetra, który ma na sobie, i unoszę go odrobinkę, odsłaniając wąski pasek alabastrowej skóry na brzuchu.

- Mogę?

Zamiast odpowiedzieć słowami, Eleanor unosi obie ręce wysoko nad głowę. Nie zastanawiając się nad tym dłużej, ściągam z niej wełniany materiał, po czym rzucam go gdzieś na bok.

W ten oto sposób dziewczyna z moich najskrytszych marzeń leży przede mną tylko w satynowych, jasnoróżowych szortach i puchatych skarpetkach, które kontrastują tak absurdalnie z resztą tej intymnej sceny, że uśmiech sam rozciąga mi kąciki ust. Siadam na piętach między jej rozchylonymi nogami, napawając się tym cudownym widokiem, mimo że przez niemal zupełną ciemność, która nastała w sypialni, gdy słońce schowało się za horyzontem, nie widzę zbyt wiele szczegółów prócz zarysu niewielkich piersi, ostro wystających obojczyków oraz płaskiego brzucha.

- Nie patrz tak na mnie... - Eleanor, ewidentnie przytłoczona moim intensywnym spojrzeniem i nagłą ciszą, odwraca głowę w bok, lecz tym razem nie pozwalam jej uciec. Łapię ją za brodę dwoma palcami, czym wymuszam, by te niesamowite, błękitne oczy spotkały się z moimi.

- Będę patrzył na ciebie tak, jak na to zasługujesz. Czyli dokładnie tak jak teraz. Bo jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem.

- Nie jestem piękna. - Tym razem udaje się jej zaprotestować, przy czym zerka mi niepewnie w oczy. - To miłość sprawia, że widzisz we mnie coś, czego tak naprawdę tam nie ma.

- To nie moja miłość do ciebie sprawia, że jesteś inteligentna, dobra, empatyczna, piękna. Za to TY sprawiasz, że miłość w ogóle ma dla mnie sens.

Kolejny raz tego wieczoru to Eleanor przejmuje inicjatywę i całuje mnie jako pierwsza. Uświadamiam sobie, że jest inna niż kilka miesięcy temu - nadal tak samo delikatna, kurewsko czuła, lecz jednocześnie bardziej śmiała, namiętna, pewniejsza swoich pragnień.

Absolutnie mi to nie przeszkadza.

Pomiędzy coraz bardziej chaotycznymi pocałunkami El zrzuca ze mnie koszulkę i ciska ją na podłogę. Dotyka każdego odsłoniętego milimetra mojej skóry, od ramion, po mięśnie brzucha, które mimowolnie napinają się pod jej opuszkami.

- Boże... - wzdycha, sunąc palcami po linii V znikającej pod gumką dresowych spodni. - Jesteś... jesteś po prostu idealny, Mads.

Nie jestem. Ale dla ciebie będę próbował być.

Nie mogąc się dłużej powstrzymać, pochylam się i biorę jeden z jej sutków do ust. Ssę go delikatnie, ledwo dotykając koniuszkiem języka wrażliwej skóry, aż twardnieje pod moim językiem i staje się jeszcze bardziej czuły na dotyk. El odrywa plecy od materaca, a spomiędzy rozchylonych warg wyrywa się cichy jęk, który sprawia, że cała krew spływa mi prosto do krocza.

- Mads... - Zaciska palce w moich włosach na tyle mocno, że czuję lekkie ukłucie bólu na skórze głowy. To tylko pobudza mnie bardziej. - Proszę... - błaga łamiącym się głosem, choć nie jestem do końca pewien, o co dokładnie.

O więcej stymulacji? O mniej? O to, żebym wreszcie przeszedł dalej i przestał ją tak torturować powolną grą wstępną?

- Mhm? - mruczę, nie odrywając ust od jej skóry.

- Chcę więcej... więcej... CIEBIE...

Decyduję się dać jej to, o co błaga.

Moja druga ręka - ta, którą do tej pory pieściłem lewą pierś dziewczyny - wędruje powolutku w dół, przesuwając się po zbyt wyraźnych żebrach, wąskiej talii, wystającej kości biodrowej, zanim zsuwam ją jeszcze niżej, do gumki satynowych szortów.

Nie zdejmuję ich z niej od razu.

Zamiast tego niechętnie odrywam usta od jej piersi i po raz kolejny tego wieczoru chcę poprosić o zgodę, choć odpowiedź odnajduję w sposobie, w jakim ciało El wygina się w moją stronę, jakby samo błagało o więcej. Zsuwam z niej spodenki wraz z koronkową, białą bielizną, którą z chęcią zostawiłbym na niej odrobinę dłużej, gdyż wygląda w niej nieziemsko, po czym pozbywam się również skarpetek.

- Jesteś... - Przełykam z trudem ślinę, nie mogąc do końca uwierzyć w to, że znów znalazłem się tak blisko niej.

Byłem przekonany, iż nigdy więcej tego nie doświadczę.

- Twoja - dopowiada Eleanor. - Jestem twoja, Maddox. Jeśli tylko mnie chcesz...

- Jeśli CHCĘ? - Układam się na brzuchu pomiędzy jej nogami. - Kochanie, jesteś moim największym pragnieniem.

Zaczynam pieszczoty od wewnętrznej strony prawego uda dziewczyny, gdzie zostawiam mnóstwo wilgotnych pocałunków, przeplatanych drobnymi przygryzieniami i muśnięciami języka. Gdy zbliżam się do najbardziej intymnego miejsca, El wstrzymuje oddech, lecz nie daję jej jeszcze tego, czego ewidentnie pragnie. Najpierw powtarzam skrupulatnie każdy pocałunek na lewym udzie, przy czym pozwalam sobie na dłuższe zatrzymania w niektórych miejscach oraz śmielsze przygryzienia zębami, które wydobywają z ust ukochanej ciche westchnienia.

Wreszcie przesuwam językiem od jej wejścia do łechtaczki, na której zaczynam kreślić kółka, na nowo ucząc się każdej, nawet najmniejszej reakcji ciała Eleanor. Nigdy wcześniej nie dawałem nikomu przyjemności w ten sposób, przez co nie jestem pewien, co wywoła najwięcej rozkoszy. Działam więc intuicyjnie - i nie idzie mi chyba najgorzej, ponieważ unosi biodra, szukając więcej tarcia, więcej kontaktu, więcej mnie. Kładę płasko dłoń na dolnej części jej brzucha, przyciskając ją z powrotem do łóżka.

- Spokojnie, kochanie. - Ponownie całuję wewnętrzną stronę uda Eleanor. - Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc pozwól mi się sobą nacieszyć.

- Przestań... - Zaciska palce na kołdrze z kwiatowym motywem. - Przestań się tak ze mną droczyć...

- Nie droczę się z tobą, kochanie. Po prostu chcę, żeby twoja przyjemność trwała jak najdłużej.

Wracam do tego, co robiłem.

Przez kolejne minuty eksperymentuję z różnym naciskiem i prędkością języka, uważnie obserwując jej reakcję: co dokładnie wywołuje głośniejsze sapnięcia, co sprawia, że szarpie biodrami mimo mojej dłoni przyciskającej ją do materaca, co powoduje, że mocniej ciągnie mnie za włosy. Potem, gdy wyczuwam, że jest wystarczająco gotowa, ostrożnie wsuwam w nią dwa palce.

Przenoszę wzrok na Eleanor i przyglądam się jej bacznie w poszukiwaniu najmniejszych oznak bólu czy dyskomfortu, gotowy w każdej chwili się zatrzymać, żeby przypadkiem nie zrobić ukochanej krzywdy.

Na ślicznej twarzy maluje się jednak tylko rozkosz.

Pozwalam El przyzwyczaić się na nowo do uczucia, znanego jej z kilku poprzednich razów, zanim zmieniam kąt, szukając miejsca w środku, które w lipcu sprawiło, że krzyknęła tak niesamowicie głośno, że bałem się, iż ktoś z domowników usłyszy ją przez ścianę. Teraz jedynymi świadkami naszego zbliżenia są gwiazdy na niebie, zaglądające na antresolę przez okno dachowe.

Gdy odnajduję punkt G, ponownie układam usta na łechtaczce, a jednocześnie przyspieszam ruchy palców, zginając je pod idealnym kątem.

- Och... - Uda El zaczynają drżeć coraz mocniej, a głowa opada do tyłu, odsłaniając szyję, którą chcę pokryć pocałunkami, lecz teraz jestem zbyt zajęty czymś nieporównywalnie ważniejszym. - Mads...

Potrzeba jeszcze tylko kilku dobrze wymierzonych pchnięć, nim osiąga szczyt. Staram się przedłużyć jej rozkosz tak długo, jak tylko potrafię, aż opada bezwładnie na materac. Wysuwam z niej palce, ostatni raz całuję w podbrzusze, a potem przesuwam się wyżej. Kładę się obok El na plecach, wiedząc dokładnie, czego potrzebuje, a ona natychmiast wtula się we mnie całym ciałem - zawsze po spełnieniu ponad wszystko inne pragnęła bliskości i poczucia bezpieczeństwa.

- Kochanie? - odzywam się po jakimś czasie.

- Mhm...? - pomrukuje sennie w moją skórę.

- Jak się czujesz?

- Niesamowicie.

- Czyli było dobrze? - upewniam się, mimo iż jej reakcja powiedziała mi wszystko, co potrzebowałem wiedzieć.

- Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego. To było...

- Jakie? - zachęcam, nieustannie bawiąc się miękkimi włosami El. Owijam kosmyk wokół palca, rozplątuję go, po czym powtarzam ten ruch. - Powiedz mi. Chcę wiedzieć, co czułaś.

- Nie mam odpowiednich słów, żeby to opisać.

Uśmiecham się szeroko, pełen dumy i satysfakcji, bo cholera, czy można usłyszeć coś lepszego niż to, że sprawiło się swojej ukochanej dziewczynie przyjemność, jakiej nigdy wcześniej nie zaznała, nawet ze mną?

Nie sądzę.

- Ale teraz... - Najwyraźniej nie zamierza tracić czasu na odpoczynek, bo zsuwa dłoń w okolicę gumki moich dresowych spodni, gdzie zaczyna bawić się sznureczkiem od ściągacza. - Chcę dotknąć ciebie, Mads. Sprawić, żebyś też czuł się tak jak ja przed chwilą.

Mój penis - do tej pory ignorowałem go z nadludzkim wysiłkiem, skupiając całą uwagę na niej i dostarczeniu jej jak największej rozkoszy - pulsuje prawie że boleśnie w bokserkach, domagając się uwagi.

Jest jednak jeden, dość istotny problem.

Nie uprawiałem seksu od lipca, a to oznacza jedno: jeśli pozwolę Eleanor na zbyt intensywne pieszczoty teraz, nie wytrzymam dłużej niż w trakcie naszego pierwszego razu, którego długość była... Powiedzmy sobie szczerze, niesatysfakcjonująca i dość żenująca. Chciałbym, żeby tym razem mogła zaznać spełnienia razem ze mną.

Podnoszę biodra, pomagając jej zsunąć spodnie wraz z bokserkami, które skopuję z materaca. El najpierw tylko patrzy na moje nagie ciało, a potem śledzi nieśmiało palcem wskazującym kształt członka od podstawy aż po czubek. Muszę zacisnąć mocno szczęki, żeby nie jęknąć głośno na ten niewinny, choć kurewsko erotyczny dotyk. Nim zdąży owinąć wokół niego palce, chwytam ją i jednym ruchem wciągam na siebie, by dosiadła mnie okrakiem.

- Mads! - Eleanor śmieje się zaskoczona, opierając obie ręce na mojej klatce piersiowej. Przygląda mi się z góry, a jej rozpuszczone włosy falują ślicznie wokół twarzy. - Co ty... co ty robisz? Chciałam cię dotknąć...

- Wiem. Ale mam lepszy pomysł.

- Lepszy niż pozwolenie mi na...

- Znacznie lepszy. Myślisz, że moglibyśmy spróbować w ten sposób? - Uśmiecham się do niej, mając nadzieję, że zauważy ten gest w ciemności, po czym układam dłonie na jej biodrach. - Z tobą na górze? Wtedy to ty będziesz mogła kontrolować wszystko. Tempo, głębokość, kąt... A ja będę tu leżał i podziwiał najbardziej oszałamiający widok na całym świecie.

- O-okej... - odpowiada odrobinę niepewnie. - Możemy... możemy spróbować. Ale... - Zerka w dół, tam, gdzie nasze ciała prawie się stykają. - Masz ze sobą zabezpieczenie?

- Tak. - Sięgam poza brzeg łóżka, gdzie na podłodze leży moja torba podróżna. - Poczekaj tylko sekundę.

Z Eleanor wciąż usadowioną na swoich udach grzebię po omacku w bocznej kieszeni, aż odnajduję jedno z foliowych opakowań, które wrzuciłem tam przed samym wyjściem z domu. Na wszelki wypadek, powiedziałem sobie wtedy, pakując dwie niewykorzystane z pierwszego razu prezerwatywy. Lepiej być przygotowanym, nawet jeśli nie planuję, że cokolwiek się między nami wydarzy.

A jednak się wydarzyło.

Przygryzam zębami brzeg folii i tym razem, w przeciwieństwie do lipcowych "problemów" w tej kwestii, udaje mi się rozerwać je przy pierwszej próbie. Nakładam na siebie prezerwatywę, po czym spoglądam w górę na El.

- Gotowa, kochanie?

Przygryza dolną wargę, co w tym momencie wygląda cholernie kusząco. Kiwa lekko głową, pozycjonuje się dokładnie nade mną, a następnie obejmuje dłonią penisa. Prowadzi czubek do swojego wejścia, natomiast ja trzymam ją w talii - tak wąskiej, że moje kciuki spotykają się na jej brzuchu - pomagając zachować równowagę.

- Powoli, El - instruuję ją łagodnie. - To może być na początku dość intensywne w tej pozycji, więc daj sobie tyle czasu, ile potrzebujesz.

- Okej. - Przymyka powieki i niesamowicie powoli zaczyna się na mnie opuszczać. Gdy wchodzę w nią tylko odrobinę, oboje, niczym idealnie zsynchronizowani, wydajemy z siebie głośne sapnięcie. - Maddox...

- Jestem tu - zapewniam. Nie jestem przyzwyczajony do oddawania kontroli w żadnej sferze mojego życia, jednak pozwalam El działać w jej własnym tempie, które będzie dla niej najbardziej komfortowe. To ona jest tutaj najważniejsza. - Nic cię nie boli, prawda? Czujesz się dobrze? Powiedz mi, proszę.

- Mhm... - wydaje z siebie cichy dźwięk, coś pomiędzy westchnieniem a stłumionym jękiem. - Lepiej niż dobrze. - Bierze mnie głębiej, centymetr po centymetrze, aż w końcu jej pośladki spotykają się z moimi udami. Wbija mi krótkie paznokcie w klatę, wyraźnie przytłoczona nowymi doznaniami. - Och... Mads, to...

- Wiem, piękna. Też to czuję.

- Poczekaj... Daj mi... daj mi chwilę.

- Masz całą wieczność, kochanie.

Pierwszy ruch Eleanor jest odrobinę niepewny, ale szybciej, niż się spodziewałem, odnajduje rytm, który jej odpowiada i sprawia widoczną przyjemność. Z każdym kolejnym uniesieniem bioder staje się odrobinę śmielsza, bujając nimi w coraz szybszym tempie. Za to ja nie mogę przestać dotykać całego ciała ukochanej. Przesuwam dłońmi po udach, biodrach, piersiach, ramionach, karku, włosach - wszędzie, gdzie tylko jestem w stanie dosięgnąć w tej pozycji.

Jest taka przepiękna.

Wygląda dokładnie jak w moim śnie sprzed ponad tygodnia, który jeszcze wtedy, kiedy obudziłem się samotnie z najgorszym kacem w moim życiu, wydawał mi się kompletnie niemożliwy do spełnienia.

Właściwie to nie.

Wygląda lepiej.

Przez okno dachowe tuż nad jej głową widzę lśniące gwiazdy rozsypane po czarnym niebie oraz fragment księżyca, który rzuca na nią srebrne światło, sprawiające, że blada skóra dziewczyny zdaje się wręcz świecić.

Pragnienie, żeby ją pocałować, staje się nie do zniesienia.

Nie mogę dłużej tylko patrzeć na jej rozchylone wargi, słuchać tych cichych westchnień, wyrywających się spomiędzy nich za każdym razem, gdy unosi i opuszcza biodra. Łapię ją za kark i przyciągam do siebie, aż piersi El stykają się z moją klatką piersiową, i łączę nasze usta w pocałunku, który odbiera nam resztki tchu. Jednocześnie wypycham miednicę na spotkanie jej ruchów, co pogłębia każde kolejne pchnięcie oraz sprawia, że wchodzę w nią pod nieco innym kątem - sądząc po reakcji Eleanor, trafiam dokładnie tam, gdzie powinienem.

- Mads... - jęczy bezpośrednio w moje usta. - To... tak... dokładnie tak...

- Dobrze? - udaje mi się wydusić. - Nie za mocno? Nie za szybko? Nie...?

- Nie... nie, to idealne... Ale mogę... to znaczy, możesz... - Urywa, jakby w ostatniej chwili zawstydziła się poprosić wprost o to, czego naprawdę pragnie.

- Powiedz mi, czego potrzebujesz, kochanie. Niczego się przy mnie nie wstydź. Chcę dać ci wszystko.

- M-mocniej - wydusza jękliwie.

I tyle byłoby z mojego szlachetnego oddania jej całkowitej kontroli.

Jedną ręką łapię ją za pośladek, drugą obejmuję plecy i odwracam nas oboje. Eleanor wydaje zduszony okrzyk zaskoczenia, a ja, nadal ją całując, unoszę jedno z jej ud wyżej, by wejść w nią głębiej. Zaczynam poruszać się dokładnie tak, jak mnie poprosiła.

Mocniej. Szybciej.

- Tak kurewsko - pchnięcie, które wyrywa z jej gardła stłumiony krzyk - za tobą - kolejne - tęskniłem - następne, na tyle mocne, że El odrzuca głowę do tyłu w ekstazie.

Łóżko z baldachimem skrzypi pod nami, a ten dźwięk miesza się z rytmicznym uderzaniem drewnianego zagłówka o kamienną ścianę oraz naszymi przyspieszonymi oddechami, jękami i sapnięciami, które wypełniają całą antresolę.

- Kocham cię, Mads - wyznaje moja miłość, zaledwie sekundę przed tym, jak po raz drugi tego wieczoru osiąga szczyt. - Nawet nie wiesz, jak bardzo...

- Wiem, El. Czuję dokładnie to samo.

Mogę żyć bez wszystkiego.

Bez pieniędzy, bez nazwiska, bez pozycji kapitana, bez oksykodonu, który trzyma migreny na dystans.

Ale nie potrafię żyć bez Eleanor Vivienne Adwin.

I nie zamierzam nigdy więcej próbować.

Rozdział dwudziesty siódmy

El

- O mój Boże! - piszczę tak głośno, że aż sama się tym zaskakuję.

Maleńka, czekoladowa kuleczka futra zatrzymuje się tuż przy moich ubranych w adidasy stopach. Serce topi mi się w piersi na widok ogromnych, pełnych niewinności oczu w kolorze rozpuszczonego karmelu, oklapniętych uszek oraz długiego ogonka, który zamiata podłogę z taką prędkością, że maleńkie ciało szczeniaczka aż całe się trzęsie.

- Mads, zobacz! - Schylam się i biorę pieska w ramiona. Ten zaczyna oblizywać każdy dostępny centymetr mojej twarzy, próbując nawet dostać się do ust, podczas gdy z jego gardła wydobywa się podekscytowane popiskiwanie. - Wygląda jak miniaturowy Cairo! Widzisz te wielkie łapki?!

- Co do... - Maddox przerywa w połowie zdania, wpatrując się w zwierzaka ze zmarszczonymi brwiami. Zsuwa z ramienia nasze torby podróżne i odstawia je na podłogę w przedpokoju. - Nie było mnie dosłownie cztery dni, a w domu pojawił się kolejny pies?

- Angel! Angel, gdzie mi uciekłaś?! - Spanikowany głos Sable rozbrzmiewa gdzieś z głębi domu, a sekundę później dziewczyna wypada zza rogu, ślizgając się po panelach w samych skarpetkach. - Och! - Gdy nas zauważa, jej jasnoszare oczy rozszerzają się ze zdziwienia. - Wróciliście! Nareszcie! - Zapomina o uciekającym szczeniaku i rzuca się w ramiona starszego brata z takim impetem, jakby nie widzieli się od lat. - Tak bardzo za wami tęskniłam. W domu było bez ciebie tak strasznie pusto... - Wtula twarz w jego klatkę piersiową.

- Ja też za tobą tęskniłem. - Mads cmoka siostrę w czubek głowy. - Ale możesz mi wyjaśnić, skąd mamy w domu kolejnego dobermana?

- Wczoraj rodzice przywieźli ją do domu z tej samej hodowli, z której są Hades i Cairo. - Sab podbiega do mnie, by zabrać mi z rąk szczeniaczka, który od razu przytula się do właścicielki. - Jest taka szybka, że nie macie pojęcia. Wieczorem przez pół godziny goniłyśmy ją z mamą po całym piętrze, bo ta mała łobuziara ukradła tacie skarpetkę i nie chciała jej oddać. - Chichocze na to wspomnienie, a potem całuje psiaka między uszkami. - To mój prezent urodzinowy. Nazwałam ją Angel, bo kiedy śpi zwinięta w kłębek, wygląda jak mały aniołek. Ale jak już się obudzi... Zamienia się w diabełka.

Prezent urodzinowy.

Nagle dociera do mnie, że już jutro Halloween, a co za tym idzie - czternaste urodziny Sable. Przez ostatnie cztery dni, które spędziłam z Maddoxem w naszej własnej, odciętej od reszty świata bańce pośrodku malowniczych wzgórz Cotswolds, kompletnie straciłam poczucie czasu. Dni zlewały się ze sobą w jeden, wypełniony wspólnymi śniadaniami, beztroskimi spacerami po okolicznych miasteczkach, godzinami spędzonymi w ogromnym łóżku z baldachimem na rozmowach, przytulaniu się, całowaniu i... innych rzeczach.

Na samo wspomnienie czuję, jak płoną mi policzki.

Będę tęsknić za wieczorami przy kominku z książką i kubkiem zielonej herbaty, przeplatającymi się z popołudniami wypełnionymi dźwiękami Maddoxa grającego dla mnie na pianinie oraz porankami, gdy budziłam się pierwsza i mogłam obserwować jego piękną, spokojną twarz.

To były najpiękniejsze cztery dni mojego życia.

A teraz wracamy do rzeczywistości, która nie zniknęła tylko dlatego, że przez kilka dni udawaliśmy - całkiem skutecznie zresztą - że nie istnieje.

- Poczekaj, poczekaj. - Maddox unosi dłoń, jakby próbował uporządkować informacje, które właśnie usłyszał. - Rodzice przywieźli ci wczoraj szczeniaka, a ty nawet nie pomyślałaś, żeby wysłać mi chociaż jedno zdjęcie? Naprawdę, Sab?

- Chciałam, żebyś ty też miał niespodziankę, kiedy wrócisz z waszego ROMANTYCZNEGO WYJAZDU - tłumaczy i puszcza mu oczko. - Pomyślałam sobie, że to będzie znacznie bardziej ekscytujące, jeśli Angel przywita was osobiście. - Wystawia psiaka w moją stronę, unosząc go wysoko, niczym Rafiki Simbę w Królu Lwie. - El, no spójrz tylko na nią! Popatrz na te śliczne oczka, na te uszka, brązowy nosek. Czy widziałaś kiedykolwiek coś słodszego niż ona?

- Jest niesamowicie urocza, Sab. - Głaszczę Angel opuszkami po pyszczku. - Najsłodsza rzecz, jaką widziałam od... no, odkąd Cairo i Hades byli malutcy. A minęło już kilka lat.

Starsze dobermany jakby wyczuły, że rozmowa dotyczy również ich, pojawiają się w przedpokoju, zainteresowane całym zamieszaniem. Kucam przy nich, by pogłaskać najpierw czarny łeb Hadesa, a potem ucałować mokry nosek Cairo, który od razu próbuje odwzajemnić czułość i polizać mnie po twarzy.

- Hej, moje piękności - szepczę do nich czule, głaszcząc ich obu jednocześnie, żeby żaden nie czuł się zaniedbany czy mniej ważny. - Stęskniłam się za wami, wiecie?

Hades zamiast cieszyć się z pieszczot, szybko traci mną zainteresowanie i kieruje swoją uwagę na nowego członka rodziny. Podchodzi powoli do Sable, by powęszyć powietrze wokół piszczącego szczeniaka.

- Ten gagatek jest okropnie zazdrosny - informuje najmłodsza Griffin, a jednocześnie próbuje ujarzmić Angel, która dosłownie szaleje z ekscytacji na widok swoich nowych braci. - Wiecie, jak to z nim bywa. Nie znosi, gdy ktokolwiek inny dostaje więcej uwagi niż on. Ale za to Cairo - spogląda na wtulone we mnie psisko - zakochał się w niej od pierwszego obwąchania. Myślę, że będzie jej najlepszym przyjacielem. Albo nawet chłopakiem. Może w przyszłości będą mieli razem szczeniaczki? Wyobrażacie to sobie?! Maleńkie, czekoladowe kuleczki futra biegające po całym domu...

- Cairo jest wykastrowany - przypomina Maddox.

- Och... - brzmi na rozczarowaną. - No tak, racja. Cóż, w takim razie będą najlepszymi przyjaciółmi. - Odstawia Angel na podłogę, a malutka zaczyna szaleć z większym czekoladowym dobermanem. - No dobra, wystarczy o psach - zarządza. - Oboje wyglądacie na BARDZO szczęśliwych. Więc? Domyślam się, że wyjazd się udał?

Mads zerka na mnie, a w jego ciemnych oczach widzę to samo uczucie, które obserwowałam przez ostatnie dni.

Miłość.

- Można tak powiedzieć. - Unosi kąciki ust w ledwo zauważalnym uśmiechu.

- Definitywnie się udał - potwierdzam.

- Cieszę się. Bardzo. - Nagle wyraz twarzy Sable staje się poważniejszy. Zerka najpierw na brata, potem na mnie, po czym z powrotem na Maddoxa, jakby zastanawiała się, czy powinna powiedzieć to, co chodzi jej po głowie. - Ale... Jest jeszcze coś, o czym musicie wiedzieć.

- Co się stało? - docieka Mads.

- Scarlett dzwoniła do mamy w środę wieczorem. Pytała o ciebie. Chciała wiedzieć, gdzie dokładnie jesteś, czy pojechałeś tam z El, kiedy wrócisz do Londynu. Mama powiedziała jej, że wyjechałeś na kilka dni i że nie wie, kiedy dokładnie pojawisz się znów w domu. Brzmiała... zupełnie jak nie ona. Jakby była w histerii, ale próbowała to za wszelką cenę ukryć.

- Czy mama powiedziała jej coś jeszcze? - Głos Maddoxa jest całkowicie pozbawiony emocji, co zawsze oznacza, że wewnątrz wrze od nich tak mocno, że boi się pozwolić im wydostać się na zewnątrz.

- Że jeśli chce z tobą porozmawiać, powinna sama wysłać ci wiadomość lub zaczekać, aż do niej oddzwonisz. - Sable przełyka głośno ślinę, wyraźnie przejęta całą sytuacją, a jednocześnie bawi się nerwowo rękawem swetra. - Ale Scarlett powiedziała wtedy, że zablokowałeś jej numer i że mama ma NATYCHMIAST przekazać ci, że musi z tobą porozmawiać o czymś bardzo ważnym, zanim będzie za późno.

Chłód rozlewa się po moim ciele.

Zanim będzie za późno na co?

- Nie zamierzam z nią rozmawiać. - Wypowiadając te słowa, Maddox patrzy prosto na mnie. - Skończyłem z jej grami, El.

- T-to nie wszystko... - wtrąca niepewnie Sab. - Wczoraj rano Scarlett przyjechała tutaj. Byłam sama w domu, bo rodzice pojechali po Angel, a ona... ona wpisała sobie kod do bramy i wjechała na posesję. Pukała do drzwi przez dobre dziesięć minut, dzwoniła dzwonkiem, krzyczała twoje imię.

- KURWA MAĆ. - Mads przejeżdża obiema dłońmi przez kruczoczarne włosy, po czym odchodzi kilka kroków na bok, próbując zapanować nad buzującymi w nim emocjami. - Spokojnie - szepcze sam do siebie. - Uspokój się, Griffin. Wszystko jest pod kontrolą.

- Nie wpuściłam jej oczywiście - doprecyzowuje jego siostra. - Nawet nie zbliżyłam się do drzwi. Powiedziałam przez domofon, że cię nie ma i że nie wiem, kiedy wrócisz. Ale ona... ona się nie poddawała... Przestraszyłam się trochę, więc zadzwoniłam do Killiana. Przyjechał tutaj w piętnaście minut i... no cóż, już jej wtedy nie było. Zdążyła odjechać.

- Dobrze zrobiłaś, Sab - zapewniam ją. - Nie wpuściłaś Scarlett, zadzwoniłaś po pomoc. To było bardzo mądre z twojej strony.

- Zmieniliśmy już kod do bramy, jak sami widzieliście. Ja też wszędzie ją zablokowałam. Na Instagramie, Snapchacie, jej numer telefonu... Wszędzie, gdzie mogłaby próbować się ze mną skontaktować.

- Dziękuję, Sab. Naprawdę. - Maddox wraca do nas, chociaż nadal jest strasznie spięty. - Cieszę się, że jej tutaj nie wpuściłaś, bo nie wiem, co bym zrobił, gdyby... - Urywa, potrząsając głową. - W każdym razie obiecaj mi, że jeśli Scarlett znowu się tutaj pojawi, a mnie nie będzie, gdziekolwiek cię spotka albo spróbuje się z tobą skontaktować w jakikolwiek inny sposób, natychmiast dajesz mi znać. Nie próbujesz sama sobie z tym radzić, nie rozmawiasz z nią, nie słuchasz tego, co ma do powiedzenia. Po prostu od razu dzwonisz do mnie. A jeśli z jakiegoś powodu nie odbiorę, wtedy dzwonisz do Killiana. Rozumiesz?

- Rozumiem. Obiecuję, Mads. - Sable podchodzi do mnie i obejmuje w pasie, a ja układam dłonie na jej plecach i pocieram je uspokajająco. - El, zostaniesz u nas na obiad? Mama robi dzisiaj lasagne, dla mnie w wegetariańskiej wersji, oczywiście, więc chętnie się z tobą podzielę. Właściwie to... - zerka na zegarek na nadgarstku - miałam wstawić ją do piekarnika jakieś pół godziny temu. - Rzuca się w stronę kuchni, a Angel wraz z resztą psów pędzą za nią jak szalone. - Cholerka! Mama mnie zabije...

Zostajemy sami w przedpokoju.

Maddox stoi przy oknie z rękami schowanymi w kieszeniach spodni i wpatruje się w coś na zewnątrz.

- Mads...

- Zostaniesz na obiad? - Widzę, że nie jest jeszcze gotowy rozmawiać o tym, co przed chwilą usłyszeliśmy od Sable. Potrzebuje chwili, żeby to przetrawić, zanim będzie mógł to ze mną omówić. - Proszę? Mama będzie wniebowzięta, gdy zobaczy cię przy stole. A poza tym... - Podchodzi bliżej, obniżając głos do szeptu, choć nikogo więcej nie ma w pobliżu. - Nie chcę się jeszcze z tobą żegnać, El.

- Ja też tego nie chcę, Mads.

Pożegnanie oznacza powrót do domu.

Latte na mleku owsianym z dodatkiem karmelu w tej przytulnej kawiarni w Stow-on-the-Wold.

Ciasteczka z gorzką czekoladą i pokruszonymi pistacjami, które upiekliśmy razem w Honeycomb Cottage.

Kremowa zupa pomidorowa z bazylią na obiad w małej restauracji przy rynku.

Naleśniki z kremem czekoladowym, świeżymi malinami, borówkami i górą bitej śmietany na śniadanie.

Kolejne latte na mleku owsianym, tym razem z dodatkiem wanilii i posypką z cynamonu.

Zapiekanka z serem mozzarella, cukinią i bakłażanem oraz foccacia, którą przygotowałam dla nas na kolację.

Maślany popcorn, jedzony codziennie wieczorem, gdy oglądaliśmy filmy przy rozpalonym kominku.

Jeszcze więcej tych przeklętych ciasteczek.

Jeszcze więcej naleśników z różnymi dodatkami.

Jeszcze więcej jedzenia.

JESZCZE WIĘCEJ KALORII.

Wpisuję drżącymi palcami kolejne grzechy do mojej strzeżonej hasłem notatki w telefonie zatytułowanej po prostu dziennik El, a łzy przysłaniają mi całkowicie widok podświetlonego ekranu, gdy powoli dociera do mnie skala tego, na co pozwoliłam sobie przez ostatnie dni.

Byłam zbyt szczęśliwa.

Zbyt pochłonięta nim.

Zupełnie zapomniałam o pilnowaniu każdego dania, zanim trafiło najpierw na talerz, a później do moich ust. Może podświadomie nie chciałam martwić Maddoxa ciągłymi odmowami, wymówkami, kłamstwami. Chciałam być dla niego tą dziewczyną, którą pamiętał sprzed wszystkiego - tą beztroską El, która jadła naleśniki z kremem czekoladowym i nie liczyła każdej kalorii, jakby od tego zależało jej życie. A może... może przez moment poczułam, że nagle mam nad wszystkim kontrolę.

Teraz jednak, gdy siedzę sama w przytłaczającej ciszy mojego pokoju w Notting Hill, z telefonem zaciśniętym w dłoni i długą, przerażającą listą wszystkiego, co zjadłam, wyświetloną na ekranie, dociera do mnie okrutna prawda: pozwoliłam sobie na zbyt dużo.

Osiem dni zaznaczyłam na czerwono, z czego cztery ostatnie powinny podświetlać się niczym neony w ciemności, bo bez żadnych wątpliwości przekroczyłam w ich trakcie dwa tysiące kalorii, co jest prawie dwukrotnością mojego dziennego limitu wynoszącego tysiąc sto.

DWUKROTNOŚCIĄ.

Siedem tysięcy dodatkowych kalorii przekłada się na jeden kilogram tłuszczu.

Szybko wykonuję w głowie gorączkowe obliczenia - jeśli przez cztery dni przekroczyłam swój limit o jakieś tysiąc kalorii dziennie, a jestem pewna, że było ich więcej, może nawet tysiąc dwieście lub trzysta, to już ponad cztery tysiące nadmiaru. Dodając do tego pozostałe cztery dni...

Wszechogarniająca panika przysłania mi całkowicie zdolność racjonalnego myślenia. Lasagne cioci Amelii, którą zjadłam zaledwie godzinę temu, uśmiechając się i rozmawiając z rodziną Maddoxa, ciąży teraz w moim żołądku niczym wina za wszystkie te dni.

Podrywam się gwałtownie z łóżka, gdzie przez ostatnie dwadzieścia minut leżałam ze wzrokiem wlepionym w ekran telefonu, wpatrując się w te przeklęte liczby, jakbym mogła zmienić je siłą woli. Moje stopy uderzają o zimną, drewnianą podłogę i idę - nie, biegnę - przez pokój do mojej prywatnej łazienki. Wpadam do środka, od razu rzucając się w stronę szafki pod umywalką, w której trzymam wagę. Wyciągam ją drżącymi dłońmi, ustawiam na idealnie płaskiej powierzchni tuż przy wolnostojącej wannie, tam, gdzie fuga pomiędzy kafelkami jest moim wyznacznikiem dokładnego pomiaru.

Rozbieram się do naga, ponieważ każdy gram ma znaczenie.

Staję na szklanej powierzchni, a zaraz potem muszę złapać się krawędzi wanny obiema rękami, ponieważ gdy czerwone cyfry przestają migać i zatrzymują się na konkretnej liczbie, nogi uginają się pode mną.

51,6.

Pięćdziesiąt jeden przecinek sześć kilograma.

PRAWIE. PIĘĆDZIESIĄT. DWA. KILOGRAMY.

Nie.

Nie, nie, nie, nie, nie.

Byłam już tak blisko celu.

Tak niewiele dzieliło mnie od wymarzonej czwórki z przodu - przed wyjazdem z Maddoxem widziałam na wadze pięćdziesiąt przecinek trzy - a teraz wszystko poszło na marne, zniszczone moją słabością i niezdolnością do samokontroli.

Przytyłam ponad kilogram.

Jak mogłam do tego dopuścić?

Schodzę z wagi tak szybko, jakby paliła moje bose stopy.

Nie chcę patrzeć w wielkie lustro wiszące na ścianie, lecz spojrzenie wbrew mojej woli ucieka w tamtą stronę, przyciągane niczym magnes do odbicia, którego tak bardzo nienawidzę.

Gruba. Brzydka. Niewystarczająca. Obleśna. Bezwartościowa. Odpychająca.

Zepsuta.

Patrzę na dziewczynę w lustrze - z bladą jak papier twarzą, pokrytą czerwonymi plamami od stresu, zbyt szerokimi biodrami, udami, które zdają się większe niż jeszcze kilka dni temu, brzuchem, który nie jest już idealnie płaski.

Widzę każdy gram. Każdą kalorię.

Maddox kłamał.

Nie jestem piękna. Jestem obrzydliwa.

Wtedy mój wzrok pada na toaletę w odbiciu lustra.

To nie jest pierwszy raz, kiedy ta ciemna myśl przebiega mi przez głowę. Pojawiała się już wielokrotnie, w różnych momentach, gdy czułam się szczególnie... winna. Za każdym razem udawało mi się ją odepchnąć, zakopać głęboko w najdalszym zakątku umysłu, powiedzieć sobie stanowczo, że to granica, której nie przekroczę bez względu na wszystko.

Teraz jednak nie widzę innego rozwiązania.

Robię krok w kierunku toalety.

Potem drugi.

Trzeci.

Zanim w pełni uświadamiam sobie, czego za moment się dopuszczę, klękam na kafelkach. Cała moja uwaga koncentruje się na białej muszli przede mną, rozwiązaniu, które nagle wydaje się takie proste.

Unoszę drżącą rękę i zatrzymuję ją zaledwie kilka centymetrów od ust.

Waham się.

Część mnie krzyczy żebym przestała, wróciła do swojego pokoju i poprosiła kogoś o pomoc.

Zadzwoń do Phoebe. Napisz do Madsa. Idź na dół do mamy.

Zrób cokolwiek, tylko nie to.

Ale panika jest głośniejsza od zdrowego rozsądku.

Waga pokazująca pięćdziesiąt jeden przecinek sześć jest głośniejsza.

Te wszystkie posiłki zapisane na czerwono w moim telefonie są głośniejsze.

Głos ojca mówiący jesz jak świnia jest głośniejszy.

Otwieram szeroko usta, wyciągam rękę w kierunku gardła i wsuwam palce coraz głębiej, głębiej, głębiej...

Nie potrafię.

Jestem tak słaba, że nie potrafię zrobić nawet tego.

Opuszczam bezradnie mokrą od śliny dłoń i zaczynam histerycznie szlochać, z czołem opartym o brzeg porcelanowej muszli klozetowej.

Nie ma dla ciebie ratunku, El.

Jestem bezpowrotnie pochłonięta przez lawinę myśli, z której nie mogę się wydostać bez względu na to, jak rozpaczliwie staram się odnaleźć choćby najcieńszą wiązkę światła w tej absolutnej ciemności.

Ostatnia tabletka Xanaxu z mojego różowego pudełeczka - połknięta czterdzieści minut temu bez popijania, ponieważ nie miałam siły zejść na dół po wodę - opanowała atak paniki i przywróciła względną zdolność oddychania, lecz nie wyciszyła głosów w głowie. Te przekrzykują się między sobą, walcząc o dominację.

Leżę skulona pod kołdrą w pozycji embrionalnej, zakryta po samo czoło, z całych sił tuląc do piersi ukochanego misia, którego mięciutkie futerko pachnie teraz cytrusowo-drzewnymi perfumami Maddoxa, podczas gdy łzy toczą się nieustannie po moich policzkach i wsiąkają w poszewkę poduszki.

Zwątpiłaś w jedynego człowieka, w którego nie powinnaś. W twojego Maddoxa. Chłopaka, który nigdy cię nie skrzywdził i był przy tobie zawsze, nawet kiedy miał tysiące powodów, żeby odejść. A co ty zrobiłaś? Uwierzyłaś Scarlett, zamiast mu zaufać. Mogłaś przyjść do niego czwartego lipca, zapytać wprost, czy to prawda, dać mu szansę na wyjaśnienie. Ale nie. Zmarnowałaś prawie cztery bezcenne miesiące waszego życia, które mogliście spędzić wspólnie, będąc szczęśliwi.

Sto osiemnaście dni.

Dwa tysiące osiemset trzydzieści trzy godziny.

Prawie dwieście tysięcy minut.

Przytyłaś.

Mijają kolejne dni, a ty nadal nie powiedziałaś Nathanowi prawdy. Pewnie Scarlett zmanipulowała też jego, przez co myśli, że go wykorzystałaś, i dlatego nie chce mieć z tobą nic wspólnego. A może... faktycznie wykorzystałaś? Może wcale nie jesteś lepsza od niej.

Pięćdziesiąt jeden przecinek sześć.

Nie ufasz nawet swoim najlepszym przyjaciółkom. Boisz się, że Zoe i Phoebe skrzywdzą cię tak samo jak Scarlett, chociaż w głębi duszy sama w to nie wierzysz. Wiesz, że nigdy by ci czegoś takiego nie zrobiły. Zoe bez wahania skoczyłaby za tobą w ogień, a Phoebs nie skrzywdziłaby nikogo, nawet jeśli miałaby ku temu tysiące powodów. Ale strach jest silniejszy niż wszystkie lata waszej przyjaźni.

Ty jesteś temu wszystkiemu winna.

- Przestań - wyszeptuję w duszną przestrzeń pod kołdrą, gdzie powoli zaczynam mieć problemy z oddychaniem. - Proszę, po prostu... przestań...

Głos w mojej głowie się zmienia.

Nie brzmi już jak ja, jednak każdy kolejny jest równie znajomy.

Może przestaniesz już żreć, Eleanor?

Wyprostuj włosy, wyglądasz jak bezdomna dziwka.

Wszystko będzie dobrze, Ellie. Za moment ci to opatrzę, kochana.

Ty kłamliwa suko! Powtórzyłaś te bzdury mojej matce?! Myślisz, że ktokolwiek uwierzy takiej szmacie jak ty?!

Pamiętam pięść w żołądek. Krew w ustach. Krew wszędzie.

Zabieraj ze sobą tego miśka i przestań ryczeć, gówniaro. Masz dziesięć lat, pora wreszcie dorosnąć.

Chcę zatkać uszy, ale przecież nic mi to nie da - te wszystkie słowa są we mnie zakorzenione na tyle głęboko, że nigdy nie zdołam wyzbyć się ich ze swojego umysłu.

Byłaś numerem trzydzieści trzy na jego liście PPZ. Kto wie, z iloma dziewczynami faktycznie spał, zanim udało mu się przelecieć Perfekcyjną Eleanor.

Boże, Christopher, przecież ona krwawi! Musimy zabrać ją do szpitala!

Spadła ze schodów, Claire. Biegnij odpalić auto, zaniosę ją.

Obawiam się, że powinnaś na razie zrezygnować z treningów tenisa, Eleanor. To twoje drugie omdlenie w przeciągu kilku miesięcy, a w dodatku mam wątpliwości, czy zraniłaś się przypadkowo. Widzę, że coś jest nie tak, dzieciaku.

Sugerowałabym pilną konsultację z psychodietetykiem, panno Adwin. Podejrzewam anoreksję restrykcyjną, stąd zanik miesiączkowania. Jeśli tak dalej pójdzie, w przyszłości będzie miała pani ogromne problemy z zajściem w ciążę.

PRZYSZŁOŚĆ.

To piękne słowo, obiecujące tak wiele.

Studia prawnicze na Hampton, na które tak ciężko pracuję od lat. Ślub w pięknym miejscu, gdzie kwitną piwonie, a goście siedzą przy jednym, długim stole. Suknia, którą zaprojektuje dla mnie mama Zoe. Ciąża. Dzieci z ciemnymi oczami i kruczoczarnymi włosami. Dom pełen ciepła, radości, bezpieczeństwa.

Kocham cię, El.

Maddox.

Ta myśl - jedyna piękna pośród całego tego okrutnego chaosu - boli bardziej niż każda poprzednia.

Co, jeśli przestanie cię kochać? Co, jeśli pewnego dnia spojrzy na ciebie wystarczająco uważnie i zobaczy prawdziwą Eleanor - nie tę roześmianą w kuchni, piekącą ciasteczka, lecz tę klęczącą przy toalecie, płaczącą na podłodze w łazience, liczącą każdą kalorię, kłamiącą wszystkim dookoła, zniszczoną od środka dziewczynę, która nie zasługuje na to, by zostać uratowana? Dostrzeże, jak niewyobrażalnie brzydka jesteś w środku, tam, gdzie nikt nie widzi?

Przyciskam misia do twarzy, by mama nie usłyszała moich szlochów, i zaciskam powieki tak mocno, że widzę za nimi kolorowe plamki.

On przestanie.

Przestanie cię kochać i zostaniesz sama.

Znowu.

Rozdział dwudziesty ósmy

El

Wibracje telefonu na szafce nocnej wyrywają mnie z niespokojnego snu niczym ostre szarpnięcie za ramię. Obrazy, które widziałam przez całą noc, były tak realistyczne, że muszę zamrugać kilkukrotnie, by upewnić się, że na pewno udało mi się wyrwać z koszmarów i wrócić do rzeczywistości. Mimo to nadal widzę siebie z perspektywy obserwatora, klęczącą w nieskończoność nad toaletą, gdzie nie jestem w stanie wymusić wymiotów, podczas gdy waga obok wyświetla coraz wyższe liczy - pięćdziesiąt dwa, sześćdziesiąt trzy, siedemdziesiąt pięć - a głos ojca powtarza w kółko: Może w końcu przestaniesz żreć, Eleanor?

Telefon wibruje ponownie, więc sięgam po urządzenie i zaczynam czytać konwersację na gossip&grace, która do tej pory toczyła się bez mojego udziału. Przewijam wyżej, szukając początku wymiany zdań pomiędzy przyjaciółkami.

Zoe:

wylądowaliśmy właśnie na Heathrow

lot był okropny, turbulencje jeszcze gorsze

garrett odwozi mnie do domu, robię drzemkę i widzimy się

nie mogę się już doczekać

kocham pieprzone halloween

i kocham was

Phoebs:

Tak bardzo się za Wami stęskniłam ?? Czy możemy uzgodnić, że nigdy więcej nie spędzimy przerwy osobno?

Znaczy cieszę się, że spędziłam czas z rodziną, zwłaszcza z Tiffany, ale tydzień bez moich dziewczyn to była jakaś masakra ? Stęskniłam się nawet za Twoimi sarkastycznymi komentarzami, Zo. Chyba nie muszę mówić nic więcej

Zoe:

sorry, że praktycznie się nie odzywałam przez ostatnie dni, ale g zaplanował tę barcelonę co do minuty

jak tylko wracaliśmy do hotelu to padałam ze zmęczenia

els??? żyjesz tam w ogóle? nie widziałam od ciebie ani jednej wiadomości od poniedziałku

będziesz dzisiaj u petersona, nie?

Przecieram opuchnięte od snu oraz płaczu oczy wierzchem dłoni, próbując choć odrobinę się rozbudzić, po czym odpisuję na wiadomości.

Els:

żyję, żyję x

Zoe:

wszystko okej, kochanie? bo zoe-radar działa i coś mi tu nie gra

Zoe-radar.

Els:

tak, wszystko dobrze x

Zoe:

no coś mi się kurwa nie wydaje

Els:

obudziłyście mnie tym spamem, dajcie mi chwilę na dojście do siebie x

Blokuję telefon i odrzucam go na drugą stronę łóżka, a zaraz potem z wysiłkiem, nieproporcjonalnie dużym jak na ten prosty ruch, podnoszę się do pozycji siedzącej.

Głowa boli mnie od ataku paniki, Xanaxu oraz zbyt małej ilości snu, natomiast umysł mam dziwnie odrętwiały, jakbym ciągle siedziała kilka metrów od siebie. Wiem jednak, że muszę wziąć się w garść i doprowadzić do porządku - dostarczyć do Richmond prezent urodzinowy dla Sable, a potem pojechać do domu Jake'a na coroczną, legendarną imprezę halloweenową, na którą zaprasza całe Kingswood i przynajmniej połowę Londynu.

Wchodzę pod prysznic, gdzie ustawiam wodę na maksymalną temperaturę. Para wypełnia kabinę w ciągu minuty, oddychanie staje się odrobinę utrudnione, lecz nie przeszkadza mi to w szorowaniu myjką ciała do momentu, aż skóra robi się czerwona, a w niektórych miejscach pojawiają się drobniuteńkie rany. Ubieram się w różowy, dresowy komplet, po czym suszę włosy na okrągłą szczotkę, by były idealnie proste.

Decyduję się zejść na dół i zrobić sobie czarną kawę, bez której prawdopodobnie nie dam rady ustać na nogach ani minuty dłużej. Wsuwam bose stopy w puchate kapcie i ścielę łóżko, zanim wychodzę z pokoju. Spodziewam się, że nie zastanę nikogo w domu - jest grubo po dziesiątej, więc mama powinna być w kancelarii od co najmniej dwóch godzin, pochłonięta sprawą najnowszego morderstwa, a ojciec wspominał wczoraj o wizycie u klienta w Oksfordzie.

Ku mojemu zaskoczeniu z parteru dobiega mnie rozmowa.

Zatrzymuję się na samym szczycie schodów, gdzie kucam, przytrzymując się poręczy. Przez szczelinę pomiędzy drewnianymi prętami balustrady dostrzegam oboje rodziców siedzących na kanapie w salonie.

- Temat uważam za definitywnie zakończony, Chris - oznajmia mama tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Nie zamierzam do niego wracać ani za tydzień, ani za miesiąc, ani za rok. I byłabym ci ogromnie wdzięczna, gdybyś uszanował moją decyzję.

- Serce, wiem, że ten temat jest dla ciebie niezwykle trudny. Ale proszę, przemyśl to raz jeszcze, zanim podejmiesz ostateczną decyzję. - Głos ojca jest łagodniejszy niż zwykle, wręcz błagalny. - W przyszłym roku Eleanor pewnie się wyprowadzi, a my zostaniemy tylko we dwoje w tym ogromnym domu. Pomyśl o tym. - Przesuwa się nieznacznie na sofie, zmniejszając dystans pomiędzy nimi. - Gdybyśmy spróbowali jeszcze raz... moglibyśmy mieć syna.

- Przestań! - Mama wrzeszczy tak głośno, że mimowolnie się wzdrygam. Jednocześnie wplątuje palce w rozpuszczone włosy, jakby próbowała wyrwać platynowe kosmyki razem z cebulkami. - Błagam cię, po prostu przestań! Czy ty w ogóle siebie słyszysz?!

Kiedyś to była rzadkość - gdy jest zdenerwowana, ścisza głos, zamiast go podnosić - lecz od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że słyszę te krzyki coraz częściej, jakby powoli, choć nieubłaganie, kończyła jej się cierpliwość. Pewnie ma to związek z chronicznym zmęczeniem mamy oraz przepracowaniem, chociaż może - tylko może - oznacza to, że coś w ich małżeństwie powoli się psuje i jest szansa na to, że go zostawi, a wtedy wyprowadzimy się z tego domu i...

- Claire, ja tylko próbuję z tobą porozmawiać. Jak dwoje dorosłych ludzi, którzy kochają się nad życie od ponad dwudziestu lat i powinni być w stanie omówić tak ważną kwestię bez zbędnych emocji. Nie rozumiem, dlaczego za każdym razem, gdy poruszam ten temat, reagujesz tak, jakbym prosił cię o coś niewyobrażalnego.

- Bo prosisz mnie o coś niewyobrażalnego! Od lat powtarzam ci dokładnie to samo i powtórzę to po raz kolejny, bo najwyraźniej poprzednie dwadzieścia nie wystarczyło: nie mam zamiaru nigdy więcej próbować zajść w ciążę. Poza tym uważam, że jesteśmy już za starzy na kolejne dziecko. Mamy po czterdzieści osiem lat. CZTERDZIEŚCI. OSIEM. Próbowaliśmy pięć lat temu i pamiętasz, jak to się skończyło, prawda?

Próbowali? Pięć lat temu?

Mama nigdy mi o tym nie wspominała, lecz gdy wracam myślami do tamtego okresu... faktycznie pamiętam kilka miesięcy, w trakcie których chodziła wyjątkowo smutna, wręcz apatyczna. Przypominam sobie wieczory, kiedy wracała z kancelarii wcześniej niż zwykle i zamykała się w sypialni, mówiąc, że boli ją głowa, zaczerwienione oczy, które tłumaczyła alergią na pyłki, chociaż był luty i jedyne, na co można było być uczulonym, to mróz i szarość londyńskiej zimy.

Poronienie, to słowo wywołuje chłodny dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa, mimo że zostało wypowiedziane jedynie w myślach. Mama poroniła i nikt mi nie powiedział.

- Serce, rozumiem twoje obawy. Naprawdę rozumiem. - Ojciec próbuje objąć żonę ramieniem, lecz ta odsuwa się od niego na drugi koniec kanapy. - Ale przez pięć lat medycyna poszła do przodu. Moglibyśmy skonsultować się z najlepszymi specjalistami od płodności w kraju, może nawet pojechać do Stanów...

- Nie interesuje mnie żaden specjalista, żaden lekarz, żadne nowe techniki ani przełomowe metody. Mam inteligentną, piękną córkę, którą kocham całym sercem, i przeszłam przez pieprzone piekło, żeby pojawiła się na tym świecie. Karierę prawniczą, dzięki której czuję się spełniona, cudownych przyjaciół, ŻYCIE, KTÓRE UWIELBIAM. Ty również masz to wszystko, więc nie rozumiem, dlaczego nieustannie na mnie n-naciskasz. - Głos mamy załamuje się na ostatnim słowie, a ona sama odwraca wzrok w stronę okna, niezdolna do patrzenia na mężczyznę obok. - Nie wiesz, jak b-bardzo mnie to rani za k-każdym razem, gdy o tym r-rozmawiamy? Jak bardzo boli m-mnie świadomość, że... że nie j-jestem wystarczająca... n-nie p-potrafię nawet... d-dać c-ci dziecka...

- Nie, serce, błagam, nie mów tak o sobie. - Tym razem ojciec, nie zważając na protesty, obejmuje ją ramionami i przyciąga do swojej szerokiej klatki piersiowej. Mimowolnie zaciskam prawą dłoń mocniej na szczebelku. - Jesteś nieskończenie więcej niż wystarczająca. Jesteś miłością mojego życia, jedyną kobietą, jaką kiedykolwiek kochałem, najlepszą żoną, jaką mógłbym sobie wymarzyć. - Całuje ją w skroń. - Po prostu... - Wzdycha ciężko. - W młodości zawsze marzyliśmy o ogromnej rodzinie, pamiętasz? Ty mówiłaś, że chcesz mieć co najmniej troje dzieci, bo jesteś jedynaczką...

- Byłam N-NASTOLATKĄ, Christopher. N-nie wiedziałam, że natrafimy na problemy z zajściem w ciążę, że b-będziemy potrzebować in vitro, że każde p-poronienie okaże się takie... - Urywa, gdy z jej gardła wyrywa się szloch.

Na widok łez ukochanej mamy moje własne zaczynają płynąć po policzkach.

- Przepraszam, kochanie. - Ojciec tuli ją jeszcze mocniej, głaszcząc po włosach. - Tak bardzo cię przepraszam. Nie chciałem cię zranić, zachowałem się jak zasrany egoista. Nie płacz, proszę. Nie mogę znieść twoich łez, serce.

Nie możesz znieść jej łez, ale moje napędzają cię do działania.

- Potrzebuję chwili dla siebie. - Mama wyplątuje się z jego objęć, po czym przeciera dłońmi policzki i wstaje z kanapy. - O dwunastej mam rozprawę w sądzie.

Uciekam do swojego pokoju, zanim wejdzie na piętro i zobaczy moją opuchniętą od płaczu twarz, a ojciec zorientuje się, że po raz kolejny podsłuchiwałam ich rozmowę, której nie powinnam być świadkiem. Najciszej, jak umiem, zamykam za sobą drzwi i wracam z powrotem do łóżka.

Mama zasługuje na nieporównywalnie więcej.

Mój telefon jest zasypany nowymi powiadomieniami, ponieważ dziewczyny wysyłają kolejne wiadomości na grupie, prawdopodobnie omawiając tegoroczne kostiumy halloweenowe, jednak to inne imię przykuwa moją uwagę.

Mads:

[Obraz]

Przybliżam fotografię dwoma palcami.

Angel leży na piersi chłopaka, z mordką wciśniętą w zagłębienie jego szyi i nieproporcjonalnie wielkimi łapkami rozrzuconymi na boki.

Mads:

Angel nie pozwala mi wstać z łóżka

warczy za każdym razem, kiedy próbuję się ruszyć, a jak podnoszę kołdrę, kładzie na niej łapę i patrzy na mnie z wyrzutem

może to i lepiej, bo Mikaela z Thalitą zrobiły Sab urodzinową niespodziankę i przejęły parter

El:

to oficjalnie najsłodsze zdjęcie, jakie widziałam w życiu x

Mads:

ach tak? to odważne stwierdzenie, El

ja widziałem słodsze

[Obraz]

Wbrew wszystkiemu, co czuję, kąciki moich ust wędrują w górę.

Patrzę na nasze selfie z Cotswolds, na którym Maddox całuje mnie w policzek, a ja uśmiecham się tak szeroko, że aż marszczę nos.

Chciałabym już zawsze czuć się tak jak wtedy.

Pukam trzykrotnie do drzwi - dwa razy, krótka pauza, jeden raz - co jest naszym ustalonym od lat kodem, po czym pcham je, nie czekając na zaproszenie.

- Cześć.

Na dźwięk mojego głosu obie przyjaciółki wręcz synchronicznie odrywają się od swoich zajęć, by spojrzeć w moim kierunku.

Stoję w progu pokoju Phoebe, który można opisać wyłącznie jako pastelowy porządek wyrwany prosto z tablicy na Pintereście. Wszystko tutaj ma swoje miejsce, od równiutko poustawianych na parapecie doniczek z przeróżnymi kwiatami, aż po jej ukochane romanse ułożone alfabetycznie na wysokiej pod sam sufit biblioteczce. Jedyny chaos, jaki dostrzegam w tej harmonii, znajduje się na łóżku, wokół siedzącej po turecku Zoe, która jest otoczona rozsypanymi na różowej narzucie kosmetykami do makijażu i właśnie posyła mi znad kieliszka wypełnionego pornstar martini spojrzenie pełne dezaprobaty.

- Spóźniłaś się prawie godzinę, Eleanor - oznajmia tonem prokuratora odczytującego akt oskarżenia, używając mojego pełnego imienia, co nigdy nie oznacza niczego dobrego. - Nie odpisałaś mi też na ostatniego SMS-a, w którym, gdybyś raczyła go przeczytać, pytałam, czy mam zgarnąć cię po drodze tutaj, żebyś nie musiała jechać sama. Aha, i zignorowałaś głosówkę, którą nagrałam dwadzieścia minut później. Ale to tylko drobniuteńkie szczegóły, absolutnie się nimi nie przejmuj. - Upija łyk alkoholu, po czym wraca do malowania swoich ust na krwistoczerwony kolor.

Motyw przewodni dzisiejszej imprezy halloweenowej u Jake'a to bajki Disneya - według Zoe ten pomysł był "kurewsko idiotyczny", dopóki nie zorientowała się, że może przebrać się za Cruellę De Mon, po czym ogłosiła, że to najgenialniejsze, na co kiedykolwiek wpadł Peterson, bo Garrett będzie jej dalmatyńczykiem.

- Zoe, odpuść, proszę - interweniuje Phoebs. - Tak dawno się nie widziałyśmy, Elsie ledwie tu weszła, a ty już się czepiasz. - Wstaje od toaletki, przy której kręciła włosy w miodowe loki, a następnie podchodzi do mnie i obejmuje ciasno swoimi drobnymi ramionami. - Cześć, kochana. Muszę cię wyściskać za te wszystkie dni rozłąki i uprzedzam z góry, że nie puszczę cię, dopóki nie uznam, że nadrobiłam wszystkie zaległości.

Odwzajemniam uścisk najlepszej przyjaciółki, starając się bezskutecznie odgonić myśli, które od wczoraj nie chcą opuścić mojego umysłu.

Wszystko jest w porządku. To twoje dziewczyny. Rozluźnij się, El. Nie daj im żadnego powodu do zmartwień.

- Wystarczy tych czułości - zarządza Zoe, zakręcając płynną pomadkę. - Wiem, że nie widziałyśmy się przez tydzień, ale bez przesady. Zachowujecie się, jakbyście przeżyły kilkuletnią rozłąkę w czasie wojny, a nie krótką przerwę międzysemestralną. - Zaczyna zgarniać wszystkie kosmetyki na jedną kupkę przed sobą, bo przez jej chaos zajmuje prawie całą powierzchnię materaca i nie mam nawet gdzie usiąść bez ryzyka zgniecenia pośladkami paletki za jakieś sto funtów. - Muszę zrobić Els zajebisty makijaż i ją uczesać, a zostały nam niecałe dwie godziny do wyjścia.

- Boże, co za nieznośna maruda. - Phoebe wypuszcza mnie z objęć, choć ewidentnie robi to niechętnie. - Czego się napijesz, Elsie? Chodź, pokażę ci, co mamy. - Chwyta moją rękę i prowadzi w stronę komody, gdzie stoi kilka różnych butelek. - Zoe pije oczywiście pornstar martini, ale mam też gin i Aperol. A może masz ochotę na samo Prosecco? Mogę wrzucić ci do niego jakieś świeże owocki.

Błyskawicznie kalkuluję w głowie, która z opcji okaże się najmniej kaloryczna.

- Prosecco brzmi idealnie. - Kieliszek ma około stu kalorii, więc jeśli będę piła wystarczająco powoli, do wyjścia wypiję maksymalnie dwa. - Bez owoców. - Owoce to dodatkowe kalorie. - Dziękuję, Phoebs.

Przyjaciółka nalewa mi alkohol do wysokiego szkła, podczas gdy ja rozpakowuję przy biurku swoją torbę. Dziewczyny stwierdziły jednogłośnie, że jedynym odpowiednim dla mnie kostiumem na dzisiejszy wieczór będzie Roszpunka, z czym nie dyskutowałam, gdyż i tak nie miałam innego pomysłu.

Ironiczne, myślę sobie, rozwieszając śliczną liliową sukienkę na oparciu krzesła. Roszpunka została uwięziona w wieży przez osobę, która twierdziła, że ją chroni.

W dużej mierze czuję się jak ona. Uwięziona w swoim domu, z mężczyzną, który przed światem gra rolę idealnego ojca, a za zamkniętymi drzwiami jest okrutnym katem. Nie mam żadnej drogi ucieczki, bo nikt nie wie, że potrzebuję ratunku - moja wieża to piękny dom w Notting Hill, a ja nie potrafię poprosić o pomoc głosem, który został mi odebrany, gdy miałam jedenaście lat.

Pomiędzy mną a Roszpunką jest jednak pewna, fundamentalna różnica: Roszpunka odzyskała wolność.

Czy mi też się to kiedykolwiek uda, czy pewnego dnia mnie po prostu zabije?

- Zapraszam was obie tutaj. - Zoe poklepuje kawałek wolnej przestrzeni na materacu obok siebie. - Skoro już jesteśmy w komplecie - posyła mi znaczące spojrzenie - to muszę wam o czymś powiedzieć. I wolałabym, żebyście obie siedziały, bo może was to doprowadzić do pozycji horyzontalnej.

Odbieram od Phoebs kieliszek musującego Prosecco i obie posłusznie zajmujemy miejsca na łóżku. Zoe, mimo swojego wcześniejszego marudzenia, zostawia mi na policzku soczystego buziaka, po czym ściera kciukiem karminowy ślad pomadki.

- Tęskniłam, Els - wyznaje szeptem.

- Ja też. - Poprawiam poduszkę pod plecami, a następnie opieram głowę na ramieniu przyjaciółki. - No więc? - Upijam symboliczny łyk alkoholu. - Co cudownego zrobił G. tym razem?

- Dlaczego od razu zakładasz, że to ma związek z nim, hm? - Unosi brew, lecz lekki rumieniec pojawiający się na jej oliwkowej skórze tylko wtedy, gdy chodzi o niego, zdradza, że mam rację. - Mówiłam, że chcę wam o czymś powiedzieć, a nie, że dotyczy to...

- Zoe.

- No dobra - kapituluje. - Chodzi o niego.

- Oczywiście, że chodzi o niego - wtóruje jej śpiewnie Phoebe. Układa się na brzuchu przed nami, podpierając brodę na dłoniach, i zaczyna wymachiwać nogami w powietrzu. - Zoe, kochanie, jesteś genialna w udawaniu, że nic cię nie rusza, ale kiedy wchodzi temat Garretta McRaye'a, twoja twarz nabiera odcienia tej pięknej pomadki - wskazuje na jej usta - i nie ma takiej siły na tym świecie, która mogłaby to ukryć.

Zoe przez moment wygląda, jakby rozważała rzucenie w Phoebs poduszką, lecz zamiast tego bierze głęboki oddech i zaczyna bawić się jednym z kilku srebrnych łańcuszków na szyi. Dopiero teraz zauważam nową zawieszkę: maleńka, srebrna literka G, wysadzana mikroskopijnymi diamencikami.

- W Barcelonie poprosił mnie, żebym została jego dziewczyną. - Uśmiech sam wkrada się jej na usta. - A raczej ten kretyn mnie o to błagał, klęcząc przede mną w środku nocy na Barcelonecie. I jak się pewnie domyślacie... zgodziłam się. Bo jestem cholernie zakochana w tym pieprzonym sportowcu, z jego beznadziejnym, amerykańskim akcentem i niezdrową obsesją na punkcie hokeja.

Kolejne minuty są wypełnione piskami, przytulasami oraz wylanym na narzutę łóżka prosecco, gdy Phoebe rzuca się na nas i trąca przypadkiem moje kolano. Zoe zostaje zasypana tysiącem pytań, na które cierpliwie odpowiada, a ja słucham tego, z całego serca ciesząc się jej szczęściem, bo po wszystkim, co przeszła z Finnleyem, zasługuje na kogoś, kto będzie kochał ją dokładnie tak bardzo, jak robi to McRaye.

Potem temat schodzi na mnie oraz to, jak minęła mi przerwa.

Powiedz im, podpowiada głos. Powiedz im o Maddoxie. O tym, że tak naprawdę nigdy nie przestałaś go kochać, że byliście razem w Cotswolds, gdzie czułaś, jakbyś odżyła na nowo. Powiedz im, że ktoś, kogo uważały za przyjaciółkę, zniszczył ci życie. Powiedz im prawdę, Eleanor. Zasługują na nią. Ty zasługujesz na to, żeby nie dźwigać tego sama.

Otwieram usta.

I zamykam je.

Nie dzisiaj.

Dzisiaj jest Halloween, ulubione święto Zoe, natomiast Phoebs nie mogła doczekać się tego wieczoru od kilku tygodni.

Jutro. Powiem im jutro.

Gdzieś głęboko wiem, że każde kolejne jutro będzie miało swoją wymówkę.

Aż pewnego dnia jutro stanie się za późno.

Mads:

mam dla ciebie niespodziankę

El:

ostatnia niespodzianka skończyła się czterema dniami w Cotswolds, więc teraz mam nierealistycznie wysokie oczekiwania wobec każdej kolejnej x

Mads:

nie wiem, czy ta jej dorówna

raczej nie

ale liczę na to, że chociaż się uśmiechniesz

do zobaczenia, Roszpunko x

Wchodzimy do domu Jake'a, gdzie od progu uderza mnie mieszanina dźwięków, zapachów i kolorowych świateł. Muzyka jest głośniejsza, niż się spodziewałam - Monster Mash w jakimś nowoczesnym remiksie - natomiast powietrze gęste od sztucznej mgły wydobywającej się z maszyny ustawionej w rogu korytarza, woni alkoholu, perfum oraz potu tańczących ciał.

Serce zaczyna mi bić szybciej, gdyż wiem, że Maddox jest gdzieś tutaj i za moment go zobaczę, nawet jeśli nie będę mogła zareagować tak, jak tego pragnę - podbiec do niego, rzucić mu się na szyję, a na koniec pocałować przed wszystkimi.

Jeszcze nie.

Zoe prowadzi nas przez korytarz, omijając grupkę chłopaków grających w beer ponga, przeciskając się obok Kopciuszka i Dzwoneczka, wymijając Leviego Dawsona w stroju Herkulesa, który na szczęście nas nie zauważa, zbyt pochłonięty flirtem z Królewną Śnieżką.

Rozglądam się wokół siebie.

Każde pomieszczenie zostało przemienione w tematyczną strefę nawiązującą do Disneya. Salon jest zamkiem dla księżniczek i książąt, przedpokój dżunglą, a kuchnia, gdzie na wyspie siedzi Amanda przebrana za Arielkę, wygląda niczym ocean.

Kiedy wkraczamy w głąb domu, mój wzrok w ułamku sekundy odnajduje Michaela stojącego w towarzystwie Maddoxa.

Maddoxa przebranego za... Flynna Ridera.

Dopasował się do mojego stroju, dokładnie tak jak co roku.

Ma na sobie białą koszulę z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami, odsłaniającymi fragment klatki piersiowej. Na to narzucona jest ciemnozielona kamizelka, idealnie dopasowana do jego szerokich ramion, a na biodrach wisi gruby, skórzany pasek z saszetką. Kruczoczarne włosy są dzisiaj ułożone inaczej niż zwykle: odgarnięte do tyłu, lekko na bok, odsłaniając czoło.

Niespodzianka, rozumiem nagle.

To on jest moją niespodzianką.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Mads

El wydaje z siebie zaskoczony pisk, gdy najdelikatniej, jak umiem, chwytam ją za nadgarstek i wciągam do jednego z pomieszczeń na piętrze. Tłumię ten głośny, zaskoczony dźwięk w jedyny sposób, jaki przychodzi mi do głowy: przyciągam ją do swojej klatki piersiowej, a równocześnie zamykam za nami drzwi kopnięciem. Ciemność pokoju pochłania nas oboje - jedynym źródłem światła w gościnnej sypialni jest wąski pasek złotawej poświaty wpadający przez szczelinę pod drzwiami oraz blask ulicznych latarni, który sączy się przez przysłonięte ciężkimi zasłonami okno.

Piętnaście minut temu wysłałem jej jedną, krótką wiadomość.

Mads:

drugie piętro, trzecie drzwi po prawej

Nie musiałem niczego dodawać.

Impreza trwała od dwóch godzin, podczas których każda kolejna minuta była osobną torturą. Zoe i Phoebe nie odstępowały Eleanor na krok od momentu, gdy przekroczyły próg domu Petersona, więc nie miałem nawet okazji się z nią przywitać ani powiedzieć, jak pięknie wygląda. Sam zająłem się rozmową z Michaelem, chociaż przez cały czas jej trwania skupiałem się głównie na El. Obserwowałem, jak poprawia koronkowe ramiączka liliowej sukienki ozdobione haftowanymi kwiatkami, co jakiś czas przerzucając sięgający aż do pasa warkocz z jednego ramienia na drugie. Tiul spódnicy powiewał przy każdym kroku dziewczyny, a gorset podkreślał wąską talię, którą pragnąłem objąć obiema dłońmi.

Więc dokładnie to robię.

Nie widziałem Richardsa od czasu balu charytatywnego i miałem mu cholernie sporo do powiedzenia - o tym, jak relacja moja i El wróciła do normy, ale jednocześnie zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni, o Cotswolds, o tym, że po raz pierwszy od miesięcy czuję się tak, jakby moje życie zaczęło wreszcie nabierać sensu, a ostatnie miesiące były jedynie koszmarnie długim tunelem, na którego końcu czekała właśnie ona. Michael słuchał mnie ze spokojną, nieprzeniknioną miną, kiwając głową w odpowiednich momentach, a na sam koniec powiedział, że cieszy się moim szczęściem i dobrze robię, chcąc najpierw porozmawiać z Nathanem. Swoją drogą, Scott miał się tu dzisiaj pojawić - Kaiden napisał mi, że jakimś cudem udało mu się wyciągnąć go z domu - ale jest po dziesiątej i nikt z nas jeszcze go nie widział.

- Cześć, Roszpunko.

- Maddox. - Eleanor przyciska wolną rękę do piersi, próbując uspokoić przyspieszone bicie serca. Mruga kilkukrotnie, zanim przyzwyczaja się do braku światła i odnajduje mój wzrok. - Nie możesz tak po prostu chwytać ludzi za rękę i wciągać do ciemnych pokojów bez żadnego ostrzeżenia. - Kładzie otwartą dłoń na mojej piersi, jakby zamierzała mnie odepchnąć, ale zamiast tego zaciska palce na materiale mojej białej koszuli i ciągnie bliżej. - Myślałam, że to jakiś...

- Kto? - Unoszę brew, choć prawdopodobnie nie widzi tego gestu w ciemności.

- Przestępca.

- Przestępca - powtarzam po niej, śmiejąc się przy tym nisko. - To ciekawe, bo widzisz, El... - Przyciągam ją do siebie za biodra, a ona instynktownie zarzuca mi ramiona na szyję i splata palce na moim karku. To miejsce zamienia się pod jej palcami ze strefy zakazanej w epicentrum przyjemności tak intensywnej, że przez ułamek sekundy zapominam, co chciałem powiedzieć. - Technicznie rzecz biorąc, Flynn Rider jest złodziejem. A ja właśnie ukradłem coś bezcennego.

- Ach tak? - Eleanor przechyla lekko głowę w bok, a kosmyk włosów, który wymknął się z jej warkocza, opada na policzek i zatrzymuje się tuż przy kąciku ust. - Co takiego niby ukradłeś, hm? Bo jeśli chodzi o tę butelkę piwa bezalkoholowego, którą widziałam na dole w twojej ręce, to Peterson chyba nie będzie miał pretensji...

- Najcenniejszy skarb na całej tej imprezie - wyszeptuję, odgarniając niesforne pasemko z twarzy dziewczyny. - I nie zamierzam go oddawać. Nikomu. Nigdy.

- To było... - El wygląda, jakby rozważała, czy podarować mi za te słowa nagrodę, czy mnie ukarać. - Okropnie kiczowate, Maddox - kończy. - Wiesz o tym, prawda?

- Wiem - przyznaję bez cienia skruchy. Każde kiczowate, banalne, żenująco romantyczne słowo, które kiedykolwiek wypowiedziałem do tej dziewczyny, było tego warte. - Ale na twoich ustach pojawił się uśmiech, więc chyba nie wyszło aż tak źle.

- Nie uśmiecham się.

- Kłamiesz.

- Nie widzisz mojej twarzy w tej ciemności - protestuje z uporem.

- Nie muszę widzieć, El. - Przesuwam kciukiem po jej uniesionym kąciku ust, po czym zatrzymuję go na dolnej wardze. - Czuję twój uśmiech pod opuszkami. Więc nie kłam złodziejowi, kochanie.

W odpowiedzi na ten tekst otrzymuję przewrócenie przez ukochaną oczami... a potem pocałunek tak niespodziewany, że uderzam plecami o drzwi. Jej wargi smakują jak prosecco pomieszane z wanilią, są tak niecierpliwe i spragnione mnie, że w ułamku sekundy tracę nad sobą kontrolę. Dłonie mimowolnie zsuwają mi się z jej talii niżej, na tiul spódnicy. Gromadzę cienki materiał w garściach, podciągając go odrobinę, aż opuszkami palców odnajduję gładką, nagą skórę tylnej części uda El, która już pokrywa się gęsią skórką.

- Tęskniłem za tobą. - Odwracam nas tak, że teraz to Eleanor opiera się plecami o drzwi. Wsuwam kolano pomiędzy jej nogi, a ona opiera się na nim całym ciężarem. - Wiesz o tym, prawda?

Zamiast wrócić do ust ukochanej, pochylam się i zaczynam obsypywać pocałunkami szyję. Najpierw delikatnie, ledwie muskając wargami bladą skórę nad koronkowym ramiączkiem, potem coraz śmielej, przesuwając się w górę, aż docieram do miejsca, gdzie wyczuwam jej przyspieszony puls.

- Żyliśmy bez siebie cztery miesiące, Mads - dyszy El, odchylając głowę do tyłu tak mocno, że uderza nią o drewno za sobą. - Jeden dzień rozłąki to nic... - wzdycha - nic w porównaniu z tym, co przeszliśmy.

- Cztery miesiące to było piekło, o którym wolałbym zapomnieć. Nigdy więcej nie pozbędziesz się mnie na tak długo. Nie pozwolę na to, żeby ktokolwiek znów nas rozdzielił.

- Przysięgasz, Mads?

- Na wszystko, El.

Przygryzam wrażliwą skórę tuż za jej uchem - nie na tyle mocno, by pozostawić po sobie ślad, lecz wystarczająco, żeby Eleanor wydała z siebie kolejne już westchnienie. Ponownie przyciąga mnie do siebie, wplatając palce w moje włosy z siłą balansującą na granicy bólu i rozkoszy, czym niszczy starannie ułożoną fryzurę, której przygotowanie zajęło mi pół godziny. Nie jestem pewien, czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi w następnej chwili, ale zaczyna poruszać biodrami na moim udzie, jakby próbowała odnaleźć tarcie.

- Mads...

- Ciii...

- Powinniśmy wrócić na dół. - Oblizuje dolną wargę w sposób, który z pewnością nie jest zamierzony, a mimo to sprawia, że cała krew w moim ciele zmienia kierunek przepływu i skupia się w jednym, bardzo konkretnym miejscu. - Powiedziałam dziewczynom, że idę tylko do łazienki.

- Jeszcze pięć minut - proszę.

- Mads, jeśli zostanę tu jeszcze pięć minut, to nie wyjdę stąd w ogóle.

- Więc nie wychodź.

- Maddox...

- Trzy minuty - negocjuję, łapiąc za koniec jej cholernie długiego warkocza i owijając go wokół pięści. - Trzy minuty i cię puszczę.

- Kłamiesz.

- Prawdopodobnie.

- Dwie - kontruje bez przekonania. - I wychodzimy osobno.

- Dwie - zgadzam się, po czym całuję ją, bo nie zamierzam zmarnować ani jednej sekundy ze stu dwudziestu, które właśnie mi podarowała, na pieprzoną dyskusję.

Kiedy w końcu się od siebie odrywamy, Eleanor opiera czoło o moją klatkę piersiową i przez kilka sekund po prostu oddycha. Następnie poprawia koronkowe ramiączka sukienki, które w jakiś sposób zsunęły się niebezpiecznie nisko, wygładza pognieciony tiul spódnicy, a na koniec przesuwa palcami po lekko rozczochranym warkoczu.

- Ja wyjdę pierwsza. - Chwyta za klamkę i zerka na mnie przez ramię, a złotawa poświata z korytarza, wpadająca przez szczelinę między drzwiami a futryną, pada na połowę jej twarzy. - Ty poczekaj kilka minut. I zrób coś z włosami, bo... No, po prostu zrób coś z nimi. - Pociąga za drewniane skrzydło, wpuszczając do pomieszczenia zdecydowanie zbyt głośną muzykę, a jednocześnie odbierając mi zapach wiśni i ciepło swojego ciała.

Doprowadzam się do względnego porządku i odczekuję jakieś pięć minut, zanim sam opuszczam gościnną sypialnię. Schodzę po schodach na parter z potrzebą odetchnięcia świeżym powietrzem, bo moje tętno nie jest w stanie wrócić do normalnej prędkości. Kieruję się w stronę tarasu, przy czym świadomie omijam główne pomieszczenie, w którym tłum jest najbardziej gęsty, i przechodzę bocznym korytarzem do tylnych drzwi.

Wtedy dobiega mnie znajomy, przepełniony bólem głos, który sprawia, że zatrzymuję się w pół kroku.

Phoebe.

- N-nie wiem już, c-co mam zrobić, Z-zoe - szlocha, siedząc na podłodze pod ścianą w wąskim przejściu pomiędzy salonem a tarasem. Nigdy wcześniej nie widziałem Phoebe Harris aż tak pijanej jak dzisiaj, lecz jeszcze pół godziny temu miała zupełnie inny humor. Śmiała się z El, tańcząc na środku prowizorycznego parkietu, i popijała różowe drinki z brokatem. - O-ona coś p-przed n-nami ukrywa i j-ja t-tak s-strasznie się o n-nią m-martwię, że n-nie mogę j-już m-myśleć o niczym i-innym...

Cofam się o krok i opieram plecy o ścianę za rogiem, gdzie żadna z nich mnie nie zobaczy. Serce, które przed chwilą waliło z miłości i pożądania, teraz przyspiesza z zupełnie innego powodu. Nie powinienem tego słuchać - wiem o tym - lecz nie mogę ruszyć się z miejsca.

Wiem, że mówi o Eleanor.

- Ja też się martwię, Phoebs. - Williams trzyma ją w swoich ramionach, z policzkiem opartym o czubek jej głowy. - Porozmawiamy z nią. Obiecuję. Tym razem nie odpuścimy, nawet jeśli zacznie nas odpychać, kłamać, nawet jeśli zamknie się w swoim pokoju i nie będzie chciała otworzyć drzwi.

- A-ale ona nie chce z n-nami rozmawiać. T-tyle razy próbowałyśmy, Zo. Ja p-próbowałam d-delikatnie, bez p-presji, bez p-pytań, b-bo wiem, że El z-zamyka się, k-kiedy czuje się p-przytłoczona. S-siadałam obok n-niej i c-czekałam, aż s-sama z-zacznie mówić. Ty p-próbowałaś bezpośrednio, b-bo to twój s-sposób i c-czasem to d-działa. P-próbowałyśmy r-razem i zawsze robi d-dokładnie to s-samo. U-uśmiecha się, m-mówi, że w-wszystko jest w p-porządku, zmienia t-temat, a p-potem j-ja w n-nocy nie śpię i m-myślę o t-tym, co j-jeszcze mogłam p-powiedzieć, co m-mogłam zrobić inaczej, j-jakie słowa m-mogłam w-wybrać, żeby w-wreszcie do n-niej d-dotrzeć...

- Hej. - Zoe ujmuje mokrą od łez twarz Phoebe w obie dłonie i ściera kciukami ślady tuszu z jej policzków. - To NIE JEST twoja wina, że Els nie chce z nami rozmawiać. Robisz wszystko, co w twojej mocy, a nawet więcej, by jej pomóc. Jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką można sobie wymarzyć, i jeśli ktokolwiek na tym zjebanym świecie jest w stanie do niej dotrzeć, to właśnie ty, Phoebs. Nie ja. Nie jej mama. Nie żaden pieprzony terapeuta. TY. Więc przestań karać się za to, że jeszcze nie udało ci się zrobić czegoś, co prawdopodobnie jest najtrudniejszą rzeczą, jaka może spotkać drugiego człowieka: pomóc komuś, kto nie chce pomocy.

- W-widziałaś, j-jak ona d-dzisiaj wygląda? - Dolna warga Harris drży, a świeże łzy torują sobie ścieżki w rozmazanym makijażu.

- Widziałam - odpowiada Zoe, głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji, co paradoksalnie świadczy o tym, ile ich w sobie tłumi.

- T-ta s-sukienka... j-jest piękna, ale j-jest na nią za d-duża. - Pociąga głośno nosem. - R-ramiączka się z-zsuwają, bo n-nie mają się na czym trzymać. I-ile razy d-dzisiaj je p-poprawiała? D-dziesięć? D-dwadzieścia? - Zaciska powieki, kręcąc głową. - M-mam wrażenie, że przez t-ten tydzień s-schudła jeszcze b-bardziej. K-kiedy ją p-przytulałam na p-powitanie, c-czułam pod p-palcami k-każdy jej k-kręg w k-kręgosłupie.

- Posłuchaj. - Williams łapie jej obie dłonie w swoje, po czym z determinacją kontynuuje: - W przyszłym tygodniu robimy Els interwencję. Nie czekamy dłużej na idealny moment, bo idealny moment nie nadejdzie. Nigdy. Czekamy na niego od miesięcy i jedyne, co robimy, to patrzymy, jak jest coraz gorzej, i mówimy sobie "może jutro". Dość tego pierdolenia. Idziemy do niej i rozmawiamy.

- C-co, jeśli n-nas z-znienawidzi? C-co, jeśli p-powiemy jej t-to w-wszystko, a o-ona... o-ona n-nigdy n-nam tego n-nie w-wybaczy? C-co, jeśli s-stracimy j-ją na z-zawsze, Zo? B-bo n-nie p-potrafię... n-nie p-przeżyłabym, g-gdyby o-odeszła z m-mojego ż-życia.

- Wolę, żeby nas znienawidziła, niż żebyśmy pewnego dnia stały na jej pogrzebie i zastanawiały się, czy mogłyśmy zrobić coś inaczej. - Wzdrygam się na te słowa. - Nie zważamy na to, czy będzie się wykręcać, czy się na nas obrazi, czy zamknie się w pokoju i nie będzie chciała rozmawiać. Będziemy stać pod tymi pieprzonymi drzwiami i czekać, aż je otworzy. Bo to jest Eleanor. NASZA ELEANOR. I dopóki oddycham, nie pozwolę jej wykończyć samej siebie.

- A j-jeśli to nie w-wystarczy?

- Wtedy idziemy do Claire.

Phoebe kiwa głową, wycierając nos rękawem sukienki Aurory, po czym z powrotem wtula się w ramiona przyjaciółki.

- Zo?

- Mhm?

- W-widziałaś, że M-maddox dopasował się d-do niej strojem? J-jak kiedyś?

- Widziałam - potwierdza Zoe o wiele łagodniejszym tonem.

- M-myślisz, że o-on ją j-jeszcze k-kocha?

Nie słyszę odpowiedzi Williams, bo odchodzę - gdybym stał tam sekundę dłużej, zrobiłbym jedną z dwóch rzeczy: albo wyszedłbym zza rogu i powiedział im, jak kurewsko kocham Eleanor Adwin, albo uderzyłbym pięścią w ścianę z siłą, na jaką pozwalają mi mięśnie napompowane latami siłowni, tenisa i lacrosse. Frustracja, która właśnie wzbiera w mojej klatce piersiowej, jest tak wszechogarniająca, że muszę wydostać się stąd, zanim rozerwie mnie od środka.

Zoe i Phoebe wiedzą, że z Eleanor jest źle, i chcą zrobić to, co powinno było zostać zrobione miesiące temu.

A ja?

Za bardzo skupiłem się na tym, że powróciła do mojego życia. Zabrałem ją do Cotswolds, patrzyłem, jak je naleśniki z kremem czekoladowym, i pozwoliłem sobie uwierzyć, że to oznacza, iż wszystko wraca do normy. Alternatywa - skonfrontowanie się z prawdą, zmierzenie się z rozmiarem problemu, którego nie jestem w stanie rozwiązać samymi pocałunkami i słowami "kocham cię" - była tak przerażająca, że wolałem udawać, iż kilka posiłków zjedzonych przy mnie na pokaz wymazuje tygodnie, jeśli nie miesiące głodzenia się.

Kurwa, Maddox.

Wychodzę na taras przez oszklone drzwi, a jesienny wiatr uderza mnie w twarz niczym policzek wymierzony otwartą dłonią. Oddycham głęboko przez nos, wpuszczając do płuc powietrze tak zimne, że aż pali w gardle. Niebo nad Londynem jest bezchmurne, co jest rzadkością o tej porze roku, zwłaszcza ostatniego dnia października. Dziś jednak gwiazdy są widoczne - kojarzą mi się teraz tylko z El i tym, jak wspólnie oglądaliśmy je przez okno dachowe na antresoli w Honeycomb Cottage.

Opieram się łokciami o barierkę tarasu.

W przyszłym tygodniu zrobię to samo, co planują Zoe i Phoebe, postanawiam, wpatrując się w ciemny ogród przede mną. Zrobię wszystko, żeby moja El była zdrowa.

- Widzę, że też lubisz podsłuchiwać, misiu.

Odwracam się i przez moment nie wiem, na kogo patrzę, chociaż tylko jedna osoba na tym świecie nazywa mnie tym idiotycznym, infantylnym zdrobnieniem.

Scarlett stoi pod ścianą tarasu z kieliszkiem szampana w dłoni, jednak przez charakteryzację zupełnie nie przypomina siebie. Zamiast swoich rudych loków ma platynowy warkocz opadający na jedno ramię - długi, sięgający do pasa, zakończony niebieską wstążką. Jej ciało opina krótka, błękitna sukienka z długimi, przezroczystymi rękawami imitującymi szron, natomiast oczy są... jasnoniebieskie, wręcz przezroczyste, w odcieniu niemal identycznym jak tęczówki El.

Przyszła na imprezę halloweenową przebrana za Elsę z Krainy Lodu, lecz pod powierzchnią bajkowego kostiumu, peruką i soczewkami kontaktowymi nie jest Elsą.

Jest Eleanor.

Każdy detal - długość warkocza, wstążka, kolor oczu, nawet sposób, w jaki przechyla głowę, jakby próbowała odtworzyć ten łagodny, nieśmiały gest, który El wykonuje, gdy się nad czymś zastanawia - jest celowym odwzorowaniem kobiety, którą kocham.

- Ciekawy kostium - komentuję płasko, a mój głos brzmi tak obojętnie, że sam jestem zaskoczony, bo wewnątrz czuję coś zupełnie innego: falę ledwie kontrolowanej furii.

- Podoba ci się? - Unosi kieliszek szampana do ust i upija łyk, patrząc na mnie znad krawędzi szkła. - Dziś wieczorem jestem Elsą. Tak jak ty jesteś... - Mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów, od skórzanego paska na biodrach po rozpiętą koszulę i potargane włosy. - Flynnem. Ciekawy zbieg okoliczności, prawda? Flynn i Roszpunka.

- Czego chcesz, Scarlett?

- To pytanie retoryczne, Mads? - Bawi się końcówką platynowego warkocza, a mnie zaraz trafi, kurwa, szlag. - Widziałam, jak wychodziliście z jednej sypialni z moją drogą przyjaciółką. - Zbliża się o krok, a wysokie obcasy stukają o kamienne płytki tarasu. - Najpierw ona - stawia kolejny krok - a kilka minut później ty. - Staje tak blisko, że do moich nozdrzy docierają jej perfumy. Wiśniowe perfumy. - Pieprzyłeś ją?

- Uważam tę rozmowę za zakończoną - oznajmiam tonem, który nie pozostawia miejsca na dyskusję.

- Odpowiedz na pytanie - naciska. - Zdradziłeś mnie?

- Nie wiem, jak miałbym cię zdradzić, skoro nie jesteśmy razem.

- Ty tak powiedziałeś. - Próbuje zbliżyć się do mnie jeszcze bardziej, na co robię krok do tyłu, zwiększając dystans. - Ja nie zgodziłam się na zakończenie tego związku, MADS, i nie zgodzę się, dopóki nie porozmawiamy o tym jak dorośli ludzie.

- Od kiedy dwie osoby muszą się zgodzić, żeby jedna z nich mogła odejść? - pytam, a sekundę potem zdaję sobie sprawę, że wchodzę w jej grę dokładnie tak, jak sobie zaplanowała. - Zresztą nie zamierzam z tobą dyskutować. Jeśli masz ochotę opowiedzieć mi o tym, co zrobiłaś w lipcu, to chętnie cię wysłucham. Ale jeśli nie, to ja powiem ci coś innego i radzę ci zapamiętać każde słowo, bo nie będę tego powtarzał. Nie zbliżaj się do Eleanor. Nie patrz na nią, nie mów do niej, nie oddychaj w jej kierunku. Nigdy więcej nie przyjeżdżaj pod mój dom. Nie próbuj kontaktować się z moją rodziną, nie wydzwaniaj do mojej matki, nie strasz mojej młodszej siostry. Nie pisz do mnie, nie dzwoń, nie wysyłaj listów, nie przekazuj wiadomości przez inne osoby. Skończyłem z tobą, Scarlett.

Wymijam ją szerokim łukiem, lecz ona zdąża zacisnąć palce na moim przedramieniu. Spoglądam w dół, na wbite w materiał mojej koszuli krótkie, jasnoróżowe paznokcie, a potem przenoszę wzrok na jej twarz.

- Nie rób tego - wyszeptuje. - Bo pożałujesz, Mads.

- Grozisz mi?

- Ostrzegam.

Patrzę na nią z wyrazem czystego obrzydzenia na twarzy, po czym wyszarpuję się z uścisku. Gdy jestem już przy drzwiach, docierają do mnie słowa, które odtwarzam jeszcze przez długie godziny, leżąc sam w swojej sypialni i wpatrując się w sufit do białego rana:

Mogę ją zastąpić, Maddox. Mogę stać się twoim ideałem, jeśli tylko mi na to pozwolisz.

Rozdział trzydziesty

El

Biorę głęboki wdech, który zamiast przynieść ulgę, grzęźnie gdzieś w połowie drogi do płuc, więc wypuszczam powietrze bardzo powoli, z całych sił powstrzymując się przed hiperwentylowaniem.

- Będzie dobrze, Elsie. - Phoebe otula ramieniem moje barki, a smukłymi palcami uspokajająco rysuje kółka na materiale mojego bordowego stroju Bloodies. Chociaż sama nie należy do drużyny cheerleaderek, ponieważ nigdy nie lubiła być w centrum uwagi, siedzi teraz obok mnie na wąskiej, drewnianej ławeczce w szatni, i od dobrych dziesięciu minut pomaga mi się opanować. - Wiem, że strasznie się stresujesz, kochana - kontynuuje - i wiem, że pewnie nic, co teraz powiem, nie sprawi, że ten stres magicznie zniknie. Ale widziałam cię w trakcie porannej próby i naprawdę poszło ci niesamowicie. Przysięgam, nie mówię tego, żeby cię pocieszyć. Mówię to, bo tak JEST.

- Dzięki, Phoebs - mamroczę bez przekonania, wbijając wzrok w swoje splecione na kolanach dłonie.

Chociaż przyjaciółka ma rację i faktycznie szło mi dobrze na porannej próbie - trenerka Walker, która zazwyczaj nie rozpieszcza komplementami i potrafi jednym spojrzeniem sprawić, że doświadczona cheerleaderka zaczyna kwestionować swoje umiejętności, powiedziała, iż postawienie mnie na szczycie piramidy to najlepsza decyzja, jaką podjęła od lat - nie zmienia to faktu, że jestem cała roztrzęsiona. Kolana drżą mi tak bardzo, że muszę mocno przycisnąć podeszwy butów do podłogi, żeby tego nie było widać, a serce wali aż w gardle.

Poniedziałek po przerwie międzysemestralnej rozpoczyna się od meczu Kingswood Oxbloods przeciwko Northview High, podczas którego po raz pierwszy w życiu mam stanąć na samym czubku piramidy przed setkami osób. Każda z nich, bez wyjątku, będzie na mnie patrzeć, oceniać każdy ruch, szeptać między sobą, porównywać mnie do Scarlett.

- Els! - Głos Zoe odbija się echem od metalowych szafek. Przyjaciółka stoi w progu, z ręką opartą o biodro, ubrana w identyczny strój jak mój, z rozpuszczonymi włosami i wyrazem twarzy, który mówi wyraźnie rusz dupę, Adwin. - Musimy już iść. - Stuka czarnymi paznokciami o framugę, wyraźnie zniecierpliwiona. - Za piętnaście minut rozpoczynamy pierwszy układ. Wszystkie dziewczyny są już na boisku, rozciągają się i zastanawiają, czy ich kapitan w ogóle zamierza się dzisiaj łaskawie pojawić, czy może wolałaby spędzić resztę dnia w szatni, hiperwentylując nad swoimi kolanami.

- Zoe - upomina ją Phoebe. - Daj jej jeszcze chwilkę.

- Phoebs, kocham cię nad życie, wiesz o tym, ale głaskanie jej po główce i powtarzanie BĘDZIE DOBRZE, ELSIE nie sprawi, że magicznie wstanie z tej ławki i wyjdzie na to boisko. - Przystaje tuż przede mną, po czym kuca tak, że nasze oczy znajdują się na tym samym poziomie. - Masz w sobie więcej siły niż ktokolwiek, kogo znam. - Chwyta obie moje dłonie w swoje i ściska je pokrzepiająco. - I nie mów mi, że się boisz, bo wiem, że się boisz, kurwa, widzę to, ale strach nie oznacza, że sobie z tym nie poradzisz. Strach oznacza, że zależy ci na tyle, żeby się bać. A teraz wstaniesz z tej pieprzonej ławki, wyprostujesz plecy, uniesiesz podbródek i pokażesz każdej osobie na tych trybunach, dlaczego Walker postawiła CIEBIE na szczycie tej piramidy, a nie kogokolwiek innego. Jasne?

- Dajcie mi tylko dwie minuty - proszę, gdyż potrzebuję chwili ciszy, by zebrać się w sobie. - Za moment do was dołączę.

Zoe wygląda, jakby miała gotowe co najmniej dwadzieścia kontrargumentów, lecz Phoebe posyła jej jedno ze swoich ostrzegawczych spojrzeń.

- DWIE MINUTY, Els - podkreśla dosadnie, przy czym podnosi się do pionu, celując we mnie palcem wskazującym. - Ani sekundy dłużej, słyszysz? Bo wrócę tu po ciebie i wyciągnę stąd siłą, nawet gdybym musiała przerzucić cię sobie przez ramię i wynieść na to boisko jak worek ziemniaków.

- Jestem z ciebie taka dumna, Elsie - szepcze Phoebs, całując moją skroń, po czym wstaje z ławki. - Widzimy się po meczu. Będę klaskać tak głośno, że usłyszysz to nawet przez muzykę, obiecuję. - Po tych słowach wraz z Zoe, która zarzuca jej rękę na ramiona i szepcze coś do ucha, opuszczają szatnię.

Raz jeszcze biorę głęboki wdech, tym razem licząc w głowie do siedmiu, tak jak nauczyła mnie pani Marsh, a następnie wypuszczam powietrze przez lekko rozchylone usta. Powtarzam ten cykl jeszcze dwukrotnie, po czym wyciągam telefon z bocznej kieszeni torby sportowej, by sprawdzić, czy dostałam jakieś wiadomości od Maddoxa.

Mads:

jestem już na trybunach

na samym przodzie

dasz sobie świetnie radę x

będę patrzył tylko na ciebie i myślał sobie: cholera, ta dziewczyna jest moja

Uśmiecham się pod nosem.

Żadna technika oddychania, Xanax ani słowa terapeutki nie działają nawet w połowie tak szybko jak cztery proste słowa napisane przez Maddoxa Griffina.

Ta dziewczyna jest moja.

El:

umieram ze stresu x

mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję, co byłoby świetnym widowiskiem

Mads:

hej, nie możesz umrzeć

obiecałaś mi, że przyjdziesz na piątkowy obiad