Marna karma - David Safier

Reflow text when sidebars are open.
Dzień, w którym umarłam, nie bardzo był przyjemny. I to wcale nie z powodu śmierci. Jej udało się zająć dopiero szóste miejsce w rankingu najgorszych momentów całego dnia. Na miejscu piątym znalazła się chwila, w której Lilly, spojrzawszy na mnie zaspanym wzrokiem, zapytała:
- Mamusiu, dlaczego nie zostaniesz dzisiaj w domu? Przecież są moje urodziny!
Przez myśl przeleciała mi następująca odpowiedź: "Gdybym pięć lat temu wiedziała, że twoje urodziny zbiegną się z rozdaniem nagród niemieckiej telewizji, już ja bym się postarała, żebyś przyszła na świat wcześniej. Przez cesarkę!"
Zamiast tego powiedziałam tylko cicho:
- Przykro mi, skarbie.
Lilly smętnie skubała rękaw swojej piżamy w kucyki Pony, a ja, ponieważ nie mogłam już dłużej znieść tego widoku, wypowiedziałam szybko te magiczne słowa, które rozweselają każde smutne dziecko:
- Chcesz zobaczyć swój prezent?
Sama też jeszcze go nie widziałam. Załatwianiem prezentu musiał się zająć Alex, bo ja z powodu nawału pracy w redakcji już od miesięcy nie robiłam żadnych zakupów. I wcale mi tego nie brakowało. Nie ma dla mnie nic bardziej irytującego niż marnowanie cennego czasu na stanie w kolejkach w supermarkecie. A jeśli idzie o piękniejszą stronę życia, poczynając od ubrań, przez buty, a na kosmetykach kończąc, to niczego takiego nie musiałam już sama kupować. Jako Kim Lange, prezenterka najważniejszego w Niemczech politycznego talk-show, dostawałam to wszystko od producentów najbardziej luksusowych marek. Dlatego też "Gala" zaliczyła mnie do: "najlepiej ubranych trzydziestolatek". Wprawdzie jeden ze znanych tabloidów określił mnie znacznie mniej pochlebnie jako: "nieco przysadzistą brunetkę o wyraźnie za grubych udach", ale z tą gazetą miałam na pieńku, ponieważ zabroniłam publikowania zdjęć mojej rodziny.
- Mamy tutaj piękną, młodą damę, która chciałaby dostać swój prezent! - zawołałam w głąb domu. Z ogrodu doleciała odpowiedź:
- No to niech ta piękna, młoda dama tutaj przyjdzie!
Wzięłam podekscytowaną córkę za rękę.
- Ale najpierw włóż kapciuszki! - powiedziałam.
- Nie włożę - marudziła Lilly.
- Bo się przeziębisz - ostrzegłam, ona jednak rzuciła tylko:
- Wczoraj się jakoś nie przeziębiłam. A też nie miałam kapci.
I zanim zdążyłam znaleźć jakiś rozsądny kontrargument dla tej zawiłej, choć niepozbawionej wewnętrznej spójności dziecięcej logiki, Lilly już biegła boso wprost do lśniącego od porannej rosy ogrodu.
Zbita z tropu, poszłam za nią i wzięłam głęboki oddech. W powietrzu pachniało nadchodzącą wiosną, a mnie po raz tysięczny ogarnęła radość zmieszana z niedowierzaniem i dumą, że mogę zapewnić córce taki fantastyczny dom pod miastem i to jeszcze z wielkim ogrodem. Sama przecież wychowałam się w bloku z wielkiej płyty w Berlinie. Nasz tamtejszy ogród składał się z trzech skrzynek na kwiaty, obsadzonych geranium, bratkami oraz petami papierosów.
Alex czekał na Lilly przy własnoręcznie wykonanej klatce dla świnki morskiej. Ze swoją trzydziestką na karku ciągle jeszcze był diabelnie przystojny - jak młodsza wersja Brada Pitta, tylko na szczęście pozbawiona nudnego, pościelowego spojrzenia. Zapewne całkowicie by mnie jego wygląd zauroczył, gdyby między nami wszystko się układało. Niestety, nasz związek w tym momencie wydawał się równie stabilny, jak Związek Radziecki w 1989 roku. I miał mniej więcej takie same widoki na przyszłość.
Alex nie radził sobie z faktem, że jego żona to kobieta sukcesu, a ja, że dzielę życie ze sfrustrowanym mężczyzną, gosposią, który z dnia na dzień coraz bardziej nie może znieść wysłuchiwania od matek spotkanych na placu zabaw, że "to jest taaaakie wspaniałe, kiedy mężczyzna troszczy się o dzieci, zamiast gonić za karierą".
Z tego względu nasze rozmowy często zaczynały się od: "twoja praca jest dla ciebie ważniejsza niż my", a kończyły jeszcze częściej na: "nie waż się rzucać tym talerzem, Kim!"
Kiedyś kolejny etap stanowił przynajmniej pojednawczy seks. Teraz nie kochaliśmy się już od trzech miesięcy. A szkoda, bo nasz seks był od dobrego po niesamowity, w zależności od formy w danym dniu. A to już coś znaczy, bo seks uprawiany ze wszystkimi facetami, których miałam przed Aleksem, nie bywał raczej okazją do specjalnych duchowych uniesień.
- Oto twój prezent, przepiękna panienko - powiedział z uśmiechem Alex i wskazał na przeżuwającą coś w klatce świnkę morską.
- Świnka morska! - zawołała Lilly z zachwytem.
Ja natomiast, zniesmaczona, dodałam w myślach: cholernie ciężarna świnka morska. Podczas gdy rozradowana Lilly podziwiała swoje nowe zwierzątko, chwyciłam Aleksa za ramię i odciągnęłam na stronę.
- To bydlę za chwilę się rozmnoży - powiedziałam do niego.
- Skądże, jest tylko troszkę za gruba - uspokajał.
- A tak w ogóle, skąd ją masz?
- Z ekologicznej farmy zwierząt - padła bezczelna odpowiedź.
- Dlaczego nie kupiłeś w sklepie zoologicznym?
- Bo tam zwierzaki nic tylko biegają w kołowrotku, jak te twoje typy z telewizji.
Auć! Miało mnie to trafić i trafiło. Wzięłam głęboki oddech, spojrzałam na zegarek i zduszonym głosem powiedziałam:
- Nawet nie trzydzieści sekund!
- Co "nawet nie trzydzieści sekund"? - zdziwił się Alex.
- Nie minęło jeszcze pół minuty od rozpoczęcia rozmowy, a już robisz mi wyrzuty, że idę dzisiaj na rozdanie nagród!
- Nie robię ci wyrzutów, Kim. Ja po prostu kwestionuję twoje priorytety - odrzekł.
To wszystko okropnie mnie zdenerwowało, bo przecież tak naprawdę chciałam, żeby Alex towarzyszył mi na rozdaniu nagród telewizyjnych. Ostatecznie miał to być najważniejszy dzień w mojej karierze. A w takiej chwili, do jasnej cholery, mój mąż powinien być u mego boku! Sama, niestety, nie mogłam zakwestionować jego priorytetów, bo dotyczyły wyprawienia urodzin Lilly. Powiedziałam więc ze złością:
- A ta głupia świnka morska jest przecież w ciąży!
- To zrób jej test ciążowy - rzucił sucho Alex i podszedł do klatki. Patrzyłam na niego wściekłym wzrokiem, podczas gdy on wyjął świnkę i podał przeszczęśliwej Lilly. Oboje karmili zwierzątko mleczem. A ja stałam obok. Na swego rodzaju uboczu, które ostatnio coraz częściej okazywało się moim stałym miejscem w naszej małej rodzinie. Niezbyt przyjemnym miejscem.
I teraz to ubocze skłoniło mnie do refleksji nad moim własnym testem ciążowym. Kiedy okres nie nadchodził, przez sześć dni udało mi się nadludzkim wręcz wysiłkiem fakt ten ignorować. Siódmego dnia pognałam zaraz rano do apteki z "cholera, cholera, cholera" na ustach. Kupiłam test, w tym samym tempie wróciłam do domu, z przejęcia upuściłam go do toalety, pobiegłam ponownie do apteki, kupiłam nowy test, znów pognałam do domu, nasikałam na paseczek i musiałam odczekać minutę.
To była najdłuższa minuta w moim życiu.
Minuta u dentysty potrafi być długa. Minuta programu muzycznego Na swojską nutę jest jeszcze dłuższa. Ale minuta, której potrzebuje taki głupi ciążowy test, żeby się zdecydować, czy zechce pokazać jeszcze jedną kreseczkę, czy nie, jest najcięższą próbą cierpliwości na świecie.
Jednak jeszcze trudniejszy okazał się dla mnie widok owej drugiej kreseczki.
Zastanowiłam się nad aborcją, ale jakoś nie mogłam znieść tej myśli. Widziałam, jak moja najlepsza, wówczas dziewiętnastoletnia, przyjaciółka Nina była zmuszona to zrobić po naszym powrocie z wakacji we Włoszech i jak bardzo z tego powodu później cierpiała. Byłam całkowicie pewna, że chociaż praca prezenterki telewizyjnego talk-show uodporniła mnie na niejedno, nie poradziłabym sobie z udręką wyrzutów sumienia tak dobrze jak Nina.
Nastąpiło więc dziewięć bardzo dezorientujących dla mnie miesięcy. Podczas gdy ja ciągle wpadałam w panikę, Alex troszczył się o mnie nad wyraz czule i niemożliwie się cieszył na to dziecko. Z kolei takie jego zachowanie jeszcze mocniej mnie rozwścieczało, bo czułam się tym bardziej wyrodną przyszłą matką.
W ogóle cały proces ciąży był dla mnie nieziemsko abstrakcyjny. Patrzyłam na zdjęcia USG i czułam kopnięcia w brzuchu. Ale że we mnie, w środku, rośnie mały człowieczek, potrafiłam pojąć tylko w bardzo rzadkich i krótkich momentach szczęścia.
Przez większość czasu byłam zajęta walką z mdłościami i wahaniami poziomu hormonów. No i różnymi szkołami rodzenia, gdzie kazano nam "nawiązywać kontakt z macicą".
Sześć tygodni przed porodem przestałam pracować i leżąc na naszej sofie, dochodziłam do wniosku, że tak właśnie musi czuć się wyrzucony na plażę wieloryb. Dni wlekły się niemiłosiernie i kiedy odeszły mi wody, pewnie odczułabym ulgę, że nareszcie się zaczęło, gdyby nie to, że właśnie stałam w supermarkecie w kolejce do kasy.
Zgodnie z udzieloną przez lekarza instrukcją postępowania w takich przypadkach, położyłam się od razu na zimnej podłodze. Klienci stojący wokół mnie rzucali komentarze w rodzaju: "Czy to nie ta prezenterka Kim Lange z telewizji?", "Mi to wisi, grunt, że otwierają drugą kasę" oraz "Cieszę się, że to nie na mnie spadnie sprzątanie tego syfu".
Karetka przyjechała dopiero po czterdziestu trzech minutach, podczas których rozdałam kilka autografów oraz wyjaśniłam kasjerce, że ma fałszywy obraz męskich prezenterów programów informacyjnych ("Nie, nie wszyscy z nich to geje").
Po dotarciu na salę porodową, rozpoczęłam dwudziestopięciogodzinny poród. Między kolejnymi potwornymi skurczami położna zachęcała mnie słowami: "Myśl pozytywnie. Każdy skurcz jest pożądany". A mnie w bolesnym amoku huczało w głowie: "Jeśli to przeżyję, zabiję cię, głupia babo!"
Wydawało mi się, że umieram. Bez Aleksa i jego uspokajającego podejścia nie dałabym rady. Powtarzał zdecydowanym głosem: "Jestem przy tobie. Cały czas!" Ja za to ściskałam jego dłoń tak mocno, że jeszcze przez wiele tygodni nie mógł nią swobodnie poruszać. (Pielęgniarki zdradziły mi później, że zawsze przyznają punkty za troskliwość mężczyzn wobec swoich żon w ciężkich godzinach porodu. Alex uzyskał sensacyjny wynik 9,7 punktu. Dotychczasowa średnia ocen wynosiła 2,73).
Kiedy po ogromnych mękach lekarze położyli mi na brzuch wymiętoloną od porodu Lilly, wszystkie bóle odeszły w niepamięć. Nie widziałam jej, bo jeszcze mnie opatrywano, ale czułam delikatne, pomarszczone ciałko. I to była najszczęśliwsza chwila w całym moim życiu.
Teraz, pięć lat później, Lilly stała przede mną w ogrodzie, a ja nie mogłam wspólnie z nią świętować jej urodzin, bo musiałam jechać do Kolonii na uroczystość rozdania nagród telewizyjnych.
Przełknęłam ślinę i z ciężkim sercem ruszyłam w stronę mojej malutkiej, która właśnie wymyślała imię dla świnki ("Będzie się nazywała Pipi, Bączek albo Barbara"). Dałam jej całusa i obiecałam:
- Jutro spędzę z tobą cały dzień.
Alex skomentował pogardliwie:
- Przecież jeśli dostaniesz tę swoją nagrodę, jutro przez cały dzień będziesz udzielała wywiadów.
- No to spędzę z nią poniedziałek - odparłam urażona.
- Wtedy masz posiedzenie w redakcji - zripostował.
- To je sobie odpuszczę.
- Bardzo prawdopodobne - rzucił z sarkastycznym uśmieszkiem, który wywołał u mnie nieodpartą chęć wepchnięcia mu w usta laski dynamitu.
Całość zwieńczył słowami:
- Nigdy nie masz czasu dla małej.
Kiedy Lilly usłyszała te słowa, jej smutne oczy zdawały się mówić: "Tatuś ma rację". Przeszyło mnie to do szpiku kości. Tak bardzo, że zadrżałam. Niepewnie pogłaskałam Lilly po włosach i powiedziałam:
- Przyrzekam, że wkrótce razem wspaniale spędzimy cały dzień.
Uśmiechnęła się niewyraźnie. Alex chciał coś powiedzieć, ale spojrzałam na niego tak przenikliwie, że rozsądnie się rozmyślił. Prawdopodobnie wyczytał z moich oczu dynamitową wizję. Raz jeszcze mocno przytuliłam Lilly, przeszłam przez taras do domu, wzięłam głęboki oddech i zamówiłam taksówkę na lotnisko.
z Pamiętników Casanovy
W moim sto trzydziestym życiu jako mrówka udałem się wraz z kompanią na powierzchnię. Na polecenie królowej mieliśmy zbadać terytorium wokół naszego królestwa. Maszerowaliśmy w palącym upale po rozgrzanym słońcem kamieniu, gdy nagle w ułamku sekundy słońce zaćmiło się w niemal apokaliptyczny sposób. Zwróciłem oczy ku niebu i mój wzrok natrafił na podeszwę kobiecego sandała, nieuchronnie opadającą na nas. Wyglądało to zupełnie tak, jakby osuwały się nam na głowę niebiosa. Pomyślałem jeszcze: I znów muszę umrzeć, tylko dlatego że jakiś człowiek niedostatecznie zważa na swoje kroki.
W tym momencie jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno będzie mi spełnić daną Lilly obietnicę.
Na miejscu czwartym w rankingu najgorszych momentów tego dnia wylądowała moja konfrontacja z lustrem w lotniskowej toalecie. Chwila była straszna nie dlatego, że po raz kolejny zauważyłam zbyt wiele, jak na trzydziestodwulatkę, zmarszczek wokół oczu, jak również nie z powodu sianowatych włosów, które całkowicie opierały się przed rozsądnym ułożeniem - z tym bez trudu poradzi sobie moja stylistka Lorelei, z którą jestem umówiona na dwie godziny przed uroczystością. Moment był naprawdę okropny, bo złapałam się na rozważaniu, czy wydam się dziś Danielowi Kohnowi wystarczająco atrakcyjna.
Daniel został, podobnie jak ja, nominowany w kategorii "Najlepszy prowadzący programów informacyjnych" i był wręcz nieprzyzwoicie przystojnym brunetem, który w przeciwieństwie do większości prezenterów w naszym kraju zachowywał się szarmancko w sposób zupełnie naturalny. Daniel, w pełni świadomy swojego oddziaływania na kobiety, wykorzystywał je z ogromną przyjemnością. Za każdym razem, gdy spotykał mnie na jakimkolwiek przyjęciu, spoglądał mi głęboko w oczy i mówił: "Zrezygnowałbym ze wszystkich innych kobiet, gdybyś ty mi uległa".
Oczywiście ta wypowiedź zawierała w sobie tyle samo prawdy, co stwierdzenie: "Na biegunie południowym żyją różowe słonie".
A jednak jakaś cząstka mnie życzyła sobie, by to było prawdą. Kolejna marzyła nawet, aby zdobyć tę Niemiecką Nagrodę Telewizyjną, następnie przejść pewnym krokiem z lekko triumfalnym uśmiechem na ustach obok stolika Daniela, a wieczorem uprawiać z nim w hotelu dziki seks. Godzinami. Aż obsługa hotelowa zaczęłaby walić w drzwi, bo rockowa kapela rezydująca w apartamencie obok poskarżyła się na hałasy.
Jednak największa część mnie nienawidziła siebie za myśli obu pierwszych cząstek. Gdybym wylądowała z Danielem w łóżku, prasa z całą pewnością zwietrzyłaby ten romans, Alex zażądałby rozwodu, a ja, jako wyrodna matka, ostatecznie złamałabym serce małej Lilly. Moja chęć przespania się z Danielem wywołała u mnie tak ogromne wyrzuty sumienia, że przez następnych dwadzieścia lat nie chciałabym oglądać tej twarzy, którą miałam przed sobą w lustrze.
Szybko umyłam więc ręce, opuściłam lotniskową toaletę i ruszyłam w stronę bramki. Tam natknęłam się na Benedikta Carstensa, który powitał mnie wylewnym: "To będzie nasz dzień, słodziutka!", i uszczypnął mocno w policzek.
Zawsze wytwornie ubrany Carstens był szefem redakcji oraz moim mentorem. Moim jakby osobistym mistrzem Yodą, tyle że wyrażał się zdecydowanie składniej. Odkrył mnie w berlińskiej rozgłośni radiowej, w której pracowałam zaraz po studiach. Na początku byłam tam tylko nic nieznaczącą redaktorką. Jednak pewnego niedzielnego poranka główny prowadzący nie przyszedł do pracy. Podobno zeszłej nocy podczas clubbingu próbował dowodzić jednemu z tureckich ochroniarzy, że jego matka jest goniącą się suką.
Musiałam niejako z doskoku zastąpić na antenie długotrwale niedysponowanego kolegę i dzięki temu po raz pierwszy w moim życiu poszło w eter: "Minęła właśnie szósta, Kim Lange, dzień dobry". Od tego momentu wpadłam w nałóg. Uwielbiałam nagły skok adrenaliny, wywoływany zapaleniem się czerwonego światełka. Odkryłam swoje powołanie!
Carstens przez kilka miesięcy śledził moje zawodowe poczynania, by ostatecznie mnie odszukać, stwierdzić: "Pani ma najlepszy głos, jaki kiedykolwiek słyszałem", i dać mi pracę w najbardziej atrakcyjnej stacji telewizyjnej w Niemczech. Nauczył mnie jak najlepszej prezencji przed kamerą i pokazał to, co okazało się w tym zawodzie absolutnie najważniejsze: jak wygryzać z pracy kolegów.
W tej ostatniej dyscyplinie doszłam pod okiem Carstensa do prawdziwego mistrzostwa, zyskując redakcyjny przydomek Ta, Która Idzie Po Trupach i Na Koniec Daje Im Jeszcze Kopa. Ale jeżeli to była cena za życie zgodne z własnym powołaniem, płaciłam ją z najwyższą chęcią.
- Tak, to będzie nasz dzień - powiedziałam do Carstensa z wymuszonym uśmiechem. Przyjrzał mi się i spytał:
- Co z tobą, słodziutka?
A ponieważ nie bardzo mogłam odpowiedzieć: "Hm, chcę się przespać z Danielem Kohnem, z konkurencji", odparłam tylko:
- Nic, wszystko w porządku.
- Nie musisz udawać, wiem dokładnie, co jest grane - odrzekł.
Poczułam przypływ paniki. Czyżby wiedział o mnie i Danielu? Zauważył, jak Daniel flirtuje ze mną na przyjęciu dla VIP-ów z branży medialnej w Urzędzie Kanclerskim? I że zaczerwieniłam się przy tym niczym fanka zaproszona na scenę przez samego Robbiego Williamsa?
Carstens się uśmiechnął.
- Na twoim miejscu też byłbym podenerwowany. Nie co dzień jest się nominowanym do Niemieckiej Nagrody Telewizyjnej.
Uspokoiłam się na moment - więc nie chodzi o Kohna. Zaraz jednak znowu zaczęłam nerwowo przełykać ślinę. Przecież naprawdę byłam nieziemsko zdenerwowana, tylko z powodu wyrzutów sumienia wobec Lilly udało mi się o tym nie myśleć przez cały ranek. Ale teraz nerwy wróciły ze zdwojoną siłą. Czy otrzymam dzisiaj nagrodę? Czy wszystkie kamery zarejestrują mój promienny uśmiech zwycięzcy? A może w jutrzejszych niedzielnych wydaniach gazet będę tylko "lekko przysadzistą pokonaną o wyraźnie za grubych udach"?
Moje palce nerwowo zbliżały się do ust, w ostatniej chwili udało mi się powstrzymać zęby przed obgryzieniem paznokci.
Przybywszy do Kolonii, zameldowaliśmy się w prestiżowym hotelu Hyatt, w którym rozlokowani zostali wszyscy goście zaproszeni na uroczystość rozdania nagród. W pokoju opadłam na miękkie łoże, z niebywałą prędkością przerzuciłam telewizyjne kanały, aż zatrzymałam się na Pay-TV, zadając sobie pytanie: Kto, do diabła, gotów jest wydać dwadzieścia dwa euro na pornograficzny film pod tytułem Tańczę dla spermy?
Zdecydowałam nie składać zbyt wielu szarych komórek na ołtarzu tego zagadnienia i udałam się do hotelowego lobby wypić jedną z tych chińskich herbatek uspokajających, zalatujących nieco zupą rybną.
Pianista wygrywał ballady Richarda Claydermana w tak denerwujący sposób, że od razu wyobraziłam sobie nas w saloonie na Dzikim Zachodzie - on gra te swoje melodie, a ja skrzykuję mieszkańców, żeby dokonać na nim linczu. I kiedy w myślach właśnie organizowałam u kowala z Dodge City smołę i pióra, zobaczyłam nagle... Daniela Kohna.
Meldował się w recepcji, mój puls zaś oszalał. Jedna cząstka mnie miała nadzieję, że Daniel mnie zauważy. Kolejna modliła się o to, żeby się do mnie wręcz przysiadł. Jednak największa moja część zastanawiała się nad tym, jak wreszcie uciszyć te dwie głupie, denerwujące i ingerujące w moje życie poprzednie cząstki.
Faktycznie Daniel mnie spostrzegł i się uśmiechnął. Ta część mnie, która sobie tego życzyła, popadła w niepohamowane radosne upojenie i krzyczała niczym swego czasu Fred Flinstone: Jabadabadu!
Daniel podszedł i przysiadł się do mojego stolika, rzucając miłe: "Cześć, Kim". Cząstka mnie, która się o to modliła, wzięła się pod ręce z pierwszą i zaśpiewały wspólnie La vita e bella!
Kiedy część numer trzy chciała zaprotestować, dwie poprzednie złapały ją, zakneblowały i wysyczały złowróżbnie: "Zamknij wreszcie dziób, cholerna nudziaro!"
- Denerwujesz się już z powodu dzisiejszego wieczoru? - zapytał Daniel, a ja starałam się zatuszować swoje podniecenie i dać możliwie najbardziej błyskotliwą odpowiedź. Po dłuższej chwili powiedziałam: "Nie", i musiałam stwierdzić, że taka reakcja pozostawiała jednak wiele do życzenia w kwestii błyskotliwości.
Daniel był rozluźniony, spokojny.
- I słusznie, przecież wygraną masz już w kieszeni.
Powiedział to tak szarmancko, że prawie gotowa byłam uwierzyć w szczerość jego intencji. Ale oczywiście w istocie był święcie przekonany, że to właśnie on wygra.
- A gdy już wygrasz, musimy to opić - rzekł.
- Tak, koniecznie musimy - odparłam. Ta odpowiedź, co prawda, też nie była zbyt błyskotliwa, ale przynajmniej udało mi się złożyć aż trzy słowa w sensowną całość. A to już był maleńki postęp w kwestii pewności siebie.
- Wypijemy także za moje zwycięstwo, jeśli wygram? - dopytywał Daniel.
- Oczywiście, że tak zrobimy - odpowiedziałam lekko drżącym głosem.
- W takim razie na pewno spędzimy cudowny wieczór. - Daniel wstał, wyraźnie zadowolony; dostał to, czego chciał. - Przepraszam, ale muszę teraz iść - rzucił. - Czas się trochę odświeżyć.
Patrzyłam za nim, na jego wspaniały tyłek, i wyobrażałam sobie, jak fantastycznie musi wyglądać pod prysznicem. Przy tej myśli nie zdołałam się już powstrzymać od obgryzania paznokci.
- Co się stało z twoimi paznokciami? Miałaś w domu klęskę głodu? - spytała Lorelei, moja stylistka, kiedy w hotelowym salonie fryzjerskim poddałam się u niej zabiegom upiększającym. Wokół mnie skoncentrowała się cała żeńska śmietanka branży: aktorki, prezenterki i laski towarzyszące prominentom. Żadna z nich nie była nominowana do jakiejkolwiek nagrody, ich głównym i wyłącznym celem było wykoszenie konkurencji w kategorii "podziwiać i być podziwianym". Wszystkie życzyły mi powodzenia, naturalnie wcale nie mając tego na myśli. Podobnie jak ja, gdy mówiłam: "Wyglądasz cudownie", "Masz doskonałą figurę" albo: "Przesadzasz, twój nos nie ma w sobie nic z lądowiska śmigłowców".
I tak obłudnie trajkotałyśmy wszystkie naraz. Do chwili, kiedy do salonu wkroczyła Sandra Kölling.
Sandra wyglądała jak czwartoligowa podróbka sławnej Sabine Christiansen i była moją poprzedniczką jako gospodyni Nocnych rozmów. Przejęłam jej obowiązki, ponieważ okazałam się od niej lepsza. I pilniejsza. Oraz dlatego że subtelnie wspomniałam szefom o jej problemie kokainowym.
Każdy w salonie wiedział, że od tego czasu żywimy do siebie zaciekłą nienawiść, jaką oglądać można tylko w amerykańskich operach mydlanych. Dlatego też wszystkie zgromadzone panie zamilkły, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odwróciły się w naszą stronę. Oczekiwały zażartej walki na słowa w wykonaniu dwóch przepełnionych wrogością hien. I wyraźnie cieszyła je ta perspektywa.
Sandra prychnęła do mnie:
- Jesteś totalnym zerem!
Nic nie odpowiedziałam. Zamiast tego spojrzałam jej prosto w oczy. Długo. Twardo. Lodowato. Temperatura w pomieszczeniu spadła co najmniej o piętnaście stopni.
Sandra zaczęła się trząść. Nieprzerwanie świdrowałam ją spojrzeniem, aż nie wytrzymała i opuściła salon.
Panie powróciły do przerwanej paplaniny, Lorelei ponownie wzięła się do stylizacji moich włosów, a moje lustrzane odbicie uśmiechało się do mnie z satysfakcją.
Gdy Lorelei ukończyła swoje dzieło, moje włosy wyglądały perfekcyjnie i tylko archeolodzy mogliby doszukać się zmarszczek pod warstwą makijażu. Nawet moje poobgryzane paznokcie zniknęły pod tipsami. Teraz brakowało mi już tylko sukni; zaraz powinni ją dostarczyć wprost do mojego pokoju. Od Versacego! Cieszyłam się jak głupia na łaszek kosztujący więcej niż małe autko, który na tę uroczystość Versace uszył dla mnie oczywiście za darmo. Przymierzałam suknię już wcześniej w jednym z ich berlińskich butików i byłam całkowicie przekonana, że dzisiejszego wieczoru będę miała na sobie najlepszą kreację na świecie: przepiękny czerwony odcień, idealnie dopasowana, powiększająca optycznie biust i maskująca uda - czego kobieta może chcieć więcej od sukni?
Siedziałam w hotelowym pokoju, przepełniona radością oczekiwania, i z dumą rozmyślałam o długiej drodze, jaką przebyłam: od dzieciństwa na osiedlu z wielkiej płyty, gdzie Versace uważany jest prawdopodobnie za włoskiego piłkarza, aż do odnoszącej sukcesy prezenterki politycznego talk-show, która być może za dwie godziny otrzyma Niemiecką Nagrodę Telewizyjną, spowita w fantastyczną suknię od Versacego, którą nocą zedrze z niej Daniel Kohn, by potem wspólnie uprawiać dziki seks...
W tym momencie zadzwoniła moja komórka. To Lilly. Prawdziwe tornado wyrzutów sumienia przetoczyło się przeze mnie - Lilly tęskni za mną w domu, a ja w myślach planuję zdradę mojego męża, a jej ojca!
Przyjęcie urodzinowe trwało w najlepsze, a Lilly szczebiotała wesoło.
- Najpierw mieliśmy bieg w workach, potem wyścig z jajkiem, a na końcu bitwę na torty bez tortów.
- Bitwę na torty bez tortów...? - dopytywałam się zdezorientowana.
- Pryskaliśmy na siebie keczupem... i majonezem... i obrzucaliśmy się spaghetti bolognese - wyjaśniła. Aż się uśmiechnęłam, wyobrażając sobie umiarkowane, mówiąc łagodnie, zadowolenie matek, kiedy przyjadą odebrać swoje dzieci.
- Babcia dzwoniła i też mi złożyła życzenia - oznajmiła Lilly i uśmiech od razu zniknął mi z twarzy. Od lat próbowałam wszystkiego, żeby tylko utrzymać moich zdegenerowanych rodziców z dala od mojej rodziny.
Mój nienadający się do niczego ojciec opuścił nas dla jednego z wielu swoich podbojów, gdy byłam w wieku Lilly. Od tego czasu matka przyczyniała się do zwiększania rocznej sprzedaży alkoholu w osiedlowym sklepiku o jakieś dwanaście procent. Jeśli odgrywała "kochaną babcię", to z reguły tylko po to, żeby wydębić jeszcze więcej pieniędzy niż to, co i tak miesiąc w miesiąc przelewałam jej na konto.
- Czy babcia była w dobrej formie? - spytałam ostrożnie, bo obawiałam się, że mogła rozmawiać z Lilly już nieźle wstawiona.
- Trochę bełkotała - odparła Lilly spokojnym tonem dziecka, które nigdy nie widziało babci w innym stanie. Szukałam odpowiednich słów, którymi mogłabym wytłumaczyć babciny bełkot. Jednak zanim zdążyłam cokolwiek wymyślić, Lilly krzyknęła niespodziewanie:
- O nie!!!
Zamarłam.
- Co się dzieje? - spytałam przerażona, a tysiące scenariuszy możliwej katastrofy przebiegły przez mój umysł.
- Ten głupi Nils przypala lupą mrówki! - Lilly rzuciła słuchawkę, a ja odetchnęłam z ulgą, że nic złego się nie stało.
z Pamiętników Casanovy
Mrówki mają wielu naturalnych wrogów: pająki, karaluchy, małe łotry z lupą. Spłonąłem niczym chrześcijanin w starożytnym Rzymie, a umarłem już po raz wtóry tego dnia. Fortuna nie była dla mnie szczególnie łaskawa. Ostatnia myśl, jaka ukształtowała się w mojej właśnie umykającej świadomości, brzmiała: Jeżeli kiedykolwiek nazbieram wystarczającą ilość dobrej karmy, by powrócić na ziemię znowu pod postacią człowieka, to każdego basałyka z lupą osobiście kopnę w miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę.
Z tęsknotą pomyślałam o córce i było już dla mnie jasne, że dzisiejszego wieczoru żadne zdzieranie ze mnie sukni Versacego przez Daniela nie ma prawa się zdarzyć.
Zawahałam się, czy nie zadzwonić do Aleksa, żeby mu podziękować za wyprawienie Lilly tak pięknego przyjęcia urodzinowego, ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam przekonana, że rozmowa z pewnością przerodziłaby się w kłótnię.
Aż trudno uwierzyć, że kiedykolwiek byliśmy ze sobą szczęśliwi.
Alex i ja poznaliśmy się podczas mojej pomaturalnej wycieczki przez Europę. Oboje byliśmy autostopowiczami. On kochał podróżowanie po świecie, ja zgodziłam się na to wyłącznie ze względu na moją przyjaciółką Ninę. On uwielbiał Wenecję, a ja uważałam letni upał, smród kanałów i plagę komarów w biblijnym wręcz wymiarze za męczące.
Podczas naszego pierwszego wieczoru w Wenecji Nina zajmowała się na plaży tym, co potrafiła najlepiej - zawracała Włochom w głowach za sprawą swych anielskich blond loczków. Ja tymczasem zabijałam komary na akord i zastanawiałam się, jak można być tak głupim, żeby zbudować miasto do połowy w wodzie. Czasami musiałam się także opędzać od nabuzowanych hormonami Włochów, których Nina, jakby to było coś oczywistego, podrywała przy okazji dla mnie. Jeden z nich nazywał się Salvatore. Nosił białą koszulę zapiętą wyłącznie na dwa ostatnie guziki, pachniał tanią wodą po goleniu, a moje Non, non rozumiał jako zachętę do inwazji pod moją bluzkę. W geście obrony spoliczkowałam go i krzyknęłam stronzo! Nie miałam pojęcia, co to słowo oznacza, podsłuchałam je po prostu u jakiegoś klnącego gondoliera, ale niesamowicie rozwścieczyło ono Salvatore. Zagroził, że mnie uderzy, jeśli się nie zamknę.
Zamilkłam.
Chwycił mnie za bluzkę. Poczułam panikę i obrzydzenie, ale nie mogłam nic zrobić. Byłam sparaliżowana strachem.
Dokładnie w momencie, w którym jego dłoń zamierzała spocząć na mojej piersi, powstrzymał go Alex. Wyłonił się z nicości. Niczym rycerz z romantycznych bajek, w które przez ojca jakoś nigdy za bardzo nie wierzyłam. Salvatore zerwał się na równe nogi i zaczął grozić Aleksowi nożem. Bredził coś po włosku i, chociaż nic nie rozumiałam, wydźwięk jego słów był jasny: jeśli Alex natychmiast się nie wyniesie, stanie się głównym bohaterem własnej wersji Śmierci w Wenecji. Alex, który latami trenował dżiu-dżitsu, kopniakiem wytrącił Salvatore nóż z ręki. Zrobił to tak mocno, że Salvatore odszedł jak niepyszny z podkulonym ogonem - i to w dosłownym sensie tego słowa.
Podczas gdy Nina spędzała tę noc na traceniu cnoty, ja i Alex, siedząc nad laguną, przegadaliśmy całe godziny. Okazało się, że lubimy te same filmy (Pół żartem, pół serio, Naga broń i Gwiezdne Wojny), te same książki (Władca Pierścieni, Mały Książę, Przygody Tomka Sawyera) i nienawidzimy tych samych rzeczy (nauczycieli).
Kiedy słońce ponownie wzeszło nad Wenecją, powiedziałam do niego:
- Myślę, że jesteśmy pokrewnymi duszami.
- Ja nie myślę, ja jestem o tym przekonany - odrzekł Alex.
Boże, jak bardzo się myliliśmy.
Włożyłam komórkę z powrotem do torebki i nagle poczułam się całkiem samotna w miękkim łożu luksusowego pokoju hotelowego. Przerażająco samotna. Przecież dziś powinien być mój wielki dzień, jednak Alex wcale nie dzieli go ze mną. A ja nawet nie mam ochoty do niego zadzwonić.
W końcu zrozumiałam - już się nie kochamy. Ani troszeczkę.
I właśnie chwili, w której sobie to uświadomiłam, udało się zająć trzecie miejsce w rankingu najbardziej kiepskich momentów tego dnia.
Koniec wersji demonstracyjnej.