Marlene Dietrich. Prawdziwe życie legendy kina - Maria Riva

-
Proszę czekać

SCHÖNEBERG

Musiał się prezentować wspaniale! Prosty jak struna, w ciemnoniebieskim, idealnie skrojonym mundurze kawalerii opinającym jego plecy szermierza, ze szlachetnymi rysami twarzy i wysokimi kośćmi policzkowymi, które podkreślały oczy skrzące się błękitem pod opadającymi powiekami. Uwodzicielskie spojrzenie Louisa Ottona Dietricha doskonale opisywałoby określenie bedroom eyes, które jeszcze wówczas nie istniało. Wyglądał dokładnie na tego, kim był: na pruskiego oficera urodzonego wśród przywilejów wyższych sfer. Kiedy zdjął pikielhaubę, jego złocistorudawe włosy - których kolor z czasem zaczęto nazywać tycjanowym przy opisywaniu jego córki - zalśniły w promieniach słońca wpadających przez wiktoriańskie firanki do biblioteki jego ojca. Znany birbant, Louis Dietrich, był przyzwyczajony do połajanek swojego anielsko cierpliwego rodzica.

- Dobrze sobie zapamiętaj, że jeśli nie skończysz z tymi swoimi dziwkami, zostaniesz wysłany za morze, gdzie oskalpują cię Indianie!

Louisowi tak często grożono wygnaniem do dalekiej Ameryki, z jej indiańskimi hordami, że tylko stał w milczeniu przed biurkiem ojca, czekając, aż tradycyjny wykład dobiegnie końca. Żaden z dwóch mężczyzn nie traktował tej groźby poważnie. Jako dopiero drugi syn w rodzinie arystokratów Louis wiedział, że nie może liczyć na wiele, a do stracenia miał jeszcze mniej. Automatyczna decyzja o wstąpieniu do wojska gwarantowała elegancję na miarę munduru oraz stałe dostawy alkoholu i towarzyszy do uprawiania hazardu. Kurtyzany stanowiły nieodłączny element tego życia, podobnie jak lśniąca szpada przy jego szczupłym biodrze. Wyróżniwszy się niedawno we wszystkich wymaganych protokołach pułkowych, uznał, że jego wojskowe referencje prezentują się ostatecznie tak, że ojczyzna może być z niego wyłącznie dumna; a skoro spełnił obowiązek, zasługiwał na powrót do swojego ulubionego sportu. Louis uwielbiał miłosne potyczki: tropienie, gonitwę, zniewolenie, nieuchronne poddanie. Niczym niebieskooki sokół robił nalot, a zniecierpliwione dziewczęta omdlewały.

- Niech to szlag, Louisie! Nie masz mi nic do powiedzenia?

Spokojnie, jakby recytował katechizm, syn kolejny raz obiecał ojcu, że poskromi swoje żądze, będzie chronił szlachetne nazwisko Dietrichów przed najmniejszym choćby skandalem i dołoży starań, aby sprezentować rodzinie to, na czym tak ogromnie jej zależało: syna, z którego mogłaby być dumna. Louis potrafiłby oczarować skowronki w lipowych gałęziach. Ten comiesięczny rytuał "uzmysłowienia Louisowi jego błędów" zawsze kończył się tradycyjnym uściskiem dłoni, pełnym szacunku strzeleniem synowskimi obcasami i uprzejmym toastem za cesarza wzniesionym wybornym szampanem, z którego słynęła piwniczka głowy rodu. Następnie pozbawiony skruchy Louis wracał do uszczęśliwiania niemieckich panienek.

Kiedy jednak wykorzystał swoje talenty w domu rodzinnym i uwiódł jedną z pokojówek, jego rozwścieczona matka wzięła sprawy w swoje ręce. Nie było mowy o długich rozmowach ani tym bardziej o szampanie!

- Louis się ożeni! - oznajmiła wszem wobec.

Dietrichowie zostali wezwani na naradę rodzinną. Bracia, siostry, wujowie, ciotki, kuzyni, cały imponujący klan. Przybyli w okazałych landach albo na końskich grzbietach. Niektórzy podjechali swoimi "furgonami mocy" ze znaczkiem Daimlera, które przerażały wysmukłe konie w zaprzęgach. Przy potrząsaniu głowami w strojnych czepkach, skubaniu się za wąsy, stukaniu porcelaną miśnieńską i kryształem bawarskim omawiano i analizowano adekwatność oraz dostępność berlińskich dziewic z precyzją wymaganą do celów wojskowych. Rozpoczęła się kampania znalezienia odpowiedniej narzeczonej, "aby utrzymać Louisa w ryzach". Szybko jednak ugrzęzła w miejscu. Wyglądało na to, że reputacja Złotego Sokoła dotarła do zdumiewającej liczby najlepszych domów. Dumne pruskie matki zwarły szeregi, odmawiając swoim cnotliwym córkom prawa do choćby rozważenia małżeństwa z takim "szokującym szelmą". I podczas gdy rodzina prowadziła poszukiwania, Louis z równym animuszem ujeżdżał zarówno swoje konie, jak i kochanki.

Lista potencjalnych narzeczonych się kurczyła. Była jednak pewna dość cicha i nie najbrzydsza córka jubilera. Ta, której ojciec tworzył piękne czaso­mierze, idealne cudeńka, prawdziwe dzieła sztuki. Mogła się pochwalić znacznym posagiem, a jej rodzina czuła się zaszczycona faktem, że córka zyskała szansę na zamążpójście ponad swój stan.

Wilhelmina Elisabeth Felsing była dobrą dziewczyną. Słuchała matki, szanowała ojca, nie oczekiwała od życia niczego prócz okazji do należytego spełniania swoich powinności. Choć nie olśniewała urodą, sprawiała wrażenie zaradnej i godnej zaufania. W jej ciemnobrązowych oczach pojawiały się figlarne chochliki, nawet jeśli rzadko pozwalała drzemiącemu w niej duchowi na taką frywolność. Nie brakowało jej ciepła ani uczuć. Właściwie z czasem odkryła, że była zdolna także do gwałtownej namiętności, ale nawet wtedy, gdy musiała wybierać, zawsze przedkładała powinność nad wszystko inne. Niemieckie pochodzenie współgrało z jej naturą. Jak przystało na kobietę epoki wiktoriańskiej, była świadoma swojego przyszłego losu i to również pasowało do jej usposobienia. Skoro weszła w wiek odpowiedni do zamążpójścia, ojciec miał wkrótce przekazać obowiązki wynikające z jej istnienia odpowiedniemu mężowi. Znała swoje miejsce w berlińskim społeczeństwie, miejsce należne córce wziętego rzemieślnika. Josephine, jak ją nazywano, otrzymała dobre wykształcenie. Wiedziała również, na czym polega rola dobrej żony, uwzględniająca nadzorowanie służby, doglądanie składania pościeli, cotygodniowego polerowania srebra, trzepania dywanów, sezonowej wymiany draperii, inwentaryzowanie spiżarni, ustalanie codziennego menu z kucharzem, wyszywanie monogramów męża na jego osobistej bieliźnie, urodzenie mu dziedziców.

Miała dwadzieścia jeden lat, kiedy Louis Dietrich, pogodzony z losem, przybył do domu jej rodziców, aby złożyć wyrazy szacunku. Tak jak wypadało, w towarzystwie przyzwoitki w osobie swojej dumnej matki Josephine obserwowała, jak się zbliża. Jego męska uroda wstrząsnęła nią do tego stopnia, że zamiast spuścić wzrok, gdy mu się kłaniała, nie przestawała wpatrywać się w jego oblicze.

- Fräulein Felsing - mruknął cicho, muskając ustami wierzch jej chłodnej dłoni, a dla tej rozsądnej, nijakiej dziewczyny czas stanął w miejscu.

Kochała go! I ta dozgonna namiętność, niekwestionowana, niewytłumaczalna, czasem nawet niechciana, przetrwała zdrady, wojenną rzeź, a nawet śmierć, aż po kres jej dni.

Była ubrana w białą koronkę i odpowiednio dobraną pelerynkę z kaszmiru mającą chronić ją przed zimowym chłodem. Tradycyjna mirtowa opaska, ze starannie połączonymi końcami, przytrzymywała jej ślubny welon, symbolizując cnotliwość. Wiktoriańska dziewczyna w nowoczesnym edwardiańskim splendorze. Louis, który zrezygnował z wojskowej elegancji oficera na rzecz równie szykownego munduru porucznika w elitarnej policji carskiej w głębokim odcieniu śliwkowym, górował nad nią z bujną złocistą grzywą. Wypowiedzieli słowa przysięgi podczas ceremonii w obrządku anglikańskim. Był grudzień tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego roku; ona miała dwadzieścia dwa lata, a on trzydzieści.

Wprowadzili się do swojego nowego domu w Schönebergu, modnym mieście nieopodal Berlina, gdzie stacjonował Louis. Nazwa Schöneberg istotnie pasowała do tego urokliwego miejsca, pełnego wysokich topoli, ukwieconych ogrodów, kameralnych skwerków i przemyślanej architektury. Elegancko gięte latarnie świeciły dzięki przeprowadzonej niedawno elektryfikacji. Ciemnozielone tramwaje, z niedużymi zewnętrznymi platformami, które nie potrzebowały już koni do poruszania się po torach, dumnie sunęły dzięki wysokim antenom elektrycznym, zwiastując nowy wiek. Josephine prowadziła swoją małą siedzibę ze skutecznością dalece wykraczającą poza jej wiek. Wszystko lśniło, błyszczało, działało, jak należy. Louis był oczarowany swoją niezwykle poważną młodą żoną, której zależało wyłącznie na jego zadowoleniu. Małżeństwo mogło się ostatecznie okazać miłą odmianą.

Kiedy położna obwieściła narodziny jego córki, Louis przyjął wiadomość ze wzruszeniem pięknie wyrzeźbionych ramion i polecił przyprowadzić konia, skoro on sam spełnił spoczywający na nim obowiązek. Wiedział, że rozczarował ojca, który liczył na męskiego potomka; ponieważ jednak żadne z jego dzieci, czy to córki, czy synowie, nie mogły dziedziczyć, nie miało to dla niego większego znaczenia. Czuł potrzebę zmiany scenerii. Kochanki, z którymi ostatnio się spotykał, zaczęły go nudzić, a skoro Josephine miała karmić dziecko, zamierzał zamontować drzwi między ich sąsiadującymi ze sobą sypialniami. Nie dość, że krępował go widok karmiących kobiet, to jeszcze za niesmaczne uważał uprawianie miłości z matkami.

Josephine nazwała swoją pierworodną Elisabeth. Było to pulchne dziecko o brązowych oczach. Ciche, niewymagające stworzenie pragnące się przypodobać możliwie jak najdyskretniejszym egzystowaniem. Ukryte w niej głęboko pragnienie krzyczało: "Kochajcie mnie", ale nikt go nie słyszał. Nigdy nie zostało jej wybaczone - ani wyjaśnione - że w chwili przyjścia na świat przypieczętowała samotność swojej matki.

Josephine wykonywała swoje codzienne obowiązki jako zaradna gospodyni i matka, żyjąc dla dźwięku przekręcanego w zamku klucza w środku nocy, który to dźwięk kładł kres jej tęsknocie.

Trzy tygodnie po dwudziestych piątych urodzinach, dwudziestego siódmego grudnia tysiąc dziewięćset pierwszego roku rano, po wyjątkowo trudnym porodzie, powiła drugą córkę. Olśniewające stworzenie z idealnie kształtną główką z aureolą włosów w kolorze zachodzącego słońca. Jej skóra mieniła się niczym orientalne perły, a błękit skrzył się spod opadających powiek. Złoty Sokół w miniaturze. Kiedy Josephine patrzyła na tę doskonałą istotę przy swojej piersi, namiętność, którą darzyła mężczyznę odpowiedzialnego za jej stworzenie, przelała się na jego dziecko. Czuła się tak, jakby szalejący żywioł opuścił jej ciało. Wraz z nową miłością, bliźniaczo podobną do tej starej, wypełnił ją potworny, niewytłumaczalnie natarczywy strach. Czy dziecko mogło odziedziczyć apetyty swojego ojca? Czy ono także będzie beztrosko ranić tych, którzy otoczą je miłością? Josephine przysięgła sobie, że będzie strzec córki, nawet przed samą sobą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nazwała ją Maria Magdalena. Czy w ten sposób próbowała ubłagać Boga o ochronę, czy może przepowiedziała przyszłość?

* * *

W wieku dwudziestu dziewięciu lat Josephine była starą kobietą. Frustracja zżerała ją od środka. Wczesny rozkwit, tak bezdusznie wstrzymany, zasuszył młodą dziewczynę, przeobrażając ją w chłodną matronę, niewzruszoną w swojej rutynie, stoicką, posłuszną rozkazom, deklaracjom i ociężałym truizmom. W swojej ciemnej spódnicy, siermiężnym gorsecie zapinanym pod samą szyję i praktycznych butach prezentowała się tak, że każdy, kto jej nie znał, mógł bez trudu wziąć ją za srogą gospodynię, a nie za młodą panią domu w Schönebergu. Josephine prowadziła dom i wychowywała dzieci żelazną ręką. Wzbudzała w nich strach. Skoro jednak strach przed rodzicami był całkiem naturalnym wymogiem w porządnym pruskim domu, dwie małe dziewczynki zaakceptowały go jako coś normalnego i próbowały sobie z nim radzić.

Elisabeth, znana jako Liesel, była inteligentnym dzieckiem. Niczym brązowy wróbelek, którego przypominała, dziobała okruchy uczuć, które spadały pod jej nogi. Kochała książki, nauczyła się czytać jeszcze przed piątymi urodzinami i zawsze gdy nie była potrzebna młodszej siostrze, uciekała na strych, do skarbca z książkami. Uwielbiała swoją piękną siostrę. Liesel należała do wąskiego grona ludzi niezdolnych do zazdrości. Oczywiście przyjemnie byłoby cieszyć się urodą i być za nią kochaną, ale jako rozsądna dziewczynka Liesel bardzo szybko pogodziła się ze swoją pospolitością.

Maria Magdalena była wyjątkowa; każdy od razu instynktownie dostrzegał i akceptował ten fakt. Lena - jak na nią wołano - bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Czuła się inna od otaczających ją ludzi. Żyła w przekonaniu, że wszystkie piękne rzeczy na świecie zostały stworzone dla jej przyjemności. Nie zdradzała się z tym jednak, ponieważ wiedziała, że matka nie pochwalała myślenia o sobie jak o kimś wyjątkowym. Ale Liesel doskonale wyczuwała wyjątkowość młodszej siostry. Dlatego też Lena potajemnie uczyniła sobie z niej pokojówkę, która z radością sprzątała jej lalki i ścieliła łóżko. W końcu, skoro Liesel to uszczęśliwiało, umożliwianie jej wykonywania tych czynności zdawało się wielką życzliwością. Niemniej jednak Lena nalegała, aby Liesel przestała się do niej zwracać przezwiskiem, które dla niej wymyśliła. Nie lubiła być nazywana kicią. Niespełna czteroletnia Dietrich uważała, że to niepoważne. Poza tym Liesel dobrze wiedziała, jak dużą niechęć czuła do zwierząt jej młodsza siostra. Mutti nie pozwalała trzymać ich w domu. Przynajmniej w tej jednej sprawie Lena całkowicie popierała surowe zasady matki. Z kolei ojciec wzbudzał sympatię młodszej córki. Vati nigdy nie ustalał zasad. Zostawiał to mutti. Zatrudniał za to dobrze urodzone damy, aby przychodziły uczyć jego córki języków obcych. Prócz doskonałej znajomości francuskiego i angielskiego musiały się odznaczać urodą. Liesel wolała angielski. Lena uwielbiała francuski, ponieważ w tym języku wszystko brzmiało niezwykle romantycznie.

Louis bywał w domu tak rzadko, że swoim dzieciom przypominał niewyraźny zarys męskiego autorytetu. Wkrótce wojna miała całkowicie wyeliminować go z życia tych młodych istot.

Chwilowo jednak w Europie panował pokój. Był to okres obfitości. Kończyła się era wiktoriańska. Elegancja edwardiańskiej Anglii przedarła się przez kanał La Manche. Berlin stał się największym miastem przemysłowym w Europie, cenionym klejnotem w koronie cesarza. Wielu wierzyło, że pod każdym względem miasto stanowiło poważną konkurencję dla Paryża, wliczając w to wytworne damy prezentujące najnowsze trendy w modzie podczas spacerów lipowymi alejami.

Kobiety z rodziny Dietrichów, w miarę jak obserwowały lata zmagań żony Louisa, szczerze ją polubiły. Aby okazać sympatię i aprobatę dla jej przykładnego zachowania, często odwiedzały młodą matronę, aby wypić z nią herbatę i wnieść blask miasta do jej nijakiego życia. Ta biedaczka nigdy nigdzie nie wychodziła. Przecież nawet nie mogła, skoro nie miała męża, który by jej towarzyszył! Popijając mokkę ze śmietanką i zajadając rogaliki waniliowe, panie gawędziły, plotkowały, przyjemnie spędzały czas, podczas gdy Josephine uprzejmie słuchała, wznosząc się na wyżyny gościnności.

- Ledwie wczoraj - powiedziała piersiasta dama odziana w brązowawe czerwienie, z kosztowną kameą na szyi - po prostu musiałam poszukać beżowej muliny. Pamiętacie ten gobelin, który wisi w naszym saloniku muzycznym? Znalazłam w nim nieduże rozdarcie, tuż na przedramieniu jednej z muz! Natychmiast posłałam po powóz i pognałam do domu towarowego Wertheim. Należy do Żydów, niemniej jednak uważam, że to jeden z najwspanialszych cudów Berlina. Wszędzie te wystawne kompozycje kwiatowe! I te żyrandole! Musi ich być tyle co w Wersalu. W dziale spożywczym właśnie mieli świeżą dostawę tuńczyka z Morza Kaspijskiego i kawioru w ogromnych pojemnikach. Niezwłocznie kupiłam trochę dla męża. Sam car nie jada lepszego. Z myślą o dzieciach skusiłam się także na trochę tego przepysznego nugatu, dopiero co sprowadzonego z Florencji. I znalaz­łam zwiewny szal w tureckie wzory dla matki Maxa, która za tydzień kończy siedemdziesiąt lat. Na koniec wypiłam pyszną herbatę podaną z babką węgierską pełną rodzynek. Oczywiście wróciłam do domu bez sił, ale też całkiem zadowolona.

- Ineborgo, a kupiłaś beżową mulinę? - zapytała bardzo chuda dama w głębokim fiolecie.

- Tak, oczywiście! Wiesz, Sophio, równie dobrze jak ja, że w imperium Wertheima mają absolutnie wszystko!

- Mój mąż przeczytał dzisiaj rano w gazecie, a potem mi opowiedział - oznajmiła nijaka dama w jasnoszarej alpace - że doszło do trzęsienia ziemi w jakimś ważnym mieście gdzieś w Ameryce Północnej. "Prawdziwa katastrofa", skomentował mój mąż.

- Pewnie chodziło mu o San Francisco, nazwane tak na cześć Świętego Franciszka z Asyżu. - Dama w fiolecie lubiła wszystko wyjaśniać.

- Och, tak. Wydaje mi się, że to właściwa nazwa. Mój mąż twierdzi, że wiele osób straciło życie.

Sroga dama w konserwatywnym granacie, która musiała być bardzo wysoka, skoro nawet na siedząco górowała nad pozostałymi paniami, zaintonowała głosem nawykłym do wydawania rozkazów:

- Nasz cesarz spotkał się z carem Wszechrusi w Swinemünde. Tak, dobrze usłyszałyście. W Swinemünde. Często zabieram tam męża i dzieci. Zawsze powtarzam, że nie ma nic bardziej krzepiącego od morskiego powietrza. Nasz cesarz niewątpliwie podziela tę opinię.

Gruby jamnik usiadł, zaczął prosić, otrzymał cukrową nagrodę, po czym wrócił do drzemania pod obładowanym stolikiem.

Temat nowego Kościoła Pamięci, którego budowę zlecił cesarz, aby uwiecznić swojego dziada, interesował wszystkich bez wyjątku. Kto słyszał, że główna iglica będzie miała wysokość stu trzynastu metrów? Będzie się prezentowała zjawiskowo! Ale po co zaplanowano gwiazdę na pinaklu? Wszak to nie czubek choinki! To niestosowne dla budowli będącej miejscem kultu o tak dużej wadze.

- Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma będzie święcił triumfy architektury kościelnej przez kolejne wieki, nawet jeśli uprą się na tę bożonarodzeniową ozdobę! - orzekła dama w granacie, tym samym kończąc dyskusję.

- Moja kucharka twierdzi, że w północnej dzielnicy jakieś kobiety... Ona użyła określenia damy, ale oczywiście w to nie wierzę. Tam mieszka wyłącznie klasa robotnicza. Moja kucharka upierała się jednak, że to damy. I one maszerowały z transparentami, domagając się przyznania kobietom "praw". Jakich praw? Do czego niektórzy są zdolni, żeby zwrócić na siebie uwagę?! Co za wstyd! Trzeba by im powiedzieć: "Zajmijcie się swoimi rodzinami, domami i dziećmi i zejdźcie z ulic".

Z tym wszyscy mogli się zgodzić.

- Wynajęliśmy lożę na premierę nowej operetki. Wybieracie się z mężem? - zapytała dama w mysich szarościach, zwracając się do sąsiadki w głębokim fiolecie, która odpowiedziała wyniośle:

- Nie, moja droga. Razem z mężem urządzamy w tym czasie wieczorek muzyczny z poezją Schumanna.

- Mąż powiedział mi, że pałac zapowiada kolejną paradę w tym tygodniu. Cesarz naprawdę kocha te swoje parady! Myślicie, że cesarzowa znowu wystroi się w ten nieciekawy bladolawendowy kolor, do którego ma tak wielką słabość? - Słowa te zapoczątkowały stosownie ożywioną rozmowę o najnowszych trendach w modzie, która oczywiście pochłonęła resztę popołudnia.

Zanim panie się rozeszły, z bawialni na piętrze wezwano córki gospodyni, aby złożyły wyrazy uszanowania, wyrecytowały wiersz Goethego i zostały poklepane po lśniących główkach przez swoje przychylne ciotki. Obie znosiły te męczarnie ze zrezygnowaną cierpliwością dobrze wychowanych dzieci.

Ale kiedy z wizytą przychodziła tante Valli, było całkiem inaczej.

Ta pełna życia syrena zachwycała urodą. Ponieważ dobrze wyszła za mąż, mogła sobie pozwolić na dopieszczanie swojego wrażliwego zmysłu luksusu. Bez namysłu trwoniła pieniądze zakochanego w niej męża. Jej ogiery, których dosiadała podczas polowań, pochodziły z najlepszych angielskich hodowli. Jej stroje jeździeckie przypominały wizje utkane z sukna i aksamitu, zwykle w jej ulubionym kolorze atramentowej czerni. Lśniący cylinder z doczepioną powabną woalką był cudem efektywności i natchnioną pokusą. Tante Valli prowadziła swoje liczne posiadłości z wprawnym rozmachem i słynęła z wykwintnych bankierów oraz wysokich lokajów, których wybierała osobiście, kierując się wzrostem i urodą kandydatów.

Kiedy pojawiała się tante Valli, obładowana egzotycznymi owocami i cukierkami z Paryża, nawet Josephine zapominała o surowości i rozciągała usta w uśmiechu. Cały dom zdawał się wybudzać z ponurego snu. Tante Valli olśniewała. Uwielbiały ją obie dziewczynki. Prezentowała się prześlicznie - ze swoją małą mufką z prawdziwej wydry z Ameryki Północnej, idealnie dopasowaną marynarką obszytą tym samym rzadkim futrem i kapeluszem ozdobionym kompozycją z aksamitnych wstążek oraz ptasich skrzydeł. Niczym zjawisko w kolorze leśnej zieleni. Podczas gdy Liesel uważnie słuchała opowieści ciotki o jej ostatnich wyprawach do dalekich miejsc, Lena pożerała wzrokiem jej obstalowane ciemnozielone trzewiki z perłowym połyskiem, delikatny szew na dobranych do obuwia skórzanych rękawiczkach, doskonałość brukselskiej koronki przy szyi. Postanowiła, że w przyszłości ona także będzie się ubierała jak wytworna dama i olśniewała urodą, dokładnie tak samo jak tante Valli.

Przy tych rzadkich okazjach, kiedy Louis był w domu, tante Valli szokowała dziewczynki, gdy przyjmowała od niego kieliszek koniaku, wychylała go jak mężczyzna i chichotała z własnego zuchwalstwa oraz przerażenia malującego się na twarzy Josephine. Zawsze potrafiła dorównać tempa Lou­isowi i z rozkoszą rzucała wyzwania męskiej sprawności jako jedyna kobieta, której pozwalał korzystać z tego przywileju. Z całej rodziny wyłącznie tante Valli trzymała jego stronę, kiedy sprzeciwiał się wymuszonemu małżeństwu. Wzięła jednak pod skrzydła to "biedne dziecko", jak o Josephine mówiła rodzina, rozjaśniała jej samotne życie, gdy tylko miała na to czas, i karciła Lou­isa za jego lekceważącą postawę.

Na wiosnę tysiąc dziewięćset szóstego roku, kiedy Lena miała prawie pięć lat, cała rodzina pozowała do zdjęcia nadwornemu fotografowi. Tante Valli zaaranżowała to wydarzenie, wybrała dla wszystkich odświętne stroje, śmiała się z nadętej miny Louisa i zachwycała się, jak pięknie wyglądają słomkowe kapelusze, które poleciła założyć dzieciom.

Dziewczynki szybko rosły; wkrótce miały pójść do szkoły. Dlatego też nauki Josephine, która przygotowywała córki do roli porządnej niemieckiej żony, szły teraz w parze z edukacją formalną.

"Nie będziecie wiedziały, czy służba właściwie wywiązuje się ze swoich obowiązków, jeśli same nie nauczycie się ich dobrze wykonywać", brzmiał jeden z edyktów, które dziewczynki słyszały raz za razem.

Nauczyły się zatem cerować, szorować, polerować, trzepać, szczotkować, trzeć i czyścić, podczas gdy nieustannie zmieniające się zastępy dam udzielały im lekcji dobrych manier, francuskiego, angielskiego oraz gry na pianinie i skrzypcach. W rezultacie pierwszego dnia szkoły obie Dietrichówny mogłyby spokojnie przeskoczyć pierwsze dwie klasy. Naturalnie coś takiego byłoby niedopuszczalne, skoro skrupulatnie przestrzegano zdyscyplinowanego realizowania ustalonego programu.

Tak oto pewnego mrocznego, chłodnego poranka dwie dziewczynki z warkoczami, w czarnych wełnianych skarpetach pomaszerowały do szkoły. Na plecach dźwigały przymocowane paskami skórzane teczki pełne ciężkich książek - obowiązkowe jarzmo wszystkich europejskich uczniów. Szkoła dla Dziewcząt im. Augusty Wiktorii majaczyła ponuro i złowieszczo w pierwszych promieniach słońca. Liesel pchnęła ciężką żelazną bramę, żeby wpuścić młodszą siostrę. Trzymając jej odzianą w mitenkę dłoń, wprowadziła je obie w świat powinności.

W szkole Liesel czuła się szczęśliwa. Lubiła wszystko, co wiązało się z nauką. Lena - wręcz przeciwnie; była jednak, podobnie jak siostra, wychowana na posłuszną panienkę, nie miała więc problemu z dostosowywaniem się do sztywnych szkolnych ram. Obie dziewczynki zdobywały doskonałe noty, których od nich oczekiwano. Codziennie po powrocie do domu zdejmowały buty, ustawiały je równo w pudełku przygotowanym w holu wejściowym. Po zasznurowaniu obuwia domowego myły ręce i zamieniały szkolne sukienki na fartuchy do nauki. Czekały je minimum dwie godziny odrabiania prac domowych, po których następowały konwersacje po francusku i pisanie wypracowań pod okiem guwernera. Później godzina gry na pianinie i skrzypcach, przerwa na pożywną kolację, zjadaną w najsurowiej egzekwowanej ciszy, jako że pogawędki były uważane za utrudnienie prawidłowego trawienia, a po posiłku, na zakończenie dnia - konwersacje po angielsku i pisanie wypracowań z inną korepetytorką. Dopiero gdy matka rozplotła im warkocze przed snem, dziewczynki zyskiwały drogocenne pół godziny na robienie tego, na co miały ochotę. Liesel zawsze wybierała lekturę, podczas gdy jej siostra gładziła długie kolorowe satynowe wstążki, które zbierała do ozdabiania swojej mandoliny. Jakimś cudem Lena znalazła czas, aby nauczyć się grać na tym włoskim instrumencie. Uważała, że jest romantyczny, i planowała przywiązać swoją śliczną kolekcję do jego gryfu. W jednej z książek znalazła rysunek przedstawiający młodego cygańskiego włóczęgę i chciała zostać właśnie takim chłopcem, grającym na mandolinie i ciągnącym za sobą wstążki.

Państwo młodzi, Lou­is Otto Dietrich i Wilhelmina Elisabeth Josephine Felsing, Berlin 1898.

Pierwszy rodzinny portret Dietrichów: sześcioletnia Liesel, jej matka, ojciec i młodsza siostra, pięcioletnia Lena (której tak bardzo spodobał się jej kapelusz z kokardą, że nosiła go do końca dnia).

Siostry Dietrich w szkolnych fartuchach, gotowe do roli "grzecznych dziewczynek".

Ze swoją mutti nad morzem.

Zdjęcie klasy Leny zrobione w 1909 roku, kiedy miała siedem i pół roku. Tego dnia przystroiła głowę specjalną kokardą i zawsze uważała, że powinna była zostać ustawiona w pierwszym rzędzie.

* * *

W tysiąc dziewięćset dwunastym roku z okazji Wielkanocy tante Valli w tajemnicy podarowała Lenie upominek w postaci małego czerwonego pamiętnika oprawnego w skórę, ze złotymi tłoczonymi literami. Jego elegancja natychmiast przypadła do gustu młodej dziewczynie.

- Spisuj w nim swoje uczucia - szepnęła do niej ciotka. - Jesteś wystarczająco duża, aby je mieć. Pamiętaj, że zawsze warto mieć takiego sekretnego przyjaciela, któremu można się zwierzyć.

W kolejnych latach Lena otwierała serce, aby zapełnić strony tomików w wielu kolorach, ale ten pierwszy, który nazwała Czerwonym, zawsze lubiła najbardziej. Czasem pisała berlińskim slangiem, wyjątkowym w swej sardonicznej, ulicznej nonszalancji. Był to język tak odmienny od arystokratycznego wysokoniemieckiego, którym posługiwała się w domu, że aż nasuwało się pytanie, skąd dobrze wychowana panienka może znać takie słowa. Nawet gdy porzucała jego nieokrzesane brzmienia, by popaść w bardziej romantyczne tony, do końca życia łatwo było wydobyć z niej dziewczynę z berlińskiej ulicy. Tymczasem w wieku dziesięciu lat i sześciu miesięcy miała zacząć wyrabiać w sobie nawyk, który towarzyszył jej do końca życia.

Zatonięcie Titanica w kwietniu tego roku nie wstrząsnęło emocjami Leny; nie czuła więc potrzeby, aby wspomnieć o tej tragedii. Dopiero dwa miesiące później, podczas letniego wyjścia, zdarzyło się coś, co w końcu uznała za wystarczająco ważne, aby to opisać:

8 czerwca 1912

Drogi Czerwoniutki. Wczoraj był wspaniały dzień! Wszyscy wybraliśmy się na wycieczkę do Saatwinken z H. Schultz. Siedziałam mu na kolanach. Drogi pamiętniku, nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to było przyjemne. Tysiąc całusów.

Twoja Leni

Jednym z ulubionych miejsc spotkań berlińskiej młodzieży było duże lodowisko tonące w migoczących światełkach. Orkiestra dęta wygrywała tam walce Straussa i najnowsze sentymentalne nuty opowiadające o miłości, stracie, tęsknocie i cierpieniu - ulubioną muzykę Leny.

26 lutego 1913

Na lodowisku było cudownie. Upadłam i wielu chłopców pospieszyło mi na ratunek. Żegnam Cię na jakiś czas, Czerwony. Mnóstwo buziaków.

Twoja Leni

17 lutego 1914

Na lodowisku ciągle wygrywali piosenkę All Men Are Rogues. Z pewnością to prawda, jeśli nie liczyć kilku wyjątkowych osób, takich jak Losch, vati i wuj Willi, i może jeszcze ktoś o inicjałach S.F.? Nie chcę zdradzać jego imienia i nazwiska. Ktoś mógłby tu zajrzeć. Muszę już kończyć. Mam lekcję gry na skrzypcach. Adieu, mój Czerwony.

Twoja Leni

19 lutego 1914

Dzisiaj na lodowisku było naprawdę miło. Tylko Liesel znów mnie wypytywała, czy wypisuję te bzdury o chłopcach. No naprawdę! Czy to są bzdury, mój słodki Czerwony? Z pewnością nie! Zresztą dobrze wiemy, o czym pisze ona. Liesel to takie niewiniątko.

CałusyTwoja Leni

Mimo że Lena nienagannie zachowywała się zarówno w szkole, jak i w domu, Josephine widziała, jak w jej młodszej córce rodzi się bunt, który ją niepokoił. Wprowadziła więc ścisły nadzór. Liesel została pouczona, aby towarzyszyć siostrze wszędzie bez wyjątku, obserwować ją i bezzwłocznie raportować o zachowaniu niestosownym dla damy, jeśli tylko takie zaistnieje. Zawsze niezawodna i zawsze posłuszna, Liesel otrzymała bardzo trudne zadanie. Ona, która nienawidziła jeździć na łyżwach, ponieważ bolały ją od tego słabe kostki, jeździła z nieustającą determinacją. Z pochyloną głową, z drobnym, pulchnym ciałem usztywnionym dla równowagi orała lód, aby nie stracić z oczu Leny i jej ostatniej zdobyczy. Zamiast czytać swoje ukochane książki, mozolnie pokonywała odległości, które wydawały jej się długimi kilometrami, ze wzrokiem utkwionym w Lenie, która "bumelowała", co w berlińskim slangu oznaczało zwyczaj szwendania się ulicą w tę i we w tę z grupą przyjaciół o zmierzchu. Wszędzie tam, gdzie szła jej kicia, udawała się także Liesel, wierny pies stróżujący.

30 stycznia 1914

Dzisiaj w szkole dostałam złą notę, ponieważ roześmiałam się, kiedy ktoś mnie połaskotał. Oczywiście mutti zrobiła mi wykład o "przyjaciołach". Nic na to nie poradzę, że nie mam koleżanek. Dzisiaj na zajęciach z kompozycji próbowałam rozmawiać z Anne Marie Richter, ale ona jest taka głupia, mimo że skończyła trzynaście lat. Jak więc mam zawierać znajomości w klasie? To niełatwe, skoro siedzę tylko z Żydami. Mutti twierdzi, że powinnam poprosić o pojedynczą ławkę... I tak spodziewam się już najgorszego po dzieciach z Braunschweig tego lata. Mam jednak nadzieję, że będą miłe. Bardzo się teraz pilnuję. Dzisiaj Stephi Berliner ściągnęła mi czapkę co najmniej sześć razy. O tak, byłam wściekła! W rezultacie mam cztery złe noty i cztery uwagi, jedną za skupienie, jedną za postawę, jedną za schludność i cztery uwagi za zachowanie! Kurka wodna!

Muszę iść do łóżka. Rozbolały mnie zęby. Adieu

Leni rozważała zmianę zapisu swojego imienia. Kiedy nauczyciel odwracał się plecami do klasy, na ostatnich stronach swojego zeszytu sprawdzała różne kombinacje. "Marie Magdalene" wyglądało ładnie z "e" zamiast "a" na końcu obu członów. Skoro vati został nazwany Louis na cześć francuskiego króla, może także ona powinna zainspirować się kulturą francuską. Tyle że na wszystkie pokojówki wołano "Marie"; może właśnie dlatego ona otrzymała na końcu "a" zamiast "e". Swoim starannie wyuczonym i dopracowanym charakterem pisma zapisała po niemiecku swoje pełne imię i nazwisko. Jak długo to trwało! Próbowała je skrócić do "Mariaelena", a potem "Marlena". Spodobało jej się brzmienie tego ostatniego. Może w tym przypadku sprawdzi się "e" na końcu. Marlene. Marlene Dietrich. O tak! To wyglądało dobrze. Naprawdę jej się podobało! Przećwiczyła je jeszcze kilka razy, po czym zamknęła swój notatnik, bardzo z siebie zadowolona. W wieku trzynastu lat wymyśliła dla siebie imię Marlene.

1 lutego 1914

Wczoraj była tu Otti Raush. Myślę, że zostanie moją przyjaciółką. W szkole może będą się nabijać. Dzisiaj wybrałam się do prawdziwego kina. Elegancko. Good-bye, słodki Czerwony.

Leni

Od gór Ural po soczyście zielone wzgórza Irlandii wszyscy czuli niezwyk­łą magię lata tysiąc dziewięćset czternastego roku. Był to złoty czas, który nie zdarzał się często. Wszędzie w nadmorskich i górskich kurortach wakacje trwały w najlepsze. Liczne ogródki restauracyjne w Berlinie, zwykle pełne po brzegi, teraz pękały w szwach, kiedy klienci wygrzewali się w łagodnych promieniach słońca, niespiesznie popijając schłodzone wino reńskie albo mrożoną lemoniadę. W parkach kwitły akacje. Dzieci w białych marynarskich wdziankach bawiły się, tocząc drewniane obręcze. W ślad za dziećmi powiewały długie granatowe wstążki przypięte do ich słomkowych kapeluszy. W słynnych ogrodach znamienitego berlińskiego zoo paradowały angielskie nianie, pchając wózki ze swoimi podopiecznymi wystrojonymi w koronki. Osłonięte parasolkami damy w muślinach w kwieciste wzory wyprowadzały swoje pieski. Młodzi mężczyźni wiosłowali po spokojnych wodach Sprewy w towarzystwie ślicznych dziewcząt, wierząc w świetlaną przyszłość i w to, że życie na zawsze pozostanie piękne.

W mieście o nazwie Sarajewo, na granicy Serbii i Austro-Węgier, arcy­książę Habsburg, następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand podczas oficjalnej wizyty pomógł swojej żonie Sophie wsiąść do samochodu z otwartym dachem, usiadł obok niej i dał orszakowi sygnał, aby ruszał. Orkiestra zaczęła grać. Królewski pojazd jechał powoli okazałą aleją. Stado białych gołębi krążyło w górze niczym płatki śniegu, które pojawiły się znienacka na tle błękitnego letniego nieba.

Nagle przemknął cień! Młody mężczyzna wskoczył do jadącego samochodu i oddał dwa strzały.

Do historii przeszło, że to jedno morderstwo, będące aktem politycznym, dokonane o godzinie jedenastej piętnaście w piękne letnie przedpołudnie dwudziestego ósmego czerwca tysiąc dziewięćset czternastego roku, skazało na śmierć całe pokolenia młodych mężczyzn.

Podczas gdy mieszkańcy Europy nadal cieszyli się wakacjami, ich rządy decydowały o ich losie.

Dwudziestego ósmego lipca Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii. Zaraz potem zawiązały stare sojusze, także te potajemne. Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji i Francji, Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Rosji i Austro-Węgrom, Serbia wypowiedziała wojnę Niemcom, Francja wypowiedziała wojnę Austro-Węgrom, Japonia wypowiedziała wojnę Niemcom, Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Japonii i Belgii, Rosja wypowiedziała wojnę Turcji, Francja i Wielka Brytania wypowiedziały wojnę Turcji. Później Włochy wypowiedziały wojnę Niemcom, Turcji i Austro-Węgrom. Itp., itd. Stany Zjednoczone wkrótce miały włączyć się w konflikt. Wybuchła pierwsza wojna światowa.

15 sierpnia 1914

Rozpętała się wojna! Potworność. Vati wyjechał szóstego sierpnia na front zachodni. Mutti bez przerwy płacze. W Harzburgu było miło. Instruktor tańca był słodki!

Myślę, że zamkną naszą szkołę. Zabraknie Francuzek. Ale jest jeszcze trochę Brytyjek. Wczoraj miałam lekcję gry na skrzypcach i grałam dla Niemiec.

Twoja Leni

Nikt nie przypuszczał, że wojna potrwa dłużej niż do końca lata. W kawiarniach i kafejkach berlińczycy rozprawiali o niej jak o "uroczej wojence". Do września pozbyli się tego nonszalanckiego tonu.

26 września 1914

Wojna! Vati został ranny. Szrapnel trafił go w prawe ramię. Został wysłany do Braunschweigu. Mutti nas do niego zabrała. Leży w szpitalu wojskowym. Mieszkałyśmy w pensjonacie Müller-Bartenstein, przy ulicy Jerozolimskiej numer dwa. Bardzo przyjemny. 180 marek za ledwie trzy tygodnie. Dużo pieniędzy. Vati był słodki. Po czterech tygodniach w sobotę odesłano go samochodem jak księcia. Wujowie Otto i George mają po Krzyżu Żelaznym.

9 października 1914

Wuj Willi też ma Krzyż Żelazny. Fantastycznie! Jestem teraz w klasie 3M. Kapelusze z głów. Auf Wiedersehen.

Leni

9 grudnia 1914

To zabawna i zarazem smutna historia. Cały batalion vati ma wszy! Na wszystkich szkolnych zajęciach dziergamy ocieplacze na nadgarstki za pomocą dwóch drutów. Nie chcę chodzić do tej szkoły średniej. Boję się tamtych dziewczyn. Słodki Czerwony, tak bardzo tęsknię za moim vati.

Twoja Leni

Podczas pierwszej strasznej zimy wielkiej wojny żołnierze okopywali się i na zachodnich, i na wschodnich frontach. Okop (trench) zarówno po niemiecku, jak i po francusku pochodzi od słowa oznaczającego "kopać grób", co właściwie opisuje kolejne zdarzenia.

15 grudnia 1914

Wuj Otto został zabity. Postrzelono go w szyję czwartego grudnia. Wszyscy płaczą. Przednia część czaszki wuja Ottona została odstrzelona. Całusy.

Leni

3 lutego 1915

Liesel po uszy "zakochała się" w Hanni. Istnieją zwierzęta nazywane małpami - moja siostra jest jedną z nich. Och! Taka jestem wściekła, że Liesel tak się zakochała. Zakochana... zaręczona... zaślubiona... Czy ja też jestem zakochana...?? R. jest słodki!!

Leni

6 marca 1915

Dzisiaj uczymy się malowania suchym pędzlem. Fiołki na jedwabiu i papierze i słoneczniki na drewnie. Fiołki dla mojej słodkiej, złotej tante Valli na urodziny. To straszne, co zrobili z naszym pięknym okrętem Togo­land! Naprawdę podłe! Mam nadzieję, że Anglicy dostaną dzisiaj niezłe lanie.

Niemcy, wieczni chemicy obdarzeni diabolicznym geniuszem, przeprowadzili pierwszy atak gazem trującym dwudziestego drugiego kwietnia tysiąc dziewięćset piętnastego roku. Reszta świata potępiła ten akt barbarzyństwa, po czym zabrała się do opracowywania własnych zabójczych substancji. Wynaleziono maski przeciwgazowe, które zostały stałym elementem wyposażenia po obu stronach barykady. Koniec końców Niemcy przeszli nawet samych siebie. Udoskonalili mianowicie nowy gaz, oleistą miksturę, która nie wisiała w powietrzu, lecz opadała i przywierała do wszystkiego, na co trafiła, po czym się przez to przeżerała: przez tkaninę, skórę, żywą tkankę, mięśnie, płuca - wszystko bez wyjątku. Aby trująca substancja dosięgnęła wyznaczonych celów, trzeba było dokonywać precyzyjnych obliczeń przy uwzględnieniu temperatury oraz prędkości i kierunku wiatru. W rezultacie wystrzeliwanie kanistrów z gazem pochłaniało wiele czasu i dodatkowo stwarzało spore ryzyko. Nagła zmiana kierunku wiatru mogła bowiem zawrócić śmiercionośną chmurę do swoich właścicieli. I właśnie to, zapewne bardziej niż wyrzuty sumienia, sprawiło, że broń chemiczna nie zdominowała kolejnych lat wojny.

29 kwietnia 1915

Pojechali odebrać wuja Ottona. Niedługo wyruszamy na wakacje do Dessau. Wreszcie! Mogłabym tam spędzić wieczność. Myślę sobie, że może wuj Otto wcale nie zginął. Może to nic pewnego. Dlaczego musiał umrzeć?

* * *

Teraz damy przybywały do domu w Schönebergu nie po to, aby plotkować, lecz szlochać. Zawsze spokojna, rozsądna, niezawodna Josephine wiedziała, co zrobić albo powiedzieć, jak ulżyć w żałobie i pocieszyć, kiedy wydawało się to niemożliwe. Zlatywały się niczym milczące wrony. Ich czarne stroje ocierające się o parkiety wydawały dźwięki przypominające cichy szum jesiennych liści. Z każdym dniem Josephine umacniała się na pozycji matrony rodu. Wszystkie Dietrichówny wierzyły, że to właśnie ona jest najsilniejsza z nich. Być może miały rację. Dziewczęta, ukryte na półpiętrze, obserwowały, jak ich matka nosi tace pełne kanapek z wątrobianką oraz parującej kawy. Wiedziały, że jej zdaniem pogrążonych w smutku należało nakarmić. Wierzyła bowiem, że siła fizyczna jest niezbędna do uporania się z żalem. Istotnie, panie zawsze czuły się odrobinę lepiej, kiedy opuszczały dom Josephine. Uważna Liesel płakała z litości nad tymi czarnymi postaciami uginającymi się pod ciężarem rozpaczy. Lena, która nigdy nie darzyła sympatią surowych realiów, dalej patrzyła na życie z własnej perspektywy, a kiedy pod dach jej rodziny wprowadziła się dopiero co owdowiała tante Valli, dziewczyna nie posiadała się z radości.

4 lutego 1916

Jest tu tante Valli. Jak cudownie! Właśnie zostawiłam na jej łóżku sosnową gałąź z papierowymi różami i wierszem, który dla niej napisałam.

Gdybym miała piękne róże,

Dla Ciebie bym je zerwała.

Tego jednak sroga zima

Podarować mi nie chciała.

Spójrz jednak na te kwiaty

I pomyśl o mnie,

Bo zawsze będę Cię kochała.

6 lutego 1916

Tante Valli jest niezwykle słodka! Wczoraj ubrała się w czarną suknię z białym kołnierzykiem i białymi mankietami. Wyglądała absolutnie bosko. Szykownie. Miała też czarne lakierki. Zeszłego wieczoru często ją całowałam, ale wciąż mi czegoś brakuje. Ten jeden pocałunek, który od niej otrzymałam, to za mało. Ogromnie się cieszę, kiedy mnie całuje - jak Grete w Dessau, z tym że to moja ciotka. Liesel też często ją całuje. Wczoraj, kiedy zagrałam dla niej nostalgicznego walca Beethovena, rozpłakała się. Chciałam cisnąć skrzypce w kąt, podbiec do niej i scałować jej łzy.

10 lutego 1916

Tante Valli już nie ma. To takie straszne. Podarowała mi srebrną bransoletkę, której nie wolno mi nosić do szkoły. Na szczęście mam kilka końcówek papierosów, które paliła u tante Eimini; mają jedwabne koniuszki. Kiedy wyjechała, siedziałam przed jej łóżkiem i wypłakiwałam sobie oczy. Teraz, podczas odrabiania matematyki, ponownie zaczęłam płakać, bo nagle pomyślałam, jakie wszystko znowu jest ciche.

15 czerwca 1916

Vati został wysłany na front wschodni. Mutti pojechała do Westfalii, żeby spróbować się z nim spotkać. Ale jego pociąg już odjechał i chociaż mutti usiłowała za nim podążyć, nie mogła tego zrobić. Spóźniła się pięć minut. Jest potwornie smutna. Wczoraj, kiedy mutti nie było, poszłyśmy obejrzeć rewię w Variety. Pokładałyśmy się ze śmiechu. Vati przesłał nam kilka prawdziwych zdjęć. Na jednym z nich pozuje z przystojnym pod­porucznikiem, który nazywa się Lackner. Na górze bawimy się teraz w pielęgniarki. Oczywiście ja doglądam Lacknera, a konkretnie Hansa-Heinza von Lacknera, dwudziestotrzyletniego podporucznika dziewięćdziesiątego drugiego pułku piechoty, urodzonego w Braunschweig. W czarnym szalu przypominam prawdziwą pielęgniarkę. Wyglądam w nim naprawdę dobrze. Poza tym nie mam już bzika na punkcie tante Valli. Chwilowo nie mam bzika na niczyim punkcie! Za kilka tygodni będziemy w Harzburgu. Wtedy pewnie znowu oszaleję na czyimś punkcie.

Z całego nowego pokolenia śmiałych młodych mężczyzn, którzy w tysiąc dziewięćset czternastym roku przenieśli wojnę w przestworza, prawdopodobnie najwytworniejszy był niemiecki as, baron Manfred von Richthofen. Wielbiony przez swoich rodaków, szanowany przez wrogów, ucieleśniał wizerunek prawdziwie romantycznego pilota z białym jedwabnym szalikiem łopoczącym na wietrze. Niczym najprawdziwszy ryzykant pomalował swój wyjątkowy trójpłatowiec fokker jaskrawoczerwoną farbą, żeby angielscy koledzy nigdy nie tracili go z oczu. Wrogowie nagrodzili tę arogancką odwagę, nadając mu przydomek Czerwony Baron. Ci młodzi chłopcy, którzy w swoich samolocikach przypominających kruche latawce szybowali nad ziemią, by zabijać i tracić życie, byli największymi gwiazdami pierwszej nowoczesnej wojny - a potem także każdej kolejnej. Samotne podboje tylko dodawały im, tak jak dawniej rycerzom, szarmanckiego uroku i heroizmu. Jedynie fakt, że młode damy z dobrych rodzin nie czytały gazet, a radio i telewizja nie istniały, może tłumaczyć pominięcie postaci dziarskiego bohatera w dziewczęcych pamiętnikach Leny. Taki bez wątpienia wywoływałby jej zachwyt, tak jak dwadzieścia osiem lat później robił to każdy ze skrzydlatym symbolem na mundurze.

To tante Valli, której pobladła twarz przypominała maskę żalu, przyniosła Jose­phine wieści o śmierci Louisa. To ona trzymała cierpiącą kobietę w ramionach, szeptała wyświechtane słowa pocieszenia i osłody w nadziei, że dotrze do zdjętej lodowatym szokiem kobiety. Zaprowadziła ją do pokoju, położyła i okryła dużą puchową pierzyną, przekonana, że wkrótce smutek skuje lodem jej duszę. Potem zaczekała w cichym domu na powrót dzieci.

Tamtej nocy Liesel płakała tak długo, aż zasnęła, ściskając zdjęcie ojca. Lena nie chciała w to uwierzyć. Tante Valli nie miała prawa rozpowiadać takich strasznych kłamstw na tak poważny temat. Dygnęła przed ciotką, po czym pomaszerowała do swojego pokoju. Lena nie płakała. Córki dzielnych żołnierzy nigdy nie płakały.

Za zamkniętymi drzwiami Josephine opłakiwała męża w samotności. Kiedy w końcu wyszła ze swojego pokoju, wdowi strój opatulał ją niczym skrzydła nietoperza. Mocno zaplotła tradycyjne czarne wstążki w warkocze córek, przyszyła czarne opaski do ich szkolnej odzieży, powiesiła czarną krepę na dużych drzwiach frontowych domu w Schönebergu. Życie w wojennych Niemczech podjęło swój taniec śmierci.

Czerwiec 1916

Teraz wszyscy nie żyją. Dzisiaj vati zostanie pochowany. Rano nie poszłyśmy do szkoły, a jedynie na Cmentarz Pamięci, żeby być z vati. Dopiero co wykopali jego grób. Strasznie tu teraz nudno - jedynym interesującym chłopcem spośród bumelantów jest Schmidt.

Leni

* * *

Jako samotna kobieta z dwiema córkami do wychowania Josephine odchodziła od zmysłów. Wiedziała, że jej wdowia renta nie wystarczy na życie. Wkrótce dziewczynki wyrosną z butów. I co wtedy? Gdzie znajdzie skórę w czasie wojny? Wprawdzie mogłaby pociąć buty jeździeckie Louisa, ale skąd weźmie pieniądze, żeby zapłacić szewcowi? Nawet jedzenie stało się towarem deficytowym. Kartki żywnościowe zostały więc jej najcenniejszym dobrem. Całe dnie spędzała w ogonkach, czekając, mając nadzieję, że kiedy w końcu przyjdzie jej kolej, ktoś będzie miał jeszcze coś na sprzedaż. Z nastaniem zimy tysiąc dziewięćset szesnastego roku chleb robiono z rzepy, racje mięsa składały się z kości i podrobów, mleko i sery nie istniały, a ziemniaki zostały zastąpione brukwią. Kawa, ta integralna część tkanki społecznej Berlina, była produkowana z mielonych orzeszków buku. Surogat stał się receptą na życie w każdej dziedzinie. W robotniczych dzielnicach miasta kobiety gromadziły wszystkie cenne racje, jakie tylko zdołały znaleźć, i organizowały kuchnie komunalne, gdzie za czterdzieści fenigów każdy mógł kupić litr cienkiej zupy, aby nakarmić rodzinę. W modnej dzielnicy Berlina kwitł czarny rynek restauratorów. Właśnie tam wytłaczane menu obiecywało: bażanty, soczyste gęsi, chrupiącą pieczeń wieprzową, duży wybór warzyw, ciasta czekoladowe i różne lody. Jak zawsze podczas każdej wojny najbogatsi mogli ucztować, a biedacy musieli grzebać w śmieciach, aby nakarmić dzieci.

Kiedy grypa przetoczyła się przez oblężone miasto, Josephine zrozumiała, że nadszedł czas, aby wywieźć dzieci z Berlina. Podczas pożegnania z domem w Schönebergu czuła się tak, jakby kolejny raz traciła Louisa - jakby godziła się z tym, że odszedł na dobre. Ona, która rzadko pozwalała sobie na łzy, zapłakała nad utraconymi marzeniami z młodzieńczych lat, po czym odwróciła się, na zawsze zamykając za sobą ten rozdział swojego życia, i ruszyła w drogę. Musiała się bowiem wywiązać ze swoich obowiązków.

Josephine zabrała swoją małą rodzinę do wynajętego mieszkania położonego sto pięć kilometrów na południowy zachód od Berlina, w mieście o nazwie Dessau.

Dessau

9 listopada 1916

Dołączyłam do bumelantów kwadrans po osiemnastej. Powiedzieli mi, że Fritz zwinął się piętnaście minut wcześniej. Ja to mam szczęście! Czekałam więc w nadziei, że przyjdzie, ale się nie pojawił. Gdybyśmy się spotkali, byłoby świetnie, bo mutti wyjechała z miasta. Widziałam go później na lekcjach gry na skrzypcach. Zawsze docieram na moją, zanim on skończy swoją. Gdyby tylko Herbert Hirsh o tym wiedział. Kleił się do mnie w Hartsbadzie. Był całkiem interesujący. Szczególnie interesujące były jego gorące pocałunki w ciemnym przejściu, za które strasznie się na niego wściekłam. Ma czternaście lat, a zachowuje się jak siedemnasto­latek. Jego ojciec to paskudny stary Żyd, który zdaniem mutti może być niebezpieczny. W Berlinie Herbert był dla mnie miłą rozrywką, choć niestety niewygodną, bo zawsze stał przy drzwiach gotowy towarzyszyć mi wszędzie, a ja oczywiście nie chciałam, żeby inni mnie z nim widzieli. Zanim wyjechałyśmy z Berlina, spotkałam się z nim ostatni raz. W dniu naszego wyjazdu przyjechał na rowerze. Miałam róże od tante Elsy, więc udawałam, że dostałam je od wielbiciela, i powiedziałam, że powinny być od niego. Potem odjechał w pośpiechu. Chyba do niego napiszę i na nowo rozpalę jego namiętność. Tutaj każda dziewczyna ma własnego wielbiciela; poza tym w Dessau można umrzeć z nudów.

Dessau

6 grudnia 1916

Kiedy dzisiaj bumelowałam, grupa chłopców ściągnęła mi kapelusz i zaczepiała mnie. Tak dzieje się zawsze, kiedy pojawia się ktoś nowy, kogo jeszcze nie znają. Nie mogę pójść tam jutro, bo przez trzy kolejne dni nie wolno mi chodzić na spacery. Nawet wysyłają mnie do łóżka za piętnaście dziewiąta! Piętnastolatkę? Liesel jest taka "cnotliwa". Nigdy nie bywa na ulicy Cavaliere, ponieważ boi się, że ktoś mógłby ją wziąć za bumelantkę. Tante Eimini ma grypę hiszpankę - mutti się nią opiekuje. Musiałam pojechać do tante Agnes. Kiedy dotarłam na miejsce, nie miała nic lepszego do zaoferowania prócz wytknięcia wszystkich moich grzechów. "Dlaczego wczoraj bumelowałam?" "Z kim się spotkałam?" "Ile razy przeszłam ulicą tam i z powrotem?" Moja jedyna rozrywka, jeśli można to tak nazwać, polega na szwendaniu się z koleżanką przez pół godziny wieczorem, kiedy odrobię już lekcje. I nawet tego mi już zabraniają! Nic mnie to nie obchodzi! I tak będę wychodzić!

10 grudnia 1916

Dzisiaj uśmiechnął się tak uroczo. Został ranny, więc nosi cywilne ciuchy. Nazywa się F. Schuricke i zawsze patrzy na mnie z taką śmiałością. Rano widuję go w tramwaju, a wieczorami, kiedy wraca, spacerujemy. Nikomu nie pozwolę sobie tego odebrać! (Tak na marginesie z tante Valli wszystko skończone).

Dessau

13 stycznia 1917

Może za bardzo się ekscytuję, ale nic na to nie poradzę. Kocham go. Całym sercem. A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że mu się podobam! Czy nie spogląda w moje okno za każdym razem, kiedy mija mój dom, żeby sprawdzić, czy stoję tam i czekam na niego? To głupie, ale też miłe, wiedzieć, dla kogo robi się nową fryzurę albo wybiera strój, nawet jeśli ta osoba ledwo to dostrzega. W końcu to moja pierwsza miłość. Wcześniej nic nie wiedziałam o miłości. Jutro spotkam cię na promenadzie, Fritzi. Spotkam ciebie, ciebie, ciebie, ciebie, aniele - ciebie, ciebie, cudownego ciebie! Ze swoich poprzednich ukochanych zawsze się śmiałam. Z mojej pierwszej miłości nigdy nie będę się śmiała! Mam nadzieję, że mutti mi tego nie zrujnuje.

16 stycznia 1917

Wszystko skończone. To nic dla niego nie znaczyło. A ja tam poszłam i pokazałam, jak bardzo go lubię. Już nigdy nikomu nie oddam się tak jak temu, komu nie zależy, kto chciał się tylko dowiedzieć, co myśli o nim młoda "pensjonarka". O nie, jestem na to za dobra! Zapamiętam to uczucie, ale z F.S. wszystko skończone!

Po miesiącach nieustającej rzezi bitwa pod Verdun wreszcie dobiegła końca. Kosztowała Francję pięćset czterdzieści dwa tysiące ludzi. Po stronie niemieckiej ofiar było czterysta trzydzieści cztery tysiące.

4 lutego 1917

Ogromnie pokłóciłam się z mutti. Powiedziała, że skoro "prowadzam się" z tymi wszystkimi chłopcami, muszę mieć fioła na ich punkcie. Po pierwsze, "nie prowadzam się z chłopcami", a po drugie, to są tylko dobrzy znajomi. Nie trzeba się w nich wszystkich zakochiwać, a nawet gdyby tak było, wcale nie musiałoby to znaczyć, że "ma się fioła na punkcie mężczyzn"! Niektórzy ludzie zawsze dopatrują się tego, co najgorsze, w najbardziej niewinnych rzeczach. Powiedziała: "Jeśli mężczyźni staną się twoją obsesją, zostaniesz odesłana do szkoły z internatem". Phi! Co za głupota! Ona zawsze próbuje robić z igły widły, a ja sobie myślę: "Co za nuda!". Kiedy ktoś rozmawia z chłopakiem na lodowisku, nie musi zaraz "mieć fioła na punkcie mężczyzn". Nie, nie! Naprawdę to dla mnie za wiele!

19 lutego 1917

Szaleję za Ulle Bülowem. Za Detleyem Ernst-Ulrichem Erichem Ottonem Wilhelmem von Bülowem. Jest taki bosko przystojny. Jego matka jest, albo była, Żydówką, więc oczywiście on ma w sobie coś wyjątkowego - wyjątkowe piękno tej rasy, urok i szlachetność! Poza tym jest niewiarygodnie szykowny! Ma szesnaście lat, kiedyś mnie ignorował, ale już tego nie robi.

Nawet w Dessau "rzepowa zima" nabierała realnych kształtów. Powoli skóra kobiet, dzieci i starców zyskiwała żółtopomarańczowy odcień marnej brukwi. Wszystkich prócz Leny. Jej cera zachowała porcelanową bladość. Później Lena często relacjonowała ten okres swojej młodości takimi oto słowami: "W czasie wojny jadaliśmy rzepę, tylko rzepę i nic ponadto. Po pewnym czasie ludzie się zażółcili. Jedynie ze mną tak nie było. Prawda, że zabawne? Miałam wówczas zaledwie sześć lat". W rzeczywistości miała szesnaście. Ale Marlene potrafiła rozrzucać lata jak konfetti.

Tę zimę, kiedy Eduard von Losch zaproponował jej małżeństwo, młoda wdowa Dietrich przyjęła z wdzięcznością i uczuciem. Eduard był najlepszym przyjacielem Louisa. Znała go i szanowała, odkąd jej mąż po raz pierwszy zaprosił go do domu, aby przedstawić mu swoją świeżo poślubioną małżonkę. Później był jedynym spośród przyjaciół Louisa, który w odczuciu Josephine nie akceptował nieodpowiedzialnego zachowania jej męża.

Eduard był dobrym człowiekiem, pragnącym zatroszczyć się o rodzinę swojego przyjaciela. Nie prosił o nic prócz możliwości otoczenia trzech kobiet opieką w tych trudnych czasach. Nie oczekiwał, że Josephine go pokocha. Wystarczyło mu, że on kochał ją.

Rodzina von Loschów nie posiadała się z oburzenia. Krewni poinformowali Eduarda, że zamierza poślubić kobietę niskiego stanu, że uważają Josephine Dietrich za ambitną karierowiczkę i że jeśli będzie obstawał przy tej głupocie, nie tylko nie uznają jego żony, ale także nie będą chcieli mieć nic wspólnego z całą tą odrażającą aferą.

Jako że trwała wojna, a panna młoda niedawno straciła męża, Eduard i ubrana na czarno Josephine pobrali się podczas skromnej ceremonii. Mimo że Liesel nadal opłakiwała ojca, przyjęła ojczyma pełna szczerych chęci. Lena całkowicie ignorowała to małżeństwo i zachowywała się tak, jakby w ogóle nie doszło do jego zawarcia. Choć jej matka zmieniła nazwisko na von Losch, ona na zawsze zamierzała pozostać Dietrich. Wiele lat później jej prawdziwy ojciec i von Losch zazębili się w jej wspomnieniach, tracąc odrębne tożsamości i scalając się w jedno.

Eduard urządził swoją nową rodzinę w należącym do niego cudownym domu zlokalizowanym w jednej z najmodniejszych dzielnic willowych Berlina. Odtąd każdy dzień przypominał Gwiazdkę. Przez pewien czas wojna wydawała się odległa. W niektóre poranki pojawiały się prawdziwe mleko, a nawet całe kawałki sera. W domu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki materializowały się paczuszki z brązowego papieru pełne cennych ziaren kawy. Dwie, a czasem nawet trzy bryłki cukru i chleb - chleb z prawdziwej mąki! Radość, jaką sprawiał Eduardowi uśmiech Josephine, była tak przemożna, że przeczesywał miasto w poszukiwaniu niepospolitych luksusów, wdzięczny, że ma środki, aby płacić horrendalne ceny czarnorynkowe. Pewnej nocy Josephine znalazła świeży kwiat na poduszce. Doskonałą żółtą różę! Różę w wojennym Berlinie! Gdzie Eduard ją znalazł? Musiała kosztować fortunę! Ale on tylko się rozpromienił. Widok szczęśliwej żony był wspaniały! Wkrótce musiał ją opuścić. Zostało mu tak mało czasu, aby dawać jej szczęście.

Berlin

2 kwietnia 1917

W końcu mam miejsce, gdzie mogę być sama. Urządzili stryszek nad łazienką tylko dla mnie. Mam duży dywan, różowe zasłony i światło elektryczne. Wieczorami jest tu bardzo przytulnie. Usycham z tęsknoty za wiosną, za latem. Chociaż mamy ten duży dom, tutaj człowiek wychodzi tylko po to, aby zobaczyć, co noszą inni ludzie, i zawsze musi się martwić, czy sam jest ubrany wystarczająco dobrze i nowocześnie! Och, jak miło byłoby się położyć na łące, w skromnej sukience, i po prostu marzyć. Zapytałam mutti, czy mogę pójść do tante Touton. "Nie". Gdybym ja była matką, nie posiadałabym się z radości, że moje dziecko dobrze się pobawi i naje, zamiast przesiadywać w Berlinie, zakuwając. To takie smutne, że już nie jestem zakochana w Ulle von Bülowie. Chodzi mi o to, że tamto uczucie było naprawdę miłe.

CałusyTwoja Leni

Niemieckie łodzie podwodne ruszyły na łowy w północne rejony Atlantyku w poszukiwaniu wrogich i bezstronnych jednostek. Po wstrzymywaniu się z decyzją do granic możliwości Woodrow Wilson oświadczył w końcu, że Stany Zjednoczone prowadzą wojnę z Niemcami. Wkrótce amerykańska piechota została zmasowana we Francji, gotowa do wymarszu przy śpiewnych nutach Irvinga Berlina i George'a M. Cohana, aby zbawić świat. Nikt nie zastanawiał się po co. To miała być chwalebna przygoda!

Na łagodnych zboczach Château-Thierry bezkresne morze małych białych krzyżów znaczy ich przejście.

13 kwietnia 1917

Za nikim nie szaleję. Dzisiaj dostaliśmy zdjęcie wuja Maxa. Słodki, słodki wujek Max. Teraz, kiedy jego zeppelin został zestrzelony, można myśleć tylko o tym, jaki był słodki. Myślę, że ta wojna nigdy się nie skończy. I teraz nawet Ameryka! Chyba lepiej przerwę pisanie i wrócę do tego, kiedy będę miała coś interesującego do zakomunikowania. Czekam na nową miłość.

17 maja 1917

Nadeszła wiosna z żarem lata. Wczoraj, kiedy skończyłam lekcje gry na skrzypcach, dwóch chłopców śledziło mnie aż do Kurfürstendammu.

2 czerwca 1917

Wczoraj i dzisiaj zbierałam pieniądze w ramach kwesty na okręty podwodne. Jutro spróbuję się od tego wymigać. Życie tutaj jest takie nudne. Mutti ciągle nam powtarza, jak dobrze żyjemy, ale ona nie rozumie, jak bardzo tęsknię za odrobiną zabawy.

Front zachodni ciągnął się teraz na odcinku około pięciuset kilometrów, od wybrzeża we Flandrii, nieopodal Dunkierki, aż po granicę ze Szwajcarią, w pobliżu Bazylei. Front wschodni zajmował wiele tysięcy kilometrów, od Bałtyku po Morze Czarne.

18 czerwca 1917

Zaczynam się zakochiwać w Margaret Rosendorf z klasy Liesel. Poza tym moje serce pozostaje potwornie puste. Łatwiej jest, kiedy się kogoś ma - wtedy człowiek czuje się taki ładny. Wybraliśmy się na wycieczkę do Faulbaummern. Na miejscu śledził mnie pewien starszy dżentelmen. Nazywa się Wiebett. Poszłam obejrzeć film z Henny Porten. Kocham ją. W końcu przekonałam mutti, żeby zmieniła fryzurę Liesel. Do tej pory nosiła warkocze przypominające węże wijące się jej z tyłu głowy. Teraz nosi kok z ładną wstążką. Ja zaczesuję włosy do góry, a na specjalne okazje wypuszczam lok. W końcu jestem już za stara na warkocz.

28 czerwca 1917

Tak bardzo kocham Henny Porten. Wysłałam do niej pocztówkę z jej zdjęciem, żeby złożyła na nim autograf, ale ona nie ma pojęcia, komu je wszystkie odsyła. Tylko je podpisuje, wkłada w koperty i nadaje. To pewnie łatwe. Pojawiły się jej nowe fotografie z dzieckiem. Biedactwo jest jeszcze takie młode, a już widnieje na pocztówkach. Księżniczka Augusta leczy się w sanatorium z powodu histerii. Mam nadzieję, że z tego wyjdzie. Była miła, kiedy poznałam ją u tante Valli. Właśnie dostałam skrzypce, które kosztowały dwa tysiące marek. Wydają czysty dźwięk. Czy to znaczy, że chcą mnie szkolić? Jestem pewna, że ćwiczenia będą potwornie przyjemne! Napisałam wiersz o "dzielnych okrętach podwodnych".

Nadszedł dzień, kiedy Eduard dołączył do swojego pułku piechoty. Przytulił mocno Josephine. Uwielbiał zmianę, która w niej zaszła. Wyglądała tak cudownie w nowej letniej sukni. Jasny odcień żółtego bardzo jej pasował. Eduard nie chciał pamiętać jej w czerni. Dokonał wszystkich niezbędnych ustaleń. W razie jego śmierci nie będzie musiała się martwić o swój los ani nikogo o nic prosić. Pocałował ją. Przylgnęła do niego. "Nie odchodź! Nie zostawiaj mnie! Proszę!", krzyczało jej serce. Wiedziała jednak, że nie może obarczać męża swoimi pragnieniami. Dlatego milczała.

- Wrócę. Na pewno! Przed świętami Bożego Narodzenia. Do tej pory wojna się skończy. Muszę jechać. Pisz do mnie. Każdego dnia! Kocham cię!

Stała tam całkiem sama jeszcze długo po odjeździe jego pociągu. Potem się odwróciła i poszła do domu.

Bad Liebenstein

7 lipca 1917

Jesteśmy w Liebensteinie. Nie mogłam się doczekać tego wyjazdu, ale tu nic nie ma! Rano idziemy do pijalni wód, a przez resztę czasu można umrzeć z nudów. Najróżniejsi biedacy żyją tutaj w luksusowych warunkach. Ludzie nie przyjeżdżają tu dla rozrywki. Gdziekolwiek spojrzeć, widać różne dzieci, albo takie z oczami zamkniętymi na dobre, albo z dużymi krostami na powiekach. Jak zabawa, to tylko w uzdrowisku!

Wczoraj widziałyśmy Księżyc w cieniu Ziemi. Bardzo piękny.

Henny Porten odesłała mi moje pocztówki. Jej podpis tworzą duże, chłodne litery.

Tuż obok naszego hotelu trwa budowa - pracują tam francuscy jeńcy wojenni.

Tamtego lata zwłoki rozkładały się w złotych promieniach słońca. Mężczyźni uwięzieni w okopach przez nieustający ostrzał z moździerzy nie mogli do nich dotrzeć i ściągnąć ich z pól bitewnych. Szczury ucztowały na mięsie koni i ludzi.

17 lipca 1917

Hrabino Gersdorf, twoje stopy są różowe, a moje serce płonie dla ciebie!

Umieram z miłości do niej, jest piękna jak anioł, jest moim aniołem. Chciałabym ją trzymać za rękę i całować bez opamiętania aż do śmierci. Ona nie wie, jak wielka jest moja miłość. Myśli, że po prostu bardzo ją lubię, tak jak Liese. Ale tym razem to prawdziwa namiętność, głęboka, głęboka miłość. Moja słodka hrabina. Jest taka piękna.

Wczoraj spacerowałam z nią po parku. Czasem czuję, jak delikatnie ściska moje ramię. Dzisiaj nawet nie mogłam przełknąć śniadania, taka byłam podekscytowana, ale Liese nalegała, żebym coś zjadła. Moja ukochana hrabina powiedziała: "Pójdź z nią i zjedz śniadanie". Wie, że mutti zależy, abym jadała śniadania, a ja jestem jej posłuszna jak pies. Ucałowałam jej dłoń. Miała cudne rękawiczki z szarej skóry i powiedziała: "Mała Leni, chyba nie będziesz całowała tej brudnej rękawiczki?". Mówi do mnie per "ty" w zażyły sposób i nazywa mnie "Marlenchen", tak jak ją o to prosiłam. Powiedziała: "Chcesz się ze mną zaprzyjaźnić, prawda?". Byłam z nią w Eisenach, było bosko. Na urodziny kupiła swojemu mężowi srebrny medalion na długim łańcuszku i zamówiła taki oto grawerunek: "Kawaler, Hrabia Harry von Gersdorf". Podarowała mi koniczynę, którą sama zerwała. Oddała ją do oprawienia w szkło w srebrnej ramce. Kiedy podróżowałyśmy pociągiem do Eisenach, przejeżdżałyśmy przez tunel. Ujęła wtedy moją dłoń i oparła głowę na moim ramieniu, a ja czym prędzej ucałowałam jej ramię i ręce. Kiedy wyjechałyśmy z tunelu, uśmiechała się. W drodze powrotnej siedział obok nas pewien młody oficer. Zwróciła się do niego: "Hrabia Wiser, mam rację?". Chciał mi się przedstawić, ale hrabina go ubiegła. "Hrabia Wiser, Fräulein von Losch".

W kolejnym tunelu znów pocałowałam jej ręce. Zrobiła się bardzo radosna. Później pociąg zatrzymał się na pół godziny, a ona zamówiła trzy piwa. Dużo piliśmy i żartowaliśmy ze znanych nam osób. Ona powiedziała: "Marlenchen, tylko nie waż mi się upić". Potem kazali mi wrócić do domu z żoną wikariusza, żeby się mnie pozbyć. Odezwałam się do niej: "Już mnie nie potrzebujesz, moja droga hrabino?". Odparła, że nie, ale ja jestem pewna, że to nieprawda.

Wybrałyśmy się na komedię muzyczną Biedny żak. Siedziałam obok niej. Była ubrana w czarny aksamit. Gdy tylko pociemniało, szepnęłam do niej: "Moja droga hrabino, wyglądasz absolutnie zjawiskowo". Odpowiedziała: "Ciii... kiedy wybierzemy się na Zemstę nietoperza, będę jeszcze piękniejsza". Dwudziestego czwartego hrabina będzie świętowała swoje urodziny. Mam nadzieję, że otrzymam pozwolenie, aby założyć białą sukienkę.

Mimo że Josephine zarezerwowała pokoje na cały czerwiec, nagle zmieniła zdanie i wróciła do Berlina. Ciotki zastanawiały się, co takiego wywołało tę gwałtowną decyzję, ale oczywiście były zbyt dobrze wychowane, aby zapytać.

Berlin

14 sierpnia 1917

Rozstanie było krótkie i bolesne. Prócz koniczyny podarowała mi ametyst osadzony w srebrze. Napisałam dla niej wiersz. Nie wiem, co o nim myśli. Wyznałam jej miłość i podpisałam się "Marlene". Gdyby nie była mężatką, zrobiłabym wszystko, żeby zdobyć jej serce i mieć ją dla siebie przed hrabią Gersdorfem. Nawet teraz chciałabym być nim. Pragnę jej. Ona to wie. Przyjeżdża tutaj we wrześniu i może poprosi, żebym towarzyszyła jej na wyścigach, spędzała z nią czas i była jej "chłopcem". Dokładnie tym byłam podczas pobytu w Liebensteinie. Nie chce tego przyznać, ale traktuje mnie i Liesel jednakowo. To nie w porządku, bo ja się w niej durzę, a Liesel nie. Powiedziała, że pozwoliła Liesel pocałować się w rękę, lecz nie w ramię, na co udzieliła zgody mnie. Jednak kiedy hrabina podarowała Liese wisiorek, Liese pocałowała ją w ramię, a kiedy przypomniałam o tym hrabinie, odparła: "Ale cóż mogłam na to poradzić?". Więc rzeczywiście traktuje nas tak samo. Jak wiele wybacza miłość. Miłość cierpi, toleruje, ma nadzieję. Noszę jej zdjęcie w medalionie. Czasem moja miłość zachowuje się jak dziecko, mimo że jest poważna jak dorosły. To taka miłość, jaką mogłabym czuć do mężczyzny. Naprawdę to wielka szkoda, że ona mnie nie rozumie, wydaje jej się, że to zwykłe zauroczenie. Sama nazywam to zauroczeniem, ale w rzeczywistości to nie takie proste. Cała ta sytuacja nie jest prosta! O zauroczeniu można łatwo zapomnieć, lecz nie o miłości.

Berlin

30 sierpnia 1917

Dwa dni temu napisała do mnie kartkę i od tamtej pory nic. Oczywiście zawsze tak się dzieje, kiedy dwoje ludzi poznaje się latem, ale i tak ogarnia mnie rozczarowanie. Czy poznam kiedyś smak czystej, szczęśliwej miłości? Kiedy się rozstawałyśmy, powiedziała: "Nie płacz, Marlenchen!". Jak mam nie płakać, skoro wiem, że zaczyna o mnie zapominać?

* * *

Tym razem wiadomość o śmierci męża przyniósł Josephine zwiadowca pułku. W wieku czterdziestu lat została wdową po raz drugi.

Z niesłychaną starannością włożyła zasuszoną różę między warstwy kosztownej bibuły otulającej żółtą sukienkę, po czym zamknęła pudło. Zostawiwszy je na łóżku, odwróciła się i wyszła z pokoju. Czarny woal musnął jej policzek. Z pęku kluczy przy pasie wybrała jeden i przekręciła go w zamku drzwi. Nigdy więcej nie weszła do tego pokoju ani nie założyła jasnożółtej sukienki. Liesel płakała i modliła się za wstąpienie do nieba duszy Eduarda. Pamiętniki Leny całkowicie ignorują jego śmierć.

17 września 1917

Moja dusza pełna jest Henny Porten. Wczoraj Hanne, Hein i ja wybraliśmy się na jej film Pojmana dusza do teatru Mozarta. Nie zdołam opisać, jakie to było piękne, naturalnie dzięki niej. Zdejmuje szlafrok, żeby się wykąpać - jest naga. Pokazuje tylko ramiona, ale po bokach widać więcej. Cudowna kobieta.

Padało tak, jakby miało nigdy nie przestać. Leje po bombach i okopy pełne były wody. Pola bitewne spływały błotem! Wyczerpani mężczyźni, obładowani ciężkim sprzętem, tonęli w szlamie, zanim ktokolwiek zdołał do nich dotrzeć.

19 października 1917

Poszłam z kwiatami do jej domu, ale się wyprowadziła. Żona odźwiernego podała mi jej nowy adres, ponieważ się nade mną ulitowała, kiedy zobaczyła mnie z tymi kwiatami, lecz było późno i nagle kwiaty przestały mi się podobać. Muszę się uczyć swojej roli, ponieważ w szkole wystawiamy Guwernantkę Kohnera. Gram Franziskę. Jestem pewna, że wyjdę na scenę.

W Vincennes niemiecka szpieg Mata Hari została stracona przez francuski pluton egzekucyjny. Trzynaście lat później Lena pięknie odegrała ten dramatyczny moment w filmie. W tysiąc dziewięćset siedemnastym roku, kiedy nikt nie zgłosił się po ciało Hari, rzucono je na stół podczas zajęć z patologii. O tym jednak nie wspomniano w produkcji Zniesławiona.

27 października 1917

W niedzielę mamy pierwszą próbę kostiumową. Zżera mnie trema. Gram męską rolę i występuję w czarnych spodniach sportowych, płaszczu do jazdy konnej mutti i białej koronkowej koszuli. Mam nadzieję, że pożyczy mi swoją różową suknię wieczorową, kiedy będę grała Franziskę. Tak dobrze na mnie leży i pasuje do mnie, a ja muszę mieć długą suknię.

4 listopada 1917

Wczoraj na przyjęciu zamiast imion i nazwisk na karteczkach widniały cytaty. Każdy musiał znaleźć swoje miejsce, kierując się właśnie tymi wersami. Ja natychmiast wypatrzyłam swoje: "Czym jest życie bez blasku miłości?".

Trzy dni później rewolucja, która w Rosji rozwijała się przez lata, została zalegalizowana - bolszewicy przejęli władzę. Wkrótce wojna domowa i głód tylko pogłębiły kryzys w Rosji.

15 listopada 1917

Hrabina Gersdorf i jej mąż Harry ciągle nas odwiedzają. Ona udaje, że nie może się pogodzić, że już się w niej nie durzę. Posyła mi rozczarowane spojrzenia i pozuje na "młodą kochankę". Teraz noszę w medalionie zdjęcie Henny Porten. Mam je także wszędzie w pokoju. Role się odwróciły. Całuje mnie, kiedy mnie widzi. Mąż traktuje ją wspaniale. Dzisiaj źle się czuła, a on się o nią troszczył. Naprawdę wzruszył mnie ten widok. Mam nadzieję, że ja też znajdę kiedyś takiego męża.

Dwudziestego listopada pancerne "okręty lądowe" zaatakowały niemieckie szeregi w pobliżu Cambrai, a słowo "czołg" na dobre weszło do języka wojennego.

22 listopada 1917

W niedzielę w teatrze Mozarta odbyła się wielka uroczystość, wyświet­lono dwa filmy z udziałem Henny Porten. Czekałam na nią i wręczyłam jej cztery goździki w kolorze wina, które kosztowały mnie cztery marki. Wyglądała absolutnie bosko i odwdzięczyła się najcudowniejszym uściskiem dłoni na świecie. Czasami czuję się tak bardzo przytłoczona tęsknotą za nią, że muszę pędzić do sklepu i kupić jedną z pocztówek z jej wizerunkiem, aby móc patrzeć na jej piękną twarz.

Tej zimy temperatura spadła do minus dwudziestu dwóch stopni. Tyfus szalał w dzielnicach zamieszkanych przez klasę robotniczą. Ciała zostawiane przed domami dla wozów śmierci ciągniętych każdego dnia rano przez konie zamarzały na progach.

14 stycznia 1918

Kocham cię! Jak miło móc to powiedzieć, jak miło to usłyszeć. To takie małe, malutkie słowo, ale kryją się w nim całe szczęście i całe cierpienie tego świata.

19 stycznia 1918

Jestem szczęśliwa. Wczoraj wciąż jeszcze płakałam, a dzisiaj się śmieję. Kupiłam bukiet dzikich fiołków i konwalii. Stałam przed jej domem i widziałam zaparkowany powóz. Uznałam, że należy do niej, więc czekałam. Nagle anioł przypominający Henny Porten wyłonił się ze środka. Wręczyłam jej kwiaty, a ona uśmiechnęła się do mnie! Na żywo jest znacznie piękniejsza niż w filmach.

Niemiecka armia wydała "licencje na zabijanie" dla żołnierzy z pierwszego frontu podejrzewanych o nerwicę frontową. Odtąd nie groził im sąd wojskowy, gdyby podczas ataku nieokiełznanej wściekłości postrzelili jednego ze swoich. Ponadto w takiej sytuacji mogli pozostać w służbie czynnej. W Anglii wojskowi na przepustce przebywający z dala od frontu byli uważani za zbyt niestabilnych, aby pozwolić im zabierać broń palną do domu.

17 kwietnia 1918

Za tydzień będę konfirmowana. Nie robi to na mnie większego wrażenia. Przybędzie cała rodzina Dietrichów. Będzie miło.

Francuskie siły na froncie zachodnim zostały przetrzebione przez nowego wroga, grypę hiszpankę. Każdego dnia ewakuowano co najmniej dwa tysiące ciężkich przypadków. Niemcy wykorzystali okazję, aby zmaksymalizować wysiłki. Lada dzień miała się rozpocząć druga bitwa nad Marną. Niemcy mieli pięćdziesiąt dwie dywizje na polu walki, a alianci ledwo trzydzieści sześć.

1 czerwca 1918

Odwiedziła mnie Erna Schonbach, a ja jak skończona idiotka dałam jej do przeczytania mój pamiętnik. Oczywiście z opisem wszystkich miłostek. Nigdy wcześniej nie zrobiłam nic podobnego. Oznajmiła, że na podstawie tego, co przeczytała, uważa moją miłość za powierzchowną, skoro mam takie pojemne serce. Chciało mi się płakać. Za powierzchowną?

11 czerwca 1918

Poszłam na urodziny Hilde Sperling. Kiedy sączyłam pierwszą szklankę ponczu, jeden z jej przyjaciół powiedział: "Wypijmy za tych, których kochamy", i wszyscy unieśli szkło, i wiedzieli za kogo. Tylko nie ja. Ja nie wiedziałam, kogo kocham. Wczoraj byłam roztrzęsiona i postąpiłam głupio, zwierzając się mutti. Przez większość czasu myli się co do mnie. Nawet kazała Liesel mnie pilnować, kiedy jadę tramwajem! Przez takie rzeczy mam ochotę specjalnie źle się zachowywać. No cóż, nie zmienię jej, a ona nie zmieni mnie.

Niemiecka ofensywa zebrała plony w postaci czterystu czterdziestu siedmiu tysięcy dziewięciuset dwudziestu jeden ofiar w brytyjskich oddziałach i czterystu dziewięćdziesięciu tysięcy ofiar w oddziałach francuskich. Za to niemieckich trupów było dwa razy więcej! Po obu stronach barykady dosłownie kończyli się ludzie. Jedynie Amerykanie byli jeszcze w stanie zastępować swoich zmarłych i rannych. Niemcy przeszli do defensywy.

Zapiski z tego okresu w pamiętniku Leny sugerują, że była chora. Najpierw brzmiało to tak, jakby cierpiała z powodu niezbyt wysokiej gorączki reumatycznej, ale jeśli uwzględnić jej skłonny do przesady charakter romantyczki, należałoby raczej uznać, że padła ofiarą depresji wywołanej frustracją seksualną. Teorie Freuda były wówczas zbyt świeże, aby mogły dotrzeć do leciwego lekarza urzędującego w podrzędnym uzdrowisku w Bawarii, dlatego też poczciwy doktor postawił diagnozę na miarę Elizabeth Barrett Browning.

Herzbad Altheide

7 lipca 1918

Smutna leżę w łóżku. Lekarz powiedział, że szwankuje mi serce. Podobno osłabił się mięsień sercowy. Nie wolno mi spacerować dłużej niż sześćdziesiąt minut dziennie, w dodatku powoli. Rano biorę specjalne kąpiele siarkowe. Potem muszę leżeć aż do południa, a później jeszcze dwie godziny. W międzyczasie mogę korzystać z cudownych właściwości tutejszych wód. Tak wyglądają moje fantastyczne wakacje, do których tak mi było tęskno! Nie wolno mi już tańczyć. Zaczęłam śpiewać śliczne bawarskie i austriackie piosenki. Wspomagam się strunami, bo mój głos jest słaby i drżący. Dużo gram na mandolinie i marzę. Mutti mawia: "Możesz marzyć, ale nie bądź niemądra".

Dzisiaj pogoda jest cudowna, świeci słońce, a ja tu leżę. Oczywiście jutro, kiedy będę mogła wstać, będzie lało! Nie powinnam mieć żadnych oczekiwań.

W obliczu sromotnej porażki Niemcy pogrążyły się w chaosie. Do ósmego listopada rozszalała się rewolucja na wielką skalę. Do zamieszek dochodziło w każdym dużym mieście. Na froncie żołnierze po obu stronach barykady masowo dezerterowali. Nie mogli dłużej tego znieść.

Berlin

9 listopada 1918

Dlaczego muszę żyć w tych potwornych czasach? Tak bardzo pragnęłam złotej młodości, a teraz tak to się kończy! Przykro mi z powodu cesarza i pozostałych. Podobno tej nocy wydarzą się złe rzeczy. Motłoch rzucił się na ludzi z powozami. Zaprosiłyśmy kilka pań na herbatę, ale żadna nie zdołała dotrzeć do naszego domu. Udało się to jedynie hrabinie Gersdorf. Na Kurfürstendamm uzbrojeni żołnierze zerwali jej mężowi epolety, a wszędzie, gdzie tylko spojrzeć, widać czerwone flagi. Czego chce naród? Nie dostał tego, na czym mu zależało? Och, gdybym tylko była trochę szczęśliwsza, o wiele łatwiej byłoby mi to wszystko znosić. Może wkrótce nadejdzie czas, kiedy znów będę mogła rozprawiać o szczęściu - wyłącznie o szczęściu.

Jedenastego listopada ogłoszono rozejm. Wielka wojna oficjalnie dobieg­ła końca, a jej cena okazała się zawrotna. Zwycięskie narody zmobilizowały czterdzieści dwa miliony mężczyzn - liczbę zabitych, rannych i zaginionych szacowano na dwadzieścia dwa miliony. Pokonani, którzy zaciągnęli na pola bitewne dwadzieścia trzy miliony mężczyzn, stracili piętnaście milionów. Same tylko Niemcy poświęciły siedem milionów młodych ludzi. Cywilów, którzy stracili życie w wyniku chorób i głodu, nigdy nie policzono.

To prawda, że świat stracił całe pokolenie młodych mężczyzn, ale ta ofiara gwarantowała "pokój na wieczność". Wieczność trwała jednak tylko do czasu, gdy siedem miesięcy później opracowano i podpisano traktat wersalski, zapewniając solidne fundamenty Hitlerowi i jego nazistowskim doktrynom. Mimo wszystko potrzeba było zawziętej propagandy i dwudziestu lat podstępnych praktyk, aby kolejny raz wyprodukować wystarczająco dużo mięsa armatniego do napędzenia następnej wojny gloryfikującej zabijanie. Pokonani Niemcy to niebezpieczna rasa.

Berlin

12 kwietnia 1919

Dlaczego tak bardzo różnię się od Liesel i mutti? One obie są takie oschłe i wyrachowane, a mnie mają za czarną owcę tej rodziny. Wczoraj w teatrze Mozarta odbyła się premiera. Nie mogłam się doczekać wszystkiego - muzyki, Henny - ale Liesel, która nudzi się po egzaminach, męczyła mnie tak długo, aż zgodziłam się na jej towarzystwo. Żeby było jeszcze lepiej, mutti postanowiła do nas dołączyć! No cóż, tak to już jest, kiedy człowiek ogromnie raduje się czymś wyjątkowym. Bardzo chciałam pójść sama. Jestem przekonana, że za bardzo się odstawiłam, więc obie zaczęły się niepokoić moim świetnym wyglądem. Ktoś mi powiedział, że ślicznie wyglądam, jak lalka, którą chce się ciągle całować. Na pewno podobnie uważało co najmniej kilku dżentelmenów, którzy siedzieli w mojej loży. Starszy pan zapytał, czy jestem aktorką. Gdy tylko przyszła mutti, zaczęłam się zachowywać stosownie i skromnie. To naprawdę straszne, kiedy nie ma się ani jednej osoby, której można by się zwierzyć, opowiadać jej o swoich uczuciach bez narażania się na wykłady, takie jak te, które robi mi mutti. Niemniej zawsze powtarza, że chce być najlepszą przyjaciółką dla swoich dzieci. Zastanawiam się, co by mi zostało, gdybym ze wszystkiego się jej zwierzyła. Tak bardzo pragnę tak wielu nieosiągalnych rzeczy, jak nastolatka pragnie swojej pierwszej szkolnej miłości. To nic fajnego, kiedy człowiek wciąż się smuci.

2 maja 1919

Jestem zakochana. Wiem o tym od kilku dni, ale nie mam pojęcia, czy to mnie rzeczywiście cieszy. To takie durne. Zawsze analizuję, co może się wydarzyć, nie potrafię się nawet cieszyć kilkoma miłymi chwilami, bo zawsze sobie powtarzam: "Po co w ogóle się zakochiwać, skoro to i tak nie potrwa długo, a potem moje serce pogrąży się w jeszcze większym smutku?".

Żałuję, że nie jestem bardziej powierzchowna. Cudownie byłoby cieszyć się chwilą bez rozmyślania o przyszłości. Ale ja tak nie potrafię i dlatego tylko utrudniam mu życie, zamiast uszczęśliwić go na tych kilka minut. Dlaczego choć raz nie mogę być kochana przez kogoś, kogo wolno mi kochać? Podobno nie zachowuję wystarczająco dużo dumy ani rezerwy, kiedy kogoś kocham. Ten notatnik ocieka sentymentalizmem. Piszę w nim tylko, kiedy doskwiera mi smutek. A wcale tak nie jest. Może pewnego dnia znów opowie o szczęściu, chociaż w to nie wierzę. Ale kto to może wiedzieć.

Josephine, zaalarmowana powojennym szaleństwem, które zawładnęło Berlinem, wynajęła nieduży dom na wsi, na wypadek gdyby znów pojawiła się konieczność ewakuowania córek z miasta.

16 czerwca 1919

Wygląda na to, że szczęście znów wpadnie w moje ramiona, niczym grzeczne dziecię. Znów jestem zakochana, ale tym razem czuję się inaczej. Pojawiła się stara sympatia z czasów mojej młodości - to słowo mówi wszystko! Niczego nie roztrząsam, tak jak to mam w zwyczaju, kiedy się zakochuję. Dzięki temu jestem taka szczęśliwa, taka spokojna.

Dobrze wiem, że nie będzie próbował niczego więcej. Nie muszę się więc bać. Jesteśmy jak dzieci - szczęśliwe, że możemy się spotykać. Patrzę na niego i to mu wystarcza. Przynajmniej znów kocham. Potrzebowałam tego. Po nim pewnie będzie ktoś inny.

Berlin

19 sierpnia 1919

Wróciłyśmy z Bad Pyrmont. Zostawiłam tam serce. Myślę, że już nigdy nie znajdę nikogo, kto będzie mi się podobał zarówno z wyglądu, jak i z charakteru tak samo jak ten, który ma moje serce. Nazywa się D. Stroh­man i pochodzi z Westfalii. Poznaliśmy się na przyjęciu i tańczyliśmy od pierwszej do czwartej - każdy taniec. Następnego dnia D. zaprosił mnie na kolejne przyjęcie, ale nie pozwolono mi pójść. Byłam bardzo smutna. Pewnie wydawałam mu się strasznie nudna - bo na każdą jego propozycję odpowiadałam: "Muszę najpierw zapytać matkę".

Trzy dni przed wyjazdem znów wyszliśmy razem i bawiliśmy się, i nagle, dla hecy, on zaczął deklarować mi miłość. Dla mnie to było potworne, że wygłupiał się z powodu tak ważnej dla mnie sprawy. Rozstawaliśmy się roześmiani. Zapytał wtedy: "Będziesz o mnie śniła?". Nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Zniknął mi z oczu i z myśli! Prawdopodobnie otrzymał mój list z zaproszeniem, ale raczej mnie nie odwiedzi. Tak naprawdę to nie chcę, żeby to zrobił. W uzdrowisku panuje luźna atmosfera. Tutaj jestem nieustannie pod nadzorem mutti i on strasznie by się nudził. Przy nim pierwszym zapragnęłam wyjść za mąż. Z innymi mężczyznami nigdy o tym nie myślałam. Muszę jednak zapomnieć o tym możliwie jak najszybciej. Wróżka przepowiedziała mi, że podczas kolejnej podróży poznam mężczyznę. Czyżby? W Springebergu mieliśmy siedemdziesięciu Amerykanów, którzy wynajęli całą restaurację. Miejscowi byli zszokowani, że chciałyśmy z nimi rozmawiać. Mutti zabroniła nam z nimi tańczyć, ale jeden z nich był oficerem i nie chciał dać mi spokoju. Tańczyłam więc, kiedy przyszła mutti. Zaczęła z nimi rozmawiać i poznała pułkownika, który zna wuja Williego. Chwilę później siedziałam już przy stole z trzema miłymi oficerami i jadłam lody oraz ciasteczka czekoladowe, które ze sobą przynieśli. Poprosili o mój adres i chcieli wiedzieć, czy mogą mnie odwiedzić. Niestety ich parowiec wypływał o ósmej rano. Jestem ciekawa, czy dotrzymają danego słowa i napiszą.

Wszędzie żebracy. Młodzi mężczyźni o martwych obliczach, o spojrzeniach wyjałowionych z uczuć. Pochylone postaci z pustymi nogawkami i trzepoczącymi rękawami, z ogromnymi agrafkami przytrzymującymi w miejscu odznaki przyznawane za odwagę. Na każdym rogu w każdym kraju wymachują kulami, stukają laskami w takt osobistej rozpaczy. W Anglii sprzedają ołówki. We Francji - sznurówki. W Berlinie kataryniarze wypuszczają małpy, aby błagały o datki dla nich.

17 września 1919

Springeberg całkowicie nas satysfakcjonuje. Jeździmy tam w niedziele i wracamy w poniedziałki. Przez cały tydzień rozmawiamy o tym, co wydarzyło się "tam". Kochają mnie tam, bo wciąż wnoszę jeszcze powiew świeżości i najnowsze trendy mody. Chwilowo wszyscy za mną szaleją. Erich Schupp, który w młodości naprawdę mnie kochał, Paul Botchen, który jest starszy i bardziej męski. Jestem miła dla Ericha, bardziej z litości, ale nie mogę dokonać wyboru między nimi. W soboty i niedziele całuję się tyle, że starcza mi na cały tydzień. Naprawdę powinnam się wstydzić. Każdy znajomy, którego pytam, co o mnie myśli, potwierdza, że nadaję się do całowania i zabawy, ale nie do małżeństwa (Boże uchowaj!). To wynik tego, że na przykład niespecjalnie bronię się przed całowaniem. Wiadomo, że nie mogę oczekiwać szacunku. Nie umiem się jednak powstrzymać. Nie ponoszę winy za to, że moja romantyczna natura nie zna granic. Kto wie, jak skończę. Miejmy nadzieję, że szybko pojawi się ktoś, kto będzie tak dobry, aby wziąć mnie za żonę. W mieście grają pewien film zatytułowany Półdziewice. Podobno opowiada o typowym przypadku młodych dam z tak zwanych wyższych sfer, które za szybko dojrzewają i chcą doświadczać przejmujących dreszczy erotycznych przygód. Uwodzą mężczyznę i dają mu prawie wszystko - "Tout prócz ça". Igrają z ogniem do chwili, aż się sparzą, a potem się z tego śmieją. Wypisz wymaluj cała ja. Jak dotąd znajduję w sobie siłę, aby odmawiać w decydującym momencie. Ale to zmierza donikąd. Oni wszyscy są tacy sami. Każdy jeden "nie potrafi nad sobą zapanować", a skoro moje uczucia rozbudzają jego, nie da się już mówić o młodzieńczej miłości. Trochę na to za późno. Poza tym to by mi nie wystarczyło. Tak pięknie byłoby się poddać i kochać. Lecz oczywiście to niemożliwe.

Josephine zdawała sobie sprawę, że za długo zwlekała. Ostatecznie jednak urzeczywistniła swoją groźbę i wysłała córkę do szkoły z internatem. Tyle że popełniła błąd, ponieważ wybrała placówkę w Weimarze, najbardziej romantycznym ze wszystkich miast, słynącym z tego, że mieszkał tam jeden z bogów Leny, poeta Goethe. Początkowo wymuszona banicja zdawała się gwarantować zamierzony skutek.

Weimar

7 października 1920

Od jak dawna nie pisałam? Wyjechałam z domu sześć miesięcy temu.

Teraz jestem tutaj, w Weimarze, w szkole z internatem dla "dziewcząt z wyższych sfer", i czuję się taka samotna. Liesel nie dotrzymuje mi towarzystwa, a wszyscy ci, których tak bardzo kochałam, zapomnieli o mnie. Mam ochotę płakać. Jedyne, co tutaj mam, to moje lekcje gry na skrzypcach z profesorem Reitzem, które dają mi odrobinę radości. Ale czy to może wystarczać takiej dziewczynie jak ja, która była przyzwyczajona do bycia kochaną? I nagle jest tutaj z niczym?

Weimar

8 października 1920

Gdyby tylko ktoś mógł zabrać ode mnie tęsknotę i zamknąć ją w pozłacanej klatce. Chciałabym, żeby pojawił się tutaj ktoś ze swoją miłością, uszczęśliwił mnie i zadowolił, abym mogła zapomnieć o wszystkich łzach, które roniłam za dawnymi ukochanymi.

Weimar

10 października 1920

Jestem taka nieszczęśliwa, ponieważ nie mam nikogo, kto by mnie kochał. Przywykłam do bycia kochaną.

Panna Arnoldi, dyrektorka szkoły, chce dopasować mnie do własnych standardów, a mutti najwyraźniej się z nią zgadza i byłaby wniebowzięta, gdyby jej się to udało. Skoro wszyscy tak ciężko pracują, aby mnie zmienić, mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś, co spodoba się mutti.

Nie trzeba było wiele czasu, aby nauczyciel gry na skrzypcach Leny znalazł się całkowicie pod jej urokiem. W trakcie lekcji prywatnych pragnienie, by dotykać swojej cudownej uczennicy, było tak nieodparte, że poczciwy profesor musiał trzymać ręce w kieszeniach surduta.

Podczas jednej z comiesięcznych wizyt Josephine wyczuła coś dziwnego w zachowaniu profesora muzyki córki i zasugerowała jej, żeby przenios­ła się do innego nauczyciela gry na skrzypcach. Wielce zaniepokojona dyrektorka szkoły uznała, że wystarczy upomnieć swojego zadurzonego w uczennicy podwładnego.

Weimar

21 października 1920

Dopiero co miałam lekcję gry na skrzypcach. Odniosłam wrażenie, że profesor Reitz jest mną rozczarowany. Wszystkim bez wyjątku? Na początku, kiedy grałam to, co znałam, był bardzo zadowolony i informował o tym mutti w listach. Teraz jednak, w konfrontacji z nowym materiałem, nie robię już takich postępów jak wtedy. Mutti uważa, że profesor Reitz nie może nauczyć mnie niczego więcej i powinnam przenieść się do profesora Fleischa. Ona niczego nie rozumie. Gdybym była inna albo gdyby tak bardzo nie zależało mi na przyjemnościach, albo gdybym mogła robić to, co chcę, może zostałabym kimś. Lecz tak jak jest teraz, z mnóstwem ćwiczeń, obowiązków, wizyt, odwracania mojej uwagi - to niemożliwe! Może ktoś będzie na tyle łaskawy, aby się ze mną ożenić, a wtedy moja kariera artystki dobiegnie końca. Ale ćwiczyć całymi latami tylko po to, żeby grać w domu? Ile trzeba mieć siły, żeby znieść coś takiego?

Weimar

14 listopada 1920

Mutti tu była, a panna Arnoldi opowiedziała jej o moich grzeszkach (flirtowaniu) podczas koncertów. Wcale tego nie robię! Nic nie poradzę na to, że gdziekolwiek pójdę, zwracam na siebie uwagę. A teraz jeszcze interpretujemy sonaty Haendla. Reitz gra razem ze mną. Gdybym tylko miała kogoś, kto by mnie kochał, byłabym mu ogromnie wdzięczna. Uszczęś­liwiłyby mnie jego słodkie, słodkie słówka. Korzystalibyśmy z jesieni, spacerując ramię przy ramieniu i rozkoszując się tą złotą aurą. Liście połyskiwałyby złotem, a tak to są zimne i szare, a ja spaceruję sama.

Nie mogę się doczekać świąt Bożego Narodzenia. To już za cztery tygodnie. Gdybym była szczęśliwa, te cztery tygodnie minęłyby niepostrzeżenie. Nie chciałabym się znaleźć na miejscu cesarza. Szkoda, że nie potrafię zatrzymywać czasu zawsze wtedy, gdy najdzie mnie ochota - ale tego nie potrafi nawet cesarz.

Z jakiegoś powodu Lena nie zakochała się podczas przerwy świątecznej. Kiedy wróciła do Weimaru na ostatni semestr w szkole z internatem, czekał na nią zakochany profesor.

Dlaczego nauczyciele muzyki są ucieleśnieniem romantycznej fikcji? Nieunikniony akt uwodzenia nie może wszakże wynikać wyłącznie z tworzenia pięknej muzyki. Bliskość szanowanego starszego mężczyzny w prywatnym pokoju, za zamkniętymi drzwiami, musiała mieć z tym wiele wspólnego. Dlatego też nadszedł ten moment, tak jak się na to zanosiło, gdy piękna dziewczyna ze skrzypcami złożyła swoje dziewictwo na ołtarzu sonaty Haendla. Lena pominęła to przełomowe zdarzenie w swoim pamiętniku nie ze strachu przed zdemaskowaniem, lecz z powodu rozczarowania.

- Pojęczał, powyginał się, postękał. Nawet nie zdjął spodni. A ja leżałam tam na starej kanapie, czerwony plusz drapał mnie w pośladki, spódnice miałam zarzucone na głowę. Wszystko to było ogromnie niewygodne - tymi słowami opisała własnej córce swój pierwszy kontakt fizyczny z mężczyzną jakieś czterdzieści lat później.

Na domiar złego Akademia Muzyczna nie przyjęła Fräulein Dietrich do grona swoich studentek.

Jeszcze zanim skończyła siedemnaście lat, wymyśliła dla siebie imię Marlene, a na specjalne okazje czesała się tak, że loki opadały na jedno ramię.

Siostry Dietrich ze swoją matką, wdową von Losch. Uwielbiam to zdjęcie. Nigdy się nie dowiem, dlaczego matka je ukrywała. Ach, te piękne kostki w ręcznie robionych butach!

Cudowny Weimar, gdzie żył poeta Goethe, bożyszcze Leni, a do którego matka wysłała ją do szkoły z internatem w nadziei, że poskromi córkę. To się jednak nie udało.

Dwudziestojednoletnia Marlene, hoża piękność w stroju kąpielowym.

Młoda berlińska aktorka ozdobiona aksamitem, prezentująca się w stosownie lirycznym wydaniu.

W dziewiczej bieli Marlene Dietrich zostaje żoną Rudolpha Siebera, 17 maja 1923 roku.

Stary Berlin ze swoim słynnym Kościołem Pamięci Cesarza Wilhelma, który Marlene uwielbiała i w którym wzięła ślub.

W sierpniu 1924 roku o godzinie dwudziestej trzeciej, w czwartym miesiącu ciąży.

Pozbawiona złudzeń Lena wróciła do Berlina, nudy i niepohamowanej powojennej inflacji. Liesel, która otrzymała dyplom uniwersytecki, zerwała z tradycjami swojej klasy i poszła do pracy. Jej solidna pensja nauczycielki na pełny etat była darem niebios. Wykorzystując działania starszej siostry, a przy tym wbrew życzeniom matki, Lena starała się o przyjęcie do słynnej Akademii Aktorstwa Maxa Reinhardta. Uznała, że skoro nie może być sławną skrzypaczką, zostanie "sławną aktorką teatralną". Na przesłuchanie wybrała ogromnie dramatyczny fragment z Fausta Goethego - modlitwę Małgorzaty do Matki Boskiej Bolesnej. Stało się to potem jedną z najczęściej powtarzanych i niekwestionowanych historii Marlene: że po zaprezentowaniu tego długiego monologu miała tak czerwone i spuchnięte kolana, że nie mogła wstać. Właśnie wtedy z nieprzeniknionej ciemności audytorium Teatru Niemieckiego dobiegł ją męski głos, który ponoć zażądał: "Fräulein Dietrich, proszę podciągnąć spódnicę. Chcemy zobaczyć pani nogi", zadając cios prosto w serce młodej aktorki swoim prostackim brakiem wrażliwości. Naturalnie automatycznie zakładano, że ten głos należał do samego mistrza. W rzeczywistości wielki Reinhardt nie uczestniczył w przesłuchaniach kandydatów na studentów. Mimo że legenda głosi, iż Marlene Dietrich była słynną absolwentką znamienitego profesora, prawda prezentuje się zgoła inaczej. Rzeczywiście udało jej się zdobyć liczne pomniejsze rólki w wielu produkcjach Reinhardta, zwłaszcza w jego Teatrze Niemieckim. To pozwalało ją kojarzyć z mistrzem, czego tak bardzo pragnęła, oraz stwarzało sposobność, aby prasa na całym świecie traktowała ją jak studentkę akademii Reinhardta, przyznając jej wyższy status od tego, którym cieszyła się ambitna początkująca aktorka.

W kolejnych latach herr doktor Reinhardt nie widział powodu, aby prostować te doniesienia, skoro do tego czasu jego samozwańcza była studentka stała się sławniejsza od niego i jego berlińskiej szkoły. W rezultacie jego milczenie uczyniło historyjkę Leny częścią jej legendy.

Ciężko pracowała, bywała na wszystkich możliwych przesłuchaniach, grała wszystko bez wyjątku, nigdy nie narzekała na zmęczenie, mogła się zaprezentować jako statystująca pokojówka w pierwszym akcie jednej sztuki, a potem pokonać pół miasta i wystąpić w grupie "eleganckich dam" na bankiecie w drugim akcie innej. Lekcje baletu, na które uczęszczała jako dziecko, oraz znajomość stylu Isadory Duncan pozwoliły jej dołączyć do chórku w trzecim akcie ulicznej rewii. Dzięki niesamowitej dyscyplinie, którą zawdzięczała otrzymanemu wychowaniu, zdobywała zlecenia, których mogły ją pozbawić brak doświadczenia i młodość. Wkrótce oczarowani inspicjenci wpisywali "Marlene Dietrich" na szczycie swoich list z obsadą.

W tym okresie rozwinęła talent przywłaszczania sobie strojów, w których wcielała się w najróżniejsze postaci. Jeśli Marlene Dietrich uważała, że zjawiskowo prezentowała się w sukni wieczorowej, w której grała rólkę jednej z osób zaproszonych na przyjęcie, było pewne, że kreacja ta zawiśnie w jej szafie, zamiast wrócić do teatralnych kostiumografów. W tych nonszalanckich kradzieżach wyprzedzała swoje czasy. Hollywoodzka kleptomania objawiająca się zachowywaniem dla siebie wszystkiego, co nie jest przybite gwoździami do planu filmowego, rozwinęła się bowiem wiele lat później. Marlene gromadziła wszystko. Rękawiczki odpowiednie do każdej roli. Dla "głodującej dziewczynki sprzedającej zapałki na rogu ulicy" miała idealną parę z dziurami i brakującym palcem. Dla dziwki? Czerwone z siateczki, sięgające łokci, odrobinę podarte. Z białej koźlęcej skóry dla damy, a z czarnej dla przedstawicielki klasy średniej. Szaliki i boa we wszystkich kolorach, fakturach i długościach. Dziesiątki torebek, niezbędnych rekwizytów zapewniających natychmiastowe uznanie statusu i charakteru właścicielki. A kapelusze? Czy mogłaby nie mieć kapeluszy?!

BERLIN

Do tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku Marlene biegała po całym Berlinie i grała każdą kobietę, której akurat potrzebowano. Miała energię, zaangażowanie, dyscyplinę i najwspanialszy prywatny sklep z rekwizytami w mieście. Pozostawało wyłącznie kwestią czasu, kiedy ta zmyślna sierżant zaopatrzenia o czarującym obliczu zanurzy się we wciąż jeszcze nowym świecie produkcji filmowej. Wokół Berlina firmy kinematograficzne wyrastały niczym grzyby po deszczu. Każdy porzucony magazyn mógł się zamienić w fabrykę snów. Brak luksusu kalifornijskiego słońca sprawiał, że każda duża konstrukcja ze szklanym dachem stawała się skarbem wartym zdobycia. Firmy takie jak Ufa budowały ogromne szklane szopy, które przepuszczały bezcenne światło, tak istotne dla filmu. Skoro dźwięk nie stanowił przeszkody, w każdej szopie można było tworzyć jednocześnie osiem obrazów. W jednym boksie komik odgrywał przerysowany gag, upuszczając wysoki stos talerzy, kiedy tuż obok kobieta rwała sobie włosy z głowy, zawodząc nad utraconym kochankiem przy akompaniamencie krzyków dziesiątki jej dzieci. Po sąsiedzku kwartet smyczkowy wprowadzał aktorów w nastrój odpowiedni do odegrania intymnej sceny lirycznej namiętności. W pobliżu rozanielonych gołąbeczków szalała burza śnieżna i wyły mokre husky, podczas gdy za rogiem wrzeszczący tłum odprowadzał na szafot Marię Antoninę, a bawarscy chłopi tańczyli wokół słupa majowego do muzyki ośmiu akordeonistów, których nikt nie miał nigdy usłyszeć. W tym szklanym igloo, w samym środku niemieckiej zimy, setki przemarzniętych, rozgorączkowanych ludzi pędziły, z szalonego chaosu wydobywając magię, którą chcący uciec od rzeczywistości ludzie mogli później oglądać w zamian za kilka fenigów.

Kiedy Lena wybrała się na przesłuchanie dla statystów, była ubrana w kapelusz piracki i aksamitny płaszcz skompletowany z kawałkiem futra z dyndającymi czterema łapami, który kiedyś był rudym lisem, a za dodatek do kreacji służył solidnie osadzony monokl jej ojca. Dostała angaż. W takim stroju nie przegapiłby jej żaden kierownik obsady. Chociaż zabrali jej kapelusz i martwe zwierzę, zostawili monokl i upchnęli ją razem z nim na widowni w scenie rozgrywającej się w sądzie. Za drugim razem czuła już odrobinę wzgardy dla tego nowego medium, uważanego za dość wulgarne w porównaniu z prawdziwym teatrem. Marlene zawsze wypowiadała słowo "teatr" tak, jakby stanowiło część solennej mszy papieskiej w bazylice Świętego Piotra w Niedzielę Wielkanocną.

Gdy tylko dowiedziała się, że szukano kobiety do skromnej roli "przyjaciółki" w filmie, uznała, że musiało chodzić o przedstawicielkę półświatka, jak nazywano damy o wątpliwej cnotliwości. Dlatego też ozdobiła swoje hojnie obdarzone ciało odsłaniającą co nieco sukienką z frędzlami, długimi rękawiczkami w kolorze absyntu i odpowiednio dobranymi butami na wysokich obcasach. Na wypadek gdyby "przyjaciółka" okazała się zwykłą "ulicznicą", wybrała ze swojej kolekcji podniszczone boa. Wystrojona w ten kostium "przyjaciółki" stała wraz z innymi optymistkami, czekając na decyzję asystenta reżysera.

Rudolph Sieber zawsze utrzymywał, że to te krzykliwe zielone rękawiczki zwróciły jego uwagę na dziewczynę, która została później jego żoną.

- Wyglądała tak groteskowo w tym przekombinowanym przebraniu! Jak dziecko udające dorosłego! Chciało mi się śmiać. Oczywiście zachowałem powagę. Dałem jej tę fuchę. Nawet w całej tej szmirze Marlene sprawiała wrażenie odpowiedniej do roli Lucie.

- Spojrzał na mnie, a ja nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Był taki przystojny! Jego jasne włosy lśniły. Był ubrany jak angielski lord na włościach. Młody asystent reżysera w prawdziwym tweedzie? Od razu wiedziałam, że go pokocham! Grałam dziewczynę w szyfonowej sukience. Nie była ani trochę wulgarna. Jannings też występował w tym filmie, ale nigdy go nie poznałam. Moja rola była zbyt marginalna, abym spędziła na planie wystarczająco dużo czasu.

Kiedy Rudi oświadczył się Marlene, zgodziła się bez wahania, całkowicie przekonana, że w końcu znalazła tego wytęsknionego, z którym będą korzystać "z jesieni, spacerując ramię przy ramieniu i rozkoszując się tą złotą aurą".

Jej matka nie skakała z zachwytu. Josephine bardzo liczyła na naprawdę dobrą partię dla swojej pięknej córki, ale szalejąca powojenna inflacja puściła z dymem posagi, a aranżowane małżeństwa między członkami arystokracji odeszły do historii podobnie jak cesarz. Małżeństwo z czechosłowacko-austriackim katolikiem mogło się jednak okazać lepszym rozwiązaniem od puszczania Leny samopas między tych "cyganów". Josephine wszystkich aktorów uważała za bandę leniwych, grających na tamburynach złodziei. Skoro ten mężczyzna naprawdę kochał Lenę, niech Bóg da mu siłę, aby poskromił jej dziką romantyczną naturę. Josephine postanowiła więc pomóc temu nieznajomemu, którego wybrała jej córka.

Lena chciała pojechać na swój ślub, do imponującego Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma, otwartym powozem zaprzężonym w konie. Uważała, że z powiewającym za nią białym welonem będzie prezentowała się niezwykle romantycznie. W końcu miała być panną młodą! Josephine uznała jednak, że to zbyt widowiskowe, i zamiast powozu wynajęła dużego packarda.

Umieściła mirtowy wianek na głowie córki i długimi wsuwkami przypięła go do ślubnego welonu. Pocałowała dziecko, które kochała najbardziej na świecie, nawet jeśli nigdy tego nie okazywała. Jak pięknie wyglądała Lena w swojej modnej sukni ślubnej, odsłaniającej kostki w białych pończochach! Louisowi spodobałby się ten obrazek. Była do niego taka podobna! Na moment Josephine przytłoczyły tęsknota i wspomnienia, ale przywołała swoje zazwyczaj zimne serce do porządku i posłała córkę Louisa na ślubny kobierzec.

W bezpiecznym mroku samochodu Lena pospiesznie zdjęła wianek, rozczepiła starannie połączone końce, po czym ponownie wsunęła go na skronie. Nie mogła wejść do kościoła z nienaruszonym wiankiem. Wszak straciła dziewic­two na kanapie w Weimarze. Uśmiechając się, Rudi pomógł jej przyczepić welon. Przez całe życie właśnie to robił najlepiej: usługiwał tej olśniewającej istocie, którą miał nieszczęście kochać. Lena została Frau Rudolphową Sieber siedemnastego maja tysiąc dziewięćset dwudziestego trzeciego roku. Miała dwadzieścia jeden lat i sześć miesięcy. On miał lat dwadzieścia siedem.

Berlin

2 lipca 1923

Ile czasu minęło, odkąd ostatnio coś tutaj zanotowałam? Co mogłabym napisać o przeszczęśliwym minionym roku w Weimarze? Po wsze czasy będę wdzięczna za ten okres, a zwłaszcza za tych, którzy mi go umilali.

Teraz jestem mężatką, a nie zabrałam ze sobą nawet jego zdjęcia! Ale to bez znaczenia. Niektórych rzeczy nigdy się nie zapomina. Po Weimarze zrobiło się dość nudno. Zrezygnowałam z gry na skrzypcach i znalazłam sobie nowe zajęcie - cały rok z Teatrem Niemieckim i resztą. A teraz cisza i spokój, tak jak to tylko możliwe w miłości.

Od ślubu żyję jedynie dla mojego męża, skoro nie gram w żadnym filmie, a w teatrze pojawię się zimą. Jestem bardzo usatysfakcjonowana, bo wiem, że on jest szczęśliwy, a ja pragnę dziecka. Wiem, że teraz to niemożliwe, w sytuacji gdy wynajmujemy mieszkanie i chwilowo nie mamy możliwości znalezienia czegoś większego. Jedno jest pewne: nic nie może zastąpić dziecka. Ale gdybym je miała, musiałabym zamieszkać z mutti.

* * *

Berlin w szalonych latach dwudziestych był naprawdę szalony. Chicago mog­ło mieć swoje meliny, chłopczyce, dziewczyny gangsterów i bardzo dzikie kobiety, ale Sodoma i Gomora znajdowały się w Berlinie. Prostytutki wystawały na rogu każdej ulicy. Ich charakterystyczny biały makijaż doskonale uzupełniał wyzywające stroje. Z piórami, łańcuchami, frędzlami i biczami paradowały po mieście niczym rajskie ptaki. Marlene i jej przyjaciele, ściś­nięci w małym kabriolecie Rudiego, uwielbiali krążyć po ulicach o każdej porze dnia, podziwiając to darmowe show. Marlene miała szczególny dar rozpoznawania transwestytów na tej rewii. Twierdziła, że tylko oni wiedzą, jak stylowo nosić obowiązkowy pas do pończoch. Najbardziej podobała jej się blondynka, której znakiem rozpoznawczym były cylinder z białej satyny i falbaniaste majtki, które zachwycały Marlene w szczególności.

"Tylko cioty wiedzą, jak wygląda seksowna kobieta", brzmiał jeden z jej znanych komentarzy. Słynęła z ciętego dowcipu, zmysłowej swobody i uznania dla biseksualności, choć bez epatowania wulgarnością. Kusząca mieszanka, zwłaszcza w powojennym Berlinie, gdzie wszystko było dozwolone. A im bardziej erotyczne, sprośne i niemoralne, tym bardziej akceptowane. Rudi zawsze szczycił się nienagannym gustem. W dodatku mógł się pochwalić zdumiewająco błyskotliwym instynktem, który podpowiadał mu, co pasuje do zawodowego wizerunku jego żony i sprawdzi się w tym zakresie. Wiedział, że zabawa z wulgarnością będzie jej atutem tak długo, jak długo ona sama nie stanie się wulgarna. Wyznaczył jej cel, aby zdumiewała i intrygowała, nie tracąc przy tym wyniosłości prawdziwej arystokratki. Choć tak naprawdę nie rozumiała tych subtelności, Marlene uwielbiała jego koncepcje i wskazówki. Razem z Rudim bywali w licznych kabaretach, gdzie gromadzili się i występowali transwestyci. Traktowali ją jak swoją ukochaną siostrę i często prosili o radę.

- Marlenchen, czy ta szminka mi pasuje?

- Jak myślisz, więcej tuszu?

- Czy te jaskrawozielone rękawiczki do tej sukienki to już przesada?

- Co mam zrobić z tym cholernym boa? Cisnąć nim, kiedy wyjdę na scenę, czy je za sobą ciągnąć?

- Ciągnij je! Skarbie... ciągnij je!... Aplikacje z czarnej satyny w kształcie łabędzi? Nie, nie. Nie dla ciebie, złociutka, zbyt tandetnie. Powinnaś występować wyłącznie w czerwieni. Niech to będzie twój kolor. Czerwona szminka! Wszystko... buty, pończochy, pas do pończoch. Wszystko! Och, i powiedz Stefanowi, żeby nie zakładał sukienki z rozcięciem do pępka, jeśli zapomina golić nogi!

U krawca Rudiego zamówiła męski garnitur wieczorowy. Olśniewająca w cylindrze, białym krawacie i fraku, przychodziła na tańce ze swoimi wystrojonymi w pióra kumplami. Uwielbiali ją. Była ucieleśnieniem wszystkiego tego, czym oni pragnęli być, najwspanialszą mieszanką płci.

Josephine patrzyła na to i zamartwiała się. O tak, Lena potrzebowała dziecka. Dziecko mogło ją wyciszyć, uczynić z niej dobrą żonę i pomóc zapomnieć o całym tym szaleństwie z aktorstwem. Dlatego też Josephine szukała, aż znalazła, dużego mieszkania w modnej Kaiserallee, jedynie kilka przecznic od domu, który zostawił jej Eduard. Lena miała więc dostać to, czego pragnęła!

Marlene Sieber kochała być w ciąży. Jedna w zupełności jej wystarczyła, ale dopóki trwała, dopóty zachwycała ją swoją intymnością i korzystnymi udogodnieniami.

- Żadnego seksu - oznajmiła mężowi.

Marlene zawsze wolała jaśniejący romans od fizycznego aktu miłości, którego nie odmawiała mężowi wyłącznie z poczucia małżeńskiego obowiązku. Skoro jednak zyskała radykalną wymówkę, że ten akt mógłby zaszkodzić ich nienarodzonemu dziecku, całkowicie wyeliminowała seks z ich małżeństwa. Kochający mąż godził się na wszystko, co ona uważała za najlepsze rozwiązanie. Kiedy zrozumiał, co zrobiła i dlaczego, było za późno, aby zmienić obrany kurs. Choć ich małżeństwo trwało ponad pięćdziesiąt lat, a czasem nawet pomieszkiwali razem, ich pożycie zakończyło się w dniu, gdy Marlene zorientowała się, że jest w ciąży. Jeszcze przed porodem zdążyła przekonać samą siebie, że to dziecko to wyłącznie jej własne dzieło. Coś tak wulgarnego jak męska sperma nie miało z tym nic wspólnego. Ona i tylko ona ukształtowała dziecko na swoje podobieństwo. Dziecko należało do niej na mocy niepokalanego poczęcia.

Marlene nie chciała słyszeć o tradycyjnym porodzie domowym. Jej córka przyszła na świat w najlepszej berlińskiej prywatnej klinice, przy wsparciu sławnego profesora położnictwa.

- Och, jak ja cierpiałam! Musiał zrobić mi tam małe nacięcie, żeby cię wyciągnąć. Dzięki temu masz taką śliczną główkę - powtarzała mi, odkąd skończyłam dwa lata.

Wspomnienie swojej gehenny porodowej, piękno delikatnego wyczerpania świeżo upieczonej matki dopracowała do perfekcji dziesięć lat później w Imperatorowej.

Istnieje tyle różnych wersji historii o moich narodzinach, ile jest dat ich prezentowania. W rzeczywistości jedyne dziecko Dietrich przyszło na świat trzynastego grudnia tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku. Miesiąc i dzień pozostawały niezmienne, ale skoro matka zmieniała swój rok urodzenia, to samo działo się w przypadku jej córki. Dopiero kiedy w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku zmarł mój ojciec, a ja znalazłam swój akt urodzenia w jego dokumentach, zyskałam pewność, ile mam lat. Takie drobne wątpliwości znaczyły całe moje dzieciństwo. Do dwunastego roku życia nie byłam pewna, kogo uważać za ojca. Ten, którego nazywałam "papi", wydawał się najlepszym kandydatem. Ale kto to mógł wiedzieć na pewno? Czy byłam do niego podobna? To też nie bardzo pomagało, bo jeśli nie liczyć jego brązowych oczu, bardzo przypominał moją matkę, niczym jej przystojny brat. Nieczęsto dawałam wyraz mojej konfuzji. Matka tak uparcie powtarzała, że należę do niej i tylko do niej, że ktokolwiek był moim biologicznym ojcem, nie miał szans zaistnieć w moim życiu.

W dniu moich narodzin Marlene i Rudi zostali mutti i papi zarówno dla siebie nawzajem, jak i dla swojej córki - a także najbardziej oddanymi przyjaciółmi. Macierzyństwo było odtąd najważniejszą rolą Dietrich. Dyskretne oddanie podszyte nieustannym strachem, że w każdej chwili mogłabym zachorować i umrzeć, albo, co gorsza, zdradzać oznaki niedoskonałości. Karmiła mnie piersią tak uporczywie, że do ostatnich dni mojej matki musiałam wysłuchiwać, iż ponoszę wyłączną odpowiedzialność za jej obwisły biust, skoro ona poświęciła jego młodzieńczą jędrność dla mojej dziecięcej zachłanności. Odkąd jako dwulatka po raz pierwszy zostałam obarczona winą za ten mankament, przez długie lata dopadały mnie wyrzuty sumienia, kiedy widziałam, ile kłopotów sprawiały matce jej piersi.

Marlene ze swoim czteromiesięcznym dzieckiem, Marią Elizabeth.

Dwie piękności w kostiumach kąpielowych na piaskach w Swinemünde.

Rudi i jego powściągliwa żona, lato 1926 roku.

W 1927 roku Marlene Dietrich, żona i matka, wróciła do pracy w pełnym wymiarze godzin.

Filmy, sztuki teatralne i kabarety - występowała w nich wszystkich. Lata 1926-1927.

Po lewej: Podczas kręcenia filmu w Wiedniu moja matka nauczyła się grać na pile muzycznej. Była bardzo dumna z tego osiągnięcia. Poza tym podczas grania mogła pokazywać nogi.Po prawej: Ważniejsze role w filmach w Niemczech, 1928 rok.

Rzadkie zdjęcie mojej matki w kokieteryjnym wydaniu, bardzo nie w stylu Dietrich. To także ukryła.

Przystojny Rudi Sieber i jego piękna żona. Czasem moi rodzice byli do siebie tak bardzo podobni, że można było ich uznać za rodzeństwo.

W 1928 roku rodzina Sieberów przed nadciąg­nięciem huraganu światowej sławy.

* * *

Nim nastała jesień 1925 roku, Greta Garbo przeprowadziła się do Holly­wood, stary feldmarszałek von Hindenburg został prezydentem Niemiec, Adolf Hitler wydał pierwszy tom Mein Kampf, z entuzjazmem przyjęto Gorączkę złota Charliego Chaplina, a Marlene Dietrich była bardziej niż gotowa, aby wrócić na scenę.

W tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym roku Ernst Lubitsch pożegnał berlińskie studia, ponieważ uznał, że zarówno Hollywood, jak i on sam skorzystają na tym dzięki jego licznym talentom. Opublikowano pierwszą powieść Ernesta Hemingwaya, Słońce też wschodzi, doktor Joseph Goebbels został naczelnikiem okręgu berlińskiego z ramienia partii nazistowskiej, a Marlene Dietrich wróciła do pracy pełną parą. Tamtego roku wystąpiła w dwóch filmach, licznych sztukach i rewiach. Grywała nieduże role, czasem nawet epizodyczne, ale za każdym razem, gdy tylko się pojawiała, publiczność nie mogła oderwać od niej wzroku. Ledwie zdając sobie z tego sprawę, została berlińską znakomitością.

18 października 1926

Nie da się wypełnić tej luki. Zbyt wiele się w tym czasie wydarzyło. Moje dziecko niedługo skończy dwa lata. Chcę spisać najważniejsze wydarzenia, żeby później wiedzieć, przez co przeszłam. Dziecko to jedyne, co mam, nic ponadto. Mutti nie przestaje być dla mnie miła, a dziecko ją uszczęśliwia. Powoli zaczynam się odwdzięczać za całą jej miłość - poza tym nie ma nic. Grywam w teatrze i w filmach i zarabiam pieniądze. Dopiero co skończyłam czytać ten pamiętnik. O Boże, gdzie się podział ten cudowny zbytek niesiony emocjami? Wszystko przepadło! Nikt nie rozumie, że jestem tak bardzo przywiązana do dziecka, bo nikt nie wie, że poza nim nie mam nic. Ja sama niczego nie doświadczyłam, ani jako kobieta, ani jako osoba. To dziecko jest niesamowite; nieznajomi, którzy nawet nie należą do rodziny, kochają je i tęsknią za nim. Dziecko stanowi sens mojego życia. Myślę, że umrę młodo. Mam nadzieję, że przynajmniej wychowam dziecko i wytrwam do śmierci mutti. I Liesel... (Nie jest z nią dobrze. Nikt nie może jej pomóc. Bardzo ją kocham).

Liesel wyszła za mąż za "łajdaka z rynsztoka", jak w rodzinie zawsze nazywano jej męża, urodziła syna, o którym nigdy nikt nie wspominał. Jej życie obrało całkiem inny kurs od tego, którym cieszyła się jej urocza kicia.

Miałam prawie trzy lata, kiedy mój ojciec zaczął hodować gołębie na dachu. Wiedziałam, że Tata Losch, jak nazywałam matkę mojej matki, znalazła nam to wygodne mieszkanie w jednej z lepszych dzielnic Berlina i pomagała opłacać czynsz. Dzięki temu miałam własny pokój z oknem wychodzącym na mały park. Ojciec miał gabinet, w którym sypiał, podczas gdy matka zajmowała dużą sypialnię na końcu ciemnego korytarza. Z jadalni, z masywnym kredensem na porcelanę i dwunastoma krzesłami z wysokimi oparciami, korzystaliśmy w niedziele, kiedy matka jadła kolację w domu. Byłam zdecydowanie za mała, aby tak do końca pojąć, dokąd chadzała albo co robiła, ale kiedy pojawiała się w domu, jej obecność była tak przytłaczająca, a jej namiętna miłość do mnie tak wszechogarniająca, że wystarczały, aby wypełnić czas rozłąki.

Zatrudniono młodą dziewczynę ze wsi, która miała zaspokajać moje potrzeby fizyczne. Była dobra i troskliwa. Szorowała mnie i podłogi, uprzejmie traktowała mojego ojca, ale przyjmowała rozkazy wyłącznie od mojej matki, którą uwielbiała. Nazywała się Becky i wzbudzała moją sympatię. Nie obsypywała mnie pocałunkami, nie dusiła mnie z miłości, nie opowiadała wszystkim w parku, żeby podziwiali moją urodę, nie wmuszała we mnie jedzenia, nie bladła, kiedy kichałam, nie wydawała okrzyków przerażenia, kiedy kaszlałam, ani nie mierzyła mi nieustannie temperatury. A przede wszystkim nie zdradziła matce, że robiłam sobie wycieczki na dach, gdzie razem z ojcem karmiliśmy gołębie. Uwielbiałam być tak wysoko; to było wyjątkowe miejsce, bez względu na pogodę. Niebo, chmury i gruchanie ptaków. Mój ojciec, bardzo metodyczny człowiek, trzymał ziarno posegregowane w oznaczonych słoikach i drewnianych pudełeczkach. Nie miałam pojęcia, dlaczego nie wszystkie ptaki dostawały to samo, ale wiedziałam, że on wie. Był autorytetem w wielu sprawach. Siedziałam więc nieruchomo na swojej specjalnej skrzynce i obserwowałam, jak ojciec karmi skrzydlatych przyjaciół. Pamiętam kolor nieba przywodzący na myśl niebieskoszare gołębie pióra. Berlińskie sklepienie przypomina stal.

Dlaczego nigdy nie pobiegłam do matki, żeby opowiedzieć jej o tych wyjątkowych chwilach? Pragnienie podzielenia się swoim szczęściem - czy choćby obwieszczenia go - byłoby czymś całkiem naturalnym u trzylatki. Często zastanawiałam się, co mnie przed tym powstrzymywało, i to w tak młodym wieku. Może już wtedy wiedziałam, że matka poczułaby się urażona, gdyby zorientowała się, że ktoś inny prócz niej sprawiał mi radość. Milczałam więc i nigdy nie pytałam, dlaczego także ojciec nie wspominał o tym słowem, a nawet czuł z tego powodu ulgę.

Ojciec miał wiele rzeczy, które mnie fascynowały. Posiadał cztero­drzwiowy automobil ze składanym płóciennym dachem, z deską rozdzielczą inkrustowaną drewnem i z miękkimi skórzanymi siedzeniami. To dzieło sztuki pyszniło się gadżetem, który całkiem mnie zauroczył: do deski rozdzielczej przytwierdzone było pudełko, które zawsze gdy ojciec naciskał dźwignię, wypuszczało jeden papieros z rozżarzoną końcówką. Papi nigdy nie musiał odrywać wzroku od drogi, żeby po omacku szukać zapalniczki, skoro wpadał mu w rękę już podpalony papieros. Jak to się działo, pozostawało dla mnie tajemnicą, zarówno wtedy, jak i teraz. To, jak w napędzanych inflacją Niemczech mógł sobie pozwolić na takie cudo - nie wspominając o dołączonym do niego eleganckim wozie - było kolejną zagadką. Ale też to, jak moja matka mogła sobie wówczas pozwolić na futro z norek, skoro grała rólki za śmiesznie niskie wynagrodzenie. Na długo przed hollywoodzką sławą takie niekonsekwencje były czymś całkiem zwyczajnym w rodzinie Dietrich-Sieber. Jako bardzo małe dziecko widziałam luksus, który pojawiał się i znikał, był zastępowany jeszcze większą porcją luksusu, bez fanfar i szczególnej ekscytacji. Nikt nie krzyczał: "Patrzcie wszyscy, mam to! Futro, na które oszczędzałam, którego tak długo pragnęłam... jest moje! Czy to nie cudowne? Świętujmy!". Matka po prostu pojawiła się pewnego dnia z futrem z norek i rzuciła je na krzesło, z którego zsunęło się na podłogę, gdzie leżało potem zapomniane, podczas gdy ona pomaszerowała do kuchni, żeby ugotować kolację.

Zawsze wiedziałam, że moją matkę cechuje wyjątkowość. Przyczyna tego stanu rzeczy nie miała znaczenia; po prostu taka była, tak jak zima jest chłodna, a lato ciepłe. Władała emocjami, które rozbudzała w ludziach. W parku często widywałam małe dziewczynki ściskające swoje matki, trzymające je za ręce, dotykające ich spontanicznie. Z moją tak się nie robiło. I nie chodziło o to, że mogłaby się cofnąć albo zdenerwować, gdybym tak postąpiła. Po prostu nie miałam śmiałości, dopóki mi na to nie pozwoliła. Matka nosiła się po królewsku. Kiedy mówiła, inni jej słuchali. Kiedy się poruszała - patrzyli. Już gdy miałam trzy lata, dotarło do mnie, że nie mam matki, lecz należę do Jej Wysokości. Gdy to zakodowało się w mojej głowie, byłam całkiem zadowolona ze swojego losu. Aż do czasu, gdy trochę później zatęskniłam za prawdziwą matką, taką, jakie mieli prawdziwi ludzie.

Kiedy matka przyjmowała gości, pozwalano mi nie spać do późnych godzin wieczornych. Przycupnięta na ogromnym słowniku ojca, siedziałam przy dużym stole w jadalni, tak jak mnie nauczono, słuchając w milczeniu. Kolorowi przyjaciele matki opowiadali historie z przedstawień, w których występowali, z kabaretów i rewii, śpiewali nawet swoje numery z pokazów, omawiali pracę w charakterze statystów w obrazach filmowych, najnowsze książki i muzykę, które im się podobały albo wręcz przeciwnie, nie szczędząc przy tym uzasadnień. Później w łóżku analizowałam wszystko, co usłyszałam, próbując to zrozumieć i spamiętać. Matka była ze mnie bardzo zadowolona, kiedy spamiętywałam wszelkie informacje związane z jej osobą. Gdy mnie przepytywała, zyskiwałam jej przychylność, jeśli tylko potrafiłam przedstawić stosowne sprawozdanie z każdej konwersacji. Każdemu bez wyjątku zależało na jej aprobacie, która pozwalała gładko sunąć przed siebie. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego tak wiele osób obawiało się jej niezadowolenia. Wiedziałam tylko, że należę do tego grona.

Jesienią tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku matka wyjechała do Wiednia. Została tam długi czas. Za dnia pracowała w dwóch filmach, a nocą występowała w sztuce teatralnej z muzyką i tańcem. Mój ojciec włączył kilka gołębi pocztowych do swojej kolekcji. Pokazał mi, jak przyczepiać maleńkie kapsułki na wiadomości do ich cienkich nóżek, i opowiadał, jak dzielnie pokonywały duże odległości w czasie wojny. Obiecał, że kiedy podrosnę, pokaże mi swoje medale. Byłam zafascynowana. Niektórzy ludzie uwielbiali opowiadać o wielkiej wojnie. Inni, tacy jak moja matka, nie wspominali o niej w mojej obecności.

Kiedy matka była w Wiedniu, odwiedzała nas jej przyjaciółka, aby dotrzymać nam towarzystwa. Nazywała się Tamara. Moi rodzice mówili na nią Tami, a kiedy się na nią gniewali, wracali do Tamary, kładąc nacisk na każde "a". Wyglądała dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie uchodźczynię z Rosji. Słowiańskie wysokie kości policzkowe, gibkie ciało tancerki, długie ciemne włosy, duże brązowe oczy przywodzące na myśl przerażoną łanię. Wyobrażałam sobie tę piękną rosyjską arystokratkę podczas desperackiej ucieczki, ściganą przez dzikie wilki przez syberyjskie kry. Nie byłam córką swojej matki bez powodu! Kiedy matka nas sobie przedstawiła, Tami przykucnęła, ścisnęła moją dłoń, uśmiechnęła się i powiedziała: "Cześć, Mariachen". Jej miękki niemiecki z rosyjskim metrum brzmiał niczym mruczenie zadowolonego kociaka. Pomyślałam, że jest cudowna, a nawet bardziej niż cudowna - była prawdziwa. Tami nigdy nie udawała, nigdy nie kłamała, nigdy nie grała, nigdy nie zwodziła. Początkowo śmiech wydobywał się z niej w taki sposób, jakby kipiało w niej źródło radości. Przez całą młodość to w niej miałam przyjaciółkę i to ją kochałam najbardziej. Wiedziałam, że ojciec też ją kochał. Czemu nie, skoro była taka rozkoszna? Wiedziałam również, że Tami kochała jego. Nie miałam jednak pojęcia, że to doprowadzi ją do śmierci. Inaczej może zdołałabym ją ocalić. Ta myśl prześladuje mnie do dziś.

* * *

Kiedy matka wreszcie wróciła do domu, przywiozła ze sobą dużą piłę muzyczną, na której nauczyła się grać, i nowego przyjaciela, partnerującego jej aktora Williego Forsta. Poklepał mnie po głowie, kiedy dygnęłam, i uścisnął dłoń mojemu ojcu, który najwyraźniej go znał. Potem często zostawał u nas na kolację.

Fascynujące wieczory w naszej jadalni zostały reaktywowane. A skoro moja matka była czasem zbyt zajęta, żeby gotować, jej matka opłacała drogie taksówki, żeby przywoziły gotowe posiłki z jej znajdującego się kilka przecz­nic dalej domu. Nigdy nie zostawała, żeby dotrzymać nam towarzystwa, a jedynie dostarczała gołąbki niemal tak smaczne jak te, które robiła jej córka. Najbardziej lubiłam wieczory, kiedy ojciec chadzał do słynnego Kempinskiego. Przynosił do domu najróżniejsze rarytasy, takie jak kiełbaski, wędzony łosoś, kawior, marynowane śledzie, ogórki konserwowe, rosyjski czarny chleb i wędzony węgorz w całości. Zanim odkroił kawałek dla mnie, chwytał rybę za głowę i ogon, po czym udawał, że gra na niej niczym na długim czarnym flecie. Tak bardzo mnie to śmieszyło, że musiałam czym prędzej schodzić ze swojej grzędy i biec do łazienki. Co z kolei śmieszyło moją matkę.

Tamtego roku zgromadziłam wiele informacji do przetrawienia i zapamiętania. Zdaje się, że pewien amerykański dżentelmen o niemieckim nazwisku wsiadł do malutkiego samolotu i całkiem sam przeleciał z Ameryki przez ocean aż do Paryża, bez jednego przystanku. I było jeszcze coś o "żydowskim" piosenkarzu i jego występie w filmie, w którym słychać było wydawane przez niego dźwięki, a on sam wystąpił z twarzą pomalowaną na czarno. Te rewelacje wywoływały przy stole dyskusje pełne emocji. Niektórzy twierdzili, że słuchanie tego, co mówią aktorzy, zrujnuje dramatyczny wymiar filmów; inni, tacy jak mój ojciec, uważali, że to cud techniki, który wszystko zmieni. Komentarz mojej matki, z którym oczywiście wszyscy się zgadzali, brzmiał tak:

- No cóż, jeśli pojawi się dźwięk, nastąpi koniec grania oczami. Zamiast robić miny, trzeba będzie jedynie prowadzić durne rozmowy.

Zanim skończyłam cztery lata, dowiedziałam się bardzo wiele o doros­łych. Matka zawsze przedstawiała mnie jako "jedyną miłość swojego życia", co, jak zauważyłam, sprawiało przykrość wielu dżentelmenom, a także kilku damom, ale nigdy mojemu ojcu. Ponieważ byłam niemieckim dzieckiem, nigdy o nic nie pytałam. Trudno jednak było nadążać za relacjami mojej matki z różnymi dorosłymi, którzy w jednym tygodniu wywoływali jej zachwyt, a w kolejnym znikali.

Richard Tauber śpiewał naprawdę pięknie i jemu udało się wytrwać dość długo. Z jakiegoś powodu pan Forst ani trochę nie lubił pana Taubera. Właś­nie wtedy moja matka postanowiła dla odmiany zakochać się w piosence. Chodziła wszędzie ze swoim wiernym gramofonem, puszczając najnowsze nagrania z Ameryki i nucąc: You're the Cream in My Coffee tak długo, że wszyscy nie mogliśmy się doczekać, kiedy znajdzie sobie nowego ulubieńca. Tego roku odniosła wielki sukces w rewii It's in the Air, skomponowanej przez Mischę Spoliansky'ego. Jeden numer, który każdego wieczoru wstrzymywał przedstawienie, był śpiewany przez gwiazdę Margo Lion i Marlene Dietrich. Ten bardzo wyrafinowany fokstrot w prześmiewczej konwencji przedstawiał przesadną, egzaltowaną przyjaźń, którą darzyły się kobiety. Sposób, w jaki wykonywana była piosenka, nie pozostawiał wątpliwości, że pobrzmiewały w niej lesbijskie tony.

Aby dopilnować, że nikt tego nie przegapi, obie panie występowały z dużymi bukietami fiołków, dobrze znanym symbolem "dziewczynek". Oczywiście nie miałam pojęcia, dlaczego wszyscy zanosili się śmiechem, kiedy moja matka i jej przyjaciółka śpiewały to dla nas przy stole, ale po wysłuchaniu kawałka setki razy sama potrafiłam go bardzo profesjonalnie wykonać, wywołując jeszcze większy aplauz niż moja matka. Stał się jednym z moich najlepszych imprezowych numerów.

Tego roku nasze kolacje obfitowały w fascynujące wiadomości. W Berlinie premierę miała Opera za trzy grosze Bertolta Brechta i Kurta Weilla. Moja matka ją uwielbiała. Śpiewała mi niektóre utwory. Nic z nich nie rozumiałam. Ona je kochała w równym stopniu, w jakim nie znosiła najnowszych hitów docierających zza oceanu. Piosenkę Sony Boy, wykonywaną przez tego samego żydowskiego dżentelmena z poprzedniego roku, uważała za niedorzeczną, a inną, innego żydowskiego dżentelmena, który czasem śpiewał z czarną twarzą, Makin' Whoopee, oceniała jako "zbyt wulgarną, aby to w ogóle komentować". W dodatku dlaczego wszyscy w Ameryce musieli śpiewać z czarną farbą na twarzy?

Jako grudniowe dziecko zawsze stawałam się starsza dopiero pod koniec roku. Bardzo mnie to dezorientowało. Wraz z nastaniem tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku powtarzałam każdemu, kto o to pytał, że mam już pięć lat.

- Nie, skarbie. Masz dopiero cztery lata. Twoje urodziny były raptem w zeszłym miesiącu.

Ponieważ liczby zawsze sprawiały mi trudności, wierzyłam jej na słowo. Matka bardzo zasadniczo traktowała kwestię mojego wieku. Jeszcze tego roku nastał czarny czwartek i odkryto mój "jedyny defekt", jak nazywała to mutti. Obie tragedie oznajmiła na jednym oddechu:

- Papi, słyszałeś? Mówią o tym we wszystkich studiach. Wall Street poleciała na łeb na szyję, cokolwiek to znaczy. W Ameryce milionerzy skaczą z okien... a lekarz twierdzi, że dziecko ma szpotawe kolana! Mówiłam ci, że coś mi tu źle wygląda!

Ojciec zdawał sobie sprawę z pierwszego dramatu, ale nie z drugiego. Szybko spojrzałam w dół, na swoje nogi. Wydawały mi się idealnie proste. Lecz matka była przekonana, że zostałam skazana na "brzydotę". Dlatego też przez kolejne dwa lata spałam w szynach korygujących. Wykonane ze lśniącej stali i skóry, wyglądały bardzo niemiecko, ze śrubami, które trzeba było dokręcać albo luzować kluczem niewiarygodnych rozmiarów. Ważyły tak dużo, że utrudniały mi zasypianie. Dopiero po pewnym czasie, kiedy moja matka wróciła z Hollywood jako "najprawdziwsza gwiazda filmowa", moim nogom pozwolono w końcu wyrwać się z tego nocnego więzienia. Wyglądały wtedy zupełnie normalnie, dokładnie tak samo jak dwa lata wcześniej!

Ale w tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku wciąż jeszcze nosiłam szyny. Matka dokręcała je wieczorem przed wyjściem do teatru, gdzie występowała kwadrans po dwudziestej, i zdejmowała o świcie, zanim popędziła do studia. Na początku tego roku wystąpiła w trzech filmach, wciąż jeszcze niemych. Wieczorami zaś grała główną rolę w Teatrze Niemieckim w wyjątkowo udanej rewii pod tytułem Dwa krawaty. Piosenki kolejny raz skomponował jej przyjaciel Spoliansky, a cała historia opierała się na prostej komicznej symbolice dwóch muszek. Czarna wskazywała na uniżonego kelnera, a biała na dżentelmena z "wyższych sfer".

* * *

Matka pochłaniała kolację jak zawsze w pośpiechu. Z ustami pełnymi frankfurterek i sałatki ziemniaczanej mamrotała, że musi dotrzeć do teatru wcześ­niej niż zwykle, bo... Resztę słów zdusiły kartofle. Razem z ojcem czekaliśmy, aż popije to wszystko piwem.

- Co chciałaś powiedzieć, mutti? - zapytał ojciec tym uprzejmym tonem, który sugerował delikatną irytację.

Wcisnęła do ust połówkę piętki żytniego chleba, wybełkotała coś, co przypominało imię i nazwisko.

- Razem z dzieckiem zaczekamy, aż skończysz przeżuwać.

- Powiedziałam - odezwała się matka, przesadnie akcentując każde słowo - że dziś wieczorem na widowni ma zasiąść ten bardzo ważny amerykański reżyser, który będzie kręcił film z głosem Emila Janningsa w Ufie.

Ojciec nie przepadał za ozdobnikami; lubił otrzymywać precyzyjne, klarowne informacje.

- Dlaczego?

Matka sprzątała talerze.

- Skąd mam wiedzieć? Podobno po całym Berlinie szuka dziwki do filmu... Może uważa...

- Ty? - rzucił ojciec z uśmiechem, sięgając po dokładkę sera.

Zła, że papi wciąż je, matka oddała mu jego talerz z chlebem i masłem.

- Nie bądź niemądry. Wyobrażasz mnie sobie w roli taniej dziwki w...

- Tak.

Matka posłała mu wymowne spojrzenie i zsadziła mnie z krzesła, skoro nadszedł czas na sen i moje żelazne nogi. Ojciec dokończył swój ser liptowski oraz wino w spokoju i samotności.

- Kiedy przyjdzie Tami, niech zajrzy do dziecka i dopilnuje, żeby się położyło - usłyszałam głos matki dobiegający z holu, gdzie zakładała płaszcz wieczorowy.

Tami? Jak cudownie! Teraz miałam na co czekać.

Z jadalni poniósł się głos ojca:

- Mutti, czytałaś ostatnio książkę Herinricha Manna?

- O co pytasz? - Teraz matka sprawiała wrażenie rozdrażnionej. - O Profesora Unrata? Straszna książka. Jak ten von Sternberg... Jak można być Żydem i używać "von" przed nazwiskiem? Tak czy inaczej Jannings jak zawsze będzie przesadzał, z dźwiękiem pewnie jeszcze bardziej! No nie! To wszystko będzie ogromnie dołujące! Jak film Fritza Langa... Jestem spóźniona. Całuję. Odbierzecie mnie później razem z Tami? - Zdążyła już wyjść za drzwi, więc jej głos niósł się echem po klatce schodowej.

Ojciec krzyknął za nią:

- Tak... mutti! Bądź dzisiaj wyjątkowo wyniosła w swojej wielkiej scenie. Pozostali będą walczyli o uwagę sławnego amerykańskiego reżysera. Jeśli udasz niewzruszoną, wyróżnisz się z tłumu.

- Dlaczego miałabym to zrobić?

Drzwi zatrzasnęły się za nią i już jej nie było.

* * *

Pierwsze spotkanie tych dwóch tytanów historii kinematografii było szatkowane, wymyślane, manipulowane, ozdabiane przez tak wielu - i tak często - że nikt nie jest w stanie przedrzeć się przez labirynt słów, aby dotrzeć do prawdy absolutnej. Nawet obie gwiazdy tej sztuki podczas opisywania owych pomyślnych spotkań w swojej autobiografii odrobinę je upiększyły. Nie mogę przysiąc, że Josef von Sternberg też tak robił, ale wiem na pewno, że przez sześćdziesiąt lat relacje Marlene Dietrich zmieniały się za każdym razem. Nawet pod koniec życia wciąż edytowała, podkręcała ich dwa pierwsze spotkania, aby te sceny lepiej się rozgrywały. Słyszałam jednak, jak było naprawdę, zanim historia została przerobiona przez dziennikarzy, kolumny plotkarskie, działy reklamy studiów, badaczy uniwersyteckich i wszystkich, którzy aspirowali do tego, aby zostać częścią legendy.

Spory o to, w czym matka powinna wystąpić podczas pierwszej rozmowy z wielkim amerykańskim reżyserem, ciągnęły się przez całą kolację. Ona była zdecydowana założyć swój najlepszy kostium "portowej dziwki". Ojciec nalegał, żeby zaprezentowała się jak dama.

- Chcesz, żebym wyglądała jak jedna z tych panienek z wyższych sfer, które dopiero co skończyły szkołę? - drwiła matka.

- Tak! - odparł ojciec po cichu, co oznaczało, że był naprawdę rozgniewany.

- Chyba ci odbiło! Lulu-Lulu, Lola-Lola, Hupsi-Poopsi, czy jakkolwiek ją nazwie, to tania wywłoka! Margo powiedziała mi, że słyszała, jak ktoś w Ufie twierdził, że nadaję się do tej roli, bo mam "niezłe" siedzenie. I dlatego mam założyć swój piękny garnitur z białymi mankietami? Co za absurd!

Marlene Dietrich przybyła na spotkanie z Josefem von Sternbergiem do studia Ufy ubrana w swój najlepszy garnitur i białe rękawiczki z koźlęcej skóry, który to strój dopełniła dwoma dyndającymi srebrnymi lisami, aby dodać sobie pewności. Wróciła wściekła.

- Papi! Zaczekaj, aż usłyszysz, co wydarzyło się dzisiaj w studiu! Emil Jannings i jakiś inny mężczyzna przyszli do biura, żeby zobaczyć, z kim przesiaduje herr Direktor. Spojrzeli na mnie i powiedzieli: "Wstań i przejdź się", jakbym była koniem! Ten Josef von Sternberg - zaśmiała się przy wymawianiu "von" - to bardzo inteligentny mężczyzna. Wyróżnia się na tle takich jak on. Po wyjściu tych dwóch partaczy prawie zaczął za nich przepraszać... Miło? I nadal chce zrobić ze mną zdjęcia próbne. Mimo że powiedziałam mu, jak strasznie wychodzę na zdjęciach, jaki sterczący wydaje się mój nos, niczym kaczy kuper, i że powinien poprosić, żeby pokazali mu kilka z tych okropnych filmów, w których wystąpiłam...

- Powiedziałaś mu... - Ojciec kręcił głową z niedowierzaniem.

- Tak. A dlaczego by nie? Niech od razu się przekona, jak obchodzi się ze mną film... Będzie miał jasność sytuacji!

Von Sternberg już ją miał. Znalazł kobietę, której szukał. Niemniej jednak zorganizował zdjęcia próbne. Tamtego dnia matka wróciła ze studia absolutnie zachwycona.

- Ten człowiek jest genialny! Absolutnie genialny! I słodki! Wiesz, co dzisiaj zrobił? Upiął tę wstrętną sukienkę, w którą ubrali mnie w garderobie do zdjęć próbnych. Własnoręcznie. Wielki reżyser! Potem powiedział im, co mają zrobić z moimi okropnymi włosami. Stwierdziłam, że zawsze wyglądają tak, jakby właśnie wylizał je kot, ale on nie słuchał. Wiesz co, papi, on wszystko wie! Każdemu potrafi powiedzieć, jak się zabrać do pracy... w odpowiedni sposób! Jest niesamowity. Nie wygłasza tylko poważnych monologów tak jak inni... On naprawdę wie. Oczywiście jak zawsze miałeś rację. Musiałam śpiewać podczas zdjęć próbnych. Zapytał, czy znam coś po angielsku. Papi, po angielsku! No i... zaśpiewałam Cream in My Coffee. Ale to nie jest wulgarna piosenka, więc próbowałam robić to na modłę bardzo taniej subretki. Pianista nie znał całego utworu, więc się wściekłam. Ale właśnie tego chciał ten von Sternberg! Kazał mi śpiewać, potem przestać i zacząć wrzeszczeć, kiedy pianista będzie grał to źle. I tak też zrobiłam. Potem wspięłam się na pianino, skrzyżowałam nogi i zaśpiewałam Wenn Man Auseinander Geht!. To było łatwe, a tamto wcześniejsze - potworne! Ale przebrnęliśmy przez to. I posłuchaj tego: ten von Sternberg twierdzi, że nakręci Błękitnego anioła po angielsku! W tym samym czasie co po niemiecku! W Ufie nie zrobili jeszcze żadnego filmu z dźwiękiem, a teraz będą kręcić dwie wersje językowe naraz? Jak to dobrze, że nie będę brała w tym udziału!

Dostała tę rolę jeszcze przed zdjęciami próbnymi, ale o tym nie wiedziała.

Zlekceważywszy wszystkie zastrzeżenia co do jego decyzji, von Sternberg zmusił Ufę do podpisania z Marlene Dietrich umowy na zagranie głównej roli kobiecej w Błękitnym aniele, pierwszym pełnometrażowym niemieckim filmie dźwiękowym. Jej wynagrodzenie wyniosło pięć tysięcy dolarów. Mój ojciec i jej przyjaciele triumfowali. Polał się szampan, a matka nie przestawała patrzeć na nich tak, jakby byli obłąkani.

- Naprawdę myślicie, że to takie proste? Ha! Nebech! - Było to jej ulubione słowo w jidysz, którego używała do wyrażenia absolutnie wszystkiego od "wielkie rzeczy", "i co z tego?" aż po "no jasne", "załóż się" i "znajdź sobie innego naiwniaka". - To portowa dziwka! Nigdy więcej nie będę mogła pokazać się ludziom! A co, jeśli ten Sternberg nagle uzna, że chce gołych cycków? Co wtedy zrobię? Ha? Oczywiście żadne z was nie pomyślało o takiej ewentualności!

Potem pędziła do kuchni, żeby przynieść musztardę mojego ojca i dodatkową porcję surówki z ogórków.

Trochę zaniepokoił mnie jej wybuch. Wydawała się naprawdę zła na wszystkich, ale ojciec tylko się uśmiechał i zajadał swoją tłustą kiełbasę, jakby nie stało się nic złego. Nauczyłam się, że najczęściej właściwie oceniał nastroje matki, dlatego też wzięłam z niego przykład i zajęłam się swoją kolacją. Kiedy nasza "zbuntowana" gwiazda wróciła, ktoś przy stole wspomniał o nowej książce, Pożegnanie z bronią, a ktoś inny napomknął, że Vicki Baum napisała jeszcze coś innego, pod tytułem Grand Hotel. To zachęciło moją matkę do wynurzeń na temat tego, jak bardzo nie znosi Baum, oraz do stwierdzenia, że ten Hemingway musi być cudownym człowiekiem, skoro umie tak pisać, i w ten sposób udało się zmienić temat. Za najbardziej ekscytujące wieści wieczoru uznałam doniesienia o całym mnóstwie gangsterów zlikwidowanych w dzień jakiegoś świętego w mieście o nazwie Chicago - oczywiście jeśli nie liczyć faktu, że moja matka została "portową dziwką".

Do czasu, gdy Josef von Sternberg po raz pierwszy przyszedł do nas na kolację, tak dużo się o nim nasłuchałam, że nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu poznam tego "wielkiego amerykańskiego reżysera, który nie powinien się tytułować "von"". Ale kiedy pojawił się ten krępy, niski mężczyzna z dużymi, opadającymi wąsami i najsmutniejszymi oczami, jakie kiedykolwiek widziałam, poczułam się nieco rozczarowana. Jeśli nie liczyć długiego płaszcza z wielbłądziej wełny, getrów i eleganckiej laski, w ogóle nie sprawiał wrażenia ważnej osobistości. Za to miał cudowny głos. Głęboki i łagodny, niczym jedwabisty aksamit. Doskonale mówił po niemiecku, z melodią podyktowaną austriackim akcentem.

Zostałam przedstawiona, dygnęłam i czekałam, tak jak zostałam nauczona, aż poda mi rękę, wyrażając przyzwolenie na uścisk. Ale nic się nie wydarzyło! Czułam się jak wbita w ziemię, kiedy tak stałam i zastanawiałam się, co dalej.

Wtedy na ratunek przyszedł mi ojciec.

- Jo, pamiętaj, że jesteś w Niemczech - powiedział. - Dziecko czeka na uścisk dłoni.

Te słowa najwyraźniej speszyły drobnego mężczyznę. Szybko ścisnął moją dłoń i się uśmiechnął. Uznałam, że dorosły, który czuje zakłopotanie, kiedy nie wie, jak się zachować przy dziecku, musi być miły.

Zawsze myślałam o von Sternbergu właśnie w tym kontekście, jak o człowieku, którego łatwo zawstydzić, bezradnym i niepewnym. Ogromnie dużo energii wkładał w udawanie, że jest dokładnie na odwrót, zawsze próbując ukryć to, co uważał za swoje słabości. W rezultacie wielu ludzi nienawidziło tego samotnego utalentowanego człowieczka, ponieważ byli oni głęboko przekonani, że to prawdziwy potwór. Nie potrafili bowiem dostrzec nic prócz swojego samolubnego antagonizmu. Ale wtedy, w tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku, byłam jeszcze dzieckiem, które odbierało sygnały, lecz nie potrafiło ich analizować. Czułam, że to miły mężczyzna, którego nie należy się bać, bez względu na to, co mówili o nim inni.

Tym razem nasza grupa składała się wyłącznie z najbliższej rodziny: mojej matki, jej reżysera, mojego ojca, Tami i chłonnej gąbki, czyli mnie. Interesował nas wyłącznie jeden temat: film. Ich film. Na początku von Sternberg sprawiał wrażenie zdumionego i trochę skrępowanego nieodłącznym towarzystwem czterolatki, ale gdy tylko zrozumiał, że nie będę nikomu przeszkadzać dziecinną paplaniną, zaakceptował to i po pewnym czasie, podobnie jak wszyscy inni, zapomniał o mojej obecności. Ponieważ matka i von Sternberg zawsze rozmawiali ze sobą po niemiecku, nie istniała żadna bariera językowa, która cokolwiek by mi utrudniała.

Na tamtym pierwszym etapie ich znajomości matka traktowała go jak boga. Kiedy odwieszała jego palto do szafy na korytarzu, głaskała je, jakby miało magiczną moc. Dowiedziała się, co lubi jeść, i gotowała wyłącznie te potrawy. Jego zawsze obsługiwała jako pierwszego, nawet jeszcze przed moim ojcem, który zdawał się całkowicie pogodzony z takim pełnym szacunku traktowaniem reżysera. Podczas gdy Tami sprzątała i dbała o wygodę wszystkich zgromadzonych przy stole, moja matka siedziała nieruchomo, zahipnotyzowana, zasłuchana. Von Sternberg był bardzo poważny, bardzo zasadniczy i bardzo zapalczywy w swoim podejściu do filmu, który właśnie kręcił.

- Chcę dźwięku bez zwłoki. Aby natychmiast zalał publiczność. Otulił ją swoją przenikliwością... Odgłosy poranka... Twarde obcasy na brukowanych ulicach, chlust wody wylewanej na witrynę sklepową z metalowego wiadra... Szczekanie psów... Pobrzękiwanie solidnych talerzy przy śniadaniu. Śpiew kanarka. Profesor ma kanarka? Tak! Profesor ma kanarka! Tak! Dźwięk! Dźwięk! To takie trafione, niemieckie słowo określające dźwięk, klang! Wyraża znacznie więcej od naszego słowa. Klang film! Klang! - wydzierał się na całe gardło. - Czujecie, jak wibruje? Właśnie to musimy zrobić! Od pierwszej chwili publiczność musi być zatopiona w dźwięku, nieustannie warunkowana, musi nauczyć się koncentrować na słuchaniu, na wyłapywaniu słów dialogu toczącego się przy akompaniamencie klang!

Nie wiem, jak reszta grupy, ale ja miałam gęsią skórkę. Cóż to był za cudowny człowieczek! Nagle uspokojony, zwrócił się do mojej matki:

- Bądź jutro w studiu o jedenastej. Projektant chce cię poznać. Widziałem kilka szkiców kostiumów i uznałem, że są okej.

Moja matka z uwielbieniem w oczach w milczeniu skinęła głową. Wyrażenie "okej" na stałe weszło do naszego codziennego słownictwa. Lubiłam je, brzmiało radośnie.

Trzasnęły drzwi frontowe.

- Nie! - Moja matka wparowała do kuchni. - Papi, gdzie jesteś?

Wiedziałam, gdzie szukać, ale w konfrontacji z jej gniewem nie miałam odwagi wspomnieć o dachu. Wiedziałam, jak bardzo nienawidziła tych jego gołębi, dlatego też milczałam.

- Papi-i-i! Gdzie ty się, do diabła, podziewasz? Tylko nie znowu na tym dachu...

Była taka wściekła, że burczała do siebie. Wcisnęła mi w ręce swoją torebkę i rękawiczki, a ja pobiegłam, aby odłożyć je na właściwe miejsce. Zawsze dobrze wywiązywałam się z takich zadań, dokładnie tak, jak oczekiwała tego matka. Kiedy wróciłam, stała na kuchennym krześle, wrzeszcząc przez okienko:

- Papi?! Jeśli tam jesteś, natychmiast chodź na dół! Mam kłopoty!

Z góry spłynął głos mojego ojca:

- Mutti, sąsiedzi cię słyszą. Zachowujesz się jak przekupa, kiedy tak krzyczysz!

- Och, papi, proszę... Proszę, zejdź... - Ściszyła głos. - Potrzebuję cię. Wszystko jest nie tak. Nie wiem, co robić... Papi, zejdź, proszę - błagała.

Ojciec, który zaznaczył już swoje stanowisko, przybył jej na ratunek.

- Nie wyobrażasz sobie, w co chcieli mnie ubrać. Nawet nie potrafię opisać tego... To takie... takie... potworne! I z pewnością nie nadaje się do pokazywania dziecku!

Czy zamierzali odesłać mnie w chwili, gdy zaczynało robić się ciekawie? Miałam nadzieję, że nie.

- Jest aż tak wulgarne? - zapytał ojciec, zmierzając do łazienki na korytarzu, z matką depczącą mu po piętach.

- Nie, nie o to chodzi, papi. Oczywiście, że jest wulgarne. Musi takie być! Ale jest też niedorzeczne! Wyglądam w tym śmiesznie! Nieciekawie, nudno... Nie ma na czym oka zawiesić. Sztampa! Nuuuda!

Niczym chirurg szykujący się do operacji ojciec umył ręce specjalnym glicerynowym mydłem z Anglii, które lubił najbardziej. Bez słowa osuszył dłonie, pociągnął w dół mankiety swojej sukiennej koszuli, spiął je złotymi spinkami, zrobił kolejną wymowną pauzę, po czym przemówił:

- Porozmawiam z Jo. On jeszcze cię nie zna. Nie przejmuj się.

Matka odetchnęła z ulgą, zrzuciła swoje futro na sedes, po czym poszła siekać cebule na kolację.

Tego wieczoru Tami ugotowała swój wyśmienity boeuf Stroganow. Pan von Sternberg był nim zachwycony. Po puddingu z czerwonych porzeczek z sosem waniliowym matka objęła szczupłe ramiona Tami i wyprowadziła ją z jadalni, zamykając za sobą dwuskrzydłowe dębowe drzwi. Nieopatrznie zostawiono mnie w pokoju z dwoma dżentelmenami. Mój ojciec otworzył swoją złotą papierośnicę, wysunął ją w stronę von Sternberga, sam też się poczęstował, po czym podpalił oba papierosy odpowiednio dobraną zapalniczką Dunhill.

- Jo, czy miałeś czas na zwiedzanie miasta? - zapytał.

- Niewiele, ale wystarczająco, aby wiedzieć, że nie warto tracić energii. Rudi, dzięki Bogu za Ericha Pommera. Bez niego nic nie byłoby możliwe... Gdybyśmy mieli więcej producentów takich jak on, jakie filmy moglibyśmy tworzyć! On ma gust i rozumie proces twórczy. Ogromna rzadkość w naszej branży.

- Jo - ojciec postukał końcem papierosa o brzeg dużej szklanej popielnicy - właśnie o tym chcę porozmawiać... O procesie twórczym... Obraz, nawet z dźwiękiem, nadal stanowi trzon naszego zawodu...

- Trzon? To życiodajna krew! Bez obrazu nie ma nic. Oczy widzą na długo przed tym, zanim usłyszą uszy.

- Jo, czy myślałeś o tym, żeby dać Marlene szansę stworzenia kostiumów? - zapytał ojciec, nieznacznie akcentując przedostatnie słowo.

Von Sternberg powątpiewająco uniósł jedną brew, ale niczego nie skomentował.

- Ona ma niesamowity dar dostrzegania tego, co wygląda dobrze. Instynkt. Nigdy nie widziałem, żeby ją zawiódł, jeśli tylko zna charakter postaci. Spróbuj. Zobacz, co wymyśli. Pozwól jej to poskładać.

Von Sternberg palił w milczeniu, a potem skinął głową. Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, co też stworzy moja matka. Miałam nadzieję, że nie zostanie to uznane za zbyt "wulgarne dla oczu dziecka".

Była w ekstazie. Dzień po dniu Tami, Becky i ja otrzymywałyśmy polecenia, gdzie szukać dawno porzuconych skarbów. W szafach, komodach, starych zapomnianych pudłach na kapelusze, zniszczonych walizkach, zakurzonych kufrach. Nasze mieszkanie zaczęło przypominać ogromny kiermasz rzeczy używanych. Matka znalazła tandetny pasek z dużą kryształową klamrą i krzyknęła z zachwytu. Postrzępione kimono wprawiło ją w stan totalnego uniesienia.

- Cudownie! Cudownie! - mruczała, brnąc w tonach rzeczy, które nam przypominały odrzuty ze sklepów charytatywnych Armii Zbawienia.

- Potrzebuję kołnierzyka ze starej satyny, jeśli to możliwe, w kolorze brudnej bieli. Wszyscy szukają starych kołnierzyków! W tamtej okropnej rewii, pamiętasz, Tami? Czy w tamtym chórku nie musiałyśmy nosić czegoś na rękach, jakichś mankietów? Z lamy... pamiętasz? Takie brzydactwa? Zostawiłam je, ale gdzie teraz są? Może w tamtym pudle na kapelusze, które miałam ze sobą w teatrze podczas Broadwayu?

Kiedy mój ojciec z trudem otworzył drzwi frontowe i wszedł do środka, Marlene chwyciła go za ramię.

- Nie zdejmuj kapelusza! Musimy natychmiast wyjść, pojeździć po okolicy i poszukać dziwek! Pamiętasz tego, który zawsze nosi pas do pończoch i biały satynowy cylinder? Musimy go znaleźć. Chcę jego majtki.

Ściągnęła go po schodach, skoro nie miała ani chwili do stracenia. "Niegrzeczna Lola" miała dostać swój strój!

Och, jak bardzo chciałam zobaczyć minę von Sternberga, kiedy Dietrich prezentowała mu swoją wizję jego Loli. Musiał być oszołomiony, może nawet odrobinę zaniepokojony, ale wiedział, co wygląda dobrze. Zawsze bez wyjątku. Całe szczęście, że nie było wtedy Janningsa, który zyskałby szansę, aby szybciej się domyślić, że to nie on będzie gwiazdą Błękitnego anioła, i spróbować jakoś temu zaradzić. Niemniej jednak, kiedy moja matka wróciła ze spotkania z von Sternbergem, oznajmiła:

- Spojrzał na mnie tymi swoimi barokowymi oczami i, jak myślicie, co powiedział?

Wszyscy czekaliśmy z zapartym tchem. Pozwoliła nam tak trwać, budując napięcie, po czym uśmiechnęła się triumfalnie.

- Powiedział: "Marlenchen...". Nazwał mnie Marlenchen! "Wspaniale, wspaniale, po prostu wspaniale!"

Padliśmy sobie w objęcia. Marlene Dietrich wygrała. Tego wieczoru ojciec musiał ją zawieźć do każdej berlińskiej speluny w poszukiwaniu kolejnych elementów stroju prostytutki.

Pojawił się nowy bóg - kolejny niewysoki mężczyzna. Nie miał wąsów ani "von" przed nazwiskiem, a w jego oczach nigdy nie gościł smutek. Tego roku nie widywałam go zbyt często, ponieważ matka pracowała z nim głównie w studiu, ale nieustannie słuchałam o nim i o jego muzyce.

- Papi, nikt, nawet Spoli, nie napisałby takich piosenek. Każdego dnia kolejny dwuznacznik dla mnie do zaśpiewania! I te słowa! Jak on to robi?! Niesamowite!

Zaśpiewała o tym, jak to jest być Lolą, gwiazdeczką sezonu, kochaną przez wielu mężczyzn właścicielką pianoli, której nikomu nie pozwalała ruszyć. To był naprawdę chwytliwy numer. Ogromnie mi się spodobał.

- Papi, wiesz, co kryje się za słowem pia-no-la?! - Matka zachichotała radośnie. - To takie wulgarne i takie odpowiednie. Papi, ten Hollaender jest geniuszem. Na potrzeby Błękitnego anioła jest geniuszem! Tylko posłuchaj. Dzisiaj brzdękał na pianinie, próbował tego i owego. To mój ulubiony kawałek z filmu!

Także kolejne dźwięki były pełne zadziorności i żywiołowości. Na szeroko rozstawionych nogach, z rękami na biodrach matka śpiewała: "Chciała poszukać dla siebie mężczyzny. Mężczyzny, który umiałby całować i pragnąć. Mężczyzny z ogniem, który wiedziałby, co z nim zrobić".

- Ale piosenka, którą wszyscy tak uwielbiają, coś o ćmach i płomieniach, z całym tym "nic na to nie poradzę, że wszyscy mężczyźni mnie pragną", ta jest fatalna! Dzięki Bogu, gdy tylko zdjęcia do Błękitnego anioła zostaną zakończone, nigdy więcej nie będę musiała śpiewać tego okropieństwa!

Dni zaczynały się teraz naprawdę bardzo wcześnie. Na zewnątrz było jeszcze ciemno, kiedy matka zapalała światła, rozsuwała zasłony, rozkręcała moje szyny, popędzała mnie przy ubieraniu się i wciskała mi na głowę wełnianą czapkę. Potem razem wymaszerowywałyśmy z domu, schodziłyśmy po schodach, mijałyśmy duże szklane drzwi i smagane mroźnym powietrzem, przemierzałyśmy cichą ulicę, kierując się do domu mojej babki. Rozlegał się głęboki dźwięk dzwonka. Babka otwierała masywne drzwi, a słabe świat­ło wydobywało z mroku jej imponującą sylwetkę, w pełnym odzieniu o tej wczesnej porze jeszcze przed nastaniem świtu.

- Dzień dobry, Leno. Spóźniłaś się!

Matka popychała mnie w jej stronę, podczas gdy jej matka wyciągała do mnie ręce. Z miną wyrażającą zarówno potępienie, jak i pełną rezygnacji cierpliwość babka dodawała:

- Idź, Leno... do swojej... pracy. - Wahała się z doborem ostatniego słowa, jakby próbowała znaleźć inne, które lepiej opisywałoby zajęcie mojej matki. - Troskliwie zaopiekuję się twoim dzieckiem.

Potem odprawiała ją skinieniem głowy i zamykała drzwi. Nie miałam pojęcia, dlaczego babka wydawała się taka rozdrażniona ani czemu matka zawsze czmychała w popłochu, bez choćby jednego słowa. Wiedziałam jednak, żeby nie poruszać tego tematu.

Najpierw chowałam czapkę i mitenki do kieszeni mojego zimowego płaszcza, potem wieszałam go starannie na specjalnym haczyku przeznaczonym wyłącznie dla mnie. Później musiałam się pozbyć butów. "Buty przynoszą brud z ulicy", brzmiało jedno z ulubionych powiedzeń babki. Zdjęcie ich zajmowało mi trochę czasu, ponieważ musiałam naprawdę mocno ciąg­nąć, żeby poluzować długie sznurówki. "Arystokratki mają szczupłe kostki, a chłopki grube", brzmiało jedno z ulubionych powiedzeń matki. Za każdym razem, kiedy zakładała mi buty z wysokimi cholewami, uznawałam, że muszę przypominać chłopkę, skoro naprawdę mocno ściągała mi sznurówki. Następnie babka pomagała mi założyć szary fartuch, zapinając te guziki na plecach, do których nie dosięgałam. Bezszelestnie jak skradający się kot człapałam za panią domu w swoich kapciach z grubego filcu, aby "gruntownie wyszorować moje pokryte ulicznym brudem ręce" przed udaniem się do ciepłej kuchni, gdzie na dużym żelaznym piecu czekało na mnie ciepłe śniadanie.

Matka mojej matki była zasadnicza w bardzo wielu kwestiach, ale jeśli człowiek dokładnie stosował się do jej zaleceń, zawsze traktowała go sprawiedliwie, a czasem nawet z sympatią. Podczas gdy moja matka zachwycała, siedząc na krześle w falbaniastych majtkach i pasie do pończoch, ja, przycupnięta na wysokim kuchennym stołku, uczyłam się właściwie obierać ziemniaki, płukać szkło w occie, aby lśniło, zanurzać kurczaka we wrzątku, aby później łatwiej go było oskubać, nacierać dywany w tureckie wzory świeżą kapustą kiszoną, aby zabezpieczyć je przed molami, a przy okazji pozbyć się zabrudzeń i wydobyć piękne, głębokie kolory. To była jedna z moich ulubionych prac z "przysposobienia do bycia żoną". Na kolanach, ściskając ciężką szczotkę, podkradałam z beczki po trochu dobrze przyprawionej świeżej kapusty i przeżuwałam ją, uszczęśliwiona, w trakcie szorowania.

Ten dom był taki ponury, taki pusty, że czasem zwyczajnie przerażał. Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i wyruszyłam na wyprawę po jego przepastnych górnych piętrach. Na najwyższym z nich znalazłam długi, niski schowek, wystarczająco duży, abym mogła się do niego wczołgać. Na samym jego końcu, pod małym oknem witrażowym stał domek dla lalek. Maleńki, strojny świat z żyrandolami, które naprawdę brzęczały, kiedy się ich dotknęło, z delikatnymi pozłacanymi krzesłami, zasłonami z frędzlami z czerwonego aksamitu, z kominkiem, którego rzeźbiony drewniany gzyms zastawiony był miniaturowymi porcelanowymi pasterkami i cynowym świecznikiem. Z kolanami przyciągniętymi do piersi siedziałam w zachwycie, upajając się tym lilipucim cudem, aż głos babki, nawołujący mnie, niosący się echem z dołu, przerwał czar. Odtąd modliłam się, żeby zdjęcia do filmu matki ciągnęły się w nieskończoność, robiłam wszystko dokładnie tak, jak życzyła sobie tego babka, uwijając się przy tym jak w ukropie, po czym uciekałam do magicznego świata, który odkryłam. Jak ten domek tu trafił? Do kogo należał? Kto bawił się nim przede mną? Nigdy nie odważyłam się zadać tych wszystkich pytań, nigdy nie poznałam tajemnic. Babka musiała wiedzieć, gdzie znikałam każdego dnia, ale nigdy nie wspomniała o tym słowem ani przy mnie, ani przy mojej matce. Często zastanawiałam się dlaczego.

* * *

W miarę jak kontynuowano pracę nad filmem, matka bywała w domu coraz rzadziej. W niektóre dni to ojciec budził mnie rano, po czym odprowadzał do babki. A kiedy mutti już się pojawiała, całowała mnie, karmiła, przebierała i mówiła.

- Ten von Sternberg to prawdziwy szaleniec! Film jest katastrofą! To się nigdy nie uda! Jak myślisz, co zrobił? Zbudował duże drewniane pudła, w których siedzi razem z kamerami. Tłumaczy, że to niby wygłusza hałas podczas kręcenia. Wciska się tam z nimi i znika! Jak w ogóle można kręcić, kiedy jest się zamkniętym w drewnianej skrzyni?

Po tych słowach pocałowała mnie i pobiegła.

W miarę jak Błękitny anioł nagrywany był sekwencjami, matka donosiła o swoich kolejnych codziennych problemach.

- Dzisiaj Jannings nagrywał scenę w sali lekcyjnej, tę, w której musi wymówić angielskie "the". Ma kłopoty z "th". Prawda, że to zabawne? Zrobił z von Sternbergiem cały film po angielsku w Ameryce, a nie umie powiedzieć "the"? Ja robię to idealnie. - Po czym dokonała demonstracji. Wsunęła język między przednie zęby i wyartykułowała angielskie słowo, przy okazji rozdmuchując puder do twarzy po całej toaletce.

Nigdy nie pozwolono mi przyjść na plan Błękitnego anioła. Matka uważała ten film za wulgarny, nieodpowiedni dla niewinnego dziecka. Ale w domu nie opowiadała o niczym innym.

- Papi, to ty doprowadziłeś mnie do ruiny. Wszystko jest takie wstrętne! Grube kobiety... Posadził grube kobiety na całej scenie klubu nocnego. Widziałeś ją, to mała scena! Lada dzień zawali się pod całym tym tłuszczem... a ja skręcę sobie kark. I ten dym! Powinieneś był widzieć ten dym! Gęsty jak mgła! Po co się w ogóle męczyć przy kostiumach, skoro jedyne, co da się zobaczyć, to te duże, tłuste cielska za mgłą!

- Uważasz, że mam problem z angielskim? Ja mam problem z niemieckim! Von Sternberg powtarza mi bez przerwy, żebym przestała się zachowywać jak "elegancka dama". I ciągle na mnie wrzeszczy. "Masz być dziwką! Rozumiesz to, madame z weimarskiej szkoły prywatnej? Musimy tutaj trochę pograć!" To wszystko twoja wina, papi!

Czasem płakała, a ojciec tulił ją w ramionach, tłumacząc, żeby się nie poddawała i że ostatecznie wszystko się uda i będzie cudownie. Matka miała poważny problem z berlińskim slangiem klasy robotniczej. Nie przeszkadzało jej to, że go znała. Nie wyobrażała sobie jednak, że jako "dziewczyna z dobrego domu", jak lubiła o sobie mawiać, mogłaby zaprezentować tę umiejętność przed całą ekipą filmową i von Sternbergiem. Angielska wersja nigdy nie nastręczała jej takich trudności jak wystawianie na pokaz znajomości slangu berlińskiej klasy robotniczej. Kiedy posługiwała się angielskim, matka zawsze czuła się jak cudzoziemka, dlatego udawanie przychodziło jej znacznie łatwiej. Później prawdziwa Dietrich rzadko wyłaniała się podczas gry po angielsku. Język ten najczęściej przywoływał nabytą kreację, a nie młodą Leni z pamiętników.

- Nie ma żadnego prawdziwego scenariusza. Wszyscy, nawet Pommer, się martwią, ale von Sternberg nikomu nie pozwala się wtrącać. Ma wszystko zapisane w głowie. Jak wspaniale pracować z człowiekiem, który wie, czego chce i jak to zdobyć. Żałuję tylko, że nic nikomu nie mówi!

Pewnego chłodnego dnia mutti wpadła rano do mojego pokoju, zapaliła świat­ło i podała mi klucz z okrzykiem:

- Sama się tym zajmij!

Potem zaczęła gorączkowo grzebać w moim kufrze z zabawkami. Pluszowy królik poleciał w jedną stronę, tuż za nim podążyły szmaciany clown, klocki, piłki. Zrobił się bałagan. Odwróciwszy się, spojrzała na mnie jak na winowajczynię.

- Gdzie ona jest? Zabrałaś ją?

Ledwo przytomna, całkowicie oszołomiona, wydukałam:

- Słucham?

Prawdopodobnie brzmiało to jak przyznanie się do winy.

- Wiesz, o czym mówię! O mojej czarnej lalce! Gdzie ją masz?

- Mutti, nigdy się nim nie bawię. Nie wolno mi. Ale miał go papi.

Zawirowała wokół własnej osi.

- Papi! Masz mojego Murzyna!

Potem wybiegła, żeby rozprawić się z ojcem. Nie chciałam wpędzać go w kłopoty, lecz widziałam, jak naprawiał trawiastą spódniczkę należącego do matki dzikusa z czarnego filcu. Kiedy później w pośpiechu przemierzałyśmy ciemną ulicę, miała ze sobą swoją czarną lalkę, bezpiecznie ściśniętą pod pachą. Dokądkolwiek wybierała się Dietrich, jej czarny dzikus też musiał tam być. Właśnie ten talizman na szczęście towarzyszył jej przez całe życie zawodowe. W tym prawdziwym jego miejsce zajmowała astrologia.

- Herr Direktor powiedział mi dzisiaj, że w końcu będę mogła zobaczyć to, co nazywają surówką, którą nakręcili dwa dni temu. Poinformował mnie również, że mam siedzieć cicho! Dopóki nie skończą! Wolno mi komentować dopiero wtedy, gdy w sali projekcyjnej ponownie rozbłysną światła. Ci Amerykanie są tacy protekcjonalni! No naprawdę!

Następnego dnia wróciła cała w skowronkach.

- Papi, to niezmiennie wulgarny film, ale pan von Sternberg jest... bogiem! Bogiem! Mistrzem! Nic dziwnego, że wszyscy go nienawidzą... wiedzą, że nie mogą go ruszyć. Maluje jak Rembrandt tymi swoimi światłami. Ta twarz, tam na ekranie, najprawdziwsza wywłoka z nabrzeża! Jest taka, jak być powinna! Jest absolutnie wspaniała!

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam, jak matka mówi o sobie w trzeciej osobie. Właśnie wtedy zaczęła myśleć o Dietrich jak o produkcie, całkiem oderwanym od jej własnej rzeczywistości.

- Pamiętasz te wszystkie okropne, grube kobiety, których tak nie cierpiałam? A które Jo umieścił za mną na scenie? Są takie grube, że na ich tle wyglądam jak trzcina! Jo wiedział, co robi, już na wczesnym etapie kręcenia tego filmu. Już wtedy wiedział, że to będzie dobrze wyglądać!

- Ta straszna piosenka, o której ci wspomniałam, ma teraz słowa po angielsku. Zgadnij, jak ją zatytułowali. Falling in Love Again! Angielski nie nadaje się do powiedzenia, że "od czubka głowy po same stopy cała jestem z miłości". Było wystarczająco źle, zanim zmienili tekst, a teraz to w ogóle nie ma sensu!

- Dzisiaj powiedziałam: "Czemu nie posadzisz mnie na czymś innym? Ile razy można epatować erotyzmem na krześle? Może spróbujemy z beczką... Beczka przynajmniej inaczej wygląda, i może wyciągnę jedną nogę, a drugą uniosę". I wiesz, co on na to? Tak czy inaczej wyceluje te swoje pudła w moje krocze... To wszystko jest niemożliwe. Wstydzę się chodzić po planie!

W 1930 roku Marlene Dietrich wywołała sensację jako Lola w Błękitnym aniele, pierwszym niemieckim filmie dźwiękowym.

Josef von Sternberg, geniusz, który stworzył ten świetny film i przysporzył sławy Dietrich.

Lolka, portowa dziwka, siedząca okrakiem na swoim słynnym krześle. Ulubiona poza mojej matki z Błękitnego anioła, nawet jeśli wzdrygała się za każdym razem, kiedy spoglądała na swoje grube uda.

Von Sternberg udzielający wskazówek swojej gwieździe, Emilowi Janningsowi, podczas gdy jego "odkrycie" próbuje uśmiechać się urzekająco w oczekiwaniu na reakcję. Na tym etapie Jannings wiedział już, że kradła mu film. Dlatego ją ignorował.

Ze swoją maskotką, czarną filcową lalką, w Błękitnym aniele. Towarzyszyła jej przez całe życie.

31 marca 1930 roku. W odświętnym stroju, w którym wystąpiła na gali z okazji premiery Błękitnego anioła, nowa niemiecka gwiazda wyjeżdża pociągiem z Berlina do Bremer­haven, żeby wsiąść na statek, który zabierze ją przez morza do Ameryki.

* * *

- Jo ma wspaniały pomysł. Papi, kojarzysz te pocztówki z dziwkami, które w tajemnicy przed wszystkimi zbierają chłopcy w wieku szkolnym? Przez które Jannings wpada w złość w jednej ze scen? To posłuchaj tego! Jo polecił w studiu, żeby przyklejono na majtki maleńkie piórka. Potem w scenie pokazuje ich wszystkich, jak dmuchają na pocztówkę, żeby unieść piórka i odsłonić... sam wiesz co. Prawda, że to genialny pomysł? Prawdziwa erotyka!

Matka była teraz wystarczająco ważną postacią, aby otrzymać własną garderobianą w osobie kościstej starej panny o imieniu Resi. Po kilku tygodniach została osobistą pokojówką mutti, gotową na każde wezwanie, dniem i nocą. Resi miała pozostać z nami na czas kręcenia większości filmów Sternberga, jako ucieleśnienie usłużności i podszytego lękiem oddania.

Na jakimś etapie kręcenia Błękitnego anioła postanowiłam ochrzcić się na nowo. I tak nikt nigdy nie zwracał się do mnie moim prawdziwym imieniem, jeśli nie liczyć tych gniewnych, zwiastujących prawdziwe kłopoty okrzyków: "Mario! Chodź tutaj!". Niektóre dzieci wymyślały sobie przyjaciół, nieistniejących towarzyszy zabaw; ja najwyraźniej szukałam własnej tożsamości. I tak pewnego dnia oznajmiłam wszem wobec, że mają do mnie mówić Heidede. Jeden Bóg raczy wiedzieć, skąd przyszło mi to do głowy. Prawdopodobnie miało coś wspólnego z Heidi, bo w tamtym okresie fascynowała mnie alpejska idylla. Wszyscy bardzo poważnie potraktowali moje obwieszczenie. Od tej pory matka zwracała się do mnie "dziecko", "skarbie", "aniele", "miłości mojego życia", ojciec nazywał mnie "dziecko" albo kater, a reszta świata tytułowała mnie Heidede, córka Marlene Dietrich.

Pewnego wieczoru matce zostało trochę czasu, więc dołączyła do nas przy stole w trakcie kolacji.

- Dzisiaj w scenie duszenia on naprawdę próbował mnie zabić! Jo to zobaczył, rzucił jakąś wymówkę i przerwał nagranie. Co jest nie tak z tym Janningsem? W filmie gra genialnie. Jaki z niego aktor! Czasem posuwa się za daleko... ale wtedy Jo zawsze odbywa z nim jedną z tych długich rozmów, podczas których my wszyscy czekamy i odpoczywamy, lecz kiedy wraca, znowu jest wspaniały! Dlaczego więc nagle nie potrafił zagrać duszenia?! Tylko naprawdę próbował to zrobić?

Ojciec nalał piwa im obojgu.

- Mutti, na miejscu Janningsa dusiłbym cię, dopóki reżyser nie zawołałby: "Cięcie!".

- Co sugerujesz? - Matka nie posiadała się z oburzenia. - Że to znowu moja wina?

- Odebrałaś mu ten film. Błękitny anioł należy teraz do Marlene Dietrich, a nie do Emila Janningsa, gwiazdy. Na pewno zdaje sobie z tego sprawę.

- No cóż, jeśli to prawda, to winą trzeba obarczyć Jo, a nie mnie! Ja tylko robię to, co mi każe. Jannings powinien dusić Jo, a nie mnie!

Potem poszła po płaszcz i wyszła do pracy w teatrze.

Berliński przemysł filmowy dość dobrze zdawał sobie sprawę, że w jego trzewiach wzrasta fenomen. Hollywood równie szybko zorientował się w sytuacji. Jako amerykański dystrybutor Błękitnego anioła, a także rodzime studio von Sternberga Paramount uznał za dobry pomysł podpisanie umowy ze znającą angielski niemiecką seksbombą ze świetnymi nogami, o której wszyscy wciąż mówili.

Marlene dietrich-sieber

Kaiserallee 54 Berlin

29 stycznia 1930

Mamy przyjemność zaprosić Panią do znakomitego grona aktorów z Paramount Publix stop Proponuję siedmioletni kontrakt początkowo gwarantujący pięćset dolarów tygodniowo, aby ostatecznie osiągnąć trzy tysiące pięćset stop Gratuluję stop Proszę o potwierdzenie telegrafem stop Biuro w Berlinie zorganizuje podróż pierwszą klasą i pozostaje do Pani dyspozycji w razie potrzeby stop

BP SchulbergWiceprezesParamount Publix Corporation

Kiedy moja matka czytała na głos ten telegram, była bardziej rozwścieczona jego wyniosłym tonem niż proponowanym niskim wynagrodzeniem.

- Jacy próżni ludzie. Założyli, że nie mogę im odmówić. Nawet zdążyli mi pogratulować!

Potem pchnęła depeszę po blacie stołu w kierunku ojca, po czym wyszła zanieść lunch von Sternbergowi, który pracował w studiu nad montażem Błękitnego anioła.

* * *

Błękitny anioł został ukończony, a rewię zamknięto. Matka została bez pracy. Von Sternberg miał wkrótce wrócić do Ameryki. Na razie jednak rzadko odstępowała go na krok. Próbował ją przekonać, żeby zaakceptowała warunki proponowane przez Paramount. Ale ona wymawiała się przede wszystkim moim dobrem, a ponadto umową z Ufą, która uniemożliwiała jej podpisanie kontraktu z kimkolwiek innym. Kiedy ostatecznie okazało się, że studio nie przedłuży z nią współpracy, uznała, że jest do niczego, wszyscy, którzy się nią zachwycali, po prostu się pomylili, a jej rzekomo wielka kariera w branży filmowej dobiegła końca.

- Widzisz? A nie mówiłam? Nawet zdaniem Ufy tak źle prezentuję się na ekranie, że nie chcą mieć ze mną spisanego kontraktu!

- Nie bądź śmieszna. Po prostu brakuje im rozumu, aby pojąć, jaki mają klejnot, a to działa na twoją korzyść - odparł ojciec.

- Tak! Cudownie! Teraz możesz bez przeszkód związać się z Paramountem! - wykrzyknął zachwycony von Sternberg.

- Już ci powiedziałam, że nie pojadę do Ameryki. Skąd mam wiedzieć, co mnie tam czeka? Żadnego kraju, który z psa robi gwiazdę filmową, nie można traktować poważnie. I co z dzieckiem? Mam ciągnąć dziecko za ocean? Poza tym jaką mogę mieć pewność, że teraz, kiedy Ufa zrezygnowała z moich usług, wielcy szefowie z Paramountu nadal będą mnie chcieli?

- Chcą cię. Możesz mi wierzyć, że cię chcą. A kiedy pokażę im film, będą cię błagali. Co się zaś tyczy dziecka, będzie miało słońce przez cały dzień i własny basen. Co w tym złego?

Brzmiało fantastycznie! Zwłaszcza ta część o słońcu. Co do basenu nie byłam przekonana. Najpierw musiałabym się nauczyć pływać.

- Jeśli nalegasz, Jo, pojadę, jednak najpierw wybiorę się w tę podróż sama. Sprawdzę, czy wszystko naprawdę jest takie "cudowne", jak twierdzisz. Potem mogłabym wrócić i może zabrać dziecko. Ale co, jeśli podpiszę kontrakt, a potem mi się nie spodoba? I skąd mam mieć pewność, że nikt poza tobą nie będzie reżyserował moich filmów? Nie! Nie! To wszystko jest zbyt skomplikowane. Tutaj mogę pracować bez tych wszystkich strasznych problemów!

- Nie zostanę tutaj, żeby narażać się na tę kompletną głupotę! - huknął von Sternberg, po czym wyszedł z pokoju.

- Jo! - krzyknęła za nim matka, wybiegając na korytarz.

Ojciec zapalił papierosa. Czekaliśmy. Prowadząc von Sternberga pod ramię, matka wróciła do jadalni. Spojrzała błagalnie na ojca.

- Papi, powiedz mu. Powiedz Jo, że nie mogę zostawić dziecka!

Von Sternberg odwrócił się, żeby odejść. Przyciągnęła go do siebie.

- Skarbie! - Wiedziałam, że tym razem nie zwracała się do mnie.

- Mutti, prosisz mnie, żebym to ja podjął tę decyzję? - przemówił ojciec bardzo łagodnie.

- Tak, ty powiedz Jo... Nie mogę... - Nie dokończyła zdania.

- Jeśli naprawdę chcesz znać moje zdanie, uważam, że nie istnieje absolutnie żaden powód, dla którego miałabyś nie jechać.

Matka spiorunowała go wzrokiem.

- Pozwól mi, proszę, dokończyć. Dziecko zostawiałaś już wielokrotnie, i to ze znacznie błahszych powodów. Więc to nie byłby pierwszy raz. Radzę ci, jedź do Ameryki. Zaufaj Jo. Posłuchaj go. Zrób dokładnie to, co ci mówi. Z Jo, w którym masz obrońcę i przewodnika, zyskujesz niepowtarzalną okazję. Postąpisz niemądrze, jeśli zrezygnujesz z takiej szansy. Dziecko tu zostanie. Ma mnie, Tami i Becky. Kiedy wrócisz, wszyscy będziemy tu na ciebie czekać.

Von Sternberg mógłby go ucałować. A ja odniosłam wrażenie, że matka zamierza wyruszyć do Ameryki.

* * *

Tego wieczoru, gdy von Sternberg był gotowy do wyjazdu, wszyscy poza moją matką pocałowaliśmy go na pożegnanie. Ona wróciła do jego mieszkania, żeby pomóc mu się spakować, po czym pożegnała się z nim stosownie, zanim wsiadł do pociągu zmierzającego do portu.

Następnego dnia zebrałam się na odwagę, aby zapytać:

- Mutti, czy jeśli pojedziesz to Ameryki, tak jak twierdzi papi, mogę dostać psa?

Zupełnie nie spodziewałam się jednak takiej oto odpowiedzi:

- Tak, byle nie kundla.

Potem popędziła do studia, aby nagrać piosenki z Błękitnego anioła na płyty gramofonowe. Odtąd na nic nie zwracałam uwagi, ponieważ byłam zbyt zajęta przeglądaniem ilustrowanych książek w poszukiwaniu obiektu mojego pożądania. Chciałam zdążyć z wyborem rasy do czasu wyjazdu matki. Jakakolwiek by ona była, musiała się nadawać do przytulania.

Kiedy matka pakowała swoje kufry, starannie owijała swoją czarną lalkę, realizowała listy zakupów i całowała mnie smutna niczym żołnierz wyruszający na wojnę, w Paramouncie von Sternberg negocjował warunki dla swojej protegowanej. Panna Dietrich miała zostać związana kontraktem tylko na dwa filmy. Gdyby postanowiła wrócić do swojej ojczyzny, rezygnując z hollywoodzkiego gwiazdorstwa, wolno byłoby jej to zrobić, pod warunkiem że podpisałaby dokument stwierdzający, że po zwolnieniu przez Paramount nie zwiąże się z żadnym innym amerykańskim studiem. Gdyby jednak panna Dietrich postanowiła kontynuować karierę w Ameryce, jej kontrakt z Paramountem zostałby automatycznie przedłużony, a wynagrodzenie stosownie podniesione. Do kontraktu dodano również klauzulę umożliwiającą Marlene wybór reżysera, chociaż żaden nieznany, niesprawdzony artysta nigdy wcześniej nie otrzymał takiego przyzwolenia od studia.

Na początku kwietnia tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku w berlińskim brukowcu pojawił się artykuł sugerujący związek Marlene Dietrich ze szwedzką aktorką, która zyskała już status gwiazdy w Hollywood. Najprawdopodobniej był to pierwszy raz, kiedy Dietrich zestawiono z Gretą Garbo, i jest bardziej niż pewne, że właśnie ten temat zwrócił uwagę Paramountu. Perspektywy zarobkowe i prestiż wytwórni całkowicie zależały od kontrolowanych przez nią talentów. Ponieważ Metro Group miało Garbo, pozostałe duże studia gorączkowo szukały innej równie wysublimowanej postaci, obdarzonej cudzoziemską tajemniczością, europejskim wyrafinowaniem, hipnotyzującym głosem z obcym akcentem i w miarę możliwości wysokimi kośćmi policzkowymi oraz uwodzicielskim spojrzeniem, które potężnemu MGM zapewniły przychody z kas biletowych. Możliwe nawet, że bardziej od afektowanych rekomendacji von Sternberga, świetnych nóg i seksownego pasa do pończoch z Błękitnego anioła właśnie to niesamowite podobieństwo do Garbo przekonało Paramount do spełnienia żądań Dietrich. To właśnie ta potrzeba zdominowania konkurencji miała zamienić bardzo pyskatą, autentyczną artystkę w enigmę, którą została Marlene Dietrich. Można tylko spekulować, kim miałaby szansę się stać, gdyby jej wrodzonemu talentowi pozwolono się rozwijać w kierunku wyznaczonym przez absolutnie rewelacyjny występ w Błękitnym aniele.

Ale nie tak miało być. Uwielbienie genialnego speca od wizerunku, chciwość studia, a przede wszystkim jej własny narcyzm zamieniły to, co mogło się wydarzyć, w to, co musiało: w zapierające dech niekończące się zbliżenia, woalki, stroje, nogi, niezależny od płci seksapil i niesamowite piękno - to zawsze zadziwiające piękno. Ostatecznie wyprodukowany wizerunek stał się rzeczywistością mojej matki. W rzadkich momentach jej kariery pojawiała się iskra, która rozpaliła do czerwoności Błękitnego anioła, choć nigdy więcej z takim samym efektem. Po pewnym czasie Dietrich w ogóle przestała zwracać na nią uwagę. Legendy nie muszą szukać tego, co straciły; one po prostu są.

W związku z wyprawą matki do dalekiej Ameryki tylko jedno nie dawało mi spokoju. Czy Indianie mogli spróbować zdjąć jej skalp? Poruszyłam ten temat tak ostrożnie, jak tylko potrafiłam. Matka właśnie pakowała pudła na kapelusze. Odparła, że chociaż Amerykanie wciąż są marnie wykształceni, nikt nikogo nie skalpuje w biały dzień, i poradziła, żebym nie dramatyzowała. Nie przekonała mnie tak do końca. Podczas jednej z rzadkich wizyt ciotka Liesel czytała mi Ostatniego Mohikanina, wiedziałam więc coś, o czym najwyraźniej nie miała pojęcia moja matka: że Ameryka to bardzo niebezpieczne miejsce. Zdawałam sobie jednak sprawę, że jeśli tylko Dietrich postanowi zachować włosy, żaden biedny czerwonoskóry nie zdoła jej ich pozbawić. Kiedy więc nadszedł czas rozstania, pożegnałam się z nią bez skrupułów. Wiedziałam, że jeśli będzie miała u boku człowieczka, który zadba o jej bezpieczeństwo, wszystko będzie "okej".

Wczesnym wieczorem trzydziestego pierwszego marca tysiąc dziewięćset trzydziestego roku prezentująca się jak najprawdziwsza królowa w śnieżnobiałym długim płaszczu z gronostajów moja matka przytuliła mnie mocno i zapłakała. Byłam przeziębiona, a ona nie chciała wypuścić mnie z objęć, przerażona myślą, że umrę bez jej opieki. Musiała jednak wyjść, bo tej nocy odbywał się premierowy pokaz Błękitnego anioła w wielkim kinie Gloria-Palast, podczas którego cała obsada miała się pokłonić gwieździe filmu, Emilowi Janningsowi. Tuż po tym wydarzeniu matka miała wsiąść do pociągu do Bremerhaven, gdzie zamierzała wejść na pokład SS Bremen płynącego do Nowego Jorku.

- Jeśli usłyszysz telefon, odbierz natychmiast! - zwróciła się do Becky, przeprowadzając inspekcję moich szyn. - Gdy tylko będę miała możliwość, zadzwonię, żeby sprawdzić, jak się czuje dziecko. Za dwie godziny zmierz mu temperaturę raz jeszcze, żebyś mogła mnie powiadomić o wyniku. Jeśli tylko uda mi się wymknąć w czasie pokazu, wrócę do domu. Gdyby statek nie odpływał dziś w nocy, w ogóle nie wzięłabym udziału w tym cholerstwie.

Ojciec i Willi Forst, obaj olśniewający w strojach wieczorowych, zawołali z korytarza:

- Mutti, pora iść. Musisz dotrzeć na miejsce, zanim zgaszą światła!

Uściskałam ją delikatnie, uważając, żeby niczego nie popsuć.

- Nie zapomnij o mnie - szepnęła, po czym wyszła.

Trzy godziny później była już gwiazdą. Natychmiastowy triumf. Imię, które dla siebie wymyśliła, Marlene, wykrzykiwano w zachwycie i uwielbieniu po raz pierwszy w historii. Ledwo to słyszała - mogła bowiem myśleć tylko o mojej gorączce.

Nie pozwoliła ojcu odwieźć się do Bremerhaven. Kazała mu wrócić do domu, zmierzyć mi temperaturę, upewnić się, czy nic mi nie jest, i przekazać od niej, że już za mną tęskni.

Tamtego wieczoru wyglądał bardzo przystojnie. Zawsze uważałam, że ojciec prezentował się we fraku równie cudownie jak matka.

- Papi, czy mutti naprawdę wyjechała? - zapytałam. Zanim uzyskałam odpowiedź, dodałam: - Czy mutti wróci?

- Tak, kater, ale nie od razu. Najpierw nakręci kolejny film z panem von Sternbergiem.

- Czy to był wspaniały wieczór? Świętowała sukces?

- Tak... wielki sukces - powiedział cicho bezbarwnym głosem. Wydawał się zmęczony. Usiadł na brzegu łóżka.

Zebrałam się na odwagę.

- Czy kupisz mi jutro psa, tak jak obiecała? Proszę.

- Tak, już nawet go wybrałem.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej