CZĘŚĆ 1
NOTES
Oddział archiwum (Kolekcja Marleny Dietrich) przy Fundacji Kinematografii Niemieckiej, Potsdamer Platz, Berlin.
Pokój jest mały, jasno oświetlony. W środku termohigrograf bezgłośnie kreśli poziom wilgotności (nie może przekraczać pięćdziesięciu procent) i temperaturę (osiemnaście stopni Celsjusza). Każde odchylenie od normy mogłoby zniszczyć zdjęcia, które leżą w kartonach na półkach. Jedno zdjęcie - jeden karton. Niektóre z nich są warte kilka tysięcy euro.
Przy ścianach regały z mnóstwem czarnych szuflad. Rozmawiamy cicho. Archiwum podobnie jak biblioteka zmusza do mówienia półgłosem, do skupienia.
Silke Ronneburg, która pracuje w archiwum od prawie trzydziestu lat, otwiera jedną z szuflad. Pokazuje mi pudełko z napisem "Europa". W środku kilka notesów. Wśród nich ten, który interesuje mnie najbardziej.
Jest czerwony, niewielki, siedem i pół na jedenaście i pół centymetra. Widać, że był często używany. Okładka w niektórych miejscach naddarta, porysowana. Na środku wycięty prostokąt. Niechlujnie, jakby żyletką lub tępymi nożyczkami. Widzę litery rozmazane od ślinionego palca szukającego bezustannie czyjegoś nazwiska. Kolejne adresy przyklejane pośpiesznie na kartkach, często taśmą klejącą. Ktoś zastąpił kogoś wykreślonego grubą kreską.
Polskie kontakty w notesie Marleny Dietrich
W notesie cały wszechświat. Erich Maria Remarque, Jean Cocteau, Ernest Hemingway. Kochankowie, przyjaciele, wielbiciele. Miasta i kraje. Próbuję dopasować słowa do znajomych historii. Nie zawsze wiem, co było przed, a co było po.
Szukam Polski. Y - Izrael, U - Mexico City. Nie ma reguły. Jakby notes z biegiem lat zapełniał się, a Dietrich kolejne państwa, osoby wpisywała w wolnym miejscu. V - Rio, K - Amsterdam. Jest i Polska. Na ostatniej stronie pod napisem "Pologne, Poland": Marta Romer, Barbara Kotarska, Margaret Semil, Elisabeth Sieniawska, Cybulski Z. Więcej polskich nazwisk nie ma.
TELEFON
Jest połowa stycznia 1964 roku. Ronald Trisch, pracownik agencji artystycznej w Berlinie Wschodnim, krzyczy do słuchawki. Połączenie z Paryżem. Po drugiej stronie Eddie Marouani, paryski impresario Marleny Dietrich.
Marouani mówi krótko:
- Madame Dietrich w drodze do Polski będzie miała międzylądowanie na lotnisku Scho?nefeld w Berlinie Wschodnim. Tankowanie samolotu potrwa godzinę. Jeśli jesteście zainteresowani jej koncertem we Friedrichstadtpalast, spróbujcie ją namówić. Ja nie umiem.
Dzwonię do Ronalda Trischa. Mieszka w Berlinie.
- Sprawa nie była prosta - wspomina. - O to, żeby wystąpiła u nas, staraliśmy się? od kilkunastu miesięcy, ale Marlena mówiła, że nigdy nie zapomni tego, co stało się? w Niemczech w 1960 roku: przed Titania-Palast w Berlinie, w Monachium czy w Düsseldorfie. Bardzo chcieliśmy ją przekonać, że Berlin Wschodni jest jej wdzięczny za to, że razem z innymi żołnierzami wyzwoliła nas od nazistów. Z?e nie wszyscy mają jej za złe, że podczas wojny występowała na froncie dla tych, którzy walczyli z Niemcami.
Tourne?e w 1960 roku zaplanowano dokładnie. W ciągu trzech tygodni Dietrich miała dać koncerty w dziesięciu niemieckich miastach. Ustalono, że w samym Berlinie spędzi pięć dni.
Pierwsze reakcje na wieść o jej planowanych występach pojawiają się? w prasie się? miesiąc przed.
Redakcja "Aachener Zeitung" publikuje list otwarty z Mayen w imieniu "wszystkich niemieckich sióstr i braci":
"Ta zuchwała dziwka śmie przyjeżdżać tutaj, by walczyć o swój honor. Marlena Dietrich ma na swym sumieniu tysiące grobów niemieckich żołnierzy. Nie tylko walczyła przeciwko nazistom, ale również przeciwko narodowi niemieckiemu. A teraz jeszcze zjednała sobie poparcie Willy'ego Brandta, byłego wojownika oporu. Ona jest aspołecznym pasożytem i zasługuje na to, byśmy wymierzyli jej odpowiednią karę. Ty podła, nikczemna zdrajczyni, nie wstydzisz się? stawiać kroku na niemieckiej ziemi? Powinno się ciebie zlinczować jako ohydną zbrodniarkę wojenną".
"Stany Zjednoczone i Niemcy już od dawna są w przyjacielskich stosunkach, ale Marlena Dietrich nadal prowadzi prywatną wojnę przeciwko swej ojczyz?nie. A jednak najwyraz?niej nie gardzi niemieckimi markami tak bardzo jak swoim krajem" - dodaje "Ko?lnische Rundschau" z 3 marca 1960 roku.
"Badische Tagblatt", Baden-Baden, 14 marca 1960 roku: "Marlena opowiedziała się? po stronie uczestników oporu i wrogów wszystkiego, co niemieckie. Nie uczyniła nic, kiedy Niemcy zaczęły dz?wigać się? z ruin i ubóstwa i odzyskiwać szacunek świata. Lepiej byłoby dla nas, gdyby została tam, gdzie jest teraz".
"Bild am Sonntag", Hamburg, 3 kwietnia 1960 roku: "Włożyła amerykański mundur i zabawiała wojskowe oddziały! Jeśli uczynek ten można było zrozumieć w czasach hitlerowskiego reżimu, trudno pojąć, dlaczego nie zmieniła swego nastawienia po wojnie".
Dietrich pisze do Normana Granza opiekującego się? jej europejskim tourne?e: "Musimy się? zdzwonić. Niemiecka prasa jest coraz bardziej obrzydliwa. Wszystkie artykuły brzmią jak przemówienie Go?ringa wygłaszane przeciwko mnie".
W rozmowie z dziennikarzem "Die Zeit" przyzna: "Nie rozumiem tego. Przed wojną atakował mnie Go?ring, ponieważ przyjęłam obywatelstwo amerykańskie. Potem niemieckie gazety za to, że nie wróciłam do Niemiec. A teraz te gazety atakują mnie, bo tam jadę".
Przed przyjazdem do Niemiec spotyka się? w paryskim hotelu Raphael z Curtem Riessem, dziennikarzem i pisarzem. "Miała piękną, spokojną, trochę chłodną twarz. To była twarz kobiety, która wie, jakie jest życie. Twarz kobiety, która sama wiele przeżyła: i szczęście, i rozczarowania, ale jest w stanie przetrwać więcej".
Riess pyta:
- Co pani czuje przed podróżą do Niemiec? Jaki jest pani stosunek do Niemców?
- Niemcy! Jak ja nienawidzę tych ogólnych haseł. Przecież nie istnieje coś takiego jak Niemcy, Amerykanie czy Francuzi! Wszędzie są dobrzy i z?li ludzie. Nie róbmy tego idiotycznego błędu i nie traktujmy wszystkich jednakowo - odpowiada Dietrich.
Innemu dziennikarzowi powie: "Czuję się?, jakbym jechała na własny proces norymberski".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki