Prolog
Zacumowany przy kei wiekowy kuter rybacki bujał się smętnie, skrzypiąc i jęcząc jak umierający starzec. Rybi zapach przyciągał mewy, które
spacerowały po relingach i pokładzie w poszukiwaniu smakowitych kąsków z ostatniego połowu. Z lewej burty zwisały wysłużone sieci, a krople
deszczu bębniły o drewniane deski.
Postawny mężczyzna odwrócił się, odchylił połę płaszcza
przeciwdeszczowego i zgiął kark, aby uchronić się przed wiatrem i móc
zapalić papierosa. Zaciągnął się głęboko i wypuścił dym, który porwał
soczysty podmuch. Pociągnął nosem, odcharknął i splunął na wybetonowaną
keję. Popatrzył w niebo. Stalowe chmury wciąż wisiały nad portem, ale
nad horyzontem, niczym świetliste włócznie samego Posejdona, przebijały
się pierwsze promienie słońca. Poprawił zerwany z głowy kaptur i przytrzymując go jedną dłonią, ruszył w kierunku zacumowanej łodzi.
-?Udanego połowu! -?poniósł się zgrzytliwy krzyk Macieja, powykręcanego
reumatyzmem wiarusa, uczciwego rybaka i przyjaciela od wódki i brydża,
który na pokładzie własnej łajby szykował sieci.
Mężczyzna uniósł rękę i odmachnął. Ze wschodniej części portu dotarł
warkot uruchamianego silnika innego kutra. Kolejny podmuch wiatru
sprawił, że mocniej przytrzymał naciągnięty na głowę kaptur. Zgarbiony
podszedł do swojej łajby i chwycił się burty. Pogonił buszujące na łodzi
mewy i wszedł na pokład, o mało nie wywracając się na rybich flakach.
Przed upadkiem uchronił się w ostatniej chwili, łapiąc za reling.
-?Jakim, kurwa, cudem... -?mruknął, bo przecież nie powinno ich tu być.
Zawsze sprzątał pokład po powrocie z połowu i nie zostawiał na zewnątrz
ani jednej ryby. Może coś mu umknęło, a ptaki dobrały się do resztek?
Powiódł wzrokiem po skąpanych w deszczu wstęgach czerwieni, wciąż
trzymając jedną dłonią kaptur. Krok dalej deski pokładu zdobiły
wnętrzności, które nijak nie przypominały rybich. Przegonił kilka
kolejnych mew usilnie szarpiących długi i zakręcony fragment
połyskującej tkanki, jako żywo przypominający jelito. Odfrunęły,
skrzecząc z niezadowolenia, i przysiadły na relingu, aby po chwili
sfrunąć nieco dalej, gdzie znajdował się częściowo rozdziobany kawał
krwawej miazgi.
Rybak przykucnął, a z oddali poniósł się grzmot sygnału wypływającego z portu tankowca. Włożył palec w tkankę, z której wysunął się skrawek
nieprzetrawionej pizzy.
-?Boże... -?jęknął, puszczając kaptur, wtedy kolejny podmuch zerwał mu
nakrycie głowy, w pełni ukazując widok tego, co znajdowało się na rufie.
-?Nie, nie, nie...
Łodzią zaczęło kołysać jak podczas sztormu. Obraz się rozmył, pot zalał
mu oczy, mężczyzna poślizgnął się i runął na pokład jak długi. Zapadła
ciemność, a gdy uniósł powieki, dostrzegł zarośniętą i wyjątkowo szpetną
gębę współwięźnia.
-?Obudź się, brachu. Już czas -?usłyszał chrapliwy głos mężczyzny, który
potrząsał nim energicznie. -?Chyba nie chcesz tu leżeć kolejne
dwadzieścia lat, co?
-?Rusz dupę! -?Ten głos też znał. Aż za dobrze. Szef strażników
więzienia w Sztumie był wyjątkowym skurwysynem.
Mężczyzna poderwał się z podłogi, na którą runął z łóżka, śniąc swój
odwieczny koszmar. Wytarł pot z czoła, wyprężył się jak struna i wydął
dolną wargę.
-?Nie napinaj się tak -?rzucił mundurowy, którego więźniowie nazywali
Carem. -?To, że odjebałeś swoje, nie znaczy, że wkrótce się nie
zobaczymy. Mnie się wydaje, że prędzej niż później, mam rację? -?dodał,
szczerząc się w złośliwym uśmiechu.
Mężczyzna nie odpowiedział. Chwycił przygotowany wcześniej lniany
tobołek, skinął towarzyszowi niedoli i dumnym krokiem ruszył w kierunku
otwartych drzwi celi. Mijając Cara, pomyślał, że jak rzadko się z nim
zgadzał, tak tym razem chuj jeden może mieć rację. Pomyślał też, że
czekał na ten moment długie dwadzieścia lat. I tym razem zrobi to, co
powinien był zrobić, gdy jego życie miało jeszcze jakiś sens.
Rozdział 1
Krople deszczu tłukły w karoserię, a koronami drzew targał północny
wiatr. Nowe wycieraczki nie nadążały zbierać wody, ale wyklepany przez
blacharza Patrol zdawał się tym specjalnie nie przejmować. Dopiero gdy
na szybę spadła iglasta gałązka, kierowca zjechał na pobocze.
-?Wyciągnij mi bułkę, bo zgłodniałem -?powiedział i nie czekając na
odpowiedź, wysiadł z pojazdu. Szybkim ruchem wyrwał zahaczoną o rant
maski gałązkę i wyrzucił ją w las. Gdy wrócił, cały skrzył się od kropel
wody. -?Dzięki -?rzucił, odbierając częściowo zafoliowaną kajzerkę z szynką, serem i ogórkiem kiszonym. Zerknął w lusterko boczne, wgryzając
się w bułkę. -?Robisz najlepsze buły na świecie -?dodał i ruszył z miejsca.
-?Nie tylko w tym jestem taka dobra -?odparła pasażerka.
-?Wiem.
Nadkomisarz Igor Brudny wcisnął mocniej pedał gazu, błoto trysnęło spod
opon i chwilę później Patrol znów był na asfaltówce. Zielona tabliczka z napisem "Hel" potwierdziła, że nie pozostało im wiele drogi do celu.
-?Jak tu jest tak codziennie, to o romantycznych zachodach słońca chyba
możemy zapomnieć -?rzuciła komisarz Julia Zawadzka, wzdychając.
-?Nie po to tu przyjechaliśmy -?odparł Brudny, mieląc w ustach kolejny
kęs.
-?Ale miło by było. Ty zawsze musisz być taki... taki...
-?Sorry. Nie tak to miało zabrzmieć.
-?Dobra już. Nieważne.
-?No właśnie ważne. Przeprosiłem. Wiesz, że czasem potrafię palnąć...
Zawadzka uniosła brwi i zacisnęła usta w linię, co można było odczytać
jako pełną zgodę, choć podszytą nutką ironii co do treści ostatnich słów
partnera. Igor w istocie często najpierw robił, a potem myślał. Zupełnie
odwrotnie niż na służbie, choć i wtedy zdarzało mu się działać w sposób,
który większość przełożonych w najlepszym wypadku traktowała jako
niepotrzebną samowolkę. Ratowały go intuicja, instynkt i wyniki. Po
spotkaniu z Brudnym każdy złol prędzej czy później trafiał do więzienia.
Albo do piachu.
-?Trochę się tym wszystkim stresuję. -?Julia zmieniła temat.
-?Popatrz na to jak na kolejną robotę, którą trzeba wykonać. Tylko że
teraz po prostu sobie zaśniesz, a gdy się obudzisz, robota będzie
zrobiona.
-?Ty to masz na wszystko odpowiedź, co?
-?Nie wiem, czy na wszystko, ale to chyba rozsądne podejście. Dziś
wieczorem zjemy po rybie i się odstresujemy, a jutro pójdziemy do tego
doktorka, który przyjrzy się bliznom i wszystko ogarnie.
-?Dla ciebie to "wszystko" jest takie proste... -?Julia westchnęła i przeniosła wzrok na mijane zabudowania.
-?Staram się podnieść cię na duchu. Masz, schowaj. -?Brudny oddał jej
folię po bułce. Przełknął ostatni kęs. -?Takie zabiegi to w dzisiejszych
czasach normalka. Na stół chirurgów plastycznych ustawiają się kolejki
chętnych. Zresztą głównie kobiet. Pomyśl o tym w ten sposób.
-?Jakoś nie mogę...
-?Będzie dobrze. -?Brudny zerknął na nawigację. -?Do celu zostało
dwieście metrów. Uśmiechnij się.
Partnerka posłała mu nieco sztuczny uśmiech. Naprawdę się denerwowała i Brudny to widział. Próbował ją wspierać na różne sposoby, ale szło mu
jak po grudzie, bo nigdy nie był dobry w te klocki. Z prostej przyczyny.
Przez pierwsze osiemnaście lat życia w piekle sierocińca sióstr
hieronimek nikt nigdy mu nie pomagał i z każdym problemem musiał radzić
sobie sam, potem zaś zamknął się na świat i tej pomocy nie oczekiwał.
Dopiero gdy w jego życiu pojawiła się Julia, coś w nim drgnęło. Pojawiły
się emocje, trudna do zdefiniowania więź, której z początku nie rozumiał
i długo zrozumieć nie potrafił. Z czasem partnerstwo na służbie
przeobraziło się w przyjaźń, ta zaś wyewoluowała w coś więcej. Przy
okazji jednego ze śledztw odkrył, że ma brata i bratanicę. Szczelny do
tej pory mur zaczął pękać i kruszeć, a Igor Brudny uczył się życia na
nowo.
Na tę myśl Julii zrobiło się cieplej na sercu. On naprawdę się starał.
-?Dziękuję ci -?powiedziała i raz jeszcze się uśmiechnęła, tym razem
bardziej promiennie. -?Dziękuję ci, że mnie tu zabrałeś i tak mocno mnie
wspierasz.
-?Nie ma za co -?odparł, co w tej sytuacji zabrzmiało, jak zwykle u niego, koślawo. -?Dotarliśmy na miejsce -?dodał, zerkając na drewniany
szyld na ścianie budynku. -?Pokoje "U Babci Heli". To chyba jest wjazd
na podwórko...
-?Też tak myślę.
Brudny skręcił kierownicę i powoli wjechał przez otwartą na oścież
bramę. Zaparkował przy szopie, wyłączył silnik i spojrzał na Julię.
-?Wysiadamy? -?zapytał.
-?Z cukru nie jesteśmy -?odparła. -?Najwyżej bagaże zabierzemy później.
Marzę o tym, aby wziąć gorący prysznic i napić się kawy.
-?Na trzy?
-?Trzy.
Zawadzka otwarła drzwi w momencie, gdy rozległ się grzmot. Do drzwi
niewielkiego budynku o spadzistym dachu dobiegła z prędkością
błyskawicy. Zdążyła tylko zauważyć, że wygląda na taki, który stał tu
jeszcze przed wojną. Po chwili doskoczył do niej Brudny, też cały mokry.
Wtedy drzwi się otworzyły.
-?Proszę, proszę -?rzuciła starsza kobieta z grubym blond warkoczem.
Upływający czas wymalował na jej twarzy trudy istnienia, ale w oczach
wciąż zdawał się żarzyć młodzieńczy wigor. -?Pogoda dziś pod psem albo i gorzej. Państwo z daleka, prawda? -?zapytała, gdy weszli do sieni.
-?Z Zielonej Góry.
-?Oj, to rzeczywiście kawał drogi. Tu mogą państwo powiesić płaszcze.
Kluczyk do pokoju zaraz dam, a jeśli państwo głodni, to mogę coś
przygotować. Mam w lodówce świeżego dorsza.
-?Bardzo dziękujemy. -?Julia posłała kobiecie promienny uśmiech.
Wnętrze domu okazało się bardziej przestronne, niż mogłoby się wydawać.
Tuż obok wyjścia z sieni znajdowała się lada, która w zamierzeniu miała
być zapewne czymś w rodzaju recepcji. Udekorowano ją ręcznie dłubanymi
figurkami kutrów i żaglowców, prawdziwymi muszlami i ozdobami z bursztynu. Na specjalnym obrotowym wieszaku prezentowały się widokówki,
nie brakowało też breloczków do kluczy, magnesów, smyczy i innych
dupereli nawiązujących do morza i samego Helu. Na parapecie stały kwiaty
doniczkowe, a na ścianie wisiało kilka czarno-białych zdjęć oraz sporych
rozmiarów koło sterowe.
-?Pokój numer sześć. Największy i najlepszy. Taki nasz, no, prezydencki.
W cenie zwykłego oczywiście -?oznajmiła kobieta, wręczając dwa klucze z ciężkimi drewnianymi brelokami w kształcie ryby. -?Proszę się rozgościć
i odpocząć po podróży, a ja z największą przyjemnością upichcę dla
państwa kolację. Mają państwo jakieś bagaże?
-?W samochodzie. Weźmiemy później, bo strasznie leje i...
-?Leje, nie leje, bagaże trzeba rozpakować. Zaraz zawołam syna i on je
przyniesie. Chodź tu, jest robota! -?krzyknęła, kierując twarz w stronę
korytarza prowadzącego na piętro.
-?Naprawdę nie trzeba. Chłopak zmoknie i...
-?A niech zmoknie. Z cukru nie jest. I tak całe dnie nic nie robi, tylko
tłucze w te przeklęte gry komputerowe. Z tego pieniędzy nie ma i nie
będzie, choć on buja w obłokach i twierdzi, że będą. Ech...
-?Dziękujemy bardzo.
-?O sprawy formalne proszę się nie martwić. Załatwimy je później.
-?Jeszcze raz bardzo dziękujemy.
-?Gość w dom, Bóg w dom. O, jest syn.
-?Igor...
Brudny, zajęty podziwianiem zdjęć starych rybaków przy sieciach, dopiero
teraz wygrzebał z kieszeni kluczyki do samochodu. Wręczył je piegowatemu
nastolatkowi o bujnej czuprynie i smętnych oczach. Ten się ukłonił i zniknął w sieni, oni zaś ruszyli po schodach na górę. Minutę później
byli już w swoim pokoju, choć w istocie należałoby go nazwać
apartamentem. Przestronny salon z widokiem na promenadę i morze cieszył
oko drewnianym wykończeniem i meblami, które mogły uchodzić za takie z duszą. Ściany zdobiły obrazy olejne przedstawiające zachody słońca i rybaków na morzu, a na komodzie stała majestatyczna replika jakiegoś
żaglowca.
Brudny rozsiadł się w miękkim fotelu i pozwolił partnerce dokonać
obligatoryjnego rekonesansu. Pomyślał, że chętnie by teraz zrobił sobie
drinka i zapalił papierosa. Niestety, na terenie obiektu był absolutny
zakaz używania wyrobów tytoniowych.
-?Spójrz, jaka urocza sypialnia. I ten zapach. -?Julia zaciągnęła się
wonią drewna. -?Przyznaj się, kto ci podpowiadał, żeby wybrać akurat to
miejsce.
-?Było dwa razy tańsze od hotelowego. No i urzekł mnie głos Babci Heli -
odparł, podnosząc się z fotela. Zajrzał do wnętrza i położył dłoń na
biodrze partnerki. -?Łóżko też mi wygląda na solidne -?dodał, obierając
kierunek na południe i wymownie zaciskając palce na pośladku.
-?No rzeczywiście, wypadałoby je ochrzcić, ale... -?Pocałowała go w policzek. -?Najpierw kawa, kąpiel i bagaże. Potem będziesz mógł zrobić
ze mną, co ci się tam żywnie podoba.
-?Stoi.
-?Już?
-?Nie igraj z ogniem...
-?Dobra już, koniec. Nastawiam kawę, a ty przypilnuj bagaży. Już mi się
tu podoba.
Brudny odprowadził ją wzrokiem, a gdy wyjrzała za okno, za którym powoli
zaczynało się przejaśniać, pomyślał, że drugiej takiej kobiety nie
znajdzie nigdzie na świecie. I jeśli do tej pory nie miał w życiu celu
poza łapaniem bandziorów, to teraz go ma, a ten wyjazd będzie okazją na
nowe otwarcie.
Uśmiechnął się pod nosem zupełnie nieświadomy faktu, że już wkrótce
wszystkie jego plany szlag trafi.
Rozdział 2
-?Zatem widzimy się w piątek. I proszę się tym wszystkim nie stresować.
Jest pani, nieskromnie mówiąc, w najlepszych rękach -?oznajmił doktor
Adrian Milewicz i wyciągnął dłoń w stronę Zawadzkiej. Julia uścisnęła
ją, a po niej zrobił to Brudny.
-?Do zobaczenia, doktorze.
-?Do zobaczenia.
Droga na zewnątrz zajęła im chwilę. Prywatna klinika o chwytliwej nazwie
"New Life" mieściła się w dwupiętrowym budynku, a łączna powierzchnia
wszystkich pomieszczeń nie przekraczała trzech tysięcy metrów
kwadratowych. Mimo że nieduża, od pierwszej wizyty mogła jednak budzić
zachwyt. Włoskie marmury, hiszpańskie gresy, przezierne, podświetlane
kwarcyty, akwaria z pływającymi w nich miniaturowymi rekinami, do tego
fantazyjne rośliny i kwiaty w designerskich donicach, a na parkingu
połyskujące świeżością cuda niemieckiej i włoskiej motoryzacji. Luksus
widać było na każdym kroku. Tu leczyli się, a raczej tworzyli swój
wizerunek wiecznie pięknych i młodych, najbogatsi Polacy i Polki.
-?Powiesz mi w końcu, ile to nas będzie kosztowało? -?zapytała Julia,
raz jeszcze omiatając wzrokiem przeszklone wejście do kliniki.
-?Nie.
-?No Igor...
-?Nie powiem.
-?Ale ty jesteś uparty...
-?To i tak nie ma żadnego znaczenia. Gdyby cena za twoje szczęście
wyniosła dwa czy trzy razy tyle, to i tak jakoś bym tę kasę zdobył.
-?Obrobiłbyś bank?
-?Nie wiem. Może.
-?Dobra, niech ci będzie. I tak kiedyś mi powiesz.
-?Nie powiem.
-?Powiesz.
-?Wsiadaj, bo to ostatnie dni, kiedy będziesz mogła zjeść jak człowiek.
Potem tylko jogurciki. Przez rurkę.
-?Bardzo śmieszne.
-?Dorsz czy halibut?
-?Sola.
-?No to sola.
Zjedli w przyportowej smażalni, a potem przespacerowali się po porcie.
Listopadowe słońce powoli kryło się za dachami budynków, a wiatr stawał
się coraz bardziej przenikliwy. Julia, wtulona w ramię partnera, w milczeniu obserwowała, jak kolejne kutry rybackie wracają z połowów.
Warkot ich silników zagłuszał skrzek kołujących nad mostkami mew, które
nieustannie próbowały pikować na pokład w poszukiwaniu co smaczniejszych
kąsków. W dokach i hangarach przy kei robotnicy niespiesznie
wyładowywali z kutrów morski urobek. Pachniało jodem i rybami.
Brudny i Zawadzka przysiedli na murku. Na horyzoncie majaczyły ramiona
dźwigów gdańskiego portu, a bardziej na lewo migały czerwone światła
obwodu królewieckiego. Igor wyjął paczkę papierosów i poczęstował
partnerkę, ale ta odmówiła, zamiast tego upiła łyk napoju z aloesu.
-?Zwariowany jest ten świat... -?mruknęła, poprawiając kołnierz swetra.
-?Co masz na myśli? -?zapytał, osłaniając się połą płaszcza, aby
przypalić papierosa.
-?Te czerwone światła to już Rosja, mam rację?
-?Nie wiem, chyba tak. Kaliningrad?
-?Królewiec.
-?Zwał, jak zwał. -?Igor wypuścił dym, który uleciał z wiatrem.
-?No to teraz pomyśl sobie, że my tu żyjemy sobie wolni jak ptaki, a tam... ile to może być stąd? Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt kilometrów...?
-?Jakoś tak.
-?No więc my tu sobie żyjemy jak pączki w maśle...
-?Jak pączki w maśle?
-?No wiesz, o co mi chodzi. Nikt nam nie narzuca, jak mamy żyć i w co
wierzyć. Możemy mówić, gdy nam się coś nie podoba, głosować, na kogo
chcemy, a jak trzeba, to wyjść na ulice protestować. A tam Putin trzyma
ich wszystkich za mordę. Powiesz o jedno słowo za dużo i kolonia karna
gdzieś na Syberii. Czyli pewna śmierć. Albo ni stąd, ni zowąd dostajesz
wezwanie do wojska i z dnia na dzień lądujesz w okopie. Bo stary zgred
ma kaprys, żeby zabrać trochę terytorium innego kraju. No i ludzie
umierają zupełnie bez sensu, a ich żony i dzieci...
-?Ich żony i dzieci tylko na to liczą. Za trupa dostają ponoć tyle, ile
taki mężuś by nie zarobił przez kilka lat.
-?Słyszałam o tym, ale wiesz, do czego dążę.
-?Że mają tam przejebane.
-?No, powiedzmy... zresztą dobra, nieważne.
Przez dłuższą chwilę milczeli, wpatrując się w horyzont. Po wodzie w ślimaczym tempie przesuwały się wielkie kontenerowce i rozświetlony
prom. Do helskiego portu wracał ostatni w zasięgu wzroku kuter rybacki.
-?Mamy jakieś plany na te kilka dni? -?przerwała ciszę Julia.
-?Mnie policyjna psycholog nakazała odpoczywać.
Julia prychnęła.
-?Jakbyś kiedykolwiek się jej słuchał...
-?Podobno jestem na granicy poczytalności i jest przeciwna mojemu
powrotowi na ulicę.
-?Kpisz sobie, prawda?
-?Nigdy w życiu. Taką postawiła mi diagnozę i wyraźnie wyartykułowała,
że ma zamiar porozmawiać o tym z Romkiem.
-?W sumie to jej się nie dziwię. Dźgnąłeś się nożem rzeźnickim. To nie
jest normalne.
-?A czymże jest ta normalność?
-?Na pewno nie polega na wbijaniu noża we własne ciało. Choćby w dobrej
wierze.
Trudno było dyskutować z tym argumentem. Brudny zaciągnął się po raz
ostatni i wyrzucił niedopałek do morza.
-?Problem w tym, Julka, że trudno jednoznacznie ocenić, czym jest
normalność. Sama przyznałaś, że tam... -?wskazał na migające światła na
horyzoncie -?życie wygląda zupełnie inaczej. I w Rosji, czy tego chcemy,
czy nie, to jest normalność, która u nas wydaje się upiorną abstrakcją.
Dla wielu dzieciaków w sierocińcu życie pod batem Gwidony też było
normalne. Bo nie znały innego.
-?Coś w tym jest...
-?Co nie znaczy, że rzeczywiście nie potrzebuję oddechu. -?Brudny
mocniej objął ramieniem partnerkę. -?Cieszę się, że jestem tu z tobą. No
i że się dogadaliśmy...
-?Ja też.
Zawadzka wtuliła się w pierś partnera i przez dłuższą chwilę trwali tak
w milczeniu, wpatrzeni w ciemniejący horyzont. Gdy płaszczem Brudnego
szarpnął kolejny zimny podmuch, zeszli z murku i ruszyli w stronę
miasta. Na promenadzie Julia wyjęła z kieszeni smartfon. Spojrzała na
wyświetlacz.
-?Chciałabym jeszcze zrobić krótką przebieżkę, więc jak chcesz, to idź
do Heli i naszykuj dzbanek ciepłej herbaty -?powiedziała. -?Pomyślałam
też, że przy okazji zajdę do lokalnej księgarni. Mijaliśmy ją,
pamiętasz?
-?Pamiętam.
-?Na wystawce widziałam tu książki Ossowskiego, wiesz, tego, co pisze te
popularne kryminały. Ostatnio wydał coś nowego, a to jedyny gość,
którego książki naprawdę lubię.
-?Nie znam.
-?Ja za to miałam ostatnio dużo czasu na czytanie i naprawdę się
wciągnęłam. Musisz spróbować, bo facet naprawdę ogarnia temat. Nie myli
zatrzymania z aresztowaniem, trzyma się procedur, widać, że był na
niejednej sekcji zwłok. Zresztą jest cholernie popularny. Wszyscy go
czytają. Zwłaszcza tu, bo podobno mieszka gdzieś na Helu.
-?Nie mam pojęcia, o kim mówisz, ale okej. Może się skuszę. Do później.
Pożegnali się i Zawadzka potruchtała wzdłuż promenady. Dobiegła do
zachodniej kei, następnie zawróciła i skręciła w najbardziej obleganą
uliczkę miasta, po sezonie prawie pustą, bo wszystkie pomniejsze knajpki
i stragany już dawno zamknięto. Kilka otwartych restauracji też w większości świeciło pustkami, podobnie jak skryta w bocznej uliczce
przytulna księgarenka. Julia, lekko dysząc, nacisnęła klamkę i przekroczyła próg. Rozległ się dzwonek sygnalizujący, że pojawił się
nowy klient. W ostatniej chwili wzdrygnęła się, gdy w oknie wystawowym
dostrzegła jakiś kształt. Obróciła się, ale postać zniknęła, jakby w jednej chwili wyparowała.
-?Za bardzo się stresuję -?mruknęła i pewniej wkroczyła do księgarni.
Weszła pomiędzy półki, szukając interesującego ją tytułu. Kątem oka
dostrzegła młodą brunetkę, która pojawiła się za ladą.
-?Czy mogę jakoś pomóc? -?zapytała dziewczyna. Na nogach miała czarne
kozaki pod kolano, dżinsy z wysokim stanem, w które wcisnęła czarny
T-shirt z logo jednej ze znanych i najczęściej podrabianych marek
odzieżowych.
-?Szukam najnowszej książki Ossowskiego.
-?Nieobliczalny?
-?Tak, właśnie. Autor pochodzi stąd, prawda?
-?Tak. Nasza duma. Zapraszam do lady. Mam tu kilka sztuk i polecam
każdemu klientowi. Kolejny jego świetny thriller.
Julia wychynęła zza regału w momencie, gdy za szybą wystawową znów
mignął jej ten dziwny kształt. Powiodła za nim wzrokiem, ale zanim
zdążyła się przyjrzeć, facet zniknął jej z oczu. Zastygła na chwilę, ale
w końcu zignorowała go i podeszła do lady.
-?Poproszę jeden egzemplarz. Rozumiem, że pani już po lekturze? -
zapytała, wyjmując z nerki portfel.
-?A jakże! Czytam wszystko, co wyjdzie spod jego pióra. I powiem pani,
że uuu... -?Westchnęła wyraźnie podekscytowana. -?Co tam się dzieje, to...
-?Dobrze, stop. Proszę nic nie mówić. Nie chcę nic wiedzieć. -?Julia
uśmiechnęła się lekko.
-?Oczywiście. Nigdy bym pani niczego nie zaspojlerowała. Tylko... no
zresztą proszę. -?Wręczyła Zawadzkiej książkę. -?Czterdzieści dziewięć
dziewięćdziesiąt. Cena okładkowa, bo to nowość, a my nie możemy dawać
takich rabatów jak giganci branży. Ale gwarantuję, że warto.
-?Nie wątpię. Dziękuję i do widzenia.
-?Proszę wpaść, jak pani przeczyta. Chętnie porozmawiam o wrażeniach po
lekturze.
-?Będzie mi miło. Raz jeszcze dziękuję. Spokojnego wieczoru.
-?Nawzajem.
Na zewnątrz było już całkiem ciemno. Pachniało rybami i szykowanymi
kolacjami. Z kominów ulatniał się dym, a w tle dało się słyszeć szum
uderzających o keje fal i pokrzykiwania pracowników portowych. Julia
rozejrzała się po ciemnym zaułku i wyszła na oświetloną latarniami
promenadę. Była prawie pusta, nie licząc spacerującego kilkanaście
metrów dalej mężczyzny z psem i faceta siedzącego na ławeczce.
Wzdrygnęła się, bo odniosła wrażenie, że to ten sam, którego widziała w odbiciu szyby wystawowej.
Mocniej zacisnęła palce na książce i ruszyła pewnym krokiem w jego
stronę. Miał na sobie czarny płaszcz i beret, a w dłoni trzymał jakiś
przedmiot. Gdy dostrzegła, że to książka, pomyślała, że się wygłupiła, i przechodząc obok, posłała mu zwyczajowy w takich sytuacjach uśmiech.
Wtedy facet podniósł się z ławki.
-?Komisarz Julia Zawadzka? -?zapytał.
-?Słucham? -?Przystanęła zdziwiona.
-?Pani przyjechała tu z nadkomisarzem Igorem Brudnym, mam rację?
-?A kim pan jest?
-?Kimś, kto ma do przekazania informację o czymś strasznym.
-?Pan mnie chyba z kimś pomylił. Do widzenia.
-?To nie są żarty...
Zawadzka przyspieszyła kroku, bo nie miała zamiaru dyskutować z jakimś
obcym facetem. Kimkolwiek był. Ku jej zdumieniu mężczyzna potruchtał za
nią.
-?Widziałem, że była pani w księgarni i kupiła książkę Doriana
Ossowskiego. To wyjątkowo podły...
-?Już powiedziałam, że mnie pan z kimś pomylił -?przerwała mu szorstko.
-?Nie wiem, kim pan jest i czego pan ode mnie chce, ale ostrzegam, że
jeśli będzie mnie pan dalej nagabywał, to może się to dla pana źle
skończyć.
-?Pani może mnie nie znać, ale ja znam panią oraz pani partnera. To, co
chcę powiedzieć, jest naprawdę ważne. Tylko wy możecie ukrócić ten
koszmar i...
-?Żegnam pana.
Julia odeszła w nadziei, że mężczyzna odpuści, i z ulgą przyjęła do
wiadomości, że pozostał na miejscu. Zerknęła przez ramię dopiero pod
drewnianym szyldem domu, w którym wynajmowali swój apartament. Mężczyzna
stał jak słup soli i się na nią gapił.
Rozdział 3
Ciemną piwnicę ogrzewały oddechy pięciu postaci.
Siedziały skulone w niewielkich klatkach przypominających przenośne
kojce dla psów, drżąc z zimna, nagie i brudne. Jedna z nich nieustannie
szczękała zębami, inna cicho pochlipywała. Po ich bladych ciałach
pełzały refleksy płomieni poustawianych na podłodze świec, a każdy ich
ruch śledziło oko zamontowanej przy suficie kamery.
-?Umrzemy tu -?jęknęła oparta o kraty blondynka. Przez rozmazany makijaż
trudno było ocenić jej wiek, ale szczupłe i jędrne ciało zdradzało, że
we wnętrzu wciąż tli się młodzieńczy żar. Długie jasne włosy opadały jej
na nogi podciągnięte do piersi. -?Dlaczego nas tu trzyma? Czego od nas
chce? -?zapytała, chowając głowę w dłoniach.
-?Ile razy jeszcze będziesz zadawać te durne pytania? -?warknął siedzący
w klatce obok mężczyzna. Sporą część jego kościstego ciała pokrywały
tatuaże, a w dolnej wardze i prawej brwi połyskiwały kolczyki. -?Każdy z nas wie tyle, co ty. Czyli nic.
-?Ale przecież ja nic nie zrobiłam. Ja...
-?Zamknij się już, bo...
-?Ty się zamknij! -?poniósł się szorstki głos z przeciwnej strony
piwnicy. Należał do tęgiej kobiety z dorodnym biustem, którego
grawitacja od lat nie oszczędzała. Kobieta uklękła na wyściełającym
klatkę poplamionym materacu, a piersi zakołysały się jak boje na morzu.
Chwyciła się krat. -?To niedługo się skończy. Musi. Przecież nie będzie
nas tu trzymał w nieskończoność.
Wytatuowany mężczyzna prychnął wyraźnie zdegustowany.
-?No bo ty akurat wiesz najlepiej, co z nami zrobi -?rzucił kpiąco. -?Ta
młoda ma rację. Zdechniemy tu. Jak nie z głodu, to przyjdzie po nas i zabije.
-?Tego nie wiesz.
-?A co niby z nami zrobi? Wypuści? -?Mężczyzna zarechotał. -?Nie może
nas wypuścić, bo wie, że to zgłosimy, a wtedy pójdzie siedzieć. Zresztą
widziałaś, jak wygląda. To jakiś psychol.
-?Może to jakaś gra? Może właśnie dlatego nosi maskę?
-?Taaa... gra. Na pewno gra.
-?A ta kamera to niby po co? -?Kobieta przeniosła wzrok na urządzenie. -
Przecież po coś musi tu być.
-?Obserwuje nas, i tyle. Pewnie dodatkowo się przy tym brandzluje. I ta
jego maska...
Kobieta spojrzała na mężczyznę z niesmakiem.
-?Na twoim miejscu uważałabym na słowa.
-?Bo?
-?Bo skoro nas podgląda, to pewnie też podsłuchuje.
-?A ty skąd możesz to wiedzieć? Może jesteś z nim w zmowie? To nie ty
jesteś tu z nas najdłużej?
-?Głupiś, chłopaku. I życia nie znasz.
Kobieta pokręciła głową i z powrotem rozsiadła się na materacu. Oparła
głowę o pręty i zamknęła oczy.
Przez nieokreślony czas wszyscy trwali w milczeniu. Zresztą czas
przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Zlał się w ciąg nieregularnie
podawanych posiłków i przerywanych koszmarami drzemek. Początkowe
dyskusje mające na celu znalezienie jakiegoś sensownego wytłumaczenia
sytuacji, w jakiej się znaleźli, z każdą kolejną godziną gasły, wstyd
przed wypróżnieniem się do zardzewiałych wiader stłumiła natura, smród
fekaliów nie budził już takiego wstrętu jak na początku. Wnętrze piwnicy
wypełniły marazm i apatia, przerywane czasem bezcelowo rzuconym w eter
pytaniem albo eksplozją płaczu jednej z trzech młodych dziewczyn, równie
bezcelową. Najczęściej jednak piwnicę wypełniała cisza pozwalająca
słyszeć syczenie płonących knotów, bicie własnego serca i upiorne
odgłosy przemykających po podłodze szczurzych łapek. Tak jak teraz.
-?Idzie -?rzuciła półszeptem tęga kobieta, a w odpowiedzi piwnicę
wypełniły szybsze oddechy jej młodszych współtowarzyszek niedoli. -?Nie
odzywajcie się, dopóki wam nie każe. Jest na tym punkcie bardzo czuły.
Dwie z kobiet wycofały się rakiem w rogi klatek, trzecia zaczęła wydawać
z siebie nieokreślone dźwięki, mężczyzna przekręcił się na materacu.
Wtedy popiskiwania szczurów się nasiliły, a zaraz po nich do uszu
więzionych dotarły odgłosy ciężkich kroków. Szczęknął zamek stalowych
drzwi. Jeden, drugi. Rygiel. Drzwi otwarły się z paskudnym
skrzypnięciem, a chwilę później do środka weszła postać w płaszczu do
ziemi. Na głowie miała pokraczną maskę imitującą pomarszczonego starucha
i perukę wzorowaną na tych noszonych przez elity epoki oświecenia. W rękach trzymała wiadro.
Stanęła w rozkroku i zlustrowała każdą z klatek. W otworach na oczy
wyraźnie połyskiwały jej ciemne tęczówki, a z tego na usta w rytm
oddechów pojawiał się i znikał obłoczek pary.
-?Mmm... -?mruknęła postać w masce i niespiesznie ruszyła w stronę klatek.
Przez kolejne kilkadziesiąt sekund człapała od kojca do kojca. Przy
każdym przystawała na chwilę, oceniała sytuację i wyjmowała z wiadra
sporych rozmiarów surową rybę, którą następnie wrzucała do środka. Przy
przedostatnim zatrzymała się na dłużej. W nim siedział wytatuowany
mężczyzna, który agresywnym spojrzeniem najwyraźniej próbował rzucić jej
wyzwanie. Postać w masce przez chwilę stała i patrzyła, w końcu włożyła
odzianą w skórzaną rękawiczkę dłoń do wiadra i wyjęła z niej kolejnego
dorsza. Bez słowa wrzuciła go do klatki i obróciła się w kierunku
ostatniego kojca. Nagle zastygła w bezruchu.
-?Mam to zjeść? -?warknął wytatuowany facet. -?Przecież ta ryba jest
surowa. To jakaś kpina. Najpierw główka sałaty, a teraz surowy dorsz?
Zamaskowana postać pomału się odwróciła i przykucnęła przy prętach
klatki. Przekręciła głowę, a jej tęczówki błysnęły w świetle najbliższej
dopalającej się świecy. Przez dłuższą chwilę w milczeniu wpatrywała się
w wytatuowanego mężczyznę, a gdy ten agresywnie chwycił stalowe szczeble
kojca i już miał otworzyć usta, aby wypluć morze bluzgów, gwałtownie
chwyciła jeden z przegubów i wyszarpnęła rękę chudzielca na zewnątrz.
-?Puszczaj, pojebie! Puszczaj, bo...
Mężczyzna nie dokończył, bo usłyszał chrupnięcie, a chwilę później jego
ciałem wstrząsnął gwałtowny paroksyzm bólu. Zanim się zorientował,
paliczek jego środkowego palca odpadł od reszty ciała.
Zamaskowana postać puściła rękę i w akompaniamencie wrzasków ofiary
schowała cęgi do kieszeni płaszcza. Sięgnęła po rybę i z powrotem
wrzuciła ją do wiadra, a w klatce wylądował fragment odciętego palca.
Postać zaśmiała się pod nosem, wpatrując się w wijącego się z bólu
mężczyznę, po czym nie reagując na jego wrzaski, niespiesznie odwróciła
się w stronę ostatniej klatki. Odstawiła wiadro. Wbiła wzrok w struchlałą blondynkę. Zapukała w pręty.
-?Proszę, nie... -?jęknęła dziewczyna.
-?Dziś twój wielki dzień -?szepnęła.
-?Nie, nie, błagam, nie...
Zgrzytnięcie zamka utonęło we wrzaskach rannego mężczyzny. Wtedy postać
w masce wyjęła z kieszeni płaszcza obrożę i smycz. Przerażona blondynka
nie oponowała. Chwilę później przypięta jak pies człapała na czworakach
za postacią w masce.
Rozdział 4
Przez kolejne dwa dni Julia z Igorem korzystali z czasu wolnego. Pogoda
ich nie rozpieszczała, bo od północy dmuchało, jakby zbliżało się
kolejne zlodowacenie, ale przynajmniej nie padało, w związku z czym
wypożyczyli rowery i pozwiedzali okoliczne bunkry, którymi Hel był
usiany jak front wojenny lejami po bombach. W kilku miejscach musieli
zmienić trasę, bo znienacka, czasem na środku ścieżki, wyrastały im
przed nosem płoty odgradzające tereny ogólnodostępne od wojskowych.
Kilka godzin spędzili też, spacerując po północnej stronie półwyspu,
gdzie znajdowały się szerokie, urokliwe plaże. O tej porze można było
iść godzinami, nie napotykając żywego ducha. To właśnie w tych momentach
Julię mocniej gryzło sumienie.
-?Chyba mocno się denerwujesz tym zabiegiem... -?rzucił Brudny.
-?Nie aż tak bardzo -?odparła.
-?Przecież widzę, że coś jest nie tak. Powiesz mi w końcu, o co chodzi?
Julia zdawała sobie sprawę, że długo nie utrzyma w tajemnicy spotkania z tamtym dziwnym mężczyzną. Igor był jak wykrywacz kłamstw i z początku
myślała nawet, aby o wszystkim mu opowiedzieć, ale ostatecznie podjęła
inną decyzję. Znała go wystarczająco dobrze, aby podejrzewać, że tak
tego nie zostawi. Pół biedy, gdyby postanowił wyjść i faceta przegonić.
Wtedy nawet by się ucieszyła. Obawiała się jednak, że takie spotkanie
może przynieść odwrotny skutek, a Igor znów wdepnie w jakieś gówno. W końcu tamten dziwny typek ewidentnie chciał ich w coś wmieszać, samo zaś
wspomnienie Ossowskiego, co gorsza w jakimś mało przyjemnym kontekście,
sprawiło, że rzuciła książkę na półkę i do tej pory po nią nie sięgnęła.
Późnym popołudniem odstawili rowery do wypożyczalni i wygłodniali
pomaszerowali w okolice portu. To tam rybacy każdego dnia dostarczali
świeże ryby, z których lokalne gospodynie wyczarowywały kulinarne cuda.
Tego wieczoru promenada oraz doki były jednak kompletnie wyludnione.
Nawet jeśli o tej porze roku nigdy tłumów tu nie było, tak teraz między
budynkami tylko hulał wiatr.
-?Gdzie oni wszyscy się podziali? -?zapytała, gdy przechodzili obok
kolejnych zacumowanych kutrów. Tuż przed zmierzchem rybacy zwykle
kręcili się po dokach, szykując łajby do porannego wypłynięcia w morze.
Igor nie odpowiedział, uznając, że to pytanie rzucone w przestrzeń.
Zawsze wychodził z założenia, że im mniej ludzi, tym lepiej.
-?Nawet knajpy są pozamykane. Nie uważasz, że to dziwne?
-?Może jest jakiś ważny mecz? Coś tam słyszałem w telewizji, że gra
reprezentacja i... zresztą, czy to ważne?
-?W sumie nie.
-?Jak nie znajdziemy niczego do jedzenia po drodze, to zjemy u Heli.
Trzeba przyznać, że ma talent do kucharzenia.
-?Ano ma.
Na zachodnim krańcu portu natknęli się na jedną otwartą smażalnię, więc
postanowili wejść do środka. Wnętrze było dość surowe i bardziej
przypominało peerelowskie jadłodajnie niż lokal gastronomiczny. Unoszący
się zapach również przywodził na myśl czasy słusznie minione. Z kilkunastu stolików zajęte były zaledwie dwa. Usiedli przy tym najbliżej
okna.
Puszysta kelnerka o piegowatej i rumianej twarzy zmaterializowała się
zaraz po tym, jak odwiesili kurtki. Wręczyła im kartkę z daniami, która
miała robić za menu.
-?Dzień dobry. Coś do picia dla państwa? -?zapytała, szczerze się
uśmiechając.
-?Macie może zimową herbatę?
-?Mamy.
-?To poproszę. A dla ciebie, Igor?
-?Piwo.
Kelnerka dygnęła i odeszła, a oni skupili się na liście dostępnych dań.
Składała się głównie z ryb. Wędzonych, pieczonych, smażonych,
wszelakich. Kilka pozycji zostało wykreślonych z menu, w tym halibut i flądra, w związku z czym zgodnie uznali, że uraczą się smażonym dorszem
z purée ziemniaczanym i kiszoną kapustą.
Wymienili kilka uwag dotyczących ich ostatniej wyprawy po bunkrach, ale
zanim zdążyli rozgadać się na dobre, zamilkli. To jedno słowo usłyszane
ze stolika, przy którym siedziało dwóch mężczyzn w średnim wieku,
sprawiło, że serce Julii zabiło szybciej.
Trup.
-?Tomeczek mówił, że podobno miała wydłubane oczy, a w bebechach roiło
się od robactwa. No mówię ci, gruba sprawa. Od czasów Samborowej czegoś
takiego u nas nie było.
-?Myślisz, że to on?
-?A kto inny? Dopiero co wyszedł z pierdla.
-?Widziałem go ostatnio. To już stary człowiek...
-?Stary, ale jary. Widziałeś jego łapy?
Mężczyzna z siwą brodą podrapał się po policzku i sięgnął po kufel.
-?No nie wiem... -?Wychylił do dna. -?Może to on, a może nie. W każdym
razie na moje, to Buchenwald nie byłby takim idiotą. I to jeszcze we
wraku? -?Pokręcił głową i odstawił kufel. -?Masz kontakt z Marusarzem?
-?Dzwoniłem, ale mnie odbijał.
-?W sumie mu się nie dziwię. Pewnie ma roboty po kokardy.
-?Na bank.
Mężczyźni zmienili temat na zbliżający się mecz reprezentacji, który
pozwalał przedłużyć szanse awansu Polski na mistrzostwa świata. Z rozmowy wynikało, że miał zostać rozegrany dziś wieczorem. Najwyraźniej
to jednak nie mecz wyludnił ulice miasta. Julia poczuła suchość w gardle
i automatycznie przełknęła ślinę.
-?Dziwnie się zachowujesz -?rzucił Igor półgębkiem. -?Dobrze się
czujesz?
-?Tak, dobrze, ale... -?Zamilkła i przeniosła wzrok na zacumowane przy kei
kutry rybackie. Nie musiał powtarzać pytania, aby zrozumiała, że tym
razem nie odpuści. Zebrała się w sobie. Z powrotem spojrzała partnerowi
w oczy. -?W tamten wieczór, kiedy poszłam pobiegać, zaczepił mnie jakiś
dziwny facet. Wiedział, jak się nazywam i że przyjechałam tu z tobą.
-?Czego chciał? -?Brudny nie zmienił tonu.
-?W sumie to nie wiem. Chciał przekazać jakąś informację o -?ułożyła
palce w cudzysłów -?strasznych rzeczach. Powiedział też, że to ważne i...
-?westchnęła ciężko -?tylko my możemy ukrócić ten koszmar.
Brudnemu drgnęła powieka, ale zachował kamienny wyraz twarzy. Julia
pomyślała, że nawaliła. Dopiero co się zeszli, a ona już próbowała
ukrywać przed nim niewygodne fakty.
-?Przedstawił się? -?zapytał, jakby w ogóle go to nie ruszyło.
-?Nie.
-?Powiedział coś jeszcze?
Julia zamknęła oczy i przytaknęła.
-?Wspomniał coś o Ossowskim. Tym pisarzu, o którym ci mówiłam i którego
książkę kupiłam.
-?Co konkretnie?
-?Powiedział, że... -?Nerwowo odgarnęła włosy. -?Zresztą czy to ważne? Po
co w ogóle o tym gadamy?
-?Widzę, że to cię męczy. To zaś oznacza, że facet osiągnął swój cel.
Wyprowadził cię z równowagi.
-?Nie wyprowadził mnie z równowagi, tylko... ech... zostawmy to może, okej?
To był jakiś dziwak, i tyle.
-?Julia... -?Brudny nakrył jej dłoń własną. -?Powiedz mi, co ten facet
powiedział ci o Ossowskim.
Pomyślała, że wpadła jak śliwka w kompot. A Igor nie ustąpi. Zdrobnienia
jej imienia nie używał tylko wtedy, gdy sprawa zaczynała się robić
poważna.
Westchnęła.
-?Powiedział, że to podły gość. Wtedy mu przerwałam. -?Odchrząknęła. -?I przepraszam, że nic ci nie powiedziałam. Nie chciałam, abyś tam poszedł
i zaczął z nim gadać, bo facet miał w sobie coś upiornego. A w ostatnim
czasie wystarczy mi upiornych rzeczy. Bałam się, że jeszcze
zainteresujesz się sprawą i znów wdepniesz w jakieś bagno. Ty masz to... -
zaśmiała się ironicznie -?kurwa, w genach.
Teraz to Brudny zarechotał, ale uśmiech szybko zgasł mu na ustach.
-?Powinnaś mi powiedzieć, ale wiesz co? -?zapytał. -?Jebać go. I tamtych
też. Nawet tego trupa. Jesteśmy tu tylko po to, żebyś przeszła ten
zabieg. Za dwa dni chirurg usunie blizny, a potem wracamy do domu.
Pasuje?
Zawadzka pokiwała głową z wyraźną ulgą. W tym samym momencie przy
stoliku pojawiła się kelnerka. Postawiła na blacie herbatę i piwo, po
czym przyjęła zamówienie. Tego wieczoru Igor i Julia nie rozmawiali już
ani o dziwnym facecie, ani o odkrytym we wraku trupie. Zjedli, poszli do
apartamentu, pokochali się i obejrzeli film. Nie mieli pojęcia, że ich
usilne próby ucieczki od tematu od początku są skazane na niepowodzenie.
Rozdział 5
Sambor Buchenwald był mężczyzną doświadczonym przez życie. Mało mówił,
bo wolał gesty niż słowa, a poza tym dziś mało kto się do niego odzywał.
Język w gębie co prawda miał, ale używał go oszczędnie i tylko w bezpośrednim kontakcie ze swoją żoną, której już nie było, Anną
Buchenwald z domu Depka, której pamięć pielęgnował, a którą poślubił
przed obliczem Boga czterdzieści dwa lata wcześniej w gotyckim Kościele
Świętych Piotra i Pawła w Pucku, gdy jego twarz nie była jeszcze tak
strzaskana słońcem i przeżarta solą oraz wiatrem z północy, a inne
kobiety patrzyły na jego obrączkę z zazdrością, bo silne dłonie zawsze
się kobietom podobają, tak jak niebieskie oczy, krzepkie ramiona i żyły
na rękach, te miał do tej pory. To, nad czym ubolewał najbardziej, to
fakt, że rzadko też rozmawiał z córką Wandą, bo ona nigdy nie chciała go
słuchać, buntowała się, powtarzając, że pragnie żyć po swojemu, a to
"swojemu" było naiwne i głupie, tylko imprezy i hulaj dusza, piekła nie
ma, ale weź tu wytłumacz niepokornej dziewczynie, co to jej hormony w ciele diabelskie tańce grają, że życie to nie bajka i trzeba się
napracować, żeby mieć na chleb, bo ten z nieba nie spadnie, choć w Biblii podobno spadł, manna z nieba czy jakoś tak, Sambor nie do końca
pamiętał.
Wanda życia nie znała i bardzo go to wtedy martwiło, bo on życie znał i nabrał do niego pokory. Jego poorana głębokimi bruzdami twarz codziennie
mu o tym przypominała, gdy tylko spojrzał w lustro, a spoglądał
codziennie, bo golił się regularnie, smarując te bruzdy mydłem
rozprowadzanym pędzlem z sierści borsuka, a potem już pianką, ostatnio
firmy Gillette.
-?Ty masz w ogóle jakieś plany na przyszłość? Poza tymi łubu-dubu i świeceniem gołą dupą? -?zapytał Wandę lata temu, w nerwach, gdy po
kolejnym lichym połowie natknął się w łazience na malującą się przed
lustrem córkę. Na wcześniej zadane pytania dotyczące miejsca, do którego
się wybierała, i godziny powrotu do domu, nawet nie raczyła zareagować.
Ten obraz pojawiał się w jego głowie każdego dnia od dwudziestu lat.
-?Mamo! -?krzyknęła oburzona.
-?Jakie "mamo"? Popatrz na siebie. Ta sukienka ledwo ci pośladki
zakrywa!
-?Nie znasz się! I daj mi spokój! Jestem dorosła!
-?Ale wciąż mieszkasz w moim domu!
-?Już niedługo. Wychodzę!
Ręka go zaświerzbiła, ale w ostatniej chwili się powstrzymał, a córka,
posławszy mu pogardliwe spojrzenie, przemknęła obok i zarzuciwszy na
ramię połyskującą torebkę, na którą nie miał pojęcia, skąd wzięła
pieniądze, wyszła z domu. Rozmowa z żoną niewiele pomogła, bo ta
trzymała stronę Wandy.
-?Z młodością nie wygrasz. Nie pamiętasz, jacy byliśmy w jej wieku? -
próbowała uspokoić skołatane nerwy męża Anna.
-?Kiedyś to były inne czasy -?skwitował.
-?Też byłeś łobuzem, a i ja do aniołków nie należałam. Wandzi w końcu
minie. Poza tym ma już dwadzieścia lat. Jest kobietą. Nie możesz jej
traktować jak małej dziewczynki.
-?Tylko że ja w ogóle nie potrafię się z nią porozumieć...
-?Uczy się dobrze. W wakacje dorabia. A dziś taka moda. Nie możemy mówić
jej, jak ma się ubierać, a tym bardziej trzymać jej pod kloszem.
-?To się kiedyś źle skończy. Wspomnisz moje słowa.
Mijały miesiące, a Wandzi nie przechodziło. Co gorsza, w jego ocenie
sprawy szły w coraz mniej przewidywalnym kierunku. Co prawda egzaminy na
studiach zaliczała regularnie, ale trudno mu było udawać, że nie słyszy
plotek o tym, że córka prowadzi się nieobyczajnie. Hel był małą
mieściną, w której sąsiedzi wiedzieli o sobie wszystko. Fakt, że
studiowała, a za co za tym idzie, większość czasu spędzała w Gdańsku,
niczego w tej kwestii nie zmieniał, bo dokładnie taki sam kierunek
edukacji obrała większość jej rówieśników z sąsiedztwa, a do tego letnie
powroty do domu naznaczone były szaleństwami w towarzystwie
nowobogackiej młodzieży, która Półwysep Helski upodobała sobie jako
mekkę sportów wodnych i nieustanną imprezownię w jednym. Pogłoski o tym,
co dzieje się na kempingach w Chałupach, urastały do legend, o których
wolał nawet nie myśleć.
-?Nie wierz, tato, w to, co powtarzają te głupie kwoki -?tłumaczyła mu
córka. -?Owszem, czasem rozpalimy ognisko, wypijemy piwko czy dwa, ale
nikt tam nie urządza dzikich orgii.
-?A ta plaża nudystów?
-?No jest, ale to frajda dla turystów. Ja tam nie chodzę.
A potem stało się to, co się stało. Wandzia po raz kolejny nie wróciła
do domu. Co prawda stosunkowo często sobotnią noc kończyła u przyjaciółki we Władysławowie, aby dzień później jechać już do
gdańskiego akademika na kolejny tydzień zajęć, ale Sambor nie potrafił
się do tego przyzwyczaić. Jego obawy miały silne podstawy, bo natura
obdarowała Wandzię nieprzeciętną urodą, po matce rzecz jasna, bo Anna w niczym jej nie ustępowała. Blond włosy do pasa, wielkie szmaragdy
zamiast oczu, figura modelki. Była jego skarbem i kochał ją nad życie,
dlatego pragnął, aby córka w końcu zmądrzała i nie kusiła losu,
zwłaszcza że w telewizji coraz częściej słyszało się o zaginięciach bądź
porwaniach młodych kobiet. Trójmiejski półświatek specjalizował się w handlu żywym towarem, a kolejni gangsterzy nawet specjalnie się z tym
nie kryli, bo policję mieli w kieszeni. W Gdańsku, Sopocie i Gdyni kluby
nocne wyrastały jak grzyby po deszczu i pomimo plotek o tych wszystkich
bezeceństwach, które się tam działy, funkcjonowały jawnie i bez
problemów. To nieustannie spędzało mu sen z powiek, ale nie umiał
znaleźć wspólnego języka z córką ani antidotum na swoje lęki. Uważał, że
jest stary i bezużyteczny, choć dopiero nieśmiało zbliżał się do
pięćdziesiątki.
Dziś Sambor Buchenwald czuł się jak trup.
Mimo to chwycił kościstymi palcami sieci i zaczął je zwijać, od czasu do
czasu wyjmując spomiędzy oczek jakiegoś skorupiaka albo kiść morskich
glonów, które następnie wyrzucał do wody. Wymagało to sporej krzepy, ale
jego sześćdziesięcioośmioletnie ciało wciąż nie ulegało pokusie
zakolegowania się z jakimś nowotworem albo innym choróbskiem, może
dlatego, że w trupa nie było już sensu inwestować, tak to sobie czasem
tłumaczył. W kąciku ust wisiał mu papieros, a nad głową skrzeczały mewy.
-?Głupie -?mruknął pod nosem, bo przecież połów był nieudany, sieci
puste, a ptaszyska i tak latały mu nad głową, jakby te były pełne.
Zaciągnął się, bo naszła go refleksja, że w ogóle niepotrzebnie otworzył
usta. Marnotrawstwo, pomyślał. Czcze gadanie, które nic nie zmieni.
Zaciągnął się po raz ostatni, wyrzucił niedopałek za burtę i dalej
zaczął zwijać sieci. Gdy kończył, dostrzegł w doku policyjny radiowóz.
Wysiadło z niego dwóch nieumundurowanych policjantów. Jednego z nich
znał aż za dobrze.
Odłożył sieci w kąt i zapalił kolejnego papierosa. Sięgnął po puszkę
Coca-Coli. Wypił na raz i zgniótł ją w palcach, jakby była zrobiona z papieru. Splunął, gdy mężczyźni stanęli przy burcie.
-?Złaź tu, Buchenwald -?rzucił szorstko ten starszy. Miał na sobie
dżinsy i taktyczną kurtkę. Na głowie nosił czapkę z daszkiem. -?I pospiesz się, bo nie będę tu marzł do usranej śmierci -?dodał, nie
dostrzegłszy spodziewanej reakcji.
-?Czego chcesz? -?warknął Sambor.
-?Nie ty tu będziesz zadawał pytania.
-?To spierdalaj.
-?Sam tego chciałeś.
Kuter delikatnie się zabujał, gdy mężczyźni weszli na pokład. Mewy
zerwały się z relingów i odfrunęły na zacumowaną obok łajbę. Powiał
zimny wiatr.
-?Dawaj łapy. Jesteś zatrzymany do wyjaśnień -?oznajmił policjant.
Sambor splunął mu pod nogi, bo uznał, że i tak powiedział już
zdecydowanie za dużo. Policjant westchnął i chwycił rybaka za ramię,
następnie kilkoma szybkimi ruchami wykręcił mu ręce i założył na
nadgarstki kajdanki.
-?Jeśli to ty, to pożegnaj się z morzem. Już nigdy więcej go na oczy nie
zobaczysz -?syknął starszy stopniem do ucha rybaka, a potem razem z młodszym kompanem chwycili go za ramiona i w akompaniamencie skrzeczenia
mew wyprowadzili na keję.
Kiedy pakowali go do radiowozu, na północy znów zebrały się czarne
chmury. Tej nocy morze znów miało być niespokojne.