Markheim - Robert Louis Stevenson

Kup ebooka

14.49 zł
11.88 zł (6,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Markheim

Tak - mówił handlarz - nasze powodzenie bywa różnego rodzaju. Jedni klienci są nieukami i wówczas ciągnę zyski z mojej wyższej wiedzy. Inni są nieuczciwi - przy tych słowach podniósł świecę tak, aby światło padało wprost na twarz gościa - a w tym wypadku - ciągnął dalej - opłaca mi się moja cnota.

Markheim wszedł właśnie przed chwilą z zalanej światłem dziennem ulicy i oczy jego nie oswoiły się jeszcze z mieszaniną blasku i mroku, panującą w sklepie. Na te znaczące słowa i wobec płomienia zbliżonej świecy mrugnął boleśnie i spojrzał na bok. Handlarz zaśmiał się: - Przychodzisz do mnie w dzień Bożego Narodzenia - mówił - gdy wiesz, że jestem sam w domu, zamykam okiennice i nie przyjmuję interesantów. Dobrze, zapłacisz mi za to, zapłacisz mi za stratę czasu, teraz, gdy powinienem siedzieć i sprawdzać moje księgi handlowe. Zapłacisz oprócz tego za ten dziwny sposób zachowania się, jaki spostrzegam w tobie dzisiaj bardzo wyraźnie. Jestem uosobieniem dyskrecyi i nie zadaję natrętnych pytań, ale gdy jaki klient nie patrzy mi w oczy, niech płaci za to. Handlarz zaśmiał się powtórnie, a potem przybierając ton kupiecki, choć nie bez lekkiej ironii, mówił dalej: - Możesz, jak zawsze, zdać mi dokładnie sprawę, w jaki sposób przyszedłeś do posiadania tego przedmiotu. Zawsze gabinet wuja? Co? Niepospolity kolektor, panie! I mały, okrągło-barki handlarz wspinał się niemal na palce, spoglądając z ponad złotych okularów i kiwając głową z wszelkiemi oznakami niedowierzania. Markheim odpowiedział mu spojrzeniem bezmiernej litości, z pewnym odcieniem zgrozy.

- Tym razem - rzekł - mylisz się. Nie przyszedłem sprzedawać, ale kupić. Nie posiadam żadnego rzadkiego okazu do zbycia; gabinet mego wuja jest opustoszony aż do gołych ścian, a gdyby nawet był nietknięty, powiodło mi się na giełdzie i wolałbym raczej dodać coś doń, niż ujmować. Mój sprawunek dzisiejszy jest bardzo prosty. Szukam czegoś na podarek gwiazdkowy dla jednej pani - ciągnął dalej, mówiąc coraz płynniej w miarę jak wpadał w tok ułożonej zawczasu przemowy - i zapewne, winieniem najmocniej przeprosić pana, że pozwoliłem sobie przeszkodzić mu w dzień świąteczny dla tak błahej sprawy. Ale zapomniałem o tem wczoraj; muszę wystąpić z mym małym prezentem dziś przy obiedzie, a jak wiesz pan dobrze, bogaty ożenek nie jest rzeczą do pogardzenia.

Nastąpiła chwila milczenia, w ciągu której handlarz zdawał się z niedowierzaniem rozważać opowieść. Tykanie licznych zegarów pomiędzy interesującem rupieciem sklepu i przyciszony turkot dorożek w poblizkim pasarzu, wypełnił tę długą pauzę. - Dobrze, sir - rzekł handlarz - niech tak będzie. Jesteś starym klientem, bądź co bądź; i jeżeli, jak powiadasz, przedstawia ci się szansa bogatego ożenku, dalekiem niech będzie odemnie stawać ci na przeszkodzie. Oto ładna drobnostka dla damy - ciągnął dalej - to zwierciadło ręczne, piętnasty wiek, gwarantowane; pochodzi z również dobrej kollekcyi, ale zamilczam nazwisko przez wzgląd na mego klienta, który był, tak samo jak i pan, mój drogi panie, siostrzeńcem i jedynym spadkobiercą słynnego kollektora. Prawiąc tak swym suchym i zgryźliwym głosem, kupiec pochylił się, by zdjąć przedmiot z miejsca, na którem leżał. Gdy to czynił, dreszcz przeszedł na wskróś Markheima, nagłe drgnięcie rąk i nóg, gwałtowne uderzenie wielu tłumnie zmieszanych namiętności do twarzy. Lecz minęło to równie szybko, jak przyszło, nie pozostawiając żadnego śladu, oprócz pewnego drżenia ręki, gdy brał lustro. - Zwierciadło - rzekł ochrypłym głosem i zatrzymał się, a potem powtórzył wyraźniej - Zwierciadło? Na gwiazdkę? Stanowczo nie! - A dlaczegóżby nie?! - zawołał handlarz. - Dlaczego nie zwierciadło? Markheim patrzył nań z nieokreślonym wyrazem. - Pytasz mnie, dlaczego nie? - powiedział. - Jakto, spójrz tu, spójrz w nie, spójrz sam na siebie? Czy lubisz patrzeć na to? nie, ani ja, ani nikt z żyjących! Mały człowieczek odskoczył w bok, gdy Markheim błysnął mu tak nagle zwierciadłem przed oczy, ale widząc, ze nie zanosi się na nic gorszego, zachichotał drwiąco: - Twoja przyszła pani, sir, nie grzeszy pewnie pięknością. - Proszę cię - odparł Markheim - o podarek na gwiazdkę, a ty mi dajesz to, to przeklęte przypomnienie lat i grzechów i szaleństw, to sumienie podręczne! Czy to chciałeś powiedzieć? Czy miałeś co na myśli? Powiedz mi. Lepiej będzie dla ciebie, jeżeli to uczynisz. Słuchaj, opowiedz mi co o sobie. Nie omylę się chyba, mówiąc, że jesteś potajemnie bardzo miłosiernym człowiekiem. Handlarz przyjrzał się uważnie gościowi. Dziwne, Markheim nie zdawał się wcale żartować; było coś w jego twarzy, jakby nagła iskra nadziei, ale bynajmniej nie wesela.

- Do czego zmierzasz? - zapytał handlarz. - Niemiłosierny - odparł tamten posępnie. - Ani miłosierny, ani pobożny, ani uczciwy, niekochający, niekochany, ręka do zgartywania pieniędzy, skrzynia do przechowywania ich? Czy to wszystko? Przez Bóg żywy! człowieku, czy to wszystko? - Powiem ci, co to jest - zaczął handlarz trochę ostro, lecz wnet wybuchając ponownie śmiechem. - No no, widzę, że twoje małżeństwo jest doprawdy małżeństwem z miłości i piłeś pewno zdrowie twej przyszłej. - Ach! - zawołał Markheim z dziwnem zaciekawieniem. - Ach, więc kochałeś się kiedy? Opowiedz mi o tem. - Ja - krzyknął handlarz - ja kochałem się?! Nigdy nie miałem na to czasu, ani też nie mam go dzisiaj na wszystkie te brednie. Bierzesz pan lustro?

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.