Tak - mówił handlarz - nasze powodzenie bywa różnego
rodzaju. Jedni klienci są nieukami i wówczas ciągnę zyski z mojej
wyższej wiedzy. Inni są nieuczciwi - przy tych słowach podniósł
świecę tak, aby światło padało wprost na twarz gościa - a w tym
wypadku - ciągnął dalej - opłaca mi się moja cnota.
Markheim wszedł właśnie przed chwilą z zalanej światłem dziennem
ulicy i oczy jego nie oswoiły się jeszcze z mieszaniną blasku i
mroku, panującą w sklepie. Na te znaczące słowa i wobec płomienia
zbliżonej świecy mrugnął boleśnie i spojrzał na bok. Handlarz zaśmiał się: - Przychodzisz do mnie w dzień Bożego Narodzenia - mówił - gdy
wiesz, że jestem sam w domu, zamykam okiennice i nie przyjmuję
interesantów. Dobrze, zapłacisz mi za to, zapłacisz mi za stratę
czasu, teraz, gdy powinienem siedzieć i sprawdzać moje księgi
handlowe. Zapłacisz oprócz tego za ten dziwny sposób zachowania
się, jaki spostrzegam w tobie dzisiaj bardzo wyraźnie. Jestem
uosobieniem dyskrecyi i nie zadaję natrętnych pytań, ale gdy jaki
klient nie patrzy mi w oczy, niech płaci za to. Handlarz zaśmiał się powtórnie, a potem przybierając ton kupiecki,
choć nie bez lekkiej ironii, mówił dalej: - Możesz, jak zawsze, zdać mi dokładnie sprawę, w jaki sposób
przyszedłeś do posiadania tego przedmiotu. Zawsze gabinet wuja? Co?
Niepospolity kolektor, panie! I mały, okrągło-barki handlarz wspinał się niemal na palce,
spoglądając z ponad złotych okularów i kiwając głową z wszelkiemi
oznakami niedowierzania. Markheim odpowiedział mu spojrzeniem bezmiernej litości, z pewnym
odcieniem zgrozy.
- Tym razem - rzekł - mylisz się. Nie przyszedłem
sprzedawać, ale kupić. Nie posiadam żadnego rzadkiego okazu do
zbycia; gabinet mego wuja jest opustoszony aż do gołych ścian, a
gdyby nawet był nietknięty, powiodło mi się na giełdzie i wolałbym
raczej dodać coś doń, niż ujmować. Mój sprawunek dzisiejszy jest
bardzo prosty. Szukam czegoś na podarek gwiazdkowy dla jednej pani
- ciągnął dalej, mówiąc coraz płynniej w miarę jak wpadał w tok
ułożonej zawczasu przemowy - i zapewne, winieniem najmocniej
przeprosić pana, że pozwoliłem sobie przeszkodzić mu w dzień
świąteczny dla tak błahej sprawy. Ale zapomniałem o tem wczoraj;
muszę wystąpić z mym małym prezentem dziś przy obiedzie, a jak
wiesz pan dobrze, bogaty ożenek nie jest rzeczą do pogardzenia.
Nastąpiła chwila milczenia, w ciągu której handlarz zdawał się z
niedowierzaniem rozważać opowieść.
Tykanie licznych zegarów pomiędzy interesującem rupieciem
sklepu i przyciszony turkot dorożek w poblizkim pasarzu, wypełnił
tę długą pauzę.
- Dobrze, sir - rzekł handlarz - niech tak będzie. Jesteś
starym klientem, bądź co bądź; i jeżeli, jak powiadasz, przedstawia
ci się szansa bogatego ożenku, dalekiem niech będzie odemnie stawać
ci na przeszkodzie. Oto ładna drobnostka dla damy - ciągnął dalej -
to zwierciadło ręczne, piętnasty wiek, gwarantowane; pochodzi z
również dobrej kollekcyi, ale zamilczam nazwisko przez wzgląd na
mego klienta, który był, tak samo jak i pan, mój drogi panie,
siostrzeńcem i jedynym spadkobiercą słynnego kollektora.
Prawiąc tak swym suchym i zgryźliwym głosem, kupiec pochylił
się, by zdjąć przedmiot z miejsca, na którem leżał. Gdy to czynił,
dreszcz przeszedł na wskróś Markheima, nagłe drgnięcie rąk i nóg,
gwałtowne uderzenie wielu tłumnie zmieszanych namiętności do
twarzy. Lecz minęło to równie szybko, jak przyszło, nie
pozostawiając żadnego śladu, oprócz pewnego drżenia ręki, gdy brał
lustro.
- Zwierciadło - rzekł ochrypłym głosem i zatrzymał się, a
potem powtórzył wyraźniej - Zwierciadło? Na gwiazdkę? Stanowczo
nie!
- A dlaczegóżby nie?! - zawołał handlarz. - Dlaczego nie
zwierciadło?
Markheim patrzył nań z nieokreślonym wyrazem.
- Pytasz mnie, dlaczego nie? - powiedział. - Jakto, spójrz
tu, spójrz w nie, spójrz sam na siebie? Czy lubisz patrzeć na to?
nie, ani ja, ani nikt z żyjących!
Mały człowieczek odskoczył w bok, gdy Markheim błysnął mu
tak nagle zwierciadłem przed oczy, ale widząc, ze nie zanosi się na
nic gorszego, zachichotał drwiąco:
- Twoja przyszła pani, sir, nie grzeszy pewnie pięknością.
- Proszę cię - odparł Markheim - o podarek na gwiazdkę, a ty
mi dajesz to, to przeklęte przypomnienie lat i grzechów i
szaleństw, to sumienie podręczne! Czy to chciałeś powiedzieć? Czy
miałeś co na myśli? Powiedz mi. Lepiej będzie dla ciebie, jeżeli to
uczynisz. Słuchaj, opowiedz mi co o sobie. Nie omylę się chyba,
mówiąc, że jesteś potajemnie bardzo miłosiernym człowiekiem.
Handlarz przyjrzał się uważnie gościowi. Dziwne, Markheim
nie zdawał się wcale żartować; było coś w jego twarzy, jakby nagła
iskra nadziei, ale bynajmniej nie wesela.
- Do czego zmierzasz? - zapytał handlarz.
- Niemiłosierny - odparł tamten posępnie. - Ani miłosierny,
ani pobożny, ani uczciwy, niekochający, niekochany, ręka do
zgartywania pieniędzy, skrzynia do przechowywania ich? Czy to
wszystko? Przez Bóg żywy! człowieku, czy to wszystko?
- Powiem ci, co to jest - zaczął handlarz trochę ostro, lecz
wnet wybuchając ponownie śmiechem. - No no, widzę, że twoje
małżeństwo jest doprawdy małżeństwem z miłości i piłeś pewno
zdrowie twej przyszłej.
- Ach! - zawołał Markheim z dziwnem zaciekawieniem. - Ach,
więc kochałeś się kiedy? Opowiedz mi o tem.
- Ja - krzyknął handlarz - ja kochałem się?! Nigdy nie
miałem na to czasu, ani też nie mam go dzisiaj na wszystkie te
brednie. Bierzesz pan lustro?
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.