Marius, magia i Wilkołaczka Liisi - Reeli Reinaus

Reflow text when sidebars are open.
SKARBY, A MOŻE KOŚCI?
Marius siedział tego popołudnia za stołem w kuchni i próbował wystrugać coś scyzorykiem taty w kawałku drewna. Trzeba przyznać, że zbyt dobrze mu to nie wychodziło. Drewienko nie nabierało takiego kształtu, jakiego Marius by sobie życzył. Wciąż nie przypominało widzianych czasem w książkach indiańskich totemów lub innych fajnych rzeźb z rogami. Tak naprawdę Marius w ogóle nie potrafił strugać w drewnie i czuł się mocno zawiedziony, zarówno sobą, jak i wszystkim, co się dotychczas wydarzyło.
Lecz nagle coś przyciągnęło jego uwagę.
- A na Przylesiu[1] to mieszkają dziwacy.
To zdanie wytrąciło go z zamyślenia. Dotąd puszczał mimo uszu rozmowę mamy i pani, która przyszła do nich z wizytą; tak był skupiony na rzeźbieniu, chociaż one, pijąc kawę, siedziały w kuchni przy tym samym stole co on.
Marius dość szybko stracił rachubę w tym, co sobie opowiadały. Kto z sąsiadów gdzie mieszkał, gdzie pracował, albo i nie pracował, tylko całe dni spędzał pod sklepem we wsi lub na przystanku autobusowym z innymi, podobnymi sobie typkami. Albo kto miał ile dzieci i które z nich chodziły już do szkoły w mieście - tego wszystkiego było chłopakowi za dużo.
Ale teraz kobieta, która przedstawiła się jako Maie Rebane z obejścia w Kogucim Dole, użyła słowa "dziwacy". Marius podniósł wzrok. Zauważył, że mamie z zaciekawienia rozszerzyły się oczy.
- Tacy prawdziwi, wioskowi wariaci? - zapytała mama.
Maie wzruszyła ramionami.
- Wariatami to chyba nie są. Ale żyją jakby inaczej, po swojemu. Dawniej mieszkała tam pewna stara kobieta i opowiadano o niej przeróżne rzeczy. Teraz gospodarstwo przeszło na jej córkę z rodziną. Wszyscy oni są jacyś tacy dziwni.
Marius spostrzegł lekkie rozczarowanie mamy. Lecz jej oczy rozbłysły na nowo, gdy Maie zaczęła mówić dalej:
- Mieliśmy tu kiedyś we wsi prawdziwego szaleńca, ale już mu się zmarło.
- Co on takiego robił? - zaciekawiła się mama.
- Ach, zbierał rozmaite rzeczy. Wokół jego chaty rosła góra rupieci. Dzieciaki ze wsi chodziły tam szukać złotego skarbu.
- Dlaczego złotego - zdziwił się Marius - jeśli on zbierał śmieci?
- Był bardzo skąpym człowiekiem i wierzono, że naprawdę schował gdzieś u siebie skarb. Że miał go jeszcze po swoich przodkach. Kiedyś to było bogate obejście. Ludzie sądzą, że zakopał go nieopodal swojej chaty. Gadają, że był tam nawet zegar ze szczerego złota.
- A czy kiedykolwiek coś znaleziono? - dopytywała mama Mariusa.
Marius wiedział, że mama często ożywiała się na wieść o wioskowych odmieńcach, ale zaskoczyło go, że zainteresowała się ukrytym skarbem.
Jego natomiast nie interesowały ani skarby, ani wariaci ze wsi. Mariusa interesowały kości. I szkielety. Mógł się już pochwalić całkiem pokaźnym zbiorem kości różnych zwierząt, choć całego szkieletu jeszcze nie posiadał, zawsze zabrakło mu jakiejś małej kosteczki. Miał za to wiele zwierzęcych czaszek. Niektóre znalazł sam, niektóre przynosili mu koledzy, niektóre dostał od paru znajomych taty, myśliwych. A jedną czy dwie kupił nawet przez internet. W każdym razie kolekcja kości była jego największym skarbem. Większym niż jakiś tam kociołek ze złotem.
- Nie, nigdy - odparła Maie na pytanie mamy.
- Gdzie on dokładnie mieszkał? - odezwał się teraz Marius.
Był pewien, że skarb zaciekawi Martina, na bank. Martin był starszym o trzy lata bratem Mariusa i od zawsze chciał zostać archeologiem. Jak dotąd ćwiczył, poszukując skarbów. Marius wiedział, że marzeniem Martina było znaleźć garnek po brzegi wypełniony srebrnymi i złotymi monetami i klejnotami. Lecz na razie mógł poszczycić się jedynie paroma starymi monetami, blaszanym guzikiem, łuskami od nabojów z czasów drugiej wojny światowej i innymi wojskowymi rupieciami. Jednak mimo braku szczęścia Martin był przekonany, że pewnego dnia los się do niego uśmiechnie.
- W gospodarstwie Krzyżowisko. A jego nazywano Fredem z Krzyżowiska, choć właściwie nazywał się Alfred Sookass - wyjaśniła Maie.
Marius zapisywał wszystko w pamięci. Musi o tym powiedzieć Martinowi. Lecz teraz skupił znów swoją uwagę na upartym kawałku drewna. Może uda mu się wyczarować z niego mały totem lub coś równie fajnego?
- Na Krzyżowisku może być zakopane złoto.
Marius miał nadzieję, że ta informacja rozproszy Martina, a on będzie mógł łatwiej przejąć od niego piłkę. Był już do tyłu o siedem punktów, a to więcej, niż pozwalała na to jego własna duma oraz trzy lata różnicy wieku.
Marius miał dwanaście, a Martin piętnaście lat. Niekiedy Mariusowi wydawało się, jakby między nimi rozciągała się wieczność, a innym razem te trzy lata zdawały się w ogóle nie istnieć. Lecz nie ostatnio. Martin już w pierwszych dniach po przeprowadzce znalazł sobie kumpli i przez to spędzał z młodszym bratem o wiele mniej czasu niż zwykle. Marius za to nie znalazł jeszcze wśród kolegów ze szkoły kogoś, z kim od razu dobrze by się dogadywał. Rozmawiał oczywiście od czasu do czasu z paroma chłopakami, ale nie czuł, by pasował do ich paczki.
Martin, ku zaskoczeniu Mariusa, po prostu wypuścił piłkę na ziemię.
- Skąd wiesz? - zapytał nieco podejrzliwie.
- Jedna pani, która dziś u nas była, mówiła.
- Co dokładnie? - Martin wziął znów piłkę w ręce i patrzył oczekująco na brata.
Marius wzruszył ramionami. Zawiedziony zdał sobie sprawę, że tym trikiem nie uda mu się przejąć piłki.
- Nic takiego. Że mieszkał tam kiedyś jakiś skąpiec, który zbierał przeróżne starocie.
- A złoto? Skąd by się u niego wzięło złoto?
Marius wydął usta.
- Tak gadają. - Wciąż się jeszcze nie odegrał.
- To trzeba będzie się wybrać i to sprawdzić - stwierdził Martin, obrócił parę razy piłką w dłoni, rzucił i zdobył kolejne trzy punkty. - A gdzie w ogóle jest to Krzyżowisko?
Marius wciąż był naburmuszony.
- Nie mam pojęcia. - Przegrywał już dziesięcioma punktami. Był stracony.
- To po co w ogóle o tym mówisz, jak nie wiesz? - zapytał Martin z wyrzutem.
- Sam się dowiedz, jak chcesz!
Marius spróbował prześlizgnąć się z piłką pod ramieniem Martina, ale było to piekielnie trudne; długaśne ręce brata były po prostu wszędzie.
- Mnie złoto nie interesuje - rzucił Marius przez zaciśnięte zęby. - I tak pewnie nic tam nie ma. - Cisnął w ciemno piłką w kierunku kosza, ale ta nie dotknęła nawet obręczy.
- A jeśli jest? - nie odpuszczał Martin.
Marius znów wzruszył ramionami. Nie wyobrażał sobie, na co w ogóle może przydać się jakiś tam skarb. I jaki sens go w ogóle szukać.
- Dobra, dobra - powiedział Martin. A potem wykonał prosty trik, na który Marius dał się nabrać, i znów piłka wpadła do kosza. - Jak dobiję do piętnastu punktów, będziesz nosił za mną szpadel.
- Zapomnij - odparł Marius. - Poradzę sobie. Nie zamierzam zajmować się czymś tak żałosnym.
- A może znajdziesz jakiś szkielet? - zakpił Martin.
Może rzeczywiście znajdę, przeszło Mariusowi przez głowę, ale porzucił zaraz tę myśl. Martin będzie musiał iść bez niego, a on już wymyśli sobie coś ciekawego do roboty w rozpoczynające się wkrótce wakacje.