Marionetka - Jakub Jarno
49.99 zł
41.49 zł
(49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Jest za młody, by umrzeć staro, i za stary, by umrzeć młodo. Byłby pech, gdyby teraz umarł, ale i szczęście, bo nie musiałby dalej szukać życia.
Od małego wolał towarzystwo dojrzałych, wśród rówieśników siebie nie odnajdywał. Chciał mieć już więcej lat, żeby nie musieć udawać, że je ma. A teraz uzbierał ich dwadzieścia, z mozołem, z rozczarowaniem, że on tak szybko, a one tak wolno.
Gdyby szybciej szły, lepiej by się wtopił w ten żoliborski świat. Wszyscy tu są starzy, wszyscy patrzą na niego jak na obcy element, drzazgę wystającą z wypolerowanej deski. W Sadach każdy zna każdego, ludzie stojący w kolejce do kasy i wydawki rozmawiają o wszystkim, mimo że już dawno nie mają o czym. Wiedzą, co u dzieci, co w zakładach, co w innych barach mlecznych.
Sady spośród nich najlepsze, wszyscy zgodni. Nie tylko dlatego, że nasze, osiedlowe. Gdyby inni wiedzieli, jakie placki ziemniaczane tutaj dają, też by przychodzili. Ale nie przychodzą. Bo Sady są nie tylko najlepsze, ale też nasze, osiedlowe.
Zjawił się pewnego dnia taki młody znikąd, bez zapowiedzi, bez usprawiedliwienia. Zbyszek Wokulski, przedstawił się innym, mówił do innych, ale patrzył gdzieś obok, jakby z kimś innym wolał rozmawiać. Potem zaczął wydawać posiłki.
Najmłodszy ze wszystkich, budził niepokój, każdy chciał tę drzazgę choćby trącić, żeby przekonać się, dlaczego tak sterczy i nie daje innym spokoju.
Ale szybko Zbyszek Wokulski staje się jednym z nich, jednym z nas. Wydaje posiłki sprawnie, nie poci się tak jak stara Stefania, której czasem zdarza się zrzucić kilka kropel z czoła na pierogi, jakby je dosolić chciała.
Kolejki idą szybciej, wraz z nimi sympatia mieszkańców. Zbyszek wie już, kto ma problemy ze zgagą, kto lubi placki mocniej przysmażone, kto woli kompot bardziej gęsty, kto mniej. Wydaje pierogi ruskie, kopytka, kluski leniwe, kaszę zawsze okrasi największą ilością sosu, kefir leje z prędkością sprinterską, kawałki schabowego i mielonego z kapustą wybiera najlepsze. Nie myśli o tym, że ktoś musi dostać najgorsze.
Lubią go mieszkańcy, lubi w końcu też personel. Robią to, co robili inni przed nimi, przestają widzieć wiek, a przynajmniej w to Zbyszek chciałby wierzyć.
Codziennie wydaje omlety, naleśniki i inne specjały, ale najczęściej ruskie. Na nie czeka najwięcej osób. Czasem zdaje mu się, że nawet nie na nie, ale na ten jego głos, który rozbrzmiewa w Sadach.
- Ruskie odbieramy!
Znikają wtedy frasunki na twarzach, wywołana osoba na chwilę gubi gdzieś zmartwienia, z którymi przyszła. Bierze talerz, jakby brała coś nienależnego, co miało nigdy nie przyjść, a jakimś cudem jednak przyszło.
Wokulski stara się wydawać jeszcze szybciej, nie robi przerw, nie pija kawy, nie plotkuje. Pozwala sobie dopiero po pracy, zanim wróci do siebie, gdzie nie czuje się jak u siebie. Nigdzie się tak nie czuje. Jeśli już gdzieś, to tu, w Sadach.
Pracuje kilka miesięcy, krótko dla tych, którzy tu od lat, dla niego długo. Patrzą mu w oczy inaczej, wiedzą, że on sam inaczej ten swój czas widzi. On na wszystkich jednakowo. Przynajmniej przez pewien czas. Potem zaczyna patrzeć inaczej na nią.
Na początku zjawia się raz w tygodniu, jakby przypadkiem, jakby przechodziła, może spacerowała i nagle zgłodniała. Zbyszek zwraca na nią uwagę, ale reszta nie, bo wszyscy wiedzą, że zaraz zniknie. Czasem ktoś przez chwilę mignie, ale widać po nim, że nie stąd.
Po niej też widać. Zbyt proste ma plecy, zbyt wysoko uniesioną głowę, zbyt nieruchomy wzrok. Nigdzie nie ucieka, jakby nie miała przed czym. Pozostali zawsze przed czymś. Zawsze dokądś. Zawsze odetchną dopiero, kiedy tam wreszcie będą.
Nie ona. Ona jest tutaj i dalej nigdzie nie musi iść.
Nic nie mówi, nic poza tym, co musi. Placki poproszę. Ze śmietaną. Zawsze przerwa między jednym a drugim, jakby chciała czymś zaskoczyć, ale w ostatniej chwili rezygnowała.
Zbyszek uśmiecha się do niej inaczej niż do innych, patrzy na nią inaczej niż na innych, nawet wydaje jej inaczej niż innym. Stara się tak samo, ale ruchy przy niej ma niezgrabne, nie tak szybkie, śmietana mu się rozlewa, placki na talerzu musi poprawiać.
- Placki odbieramy!
Podchodzi ona, zawsze na niego patrzy, nie na danie. Przynosi uśmiech, ale tylko tyle. Bez słowa zabiera. Zabiera więcej, niż jej dał.
Zjawia się regularnie, co wtorek, godzina pierwsza. Wokulski zaczyna się zastanawiać, dlaczego tak, dlaczego nie inaczej, razem z nim powoli zastanawiają się inni. Bardziej interesuje ich jednak to, co się z nim dzieje, niż powód, dla którego ona chodzi jak w zegarku.
Znów jest wtorek. Znów godzina pierwsza. Zbyszek wydaje posiłki tak, jakby strzelał z karabinu, stara się nie patrzeć na wejście, ale stara się tylko trochę.
Mija pięć minut, dziesięć. Potem kwadrans, który wcale nie jest kwadransem.
- Nie przyjdzie - mówi stara Stefania, dla niego i dla innych pani Stefa.
Patrzy na Wokulskiego tak, jakby wspólnie kogoś do grobu złożyli.
- Nie szkodzi.
- Jak nie szkodzi. Cały tydzień na nią czekasz.
Zbyszek wzrusza ramionami i wybiera kluski śląskie. Zna kształt łyżki, wie, pod jakim kątem ustawić, żeby zaoszczędzić to jedno okamgnienie, na które liczy ten, kto zaraz je dostanie.
- Kluski odbieramy!
Stefania trąca go lekko, niby przypadkiem, kiedy dokłada pierogów.
- Będziesz udawał, że nie?
- Nie będę.
- To co pleciesz bzdury.
- Nie plotę. Czasem wystarczy samo czekanie.
Wierzy w to, co mówi, bo chce wierzyć. Nie ma takiej rzeczy, do której człowiek by się nie nakłonił, kiedy zrozumie już, że on sobą steruje, a nie kto inny. Zbyszek chciałby takie rzeczy myśleć i mówić, mając sześćdziesiąt lat, siedemdziesiąt może, żeby inni się z nimi liczyli, ale na to musi poczekać, więc woli milczeć.
Nie przychodzi w ten wtorek, dopiero w następny. Wokulski widzi ją tak samo jak wcześniej, ale inaczej. Jakby jej uroda rozkwitła przez ten tydzień. Jakby otaczał ją nowy zupełnie urok.
- Dzień dobry - odzywa się do niego.
Nie wie, co odpowiedzieć, jakby mówiła w obcym języku.
- Placki poproszę - dodaje ona. - Ze śmietaną.
Zbyszek kiwa głową, prędko zabiera się do roboty, ale myślami jest daleko. Długo rozważa, jak odpowiada się na "dzień dobry", tak długo, jakby próbował odkryć ontologiczną naturę wszechświata.
Ona odbiera, zostawia mu uśmiech i chce odejść, a to jej odejście wydaje się Zbyszkowi ostateczne, nieodwracalne, wieczne.
- Nie było pani.
Trzyma talerz, ale patrzy na niego.
- Słucham?
- W ostatni wtorek o pierwszej. Nie przyszła pani.
- Wie pan, kiedy przychodzę?
- Zawsze tak samo.
Ona kiwa głową, on myśli, że palnął coś nie tak, bo gdyby nie, to by odpowiedziała. A ona tylko stoi, trzyma ten talerz, jakby trzymała drzwi, które ktoś próbuje między nimi zatrzasnąć.
- I dzień dobry - dodaje Wokulski.
- Proszę?
- Nie odpowiedziałem.
- A, no tak...
- Pani też wcześniej się nie witała.
Jest skonsternowana, ale trzeba ją znać, dobrze znać, by o tym wiedzieć. On jej nie zna. Nie może o tym wiedzieć, nie powinien wiedzieć.
- Zawsze pan tak szybko wydaje. Jakby każda sekunda miała znaczenie.
Ma. Przecież ma, myśli Zbyszek, ale tego nie mówi.
- Jedzenie szybko stygnie - usprawiedliwia się.
- Tak, na pewno. Więc nie chciałam przeszkadzać.
Patrzą na siebie, nieświadomi, że jej też stygnie. Że kolejka robi się coraz dłuższa, ludzie coraz głodniejsi. Ale nikomu to nie wadzi. Wszyscy chcą wiedzieć, dlaczego ta dwójka, dlaczego teraz, dlaczego tutaj.
On nie ma odpowiedzi, ona tak. Przypadkowo tu nie przychodzi.
Warszawa odbudowana, ale dalej czuje się zniszczona. Pusta, stara się nasycić ludźmi, połknąć ich, strawić. Kto raz się w jej trzewiach znajdzie, już w nich zostaje. Sady nie są tak łapczywe; jakby wyrwały się z przeszłości miasta, chciały zaprzeczyć, próbowały raczej objąć niż pożreć.
Zbyszek wychodzi z baru we wtorek przed pierwszą. Czeka i upaja się tym czekaniem. Zastanawia się, czy nie lepiej byłoby jedynie z niego czerpać szczęście. Może tyle by wystarczyło.
Może nie musi poznawać jej taką, jaką jest. Może wystarczy znać ją przez swoje wyobrażenia. W nich będzie miała każdą cechę, którą jej przypisze. Wszystkie zainteresowania, które chciałby, by dzielili. Będzie reagować tak, jak mu się wymarzyło. Zachowywać się tak, jak tego zapragnie.
Ułoży ich przyszłość, nada jej taki kształt, jak będzie chciał. Nie taki, do jakiego zmusi ich los. Nie taki, jakiego chciałaby ona.
Jest w innym miejscu niż on. Uzbierała jeszcze raz tyle lat, ile on mozolnie nagromadził. Może ma męża, może dzieci. Z pewnością przeszłość, która jest jak kilka jego przeszłości.
Pani Stefa mówi, że nie musiałaby nawet za młodu dopuszczać się skandalu, żeby być jego matką. Ma rację.
Zbyszek zrobi z siebie błazna, czekając tu na nią. Już go z siebie robi.
Widzi ją z oddali, zanim ona dostrzeże jego. Ma jeszcze chwilę, by się odwrócić albo udać, że wcale na nią nie czeka, że wcale nie snuje wizji o ich wspólnym razem. Pozwala losowi przyjść.
Ona w końcu go zauważa, jakby gubi przy tym pół kroku, zwalnia trochę, żeby go odzyskać. Przed chwilą się rozglądała, teraz patrzy prosto na niego, a on pozwala jej zobaczyć więcej niż innym.
Zatrzymuje się przed nim.
- Dziś wydajecie na dworze? - pyta z uśmiechem.
Liczył na "dzień dobry". Na nie miał przygotowaną odpowiedź, je oswoił. Ona musi to widzieć, bo na jej twarzy pojawia się dobrotliwość, jaka kojarzy mu się z tą u babki, kiedy ktoś wyrządził mu szkodę.
- Czy może zwolnili pana za nasze rozmowy sprzed tygodnia? - dodaje. - Komuś wystygło jedzenie?
- Za krótko rozmawialiśmy, żeby wystygło.
Patrzy na niego, jakby go badała, a on nie wie, czy nie powiedział czegoś niemądrego.
- Więc mogliśmy dłużej? - pyta ona.
- Tak.
- Będziemy wiedzieć na następny raz.
Przeraża go, z jaką łatwością udaje się jej prowadzić rozmowę, rzucać te uwagi, jakby miała je przygotowane i tylko czekała, by ich użyć. Prawie się nie zastanawia, odpowiada od razu. On musi się namyślić, tak długo, że wydaje mu się, jakby ją tym namyśleniem urażał.
- Wyszedłem, żeby poczekać - odzywa się.
Ona unosi brwi, a on rozumie, że tym razem na pewno plecie dyrdymały.
- Na panią.
Nadal odpowiada tylko tymi brwiami, nie słowami, jakby teraz też potrzebowała czasu do namysłu.
- Żebyśmy nie przeszkadzali innym - dodaje.
- Rozumiem.
- Chciałem porozmawiać.
Widzi, że na jej twarzy zachodzi zmiana. Niechętnie ją obserwuje, bo nie jest tym, co sobie wyobrażał. Znika niefrasobliwość, która przed momentem zdawała się podsuwać jej odpowiedzi. Zamiast tego zjawia się ostrożność, nieproszona.
- O czym?
- Właściwie to o pani.
- Obawiam się, że nie jestem ciekawym tematem.
- Mnie się wydaje, że pani jest.
Wygląda, jakby się chciała cofnąć, a on rozumie, że mówi zbyt wiele. Wydaje mu się jednak, że proporcja myśli do słów i tak jest duża, i tak na korzyść tych pierwszych. Trzyma je w sobie, bo nawet nie wie, jak nie trzymać.
- Sylwia - mówi ona.
- Zbyszek.
Coś w jego imieniu sprawia, że Sylwia już nie wygląda, jakby chciała się cofnąć.
- Myślałam, że placków dziś nie ma albo że śmietana się skończyła. I dlatego na mnie czekasz.
- Jakby tak było, to bym nie czekał.
Marszczy czoło.
- Uciekałbym gdzie pieprz rośnie.
- Tak?
- Zawsze taka głodna pani przychodzi.
Uśmiecha się i kręci głową, jakby kolejne głupstwo powiedział, ale z tych, co to wyrastają z największych prawd.
- Sylwia. Mówiłam.
- To nie tak łatwo.
- Dlaczego?
- Bo jest pani starsza.
- Niewiele.
- Chyba wiele.
- To zamiast jedzenia wydajesz dziś krzywdzące osądy?
Zbyszek Wokulski uśmiecha się bezradnie. Zbyszek Wokulski czuje, że weszli na inne rejestry. Zbyszek Wokulski wie, że teraz już nic nie będzie takie samo. Gdy dwoje ludzi znajduje wspólny język do żartów, to znajduje go do wszystkiego innego.
- Mam na myśli swój młody wiek - mówi.
- A ile ty masz lat?
- Chyba tyle, na ile wyglądam.
- Nikt nie ma tyle, na ile wygląda.
Mówi jej, a ona przyjmuje to tak, jakby dał jej kompot do placków. Dokładnie ten sam, dokładnie tym samym ruchem, dokładnie w tej szklance co zawsze.
- Więc? - pyta on.
- Więc co?
- Jaka jest między nami różnica?
- Taka, że bez obaw możesz mówić mi po imieniu - ocenia Sylwia. - A jeśli zdaje ci się inaczej, to będziesz się srogo tłumaczył.
- Nie zdaje mi się inaczej.
- To świetnie.
Odnosi wrażenie, jakby na nowo uczył się oddychać, i musi poświęcić temu tyle uwagi, że nie potrafi wymyślić niczego, co powinien odpowiedzieć.
- Spróbuj.
- Co?
- Mojego imienia.
Waży je w głowie, od kiedy je usłyszał, i wie, że w końcu zważy je między wargami. Chce je wypowiedzieć, przymierzyć do siebie, do świata, ale boi się, że je przekręci, zgłoski się zbiją, powie niewyraźnie. Zapomniał o sztuce oddychania, co dopiero o sztuce mówienia.
- No, już.
- Ale żartujesz sobie.
- Nie.
- Mam tak po prostu?
- To tylko imię.
Rozgląda się, jakby mógł skompromitować się nie przed nią, ale przed całym zastępem gapiów, którzy ustawili się w rzędzie i teraz wskazują go sobie, oceniając, zakładając się, kibicując lub nie.
- Sylwia.
Wydaje mu się, jakby powiedział to w innym języku.
- Łęcka - dodaje ona.
Patrzy na niego, tak jak nauczyciel patrzy na ucznia, któremu zadał proste zadanie rachunkowe do rozwiązania. Skąd ten wzrok, Zbyszek nie wie. Jest w nim jednak coś, co chciałby zgłębić.
- A ty jesteś Zbyszek Wokulski - dodaje ona.
Nie podał nazwiska, a przynajmniej nie pamiętał, by to robił. Może go skądś kojarzyła? Może w sklepie trafiła na panią Stefę albo kogoś innego i spytała? Może ktoś sam powiedział, że ten młody Wokulski przy pani to się taki niegramotny robi?
- Jak zapytasz, będziesz wiedział - mówi Sylwia.
- Co?
- Skąd znam twoje nazwisko.
Nie pyta, bo nie lubi iść przed siebie, kiedy nie widzi drogi.
- Nie przychodzę do Sadów bez powodu - dodaje ona.
- Wiem. Mamy dobre placki ziemniaczane.
- O tym przekonałam się przy okazji.
- Powinnaś spróbować ruskich.
- Może kiedyś.
- Trudno o lepsze na Żoliborzu. Może w Warszawie.
- Sprawdzę - zapewnia. - Ale pierw chciałabym sprawdzić coś innego.
Zbyszek czeka, chce dalej grać na czas, zrozumieć, skąd się wzięli w tej rozmowie. Widzi jednak, że Sylwia nie wprowadziła ich w nią po to, by zwalniać.
Ona wyciąga paczkę papierosów Caro, które pasują do niej tak, że gdyby paliła inne, byłoby to wbrew jakimś zasadom. Wokulski żałuje, że nie ma zapałek, bo podałby ognia, osłonił płomyk ręką.
- Chcesz jednego?
Nie pali, ale z nią mógłby. Kręci głową i dziękuje, ona się zaciąga, mruży oczy, sięga po coś w sobie, co ma dla niego przygotowane. W końcu mu to daje.
- Ile wiesz o swoim prapradziadku Stanisławie? - pyta.
- Niewiele. Nic.
- Pisał listy.
Zbyszkowi wydaje się, że każdy kiedyś pisał.
- Do mojej prababki - mówi Sylwia. - Izabeli.
Ich pierwsze wspólne razem trwa nie bez powodu, teraz Zbyszek to rozumie. Przyszła do Sadów, bo wiedziała, że go tu znajdzie. Przyszła, bo ich przodków coś łączyło.
- Zapal może.
- Wracam jeszcze do wydawki.
- I co to szkodzi?
- Będą palce śmierdzieć.
- Nikomu to nie przeszkadza.
Jemu przeszkadzało, ale mówienie o tym, kiedy ona znów się zaciąga, wydało mu się niewłaściwe. Chce zapytać, co z tymi listami, co z tymi przodkami, a przede wszystkim co z nią. Dlaczego przyszła, przychodziła.
Dobrze słyszy te jego pytania, ale nic z nimi nie robi, jakby papieros był ważniejszy.
- Znalazłam je dwa, trzy miesiące temu - odzywa się. - Prababka dostała ich mnóstwo, żadnego nie wyrzuciła.
Chce zapytać, co w nich było, jak długo przychodziły, co to wszystko oznacza. Wydaje mu się jednak, że jeśli nimi się zajmie, porzuci temat ważniejszy.
- Mnóstwo ich wymienili. Nie wiem, co Izabela odpisywała, ale można to i owo wywnioskować.
Zbyszek wraca, wyrywa się z miejsca, gdzie go wpędziła wieść o listach.
- Więc o to chodzi? - pyta. - Liczyłaś, że je mam? Odpowiedzi od twojej prababki?
- Liczyłam. Jak nie ty, to ktoś u ciebie w rodzinie. Skoro Izabela nie wyrzuciła, może Stanisław też zachowywał i przekazał dalej.
- Może. Ale chyba nie.
- Naprawdę mi na tym zależy.
- Rozumiem.
- Zapytasz?
- Nie ma kogo.
- Nie masz rodziny? Rodzice nie żyją?
Żyją i mają się dobrze, za dobrze.
- Dla nich takie rzeczy są bez znaczenia - mówi Wokulski.
Ma nadzieję, że na tym poprzestaną, więcej przecież jej niepotrzebne. Jemu też. Mowa o ludziach, o których nie chce pamiętać i którzy nie chcą pamiętać o nim. Są dla siebie jak oderwane kończyny na polu bitwy, cały czas w zasięgu wzroku, więc tylko odwrócić go pozostało.
Sylwia o nic nie pyta. Zamiast tego pali.
Mogłaby Klubowe, Popularne raczej nie, bo te tylko robociarze. Mogłaby Płaskie, mogłaby Damskie, mogłaby Ekstra Mocne. Ale ona te Caro. Jakby dla niej były produkowane.
- Wyjątkowa miłość z tych listów bije - odzywa się.
- Aha.
- Stanisław kochał Izabelę jak szaleniec. Czasem pisał, jakby była dla niego nie osobą, tylko ołtarzem.
Obcy ludzie, obce uczucia. Zbyszek wzrusza ramionami, bo tylko taka reakcja wydaje mu się właściwa.
- Musiał zachowywać każdy jej list. A jego dzieci na pewno znały tę historię.
- Może znały.
- Twój pradziadek nigdy nie wspominał o Izabeli Łęckiej?
- Nie wiem.
- A twój dziadek? Dziadka opowieści musisz pamiętać.
- Nic nie mówił.
Mało z nim Zbyszek rozmawiał, bo zawsze mu się wydawało, że w kółko to samo słyszy i że tylko z obowiązku musi to robić. Historie dawno przeterminowane, światy dawno minione, emocje obumierające. Nie było powodu, by się nimi interesować. Nie wtedy. Teraz posłuchałby więcej i nie z rodzinnej konieczności, ale nie było już komu mówić.
- Żyje?
- Nie.
- A twój ojciec? Może coś wie?
- Nie interesuje go przeszłość.
- Mógłbyś zapytać.
W Wokulskim pojawia się irytacja, szybko narasta, szuka ujścia. Kolejna osoba staje przed nim, chwyta jego głowę, stara się nakierować jego oczy na te oderwane kończyny, które leżą rozrzucone wokół jego życia.
- Co ma wiedzieć o swoim pradziadku? - mówi. - Był mu obcy tak samo jak tobie prababka.
Sylwia wyczuwa zmianę w tonie, zmianę w nim. Ale nie wygląda na osobę, która często się wycofuje, i teraz też się na to nie zanosi.
- Zresztą co cię tak interesuje ten Stanisław? - rzuca Zbyszek. - Do czego ci on potrzebny?
- On do niczego. Ty może do czegoś.
- Proszę?
Łęcka zaciąga się ostatni raz, potem upuszcza niedopałek, tak jakby wypadł jej spomiędzy palców. Ląduje na brudnej płycie chodnikowej, zaraz przygnieciony butem. Sylwia podnosi wzrok.
- Z takiej miłości się umiera - mówi. - Ale też się z niej żyje.
Zbyszek milczy.
- Ma moc kreacji, potęgę tworzenia. Rozumiesz?
- Nie.
- Coś takiego nie kończy się na listach. I od nich się nie zaczyna.
Akcentuje ostatnie słowa z emfazą, chce mu pokazać, że to z nich powinien wszystko wyczytać. Są jednak dla niego nieprzejrzyste, zbyt okrągłe, prześlizguje się po nich i nie ma się czego chwycić. Chce dopytać, ale nie chce. Boi się, że obnaży swoją niedojrzałość, bo gdyby uzbierał choć o kilka lat więcej, może rozumiałby, wiedziałby, do czego dąży Sylwia.
- O mojej prababce dużo się w rodzinie nie mówiło - podejmuje ona.
Widzi, że nie pojął. Widzi, że jest między nimi uskok. Zbyszka zdejmuje strach, postanawia robić wszystko, by czytać spomiędzy wierszy lepiej niż z nich samych.
- Szło za nią odium skandalu.
- Jakiego?
Sylwia wzdycha. Potem jeszcze jeden papieros, powinna ograniczyć, ale może to osoba, która nie chce być ograniczana przez nikogo, nawet przez siebie.
Podpala. Zapałka gaśnie z sykiem, roztaczając smugę ulotnego dymu.
- Miała licznych adoratorów, mawiało się u nas, że od niej cała nasza uroda idzie i z każdym pokoleniem coraz mniej jej starcza na kolejne.
Chce powiedzieć, że na nią starczyło w nadmiarze, ale nie mówi nic, bo nie potrafi takich myśli wypowiadać.
- Nie żeby się ktokolwiek tym przejmował. U nas w tym peletonie życia tylko męskie geny się przekazywało, sami chłopcy się rodzili. Na mnie dopiero się załamało.
Może dlatego czuje jakiś związek z prababką, może dlatego taki pęd do badania jej historii nią kieruje. O to też Zbyszek mógłby zapytać. Chciałby zapytać. Wejść w tę rozmowę, pomóc Sylwii pociągnąć ją dalej.
- Mimo tych wszystkich absztyfikantów Izabela zrobiła coś, czego nikt się po niej nie spodziewał. Wstąpiła do zakonu.
Patrzy tylko, jak dym ulatnia się spomiędzy jej warg. Jakby mógł wyczytać z niego coś, dzięki czemu będzie wiedział, jakiej odpowiedzi oczekuje. Ale nie zna jej, nie zna drugiego człowieka. Większość życia spędził na poznawaniu siebie, nie innych. Zupełnie jakby klucz do nich tkwił w nim samym. Teraz rozumie, że nie.
- Nikt w to uwierzyć nie chciał, myśleli, że po prostu za granicę wyjechała. Mówili, że to ostatnia osoba, która mogłaby wstąpić do klasztoru.
- To dlaczego wstąpiła?
- Nie wiem. Stanisław w listach o tym nie pisze, można się tylko domyślać.
- I domyślasz się?
On wie, że tak, a ona zaciąga się tak głęboko, jakby jakąś mądrość z tych Caro czerpała. Przypomina mu przez chwilę szamankę w opowieściach z odległych krain czytanych przez matkę, kiedy czasem była jego matką.
- Domyślam - mówi Sylwia. - Nie miała dokąd pójść.
- A musiała dokądś?
- Musiała.
- Uciekała od kogoś? Od czegoś?
- Od skandalu. Była w ciąży, niezamężna, nawet niezaręczona. Może w siostrach zakonnych upatrywała jedynego ratunku.
Zbyszek potrafi sobie wyobrazić, jak roztaczają nad nią opiekę, zapewniają, że zajmą się dzieckiem. Bóg nie odwraca się od nikogo, kto gotów jest do niego przyjść, nie zamyka przed nikim drzwi. Sam je otwiera, nie trzeba wiele. Wystarczy, żeby człowiek nie chciał więcej grzeszyć. Zbyszkowi zawsze wydawało się to zbyt małą ceną, by towar mógł być wartościowy.
- Przyjęły ją, urodziła chłopca w klasztorze.
- Twojego dziadka.
Sylwia kiwa głową.
- Wychowywały go, aż osiągnął dorosłość. Nosił nazwisko matki, bo Izabela nigdy nie wyjawiła, kto jest jego ojcem.
Teraz Zbyszek rozumie. Rozumie to, czego rozumieć wcale nie chce.
- Myślisz, że to Stanisław - odzywa się.
Nie musi potwierdzać. Nie musi mówić, że szukała go, bo liczyła na to, że szuka rodziny.
Stoją obok siebie, ale coraz dalej. Ich milczenie przybiera donośniejszy głos, tak tubalny i jazgotliwy, że Zbyszek nie potrafi dłużej go słuchać.
- To pewne? - pyta.
- Tylko prawdopodobne.
- Dlaczego?
Sylwia patrzy na niego, tak jak patrzy się na małego psa, który pobiegł w złym kierunku za rzuconym patykiem.
- Gdyby to był ktoś, kogo miała w życiu, nie zataiłaby tożsamości. A Stanisław pewno dorobił się żony, rodziny, przyszłości. Takiej, którą trzeba było ocalić.
Zbyszek nie chce wsłuchiwać się w ciszę, ale ona uporczywie wsłuchuje się w niego. Stara się wyciągnąć z niego odpowiedzi, równie bezsensowne jak pytania, które zadał Sylwii. Obraca się i patrzy na szyld mleczaka. Wolałby tam wrócić, zająć się prostym wydawaniem posiłków, gdzie wszystko zależy od kilku sprawnych ruchów.
- Nic nie powiesz? - pyta ona.
- Nie wiem co.
- Możliwe, że jesteśmy rodziną.
- Odległą.
- Nie aż tak.
Wokulski próbuje znaleźć określenie, które mogłoby do nich pasować. Zbiera kawałki tego, co usłyszał, próbuje ułożyć je w dającą się zrozumieć całość.
- Więc mój pradziadek byłby bratem twojej babki - mówi w końcu.
- Przyrodnim.
- Kogo to z nas czyni?
Sylwia wzrusza ramionami, jakby nie było w tym nic istotnego. Może to on powinien znać odpowiedź. Zbyszek Wokulski, którym chciałby być, za którego się ma, może by znał. Teraz jest jednak odległy, fikcyjny, nie wytrzymuje kontaktu z rzeczywistością. Wróci dopiero w domu, długo po zakończeniu tej rozmowy. Wtedy będzie wiedział, co należało, a czego nie.
- A po co ci to potrzebne? - pyta ona.
- Chciałbym wiedzieć. Jakoś nas nazwać.
- Nazwij nas dwojgiem ludzi. Stojących przed barem mlecznym Sady.
- Tylko tyle?
- To więcej, niż mnóstwo innych mogłoby o sobie powiedzieć.
Im dłużej jej słucha, tym mniej ufa sobie i swoim osądom. Sylwia odbiera mu pojęcie o ludziach, o świecie, o nim samym. Wygania z niego całe doświadczenie, które pozwalało poruszać się wśród innych.
- Wielu nawet nie wie, że się mija - dodaje ona.
- Z pewnością.
- My przynajmniej tyle będziemy wiedzieć.
Zbyszek patrzy na dopalanego papierosa i wydaje mu się on klepsydrą. Wie, że powinien lepiej sprawdzać się w tej rozmowie, ale nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek prowadził podobną.
Może gdyby więcej z ludźmi rozmawiał. Więcej mówił, niż słuchał. Tymczasem zazwyczaj tylko krótkimi pytaniami operuje, najbardziej oczywistymi, które inni sami by sobie zadali, gdyby jego w rozmowie zabrakło. Lubili z nim rozmawiać, w Sadach i w innych miejscach, gdzie spędzał czas, bo mało o sobie, a sporo o innych chciał wiedzieć.
- My się nie minęliśmy - mówi.
- Jeszcze nie.
- Nie ma takiego ryzyka. Przychodzisz do baru, a tam ja.
Sylwia uśmiecha się lekko, ale jej oczy pozostają obojętne, jakby na coś czekały. On znów nie wie, co może zaoferować, wszystko wydaje mu się towarami używanymi, które już gdzieś komuś wręczył, więc nie nadają się, żeby ponownie wręczać jej.
- Czyli mój ojciec był twoim kuzynem - oznajmia.
Tak. Tego nikomu nigdy jeszcze nie mówił.
- Słucham?
- Tak mi wychodzi.
Wygląda, jakby coś w niej chciało się roześmiać, a coś rozpłakać.
- Sama nie wiem. Naprawdę musisz to zdefiniować?
- Jeśli chcę mieć na czym stanąć, to tak.
- Nie możesz na wspólnym gruncie? Rodzina to już sporo. Kraj sporo. Naród jeszcze więcej. Im więcej całości się rozbija, im więcej się małych części nazywa, tym bardziej się dzieli.
Kończy palić, gasi papierosa pod butem, a Zbyszek obserwuje to tak, jakby obserwował nieznany rytuał.
- To dlatego przychodzisz? - pyta. - Bo szukałaś dalekiej rodziny?
- Przychodzę, bo macie dobre placki. Ze śmietaną.
- Tak, to prawda.
- Poza tym pracuję niedaleko.
- Gdzie?
- W księgarni przy Słowackiego.
- Wiem gdzie. Wcale nie tak niedaleko.
Znów patrzy na niego, jakby się o coś potknął i nie do końca odzyskał równowagę. Jakby miała inny scenariusz tej rozmowy, inaczej sobie wyobrażała jego odpowiedzi.
- Byłem tam jakiś czas temu - dodaje Zbyszek.
- Wiem. Wziąłeś dwa tytuły. Czarny koń zabija nocą Roya i Zbrodnia na eksport Bożkowskiego.
- Tak pamiętasz?
- Nie ma nic do pamiętania. Wszystko głośne książki.
Chciał odpowiedzieć, że on jest do pamiętania albo zapominania. Ale może tylu klientów brało te kryminały, że mogła strzelać na ślepo i trafić. Poza tym przyszedł, gdy ruch był spory, pewnie większość zjawiła się właśnie po tym, jak rozeszło się, że rzucili Roya i Bożkowskiego. Pierwsi na miejscu byli jak zawsze emeryci, to oni przy każdej ladzie pojawiali się najprędzej. Może w trakcie ich najazdu zapamiętała tego jednego młodego, któremu udało się wyrwać z zakładu pracy.
- Nie dziwię się, że mnie przegapiłeś - mówi ona.
- To chyba niemożliwe by było.
- A jednak.
Po raz pierwszy w życiu Wokulski żałuje, że nie pali. Mógłby czymś zająć ręce, pauza na zaciągnięcie się nie wypadłaby tak fatalnie jak pauza bez zaciągania. Czuje, że przed takim spotkaniem każdy człowiek powinien przejść trening. Ktoś powinien zorganizować wykłady, przedstawić teorię, potem przeprowadzić ćwiczenia.
- Skupiony byłeś całkowicie na tych książkach, nawet oczu nie podniosłeś.
- Tak?
- Jakbyś trzymał w rękach cały świat.
Czuł się, jakby trzymał dwa. Sam nie dowierzał, że je miał i że tak niewiele musiał zrobić, by je zdobyć. Owszem, trzeba było się naczekać, trzeba było podpytywać panią Stefę, zorientowaną we wszystkim na Żoliborzu, czy już rzucili nowe książki, trzeba było potem lecieć na złamanie karku. Ale to wciąż mało. Mało jak na to, co otrzymywał.
Zbyszek nadal jest pewien, że ktoś się kiedyś zorientuje, jak ludzkości udało się oszukać rzeczywistość. Jak z papieru i tuszu składa sobie wehikuły do innych światów. Jak w swej arogancji sądzi, że ujdzie jej to na sucho.
- Potem byłeś jeszcze po nowy kryminał Jerzego Edigeya. Zawsze przychodzisz po nowego Edigeya.
- Sporo czytam.
- Nigdy bym nie powiedziała.
- Nie?
- Tak świetnie radzisz sobie w rozmowach z kobietami, jakbyś cały wolny czas na tym spędzał.
- No tak.
Tylko tyle odpowiada, choć i to wydaje się zbyt długie i opisowe. Może powinien przestać mówić i zacząć pytać. Wymazać się z tego obrazka, robić to, co zawsze. To, co się sprawdzało.
- Wtedy już wiedziałaś, że coś nas łączy?
Sylwia gwiżdże pod nosem. Nie syczy, nie wypuszcza powietrza, gwiżdże jak stary facet, co to zobaczył na ulicy małolatę i ma taką pustkę w głowie, że umie zrobić tylko tyle. Zbyszek nawet nie wiedziałby, jak do tego ułożyć usta. Od lat mu głupio, że tyle potrafi, a tego nie, jakby kiedyś miał stanąć przed komisją, która go z tego gwizdania będzie egzaminowała.
- Nie tak prędko - mówi Łęcka.
- Miałem na myśli więzy rodzinne.
Patrzy na niego pobłażliwie, a on myśli, że powinien się uśmiechać na jej uwagi, dać jej do zrozumienia, że rozumie żarty, ironię, sarkazm. Że są na jednym poziomie.
Ale nie są. Ona jest jego przepustką do dorosłości, skrótem do upragnionej starości. Nie chce być młody, nigdy nie chciał. Młodość to coś, co dano mu wbrew niemu, a on musiał to przyjąć.
Od kiedy pamięta, chciał się tego pozbyć. Tego i wszystkiego, co się z tym wiązało. Chciał nie przejmować się swoim wyglądem, bo w pewnym wieku już nie ma sensu, i tak człowiek jawi się jak uschnięte drzewo. Chciał nie mieć już rodziców, by czuć, że wszystko od niego zależy i że jest panem swego losu. Chciał przestać unikać słów, które nie pasowały do wieku. Nie musieć mówić jak inni, interesować się tym, co inni, zachowywać jak inni.
Teraz ona uchyla mu do tego drzwi, a on nie wie, jak przez nie przejść.
- Wiedziałaś? - pyta. - Już wtedy, kiedy przyszedłem?
- Nie.
Stara się nie mrużyć oczu, żeby nie pomyślała, że jest podejrzliwy, że nie ufa. Ale mrużą się same.
Sylwia uśmiecha się, jakby jego wątpliwości ją ucieszyły.
- Przy Edigeyu nie zabrałeś reszty - mówi. - Byłeś taki zaaferowany.
Ma nadzieję, że się nie czerwieni, ale właśnie ta myśl zazwyczaj sprawia, że tak się dzieje. Ona albo udaje, że tego nie widzi, albo jest o krok za daleko we wspomnieniu ich pierwszego spotkania.
- Zorientowałam się chwilę po fakcie, jak już wychodziłeś. Nie chciałam krzyczeć.
- Trzeba było.
- Zapytałam kolejnej osoby w kolejce, coś za jeden. To była jakaś dziewczyna, chyba w twoim wieku. Powiedziała, żeby się nie przejmować, bo Zbychu Wokulski to tylko czyta i czyta. Pewnie przyjdzie niebawem. Ale nie przyszedłeś.
- Za to ty tak. A reszty jak nie było, tak nie ma.
Łęcka się uśmiecha, ale znów wszystkim, tylko nie oczami. Smutne to oczy. Dwa dowody na to, że w życiu przeszła więcej, niżby chciała. Że ciąży jej coś, czego dźwigać nie chce.
- Początkowo uwierzyć nie mogłam w taki przypadek - podejmuje. - Tu mam listy, a tu ciebie.
- Wydaje się to niemożliwe.
- A jednak się zdarzyło.
- Na pewno przypadkiem?
- Mnóstwo ich na świecie.
Przez chwilę Sylwia milczy, w tym milczeniu zrywa skądś słowa, po które tylko ona może sięgnąć, a on przygląda się, podziwia, jak to robi.
- Weź takie zaćmienie Słońca - mówi. - Jaka była szansa, że się znajdziemy w odpowiedniej odległości, żeby się Księżyc z nim idealnie pokrył? Tak mała, że żadna. A jednak co jakiś czas możesz oglądać to nad głową. I nawet się nie dziwisz.
- Może i nie.
- A to, że akurat takie, a nie inne, procesy zaszły, żeby życie się pojawiło? Żeby się przekuło w organizmy takie, jak znamy? W nas? A potem żebyśmy akurat my, ty i ja, stali tutaj, w jednym miejscu? Jaka była szansa?
- Nikła.
- Albo duża, jeśli nie wierzysz w przypadki.
- W co innego miałbym?
Nie daje mu odpowiedzi, zamyka je gdzieś i postanawia zachować tylko dla siebie, a on czuje, że wszystko, co przychodzi mu na myśl, jest żałosne, niegodne wypowiadania, kompromitujące. Na milczenie go jednak nie stać.
- Los? - pyta. - Przeznaczenie?
- Duże słowa.
- A jakie są mniejsze?
- Zamiar.
- Czyj?
Patrzy na niego tak, jakby nagle zmęczyły ją jego pytania. Jakby to ona miała stawiać mu zadania, a on je rozwiązywać.
- W Boga wierzysz? - pyta.
- Raczej w człowieka.
Sylwia znów gwiżdże, a on znów ma wrażenie, że robi to, by uświadomić mu, jak dalece jest do niej niedopasowany.
- Bez człowieka nie ma Boga - dodaje Zbyszek. - To z jego wiary powstaje.
- Czyli nie wierzysz.
- Nie. Dzięki Bogu, jestem ateistą.
Ona prycha cicho.
- Robię mu tym przysługę - dodaje on.
- Doprawdy?
- Świat jest tragicznym miejscem. Lepiej uznać, że nikt go nie stworzył.
- Cóż.
Tak wiele mieści w tym "cóż", że Zbyszek nie ma pojęcia, co powinien z niego wyciągnąć.
- Zostaje ci zatem wiara w przypadek.
- Albo w harmonię.
- Za którą nikt ani nic nie stoi?
- Nie musi. Wystarczy, że równoważy chaos.
Nie wie, dlaczego dobrnęli do tego miejsca. Wie tylko, że chciałby to ich spotkanie w księgarni przy Słowackiego jakoś nazwać. Urealnić je, nadać mu więcej sensu, niż potrafił go zaoferować racjonalny umysł.
Może to odnajdują w sobie ci, co wierzą. Może to uporczywe drapanie w duszy popycha ich do poszukiwań.
- Mnie wydaje się to zbyt znaczące - odzywa się Sylwia. - Trafiam na te listy, a potem na ciebie.
- Właściwie to ja na ciebie.
- Nie zauważyłeś nawet, że istnieję.
- Drobne niedopatrzenie.
Łęcka zbywa to machnięciem ręki, jakby rzeczywiście tak było. Zarzuca głową na bok, a jej włosy posłusznie układają się we wcześniej zaplanowany sposób, jakby trenowała to latami.
Naraz jednak zastyga w bezruchu. Nie odwraca się do Wokulskiego, patrzy gdzieś w bok. Kiedy i on kieruje tam spojrzenie, dostrzega mężczyznę. Stoi kilkadziesiąt metrów dalej, przy jednym z drzew. Nie robi nic poza przyglądaniem się interakcji dwojga przypadkowych ludzi w przypadkowym miejscu i przypadkowym czasie.
Sylwia sztywnieje, całe przejęcie z jej oczu rozlewa się na resztę twarzy.
- No, ale chodźmy - mówi. - Ty musisz ludzi nakarmić, ja muszę zjeść.
- Chodźmy.
Otwiera jej drzwi, potem chwilę zwleka. Patrzy jeszcze na mężczyznę pod drzewem, a on patrzy na niego. Dzieje się między nimi coś, co nie powinno, choć Zbyszek nie potrafi określić natury tego kontaktu.
Wchodzi do Sadów za Sylwią, czuje na sobie wzrok pani Stefy i kilku innych osób z personelu. Także stałych bywalców. Wzrok inny, znajdujący się na antypodach spojrzenia tamtego mężczyzny.
Teraz rozumie, że widział w nim srogość, jaką rzadko się obserwowało w kontakcie z drugim człowiekiem.
Sylwia zwraca się do niego, a on czuje, jakby zwróciło się ku niemu wszystko.
- Gdzie mieszkasz? - pyta.
- Niedaleko. Na Sadach.
Powinna zapytać, jakim cudem stać go na mieszkanie tutaj. To nie dzielnica dla gołowąsów, którzy dopiero co skończyli dwudziesty rok życia. Rotacja jest mała, tutejsze M nawet mniej dostępne niż w innych częściach Warszawy. Od lat mieszka tu dużo artystów, kilku polityków i ważnych urzędników, wielu tych, których trzeba nazywać inteligencją techniczną.
Ale ona nie pyta. Przyjmuje to, tak jakby przyjmowała kolejną wydawaną przez niego porcję tego, co zawsze.
- Podaj adres.
Podaje.
- Bądź jutro wieczorem w domu - dodaje. - Przyjdę. I przyniosę listy.
O nic nie pyta, niczego nie potrzebuje ustalać. Staje w kolejce, a Zbyszek wraca za kontuar, wkłada fartuch, zaczyna robić to, przy czym powinien czuć się dobrze, naturalnie. Ma jednak wrażenie, że jedzenie pachnie inaczej, jego ruchy są inne, ludzie jakby nowi. Wydaje mu się, że wszystko się zmieniło i że zmieni się jeszcze bardziej.