Mario i czarodziej / Pan i pies - Thomas Mann

Kup ebooka

44.99 zł
38.69 zł (32,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MARIOI CZARODZIEJ

Tragiczne wydarzenie wakacyjne

PrzekładMarceli Tarnowski

.

Wspomnienie Torre di Venere jest atmosferycznie niemiłe. Gniew, rozdrażnienie, naprężenie od początku wisiały w powietrzu, a na koniec nastąpił wstrząs z owym okropnym Cipollą1, w którego osobie niejako ucieleśniły się i groźnie skupiły wszystkie charakterystycznie złośliwe pierwiastki nastroju, i to w sposób złowieszczy i niezmiernie dobitny.

Że przy przeraźliwym zakończeniu (zakończeniu, jak nam się później wydawało, z góry przeznaczonym i leżącym już w istocie rzeczy) obecne były i dzieci - był to smutny i wypływający z nieporozumienia błąd, spowodowany przez fałszywą zapowiedź tego osobliwego człowieka. Na szczęście nie zrozumiały one, gdzie kończyło się widowisko, a zaczynała katastrofa, i utrzymano je w błogim przeświadczeniu, że wszystko to było tylko przedstawieniem.

Torre oddalone jest o jakieś piętnaście kilometrów od Portoclemente, jednej z najulubieńszych miejscowości letniskowych nad Morzem Tyrreńskim, po miejsku eleganckiej i miesiącami przepełnionej, z pstrokatą ulicą hoteli i bazarów prowadzącą ku morzu, z szeroką plażą, pokrytą daszkami, namiotami i brązowymi ludźmi, z hałaśliwymi lokalami rozrywkowymi.

Plaża, obramowana piniowymi laskami, na które z niewielkiej odległości spoglądają góry, rozciąga swoje gościnne przestrzenie pokryte drobniutkim piaskiem wzdłuż całego tego wybrzeża. Nic więc dziwnego, że nieco dalej rozłożyła się już wcześniej cichsza konkurencja: Torre di Venere, gdzie od dawna zresztą daremnie się rozglądać za wieżą, której ta miejscowość zawdzięcza swoją nazwę, jest jako miejsce pobytu przyjezdnych jakby filią sąsiedniego, wielkiego uzdrowiska i przez szereg lat było idyllą dla nielicznych, ucieczką dla zwolenników niezmąconego przez gwar świata żywiołu.

Ale jak się to zwykle dzieje z takimi miejscami, spokój dawno już musiał się wynieść nieco dalej wzdłuż wybrzeża, do Marina Petriera i Bóg wie dokąd jeszcze; świat - wiadoma to rzecz - szuka go i wygania go przez to samo, iż pędzi ku niemu ze śmieszną tęsknotą, łudząc się, że mógłby go poślubić i że gdzie jest spokój, mógłby być i on; co więcej, rozbiwszy gdzieś swoje namioty jarmarczne, gotów jest wierzyć, że spokój jeszcze tam jest.

W ten sposób Torre, chociaż ciągle spokojniejsze i skromniejsze niż Portoclemente, zostało zaludnione licznie przez Włochów i cudzoziemców.

Nie jedzie się już do światowego uzdrowiska - chociaż nie jedzie się o tyle tylko, że pozostaje ono nadal hałaśliwym i przepełnionym uzdrowiskiem; jedzie się w sąsiedztwo, do Torre, jest to nawet elegantsze, a przy tym jest tańsze, zaś siła przyciągająca tych zalet trwa nadal, chociaż same zalety dawno już nie istnieją.

Torre otrzymało Grand Hotel; powstało mnóstwo pensjonatów, wykwintniejszych i skromniejszych. Właściciele i dzierżawcy domków letniskowych i ogrodów z laskami piniowymi nad morzem bynajmniej nie zaznają już na plaży spokoju; w lipcu, sierpniu obraz tej plaży niczym już nie różni się od Portoclemente: roi się na niej od wrzaskliwych, kłócących się, wykrzykujących radośnie kąpielowiczów, którym piekące bezlitośnie słońce zdziera skórę z karków; na migoczącym błękicie wody chyboczą się płaskie, jaskrawo pomalowane czółna, wypełnione dziećmi, których głośne imiona, wyrzucane z piersi czuwających matek, w zachrypłej troskliwości wypełniają powietrze; zaś przekupnie ostryg, napojów chłodzących, kwiatów, koralowych ozdób i cornetti al burro2, depcząc po stosach ciał leżących ludzi, zachwalają swój towar, zawsze zachrypłym i donośnym głosem Południa.

Tak wyglądała plaża w Torre, kiedy przybyliśmy - dość ładnie, ale uważaliśmy jednak, że przyjechaliśmy za wcześnie.

Była połowa sierpnia, sezon włoski znajdował się jeszcze w pełni rozkwitu; dla cudzoziemców nie jest to właściwa chwila, aby należycie ocenić uroki miejscowości.

Co za tłok po południu w ogrodowych kawiarniach na promenadzie plażowej, na przykład w "Esquisito", gdzie jadaliśmy i gdzie usługiwał nam Mario, ten sam Mario, o którym niebawem będę opowiadał! Z ledwością można znaleźć stolik, a orkiestry, nie chcąc o sobie nawzajem nic wiedzieć, w zamieszaniu grają jedna przez drugą.

Nawiasem mówiąc, właśnie po południu przybywają tu codziennie tłumy ludzi z Portoclemente; gdyż oczywiście Torre jest ulubionym celem wycieczek niespokojnych gości owego miejsca rozrywkowego, a dzięki pędzącym w tę i tamtą stronę Fiatom wawrzynowe i oleandrowe zarośla na skraju łączącej dwie miejscowości szosy pokryte są na cal grubości białym kurzem; to widok osobliwy, ale odrażający.

Naprawdę, powinno się jechać do Torre di Venere we wrześniu, gdy uzdrowisko opróżnia się z wielkiej publiczności, albo w maju, zanim ciepłota morza osiągnęła stopień, który kusi mieszkańca Południa do zanurzenia się w wodzie.

Przed sezonem i po sezonie również nie jest tam nigdy pusto, ale nastrój bywa wtedy cichszy i mniej narodowy. Pod płóciennymi zasłonami i w jadalniach pensjonatów panuje język angielski, niemiecki, francuski, podczas gdy cudzoziemiec jeszcze we wrześniu zastaje przynajmniej Grand Hotel, gdzie zatrzymaliśmy się z braku osobistych adresów, tak dalece w rękach florenckiego i rzymskiego towarzystwa, że czuje się izolowany i może się samemu sobie wydać chwilami gościem drugiego rzędu.

To doświadczenie poczyniliśmy z niejakim rozgoryczeniem w wieczór naszego przybycia, kiedy zeszliśmy do jadalni na obiad i kiedy kelner wyznaczył nam stolik. Stolikowi temu nic nie można było zarzucić, ale nas kusił widok przyległej oszklonej werandy, wychodzącej na morze i tak wielkiej jak nasza sala; weranda ta nie była w pełni zajęta, a na stolikach paliły się lampki z czerwonymi abażurami.

Dzieci z zachwytem pokazywały sobie te wspaniałości, oznajmiliśmy więc po prostu swoją decyzję jadania na werandzie; jak się okazało, był to przejaw nieświadomości, gdyż z zakłopotaną nieco uprzejmością dano nam do zrozumienia, że to kuszące miejsce zarezerwowane jest "dla naszych klientów", "ai nostri clienti". Dla naszych klientów? Ależ to przecież my. Nie byliśmy przechodniami ani jednodniowymi motylami, lecz mieszkańcami hotelu na trzy czy cztery tygodnie, pensjonariuszami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki