Marines. Bohaterowie operacji specjalnych - Michael Golembesky

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie I

Od autora

Nim wyjechaliśmy z Afganistanu, obiecałem żołnierzom z mojej jednostki piechoty morskiej operacji specjalnych (Marine Special Operations Team, MSOT), że jeśli wyjdziemy cało z tej opresji, znajdę jakiś sposób, by podzielić się naszą opowieścią z Amerykanami. Obiecałem również, że nie będę słodził ani zamieniał tej historii w przyjemną bajeczkę, podobną do wielu z tych rajcownych oszałamiających bzdur, jakie produkuje Hollywood. Chciałem opowiedzieć prawdę, nawet jeśli ta prawda jest czasem trudna do zniesienia. Historia naszej jednostki to kronika dokonań niezwykłej grupy ludzi, których wrzucono w beznadziejną sytuację, przykazując im przy tym, by wygrali wojnę.

Żołnierze MSOT 8222, sygnał wywoławczy Sztylet 22, wnieśli do operacji specjalnych to, co najlepsze w korpusie piechoty morskiej. Jako najnowsza część składowa dowództwa operacji specjalnych (Special Operations Command, ­SOCOM), powołana do życia 24 lutego 2006 roku, dowództwo operacji specjalnych piechoty morskiej (Marine Corps Special Operations Command, MARSOC) natychmiast przystąpiło do działania, wysyłając kolejne tury żołnierzy wspierających operacje wojskowe w Afganistanie.

Żołnierze piechoty morskiej i marynarze tworzący te małe elitarne jednostki są w istocie pionierami, którym przyszło napisać nowy rozdział historii amerykańskiej piechoty morskiej. Na czarnych granitowych obeliskach stojących przed siedzibą MARSOC w Stone Bay w Karolinie Północnej znajdują się już nazwiska dwudziestu dziewięciu bohaterów - dobrowolnie oddali życie za ludzi, których kochali, i za naród, który na zawsze pozostanie ich dłużnikiem. Niestety, zostało tam jeszcze sporo pustego miejsca na kolejne nazwiska.

Historia doliny Bala Murghab to historia wojny afgańskiej w miniaturze. Nasza walka o wyzwolenie doliny spod rządów talibów odzwierciedla wyzwania i dokonania wszystkich jednostek w tym kraju. Ta część Afganistanu była niegdyś uważana za bezpieczną, więc nie poświęcano jej zbyt wiele uwagi. Na miejscu przekonaliśmy się jednak, że dolina Bala Murghab nigdy nie była bezpieczna. Międzynarodowe Siły Wsparcia Bezpieczeństwa (International Security Assistance Force, ISAF) zawarły tam z wrogiem swego rodzaju pakt o nieagresji. Przyjazd naszej jednostki wraz z 82. Dywizją Powietrznodesantową armii amerykańskiej całkowicie zmienił tę sytuację.

Miałem wielki zaszczyt służyć z tymi ludźmi w jednym z najbardziej wrogich obszarów Afganistanu. Odkryliśmy ukryte gniazdo talibów, którzy swobodnie i bezkarnie prowadzili swoje zbrodnicze działania. Tym razem nikt nie zamierzał się z nimi układać. Rozpoczął się półroczny okres starć zbrojnych, nocnych najazdów i ofensyw. Zrzuciliśmy w BMG (Bala Murghab) więcej bomb niż główne oddziały amerykańskiej armii, piechota morska i lotnictwo podczas największej bitwy wojny w Iraku, drugiej bitwy o Faludżę (fakt).

Gdy nasza służba na polu walki dobiegła końca, żołnierze Sztyletu 22 zostali odznaczeni największą jak dotąd liczbą orderów przyznaną jednej jednostce piechoty morskiej - dwudziestu trzech żołnierzy otrzymało w sumie osiem Purpurowych Serc, jedną Srebrną Gwiazdę i trzynaście medali za waleczność.

Aby chronić prywatność ludzi opisywanych w tej książce, podaję jedynie ich imiona, wyjątek czyniąc dla poległych. Jeśli chodzi o tych, którzy padli na polu walki - cóż, chcę, by wszyscy poznali ich nazwiska.

W przypadku osób, których czyny zasługują na pogardę, dla ich dobra zmieniłem zarówno imiona, jak i nazwiska. W tej książce nie chodzi o to, by z kogokolwiek szydzić czy wytykać cudze braki. Bóg dobrze wie, że i mnie ich nie brakuje. To coś, z czym ci ludzie będą musieli żyć, a zmiana ich danych nie ma najmniejszego znaczenia dla prawdziwości i dokładności opisanej tu historii. Nie możemy jednak przeinaczać faktów, a destrukcyjne działania niektórych osób odegrały ważną rolę w losach Sztyletu 22. Pomijając te wydarzenia, przedstawiałbym ugrzeczniony obraz historii i pomniejszał dokonania tych, którzy stawali do walki z nieugiętą wolą i szlachetnym sercem.

Niniejsza książka nie ma żadnych podtekstów związanych z polityką zagraniczną i takim czy innym prowadzeniem wojny. Wykazałbym się brakiem szacunku dla bohaterów tej opowieści, gdybym połączył ich z jakąkolwiek formą idealizmu czy konkretnymi poglądami na ten temat. Opisałem wszystko tak, jak wyglądało w rzeczywistości. Sami osądzicie, co było tu dobre, a co złe. Poczyniwszy powyższe zastrzeżenia, muszę jednak powiedzieć, że nieustannie ograniczały nas reguły, według których postanowili prowadzić wojnę w Afganistanie przywódcy naszego narodu. Polityka i strategia wyrosłe z tego bagna kosztowały wielu z nas życie. Nie będę więc też szargał ich pamięci, przemilczając tę prawdę.

Wojna jest łatwa. Albo decydujesz się walczyć, albo nie. W Afganistanie nie było wygranych ani przegranych, byli tylko ci, którzy przeżyli, i ci, którzy zginęli. Afgańczycy lepiej niż ktokolwiek inny znają tę prawdę, która od wieków stanowi podstawowy element ich kultury.

Pobyt w dolinie sporo nas nauczył. Pojechaliśmy tam żądni zwycięstwa. Wybraliśmy walkę i wygrywaliśmy bitwy. W końcu jednak okazało się, że nie ma to żadnego znaczenia. Liczyło się tylko jedno: zrobiliśmy, co w naszej mocy, żeby zabrać wszystkich z powrotem do domu.

Żołnierze Sztyletu 22, ta książka jest dla Was.

Ski

Przedmowa

Fred Galvin, major piechoty morskiej w stanie spoczynku, były dowódca kompanii F piechoty morskiej (operacje specjalne)

Książka Marines. Bohaterowie operacji specjalnych opisuje wspólne doświadczenia i ofiary jednostki 8222 piechoty morskiej operacji specjalnych, ich codzienne życie, szkolenie i walkę podczas operacji bojowych w Bala Murghab w Afganistanie. Jeśli czytelnicy zechcą spojrzeć na tę opowieść szerzej i wyjść poza krytykę zmodyfikowanych reguł dotyczących sprzętu i umundurowania oraz poza dosadne słownictwo walczących żołnierzy, wyraźnie zobaczą istotne kwestie bojowych sukcesów piechoty morskiej.

Przed 11 września 2001 roku oddziały zwiadowcze piechoty morskiej nie mogły oficjalnie kierować jednostkami lotnictwa, jeśli nie miały w swych szeregach wykwalifikowanego kontrolera naprowadzania, a o takich specjalistów w tamtych czasach wcale nie było łatwo. W 2001 roku, podczas służby w charakterze instruktora zwiadu oraz specjalisty od naprowadzania samolotów na obiekty naziemne na kursie instruktorów uzbrojenia i taktyki, mój były dowódca pułkownik Jeffrey Powers odwiedził nasz dywizjon, by skoordynować programy naszych szkoleń. Był rzeczowym, doświadczonym w walce żołnierzem, który odsłużył wiele tur w jednostkach zwiadowczych piechoty morskiej. Zgadzaliśmy się co do tego, że małe jednostki mogące precyzyjnie sterować ostrzałem z powietrza są kluczem do zwycięstwa we współczesnej wojnie. Jednak w tym czasie oddziały piechoty morskiej wciąż oficjalnie nie miały prawa kontrolować uzbrojenia lotnictwa.

Jako dyrektor działu szkolenia w ekspedycyjnej bojowej grupie szkoleniowej sił Pacyfiku, gdzie oficerowie lotnictwa przechodzą szkolenie dla kontrolerów naziemnych, Powers postanowił szkolić również żołnierzy piechoty morskiej, by w przyszłości mogli kierować lotnictwem i wpływać w ten sposób na przebieg walki. Wkrótce na kursach rzeczywiście pojawili się żołnierze zwiadu piechoty morskiej, którzy zostali dyplomowanymi kontrolerami lotu. Dzięki perspektywicznemu myśleniu Powersa w ciągu kolejnych trzynastu lat walki istotnie zmalała liczba ofiar w jednostkach zwiadowczych i specjalnych piechoty morskiej.

Powers otworzył nową drogę przed żołnierzami piechoty morskiej, którzy mogli teraz kierować lotnictwem. To na zawsze zmieniło obraz precyzyjnych ataków lotniczych.

Kwalifikacje i sposób dowodzenia sierżanta Golembesky'ego w Afganistanie w latach 2009-2010 pokazują ewolucję i strategiczne korzyści, jakie przyniosło udostępnienie żołnierzom piechoty morskiej stanowiska niegdyś zarezerwowanego wyłącznie dla oficerów.

Książka Marines. Bohaterowie operacji specjalnych opisuje również, jak jednostki MARSOC uczyły się w coraz większym stopniu korzystać z informacji zintegrowanych służb wywiadowczych i jak wyglądała ich współpraca z połączonymi służbami sił operacji specjalnych oraz siłami konwencjonalnymi w dążeniu do wspólnego celu, czyli zwycięstwa nad wrogami Ameryki.

Czytelnik relacji z działań bojowych MSOT 8222 staje się niemal jednym z żołnierzy tej jednostki, doświadcza ich codziennego życia. MSOT 8222 prowadziła walkę aktywnie, nie czekała, aż wróg zmusi ją do działania na własnych warunkach.

Szeregowi żołnierze, sanitariusze i oficerowie MSOT 8222 wykazywali się na polu bitwy odwagą, potrafili błyskawicznie podejmować decyzje, doskonale koordynować swoje działania z jednostkami naziemnymi i lotnictwem, a dzięki niezłomnemu duchowi walki rozbijali miejscowe siły talibów i przynosili nadzieję w na pozór beznadziejnej sytuacji.

Przez siedem miesięcy żołnierze MARSOC niestrudzenie synchronizowali informacje wywiadu, taktykę ofensywną i siłę ognia lotnictwa z miejscowymi oddziałami, które wspierali w walce.

Ten realistyczny, nieupiększony opis pokazuje ciemne strony naszej wojny w Afganistanie, nie ukrywa ustępstw sił NATO wobec talibów, a nawet zmowy tych dwóch teoretycznie wrogich sił.

Golembesky pisze również o tarciach, do jakich dochodziło podczas ich służby, i o frustracji wywołanej przez tak zwane reguły użycia siły (rules of engagement, ROE) oraz koncepcję powściągliwości na polu bitwy, które nie pozwalały naszym żołnierzom wygrywać bitew.

Dzięki książce Marines. Bohaterowie operacji specjalnych możemy zobaczyć, jak nietrafiony koncept "eliminowania naszych wrogów dobrocią", choć świetnie sprzedany amerykańskiej i międzynarodowej prasie, podczas walki skutkował wahaniem, które kosztowało życie wielu żołnierzy Koalicji. Golembesky opowiada, jak nasi patrioci znajdowali się pod nieustanną obserwacją środowisk, które nie dopuszczały możliwości żadnego błędu, jak wszystkie ich decyzje podejmowane na polu bitwy były potem wielokrotnie analizowane i stawały się przedmiotem śledztwa. Te ograniczenia, które sami sobie narzuciliśmy, tylko wzmacniały i ośmielały naszego wroga. Ameryka wciąż pozwala, by nikt nie ponosił odpowiedzialności za istotne błędy strategiczne podjęte na poziomie kadry dowódczej.

Golembesky wykorzystywał swe wyjątkowe umiejętności kontrolera lotu, by połączyć swoją jednostkę z potencjałem i uzbrojeniem lotnictwa, które było czasem jedyną siłą zdolną pokonać dobrze wyszkolonego i bezwzględnego wroga. Wyraźnie pokazuje, jak zaawansowane technicznie i strategicznie stały się wojska nieprzyjaciela w starciach z siłami Koalicji. W niniejszej książce pozwala przyjrzeć się z bliska sprytnej taktyce talibów, obejmujących kontrolę nad rządami cieni w afgańskich wioskach, i wykorzystywaniu przywódców obu stron.

Golembesky pisze też szczerze o własnych problemach, o tym, jak pokonał lęki i nauczył się kierować ogniem lotnictwa tak, by nigdy nie zawieść swoich towarzyszy. Jego staranne przygotowanie do walki przy użyciu arsenału powietrznego połączone z niezwykle skuteczną taktyką jego jednostki potwierdzają zaangażowanie MSOT 8222 w walkę z talibami.

Talibowie nauczyli się po mistrzowsku wykorzystywać swą znajomość terenu, walczyli przy użyciu fugasów (min domowej roboty), a także zastraszali i zabijali afgańskich cywilów, w tym rodziny żołnierzy Afgańskiej Armii Narodowej. Wszystko to miało na celu powstrzymanie rozwoju wewnętrznego potencjału obronnego Afganistanu, który my z kolei staraliśmy się wspierać.

Przedstawiony w Marines portret żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej, którzy poświęcają stabilność swojego życia osobistego i rodzinnego najpierw podczas wymagającego szkolenia, a potem w czasie niebezpiecznej służby w warunkach bojowych, zawiera również żywe opisy bliskich więzi międzyludzkich powstałych w tych trudnych i niepewnych okolicznościach. Pokazuje także rzadko ujawniane osobiste refleksje na temat brutalnego wroga, z którym przyszło im się zmierzyć.

MSOT 8222 niezmiennie demonstrowała pełny profesjonalizm podczas licznych starć. Umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach pozwalała żołnierzom skutecznie skupiać się na walce z wrogiem, który często pozostawał niewidzialny, ukryty wśród miejscowej ludności.

Uczciwe przedstawienie indywidualnych i grupowych błędów pozwala czytelnikowi zobaczyć, jak ci dzielni wojownicy przyjmowali konsekwencje swoich pomyłek i przekuwali słabość na siłę. To podkreśla jedynie moc honoru i otwartość żołnierzy, którzy nigdy nie godzili się, by cokolwiek odebrało im zwycięstwo.

Bezkompromisowy opis prawdziwego życia żołnierzy w Afganistanie jest świeży i interesujący, ale miejscami również zatrważający. Autor rzuca światło na bezmyślne nadużycia władzy w niebezpiecznym środowisku, gdzie rządzi hierarchia, a decyzje nie podlegają żadnej dyskusji, i przejmująco relacjonuje, jak dowódca poświęca lojalność wobec swoich ludzi i koncentrując się na polityce, niepotrzebnie naraża ich życie.

Liczne opowieści o przejawach taktycznej pomysłowości najważniejszych członków jednostki, takich jak umiejętność rozbrajania min w przypadku Licona, pragnienie Marka, by zostać najlepszym strzelcem na polu bitwy, czy nieustępliwe, dyktowane etyką pracy dążenie Kinga do precyzyjnego wybierania celów ataków, ukazują niesłabnącego ducha walki Raiders wśród żołnierzy współczesnej piechoty morskiej.

Pracujcie razem.

Koncepcja działań Raiders, czyli poprzedników współczesnej piechoty morskiej, opiera się na chińskiej taktyce powstańczej, zgodnie z którą małe, działające w rozproszeniu oddziały mogą pokonać większe siły dzięki harmonijnej współpracy i dążeniu do wspólnego celu.

Widać to wyraźnie w szkoleniach MARSOC, które wciąż kładą nacisk na dążenie do nieustannej poprawy, do codziennych postępów we wszystkich dziedzinach. Widzimy rezultaty tego szkolenia w działaniach poszczególnych żołnierzy podczas bitwy - potrafią błyskawicznie przejść z jednego rodzaju broni na inny, by jak najskuteczniej razić nieprzyjaciela.

Taktyka i techniki stosowane przez MSOT 8222 nie zostały opracowane na kolanie, na podstawie tanich podręczników. Nie chodzi w nich wyłącznie o szybkość czy zimną krew. To owoc wielu lat spędzonych na polu walki, nauki wyciągnięte przez ludzi, którzy poprzedzali współczesnych żołnierzy, ludzi, którzy nie szczędzili sił ani serc.

Skuteczne umiejętności bojowe rozwija się za pomocą realistycznego i trudnego szkolenia, które wymaga od najbardziej zaangażowanych profesjonalistów pełnego poświęcenia, bo tylko dzięki temu zasłużą sobie na miejsce w jednostce.

Niniejsza książka w szczery i bezpośredni sposób portretuje dowódców MARSOC, którzy w bardzo trudnych, niemal beznadziejnych warunkach wykazali się opanowaniem i umiejętnością podejmowania rozsądnych decyzji oraz zdecydowanego, jednoznacznego dowodzenia w czasie bitwy - to cechy przywódcze, które widać we wszystkich starciach jednostki.

Marines. Bohaterowie operacji specjalnych pokazuje również, jak prawdziwa walka wpływa na poszczególnych członków jednostki. Golembesky otwarcie pisze o paraliżującym oddziaływaniu stresu na niektórych żołnierzy podczas przedłużających się operacji bojowych. Tego rodzaju doświadczenia mają długotrwałe i często negatywne konsekwencje zarówno dla samych uczestników walki, jak i dla ich rodzin. Amerykańscy weterani różnych wojen prowadzonych poza granicami naszego kraju, szczególnie weterani wojny w Wietnamie, w znaczący sposób wzmocnili amerykański patriotyzm i szacunek dla żołnierzy walczących w imieniu naszej ojczyzny.

Historia MSOT 8222 również wzmacnia tego patriotycznego ducha i pozwala czytelnikowi utożsamić się z człowieczeństwem naszych żołnierzy, które wyraża się w nieustannych staraniach o ograniczenie ofiar zarówno po amerykańskiej, jak i po afgańskiej stronie, a także w pragnieniu powrotu do domu i prostszego życia.

Ogromne poświęcenie jednostek MARSOC w Afganistanie i innych częściach globu w znaczący sposób zwiększyło bezpieczeństwo naszego kraju. Wszyscy pamiętamy o tym poświęceniu i o cierpieniach naszych patriotów, którzy byli gotowi oddać życie tylko dlatego, że poprosił ich o to amerykański naród. Niniejsza książka błyskotliwie opisuje głębię przyjaźni, jakie zawiązały się w obrębie jednostki w trudnych i wymagających warunkach, w walce ze wspólnym wrogiem i przy wzajemnym wsparciu.

To opowieść o amerykańskich rycerzach z pierwszej linii frontu. Możemy być z nich dumni i czuć się zaszczyceni, że są członkami właśnie naszego narodu.

Prolog

Wiosna 2009 roku

Wzbijając tumany kurzu, jechaliśmy krętą, zrytą koleinami drogą przez okolicę, która mogłaby służyć za scenerię filmu Dust Up. Na północy i na południu rozciągało się płaskie jałowe pustkowie, poprzecinane jedynie wadi i parowami. Tu i ówdzie pojawiały się pojedyncze krzewy i drzewa, dzielnie walczące o byt. Łagodny wiatr kołysał kępami suchej brązowej trawy. Za nami z tej postapokaliptycznej pustki wyrastały zwieńczone śnieżnymi czapami góry, tworzące dramatyczne tło naszej podróży.

Kierowcy jechali najszybciej, jak się dało w tych warunkach, a strzelcy obserwowali okolicę ze swoich wieżyczek. Nasza jednostka była wyposażona w półciężarówki zwane opancerzonymi pojazdami lądowymi (Ground Mobility Vehicles, GMV), czyli podrasowane hummery w wersji pick-up. Zostały zaprojektowane specjalnie z myślą o oddziałach operacji specjalnych i naszpikowane bronią. W wieżyczkach znajdowały się karabiny maszynowe kalibru .50 lub granatniki 40 mm, a na platformie za kabiną para karabinów maszynowych kalibru 7,62 mm. Uzbrojenie hummerów stanowiło jedną trzecią naszej siły ognia.

Gruntowa droga doprowadziła nas w końcu do czarnej wstęgi asfaltu przecinającej pustynię ze wschodu na zachód. Skręciliśmy w lewo i przyspieszyliśmy co najmniej do setki. Siedziałem z tyłu jednego z GMV, patrzyłem na nasz mały konwój i syciłem się dotykiem wiatru na swojej opalonej twarzy. Miałem za sobą długi dzień spędzony w pełnym umundurowaniu bojowym, byłem więc spocony, oblepiony kurzem i śmierdzący. Po wielu godzinach noszenia hełmu bolał mnie kark, a twarde deski ławki wrzynały mi się w tyłek. Po podłodze platformy przetaczało się w tę i we w tę kilka pustych łusek, które musieliśmy później uprzątnąć.

Ryczały silniki. Słońce zniżało się nad horyzontem, coraz czerwieńsze i wyrazistsze, w miarę jak zbliżał się zmierzch. Minęliśmy zbiornik z wodą otoczony zielonym kręgiem palm i traw, który przypominał mi oazę z jakiegoś starego filmu o legii cudzoziemskiej.

Kolejne dwadzieścia minut jazdy i pustynia ustąpiła miejsca nawadnianym ze zbiornika polom uprawnym. Uporządkowane i dobrze utrzymane gospodarstwa ciągnęły się wzdłuż drogi na długości wielu kilometrów, co jakiś czas pośród pól wyłaniały się też nieliczne domy.

W oddali pojawiło się miasteczko, najpierw jako niewyraźny obraz w drgającym od żaru powietrzu. Trochę starych budynków i stacja benzynowa - i to właściwie wszystko. Pierwszy hummer wjechał na stację i zatrzymał się przy dystrybutorze, pozostałe ustawiły się za nim w kolejce. Po całym dniu jazdy musieliśmy zatankować nasze cztery GMV.

Kilku miejscowych również uzupełniało paliwo w swoich sedanach i pick-upach. Gdy wysiedliśmy z pojazdów opancerzonych, niektórzy zerkali niepewnie w naszą stronę, inni gapili się na nas w zdumieniu. Wątpię, czy ktokolwiek z nich widział tu wcześniej cały oddział piechoty morskiej do zadań specjalnych. Kiedy zeskoczyłem na ziemię, by rozprostować nogi, mój pistolet MEU(SOC) kalibru .45 przyciągnął co najmniej kilka zaciekawionych spojrzeń. A może chodziło raczej o kamizelkę kuloodporną?

Pat, jeden z naszych zwiadowców, wysunął się ze swojej wieżyczki z twarzą pokrytą kamuflażem. Służyłem w tej jednostce od niedawna, więc mało kogo tu znałem, ale Pat od razu rzucał się w oczy. Pełen energii i zafascynowany wszystkim, co wiązało się z wojskiem, jako jeden z pierwszych przywitał mnie na pokładzie. I jako jedyny z nas nakładał farby maskujące. Robił to zawsze, podczas każdej misji. Gdy wybraliśmy się kiedyś po misjach szkoleniowych do kasyn w Reno, za uszami i wzdłuż linii włosów wciąż miał farbę, choć zdążył się wcześniej wyszorować.

- Chodźmy kupić coś do jedzenia - powiedział, przechodząc obok mnie.

Poszedłem za nim i pozostałymi do małego sklepiku przy stacji. Za kasą stała trzydziestokilkuletnia kobieta, która na nasz widok otworzyła szeroko oczy. Była niska i przysadzista, miała popsute zęby i plakietkę z imieniem przypiętą do koszuli.

Niełatwo żyć w takim miejscu, na końcu świata. Pewnie zarabia mniej niż osiem dolców na godzinę.

Ja też byłem kiedyś tam, gdzie teraz ona, męczyłem się w bezsensownej pracy i ciułałem grosz do grosza, byle tylko wyrwać się wreszcie z tej gównianej egzystencji w Levittown w stanie Pensylwania. Osiągnąłem w końcu prędkość ucieczki i nigdy nawet nie obejrzałem się za siebie. Zastanawiałem się, czy ona też oszczędza, czy tylko próbuje przeżyć.

Skinąłem jej głową, gdy przechodziliśmy do lodówki z ­piwem.

- Kawę macie za darmo, chłopcy - powiedziała.

Podziękowaliśmy jej, kilku z nas podeszło do dzbanków grzejących się na bocznej ladzie, pozostali zaś pochwycili zgrzewki budweisera, coors light i millera i ustawili je przy sprzedawczyni. Jeszcze paru chłopaków sięgnęło po parówki do hot dogów Ball Park Franks i bułki. Wkrótce przy kasie piętrzyła się sterta parówek, bułek, piwa i przypraw. Kasjerka zaczęła je wbijać, podczas gdy my raczyliśmy się kawą.

Staliśmy w kolejce i czekaliśmy, aż kobieta podliczy nasze zakupy.

- Hej, Ski, mogę cię o coś zapytać? - odezwał się Pat.

- Jasne.

Widziałem już wcześniej, jak zerkał na tatuaż na moim ramieniu, spodziewałem się więc jakiejś uwagi. Ten napis zawsze prowokował jakieś uwagi. Pat skinął na niego głową i spytał:

- Co znaczy to gówno na twojej ręce?

- Zabij białasa. W hindi.

Zamrugał oczami zaskoczony.

- Stary, to popieprzone.

W rzeczywistości było to słowo "pokój", ale nie zamierzałem mówić czegoś takiego grupie facetów z jednostki zwiadowczej operacji specjalnych, których dopiero co poznałem. I tak byłem tutaj czarną owcą, więc nie chciałem jeszcze pogarszać swojej sytuacji.

Kasjerka podała całkowitą kwotę, a Pat zapłacił. Kobieta wręczyła mu paragon, który schował w roztargnieniu do kieszeni. Ten świstek miał nam potem narobić kłopotów, ale wtedy nie mieliśmy o tym pojęcia.

Chwilę później dwudziestu żołnierzy piechoty morskiej w pełnym wyposażeniu bojowym wyszło ze sklepiku, niosąc pudła piwa i torby jedzenia. Wrzuciliśmy to wszystko na ­nasze GMV i sami zajęliśmy w nich miejsca. Ruch na obrzeżach Fallon w stanie Nevada był tego dnia mały, ale samochody i tak się zatrzymywały, by wpuścić nas na główną drogę. W końcu kto nie ustąpiłby miejsca grupie opancerzonych hummerów? Pewnie wszyscy prócz irackich kierowców i facetów podkładających IED (fugasy).

Paliwo, żarcie, picie - mieliśmy wszystko, co trzeba. Zostawiliśmy zachodzące słońce na szóstej i ponownie ruszyliśmy w stronę pustkowia Dixie Valley. Nie ujechaliśmy daleko, kiedy Pat zanurkował w swojej wieżyczce i pojawił się ponownie z puszką budweisera w dłoni. Otworzył ją i pociągnął duży łyk.

Czy przepisy zabraniające przewożenia otwartego alkoholu obowiązują też w wieżyczkach strzelniczych pojazdów opancerzonych?

Od kilku tygodni uczestniczyliśmy w szkoleniu stanowiącym część przygotowań do pobytu w Afganistanie. Nasza kompania marines do operacji specjalnych (Marine Special Operations Company, MSOC) miała tam wyjechać z następną turą. Jednostki zostały sformowane zaledwie kilka lat wcześniej i teraz rotacyjnie pełniły służbę w Afganistanie, podobnie jak wszystkie inne oddziały SOCOM (dowództwa operacji specjalnych).

Aby uzupełnić siły MARSOC, dowództwo armii sięgnęło do batalionów sił zwiadowczych, stanowiących do tej pory elitę piechoty morskiej (MOS 0321). Byłem jedynym w naszej jednostce żołnierzem spoza tych batalionów, co w oczach innych od razu czyniło ze mnie kogoś podejrzanego. Nie przejmowałem się tym. Przez całe życie byłem outsiderem - nic nowego.

Dojechaliśmy do gruntowej drogi, gdy robiło się już ciemno. Z włączonymi reflektorami brnęliśmy w głąb Dixie Valley, podczas gdy w górze przelatywały odrzutowe myśliwce marynarki wojennej. Dolina była częścią ogromnej bazy lotnictwa marynarki wojennej w Fallon, a piloci ćwiczyli nad nią bombardowania i różne manewry bojowe. My z kolei spędziliśmy cały dzień na strzelnicach, ćwicząc strzelanie do celu z jadących GMV.

Planując operacje w Dixie Valley, odkryliśmy kilka opuszczonych budynków na tyle dużych, że były widoczne na naszych mapach satelitarnych. Uznaliśmy, że to dobre miejsce na imprezę integracyjną, i postanowiliśmy spędzić tam wieczór.

Znaleźliśmy tę lokalizację jakieś półtorej godziny po wyjeździe ze stacji benzynowej. Aluminiowy barak stał przy zdemolowanej mieszkalnej przyczepie kempingowej. To miejsce było opuszczone od lat, jeśli nie od dziesięcioleci. Oczywiście w dolinie nikt nie mieszkał, bo był to jeden gigantyczny poligon. Nasi kierowcy zaparkowali przy baraku, a potem wysiedliśmy wszyscy, by rozbić obóz między budynkami.

Włączyłem czołówkę i poszedłem z pozostałymi chłopakami rozejrzeć się po okolicy. Barak był wysoki, w najwyższym punkcie sięgał około dwunastu metrów. Sam dach był w nienaruszonym stanie, podobnie jak siding na ścianach. Jednak gdy otworzyliśmy drzwi, z wnętrza dotarł do nas okropny smród. Po ziemi przemykały szczury, wszędzie leżały zwierzęce odchody. Jedno spojrzenie wystarczyło. Wycofaliśmy się i poszliśmy obejrzeć przyczepę.

Jej wnętrze wyglądało jak sceneria najgorszej na świecie awantury domowej. Wszystkie szuflady zostały wyciągnięte i rozbite na kawałki, szafki oderwano od ścian i połamano. Tu również panował paskudny smród - zapach zgnilizny pomieszany z kwaśnym odorem brudu i zaniedbania. Wszędzie walały się śmieci: rozbite butelki, puste opakowania, poszarpane kawałki bielizny i ubrań. Dywan przegnił w kilku miejscach, a linoleum w łazience było pozwijane i porozrywane. Brakowało też części dachu.

George, jeden z naszych saperów, który odpowiadał między innymi za wysadzanie drzwi budynków i otwieranie wyłomów dla pozostałych członków jednostki, stanął pośrodku zdemolowanego pomieszczenia i powiedział:

- To wygląda jak dom z jakiegoś horroru.

Wróciliśmy do samochodów i wypakowaliśmy jedzenie i picie. Niedaleko miejsca, w którym zaparkowaliśmy, widniały ślady po ognisku - pewnie spotykały się tutaj w tajemni­cy dzieciaki ze szkoły średniej w Fallon.

Nazbieraliśmy drewna i rozpaliliśmy swoje ognisko. Ktoś poszedł do przyczepy i wyjął z piekarnika ruszt. Ustawiliśmy go nad ogniem i położyliśmy na nim hot dogi. Wkrótce wszyscy stali w małych grupkach, rozmawiając, pijąc i jedząc.

Do tej pory nie było sposobności, by lepiej się poznać. Owszem, spędziliśmy kilka wieczorów w Reno, ale dziś po raz pierwszy mieliśmy okazję uwolnić się od dowództwa i nocnego życia miasta, by pobyć razem jako zespół.

Stałem sam z boku, piłem piwo i obserwowałem chłopaków. Większość okresu przygotowawczego spędziłem poza jednostką. Podczas gdy pozostali ćwiczyli razem, ja odbywałem kurs dla żołnierzy naprowadzających samoloty na cele naziemne (Joint Terminal Attack Controller, JTAC), gdzie uczyłem się kierować atakami lotnictwa z chirurgiczną precyzją. Sam zgłosiłem się na to stanowisko i pojechałem na szkolenie prosto z jednostki artyleryjskiej, więc nikt z oddziału zwiadowczego piechoty morskiej nie miał pojęcia, kim właściwie jestem. Zwiadowcy piechoty morskiej to zamknięte grono. Jeśli nie jesteś jednym z nich, nie ufają ci, dopóki nie dowiedziesz swojej wartości. Dlatego wciąż stanowiłem dla nich wielki znak zapytania. I dlatego też wolałem zachować milczenie i ostrożność.

W górze rozległ się huk towarzyszący przejściu przez barierę dźwięku. Myśliwce nadal ćwiczyły walkę powietrzną. Pociągnąłem duży łyk piwa z puszki i uświadomiłem sobie, że obok mnie stoi Rob.

Rob, barczysty facet o ciemnych oczach i włosach oraz krzaczastych brwiach, pełnił w naszej jednostce funkcję specjalisty od wywiadu, był też jednym z najbardziej doświadczonych żołnierzy w całej grupie.

- Jak się czujesz, Ski? - spytał, jak zwykle coś pogryzając.

Wzruszyłem ramionami.

- O wiele lepiej, odkąd wysiadłem z samochodu.

Gdy pojawiłem się w jednostce, Rob jako jedyny okazał mi trochę serdeczności. Od razu poczułem, że wysyła dobre wibracje, i to pierwsze wrażenie później okazało się trafne. Gdy obserwowałem go podczas ćwiczeń, nieustannie mi imponował. W walce wręcz szybki i zwinny jak kot, znakomity strzelec, zawsze w doskonałej formie fizycznej - był po prostu ideałem żołnierza piechoty morskiej. Miał też niezwykłe zdolności przywódcze, działał spokojnie i rozważnie, budząc respekt swoich podwładnych. Można powiedzieć, że był samcem alfa, za którym idą inne samce alfa.

- Jesteś z Colorado, prawda? - spytał.

- Teraz tak. Wychowałem się w Pensylwanii. A ty?

- Richfield, Ohio. Malutkie miasteczko. Mieszkałem tylko z tatą.

- Twoi starzy się rozwiedli? - spytałem. Ja z kolei w ogóle nie znałem swojego ojca. Zostawił nas, kiedy byłem mały.

Rob pokręcił głową.

- Nie.

Ta odpowiedź przypominała werbalny odpowiednik znaku "Zakaz wstępu", więc zmieniłem temat.

- Ten twój bieg w Reno to naprawdę niezła akcja.

Rob uśmiechnął się szeroko.

- Dzięki. To była długa noc.

Pewnego wieczora wybraliśmy się razem do centrum Reno, a Rob przepadł gdzieś w środku nocy. Rano mieliśmy pojechać na strzelnicę jednostki specjalnej policji w Reno, ale okazało się, że Rob do tego czasu nie wrócił do koszar. Czekaliśmy na niego tak długo, jak tylko się dało, w końcu jednak musieliśmy wsiąść do naszych GMV i wyjechać. Nieco później tego samego ranka jeden z oficerów naszej kompanii zauważył ­zlanego potem Roba biegnącego poboczem drogi. Okazało się, że Rob obudził się rano gdzieś w centrum miasta, a gdy chciał uprzedzić, że będzie spóźniony, stwierdził, że jego komórka jest rozładowana. Zamiast zadzwonić z innego telefonu i poprosić o pomoc, zdjął koszulę i ruszył biegiem pod górę do oddalonego o osiemnaście kilometrów portu lotniczego ­Reno-Stead, gdzie stacjonowała nasza jednostka. Temperatura tego ranka sięgała co najmniej czterdziestu stopni Celsjusza, a on dokonał tego wyczynu bez kropli wody po drodze.

Dowódca kompanii wezwał Andy'ego, szefa naszej jednostki, i spytał, dlaczego, do jasnej cholery, Rob biegł w taką pogodę wzdłuż drogi.

- Musiał zaliczyć dodatkowe ćwiczenia - skłamał Andy bez mrugnięcia okiem, osłaniając swojego podwładnego i kumpla.

Tymczasem po drugiej stronie ogniska George rozmawiał z naszym snajperem Markiem. Obaj nagle wybuchli śmiechem, rozbawieni czymś, co powiedział George. Urodzony i wychowany w Atlancie George był dzieciakiem z bogatej rodziny. Właściwie nie wiedziałem o nim nic poza tym, że dużo gada - a dużo znaczy w tym przypadku non stop. Nieustannie odgrywał spektakl dla jednego aktora, pełen inteligentnego i ciętego humoru. Podczas wypraw do Hawthorne i Reno kilkakrotnie siedziałem obok George'a i paru młodszych zwiadowców, słuchałem jego żartów i nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Nie chciałem jednak, by ktoś pomyślał, że go podsłuchuję, próbowałem więc zachować milczenie. Chłopcy patrzyli wtedy na mnie jak na jakiegoś palanta, który chce się podłączyć do lepszego towarzystwa.

Rob poszedł po następne piwo, więc znów zostałem sam. Usiadłem na rozkładanym krzesełku obok naszego GMV i słuchałem toczących się dokoła rozmów. W górze prze­leciała kolejna para odrzutowców. Robiło się zimno. W miarę jak spadała temperatura, coraz więcej członków jednostki gromadziło się przy ognisku. Małe grupki przyjaciół łączyły się w większy krąg wojowników o twarzach podświetlonych czerwonym blaskiem ognia. Wkrótce wszyscy ze śmiechem wspominali służbę na Okinawie i legendarną rudowłosą striptizerkę z Guam.

- Hej, nowy! - zawołał ktoś do mnie. - Chodź tutaj!

Wstałem, zabrałem swoje krzesełko i znalazłem wolne miejsce między Robem i Patem. Ktoś wyciągnął wielką butelkę whisky Jameson. Mark otworzył ją z wprawą, pociągnął długi łyk i podał trunek George'owi.

Mark opowiadał właśnie o swoich pierwszych doświadczeniach w wojsku, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Miał długą przerwę i wrócił do służby dopiero kilka lat temu.

- Dlaczego wróciłeś? - spytał go George.

- Przez jakiś czas byłem gliniarzem w Dallas, potem pracowałem na budowie. Pewnego razu, gdy mieszkałem w Colorado, obejrzałem wieczorem film Strzelec. Zrozumiałem wtedy, że właśnie to powinienem robić. Odebrałem odprawę i następnego dnia zgłosiłem się do wojska. Miesiąc później chodziłem już w mundurze. To był 2007.

- Ja wytrzymałem tylko dwa tygodnie. - Pat się roześmiał.

- Prawdę mówiąc, ciągle nie mogę uwierzyć, że kiedykolwiek byłeś cywilem, Pat - odparł George. - Coś mi się wydaje, że urodziłeś się z nożem w ustach i kamuflażem na twarzy.

- Pracowałem w Home Depot - tłumaczył Pat. - To znaczy do czasu, aż trochę się poprztykałem z kierownikiem.

- Wywalili cię z Home Depot? - spytał ktoś.

- Można powiedzieć, że to była wspólna decyzja - odpowiedział Pat, po czym przejął butelkę jamesona i pociągnął łyk. Potem wstał i chwiejąc się lekko, krzyknął: - Teraz służę w Pierwszej Zwiadowczej i jestem najlepszy we wszystkim, nigdy nie było lepszego ode mnie!

Pozostali członkowie jednostki zabuczeli i wyśmiali go głoś­no. Podał mi butelkę whisky, opadł ciężko na swoje krzesło, dopił resztkę piwa i wypalił nagle:

- Poważnie, chłopaki, uwielbiam was. Nie ma nic lepszego od braterstwa. Nigdy już nie chcę być cywilem.

Pociągnąłem łyk i przekazałem butelkę Robowi, a Pat dorzucił jeszcze:

- Choć muszę wam powiedzieć, że to najbrzydszy oddział, w jakim kiedykolwiek byłem. Nie licząc mnie, oczywiście.

Znów odpowiedziało mu głośne buczenie i śmiechy.

Pat wyrzucił pustą puszkę i sięgnął po następną. Zerknął na mnie i powiedział:

- Szkoda, że nie poszliśmy na ten bal maturalny.

Mówił o sytuacji, która zdarzyła się w Hawthorne w Nevadzie, gdzie odbywaliśmy część szkolenia. Jest to miejscowość, którą z pewnością pokochaliby surwiwalowcy, gdyby w kraju wybuchła pandemia zmieniająca ludzi w zombi. Miasteczko położone na środku pustyni, w pobliżu Walker Lake (jeziora ze skażoną wodą), istnieje tylko dlatego, że w czasie wielkiego kryzysu zbudowano tu dużą bazę wojskową. Na przestrzeni wielu kilometrów ciągną się szeregi betonowych, częściowo ukrytych pod ziemią bunkrów. W sumie jest ich tu około trzech tysięcy. Zostały zaprojektowane i wybudowane po to, by w czasie globalnego konfliktu pomieścić miesięczny zapas amunicji dla armii Stanów Zjednoczonych, później jednak zaczęto w nich przechowywać dziwaczny, przestarzały sprzęt, który wydawał się władzom zbyt cenny, by oddać go na złom lub zniszczyć. Podczas pobytu w Hawthorne znaleźliśmy zapas luf do dział kalibru 406 mm, używanych na pancernikach typu Iowa, choć wszystkie te okręty były już pływającymi muzeami. Przypuszczam, że marynarka wojenna po prostu nie mogła się rozstać z ostatnimi armatami takich rozmiarów.

Tak czy inaczej, Hawthorne było maleńką mieściną pozbawioną jakichkolwiek rozrywek, więc wieczorami po zajęciach nudziliśmy się jak mopsy. Pewnego piątkowego wieczora wyładowywaliśmy z hummerów broń po odbyciu kolejnych dwunastogodzinnych ćwiczeń na strzelnicach. Po drugiej stronie ulicy stał dom przeznaczony na kwaterę komendanta bazy. Ktoś rozwiesił przed nim kolorowe chorągiewki, z wnętrza dobiegała muzyka. Wkrótce przed budynek zaczęły podjeżdżać wypucowane auta, z których wysiadały dzieciaki w wieku liceal­nym. Klasa maturalna rocznika 2009 szkoły średniej w Haw­thorne liczyła co najwyżej kilkunastu chłopców i wszyscy pojawili się tam w komplecie, ubrani w smokingi po starszych braciach, w towarzystwie dziewczyn wystrojonych w sukienki do kolan. Bal maturalny w wojskowej graciarni.

Zapowiadało się na dobrą zabawę. Poza tym i tak nie mieliśmy nic innego do roboty. Po krótkiej dyskusji postanowiliśmy dołączyć do zabawy. Do diabła, nigdy nie byłem na balu maturalnym!

Kiedy już kończyliśmy wyładowywać broń, przyszedł do nas dowódca kompanii. Najpierw przez chwilę patrzył na dzieciaki podjeżdżające pod dom, potem spojrzał na nas, a w jego głowie zabrzęczał dzwonek alarmowy.

- O cholera, nie - mruknął do siebie. Potem stanął między nami a domem i oświadczył: - Chyba muszę powiedzieć to wprost: ta impreza nie jest dla was!

I na tym sprawa się skończyła. To wspomnienie wywołało całą lawinę obrzydliwych, obleśnych komentarzy. George kręcił tylko głową i mówił:

- Jesteście chyba najordynarniejszą bandą żołnierzy, jaką kiedykolwiek spotkałem.

Oddział uznał to za komplement. Posypały się opowieści o wyjściach na przepustkę w Manili i Bangkoku. Chłopcy ryczeli ze śmiechu i próbowali przebijać się nawzajem kolejnymi historiami. Stopniowo jednak rozmowa przechodziła od sprośnych i lekkich tematów do rzeczy poważniejszych. Wyglądało to tak, jakbyśmy zataczali coraz ciaśniejsze kręgi wokół prawdziwego powodu, dla którego się tutaj znaleźliśmy. Odrobina po odrobinie każdy z obecnych odsłaniał prawdę o sobie. Mark był Teksańczykiem, urodził się po to, by nosić karabin snajperski. Joe służył w wojsku dłużej niż ktokolwiek z nas, prawie dwadzieścia lat. Mówił chrapliwym głosem, jak zawsze trzymając w ustach odrobinę tytoniu, miał surowe spojrzenie zaprawionego w bojach weterana. Andy, dowódca naszej jednostki, mówił z kolei łagodnie i cicho. Nie rwał się do rozmowy, wolał słuchać i przyglądać się innym z cierpkim uśmiechem na twarzy. Nigdy nie chwalił ani nie krytykował naszych poczynań, po prostu pozwalał nam być sobą. Kiedy go poznałem, wyczułem w nim bratnią duszę. Od tego czasu właściwie niewiele się o nim dowiedziałem, zrozumiałem jedynie, że w razie potrzeby potrafił wydobyć z nas to, co najlepsze. Nigdy nie wrzeszczał, nie próbował nas zastraszać. Wystarczyło mu kilka słów, by osiągnąć zamierzony rezultat. Wierzył w talent i umiejętności swoich ludzi.

- Studiowałem psychologię - opowiadał George, przejmując butelkę od Joego. - W połowie drugiego roku postanowiłem się zorientować, co będę mógł potem robić. Powiedzieli mi, że mogę zostać szkolnym pedagogiem w liceum.

Pod nocnym niebem przemknęła kolejna para samolotów. George poczekał, aż ucichną w oddali.

- Powiedziałem sobie wtedy, że mam to w dupie. Wyobrażacie sobie, jak pouczam dzieciaki z liceum i mówię im, co mają robić? Zrozumiałem wtedy, że to wszystko to jakaś kolosalna strata czasu. Wróciłem do domu. Zaciągnąłem się do wojska. Dziewiętnaście dni później byłem już na obozie szkoleniowym. Budzę się rano i widzę gębę jakiegoś kolesia, który na mnie wrzeszczy. Od razu pomyślałem: "Kurwa, to jednak był błąd".

- W którym byłeś batalionie? - spytał go Pat.

- Na Okinawę pojechałem z Drugim Rozpoznawczym, a do Iraku z Trzecim.

Naprzeciwko George'a siedział Billy, jeden z naszych szturmowców. Uwielbiał chodzić na siłownię, był wielki i potężnie zbudowany. Wyglądał jak obrońca drużyny futbolu amerykańskiego.

- Gdzie służyłeś w Iraku? - spytał z charakterystycznym akcentem z Florydy.

- Prowincja Salah ad-Din.

Billy skinął głową. Zaczęli rozmawiać o Iraku, dzielili się różnymi opowieściami, a my słuchaliśmy ich w milczeniu. Billy miał rudawozłote włosy i roztaczał wokół siebie aurę twardziela, która od początku budziła we mnie strach. Na ­dodatek traktował mnie z jeszcze większą rezerwą niż pozostali żołnierze jednostki. Starałem się nie wchodzić mu w drogę.

Mark przerwał im nagle, mówiąc:

- Nigdy nie byłem na froncie, ale kiedy pracowałem w Dallas, musiałem włazić w różne naprawdę paskudne dziury.

- Bez urazy, stary - odparł Billy - ale żule z Teksasu to nie to samo co pięćdziesięcioletni twardziele, którzy spędzili pół życia na wojnie.

- Jasne, masz rację - parsknął Mark.

- Ci faceci to prawdziwi wojownicy, Mark - dorzucił ­George.

Mark zignorował go i zaczął mówić o swojej policyjnej pracy w Dallas. George i Billy nie wydawali się szczególnie poruszeni. Cicho, rzeczowym tonem, jakim mógłby przemawiać księgowy odczytujący liczby ze sprawozdania, Billy opowiadał o starciu w Iraku i o tym, jak musiał wyciągać rannego przyjaciela z linii ognia. Jego towarzysz broni zmarł mu na rękach, choć Billy do końca próbował go ratować. Później został za to odznaczony Srebrną Gwiazdą.

- Coś mi się wydaje, że dają te ordery na pocieszenie, żeby człowiek tak bardzo się tym wszystkim nie przejmował - powiedział George. Wstał, podszedł do styropianowej lodówki, wyjął z niej kolejne piwo i wrócił na miejsce. Siadając na swoim krzesełku, dodał: - Mnie przytrafiło się to samo. Gratulacje z okazji paskudnego dnia! Proszę, w nagrodę dostajesz Brązową Gwiazdę.

Rozmowa na moment ucichła. Wszyscy wyraźnie spoważnieli, a gdy powiodłem wzrokiem po twarzach mężczyzn siedzą­cych wokół ogniska, w końcu uświadomiłem sobie, co się tu dzieje. Tylko kilku z nas znało się wcześniej, przed sformowaniem tej jednostki. Tego wieczora chcieliśmy wreszcie wybadać się nawzajem, dowiedzieć, jakie doświadczenia i poglądy wnosimy do tej wspólnoty. Zwiadowcy piechoty morskiej wiedzą, że ich życie zależy od towarzyszy. Jedno słabe ogniwo może zabić wszystkich. Ten moment w Dixie Valley miał się stać pomostem, który doprowadzi nas do wzajemnego zrozumienia.

Butelka wykonywała kolejne okrążenie, gdy George powiedział:

- 10 sierpnia 2008.

Czekaliśmy, aż wyjaśni znaczenie tej daty.

- Przeszukiwaliśmy osiedla nad jeziorem As-Sarsar. Dwanaście godzin. Kopniak w drzwi, pusto. Idziemy dalej, następny dom. Kopniak w drzwi, nic. Wyzerować, powtórzyć. Pod koniec dnia byliśmy wykończeni. Podjechaliśmy do miejsca, które wyglądało na opuszczone. Budynek w kształcie litery L. Chcieliśmy zostać tam na noc. Zatrzymaliśmy auta, a dowódca dał znak do wejścia. Chłopaki wywaliły kopniakiem drzwi i nadziały się na ośmiu powstańców. Karabiny maszynowe PKM. Kamizelki z materiałami wybuchowymi. Kałasznikowy. Trafili dowódcę piętnaście razy. Odstrzelili mu tył głowy. Umarł natychmiast, na progu. Dwaj kolejni dostali, kiedy próbowali go odciągnąć.

Mark słuchał w milczeniu, nie odrywając wzroku od ­George'a.

- Wyskoczyli z tego budynku prosto na nas.

- Cholera... - mruknął ktoś przy ognisku.

- Zeskoczyłem ze swojego hummera, wyszedłem zza osłony, a tu z budynku wypada następny dupek. Rzuca granat i biegnie prosto na mnie. Widzę, że ma na sobie kamizelkę. Był nie więcej niż sześć metrów ode mnie, kiedy ją zdetonował.

- Więc jak to się stało, że jesteś tu z nami? - spytał Pat.

- To był tylko ładunek burzący, bez odłamkowych. Facet po prostu wyparował. A ja zgłupiałem. Rozumiecie? Stałem tam, patrzyłem i myślałem sobie: "Ja pierdzielę, ten gość nie żartował". Nie zostały po nim nawet buty. W mój pojazd trafiło siedemdziesiąt kul. Tak gęsto do nas strzelali. W pewnej chwili z budynku wybiega następny koleś, prosto na nasze siedmiotonowe auta. Mówię wam, zanim ktokolwiek go trafił, był już przy drzwiach. Nasz kierowca tylko się gapi, kiedy ten wariat próbuje otworzyć drzwi, ale nie może znaleźć klamki, bo jest dla niego za nisko.

Kilku żołnierzy siedzących przy ognisku skinęło ze zrozumieniem głowami. George mówił dalej.

- No więc facet w końcu się poddaje i wysadza kamizelkę. Ładunek wybucha, ale nie robi krzywdy kierowcy. Głowa, ręka i ramię wylatują w górę i lądują między mną i jednym z moich kumpli, który patrzy na mnie i mówi: "Ja pierdolę, stary! Ten czarnuch właśnie się wysadził!".

Spojrzałem na Marka, ale jego twarz była jak wykuta z kamienia, nie zdradzała żadnych emocji.

- W końcu rozwaliliśmy ten budynek, zawalił się tym gnojom na głowy. Ale bili się dalej w ruinach, nie ściemniam. Próbowałem podbiec tam, gdzie wcześniej były drzwi, ale ktoś rzucił we mnie granatem. Wybuchł parę metrów przede mną, prawie między moimi nogami. Zwalił mnie na ziemię. Leżałem ogłuszony i zastanawiałem się, co się właściwie stało, kiedy podszedł do mnie jeden z moich kumpli i powiedział: "Nic ci nie jest. Nic ci nie jest". Więc wstałem, podbiegliśmy do resztek drzwi i zaczęliśmy grzebać w gruzach, szukać naszego dowódcy. Ze środka ciągle do nas strzelali, ale znaleźliśmy go. Zacząłem go wyciągać... - Zniżył nieco głos, opowiadając o tym, co stało się potem: - Próbowałem złapać go za kamizelkę, ale... włożyłem mu rękę do głowy. Chwilę później ci gnoje znów rzucają w nas granatem. Przeskaku­jemy z kumplem na drugą stronę resztki ściany i lądujemy jeden na drugim, a granat wybucha zaraz potem. Wracamy do pracy. Ktoś krzyczy: "Ratujcie go! Ratujcie go!". A ja mówię: "Nie żyje". W końcu wyciągamy dowódcę z gruzów, podbiega do nas nasz radiooperator, zaczyna go reanimować. Dokoła świszczą kule. W końcu mówię do radiowca: "Hej, stary, już po nim. Daj spokój".

Butelka ponownie dotarła do George'a. Pociągnął łyk, podał ją dalej i powiedział:

- Wycofaliśmy się, wezwaliśmy lotnictwo. Zrzucili bombę i roznieśli wszystko na kawałki. Kiedy tam wróciliśmy, dwaj kolesie jeszcze żyli. Zaczęli do nas strzelać, więc wrzuciliśmy im trochę C4 i wykończyliśmy ich. Okazało się, że wpadliśmy prosto na komórkę bojowników zza granicy. Otoczyli całe to miejsce minami. Mieli pieniądze, zapas kamizelek wybuchowych, kupę broni i komputery. Faceci z wywiadu w Al-Falludży mówili, że już dawno nie widzieli czegoś podobnego.

George umilkł, co nie zdarzało się często. Pat wtrącił:

- Zawsze chodzi o braterstwo broni. Prześwietli cię na ­wylot.

- Tak. Zgadza się. Ale nauczyłem się, że nie walczysz tam o te wszystkie piękne hasła, o których mówią nam w domu. Jesteś tam dla tych, którzy stoją obok ciebie. Jeśli nie będziecie trzymać się razem, nie wygracie. Jeśli nie wyłożysz wszystkich kart na stół, reszta będzie miała z tobą duży problem.

Pat skinął głową.

- Jeżeli nie obchodzą cię ludzie dokoła ciebie, twoje umiejętności nic nie znaczą.

- To prawie coś duchowego - dodał cicho George.

Właśnie w takie wieczory buduje się tę więź. Postronny obserwator widziałby tylko, jak razem pijemy i opowiadamy dziwne rzeczy. Ale to jedynie punkt wyjścia. Alkohol pomógł nam przełamać bariery, jakimi otaczają się samce alfa, i dotrzeć do tego, kim jesteśmy naprawdę. Widziałem, jak odbywało się to właśnie tamtego wieczora, gdy ocenialiśmy się nawzajem.

Butelka whisky znów trafiła w moje ręce. Gdy podniosłem ją do ust, nagle uwaga wszystkich skupiła się na mnie. Poczułem się nieswojo, bo do tej pory robiłem wszystko, żeby nie rzucać się w oczy. Chłopcy zaczęli mnie wypytywać o moje zadania jako JTAC jednostki, może zaciekawieni tym, co George mówił o bombie zrzuconej na budynek rebeliantów.

- JTAC w mojej ostatniej jednostce to był leniwy gnojek. Nie mieliśmy z niego żadnego pożytku.

Milczałem. Podczas szkolenia miałem okazję poznać wielu różnych kontrolerów. Niektórzy byli skrupulatni i wytrwali, inni szybko się poddawali. Niektórzy mieli do tego prawdziwy talent i stanowili ogromne wzmocnienie swoich jednostek. Potrafili wezwać gniew boży - rakiety, bomby, uzbrojone AC-130 i lancery B-1 - by z niewiarygodną precyzją zmieść cel z powierzchni ziemi. Dzięki JTAC jednostka piechoty morskiej do operacji specjalnych (MSOT) ma dostęp do takiej siły ognia, o jakiej podczas wcześniejszych konfliktów jednostki naziemne mogły tylko marzyć. Wystarczy popracować trochę z radiem i komputerem, a niebo zwali się wrogom na głowę, choćby byli nie wiem jak dobrze ukryci.

- Jak szybko możesz sprowadzić bomby na cel, Ski? - spytał Mark.

Próbowałem opisać ten proces. Samoloty mogły już czekać w powietrzu, na wypadek gdybyśmy ich potrzebowali. Utrzymywałbym z nimi kontakt od momentu, gdy znajdą się w naszym obszarze działań (area of operations, AO), gdzie będą krążyć w oczekiwaniu na sygnał do ataku. W takiej sytuacji bomby spadłyby na cel w ciągu kilku minut od naszego wezwania. Jednak gdybyśmy w przypadku jakiejś konkretnej misji nie mieli przydzielonego wsparcia lotniczego, a znaleźlibyśmy się w kłopotach, skontaktowałbym się za pomocą SATCOM (łączności satelitarnej) z dowództwem, a ono w miarę możliwości przysłałoby nam samoloty znajdujące się najbliżej tego miejsca. Wszystko zależałoby od ogólnej sytuacji w Afganistanie - może nikt nie mógłby przyjść nam z pomocą, a może czekalibyśmy około czterdziestu pięciu minut, aż jakiś samolot wystartuje z lotniska w Bagram albo w Kandaharze i doleci do nas.

Skończyłem ten krótki wykład zapewnieniem:

- Wierzcie mi, jeśli wpakujemy się w jakieś gówno, samo­lot na pewno przyleci. Nie wiadomo tylko, jak długo to ­potrwa.

- Wiesz, z jakimi samolotami będziemy współpracowali? - spytał ktoś inny.

- Z wszystkimi rodzajami od bombowców B-1 po drony. To nie ma znaczenia. JTAC mogą pracować ze wszystkim. Nawet z wojskami innych państw NATO.

- Chcesz powiedzieć, że Francuzi mogliby nam udzielić wsparcia lotniczego?

- Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, kto akurat będzie pod ręką. System wsparcia lotniczego jest w tym wypadku ujednoli­cony.

Posypały się kolejne pytania, między innymi o mój sprzęt radiowy i mały laptop, który wyciągałem z torby na każdym patrolu. Starałem się udzielać prostych i jednoznacznych odpowiedzi. Byłem jeszcze nowicjuszem, dopiero co ukończyłem kurs dla JTAC w Norfolk w stanie Wirginia. Jako nowo przybyły kontroler po przyjeździe do Afganistanu musiałem otrzymać uwierzytelnienie i sygnał wywoławczy. Wiedziałem, że to czyni ze mnie wielką niewiadomą i że będę musiał dopiero udowodnić swoją wartość w konkretnym działaniu. Starałem się sprawiać wrażenie pewnego siebie, choć w rzeczywistości czułem ogromny niepokój. JTAC musi wykonywać wiele zadań jednocześnie i jest obarczony ogromną odpowiedzialnością. Wystarczy jeden fałszywy krok, jeden błąd, a bomba trafi w niewłaściwe miejsce, co zwykle oznacza, że zginą niewinni ludzie. Wolałem nie mówić o tym swoim nowym kumplom, którzy właśnie próbowali wyrobić sobie zdanie na mój temat. Nie mówiłem im też, że mam lekką dysleksję i czasami mylą mi się liczby, co przy zapisywaniu współrzędnych mogło się naprawdę fatalnie skończyć. Dlatego podczas ćwiczeń i próbnych bombardowań wyrobiłem sobie nawyk trzykrotnego sprawdzania danych.

Nagle spojrzał na mnie George. Było to o tyle niezwykłe, że do tej pory kompletnie mnie ignorował. Widziałem, jak przygląda mi się z drugiej strony ogniska i intensywnie się nad czymś zastanawia.

- Ski, o co, kurwa, chodzi z tym gównianym napisem na twoim karku?

Mówił o hinduskim tatuażu KRSNA, który zrobiłem sobie w Colorado, nim wstąpiłem do piechoty morskiej. Wcześniej pytało mnie o to wielu innych żołnierzy. Wstąpiłem do służby wkrótce po 11 września, ale właśnie z tego powodu nigdy nie czułem się tu u siebie. Byłem wiecznym outsiderem. Wyrzutkiem. Z pewnością nie pasowałem do wizerunku typowego marine.

- Jak to się stało, że trafiłeś do wojska, Ski? - spytał ­George. - Wyglądasz mi na jakiegoś zwariowanego hipisa, który zabłądził gdzieś na drodze do duchowego zbawienia i skończył w armii.

- Czy Budda nie ma nic przeciwko zrzucaniu bomb na ludzi? - dodał Billy.

Jeśli nie wyłożysz wszystkich kart na stół, ludzie będą mieli z tobą problem.

Pomyślałem, że albo zaryzykuję i wyznam prawdę, albo nigdy nie dołączę do tego braterstwa. Od wypitego alkoholu kręciło mi się w głowie. Było już dobrze po północy. Gdzieś w oddali pod niebem wciąż uwijały się myśliwce ćwiczące walkę powietrzną.

- Zrobiłem sobie ten tatuaż przed 11 września - powiedziałem. - Wychowałem się w rodzinie irlandzkich katolików na północnym wschodzie, ale instytucjonalna religia jakoś mi nie pasowała. Czułem, że mnie ogranicza, że ma zwodnicze intencje. Kiedy byłem dzieciakiem, uświadomiłem sobie, że chodzenie do kościoła jest dla ludzi, którzy nie mają żadnych zasad moralnych, którym trzeba mówić, jak należy być dobrym. Otaczało mnie wielu takich ludzi. Potem, w połowie lat dziewięćdziesiątych, zacząłem się interesować hinduizmem. To duchowość bez sztywnych zasad. Osobista. Uznaje, że nie ma tylko jednej ścieżki, i pozwala ci przyjmować inne punkty widzenia. Tak naprawdę wierzę po prostu, że istnieje jakaś siła wyższa.

- A ten napis na ręce naprawdę oznacza: "Zabij białasa"? - spytał Pat.

Pokręciłem głową.

- Nie. "Pokój".

Kilka osób spojrzało na mnie ze zdumieniem.

- To jak, kurwa, taki facet jak ty trafił do wojska?

- Posłuchaj, zawsze byłem skupiony na sobie, żyłem we własnym świecie, rozumiesz? Wychowałem się w nieciekawej okolicy. Zacząłem ćpać, wpadłem w kłopoty. Miałem w dupie szkołę. Matka była narkomanką, wiecznie na zasiłku.

- No i...? - dopytywał się George.

- Po szkole średniej zrozumiałem, że jeśli nie wyrwę się z Levittown, skończę na dnie, nigdy stamtąd nie ucieknę. Dostałem pracę w mleczarni. Odkładałem każdy grosz, aż uzbierałem tyle, że mogłem wyjechać do Colorado. Zacząłem od nowa. Potem nadszedł 11 września. Pracowałem wtedy w innej mleczarni, mieszkałem ze swoją dziewczyną Sabriną. Zadzwonili jej krewni z Nowego Jorku. Powiedzieli nam, co się dzieje. Włączyłem telewizor i zobaczyłem, jak wali się druga wieża. Tragiczna historia rozgrywała się na oczach całego świata.

Podniosłem wzrok znad ognia. Wszyscy wpatrywali się we mnie z uwagą. To była właśnie ta chwila, kiedy mogli wyrobić sobie zdanie o swoim nowym JTAC, facecie, który w czasie prawdziwej walki mógł ich uratować - lub skazać na zagładę. Jesteśmy specjalistami podległymi MARSOC, przydzielanymi do jednostek według potrzeby. Dołączamy do danego oddziału tylko na jedną turę, więc za każdym razem chłopaki wyjeżdżają za granicę z innym kontrolerem. Dlatego trudno nam zdobyć ich zaufanie - mamy na to tylko jeden pełny cykl.

- Wyszedłem na zewnątrz i wywiesiłem amerykańską flagę przed moim mieszkaniem. Wtedy chyba po raz pierwszy poczułem się częścią czegoś większego. Rozumiecie mnie?

Odpowiedziały mi potakujące skinienia głów.

- Więc jesteś wrześniowym żołnierzem - mruknął Joe.

- Zawsze miałem politykę w dupie. Nie obchodziło mnie, co się dzieje za granicą. Ale to było co innego. Nie chciałem się nigdy znaleźć w sytuacji, kiedy dzieciak po powrocie ze szkoły spyta mnie, co zrobiłem po 11 września, a ja będę musiał przyznać, że nic. Poprosiłem o przydział do piechoty. Przydzielili mnie do artylerii. Chciałem pojechać do Afganistanu i zrobić, co do mnie należy, ale wysłali mnie do Iraku, dwa razy.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.