1.
Pewnego ranka spacerowałam z babcią po lesie. Wokół niezwykłe piękno i spokój. Byłam wtedy małą, zaledwie czteroletnią dziewczynką. Nagle
dostrzegłam coś bardzo dziwnego - linię biegnącą w poprzek drogi. Tak
mnie zaciekawiła, że podeszłam bliżej. Chciałam jej dotknąć. W tym
momencie babcia tak głośno krzyknęła. Zapadło mi to w pamięć. Przez
drogę sunął ogromny wąż.
Wtedy po raz pierwszy w życiu naprawdę odczułam strach - nie miałam
jednak pojęcia, czego powinnam się bać. Właściwie przestraszyłam się
głosu babci. A wąż szybko odpełzł dalej.
To niesamowite, jak rodzice i inne osoby z otoczenia zasiewają w człowieku strach. Na początku jest się tak niewinnym, nieświadomym.
Fot. 1. Ja w Belgradzie, 1951
Pochodzę z mrocznego miejsca. Z powojennej Jugosławii okresu od połowy
lat czterdziestych po połowę siedemdziesiątych. Komunistycznej dyktatury
pod wodzą marszałka Tity. Szarej, monotonnej, z wiecznym niedoborem
praktycznie wszystkiego. Komunizm i socjalizm łączy rodzaj estetyki
opartej na czystej brzydocie. Belgradowi mojego dzieciństwa brakowało
nawet monumentalizmu moskiewskiego placu Czerwonego. Wszystko wyglądało,
jakby było z drugiej ręki. Jakby przywódcy patrzyli przez pryzmat
cudzego komunizmu i budowali coś gorszego, mniej funkcjonalnego i bardziej popieprzonego.
Nie zapomnę przestrzeni publicznych - malowano je przybrudzoną zielenią,
a nieosłonięte żarówki rzucały sinoszare światło, które jakby
zaciemniało widok. Połączenie takiego oświetlenia i barwy ścian nadawało
skórze żółtawozielonkawy odcień spotykany u osób z chorą wątrobą.
Wszelkie działanie rodziło poczucie ucisku i niejakiego przygnębienia.
Mnóstwo rodzin zamieszkiwało ogromne, szkaradne bloki. Młodzi nie mieli
szans na własne mieszkania, więc każde mieściło kilka pokoleń -
dziadków, nowożeńców, a później ich potomstwo. Prowadziło to do
nieuniknionych problemów - rodziny gnieździły się przecież w okropnej
ciasnocie. Spragnionym seksu młodym pozostawały jedynie park lub kino. A szansa na kupienie czegoś nowego czy ładnego była naprawdę znikoma.
W czasach komuny krążył taki dowcip: facet odchodzi na emeryturę i w nagrodę za wyróżniającą się pracę dostaje zamiast zegarka nowy samochód.
W biurze dowiaduje się, że naprawdę wyjątkowy z niego szczęściarz -
dostanie go w określonym terminie, już za dwadzieścia lat.
- Rano czy po południu? - pyta facet.
- Co za różnica? - dziwi się urzędnik.
- Tego dnia mam jeszcze hydraulika - odpowiada emeryt.
Moja rodzina nie musiała tego wszystkiego znosić. Rodzice byli
bohaterami wojennymi - walczyli z nazistami w jugosłowiańskiej
partyzantce komunistów z Titą na czele, więc po wojnie zostali
prominentnymi członkami partii i objęli wysokie stanowiska. Ojca
powołano w szeregi elitarnej ochrony marszałka Tity, a matka kierowała
instytutem nadzorującym zabytki i zaopatrującym państwowe budynki w dzieła sztuki. Była także dyrektorem Muzeum Sztuki i Rewolucji. Dlatego
mieliśmy sporo przywilejów. Zajmowaliśmy duże mieszkanie w centrum
Belgradu, przy ulicy Macedońskiej 32. Wielki zabytkowy budynek z lat
dwudziestych XX wieku miał elegancki wystrój, witraże i zdobienia z kutego żelaza, przez co przypominał paryskie kamienice. Mieliśmy dla
siebie całe piętro - siedem pokojów dla czteroosobowej rodziny:
rodziców, młodszego brata i mnie. W tamtych czasach było to niesłychaną
rzadkością. Cztery sypialnie, jadalnia, ogromny salon (tak nazywaliśmy
pokój dzienny), kuchnia, dwie łazienki i pokój służącej. W salonie stały
regały pełne książek i wielki czarny fortepian, a całe ściany obwieszone
były obrazami. Ponieważ matka kierowała Muzeum Rewolucji, mogła
odwiedzać malarzy i kupować ich płótna - prace malowane pod wpływem
Cézanne'a, Bonnarda czy Vuillarda, a także liczne abstrakcje.
Fot. 2. Moi rodzice, Danica i Vojin Abramoviciowie, 1945
W młodości uważałam nasze mieszkanie za szczyt luksusu. Później
odkryłam, że kiedyś należało ono do zamożnej żydowskiej rodziny i zostało skonfiskowane podczas hitlerowskiej okupacji. Z czasem
zorientowałam się też, że obrazy, którymi matka zapełniła mieszkanie,
bynajmniej nie należały do arcydzieł. Spoglądając w przeszłość,
dostrzegam, że - z tych i innych przyczyn - nasz dom był naprawdę
okropnym miejscem.
Matka, Danica, i ojciec, Vojin zwany Vojem, przeżyli podczas II wojny
światowej wspaniały romans. Niesamowita historia - ona była piękna, on
przystojny, a każde ocaliło drugiemu życie. Matka była majorem i dowodziła oddziałem działającym na linii frontu, który odpowiadał za
odszukiwanie i ratowanie rannych partyzantów. Kiedyś, podczas
niemieckiego natarcia, zapadła na tyfus i leżała wśród ciężko rannych -
nieprzytomna, z wysoką gorączką, nakryta kocem po czubek głowy.
Z pewnością by umarła, gdyby nie słabość ojca do kobiet. Kiedy dojrzał
spływające spod koca długie włosy, zwyczajnie nie zdołał się powstrzymać
przed uchyleniem nakrycia. A gdy zobaczył, jak urodziwa dziewczyna się
pod nim kryje, przetransportował ją w bezpieczne miejsce w pobliskiej
wsi, gdzie wyzdrowiała dzięki troskliwym chłopom.
Pół roku później wróciła na front, by znów zająć się odstawianiem
rannych do szpitala. W jednym z ciężko rannych natychmiast rozpoznała
mężczyznę, który ocalił jej życie. Ojciec śmiertelnie się wykrwawiał, a brakowało krwi do transfuzji. Matka odkryła jednak, że ma tę samą grupę,
oddała krew i uratowała mu życie.
Zupełnie jak w bajce. Później wojna znów ich rozdzieliła.
Odnaleźli się jednak, a po zakończeniu działań wojennych pobrali.
Dołączyłam do nich ponad rok później - 30 listopada 1946.
Noc przed rozwiązaniem matce śniło się, że rodzi olbrzymiego węża.
Następnego dnia, gdy przewodniczyła zebraniu partyjnemu, odeszły jej
wody. Odmówiła przerwania posiedzenia i dopiero po jego zakończeniu
pojechała do szpitala.
Przyszłam na świat przedwcześnie, a poród okazał się dla matki bardzo
ciężki. Część łożyska pozostała w macicy i rozwinęła się sepsa. Matka
znów była o włos od śmierci; niemal przez rok musiała przebywać w szpitalu. Przez pewien czas po powrocie do domu praca i wychowywanie
mnie sprawiały jej sporą trudność.
Początkowo zajmowała się mną nasza pomoc domowa. Byłam chorowitym
niejadkiem - istna skóra i kości. Gosposia miała syna w tym samym wieku,
który zjadał wszystko, co po mnie zostało. Wyrósł na ogromnego grubasa.
Gdy odwiedziła nas babcia Milica, matka matki, na mój widok wpadła w przerażenie. Natychmiast zabrała mnie ze sobą i pozostałam u niej do
szóstego roku życia, do narodzin brata. Rodzice przyjeżdżali do mnie
jedynie w weekendy. Traktowałam ich jak dwoje nieznajomych, którzy
zjawiają się raz w tygodniu i przywożą nietrafione prezenty.
Podobno we wczesnym dzieciństwie nie lubiłam chodzić. Kiedy babcia
wybierała się na rynek, sadzała mnie przy kuchennym stole i tam po
powrocie znajdowała. Nie wiem, z czego to wynikało, być może z tego, że
przechodziłam z rąk do rąk. Nie miałam swojego miejsca i sądziłam
pewnie, że jeśli gdzieś pójdę, znów będę musiała je zmienić.
W małżeństwie rodziców niemal natychmiast zaczęło się psuć, chyba
jeszcze zanim przyszłam na świat. Połączyła ich niesamowita miłość i wzajemna atrakcyjność - krótko mówiąc, seks - lecz jednocześnie tyle ich
dzieliło. Matka pochodziła z bogatej rodziny i była intelektualistką;
studiowała w Szwajcarii. Pamiętam, jak babcia wspominała, że gdy matka
opuściła dom, by dołączyć do partyzantów, wzięła jedynie stare chłopskie
buciory, pozostawiając sześćdziesiąt par innych butów.
Rodzina ojca należała do ubogich, lecz bohaterskich. Dziadek był majorem
odznaczonym za zasługi w boju, a ojca jeszcze przed wojną więziono za
komunistyczne poglądy.
Dla matki komunizm był abstrakcyjną ideą, czymś, co odkryła w Szwajcarii, ucząc się o Marksie i Engelsie. Jej udział w partyzantce
wynikał z idealizmu czy nawet chęci podążania za modą. W przypadku ojca
był jedynym możliwym wyborem - pochodził przecież z biednej, a przy tym
wojowniczej rodziny. Był prawdziwym komunistą. Wierzył, że komunizm to
sposób na zmianę systemu klasowego.
Matka uwielbiała balet, operę i koncerty muzyki klasycznej. Ojciec
przepadał za pieczonymi prosiakami i popijawami ze starą partyzancką
bracią. Mieli więc ze sobą niewiele wspólnego, co skończyło się bardzo
nieszczęśliwym małżeństwem. Nieustannie się kłócili. Do tego dochodziła
jeszcze słabość ojca do płci pięknej, dzięki której zresztą poznał
matkę.
Od początku małżeństwa nie udawało mu się dochować wierności. Matka
nienawidziła tego i wkrótce przeniosła to uczucie na ojca. A ja, rzecz
jasna, byłam tego wszystkiego nieświadoma - mieszkałam przecież u babci.
Gdy miałam sześć lat, urodził się mój brat Velimir i wróciłam do domu
rodziców. Nowi opiekunowie, dom i brat - wszystko naraz. Niemal
natychmiast poczułam się nieszczęśliwa.
Pamiętam, że chciałam wrócić do babci, bo czułam się tam tak
bezpiecznie, tak spokojnie. Jej poranne i wieczorne rytuały nadawały
dniom swoisty rytm. Babcia należała do głęboko wierzących i całe jej
życie kręciło się wokół cerkwi. Codziennie o szóstej rano, po wschodzie
słońca, zapalała świecę i odmawiała modlitwę. Powtarzała to także o szóstej wieczorem. Do szóstego roku życia codziennie towarzyszyłam jej w cerkwi. Poznałam imiona rozmaitych świętych i ich historie. Dom babci
zawsze wypełniał zapach kadzidła i świeżo palonej kawy. Wypalała zielone
ziarna i własnoręcznie je mieliła. Jej dom dawał mi ogromne poczucie
spokoju.
Gdy przeniosłam się do rodziców, brakowało mi tych rytuałów. Rodzice
budzili się rano tylko po to, by przepracować cały dzień, i zostawiali
mnie pod opieką pomocy domowych. Na dodatek byłam bardzo zazdrosna o brata. Jako chłopiec natychmiast stał się ulubieńcem. Na Bałkanach tak
po prostu jest. Dziadkowie ze strony ojca mieli siedemnaścioro dzieci,
lecz babcia trzymała jedynie zdjęcia synów. Narodziny mojego brata
potraktowano jak wielkie wydarzenie. Później dowiedziałam się, że o moim
przyjściu na świat ojciec nikomu nawet nie powiedział. Velimirem
natychmiast pochwalił się przyjaciołom, z którymi wspólnie świętował,
pijąc, strzelając w powietrze i szastając pieniędzmi.
Co gorsza, brat zapadł wkrótce na dziecięcą epilepsję - ataki sprawiały,
że wszyscy koncentrowali się na nim, obdarzając go jeszcze większą
uwagą. Kiedyś, gdy nikt nie widział (miałam wtedy sześć lub siedem lat),
spróbowałam wykąpać brata i niemal go utopiłam - włożyłam go do wanny i plum - zniknął pod wodą. Gdyby babcia w porę nie wyłowiła Velimira,
byłabym jedynaczką.
Fot. 3. Z ciotką Kseniją, babcią Milicą i bratem Velimirem, 1953
Oczywiście zostałam ukarana. Karano mnie często, za najdrobniejsze
przewinienia, niemal zawsze cieleśnie - biciem, klapsami lub
policzkowaniem. Dyscyplinowały mnie matka albo jej siostra Ksenija,
która na jakiś czas się do nas wprowadziła - nigdy ojciec. Biły na
kwaśne jabłko; chodziłam cała posiniaczona. Czasami jednak uciekały się
do innych metod. W mieszkaniu mieliśmy wnękową szafę na ubrania, bardzo
ciemną i głęboką - w języku serbsko-chorwackim określaną słowem
plakar. Drzwi zlewały się ze ścianą i nie miały gałki; by je otworzyć,
wystarczyło pchnąć. Szafa fascynowała mnie, a jednocześnie przerażała.
Nie wolno mi było wchodzić do środka. Czasami jednak, kiedy coś zbroiłam
- albo gdy matka lub ciotka uznały, że byłam niegrzeczna - za karę mnie
tam zamykały.
Okropnie się bałam ciemności. Ale plakar zamieszkiwały duchy -
świetliste, bezkształtne i milczące istoty, które bynajmniej nie
wydawały mi się straszne. Rozmawiałam z nimi. Ich obecność odczuwałam
jako zupełnie naturalną. Stanowiły po prostu część mojej rzeczywistości,
mojego życia. Znikały, gdy tylko zapalałam światło.
Jak już wspomniałam, ojciec był bardzo przystojnym mężczyzną - o surowych, wyrazistych rysach, z gęstą i bujną czupryną. Miał twarz
bohatera. Na zdjęciach z czasów wojny prawie zawsze dosiada białego
konia. Walczył w 13. Dywizji Czarnogórskiej, grupie partyzantów, która
przeprowadzała błyskawiczne ataki na Niemców. Wymagało to niesamowitej
odwagi. W trakcie walk stracił wielu przyjaciół.
Jego najmłodszy brat wpadł w ręce nazistów, którzy zamęczyli go na
śmierć, a oddział partyzancki ojca złapał i przyprowadził mu żołnierza,
który go zabił. Ojciec nie zastrzelił Niemca. "Nikt już nie wskrzesi mi
brata" - powiedział, po czym wypuścił tego żołnierza. Był wojownikiem i kierował się w walce głębokim poczuciem etyki.
Fot. 4. Vojo w dniu wyzwolenia Belgradu, 1944
Ojciec nigdy mnie za nic nie ukarał, nigdy nie uderzył i za to go
pokochałam. I choć często wyjeżdżał ze swoją jednostką, gdy mój brat był
jeszcze niemowlęciem, stopniowo się do siebie zbliżyliśmy. W końcu
zostaliśmy z Vojem najlepszymi przyjaciółmi. Zawsze starał się sprawić
mi przyjemność - pamiętam, że zabierał mnie do wesołego miasteczka i kupował słodycze.
Rzadko wychodziliśmy we dwoje. Zwykle szła z nami jedna z jego
przyjaciółek, które obsypywały mnie cudownymi prezentami. Przynosiłam je
do domu, promieniejąc szczęściem, i chwaliłam się: "Och, dostałam to
wszystko od takiej pięknej blondynki", na co matka natychmiast wyrzucała
podarki przez okno.
Małżeństwo rodziców przypominało wojnę - nigdy nie widziałam, by się
przytulali, całowali czy obdarzali czułościami. Może to był nawyk z dawnych partyzanckich czasów, ale oboje spali z naładowaną bronią na
nocnych stolikach! Pamiętam, jak kiedyś, podczas jednej z rzadkich
przerw pomiędzy cichymi dniami, ojciec wpadł do domu na obiad, a matka
spytała: "Chcesz zupę?". Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, zaszła go od
tyłu i wylała mu gorącą zawartość talerza na głowę. Ojciec wrzasnął,
odepchnął stół, rozbił wszystkie naczynia w pomieszczeniu i wyszedł.
Między nimi zawsze czuć było napięcie. Nigdy ze sobą nie rozmawiali. Nie
przypominam sobie szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia.
Fot. 5. Z ojcem, 1950
Zresztą i tak ich nie obchodziliśmy. Byliśmy komunistami. Za to babcia,
bardzo religijna, 7 stycznia świętowała prawosławne Boże Narodzenie, co
było zarazem cudowne i straszne. Cudowne, bo przez trzy dni
przygotowywała się do tych uroczystości, przyrządzając tradycyjne
potrawy, dekorując pokoje. Tyle że musiała zaciemniać okna, bo w tym
czasie w Jugosławii obchodzenie Bożego Narodzenia wiązało się z dużym
ryzykiem. Szpicle spisywali nazwiska rodzin zbierających się na święta,
a rząd nagradzał ich za donosy. Moja rodzina schodziła się więc do domu
babci pojedynczo, a uroczystości odbywały się za czarnymi zasłonami.
Nikomu poza babcią nie udało się już wszystkich zgromadzić. A to było
naprawdę piękne.
Podobnie zresztą jak świąteczne tradycje. Co roku babcia przygotowywała
sernik, w którym zapiekała dużą srebrną monetę. Kto na nią natrafił - i nie złamał przy tym zęba - mógł się uważać za szczęściarza. Monetę
trzeba było przechowywać do następnego roku. Babcia obsypywała nas też
ryżem. Kto zebrał najwięcej, dla tego nadchodzący rok miał się okazać
najbardziej pomyślny.
Straszne było to, że rodzice nie rozmawiali ze sobą nawet w Boże
Narodzenie. I to, że co roku dostawałam użyteczne prezenty, które wcale
mi się nie podobały. Wełniane skarpety, książkę, którą musiałam
przeczytać, albo flanelową piżamę. Piżamy były zawsze o dwa rozmiary za
duże - matka przekonywała mnie, że skurczą się po wypraniu, co wcale nie
następowało.
Nigdy nie bawiłam się lalkami. Nigdy ich nie chciałam. I nie lubiłam
zabawek. Wolałam igrać z cieniami przejeżdżających samochodów na murze
albo z wpadającym przez okno promieniem słońca. Światło uwidaczniało
opadające drobinki kurzu, a ja wyobrażałam sobie, że to planety
zaludnione mieszkańcami innych galaktyk, istotami pozaziemskimi, które
odwiedzają nas, podróżując na promieniach słońca. Ponadto miałam też
świetliste zjawy z plakaru. Całe dzieciństwo spędziłam w towarzystwie
duchów i innych niewidzialnych istot. Widywałam cienie i zmarłych.
Jedną z rzeczy, których zawsze najbardziej się bałam, była krew - moja
własna. We wczesnym dzieciństwie, gdy matka z ciotką mnie biły,
chodziłam cała posiniaczona i wciąż krwawiłam z nosa. Później, gdy
wypadł mi pierwszy mleczny ząb, krwawienie nie ustawało przez trzy
miesiące. Musiałam spać na siedząco, żeby się nie zachłysnąć. W końcu
rodzice zaczęli mnie prowadzić do lekarzy, żeby ustalić, co się
właściwie dzieje, i okazało się, że to choroba krwi. Początkowo
podejrzewano białaczkę. Rodzice oddali mnie do szpitala. Spędziłam tam
prawie rok. Miałam wtedy sześć lat i przeżywałam najszczęśliwsze chwile
dzieciństwa.
Wszyscy w rodzinie byli dla mnie tacy mili. Prezenty stały się nagle
trafione. W szpitalu traktowano mnie bardzo dobrze. Czułam się jak w raju. Lekarze zlecali wciąż nowe badania i odkryli, że nie cierpię na
białaczkę, lecz na coś bardziej tajemniczego - prawdopodobnie była to
swego rodzaju psychosomatyczna reakcja na przemoc fizyczną ze strony
matki i ciotki. Spróbowano rozmaitych kuracji i wypisano mnie do domu,
gdzie znów zaczęło się bicie, choć już nieco rzadsze.
Oczekiwano, że będę znosiła tę karę bez słowa skargi. Sądzę, że matka na
swój sposób tresowała mnie tak, żebym stała się żołnierką jak ona.
Komunistka była z niej może niezdecydowana, ale wytrwała. Prawdziwego
komunistę cechuje spartańska determinacja, zdolna przebijać mury. "Co do
bólu, potrafię go wytrzymać", powiedziała Danica w wywiadzie, który
przeprowadziłam z nią u schyłku jej życia. "Nikt nie słyszał, jak
krzyczę z bólu, i nigdy się tego nie doczeka". U dentysty, podczas
wyrywania zębów, uparcie odmawiała znieczulenia.
Nauczyłam się od niej samokontroli i nigdy nie przestałam się jej bać.
Matka miała obsesję na punkcie porządku i czystości - po części z powodu
partyzanckiej przeszłości, choć możliwe, że była to także reakcja na
chaos panujący w jej małżeństwie. Budziła mnie w środku nocy, jeśli
uznała, że leżę niechlujnie, kłębiąc pościel. Do dziś śpię całkowicie
nieruchomo, po jednej stronie łóżka - gdy rano wstaję, wystarczy jedynie
lekko je wygładzić. Gdy nocuję w hotelach, nikt by się nawet nie
domyślił mojej obecności.
Dowiedziałam się też, że to ojciec nadał mi imię - otrzymałam je na
cześć rosyjskiej żołnierki, w której się zakochał podczas wojny. Na jego
oczach rozerwał ją granat. Matka czuła się głęboko urażona przywiązaniem
ojca do tej kobiety i siłą rzeczy przeniosła swą niechęć na mnie.
Maniackie upodobanie porządku Danicy zagnieździło się w mojej
nieświadomości. Nocami prześladował mnie bardzo męczący koszmar związany
z symetrią: we śnie byłam generałem dokonującym inspekcji szeregu
idealnych żołnierzy. Odrywałam jednemu guzik munduru i cały porządek się
burzył. Budziłam się spanikowana. Tak się bałam naruszyć symetrię.
Fot. 6. Matka podczas wizyty delegacji bułgarskiej, Belgrad 1966
W innym powracającym śnie wchodziłam na pokład samolotu, by się
przekonać, że jest zupełnie pusty - nie ma żadnych pasażerów. Pasy
bezpieczeństwa leżały równo na wszystkich fotelach z wyjątkiem jednego.
Ten drobny przejaw dezorganizacji wpędzał mnie w panikę, jakby wynikał z mojej winy. We śnie właśnie ja zawsze ponosiłam odpowiedzialność za
naruszenie symetrii - było to zabronione i jakaś siła wyższa miała mnie
za to ukarać.
Prześladowała mnie myśl, że moje przyjście na świat naruszyło symetrię w małżeństwie rodziców - w końcu to po moich narodzinach ich związek stał
się tak burzliwy i pełen agresji. Matka zresztą przez całe życie miała
mi za złe podobieństwo do ojca, który nas opuścił. Miała obsesję na
punkcie czystości i symetrii, a także na tle sztuki.
Od szóstego czy siódmego roku życia wiedziałam, że chcę zostać artystką.
Matka karciła mnie za mnóstwo rzeczy, lecz do tego zawsze zachęcała.
Sztuka była dla niej świętością. W naszym wielkim mieszkaniu
przydzielono mi więc nie tylko pokój, ale i pracownię malarską. W przeciwieństwie do reszty pomieszczeń zagraconych rozmaitymi
przedmiotami, obrazami, książkami czy meblami moje pokoje cechowała
spartańska prostota. Dbałam o to od wczesnego dzieciństwa. Starałam się,
by nie było w nich nic zbędnego, by pozostały niemal puste. W sypialni
stały jedynie łóżko, krzesło i stół, a w pracowni nie trzymałam niczego
poza sztalugami i farbami.
W pierwszych obrazach odzwierciedlałam swoje sny. Wydawały mi się
bardziej rzeczywiste niż świat, w którym na co dzień funkcjonowałam i który wcale mi się nie podobał. Pamiętam, jak po przebudzeniu
wspomnienia o snach były jeszcze tak silne, że mogłam je spisywać, a następnie malować, używając tylko dwóch kolorów - głębokiej zieleni i granatu, nigdy innych.
Z niewiadomych przyczyn te barwy bardzo mnie pociągały. Zieleń i granat
wypełniały moje sny. Ze starych zasłon w kolorach z moich snów uszyłam
sobie nawet długą rozpinaną suknię.
Fot. 7. W ubraniu uszytym z zasłon, 1960
Z zewnątrz moje życie wyglądało na uprzywilejowane i w pewnym sensie
takie było - w porównaniu z otaczającą mnie ponurą, pełną niedostatku
rzeczywistością komuny żyłam w luksusie. Nie musiałam prać ani prasować
ubrań, gotować ani sprzątać pokoju. We wszystkim mnie wyręczano. A wymagano jedynie, bym się uczyła i osiągała najdoskonalsze wyniki.
Brałam lekcje fortepianu, angielskiego i francuskiego. Matka fascynowała
się kulturą francuską - z tego kraju pochodziło wszystko, co najlepsze.
Byłam nie lada szczęściarą, jednak przy całym komforcie swojego życia
czułam się bardzo samotna. Jedyną wolnością, jaką mogłam się cieszyć,
była wolność artystycznej ekspresji. Pieniędzy na malowanie nigdy mi nie
brakło, za to na ubrania - zawsze, a także na rozmaite inne rzeczy,
których naprawdę pragnęłam jako dorastająca dziewczyna.
Jeśli chciałam kupić książkę, dostawałam ją. Gdy miałam ochotę wybrać
się do teatru, kupowano mi bilet. Zaopatrywano mnie też w płyty z muzyką
klasyczną, kiedy miałam ochotę jej posłuchać. Robiono to jednak nie po
to, by mi całą tę kulturę pokazać, lecz po to, by mi ją na siłę
wepchnąć. Przed wyjściem do pracy matka zostawiała mi na stole karteczki
z poleceniami, ile zdań francuskich powinnam opanować i jakie przeczytać
książki - wszystko już za mnie zaplanowano.
Zgodnie z wolą matki przeczytałam całego Prousta, Camusa i André Gide'a.
Ojciec z kolei życzył sobie, abym zgłębiła literaturę rosyjską. Mimo
przymusu z przyjemnością uciekałam w świat literatury. Podobnie jak w przypadku snów, rzeczywistość przedstawiana w książkach miała na mnie
większy wpływ niż rzeczywistość, w której żyłam.
Gdy czytałam, otoczenie znikało. Nieszczęśliwa rodzina - zgryźliwe
kłótnie rodziców czy smutek babci spowodowany faktem, że wszystkiego ją
pozbawiono - przestawała dla mnie istnieć. Przenikałam w świat
bohaterów.
Fascynowały mnie fabuły pełne skrajności. Uwielbiałam czytać o Rasputinie, którego nie imały się kule - mieszanina komunizmu z mistycyzmem to integralna część mojego DNA. Nie zapomnę też dziwnego
opowiadania Camusa Renegat albo umysł zmącony. Jego bohaterem jest
chrześcijański misjonarz, który zamiast nawracać pustynne plemię,
przyjmuje jego wierzenia. Gdy złamał którąś z panujących w nim zasad,
pozbawiono go języka.
Niezwykle wciągał mnie Kafka. Pochłonęłam Zamek i miałam poczucie, że
naprawdę przeniosłam się do jego świata. Kafka w tajemniczy sposób
wciąga czytelnika w labirynt biurokracji, z którym zmaga się główny
bohater K. Poczucie znalezienia się w sytuacji bez wyjścia staje się
nieznośne. Cierpiałam razem z K.
Lektura Rilkego przypominała z kolei oddychanie czystym tlenem poezji.
Przedstawiał życie zupełnie inaczej, niż je dotąd odbierałam. Pisał o cierpieniu wszechświata i uniwersalnej wiedzy związanej z koncepcjami,
które odnajdowałam później w tekstach dotyczących buddyzmu zen czy
sufizmu. Pierwszy kontakt z taką perspektywą dosłownie oszałamiał:
Ziemio, czyż nie jest to twoim pragnieniem: w nas
narodzić się niewidzialnie? - Czy to nie sen twój,
być jeden raz niewidzialną? - Ziemio! być niewidzialną!
Co, jeśli nie metamorfoza, jest twym naglącym żądaniem?1
Jedynym trafionym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałam od matki, była
książka Listy (1926) zawierająca korespondencję pomiędzy Rilkem,
rosyjską poetką Mariną Cwietajewą i Borysem Pasternakiem, autorem
Doktora Żywago. We troje nigdy się nie spotkali, każde z nich
uwielbiało jednak twórczość pozostałych i pisało do siebie, i przesyłało
im swoje utwory. I zakochali się w sobie nawzajem.
Wyobrażacie sobie samotną piętnastolatkę, która natyka się na taką
historię? (Fakt, że byłam imienniczką Cwietajewej, zdawał mi się nader
znaczący). W każdym razie z upływem czasu uczucie Cwietajewej zwróciło
się raczej ku Rilkemu niż Pasternakowi. Napisała do poety, że chciałaby
wybrać się do Niemiec i poznać go osobiście. "Nie możesz" - odpisał.
"Nie możemy się spotkać". To tylko rozpaliło w niej namiętność. Nie
przestawała pisać, nalegając na spotkanie. Wreszcie odpowiedział: "To
niemożliwe - umieram". "Zabraniam ci umrzeć", odpisała. Nie zdołała
jednak odwrócić losu i korespondencyjny trójkąt się rozpadł.
Cwietajewa i Pasternak wciąż wysyłali sobie wiersze, ona z Moskwy, a on
z Paryża. Później poetka, jako żona więzionego przez komunistów
zwolennika białych, musiała opuścić Rosję. Wyjechała na południe
Francji, jednak po pewnym czasie, gdy środki do życia się wyczerpały,
wróciła do ojczyzny. Postanowili z Pasternakiem, że nim na dobre
wyjedzie, spotkają się wreszcie, po wielu latach żarliwej
korespondencji, na Dworcu Lyońskim w Paryżu.
Oboje byli tym bardzo przejęci. Marina miała ze sobą starą rosyjską
walizę pękającą w szwach od nadmiaru rzeczy. Widząc, jak się zmaga, by
ją domknąć, Pasternak pobiegł po sznurek i przewiązał nim bagaż.
Siedzieli obok siebie, ledwie zdolni się odezwać - korespondencja zaszła
już tak daleko, że gdy się wreszcie zobaczyli, przepełniły ich emocje.
Pasternak wyszedł po papierosy, by już nie powrócić. Cwietajewa czekała
wytrwale, aż nadeszła pora odjazdu pociągu. Wzięła więc przewiązaną
sznurkiem walizkę i odjechała do Rosji.
Wróciła do Moskwy. Mąż wciąż przebywał w więzieniu, nie miała za co żyć.
Udała się więc do Odessy, gdzie napisała desperacki list do
stowarzyszenia pisarzy, prosząc o posadę sprzątaczki. Odpisali, że nie
skorzystają z jej usług. Sięgnęła więc po sznur, którym Pasternak
zabezpieczył jej bagaż, i się powiesiła.
Kiedy czytałam takie książki, nie ruszałam się z domu. Całymi dniami. Od
czasu do czasu wychodziłam tylko do kuchni się najeść i zaraz wracałam
do swojego pokoju, do książki. I tak to się toczyło.
Gdy miałam około dwunastu lat, matka zdobyła gdzieś szwajcarską pralkę.
Było to nie lada wydarzenie - cieszyliśmy się tym luksusem jako jedna z pierwszych rodzin w Belgradzie. Przywieziono ją któregoś dnia rano,
nową, błyszczącą i zagadkową. Umieściliśmy ją w łazience. Matka odnosiła
się do niej z nieufnością. Wstawiała pranie, wyjmowała, a potem i tak
oddawała naszej pomocy domowej, która jeszcze raz robiła je ręcznie.
Pewnego ranka, kiedy akurat nie poszłam do szkoły, usiadłam w łazience i wpatrywałam się w tę fascynującą nową maszynę. Obracała ubrania, wydając
monotonny dźwięk - du-dum-du-dum. Zahipnotyzowała mnie. Pralka
automatycznie wirowała - zaopatrzona była w dwa gumowe wałki, które
kręciły się w przeciwnych kierunkach w pełnym skłębionych ubrań
korpusie. Zaczęłam się bawić, wsuwając palce pomiędzy rolki i szybko je
wyjmując.
Za którymś razem zrobiłam to zbyt wolno i wałki wciągnęły mi palec,
coraz mocniej go ściskając. Poczułam potworny ból i krzyknęłam. Babcia
była akurat w kuchni. Usłyszawszy mnie, wbiegła do łazienki, lecz z powodu ograniczonego pojęcia o technice nie wpadła na to, by po prostu
wyciągnąć z kontaktu wtyczkę. Postanowiła pobiec na zewnątrz po pomoc. W tym czasie wałki wciągnęły mi już dłoń.
Mieszkaliśmy na trzecim piętrze, a babcia była przy kości, więc
pokonanie schodów w dół i z powrotem na górę zajęło jej sporo czasu.
Ściągnęła na pomoc muskularnego młodziaka, tyle że moja ręka tkwiła już
po sam łokieć między wałkami pralki.
Techniczna smykałka chłopaka nie przekraczała zdolności babci, więc i on
nie wpadł na to, by odłączyć dopływ prądu. By mnie ocalić, postanowił
uruchomić muskuły. Całą ich mocą rozciągnął rolki pralki, a po chwili,
potężnie rażony prądem, wylądował nieprzytomny na drugim końcu łazienki.
Ja też padłam na podłogę z siną i opuchniętą ręką.
W tej samej chwili wróciła matka i w lot oceniła sytuację. Wezwała
karetkę i wymierzyła mi siarczysty policzek.
W okresie mojego dzieciństwa historia partyzantki odgrywała w szkolnym
programie nauczania bardzo ważną rolę. Musieliśmy opanować nazwy
wszystkich bitew, rzek czy mostów, które przekroczyli w czasie wojny jej
żołnierze. Uczyliśmy się też, rzecz jasna, o Stalinie, Leninie, Marksie
i Engelsie. W każdym publicznym miejscu Belgradu wisiał ogromny portret
marszałka Tity z podobiznami Marksa i Engelsa po bokach.
Jugosłowiańskie siedmiolatki wstępowały w szeregi pionierów. Zakładały
na szyje czerwone chusty, zawsze odprasowane, nawet w nocy pozostające w zasięgu ręki, tuż obok łóżka. Jako pionierzy uczyliśmy się maszerować,
śpiewać komunistyczne pieśni, wierzyć w przyszłość ojczyzny i tym
podobne. Pamiętam, jaką dumą napawały mnie ta chusta, status pionierki i przynależność do partii. Odkrycie, że ojciec, który zawsze miał bujną
czuprynę, używa mojej chusty w charakterze bandany, wprawiło mnie w wielkie przerażenie.
Ogromne znaczenie miały też pochody, w których musiały uczestniczyć
wszystkie dzieci. Obchodziliśmy 1 maja, międzynarodowe komunistyczne
święto, oraz 29 listopada, dzień powstania Republiki Jugosławii.
Wszystkie dzieci urodzone w listopadowe święto mogły odwiedzić Titę,
który częstował je cukierkami. Matka powiedziała mi, że należę do tych
szczęściarzy, ale nigdy nie pozwalała na wyprawy po słodycze. Co roku
oznajmiała, że swoim zachowaniem nie zasłużyłam na ten przywilej.
Otrzymywałam więc kolejną karę. Kilka lat później, po dziesiątych
urodzinach, odkryłam, że przyszłam na świat nie 29, lecz 30 listopada.
Miesiączkę dostałam w wieku dwunastu lat. Za pierwszym razem trwało to
ponad dziesięć dni i krwawiłam naprawdę obficie. Czerwony płyn zdawał
się sączyć bez końca. Dziecięce wspomnienia niespodziewanych krwotoków i pobytów w szpitalach spowodowały, że bardzo się wystraszyłam. Myślałam,
że umrę.
W zrozumieniu, co się ze mną dzieje i na czym polega menstruacja,
pomogła mi raczej nasza pomoc domowa Mara niż matka. Gosposia była miłą,
korpulentną kobietą z wielkim zadkiem i pełnymi wargami. Gdy objęła mnie
czule, by wyjaśnić zmiany zachodzące w moim ciele, poczułam przedziwną
ochotę, by pocałować ją w usta. Niezupełnie do tego doszło - nastąpiła
bardzo niezręczna chwila, a później zapał do całowania minął. Odtąd moje
ciało stało się jednak źródłem wielu niepojętych odczuć. W tym czasie
zaczęłam się też często masturbować, czemu nieodmiennie towarzyszyło
głębokie poczucie winy.
W okresie dojrzewania dopadły mnie także pierwsze migreny. Cierpiała na
nie i matka - raz lub dwa razy w tygodniu wracała wcześniej z pracy i zamykała się w zaciemnionej sypialni. Babcia przykładała jej do głowy
chłodne kompresy - z plastrów mięsa, pomidorów czy ogórków - i wszyscy
dosłownie chodziliśmy na palcach, zachowując się niemal bezgłośnie.
Danica, naturalnie, nigdy się nie skarżyła, demonstrując iście
spartańskiego ducha.
W głowie mi się nie mieściło, że migreny mogą być tak dotkliwe - matka
nigdy nie rozmawiała ze mną o swoich i nawet słowem nie okazywała mi
współczucia. Ataki ciągnęły się całą dobę. Wiłam się z bólu, a z łóżka
wyciągały mnie jedynie biegunka i wymioty. Zresztą rzyganie i sraczka
tylko wzmagały łupanie w głowie. Ćwiczyłam leżenie w bezruchu w określonych pozycjach - z dłonią na czole, z idealnie wyprostowanymi
nogami albo z głową nachyloną pod pewnym kątem - co przynosiło niewielką
ulgę. W ten sposób zaczęłam się uczyć akceptować i opanowywać ból i strach.
Mniej więcej w tym czasie odkryłam w szafce z bielizną pościelową
dokumenty rozwodowe rodziców. Ich wspólne życie - czy raczej piekło -
miało potrwać jeszcze całe trzy lata. Spali więc w jednym łóżku z pistoletami przy wezgłowiu. Najgorsze były nocne powroty ojca, które
doprowadzały matkę do szału i nieodmiennie kończyły się bójką. Za każdym
razem pobita matka wbiegała w końcu do mojego pokoju, wyciągała mnie z łóżka i trzymała przed sobą niczym tarczę, by zatrzymać rozjuszonego
ojca. Zawsze mnie, nigdy brata.
Fot. 8. Mój brat Velimir, 1962
Do dziś nie znoszę, gdy ludzie w gniewie podnoszą głos. Gdy się to
zdarza, zamieram. Jak po zastrzyku - po prostu nie mogę się poruszyć. To
bezwiedna reakcja. Sama też się czasem wkurzam, ale bardzo trudno mi się
doprowadzić do krzyku. Wymaga to nieprawdopodobnej ilości energii.
Niekiedy wrzeszczę podczas performansów - to jeden ze sposobów na
wypędzenie demonów, tyle że nawet wtedy nie krzyczę na kogoś.
Ojciec wciąż pozostawał moim przyjacielem, lecz dla matki stawałam się
coraz większym wrogiem. Gdy miałam czternaście lat, została
przedstawicielką Jugosławii w UNESCO i spędzała w Paryżu długie
miesiące. Podczas jej pierwszej nieobecności ojciec przyniósł wielkie
gwoździe, wspiął się na drabinę i wbił je w sufit salonu. Wszędzie
posypał się gips! Do gwoździ przymocował huśtawkę, co wprawiło mnie i brata w zachwyt. Czuliśmy się jak w niebie - absolutnie wolni. Po
powrocie matka szalała z wściekłości. Huśtawkę usunięto.
Na czternaste urodziny ojciec podarował mi pistolet. Był piękny -
niewielki i zgrabny, z rękojeścią wykładaną kością słoniową i srebrną
grawerowaną lufą.
- To pistolet operowy, do małej torebki - wyjaśnił.
Nigdy nie potrafiłam wyczuć, kiedy żartuje, a kiedy mówi poważnie.
Chciał, żebym nauczyła się strzelać, więc zabrałam pistolet do lasu,
kilka razy wypaliłam, a potem niechcący upuściłam w śnieżną zaspę.
Przepadł na dobre.
Ojciec zabrał mnie też jako czternastolatkę do lokalu ze striptizem. O nic nie pytałam, choć zdawałam sobie sprawę, że to wysoce niestosowne.
Marzyłam o nylonowych pończochach, z punktu widzenia matki - rzecz nie
do pomyślenia, bo coś takiego nosiły tylko prostytutki. Ojciec mi je
sprezentował, a matka wyrzuciła przez okno. Wiem, że próbował się wkupić
w moje łaski - chciał, bym go kochała i nie opowiadała matce o jego
eskapadach, ale ona i tak o wszystkim wiedziała.
Matka nigdy nie pozwalała mi ani bratu przyprowadzać do domu kolegów, bo
śmiertelnie się bała zarazków. Byliśmy tak nieśmiali, że inne dzieci
wciąż się z nas natrząsały. Kiedyś jednak w mojej szkole uruchomiono
program wymiany uczniowskiej z Chorwacją. Gościłam w domu pewnej
dziewczynki w Zagrzebiu. Miała przecudowną rodzinę. Jej rodzice z miłością odnosili się do dzieci i do siebie nawzajem; wszyscy zasiadali
do wspólnych posiłków, rozmawiali i często się śmiali. Później chorwacka
koleżanka przyjechała do nas i było naprawdę okropnie. Nie
rozmawialiśmy. Nikt się nie śmiał. Nie zdarzyło się nam nawet razem
posiedzieć. Tak bardzo się wstydziłam - za siebie i swoją rodzinę, za
totalny brak miłości w moim domu - i to poczucie wstydu było dla mnie
istną torturą.
Gdy miałam czternaście lat, zaprosiłam do domu kolegę ze szkoły - na
rosyjską ruletkę. Byliśmy zupełnie sami. Usiedliśmy naprzeciw siebie
przy stole w bibliotece. Rewolwer wzięłam ze stolika nocnego ojca.
Wyjęłam naboje, zostawiając tylko jeden, wprawiłam magazynek w ruch i przekazałam go chłopcu. Przyłożył lufę do skroni i nacisnął spust.
Rozległ się charakterystyczny trzask. Przekazał mi rewolwer. Zbliżyłam
go do skroni i nacisnęłam kurek. Znów usłyszeliśmy trzask. Wtedy
skierowałam broń ku biblioteczce i wystrzeliłam. Nastąpiła potężna
eksplozja, kula przeleciała przez pokój, by utkwić w grzbiecie Idioty
Dostojewskiego. Natychmiast oblałam się zimnym potem. Nie mogłam
opanować drżenia.
Swoje nastoletnie życie wspominam jako nader uciążliwe i nieszczęśliwe.
Uważałam się za najbrzydszego dzieciaka w szkole, na dodatek nietypowo
szpetnego. Byłam wysoka i szczupła, więc przezywano mnie Żyrafą.
Musiałam siedzieć w tylnych ławkach ze względu na wzrost, ale nic
stamtąd nie widziałam, więc dostawałam kiepskie oceny. W końcu ktoś się
domyślił, że potrzebne mi okulary. Nie były to jednak normalne okulary,
lecz okropne bryle z czasów komuny, z grubaśnymi szkłami i ciężkimi
oprawkami. Usilnie starałam się je zepsuć, "przypadkowo" na nie siadając
lub "niechcący" umieszczając na framudze otwartego okna, które później
zamykałam.
Fot. 9. Z ojcem, w namiastce sztywnej półhalki, 1962
Matka nigdy nie kupowała mi ubrań, jakie nosiły inne dzieciaki.
Przykładowo, kiedy zapanowała moda na usztywnione halki, wszystko bym za
taką oddała, lecz matka nie chciała ustąpić. Nie dlatego, że brakowało
nam pieniędzy. Nic podobnego. Jako partyzanci i komuniści, czyli
czerwona burżuazja, rodzice byli zamożniejsi niż otoczenie. Chcąc nie
chcąc, markowałam taką halkę. Nosiłam pod wierzchnią spódnicą sześć czy
siedem innych, jednak efekt nigdy mnie nie zadowalał. Dodatkowe warstwy
wychodziły spod spodu albo wręcz spadały.
Na dodatek miałam jeszcze ortopedyczne buty. Z powodu płaskostopia
musiałam nosić specjalne obuwie korekcyjne - nie były to bynajmniej
zwykłe buty, lecz okropne socjalistyczne buciory z grubej żółtawej skóry
sięgające aż po kostkę. Jakby tej toporności i brzydoty było mało, matka
zleciła szewcowi podbicie obcasów metalowymi podkładkami
przypominającymi podkowy, co przedłużało wprawdzie trwałość obuwia, ale
przy okazji sprawiało, że okropnie stukało. Stuk-stuk, stuk-stuk - i tak
przy każdym kroku.
Mój Boże, w tych hałaśliwych buciorach było mnie słychać wszędzie i z daleka. Bałam się nawet wychodzić na ulicę. Gdy ktoś za mną szedł,
zatrzymywałam się, by go przepuścić - tak się wstydziłam. Pamiętam
zwłaszcza jeden z pochodów pierwszomajowych, gdy nasza szkoła dostąpiła
zaszczytu przemaszerowania przed obliczem samego Tity. Musieliśmy
utrzymać idealny szyk - przez cały miesiąc ćwiczyliśmy przemarsz na
szkolnym boisku, doprowadzając wszystko do perfekcji. Rankiem 1 maja
ustawiliśmy się, by rozpocząć pochód, i niemal od razu odpadła mi jedna
z "podków". Nie mogłam prawidłowo maszerować. Natychmiast usunięto mnie
z szeregu. Rozpłakałam się ze wstydu i wściekłości.
Nietrudno sobie to wyobrazić - miałam chude nogi, ortopedyczne buty i okropne okulary. Matka obcinała mi włosy wysoko nad uszami i ciasno je
spinała. Ubierała mnie w grube wełniane suknie. Miałam też twarz
smarkuli z niesamowicie wielkim nosem, który "wydoroślał" znacznie
szybciej niż jego bezpośrednie otoczenie. Czułam się paskudnie brzydka.
Pytałam często matkę, czy pozwoli mi na korektę nosa, ale za każdym
razem dostawałam jedynie w twarz. Cichaczem wymyśliłam więc plan
działania.
W owym czasie wielką gwiazdą kina była Brigitte Bardot, mój ideał
kobiecej atrakcyjności i piękna. Sądziłam, że posiadanie podobnie
zgrabnego nosa rozwiązałoby wszystkie moje problemy. Wymyśliłam więc
plan, w moim przekonaniu doskonały. Powycinałam z gazet rozmaite fotosy
Bardot - ujęcia profilowe i en face eksponujące jej piękny nos.
Schowałam je wszystkie do kieszeni.
Rodzice mieli w sypialni olbrzymie drewniane łoże małżeńskie. Był ranek,
czyli pora, gdy ojciec lubił grywać "na mieście" w szachy, a matka
spotykać się z przyjaciółkami na kawie. Zostałam w domu zupełnie sama.
Weszłam do sypialni rodziców i postanowiłam zakręcić się wkoło,
najszybciej jak się uda. Zamierzałam przewrócić się, uderzyć o twardą
krawędź łóżka i złamać nos, by trafić do szpitala. Fotosy Brigitte
Bardot trzymałam w kieszeni, sądząc, że korekta nosa według tego wzoru
to dla lekarzy bagatelka. Plan wydawał się idealny.
Wirowałam więc coraz szybciej, tyle że upadając, nie trafiłam w nos. Za
to paskudnie rozcięłam sobie policzek. Długo leżałam na podłodze,
krwawiąc. W końcu wróciła matka. Omiotła całą scenę surowym spojrzeniem,
wyrzuciła zdjęcia do toalety i siarczyście mnie spoliczkowała.
Spoglądając wstecz, błogosławię los, że nie udało mi się zrealizować
tego zamysłu. Moja twarz z nosem aktorki byłaby istną katastrofą. Inna
sprawa, że czas wcale nie okazał się dla Bardotki łaskawy.
Dni swoich urodzin bynajmniej nie zaliczałam do szczęśliwych. Po
pierwsze, prezenty zawsze okazywały się nietrafione, a po drugie -
właściwie nie było wspólnego, rodzinnego świętowania. Nie przeżywaliśmy
żadnych radosnych chwil. Pamiętam, że w szesnaste urodziny bardzo się
rozpłakałam, bo po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że kiedyś umrę.
Czułam się taka niekochana i opuszczona. Słuchałam w kółko Koncertu
fortepianowego nr 1 Mozarta - coś w tym utworze sprawiało, że moja
dusza zaczynała krwawić. W pewnej chwili rzeczywiście rozcięłam sobie
nadgarstek. Krew polała się tak obficie, że poczułam bliskość śmierci.
Okazało się, że cięcie było głębokie, lecz ominęło ważne tętnice
promieniowe. Babka odwiozła mnie do szpitala, który opuściłam z czterema
szwami. Nie powiedziała o niczym matce.
Pisywałam smutne wiersze o śmierci. W gronie rodzinnym nigdy jednak o niej nie rozmawialiśmy, szczególnie w obecności babci. Nie poruszało się
przy niej przykrych tematów. Wiele lat później, po wybuchu wojny w Bośni, brat wszedł na dach domu, w którym mieszkała, by rozchwiać antenę
telewizyjną. Dzięki temu myślała, że zepsuł się odbiornik, który
rzeczywiście oddano do "naprawy". Z tej też przyczyny (i dlatego, że nie
wychodziła już na zewnątrz) babcia nigdy nie dowiedziała się o wojnie.
Gdy miałam siedemnaście lat, rodzice wyprawili przyjęcie, by uczcić
osiemnastolecie szczęśliwego związku małżeńskiego. Zaprosili do domu
przyjaciół i wydali uroczysty obiad. Rodzinny dramat powrócił
natychmiast po wyjściu ostatniego gościa.
Ojciec poszedł do kuchni posprzątać - rzecz niespotykana, bo takie
czynności nigdy nie zaprzątały mu głowy. Akurat tego dnia z niewyjaśnionych przyczyn znalazł się przy zlewie.
- Zacznijmy od kieliszków do szampana. Ja myję, ty wycierasz -
zaproponował mi.
Chwyciłam więc ręcznik do naczyń, gotowa przystąpić do pracy. Niestety,
ojciec niechcący stłukł pierwszy umyty kieliszek. W tej samej chwili do
kuchni weszła matka, zobaczyła rozbite szkło na podłodze i wybuchła
gniewem. Przez kilka godzin udawali szczęśliwych, więc tłumiła w sobie
całą złość i gorycz - wściekłość, która znalazła teraz ujście.
Rozkrzyczała się na ojca za wszystko - za jego niezdarność, za małżeńską
katastrofę i za rozliczne kochanki. On zaś stał nieruchomo. Obserwowałam
tę scenę w milczeniu, ze ścierką do naczyń w ręku.
Matka nie przestawała krzyczeć, a ojciec nie przerywał milczenia. Nie
wykonał najmniejszego ruchu. Czułam się jak bohater sztuki Becketta. Po
długich lamentach nad ich rozpieprzonym związkiem matka ucichła, bo
ojciec nie reagował. Wreszcie się odezwał:
- Skończyłaś?
Kiedy potwierdziła, wziął pozostałe kieliszki do szampana i - jeden po
drugim - rzucił wszystkich jedenaście na podłogę.
- Mowy nie ma, żebym miał to znosić jeszcze jedenaście razy - powiedział
i wyszedł z domu.
To był początek końca. Wkrótce na dobre nas opuścił. Wieczorem, gdy
odchodził, zajrzał do mojego pokoju, żeby się pożegnać.
- Wychodzę i już nigdy nie wrócę, ale wciąż będziemy się widywać -
powiedział. Wyprowadził się do hotelu i odtąd z nami nie mieszkał.
Nazajutrz tak rozpaczałam, że doznałam załamania nerwowego. Sprowadzono
doktora, który podał mi jakiś lek, bo nie mogłam przestać płakać. Z żalu
odchodziłam od zmysłów, bo ojciec zawsze obdarzał mnie miłością i wsparciem. Wiedziałam, że po jego odejściu będę jeszcze bardziej
osamotniona.
Wtedy jednak wprowadziła się babcia.
Kuchnia stała się centrum mojego świata - początkiem wszystkich zdarzeń.
Zatrudnialiśmy pomoc domową, ale babcia Milica nigdy nie darzyła jej
zaufaniem, więc z samego rana przejmowała ster w gospodarstwie. Mieliśmy
piec opalany drewnem i duży stół, przy którym siadywałam z babcią, by
omówić z nią swoje sny. To nas najbardziej zajmowało. Babka interesowała
się znaczeniem snów i odczytywaniem pojawiających się w nich symboli.
Jeśli śniły się wypadające zęby, które wcale przy tym nie bolały,
oznaczało to śmierć znajomej osoby. Jeśli jednak pojawiało się przy tym
cierpienie, umrzeć miał członek rodziny. Sny o krwi zwiastowały dobre
nowiny, a o własnej śmierci - długie życie.
Matka wychodziła do pracy kwadrans po siódmej. Dopiero wtedy wszyscy
czuliśmy się swobodniej. A gdy wracała po południu (punktualnie o drugiej piętnaście), ponownie następowała mobilizacja - jak w wojsku
przed inspekcją. Zawsze się obawiałam, że zrobiłam coś nie tak, że
niewłaściwie postawiłam jakąś książkę lub w inny sposób zaburzyłam
porządek w domu.
Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy przy kuchennym stole, babcia opowiedziała
mi swoją historię - sądzę, że była w stosunku do mnie znacznie bardziej
otwarta niż w relacjach z innymi.
Matka babci pochodziła z bardzo bogatej rodziny i zakochała się w służącym. Takie rzeczy były oczywiście zabronione. Rodzina ją odrzuciła.
Zamieszkała z ukochanym w jego wsi. Żyli tam w skrajnej biedzie.
Doczekali się siedmiorga dzieci. By dorobić, prababka zajmowała się
praniem. Opierała nawet własną rodzinę, która w zamian dawała jej trochę
pieniędzy lub żywność. Jedzenia wciąż im jednak brakowało. Babcia
opowiadała mi, że prababka - osoba bardzo dumna - trzymała zawsze na
piecu cztery garnki, tyle że robiła to jedynie na pokaz, na wypadek
niespodziewanej wizyty sąsiadów, i gotowała w nich samą wodę, bo zwykle
w domu nie było czego do nich wrzucić.
Babcia była najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa i wyróżniała się urodą.
Kiedy miała piętnaście lat, pewnego dnia w drodze do szkoły poczuła na
sobie wzrok nieznajomego, któremu towarzyszył inny mężczyzna. Gdy
wróciła do domu, matka poleciła jej podać kawę, bo odwiedził ich
kandydat do jej ręki. Taki był wtedy zwyczaj.
Dla rodziny babci zainteresowanie okazane córce przez wyglądającego na
dżentelmena nieznajomego było prawdziwym błogosławieństwem. Klepali
biedę, więc wydanie jej za mąż zmniejszyłoby liczbę osób do wykarmienia.
Co więcej, kandydat pochodził z miasta i okazał się zamożny, choć przy
tym znacznie starszy - dzieliła go z babką dwudziestoletnia różnica
wieku. Pamiętała, że podając mu kawę po turecku, po raz pierwszy miała
okazję spojrzeć przyszłemu mężowi w twarz. I że okazała się zbyt
nieśmiała, by się na to odważyć. Mężczyzna omówił z rodzicami babci
plany małżeńskie i odjechał.
Trzy miesiące później młodą narzeczoną przewieziono na miejsce ślubu, po
którym zamieszkała w domu męża. Miała piętnaście lat i wciąż była
dzieckiem - dziewicą. Nikt nie rozmawiał z nią o seksie.
Babcia opowiedziała mi o nocy poślubnej, kiedy mąż spróbował się do niej
zbliżyć. Zaczęła krzyczeć, że ją mordują, i w poszukiwaniu schronienia
uciekła do teściowej - która mieszkała razem z nimi - i wskoczyła do jej
łóżka z krzykiem:
- On chce mnie zabić! Chce mnie zabić!
Kobieta tuliła ją całą noc, uspokajając:
- To nieprawda, chodzi mu o coś zupełnie innego.
Minęły jeszcze trzy miesiące, nim babka straciła dziewictwo.
Dziadek miał dwóch braci. Jeden został księdzem prawosławnym, a drugi
kupcem jak dziadek. Byli wspólnikami importującymi z Bliskiego Wschodu
przyprawy, jedwab i inne towary. Mieli sklepy, domy, ziemię i należeli
do bardzo zamożnych.
Brat dziadka, który był duchownym, został później patriarchą Serbskiego
Kościoła Prawosławnego, najpotężniejszą po władcy osobą w kraju. W latach trzydziestych XX wieku, jeszcze w czasach monarchii, król
Aleksander poprosił patriarchę o zjednoczenie Kościoła prawosławnego z katolickim, lecz spotkał się z odmową.
Władca zaprosił więc patriarchę oraz jego bogatych braci na obiad,
podczas którego zamierzał przedyskutować tę kwestię. Przybyli, lecz
duchowny wciąż obstawał przy swoim. Podczas posiłku braciom podano dania
zawierające potłuczone diamenty. W ciągu miesiąca wszyscy trzej zmarli w męczarniach spowodowanych krwotokami wewnętrznymi. Babcia owdowiała więc
bardzo młodo.
Relacja babci z matką była dziwna i bynajmniej nie dobra. Babka z rozlicznych powodów wciąż złościła się na córkę. Przed wojną jako
zamożna wdowa trafiła przez nią, zadeklarowaną komunistkę - za kratki.
Musiała wykupić się z więzienia, poświęcając odłożone na czarną godzinę
złoto. Po wojnie zaś, gdy komuniści doszli do władzy, matka,
udowadniając swoje oddanie partii, wyrzekła się wszelkich posiadanych
dóbr, w tym należących do babki. Sporządziła nawet listę ze stanem
posiadania rodzicielki i w dowód lojalności przekazała ją komunistom.
Uczyniła to, rzecz jasna, dla dobra kraju. Babka utraciła więc swoje
sklepy. Odebrano jej ziemię i dom. Pozbawiono dosłownie wszystkiego.
Poczuła się zdradzona przez własną córkę.
A teraz, po odejściu ojca, babka zamieszkała właśnie z nami. Nie było im
łatwo - ani jej, ani matce, lecz dla mnie obecność babci miała ogromne
znaczenie.
Do dziś żywo wspominam niektóre chwile z jej udziałem. Odkąd skończyła
trzydziestkę, obmyślała swój strój do trumny. Co dziesięć lat odświeżała
go, by odpowiadał aktualnym trendom mody. Początkowo zamierzała odejść w beżach. Później zdecydowała się na kropki. Potem na granat w cieniutkie
paseczki i tak dalej. Dożyła stu trzech lat.
Gdy pytałam ją o wspomnienia z czasów obu wojen światowych, odpowiadała:
- Niemcy zachowują się bardzo poprawnie. Włosi natychmiast rozglądają
się za fortepianem i w głowie im tylko balangi. A kiedy nadchodzą
Rosjanie, każdy bierze nogi za pas, bo gwałcą wszystkie kobiety,
nieważne - młode czy stare.
Pamiętam też, że gdy babka po raz pierwszy znalazła się w samolocie,
poprosiła stewardesę o miejsce z dala od okna, bo właśnie wyszła od
fryzjera i nie chciała, by wiatr rozwichrzył jej uczesanie.
Podobnie jak wiele innych osób naszego kręgu kulturowego w tamtej epoce,
babka była bardzo przesądna. Wierzyła, że kto po wyjściu z domu ujrzy
ciężarną lub wdowę, musi natychmiast oderwać sobie z ubrania guzik i go
wyrzucić, w przeciwnym razie czeka go nieuchronny pech. Za to spadająca
nań znienacka ptasia kupa zwiastowała szczęście.
Gdy miałam w szkole sprawdziany, babka wylewała na mnie przy wyjściu
szklankę wody, żeby wszystko poszło jak po maśle. Czasami w środku zimy
chodziłam więc do szkoły z przemoczonymi do nitki plecami!
Milica wróżyła też z fusów kawy parzonej po turecku lub z ziaren fasoli,
które rozrzucała pełną garścią, by interpretować tworzone przez nie
abstrakcyjne obrazy.
Te znaki i rytuały stanowiły dla mnie namiastkę duchowości. Łączyły mnie
też z moim wewnętrznym światem, marzeniami i snami. Wiele lat później,
gdy pojechałam do Brazylii zgłębiać szamanizm, przekonałam się, że
szamani także doszukują się tego rodzaju znaków. Jeśli swędzi lewe
ramię, to sygnał o pewnym przesłaniu. Każda część ciała wiąże się z konkretnymi znakami, które pozwalają zrozumieć, co się z człowiekiem
dzieje - nie tylko na poziomie duchowym, ale też fizycznym i umysłowym.
Niemniej, gdy byłam nastolatką, czułam zaledwie przedsmak tego
wszystkiego, a niezdarne ciało stanowiło dla mnie jedynie źródło
zakłopotania.
Zostałam przewodniczącą szkolnego klubu szachowego - byłam niezłym
graczem. Szkoła zwyciężyła w turnieju i wyznaczono mnie do odbioru
nagrody na scenie. Matka nie chciała mi kupić nowej sukienki, wystąpiłam
więc na uroczystości w ortopedycznych butach i podróbce usztywnianej
halki. Urzędnik wręczył mi nagrodę - pięć nowych szachownic. Znosząc je
ze sceny, utkwiłam gdzieś wielkim butem i upadłam, a plansze rozleciały
się na wszystkie strony. Wszyscy się śmiali. Po tym zdarzeniu rodzinie
długo nie udawało się wyciągnąć mnie z domu. I na dobre straciłam ochotę
na szachy.
Głęboki wstyd, wielka nieśmiałość. Jako nastolatka odczuwałam ogromny
lęk przed rozmową z ludźmi. Teraz mogę stanąć przed trzytysięczną
publicznością bez jakichkolwiek notatek; bez zakładania z góry, co chcę
jej przekazać, nawet bez materiałów wizualnych, i patrząc na nią, z łatwością mówić przez dwie godziny.
Co się stało?
Sztuka.
Gdy miałam czternaście lat, poprosiłam ojca o farby olejne. Kupił mi je,
a na dodatek zorganizował naukę malowania u przyjaciela z czasów
partyzantki, Branka Filipovicia Filo, przedstawiciela kierunku zwanego
informelem, który swoje obrazy nazywał abstrakcyjnymi pejzażami. Artysta
przybył do mojej maleńkiej pracowni z farbami, płótnem i innymi
materiałami, by udzielić mi pierwszej lekcji.
Odciął kawałek płótna i rozłożył go na podłodze. Otworzył puszkę z klejem, rozlał go, dodał nieco piasku i trochę żółtego, czerwonego i czarnego pigmentu. Następnie skropił wszystko obficie benzyną, zapalił
zapałkę i spowodował wybuch.
- To zachód słońca - obwieścił i wyszedł.
Byłam pod wielkim wrażeniem. Odczekałam, aż zwęglone szczątki przeschną,
i ostrożnie zawiesiłam je na ścianie. Potem wyjechaliśmy na rodzinne
wakacje. Gdy wróciliśmy, sierpniowe słońce zdążyło dosuszyć pracę.
Kolory spełzły, a piasek poodpadał. Z dzieła pozostała jedynie kupka
popiołu i piasku. Zachód słońca przestał istnieć.
Dopiero później zrozumiałam, na czym polegała istotność tego
doświadczenia. Nauczyłam się dzięki niemu, że proces jest ważniejszy niż
efekt, tak jak performans znaczy dla mnie więcej niż obiekt. Widziałam,
jak powstaje praca Filipovicia i jak się rozpada. Nie było w tym
trwałości ani autorskiego przywiązania do efektu. Tylko czysty proces.
Później natknęłam się na słowa Yves'a Kleina, które pokochałam: "Moje
obrazy to tylko popioły mojej sztuki".
Wciąż malowałam w domowej pracowni, jednak pewnego dnia, leżąc na trawie
i wpatrując się w bezchmurne niebo, zobaczyłam dwanaście wojskowych
odrzutowców, które przelatując, pozostawiły białe smugi. Zafascynowana
obserwowałam, jak ślady znikają, a niebo odzyskuje nieskazitelny błękit.
Wtedy pomyślałam - dlaczego malarstwo? Dlaczego mam się ograniczać do
dwóch wymiarów, jeśli mogę tworzyć za pomocą dosłownie wszystkiego:
ognia, wody, ludzkiego ciała? Wszystkiego! Coś jakby zaskoczyło w mojej
głowie - uświadomiłam sobie, że bycie artystą oznacza bezgraniczną
wolność. Jeśli zechcę stworzyć coś z kurzu czy śmieci, mogę to zrobić.
To uczucie było niewiarygodnie wyzwalające, szczególnie dla kogoś
wychowanego w domu na każdym kroku ograniczającym swobodę.
Pojechałam do bazy lotniczej w Belgradzie poprosić o użyczenie dwunastu
samolotów. Zamierzałam tak nimi pokierować, by stworzone przez nie smugi
ułożyły się we wzór na niebie. Ktoś w bazie zadzwonił do ojca.
- Proszę przyjechać i zabrać stąd córkę. Wymyśla sobie rysunki na
niebie, a pojęcia nie ma, ile kosztują loty odrzutowców.
Nie od razu porzuciłam malowanie. Kiedy miałam siedemnaście lat,
zaczęłam przygotowania do egzaminów wstępnych do Akademii Sztuk Pięknych
w Belgradzie. Najpierw odbywało się wieczorowe kursy rysunku, żeby
zebrać portfolio. Pamiętam, jak koledzy mówili:
- Po co się w ogóle wysilasz? Nawet palcem nie musisz kiwnąć - wystarczy
jeden telefon matki i zaraz się dostaniesz.
Wkurzałam się, ale w rzeczywistości wprawiało mnie to w wielkie
zażenowanie. Mieli rację. Tym bardziej zależało mi na określeniu swej
tożsamości.
Na zajęciach wieczorowych przerabialiśmy rysunek postaci z natury, czyli
rysowaliśmy nagich modeli. Kobiety i mężczyzn, a ja nigdy dotąd nie
widziałam gołego faceta. Pamiętam, że kiedyś pozował nam niewysoki Rom z penisem zwisającym po kolana. Nie mogłam na niego patrzeć! Narysowałam
więc wszystko oprócz członka. Krążący po pracowni profesor za każdym
razem powtarzał:
- Rysunek nie jest skończony.
Kiedyś, gdy miałam jedenaście lub dwanaście lat, siedziałam na kanapie,
czytając fascynującą książkę, i objadałam się czekoladą. Przeżywałam
rzadką chwilę pełni szczęścia. Siedziałam w rozluźnionej pozie, z nogami
rozrzuconymi na poduszce. Wtem, nie wiedzieć skąd, pojawiła się matka i wymierzyła mi tak siarczysty policzek, że dostałam krwotoku z nosa.
Fot. 10. W Rovinj na Istrii, 1961
- Za co? - wykrztusiłam.
- Na kanapie trzymaj nogi razem - odparła.
Matka miała nader dziwne podejście do seksu. Bardzo się obawiała, że
przed ślubem stracę dziewictwo. Kiedy dzwonił do mnie jakiś chłopak,
pytała:
- Czego pan chce od mojej córki? - i rzucała słuchawką.
Otwierała nawet moją korespondencję. Mówiła o seksie jak o czymś
brudnym, co przydaje się jedynie do poczynania dzieci. Bałam się go, bo
nie chciałam zajść w ciążę. Posiadanie dzieci kojarzyło mi się ze
straszną pułapką, a przecież zawsze pragnęłam tylko wolności. Kiedy
dostałam się do Akademii Sztuk Pięknych, wszyscy na roku utratę cnoty
mieli już za sobą. Koledzy bawili się na imprezach, a moja matka wciąż
wymagała ode mnie powrotu do domu przed dziesiątą, nawet gdy skończyłam
dwadzieścia lat. Nigdzie więc nie wychodziłam. Nie miałam chłopaka i byłam głęboko przekonana, że coś jest ze mną nie w porządku. Dziś
podobam się sobie na starych fotografiach, lecz wtedy czułam się
przeraźliwie brzydka.
Nie liczę jednego pocałunku, który przydarzył mi się w wieku czternastu
lat. Wypoczywaliśmy na chorwackim wybrzeżu, a chłopak miał na imię
Bruno. To nie był nawet pocałunek w usta, tylko lekkie muśnięcie
policzka. Niestety wypatrzyła nas matka. Odciągnęła mnie od niego za
włosy. Mój pierwszy prawdziwy pocałunek nastąpił później. Miałam piękną
przyjaciółkę Bebę, wokół której ciągle kręcili się chłopcy. Dostawała
mnóstwo zaproszeń na randki, na które nie nadążała chodzić. Czasami więc
wysyłała mnie w zastępstwie. Kiedyś umówiła się z chłopakiem, którego
znałam, bo mieszkał w budynku po drugiej stronie mojej ulicy. Nie mogła
pójść, więc wysłała mnie do kina, gdzie mieli się spotkać, żebym mu
przekazała tę wiadomość. Tak też zrobiłam. Odnalazłam go i powiedziałam:
- Przykro mi, ale Beba nie mogła przyjść.
- Ale ja już kupiłem bilety. Masz ochotę na kino? - zaproponował.
Obejrzeliśmy więc film, a potem spacerowaliśmy w śniegu, popijając
wódkę, którą przyniósł ze sobą. W końcu wylądowaliśmy w zaspie i zaczął
mnie całować. To był mój pierwszy prawdziwy pocałunek. Polubiłam
chłopaka, ale się z nim nie przespałam. Nazywał się Predrag Stojanović.
Nie chciałam stracić dziewictwa z kimś, kogo lubiłam, bo obawiałam się
ryzyka zakochania się w pierwszej osobie, z którą się prześpię. Chciałam
zrobić to z kimś, na kim zupełnie mi nie zależało.
Wiedziałam, że kiedy dziewczyna po raz pierwszy idzie z facetem do
łóżka, zwykle jest w nim zakochana. On potem zawsze odchodzi, a ona
cierpi. Nie chciałam, żeby przytrafiło mi się coś takiego, więc ułożyłam
plan: poszukam chłopaka, który sypia z wieloma dziewczynami - a przynajmniej taką ma opinię - i wykorzystam go, by stracić cnotę. Będę
wreszcie normalna jak wszyscy. Tyle że musiało się to odbyć w niedzielę
o dziesiątej rano, żebym mogła powiedzieć matce, że wybieram się na
poranek filmowy, bo wieczorem nie wypuści mnie przecież do kina. Poszłam
do akademii i rozejrzałam się za jakimś przystojniakiem. Przyuważyłam
chłopaka, który uwielbiał pić i balować. Na razie szło mi doskonale.
Wiedziałam, że przepada za muzyką, więc odpowiednio go zagadnęłam:
Fot. 11. Moja pierwsza miłość, 1962
- Mam nową płytę Perry'ego Como. Chciałbyś posłuchać? Nie mogę ci jej
pożyczyć, ale moglibyśmy posłuchać razem. - (Właściwie słuchałam wtedy
wyłącznie muzyki klasycznej i specjalnie w tym celu pożyczyłam płytę
Como od przyjaciółki. Miałam bardzo mgliste pojęcie o rock and rollu).
- OK. Kiedy? - zainteresował się chłopak.
- Co powiesz na niedzielę? - spytałam.
- W porządku. O której?
- O dziesiątej rano - zaproponowałam.
- Zwariowałaś? - obruszył się.
- OK, to o jedenastej?
Zaopatrzyłam się w albański koniak. To najgorszy i najtańszy alkohol,
jaki można sobie wyobrazić - pędzą go rano, a wieczorem już ląduje na
stole. Przynajmniej taki krążył dowcip. Albańczycy przyjeżdżali wtedy do
Jugosławii po białe pieczywo, bo produkowali jedynie ciemny chleb
niskiej jakości. Nie taki zdrowy, jaki można kupić w Stanach
Zjednoczonych, ale bury, bo wypiekano go z kiepskiej pszenicy. Zostawiał
w ustach niemal posmak piasku. Albańczycy wkładali pajdę białego chleba
pomiędzy dwie swojego ciemnego i zjadali jak kanapkę z serem.
Można sobie więc wyobrazić, jak smakował albański koniak wytwarzany z tego właśnie chleba. W tamtych czasach nawet nie piłam, ale pomyślałam,
że przyda się jako znieczulenie.
Przyszłam więc do chłopaka około jedenastej i zapukałam do drzwi. Nikt
nie zareagował. Ponowiłam pukanie, a on w końcu otworzył, na wpół
śpiący, jakby poprzedniej nocy zabalował i późno wrócił do domu.
- O... już jesteś. OK. Wezmę tylko prysznic. A ty zrób kawę.
Kąpał się, a ja zaparzyłam kawę zakrapianą mnóstwem albańskiego koniaku.
Popijaliśmy gorący napar i nastawiłam płytę Perry'ego Como. Siedliśmy na
kanapie i dosłownie się na niego rzuciłam. Nie zdążyliśmy się nawet
rozebrać, kiedy krzyknęłam. Wtedy on zorientował się, że jestem jeszcze
dziewicą, i tak się wściekł, że wyrzucił mnie z domu. Minął kolejny rok,
zanim naprawdę poszłam z kimś do łóżka. Zrobiłam to z Predragiem
Stojanoviciem, który stał się moją pierwszą miłością. I byłam z siebie
dumna, że dziewictwo mam już z głowy.
Miałam dwadzieścia cztery lata. Nadal mieszkałam z matką i wieczorami
musiałam wracać o dziesiątej. Wciąż całkowicie mnie kontrolowała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Elegie duinejskie, Dziewiąta elegia, z: R.M. Rilke, Poezje, przeł. Mieczysław Jastrun, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s. 253. [wróć]