Mariasz - Artur Daniel Liskowacki

Kup ebooka

26.25 zł
21.00 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NA KONIEC jeszcze to. To jeszcze, tylko to. To właśnie.

Sztuka zakładania rękawiczek. Najpierw lewa dłoń, raz po raz naciągając lekko tuż przy kiści, tak by glansowana materia naprężyła się, lecz pozostawiła odrobinę niezbędnej swobody. Żeby nie było jak z tym kpem, którego czworo służby co rano w safianowe portki wbija, a wieczorem, też w poczwórnym zaprzęgu, wyrywać go z nich musi. A więc wsuwając palec po palcu, serdecznym dłoni prawej wyrównując zmarszczenia pomiędzy. Potem dłoń prawa, mniej zręczna, jakby wprost z fraka wystająca, bo łokieć przytrzymuje przy boku sękatą, bambusową laskę.

Karolek Kossowski z uwagą ogląda swoje dłonie w kościanej barwy rękawiczkach. Uniósł je obie nieco w górę, obraca przed sobą na zewnątrz i do wewnątrz, jakby się spodziewał, że odkryje na nich jakiś ślad. Pleśń, śniedź, czerwoną rdzę, grynszpan zielony. Tak szybko, że może mimo woli podsuwa palce lewej ręki pod nos i zaraz, jeszcze tym samym ruchem, trąca nimi rondo wysokiego kapelusza. Cień ukłonu. Oliwkowy koczyk przekolebał się żywo ulicą, nie było nawet czasu odpowiedzieć na rzucone zeń spojrzenia spod ukwieconej florenckiej słomki dwóch kapelusików. Flora florencka, to warto zostawić na szarady i enigmy. Ale zapach pozostał też. Na rękawiczkach, rękawach fraka. Wilgoć gliny, zgnieciona grzybnia, spęczniały, przegniły jęczmień. Trzeba by wykadzić trociczkami, bursztynem. Zresztą, teraz po co. Końcem bambusa o żółtą ścianę domu, raz, dwa, trzy. A Jakubcia nie ma. Kariolka lekka jak czółenko (Karolowa kariolka koloru koralowego), koniki taranty (aż śmiech po salonach, będzie miał, hrabia, skóry lamparcie na podróżne kufry), tyle że Jakubcio gbur i prostak. Łeb niżej niż u konia, wąsy w piwie. Komis dostał kwadrans na drugą, to wcześniej ani go patrzeć. Pewnie fordekiel zwichrowany nastawia u Weissheita, bo to stąd raz batem strzelić; mógłby też wziąć tam opyt o blaszane latarnie do kariolki, co się nimi szwab powoźnik chwali, lecz Jakubcio gębę ma na kaszę, nie na słowa.

Kossowski się waha, gruzłowatą laską o trzewiki trąca. Niebo jest gładkie jak fajans, bladobłękitne, rzadko żyłkowane pręgami chmurek. Nie powinien tu stać, ale kiedy pójdzie, to się z Jakubciem miną. Nie powinien, a stoi. Plecami do bramy, twarzą do ulicy. Czuje w sobie słodycz słońca, soczystą i mocną jak filiżanka ponczu. Limonowy plasterek słońca przyłożony do czoła, na migrenę.

Bo to nie to słońce, które za miesiąc, dwa napełni ulice smrodem butwiejących odpadków, duchotą skisłych rynsztoków i piaszczystym skwarem, zgrzytającym w zębach, gdy wieje od rzeki. Nie to. Wiosna spóźniła się tego roku, toteż nadrabia czas jako dobry procedernik. Od ogrodów i sadów przydomowych ciągnących się w górę, aż ku Woli, płynie teraz woń kwietna, pierzasta.

Ulica Elektoralna, numer siedemset dziewięćdziesiąty szósty. Rok tysiąc osiemset dwudziesty szósty, drugi maja.

Cebuli, czosnku. Papuzi żupan obwieszony wstęgami czerwonych i białych główek niby szamerunkiem, na łbie kosze jeden w drugi powtykane, jak grenadierska bermyca. W okna się cebularz drze, czosnku, koszałki. Od zburzenia handlu na Marywilu rozlazło się to po mieście. A teraz ot, miasto i tu. Turkot powozu, rześkie parskanie koni. Jeszcze jeden kocz, a z przeciwka bryczka, okrzyki, na prawo, trzymaj prawo. Minęły się. Chłopcy niosą deski, ustąpić krok, nie, kroku pół, ten z przodu nie spojrzy nawet, poświstuje raźno przez zęby. Od desek bije świeży, żywiczny zapach, od roboczych drelichów ostry, silny pot. Obok, za rogiem, przy placu, łomoczą młoty, skrzypią dźwignie ciągnące w górę węborki z zaprawą, słychać ochrypłe połajania majstra i młode śmiechy.

Powinien stąd jednak pójść, zaraz. Tak szybko jak przed chwilą zbiegał po ciemnych, zalatujących kapustą schodach i stukał obcasami w tunelu bramy. Ale nie chce. Jeszcze nie. Przymyka oczy, zaskoczony nagłym spokojem całego ciała.

Jakby tam, na drugim piętrze, nie zostawił tego spokoju w nadmiarze. Jakby go tam nie miał dość, w tym drobnym ciele okrytym zszarzałą pościelą, mierzącym się sztywno z wąską przestrzenią łóżka, w tej zapadłej twarzy, w jej uniesionym spiczasto podbródku, w kwaśnym odorze bielizny, w swądzie lichej łojówki wciśniętej między złożone na piersiach dłonie.

Rządca Kruszyński mówił, że to się stało nie dalej jak dwie godziny temu. Rucińska mówiła, że zegarek w lombardzie. Kossowski nie mówił wiele, lecz zdziwił się, nie słysząc jej spazmów, szlochów. Zaraz zresztą zjawił się Michał, brat stryjeczny Rucińskiej, i dwie damy, z których do jednej mówiono prezesowo; znał obie ze słów M., widział przy jakiejś okazji, zdaje się na Lesznie, nosy miały wówczas równie długie. Kto z kim teraz wyszedł, mniejsza, dosyć, że odjechali wszyscy. Nikt nie został. Bo i po Tomaszu, co tu już chyba darmo służył, nie zostało więcej niż pusta rynka po szuwaksie walająca się w sieni.

I tyle. A teraz żółty dom w żółtym słońcu, Karol poprawia rękawiczki, kościane jak sztony. Turkocze powóz, wieje miękki, muślinowy wiatr. Kto doniesie sercu memu (dobry Boże, co też człowiekowi), co się z moim lubym dzieje (w głowie). Nuci nie otwierając ust, sam siebie nie słyszy, ale te słowa są w nim, natrętne. Któż ode mnie powie jemu, że tęskna łzy po nim leję.

Koralowa kariolka, białe, czarno nakrapiane konie, łódeczka nie na Styks, choć i nie na wody kastalskie, Wisełkę nią najwyżej przepłynąć w poprzek, jak im kiedyś obu z M., Ikwę młodą, srebrną.

Jakubcio gębę w wąsach zgubił, czeka, aż pan hrabia trzewik oprze na schodku powozu, wygiętym niby strzemię, i aż się w głowie pańskiej ułoży plan na obiad. W pałacu, albo u Chavota, czy pospolicie a smaczno, z kielichem anyżówki i huzarską pieczenią, na Bednarskiej, a potem może na Tłomackie czy Trębacką się pojedzie, bo hrabia, wie każdy, lizikiepek zajadły, a nie, to na Długą do Szwarca czy na Podwale do Sarnowskiej karcięta rzucić, w wiseczka lub bostona, po złotym lub dwa od fiszki; Jakubciu, taka licha stawka to i grzech żaden.

Jeźdź, mówi Kossowski i bambusem o podnóżek kariolki stuka. Przyjaciel mi zmarł. A niech Skotnicki ruszy tam po sądach. Bo tu dom pusty, z rządcą tutejszym winni się zmówić, rzeczy pozostałe zachować i o pieczęcie zadbać.

Gdzie jechać, Jakubcio nie pyta, miasto niemałe, ulice szerokie. Dokąd jechać jest. Plasnęło spod siwego ogona. Poczekał więc nim batem zaciął. Dobry bat, węgierski, nie byle angielskie biczysko, długie jak węda. Stępa ruszyli, hrabia rozgląda się wokół, jakby świat dotąd nie był mu wiadomy. A ot, co to za świat, rogatki nieledwie. Tyle domów, co piachu. Tyle kamienia, co trawy.

A to pewnie czeremcha tak tu pachnie, mówi Kossowski, oczy ma rozwarte szeroko, jak w strachu, albo w szczęściu. Już jej pora chyba. A co, Jakubciu, nie tak?

Jej pora, to i kwitnie. TAK TO JUŻ JEST.

TAK, TO JUŻ JEST blisko. Od wody ciągnie chłodem, wiatr jest dokuczliwy, wilgotny. Całe lato takie. Lato, lato wszędzie, zwariowało, oszalało (kurwa, co człowiekowi) moje serce (we łbie stuka). A teraz noc, dzień zaraz, widno, raczej szaro, wtedy najzimniej. Pod namiotem, który ustawili na podwórku u stryja, na chudym, gumowym materacu, z którego tak uciekało powietrze, że rano leżeli na gołej ziemi, budził się zawsze o tej porze, tuż przed świtem, drżąc i szczękając zębami, wpatrzony w rzednące ciemności i kwadracik szarego plastiku, który był oknem ich twierdzy, kwadracik tężejący świetliście, choć nie było w nim jeszcze światła, wyłaniający się i oddzielający od mroku jak stygmat nieznanej, okrutnej prawdy. Przywierał wtedy do pleców w szorstkim swetrze, obejmował rękami śpiący, braterski świat, zimnym nosem dotykając ciepłego karku. I leżeli jak łyżki w szufladzie; tamto sczerniałe srebro w kredensie wyższym niż dom. Jedna w drugą, obojętne, wtulone w swój chłód. Pilnował, by przylegały równo. Gdy nikt nie widział, odsuwał szufladę i sprawdzał, czy są ułożone jak należy.

Potknął się i zaklął półgłosem. Kolano, którym uderzył o jakiś skarczowany pień czy słupek, zabolało tępo, ale mocno. Na sińcu się nie skończy. Kulał, starając się równocześnie sprawdzić, czy noga, pomimo bólu, zgina się swobodnie. Nie mógł się zatrzymać, jeszcze nie. Nie wiedział, ile minęło czasu. Wiedział, że koszulę ma mokrą od potu, stygnącego na nim jak zimny kompres. To znaczy, że czasu minęło sporo. Najpierw biegł. Chyba długo, bo kiedy przestał i osunął się na ziemię w niezręcznym przysiadzie, dzwoniło mu w uszach o wiele mocniej niż po codziennych, porannych przebieżkach, nawet po tych, w których próbował bić swe rekordy. Później, gdy ustało dzwonienie i uspokoił się nieco łomot serca, podniósł się z wilgotnej, czy może tylko zimnej trawy i truchtał. A potem już tylko szedł długim, wyciągniętym krokiem, za którym nigdy nikt nie mógł nadążyć. Biegł, truchtał i szedł, więc to musiało trwać. Koszula oblepiała go szczelnie, miał wrażenie, że również marynarka jest mokra. Dobrze jednak, że jej wtedy, w pierwszym odruchu, nie zrzucił z siebie, od mokrego ubrania, od ziemi szedł chłód. A chciał to zrobić od razu jak udało mu się wyskoczyć. Bez marynarki łatwiej biec. Nie zrobił tego, nie zdążył, a później już o tym nie myślał. Myślał o wszystkim innym, o niczym.

Jechali, w ciemno, leśna droga, koleina raczej, przy młodniaku. Drogę widział, drzew nie. Samochód stanął, światła zgasły. I wtedy rzucił się na drzwi, szarpnął, skoczył. Od razu w niskie chojaki. Kłujące gałązki cięły twarz. Raz i drugi wpadł na drzewo. Nie miał szans. Zagajnik zbyt gęsty, aby biec. Czarno. Wieczorem się chmurzyło. Spojrzał w niebo, ani gwiazd, ani niczego. Za plecami znów reflektory. Osrebrzyło sosenki i brzozy jasnością nagłą jak skurcz. Rzucił się w dół, przypadł do piaszczystej przecinki; teraz wiedział. Nie czekał. Zerwał się, pobiegł ile tchu, w bok, nie przed siebie. Przecinką, kłączastym wykopem między szeregami drzew.

Powinien biec zygzakiem, czy chociaż padać co parę kroków. Ale nie miał szans, żeby tak biec. W ogóle zresztą nie miał szans. Dużych szans.

Mógł tylko biec, po prostu biec, i nie upaść. Nie mógł upaść.

Musiał biec i liczyć na cud. Na szczęście, ciemność. Na zaskoczenie, zlekceważenie. Na siebie.

To musiało być dość dawno. Bo las miał już za sobą. Wszystko miał za sobą. A może tylko bardzo wiele. Przedmioty i kształty wypływały mu naprzeciw, najpierw z bardzo bliska, potem dostrzegał je na kilka, kilkanaście kroków. Po raz pierwszy spojrzał na zegarek wtedy, gdy z truchtu przeszedł w marsz. Rozbite szkiełko. Nie widział, poczuł opuszkiem palca. Cyferblat połyskiwał blado. Powinien świecić, ale fosforował tylko wtedy, gdy sam wcześniej nabrał światła. Która jest, była która? Żadna. To pierwsze od dawna tak wyraźnie uświadomione uczucie, że czas mu się wymknął, że brnie gdzieś poza czasem, zirytowało go bardziej niż zaniepokoiło. Ten wymiar, przestrzeń czasu, miał dla niego ogromne znaczenie. Porządkował inne wymiary. Wpisywał je w inne przestrzenie. Dawniej, gdy chodzili po lesie, nie zabierał ze sobą kompasu, ale zawsze miał na ręku zegarek. Stary, cebulasty zegarek stryja. Tak zawsze mówił, stryj. Dziwił się, że go pytają, stryj to niby wujek? A jeśli się śmiali, bił. Mocno, zaciśniętymi pięściami. Przestawali się śmiać, ocierali rozbite wargi, wtedy tłumaczył. Dziwili się bardziej jeszcze, po co tłumaczy, kiedy już im udowodnił. Stryj to brat ojca, wujek brat matki. I tak mylili. A zegarek porządkował przestrzeń. Nie rozumieli, sekundy przeliczać na metry? Mówił, że przecież chronometr. Rechotali, chromo-sromo. Znów sprawdził, czas stanął. Jak w filmach o UFO, zamierające zegarki. Tani chwyt, lecz jeśli taka jest właśnie miara przestrzeni, wymiar wszechświata?

Mimo wszystko nie zabłądził. Wierzył w to. Wiedział o tym. Zatrzymał się wreszcie, dyszał, oparł dłonie o kolana. Prawe bolało, nie było jednak na tyle spuchnięte, by miało z tego wyniknąć coś poważniejszego. Rozejrzał się, wypatrując ruchu, czegokolwiek, co by go zapowiadało. Ale przestrzeń trwała w bezruchu, rozjaśniana z wolna sinawą poświatą. Do wschodu nie dalej niż pół godziny. Czyli czwarta z minutami, bliżej piątej. Raz jeszcze spojrzał na zegarek. Wskazówki zbiegły się, zasłaniając wzajem, na wysokości trzeciej. Niemal równolegle z nimi przecinała szkiełko widoczna już rysa pęknięcia. Jeżeli rozbił je, wyskakując z samochodu, miał za sobą godzinę, półtorej. Trochę mało, by się bezpiecznie zatrzymać. A mogło być i tak, że uderzył ręką o drzewo i roztrzaskał zegarek już później. Kiedy biegł i parę razy upadł. Chyba upadł. Może więc wtedy. Tego przecież nie wiedział. Ani tego co z telefonem. Gdzieś był, jest?

Musiał zrobić użytek z tego, co wie. Stał na niewielkim wzniesieniu, wodę miał na wprost, stąd niewidoczną, a i zakrytą pewnie linią drzew. Wydało mu się nawet, że czuje jej zapach, gnilny i żywy zarazem. Domy były z lewej, ciemne jeszcze. Ale może te oświetlone już okna wychodziły na zalew. Dalej, za domami, pamiętał, chciał pamiętać, jest szosa. Tyle że to zbyt łatwe pójść tam, teraz. Zbyt trudne. Za głupie. Bliskość domów, ujawniana coraz jaśniej połyskującym różem, przenikającym niskie chmury, wydała mu się mimo to potrzebna, dobra. Poczuł zadowolenie. Proste, niemal zapomniane, że udowodnił sam sobie coś, co wcale nie było oczywiste, a czego mógł, powinien się po sobie spodziewać.

Przyjeżdżał tu już. Kiedyś. Dawniej. Sam. Ważne, teraz ważne, że sam. Zatrzymywał się w drodze na umówione spotkania. Łaził po kamiennej podmurówce brzegu, patrzył na drzewa, domy. Było do nich ze trzysta metrów. Nigdy ich nie przeszedł. Nie miał po co.

Tej nocy zobaczył rozświetloną reflektorem tablicę przy zakręcie w prawo, mignęła znajoma nazwa miejscowości i cyfra trzy, a może pięć. Trzy lub pięć kilometrów boczną drogą. Pojechali prosto, dopiero po chwili skręcili w las, duktem, też w prawo. Gdy wyskoczył z samochodu i biegł, nie zastanawiał się, w którą stronę biegnie, a i potem przecież rzucił się w bok, wykopem między chojakami. Nie miał szansy wiedzieć, w jakim biegł kierunku, ale musiał się przecież uczepić jakiejś myśli, jakiegoś wymiaru w niezmierzalnym, dlatego już wtedy, biegnąc, wymusił na sobie wiarę, że samochód pozostał za plecami, z lewej, po skosie. Czyli, że on porusza się mniej więcej równolegle do tamtej bocznej drogi, więc biegnie w kierunku wody. I domów. Ale może się od nich oddalał. Może to było inne miejsce, inna droga.

A przecież ujrzał je tak dobrze, że aż przykucnął. Jakby i jego można było stamtąd zobaczyć. Drżał. Poczuł to, bo kolana zaczęły o siebie trącać. Wtedy też usłyszał zęby uderzające szybko, coraz szybciej. Jakby chciały nadać rytm reszcie ciała. Chwilę bronił się przed tym rytmem, zacisnął szczęki. Aż raptownie wszystko w nim zmiękło, rozpłynęło się w gwałtownie wzbierającym dygocie. I już nie umiał, nie chciał powstrzymywać bezwolnej trzęsionki całego ciała. Teraz nie było mu nawet zimno, znikał w wysokich, bijących miarowo falach. Ich kołysanie przyprawiło go o czkawkę; niepohamowaną, niemal bolesną. Prawie równocześnie, nie potrafił pojąć dlaczego, zaczął się śmiać. Dławił się tym szarpiącym żołądek, rozpierającym szczęki śmiechem. Aż wreszcie, tak samo nagle, to wszystko ustało. Opadł na kolana i zwymiotował.

Teraz był spokojny. Wyrwał garść pachnącej ziemią trawy, otarł usta z gorzkiej żółci. Uniósł się, wstał ostrożnie. Poczuł mocne, ale miarowe bicie serca, pompującego w żyły siłę i ciepło. Aż zachłysnął się niespodzianym, jasnym uczuciem, tak zwyczajnym w tej chwili, że nawet nie zdążył go w sobie nazwać, rozpoznać.

Pochylony, łapiąc równowagę rozpostartymi ramionami (gładkie podeszwy ślizgały się po trawiastym stoku), zaczął schodzić w stronę mgły, która wysoko wypełniała nieckę łąki. Wszedł w nią po kolana i szedł dalej, wracał, jakby CHCIAŁ SIĘ W NIEJ ZANURZYĆ.

w serii kwadrat ukazały się

"2008", "2011", "2014" - antologie współczesnych polskich opowiadań

Marcin Bałczewski "Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

Waldemar Bawołek "To co obok"

Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

Dariusz Bitner "Książka"

Roman Ciepliński "Diabelski młyn"

Tomasz Dalasiński "Nieopowiadania"

Krzysztof Gedroyć "Przygody K"

Andrzej Grodecki "Iluzje"

Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

Lech M. Jakób "Ciemna materia"

Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

Wojciech Klęczar "Wielopole"

Bogusława Latawiec "Ciemnia"

Ryszard Lenc "Chimera"

Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco"

Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"

Jarosław Maślanek "Ferma ciał"

Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"

Paweł Orzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

Paweł Przywara "Zgrzewka Pandory"

Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"

Grzegorz Strumyk "Kra", "Nierozpoznani"

Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

Izabela Szolc "Śmierć w hotelu Haffner"

Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"

Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

Emilia Walczak "Hey, Jude!"

Miłosz Waligórski "Kto to widział"

Maciej Wasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"

Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"