Maria Simma. 365 dni z Przyjaciółką Dusz Czyśćcowych - Marcello Stanzione

-
Proszę czekać

Przedmowa

Gdy płodny i błyskotliwy autor - ksiądz Marcello Stanzione - zaproponował przygotowanie książki poświęconej nauczaniu Marii Simmy o duszach czyśćcowych, od razu stałem się jej entuzjastą. Żywe i głębokie pozostaje po kilku latach moje wspomnienie tej miłej osiemdziesięcioletniej pani spotkanej podczas jednej z jej licznych włoskich podróży poświęconych uwrażliwianiu na wielki temat dusz czyśćcowych. Pani, o której mowa, Maria Simma, jakkolwiek znana na całym świecie, okazała się osobą o rozbrajającej prostocie, uprzejmą, żywą intelektualnie pomimo swojego wieku. Małomówna, lecz zawsze wyrazista i dokładna w odpowiedziach, potrafiła przekazywać pokój i wiedzę, zważywszy że temat zaświatów nie był szczególnie poruszany w katolickich mediach w tamtym okresie. Dzisiaj, dzięki Bogu, dobrych książek na ten temat nie brakuje i niniejszy tekst księdza Marcella bez wątpienia wpisuje się na ich listę.

Przyjaźń, wzajemny szacunek i sympatia wobec Marii Simmy pozwoliły naszemu wydawnictwu opublikować najważniejsze książki na jej temat, w szczególności bestseller "Uwolnijcie nas stąd!", przygotowany przez nieżyjącego już Nickiego Eltza.

Dzięki opracowaniu tych materiałów można było zasmakować w duchowym dziele Marii Simmy poprzez [włoską - przyp. tłum.] audycję telewizyjną Miracoli, która dzięki rekordowym wynikom oglądalności pozwoliła milionom osób poznawać nadzwyczajne życie rzeczniczki dusz czyśćcowych.

Maria Simma zawsze żyła ubogo, świadcząc o tym, jak Boska Opatrzność potrafi się troszczyć o swoje narzędzia, i sama stając się osobą opatrznościową, gdy spotykała potrzebujących!

Żyła ona nieustanną modlitwą i dziełami miłosierdzia, w sposób pogodny, w prawdziwej pokorze, nie fasadowej. Z jej oczu biło szczególne światło, które zawsze będę nosił w sercu.

Jestem wdzięczny księdzu Marcellowi za wybranie na każdy dzień roku myśli do lektury, medytacji i "przeżuwania", zaczerpniętych z pouczeń dusz czyśćcowych, które przez całe ziemskie życie towarzyszyły Marii Simmie, tak aby mogły przynosić wszystkim w późniejszych czasach pożytek, pocieszenie i wzrost duchowy.

Piero Mantero

WprowadzenieCZYŚCIEC: ZAPOMNIANA NAUKA KATOLICKA

W katechezie ze środy 12 stycznia 2011 r., Benedykt XVI, dzisiaj papież emeryt, ilustrując postać mistyczki Katarzyny z Genui (1447-1510), inspiratorki, jeśli nie autorki, Traktatu o Czyśćcu, znalazł sposobność, by ponownie przedstawić niezwykły opis tego stadium powrotu dusz do Boga, który genueńska święta opisała dzięki swoim mistycznym doświadczeniom i swojej drodze nawrócenia. Papież podkreślał oryginalność tej wizji w odniesieniu do innej rozpowszechnionej w czasach Katarzyny: w odróżnieniu od przedstawienia przyjętego w owym okresie, które sytuowało czyściec w pewnym miejscu, "u Katarzyny [...] czyściec nie jest przedstawiany jako krajobrazowy element wnętrza ziemi: nie jest ogniem zewnętrznym, lecz wewnętrznym. Tym właśnie jest czyściec - ogniem wewnętrznym"[1]. Nauka o Czyśćcu zajmowała znaczącą pozycję w teologii i Magisterium katolickim w późnym średniowieczu, również z powodu niemal handlowych praktyk, przeciwko którym wystąpili przede wszystkim przedstawiciele reformacji. "Mistyczna" wizja przedstawiona przez genueńską świętą posłużyła papieżowi zarówno dla przypomnienia aspektu doktryny katolickiej, który pośród ogółu wiernych wydaje się zapomniany, a w teologii poddawany dyskusji, jak i dla oczyszczenia tejże doktryny z wyjątkowo bujnych wyobrażeń, które kładły nacisk na karny wymiar Czyśćca, czyniąc z niego raczej przejściowe piekło niż miejsce nadziei. "Zapomnienie" nauki o Czyśćcu, w ostatecznej analizie, wydaje się spowodowane przez dwa zasadnicze czynniki: pierwszy, o charakterze psychologicznym, dotyczy trudności w zaakceptowaniu faktu, iż czyściec może lub powinien być uważany za miejsce cierpienia; drugi, o charakterze teologicznym, wynika z "wyeliminowania" sfery "pośredniej", bliżej nieokreślonego "czasu" lub stanu oczyszczenia dla tych, którzy nie są w stanie cieszyć się wiecznym błogosławieństwem.

Przenikając stopniowo do myśli chrześcijańskiej, ta doktryna o Czyśćcu rozwinęła się bardziej w pobożności ludowej niż w ustaleniach dogmatycznych, które zdają się niezwykle powściągliwe, do których pobudką był dialog lub przeciwstawienie się najpierw prawosławnym, a następnie protestantom. Na poświadczenie tego, co stwierdzono, można przytoczyć "rozczarowujący" wynik dyskusji na nasz temat na Soborze Trydenckim: króciutki dekret o Czyśćcu, wydany 3 grudnia 1563 r., który w ostatecznej analizie okazuje się dekretem dyscyplinarnym. Wzywa bowiem biskupów do czuwania w trzech wymiarach: przede wszystkim, by w głoszeniu nie wprowadzano subtelnych kwestii, jeszcze niepewnych z punktu widzenia teologicznego, lecz ograniczano się do przedstawiania nauki Kościoła; po drugie kwestii zabobonnych lub związanych z (częstym wówczas) kupczeniem odpustami; w końcu, aby troszczono się o odprawianie modlitw za zmarłych z pobożnością i szacunkiem. Dnia 19 czerwca 1547 r., gdy na początku soboru zajmowano się jeszcze kwestią Czyśćca, jedenastu teologom przedstawiono cztery pytania:

1. Czy przy pomocy Pisma Świętego można wykazać istnienie Czyśćca?

2. Czy śmierć uwalnia od pozostałości winy, tak że nie byłoby już potrzeby innego oczyszczenia po śmierci?

3. Czy dusze zmarłych mogą zyskiwać zasługi i być pewne swojego zbawienia?

4. Czy w Piśmie Świętym jest mowa o skuteczności modlitwy za zmarłych?

W trakcie dyskusji nie osiągnięto żadnej wspólnej konkluzji. Dlatego dekret o Czyśćcu ogranicza się do stwierdzenia, że "istnieje Czyściec". Patrząc na te kwestie okiem wolnym od uprzedzeń, można podzielić ocenę, jaką najbardziej autorytatywny historyk Soboru Trydenckiego, Hubert Jedin, wyraża w odniesieniu do przywołanej dyskusji: "Jeżeli uważnie prześledzi się debatę na temat Czyśćca, nie można uniknąć wrażenia, że ta nauka wiary nazbyt wysoko ceniona w świadomości wiernych i Kościoła - biorąc pod uwagę liczbę zamawianych Mszy z ksiąg parafialnych - nie została wystarczająco utwierdzona i omówiona teologicznie, oraz że atak reformatów wywarł zbawienną presję dla zaradzenia tym antynomiom". Pierwsze z pytań zadanych teologom brzmiało: czy nauka o Czyśćcu może być potwierdzona przez Pismo Święte. Problem wynikał z kontestacji protestantów. Większość teologów uważała, że można znaleźć biblijne podstawy w tekstach, którymi poprzednia tradycja posłużyła się do stwierdzenia istnienia sytuacji pośredniej między piekłem a Niebem: Mt 12, 32 (jest tam mowa o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu, który nie może zostać odpuszczony ani w tym życiu, ani w przyszłym, i teologowie dostrzegali w związku z tym możliwość przebaczenia niektórych grzechów powszednich w przyszłym życiu); 1 Kor 3, 13.15 (Paweł mówi o ogniu, który ma wypróbować, czy dzieło naszego życia zostało zbudowane na fundamencie Chrystusa; ten fragment jest "czarnym koniem" w walce o "biblijną doktrynę" Czyśćca, począwszy od Augustyna); 1 J 5, 16 (gdzie wyróżnia się grzechy niesprowadzające śmierci i te, które sprowadzają śmierć, w przypadku których nie powinno się modlić za popełniającego grzech; oznacza to, że można się modlić w przypadku grzechów niesprowadzających "drugiej" śmierci); 2 Mch 12, 45 (gdzie jest mowa o składce uczynionej przez Judę Machabeusza dla złożenia ofiary przebłagalnej za poległych w bitwie przeciwko Gorgiaszowi; tekst ten był zazwyczaj przytaczany w kontekście ustanowienia modlitwy za zmarłych, co oczywiście implikuje sytuację oczyszczenia). Dyskusja między teologami była dość zacięta, do tego stopnia że "augustianin Gregorio Perfetto przypomniał zgromadzeniu, że zostało zwołane w celu odnalezienia prawdy, a nie wzajemnego obrażania się". Lecz ostatecznie nie osiągnięto konsensusu niezbędnego, by odpowiedzieć na zadane pytanie; a nawet ci, którzy początkowo utrzymywali, że możliwe jest znalezienie uzasadnienia, ostatecznie stracili takie przekonanie. To zatem nie przypadek, że dekret posługuje się formułą: "na podstawie Pisma Świętego", bez przytaczania żadnego cytatu. Nie wydaje się bowiem możliwe znalezienie w Piśmie Świętym tekstów, które pozwoliłyby bezpośrednio myśleć o nauce o Czyśćcu, przynajmniej w taki sposób, w jaki ukształtowała się w ciągu wieków. Nie znaczy to jednak, że nie można znaleźć idei, którą nauka o Czyśćcu przyjmie i przeformułuje; posługując się słowami komentarza do 1 Kor 3, 12-15 z encykliki Spe salvi, można by powiedzieć: "dla ocalenia trzeba przejść samemu przez "ogień", aby definitywnie stać się otwartymi na Boga i móc zająć miejsce przy Jego stole na wiekuistej uczcie weselnej". Innymi słowy, to "rozwój idei czystości z wynikającą z niej koniecznością oczyszczenia stanowi prawdziwy biblijny fundament dogmatu o czyśćcu. W istocie nie jest on bowiem niczym innym jak przemyśleniem i pogłębieniem przekonania, że komunia z Bogiem, na wzór prymitywnego kontaktu z sacrum, oraz niemal według kanonów istoty religii, nie jest dla wszystkich (profanum), lecz wymaga oczyszczenia, gdyż kwestia czysto materialna przyjęła wszelkie cechy procesu moralnego". Dekret trydencki odnosił się ponadto do wcześniejszych interwencji Magisterium, jakkolwiek nie cytował ich bezpośrednio. Wspomniane sobory były związane z próbami zjednoczenia z prawosławiem. Jego wyznawcy utrzymywali wizję typową dla Ojców wschodnich, mniej skłonnych do precyzji pojęciowej i determinacji prawnej niż łacińscy. Z perspektywy Ojców łacińskich wschodnim brakowało dwóch aspektów w doktrynie o Czyśćcu: charakteru karnego i lokalnego. Ojcowie wschodni utożsamiali ogień z sądem i zapatrywali się na ten zbawczy proces w sposób odmienny niż łacińscy, którzy, zwłaszcza po Cur Deus homo św. Anzelma, kładli akcent na zadośćuczynienie jako drogę do zbawienia. Dla wschodnich zbawienie jest postępującym procesem przebóstwienia, który oczywiście wymaga oczyszczenia, lecz nie w sensie ekspiacji karnej. Również z tego względu napotykają trudność w myśleniu o miejscu pośrednim między piekłem a Niebem. Różnica nie byłaby newralgiczna, gdyby nie doszły do niej inne kwestie. Można to zauważyć na podstawie prostej prośby Innocentego IV do grekokatolików, aby używali terminu "Czyściec", jako że podzielali ideę oczyszczenia po śmierci dla tych, którzy nie odbyli pokuty w trakcie życia ziemskiego i umierają w grzechu powszednim. Ponowne podjęcie tej kwestii na soborach: Lyońskim II (1274) i Florenckim (1439), w próbie przywrócenia jedności z greckim Kościołem prawosławnym, doprowadzi w rzeczywistości do zarzucenia koncepcji Czyśćca w kwestii lokalizacji miejsca, lecz nie jego wymiaru karnego: nie będzie się już bowiem mówić o Czyśćcu, lecz o "oczyszczających karach", i nie będzie odniesień do ognia. Z tego powodu nie określa się już rodzaju kary, jaką cierpią dusze. Patrząc na te uściślenia doktrynalne całościowo z perspektywy Magisterium katolickiego, można powiedzieć, że wraz z Soborem Florenckim osiągnięto punkt kulminacyjny. Doktrynę, która rozwinęła się przez wieki, przede wszystkim wychodząc od św. Augustyna, można zatem podsumować następującymi dwoma twierdzeniami:

1. istnieje sytuacja oczyszczenia po śmierci dla dusz, które, chociaż nie zanegowały miłości Chrystusa, nie odbyły należnej pokuty w czasie ziemskiego życia;

2. wspomaganiu procesu oczyszczenia służą modlitwy Kościoła, w szczególności celebracja eucharystyczna i jałmużny.

Podsumowana tutaj doktryna zdaje się niezwykle skromna, jeśli porówna się ją z bogactwem szczegółów, jakich upowszechnianie zakładało kaznodziejstwo, a wyobraźnia ludowa sobie przedstawiała, również na podstawie opisów zawartych w dziełach literackich (spośród wszystkich należy wspomnieć "Boską komedię" Dantego), a teologia potwierdzała, czyniąc z Czyśćca "wielką organizację tortur".

Wspomniano już o tym, że aby dostąpić spotkania z Bogiem, potrzeba świętego życia. Konstatacja, iż chrześcijanie, uczynieni świętymi przez chrzest, nie byli w stanie utrzymać nietkniętą otrzymanej wraz z tym sakramentem godności dzieci Bożych, doprowadziła do zaproponowania im drugiej możliwości, poprzez sakrament pokuty, który, jakkolwiek początkowo przewidziany jedynie raz w życiu, stopniowo, z powodu nadużyć (był odwlekany na koniec życia), jak i uwzględnienia słabości wiernych oraz praktyk mnichów irlandzkich i szkockich, mógł być powtarzany. Wspomniane już rozróżnienie między winą i karą stało się częścią doktryny o sakramencie pokuty i posłużyło również wyjaśnieniu doktryny o Czyśćcu. Ta ostatnia nie została zapoczątkowana przez taki model interpretacyjny, lecz przyjęła go i została zbudowana w oparciu o niego, jak można zauważyć w wyżej cytowanym kanonie 30 dekretu Soboru Trydenckiego o usprawiedliwieniu, do którego odsyła również dekret tego soboru o Czyśćcu: ekskomunice podlegają ci, którzy negują konieczność kary doczesnej również po usprawiedliwieniu - tu, na ziemi, lub w Czyśćcu. W tle doktryny o Czyśćcu, jaka utwierdziła się na Zachodzie, znajduje się przede wszystkim nie doktryna eschatologiczna, lecz doktryna sakramentu pokuty. Nieprzypadkowo Czyściec, również w powszechnie znanej katechetyce, nie należy do rzeczy ostatecznych (to znaczy sytuacji śmierci, sądu, piekła, Nieba). Doktryna pokuty wiązała się, między innymi, z opisem związku między winą i karą: każdą winę należało naprawić odpowiednią karą, mającą na celu przywrócenie zarówno harmonii osoby, jak i komunii z Kościołem, po zranieniu przez grzech. W odniesieniu do każdej winy potrzebne było zatem wyobrażenie "miejsca", w którym należna pokuta miała zostać odbyta. Stąd przeliczanie na "lata w Czyśćcu": wyrażenie oznaczające, że cierpienie w Czyśćcu odpowiadałoby czasowi pokuty, który jest procesem nawrócenia, w jaki Kościół angażuje się poprzez modlitwę. Toteż w tym procesie oczyszczenia następującym po śmierci Kościół mógł lub powinien ofiarować swoje wsparcie. Sugerowano zatem, że na ostateczne spotkanie z Bogiem nie można przyjść bez pełnej reintegracji osoby ludzkiej. Jednym słowem Czyściec jest stanem żmudnej pokuty w perspektywie pełnego błogosławieństwa. W odróżnieniu jednak od pokuty, którą odbywa się podczas ziemskiego życia i która zawsze jest też wspierana przez łaskę i modlitwę Kościoła, w Czyśćcu nie ma żadnej aktywności ze strony "dusz", lecz tylko bierność; nie przypadkiem, dla opisania ziemskiego procesu pokutnego używano terminu satisfacio (zadośćuczynienie: termin obejmuje "czynienie"), dla opisania "pokuty" po śmierci w teologii używano terminu satispassio. Chciano w ten sposób wskazać na fakt, że po śmierci wolność ludzka nie wchodzi już w grę i wraz z nią kończy się możliwość zdobywania zasług: proces oczyszczenia jest tylko dziełem Boga. Bierze w nim udział również Kościół, który interweniuje swoją modlitwą, przede wszystkim poprzez celebrację eucharystyczną, najwyższy moment urzeczywistnienia solidarności międzyludzkiej, ponieważ uobecnia się w niej zbawcze działanie Chrystusa.

Jeśli ten, kto przebywa w Czyśćcu, nie może już czynnie odbywać pokuty, jakkolwiek nadal jej potrzebuje, musi być wspierany przez tego, kto jest w stanie ją czynić. Idea solidarności między wiernymi, świętych obcowania, przyjmuje decydującą formę w doktrynie o Czyśćcu. Widać to wyraźnie we wszystkich interwencjach Magisterium w zakresie naszego tematu: zawsze czyni się nawiązanie do pomocy, jaka z modlitwy Kościoła może płynąć dla tych, którzy znajdują się w sytuacji oczyszczenia. Tradycja chrześcijańska od początku rozwinęła tę koncepcję, potwierdzoną także przez fragment 2 Mch 12, 43-45, który był powszechnie rozumiany jako "dowód" "objawionej" zasadności modlitwy wstawienniczej za zmarłych. Wśród sposobów pomocy (zwykle wymienia się ofiarę Mszy, modlitwy, jałmużny i ofiary) szczególne miejsce przyznaje się ofierze Mszy. Na jej temat wyraził się bezpośrednio Sobór Trydencki w sesji XXII (17 września 1562), w którego dekrecie przypomina się o przebłagalnej wartości ofiary eucharystycznej, również za zmarłych. Czyniąc rozróżnienie od wizji reformatów dotyczącej wartości ofiarniczej Mszy, skorzystano z okazji, by potwierdzić możliwość korzystania z "owoców" celebracji eucharystycznej również przez zmarłych. Chciano w ten sposób pokazać uniwersalną wartość zbawienia dokonanego przez Chrystusa na krzyżu, którego "ponowne przedstawienie" następuje w Eucharystii: dopóki ludzie znajdują się w kondycji "pielgrzymów" (a dusze w Czyśćcu nimi są), pozostają celem zbawczego działania Chrystusa. Wychodząc od tego przekonania, w niektórych diecezjach lombardzkich w drugiej połowie XVIII w. rozwinęła się praktyka "triduum za zmarłych": łączono w niej ściśle Eucharystię i modlitewną pamięć o tych, którzy odeszli. Ta praktyka stanowi również świadectwo koncepcji Eucharystii sięgającej dysput średniowiecznych. Jakkolwiek bowiem celebracja eucharystyczna i nauczanie o rzeczach ostatecznych znajdowały się w jej centrum - z naciskiem na czyściec, a zatem na potrzebę przyjścia z pomocą duszom przebywającym tam "w więzieniu" - akcent był położony na adorację. Praktyka adoracji odzwierciedlała koncepcję Eucharystii, która rozwinęła się w okresie poprzedzającym Sobór Trydencki, gdy rozpowszechniła się zabobonna praktyka przechodzenia od jednego podniesienia do drugiego w celu otrzymania większej liczby łask. Kościoły były wyposażone w liczne ołtarze i księża odprawiali Msze, rozpoczynając je w małych odstępach czasu. Ludzie przechodzili od jednego ołtarza do drugiego, oczekując na moment podniesienia, aby patrzeć na konsekrowaną Hostię. Przesąd był związany z pobożnością do tego stopnia, że nad nią dominował. Towarzyszyło temu zjawisko księży "altarystów", wyświęcanych jedynie w celu odprawiania Mszy za zmarłych, bez żadnego przygotowania teologicznego. Sobór Trydencki położy kres tym zjawiskom (również poprzez ustanowienie seminariów mających na celu przygotowanie duchowieństwa, jakkolwiek wprowadzenie tych norm w życie przebiegało zdecydowanie za wolno), lecz poprzez doktrynę o realnej obecności Chrystusa w Eucharystii wzmacniał praktykę adoracji, która zostanie ponownie zaproponowana przy okazji triduum za zmarłych. Należy jednak przypomnieć, że Sobór Trydencki nie deklarował przebłagalnej wartości adoracji, lecz Mszy. Również dlatego nie zdołał wykorzenić praktyki, która mogłaby graniczyć z zabobonem: im więcej odprawionych Mszy, tym większa pewność wyjednania uwolnienia dusz czyśćcowych. W końcu nawet chrześcijaństwo nigdy nie zdołało wykorzenić potrzeby zagwarantowania sobie szczęśliwego życia w zaświatach. W rzeczywistości tradycja Kościoła od początku przyswoiła niektóre tradycje związane z kultem zmarłych i ukierunkowała je na formę kultu par excellence - celebrację eucharystyczną, w której wspomina się zmarłych, aby weszli do wiecznej szczęśliwości. Tradycje ludowe, niekiedy karmione niezbyt ostrożnym nauczaniem, z jednej strony przyjęły autorytatywne ukierunkowania Kościoła, z drugiej pomieszały te ukierunkowania z formami pogańskimi, pozostającymi poza wszelkimi wskazaniami normatywnymi. Należy przyznać, że chrześcijaństwo w czystej formie istnieje jedynie w książkach; ludzie łatwo mieszają wskazania doktrynalne i pastoralne z tym, co należy do atawistycznych substratów. Ponadto należy uwzględnić fakt, że w świadomości ludzi tkwi utylitarystyczna koncepcja religii, zatem tam, gdzie przewiduje się "zyskanie" czegoś dla siebie lub swoich bliskich, występuje pośpiech i gotowość nawet zapłacenia za zapewnienie sobie efektów. Nie ma autorytetu mogącego powstrzymać te "przepływy" świadomości i to one na ogół stanowią pożywkę dla najbardziej powszechnych praktyk religijnych.

Praktyka modlitwy wstawienniczej za zmarłych znajdowała, jak już wspomniano, uzasadnienie w Piśmie Świętym. W istocie jej potwierdzenie było raczej skromne: ograniczało się do epizodu opisanego w Drugiej Księdze Machabejskiej (12, 43-45), gdzie wychwala się gest Judy Machabeusza, bohatera żydowskiego powstania przeciwko hellenizacji terytorium Izraela, który posyła hojną ofiarę do świątyni jerozolimskiej, aby złożono ofiary przebłagalne za grzechy poległych w bitwie, u których znaleziono ukryte pod płaszczem amulety. Fragment ten, począwszy od św. Augustyna, zostanie wykorzystany przez literaturę chrześcijańską jako biblijne poświadczenie modlitwy za zmarłych. Ponieważ jednak praktyka modlitwy za zmarłych poprzedza odniesienie do tego tekstu, należy uznać, że jej korzeni należy szukać gdzie indziej: w praktykach hellenistycznych pochodzenia orfickiego, w istocie dość marginalnych w odniesieniu zarówno do greckich, jak i rzymskich praktyk wzywania zmarłych lub organizowania uczt na ich grobach w niektóre dni (trzeciego, siódmego, trzydziestego lub czterdziestego). Odnaleziono fragmenty odsyłające do nauczania Orfeusza, według którego ludzie spełniają święte czynności dla uzyskania uwolnienia niegodziwych przodków. Lecz przede wszystkim w Egipcie modlono się za zmarłych, a z Egiptu modlitwa ta rozpowszechniła się do Azji Mniejszej, Grecji, południowych Włoch. Gdy chrześcijaństwo rozprzestrzenia się w basenie Morza Śródziemnego, również dzięki pośrednictwu judaizmu, znajduje żyzne podłoże dla rozwoju modlitwy za zmarłych: Kościół nie uczyni nic innego, jak kontynuowanie, po ich oczyszczeniu, istniejących zwyczajów związanych z ucztą nagrobną wraz z Eucharystią w dniach, w których według środowiskowej tradycji celebrowano te uczty przy grobie. Stąd też wspomnienie zmarłych zostanie włączone w kanon celebracji eucharystycznej, przynajmniej w Mszach z dni powszednich, a w VI-VII w. zostaną stworzone specjalne formularze Mszy i oficjum za zmarłych. Podstawą tej praktyki jest komunia, jaką w Chrystusie przeżywają wszyscy ochrzczeni, jeśli nie są winni grzechów głównych. W związku z tym nie dziwi fakt znalezienia związku między doktryną o Czyśćcu a modlitwą za zmarłych. Powiązanie to zostało wyraźnie podkreślone przez wielkiego mistrza zachodniej myśli teologicznej, św. Augustyna, według którego żyjący mogą przychodzić z pomocą ochrzczonym zmarłym, niezbyt "złym", ani nie całkiem dobrym - osobom "przeciętnym", powiedzielibyśmy dzisiaj - poprzez modlitwę, aby mogli oni osiągnąć wieczne szczęście, a następnie przychodzić z pomocą żyjącym. Zaznaczenie, że chodzi o ochrzczonych, przypomina podstawowy warunek uczestnictwa w komunii kościelnej, poza którą nie bierze się pod uwagę zbawienia wiecznego. Z tego samego powodu ci, którzy porzucili wiarę katolicką, nie są już godni modlitwy Kościoła, jak poświadczają formularze liturgiczne z ostatnich stuleci pierwszego tysiąclecia. Jednym słowem: "Modlitwa za zmarłych, w ścisłym tego słowa znaczeniu, suponuje pewną eklezjologię: wstawiennictwo żywych za zmarłych zakłada, że komunia oparta na chrzcie, podtrzymywana przez wiarę i życie chrześcijańskie, karmione Eucharystią, utrzyma się po śmierci". Oczywiste jest, że taka wizja łączy się z koncepcją zaświatów związaną ze stanem "niedopełnienia", w którym nadal należy się do Kościoła pielgrzymującego, a zatem jest się jeszcze przez niego "niesionym". Modlitwa Kościoła za "dusze" czyśćcowe zbliża się w ten sposób do modlitwy, jaką w starożytności chrześcijańskiej wspólnota modliła się za tych, którzy czynili pokutę w celu ponownego przyjęcia do pełnej komunii z Kościołem. Stanowi zatem troskę wspólnoty o swoich członków - żywych lub będących w drodze ku szczęściu wiecznemu. Warto zwrócić uwagę, by przy okazji celebracji eucharystycznej nie modlić się raczej za pojedyncze osoby, lecz za wszystkich zmarłych: wspólnota staje się miejscem "dezaprobaty" indywidualnej, by stać się miejscem aprobaty dla wszystkich. Oczywiście, przede wszystkim w Mszach pogrzebowych i w kanonie rzymskim wymienia się z imienia poszczególne osoby zmarłe, lecz zawsze w łączności z tymi, którzy umarli w Chrystusie. Nie można w ten sposób zaprzeczyć, że każdy wierny może się modlić za "swoich" zmarłych, jednak adresatami modlitwy wspólnoty nie jest suma jednostek: one same są wspólnotą, w komunii z ziemską wspólnotą pielgrzymującą na ostateczne i uszczęśliwiające spotkanie z Panem. W celebracji eucharystycznej, gdzie uobecnia się zmartwychwstały Pan, ustanawia się komunia, która przekracza granice czasu i miejsca. Relacje uczuciowe nie są wymazywane, lecz podlegają transcendencji i rozszerzeniu, aby objąć wszystkich ludzi, którzy stali się już "braćmi".

Co ostatecznie pozostaje z doktryny o Czyśćcu? Jeśli zwróci się uwagę na głębszy sens interwencji i refleksji teologicznych, zdaje się, że można odpowiedzieć słowami katechizmu dla dorosłych Konferencji Episkopatu Niemiec: "Pospolity dyskurs dotyczący biednych dusz czyśćcowych jest uzasadniony faktem, że mogą się one oczyścić i uświęcić nie w sposób czynny, lecz jedynie bierny. W istocie chodzi jednak nie o "biedne dusze", lecz o dusze, które doświadczają całego bogactwa miłosierdzia Bożego i które znajdują się w sytuacji zasadniczo przewyższającej naszą, jeśli chodzi o spełnienie nadziei i bliskości z Bogiem. Ich cierpienie w obliczu Boga polega właśnie na tym, że nie są one jeszcze wystarczająco czyste, aby zostały całkowicie przeniknięte i wypełnione miłością Boga. Chodzi zatem o oczyszczające cierpienie miłości. W tej miłości wszystkie członki jedynego Ciała Chrystusa są zjednoczone w solidarności. Dlatego modląc się i odbywając pokutę, mogą one pomagać sobie wzajemnie i w ten sposób dopełniać "braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół" (por. Kol 1, 24). Nie w znaczeniu, jakby Chrystus nie uczynił wystarczająco przez swoją mękę i śmierć dla naszego odkupienia. Przeciwnie, uczynił On więcej, niż potrzeba, do tego stopnia że uczynił nas uczestnikami w szerzeniu swojego zbawczego dzieła, tak że my możemy w zastępstwie uczynić coś dla zbawienia innych". Ustają w ten sposób wszelkie roszczenia do opisywania sytuacji oczyszczenia przez mniej lub bardziej przerażające obrazy. To, co Benedykt XVI podjął od św. Katarzyny Genueńskiej, pozostaje prawdą o Czyśćcu: chodzi o przemieniający proces, w którym miłość Boga w Chrystusie przygotowuje na uszczęśliwiające spotkanie z Nim. Ponieważ nikt nie jest "w Chrystusie" sam, lecz dzięki Kościołowi i w Kościele, doktryna o Czyśćcu przyjmuje postać paragrafu eklezjologii i teologii sakramentalnej, oczywiście związanych z chrystologią i soteriologią. Tak rozumiana, uwolniona od ludowej wyobraźni i "ozdobników" szkolnej teologii, doktryna o Czyśćcu nie powinna już stanowić rozstrzygającej przeszkody między Kościołami, jak miało to miejsce w średniowieczu i na początku epoki nowożytnej.

Przez wiele lat książki Marii Simmy o Czyśćcu, na przykład "Uwolnijcie nas stąd!", były prawdziwymi bestsellerami wśród publikacji religijnych. Maria Agata Simma, druga córka Giuseppe Antonia Simmy i jego żony Aloisy Rinderer, urodziła się 5 lutego 1915 r. w wiosce Sonntag ([w Austrii, w kraju związkowym - przyp. tłum.] Vorarlberg), a zmarła tamże 16 marca 2004 r. Sonntag znajduje się na krańcu doliny Grosswalsertal, około trzydziestu kilometrów na wschód od miasta Feldkirch. Ojciec Marii Simmy, Giuseppe Antonio, był synem właściciela gospody "Pod Lwem", który również miał na imię Giuseppe Antonio, oraz jego żony Anny Pfisterer z Sonntag. Przez lata zarabiał na życie jako stróż, następnie pracował u swojego brata Johanna Simmy, rolnika w Bregencji, gdzie poznał Aloisę Rinderer, córkę pracownika kolei, którą Johann przyjął na wychowanie. Giuseppe poślubił ją pomimo osiemnastoletniej różnicy wieku. Zamieszkali w okolicach Sonntag. Podczas pierwszej wojny światowej pracował jako listonosz, następnie robotnik przemysłowy i drogowy, po czym przeszedł na emeryturę. Wraz ze swoją żoną i ich ośmiorgiem dzieci zamieszkał w starym domu, darowanym mu w spadku przez dobrego starszego człowieka, Franza Nickela, stolarza. Z powodu wielkiej biedy w rodzinie dzieci w bardzo młodym wieku rozpoczęły służbę i musiały zarabiać na chleb: chłopcy jako robotnicy, a dziewczynki jako nianie. Maria Simma od młodości była bardzo pobożna i pilnie uczęszczała na zajęcia z religii prowadzone przez jej duszpasterza, proboszcza, ks. dr. Karla Fritza. Po szkole podstawowej wyjechała do Szwabii, następnie do Hard, Nenzing i Lauterach. Chciała zostać siostrą zakonną, lecz trzykrotnie została odesłana do domu z powodu słabej kondycji fizycznej. Swoje wiano do klasztoru po części otrzymała, a po części uzbierała sama. Przez trzy lata pracowała na służbie w Feldkirch, w domu św. Józefa. Po opuszczeniu [klasztoru w - przyp. tłum.] Gaissau opiekowała się w domu swoim starszym ojcem i troszczyła się o kościół parafialny. Po śmierci ojca (1947) mieszkała sama w domu rodzinnym. Aby zaradzić potrzebom życiowym, zajmowała się ogrodnictwem. Żyła w ten sposób w ubóstwie, ale otrzymywała pomoc ze strony miłosiernych ludzi. Jej trzy doświadczenia pobytu w klasztorze utwierdziły ją jeszcze mocniej w miłości do religii katolickiej i przyczyniły się do postępu duchowego, przygotowując w ten sposób do jej apostolatu na rzecz dusz czyśćcowych. Jej życie duchowe charakteryzowało się dziecięcą miłością do Dziewicy Maryi i pragnieniem wspomagania dusz czyśćcowych, lecz również wszelkiego rodzaju pomocą misjom zagranicznym. Maria poświęciła swoje dziewictwo Matce Bożej i zawierzyła się Maryi według nabożeństwa św. Ludwika Grignion de Montfort, przede wszystkim na rzecz zmarłych. Ofiarowała się również Bogu, składając Mu ślub jako "dusza ofiara", ofiara miłości i przebłagania. Maria Simma w pewnym momencie swojego życia odnalazła powołanie, które wyznaczył jej Bóg: pomoc duszom czyśćcowym przez modlitwę, cierpienie ekspiacyjne i apostolat. Od czasów nazizmu pomagała w przygotowywaniu dzieci do spowiedzi i w katechezie pierwszokomunijnej, zapewniając im dodatkową edukację religijną i ujawniając w tej pracy prawdziwy talent i wielką umiejętność. Już od dzieciństwa Maria Simma przychodziła z pomocą duszom czyśćcowym przez modlitwy, uzyskując dla nich odpusty. Począwszy od 1940 r., dusze czyśćcowe przychodziły prosić ją o pomoc modlitewną. W uroczystość Wszystkich Świętych 1953 r. Simma zaczęła pomagać zmarłym przez cierpienia ekspiacyjne. Bardzo wiele wycierpiała za pewnego oficera zmarłego w Karyntii w 1660 r. Te bóle odpowiadały grzechom do odpokutowania. W tygodniu następującym po uroczystości Wszystkich Świętych dusze mają otrzymywać łaski za pośrednictwem Najświętszej Dziewicy, a cały listopad również zdaje się dla nich czasem szczególnie obfitych łask. Maria Simma była niezwykle szczęśliwa, mogąc modlić się i pokutować za dusze czyśćcowe w listopadzie, lecz dopiero w uroczystość Niepokalanego Poczęcia (8 grudnia) prawdziwie rozpoczęła się jej misja. Pewien ksiądz z Kolonii, który zmarł w 555 r., ukazał się jej zrozpaczony: przyszedł poprosić ją o cierpienia ekspiacyjne, które musiała spontanicznie przyjąć, bo inaczej on musiałby pokutować aż do sądu ostatecznego. Simma się zgodziła - i był to dla niej tydzień straszliwych boleści. Każdej nocy ta dusza przychodziła dodawać jej nowe cierpienia. Wyglądało to, jakby ktoś powykręcał jej wszystkie kończyny. Ta dusza przytłaczała ją, zgniatała, jeśli można tak powiedzieć; i ciągle z każdej strony nowe miecze przeszywały ją brutalnie. Innym razem czuła, jakby napierało na nią tępe ostrze, które zakrzywiając się, na skutek oporu, wbijało się w każdą część jej ciała. Ta dusza musiała odpokutować zabójstwa (chodziło o męczeństwo towarzyszek św. Urszuli), swój brak wiary, cudzołóstwa i Msze świętokradcze.

Pierwsza książka Marii Simmy, "Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi", była zaciekle atakowana w niektórych dziennikach, co zmusiło jej wydawcę, Arnolda Guilleta z Christiana-Verlag, do wyrażenia następującego stanowiska:

Zanim zdecydowałem się opublikować tę książkę, chciałem wszystko dokładnie zweryfikować. Udałem się do wioski, w której mieszka Maria Simma, do Sonntag, w Grosswalsertal, gdzie odbyłem długą rozmowę z jej kierownikiem duchowym, księdzem proboszczem Alfonsem Mattem. On udzielił mi prawa do opublikowania, w skróconej formie, jego raportu o Marii Simmie, które było zaadresowane do właściwego biskupa. Umożliwiono nam wykonanie kserokopii (do naszego archiwum redakcyjnego) sześciostronicowej opinii z kompletnym testem psychologicznym doktora Ewalta Bohma, przeprowadzonym na polecenie pewnego profesora teologii w Innsbrucku. Należy zauważyć, że w tym raporcie o Marii Simmie w ogóle nie ma mowy o żadnej histerii ani psychopatii. Podczas swojej podróży do Sonntag miałem okazję rozmawiać również ze współmieszkańcami Simmy i odwiedziłem nową kaplicę, miejsce pielgrzymek. Najkrócej mówiąc, dla mnie jest to tylko kwestia jednego pytania: czy Maria Simma to osoba wiarygodna? Jeżeli fakty opisane w książce są prawdziwe, wówczas dostrzegam w nich, by tak rzec, "Boże uwierzytelnienie" - toczyni jej charyzmat sprawą nadprzyrodzoną (to znaczy czymś więcej; niż na przykład telepatią), a w konsekwencji czyni jej doświadczenia wiarygodnymi. W raporcie proboszcza Alfonsa Matta czytamy: "Istnieje pewien nadzór, gdy weryfikuje się prawdziwość orędzi, które Maria Simma ma przekazać krewnym zmarłych, jeśli chodzi o dusze czyśćcowe. W większości przypadków nie znała ona osób, które się do niej zwracały. [W raporcie do biskupa pomocniczego Tschanna w Feldkirch zawarto, zgodnie z jego życzeniem, długą listę imion zmarłych]. Ja rozesłałem wiadomości do większości parafii, aby zostały sprawdzone, z prośbą o informację, w przypadku gdyby dane okazały się prawidłowe. Odnośnie do podkreślonych danych otrzymałem odpowiedź, że są zgodne". Już teraz proszę ewentualnych krytyków o wstrzymanie się od wszelkich spekulacji i komentarzy oraz o ograniczenie się przede wszystkim do dowodu autentyczności lub nieautentyczności w oparciu o fakty opisane w książce. Reszta się okaże. Już dzisiaj oświadczam otwarcie, że natychmiast wycofałbym książkę ze sprzedaży, gdyby skutecznie udowodniono, że Maria Simma i jej kierownik duchowy nas oszukali i że fakty opisane w książce są jedynie fikcją. W dziesiątkach wiosek są setki świadków. Od początku świadomie odkryliśmy wszystkie karty, przedstawiliśmy Marię Simmę z imienia i nazwiska, miejsca zamieszkania, danych biograficznych, z fotografiami, tak aby wszyscy ci, którzy z czystymi intencjami chcą dowodów w tej sprawie, mieli możliwość ich szukać (dokładnie tak jak w Lourdes, w międzynarodowym biurze medycznym, gdzie każdy może zasięgnąć informacji na temat cudów nie do wyjaśnienia z naukowego punktu widzenia). Wydawnictwo jest również skłonne, w granicach możliwości, udostępnić poważnym krytykom także inne dane i dokumenty. Książka o Marii Simmie nie została napisana dla zaspokojenia żądzy sensacji, lecz jako lektura pobożnościowa, umożliwiająca czytelnikowi kontakt z rzeczywistością miejsca oczyszczenia oraz mająca mu przypomnieć, że jest on zobowiązany modlić się za zmarłych. Gdy Bóg udziela charyzmatu, nie czyni tego dla prywatnej przyjemności. Brat Nicolao z pewnością nie uważał, że jego wizje Trójcy Świętej zostały mu udzielone jedynie tytułem osobistego zbudowania, a Joanna d'Arc nie słyszała "głosów" dla osobistej rozrywki, lecz dla ocalenia całego kraju. Żaden katolik nie ma obowiązku wierzyć w objawienia prywatne, lecz trzeba przyznać, że w Kościele miały i mają miejsce objawienia prywatne. Od czasów św. Franciszka opisano ponad trzysta przypadków stygmatyzacji. W naszym Kościele wiele zaczerpnięto z objawień prywatnych: procesja Bożego Ciała, nabożeństwo do Serca Jezusa, Różaniec, Lourdes, itd. Nie musimy się tego wstydzić. Dlaczego dzisiaj Bóg nie mógłby hojnie rozdzielać darów charyzmatycznych, o których mówi szczegółowo św. Paweł? Sobór Watykański II mówi odnośnie do tych darów: "A ponieważ te charyzmaty, zarówno najznamienitsze, jak i te bardziej pospolite, a szerzej rozpowszechnione, są nader stosowne i pożyteczne dla potrzeb Kościoła, przyjmować je należy z dziękczynieniem i ku pociesze. O dary zaś nadzwyczajne nie należy się ubiegać lekkomyślnie ani spodziewać się zarozumiale po nich owoców apostolskiej działalności, sąd o ich autentyczności i o właściwym wprowadzeniu ich w czyn należy do tych, którzy są w Kościele przełożonymi i którzy szczególnie powołani, by nie gasić Ducha, lecz doświadczać wszystkiego i zachowywać to, co dobre" (Konstytucja o Kościele Lumen gentium, 12). Alfonso Matt pisze: "To, czego Maria Simma dowiedziała się odnośnie do dusz czyśćcowych, o potrzebach, zagrożeniach i aktualnych środkach; to, czego doświadczyła w najbardziej bolesnych godzinach, oraz to, co ujrzała jako pocieszenie, jest w pełni zgodne z nauką wiary o sprawiedliwości i miłosierdziu Bożym, z nauczaniem o Czyśćcu i pojęciami oraz doświadczeniami władzy kościelnej". Skąd zatem ta drażliwość, skoro zjawiska ukazywania się dusz nie są nowe w Kościele? Również dzisiaj istnieje w tym zakresie bogata literatura. Także św. Jan Bosco z Turynu (1815-1888) doświadczył wraz z dwudziestoma innymi seminarzystami widzenia zmarłego kolegi, które wywołało u wszystkich przerażające i niezatarte wrażenie. Również sławna święta Małgorzata Maria Alacoque opisuje w swojej autobiografii widzenie zmarłego mnicha benedyktyńskiego. Fakt, że dusze zmarłych mogą ukazywać się żyjącym, jest wyraźnie stwierdzony w Nowym Testamencie: Mateusz (27, 52-54) opisuje, jak po zmartwychwstaniu Chrystusa dusze zmarłych ukazały się wielu ludziom. Biskupi wikariusz generalny z Feldkirch napisał o ojcu Alfonsie Matcie: "Sam proboszcz jest księdzem prawym i przykładnym, który nie ma w sobie nic z egzaltacji. Ze swoimi siedemdziesięcioma siedmioma laty jest już czcigodnym kapłanem". Moja szczera osobista opinia jest następująca: zakładając, że Maria Simma jest "autentyczna", dlaczego zatem nie wierzyć ojcu Alfonsowi Mattowi, skoro jest to ksiądz przykładny i uczciwy, oraz jeśli, w przypadku Simmy, jest głównym świadkiem i kluczową postacią? Zakładając, że Maria Simma nie byłaby "autentyczna", wówczas ojciec Alfonso Matt wpadłby w pułapkę szarlatanerii i nie posiadałby, pomimo kilkudziesięcioletniej praktyki, daru czytania w duszach. Czy w tym wypadku byłby księdzem przykładnym i uczciwym? Nikt nie oczekuje, że biskup Feldkirch oficjalnie uzna Marię Simmę, dopóki jeszcze żyje; sprzeciwiałoby się to praktyce kościelnej, która w takich przypadkach stosuje się do rady Gamaliela (zob. Dz 5, 34-40), tam gdzie nie ma jawnego oszustwa. Pokora i ubóstwo Marii Simmy są dla nas najlepszą gwarancją jej autentyczności. Gdyby była pyszna i zarozumiała, nie tknęlibyśmy jej tematu.

Przytaczam w całości także długie sprawozdanie na jej temat, podpisane 20 lutego 1955 r., które ojciec Alfonso Matt przygotował dla swojego biskupa. Tak w tej kwestii pisze proboszcz z Sonntag:

Po strasznym przypadku księdza z Kolonii (Maria Simma) musiała się zająć jeszcze sześcioma duszami, które mogły zostać uwolnione jedynie dzięki dobrowolnie przyjętej ekspiacji. Następnie będzie mogła o wiele łatwiej uwolnić, dzięki miłosierdziu Matki Bożej, wiele innych dusz, które przybędą do niej w pierwszej połowie roku. Jedna nazywała się Berta, była Francuzką, zmarłą w 1740 r., inna była wiedenką, zmarłą w 1810 r. Były także: włoska prostytutka, dwie młode kobiety z Innsbrucka, które zginęły podczas bombardowania, i włoski ksiądz. Przybyły potem również inne, które mogły zostać uwolnione poprzez lżejsze cierpienia i modlitwę. Jakkolwiek spodziewała się, że będzie to bolesne, Maria Simma zadeklarowała się przyjąć wszystkie te ofiary. Niekiedy zdarzały się takie, których nie mogłaby znieść jedynie o własnych siłach. W sierpniu 1954 r. zaczęła pomagać duszom w nowy sposób. Niejaki Paul Gisinger z Koblach ukazał się, prosząc ją, by poprosiła jego siedmioro dzieci, których imiona wskazał, o ofiarowanie stu szylingów na misje i zamówienie dwóch Mszy: jedynie w ten sposób mógł zostać uwolniony. W październiku pojawiły się podobne prośby: mniejsze lub większe kwoty na rzecz misji, ofiary na Msze i odmawianie Różańca powtórzyły się jeszcze jakieś czterdzieści razy. Dusze zawsze deklarowały się osobiście, bez pytań ze strony Marii. W tym samym miesiącu, październiku 1954 r., pewna dusza czyśćcowa powiedziała jej, że podczas tygodnia poświęconego zmarłym będzie mogła zadawać pytania wszystkim duszom, których krewni byli skłonni je wesprzeć, zapewniając im niezbędną pomoc. W każdym razie Maria Simma już wcześniej zadawała im pytania i otrzymywała odpowiedzi dotyczące różnych innych dusz. Mogła ona zgodzić się na zadawanie im pytań do 20 listopada, otrzymując odpowiedzi na nie przed końcem roku maryjnego. W październiku i w listopadzie, aż do Niepokalanego Poczęcia (8 grudnia), każdej nocy przychodziły dusze, za które miała się zarówno modlić, jak i cierpieć. Na początku sama musiała odmawiać wszystkie te modlitwy; lecz od momentu, gdy prośby stały się zbyt liczne, mogła prosić o pomoc inne osoby gotowe sumiennie się modlić za dusze. Za księży modlitwy miały być odmawiane przez księży. Wraz z zakończeniem roku maryjnego zaznała kilka dni spokoju. Potem inne dusze zaczęły się ukazywać, również takie, za które spontanicznie podjęła się cierpieć, zgodnie z tym, co uznawała za dobre i z własną zdolnością do poświęceń. Dusze czyśćcowe ukazują się w różnych formach i na różne sposoby. Niektóre pukają, inne ukazują się nagle. Niektóre przychodzą w ludzkiej postaci, wyraźnie widoczne, jak w czasie swojego doczesnego życia, zwyczajnie ubrane, jak w dni powszednie, inne natomiast ubrane w sposób niewyraźny. Dusze ogarnięte strasznym ogniem czyśćcowym robią przerażające wrażenie. Im bardziej są oczyszczone przez swoje cierpienia, tym bardziej stają się jasne i miłe z wyglądu. Często opowiadają, jak grzeszyły i jak uniknęły piekła dzięki Bożemu miłosierdziu. Innym razem dodają do swoich deklaracji nauczania i zachęty. W przypadku innych dusz odczuwa ona ich obecność oraz to, że musi się za nie modlić i cierpieć. W czasie Wielkiego Postu dusze ukazują się jedynie po to, by prosić Marię o ofiarowanie za nich cierpień w nocy i w ciągu dnia. Zdarza się również, że dusze czyśćcowe ukazują się w niezwykłych postaciach budzących strach. Czasem mówią, jak za życia, w swoim dialekcie. Te, które są obcokrajowcami, źle mówią po niemiecku, z obcym akcentem, więc w sposób indywidualny. Czy te widzenia są prawdziwe, czy są owocem wyobraźni? Czy są to fantazje sztucznie wytworzone przez pragnienia lub lektury? Różne fakty potwierdzają ich autentyczność, jak choćby cierpienia ekspiacyjne. Oto fakty:

1) Maria Simma już od wczesnego dzieciństwa pragnęła pomagać duszom czyśćcowym: z całą gorliwością zdobywała odpusty w określone dni i odmawiała za dusze niezliczone modlitwy odpustowe. Lecz wówczas nie wiedziała, że mogłaby odkupywać winy za dusze, cierpiąc za nie. Te cierpienia ekspiacyjne są tak surowe jak te czyśćcowe. Niezbędny był cały jej duch poświęcenia i świadomość złożonego ślubu, aby dobrowolnie zgodzić się na takie cierpienie za innych. Pewnego dnia zapytała, czy nie byłoby możliwe, żeby dusze przychodziły rzadziej, aby w ten sposób miała czas na niezbędny sen, bez którego nie mogła już wykonywać swojej pracy. Odpowiedziano jej, że uczyniła dar całkowitego oddania, jako "dusza ofiara". Czy była to szczera deklaracja, czy pobożny sen? Jeśli Matka Boża trzymała ją za słowo, ona musiała się zgodzić. Ponadto musiała lepiej gotować i więcej jeść: w ten sposób mogła wytrzymać większy ciężar. Człowiek może znieść więcej, niż sądzi. Zapewniono ją, że dusze czyśćcowe pomogą jej wypełniać codzienne zadania. Wyraźnie odróżnia ona tego, kto ukazuje się jej we śnie, od tego, kto ukazuje się na jawie. Dusze ją budzą, kierują do niej słowo i przychodzą ze swoimi cierpieniami. Czasami zdarza się, że musi cierpieć w ciągu dnia, gdy wykonuje swoją codzienną pracę. Dowodem na to, że nie chodzi o zwykłe choroby, jest fakt, że te cierpienia są niekiedy zapowiadane, a następnie nagle ustają, gdy minie wyznaczona liczba godzin. Maria Simma często mi mówiła, że wydawało się jej, że rok maryjny się wydłuża, tak jej ciążył. Niektóre dusze czyśćcowe kilka razy na nią nakrzyczały, mówiąc jej, że powinna podejmować się wszystkiego tego, co Bóg jej zsyłał.

2) Wielokrotnie wyrażano pragnienie możliwości obserwowania jej nocą, lecz bez jej wiedzy, aby odkryć, czy ona naprawdę coś posiada. Właśnie to uczynili, kierując się ciekawością, pewni młodzi ludzie: F.N., A.N., W.B., E.B., W.B. i, poniekąd, pewna dziewczyna, K.B., uważając, że to mistyfikacja. Na dwie noce przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia w 1954 r. weszli po drabinie na wysokość ukwieconego balkonu, na który wychodziło otwarte okno pokoju Marii Simmy. Usłyszeli, jak Maria cicho jęczy i płacze w swoich cierpieniach; widzieli, jak szukała chusteczki dla otarcia łez; słyszeli, jak rozmawiała z duszami czyśćcowymi, zadawała pytania, robiła notatki. Obserwatorzy nie widzieli ani nie słyszeli żadnych dusz, lecz potem przestali się śmiać i naigrawać z ukazywania się dusz czyśćcowych. Zreflektowali się. Najstarszy z nich opowiedział mi o swoich wrażeniach i spostrzeżeniach. Maria Simma dowiedziała się od duszy czyśćcowej, że szpiegowali ją przez dwie noce, lecz że było to z pożytkiem dla tych "szpiegów". Gdy dowiedziała się, że oni nie widzieli dusz, zapytała jedną z nich, jak to możliwe. Odpowiedź brzmiała: "Ci młodzi jeszcze żyją". "Ale ja też jeszcze żyję, a jednak was widzę", zaoponowała Maria Simma. A dusza: "Ty jesteś z naszych. My jesteśmy w ciemności. Droga, która prowadzi do ciebie, jest jasna". Maria Simma: "A gdybym was nie przyjęła?". Dusza: "Możemy cię do tego zmusić, dzięki Bożemu Miłosierdziu, ponieważ ty jesteś jedną z naszych". Maria Simma: "Co znaczą te słowa: "Ty jesteś z naszych"". Dusza: "Przez swój ślub szczególnie oddałaś się Matce Miłosierdzia. Ona oddała cię nam i dlatego droga prowadząca do ciebie jest jasna dla wielu dusz. Dobrze czynisz, przyjmując nas z troską, miłością i współczuciem. W ten sposób możesz uwolnić nas szybciej, mniej cierpiąc, otrzymać więcej łask i zasług oraz zrozumieć wiele rzeczy dla dusz, o które pytasz".

3) Można zweryfikować prawdziwość faktów, stwierdzając dokładność informacji udzielanych przez Marię Simmę odnośnie do dusz. Wskazówki te miały być przekazywane ich krewnym, którzy w większości przypadków byli jej zupełnie nieznani. W raporcie zaadresowanym do biskupa Tschanna figurują długie listy imion zmarłych z ich prośbami. Rozesłałem większość tych danych do proboszczów, aby mogli je sprawdzić, prosząc ich o odpowiedź, jeśli te informacje byłyby zgodne z rzeczywistością: w przypadkach podkreślonych w moim raporcie zasygnalizowano mi, że były dokładne.

4) W faktach wskazanych przez dusze, za które musiała ona znosić cierpienia ekspiacyjne, mogłem dostrzec pewne okoliczności, o których Simma nie mogła nic wiedzieć, biorąc pod uwagę jej nieświadomość. Dotyczy to przypadku księdza z Kolonii, który współdziałał przy męczeństwie świętej Urszuli i jej towarzyszek. Podczas katastrofalnej lawiny w styczniu 1954 r. dusze czyśćcowe powiedziały Marii, że w śniegu znajdują się pogrzebani żywcem ranni. Ostatni żywy został odnaleziony w Blons dwa dni później. Inne katastrofy, które miały miejsce w roku maryjnym, zostały jej tak samo przepowiedziane. Simma oznajmiła mi dwa dni wcześniej, niż podały o tym dzienniki, o powodzi, która miała miejsce latem 1954 r. Powiedziały jej o tym pewne dusze.

5) W charakterze Marii Simmy nie ma nic skomplikowanego, żadnej sztywności. Odkąd zaczęła się ofiarowywać, cierpiąc ekspiacyjnie, wyczuwa się u niej wielki spokój i lepszy nastrój niż wcześniej. Po zakończeniu roku maryjnego odczuła zmęczenie miesiącami poprzedzającymi uroczystość Niepokalanego Poczęcia. Doświadczyła wielkiej potrzeby snu, co mogłoby się przydarzyć każdej normalnej istocie w podobnych okolicznościach.

6) To, czego nauczyła się dzięki duszom, co widziała dzięki ich pouczeniom i pocieszeniom, jest w pełni zgodne zarówno z nauką wiary o Bożej sprawiedliwości i miłosierdziu, jak i z doktryną o Czyśćcu, oraz z opiniami i nauczaniami władz kościelnych.

7) Fakt, że mogła ona zadawać pytania i otrzymywać odpowiedzi dotyczące dusz, wzbudził wątpliwości. Są powody, by się obawiać, że ciekawi ludzie przeinaczą fakty, doszukując się w nich jakiejś sensacji. Początkowo niektórzy ludzie prosili Marię Simmę, aby zadała duszom pytania o ich zmarłych krewnych. Około połowy października ogłoszono jej, że w czasie tygodnia poświęconego zmarłym będzie mogła zadawać pytania wszystkim duszom, których krewni podjęli i spełnili dobre dzieła, których potrzebowały. Nie ulega żadnej wątpliwości, że Bogu podoba się, gdy krewni troszczą się o swoich zmarłych. Lecz Maria dowiedziała się, że w Czyśćcu przebywają również dusze, którymi mogła się interesować, nie będąc jednak do tego zobowiązaną. Chodziło w większości o dusze znajdujące się na najniższym poziomie Czyśćca. Szczególnym, litościwym zrządzeniem Matki Miłosierdzia dusze te mogły prosić Marię o swoje uwolnienie. Zostało jej to powiedziane dosłownie tak: "Te [dusze] muszą cię poinformować, że nie jesteś zobowiązana się nimi interesować, lecz możesz. Tak, dla pewnej ich liczby musisz prosić w modlitwie, by móc się tego podjąć. Jeżeli odrzucisz te dusze, nie ponosisz żadnej winy, a one nie mają już prawa nachodzić cię po raz kolejny. Lecz jeśli podejmiesz się tego z troską, otrzymasz większe łaski, a my będziemy mogli udzielić ci więcej informacji o zmarłych". Nie chodzi tutaj zatem o wrażenia, ale o łaski dla dusz. Tylko wtedy gdy zadawano jej pytania z ciekawości - próbowano nawet dociekać w sprawie Hitlera i Stalina - nie otrzymywała odpowiedzi lub doświadczała odmowy.

W listopadzie 1954 r. rozeszła się wieść, że można zadawać pytania, i przybyło wielu, także z daleka. Nie zawsze ani nie wszędzie przestrzegano koniecznej dyskrecji. Wzbudzało to plotki. Prawdę mieszano z fałszem. W szczególności dwa przypadki spowodowały poruszenie i plotki. Pewien właściciel hotelu z S. zmarł nagle w październiku 1954 r. Z punktu widzenia religijnego nie był gorliwie praktykującym ani szczególnie zaangażowanym katolikiem. Na zadane pytania odpowiedziano, że odprawiane za niego Msze nie przynosiły mu wielkiej pomocy, ponieważ on za swojego życia uczestniczył we Mszy bez zaangażowania. Potem odpowiedziano Marii Simmie, że ofiara trzech tysięcy szylingów na rzecz misji może go uwolnić. Brat i żona zmarłego bardzo się modlili, aby jego uwolnienie nastąpiło jeszcze w czasie roku maryjnego. Spełnili oni wymaganą powinność. Niedługo później zmarły został uwolniony, ponieważ często w rozmowach bronił religii i dziewictwa Maryi. Przypadek ten został podany do publicznej wiadomości w niezbyt dokładny sposób; wielu dziwiło się temu uwolnieniu i odkryło, że czyściec nie był tak straszną rzeczą. Drugi przypadek również pokazuje, jak w pewnych sytuacjach Bóg dopuszcza ludzką ograniczoność zarówno po to, by nas wypróbować, jak i dlatego, by ostrzec. Chodzi o wypadek drogowy, którego ofiarą był administrator klasztoru żeńskiego w B. Siostry z klasztoru zapytały o niego Marię Simmę. Ona oświadczyła, że został uwolniony. Później odszukała kartkę, na której nocą zapisywała odpowiedzi. Było tam napisane, że jeszcze nie został uwolniony. W międzyczasie wiadomość dotarła do B. Wzbudziła emocje, ponieważ administrator został niegodziwie oczerniony. Maria Simma zapytała pewnej duszy, czy była winna, jako że - gdy odczytywała i udzielała odpowiedzi - za pierwszym razem przeczenie "nie" jej umknęło. Dusza ta odpowiedziała: "Z jednej strony jesteś winna, ponieważ za bardzo się pospieszyłaś; z drugiej to demon wmieszał się w tę sprawę. Lecz również ten fakt miał swoją dobrą stronę, ponieważ ludzie muszą wiedzieć, że w takich kwestiach milczenie jest konieczne. Było to również upokorzenie dla ciebie i było ono zdrowe. Ty nie wiesz, za jaki czas otrzymasz odpowiedź. Zależy to od tych, którzy zadają ci pytania, czy potrafią milczeć, czy nie. Jest wielka zasługa w "przyjęciu patronatu nad duszą, to znaczy w uwolnieniu nieznanej duszy, noszącej pewne imię chrzcielne"". Po święcie Matki Bożej Gromnicznej (2 lutego) Maria Simma nie otrzymywała już tylu odpowiedzi: czasem przychodziły dwie, trzy albo cztery naraz, chociaż nie było wyraźnie wiadomo, czego każda z nich potrzebowała. Było to potrzebne, by walczyć z ciekawością. Zawęziła się zatem liczba próśb i w ten sposób zelżał posmak sensacji. Jeśli Matka Boża pragnęła udzielić tej pomocy wielu duszom, konieczne było zachowanie milczenia, aby zapobiec wysychaniu tego źródła łask, które stanowi pomoc dla dusz czyśćcowych. W ten sam sposób, w jaki demon siał zamęt w przypadku administratora klasztoru, tak też często przychodził do Marii Simmy, aby ją przestraszyć i odciągnąć od jej ekspiacyjnej misji. Niekiedy przyjmował postać anioła światłości. Pewnego razu ukazał się jako proboszcz z Reisch w Nenzing, który niegdyś był spowiednikiem Marii; następnie jako kanonik Sattler, kapelan instytutu św. Józefa, a potem jako przełożona sióstr Najświętszego Serca Jezusa w Hall. Pseudokanonik chciał niemal zrobić z Marii Simmy świętą i przekonać ją do odstąpienia od jej ślubu całkowitego oddania się Maryi. Wtedy rozpoznała w nim ona Szatana w przebraniu. Odpędziła go, mówiąc: "Jeśli jesteś demonem, rozkazuję ci, w imię Jezusa, odejść". Następnie pokropiła go wodą święconą i... wszystko zniknęło. Szczególnie trudna sytuacja miała miejsce podczas Wielkiego Tygodnia 1954 r. Matka Boża ogłosiła jej bowiem, że dla niej ten tydzień przyniesie wielkie ofiary, wielkie próby, które będzie musiała znosić sama. Maria zanotowała w tej kwestii: "Od 10 do 17 kwietnia 1954 r. demon trzymał mnie niemal całkowicie w swojej mocy. Myślałam, że jestem w piekle, a nie na ziemi. Demon mówił, że często odbywałam złe spowiedzi i Komunie. Pewnego razu popełniłabym - mówił - ciężki grzech, który potraktowałam z wielką obojętnością. Odpowiedziałam: "Ja nic nie wiem o tym wszystkim". Ale demon dodał: "Twoje sumienie jest tak uśpione, że coraz bardziej jesteś do mojej dyspozycji. Widzenia dusz są tylko iluzją pochodzącą od nas; żadna z tych dusz nie została uwolniona. Już często ci to mówiliśmy. Ale teraz gorzko poczujesz, że tak jest". Chciał - mówił - zlitować się nade mną (od momentu gdy trafiłam do piekła) i nie przydzielać mi miejsca największych cierpień. Myślałam, że jestem już w piekle. Od czasu do czasu demon robił straszny hałas, jakby dom się walił lub palił. Albo w pokoju buchał płomień, wraz z jakby hukiem eksplozji. Dusza czyśćcowa pocieszyła mnie: "Nie bój się cierpienia z powodu wroga. Kusiciel może nawet torturować okrutnie dusze przebywające w Czyśćcu, ale nie po to, aby je zniszczyć, lecz oczyścić. Nie chodzi o gniew, lecz o Boże miłosierdzie, ponieważ dusze nie są 'naczyniami gniewu', lecz 'naczyniami miłosierdzia', przeznaczonymi do wiecznej chwały. Ostrzegam cię, Szatan żywi przeciwko tobie ogromną nienawiść. Próbuje cię rozproszyć, na ile jest to w jego mocy. Gdyby mógł cię torturować, jak by chciał, rozerwałby cię na strzępy. Nie mogłabyś ani oglądać, ani czytać żadnego tekstu, którego treść jest pomocna duszom czyśćcowym. On może działać przeciwko tobie jedynie w mierze, w jakiej Bóg to dopuszcza, ponieważ jesteś pod szczególną ochroną Matki Bożej, której on boi się jak miecza. Ale szuka każdej okazji, by się zemścić. Chciałby nakłonić cię - w twoim zagubieniu i udręce - do wyrzeczenia się twojego ślubu zawierzenia Najświętszej Dziewicy, aby w ten sposób zerwać relacje między tobą a duszami czyśćcowymi. Uprzedzam cię: zrobił to już z innymi duszami; nawet zaciągnął niektóre do piekła. Te dusze tylko by się cieszyły, gdyby widziały, że zrobił to samo z tobą. Nie bój się, nie lękaj! Bądź pokorna! Im bardziej będziesz skromna, tym mniej nieprzyjaciel zyska u ciebie. My ci pomagamy, ale to Matka Miłosierdzia wspomoże cię szczególnie". Od godziny 21 2 grudnia 1954 r. do 4.30 następnego ranka czułam silne oparzenia. Nikogo nie było przy mnie! Czułam się naprawdę opuszczona. Od czasu do czasu czułam piekielny swąd; za każdym razem napawało mnie to wielkim przerażeniem. Diabelski głos krzyczał do mnie: "Niedługo przyjdziemy po ciebie, idiotko!". Był przerażający, niemal traciłam nadzieję. Najgorsze było to, że miałam poczucie opuszczenia przez samego Boga, nie mogłam się modlić i wydawało mi się, że jestem zdana na diabła. Następnego ranka, o 4.30, wszelkie odczucie oparzenia nagle zniknęło, tak jak okropny strach przed piekłem".

Gdy dowiedziano się o pomocy, jaką Maria Simma niesie duszom czyśćcowym, wzbudziło to zamieszanie wśród mieszkańców wioski. Było to coś dziwnego, nowego. Mówiło się, że nikt nigdy nie wrócił z zaświatów. Wielu ludzi uwierzyło spontanicznie; inni byli bardziej zdystansowani, jeszcze inni wszystko negowali. Wielu chciało uzyskać wyjaśnienia na temat zmarłych i przychodziło z pomocą duszom. Teraz nadal okazują wielką gorliwość, mówiąc, że trzeba pomagać, dopóki się może, i że po ich śmierci oni także będą zadowoleni, jeśli ktoś przyjdzie im z pomocą i zapewnią sobie tę łaskę swoimi dobrymi uczynkami. Innych fakt ten przekonuje, że istnieje wieczność; to nimi wstrząsa, niepokoi ich. Jeszcze inni myślą, że łatwiej byłoby im uwierzyć, gdyby nie chodziło o nią, ponieważ ona w ich oczach jest zbyt prosta, zbyt uboga, zbyt mało znacząca. Są osoby, które gorszą się z powodu tego, że wymaga się ofiar na misje lub zamawiania Mszy w ramach pomocy duszom. Maria Simma nie przyjmowała pieniędzy w tym celu. Pieniądze, jakie się jej ofiaruje, zawsze były przekazywane kurii. Jeśli dla setek dusz trzeba złożyć ofiarę pieniężną, to przede wszystkim dlatego, że dając jałmużnę na dobre dzieło, można im bardziej pomóc. W naszych czasach szczególnie dobrym dziełem jest zatem pomoc misjom, ponieważ potrzeby krajów misyjnych są wielkie i wspomagając je, wielkie będzie żniwo, zwłaszcza w Ameryce Południowej. Każda osoba ma obowiązek wspomagać misje, lecz obowiązek ten był przez wielu zapomniany w czasie ich życia. Po tamtej stronie wiele dusz musi jeszcze pokutować z powodu długów, których nie spłaciły, niesprawiedliwego testamentu, albo z powodu innej nienaprawionej niesprawiedliwości. Fakt, że ludzie przekazują Marii Simmie trochę pieniędzy na wydatki związane z korespondencją, nie powinien być uznawany za naganny. Maria ze swojej strony nie prosi o nic i robi wszystko za darmo. Ma ona pełne prawo przyjąć jałmużnę, w takim stanie ubóstwa jak jej, ponieważ jej praca na rzecz dusz angażuje ją nieustannie. "Czyściec znajduje się w wielu miejscach", odpowiedziała pewnego dnia Maria. "Dusze nigdy nie przychodzą z Czyśćca, lecz przychodzą "z Czyśćcem"". Maria Simma widziała czyściec na różne sposoby: pewnego razu tak, innym razem inaczej. W czyśćcu przebywa ogromna rzesza dusz, to ciągły ruch przybywających i odchodzących. Pewnego dnia ujrzała ona wielką liczbę dusz zupełnie jej nieznanych. Te, które grzeszyły przeciwko wierze, nosiły na sercu ciemny płomień, inne, które grzeszyły przeciwko czystości, czerwony płomień. Następnie zobaczyła dusze w grupach: księży, zakonników, zakonnice; katolików, protestantów, pogan. Dusze katolików cierpią bardziej niż protestantów. Poganie natomiast mają jeszcze łagodniejszy czyściec, lecz otrzymują mniej pomocy i dlatego ich kara trwa dłużej. Katolicy otrzymują jej więcej i są szybciej uwalniani. Maria widziała także wielu zakonników i zakonnic skazanych na czyściec z powodu swojej letniości w wierze i braku miłości. Dzieci mające zaledwie sześć lat mogą być zmuszone cierpieć w Czyśćcu dość długo. Objawiono jej cudowną harmonię istniejącą między Boską miłością i sprawiedliwością. Każda dusza jest karana według natury swoich win i stopnia przywiązania do popełnianego grzechu. Intensywność cierpień nie jest taka sama dla każdej duszy. Niektóre muszą cierpieć tak, jak cierpi się na ziemi, gdy ma się trudne życie, i muszą oczekiwać, by ujrzeć Boga: jeden dzień surowego Czyśćca jest cięższy niż dziesięć lat lekkiego. Czas trwania kar jest bardzo różny, wspomniany ksiądz z Kolonii pozostawał w Czyśćcu od 555 r. do przejścia do Nieba w 1954 r.; i gdyby nie został uwolniony dzięki cierpieniom przyjętym przez Marię Simmę, musiałby cierpieć jeszcze długo i w straszny sposób.

Są również dusze, które muszą straszliwie cierpieć aż do końca sądu ostatecznego. Inne mają na to jedynie pół godziny: przemierzają czyściec w lot, jeśli można się tak wyrazić. Demon może torturować dusze czyśćcowe, zwłaszcza te, które stały się przyczyną potępienia dla innych. Dusze czyśćcowe cierpią z godną podziwu cierpliwością i wysławiają Miłosierdzie Boże, dzięki któremu uniknęły piekła. One wiedzą, że zasługują na cierpienie i ubolewają nad swoimi winami. Wzywają Maryję, Matkę Miłosierdzia. Maria Simma widziała także wiele dusz, które czekały na pomoc Matki Bożej. Ktokolwiek myśli za życia, że czyściec to błahostka, i wykorzystuje to, by grzeszyć, musi to surowo odpokutować.

Jak pomagać duszom czyśćcowym:

1. Przede wszystkim przez ofiarę Mszy, której nic nie może zastąpić.

2. Przez cierpienia ekspiacyjne: każde cierpienie fizyczne lub moralne ofiarowane za dusze.

3. Różaniec, po świętej ofierze Mszy, jest najskuteczniejszym sposobem pomocy duszom czyśćcowym. Każdego dnia liczne dusze są uwalniane za pośrednictwem Różańca, inaczej musiałyby cierpieć jeszcze długie lata.

4. Również Droga Krzyżowa może przynieść im wielką ulgę.

5. Odpusty mają ogromną wartość, mówią dusze. Są one uznaniem zadośćuczynienia ofiarowanego przez Jezusa Chrystusa Bogu, Jego Ojcu. Każdy, kto podczas ziemskiego życia uzyska wiele odpustów za zmarłych, otrzyma również, bardziej niż inni w ostatniej godzinie, łaskę otrzymania odpustu zupełnego, przyznawanego każdemu chrześcijaninowi in articulo mortis. Bezwzględnością jest niewykorzystywanie tych skarbów Kościoła dla dusz zmarłych. Zobaczmy! Gdybyśmy znaleźli się przed górą pełną złotych monet i mielibyśmy możliwość wziąć ich tyle, ile chcemy, by pomóc biedakom niemogącym samodzielnie ich zebrać, czy nie byłoby okrutne odmówić im tej przysługi? W wielu miejscach korzystanie z modlitw odpustowych maleje z roku na rok, tak jak w naszych regionach. Należałoby bardziej zachęcać wiernych do tej praktyki pobożnościowej.

6. Jałmużny i dobre uczynki, zwłaszcza dary na rzecz misji, pomagają duszom czyśćcowym.

7. Palenie świec pomaga duszom: po pierwsze, ponieważ poświęcona im z miłości uwaga daje im wsparcie moralne; następnie ponieważ świece są pobłogosławione i rozjaśniają ciemności, w których znajdują się dusze.

Pewien jedenastoletni chłopiec z Kaiser poprosił Marię Simmę o modlitwę za niego. Przebywał w Czyśćcu, ponieważ w Dzień Zaduszny gasił na cmentarzu świece palące się na grobach i kradł wosk dla zabawy. Pobłogosławione świece mają dużą wartość dla dusz. W święto Matki Bożej Gromnicznej Maria Simma musiała zapalić dwie świece dla pewnej duszy, podczas gdy znosiła dla niej cierpienia ekspiacyjne.

8. Kropienie wodą święconą łagodzi cierpienia dusz. Pewnego dnia, przechodząc, Maria Simma użyła wody święconej dla dusz. Pewien głos powiedział do niej: "Jeszcze". Nie wszystkie środki pomagają duszom w jednakowy sposób. Jeśli w czasie swojego życia ktoś miał niewielki szacunek dla Mszy, nie skorzysta z niej wiele, znajdując się w Czyśćcu. Jeśli ktoś był małoduszny za życia, otrzymuje niewielką pomoc. Ci, którzy grzeszyli, zniesławiając innych, muszą surowo odpokutować swój grzech. Lecz każdy, kto miał dobre serce za życia, otrzymuje wiele pomocy. Dusza, która zaniedbywała uczestnictwo we Mszy, mogła prosić o osiem Mszy w swojej intencji, ponieważ za życia ziemskiego zamówiła osiem Mszy za duszę czyśćcową.

Maryja jest dla dusz czyśćcowych Matką Miłosierdzia. Gdy Jej imię odbija się echem w Czyśćcu, dusze doznają wielkiej radości. Pewna dusza powiedziała, że przy okazji swojej śmierci Maryja poprosiła Jezusa, by uwolnił wszystkie dusze znajdujące się w Czyśćcu w dniu Wniebowzięcia, oraz że Jezus wysłuchał tej modlitwy swojej Matki. W dniu Wniebowzięcia te dusze towarzyszyły Maryi w Niebie, ponieważ została Ona ukoronowana jako Matka Miłosierdzia i Matka Łaski Bożej. Duszom czyśćcowym rozdaje łaski zgodnie z wolą Bożą: często przychodzi do czyśćca. Oto co ujrzała Maria Simma. W nocy w uroczystość Wszystkich Świętych pewna dusza powiedziała jej: "Dzisiaj, w dzień Wszystkich Świętych, umrą w Voralbergu dwie osoby, które są w wielkim niebezpieczeństwie potępienia. Nie mogą one zostać ocalone bez żarliwej modlitwy w ich intencji". Modliła się, pomogły jej też inne osoby. Kolejnej nocy pewna dusza przyszła jej powiedzieć, że te dwie dusze uszły piekła i znalazły się w Czyśćcu. Jeden z tych dwojga chorych zaopatrzył się w sakramenty święte, drugi ich odmówił. Zgodnie z tym, co mówią dusze czyśćcowe, wielu może trafić do piekła, ponieważ inni za mało się za nich modlą. Można by ocalić od piekła wiele dusz, jeśli rano i wieczorem odmawiałoby się poniższą modlitwę odpustową oraz trzy razy Zdrowaś Maryjo za tych, którzy umierają tego samego dnia: "O Najłaskawszy Jezu, miłujący dusze, błagam Cię przez konanie Twego Najświętszego Serca i przez boleści Twej Niepokalanej Matki, abyś obmył swoją Krwią wszystkich grzeszników ziemi konających i tych, którzy umrą jeszcze dzisiaj. Serce Jezusa konające, zmiłuj się nad umierającymi". Maria Simma ujrzała pewnego dnia liczne dusze, których los ważył się między piekłem a Czyśćcem. Dusze czyśćcowe bardzo się troszczyły o nas i o królestwo Boże. Dowodem na to są pewne ostrzeżenia, których udzieliły one Marii Simmie. Oto niektóre z nich, zaczerpnięte z jej notatek: "Nie należy się skarżyć na czasy, które nastały. Trzeba mówić rodzicom, że oni są za nie głównymi odpowiedzialnymi. Rodzice nie mogą wyświadczyć dzieciom gorszej przysługi niż zaspokajać wszystkie ich pragnienia, dając im wszystko, czego chcą, jedynie po to by były zadowolone i nie płakały. W ten sposób w sercu dziecka może zakorzenić się pycha. Później, gdy dziecko zaczyna chodzić do szkoły, nie potrafi ani odmówić Ojcze nasz, ani wykonać znaku krzyża. O Bogu nie wie niekiedy absolutnie nic. Rodzice się usprawiedliwiają, mówiąc, że to jest obowiązek katechety i nauczycieli religii. Tam, gdzie nauczanie religii nie zaczyna się od najmłodszych lat, później religii się nie przyswaja. Nauczajcie dzieci wyrzeczenia! Dlaczego dzisiaj panuje taka obojętność religijna? Taka dekadencja moralna? Ponieważ dzieci nie nauczyły się wyrzekać! Później stają się one malkontentami i ludźmi bez umiaru, którzy chcą uczestniczyć we wszystkim i mieć wszystkiego w obfitości. Powoduje to wiele dewiacji seksualnych i prowadzi do zabijania nienarodzonych. Te wszystkie fakty wołają o pomstę do Nieba! Kto w dzieciństwie nie nauczył się wyrzekać, staje się egoistą, bez miłości, tyranicznym. Z tego powodu dzisiaj jest tyle nienawiści i braku miłości. Chcemy mieć lepsze czasy? Zacznijmy od wychowania dzieci. Grzeszy się w przerażający sposób przeciwko miłości bliźniego, zwłaszcza przez obmowę, oszustwo i oszczerstwo. Skąd to się bierze? Z myśli. Trzeba uczyć się tych spraw już od dzieciństwa i starać się natychmiast odwracać od myśli przeciwnych miłości. Jeśli szybko będzie się zwalczać myśli przeciwko miłości, nie będzie się dochodzić do osądzania innych bez miłości. Dla każdego katolika apostolat jest obowiązkiem. Niektórzy realizują go zawodowo, a inni przez dobry przykład. Narzekamy, że wielu ludzi uległo zepsuciu przez wypowiedzi przeciwko moralności i religii. Dlaczego zatem inni milczą? Dobrzy muszą także bronić swoich przekonań i deklarować się jako chrześcijanie. Czy w ciągu historii Kościoła zdrowie dusz i cywilizacji chrześcijańskiej nie były dla świeckich obowiązkiem pilniejszym i bardziej naglącym niż w naszych czasach? Każdy chrześcijanin powinien powrócić do poszukiwania królestwa Bożego i starania o jego postęp, inaczej ludzie nie będą już w stanie uznać rządów Opatrzności. Troski o duszę nie może przesłaniać przesadna troska o ciało. W nocy 22 czerwca 1955 r. usłyszałam wyraźnie: "Bóg żąda ekspiacji!". To poprzez dobrowolne ofiary, przyjmowane z modlitwą, można najwięcej zadośćuczynić, lecz jeśli tych ofiar nie przyjmuje się z dobrej woli, Bóg będzie ich wymagał siłą. Ponieważ konieczna jest ekspiacja". Podsumowując, chodzi o przypadek Marii Simmy i jej szczególne powołanie na rzecz dusz czyśćcowych. Zostało to jasno wyrażone w zapisku z 21 listopada 1954 r. Czytamy: "Często zadawałam sobie pytanie, jak mogłabym wysłać do kogoś duszę czyśćcową. Mówiłam sobie: "Dlaczego one nie zwrócą się bezpośrednio do swoich krewnych? Byłoby to dla mnie o wiele prostsze niż oznajmianie im tego". Wtedy przyszła dusza i udzieliła mi tego surowego napomnienia: "Nie grzesz przeciwko Boskim decyzjom! Bóg udziela łaski, komu chce. Ty nigdy nie miałabyś władzy wysłania duszy do innej osoby. To nie z powodu twoich zasług Bóg udziela ci tych łask. Biorąc pod uwagę zasługi, wielu innych mogłoby mieć pierwszeństwo przed tobą. To prawda, ty już od dzieciństwa niosłaś wiele pomocy duszom: lecz również to była wielka łaska. Ta łaska mogłaby zostać lepiej wykorzystana, niż ty to zrobiłaś. Obok świętych, którzy działali wielkie cuda na ziemi, byli jeszcze więksi, którzy nie mieli tej mocy, ale mimo to osiągnęli świętość większą od tych, którym Bóg udzielił mocy działania cudów. Nie wolno zapominać: więcej wymaga się od tego, kto otrzymuje więcej łask. Bóg chce, byśmy prosili Go o łaski; dobra, wytrwała modlitwa wznosi się ponad obłoki: jest ona wysłuchiwana w sposób, który ma największą wartość dla tego, kto ją zanosi"".

Mam nadzieję, że w tej relacji przedstawiłem wyczerpujący obraz faktów. Starałem się zawrzeć tutaj wszystko to, co usłyszałem od Marii Simmy, od uroczystości Wszystkich Świętych 1953 r. do lutego 1955 r., oraz to, co mogłem zweryfikować, cytując fakty, tak jak zostały mi przekazane po części w jej notatkach. Chodzi o apostolat i pomoc duszom czyśćcowym. Każdy ma wolność wyrabiania sobie opinii zgodnie z własnym osądem. Lecz niech ten, kto odrzuca te fakty, zechce osądzić (w dobrym znaczeniu) Marię Simmę sprawiedliwie.

W 2014 r. wspominamy dziesiątą rocznicę jej śmierci, a w 2015 r. obchodzimy stulecie urodzin. Niniejsza książeczka zbiera najpiękniejsze myśli tej austriackiej mistyczki wybrane z jej wywiadów i pism. Zaleca się lekturę jednej myśli dziennie, a po kilku minutach rozważania jej, odczytanie wybranej modlitwy z bogatego zbioru modlitw w intencji dusz czyśćcowych zawartych w aneksie do tekstu.

Proszę szanownych Czytelników o modlitwę także za mnie, gdy Pan zechce wezwać mnie z tego życia, i jako kapłan będę musiał zdać sprawę z tego, jak dałem świadectwo wiary na tej ziemi.

Tytuł oryginału: MARIA SIMMA. 365 giorni con l'amica delle anime purganti

Przekład: Magdalena Jagiełło

? Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo M Kraków 2019

? Copyright by Edizioni Segno 2014

Via E. Fermi, 80/1

33010 Feletto Umberto - Tavagnacco (UD)

Tel. 0432 575179 - Fax 0432 688729

www.edizionisegno.it - info@edizionisegno.it

cc/p 83376087

? Copyright for the translation by Magdalena Jagiełło

All rights reserved

 

 

ISBN 978-83-8043-595-7

 

Wydawnictwo M

31-002 Kraków, ul. Kanonicza 11

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail: biuro@wydawnictwom.pl

www.wydawnictwom.pl

Dział handlowy: tel. 12-431-25-78; fax 12-431-25-75

e-mail: handel@wydawnictwom.pl

Księgarnia wysyłkowa: tel. 12-259-00-03; 721-521-521

e-mail: bok@klubpdp.pl

www.klubpdp.pl

 

 

Konwersja

Monika Lipiec