ROZDZIAŁ 1
Wcześniej
Czerwiec 2018
- Idzie już?
- Jeszcze nie.
- To potwór, mówię wam. Jeszcze jest czas, by zwiać.
- Zamienia ludzi we wraki.
- Bezustannie krzyczy.
- To na pewno tylko plotki. Nie słuchajcie tego.
Teatr opanowało wielkie poruszenie. Jak w dniu premiery, choć jeszcze nawet nie przeczytali scenariusza. Ten stanowił dla nich tajemnicę. Wiedzieli tylko, że reżyser napisał go sam. W powietrzu unosiły się opary adrenaliny i stresu. Przesiąkały wszystko niczym dym nikotynowy. Każdy stał się biernym palaczem, mimowolnie się zaciągał, gromadząc w płucach ekscytację i niepewność. Nie ulegało wątpliwości, że gość z zagranicy wywróci wszystko do góry nogami. Sława wyprzedzała go jak orszak. Wszyscy coś o nim wiedzieli, za to nikt nie miał pojęcia, co jest prawdą, a co mroczną legendą.
Spektakl miał powstawać bite pięć miesięcy. Rzadko który reżyser mógł zażądać tak absurdalnie długiego czasu na przygotowania. Zazwyczaj wystarczyło osiem tygodni, nie więcej. Jednak on cieszył się specjalnymi względami. Do niego należało pierwsze i ostatnie słowo. Nawet w kwestii budżetu. Władał całym teatrem już teraz, choć na Okęciu wylądował zaledwie wczoraj wieczorem. Traktowali go jak króla, więc to logiczne, że zamieszkał w pałacu. Wynajęto dla niego luksusowe mieszkanie w apartamentowcu na Złotej, skąd mógł podziwiać panoramę miasta z Pałacem Kultury i Nauki na pierwszym planie. Oczekiwali go, jakby sam papież miał zaszczycić ich prywatną audiencją.
Maria uśmiechnęła się do siebie, bo uwielbiała, gdy w teatrze działo się coś ważnego. Uśmiech szybko ustąpił miejsca grymasowi. Przypomniała sobie, że w razie problemów to ona będzie na pierwszej linii strzału. I już go poinformowali, że inspicjentka mówi po włosku, choć prosiła, by tego nie robić. Przecież wszyscy znali język angielski, on także. Po co komplikować sprawę? Wychyliła się, by spojrzeć na korytarz. Aktorzy powoli się zjeżdżali. Już po castingu, role zostały obsadzone. Wiedziała, kogo się spodziewać, ale to tylko pogarszało sprawę. Jej serce przypominało dzisiaj rozklekotaną pompę zasilaną przez wysokie napięcie nie tylko za sprawą przybycia wielkiego reżysera, ale też dlatego, że główną rolę w spektaklu otrzymał Piotr - wielka miłość Marii z czasów, gdy zdawała maturę i przygotowywała się do egzaminów na akademię teatralną. Wówczas byli sobie równi. Później on został rozchwytywanym aktorem i zrobił międzynarodową karierę.
Jej rozmyślania przerwało skrzypnięcie drzwi. To on, Piotr. Przekroczył próg krokiem tak lekkim, jakby nawet grawitacja chciała mu się przypodobać, unosząc jego stopy kilka milimetrów nad ziemią.
- Przystojny, ale nie aż tak. - Garderobiana pojawiła się znienacka i Maria pisnęła. Inę rozbawiła jej reakcja. - Uspokój się, to tylko ja!
- Nie strasz. Ledwo zipię.
- Widzę właśnie. Nie przywitasz się?
- A po co? On mnie nie pamięta.
- Żartujesz chyba. Jest aż takim bucem?
Maria pokręciła głową z westchnieniem.
- Kobieto, on codziennie poznaje nowych ludzi. A mnie widział ostatni raz jakieś dwadzieścia osiem lat temu.
- No to zobaczy cię teraz. - Ina zbliżyła usta do jej ucha. - I może w końcu... No wiesz.
Maria bardzo próbowała się nie zarumienić, ale mechanizm zaprojektowany przez jej matkę działał sprawnie. Zawstydziła się.
- Dla mnie już nie ma szans.
- Rozwiódł się. Wszyscy o tym pisali. Jest wolny.
- I co z tego?! Poza tym wrócą do siebie. To takie... No, wiadomo, życie gwiazd.
Ina zaśmiała się chrapliwie i wyjęła papierosa. Schodziła jej paczka dziennie, ale ani myślała rzucać. W tym zawodzie nałogi bywały zbawienne.
- Idę zapalić, zanim ten nasz włoski żigolak przyjdzie. Nie mogę niczego przegapić. Chodź ze mną, bo jeszcze wpadniesz na niedoszłego eks.
Ina była najlepszą przyjaciółką Marii. Może jedyną. Nikt z rodziny nie wiedział o niej tak dużo. Za swoich bliskich uważała ludzi w teatrze: aktorów, montażystów, dźwiękowców, pracowników odpowiedzialnych za kostiumy, rekwizyty, oświetlenie, sprzątanie. Jeden organizm, pulsujący w tym samym rytmie. Żyła z nimi na co dzień, darzyła ich miłością. Poświęciła wszystko, by stanowić integralną część tego świata. To dlatego nigdy z nikim się nie związała, nie urodziła dzieci. Zabrakło jej czasu.
Nieprawda.
Maria nie założyła rodziny, bo to nie dla niej. I nie pojawił się ktoś, komu mogłaby zaufać, uwierzyć, że jej nie porzuci. Poza tym - Piotr...
- Ej, idziesz? - Ina złapała ją za nadgarstek.
Luciano Piazza, mimo że szczupły, zdawał się wypełniać sobą cały korytarz. Wymięty garnitur i biała koszula bez krawata wskazywały na to, że chwilę wcześniej wytoczył się z jakiejś speluny po nocnej libacji. Niebawem mieli się przekonać, że to jego codzienny styl. Maria odnotowała, że choć strój Włocha wyglądał niechlujnie, on sam prezentował się doskonale.
Dołączyła do zespołu, który rozsiadł się już na dużej scenie, gotowy na pierwsze zetknięcie z nowym reżyserem. W nerwowym oczekiwaniu rozejrzała się wkoło, jak zawsze, gdy chciała się uspokoić i zebrać myśli. Tak bardzo kochała to miejsce! Majestatyczny sufit wykładany drewnem, eleganckie żyrandole z kryształkami, siedziska na widowni (gotowe pomieścić niemal sześćset osób!) obite czerwoną tkaniną i w końcu sama scena, która skrywała tyle tajemnic, że głowa mała. Tu działa się magia. Jak wykorzysta to Luciano? Nie mogła się doczekać, by poznać jego pomysły.
Dyrektor teatru zaryzykował i kupił niejako spektakl niespodziankę, przeznaczając nań zawrotny budżet. Reżyser, co dosyć niespotykane, odrzucał współprace z dramaturgami i sam pisał swoje sztuki. A to, co wychodziło spod jego pióra, kipiało od zjadliwej energii i szokowało nawet tych, których współczesny teatr nie mógł już zadziwić. Luciano Piazza, największy europejski reżyser ostatnich kilkunastu lat, umiejętnie wykorzystywał dar obserwacji. Zawsze wybierał temat, trafiając w najczulsze punkty. Swoimi spektaklami rozbierał króla do naga i śmiał się najgłośniej, pokazując palcem. To dlatego tak się go bali. Wszyscy. I dlatego tak tłumnie biegli na każdy spektakl - by sprawdzić, co i na kogo Piazza znalazł tym razem.
I oto nagle nastała ta chwila. Rozległ się głośny trzask. Luciano wtargnął na salę, waląc w Bogu ducha winne drzwi z siłą taranu. Jego twarz pozostawała zacięta, a oczy zmrużone. Popielata grzywa opadła mu na czoło, więc odgarnął ją dłonią. Włosy usłuchały - pozostały grzecznie na swoim miejscu. Wąskie usta, okolone siwym zarostem, zlewały się w jedną linię. Choć Maria wiedziała, jak wygląda wielki Luciano Piazza, zagapiła się jak cała reszta. Zupełnie jakby podziwiała zjawiskowego smoka, miotającego się wściekle i wypuszczającego z pyska opary dymu i siarki. Był piękny, oszałamiający, choć niedoskonały. To oczywiste, że miał narobić kłopotów. I jednocześnie uczynić premierę największym wydarzeniem w historii polskiego teatru.
- Maria! - warknął z włoskim akcentem, omiatając ich wzrokiem. - Quale a Maria?
Poderwała się z krzesła, zakładając swoją służbową maskę. Poza teatrem była cicha, ale w pracy trzymała wszystkich za lejce. To od niej, inspicjentki, zależało, czy cały ten bałagan ułoży się w całość. Przywykła do zarządzania. Lubiła to.
- To ja. Dzień dobry - odparła po angielsku, ale szybko tego pożałowała.
Luciano przeszył ją niezadowolonym spojrzeniem.
- Podobno znasz włoski.
Jego struny głosowe przetarły się od alkoholu i papierosów. Maria wiedziała jednak, że nie tylko. Luciano słynął z napadów furii. Wrzeszczał i rzucał przedmiotami. Pisała o tym pewna amerykańska aktorka, poświęciła reżyserowi cały rozdział autobiografii. Nazwała Luciana "pięknym szatanem, na pewno nie człowiekiem" i stwierdziła, że pracując z nim, zaprzedała duszę diabłu, czego po latach żałuje, bo współpracę przypłaciła zdrowiem psychicznym.
- S?, ale wszyscy mówimy po angielsku. Jeżeli chce pan rozmawiać po włosku, potrzebny będzie tłumacz. Dyrektor może kogoś wynająć.
Uśmiechnął się z nutą szyderstwa, ale jego twarz odrobinę złagodniała. Po chwili zwrócił się do wszystkich, przechodząc na angielski:
- Nie ma problemu. - Zatoczył dłonią krąg. - I co? Co tak na mnie patrzycie? Jestem sam, a was jest dziesięcioro. Czy to sprawiedliwe?! Nie, ale myślę, że nie przeszkodzi w niczym. Zrobimy razem coś wielkiego. Zdemaskujemy hipokrytów! Targniemy się na świętości. Jaka jest rola sztuki? Kto mi powie?
Jego angielszczyzna, choć był elokwentny, brzmiała płasko. Maria wiedziała, że Luciano robi to specjalnie, by podkreślić, że to nie jego język. Gdy w przeszłości grywał główne role w amerykańskich filmach, błyszczał perfekcyjnym akcentem.
Luciano nie uzyskał odpowiedzi. Wszyscy wlepiali w niego spojrzenia, porażeni jego charyzmą i siłą.
- Rolą sztuki w takim kraju jak wasz jest mówić prawdę - wycedził z obrzydzeniem. - Trzeba wskazać palcem na tego, który gwałci przyzwoitość i krzywdzi słabszych, ale nie ponosi konsekwencji.
Maria była pewna, że aktorom ścierpła skóra, tak jak i jej. Czy Luciano naprawdę miał zamiar wprowadzić na scenę politykę? Od razu domyśliła się, kto stał się inspiracją do napisania tego scenariusza. Premier, o którym ostatnio zrobiło się głośno w przestrzeni publicznej. Sypiał z młodymi kobietami. Niektórym obiecywał stanowiska, a tym, które już je zajmowały, groził utratą pracy. A więc nie chodziły z nim do łóżka z własnej woli. Teraz, jedna po drugiej, podpisywały się pod ruchem #MeToo. Oskarżenia były mocne, a wyznania wstrząsające. Maria przełknęła ślinę. Nie ze strachu, ale z ekscytacji. Uwielbiała bezkompromisowe sztuki.
Oczy jej i Piotra spotkały się na sekundę. Ten skinął głową i uśmiechnął się łagodnie. "Pamiętam cię, Maryśka".
- A teraz spójrzcie na scenariusz. - Luciano rozdał skrypty.