ROZDZIAŁ 2BRUTALNE ZALOTY
Maria de Guise zdołała przeprowadzić coup, który dał możliwość koronowania jej córki, lecz zdawała sobie sprawę, że czeka ją tylko krótka chwila wytchnienia. Arran i Lennox również mieli prawo do tronu, a do tego ich rody od dawna były sobie wrogie, więc trudno było wierzyć, że pozostaną przez dłuższy czas po tej samej stronie. Lennox pogrążał się w coraz większym niezadowoleniu, i to jeszcze zanim jego rywal zgodził się dzielić władzę z kardynałem Beatonem i z powrotem osadził go na stanowisku kanclerza. Nawiasem mówiąc, Arran traktował pojednanie z Beatonem wyłącznie jako wstęp do starań o powrót do gry. Jednak Maria de Guise wiedziała, że musi utrzymać jego poparcie dla swojej profrancuskiej polityki, dopóki Parlament formalnie nie wypowie traktatu z Greenwich.
Aby zapewnić sobie to poparcie, musiała połączyć przyjemne z pożytecznym: teraz, gdy mała Maria otrzymała koronę, jej matka mogła sobie pozwolić na nieco rozrywki i flirtów. Ledwie uprzątnięto wielką salę zamku Stirling po uroczystościach koronacyjnych, a już zaczęło się świętowanie urodzin Marii de Guise, która zresztą miała dopiero 28 lat.
Jak zapisał kronikarz, chociaż panowała późna jesień, przywodziło to na myśl Wenus i Kupidyna w majowej porze, która właśnie nadeszła, gdyż było tak wiele tańców, śpiewów, grania i weselenia się, [...] iż żaden człowiek nie zaznałby w ten czas znużenia. Takie rozrywki służyły jednak celowi politycznemu, bowiem Maria de Guise, tylko rok starsza od Lennoxa i wciąż jedna z najpiękniejszych kobiet w Szkocji, zamierzała zagwarantować sobie jego lojalność, podsuwając mu myśl o małżeństwie. Trafnie oceniła ambicje wysłannika z Francji. Perspektywa tego związku szybko stała się jego obsesją, i to do tego stopnia, że było mu niemal obojętne, czy zawrze małżeństwo w Szkocji, czy też w Anglii, jeśli tylko przybliży go ono do wymarzonego tronu.
Lennox był zwinny i pełen ogłady, inteligentny, choć zarazem dwulicowy; opisywano go jako silnego mężczyznę, o postaci proporcjonalnej pod każdym względem i o obliczu przystojnym oraz męskim. Wysoki i smukły, roztaczał wokół siebie urok człowieka wyrafinowanego i stanowił bardzo przyjemny widok dla oczu szlachetnie urodzonych kobiet. Swoją savoir-faire nabył we Francji, gdzie służył jako porucznik w garde écossaise, osobistej straży przybocznej króla.
O serce Marii rywalizował z nim człowiek mogący się pochwalić nawet lepszym pochodzeniem: Patrick Hepburn, hrabia Bothwell. Został on wygnany przez Jakuba V za nieposłuszeństwo wobec władcy, po czym przebywał w Wenecji i Danii, ale niedawno powrócił do Szkocji. Jego przodkami byli panowie Hailes w East Lothian, zamożnym regionie Lowlands na południe od Edynburga. Jego dziadek awansował za zasługi na polu bitwy, które przyniosły mu tytuł hrabiego i zamek Bothwell w Lanarkshire. Tę siedzibę później wymienił za "Hermitage" ("Pustelnię"), wielką i stojącą samotnie twierdzę przygraniczną, która stała w dolinie Hermitage Water w Liddesdale, w połowie drogi między Hawick a Carlisle i niedaleko wspomnianej wyżej "Spornej Ziemi". Ponieważ Hermitage miała bardzo duże znaczenie jako twierdza zapewniająca kontrolę nad zachodnim i środkowym odcinkiem granicy z Anglią, zamiana dała Hepburnom status potężnych panów pogranicza. Ponadto ród został obdarowany przez Jakuba IV zamkiem Crichton, położonym około 17 km na południowy wschód od Edynburga, co zagwarantowało przodkom Patricka lepszą pozycję na dworze i w Parlamencie.
Patrick, szkocki patriota, należał do stronnictwa francuskiego i do przeciwników angielskiego, ale zarazem był oportunistą, który flirtował z Anglią, kiedy mu to odpowiadało. Plotka głosiła, że był królewskim synem z nieprawego łoża, co jednak jest mało prawdopodobne, aczkolwiek jego matka rzeczywiście przez krótki czas zaliczała się do grona kochanek Jakuba IV. Hepburnowie zawdzięczali swoje bogactwa dziadkowi Patricka, który zgromadził cały szereg urzędów, później przekazanych spadkobiercom. Młody Bothwell nosił na przykład dziedziczny tytuł Lorda Admirała, a to lukratywne stanowisko dawało jego rodzinie prawo do łupów z wraków wszystkich statków, które rozbiły się przy wybrzeżu Szkocji; dzięki temu Hepburnowie należeli do nielicznych szlacheckich rodzin, które cieszyły się niezależnością finansową od monarchy. Hrabia Bothwell był też szeryfem Edynburga, co zapewniło jego rodowi wpływy wśród przedstawicieli prawniczej profesji w Court of Session1 i Parlamencie.
Hepburnowie stali na straży zasad rycerskości i prowadzenia wojny. Uważali się za "ludzi honoru", co w ich oczach usprawiedliwiało udział w pojedynkach, a nawet zdradę, o ile działali w samoobronie. Ten kodeks etyczny doskonale przyjął się na takim gruncie, jak środowisko zawodowych żołnierzy na kontynencie albo w Irlandii, ale urzędnicy administracji cywilnej czy dyplomaci uznawali go za odrażający. Na przykład Sadler, ambasador Henryka VIII, opisał Patricka jako najbardziej próżnego i bezczelnego człowieka na świecie, pełnego dumy i szaleństwa, i nie żywiącego tutaj szacunku do niczego. To samo mógłby powiedzieć o Lennoksie, z tym że wartości, jakie wyznawała jego rodzina, miały dla odmiany charakter "cywilny" i wyrosły na gruncie dworskich manier oraz wytwornego towarzystwa. W świecie Lennoxa skłonność do zdrady była tak samo powszechna, ale skrywała się pod płaszczykiem dobrych manier.
Wracając jednak do Patricka Hepburna, miał on złocisto-brązowe włosy i jasną cerę; był średniej budowy, ale nieco się garbił. Miał też szeroki uśmiech i ujmujący sposób bycia. Podobnie jak Lennox, potrafił urzekać kobiety. Miał liczne romanse i żadnych skrupułów, które powstrzymałyby go przed porzuceniem żony i zalotami do Marii de Guise. Wykorzystał nawet swoje wpływy w Kościele katolickim, aby uzyskać unieważnienie małżeństwa bez żadnego uszczerbku dla prawowitego statusu swoich dzieci.
Lennox i jego rywal kalkulowali, że ten, kto zostanie ojczymem Marii, będzie w stanie usunąć Arrana ze stanowiska regenta i rządzić w imieniu młodej królowej. Dlatego nie odstępowali na krok jej matki: podążali za nią ze Stirling do Edynburga i z powrotem, a żeby przykuć jej uwagę, puszyli się niczym pawie. Tańczyli, śpiewali i deklamowali wiersze, uczestniczyli w turniejach łuczniczych i pojedynkach rycerskich, ubierali się w najmodniejsze stroje i "nabijali" sobie olbrzymie rachunki u jubilerów oraz kupców bławatnych w Edynburgu. Za Marią udali się nawet do St. Andrews, gdzie zawitała do zamku Beatona jako jego gość. Natomiast królowa wdowa obchodziła się z obydwoma zalotnikami tak, jak przystało wyrobionej znawczyni miłości dworskiej - wydawała z siebie odgłosy zachęty, lecz nie ofiarowała niczego prócz pięknych słów.
Patrick spróbował skrócić sobie drogę do celu, ujawniając publicznie, że królowa przyrzekła go poślubić. Lennox uznał to za prawdę i wycofał się do swojej twierdzy w Dumbarton, gdzie nadąsany postanowił zmienić front. Zwrócił się do Henryka VIII z prośbą o rękę Margaret Douglas, jego siostrzenicy, czyli córki jego siostry Małgorzaty (wdowy pod Jakubie IV) z drugiego małżeństwa z hrabią Angus. Jednocześnie zabiegał o pomoc Henryka w odzyskaniu swego prawa i tytułu do urzędu regenta Szkocji, który, jak twierdził, został zagarnięty przez Arrana. Król angielski był uradowany, że Lennox ubiega się o jego względy, i już widział w nim zastępcę Arrana, który przecież zdradził i przeszedł na stronę Beatona.
"Wolta" Lennoxa zaburzyła równowagę panującą między szlacheckimi frakcjami w Szkocji, bo odrzucony zalotnik zmienił się ze stronnika Francji w zwolennika partii proangielskiej. Franciszek I próbował odpowiedzieć na ten ruch, spełniając swoją wcześniejszą obietnicę dla rodziny Gwizjuszy: w październiku 1543 r. sześć jego statków pożeglowało w górę rzeki Clyde i przybiło do brzegu w Greenock. Na pokładach wiozły nowych ambasadorów z Francji, czyli Jacques'a de la Brosse i Jules'a de Mesnage, opatrzonych w pieniądze oraz artylerię, aby wesprzeć Marię de Guise i jej stronników.
Flotylla następnie pożeglowała do Dumbarton, gdzie Lennox przeliczył się z własnymi siłami. Wprawdzie przejął fundusze ambasadorów, a także większość ich dział, ale wtedy obie strony znalazły się w patowej sytuacji, więc aby z niej wyjść, hrabiemu udzielono pewnej przestrogi: uprzedzono go, że jako naturalizowany poddany króla francuskiego może być sądzony za zdradę stanu we Francji. Lennox uległ, aczkolwiek niechętnie, po czym wrócił do Stirling i na krótko pojednał się ze stronnikami sprawy francuskiej.
Wówczas La Brosse wykorzystał pieniądze, które król dał mu do dyspozycji, na pensje dla głównych szkockich panów. Cała suma wynosiła 59 tysięcy écu au soleil2 (więcej niż normalny przychód Jakuba V w ostatnim roku panowania) i była dla obdarowanych znacznym oraz nieoczekiwanym zastrzykiem gotówki. Nic nie oliwiło trybów maszynerii szkockiej polityki lepiej niż owe pensje. W efekcie, gdy w grudniu zebrał się Parlament, potrzebował zaledwie tygodnia na oczyszczenie Beatona z wszelkich postawionych mu zarzutów, a ponadto zdołał uchwalić, w imieniu małej Marii, odnowienie "starego sojuszu" pomiędzy Szkocją a Francją. Następnym krokiem Parlamentu było odrzucenie traktatu z Greenwich, co z kolei było równoznaczne z anulowaniem kontraktu małżeńskiego między Szkocją a Anglią. Owo posunięcie rozwścieczyło Henryka VIII, który według słów La Brosse'a miotał groźby zemsty, zupełnie jakby właśnie przegrał wielką bitwę.
Maria de Guise za to triumfowała z powodu osobistego zwycięstwa, jakim było dla niej przywrócenie "starego sojuszu". Jej święta Bożego Narodzenia były radosne, a spędziła je wraz z córeczką w Stirling, które stale tętniło życiem. Nie pożałowano czasu ani pieniędzy na rozrywki dla francuskich ambasadorów; znowu grano, tańczono i ucztowano. Królowa wdowa nawet wygrała 100 funtów od Arrana przy stoliku karcianym.
Lennox nie przestał jednak stanowić zagrożenia. 21 marca 1544 r. po raz ostatni spotkał się z Marią de Guise, która nie miała zamiaru uczynić z niego ojczyma swej córki i wreszcie mu to oznajmiła. Hrabia wyjechał, ogarnięty wściekłością, a tydzień później pożeglował do Anglii, gdzie podpisał kontrakt o małżeństwie z Margaret Douglas. Ten akt prawny miał równie wiążące skutki jak akt przeniesienia własności, a Lennox zobowiązał się w nim, że będzie dążył do wprowadzenia unii dynastycznej między Anglią a Szkocją. Poza tym zgodził się, że jeśli uzyska tytuł regenta, będzie rządził Szkocją tak jak pokieruje nim król angielski, i nawet scedował na tego władcę swoje prawo do szkockiego tronu.
29 czerwca odprawiono mszę ślubną dla Lennoxa i Margaret, na której był obecny Henryk VIII wraz z Katarzyną Parr, swoją szóstą i ostatnią królową małżonką. Posag dla panny młodej zapewnił sam król Anglii, który nadał zaślubionej parze znaczne majątki w Yorkshire.
Jeszcze przed tą uroczystością Henryk postanowił zemścić się na Szkotach, a był tak rozwścieczony odrzuceniem przez nich traktatu z Greenwich, że wystosował specjalne ostrzeżenie dla obywateli Edynburga: oświadczył im, że wygubi ich do trzeciego i czwartego pokolenia, jeśli wejdą mu w drogę. Dla niego posunięcie Szkotów było ni mniej, ni więcej jak aktem zdrady i wzbudziło jego ogromne oburzenie. Teraz królowi bardzo zależało, aby Maria nie została wyprawiona do Francji, gdzie znalazłaby się poza jego zasięgiem.
Podczas gdy Lennox obmyślał swoje następne ruchy, Henryk zbierał wojska do najazdu na Szkocję. Było oczywiste, że popadł w paranoję, bo nie tylko zamierzał wszcząć największą inwazję od czasów panowania Edwarda I, ale nawet ułożył listę Szkotów, których zamierzał zlikwidować. Nie wahał się nawet posunąć do organizowania zamachów, a na celownik wziął przede wszystkim Beatona, ponieważ to jego, jeszcze bardziej niż Marię de Guise, winił za oderwanie Arrana od stronnictwa proangielskiego. Ambasador Sadler, który był zwolennikiem reformacji, wkrótce zabrał się do wyszukiwania wrogów kardynała o wyznaniu protestanckim i dokonał infiltracji ich tajnej siatki, żeby się przekonać, czy dałoby się uknuć spisek przeciw duchownemu.
Co do samej inwazji Henryka VIII, jej celem było zmuszenie Szkotów, aby na nowo uznali postanowienia traktatu z Greenwich dotyczące małżeństwa dynastycznego Marii, dlatego też najazd określano później jako początek "brutalnych zalotów" do Marii, królowej Szkotów. Kampania ruszyła w pierwszym tygodniu maja, a siłami angielskimi dowodził Edward Seymour, hrabia Hertford i wuj księcia Edwarda. Ponieważ Henryk już zaangażował się w letnią inwazję na Francję, którą miał przeprowadzić jako sojusznik Karola V Habsburga, groziła mu perspektywa walki na dwa fronty. Zamierzał jej uniknąć, dając Hertfordowi na wykonanie zadania w Szkocji tylko miesiąc, a potem jeszcze skrócił ten czas do trzech tygodni. Seymour miał przystąpić do oblężenia miasta i zamku Edynburg oraz zniszczyć port w Leith, który był położoną najdalej w głąb lądu przystanią nad Firth of Forth, a także swego rodzaju bramą do Edynburga. Następnie angielski dowódca miał się skierować na obszary centralne Lowlands, pomiędzy stolicą Szkocji a Stirling, a po spustoszeniu tych ziem przeprawić się przez Forth i wkroczyć do Fife. Stanowiło ono spichlerz Szkocji i król rozkazał tam Hertfordowi zastosować równie ostre działania i dokonać takich samych zniszczeń we wszystkich miastach i wsiach, a zwłaszcza w bastionie Beatona, czyli St. Andrews.
Seymour udał się na miejsce drogą morską, popłynął w górę Firth of Forth i wysadził na ląd 15 tysięcy ludzi pod Granton, około 3 km za Leith. Kiedy posuwał się ku miastu, zastał 6 tysięcy szkockich żołnierzy ustawionych w szyku na brzegu Water of Leith. Zajmowali oni pozycję o strategicznym znaczeniu, z której można było bronić Edynburga od północy, a ich siłami dowodzili Arran, Beaton i Patrick hrabia Bothwell. Wystarczyło jednak zaledwie pół godziny walki, żeby Seymour całkowicie ich pokonał, a oni umknęli.
Hertfordowi jednak nie udało się zająć zamku edynburskiego, gdyż budowla ze względu na swe położenie była niemal nie do zdobycia, a ponadto dysponowała ciężką artylerią i każdy, kto się do niej zbliżył, był narażony na jej atak. Seymour wydał rozkaz, aby pominąć sam zamek, a za to spalić i splądrować miasto wraz z przedmieściami. Płonęły one przez trzy dni. Złupiono albo zniszczono niemal każdy dom i kościół wewnątrz murów Edynburga. Ograbiono również pałac Holyroodhouse i sąsiednie opactwo Abbey-Kirk. Następnie najeźdźcy wysłali do Fife oddział żołnierzy, który spalił Kinghorn oraz wsie wokół Kirkcaldy. Szybko jednak powrócił, bo Anglikom kończył się czas, a wojska Hertforda na razie nie były w stanie zbliżyć się do St. Andrews na odległość mniejszą niż 30 km.
Podczas tych wszystkich przerażających wydarzeń ochronę małej Marii zapewniały wysokie mury Stirling. Sadler dowiedział się, że jej słudzy, którym pod groźbą kary śmierci powierzono odpowiedzialność za bezpieczeństwo dziewczynki, w razie potrzeby mieli ją przewieźć w rejon Highlands, gdzie nie będzie można dostać jej w swe ręce. Tymczasem Hertford wreszcie zdołał wkroczyć na ziemie środkowych Lowlands i 15 maja doniósł królowi, że region jest spustoszony aż na odległość sześciu mil od Stirling, a Leith nazajutrz zostanie zrównane z ziemią. W związku z tymi działaniami Marię wywieziono do Dunkeld, miasta położonego około 50 km od Stirling, na jednym z głównych szlaków, które wiodły na terytorium Highlands. Tam była bezpieczna, a ostateczny termin wyznaczony Hertfordowi już się zbliżał. Henryk rozkazał mu wrócić na południe, tak aby można było przetransportować jego elitarne oddziały do Calais, gdzie potrzebowano ich do rozpoczęcia kampanii we Francji. Seymour pomaszerował z Edynburga do Berwick-on-Tweed, trasą wzdłuż wschodniego wybrzeża, a po drodze spalił miasta targowe i zrównał z ziemią tyle umocnionych wież, wsi, kościołów i domów, ile tylko zdołał.
Inwazja była prawdziwą katastrofą dla Szkocji. Obwiniony za nią został Arran, którego uznano za jeszcze bardziej odpowiedzialnego za to nieszczęście niż Beatona. Szlachta twierdziła, że powinien w przyszłości dzielić władzę regenta z Marią de Guise, której popularność z kolei gwałtownie wzrosła, ponieważ jej profrancuską politykę automatycznie skojarzono z uwolnieniem Szkocji od "starego wroga". Marii udało się uniknąć wszelkiej odpowiedzialności za apokalipsę, którą Henryk VIII sprowadził na ludność jej kraju. Wydawało się, że tylko królowa wdowa szczerze dba o interesy Szkocji, i rzeczywiście, to jej rodzina była ogniwem, które umożliwiło sojusz z Francją, bo gdyby nie Gwizjusze, Franciszek I byłby mniej skłonny bronić przed Anglią sprawy jej północnego sąsiada.
Matka małej Marii dostrzegła okazję do urzeczywistnienia swojego pragnienia o samodzielnej regencji. Arran sprzeciwił się jej żądaniu i oboje zwołali konkurencyjne parlamenty, a impas trwał całe miesiące. Wreszcie Beaton z trudnością zdołał wypracować kompromis: Arran przyrzekł, że będzie się stosował do rad i wskazówek królowej wdowy. Potem już Maria de Guise regularnie zasiadała wraz z lordami Tajnej Rady, a także w Parlamencie, gdzie walczyła o podtrzymanie pozorów jedności, równocześnie wprowadzając Szkocję jak najdalej w orbitę wpływów Francji. Co prawda kompromis, na który musiała pójść, i który zupełnie był jej nie w smak, odrobinę zniechęcająco wpłynął na jej morale, lecz zwycięstwo szybko podniosło ją na duchu. Oto w lutym 1545 r. angielski oddział jazdy przekroczył rzekę Tweed, aby złupić stare miasteczko położone przy opactwie Melrose i jego wspaniały kościół. Jednak w drodze powrotnej Anglicy wpadli w zasadzkę urządzoną przez mniejsze siły szkockie, które wzięły sporo jeńców. Był to cios dla prestiżu Anglii, w dodatku zadany w chwili, gdy Henryk VIII był przez krótki czas na niego podatny. Paradoks polegał na tym, że porażka w Szkocji stanowiła poniekąd wynik sukcesu, jaki król odniósł we Francji. Zdobył Boulogne, a potem bronił go z powodzeniem przed Francuzami, którzy zorganizowali oblężenie, ale żeby zabezpieczyć ten owoc podboju, którym się tak szczycił, musiał się tam okopać, a w efekcie został tam uwiązany. Anglia była potężna w walce ze Szkocją, lecz w porównaniu z Francją była słaba, a na dodatek Henryk został porzucony przez sojusznika, Karola V, który zawarł z Franciszkiem I odrębny pokój. Obecnie król angielski był zmuszony walczyć samotnie, zaciągając coraz większe długi i nadwyrężając swoje siły do granic wytrzymałości.
Tymczasem w Paryżu delfin Henryk zaczął przejmować główną rolę na "szkockim froncie". Po udanej zasadzce na oddział angielski złożył wraz z rodziną Gwizjuszy matce Marii gorące gratulacje, a także zaofiarował dalszą pomoc. Kiedy nadszedł maj 1545 r., we Francji były już zebrane świeże posiłki i czekały na statki, które zawiozą je do Szkocji; pojawiły się też następne pieniądze na pensje dla szkockiej szlachty. Zdawało się, że Francuzi są w stanie zdobyć się na wszelki wysiłek, i to bez słowa skargi. Gdy Jacques de Lorges, sieur de Montgommery, któremu zlecono dowództwo nad tą ekspedycją, dowiedział się, że Maria de Guise jest słabo zaopatrzona w wina, zamówił całą partię porządnych win z przeznaczeniem dla Gwizjuszki.
Wojska z Francji przybyły w ciągu miesiąca, ale czy Franciszek I udzielił im pełnego wsparcia, to już całkiem inna sprawa. Możliwe, że na ląd w Szkocji zeszło nie więcej niż 500 ludzi, a na dodatek czekała ich przykra niespodzianka. Franciszek, chcąc opłacić swoich żołnierzy, kazał przetopić 10 tysięcy écu au soleil, żeby wybić 150 tysięcy koron, ale dorzucił do tej mieszanki nieco miedzi i ołowiu. Ludzie Lorges'a otrzymali więc monety o obniżonej wartości, a oszustwo stało się oczywiste w chwili, gdy przybyli na miejsce, a sprytni sklepikarze edynburscy zaczęli odmawiać przyjmowania sfałszowanych koron.
W międzyczasie sezon na prowadzenie kampanii pod Boulogne zaczął dobiegać końca, a Henryk poczuł się na tyle bezpiecznie, aby znowu zwrócić swoją uwagę ku Szkocji. We wrześniu kazał Hertfordowi przekroczyć granicę i kontynuować "brutalne zaloty". Hrabia opuścił swoją bazę w Newcastle-upon-Tyne i ruszył z 12 tysiącami żołnierzy w kierunku Berwick. Zatrzymawszy się na odpoczynek na trzy noce, pomaszerował następnie około 30 km w głąb lądu, przez trudny, górzysty teren, zmierzając w stronę Kelso. Stamtąd jednak znów skręcił na południe, na Jedburgh. Po drodze palił i łupił wszystkie napotkane wsie oraz miasta, wprawiając miejscową ludność w przerażenie. Później napadał na rozmaite wioski w strefie przygranicznej, a jego bezlitosny rajd objął obszary o powierzchni ponad 500 km2. Można dodać, że Hertford na początku zapewniał, że w tej kampanii wyrządzi nie mniej zniszczeń co w poprzedniej, lecz w końcu przeszedł do przechwałek, że będą one dwukrotnie większe. Mimo wszystko najazd był znacznie mniej wyniszczający niż wcześniejszy, gdyż hrabia nie odważył się zapuścić dalej w głąb Szkocji; miał się na baczności przed posiłkami przybyłymi z Francji.
Tymczasem Henryk VIII w relacjach z państwem Franciszka I sięgnął do środków dyplomatycznych. Teraz to Szkocja, nie Francja, zajmowała główne miejsce na jego liście spraw do załatwienia, więc król użył nowej zagrywki: zaoferował, że zwróci Boulogne Franciszkowi, jeżeli ten zaakceptuje małżeństwo Marii z księciem Edwardem. Wiosną 1546 r. Hertford udał się w podróż do Paryża na negocjacje. Oba królestwa, wyczerpane finansowo, uzgodniły zawieszenie broni, w którym uwzględniono również Szkocję. Układ miał szanse dać obu stronom chwilę wytchnienia, ale wtedy zdarzyła się rzecz nie do pomyślenia.
29 maja 1546 r. Beaton padł ofiarą zamachu. Trzy miesiące wcześniej gorliwy arcybiskup rozkazał spalić George'a Wisharta, jednego z głównych działaczy reformacji. Skazańca przywiązano sznurami do słupa, a do jego ciała przymocowano torby wypełnione prochem strzelniczym, aby zapewnić obecnym spektakularny pokaz. Ponieważ praktyka palenia ludzi za herezję cieszyła się niemal równie małą popularnością wśród katolików i protestantów, pokaz urządzony przez Beatona przyniósł ten skutek, że opinia publiczna gwałtownie zwróciła się przeciwko niemu.
Zamachu dokonała grupa właścicieli ziemskich z samego "matecznika" kardynała, czyli Fife. U źródła ich urazy wobec Beatona leżała przede wszystkim władza społeczna i polityczna, jaką dysponował. Nikt nie mógł kiwnąć palcem, o ile arcybiskup na to nie zezwolił, tymczasem główny spiskowiec, Norman Leslie, szeryf Fife, ośmielił się podważyć uprawnienia jurysdykcyjne prałata. W efekcie zrodziła się między nimi waśń, a przyjaciele Lesliego stanęli po jego stronie. W sprawę był bezpośrednio zaangażowany Sadler, ambasador Henryka VIII, który bynajmniej nie zadowolił się udzieleniem zamachowcom bezwarunkowego poparcia Anglii; oprócz tego wsparł ich finansowo, kalkulując, że wraz ze śmiercią Beatona partię profrancuską czeka upadek.
Grupa zabójców przybyła przed główną bramę zamku St. Andrews między godziną 5 a 6 rano. Wślizgnęli się do środka razem z kamieniarzami, którzy właśnie stawiali się do pracy. Minęli Marion Ogilvy, kochankę Beatona i matkę jego ośmiorga dzieci, która akurat opuszczała zamek tylną bramą, jak zwykle, kiedy udawała się na zakupy. Gdy spiskowcy już byli wewnątrz, podkradli klucze odźwiernemu, a wtedy Leslie zdołał wejść na dziedziniec. Służbie i robotnikom rozkazał go opuścić, a sam pobiegł z powrotem zabezpieczyć tylną bramę, na wypadek gdyby Beaton chciał tamtędy uciec. Arcybiskup usłyszał hałas i rzeczywiście próbował umknąć, ale widząc, że droga jest zablokowana, zawrócił do sypialni i zamknął drzwi na zasuwę. Otworzył je, dopiero gdy ludzie Lesliego zrzucili przed nimi na stertę płonące węgle. Wówczas opadł na krzesło i zaczął się modlić, ale nic nie wskórał tą metodą ze spiskowcami. Teraz z kolei on musiał wysłuchać ich rozwlekłego kazania, w którym wezwali nikczemnego papistę, aby żałował za swe grzechy - po czym go zadźgali. Jego ostatnie słowa brzmiały: Wszystko znikło. Po zabójstwie Leslie zawiesił nagie zwłoki kardynała na murze zamkowym, na linie sporządzonej z dwóch skręconych prześcieradeł.
Kiedy ludzie stłoczyli się, żeby obejrzeć widowisko, pewien mężczyzna nazwiskiem Guthrie rozpiął spodnie i nasikał w otwarte usta Beatona. Następnie "Kasztelani" (Castilians, jak przezwano zabójców, gdyż byli zmuszeni zabarykadować się w zamku, aby władze nie mogły ich dostać) wepchnęli zwłoki do skrzyni na sól, a tę wrzucili do głębokiego lochu, który miał kształt butelki. Ciało można było z łatwością cisnąć do morza z tylnej części murów zamkowych, ale ten akt zemsty miał być bardzo konkretną odpowiedzią na czyn Beatona, który niegdyś uwięził w tym samym pomieszczeniu pewnych przyjaciół zamachowców. W dodatku ten niezwykły loch budził lęk jak żaden inny w Europie, ponieważ jedyna droga ucieczki wiodła z niego przez szyjkę "butelki", a to z kolei wymagało użycia liny albo drabiny, którą ktoś musiał spuścić z góry. Ponieważ zaś pomieszczenie było wykute w stromej ścianie skalnej, lecz poniżej poziomu morza, wewnątrz niego było słychać ryk fal3. Cały ten spisek w pełni harmonizował z polityką plemienną krwawych waśni.
Henryk VIII był wniebowzięty. Sądził, że ten mord przyniesie przełom w jego długiej kampanii służącej pokonaniu "starego sojuszu". Nie mógł się jednak bardziej pomylić. Jeśli Beaton wywierał wpływ na sytuację w Szkocji, to w tym znaczeniu, że zapewniał jej stabilizację. Teraz, po jego śmierci, opinia publiczna jeszcze gwałtowniej przechyliła się na korzyść Francji.
Lordowie pospiesznie spotkali się na radzie i obsadzili stanowisko kanclerza, dotąd zajmowane przez kardynała. Wybrali hrabiego Huntly, który był głową klanu Gordonów, głównego katolickiego i profrancuskiego rodu we wschodnim rejonie Highlands. Kilku lordów z frakcji angielskiej wykorzystało tę okazję i zmieniło front. W samym Fife też doszło do raptownej zmiany opinii wśród zwykłych Szkotów. Ci sami właściciele ziemscy i ich ludzie, którzy przedtem pomogli "Kasztelanom", niemal z dnia na dzień przestali być lokalnymi bohaterami, a przemienili się w cele spontanicznych ataków.
Nadal jednak istniał jeden problem, z którym Arran nie mógł się uporać: nie był w stanie odebrać "Kasztelanom" zamku St. Andrews. Przystąpił wprawdzie do oblężenia, ale twierdzę można było zaopatrywać drogą morską, więc Henryk VIII przesyłał tam z Anglii żywność oraz broń i amunicję. Ludzie Arrana mężnie walczyli o dostanie się do zamku, wyrąbując sobie korytarz w litej skale, lecz ich plan pokrzyżowała kontrmina, która z kolei była dziełem "Kasztelanów".
To niepowodzenie rozzłościło Marię de Guise. Królowa wdowa i tak była już poirytowana wcześniejszą wątpliwą "pomocą" ze strony Franciszka I, a szczególnie rozgoryczyła ją sprawa zepsutej monety, w której zapłacono żołd oddziałom Lorges'a. Pragnęła więc odebrać zamek St. Andrews "Kasztelanom", a ich samych ukarać.
Wtedy jednak nastąpiły pewne doniosłe wydarzenia. Doszło do nich w zawrotnym tempie i wywołały prawie tyle samo radości co strachu. Otóż w styczniu 1547 r. zmarł Henryk VIII, a dwa miesiące po nim Franciszek I. Ci dwaj tytani zdominowali życie polityczne Wysp Brytyjskich i północnej Europy na okres trzech dekad; teraz w ich miejscu nagle pojawiła się próżnia. Hrabia Hertford wraz z rodem Gwizjuszy natychmiast ruszyli ją zapełnić.
Syn i dziedzic Henryka, Edward VI, miał dopiero dziewięć lat. Zanim król osiągnął wiek 18 lat, potrzebny był regent lub też protektor (tak brzmiała nazwa tego urzędu używana w Anglii). Jednak Henryk wzbraniał się przed przyznaniem tak ogromnej władzy jednej osobie i zamiast tego mianował w swej ostatniej woli Radę Regencyjną, która miała rządzić przez okres małoletniości jego syna. Mimo to Hertford przed upływem tygodnia sam nadał sobie tytuł księcia Somerset i objął uprawnienia wicekróla, aby móc sprawować rządy jako protektor. Zamierzał osiągnąć przede wszystkim jeden cel, to znaczy wprowadzić w życie plan dynastyczny Henryka VIII, narzucając Szkocji "martwy" traktat z Greenwich i łącząc dwie korony poprzez małżeństwo Marii z Edwardem. Dokładnie po to udzielił pomocy "Kasztelanom" - zaraz na początku urzędowania zawarł z nimi układ, przyznał im pensje i żołd, a także przesłał im żywność oraz broń i amunicję do St. Andrews.
Z kolei we Francji tron po ojcu objął delfin, jako Henryk II Walezjusz. Ponieważ członkowie rodu Gwizjuszy należeli do jego głównych doradców, Henryk od razu ogłosił się "obrońcą" Szkocji. Postanowił również nie szczędzić wydatków na zabezpieczenie "starego sojuszu" i zapewnienie, że Maria poślubi jego syna, delfina Franciszka. W zdecydowany sposób skontrował pomysł Somerseta o unii "anglo-brytyjskiej", wysuwając własny plan utworzenia "franko-brytyjskiego" imperium. Na dodatek okazał się znacznie bardziej zaangażowany w szkockie sprawy niż wcześniej jego ojciec, który w gruncie rzeczy martwił się tylko o to, jak pomieszać szyki Henrykowi VIII.
Henryk II zwrócił się do Leone Strozziego, przeora Kapui i świetnego dowódcy marynarki wyszkolonego we Włoszech, proponując mu objęcie dowództwa nad ekspedycją przeciw "Kasztelanom". 16 lipca Strozzi wpłynął do zatoki St. Andrews, a 24 lipca rozpoczął oblężenie zamku, używając potężnej siły ognia. 30 lipca ostrzelał budowlę, prowadząc ogień z dachu starego opactwa położonego na wschód od niej oraz z wieży kaplicy tamtejszego uniwersytetu na zachód od zamku. Atak rozpoczął się o świcie i trwał do godziny 3 po południu. Zanim Arran zdążył przeprawić się przez Forth i przebyć odległość około 80 km z North Queensferry do St. Andrews, zamek został zdobyty. Zajmujących go ludzi uwięziono lub zabrano na pokłady francuskich galer.
Wśród "Kasztelanów" wyprowadzanych z St. Andrews w kajdanach był pewien młody zwolennik reformacji nazwiskiem John Knox. Wcześniej zetknął się on w swoim ojczystym regionie East Lothian z Wishartem, czyli człowiekiem, którego spalił Beaton, i pod wpływem tego spotkania porzucił wcześniejszą karierę, zamiast niej wybierając żywot kaznodziei. Knox nie przyłożył ręki do mordu na kardynale, ale go pochwalał. Przybył do St. Andrews głosić kazania w zamkowej kaplicy i w mieście. Nauczał w nich, że papież jest Antychrystem, zaś msza to ohydny akt bałwochwalstwa. Jego przemowy robiły tak wielkie wrażenie na słuchaczach, że zdołał nawrócić mnóstwo ludzi na protestantyzm.
Po trafieniu do niewoli w St. Andrews Knox przez półtora roku był galernikiem na francuskich okrętach, a później Somerset załatwił jego zwolnienie i zapewnił mu list żelazny na przejazd do Londynu. Ten czyn Somerseta okazał się brzemienny w skutki, ponieważ jego sekretarzem i urzędnikiem w Sądzie Próśb (Court of Requests) był młody absolwent Cambridge, który właśnie stał u progu świetnej kariery - William Cecil. To właśnie jemu było pisane odegrać rolę nemezis Marii Stuart. W tym czasie Cecil po raz pierwszy zetknął się z Knoxem i częściowo to właśnie dzięki jego wpływom szkocki kaznodzieja otrzymał propozycję zatrudnienia w Anglii oraz stanowisko jednego z kapelanów Edwarda VI.
Kiedy Strozzi odzyskał zamek St. Andrews, Somerset wydał rozkaz, aby po raz ostatni wznowić "brutalne zaloty". Pod koniec sierpnia do Newcastle przybyła armia złożona z 15 tysięcy ludzi. Somerset na czele tych wojsk pomaszerował do Berwick, a następnie do East Lothian. Teraz jednak działał zgodnie z inną taktyką i zamierzał ulokować w Szkocji stałe angielskie garnizony, chciał bowiem ją okupować i ujarzmić, aby w ten sposób zmusić kraj do podporządkowania się Anglii.
PODZIĘKOWANIA
Pisanie tej książki było ekscytującym, orzeźwiającym doświadczeniem, jednym z najbardziej emocjonujących w moim życiu; przygodą nawet dla człowieka, który przez ćwierć wieku pracował nad źródłami historycznymi. Zaczynając ją, nie miałem pojęcia, że w archiwach można znaleźć taką masę całkiem nowych materiałów o kobiecie, o którą przecież spierano się od czterech stuleci. Potem, kiedy stopniowo zacząłem odkrywać te materiały, ogarnęło mnie poczucie euforii i po prostu nie mogłem zaprzestać pracy, dopóki nie dotarłem do samego sedna i końca opowieści.
Jestem głęboko wdzięczny za całą pomoc i wsparcie archiwistów oraz kustoszy, których magazyny muzealne i biblioteki "plądrowałem" przez tyle tygodni i miesięcy. Monique Cohen wraz ze swoją ekipą w Département des Manuscrits w paryskiej Biblioth?que Nationale de France pokazała mi, jak szukać tego, co potrzebne, w bibliotece, z której dotąd nigdy nie korzystałem. Jeśli chodzi o lepiej mi znane "tereny łowieckie", dr Sarah Tyacke i jej zespół w National Archives (Public Record Office) w Londynie oraz personel University Library w Cambridge byli równie pomocni i uprzejmi jak zawsze. Dr Andrea Clarke oraz jej koledzy i koleżanki w Department of Manuscripts w British Library stale byli chętni służyć mi pomocą, dostarczając mikrofilmy najważniejszych dzieł ze zbiorów Cottonian i Additional Manuscripts, abym mógł odczytać ich treść w domu.
Dziękuję również pracownikom Rare Books Department za to, że chciało im się wyciągać wszystkie egzemplarze dzieł z danej kolekcji, a nieraz nawet kilka egzemplarzy tego samego wydania książki. Z kolei dr Richard Palmer i jego współpracownicy w Lambeth Palace Library dali mi okazję do zapoznania się z nowo pozyskanymi dokumentami na temat procesu i egzekucji Marii, z których część wiele lat temu wycofano z domeny publicznej. Jestem niezmiernie wdzięczny władzom biblioteki za dostęp do tych materiałów.
W Edynburgu drogę do celu znacznie ułatwił mi personel czytelni National Archives of Scotland, HM General Register House i Department of Special Collections w National Library of Scotland. Również Christine Gascoigne wraz ze współpracownikami Rare Books and Manuscripts Department z St. Andrews University Library raz po raz przybywali mi z pomocą. Jeśli zaś chodzi o dostęp i pozwolenie na cytowanie rękopisów ze starej Advocates Library oraz innych dokumentów przechowywanych w repozytorium na ulicy George IV Bridge w National Library of Scotland, pragnę tu złożyć podziękowania władzom tych placówek. Za udostępnienie mi zbioru Cecil Papers w Hatfield House i za zgodę na cytowanie jego dokumentacji jestem niezmiernie wdzięczny markizie Salisbury i Robinowi Harcourtowi Williamsowi, który zajmuje tam stanowisko bibliotekarza i archiwisty. Z przyjemnością dziękuję za takie same zezwolenia odnośnie do rękopisów i "białych kruków" z Henry E. Huntington Library w San Marino w Kalifornii, dr Mary Robertson, głównemu kustoszowi działu manuskryptów, którą szczęśliwym zbiegiem okoliczności po raz pierwszy spotkałem 30 lat temu na seminarium sir Geoffreya Eltona na temat Tudorów. Podziękowania za hojność należą się dr Gail Kern Paster pełniącej funkcję dyrektora Folger Shakespeare Library w Waszyngtonie, a także władzom tej biblioteki, za zgodę na zapoznanie się z treścią równie rzadkich dzieł.
Richard Guy z Orang-Utan Productions w oparciu o dostarczone przeze mnie surowe szkice narysował mapy oraz drzewa genealogiczne, a następnie przedstawił je w formie cyfrowej. Dziękuję też Sheili Geraghty, której specjalistyczna wiedza okazała się bezcenna, za podjęcie się poszukiwań materiału ilustracyjnego i wypożyczenie przeźroczy. Z kolei mój kolega Stephen Alford z Cambridge przeczytał wstępną wersję rękopisu, a ja czerpałem olbrzymią przyjemność z naszych długich rozmów. Profesor Michael Lynch z Department of Scottish History na University of Edinburgh zapoznał się z treścią złożonego już tekstu przed korektą, dostarczając mnóstwa uwag. Jestem mu wdzięczny za sugestie i listę poprawek, jeśli chodzi o "szkocką część" opowieści, podobnie jak dziękuję Rachel Guy, która również przeczytała tekst na tym etapie, za wszelkie wniesione przez nią poprawki. Przyjmuję pełną odpowiedzialność za ewentualne błędy, które pozostały w tekście.
Przy okazji muszę w tym miejscu wspomnieć o dwóch pozycjach pominiętych w bibliografii. Chodzi o pełny odpis listu Randolpha z 14 lutego 1566 r. do Dudleya, opublikowany w "Scottish Historical Review", 34 (1955), s. 135-139, oraz artykuł A.A. MacDonalda "Mary Stewart's Entry to Edinburgh: an Ambiguous Triumph", "Innes Review", 42 (1991), s. 101-110, który dostarcza więcej szczegółowych informacji o wjeździe królowej do Edynburga w 1561 r.
Część historyków uniwersyteckich może mieć mi za złe, że w odniesieniu do szkockiej dynastii wolałem zastosować formę "Stuart", a nie "Stewart". Jednak sama Maria używała właśnie takiej, a jej motto, Sa Virtu m'Atire, sprawdza się jako niemal pełny anagram, tylko jeśli jej nazwisko rodowe zapiszemy jako "Stuart". Wydało mi się przy tym, że podawanie różnych wersji, raz "Stuart", a innym razem "Stewart", wzbudzi irytację większości czytelników. Przedkładam również formę nazwiska "Ker z Fawdonside" nad alternatywną wersję "Kerr", przyjmując w tym wypadku pisownię z rękopisów. Wreszcie zaś, za przykładem Elżbiety I i Williama Cecila, tytułowałem trzeciego hrabiego Arran, Jamesa Hamiltona, "Arranem", pisząc o okresie, kiedy jego ojciec (drugi hrabia Arran) był już księciem Châtelherault, chociaż ściśle rzecz biorąc, ten pierwszy został hrabią Arran dopiero po śmierci Châtelherault.
Jeżeli chodzi o moich agentów w Londynie i Nowym Jorku, Petera Robinsona i Emmę Parry, mam dla nich wyłącznie słowa podziękowania i wyrazy podziwu za stałe zachęty i przekonywanie mnie, że jestem w stanie napisać tę książkę i że może ona być udana. Oboje przeczytali rękopisy i udzielili pomocnych rad. Przygotowując publikację, w której interpretacja faktów jest równie istotna jak kwerenda w archiwach, uświadomiłem sobie jednocześnie, jak wiele nauczyłem się od producentów z BBC, z którymi miałem przywilej pracować w ciągu ostatnich czterech lat, przede wszystkim od Catrine Clay, Dicka Taylora i Jane McWilliams.
Ogromny dług wdzięczności mam wobec Courtney Hodell i Nicka Daviesa, moich redaktorów w Fourth Estate. Szczegółowe i precyzyjne uwagi Courtney na temat pierwszej pełnej wersji wstępnej dotyczyły dokładnie tego, na co należało zwrócić uwagę; sprowokowały mnie również i zachęciły do stworzenia mojej najlepszej pracy (te słowa to być może największy komplement, jakim redaktor może obdarzyć współpracującego z nim autora). Czuję się zaszczycony, że tę książkę publikuje wydawnictwo Fourth Estate. Wielkoduszność, z jaką pozwolono mi prowadzić pracę nieprzerwanie przez prawie trzy lata, zapewniła mi niemal idealne warunki do pisania. Pragnę poza tym podziękować za pomoc w procesie redagowania i drukowania niniejszej książki Natasy Kennedy, Michaelowi Coxowi oraz Louise Tucker.
Najserdeczniejsze wyrazy wdzięczności kieruję pod adresem moich byłych studentów z University of St. Andrews, a także tych, których obecnie nauczam w Cambridge - za ich wkład w seminaria i kontrolę, aby Maria nie pojawiała się w dyskusjach częściej niż powinna. Oprócz tego jestem winny podziękowania Fionie Alexander, która natychmiast dostrzegła, że tajemniczy "przedmiot", który na afiszu z syreną i zającem królowa trzyma w lewej ręce i którego zupełnie nie udawało się zidentyfikować, to zwinięta sieć. Frances i David Watersowie stale zachęcali mnie do pracy, przy czym w tajemniczy sposób przewidzieli termin przekazania przeze mnie ostatecznej wersji rękopisu i zadbali, żebyśmy już na następny wieczór mieli w ręku bilety na Wesele Figara Mozarta.
Co zaś najważniejsze, Julia pogodziła się z obecnością Marii w naszym związku, który musiał coraz bardziej wydawać się ménage a trois, i okazała nieskończoną cierpliwość. Przedzierała się przez tekst niezliczonych wersji mojej pracy, czytając niektóre rozdziały po dziesięć razy i dyskutując ze mną o jej bohaterce o każdej porze dnia i nocy. Nigdy nie uda mi się wystarczająco jej podziękować ani odpłacić za jej miłość. Emma była równie tolerancyjna i nigdy nie skarżyła się, że prawie nie widuje ojca, a jedynie droczyła się z nim, dopytując, kiedy skończy "tę książkę". Lucy, Susie i Gemma czasem interesowały się sprawami Marii bardziej, niż bym może chciał, ale w ten sposób zapewniały mi też kontakt z normalnym światem.
Clare College
Cambridge
24 października 2003 r.
ROZDZIAŁ 1 PIERWSZY ROK
Maria Stuart urodziła się podczas niezwykle mroźnej zimy. Śnieg okrywał całunem ziemię, a wąskie i kręte, wyboiste drogi łączące Anglię i Szkocję były zupełnie nieprzejezdne. Stada bydła, które w letnich miesiącach przemierzały tereny Lowlands i doliny pogranicza między dwoma krajami, teraz przycupnęły w niskich, zbudowanych z kamienia oborach. Rzeka Tweed, która często płynęła wzburzonym nurtem pod Berwick-on-Tweed, czyli tam, gdzie uchodziła do morza po wschodniej stronie granicy, obecnie była zamarznięta. Przewiezienie ważnej korespondencji z Edynburga do Londynu zwykle zabierało konnemu posłańcowi pięć lub sześć dni. Tamtej zimy potrzeba było aż czterech dni, żeby nowina o narodzinach Marii mogła dotrzeć do Alnwick w Northumberland, a przecież znajdowało się ono zaledwie kilka kilometrów na południe od Berwick.
Nowo narodzone niemowlę było jedyną córką i zarazem jedynym żyjącym spadkobiercą Jakuba V, króla Szkocji, i jego drugiej żony, królowej Marii de Guise, a przyszło na świat w pałacu Linlithgow, mniej więcej 28 km na zachód od Edynburga, w piątek 8 grudnia 1542 r.
Panujący na zewnątrz potężny mróz prawie wcale nie przeszkadzał mieszkańcom apartamentów królowej na drugim piętrze północno-zachodniej wieży pałacu, bo dzięki niedawnym pracom budowlanym Linlithgow przemieniło się w naprawdę luksusową rezydencję. Jakub V uwielbiał przepych i postarał się wykorzystać w tamtejszym pałacu najnowsze trendy renesansowej architektury. W okna wstawiono szyby, pomalowano sufity, a kamienne i drewniane elementy konstrukcji ozdobiono misternymi płaskorzeźbami: wizerunkami koron i ostów. W paleniskach wielkiej sali i ponad dziesięciu komnat, które składały się na królewskie apartamenty, płonęły drwa. Ściany były pokryte najwspanialszymi flamandzkimi gobelinami i przysłonięte kotarami z kosztownych arrasów albo ze złotogłowiu, aby zabezpieczać mieszkańców przed przeciągami.
Linlithgow, obok Falkland w Fife, było ulubioną rezydencją Marii de Guise, więc królowa osobiście pomogła w przeprojektowaniu obu pałaców, dbając o to, aby przypominały francuskie châteaux. Można się było tego spodziewać, bo sama Maria była Francuzką - wdową po diuku de Longueville, a jednocześnie najstarszą córką Claude'a, diuka de Guise, i jego żony Antoinette de Burbon. Warto przypomnieć, że rodzina Gwizjuszy (de Guise) należała do najpotężniejszych szlacheckich rodów Francji. Jej rodową siedzibę stanowiło Joinville w Szampanii, a inne posiadłości były porozsiewane po strategicznych obszarach północnej i wschodniej Francji.
Rodzina pierwszego męża Marii, Ludwika II Orleańskiego, diuka de Longueville, też posiadała spore majątki nad Loarą, toteż małżonka Jakuba V wiedziała dosłownie wszystko o renesansowych pałacach. Sama porównywała Linlithgow pod względem elegancji i malowniczego położenia do zamków nad Loarą, w których zamieszkiwała francuska rodzina królewska, kiedy wyjeżdżała daleko poza Paryż. Podobnie jak Chenonceaux, perła wśród tych francuskich pałaców, Linlithgow było rezydencją wypoczynkową, częściowo otoczoną wodą. Zewnętrzne mury stały na półkolistym pagórku, wrzynającym się w jezioro położone po północnej stronie budowli. Z tego pagórka roztaczał się widok na kościół parafialny św. Michała i na miasto Linlithgow, położone na południe od pałacu.
Narodziny Marii Stuart zbiegły się z wydarzeniem, które stanowiło punkt zwrotny w dziejach Szkocji. Doszło do niego dwa tygodnie wcześniej, 24 listopada, pod Solway Moss, gdzie w bitwie z Anglikami wojska jej ojca zostały zmuszone do bezładnego odwrotu. Dla Szkotów Anglia była "starym wrogiem", a relacje między dwoma sąsiadami były nacechowane tłumionym gniewem od dawna, to znaczy odkąd w ostatniej dekadzie XIII w. Edward I wysunął roszczenia do zwierzchności feudalnej nad Szkocją i próbował dokonać jej aneksji. Broniąc niezależności swojego królestwa, Szkoci usiłowali zdobyć wsparcie Francji i papieża, przez cały czas pielęgnowali też w sobie nieugięty patriotyzm. Od 1296 r. dochodziło do kolejnych angielskich najazdów, które można było liczyć w dziesiątkach. Te wydarzenia dały początek okresowi wrogości we wzajemnych stosunkach obu krajów, i ten antagonizm trwał przez pięć czy sześć pokoleń.
Chociaż jednak starcia na pograniczu szkocko-angielskim były całkowicie normalnym zjawiskiem, do "pełnoprawnych" wojen dochodziło wyjątkowo, przede wszystkim dlatego, że oba państwa były tak nierównymi przeciwnikami. Anglia była przecież o wiele bogatsza i potężniejsza od północnego sąsiada: jej populacja liczyła około 3,5 miliona ludzi, podczas gdy w Szkocji było ich zaledwie 850 tysięcy. Jedynym szkockim miastem, które się nieco bardziej rozrosło, był Edynburg, ale i tak żyło tam około 13 tysięcy ludzi, czyli (w najlepszym razie) 1/5 ludności Londynu. Poza tym zbieranie podatków i pobór żołnierzy przebiegały o wiele łatwiej w Anglii niż w Szkocji, ponieważ w tym pierwszym państwie aparat rządowy był bardziej scentralizowany, a struktura dowodzenia bardziej efektywna. Bitwy w otwartym polu prawie zawsze kończyły się miażdżącą klęską Szkotów.
Do tego dochodziły jeszcze nierówności pomiędzy poszczególnymi regionami w obrębie samej Szkocji. Od 1/3 do 1/2 jej ludności żyło w rejonie przygranicznym i na obszarze Highlands, podczas gdy pozostała część zajmowała bogatsze i bardziej kosmopolityczne Lowlands. Nawet w Parlamencie szkockim, instytucji, która doradzała królowi w sprawach państwowych i w założeniu reprezentowała cały kraj, istniała tendencja do traktowania reprezentantów z gór i pogranicza jako cwaniaków i przestępców. Z kolei klany z Highlands trzymały się z dala od reszty Szkocji, a mieszkańcy tego regionu oraz Lowlands mieli niepisane porozumienie, by ignorować się nawzajem. Wielu z górali mówiło raczej po gaelicku niż odmianą szkockiego używaną na nizinach, co dodatkowo zaostrzało różnice kulturowe. Można dodać, że język mieszkańców Lowlands faktycznie był dużo bliższy językowi angielskiemu z północy niż tym szkockim dialektom, jakimi posługiwano się w Highlands.
Także polityka w Szkocji miała "plemienny" charakter: czynnikiem dominującym były więzy krwi. Pan feudalny zawsze cieszył się również pozycją wodza klanu, mającą niezwykle długą tradycję. Dzięki lojalności wobec rodziny szkoccy lordowie stali na czele sieci powiązań, która niekiedy obejmowała całe regiony i decydowała o organizacji władzy na poszczególnych szczeblach. Władza monarsza też polegała na tych strukturach, a także na instytucji patronatu królewskiego, która pozwalała jej przydzielać urzędy i dobra w Kościele.
Wojny na Wyspach Brytyjskich rozgorzały na nowo za rządów Henryka VIII, który wstąpił na tron Anglii w 1509 r. Ten silny przywódca uważał się za angielskiego patriotę i umiejętnego stratega. Miał ambicję wznowić wojnę stuletnią przeciw Francji i pozyskać tam zdobycze terytorialne, nic więc dziwnego, że spośród swoich poprzedników na angielskim tronie najbardziej podziwiał Czarnego Księcia i Henryka V, którym chwalebne zwycięstwa we Francji przyniosły ziemie i sławę. Przez te rycerskie marzenia monarchy wysiłki jego doradców nieraz legły w gruzach, lecz ostatecznie wojna stanowiła normalną "rozrywkę królów". Jeśli zaś Henryk VIII zamierzał rzucić wyzwanie Francji, musiał najpierw uporać się ze Szkocją, jej "starym sojusznikiem", a zarazem swego rodzaju tylną bramą do niej. Całą tę sytuację dowcipnie podsumował popularny wierszyk: Kto Francję zdobyć zamierza, niech na Szkocję najpierw zmierza. Henryk lubił cytować ten dwuwiersz, a jego morał zastosował w praktyce.
Jednak do bitwy i porażki Szkotów pod Solway Moss doszło - co było zresztą typowe - nie na skutek angielskiej inwazji; było to raczej starcie w rejonie pogranicznym, które potoczyło się fatalnie dla strony szkockiej. Katastrofę wywołała nie tyle agresja Henryka VIII na sąsiada, ile decyzja Jakuba V, który postanowił przeprowadzić kontratak na imponującą skalę, ale nie przemyślał należycie, gdzie i kiedy należy go wykonać. Gdy angielskie siły pod wodzą księcia Norfolk wtargnęły do Szkocji, Jakub po prostu wysłał w odpowiedzi armię, żeby złupiła tereny na północ i wschód od Carlisle, czyli tzw. Sporną Ziemię (Debatable Land). Jego wojska przekroczyły w bród rzekę Esk podczas odpływu, kiedy poziom jej wód był niski, ale gdy wracały, rzeka już przybrała i oddziały szkockie utknęły pomiędzy nią a pobliskimi bagnami. Zostały zmuszone do odwrotu przez mniejszy, ale bardziej zdyscyplinowany oddział wojsk angielskich i znalazły się w pułapce. Do niewoli trafiło około 1200 ludzi, w tym 23 najważniejszych szlachciców i właścicieli ziemskich (lairds), których wysłano jako zakładników do Londynu i umieszczono w Tower.
Porażka ta była dla Jakuba V bardzo ciężkim ciosem. Został upokorzony jako strateg, ale także osobiście, przy czym na jego utratę twarzy wpłynęło również to, że kiedy jego oddziały ponosiły klęskę, on sam siedział bezpiecznie z dala od pola walki, zamiast stać na ich czele. W grę nie wchodziło tchórzostwo, gdyż Jakubowi nie zbywało na waleczności. Po prostu źle ocenił ryzyko, a w efekcie doszło do klęski jego oddziałów. Był to jeszcze bardziej niszczący cios dla reputacji niż ten, jakiego doznał 30 lat wcześniej jego ojciec Jakub IV, którego armia została rozsiekana na kawałki pod Flodden, zresztą przez ojca angielskiego dowódcy, który zwyciężył pod Solway Moss. Natomiast skutek polityczny obu porażek był identyczny, mianowicie długi okres sprawowania władzy przez osobę małoletnią. Jednak w 1513 r. Szkoci przynajmniej zostali pobici w walce wręcz, podczas bitwy w otwartym polu, zatem spotkała ich zaszczytna śmierć, a nie, tak jak w drugim przypadku, los szczurów schwytanych w pułapkę.
Po klęsce Jakub V pojechał do Linlithgow zobaczyć się z żoną, która czekała tam na poród, ale bardzo szybko wyjechał do Edynburga i do Falkland, gdzie choroba przykuła go do łóżka. Trudno przypuszczać, że kochał małżonkę, skoro brał sobie liczne kochanki, ale szczerze martwił się o dziecko, które miało wkrótce przyjść na świat. Nagły wyjazd króla z Linlithgow mówi nam więcej o stanie jego psychiki niż o jego więzach rodzinnych. Jakub po prostu załamał się psychicznie na wiadomość, że jego nowo narodzony spadkobierca nie jest chłopcem. Trzeba wspomnieć, że dwaj synowie króla zmarli w poprzednim roku, zanim jeszcze osiągnęli pełnoletniość. Teraz, gdy Jakub usłyszał najnowszą wieść o dziecku, przyszła mu na myśl Marjorie Bruce, córka króla Roberta I, od której wywodziła się dynastia Stuartów. Wykrzyknął: Do diabła z tym! Niech się skończy, jak się zaczęło. Od kobiety pochodzi [nasz ród] i na kobiecie się skończy! - lub też, w bardziej potocznej wersji: Zaczęło się na dziewczynie i niech wraz z dziewką przeminie.
Jakub zmarł 14 grudnia o północy. Miał zaledwie 30 lat, ale cierpiał na rozmaite nawracające choroby. Wiódł życie "w rozpuście", które zaowocowało kiłą i nieodłącznie z nią związanymi "gorączkami", a poza tym wcześniej spotkał go poważny wypadek na polowaniu. To wszystko osłabiło jego system odpornościowy. Ostatnie symptomy jego dolegliwości: silne wymioty i wielkie rozluźnienie stolca, sugerują, że przyczyną zgonu była dyzenteria, być może wywołana wypiciem skażonej wody. Inne możliwe powody to "pomór", czyli cholera, bo król mógł się nią zarazić od hrabiego Atholl, w którego towarzystwie hulał i którego śmierć nastąpiła niedługo wcześniej.
Jakub V zmarł z przyczyn naturalnych, w przeciwieństwie do swego ojca, który zginął pod Flodden w wyjątkowo podejrzanych okolicznościach. Jakub IV został ponoć zabity przez Anglików w trakcie bitwy, ale równie prawdopodobne jest to, że podczas końcowej fazy walki zamordował go jeden z jego własnych zbuntowanych lordów. Syn objął po nim tron w wieku 17 miesięcy, a teraz historia miała się powtórzyć, bo wnuczka Jakuba IV, Maria Stuart, została królową, mając zaledwie sześć dni.
Chrzest odbył się, gdy tylko można było dziecko bezpiecznie wynieść na panujące na zewnątrz zimno. Krótki dystans między południową bramą pałacu Linlithgow a kościołem św. Michała dziewczynka przebyła w ramionach niańki Janet Sinclair. Otrzymała imię Maria, po matce, lecz również dlatego, że dzień jej narodzin był świętowany przez Kościół rzymskokatolicki jako dzień poczęcia Marii Dziewicy.
Po ceremonii przy chrzcielnicy Marię namaszczono krzyżmem i zawinięto w szatę z białej genueńskiej tafty, którą specjalnie uszyto na tę okazję. Jest prawie pewne (ponieważ tak kazał zwyczaj w przypadku królewskich dzieci), że następnie zaniesiono ją przed główny ołtarz i konfirmowano, mimo że dopiero w wieku dziewięciu lat zaczęła przyjmować sakrament podczas mszy. Do Henryka VIII dotarł raport mówiący, że Maria jest bardzo słabym dzieckiem, które raczej nie przeżyje. Było to jednak stwierdzenie dalekie od prawdy. Kiedy zaś niedługo potem pojawiło się bardziej podstępne zagrożenie dla jej bezpieczeństwa i pokojowego objęcia tronu, zostało oddalone dzięki odwadze jej matki.
Śmierć Jakuba V uruchomiła skomplikowany ciąg wydarzeń, do których przyczyniły się nieustanne intrygi polityczne, religijne i frakcyjne. Anglia i Francja rywalizowały ze sobą o hegemonię nad Szkocją, która stała się pionkiem w walce między tymi dwoma większymi państwami i panującymi w nich dynastiami. Maria jako dziecko nie odgrywała żadnej roli w tych intrygach, niemniej jednak we wszystkich chodziło właśnie o nią. Celem absolutnie każdego z tych spisków było albo dostanie w swoje ręce osoby malutkiej królowej, albo też wżenienie jej w rodzinę królewską w Anglii lub we Francji. Miało to zagwarantować jednemu z tych państw wpływ na przyszłe rządy w Szkocji. Te machinacje pozostawiły swój ślad na spuściźnie, którą Maria odziedziczyła, gdy już podrosła, i przyczyniły się do powstania całego szeregu problemów, którym córka Jakuba V dzielnie stawiła czoła, osiągnąwszy wiek sprawny.
W ciągu tych wszystkich lat, które ukształtowały osobowość Marii, własna matka służyła jej za przykład. Po narodzinach dziewczynki Maria de Guise przez prawie pięć lat wykazywała się politycznym sprytem, choć z początku nauka nie szła jej łatwo. Można też dodać, że królowa wdowa poświęciła się polityce od razu po śmierci męża, ograniczając jego uroczystości pogrzebowe do minimum.
Maria de Guise była niezwykle wysoką kobietą o kasztanowych włosach i subtelnych rysach twarzy. Odznaczała się iście królewskim sposobem bycia. Miała wyraziste kości policzkowe, jej wysoko zarysowane brwi tworzyły łuki, a czoło było wysokie. Usta były odrobinę spłaszczone, a nos oglądany z boku miał orli kształt. Królowa wdowa zachowywała się w sposób pewny siebie i z godnością. Była też inteligentna i uważna, okazywała szczodrość przyjaciołom i stronnikom, a do tego miała wytworne, ale zarazem swobodne maniery i potrafiła być tak samo życzliwa dla ludzi, którzy byli jej równi, jak dla osób niższego stanu.
Wszystkie te cechy były jednocześnie przymiotami znakomitego rodu Gwizjuszy, z którego się wywodziła. Dzięki nim wdowa po Jakubie V szybko zaskarbiła sobie serca poddanych w Szkocji. Była popularna wśród ludu i potrafiła budzić żarliwą lojalność. Wszystkie wymienione wyżej zalety miały się później ujawnić w jej córce, która jako dorosła kobieta bardzo przypominała matkę nie tylko z wyglądu, ale i charakteru.
Maria de Guise nabyła swoje umiejętności polityczne dzięki lekcjom, których udzieliła jej rodzina. Gwizjusze do pewnego stopnia byli arrivistes ("parweniuszami"), a swój awans na dworze królewskim we Francji zawdzięczali częściowo przebiegłości, z jaką wżeniali się w inne rody, a po części talentom militarnym. Za panowania Franciszka I byli ściśle powiązani z triumwiratem, który tworzyli konetabl Francji Anne de Montmorency i następca tronu delfin Henryk oraz jego piękna, wyrafinowana kochanka Diana de Poitiers. Równie dużymi wpływami Gwizjusze cieszyli się w hierarchii Kościoła katolickiego. Na przykład Jean, brat diuka Claude'a, sprawował liczne urzędy, dokładnie zaś zdołał sobie zapewnić aż dziewięć biskupich stolców i sześć tytułów opata. Wśród jego "łupów" znajdowało się arcybiskupstwo Reims, najważniejsza diecezja we Francji, bo właśnie w wielkiej gotyckiej katedrze w Reims odbywała się koronacja królów francuskich. Gwizjusze zatrzymali później ten tytuł w rodzinie: po śmierci Jeana sprawili, że został przyznany drugiemu z synów Claude'a, czyli kardynałowi Lotaryngii Charles'owi. Objął on Reims w posiadanie, mając ledwie 14 lat.
Spośród wszystkich dzieci diuka Claude'a przeżyło aż dziesięcioro, a każde z nich zajmowało znaczące stanowisko w państwie albo Kościele. Kiedy zaś Maria de Guise poślubiła Jakuba V, ten akt na 50 lat wciągnął jej rodzinę w samo centrum polityki szkockiej, francuskiej i angielskiej. W XVI w. zawarcie kontraktu małżeńskiego było bowiem środkiem przypieczętowywania sojuszu dyplomatycznego. Polityka międzynarodowa koncentrowała się wokół rodziny, dzieci i dziedziczenia praw rodowych, a dynastie panujące przykładały do tych relacji i spraw większą wagę, niż do przynależności wyznaniowej.
Maria de Guise doskonale rozumiała, jaką rolę ma do odegrania, więc zabrała się do dzieła. Musiała ochronić spadek, który należał się jej córce, a ponadto zabezpieczyć tradycyjny "stary sojusz" między Francją a Szkocją. Ostatecznie była przyzwyczajona słuchać głosu obowiązku. Kiedy miała 21 lat i już zdążyła zostać wdową, a równocześnie była najbardziej pożądaną kandydatką na żonę w całej Francji, Franciszek I wybrał właśnie ją na następczynię swojej córki Magdaleny, bowiem ta pierwsza małżonka Jakuba V ledwo zdążyła opuścić Francję, wylądować w porcie Leith i spędzić kilka tygodni w Anglii, a już padła ofiarą infekcji wirusowej. Maria de Guise niechętnie opuszczała ojczysty kraj, ale tego wymagał od niej honor. Poza tym była oswojona z nieszczęściami: z jej pięciorga dzieci troje zmarło przed osiągnięciem pełnoletniości, w tym jeden z synów z pierwszym mężem (kolejny, François, żył do 1551 r.) oraz obaj chłopcy, których dała Jakubowi.
Po ślubie, który odbył się w Szkocji, Maria de Guise regularnie pisała do matki, Antoinette de Burbon, kobiety, która podobno budziła respekt nawet u samego króla Francji. Ich korespondencja pokazuje, że Gwizjuszka szybko dostosowała się do nowego życia. Znosiła niewierność męża, który spłodził siedmioro, a prawdopodobnie nawet dziewięcioro nieślubnych dzieci. Spędzała czas na nadzorowaniu prac budowlanych w królewskich pałacach i projektowaniu ogrodów, w których hodowała przeróżne egzotyczne ozdobne drzewa owocowe (sadzonki sprowadzała z Francji). W pałacu w Falkland, gdzie nadal można oglądać obmyślone przez nią stylowe elementy fasady budynku, osobiście prowadziła inspekcje prac. W tym celu wspinała się po drabinie, żeby przyjrzeć się z bliska efektom, a dopiero później pozwalała zapłacić kamieniarzom za robotę.
Maria miała własną służbę domową sprowadzoną z Francji, bo było wprost nie do pomyślenia, aby jej najbliższymi sługami mogli zostać miejscowi. Francuzi często opowiadali sprośne żarty na temat braku ogłady Szkotów, choć czynili to za ich plecami. Personel Marii uwielbiał swoją panią, a po śmierci Jakuba kilkunastu jego służących próbowało wynegocjować przejście na służbę do królowej wdowy, bo płaciła najwyższe stawki w kraju.
Mała Maria formalnie stała się królową Szkotów w chwili śmierci ojca, ale w praktyce było to fikcją. Należało mianować namiestnika czy też regenta, który by panował, dopóki nie ogłosi się, że dziewczynka jest "w wieku sprawnym" i zdolna do osobistego sprawowania rządów. W całym państwie zastanawiano się, kto zostanie wybrany do tej roli. Ostatecznie długi okres małoletniości królewskiego potomka czy potomkini stanowił swoiste zaproszenie dla szlachty, żeby wszczęła między sobą walki. Dotyczyło to zwłaszcza Szkocji, gdzie władza królewska była znacznie słabsza niż w Anglii czy Francji, a gdy chodziło o utrzymanie prawa i porządku, Korona była uzależniona od powiązań rodowych między lordami.
Istniała jedna metoda wyboru regenta, która zapewniała temu aktowi pełne uznanie przez wszystkich - wyznaczenie go przez umierającego władcę w ostatniej woli. Jakub V co prawda nie sporządził takowej, prawdopodobnie nie wiedząc, że śmierć jest bliska, ale za to ową ostatnią wolę i testament spreparowano w jego imieniu. Odpowiednią formę nadał im kardynał David Beaton, arcybiskup St. Andrews. Ten możnowładca miał największy wpływ na monarchę za jego życia, a po jego śmierci był zdecydowany utrzymać się u władzy.
Beaton przewodził frakcji profrancuskiej i był zagorzałym przeciwnikiem reformacji. Dla siebie samego i dla trzech sojuszników domagał się funkcji opiekunów wyznaczonych w testamencie dla Marii oraz namiestników królestwa. Poza tym zamierzał uprzedzić roszczenia najsilniejszego z pozostałych kandydatów: Jamesa Hamiltona, hrabiego Arran, który dla odmiany sprzyjał Anglii i byłby pierwszy w kolejce do tronu, gdyby Maria zmarła. Arran głośno oznajmił, że Beaton sfałszował królewską ostatnią wolę. Według niego Jakub V zapadł w stan półprzytomności, a wtedy arcybiskup sprawił, że król podpisał pustą kartę, na której później dopisano główną treść dokumentu.
Szlachta zagłosowała wprawdzie za Arranem, ale nie był on bynajmniej idealnym kandydatem na namiestnika. Najlepszy komplement, jaki wypowiedziano pod jego adresem, był taki, że wychodzi cało z każdej opresji. Hamilton był słabym tchórzem i istną chorągiewką na wietrze, a do tego wyjątkowo chciwym człowiekiem. Jego prawa do objęcia dziedzictwa zostały co prawda podważone przez Beatona, ale ponieważ był wnukiem najstarszej córki Jakuba II, płynąca w nim krew rzeczywiście dawała mu prawo do sprawowania regencji.
Mimo że Maria de Guise nie zakwestionowała wyboru Arrana na ten urząd, miała się przed nim na baczności. Wiedziała, że w swoich działaniach kieruje się on nie tyle bezpieczeństwem małej królowej, ile chęcią awansu dla siebie i swojej rodziny. Doskonale ujęła problem, opisując Hamiltona jako prostackiego i najbardziej niestałego człowieka w świecie, gdyż cokolwiek postanowi on dzisiaj, jutro odmieni swe zdanie.
Arran spędził półtora miesiąca na wprowadzaniu się do nowych pałaców oraz na otoczeniu się przyjaciółmi i krewnymi, którym przyznał pensje. Próbował też pojednać się z Beatonem i w tym celu wyznaczył go na stanowisko kanclerza, które należało do najważniejszych urzędów państwowych, jednak zaraz dowiódł trafności opinii królowej wdowy na swój temat, gdyż po dwóch tygodniach zmienił zdanie i wtrącił rywala do więzienia.
Nowy namiestnik był przesiąknięty szkockimi tradycjami i świetnie zdawał sobie sprawę, jak wielką rolę w społeczeństwie i polityce jego kraju odgrywa przemoc. Prędko zajął wszystkie zamki Jakuba V z wyjątkiem Stirling, bo ten stanowił część wiana Marii de Guise i wciąż był jej własnością. Następnie, gdy tylko Arran poczuł się wystarczająco pewnie, skierował uwagę ku Henrykowi VIII, który starał się zdobyć wpływ na politykę Szkocji.
Henryk pragnął przechytrzyć i wymanewrować Francję, dlatego Arran miał pielęgnować w Szkocji frakcję proangielską, która mogłaby wyprzeć stamtąd francuskie wpływy. W tym celu zamierzał wykorzystać zakładników wziętych do niewoli pod Solway Moss. W tym miejscu trzeba wyjaśnić, że Henryk właśnie zamierzał wypowiedzieć wojnę Francji i zdążył nawet uzgodnić ze swoim głównym sojusznikiem w Europie Karolem V (królem Hiszpanii i władcą Świętego Cesarstwa Rzymskiego), że połączonymi siłami wykonają skoordynowany atak na Francję, po czym podzielą jej ziemie między siebie.
Ponadto Henryk miał ambitne plany dynastyczne: pragnął zapanować nad całymi Wyspami Brytyjskimi. Rzecz jasna, gdy tylko Jakub V zmarł, pozostawiając po sobie malutką córeczkę, która została królową, Henryk natychmiast postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję. Otóż od początku swych rządów wiele razy przytaczał roszczenia Edwarda I do zwierzchności feudalnej nad Szkocją, a wręcz nauczył się na pamięć tej formuły. Natomiast później, gdy skłócił się z papieżem i w końcu zerwał z Rzymem, aby dostać rozwód z pierwszą żoną Katarzyną Aragońską, opracował teorię "imperialnej" władzy królewskiej. Przede wszystkim miała ona uzasadnić przyjęcie tytułu głowy Kościoła anglikańskiego, ale dodatkowo Henryk wykorzystał ją, by uznać się za króla i cesarza całych Wysp Brytyjskich.
Zgodnie z tą opracowaną przez niego wersją systemu prawnego i historii Wysp Szkocja (mimo że była niezależnym państwem i suwerennym królestwem) miała stać się krajem satelickim Anglii, swego rodzaju klejnotem w jego "cesarskiej" koronie. W ten sposób Tudorowie zaczęli rościć sobie prawo do "anglo-brytyjskiego" imperium, gdy Maria ciągle jeszcze była dzieckiem. Sprowokowało to oczywiście roszczenia ze strony Francji, która też zamierzała utworzyć takie imperium, tyle że "franko-brytyjskie".
Henryk najpierw uwolnił z Tower 23 szkockich zakładników, po czym zaprosił ich do niedawno ukończonego pałacu w Hampton Court, żeby mogli go podziwiać. Mieli tam przybyć jako goście króla i wraz z nim wziąć udział w wystawnych bożonarodzeniowych biesiadach. Henryk nie pozwolił im jednak odjechać, póki nie zgodzili się udzielić poparcia jego planom dynastycznym. Zażądał od nich podpisania artykułów, w których zobowiązali się wysłać małą szkocką królową do Anglii. Maria miała być tam trzymana, aby monarcha mógł dbać o jej wychowanie, dopóki nie będzie mogła poślubić księcia Edwarda - pięcioletniego syna i dziedzica Henryka, z małżeństwa króla z Jane Seymour. Oprócz tego dziesięciu z najważniejszych zakładników zgodziło się poprzeć bezpośrednie roszczenia króla Anglii do tronu Szkocji, w razie gdyby Maria nieoczekiwanie zmarła.
W marcu 1543 r. Henryk wysłał do Edynburga sir Ralpha Sadlera, który miał tam pełnić funkcję jego ambasadora i wynegocjować ze Szkotami traktat. Główny punkt tego układu miał dotyczyć małżeństwa Marii i Edwarda. Chociaż dziewczynka miała wtedy niecałe cztery miesiące, Henryk traktował sprawę poważnie, bo dzięki takiemu związkowi mógłby za jednym zamachem osiągnąć swój cel. Sadler, który nie całkiem wiedział, czego się spodziewać ze strony Szkotów, zaczął od spotkania z Arranem w ogrodzie pałacu Holyroodhouse w Edynburgu. Okazało się jednak, że regent wypowiada się wymijająco i jest słabo poinformowany. Arran spoglądał na te negocjacje z bardzo wąskiego punktu widzenia, to znaczy chciał tylko wiedzieć, jakie on sam będzie miał z tego wszystkiego korzyści. Zażądał łapówek i nagród, a także obietnicy, że dalej będzie sprawował regencję, nawet jeśli Henryk dopnie swego.
Rozmowy nie przyniosły żadnego rozstrzygnięcia, toteż Sadler pojechał do Linlithgow na spotkanie z Marią i jej matką. Chciał osobiście zobaczyć małą królową, gdyż Henryk wciąż się o nią dopytywał. Maria de Guise udawała, że jest skłonna do współpracy, więc poprosiła niańkę, żeby rozwinęła ubrania dziecka, tak aby ambasador mógł mu się bliżej przyjrzeć. Sadler pokołysał małą przez jakiś czas na kolanie, a później doniósł królowi: Zapewniam Waszą Wysokość, że jest to dziecko równie ładne jak każde inne w tym wieku, jakie zdarzyło mi się widzieć, i równie zdolne do przeżycia, jeśli taka będzie łaska boża.
W dalszej rozmowie z Marią de Guise Sadler poruszył temat zaręczyn dziewczynki z synem Henryka. Ku jego zdumieniu królowa wdowa wyraziła zgodę i zaofiarowała się dopomóc, a nawet poprzeć angielski plan wysłania córki do Londynu na "bezpieczne przechowanie". Jej reakcja była tak odmienna od tego, czego Sadler się spodziewał, że z początku był skonsternowany. Podejrzewał jakieś kuglarstwo - i miał słuszność, bo Maria de Guise istotnie udawała. Miała w tym wyraźny cel, który stopniowo się ujawnił. Otóż Henryk VIII chciał podporządkować Szkocję Anglii, aranżując małżeństwo dynastyczne, które na trwałe odcięłoby ten pierwszy kraj od wpływów Francji; z kolei Maria była równie zdeterminowana chronić tamtejsze francuskie interesy, a także interesy Gwizjuszy. Skoro Arran próbował zepchnąć ją na margines, negocjując za jej plecami z Anglią, zamierzała udawać, że też chce sprzymierzyć się z tym państwem. Właśnie po to uśpiła czujność Sadlera, dając mu fałszywe poczucie bezpieczeństwa, i tym sposobem wymanewrowała Arrana, który miał być skazany na gorszą pozycję, póki nie sprawował faktycznej pieczy nad osobą Marii.
Maria de Guise miała dobre powody, aby żywić podejrzenia wobec regenta. Przecież to on "odciął jej łączność" z Francją: ulokował szpiegów na jej dworze i przechwytywał jej listy. Udało się jej jednak przesłać jedną wiadomość i około 10 czerwca Antoinette de Burbon dostała wieści o kłopotach córki. Następnie zwróciła się do synów na dworze Franciszka I, aby spróbowali wywrzeć tam jakąś presję i tą metodą udzielili siostrze pomocy.
Tymczasem Arran po aresztowaniu Beatona błyskawicznie podjął własne działania, których celem było podkopanie pozycji partii profrancuskiej. Namiestnik zdecydował się zawrzeć sojusz z Henrykiem VIII i jak gdyby dla scementowania tej więzi, niespodziewanie wydał deklarację poparcia dla jego zerwania z Rzymem i rozwiązania klasztorów. Posunięcie Arrana było tym bardziej dziwaczne, że sam wciąż był katolikiem i uznawał władzę papieża. Niemniej regent coraz bardziej przechodził do defensywy, wzięty w dwa ognie przez profrancuskich i proangielskich lordów, których liczba po obu stronach była wyrównana. Był to więc właściwy moment na dokonanie przewrotu.
Oczarowując i zwodząc ambasadora Sadlera, Maria de Guise wykazała się biegłością jako polityk. W jej głowie już zdążył się uformować plan: zamierzała przenieść córkę z Linlithgow, rezydencji wypoczynkowej, która nie wytrzymałaby oblężenia, za bezpieczne mury własnego zamku Stirling. Była to twierdza prawie nie do zdobycia, postawiona na szczycie stromej skały, a jednocześnie położona na tyle blisko wybrzeża, żeby Maria mogła wznowić komunikację z Francją drogą morską.
Królowa wdowa wysłała do Stirling zaufanego sługę, który zabrał ze sobą kufry wypakowane strojami i przedmiotami domowego użytku. Za tym poszły kolejne, większe przesyłki, w postaci łóżek i mebli, a dalej dostawy srebrnych talerzy, zastawy stołowej, płótna, suszonych artykułów żywnościowych, a także sprzętu kuchennego, takiego jak garnki, patelnie czy ruszty. Arran domagał się, aby nikt nie opuszczał Linlithgow, ale Maria de Guise go zignorowała, wspaniale rozgrywając swoje karty. Nakarmiła Sadlera kłamstwem, jakoby regent nie miał zamiaru pozwolić na ślub Marii z angielskim księciem, a wysłanie dziewczynki na południe wynegocjował z Anglią tylko po to, aby zyskać nagrody dla siebie i sojuszników. Potem złamałby słowo i zatrzymał ją, uwięzioną, w Szkocji, grając na czas, dopóki Henryk VIII nie umrze. Wtedy zagarnąłby tron Szkocji dla siebie. Sadler miał o tym donieść Henrykowi, lecz Maria zabroniła mu ujawniać źródło informacji, bo w przeciwnym razie ona i córka znalazłyby się w niebezpieczeństwie.
Zarówno w Anglii, jak i we Francji snucie tajnych planów o tym, co może lub nie może się zdarzyć w przyszłości, gdy król umrze, stanowiło poważne przestępstwo. Takie działania sprawiały wrażenie, jakby zgon monarchy traktowano jak coś więcej niż ewentualność. Określano to mianem "wyobrażania sobie lub brania pod uwagę" jego śmierci, a to już podpadało pod prawo o zdradzie stanu i płaciło się za to głową. Skoro regent spiskował w taki sposób, Sadler musiał się od niego odsunąć, bo inaczej sam mógłby podlegać oskarżeniu z tego samego tytułu, jako wspólnik zbrodni.
Ale to wszystko nie było jeszcze najgorsze. Królowa wdowa oznajmiła, że Arran na dodatek planuje wydać Marię za swego syna. Henryk VIII powinien zadbać, aby temu zapobiec, a także rozkazać Arranowi uwolnić Beatona. Zarzut, jakoby arcybiskup sfałszował ostatnią wolę Jakuba, był wyłącznie oszczerstwem, a Beaton powinien zastąpić hrabiego na urzędzie namiestnika, bo w przeciwieństwie do swych wrogów potrafiłby lepiej rozważyć, co jest dobre dla królestwa.
Był to blef. Maria de Guise oczerniła Arrana, opierając się na marnej opinii, jaką miała o jego charakterze. Wiedziała, że toczy śmiertelną walkę o pieczę nad córką, i była w pełni zdecydowana uzyskać poparcie Sadlera, żeby móc wykonać zaplanowany ruch i wywieźć Marię bezpiecznie do Stirling. Ponieważ ambasador w tym czasie był już bardzo nieufny wobec tego intryganta i "chorągiewki na wietrze", dał się nabrać.
Był jednak podatny na opowiastki Marii de Guise także z innych powodów. Otóż nacisk wywierany przez jej matkę na francuskim dworze przyniósł efekty w postaci decyzji Franciszka I o interwencji w Szkocji. Król Francji chciał pomieszać szyki Henrykowi VIII i odciągnąć go od planów inwazji na swój kraj. W Paryżu już krążyły pogłoski, że diuk de Guise szykuje się do wypłynięcia do Szkocji i podobno dostał odpowiednie pełnomocnictwo. Sadler bardzo chciał się dowiedzieć, co się wkrótce wydarzy, i poznać prawdziwe zamiary strony francuskiej.
Koniec końców diuk nigdy nie przybył do Szkocji. Franciszek I odwołał udzielone mu pełnomocnictwo, a zamiast niego wysłał młodego szkockiego wygnańca, lorda Matthew Stuarta, hrabiego Lennox. Niemniej ta zmiana wcale nie uśmierzyła trosk Sadlera. Lennox, który stał na czele jednej z mniej znaczących rodzin klanu Stuartów, a jednocześnie był naturalizowanym poddanym króla Francji, w razie upadku Arrana dysponowałby najmocniejszym prawem do tytułu regenta. Ostatecznie przybył i wylądował w kwietniu pod Dumbarton, czyli rodową twierdzą Lennoxów, na północnym brzegu Clyde. Stamtąd ruszył prosto na spotkanie z Marią de Guise, bo obecnie to ona stała się najważniejszą postacią w grze. Bez względu na to, czy Sadler dał się do końca przekonać jej pochlebstwom, już sam dostęp do jej osoby dawał mu przewagę.
Arran podjął próbę odzyskania inicjatywy. Czuł, że jest w coraz większych opałach, ponieważ grupa lordów, głównie wyznania katolickiego, zgromadziła się wokół Lennoxa, a Beaton zdołał umknąć z więzienia. Henryk VIII, dowiedziawszy się o powrocie Lennoxa do Szkocji, zaczął wietrzyć spisek w celu porwania małej Marii i wywiezienia jej do Dumbarton. W efekcie rozkazał Arranowi zebrać swoje wojska i bezzwłocznie umieścić dziewczynkę za "bezpiecznymi murami" zamku w Edynburgu.
Regent wpadł w rozterkę. Wiedział, że jest na słabej pozycji, więc pod koniec kwietnia na pewien czas pojednał się z Lennoxem. Wielu sojuszników Arrana sprzeciwiało się planowi zaręczyn Marii z synem i dziedzicem Henryka VIII, uznając, że to już przesada, a Lennox skorzystał na ich niezadowoleniu. Ostatecznie Arran oznajmił Sadlerowi, że warunki postawione przez Anglię są tak niedorzeczne, że każdy mężczyzna, kobieta i dziecko w Szkocji raczej zgodziliby się stracić życie w jeden dzień, aniżeli je przyjąć.
W tej sytuacji Henryk VIII wystosował ultimatum: skoro Arran nie zgodził się na angielski plan małżeństwa dynastycznego, groziła mu teraz perspektywa otwartej wojny. Polityka zastraszania zastosowana przez króla Anglii zrodziła wprawdzie głęboką urazę, ale przynajmniej w minimalny sposób mu się opłaciła, bo 1 lipca 1543 r. Szkoci przystali na warunki traktatu w Greenwich, który pozornie dał Henrykowi to, czego sobie życzył. Maria miała pozostać w Szkocji do dziesiątego roku życia, a po osiągnięciu tego wieku miała przybyć do Anglii i poślubić księcia Edwarda. Henryk VIII miał jej zapewnić wiano w postaci pokaźnej sumy 2000 funtów rocznie, która miała się automatycznie podwoić, kiedy Maria zostanie królową małżonką monarchy Anglii.
Wszystkie pozostałe postanowienia traktatu były efektem obustronnego kompromisu. Aż do czasu zamążpójścia Marii o jej wykształcenie miała zadbać strona szkocka, z jednym zastrzeżeniem - dla lepszej pieczy nad nią Henryk mógł na własny koszt wysłać jednego angielskiego szlachcica z żoną lub innymi guwernantkami i sługami (lecz nie więcej niż 20 osobami); wszyscy ci ludzie mieli zamieszkać z dziewczynką. Warunek ten miał zagwarantować, że to angielski, a nie szkocki czy francuski, stanie się jej ojczystym językiem. Ale Henryk również musiał pójść na ustępstwa, ponieważ szybkie zawarcie układu dawało mu wolną rękę w przygotowaniach do inwazji na Francję. W rezultacie zaakceptował pewne warunki, które gwarantowały Szkocji niezależność. Najważniejszym postanowieniem traktatu było to, że kraj nadal będzie zwany królestwem Szkocji i zachowa swe starodawne prawa oraz wolności. Szkoci domagali się ponadto, aby Maria mogła powrócić do kraju jako samodzielnie rządząca królowa, w razie gdyby jej małżeństwo okazało się bezdzietne. Miała to być "unia" dynastyczna między Anglią a Szkocją, lecz pozbawiona swego zasadniczego elementu.
Maria de Guise była szczęśliwa, bo w traktacie już na pierwszy rzut oka można było dostrzec luki. Z kolei Arran wpadł w panikę i przestrzegł Sadlera, że trzeba będzie starannie obserwować małą Marię, gdyż ma drobne kłopoty z wyrzynającymi się zębami. Lecz nawet ambasador nie był tak łatwowierny i pisząc potem do Henryka VIII, próbował rozgryźć, dlaczego regent nagle chce chronić dziewczynkę, jak gdyby była jego dzieckiem. Oczywiście Hamilton najbardziej obawiał się o to, żeby nie przewieziono jej potajemnie do Francji i nie oddano na wychowanie rodzinie matki, czyli Gwizjuszom.
Jednak traktat w Greenwich od samego początku stanowił martwą literę. Maria de Guise w ogóle nie zamierzała wypełniać jego postanowień, bo chodziło jej tylko o czas, który mogła zyskać dzięki negocjacjom. Zamierzała go wykorzystać na przygotowanie do walki z Arranem i Henrykiem VIII oraz na stworzenie nowej, szerszej koalicji. Po podpisaniu porozumienia odkryła karty: okazało się, że jej nowymi sojusznikami zostali Beaton i Lennox z partii profrancuskiej, których połączone siły 24 lipca zebrały się pod Linlithgow. Tam też podpisano tzw. bond ("zobowiązanie" lub "pakt"), którego strony miały zapobiec wywiezieniu Marii do Anglii i zapewniać sobie nawzajem obronę przed proangielskim Arranem. Dwa dni później na miejsce przybył także sam regent, lecz z dużo mniejszą świtą, i w tym momencie jego kapitulacja stała się pewna.
Sadler wcześniej udzielił oficjalnego pozwolenia na przeniesienie Marii do Stirling, gdzie miała jej strzec grupa szkockich lordów, oficjalnie wyznaczonych w Parlamencie. Teraz jednak Maria de Guise zorganizowała umieszczenie tam córki na zupełnie innych warunkach. 27 lipca razem z dziewczynką udała się do Stirling, a Lennox zapewnił im straż przyboczną. Zebrał w tym celu całą armię złożoną z 2500 kawalerii i 1000 piechoty, która miała chronić również kolumnę wozów z bagażami, ciągnącą się na ponad kilometr. Chociaż mała Maria dopiero wyszła z powijaków, już podróżowała z wielkim ceremoniałem, który w przyszłości miał się jej należeć jako monarchini.
Stirling, które zawsze było ulubionym miejscem pobytu Gwizjuszki, stało się teraz dla niej i jej córki domem na następne cztery lata. Stanowiło odpowiednie otoczenie, gdyż jego wielka sala oraz królewskie apartamenty zostały z przepychem przebudowane w ramach kolosalnego programu modyfikacji królewskich rezydencji. W wielkiej sali zamku do obiadu mogło zasiąść 300 osób.
Dwa tygodnie po przybyciu obu Marii Sadler został wezwany do Stirling na audiencję. Maria de Guise wciąż maskowała swoje zamiary, a ambasador nie był w stanie dociec, dlaczego postępuje w taki, a nie inny sposób. Na spotkaniu oznajmiła mu, że przez cały czas była skłonna pozwolić, aby zabrano jej córkę do Anglii na "bezpieczne przechowanie", lecz nie mogła tego uczynić ze względu na dwulicowość Arrana. Dodała, że teraz, gdy już wymknęła się z jego szponów, ma nadzieję spełnić swój zamiar, a skoro jest w dobrym położeniu, może przekazać dziewczynkę pełnomocnikom Henryka, jeśli król sobie tego życzy.
Rozmowa z ambasadorem była kolejnym wybiegiem, którego Maria de Guise użyła, aby jeszcze trochę zyskać na czasie. Sadler zawsze miał słabość do dzieci i był ujęty widokiem jej córeczki, która szybko rosła. Wkrótce będzie kobietą, oznajmił, jeśli jest podobna do swej matki. Dziewczynka chorowała wcześniej na łagodną odmianę ospy wietrznej, ale zdążyła całkiem wyzdrowieć i Sadler odnotował, że jest bardzo wdzięcznym i pięknym dzieckiem.
Niestety, znowu dał się wystrychnąć na dudka. Przeniósłszy córkę do Stirling, Maria de Guise bezwzględnie zamierzała ją tam pozostawić. Tymczasem Arran, który zawsze wychodził cało z kłopotów, w porę wycofał się z rozgrywki i zawarł pokój z rywalami. 3 września opuścił Edynburg, pozornie po to, żeby odwiedzić chorującą żonę, a w rzeczywistości udał się na potajemne spotkanie z Beatonem w Falkirk. Dwaj mężczyźni uściskali się, po czym ruszyli do Stirling, gdzie Arran wyjawił całą prawdę o swoich dotychczasowych kontaktach z Henrykiem VIII i wyrzekł się poparcia dla reformacji.
Poza tym 8 września zgodził się na zmianę warunków sprawowania urzędu regenta, a mianowicie obiecał podzielić się władzą z Beatonem i słuchać wskazówek rady, która miała się składać z przedstawicieli obu frakcji, profrancuskiej i proangielskiej, z samą Marią de Guise na czele. W ten sposób zamierzano doprowadzić do pojednania wśród szlachty, która zwarła szyki przeciwko potencjalnej agresji Henryka VIII.
Potem nastąpił punkt kulminacyjny. Dzień później - za sprawą cudownej ironii losu była to trzydziesta rocznica bitwy pod Flodden - Maria opuściła swój pokój dziecinny w Stirling, po czym została przeniesiona w uroczystym pochodzie i koronowana na królową Szkotów w stojącej tuż obok Kaplicy Królewskiej. Było to wydarzenie o kolosalnym znaczeniu. Koronacja stanowiła najbardziej uroczysty rytuał dla Kościoła i państwa, z wykorzystaniem sakramentalnej symboliki. Dzięki niemu nowa królowa zyskała status prawowitej monarchini i z religijnego, i prawnego punktu widzenia. W trakcie ceremonii dziewięciomiesięczne dziecko przeistoczyło się w namaszczoną królową, obdarzoną świętymi uprawnieniami majestatu, które może nadać jedynie Bóg i za które tylko przed Nim można odpowiadać.
Podczas tej procesji Arran niósł koronę, Lennox berło, a hrabia Argyll, najpotężniejszy ze szkockich lordów i zarazem szwagier Arrana, miecz królestwa Szkocji. Regalia te są znane jako "klejnoty Szkocji" (honours of Scotland) i wciąż można je oglądać w zamku w Edynburgu. Dynastia zawdzięczała je Jakubowi IV i jego synowi, którzy wytrwale starali się podnieść swój prestiż. "Klejnoty" zostały po raz pierwszy użyte razem właśnie w dniu tej uroczystości. Korona, którą Jakub V miał na sobie podczas koronacji Marii de Guise, była za duża i zbyt ciężka dla dziecka, więc nad głową dziewczynki trzymał ją Beaton, ubrany z całym przepychem w strój kardynalski. To on pobłogosławił Marię i namaścił ją świętymi olejami, na co zaniosła się przeciągłym płaczem. Nie ucichła ani na chwilę, gdy wszyscy obecni biskupi i parowie klękali przed nią kolejno, aby wyrecytować przysięgę na wierność.
Zgodnie z tradycją tej ceremonii heroldzi mieli odczytać całe drzewo genealogiczne królów Szkocji, a przecież wyliczenie tego spisu tytułów i godności mogło zabrać nawet pół godziny. Ze względu na gromkie ryki wciąż wtrącającej się Marii pominięto tę część uroczystości. Wyraźnie rzucała się w oczy nieobecność lordów ze stronnictwa angielskiego, ale poza tym dzień upłynął w sposób bardzo uroczysty, a jego przyjemnym dopełnieniem były bankiety, "maski", przedstawienia dramatyczne i inne rozrywki. Odbyły się one w wielkiej sali, a po nich nastąpiły wspaniałe tańce przed królową, w których występowali wielcy lordowie i francuskie damy.
Koronacja Marii zamknęła niezwykły okres, który zaczął się w chwili, gdy jej matka po raz pierwszy obdarzyła uwagą ambasadora Henryka VIII. Przyniósł on całkowitą zmianę równowagi sił. Proangielscy lordowie zostali zepchnięci na margines, a Arran pojednał się z Beatonem, który znów objął urząd kanclerza. Traktat w Greenwich był już prawie wypowiedziany, a w Szkocji wzięła górę frakcja profrancuska.
Henryk VIII zagrał w otwarte karty i przegrał. Odebrał wtedy ważną lekcję. Jak potem mówił niemal każdemu, kto chciał słuchać, nigdy więcej nie zamierzał zaufać Szkotom. Natomiast Maria pod czujnym okiem matki objęła tron, a skoro ona nosiła koronę, znaczyło to bezdyskusyjnie, że Maria de Guise "wykreowała królową".
PROLOG
W środę 8 lutego 1587 r., około godziny 8 rano, gdy zrobiło się na tyle jasno, aby można było obyć się bez świec, sir Thomas Andrews, szeryf hrabstwa Northamptonshire, zastukał do drzwi jednego z pomieszczeń zamku Fotheringhay, położonego mniej więcej 120 km od Londynu. Dziś miejsce to pokrywa warstwa chwastów, a po całej budowli pozostał jedynie ziemny wał, niegdyś wznoszący się wokół wewnętrznego dziedzińca, a także niższy niż w tamtych czasach pagórek (motte), na którym stał donżon. Najbliższa wioska znajduje się kilkaset metrów dalej, a niedaleko płynie rzeka Nene o leniwym nurcie. Jednak w XVI w. Fotheringhay tętniło życiem, było bowiem królewską posiadłością. W tamtejszym zamku w 1452 r. przyszedł na świat Ryszard III. Z kolei Henryk VII, pierwszy król z dynastii Tudorów, ten sam, który pobił Ryszarda w bitwie pod Bosworth, przekazał majątek Fotheringhay jako wiano swojej żonie, Elżbiecie York. Później Henryk VIII nadał go pierwszej małżonce, Katarzynie Aragońskiej, która dokonała dzieła obszernej modernizacji zamku. W 1558 r. Elżbieta I odziedziczyła tę posiadłość, gdy wstąpiła na tron po śmierci starszej siostry Marii Tudor.
Jednak żadne z dotychczasowych wydarzeń związanych z rozmaitymi królami i królowymi nie przygotowały ani Fotheringhay, ani w ogóle całych Wysp Brytyjskich, do tego, co miało zajść w rezydencji w opisywanym tu dniu. Wspomniany wyżej Andrews usługiwał w tym czasie dwóm spośród najważniejszych szlachciców Anglii: George'owi Talbotowi, hrabiemu Shrewsbury, i Henry'emu Greyowi, hrabiemu Kent. Zaś drzwi, do których właśnie stukał, prowadziły do prywatnych komnat Marii, królowej Szkotów - królowej wdowy po władcy Francji, a jednocześnie kobiety, która od prawie 19 lat była więziona przez Elżbietę I na terytorium Anglii.
Kiedy te drzwi się otworzyły, ukazała się za nimi Maria, która modliła się na klęczkach wraz ze swoimi pokojowymi. Andrews powiadomił ją, że czas się już zbliża, na co ona podniosła na niego wzrok i oznajmiła, że jest gotowa. Potem wstała, a jej towarzyszki odsunęły się na bok.
Maria miała dopiero 44 lata. Jako kobieta, która urodziła się przeznaczona na królową i została odpowiednio do tego wychowana, śmiało przeszła przez próg, jak gdyby raz jeszcze udawała się na dworską uroczystość. Trzeba dodać, że mierzyła prawie 180 cm, a więc zawsze wyglądała stosownie do roli monarchini. Już od dzieciństwa, które spędziła we Francji, składano hołdy jej urodzie i wdziękowi. Charmante i la plus parfaite - oto przymiotniki, którymi najczęściej opisywano ową wyjątkową kombinację cech czyniących z niej gwiazdę. Maria nie tylko budziła czysto fizyczne zauroczenie dzięki swojej twarzy, szyi, ramionom i talii, które posiadały właściwe proporcje, ale także miała niezwykle serdeczną naturę i zdolność do nawiązywania natychmiastowej więzi z innymi ludźmi. Zawsze była pełna werwy i życia, potrafiła też okazywać bezgraniczną wielkoduszność i życzliwość. Poza tym miała dowcip ostry jak brzytwa i była z natury biegła w sztuce konwersacji. Towarzyska i zarazem olśniewająca, potrafiła być tak przyjazna, że wręcz porzucała formalne maniery - wszystko to jednak pod warunkiem, że respektowano jej "godność". Wielu współczesnych jej ludzi wspominało, że królowa miała niemal magiczną zdolność stwarzania wrażenia, że jej aktualny rozmówca jest jedyną osobą, której opinia ma dla niej znaczenie.
Ponieważ jednak Maria postarzała się przedwcześnie (wskutek bezczynności i braku ruchu, na co gorzko się skarżyła podczas długiej niewoli), jej uroda stopniowo przygasała. Rysy twarzy straciły subtelność, a plecy wygięły się w łuk i królowa zaczęła się odrobinę garbić. Twarz, której miękka biała skóra i nieskazitelna "marmurowa" cera niegdyś były wręcz legendarne, zaokrągliła się i zyskała drugi podbródek. Jednak pobyt w więzieniu nie zmienił całej powierzchowności Marii. Jej małe, głęboko osadzone oczy wciąż spoglądały równie żywo jak dawniej, a wijące się pukle kasztanowych włosów ponoć nie straciły swego połysku.
Przez większą część poprzedniej nocy królowa nie spała, ponieważ starannie szykowała się na to, co miało nadejść. Miała to być jej najefektowniejsza rola i największy triumf, więc rozważyła zawczasu każdy szczegół spektaklu.
Nastrój tego widowiska dyktował już sam jej strój. Ubrała się mianowicie od stóp do głów w czerń, a wyjątek stanowił płócienny welon, który był biały. Obrzeżony koronką i delikatny jak gaza, okrywał włosy oraz plecy królowej i opadał aż do stóp, na francuską modłę. Był przymocowany do małego czepka z białego batystu, który spoczywał na głowie Marii, umieszczony tuż nad jej czołem. Ów czepek także był obrzeżony koronką, a loki królowej swobodnie spływały spod niego po obu stronach jej twarzy. Z kolei suknia była z grubej czarnej satyny i niemal sięgała do ziemi w tym miejscu, gdzie był do niej przymocowany tren. Wykończono ją złotym haftem i oblamowano sobolim futrem, a do tego przyszyto do niej guziki w kształcie żołędzi, z gagatów przystrojonych masą perłową.
Przyglądając się dokładniej, można było dostrzec zewnętrzny gorset w kolorze karmazynowym oraz spódnicę z haftowanej czarnej satyny. Obydwa te elementy stroju były widoczne przez rozcięcia sukni, zgodne z ówczesną modą. Dodatkową ozdobę stanowiły długie, bogato haftowane rękawy w stylu włoskim, również z rozcięciami, a pod nimi było widać kolejną, spodnią parę rękawów, uszytych z fioletowego aksamitu. Buty Marii były wykonane z najświetniejszego hiszpańskiego zamszu. Później można było się przekonać, że miała jeszcze pończochy barwy nieba, haftowane srebrną nicią i podtrzymywane przez zielone jedwabne podwiązki, a pod nimi kolejne, białe i z miękkiego materiału. Te ostatnie nosiła, żeby chronić skórę przed otarciem.
W jednej ręce królowa trzymała krucyfiks z kości słoniowej, a w drugiej katolicki modlitewnik. Z pasa wokół talii zwisał różaniec ze złotym krzyżem, a z szyi srebrny lub złoty łańcuch, na którym znajdował się wisiorek, medalion z wizerunkiem Chrystusa przedstawionego jako "Baranek Boży".
Prowadzona przez Andrewsa, a z tyłu mając obu wspomnianych wyżej hrabiów, Maria przeszła korytarzem i wkroczyła do większej komnaty. Tam czekała cała jej służba, żeby ją przywitać, a zarazem wymienić z nią słowa pożegnania. Pewien naoczny świadek wydarzenia (być może sam hrabia Kent) napisał, że królowa napomniała swoich ludzi, aby żyli bogobojnie i w posłuszeństwie. Potem ucałowała kobiety, a mężczyznom podała rękę, aby mogli złożyć na niej pocałunek. Poprosiła też obecnych, żeby jej nie opłakiwali, lecz radowali się i modlili za nią. Jeden z nich później przekazał, że nie okazywała ani odrobiny lęku, a wręcz się uśmiechała.
Następnie Maria zeszła po schodach, kierując się do wielkiej sali na parterze zamku. Ze względu na olbrzymią opuchliznę i stan zapalny nóg, które były skutkiem dręczącego ją reumatyzmu, musiała wesprzeć się przy tym na ramionach dwóch żołnierzy. Kiedy cały pochód dotarł do przedpokoju, który wiódł do wielkiej sali, nastąpiło spotkanie z Andrew Melville'em, majordomusem Marii. Ten ukląkł i z trudem powstrzymując łzy, wykrzyknął: Madam, kiedy doniosę, że moja Królowa i droga pani nie żyje, będzie to najboleśniejsza wiadomość, jaką kiedykolwiek przyszło mi zanieść.
Skazana odpowiedziała, również przez łzy: Powinieneś raczej się radować niż szlochać, gdyż dziś nadchodzi koniec kłopotów Marii Stuart. Następnie oznajmiła: Zanieś tę wieść i powiedz moim przyjaciołom, że umarłam jako kobieta wierna mojej religii, prawdziwa Szkotka i prawdziwa Francuzka.
Zaraz jednak opanowała się, a jej nastrój uległ raptownej zmianie. Obejrzała się na schody, z których właśnie zeszła, krzyknęła, że towarzyszy jej nieodpowiedni orszak, po czym zaczęła się domagać, aby przez wzgląd na to, iż jest kobietą, mogły ją eskortować własne sługi. Kiedy tak ciskała gromy na dwóch towarzyszących jej hrabiów, ci przelękli się, że więźniarka zrobi jeszcze gorszą scenę i że trzeba ją będzie siłą ciągnąć za próg wielkiej sali. Shrewsbury wprawdzie słabo zaoponował, że on i Kent jedynie wykonują otrzymane rozkazy, lecz Maria żachnęła się na te słowa: Osobom dużo podlejszego stanu niż ja nie odmówiono tak drobnej przysługi. Kent odrzekł: Madam, tobie jednak nie można jej przyznać, gdyż istnieją obawy, że niektórzy z nich [służących] swoimi przemowami zatroskają i zmartwią waszą łaskawość oraz zakłócą spokój tego towarzystwa [...] bądź będą próbowali zamoczyć chustki w twojej krwi, co nie jest stosowne. Jednak Maria oznajmiła: Mój panie, dam słowo i przyrzeknę za nich, że niczego podobnego nie uczynią. Następnie nie mogła się powstrzymać od uwagi: Wiesz, że jestem krewną waszej królowej i wywodzę się od Henryka VII, a jestem z męża królową Francji oraz namaszczoną królową Szkocji.
Hrabiowie zbili się w grupkę, wymieniając ledwo słyszalne szepty, a potem ustąpili przed Marią, która była przyzwyczajona do osiągania tego, czego sobie zażyczyła. Pozwolono więc, żeby do pochodu dołączyły jej dwie ulubione służące, Jane Kennedy i Elizabeth Curle, a także czterech mężczyzn, w tym Melville. Allons donc (A teraz chodźmy), rzekła władczyni, znowu się uśmiechając. Mówiła oczywiście po francusku, bowiem to ten język, tak samo jak odmiana szkockiego używana w Lowlands, był jej ojczystą mową. Angielskiego nauczyła się dopiero, i to z trudem, w niewoli.
Teraz, skoro orszak był gotowy, wkroczyła z determinacją do wielkiej sali, a za nią postępował Melville, trzymając tren jej sukni. Było to z góry zaplanowane królewskie wejście; Maria przedefilowała przed mniej więcej setką widzów prosto ku miejscu, na które skierowane były oczy wszystkich. Drewniane podium, pospiesznie zbudowane w ciągu dwóch poprzednich dni, stało przed paleniskiem, na którym płonęła wielka sterta bierwion. Królowa weszła po dwóch stopniach na podwyższenie, po czym zasiadła na niskim stołku. Wtedy hrabiowie także zajęli swoje miejsca po jej prawej stronie, a szeryf stanął po lewej.
Rzecz jasna, nie stał tam tron, gdyż owo podium było szafotem. Miał on wysokość około 60 cm, a boki o szerokości około 360 cm i spowijały go płachty czarnej bawełnianej materii, które opadały nisko, aby zamaskować nieoszlifowane drewniane elementy konstrukcji. Wokół szafotu z trzech stron, na wysokości około 45 cm, biegła poręcz, natomiast czwarta strona była nieogrodzona, aby zgromadzeni w przeciwległym krańcu sali mogli mieć pełny widok na tę scenę. Poduszka, na której Maria miała potem uklęknąć, leżała obok pieńka katowskiego, który także był spowity czarną tkaniną.
Na rusztowaniu stali w gotowości dwaj zamaskowani mężczyźni: "Bull", czyli kat z londyńskiej Tower, oraz jego pomocnik. Byli ubrani w długie czarne szaty, na których nosili białe fartuchy. Topór był swobodnie oparty o poręcz. Na drugim krańcu sali zasiadali, otoczeni z obu stron przez oddział żołnierzy, rycerze oraz szlachta z Northamptonshire i sąsiednich hrabstw. Spoglądali ku podium, na które mieli pełny widok, gdyż podwyższenie wzniesiono na odpowiednią wysokość. Z kolei na zewnątrz sali, to znaczy przy głównym wejściu do niej, na dziedzińcu, zebrał się tłum około tysiąca ludzi, który czekał na wieści.
Szeryf poprosił o ciszę, po czym Robert Beale, urzędnik Tajnej Rady (Privy Council) Elżbiety I, a jednocześnie człowiek odpowiedzialny za dostarczenie nakazu egzekucji do Fotheringhay, odczytał przywieziony dokument. Zajęło to zapewne około 10 minut, a przez cały ten czas Maria siedziała w całkowitym milczeniu. Słuchała, nie okazując żadnych emocji - jak doniósł Robert Wingfield z Upton w Northamptonshire, który zajmował miejsce w odległości niespełna 10 m od niej - z tak niewielką uwagą, jak gdyby nie dotyczyło jej to wcale, i z tak radosnym obliczem, jak gdyby był to akt ułaskawienia. Jej zimna krew miała jednak zostać wystawiona na kolejną próbę, ponieważ kiedy odczytano nakaz, na znak hrabiego Shrewsbury naprzód wystąpił doktor Richard Fletcher, dziekan Peterborough, a na tym etapie kariery jeden z ulubionych kaznodziei królowej Elżbiety.
Duchowny był ojcem dramatopisarza Johna Fletchera, który współpracował z Szekspirem podczas pisania Henryka VIII. Jego udział w wydarzeniu w Fotheringhay polegał na tym, że miał wygłosić konwencjonalne "napomnienie", ostro krytykujące zdradziecką przynależność Marii do Kościoła katolickiego, a potem odmówić modlitwę z zebranymi w sali. Fletcher był jednym ze stałych kapelanów Elżbiety, słynął z nadobnej postaci oraz dwornej mowy, lecz jego "napomnienie" okazało się wielkim niewypałem. Kazanie, które usiłował wygłosić - gdyż dokładnie takiego określenia trzeba tu użyć - było największym faux pas w jego karierze, kiedy bowiem nadszedł czas na przemowę, Fletcher zaczął się nerwowo jąkać. Madam, rozpoczął, Jej Wysokość Królowa... Jej Wysokość Królowa... Zająknął się trzykrotnie, a gdy podjął czwartą próbę, Maria gwałtownie mu przerwała, oznajmiając jasnym i niewzruszonym głosem: Panie dziekanie, nie będę cię słuchała. Nie masz nic wspólnego ze mną, ani ja z tobą. Fletcher, nieco speszony, odparł: Nie mówię niczego, czego nie mógłbym obronić przed majestatem wszechmocnego Boga. Z początku nie był skłonny ustąpić skazanej, bo, jak oświadczył, wierzył, że Bóg nigdy nie opuściłby sprawiedliwego, lecz zatroszczyłby się o niego za pośrednictwem swoich aniołów. Skoro zatem Maria została skazana na śmierć, było to dzieło boże, a kaznodzieja odpowiadał za swoje kazanie wyłącznie przed Bogiem. Usłyszawszy to, królowa Szkocji poczuła się jak ryba w wodzie - jak zawsze, gdy przychodziło jej wziąć udział w dyskusji: Trwam w starożytnej religii rzymskokatolickiej i zamierzam przelać krew w jej obronie.
Fletcher z kolei odrzekł na to nierozsądnie: Madam, zmień zdanie i pożałuj wcześniejszego życia w grzechu, a wiarę pokładaj jedynie w Jezusie Chrystusie, przez którego zostaniesz wybawiona. Nie był to właściwy sposób przemawiania do królowej i Maria, wyraźnie czerwieniejąc na twarzy, nakazała kaznodziei zamilknąć. Nastąpiła niezręczna chwila ciszy, po czym hrabiowie ustąpili i nakazali Fletcherowi pominąć kazanie. Później w przypływie irytacji domagał się on, żeby skopiować je z jego notatek i włączyć do protokołu z wydarzeń tego dnia.
Potem nastąpiła osobliwa, a wręcz groteskowa scena. Hrabia Kent ponaglił Fletchera, aby przystąpił do modlitwy, gdy zaś dziekan ponownie zaczął mówić, Maria też zaczęła modlić się głośno, tyle że po łacinie, a jednocześnie trzymała krucyfiks na wysokości oczu. Rozegrała się prawdziwa "bitwa woli": rycerze i szlachta zebrani w sali razem z Fletcherem uczestniczyli w wypowiadaniu wersykułów i responsoriów, a Maria i jej sześcioro sług wykrzykiwali swoje formuły coraz głośniej i głośniej. W końcu królowa zalała się łzami i zsunęła ze stołka, na którym siedziała, ale szybko uklękła i podjęła modlitwę, nie przerywając, nawet gdy Fletcher już zamilkł. W dodatku odmawiała ją teraz po angielsku, żeby przysporzyć zebranym jak największego zakłopotania. Pomodliła się za Kościół - aby nadszedł kres rozłamu religijnego; za swego syna, 20-letniego Jakuba VI, króla Szkocji, którego jej wrogowie wychowali w wierze protestanckiej - aby został nawrócony na prawdziwą wiarę katolicką; za pomyślność Elżbiety i o to, aby panowała długo, służąc Bogu jak należy. Wyznała, że ma nadzieję zostać zbawiona poprzez krew i we krwi Chrystusa, pod którego krzyżem chętnie przeleje własną krew. W końcu zaś zaczęła prosić świętych o modlitwę za swoją duszę i o to, żeby Bóg w swym wielkim miłosierdziu i dobroci oddalił swe plagi od tej wyspy głupców.
Dla hrabiego Kent, który sam był zagorzałym protestantem, takie słowa były niezwykle obraźliwe. Madam, oznajmił, pozwól Jezusowi Chrystusowi wejść do swego serca i porzuć te kłamstwa, ale skazana go zignorowała, a kiedy wreszcie skończyła, ucałowała krucyfiks i zrobiła znak krzyża, jak czynią to katolicy.
Jej gesty i słowa były jednak w sporej części sztuczne. Maria nigdy nie była osobą tak oddaną ideologii katolicyzmu, jaką teraz pragnęła pokazać się światu. Za dużo było w niej polityka. Jako władczyni Szkocji rozsądnie zaakceptowała kompromis oparty na religijnym status quo oraz swoiste akty inwazji na ten kraj ze strony oficjalnego nurtu reformacji. Dopiero gdy znalazła się w więzieniu w Anglii, wymyśliła sobie nowy image: nieszczęsnej katoliczki prześladowanej wyłącznie za wyznawaną wiarę. Demonstracja w wielkiej sali zamku Fotheringhay była więc przedstawieniem, i to skutecznym. Upokarzając Fletchera, Maria odniosła zwycięstwo propagandowe, które wywołało szeroki oddźwięk w całej katolickiej części Europy.
W końcu usatysfakcjonowana królowa spokojnie zwróciła się do Bulla, który potulnie ukląkł i poprosił ją o przebaczenie. Odpowiedziała mu: Wybaczam ci z całego serca, ponieważ teraz, mam nadzieję, położysz kres wszystkim moim kłopotom.
Kaci pomogli służącym Marii zdjąć część jej odzieży, tak aby została w spodniej sukni. Kiedy rozpinali jej guziki, uśmiechnęła się szeroko i zażartowała, że nigdy przedtem nie miała takich sług, którzy zdejmowaliby jej strój, ani też nigdy nie rozbierała się przed takim towarzystwem.
Swój krucyfiks i modlitewnik położyła na stołku. Jeden z katów zdjął medalion z jej szyi, bo zwyczaj pozwalał im zabierać takie osobiste przedmioty jako "napiwek", ale wtedy królowa oznajmiła, że tego rodzaju rzeczy pragnie oddać swojej służbie, a kaci zamiast nich otrzymają pieniądze.
Kiedy zdjęto jej welon i czarną wierzchnią odzież, po całej sali zaczęły rozbrzmiewać stłumione okrzyki szoku i zdumienia. Królowa miała bowiem na sobie spodnią suknię z rdzawego aksamitu, a wewnętrzny stanik z satyny w takim samym kolorze. Jedna ze służących wręczyła jej też parę rękawów identycznej barwy, którymi Maria natychmiast okryła ramiona. W ten sposób dokonała się metamorfoza.
Przez kilka minut skazana stała w całkowitym bezruchu, przyodziana w strój koloru zaschniętej krwi, czyli barwę liturgiczną męczenników w Kościele rzymskokatolickim. Ten widok był tak melodramatyczny i zarazem na tyle odrażający dla hrabiów, że pominęli wszelkie wzmianki na ten temat w oficjalnym raporcie dla Tajnej Rady. Cały incydent znamy wyłącznie z ówczesnej relacji w języku francuskim, opartej na doniesieniach sług Marii. Można dodać, że potwierdzają ją dwa opisy sporządzone przez Anglików, w tym służącego Shrewsbury'ego, który napisał o tej sprawie do przyjaciela, a więc nie miał powodu kłamać.
Następnie skazana ucałowała swoje towarzyszki, które ogarnął atak niepohamowanego szlochu. Ne criez vous, rzekła do nich, j'ai promis pour vous - albo też, jak przekazuje w swojej relacji jeden z Anglików, naocznych świadków całego zajścia: Spokojnie, spokojnie, nie płaczcie, przyrzekłam, że tego nie uczynicie. Nie płaczcie za mną, lecz się radujcie. Królowa podniosła ręce i pobłogosławiła kobiety, a potem zwróciła się do innych sług, w szczególności Melville'a, którzy głośno szlochali i wciąż robili znak krzyża. Zmówiła modlitwę po łacinie, pobłogosławiła ich, a w końcu pożegnała się i poprosiła, żeby pamiętali o niej w swoich modłach.
Potem uklękła, z wielkim zdecydowaniem, na poduszce, zaś Jane Kennedy zasłoniła jej oczy białym velum haftowanym złotą nicią, które Maria wybrała poprzedniej nocy. Ucałowawszy tę chustę, Jane złożyła ją w trójkąt i zawiązała wokół twarzy swojej pani, po czym przypięła materiał do czepka, żeby trzymał się mocno. Dopiero wtedy obie służące zeszły z podwyższenia.
Już klęcząc, Maria wyrecytowała po łacinie psalm In te Domino confido (W Panu ja ufam). Wyciągnęła ręce, aby dosięgnąć pieńka, i położyła na nim głowę, układając ją tak, żeby podbródek też się na nim opierał. Pomagała sobie przy tym rękami i potem ich nie cofnęła, więc gdyby kat ich nie przesunął, one również zostałyby odcięte. W końcu rozłożyła ramiona, wyprostowała nogi i zawołała: In manus tuas, Domine, commendo spiritum meum (W Twe ręce, Panie, oddaję mą duszę). Powtórzyła tę frazę trzy lub cztery razy, zanim przytrzymywana przez jednego z mężczyzn nie została pozbawiona głowy przez jego towarzysza.
Tyle że teraz przyszła kolej na kata popełnić błąd. Powinien był ściąć skazanej głowę za jednym zamachem, ale napięcie było zbyt wielkie nawet dla najbardziej doświadczonego specjalisty w Anglii, a w efekcie za pierwszym razem źle wymierzył. Trafił w to miejsce, gdzie znajdował się węzeł przepaski na oczy, a więc ostrze topora zamiast w szyję wbiło się w tył głowy. Według jednego opisu Maria zrobiła bardzo niewiele hałasu, ale zgodnie z kolejnym krzyknęła w bólu: Panie Jezu, przyjmij moją duszę! Drugi cios przeciął jej szyję, ale nie w całości, i kat musiał rozrąbywać resztę ścięgien, używając topora jak tasaka. W końcu jednak podniósł głowę zabitej i zawołał: Boże, chroń królową! Wtedy tłum zebrany w sali wydał z siebie głośne westchnienie - usta Marii wciąż się bowiem poruszały, jakby się modliła, w dodatku znieruchomiały dopiero po kwadransie.
Potem zaś nastąpił ostatni moment zwrotny: gdy kat trzymał odciętą głowę, kasztanowe loki i biały czepek nagle od niej odpadły. Iluzja monarszego autorytetu całkowicie się rozwiała. Mężczyzna zorientował się, że trzyma tylko garść włosów, a sama głowa spadła na podłogę i potoczyła się niczym niekształtna piłka w kierunku widzów, którzy dostrzegli, że jest bardzo siwa i niemal łysa.
Nagle wszystko stało się jasne: królowa Szkotów nosiła perukę. Zgromadzenie oniemiało, aż w końcu hrabiemu Shrewsbury puściły nerwy i rozpłakał się.
Kiedy kat z powrotem pochwycił głowę, doktor Fletcher odzyskał przytomność umysłu i zagrzmiał: Tak zginą wszyscy wrogowie królowej! Hrabia Kent, który stał nad ciałem, powtórzył za nim: Taki będzie koniec wszystkich wrogów królowej i Ewangelii! Finał widowiska był jednak zbyt makabryczny, a katharsis przygnębiające. Nawet w teatrach londyńskich, gdzie właśnie zapanowała moda na "tragedie zemsty" (revenge plays), nigdy nie widziano niczego podobnego.
Wzburzonych służących Marii odprowadzono z miejsca egzekucji i zamknięto w ich pokojach. Potem, kiedy kaci rozbierali ciało, jeden z nich zauważył, że ulubiony piesek królowej rasy skye terrier przedostał się na podium, ukryty w fałdach jej halki. Kiedy go wypatrzono, zaczął biegać wokół i wyć żałośnie, a w końcu ułożył się w rosnącej kałuży krwi, która uformowała się pomiędzy odciętą głową a korpusem jego pani. Ponieważ nie dawało się go skłonić do zeskoczenia z szafotu, został zabrany siłą i umyty. Nie chciał potem przyjmować jedzenia, a według wersji jednej ze służących Marii niedługo później zdechł, co jednak nie zostało potwierdzone.
Po południu czarne bawełniane płachty, pieniek, poduszka, odzież i ozdoby królowej, a także wszystkie inne rzeczy, na które trysnęła jej krew, z rozkazu hrabiów zostały spalone w otwartym kominku. Chodziło o to, żeby jej katoliccy stronnicy nie zdołali zdobyć żadnej relikwii "męczeństwa", z którym Maria tak wyraźnie usiłowała powiązać swoją śmierć. Rycerze i szlachta hrabstwa pozostali w wielkiej sali, żeby móc obserwować te zabiegi usuwania śladów egzekucji, a następnie złożyli podpisy jako świadkowie na oficjalnym raporcie z jej przebiegu, spisanym przez obu hrabiów.
Czwarty syn hrabiego Shrewsbury, Henry Talbot, został wyprawiony z ogromnym pośpiechem do Londynu, bo jeszcze tej samej nocy miał doręczyć raport Tajnej Radzie. Po jego wyjeździe doczesne szczątki martwej królowej złożono na noszach i wniesiono je na górę, gdzie miały zostać zabalsamowane. Szafot rozmontowano, a wszystkich obecnych odesłano do domów. Pozostał tylko szeryf, który miał za zadanie pochować serce oraz organy wewnętrzne zmarłej w ściśle tajnym miejscu, w fundamentach zamku. Część ozdób, które Maria miała na sobie, także musiała zostać zagrzebana w najgłębszych zakamarkach Fotheringhay, ponieważ w ruinach budowli odkopano później pierścień zaręczynowy, który podarował jej drugi mąż, Henryk lord Darnley. Klejnot ten wystawiono na pokaz w 1887 r. w Peterborough.
Ostatni dzień życia Marii musiał na zawsze pozostać w pamięci wszystkich jego świadków. Nieważne, jakie zdanie ma się o jej charakterze albo na ile wierzy się w opowieści o niej, którymi usprawiedliwiano jej wymuszoną abdykację i egzekucję. Bez względu na to wszystko w owym dniu Maria padła ofiarą królobójstwa. Była przecież namaszczoną przez Boga królową. Elżbieta, która tak samo nosiła koronę, a jednocześnie rywalizowała z kuzynką przez poprzednich 30 lat, była aż nadto skora do obrony idei monarchii - zasady, że królowie są odpowiedzialni tylko przed Bogiem. Zrobiła więc wszystko, co było w jej mocy, żeby zapobiec straceniu Marii, aż w końcu uznała, że nie da się tego dłużej unikać. Jednak winę za ten czyn zrzuciła na barki innych ludzi.
Elżbieta świetnie wszystko rozumiała. Wiedziała, że ta śmierć na zawsze zmieni sposób postrzegania monarchii na Wyspach Brytyjskich. Królobójstwo ogromnie wyniosłoby w górę Parlament, bezpowrotnie umniejszając ową boskość, która jest wałem obronnym dla króla. Dopomogłoby w rozpropagowaniu teorii o suwerenności ludu - poglądu, że źródłem władzy politycznej jest on, a nie osoba, która ją sprawuje; pomogłoby też rozpowszechnić ideę, że reprezentantami owego ludu są ci, których on sam wybiera do Parlamentu. Albowiem właśnie do takiej ideologii odwoływali się szkoccy panowie zbuntowani przeciwko Marii, kiedy chcieli ją zdetronizować. Ta sama teoria miała też zostać zaszczepiona w kraju samej Elżbiety, a oprócz tego, z bardziej wywrotowymi intencjami, w pewnych rejonach Francji, 250 lat po śmierci Marii. Wreszcie zaś miała się przedostać na drugą stronę Atlantyku dzięki doktorowi Williamowi Smallowi, Szkotowi z pochodzenia, który udzielał lekcji etyki i nauk politycznych młodemu Thomasowi Jeffersonowi w College of William and Mary w Wirginii.
Jak mogło dojść do tego, że królowa tak wszechstronnie utalentowana jak Maria, piękna i inteligentna, towarzyska i zarazem twardo stąpająca po ziemi, osoba pełna życia i taka, której nie sposób się było oprzeć, skończyła w hańbie i zdetronizowana? Jedna z odpowiedzi brzmi: ponieważ miała za wroga głównego ministra Elżbiety i naczelnego doradcę tej królowej przez 40 lat - Williama Cecila. To przede wszystkim on był wielkim nemezis Marii. W przeciwieństwie do królowej Anglii była ona katoliczką, a nadrzędną ambicją Cecila było ukształtować na nowo całe Wyspy Brytyjskie, tworząc z nich jedną wspólnotę o wyznaniu protestanckim. W jego planach nie było wiele miejsca na niezależną Szkocję, i stąd też sporadycznie ścierał się o zakres dominacji Anglii nawet z tymi Szkotami, którzy w sferze wyznaniowej byli jego sojusznikami. Podczas gdy Elżbieta ze wszystkich sił starała się chronić ideę boskiego prawa królów bez względu na wyznanie osoby piastującej koronę, Cecil uważał, że Parlament ma prawo rozstrzygać o następstwie tronu w oparciu o kwestie religijne. Oznaczało to, że za wszelką cenę trzeba przestać uważać Marię za uprawnioną do korony z tytułu przynależności do dynastii królewskiej.
Sama Maria budziła nadzwyczaj silne uczucia, po śmierci nie mniej niż za życia. Dla swoich apologetów była niewinną ofiarą. Argumentowali oni, że pastwiono się nad nią i oczerniano ją; że służyła jako pionek polityczny zdradzieckim szkockim panom oraz ambitnym politykom Francji i Anglii, aż w końcu uznali, że jest dla nich niewygodna i stoi im na drodze. Z kolei krytycy postrzegali ją jako skazaną na upadek na skutek jej własnych wad. Oskarżali ją, że emocje miały na nią zbyt duży wpływ; że rządziła sercem, a nie głową. Dla nich była femme fatale: zwodzącą mężczyzn manipulatorką, która obnosiła się ze swoją seksualnością, tańcząc i ucztując, i zupełnie jej nie obchodziło, że inni to dostrzegają.
Przewagę w tym sporze zdobyli wrogowie Marii. Królowa przeszła do historii nie jako bystra i charyzmatyczna młoda władczyni, która rozkoszowała się władzą i na pewien czas zdołała utrzymać w całości bardzo niestabilny kraj, lecz raczej jako kobieta, która więcej uwagi poświęcała otaczającym ją luksusom i swoim faworytom. Przedstawia się ją jako osobę, która umiała grać "pod publiczkę"; jedna z relacji z jej egzekucji zawiera pogardliwy komentarz, że przewyższała umiejętnościami najznakomitsze aktorki. Jednak zmysł dramatyczny był kluczowym atutem dla władców w XVI w., a Maria miała o wiele więcej zalet i umiejętności, niż sugeruje tak cyniczny osąd jej osoby.
Niniejsza książka stanowi próbę dotarcia do prawdy o królowej, czy też sięgnięcia jak najbliżej tej prawdy. Pozwoli ujrzeć ją jako kompletną postać, kobietę, której wybory miały sens, podobnie jak jej decyzje - nie zaś jedynie jako zbiór stereotypów albo szereg mitów, dogodnych lub powiązanych ze sobą w naciągany sposób. Z tym założeniem ściśle wiąże się metoda zastosowana przy pracy nad biografią, to znaczy do przedstawienia życia i przekazania dziejów Marii posłużą oryginalne dokumenty. Zostaną one wykorzystane zamiast znanych opublikowanych zbiorów bądź zredagowanych streszczeń tych samych dokumentów, które w wielu przypadkach zostały skompilowane tak, żeby utrwalać wspomniane mity, zamiast je zwalczać. Pewnym zaskoczeniem może być informacja, że takie dokumenty przetrwały, i to w całych tomach. Zostały bowiem zachowane w archiwach i bibliotekach, w miejscach tak odległych od siebie jak Edynburg, Paryż, Londyn, rozmaite rezydencje na terenie Anglii albo nawet Waszyngton i Los Angeles. Na niektóre z nich od 1840 r. ani razu nie padło oko historyka, a wiele nie zostało przebadanych na nowo od ostatniej dekady XIX w., przy czym mowa między innymi o dwóch niedocenionych odręcznych odpisach słynnych "listów ze szkatułki".
Ta książka ma za cel opowiedzieć historię życia Marii, a w miarę możliwości pozwolić bohaterce mówić za siebie własnymi słowami. Posłuży jednocześnie rozważeniu problemu: dlaczego opowieści różnych osób na temat tych samych wydarzeń są tak uderzająco odmienne? Dopiero po udzieleniu tej odpowiedzi będzie można dokonać odpowiedniej selekcji niezliczonych informacji, wyjaśnić i zrozumieć ciąg wydarzeń, a także rzucić światło na burzliwe życie królowej.