Maria i Magdalena - Magdalena Samozwaniec

Kup ebooka

49.99 zł
42.99 zł (35,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

PO­ZNA­NIE Z LILKĄ

Mama wzięła za rękę trzy­let­nią Ma­dzię, wy­pro­wa­dziła ją do ogrodu, gdzie to­cząc przed sobą dużą ob­ręcz, ba­wiła się prze­śliczna sze­ścio­let­nia dziew­czynka, o ol­brzy­mich nie­bie­skich oczach i ja­snych war­ko­czach.

- Ma­dziu - rze­kła Mama - to twoja star­sza sio­stra, Lilka. Baw­cie się ład­nie. Li­lu­siu, zo­sta­wiam Ma­dzię pod twoją opieką. - Rze­kł­szy to, pani Ma­ria z Ki­siel­nic­kich Kos­sa­kowa ode­szła, szu­miąc do­stoj­nie długą ta­ftową spód­nicą.

- Do­tych­czas by­łaś cią­gle chora i le­ża­łaś w za­ciem­nio­nym po­koju - rze­kła Lilka - więc nie mo­gły­śmy się po­znać. Będę twoją drugą matką, tylko mu­sisz mnie słu­chać i ro­bić wszystko to, co ci każę.

- Do­brze - szep­nęła młod­sza sio­stra i z uf­no­ścią wło­żyła rączkę w dłoń star­szej. Obie po­ma­sze­ro­wały w stronę Domku Babci, który znaj­do­wał się w ob­rę­bie du­żego ogrodu, tuż obok głów­nej willi, w któ­rej miesz­kał Woj­ciech Kos­sak ze swoją ro­dziną. Był to stary dwo­rek z da­chem gon­to­wym i ga­necz­kiem na słu­pach. W oknie pię­terka uka­zała się piękna twarz Dziadka, Ju­liu­sza Kos­saka, z dłu­gimi si­wymi wą­sami sta­rego Po­lo­nusa. Wy­chy­lił się i na­gle syp­nął na traw­nik, na któ­rym grało w kro­kieta trzech chłop­ców, garść kar­mel­ków z du­żej pa­pie­ro­wej torby. Chłopcy - Je­rzy i Wi­told Kos­sa­ko­wie oraz ja­kiś ich ko­lega - rzu­cili się je zbie­rać. Lilka jak małe lwiątko wal­czyła z chło­pa­kami o swój łup i zdo­łała scho­wać w kie­szonce far­tuszka kilka kar­mel­ków. Ma­łej, nie­zgrab­nej Ma­dzi do­stał się tylko je­den, który ści­skała w łapce jak dro­go­cenny skarb. Chłopcy roz­bie­gli się po ogro­dzie, a dziew­czynki zo­stały same na traw­niku. Lilka wzięła Ma­dzię za rękę i po­pro­wa­dziła do du­żej szpary w pło­cie, za któ­rym znaj­do­wał się za­kład po­wroź­ni­czy pana Zde­chlika. Przez szparę wi­dać było do­kład­nie chłop­ców w zgrzeb­nych ko­szu­lach i płó­cien­nych por­t­kach, któ­rzy krę­cili sznury. Je­den z nich, z ko­nopną czu­pryną, która mu spa­dała na oczy, pod­szedł do szpary w pło­cie i dziw­nym nie­sa­mo­wi­tym gło­sem za­skrze­czał:

- Pu­kad... pu­lejt... pu­kad... pu­lejt!

Ma­dzia prze­ra­żo­nym wzro­kiem spoj­rzała w przy­jaź­nie uśmiech­niętą twarz sio­stry.

- Chodźmy - szep­nęła i cof­nęła się.

- Nie bój się - rze­kła przy­szła po­etka. - To są ta­kie ptaki boże. Jak się masz, mój drogi? - za­ga­dała do chłopca.

- Pu­kad... pu­lejt! - od­parł umy­słowo chory i przez szparę wy­cią­gnął do niej rękę.

Ma­dzia uspo­ko­jona, że chło­pak nie zrobi im żad­nej krzywdy, wy­cią­gnęła z kie­szeni kar­me­lek, wy­su­płała go z pa­pierka i chciała wło­żyć so­bie do ust, ale w tym mo­men­cie star­sza sio­stra wy­rwała jej go i po­dała chłopcu.

- Pa­mię­taj - rze­kła do Ma­dzi - że co dzień na­leży zro­bić ja­kiś do­bry uczy­nek, to jest dzi­siaj twój pierw­szy.

Chło­pak po­rwał kar­me­lek, przyj­rzał mu się, ob­ró­cił w pal­cach jak małpka, za­skrze­czał swoje "pu­kad, pu­lejt!" i znik­nął.

- Ja­kie to są nie­szczę­ścia na świe­cie - wes­tchnęła Lilka, po czym obie ode­szły od płotu. Ma­dzia nie bar­dzo wie­działa, dla­czego wy­rwano jej cu­kie­rek od ust i co to zna­czy "do­bry uczy­nek", ale piękna duża dziew­czynka, która się za­ofia­ro­wała być jej drugą matką, za­im­po­no­wała jej tak bar­dzo, że nie miała od­wagi się sprze­ci­wiać.

- Te­raz pój­dziemy po­ca­ło­wać róże na dzień do­bry - rze­kła póź­niej­sza Ma­ria Paw­li­kow­ska-Ja­sno­rzew­ska i po­cią­gnęła Ma­dzię w stronę, gdzie stała stara fi­gura Matki Bo­skiej, wo­kół któ­rej ro­sły naj­pięk­niej­sze róże. Ma­dzia pa­trzyła, jak Lilka wtu­lała no­sek i ma­lut­kie ró­żowe usta w płatki na pół roz­kwi­tłej her­ba­cia­nej róży, i zro­biła to samo. Ca­ło­wa­nie róż na dzień do­bry we­szło od­tąd w co­dzienny zwy­czaj obu dziew­czy­nek. Od­by­wało się to na czczo, za­raz po ran­nym my­ciu, pod­czas któ­rego stara gar­bata nia­nia, Ma­ry­sia, szo­ro­wała pal­cem uma­cza­nym w proszku zęby "pa­nie­nek". Przez ten czas pod starą lipą słu­żąca szy­ko­wała do śnia­da­nia. Stół na­kry­wała ob­ru­sem i sta­wiała na nim ape­tyczną "mar­twą na­turę" w po­staci zło­ci­stych kaj­ze­rek i roż­ków, ma­łego por­ce­la­no­wego ula z mio­dem, ma­sel­niczki i ta­le­rzy­ków z szynką. Wów­czas na schod­kach od we­randy willi uka­zy­wała się po­stać, od któ­rej ro­biło się jesz­cze ja­śniej w ogro­dzie, sta­wał w ca­łej swej oka­za­ło­ści do­mowy "Król Słońce" - Tatko, źró­dło co­dzien­nej ra­do­ści, naj­smacz­niej­sza przy­prawa ży­cia obu dziew­czy­nek i za­ra­zem ich naj­lep­szy przy­ja­ciel. Lilka z oczami roz­iskrzo­nymi ra­do­ścią rzu­cała się w jego stronę pę­dem, za nią, po­ty­ka­jąc się na tłu­stych nóż­kach, bie­gła Ma­dzia. Lilka po­tra­fiła wska­ki­wać "na Tatkę" jak wol­ty­żerka na ujeż­dżo­nego ko­nia w biegu. Już śmie­jąc się, le­żała mu na pier­siach, jabłka swo­ich okrą­głych po­licz­ków przy­tu­la­jąc do jego świeżo ogo­lo­nej twa­rzy. Mama, pani Ma­niu­sia z Ki­siel­nic­kich, na po­zór zło­to­włosy anioł, ale w grun­cie rze­czy su­rowy Ka­ton, przez pince-nez spo­glą­dała na to "po­ufa­le­nie się dzieci z ro­dzi­cami". U niej w ro­dzi­nie dzieci tru­chlały, gdy zbli­żał się oj­ciec. Był to ro­dzaj ja­kie­goś naj­wyż­szego do­mo­wego urzęd­nika, ja­kiś "obe­rpo­lic­maj­ster" - wła­dza i po­strach. Dziew­czynki, skar­cone przez Mamę, usia­dły wresz­cie na swo­ich miej­scach i "go­rąco" za­jęły się na­la­nym do kub­ków ka­kao. Łyd­kami gła­skały pysk owczarka Bob­cia, który, przy­tu­lony do pa­nie­nek, uda­wał przed su­rową pa­nią domu, że go w ogóle nie ma, bo ina­czej usły­szałby za­raz nie­przy­jemne "po­szedł, pies!" i po­czułby nie­bo­le­sne, ale upo­ka­rza­jące ude­rze­nie ser­wetą po za­dzie. Woj­ciech Kos­sak, przy­ja­ciel wszyst­kich stwo­rzeń, a spe­cjal­nie koni i psów, pa­trząc żo­nie nie­win­nie w oczy, pod­su­wał pod sto­łem Bob­ciowi ka­wałki tłusz­czu od szynki lub skórki sera.

- Czy tam ktoś jest? - za­in­te­re­so­wała się Ma­niu­sia, za­glą­da­jąc pod stół. Bob­cio jed­nak, prze­wi­du­jąc to, zdą­żył ukryć się za krze­słem jed­nej z dziew­czy­nek. Po­tra­fił stać się dla nie­któ­rych zu­peł­nie nie­wi­dzialny, a znów dla in­nych umiał przy­bie­rać ja­kieś nad­na­tu­ralne roz­miary.

- Cóż to, spra­wi­li­ście so­bie nową ka­retę?! - rze­kła kie­dyś na wi­dok Bob­cia, sto­ją­cego w pew­nej od­le­gło­ści od niej, stara cio­cia Ba­sia, ma­jąca krótki wzrok.

Bob­cio po­sia­dał nie­sły­cha­nie roz­wi­nięte po­czu­cie przy­zwo­ito­ści. Kie­dyś pod­czas wy­jąt­kowo upal­nego lata Tatko po­sta­no­wił Bob­cia ostrzyc do skóry i z pięk­nego, acz­kol­wiek nie­ra­so­wego owczarka z czarno-bia­łymi ku­dłami zro­biło się ła­ciate cie­lątko, miej­scami biało-ró­żowe. Czyż sza­nu­jący się pies mógł się tak lu­dziom po­ka­zać na oczy? Nie. To­też Bob­cio scho­wał się pod ga­nek i nie wy­szedł stam­tąd, póki mu czarno-białe loki tro­chę nie od­ro­sły. Je­dze­nie mu­siało mu się na mi­seczce sta­wiać pod scho­dami. Ale co bę­dziemy się za­trzy­my­wać przy Bob­ciu, kiedy oto w stronę zgro­ma­dzo­nej przy ran­nym śnia­da­niu ro­dziny su­nie ja­kiś wspa­niały ludzki gmach, ru­choma am­bona - czy coś po­dob­nego. Su­nie po­mału, sze­lesz­cząc, szu­miąc je­dwabną spód­nicą. Dziew­czynki zry­wają się, szybko ob­cie­rają usta w ser­wety wią­zane pod bro­dami. Mama też zrywa się i Tatko rów­nież. Ta ru­choma am­bona to Bab­cia Ju­liu­szowa Kos­sa­kowa! Ro­dzice na­zy­wają ją "Mu­sią". Bab­cia ma mnó­stwo wnu­cząt, bo to i dzieci trzech sy­nów: Woj­cie­cha, Ta­de­usza i Ste­fana, i dwóch có­rek: Ja­dwigi i Zochny. Bab­cia żyje tylko dziećmi i wnu­kami, jedno ko­cha wię­cej - dru­gie mniej, a do in­nych ma ja­kąś ni­czym nie­uza­sad­nioną an­ty­pa­tię. Ko­cha na przy­kład na­mięt­nie małą Ma­dzię, a do Lilki czuje nie­chęć.

- Lilka, łok­cie ze stołu! - stro­fuje na­tych­miast star­szą Kos­sa­kównę, wpy­cha­jąc młod­szej do ręki pu­de­łeczko mię­tó­wek. Na imie­niny Lilki dała so­le­ni­zantce ja­kąś cienką ksią­żeczkę, a Ma­dzi ol­brzy­mie pu­dło cze­ko­la­dek. Za to pani Ma­niu­sia, ko­cha­jąc wszyst­kie dzieci jed­na­kowo, ma do Lilki ja­kiś spe­cjalny sen­ty­ment. Tatko się nie orien­tuje, Bab­cia się na­wet nie do­my­śla, ale ona wie, że uro­dziła coś nie­zwy­kłego, coś nie­po­dob­nego do reszty dzieci. Jak au­tor, który na­pi­sał do­piero pierw­szy roz­dział po­wie­ści, a już czuje, że dzieło jego jest ge­nialne. Sze­ścio­let­nia dziew­czynka wzbu­dza w niej sza­cu­nek i po­dziw. O ile Ma­dzię, gdy była tro­chę więk­sza, biło się przy byle oka­zji, Lilki nikt ni­gdy nie śmiał tknąć. Raz tylko do­stała od Mamy klapsa i wów­czas po­wie­działa słowa, które na Ma­mie zro­biły silne wra­że­nie.

- Mama mnie ude­rzyła, a czy mama się nie boi, że jej ręka uschnie?

Ale co się dzi­wić, że Lilka wzbu­dziła taki po­dziw i sza­cu­nek. Prze­cież to było od uro­dze­nia zu­peł­nie nie­zwy­kłe dziecko. Przede wszyst­kim umie­jęt­ność czy­ta­nia i pi­sa­nia bez błę­dów przy­nio­sła już ze sobą na świat. Gdy miała sześć lat, pi­sy­wała wier­szyki, któ­rych by się nie po­wsty­dziła żadna z dzi­siej­szych po­etek pi­szą­cych wier­sze dla dzieci. Poza tym od razu na­uczyła się grać na for­te­pia­nie i ma­lo­wać akwa­relą po­etyczne nimfy i syl­fidy. Pani Ma­niu­sia uwa­żała się za matkę ge­niu­szy i wie­rzyła świę­cie, że cho­ciaż żadne z jej dzieci nie do­równa na­prawdę nie­zwy­kłej córce Ma­rii, to jed­nak z Je­rzego bę­dzie ma­larz rów­nie sławny jak jego Oj­ciec i Dzia­dek, a z Mag­da­leny... jesz­cze nie wie­działa co, ale w każ­dym ra­zie też coś nie­zwy­kłego. Je­śli z tę­pej jako dziecko Ma­dzi wy­ro­sła w końcu pi­sarka, za­wdzię­cza to przede wszyst­kim swo­jej am­bit­nej Matce. Każdy nie­udolny ob­ra­zek lub li­chy wier­szyk, który młod­sza córka spło­dziła, Mama po­ry­wała z dumą i po­ka­zy­wała go­ściom. Obie jej córki z góry pre­de­sty­no­wane były na ar­tystki i jako ta­kie od­su­nięto je od wszyst­kich za­jęć do­mo­wych i go­spo­dar­skich. Ta ener­giczna gaź­dzina, która umiała sama go­to­wać jak naj­lep­szy ku­charz i sama fro­te­ro­wała po­sadzki, aby po­ka­zać słu­żą­cej, jak to się po­winno ro­bić, swo­ich có­rek nie chciała na­uczyć na­wet sma­że­nia ja­jecz­nicy lub za­pa­rza­nia her­baty.

- Wy ma­cie ro­bić co in­nego - mó­wiła i za­pę­dzała zu­peł­nie nie­zdolną do mu­zyki Ma­dzię do ćwi­cze­nia gam i pal­có­wek. Ta dziwna Matka, po­cho­dząca z za­moż­nego szla­chec­kiego dworu, my­ślała dla swo­ich có­rek o czymś in­nym, czymś lep­szym, o istot­nym "awan­sie spo­łecz­nym", ja­kim była dla niej ka­riera ar­ty­styczna. W jej sfe­rze był to wy­pa­dek rzadki i ra­czej od­osob­niony.

Ale wróćmy do ma­łej Lilki i do jej nie­od­łącz­nego cie­nia, Ma­dzi. Obie dziew­czynki ko­chały zu­peł­nie hi­ste­rycz­nie wszyst­kie zwie­rzęta i ptaki, a Lilka na­wet... my­szy. Ma­dzia do końca ży­cia nie za­po­mni bo­ha­ter­skiej po­stawy swo­jej sio­stry, gdy ta we­szła do kuchni wła­śnie w mo­men­cie, kiedy słu­żąca wrzu­ciła do wia­dra z nie­czy­sto­ściami małą myszkę, zła­paną w pu­łapkę. Bły­ska­wicz­nie za­ka­sała rę­kawy od swo­jej gra­na­to­wej ma­ry­nar­skiej bluzki, ręce aż po ło­kieć za­nu­rzyła w cuch­ną­cej cie­czy, wy­do­była stam­tąd prze­ra­żoną myszkę i pu­ściła ją do ogrodu. To był wspa­niały gest, na który Ma­dzia nie by­łaby się ni­gdy zdo­była. Z bied­nymi gli­stami, w sa­dy­styczny spo­sób ka­to­wa­nymi przez ogrod­nika Bar­tło­mieja, była gor­sza hi­sto­ria - te były już nie do ura­to­wa­nia i z pięk­nych oczu Lilki spły­nęło nad nie­win­nie umę­czo­nymi kilka cięż­kich łez. A wy­glą­dało to tak - obie dziew­czynki wpa­dają kie­dyś do kuchni i wi­dzą, że ogrod­nik Bar­tło­miej pa­stwi się nad ze­bra­nymi w ogro­dzie gli­stami.

- Co ro­bi­cie, Bar­tło­mieju! - wy­krzyk­nęła Lilka czer­wona z obu­rze­nia. - Jak można się tak znę­cać nad bied­nymi gli­stami?!

- Niech pa­nienka bę­dzie spo­kojna - od­parł na to z chy­trym uśmiesz­kiem ogrod­nik. - NIC CHRO­BO­KOM NIE BAN­DZIE.

Ileż razy póź­niej obu sio­strom przy­po­mi­nały się te słowa w róż­nych oko­licz­no­ściach ży­cia - "nic chro­bo­kom nie ban­dzie"! Lilka, jako przy­szła po­etka, miała już od ma­łego nie­sły­cha­nie bujną fan­ta­zję, któ­rej pro­za­iczka Ma­dzia nie po­sia­dała, nie­mniej aby nie na­ra­zić się na po­gar­dliwe trak­to­wa­nie ze strony star­szej sio­stry, uda­wała, że wi­dzi i od­czuwa to samo co ona. Kie­dyś w nocy Lilka obu­dziła smacz­nie śpiącą Ma­dzię i wska­zu­jąc ręką łóżko Fräu­lein, która z nimi spała, szep­nęła:

- Czy wi­dzisz ten pen­sjo­nat pier­ni­ko­wych la­lek, które spod łóżka wy­cho­dzą?

- Na­tu­ral­nie, że wi­dzę, och, ja­kie cudne! Może by któ­rąś z nich zła­pać i zjeść...

- Idiotka je­steś. Śpij i ni­komu nie mów, żeś to wi­działa.

Na stry­chu stała ol­brzy­mia dę­bowa szafa, od któ­rej klucz dawno gdzieś za­gi­nął. Kie­dyś wie­czo­rem, przed za­śnię­ciem, Lilka zwie­rzyła się Ma­dzi, że w ta­jem­nicy przed star­szymi do­brała klucz, otwo­rzyła ta­jem­ni­czą szafę iii...

- Iiiiii...? - Ma­dzia cała za­mie­niła się w słuch.

- Nie po­wiem ci, je­śli mi nie dasz po­łowy tych cze­ko­la­dek, które do­sta­łaś od babci.

- No do­brze, do­brze... dam ci, tylko mów czym prę­dzej.

- Więc słu­chaj, tylko jak mi nie dasz po­łowy cze­ko­la­dek, to ci już ni­gdy w ży­ciu nic nie po­wiem, w tej sza­fie sie­dzi ma­lutka za­su­szona cza­row­nica w spi­cza­stym ka­pe­lu­siku i po­grze­ba­czem grze­bie w sto­sach sta­rych ma­mi­nych su­kien.

- O Boże! No i co?

- "No i co?", do­bra so­bie, a cóż byś ty chciała wię­cej?

Łóżko Lilki oparte było o starą chwie­jącą się szafę, o którą z dru­giej strony stał oparty tak zwany dom la­lek, a w nim co wie­czór po od­ro­bie­niu lek­cji od­by­wały się te­atralne przed­sta­wie­nia. Dom skła­dał się z dwóch pię­ter, pod­da­sza i su­te­reny wy­ma­lo­wa­nej przez Woj­cie­cha Kos­saka, który lu­bił ba­wić się z uko­cha­nymi cór­kami. Groza wiała z tej su­te­reny ocie­ka­ją­cej wil­go­cią, peł­nej pa­ję­czyn i sta­rych po­ła­ma­nych sprzę­tów. Górne pię­tro i par­ter za­miesz­kane były przez pięk­nie ubrane la­leczki, su­te­rena zaś przed­sta­wiała azyl dla la­lek in­wa­li­dów, któ­rym bra­ko­wało rąk czy nóg i które miały na so­bie znisz­czone i po­darte suk­nie. Lilka już jako mała dziew­czynka pa­sjo­no­wała się te­atrem, la­leczki w jej rę­kach na­bie­rały ży­cia i ustami przy­szłej po­etki i ko­me­dio­pi­sarki pro­wa­dziły ze sobą in­te­li­gentne dia­logi, do któ­rych Ma­dzia wtrą­cała swoje trzy gro­sze. Obie dziew­czynki prze­pa­dały za "za­bawą w te­atr" i cie­szyły się na nią jak na praw­dziwe przed­sta­wie­nie.

Ma­dzia, mimo iż uwiel­biała swoją sio­strę, lu­biła jej pła­tać fi­gle. Cho­wała jej ko­szulę nocną albo bu­ciki. Było to u niej wprost na­ło­giem.

- Słu­chaj, ty podłe zwie­rzę, znowu scho­wa­łaś mi moje buty! Po­wiedz na­tych­miast, gdzie one są?!

- Nie scho­wa­łam... przy­się­gam!

- Ach, ty kłam­czu­chu be­zecny! Po­wiesz czy nie po­wiesz?!

- Do­prawdy nie mam po­ję­cia...

- Jak mi ich na­tych­miast nie od­dasz, to zwalę dom! Ra­chuję do trzech.

- Masz, masz twoje głu­pie bu­ci­ska, tylko nie ru­szaj domu!

Raz już stała się rzecz nie­opi­sa­nie okropna, kiedy roz­złosz­czona na sio­strę Lilka wy­su­niętą spod koł­dry nogą kop­nęła z ca­łej siły szafę, która za­chwiała się i swoim cię­ża­rem za­wa­liła cały dom la­lek. Ileż la­le­czek po­tra­ciło wów­czas nosy, ile ślicz­nych, gię­tych i wy­ście­la­nych me­bel­ków po­tra­ciło nogi! Mi­nia­tu­rowe wa­zony, ze­gary ścienne i lampy przy­wie­zione przez Tatę z Wied­nia roz­sy­pały się w drobny mak - i to wszystko z ta­kiego głu­piego po­wodu, że Ma­dzia za­brała Lilce jej uko­chane pra­wi­dła i na­ło­żyła na nie swoje pan­to­felki. Lilka nie znała się na żar­tach.

Straszna i nie­za­po­mniana była chwila, kiedy pew­nego wie­czoru Lilka, która skoń­czyła już trzy­na­ście lat, po­wie­działa, że jej się sprzy­krzyła za­bawa w te­atr.

- Róbmy te­atr - rze­kła jak zwy­kle młod­sza sio­stra.

- Eeee. - Lilka, która wła­śnie kom­po­no­wała ja­kiś wiersz, skrzy­wiła się.

- Co za "eee", ja­kie "eee"? Co ci się stało?

- To ta­kie nudne i dzie­cinne, baw się sama...

Ma­dzia roz­be­czała się, uj­rzała na­gle prze­paść mię­dzy sobą a sio­strą, prze­paść trzech lat. Lilka była już pod­lot­kiem, no­siła war­kocz pod­wią­zany dużą ko­kardą, suk­nię do ko­stek, gor­set. Ma­dzia była wciąż jesz­cze małą dziew­czynką w luź­nych ma­ry­nar­skich bluz­kach. Lilka miała ad­o­ra­tora, ru­muń­sko-au­striac­kiego ofi­cera, który na­zy­wał się tak pięk­nie Gu­ido della Scala i który za­miast kwia­tów przy­słał jej kie­dyś... ko­nika - tak, au­ten­tycz­nego arab­skiego ko­nia ze stad­niny swo­jej ciotki. Ma­dzia po­bie­gła pierw­sza zo­ba­czyć owego araba, a Gu­ido, uwa­ża­jąc ją za dziecko, po­gła­skał ją po twa­rzy. O tym nie­zwy­kłym in­cy­den­cie na­pi­sała w swoim dzien­niczku w ten spo­sób:

Ach Boże Gu­ido mnie po­gła­skał pod brodę czy to moż­łiwe Gu­ido mnie po­gła­skał na co po co mu przy­szło do głowy ach Złoto jedno czy moż­liwe nie nie­moż­liwe co on ma do mo­jej tważy co on my­ślał ja po­wie­dzia­łam jaki śliczny koń gdysz Ma­ho­met już przy­szedł a on po­wie­dział Śliczny i po­gła­skał mnie pod brodę w nie­dzielę bę­dzie Gu­ido na obiad.

A Lilka? Lilka nie tylko że pi­sała bez­błęd­nie w trzech ję­zy­kach, po pol­sku, po fran­cu­sku i po nie­miecku, ale two­rzyła już piękne wier­sze i ku wiel­kiemu zgor­sze­niu młod­szej sio­stry kpiła so­bie z au­striac­kiego ofi­cera, który miał wo­bec niej naj­po­waż­niej­sze za­miary i opo­wia­dał, że tylko czeka, aż jesz­cze tro­chę pod­ro­śnie, aby się ofi­cjal­nie oświad­czyć o jej rękę. Lilkę brali już ro­dzice ze sobą do praw­dzi­wego te­atru na Fre­drę lub Szek­spira, a Ma­dzia, ten biedny kop­ciu­szek, zo­sta­wała w domu i kre­śliła w swoim dzien­niczku ta­kie oto słowa ry­mo­wane:

To wszystko mi­nęło i nie po­wróci a zato Lilka po­je­chała do te­atru a ja nie ci­cho Ma­dzia nuci oty lo­sie po­czwaro stara ach ży­cie to smutna mara ach o ile za­wsze jez­dem szczę­śliw­sza od panny Ko­pacz albo Babci ta­aak głu­pia żecz ten wspak

Jak wi­dzimy, dzie­ciątko to nie tylko że ma­jąc dzie­sięć lat, pi­sało nie­gra­ma­tycz­nie, ale w do­datku miało wro­dzony wstręt do zna­ków pi­sar­skich; jak­żeż więc Lilka mo­gła się jesz­cze chcieć z nią ba­wić?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WSTĘP

Po­dobno trzeba to­nąć lub le­cieć z trze­ciego pię­tra, aby uj­rzeć wstecz całe swoje ży­cie. Nie chcę ani to­nąć, ani spaść z trze­ciego pię­tra. Chcę żyć jak naj­dłu­żej - mimo to chcia­ła­bym do­kład­nie i wy­raź­nie uj­rzeć całą drogę, którą już mam poza sobą, oczy­wi­ście nie ze ści­sło­ścią fo­to­gra­ficzną, ale jak ko­lo­rowy film prze­ro­biony z po­wie­ści, z wy­eli­mi­no­wa­niem rze­czy zbęd­nych i nu­żą­cych pu­blicz­ność. Chcia­ła­bym, o ile to jest moż­liwe, nie uwy­pu­klać za­nadto mo­jej osoby i mo­ich naj­głęb­szych uczuć. Nie je­stem ani tro­chę po­etką, a za­tem pe­wien bez­wstyd pe­łen mi­ło­ści wła­snej, wła­ściwy wszyst­kim po­etom, jest mi naj­zu­peł­niej obcy. Jak każdy nor­malny czło­wiek nie będę się prze­chwa­lać mo­imi suk­ce­sami ani ubo­le­wać nad klę­skami na­tury oso­bi­stej; te sprawy, dla czy­tel­ni­ków dzi­siej­szych mało ważne, nie­chaj wsiąkną ze mną kie­dyś do czar­nej ziemi, jak wieńce ze­schłych kwia­tów. Uwaga moja jako pi­sa­rza i przede wszyst­kim sa­ty­ryka nie­chaj się skupi na kli­ma­cie sze­regu epok, które prze­ży­łam.

Uro­dzi­łam się w cza­sach se­ce­sji i jako mała dziew­czynka ha­fto­wa­łam na po­dusz­kach ła­bę­dzie z li­liami wod­nymi oraz irysy. Prze­ży­łam epokę "Zie­lo­nego Ba­lo­nika" i "Pani Dul­skiej". Jako do­ro­sła pa­nienka ze­tknę­łam się z kra­kow­skim ele­ganc­kim świa­tem, z hra­bi­nami-de­wot­kami śmiesz­nymi jak ich stroje. Po­tem pierw­sza wojna świa­towa i na­sze pierw­sze za­mąż­pój­ścia. Wspa­niały dzień roz­bro­je­nia au­striac­kich ge­ne­ra­łów na uli­cach Kra­kowa przez ulicz­nych chło­pa­ków. Pierw­szy wie­czór au­tor­ski mło­dziut­kiego, sza­le­nie obie­cu­ją­cego po­ety Ju­liana Tu­wima. Prze­ży­łam rząd Pa­de­rew­skiego i wy­padki ma­jowe w 1926 roku, w któ­rych po tro­chu obie z moją sio­strą bra­ły­śmy bierny udział jako przy­pad­kowi więź­nio­wie w ho­telu Bri­stol. Trzy lata prze­by­wa­łam z moim pierw­szym mę­żem, dy­plo­matą, w Bu­ka­resz­cie, gdzie by­wa­łam na ope­ret­ko­wym dwo­rze sta­rego króla Fer­dy­nanda. Gra­łam w bry­dża z przy­szłym kró­lem Ru­mu­nii, Ka­rol­kiem, i tań­czy­łam na ko­stiu­mo­wym balu w am­ba­sa­dzie an­giel­skiej z póź­niej­szym kró­lem an­giel­skim, oj­cem Elż­biety, prze­bra­nym za ru­muń­skiego chłopa!

W mię­dzy­cza­sie uro­dzi­łam córkę Te­resę i... Na ustach grze­chu. Wszyst­kie za­ro­bione na li­te­ra­tu­rze pie­nią­dze ob­ra­ca­łam na po­dróże, zwie­dzi­łam więc: Fran­cję, Ru­mu­nię, Tur­cję, Niemcy, An­glię, Fran­cu­ską Ri­wierę, brzegi Afryki, Małą Azję itd. Moje ży­cie do czasu wojny świa­to­wej było jed­nym nie­prze­rwa­nym pa­smem sa­mych ra­do­ści. Koło mnie nie­ro­ze­rwal­nie, mimo swo­ich trzech mę­żów, szła wciąż naj­więk­sza mi­łość mo­jego ży­cia - "cza­row­nica z Kra­kowa", jak ją na­zwał Tu­wim - moja sio­stra Ma­ria. W sta­rym kra­kow­skim dworku zimą i la­tem błysz­czało i grzało nas go­rące do­mowe słońce, nasz prze­cudny oj­ciec Woj­ciech Kos­sak, koło niego krzą­tała się na­sza matka, Ma­niu­sia z Ki­siel­nic­kich, srogi zło­to­włosy anioł z ró­zgą, ale za­ra­zem i z nie­by­wa­łym po­czu­ciem hu­moru. Cała at­mos­fera Kos­sa­kówki była tak prze­siąk­nięta wy­bu­chami śmie­chu, że nic dziw­nego, iż jedna z có­rek mu­siała wy­ro­snąć na sa­ty­ryczkę. Za jedną ko­la­cję lub śnia­da­nie w tej kom­pa­nii, w któ­rej wy­śmie­wało się wszyst­kie kra­kow­skie sno­bi­zmy, a po­tem fu­tu­ry­zmy i "stre­fi­zmy", kom­pa­nii, gdzie ro­dziły się naj­lep­sze dow­cipy i po­wie­dzonka - da­ła­bym pięć lat mo­jego i tak dość dłu­giego ży­cia. To wszystko trwało do wrze­śnia 1939 roku.

Moją sio­strę Ma­rię wi­dzia­łam ostatni raz w Ju­ra­cie, w dru­giej po­ło­wie sierp­nia. W przed­dzień po­kłó­ci­ły­śmy się. Aby ją prze­pro­sić, da­ro­wa­łam jej nowe cie­niut­kie poń­czo­chy. Po­wie­działa: "Sie­dzi­cie tu tak spo­koj­nie, śmie­je­cie się z byle czego. Nie wi­dzi­cie strasz­nej wo­jen­nej chmury, która nad­ciąga...". Była na­sro­żona i za­lęk­niona jak ptak przed bu­rzą. Po­le­ciała schro­nić się do War­szawy, gdzie prze­by­wał jej mąż, lot­nik Ja­sno­rzew­ski. Nie od­pro­wa­dzi­łam jej na sta­cję, bo wo­la­łam iść na plażę.

Po­tem za­częła się druga wojna świa­towa - "o wiele mniej eu­ro­pej­ska od po­przed­niej", jak orze­kła pewna kra­kow­ska pa­niu­sia. Okropne, dłu­gie, straszne lata. Pod­czas tych prze­ra­ża­ją­cych lat zmarł mój cudny oj­ciec, do końca piękny i szla­chetny, który żad­nemu oku­pan­towi nie sprze­dał ani jed­nego ob­razka, wo­ląc ro­bić za bez­cen por­trety kra­kow­skim kup­com. Umarła naj­lep­sza z ma­tek, Ma­niu­sia z Ki­siel­nic­kich. Zmarło kil­koro sta­rych wuj­ciów i cio­tek przy­by­łych do nas po war­szaw­skim po­wsta­niu. W roku 1945, kiedy cały stary do­mek w od­święt­nym na­stroju ocze­ki­wał przy­by­cia Ma­rii Ja­sno­rzew­skiej, która prze­szło rok nie da­wała o so­bie znaku ży­cia, wy­jąw­szy do­cho­dzące do nas przez lon­dyń­skie ra­dio jej au­dy­cje po­etyc­kie - na­gle pio­run, cios w samo serce! Po­etka zmarła po dłu­giej i strasz­nej cho­ro­bie na ob­czyź­nie, w po­nu­rym, czar­nym Man­che­ste­rze. My­śla­łam wów­czas, że już ni­gdy się nie ro­ze­śmieję i ni­gdy nie na­pi­szę nic we­so­łego. W owym cza­sie mój dzi­siej­szy mąż, który nie miał naj­mniej­szego za­miaru że­nić się, wy­pił bar­dzo dużo wina, wódki i... oświad­czył mi się. W By­to­miu, w Urzę­dzie Stanu Cy­wil­nego wzię­li­śmy ślub. Mło­dzie­niec ten ura­to­wał nie tylko ko­bietę, bli­ską czar­nej me­lan­cho­lii, ale i... sa­ty­ryka.

Po­mału znowu za­częło się pi­sać. W la­tach 1947/8 zo­stał wy­dany nowy na­kład Na ustach grze­chu oraz zbiór fe­lie­to­nów po­wo­jen­nych pod ty­tu­łem Tylko dla ko­biet.

Po tym wstę­pie chwila roz­terki: bo i od cze­góż za­cząć? Wspo­mnie­nia ci­sną się jedne przed dru­gimi. Każde chce być pierw­sze. Z ka­setki z kli­szami, które mamy w pa­mięci, wy­ska­kują dwie małe dziew­czynki. Jedna ma gruby war­kocz, druga, mniej­sza, ru­dawe roz­pusz­czone włosy, ucze­sane a la Ve­la­zquez.

- Pisz przede wszyst­kim o nas! - wo­łają.

- A tatko, a dzia­dzio? - od­po­wia­dam im z ołów­kiem w ustach.

- Masz za­miar na­zwać twoją po­wieść Ma­ria i Mag­da­lena, więc pisz naj­pierw, już w pierw­szym roz­dziale, o na­szym dzie­ciń­stwie.

- No do­brze, ale to może znu­dzić czy­tel­nika.

- Na­pisz w ten spo­sób, aby go nie znu­żyć. Opisz at­mos­ferę ów­cze­snego Kra­kowa, na­pisz o tym, w jaki dziwny spo­sób edu­ko­wano wów­czas dziew­czynki z tak zwa­nych "do­brych do­mów". Dzi­siej­sze har­cerki, czy­ta­jąc owe opisy, będą pę­kać ze śmie­chu. Pisz o prze­dziw­nej hi­gie­nie po­cząt­ków tego wieku, o sno­bi­zmie, który wów­czas pa­no­wał, i prze­sad­nej de­wo­cji, do któ­rej dzieci zmu­szano. Nie bój się, pisz - i tak re­dak­tor, który za­opie­kuje się two­imi wspo­mnie­niami, wy­kre­śli ci z tego po­łowę.

- Do­brze, a więc za­czy­namy... czy w imię prawdy?...

- Oczy­wi­ście, ale prawdę nu­żącą i ni­komu nie­po­trzebną sta­raj się opusz­czać, pa­mię­taj, że nie pi­szesz dla sie­bie, tylko dla lu­dzi, dla dzi­siej­szego czy­tel­nika, który tym różni się od przed­wo­jen­nego, że ku­puje książki.

- Czy dać tro­chę sen­sa­cji? Czy na­pi­sać o han­dla­rzu ży­wym to­wa­rem, który na Fran­cu­skiej Ri­wie­rze chciał uwieść Ma­rię Ja­sno­rzew­ską? A je­śli to nie był wcale han­dlarz ży­wym to­wa­rem?

- Pisz, co naj­wy­żej ci go wy­kre­ślą.

- A Mar­cel de Moor, który jeź­dził za mną po świe­cie i no­sił na pier­siach wszyst­kie od­zna­cze­nia fran­cu­skie, i był praw­do­po­dob­nie sze­fem fran­cu­skiego wy­wiadu? Na­pi­sać o nim?

- O nim ko­niecz­nie! To po­stać jak gdyby żyw­cem wy­jęta z ja­kiejś po­wie­ści sen­sa­cyj­nej. Nie za­po­mnij i na­pisz rów­nież o po­kąt­nym le­ka­rzu w Ca­sa­blance, za któ­rego chcia­łaś wyjść za mąż i tam już na za­wsze po­zo­stać. To bar­dzo ładna hi­sto­ria.

- A za­tem szczypta ero­ty­zmu?

- Ale sa­ty­rycz­nego. Dow­cip od­biera ero­ty­zmom ich nie­przy­zwo­ity kli­mat. Oczy­wi­ście, że nie wolno ci na­śla­do­wać Franka Har­risa w jego pa­mięt­ni­kach ("Po­rwa­łem Laurę w ob­ję­cia i rzu­ci­łem na łóżko, drżała z roz­ko­szy, po czym po­sze­dłem na spa­cer z Emmą..."). Nie za­po­mnij opi­sać róż­nych sław­nych lu­dzi, któ­rzy prze­wi­nęli się przez twoje ży­cie. Na­pisz o twoim flir­cie z Ju­les'em Ro­ma­ins, to też ładna hi­sto­ria. Nie­chaj w two­ich pa­mięt­ni­kach (rze­czy bo­daj naj­trud­niej­szej w li­te­ra­tu­rze) nie bę­dzie żad­nej wa­ze­liny, pa­mię­taj, że ona plami pa­pier naj­bar­dziej. O so­bie sta­raj się pi­sać we­soło, ale ra­czej kry­tycz­nie, tak jak­byś to ro­biła, opi­su­jąc swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Wów­czas czy­tel­nik da­ruje ci może zbytni en­tu­zjazm wo­bec Ma­rii Paw­li­kow­skiej-Ja­sno­rzew­skiej i Woj­cie­cha. Jedni po­wie­dzą: szo­wi­nizm ro­dzinny, dru­dzy - oto jej dwie naj­więk­sze mi­ło­ści!