Maria Fiodorowna, Pamiętnik carycy - C.W. Gortner

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Powinnyśmy ubrać się tak samo - powiedziałam tamtego dnia, który był najlepszym dowodem na to, że zasadnicze zmiany w naszym życiu stały się faktem oczywistym. Siedziałam na kanapie zajęta przeglądaniem przysłanych przez najbardziej znane domy handlowe w Londynie i Kopenhadze pudeł i pudełek, do których zapakowano pantofle z jedwabnymi kokardkami, kapelusze ozdobione wstążkami, jedwabną bieliznę, suknie, gorsety, szale, a także rękawiczki z cienkiej skórki oraz płaszcze z delikatnego kaszmiru i ze szkockiej wełny.

- Tak samo?! Jakbyśmy były bliźniaczkami! - wykrzyknęła rozbawiona Alix, moja siostra, obecnie górująca nad wszystkimi.

Stała na stołku, a wokół niej krzątały się nasza matka i pokojówka, starając się dobrać strój jak najbardziej twarzowy i dopasowany do szczupłej sylwetki.

- A tak! - oświadczyłam, stawiając obok siebie na kanapie dwa kolejne pudełka. - Przecież masz tego wszystkiego w bród i na pewno znajdzie się coś identycznego. Ubierzemy się jednakowo i przekonamy się, czy twój narzeczony nas rozróżni.

Alix ściągnęła cienkie brwi, co bardzo mi się spodobało, oznaczało bowiem, że moja siostra, choć usilnie stara się sprawiać wrażenie osoby, która potrafi znieść wszystko, wcale taka nie jest. Nie zdążyła jednak niczego powiedzieć, ponieważ odezwała się matka, udzielając mi reprymendy tym swoim tonem, jakim zawsze mnie karciła, gdy zdarzyło mi się zrobić lub powiedzieć coś niestosownego, co jej zdaniem zdarzało się mi stanowczo zbyt często.

- Minnie, co ty mówisz! Miałybyście ubrać się jak bliźniaczki? Bo może was nie rozpozna? Was, które w ogóle do siebie nie jesteście podobne? Bzdura. Jego Wysokość książę Walii nie jest ślepy!

- Może i nie jest - odparłam niemal zuchwale. - Może też i nie jesteśmy do siebie podobne, ale on widział ją tylko raz, mógł więc jej po prostu nie zapamiętać!

Matka znieruchomiała, ściskając zmiętą halkę. Wpatrzona w kremową biel jedwabiu niewątpliwie starała się zapanować nad wzburzeniem, choć może też wpatrywała się w nią dlatego, bo tak elegancka halka, podobnie jak wszystkie te wytworne rzeczy zaściełające pokój, po raz pierwszy pojawiła się w tym domu. Po prostu nie było nas na to stać. Same szyłyśmy sobie ubrania, łatałyśmy, cerowałyśmy i wcale nie było to dla nas jakimś wielkim poświęceniem. W naszym żółtym pałacyku w Kopenhadze żyło się niebogato, ale szczęśliwie, ponieważ było wiele powodów do radości. W lecie pływałyśmy w morzu i urządzałyśmy zawody gimnastyczne, a wieczorem, po skromnym posiłku, kiedy to same podawałyśmy do stołu, zbieraliśmy się w salonie na wspólne muzykowanie. Nie marzyliśmy o luksusach. Najważniejsze, że mieliśmy siebie. Dla nas nasza rodzina była prawdziwą opoką i najwspanialszym darem od losu.

Niestety to, co właśnie się działo w tym pokoju, dowodziło w dobitny sposób, że nasza rodzina zaczyna się rozpadać.

Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie może zmienić się tak wiele?

- Jego Wysokość na pewno ją zapamiętał i będzie darzył wielką miłością. To mężowski obwiązek. Żoniny również - oświadczyła matka. - A ty, Minnie, powiedz, co się z tobą dzieje? Dlaczego jesteś taka przekorna właśnie dziś, kiedy Alix przymierza swoją wyprawę ślubną? Nie widzisz, jak bardzo jest tym przejęta?

Widziałam twarz siostry w lustrze. Była blada, pod oczami cienie, musiała więc być już tym przymierzaniem udręczona. Ale wyraz twarzy zachowała nieprzenikniony, ponieważ Alix jak mało kto potrafiła ukryć swoje prawdziwe emocje. W rezultacie to jej pełne spokoju spojrzenie drażniło mnie, bo Alix na pewno, mimo tej niewzruszonej postawy, w środku była kłębkiem nerwów i zastanawiała się nieustannie, jak to potem będzie. Czy w tym małżeństwie będzie szczęśliwa, czy przeciwnie, będzie nieszczęśliwa i skazana na cierpienie. Nigdy o tym nie mówiła, nawet podczas długich rozmów z matką, która starała się bardzo, by do tego małżeństwa doszło i w naszym życiu nastąpiła wielka zmiana. Dla nas na pewno bardzo korzystna.

W rezultacie wszyscy tym żyli, a ja czułam się trochę odsunięta na bok.

- Może powinnam się przejść… - wymamrotałam, skubiąc wstążkę, którą obwiązane było leżące obok mnie pudełko. - Bo tu chyba nie jestem potrzebna.

- Skoro nie potrafisz być użyteczna, to rzeczywiście idź się przejść. Nie życzę sobie, żebyś denerwowała siostrę w takiej chwili - powiedziała matka, odwracając się do Alix. - Może świeże powietrze poprawi ci nastrój i trochę złagodniejesz. I przede wszystkim będziesz uważać na to, co mówisz.

Świeże powietrze i choć minimum rozsądku. Taka była recepta mojej matki na rozwiązanie wszystkich problemów. Kobiety bardzo rozsądnej. Nadal, mimo że w minionym roku przeżyliśmy tyle wstrząsów zaprzeczających zdrowemu rozsądkowi, że każdy mógłby w ów rozsądek zwątpić. Ale nie Luiza z Hesji-Kassel. Po raz pierwszy pokazała światu, że wie, co robi, gdy wbrew swej rodzinie wyszła za mąż za mego ojca, czyli swego dalekiego kuzyna Chrystiana Glücksburga, zubożałego młodego księcia, z którym wiodła życie skromne, ale dobre, ponieważ było w nim miejsce i na radość, i na przyjemności. Swoje dzieci wychowywała po prostu rozsądnie, bez jakichś większych aspiracji. Lata mijały i raptem okazało się, że ów zubożały książę, czyli mój ojciec, nieoczekiwanie odziedziczył tron po bezdzietnym królu. Tak więc w niedalekiej perspektywie była korona królowej Danii, a teraz najstarsza córka szykowała się do ślubu z następcą tronu Wielkiej Brytanii. Moja matka do obu zadań podchodziła jak do codziennych porządków w salonie. Po prostu ma być zrobione i już. Bez żadnych głupich uwag z mojej strony.

Obciągnęłam sutą fałdzistą spódnicę i ruszyłam do drzwi. W progu przystanęłam, mając nadzieję, że Alix jednak mnie zawoła, żebym wróciła, co świadczyłoby, że jestem jej potrzebna. Ale siostra milczała, a kiedy spojrzałam ostrożnie przez ramię, zobaczyłam, że zajęta jest wygładzaniem jedwabnej halki. Usłyszałam też, jak matka każe pokojówce zasznurować gorset Alix. Jakby moja siostra była lalką.

Albo barankiem, który ma być złożony w ofierze.

Tak. Bo dla mnie to całe jej małżeństwo kojarzyło się właśnie z tym. Ze złożeniem w ofierze.

Nie urodziliśmy się po to, by żyć w przepychu. Matka od najmłodszych lat często nam o tym przypominała, nie spodziewaliśmy się więc, że kiedyś będziemy mieć o wiele więcej. Gdy siadałyśmy sobie we trzy, matka, Alix i ja, i matka pouczała nas, czym można ozdobić uszyty własnoręcznie czepek albo jak naprawia się bieliznę, zawsze nie omieszkała dodać, że bogaty z urodzenia wcale nie musi być szczęśliwy, a przede wszystkim ktoś, kto od kołyski ma wszystko, czego dusza zapragnie, nie ma żadnych aspiracji i do niczego nie dąży.

I nagle zmieniło się. Teraz przechodziłam już nie przez nasz żółty pałacyk stojący w obrębie miasta, lecz przez o wiele większy pałac Bernstorffa. Obcasy postukiwały o posadzkę, obszerna krynolina szeleściła. Szłam szybko, nie spoglądając na rzeźby ani na wyłożone lustrami ściany pałacu, do którego wprowadziliśmy się miesiąc temu, gdy zadecydowano, że mój ojciec będzie nowym następcą tronu. Pałac Bernstorffa stał na terenie rozległej posiadłości pod Kopenhagą i otoczony był wielkim ogrodem, gdzie rosły również lipy, które tak bardzo lubiłam. Waldemar i Thyra, młodsi ode mnie brat i siostra, od razu pokochali ten ogród, gdzie czuli się swobodnie. Mogli biegać po błocie, mogli przeciskać się pod żywopłotami, mogli po prostu się wyszaleć. Ja jednak, już prawie piętnastoletnia, byłam za stara na takie dziecinne zabawy, ale kiedy sama wyszłam do ogrodu, bardzo żałowałam, że nie jestem już dzieckiem i nie mogę tu sobie pobrykać.

Kiedy wyszłam na dwór, uzmysłowiłam sobie, że nie wzięłam ani kapelusza, ani parasolki. A więc niedobrze, bo jeszcze, nie daj Boże, słońce osmali policzki albo pojawią się na nich rumieńce, i co na to powie moja matka? Trudno. Ruszyłam przed siebie alejką i po chwili zajęłam się innym dylematem. Może ściągnąć z głowy siatkę przypiętą z tyłu, nad karkiem, w którą zebrane są moje gęste i wijące się włosy. Ta siatka drapie bezlitośnie. Ale nie, nie będę jej zdejmować, bo to byłby skandal. Chociaż z drugiej strony… Przecież tu, w tej oazie zieleni, oprócz mnie nikogo nie ma…

Owszem, nie było, dopóki nie doszłam do willi w szwedzkim stylu, która służyła jako herbaciarnia, i tam, przed tą willą, zobaczyłam znajomą postać w ciemnym garniturze. Ten ktoś przechadzał się przed willą, parę kroków w przód, parę w tył, i wypuszczał z ust obłoczki dymu, ponieważ palił cygaro.

Ojciec.

Zebrałam fałdy spódnicy i nie przejmując się tym, że nogi mam chyba do połowy łydek odsłonięte, pobiegłam przez trawnik. Zaskoczony ojciec odwrócił się, wypuszczając z ust kolejny kłębek dymu. Z ust, nad którymi jakiś czas temu pojawiły się wąsy. Ojciec zapuścił je, by wyglądać bardziej dystyngowanie. Dla mnie te brązowe wąsy były przede wszystkim zabawne, ponieważ wcale nie rozrosły się bujnie, więc naprawdę nie było się czym chwalić. A poza tym mój biedny ojciec, choć miał zostać władcą, musiał palić na dworze, ponieważ matka nie znosiła dymu z cygar i prosiła go, by porzucił ten "niesmaczny nawyk".

- Tak szybko skończyłyście? - Uśmiechnął się i twarz mu pojaśniała.

Niestety tylko na moment, i znów pojawiła się ponura mina, ponieważ w chwili, gdy podjęto decyzję, że to ojciec będzie następcą naszego niedomagającego króla, pogoda ducha znikła, zupełnie jakby głowa ojca już uginała się pod ciężarem korony.

- Nie, nie. To może potrwać jeszcze kilka godzin, papo, bo Alix musi przymierzyć mnóstwo strojów. Tych sukni jest tyle, jakby ogołocili z nich całą Kopenhagę. A mama powiedziała, że marudzę, więc wyszłam.

- Widzę. - Kolejny uśmiech i w kącikach łagodnych jasnobrązowych oczu pojawiły się drobniutkie zmarszczki - A dlaczegóż to marudzisz, moja Dagmaro?

Wszyscy mówili do mnie Minnie, tylko ojciec nazywał mnie Dagmarą, używając jednego z kilku imion, które otrzymałam podczas chrztu. I które bardzo mi się podobało, ponieważ czułam się w jakiś sposób wyróżniona, że jestem imienniczką naszej legendarnej duńskiej królowej.

Wzruszyłam ramionami.

- Bo naprawdę nie widzę powodu, żeby robić tyle zamieszania.

Ojciec zaśmiał się.

- Chyba jednak jakiś powód jest! Twoja siostra wychodzi za syna i następcę królowej Wiktorii. Pewnego dnia, jeśli Bóg zechce, zostanie królową małżonką władcy Wielkiej Brytanii. Zdecydowana większość ludzi uzna to za wystarczający powód do wielkiego zamieszania.

- Mama i królowa Wiktoria na pewno, ale jeśli chodzi o Alix… Powiem szczerze, papo, martwię się o nią, bo zachowuje się… trochę dziwnie. Ani się martwi, ani cieszy, jest taka bezwolna, jakby gotowa była zaakceptować po prostu wszystko.

- A niby w czym miałaby się sprzeciwiać, co miałaby kwestionować? Naprawdę bardzo dobrze wychodzi za mąż. Wasza matka zachęcała ją do tego małżeństwa, które zyskało aprobatę królowej Wiktorii. Alix wie doskonale, że powinna spełnić swój obowiązek.

Akurat z tym zgadzałam się całkowicie. Moja starsza ode mnie o prawie trzy lata siostra była bardzo obowiązkowa. Wiedziałam to doskonale, przecież znałam ją na wylot. Nasz najstarszy brat, Fryderyk, został wysłany na studia za granicą, a drugi nasz brat, Wilhelm, studiował w Duńskiej Akademii Wojskowej. Thyra i Waldemar byli jeszcze dziećmi, dlatego Alix i ja byłyśmy sobie bardzo bliskie. Miałyśmy wspólny pokój, uczyłyśmy się tego samego. Razem rosłyśmy w domu, gdzie zawsze brakowało pieniędzy, gdzie rządziła niepodzielnie matka, która podczas wakacji, gdy cała rodzina była w komplecie, całą uwagę poświęcała naszym starszym braciom.

Zawsze się złościłam i czułam żal o to, że tyle dawała z siebie Fryderykowi i Wilhelmowi, i chociaż Alix często mi powtarzała, że matki zawsze bardziej cenią sobie synów niż córki, jakoś nie mogłam się z tym pogodzić. Przecież tych synów nie ma tu prawie przez cały rok, a my tu jesteśmy, zawsze razem z matką, i pomagamy jej w prowadzeniu domu. Alix nigdy głośno nie protestowała, a ja tak, bo nienawidziłam tego prowadzenia domu, tej nigdy niekończącej się harówki.

Wieczorem, gdy leżałyśmy w naszych wąskich łóżkach - zsuniętych, by być blisko siebie - narzekałyśmy po cichu, że tak nam źle, że mamy takie spracowane ręce. Podjęłyśmy też pewną decyzję, ostateczną i niezłomną. Mianowicie pewnego dnia kupimy sobie, tylko dla nas dwóch, dom nad cieśniną Sund. Dom z podłogą, której nigdy nie trzeba będzie szorować. Będziemy miały ze sto psów i będziemy sobie malować godzinami. A tak, ponieważ obie całkiem nieźle radziłyśmy sobie z akwarelkami.

Niestety to wspólne marzenie wzięło w łeb, kiedy Alix przyjęła oświadczyny księcia Alberta Edwarda. W jednej chwili straciłam kochającą siostrę, która nagle stała się pupilką matki i czas miała wypełniony po brzegi. Ćwiczyła dworską etykietę, brała lekcje tańca i przymierzała suknie, przygotowując się do nowego życia w obcym kraju. Życia, w którym dla mnie nie było już miejsca.

- Prawie już jej nie widuję - powiedziałam, unikając wzroku ojca. - Mama wciąż każe Alix pisać jakieś listy i składać wizyty ważnym osobom. Wciąż wynajduje jej coś do zrobienia. W rezultacie mam wrażenie, jakby Alix już tu z nami nie było.

- A rozmawiałaś z nią o tym? - spytał ojciec łagodnym głosem. - Chyba warto to zrobić, nie sądzisz? Bo skoro ty, jak sama powiedziałaś, marudzisz, może Alix myśli, że się na nią gniewasz.

- Tak myślisz, ojcze? Że po prostu ma do mnie żal?

- Oczywiście! - Ojciec żartobliwie szczypnął mnie w policzek. - Przecież jesteś naszą rodzinną buntowniczką!

- Buntowniczką? O nie, papo! To przesada. Po prostu nie chcę, żeby raptem wszystko się zmieniło. A tak jest. Przecież nasze życie zostało wywrócone do góry nogami!

- Cóż… - Ojciec westchnął. - Można to i tak ująć. W każdym razie rozumiem, że nie jest ci łatwo, i bardzo mi przykro z tego powodu. Ale małżeństwo, moja Dagmaro, jest dla człowieka czymś niezmiernie ważnym i zawsze jest to zasadnicza zmiana w jego życiu. Trzeba opuścić tych, których się kocha, i założyć własną rodzinę. Ciebie też to kiedyś czeka. Zastanawiałaś się już nad tym?

- Naturalnie - odparłam, choć wcale nie była to prawda. Oczywiście wiedziałam, że małżeństwo jest czymś nieuniknionym, ale do tej pory jakoś nie miałam ochoty zawracać sobie tym głowy. - Teraz też dużo o tym myślę. Przecież Alix wychodzi za kogoś, kogo właściwe nie zna. Bertie, książę Walii, zobaczył ją na fotografii i poprosił o spotkanie. Pamiętam, że zostali sobie przedstawieni w Rumpenheim, kiedy pojechaliśmy tam na Wielkanoc. Przyjechała też caryca z najstarszym synem Nixą i odniosłam wrażenie, że spodobał się Alix. Ona jemu też, i to bardzo. Ale co z tego? Alix i tak wychodzi za kogoś innego. Przecież ty, ojcze, kiedy brałeś ślub z mamą, musiałeś ją kochać!

- Naturalnie, że tak. - Twarz ojca wyraźnie złagodniała. - To była miłość od pierwszego wejrzenia. Twoja matka była jeszcze młodziutka, pełna wigoru i bardzo zdeterminowana. Wiedziała, czego chce. - Uśmiechnął się. - Ale nie była pierwszą kobietą, o którą się starałem. Kiedy jeszcze nie znałem waszej matki, starałem się o rękę Wiktorii.

- Naprawdę?!

- Tak. I nie tylko ja. Była przecież najlepszą partią w całej Europie. O jej względy zabiegało kilkunastu książąt, a mnie, choć bogaty nie byłem, odwagi nie brakowało. Pisałem do niej, a jakże, nawet kilka razy, o tym, że pragnę złożyć jej wizytę. Miałem nadzieję, że zdobędę jej rękę, ale pogardziła mną, jak zresztą i wieloma innymi książętami, i wzięła sobie za męża Alberta von Sachsen-Coburg-Gothę.

- Który umarł, a ona, biedna wdowa, wtyka nosa w nasze sprawy! Przecież, jak powiedziałam, Alix i carewicz wyraźnie się sobie spodobali, a tu ona raptem wychodzi za Bertiego!

- Nie, nie powinnaś jej obwiniać. To prawda, że carewicz zwrócił uwagę na twoją siostrę, ale i tak nic by z tego nie wyszło, ponieważ Alix wcale się z tym nie kryła, że za żadne skarby nie zamieszkałaby w Rosji, ponieważ nie zna ich języka.

- Przecież na dworze rosyjskim też rozmawiają po francusku, prawda? O Boże! Alix o niczym nie ma pojęcia! Nie znosi deszczu, a słyszałam, że w Anglii pada bez przerwy. I tam właśnie się wybiera, i to na całe życie, tam, gdzie za każdym razem, gdy wyjdzie na dwór, będzie miała mokre buty. Jak będzie się z tym czuła?

- Da sobie radę. Dopilnujemy, żeby wzięła ze sobą jak najwięcej parasolek - powiedział ojciec z uśmiechem, a potem już na poważnie: - Dagmaro, mam prośbę. Wolałbym, żebyś nie dzieliła się z Alix swoimi wątpliwościami, bo to na pewno nie doda jej odwagi.

Nie protestowałam. Przecież ojciec miał świętą rację. Byłam tak bardzo pochłonięta sobą i swoimi odczuciami, że niewiele się zastanawiałam nad tym, co czuje Alix.

Skruszona podeszłam do ojca, a on objął mnie wpół, pocałował w czoło i zbeształ:

- Znowu wyszłaś na dwór bez kapelusza, Dagmaro! Twoja matka będzie bardzo zła.

- Trudno. Nie pierwszy raz i nie ostatni - odparłam rezolutnie, a w piersi ojca zadudniło. Zaśmiał się głośno, serdecznie i nadal obejmując mnie wpół, poprowadził ścieżką.

Szliśmy sobie nieśpiesznie, ojciec z córką, i było bardzo miło, dopóki znowu nie wpadłam w panikę, bo nagle sobie pomyślałam, że na Alix wcale się nie skończy. Mego ojca też stracę. Wiedziałam przecież, że król Danii jest bardzo chory i trwają gorączkowe przygotowania do oficjalnego potwierdzenia, że to ojciec jest następcą tronu. A kiedy na nim zasiądzie, to już nie będę miała ojca dla siebie, bo i on, i matka, królowa przecież, dzień i noc otoczeni będą tłumem lokajów i urzędników. My, ich dzieci, również.

Zadrżałam i ojciec od razu przygarnął mnie do siebie.

- Cóż takiego jeszcze ciebie trapi, Dagmaro? - spytał, a ja poczułam się nijako. Bo rozmyślam, denerwuję się, utrudniam życie sobie i innym, zamiast spojrzeć na to optymistycznie. Przecież chyba na całym świecie nie ma dziewczyny, która nie byłaby zachwycona, że jej rodzina zaszła tak wysoko. Ojciec król, matka królowa, więc ona będzie księżniczką. A poza tym kiedy Alix wyjedzie, to ja zostanę najstarszą niezamężną córką królewskiej pary.

- Papo, czy po ślubie Alix, kiedy wrócimy z Anglii, będziemy już musieli się przenieść do pałacu Amalienborg?

- Tak po prostu musi być, Dagmaro. Dla mnie to wielki zaszczyt, że król Fryderyk właśnie mnie wyznaczył na swego następcę. To prawda, że musi upłynąć jeszcze kilka miesięcy, zanim wszyscy w tej kwestii dojdą do porozumienia, ale Jego Królewska Mość nalega, byśmy już zaczęli żyć stosownie do swojej pozycji… - Ojciec urwał na moment i spojrzał na mnie, czyli w dół, bo tak jak moja matka byłam niewielkiego wzrostu. Alix natomiast była gibka i wysoka jak ojciec. - Nasz żółty dom nie jest odpowiednią siedzibą dla przyszłego króla i jego rodziny. Zrobimy z niego nasz letni pałacyk, a ty w Amalienborgu będziesz miała swoje pokoje. Zadowolona? Przez tyle lat nie miałaś swojego pokoju, a teraz będziesz miała ich kilka i wszystkie urządzisz wedle swego gustu.

- Ale Thyra będzie ze mną, prawda? - spytałam, od razu bowiem pomyślałam o młodszej siostrze, która pełna uwielbienia dla mnie, starszej siostry, chodziła za mną jak cień. Oczywiście wtedy, gdy nie baraszkowała z młodszym braciszkiem. - Bardzo bym chciała, papo. Szczerze mówiąc, to wolałabym nie mieszkać sama, i to w kilku pokojach.

- Naturalnie, niech mieszka z tobą. Cóż… - Zadumał się na moment. - Dagmaro, czeka nas wiele zmian i wszyscy musimy się dostosować. I zróbmy to najlepiej, jak potrafimy.

Pokiwałam głową z miną ponurą, a ojciec puścił mnie i sięgnął do kieszeni, oczywiście po kolejne cygaro. Jednocześnie spojrzał w stronę pałacu i znieruchomiał. Podążyłam za jego wzrokiem i w jednym z okien na piętrze zobaczyłam matkę, która machała do nas.

- Wygląda na to, że skończyły wcześniej, niż myśleliśmy - powiedział ojciec. - Chodźmy więc obejrzeć wyprawę twojej siostry. Pamiętaj, żadnych fochów. Masz być dla niej miła. Alix nie jest taka otwarta jak ty, a teraz bardzo potrzebuje twojego wsparcia, jak nigdy dotąd. Dlatego wystąp z inicjatywą i skłoń ją do szczerej rozmowy. Bardzo bym nie chciał, żebyście były skłócone, kiedy ruszymy w drogę do Anglii.

- Tak, papo - powiedziałam jak posłuszna córka, choć nie byłam taka pewna, czy chcę pogadać szczerze z siostrą. Wszystko przecież może się zdarzyć, także to, że raptem się dowiem, że moja siostra wcale nie będzie za mną tęsknić tak bardzo, jak bym chciała. Więc po co mi to?

ROZDZIAŁ DRUGI

Do kolacji zasiedliśmy w dużej sali pod skrzącymi się żyrandolami. Lokaje w liberiach i białych rękawiczkach podali zupę, pieczonego łososia, soczystą zieleninę, potem świeżo upieczone ciasta i karafki z czerwonym winem z Bordeaux. Czyli prawdziwa uczta. Było tego tyle, że moglibyśmy jeść przez cały tydzień. Moja matka, wyprostowana w krześle, dyrygowała służącymi z taką swobodą, jakby od dziecka rozkazywała legionom. Natomiast Waldemar i Thyra, wyszorowani po harcach w ogrodzie i usadzeni na pozłacanych krzesłach przy wielkim i nakrytym obrusem stole, byli wyraźnie speszeni obfitością srebrnych sztućców koło ich talerzy.

- Tym widelczykiem je się sałatkę - szepnęłam do Thyry, trącając ów widelczyk palcem. - A tym większym mięso i rybę. Zawsze zaczynasz brać od zewnętrznej strony, rozumiesz?

Siostra pokiwała głową obsypaną ciemnozłotymi puklami ozdobionymi wstążką. Tak jak ja odziedziczyła po ojcu duże, wyraziste brązowe oczy i zadarty nos. Natomiast mały Waldemar, jak i Alix, podobny był do matki. Jasnowłosy, oczy miał szaroniebieskie i bardzo jasną karnację.

Jedliśmy w skupieniu. Rodzice, owszem, rozmawiali, ale bardzo cicho. Niewątpliwie o wyprawie ślubnej i naszym wyjeździe do Anglii. Prawie ich nie było słychać, a przedtem, w naszym żółtym pałacyku, podczas posiłków nieraz toczyliśmy burzliwe dyskusje. Teraz nie, i była to kolejna oznaka, że nasze życie nie jest już takie samo. Bo przy tym stole panowała cisza prawie jak makiem zasiał.

Dopóki nie odezwał się czteroletni Waldemar, a uczynił to bardzo głośno i bardzo zdecydowanie:

- Ja chcę jechać do Anglii!

Szybko przycisnęłam do ust serwetkę, przecież wiadomo, że omal nie roześmiałam się jak głupia.

- Ale dzieci nie zaprasza się na ślub - powiedziała matka. - Zostaniesz tu razem z Thyrą i waszą guwernantką…

- Nie! - Waldemar uderzył piąstką w stół. - Ja chcę jechać do Anglii! Ja chcę!

Matka spojrzała na ojca, który podobnie jak ja sprawiał wrażenie, że zaraz wybuchnie śmiechem, i oznajmiła:

- Drogi Chrystianie, bardzo proszę! Powiedz swemu synowi, że takiego zachowania nie będziemy tolerować.

Ojciec od razu spoważniał.

- Waldemarze - zaczął, wyraźnie starając się, by zabrzmiało to surowo. - Masz słuchać matki.

Braciszek skrzywił się, oczy zalśniły mu podejrzanie, ale Alix pogłaskała go po rączce i coś do niego zaszeptała. A on spojrzał na nią z niedowierzaniem i spytał:

- Nowy pociąg?

- Tak, obiecuję. - Alix pokiwała głową. - Słyszałam, że w Anglii robią śliczne zabawki, a zwłaszcza pociągi.

Naturalnie powstrzymałam się od wygłoszenia, że w Danii również robią niezgorsze zabawki. Mieliśmy śliczną kolejkę po naszych starszych braciach, która jeździła idealnie, dopóki Waldemar w napadzie złości jej nie stratował.

Nagle Alix, ku memu wielkiemu zaskoczeniu, zwróciła się do rodziców z prośbą, a tak naprawdę żądaniem:

- Nie rozumiem, dlaczego nie mógłby pojechać razem z nami. W końcu to mój ślub, a ja chciałabym, żeby była na nim cała moja rodzina!

O proszę! Jakoś dotąd nie słyszałam, żeby Alix tak otwarcie i zdecydowanie wyrażała swoje zdanie. Podekscytowana wyprostowałam się w krześle, a matka na moment zamilkła, niewątpliwie również zaskoczona, i to bardzo niemile.

- Nie będzie miał kto się nimi zająć - powiedziała po chwili. - Przecież będzie tam cała rodzina królowej Wiktorii, tak samo wielu innych znamienitych gości. Ja na pewno nie będę miała czasu na pilnowanie dzieci.

- Przecież Minnie może się nimi zająć!

- Oczywiście! - przytaknęłam skwapliwie. - Nie spuszczę ich z oka.

- Świetnie. A więc to ustaliliśmy - powiedział ojciec z wyraźną ulgą.

Natomiast matka spiorunowała go wzrokiem i zacisnęła wargi. A mały Waldemar niewątpliwie wydałby triumfalny okrzyk, gdyby matka i na niego nie spojrzała gniewnie, dlatego chłopczyk natychmiast spuścił głowę i zaczął dziobać widelcem pieczoną rybę. Dziobał i dziobał, aż wreszcie Alix wyjęła mu widelec z ręki, by pomóc w jedzeniu. Jednocześnie zerknęła na mnie i uśmiechnęła się z wyraźną wdzięcznością, i w tym momencie byłam już całkowicie pewna. Mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło, nadal jesteśmy sobie bliskie, i jak radził ojciec, koniecznie musimy pogadać w cztery oczy szczerze, jak siostry.

Po kolacji Waldemar i Thyra, naturalnie bardzo niezadowoleni, zostali wysłani na górę, żeby kłaść się już spać, a reszta towarzystwa przeszła do salonu. Ojciec nalał sobie koniaku, matka zajęła się robótką.

- Minnie, zagraj nam coś - powiedziała po chwili, nie podnosząc głowy, ponieważ właśnie nawlekała nitkę.

W żółtym domu mieliśmy stare zniszczone pianino, a w tym pałacu wielki fortepian. Tak wielki i piękny, że kiedy zaczęłam grać, miałam wrażenie, jakby tych pięć palców u każdej dłoni niczym się nie różniło. Same kciuki. Grałam bardzo źle, robiąc podstawowe błędy. Naturalnie nie była to wina fortepianu, lecz mego nastroju, który znów był nie najlepszy. Z Alix musiało być podobnie, bo nie odzywała się, tylko usiadła przy oknie i patrzyła na ogród spowity już mrokiem.

- Minnie, za jakie grzechy ty tak katujesz biednego Haendla? - spytała matka cierpkim głosem i moje ręce natychmiast znieruchomiały.

Alix powoli odwróciła się od okna i westchnęła.

- To był ciężki dzień. Chyba pójdę się już położyć.

- Już? - spytała matka. - Tak wcześnie? Przecież jeszcze nie noc.

Ale i tak wstała, pocałowała rodziców w policzek na dobranoc i ruszyła do drzwi.

- Ja też idę - oznajmiłam, zrywając się na równe nogi i zanim matka zdążyła mnie zawołać, byłam już na korytarzu, a zaskoczona moim widokiem siostra zatrzymała się w pół kroku i wlepiła we mnie oczy. - Alix? Naprawdę padasz już z nóg? Czy pogadamy?

Uśmiechnęła się pierwszy raz tego wieczoru.

- Tak bardzo byłam ciekawa, kiedy mnie wreszcie o to poprosisz.

- Przecież wiem, ile masz na głowie, dlatego zwlekałam.

- A mam, niestety mam. Nie miałam pojęcia, że przygotowania do ślubu są aż tak męczące. Jeśli każą mi przymierzyć jeszcze jeden kapelusz albo suknię, to nie ręczę za siebie. Ale co tam! Idziemy na górę, do mojego pokoju?

- Nie! - odparłam zdecydowanym tonem, bo nie miałam ochoty patrzeć na te stosy nowych rzeczy, które mają być zabrane do Anglii, a teraz zawalają cały pokój Alix. - Porozmawiamy w galerii.

Wyłożona czarnymi i białymi płytkami szeroka galeria, która ciągnęła się wzdłuż ściany pałacu od strony ogrodów, spowita była mrokiem. Bujne rośliny w porcelanowych żardynierach wyglądały jak pokryte piórami bestie pochylające się nad białymi sprzętami z wikliny, których nienawidziłam, bo zawsze zahaczałam o nie suknią. Dlatego, choć sama wybrałam to miejsce, na owe sprzęty spojrzałam sceptycznie.

- Siadaj! - powiedziała Alix. - Jeśli zahaczysz suknią i wyciągnie się jakaś nitka, to żaden kłopot. Nasze szycie przy świecach należy już do przeszłości! Teraz ktoś zrobi to za nas.

Usiadłam więc na najbliższym krześle, a Alix, sadowiąc się naprzeciwko, kończyła swoje wywody:

- Chyba nie jesteś niezadowolona, że mamy służbę. Minnie, co za ulga, kiedy nie ma się już połamanych paznokci ani kciuków pokłutych igłą.

- Powiem szczerze. Niezadowolona jestem z tego ich gadania. Przecież oni mają zawsze oczy i uszy otwarte. Stanowczo wolałabym nie służyć za temat do plotek na kuchennych schodach.

Alix spojrzała w dół, na swoją rękę, skubiącą nerwowo koronkę przy mankiecie.

- Chyba jesteś rozgniewana, Minnie.

- Ja? Nigdy w życiu! - wybuchnęłam zła jak osa, bo przecież powiedziała to samo, co sugerował ojciec. - A jeśli nawet nie jestem w najlepszym nastroju, to muszę mieć ku temu jakieś powody.

- A jakie? - spytała cicho Alix, powoli podnosząc głowę. W mroku galerii jej oczy wydały się przeogromne.

Oczywiście, że chciałam jej wszystko powiedzieć. Że jestem zła, ponieważ wychodzi za kogoś, do kogo najpewniej nie żywi żadnych cieplejszych uczuć. Że matka popełnia wielki błąd, zmuszając ją do tego małżeństwa, wbijając do głowy, że to jej święty obowiązek. Nie bardzo jednak wiedziałam, od czego zacząć, i w rezultacie skończyło się na jednym krótkim pytaniu:

- Alix, dlaczego powiedziałaś "tak"?

Milczała, ale nie odwracała głowy. Nadal patrzyła na mnie, ale jej spojrzenie było dalekie, prawie nieobecne, i to mnie zdopingowało, by coś jeszcze dodać:

- Przecież on jest ci całkowicie obojętny. Prawie go nie znasz.

Nastała chwila ciszy, aż wreszcie padła odpowiedź. Bardzo wyważona.

- A więc twoim zdaniem, Minnie, zgodziłam się na to małżeństwo, choć go wcale nie aprobuję? Otóż nie, mylisz się. Owszem, nie znam go i nie wiem, czy uczyni mnie szczęśliwą, ale poprosił mnie o rękę i dzięki temu zostanę księżną Walii. Zanim wyraziłam zgodę, wszystko sobie przemyślałam…

- Ty wyraziłaś zgodę? Czy raczej nasza matka? Alix, zawsze myślałam…

- Niby co? Co sobie zawsze myślałaś?

Była tak pełna powagi, że trochę spuściłam z tonu.

- No… myślałam, że my obie, ty i ja, wyjdziemy za mąż z miłości, tak jak nasi rodzice.

W kącikach ust Alix pojawiły się drobne zmarszczki. Uśmiechnęła się, ale tak jakoś mało radośnie. W tym uśmiechu najwięcej było rezygnacji… jakby siostra miała przed sobą całą stertę ubrań do łatania.

- Minnie, nie jesteśmy już dziećmi, które nie mogą się doczekać, kiedy wieczorem bracia Grimm opowiedzą im swoje bajki. Nasz ojciec będzie królem. Musimy wyjść za odpowiednich kandydatów do naszej ręki, by przysłużyć się ojczyźnie. Dania nie jest krajem wielkim i potężnym, a wrogów nam nie brakuje. Przede wszystkim Prusy. Bismarck, ten diabeł wcielony, jest bardzo niezadowolony, że na duńskim tronie zasiądzie nasz ojciec, a nie ten, kogo on popierał. Takie jest życie, moja droga. Dla nas czas bajek i baśni minął już bezpowrotnie.

- Baśni! - powtórzyłam podniesionym głosem i zamilkłam, nabierając głęboko powietrza, żeby się trochę uspokoić. Moja siostra, którą wielki świat zawsze niewiele obchodził, nagle zaczyna mówić jak dyplomata! - Tu nie chodzi o żadne bajki, ale o męża. A skoro mówisz, że powinnyśmy przysłużyć się naszemu krajowi, to na księciu Walii świat się nie kończy. Weź na przykład takiego Nixę Romanowa. Gdybyś została jego żoną, na pewno wyszłoby to Danii na dobre, bo śmiem twierdzić, że imperium rosyjskie jest o wiele potężniejsze niż imperium brytyjskie. A carewiczowi wyraźnie się spodobałaś. I to bardzo.

- Ja? Carewiczowi? - wykrzyknęła wyraźnie rozbawiona. - Niestety, znów się pomyliłaś, moja droga.

- Tak sądzisz? Bo ja jednak w Rumpenheim widziałam coś, co dobitnie by świadczyło, że mam rację! Widziałam, jak na ciebie patrzył, kiedy rozmawiałaś z tym nudnym Bertiem, księciem Walii. Rozmawiałaś zresztą ze wszystkimi, usta ci się nie zamykały, a Nixa prawie ani słowa, do nikogo, tylko cały czas wlepiał w ciebie oczy. Ojciec powiedział mi, że Nixa na pewno poprosiłby o twoją rękę, gdybyś nie powiedziała mu, że nie mogłabyś mieszkać w Rosji, ponieważ nie znasz ich języka. Alix, przecież na dworze Romanowów rozmawiają po francusku! Nie wiedziałaś o tym? A twój francuski jest o wiele lepszy niż angielski.

- Powiedziałam to, żeby Nixa uniknął kłopotliwej sytuacji. Zamierzał mi się oświadczyć tylko dlatego, że ojciec mu kazał. Car Aleksander nie chce, by jego syn ożenił się z jakąś Prusaczką.

- Ale przecież ty Prusaczką nie jesteś!

- Oczywiście, że nie. Ale zrozum, Nixa wcale nie ma na mnie ochoty! Bo ja też coś zauważyłam, Minnie! Też w Rumpenheim, i coś bardzo istotnego. Może Nixa faktycznie czasami zerknął na mnie, ale tak naprawdę to gapił się na ciebie! Był tobą oczarowany, a kiedy rozmawiał ze mną, to tak naprawdę pytał o ciebie. Mało tego, chciał prosić o twoją rękę, ale nasz ojciec w ogóle nie chciał o tym słyszeć. A car wysłał Nixę, by starał się o mnie. Właśnie tak to wyglądało i w rezultacie ja, dając carewiczowi do zrozumienia, że nie jestem nim zainteresowana, oszczędziłam wszystkim kłopotu.

Skończyła, a ja ani słowa, bo jak rzadko kiedy po prostu odjęło mi mowę.

- Och, Minnie! - Rozbawiona Alix poklepała mnie po ręce. - Czy naprawdę jesteś aż tak ślepa? Przecież wszyscy to zauważyli. Nawet Bertie, ten, jak to powiedziałaś, nudziarz, powiedział, że Nixa zachowuje się jak zakochany łabędź.

Naturalnie w mojej pamięci natychmiast ożył pobyt w Rumpenheim. Konne przejażdżki o poranku, obiady w pawilonach rozstawionych na trawniku przed zamkiem, kiedy nikt nie musiał śpieszyć się z jedzeniem, a wieczorem tańce i gra w wista. Wszystko to zachowałam w pamięci, ale wspomnienie o samym carewiczu było bardzo mgliste. Taka bliżej nieokreślona postać w wyjątkowo starannie wyglansowanych butach. Carycę, jego matkę, znałam od lat. Była to księżniczka z Hesji-Darmstadt, krewna mojej matki, z tej gałęzi rodu, która stworzyła dynastię. Caryca Maria Aleksandrowna. Zawsze jej się trochę bałam, w Rumpenheim naturalnie też. Siedziała sztywna, wyprostowana, z dumną miną arystokratki. Oczy bez uśmiechu spoglądały surowo, przekazując bez słów, co otulona w sobole caryca sądzi o naszym skromnym, znoszonym ubraniu. Mimo to ona i moja matka pisywały do siebie regularnie, poza tym caryca, która co roku udawała się na wywczasy do Nicei, kiedy przejeżdżała przez Danię lub Niemcy, zawsze chciała się z nami spotkać. Dzięki temu poznałyśmy jej najstarszego syna, Mikołaja, zwanego Nixą, który jej towarzyszył. Dla mnie był to po prostu jeszcze jeden młody człowiek z bardzo wysoko postawionej rodziny, którego mi przedstawiono. Bardzo układny, jednocześnie też bardzo powściągliwy. A w Rumpenheim wcale mu się nie przyglądałam tak od siebie, tylko byłam skupiona na tym, czy on zwraca uwagę na Alix, czy nie.

Dlatego mojej uwadze umknęło to, co zdaniem siostry zauważyli wszyscy.

- To absurd - powiedziałam. - Nie wierzę, że zapragnął mnie, skoro mógł mieć ciebie.

- Ależ Minnie! Mówisz tak, jakbyśmy były rywalkami! A prawda jest taka, że spodobałaś się carewiczowi tak bardzo, że przed wyjazdem z Rumpenheim nie poprosił cię o rękę tylko dlatego, że jak już powiedziałam, nasz ojciec twardo stanął na stanowisku, że najpierw car powinien zaaprobować zamiary Nixy. Tak więc sama widzisz, że nigdy się nie zanosiło na to, że Nixa Romanow będzie moim mężem. A twoim może być. Czemu nie? Powinnaś się nad tym zastanowić. Nixa wydaje się pełen determinacji i zapewniał naszego ojca, że caryca sprzyja temu małżeństwu. Nasza matka również jest przychylna, a jeśli chodzi o cara Aleksandra, to kto wie, czy nie wyrazi aprobaty. W końcu pruską księżniczką nie jesteś.

- W ogóle nie jestem księżniczką! Przecież nasz ojciec nie nosi jeszcze korony!

- Ale w oczach całego świata jesteśmy już księżniczkami. Och, Minnie! Kiedy ty w końcu dorośniesz? Kiedy zaczniesz widzieć świat takim, jakim jest naprawdę, a nie takim, jakim chcesz go widzieć? Jesteśmy już księżniczkami, a kiedy nasz ojciec włoży koronę, będziemy księżniczkami na wydaniu.

- Ale ty nie - nie omieszkałam przypomnieć. - Ty należysz już do Bertiego, księcia Walii.

- Owszem. - Szary jedwab zaszeleścił, kiedy Alix wstawała z krzesła. - Moja przyszłość została już postanowiona, ale twoja jeszcze nie, i masz czas na to, żeby wybrać mądrze. Nie tylko słuchać swego serca, lecz także tego, co podpowie ci rozum. Miłość zawsze zwycięża tylko w sonetach, bo w prawdziwym życiu nie zawsze potrafi uchronić człowieka przed wszelkim złem.

- Tak powiadasz? Alix, czy ty przypadkiem nie wychodzisz za Bertiego głównie po to, by czuć się bezpieczna?

- Między innymi. A wracając do Nixy, to powtarzam, nawet gdyby mi się oświadczył, nigdy bym nie oddała mu swej ręki. Naprawdę nie chcę mieszkać w Rosji, po prostu bym się bała. Nie jestem tak żądna przygód jak ty… - Alix zamilkła, a kiedy znów się odezwała, mówiła już ciszej, o wiele łagodniej. - Minnie? Nadal się na mnie gniewasz?

- Ja? Ja nigdy się na ciebie nie gniewałam - szepnęłam.

- Och, nie zaprzeczaj. Byłaś na mnie zła, i to nawet bardzo. Ale wyjaśniłyśmy sobie to i owo, prawda? Ty i ja, dwie siostry. I zawsze tak będzie, prawda, Minnie? Zawsze będziemy sobie bliskie, bo ja zawsze będę ciebie bardzo kochać.

Chciałam ją objąć, i to bardzo, dlatego zaczęłam podnosić się z krzesła. Oczy miałam pełne łez, wzruszona tym, co usłyszałam. A także przytłoczona swoją ignorancją. Alix była starsza ode mnie o trzy lata, a mądrzejsza chyba o dziesięć.

Wstałam, wyciągnęłam do niej ręce, ale Alix ruszała już ku drzwiom.

- Na uściski i łzy będzie czas, gdy będziemy się żegnać! - rzuciła z uśmiechem i znikła w głębi domu. Moja siostra, której niebawem tu nie będzie. Odchodzi, by mieć bezpieczną przyszłość. Oczywiście nadal będzie moją siostrą, ale już nie tu, pod bokiem, lecz na Wyspach Brytyjskich, a to wielka różnica. Byłam tym tak przybita, że o tej drugiej sprawie, w końcu nie takiej błahej, w ogóle nie myślałam.

O tym, że następca rosyjskiego tronu być może chce się ze mną ożenić.

ROZDZIAŁ TRZECI

Wróciliśmy do Kopenhagi, do naszego żółtego pałacyku, do jego pokoi cuchnących stęchlizną, gdzie kanapy przykryte były szalami, żeby nie było widać końskiego włosia wystającego z dziur w przetartym obiciu. Gdzie draperie w oknach, prane niezliczoną ilość razy, były wystrzępione, a na ścianach wszędzie wisiały oprawione w ramki akwarelki, dzieła moje i Alix. Byłam bardzo zadowolona, że wróciłam do domu, choć jednocześnie tęskniłam za czymś innym. Tak, bo ten pałacyk, zmęczony tupotem naszych nóg - wychowało się tu przecież sześcioro dzieci! - przestawał już być naszym miejscem na ziemi, skoro najważniejsza dla nas stała się przyszłość.

Mama i Alix były prawie nierozłączne. Codziennie wiele godzin spędzały tylko we dwie, po raz kolejny przeglądając ślubną wyprawę albo udając się z wizytą do którejś z czcigodnym matron z arystokratycznego rodu, które nagle zauważyły, że istniejemy, i koniecznie chciały zaprosić do siebie na obiad przyszłą księżną Walii. Ojca również często w domu nie było, ponieważ król wzywał go na królewski dwór. W rezultacie skazana byłam na młodsze rodzeństwo, a więc znudzona, ponieważ nawet nie mogłam posprzątać czy połatać, skoro mieliśmy teraz służbę. Czytałam więc rodzeństwu nasze zniszczone książki z bajkami, bawiłam się z nimi i pewnie tylko dzięki temu nie wpadłam w melancholię. Choć martwiłam się też o nich, o Thyrę i Waldemara, bo jak oni sobie poradzą, skoro lat mają tak jeszcze niewiele, a jako członkowie rodziny królewskiej stają się już osobami publicznymi. Bardzo chciałam ich chronić, ale co konkretnie mogłam zrobić? Nic. Tak samo jak dla siebie.

Wieczorami długo nie mogłam zmrużyć oka. Leżałam w ciemnościach, zastanawiając się nad chytrym sposobem ucieczki. Chociażby to: przebieramy się dla niepoznaki, wsiadamy na statek i płyniemy do kolonii, do którejkolwiek, i tam, w tej kolonii, będziemy zwyczajnymi ludźmi. Nie miałam jeszcze żadnego pomysłu na to, co konkretnie będziemy tam robić, ale najważniejsze, że będziemy daleko stąd. Inny wariant, o wiele łatwiejszy, polegał na tym, że ojciec dochodzi do wniosku, że tak naprawdę to on wcale nie chce rządzić. Rezygnuje z korony i możemy sobie żyć jak dotychczas. Wszyscy, bo królowa Wiktoria wcale nie ma już ochoty, by Alix wyszła za jej syna. I wtedy… Czyli marzenia ściętej głowy. Przecież wiadomo, że stanie się to, co ma się stać. Nadejdzie zima z wichrem i śniegiem, potem koniec zimy i na początku marca 1863 roku szykować się będziemy do wyjazdu.

I tak też się stało. Chwila wytchnienia - i nudy - dobiegła końca i w całym domu rozpętało się prawdziwe pandemonium. Pakowano kufry i przewożono na statek. Matka przemierzała dom wzdłuż i wszerz marszowym krokiem, wydając na prawo i lewo rozkazy ledwie żywym służącym. Ostatnim ich zadaniem było przykrycie wszystkich mebli prześcieradłami. W rezultacie cały spowity bielą pałac wyglądał tak, jakby przykryto go gigantycznym całunem.

W przeddzień wyjazdu, wieczorem, odczekałam, aż matka wyjdzie wreszcie z pokoju Alix, i wślizgnęłam się tam, by pobyć z siostrą sam na sam.

- Boisz się, Alix? - wyszeptałam.

Zdecydowane pokręciła głową i odparła buńczucznie:

- A dlaczego miałabym się bać?

Nadrabiała miną, a była przecież wylękniona. Kiedy wsiadała do pociągu, zagryzała wargi, a głowę miała uniesioną przesadnie wysoko.

Pociąg zawiózł nas do Brukseli, gdzie czekał przysłany po nas jacht królowej Wiktorii. Nasi rodacy tłumnie zapełnili dok, by pożegnać Alix. Machali do niej, wykrzykiwali jej imię, a mnie po prostu chciało się śmiać. Przedtem jakoś nikt nigdy naszych imion nie wykrzykiwał, nikt do nas nie machał.

Natomiast powitanie w Anglii bardzo mi się podobało, choć oczywiście padało i drżeliśmy z zimna w naszych nowych ubraniach, które kosztowały niemało, o czym matka nie omieszkała nam co jakiś czas przypomnieć. Kiedy przejeżdżaliśmy ulicami Londynu, wyległy na nie tysiące poddanych królowej Wiktorii wznoszących okrzyki na cześć narzeczonej następcy tronu. Alix jechała krytym powozem razem z matką i przyszłym mężem Bertiem, który powitał nas sardonicznym uśmiechem pod bujnym wąsem i którego frak - wyczułam to - pachniał damskimi perfumami. Ja wraz z ojcem jechałam za nimi wpatrzona w wiwatujących Brytyjczyków, którzy sprawiali wrażenie, że są całkowicie odporni na lodowaty deszcz.

Kiedy spojrzałam na ojca, skwitował z uśmiechem:

- Tu najważniejszy jest parasol!

Też się zaśmiałam i kiwnęłam głową, bo oczywiście, że tak. Nasza Alix potrzebuje co najmniej tuzina parasolek. Na początek.

Do pociągu wsiedliśmy na stacji Paddington, a do zamku Windsor dotarliśmy o zmierzchu, mijając po drodze jeszcze większe tłumy mieszkańców Albionu pragnących zobaczyć nową księżną. Jechaliśmy długo, więc przemarzłam. Nogi miałam jak lód i równie lodowate dłonie w rękawiczkach z cielęcej skóry, ale prawie tego nie zauważyłam zbyt przejęta faktem, że za chwilę poznam królową Wiktorię. Słynną królową, która wstąpiła na tron w wieku osiemnastu lat i za jej panowania Brytyjczycy znacznie powiększyli swoje zamorskie posiadłości, ostatecznie podporządkowując sobie też Indie. Z księciem Albertem, z którym miała dziewięcioro dzieci, stanowili przykładne małżeństwo, niestety książę zmarł przedwcześnie, a całe imperium okryło się żałobą. I mimo że żyliśmy wtedy na uboczu, dotarły do nas wieści o największej rozpaczy Wiktorii, która nigdy nie przestała opłakiwać ukochanego męża. Moja matka powiedziała wówczas, że powinno się zrobić wyjątek i kiedy Wiktoria zakończy życie, należy pochować ją w tym samym grobie, w którym leży mąż.

Zawsze wyobrażałam Wiktorię jako starożytną boginię. Surową, bezwzględną, ubraną w czerń. I taka właśnie była, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Stała w wielkiej pałacowej sieni otoczona przez damy dworu, czyli wianuszkiem szerokich fałdzistych spódnic i czepków z falbankami. Ona na czarno, damy na ciemno. Nie była wysoka. Przeciwnie, była jeszcze niższa, niż się spodziewałam, ale od razu przyciągała wzrok. Po prostu było wiadomo, że to ona, Victoria Regina. Stoi tam, a cały świat kręci się wokół niej. Takie odnosiło się wrażenie. Że ona na pewno razem z tym światem się nie kręci.

Uniosła czarny welon, spojrzała na nas szklistym wzrokiem i spytała opryskliwie:

- Co was tak długo nie było?

- Mnóstwo gapiów - przekazał lakonicznie Bertie, wysuwając się o krok do przodu.

Wiktoria pokiwała głową i skierowała spojrzenie na Alix, która przykucnęła w nieco opóźnionym ukłonie.

- Wreszcie tu jesteś - powiedziała Wiktoria i objęła Alix. Zrobiła to skwapliwie, jakby usychała z tęsknoty za nią.

Wszyscy złożyliśmy głęboki, dworski ukłon. Królowa przez dobrą chwilę nie wypuszczała Alix z objęć, a ja patrzyłam w bok, bo otaczające Alix tłuste ręce okryte czernią kojarzyły mi się ze skrzydłami kruka. Bałam się, że brytyjska królowa udusi mi siostrę, ale w końcu ją puściła. Musiała być wzruszona, bo jej oczy lśniły podejrzanie.

Ale to, co padło z ust, było surowe i karcące:

- Spóźniliście się. Obiad będzie podany za godzinę. Proponuję, żebyście przeszli do swoich pokoi, by się odświeżyć. Ja do stołu nie zasiądę. Jestem zbyt znużona tym czekaniem. Zobaczymy się jutro.

Królowa odwróciła się i odeszła, a gromadka posępnych dam dworu ruszyła w ślad za nią, podobnie jak stadko zadziwiająco potulnych spanieli.

Alix spojrzała na mnie przez ramię. Nie, nie wyglądała na wystraszoną. Raczej na pełną rezygnacji.

Przygotowania do ślubu zajęły cały tydzień, oczywiście wypełniony również czymś innym, z tym że z Alix niewiele się widywałam. Owszem, zdarzały się nam króciutkie chwile sam na sam, ale kiedy byłyśmy wśród ludzi, rzadko udawało mi się do niej podejść, ponieważ kłębiących się ludzi zwykle było wielu i siłą rzeczy oddzielali mnie od siostry. Z tym że punktem centralnym zawsze była królowa, wokół której kręciło się wszystko. Zauważyłam też, że Alix i Wiktoria stają się sobie coraz bliższe. Królowa nie była skora do okazywania uczuć, niemniej podczas obiadu, popołudniowej herbaty czy nieskończenie długiego spaceru po ogrodzie - naturalnie w towarzystwie spanieli, które zawsze były w pobliżu władczyni - Wiktoria często kładła dłoń na ramieniu Alix, jakby przekazując światu, że moja siostra należy już do Brytanii.

Ojciec był praktycznie ignorowany. Traktowano go jako niewiele znaczącego gościa, a przecież był i ojcem narzeczonej, i następcą tronu duńskiego. Był również księciem Schleswig-Holsteinu i Lauenburga - to znaczy tytuły miał, bo księstw niestety nie. Zastanawiałam się, czy przypadkiem powodem nie były tu jego zaloty do Wiktorii, o czym królowa wolałaby nie pamiętać, ponieważ zamieniała z nim kilka słów tylko wtedy, gdy wymagał tego protokół. Dochodziło do tego bardzo rzadko, a przecież to ona ów protokół ustalała. Matka była zbyt zajęta, żeby to zauważyć i czuć się urażona. Kiedy tylko była ku temu sposobność, krzątała się przy Alix, a poza tym biegała za Thyrą i Waldemarem, którzy niestety często wymykali się spod mojej kontroli. Ganiali się po zamku, bawili w chowanego z dziećmi córki Wiktorii, Vicky, żony następcy tronu pruskiego, albo po prostu psocili. Na przykład chowali w swoich alkowach części zbroi, i potem, pobrzękując nimi, straszyli służących.

Pewnego pięknego dnia - to znaczy na tyle pogodnego, na ile może być pogodny dzionek w Anglii - wybraliśmy się na przejażdżkę konną. Ojciec był znakomitym jeźdźcem, co zawdzięczał Królewskiej Straży Konnej, w której służył jakiś czas, po prostu żeby zarobić. Naturalnie mowa o czasach, gdy jeszcze nie był następcą tronu. Konie kochał i zależało mu, by wszystkie jego dzieci dobrze trzymały się w siodle. Alix, owszem, samymi końmi była zachwycona, ale jeździła tylko na najspokojniejszych, za to ja wprost przeciwnie. Nie znałam większej frajdy niż dosiąść prawdziwego rumaka, poczuć jego siłę i szybkość. Dlatego z radością wybrałam się na tę przejażdżkę w licznym gronie, ponieważ wiele dam i dżentelmenów dosiadło wierzchowców z królewskiej stajni. I pękałam z dumy, kiedy mój ojciec, jeszcze przed wyjazdem, na dziedzińcu, na czyjąś prośbę zademonstrował swoje jeździeckie umiejętności. A panował nad koniem tak znakomicie, że nawet Wiktoria wymamrotała coś na kształt pochwały.

Nie przewidziałam, że będzie mi potrzebny strój amazonki. Nie miałam więc również odpowiedniego nakrycia głowy, czyli damskiego cylindra, dlatego zebrane nad karkiem włosy schowałam pod siatką. Ta siatka musiała zadziwić królową, bo spojrzała na nią podejrzliwie, kiedy lustrowała całe towarzystwo wyruszające na przejażdżkę. Sama nie dosiadła konia, natomiast jej młodszy syn, osiemnastoletni Alfred, na konia wsiadł. Zwykle trzymał się na uboczu, po matce miał zimne niebieskie oczy i wiecznie niezadowoloną minę. Sprawiał wrażenie, jakby nikt i nic mu się nie podobało, z wyjątkiem jedzenia i picia, i na tym polu działał bardzo energicznie. Został zmuszony do tego, by jechać obok mnie, i o dziwo, jakoś to wytrzymywał. Mało tego, jechał tak blisko, że co jakiś czas trącał nogą moją nogę, a nawet krzyknął do mnie:

- Zadowolona z pobytu w Anglii?

- Bardzo! - odkrzyknęłam z promiennym, a jakże, uśmiechem, i popędziłam konia, by dołączyć do Alix i Bertiego, którzy jechali na samym przedzie. Wbrew moim początkowym obawom, zaczynałam czuć sympatię do przyszłego szwagra, chociażby dlatego, że ten obieżyświat i kosmopolita był wobec Alix wyjątkowo uprzejmy, co świadczyło o tym, że nawet jeśli kocha ją tyle, co ona jego - czyli w ogóle - to jednak ten związek będzie oparty na wzajemnym szacunku.

Pobyt na świeżym powietrzu, i to na końskim grzbiecie, dobrze wszystkim zrobił. Towarzystwo wróciło w doskonałych nastrojach, a kiedy szłam do swego pokoju, by przebrać się do popołudniowej herbaty - tego pełnego powagi rytuału, w którym zgodnie z wolą Wiktorii wszyscy mieliśmy wziąć udział - nagle pojawiła się przede mną jedna z tych jej wszechobecnych dam dworu w ciemnych szatach i oznajmiła:

- Jej Królewska Mość życzy sobie was widzieć, madame.

Prywatna audiencja była czymś szczególnym, niestety nie wypadało prosić o parę chwil zwłoki na doprowadzenie się do porządku po przejażdżce. Kiedy królowa wzywa, należy bezzwłocznie udać się do niej. Wygładziłam więc tylko pomiętą spódnicę dłonią, która pachniała koniem, i ruszyłam za damą dworu obwieszonymi gobelinami korytarzami zamku Windsor, kierując się do gabinetu królowej. Dama dworu zapukała do drzwi i królowa zawołała:

- Proszę wejść!

Dama dworu otworzyła drzwi i oddaliła się.

Weszłam do gabinetu, ściskając w rękach rękawiczki i siatkę ściągniętą z głowy w ostatniej chwili. I zadrżałam, bo w tym gabinecie, wyłożonym piękną boazerią, panował taki ziąb, że dostrzegłam swój oddech. Owszem, był kominek, ale idealnie wysprzątany. Tylko on, bo cały gabinet, jak większość pokoi w tym zamku, był po prostu zagracony. Zgromadzono tu mnóstwo bezużytecznych bibelotów, jak i bezcennych dzieł średniowiecznych rzemieślników. Stoliki zastawione były dagerotypami w srebrnych ramkach i figurkami z porcelany. Ściany zawieszone okopconymi malowidłami, w każdym kącie ustawiono marmurowy biust, a wszędzie wokół książki.

Królowa z piórem w dłoni siedziała przy sekretarzyku nad stertą papierów. Słyszałam, że Wiktoria namiętnie koresponduje. Każdego dnia przez wiele godzin pisze listy do krewnych lub też polecenia dla gubernatorów w najdalszych zakątkach imperium.

- Powiedziano mi, że wspaniale trzymasz się w siodle - stwierdziła, nie podrywając głowy.

- Dziękuję, Wasza Królewska Mość.

Czy powinnam również złożyć dworski ukłon? Może i tak, ale składając ukłon, trzeba przykucnąć, a ja obolałym po długiej jeździe nogom niezbyt ufałam. Stałam więc, ściskając rękawiczki i siatkę, a pióro królowej nadal cichutko skrzypiało, przesuwając się po papierze.

- Często jeździsz konno?

- Tak, Wasza Królewska Mość. W Danii jeżdżę, kiedy tylko jest ku temu sposobność…

- Nie o to chodzi… - Posłała mi przeszywające spojrzenie. - Chodzi o to, jak wtedy wyglądasz.

W pierwszej chwili nie zrozumiałam, o co jej chodzi, ale już w drugiej pojęłam i skruszona spuściłam głowę.

- Nie wzięłam ze sobą odpowiedniego kapelusza, Wasza Królewska Mość - bąknęłam, powstrzymując się od gorączkowego przygładzenia zwichrzonych loków.

- Jak widać… - Królowa skończyła pisać, posypała list piaskiem, by atrament wysechł, i dokończyła: - Mogłaś mnie poprosić, Dagmaro. Na pewno znalazłoby się coś odpowiedniego.

- Minnie… - Tak, ośmieliłam się poprawić Jej Królewską Mość, innymi słowy, oszalałam. - Tylko ojciec nazywa mnie Dagmarą.

- Ach tak… Jesteś pupilką ojca?

Co ma niby oznaczać to pytanie? Pupilką?

- Jest moim ojcem, Wasza Królewska Mość. Ojciec kocha nas wszystkich, całą rodzinę. A my kochamy jego.

Po twarzy królowej przemknął cień i żałowałam, że nie ugryzłam się w język. Przecież królowa owdowiała, straciła ukochanego męża, który dla swych dzieci był kochającym ojcem.

- I tak powinno być. - Wiktoria wstała i ruszyła w stronę wyściełanych krzeseł koło kominka, w którym ogień nie płonął. - Proszę, usiądź ze mną. Chciałam z tobą jeszcze porozmawiać.

Usiadłam obok niej na krześle tak wielkim, że miałam wrażenie, jakby mnie wchłonęło, no i do tego było lodowate. Czyli Wiktoria przesiaduje całymi dniami w pokoju tak zimnym, że można by tu przechowywać mięso. Jak ona tu wytrzymuje?

- Alfred powiedział, że jeździsz konno jak Angielka.

Uśmiechnęłam się, gdyż w ustach Wiktorii była to najwyższa pochwała. Jej zdaniem Anglicy zostali stworzeni po to, by wszystko robić lepiej niż inne nacje.

- Powiedział też, że podoba ci się tutaj - ciągnęła królowa. - Czy istotnie?

Czyżby wątpiła w słowa syna? A może chce sprawdzić, czy doceniam jej gościnność? Zapewne tak, zważywszy na jej niechęć do mego ojca. Odpowiedziałam więc krótko:

- To piękny kraj, Wasza Królewska Mość, tylko ciągle pada.

- Deszcz to zdrowie. Zdrowie dla człowieka, a woda dla pól.

- Tak, to prawda.

Jakie to wszystko było nużące. Czyżby wezwała mnie do siebie na prywatną audiencję tylko po to, by porozmawiać o nie najlepszej pogodzie i o moim nieodpowiednim nakryciu głowy? I dalej będziemy to roztrząsać, w związku z czym nie zdążę wpaść do swego pokoju, umyć się, przebrać i w porę stawić się w wielkiej sali na obowiązkową herbatę?

Gdy tak sobie myślałam, Wiktoria powiedziała coś, co nie mogło mnie nie zadziwić.

- Zrobiłaś na Alfredzie wrażenie. Jestem pewna, że tego nie zauważyłaś. Niemniej powinnaś wiedzieć, że jeszcze nie tak dawno zastanawiałam się, czy nie byłabyś odpowiednią kandydatką na jego żonę.

Ona? Zastanawiała się właśnie nad tym? Czyli dwie rewelacje, byłam przecież równie mocno zaskoczona tym, co powiedziała o Alfredzie. Nie zauważyłam, żebym mu się spodobała. Z tym że nawet gdybym zauważyła, i tak zachowałabym to dla siebie, ponieważ miałam wbite do głowy, że prawdziwa dama nigdy nie zauważa, że wzbudziła zainteresowanie w którymś z dżentelmenów. A poza tym… Czyżby to jedno krótkie i wykrzyczane pytanie miało być oznaką zainteresowania moją osobą? W takim razie nie ma się czemu dziwić, że tego tak nie odebrałam, i Alfred musi się jeszcze wiele nauczyć, by wiedzieć, jak się zdobywa przychylność damy.

W każdym razie wyglądało na to, że właśnie z tego powodu Jej Królewska Mość zaprosiła mnie do prywatnych pokoi. Czyżby moja siostra, którą już zdobyła tak jak Indie, to dla niej za mało? Chce mieć pod bokiem jeszcze jedną duńską księżniczkę? Tak do pary, jak buty czy rękawiczki?

- Chciałabym usłyszeć, co o nim sądzisz - powiedziała Wiktoria dziwnym tonem, bo jakby z przyganą. - Nie sądzę, żeby właśnie nastała stosowna pora na to małżeństwo, ale tak czy inaczej, jeśli będę wiedziała, co o tym myślisz, być może porozmawiam z twoim ojcem. Przedtem jednak chciałabym wiedzieć, czy jesteś temu przychylna, czy nie, ponieważ uważam, że nikt nie powinien wstępować w związek małżeński wbrew swej woli.

Co?! Nie mogłam uwierzyć, że moje zdanie coś dla niej znaczy, tym bardziej że na duńskich księżniczkach świat się nie kończy i z pewnością Wiktoria miała na oku mnóstwo innych kandydatek na żonę dla swego syna. Ale skoro pyta, to odpowiedzieć trzeba.

- Przecież ja Jego Wysokości w ogóle nie znam, Wasza Królewska Mość.

- Nie szkodzi. Po ślubie siostry możesz zostać u nas dłużej. Księżniczka Aleksandra z pewnością bardzo by się z tego ucieszyła. Obecnie Bertie ma do dyspozycji dwie rezydencje, Sandringham i Marlborough, a tam jest mnóstwo miejsca. Naturalnie pokryję wszystkie twoje wydatki.

- Moje wydatki? Przecież aż tak ubodzy nie jesteśmy, Wasza Królewska Mość. Mój ojciec niebawem będzie królem Danii! - Tak bardzo byłam oburzona, że niestety nie zdołałam tego ukryć.

Po moim wybuchu zapadła grobowa cisza, a cienkie brwi królowej przesunęły się odrobinę wyżej.

- Nie brakuje ci śmiałości - powiedziała po chwili. - Też kiedyś taka byłam, może i zbyt śmiała. - Po raz kolejny po królewskiej twarzy przemknął cień, a kąciki ust opadły.

Pomyślałam, że Wiktoria wciąż nie może się otrząsnąć po śmierci ukochanego Alberta, dlatego odezwałam się już niegłośno i z szacunkiem:

- Czuję się zaszczycona, że Wasza Królewska Mość raczyła mnie zaprosić, ale wolałabym być z rodzicami, którzy niewątpliwie odczują brak jednej z córek.

- Każda dziewczyna musi kiedyś wyjść za mąż - odparła, wpatrując się we mnie nieruchomym wzrokiem. - Tak… Czyli jesteś zapalczywa i silnej woli ci nie brakuje… Ale nie będziemy już o tym mówić, tym bardziej że powinnaś już iść do siebie, bo inaczej spóźnisz się na herbatę.

Dygnęłam i podeszłam do drzwi, a królowa nie ruszyła się z krzesła, wpatrując się w pusty kominek. Ale kiedy przekraczałam próg, usłyszałam:

- Współczuję mężczyźnie, który weźmie cię za żonę, Dagmaro Duńska, bo niełatwo cię będzie ujarzmić.

Akt oskarżenia? Potępienie? Nieważne, bo szczerze mówiąc, po tych słowach poczułam swoistą satysfakcję.

Minął kolejny sztywny obiad, podczas którego królowa, podobnie jak w czasie popołudniowej herbaty, dyrygowała wszystkim. Każdy posiłek był tu przecież wydarzeniem wielkiej wagi, to wspólne siedzenie nad półmiskami ociekającymi brązowym sosem okraszone pogawędką o kryształach i srebrach. Ale obiad wreszcie dobiegł końca i mogłam zajrzeć do siostry. Kiedy wślizgnęłam się do jej pokoju, Alix miała już rozpuszczone włosy, a na sobie peniuar. Siedziała na łóżku i wyraźnie speszona wpatrywała się w manekin, na którym wisiała suknia ślubna. Była wspaniała, zdobiona srebrnymi nićmi, białą koronką z Honiton i pomarańczowymi kwiatami z jedwabiu. Obok manekina stał otwarty kuferek, a w środku znajdowały się sznury pereł, diadem wysadzany diamentami i inne klejnoty, które Alix miała mieć na sobie podczas ceremonii ślubnej. Tak nakazała królowa.

- Spójrz na to - powiedziała, wyjmując z kuferka jeden z klejnotów. - Poznajesz?

- Zaraz… - Nie wierzyłam własnym oczom. - Czy to nie jest Święty Krzyż Dagmary?

- Tak. Oczywiście to kopia - odparła Alix. - Widzisz, jaka wierna? Król Fryderyk przysłał mi ją w darze. Chciał być obecny na ślubie, ale Jej Królewska Mość się sprzeciwiła.

Czyż mogło być inaczej? Nasz bezdzietny król i jego pochodząca z gminu nałożnica nie byli pożądanymi gośćmi. A replika otoczonego w Danii wielką czcią średniowiecznego klejnotu była piękna i z pewnością kosztowała krocie. Nikt z moich najbliższych nie posiadał czegoś tak cennego, a teraz proszę, moja kochana siostra będzie żyć w największych luksusach. Nawet jeśli wciąż będzie marznąć, co bardzo prawdopodobne, skoro królowa jakby nie rozumiała, że kominek powinien służyć nie tylko do ozdoby pokoju. I że nie zawsze i wszędzie trzeba otwierać wszystkie okna, aby wpuścić do środka zdrowe brytyjskie powietrze.

- Wiktoria jest po prostu niemożliwa - powiedziałam, delikatnie głaszcząc mięciutką koronkę przy sukni ślubnej. - Przecież ona wszystkich terroryzuje. Widziałaś, jak się zachowywała podczas obiadu… - Ściszyłam głos, ponieważ zaczęłam naśladować płaczliwy głos Wiktorii: - Alfredzie! Wystarczy tego wina. Nie zapominaj, że nie siedzisz przy stole sam i inni też mają na nie ochotę! Vicky, proszę, powiedz synkowi, żeby nie opierał się łokciami o stół. Bertie, czy musisz właśnie teraz rozmawiać o Indiach? Kiedy jemy, nie życzę sobie słuchać o kości słoniowej. - Przerwałam na moment. - I tak dalej, i tak dalej. Trzeba przyznać, że brytyjska królowa potrafi trzymać w ryzach całe to swoje potomstwo.

Alix spochmurniała i odparła podniesionym tonem:

- Jest ich matką i robi to, co każda matka musi robić. - Była zirytowana, może dlatego, że chociaż obiecałam, to jednak nie pilnuję należycie młodszego rodzeństwa. Tego dnia tak brykali po salonie, że nastąpili na ulubionego spaniela Wiktorii i pies zaskomlał.

- Czyli dobrze, bo nie będzie ci brakowało naszej matki, która jak sama wiesz, zachowuje się podobnie. Ale jest o wiele ładniejsza.

- Przestań… - syknęła Alix, ale widziałam, że uśmiechnęła się pod nosem. - Lepiej powiedz, dlaczego wezwała cię na prywatną audiencję. Coś niesłychanego, wszyscy o tym mówią. A potem skwaszony Alfred poszedł do Bertiego.

- Przecież Alfred zawsze jest skwaszony. Może ma kłopoty z żołądkiem, przecież on nie je, tylko się obżera.

- A tak! - Alix, ku mej wielkiej uldze, wreszcie zaśmiała się normalnie, na głos. - Jeszcze przed trzydziestką będzie gruby jak beczka. Minnie, powiedz, czy królowa rozmawiała z tobą właśnie o nim?

- Zgadza się, o nim. Powiedziała, że spodobałam się Alfredowi i nawet kiedyś rozważała moją kandydaturę na jego żonę, ale na rozważaniach się skończyło… Zaraz, zaraz… Alix, czy ty przypadkiem nie wspomniałaś jej o carewiczu?

- Że Nixa zwrócił na ciebie uwagę? Nie, ona wie tylko tyle, że mu odmówiłam. Powiedziała, że postąpiłam rozsądnie, ponieważ Rosja to kraj barbarzyński, zbyt surowy i nieprzyjazny dla kobiety, która wyrosła w innym kraju.

- Bez przesady. Romanowowie od pokoleń często żenią się z Niemkami i jakoś żadna z nich nie zmarła przedwcześnie z powodu rosyjskiego barbarzyństwa. Z tym że ja o Rosji myślę podobnie jak Wiktoria.

- A może ona po prostu martwi się o ciebie, Minnie?

- Ona? O mnie? A niby dlaczego? Przecież to nie jej sprawa, za kogo wyjdę. A jeśli Alfred istotnie jest mną zainteresowany, to powinien powiedzieć mi o tym sam, a nie wyręczać się matką.

- Myślę, że królowa jest pewna, że on się na to nie zdobędzie… Minnie, ale pomyśl! Gdybyś została żoną Alfreda, byłybyśmy tu obie!

- A chciałabyś? Naprawdę? - spytałam zaskoczona jej słowami. - Czyżbyś jednak jeszcze się zastanawiała, czy dobrze robisz, zostając tutaj?

Na szczęście ugryzłam się w język i zdusiłam złośliwą uwagę, że ja, znając Wiktorię, na pewno miałabym wątpliwości.

- Nie, nie zastanawiam się - zapewniła Alix. - Ale pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałam? Słuchaj swego serca…

- …ale o głowie nie zapominaj. Tak, pamiętam.

Stałam blisko niej, ale ta niewielka odległość nagle wydała mi się zbyt wielka, prawie nie do pokonania.

I zrobiło mi się okropnie smutno.

- Alix, po prostu nie wiem, co zrobię, kiedy ciebie koło mnie już nie będzie - powiedziałam cicho, spuszczając głowę. - Nic już nie będzie jak dawniej…

- To prawda, nie będzie - odparła równie cicho Alix, zamykając moje dłonie w swoich. - Ale pamiętaj, na zawsze zostaniemy siostrami, które się kochają. Na zawsze, niezależnie od tego, co się wydarzy.

- Alix, przestań, bo zaraz się rozpłaczę, a to przecież jeszcze nie twój ślub.

- Nie przestanę - odparła, ściskając moje ręce coraz mocniej. - Proszę, obiecaj, Minnie. Bardzo chcę to usłyszeć.

- Tak… - wyszeptałam wzruszona. - Obiecuję. Zawsze będziemy kochającymi się siostrami.

- Niezależnie od tego, co się wydarzy - powtórzyła Alix, potem pocałowała mnie w opuszki palców i jedną z moich dłoni przyłożyła sobie do policzka. - Jesteś bardzo silna, Minnie. Silniejsza, niż myślisz. Odważyłaś się nie przyjąć zaproszenia Wiktorii. Żadna księżniczka nie ośmieliłaby się jej przeciwstawić.

Alix na pewno też by się nie ośmieliła, ale to oczywiście tylko sobie pomyślałam.

- Nie musisz się o mnie martwić, Minnie - powiedziała Alix, wstając z łóżka. - Jestem pewna, że będę tu szczęśliwa. Bertie jest bardzo miły i uprzejmy, na pewno nam się ułoży.

Pokiwałam głową. Bo cóż innego moja siostra mogła w takiej chwili powiedzieć?

- Jak dobrze, że tak właśnie myślisz, Alix! Bo co by się działo, gdybyś raptem w ostatniej chwili powiedziała "Nie"! Wyobrażasz sobie minę Wiktorii?

Alix, która właśnie zamykała kuferek, znieruchomiała, i nie wypuszczając wieka z rąk, wybuchnęła głośnym śmiechem. Oczywiście też się roześmiałam, na moje ucho jeszcze głośniej.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Ślub nie był szczególnie wystawny, ale ludzi nie brakowało. W kaplicy świętego Jerzego w Windsorze był tłok, a tam przecież w ławkach starczało miejsce dla dziewięciuset osób.

Pękałam z dumy, widząc, jak moja siostra w sukni ślubnej, perłach i diamentach - prezencie od Bertiego - przyćmiła nawet królewskie córki. Alix jeszcze nigdy dotąd nie wyglądała tak pięknie. Cała skrząca i opalizująca, przy krzepkim i zadowolonym z siebie panu młodym wyglądała po prostu zjawiskowo.

Na miesiąc miodowy zamierzali udać się do dworu Osborne, gdzie kiedyś miesiąc miodowy spędzili także królowa Wiktoria i nieżyjący już Albert. Wyjeżdżali zaraz po przyjęciu weselnym w słynnej komnacie Waterloo Gallery w zamku Windsor. Kiedy przyjęcie skończyło się i Alix poszła na górę, by się przebrać, Wiktoria już oddaliła się do swoich pokoi.

Niecierpliwie czekałam na siostrę, by jeszcze raz na nią spojrzeć, a kiedy wreszcie zeszła na dół w białej aksamitnej sukni i etoli z gronostajów, wyglądała wspaniale, po prostu po królewsku. Pożegnanie było krótkie. Podczas tego ślubu właściwie wszystko działo się w pośpiechu, na ostatnią chwilę, dlatego niczego nie zdążyłam jej powiedzieć. Alix cmoknęła mnie tylko w policzek i razem z małżonkiem w otoczeniu świty wybiegli do powozów, które miały zawieźć ich na stację. W ślad za nimi przed zamek wyległo prawie dziewięciuset gości weselnych.

My wyjechaliśmy następnego dnia. Nie widzieliśmy się już z królową. I bardzo dobrze. Miałam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała jej oglądać. Cieszyłam się, że wracam do Danii, a zarazem martwiłam się, że moja siostra, tyranizowana przez teściową, nie będzie miała słodkiego życia.

Do Kopenhagi wróciliśmy w połowie marca 1863 roku, i właśnie wtedy stało się coś absolutnie nieoczekiwanego, co dotyczyło Grecji. Po zdetronizowaniu króla Ottona, z pochodzenia Bawarczyka, Grecy nie zgodzili się, by nowym władcą został jego brat. Sporządzono listę kandydatów do tronu, na której znalazł się między innymi Alfred, syn Wiktorii, a tymczasem trzydziestego marca, ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich, Greckie Zgromadzenie Narodowe wybrało na króla mego siedemnastoletniego brata Wilhelma, którego przyszłość do tej pory związana była z naszą Flotą Wojenną.

Wilhelm został królem Jerzym I Greckim i po uroczystej intronizacji w Kopenhadze w październiku wyjechał do Aten. Była to kolejna nobilitacja naszej rodziny, ale mnie Wilhelma było po prostu żal. Król nie król, mój brat, podobnie jak Alix, po prostu spełnił swój obowiązek, przyjmując koronę, o którą wcale nie zabiegał, i z tego powodu znalazł się daleko od nas.

To zdarzenie umocniło mnie w mojej decyzji, przemieniło ją w niezłomną: Kto jak kto, ale ja nigdzie się stąd nie ruszam!

Niebawem po wyjeździe Wilhelma ojciec został wezwany do naszego króla, którego dni były już policzone. Ekstrawagancki tryb życia zniszczył Fryderykowi zdrowie. Zmarł w listopadzie. Tak jak żył, hałaśliwie i bez wyrzutów sumienia.

Mój ojciec został królem Chrystianem IX.

Przeprowadziliśmy się do pałacu Amalienborg, zniszczonego gmachu, tak naprawdę ruderze, więc matka, jak zwykle zorganizowana i oszczędna, od razu zabrała się do odnawiania naszej nowej siedziby. A ja oficjalnie zostałam Dagmarą, księżniczką Danii, i ten tytuł wydawał mi się po prostu śmieszny. Kiedy powiedziałam o tym matce, zbeształa mnie:

- Może ci się nie podobać, ale odwrotu nie ma. Jesteś księżniczką.

- Ale ja nie czuję się jak ta księżniczka… - zajęczałam.

Na co matka z wielkiego niezadowolenia zacisnęła usta.

Zgodnie z obietnicą ojca przydzielono mi kilka pokoi, a Thyra, jak się spodziewałam, zaczęła histeryzować, że absolutnie chce mieszkać ze mną. Naturalnie zgodziłam się, bo dzięki Thyrze pustka po wyjeździe Alix nie wydawała aż tak przytłaczająca.

Ojciec już niebawem stanął w obliczu poważnego konfliktu. Prusy i Austria zakwestionowały prawa Danii do księstw Schleswig, Holstein i Lauenburg na Półwyspie Jutlandzkim między Morzem Bałtyckim a Morzem Północnym. Otto von Bismarck, premier Prus za panowania króla Wilhelma, wypowiedział nam wojnę, i Prusacy zaanektowali owe księstwa, ogłaszając, że Duńczycy zajęli je niezgodnie z prawem. Ojciec zabiegał o rozpoczęcie mediacji z Prusami, ale bez skutku, i był bardzo krytykowany przez duńskie gazety z powodu utraty tych ziem. A ja po tym wszystkim poczułam jeszcze większą nienawiść do Niemców.

Po jakimś czasie znów coś mną wstrząsnęło. Matka wezwała mnie do swego gabinetu, który w związku z renowacją pałacu był zawalony próbkami najrozmaitszych tkanin i projektami architektonicznymi.

- Dostałam list od Imperatora Wszechrusi Jego Wysokości Aleksandra II. Nixa zamierza starać się o twoją rękę. Car to zaaprobował i zaproponował, że jak najszybciej przyśle tu Nixę. Czy to nie cudownie? - wyrzuciła jednym tchem, wymachując listem. Ja, co zrozumiałe, zmieniłam się w słup soli, a podekscytowana matka wykrzykiwała dalej: - To dla nas wielki zaszczyt! Zwykle kandydatki zapraszane są na dwór Romanowów i tam je się ocenia, a tu proszę, Jego Wysokość osobiście…

- Chwileczkę, mamo - wpadłam jej w słowo. - Ocenia je się?!

- Oczywiście. Czy są odpowiednimi kandydatkami, czy nie. Minnie, nie cieszysz się? Przecież to dla nas ogromny zaszczyt!

- Słyszałam. Ale chciałbym wiedzieć, co dzieje się dalej, kiedy ewentualna panna młoda okaże się nieodpowiednia?

Stopa matki pod brzegiem spódnicy zaczęła poruszać się rytmicznie i postukiwać o wypaczoną drewnianą podłogę - kazała przecież pozabierać stare dywany. To postukiwanie było bardzo niecierpliwe, nie mogłam więc tego zignorować.

- Akurat ty nie jesteś wzywana do żadnej oceny - mówiła dalej. - Przecież Nixa już ciebie widział i zapadła decyzja, że jesteś odpowiednią kandydatką. Nixa pomyślał tak od razu, a car nie ma nic przeciwko temu.

Wyjęłam jej list z rąk i odłożyłam na bok.

- Nie uważasz, mamo, że to wszystko dzieje się za szybko? Podejrzanie za szybko… Przecież nie tak dawno Prusacy nas upokorzyli i ukradli nasze księstwa, powinnam więc być uważana za nieodpowiednią kandydatkę.

Widziałam, jak raptem drgnęła, niby niezauważalnie, ale jednak, natomiast biurko zasłane było papierami, co wskazywało na bardzo ożywioną korespondencję. Czyli moja matka niechybnie coś knuła. I wiadomo z kim. Ciekawe, ileż to listów wymieniły już między sobą dwie matki, czyli moja i caryca. Dwie koronowane damy, które niezależnie od naszej klęski politycznej chcą zadecydować o przyszłości swoich dzieci. Czyli robią to, co przed nimi robiły dziesiątki królowych.

- Sytuacja twojego ojca nie ma tu nic do rzeczy - powiedziała w końcu. - Księżniczka musi wyjść za mąż niezależnie od tego, co kto komu ukradł.

- Rozumiem… - mruknęłam. - A fakt, że Nixa prawie mnie nie zna, też nie ma tu nic do rzeczy.

- Oczywiście! Ja tam nie widzę żadnych przeszkód.

- A ja widzę! - wypaliłam. - Bo to ja, właśnie ja mogę być przeszkodą! Bo chyba mam prawo powiedzieć, kogo życzyłabym sobie za męża! Czy w ogóle nie mam prawa głosu?! Tak jak Alix?!

- Przecież Alix miała wiele do powiedzenia. Zapewniam cię, że niejedno.

- Mnie również na to zezwolicie?

Byłam pewna, że matka zacznie mnie oskarżać o niewdzięczność, o to, że doszukuję się dziury w całym, czyli w tym jej misternym i idealnym planie…

Ale nie, bo zamiast tego usłyszałam:

- Naturalnie. Twój ojciec i ja nie będziemy cię do niczego zmuszać.

Krótko i zwięźle, a ja jeszcze krócej, bo tylko pokiwałam głową. Po co dalej dyskutować, po prostu będę trzymać moją matkę za słowo. Co ważniejsze, wiedziałam, że ojciec zachowa się tak samo i jeśli oświadczę, że carewicz mi nie odpowiada, to ślubu nie będzie.

Przyjechał na początku lata, kiedy wszystkie łąki w Danii nabrały kolorów od polnych kwiatków. Przebywaliśmy wtedy w pałacu Fredensborg nad jeziorem Esrum, ponieważ matka uznała, że ten właśnie pałac z piękną oranżerią i barokowymi ogrodami będzie dla mnie i Nixy idealnym miejscem na pierwsze spotkanie.

Nie miałam pojęcia, jak to spotkanie będzie wyglądać. Jedno tylko było pewne. Będziemy rozmawiać po francusku, wiedziałam przecież, że na dworze Romanowów posługują się tym językiem, uważanym za wytworny i nobilitujący, i chociaż ma wspólne korzenie z językami południowego Orientu, jest bardziej zachodni niż wschodni. Ale co tam francuski. Dla mnie, podobnie jak dla Wiktorii, Rosja przede wszystkim była krajem barbarzyńskim. Wyobrażałam sobie te ich trwające w nieskończoność zimy, kiedy śnieg pada bez przerwy, a oni otuleni w futra siedzą tylko sobie, piją wódkę i dla zabawy miażdżą sztućce. Z tym że prawdę mówiąc, moja bujna wyobraźnia czasami podsuwała już takie obrazy, że sama uznawałam, że coś takiego jest po prostu niemożliwe, nawet w Rosji. Ale decyzję już podjęłam. Alix nie miała racji. Wcale nie byłam osobą żądną przygód, wcale nie marzyłam o tym, by rzucić swój kraj, rodzinę, wiarę - byłam luteranką, musiałabym więc przejść na prawosławie - i zamienić to wszystko na kraj legend, baśni i skutej mrozem tundry.

Spodziewałam się, że carewiczowi towarzyszyć będzie kozacka eskorta, ale myliłam się. Przyszedł sam. Siedziałam w ogrodzie pod dębem z książką na podołku. Oczy miałam półprzymknięte, bo ogarniała mnie senność, ale kiedy nagle usłyszałam kroki, naturalnie usiadłam prosto jak świeca. Zobaczyłam męską postać i trochę jeszcze senna pomyślałam, że to ojciec, który bardzo przeżywał utratę księstw i po południu, żeby się wyciszyć, przechadzał się po ogrodzie. Poza tym spodziewałam się, że carewicz zostanie zaanonsowany. A jednak nie, po prostu przyszedł sam i stanął kilka kroków dalej z głową przechyloną na bok, jakby był czymś zdziwiony. Carewicz Nixa, następca tronu Rosji. Ten fakt jeszcze tak całkiem do mnie nie docierał, ale naturalnie zaczęłam wstawać. Książka zsunęła się z kolan, a kiedy nachyliłam się, by ją podnieść, raptem w pełni dotarło do mnie, że to on, właśnie on, i książka nagle stała się nieważna.

Powoli podniosłam głowę i po raz pierwszy tak naprawdę na niego spojrzałam. Był przystojny, temu nie mogłam zaprzeczyć. W ogóle o Romanowach się mówiło, że to przystojna familia. On też, z tym że zbyt wysoki nie był - o takich mężczyznach się mówi, że są "średniego wzrostu" - a w obcisłym surducie oraz spodniach w szare prążki wydawał się bardzo szczupły. Był bez krawata, kołnierzyk białej wykrochmalonej koszuli miał rozpięty, co mnie zaskoczyło.

Nachylił się, podniósł moją książkę, wyprostował się i spojrzał mi prosto w oczy.

- Proszę wybaczyć, Wasza Wysokość, że przeszkodziłem w lekturze.

Oczy miał szaroniebieskie, włosy bardzo gęste, ciemne z miedzianymi refleksami. Twarz o ostrych rysach, a kiedy mówił, leciusieńko krzywił usta. Ta subtelna nieprawidłowość sprawiała, że wydawał się inny niż wszyscy, ciekawszy, dlatego też, mimo tych wszystkich moich decyzji, poczułam się zaintrygowana. Mało tego. W uszach, jakby Alix stała tuż obok, zadźwięczały mi jej słowa:

- Posłuchaj swego serca…

To dodało mi skrzydeł, dzięki temu zdołałam się uśmiechnąć. A carewicz spojrzał na książkę, którą nadal trzymał w ręku, i wygładził pogniecione kartki.

- O proszę, Enoch Arden Alfreda Tennysona. - Oddał mi książkę. - Lubi pani angielską poezję, księżniczko Dagmaro?

Nie przyzwyczaiłam się jeszcze do mego tytułu, ale w ustach carewicza zabrzmiało to sympatycznie. Może dlatego, że mówił tak śpiewnie, jak Rosjanie.

- Tę książkę przysłała mi Alix, moja siostra - odparłam. - Podobno cały Londyn nią się zaczytuje. Enoch zaginął na długie lata gdzieś na morzu, a kiedy w końcu wrócił do kraju, okazało się, że jego żona, która była pewna, że jest wdową, wyszła powtórnie za mąż za ich wspólnego przyjaciela jeszcze z lat dziecinnych. Gdy Enoch zobaczył, jak bardzo jest szczęśliwa w nowym stadle, nigdy nie ujawnił, kim jest naprawdę, i zmarł ze złamanym sercem. To bardzo smutny poemat. Szczerze mówiąc, za aż tak smutnymi raczej nie przepadam.

- Ja też nie, chociaż Rosjanie lubują się w smutnych wierszach.

Uśmiechnął się, a ja w końcu wstałam. Byłam trochę speszona, ponieważ uświadomiłam sobie, że carewicz mi się nie przedstawił, a my gawędzimy ze sobą, jakbyśmy znali się od lat i po prostu spotkali się przypadkiem.

- Wygląda pani na zaskoczoną - powiedział, patrząc na mnie w dół, a ja na niego w górę.

Ale nie był porażająco wysoki, właśnie "średniego wzrostu", dzięki czemu nie musiałam za bardzo wyciągać szyi.

- Tak, jestem - przyznałam uczciwie.

- Ale wiedziała pani, że przybędę? - spytał trochę nerwowo.

By go uspokoić, najpierw dodatkowo skwapliwie pokiwałam głową, dopiero potem odparłam:

- Wiedziałam, ale tak się zdarzyło, że przyłapał mnie pan podczas słodkiej chwili lenistwa. Moja matka nie byłaby zadowolona. Spodziewała się, że nasze spotkanie przebiegnie w atmosferze powagi, będzie wręcz uroczyste.

- W takim razie nie będziemy jej mówić - powiedział, wciąż wpatrując się we mnie tak intensywnie, że pomyślałam, że może jakieś źdźbło trawy przykleiło mi się do twarzy. - A pani… pani jest inna, niż myślałem.

- To znaczy?

Czyżby teraz, kiedy zobaczył mnie po raz drugi, nagle stracił zapał do oświadczyn? Bo wiadomo, co innego z daleka zachwycać się dziewczyną, która jest tego nieświadoma - tak było przecież w Rumpenheim - a co innego stanąć z nią twarzą w twarz.

Dyskretnie dotknęłam głowy z tyłu, gdzie miałam związane włosy, i gdy zorientowałam się, że niesforna wstążka prawie całkiem z nich się zsunęła, poczułam się upokorzona. Jakże daleko mi było do tamtej wytwornej młodej damy, którą Nixa zachwycił się w Rumpenheim! Mój obecny wygląd pozostawiał wiele do życzenia, a przecież moim świętym obowiązkiem było zawsze wyglądać stosownie, od rana do nocy, o czym matka przypominała mi niezliczoną ilość razy. Lecz oto ja podczas pierwszego spotkania z przyszłym mężem wyglądałam po prostu niechlujnie! Włosy miałam prawie rozpuszczone, a na sobie zwyczajną codzienną suknię, do tego porządnie już znoszoną. Mało tego, siedziałam na trawie pod drzewem i czytałam wiersze… z gołą głową! Bo o kapeluszu przecież nie pomyślałam…

- Tak, jest pani inna niż wtedy… Jest w pani więcej życia.

Na te słowa poczułam przeogromną ulgę i roześmiałam się.

- O! Moja matka nigdy mi czegoś takiego nie powiedziała.

- Może tego nie dostrzega. A ja tak…

I cisza. Ja też milczałam, zastanawiając się w duchu, co będzie dalej. Tak w sumie to byłam pewna, że Nixa zacznie mi prawić komplementy.

Nie, żadnych komplementów. Tylko to:

- Przebyłem długą drogę wiedziony nadzieją, że ta chwila nastąpi. Wszystko sobie przemyślałem, ułożyłem w głowie, ale teraz… - Znów urwał i uśmiechnął się.

Zęby miał białe, nieduże, ale nie idealne, bo jeden z nich, zagięty na czubku, zachodził na ząb sąsiedni. Czyli jeszcze jedna niedoskonałość, dla mnie wręcz urocza.

- Jest pan rozczarowany? - spytałam.

- Ależ skąd! - zaprzeczył gwałtownie i zdecydowanym krokiem podszedł do mnie. Byłam prawie pewna, że weźmie mnie za rękę, ale tak się nie stało. Dłoń była przyciśnięta do boku, jakby walczył z impulsem. - Absolutnie nie. A pani?

Czyli nadeszła chwila, której tak bardzo się bałam. Kiedy to, zgodnie z moją decyzją, mam dać mu kosza. Czułam, że nie uzna tego za zniewagę, do tego jest zbyt dobrze wychowany, by wprawić mnie w zakłopotanie. Po prostu wycofa się, a tragedii nie będzie, bo w Europie kandydatek na żonę nie brakuje, więc carewicz ma w czym wybierać.

Tak. Ta chwila nadeszła, ale to, co powiedziałam, wcale nie było zgodne z moją decyzją:

- Ja również nie jestem rozczarowana.

Twarz carewicza pojaśniała w znacznie szerszym uśmiechu. Twarz raczej blada, czyli nie był to ktoś, kto wiele godzin spędza na dworze.

- Może się przejdziemy? - zaproponowałam i zbeształam się w duchu, bo popełniłam faux pas. Młoda damo, przecież to mężczyzna proponuje damie spacer!

A Nixa podszedł jeszcze bliżej, tak blisko, że tym razem jego smukłe palce musnęły moją dłoń.

- Z największą ochotą!

Był z nami przez cały miesiąc. Rano jeździliśmy konno. Okazało się, że Nixa, mimo że szczupły i delikatny, podobnie jak ja uwielbia szaleć w siodle, bardzo też lubi pływać łódką po jeziorze. Poza tym spacerowaliśmy po ogrodzie, bez przyzwoitki, bo wszyscy wiedzieli, że carewicz stara się o moją rękę. Podczas tych spacerów opowiadał mi dużo o Rosji, bo z pewnością wyczuł, że ten daleki kraj budzi we mnie lęk.

Byłam zafascynowana jego opowieściami o imperium Romanowów, o mongolskich koczownikach z bezkresnych stepów, o potężnych górach Kaukazu zamieszkałych przez Czerkiesów. To naród bardzo buntowniczy, dlatego car przysiągł, że albo ich ujarzmi, albo zniszczy.

Zasłuchana w opowieści Nixy, oczyma wyobraźni widziałam, jak wygrzewam się w słońcu na Krymie nad Morzem Czarnym albo śmigam jak ryś przez syberyjską głuszę. Byłam też w Sankt Petersburgu, gdy niebo jest tam jasne, połyskliwe, podczas białych nocy, które latem mamy i w Danii, ale białe noce w Petersburgu według Nixy to po prostu coś magicznego. Nic dziwnego więc, że raptem zapragnęłam pojechać do Rosji, by owe białe noce zobaczyć. Opowiadał mi też o tym, że ojciec jego, car Aleksander II, zniósł pańszczyznę, dzięki czemu rosyjscy chłopi, przez stulecia niewolnicy właścicieli ziemskich, stali się ludźmi wolnymi, a car stał się władcą umiłowanym.

- W Rosji mamy wielu książąt i wiele księżniczek - opowiadał - ale w naszej monarszej rodzinie księżniczka jest wielką księżną Rosji, a książę wielkim księciem Rosji.

- Jak w Prusach - dodałam. - Ciekawe, czy tych wielkich książąt i księżnych też macie takie zatrzęsienie.

Roześmiał się, po czym odparł:

- Zdaniem mego ojca o wiele za dużo. Pragnie ograniczyć przywileje arystokratów, ale jego bracia, wielcy książęta Rosji, robią wszystko, by tego uniknąć. Nie chcą żadnych zmian, ale… - Nixa wziął mnie za rękę, jakby uznał, że może już to zrobić, skoro konwersujemy tak swobodnie. - Ale te zmiany muszą w końcu nastąpić. Ojciec twierdzi, że jeśli chcemy przetrwać, musimy oderwać się od przeszłości. A obowiązkiem Romanowów jest służenie Rosji. Przede wszystkim Rosji, a nie sobie samym.

Kochał swój kraj, co szczerze mnie ujęło, tym bardziej że ja również jestem patriotką, więc mieliśmy ze sobą coś wspólnego. Oczywiście Nixa wypytywał mnie o Danię, a ja odpowiadałam ochoczo, wychwalając osiągnięcia mej ojczyzny. Kraju niewielkiego, który niestety miał się nijak do potężnej Rosji.

Wtedy uzmysłowiłam sobie, że ja i Nixa stoimy na dwóch przeciwległych biegunach. On jest następcą tronu najpotężniejszego imperium na świecie, zjeździł też całą Europę oraz Azję i był prawdziwym erudytą. Po prostu był taki, jakim może być tylko syn cara. A ja? Ja mam ogromne luki w wykształceniu, brak mi też doświadczenia. Czytuję wiersze nie najwyższego lotu, maluję akwarelki, a kiedy matka nie widzi, robię na trawniku gwiazdę. Czyli między mną a carewiczem jest przepaść szeroka jak Zatoka Fińska, i nawet jeśli Nixa aprobuje moją osobę, to caryca na pewno będzie miała poważne zastrzeżenia.

Wcale nie miała, o czym przekonałam się niebawem. Ta nieprzystępna caryca, która przedtem powiedziała do mnie zaledwie kilka zdawkowych słów, teraz raptem stała się bardzo miła. W drodze do Nicei - jeździła tam co roku, by wypocząć - zajechała do nas. Kiedy pod czujnym okiem matki witałam się z nią w salonie, objęła mnie serdecznie i na modłę francuską ucałowała w policzki, a potem odsunęła mnie trochę od siebie, wpatrując się we mnie bacznie.

- Jesteś śliczna, moja droga Minnie. Masz cudownie szczupłą kibić, i te czarne oczy, takie ogromne. Jesteś zachwycająca!

Czyżby? Zerknęłam na matkę, niewątpliwie nagle dumną jak paw, i przypomniałam sobie, że przecież ojciec Nixy najpierw kazał mu starać się o rękę Alix. Nic więc dziwnego, pomyślałam trochę złośliwie, że przedtem uznała za zachwycającą moją siostrę. Obecna sytuacja była bardzo delikatna, więc warto było uprzyjemnić ją komplementami, z czego Maria Aleksandrowna - kiedy została imperatorową, jako cudzoziemka musiała przyjąć rosyjskie imiona i przejść na prawosławie - która przez wiele lat rządziła dworem swego męża, zdawała sobie doskonale sprawę.

- Czy Minnie pozowała kiedyś do dagerotypu? - spytała, zwracając się do mojej matki.

- Od kilku lat już nie - odparła z cichym westchnieniem.

Naturalnie nie wyjawiła prawdziwej przyczyny. Dagerotypy to nowość, za którą trzeba sowicie zapłacić, i nawet jeśli w Danii znalazłby się ktoś w tym biegły, i tak nie byłoby nas stać na wynajęcie takiej osoby.

- A ja muszę mieć jej portret, żeby pokazać Aleksandrowi. Poślę do Francji po dagerotypistę. We Francji wciąż to ulepszają, więc pozowanie nie jest już takie męczące. Minnie, gotowa jesteś pozować?

Skwapliwie pokiwałam głową, a caryca poprosiła, bym usiadła koło niej, i odbyłyśmy krótką rozmowę, podczas której nie poruszała żadnych kłopotliwych kwestii. Rozmowa właściwie o niczym i w rezultacie już nie bardzo wiedziałam, na czym stoję, w konsekwencji czego zaczęłam stronić od Nixy. Naturalnie starałam się, by zbytnio tego nie odczuł, ale miałam wrażenie, że nie bardzo mi to wychodzi.

I nie oświadczał mi się przez wiele dni, niewątpliwie uznając, że nie wypowie tych znamiennych słów, póki nie będzie pewien, że jestem mu przychylna. W końcu jednak nadszedł ten dzień. Wieczorem, po obiedzie, gdy wszyscy przechodzili do salonu, Nixa chwycił mnie pod łokieć i poprowadził do jednej z zasłoniętych parawanem wnęk w korytarzu.

Zanim zdążyłam otworzyć usta, usłyszałam pytanie, i było to pytanie zasadnicze:

- Nie jesteś mi przychylna, prawda? Nie kochasz mnie!

- Kocham? - W moich oczach niewątpliwie widać było to, co czułam. Bezbrzeżne zdumienie. - Przecież znamy się od niedawna…

Nixa spuścił głowę.

- A ja myślałem…

Już na samym początku naszej znajomości postanowiłam, że nigdy pierwsza go nie dotknę, teraz jednak okazało się, że nie była to decyzja niezłomna. Bo położyłam ostrożnie palce na jego przedramieniu. Nixa zadrżał, ale ja ręki nie cofnęłam.

- Co? Co sobie pomyślałeś, Nixa?

- Myślałem, że ty… - Urwał na moment, potem wyrzucił z siebie jednym tchem: - Myślałem, że chcesz kiedyś zostać moją żoną.

Teraz ja pomilczałam przez chwilę, po czym odparłam bardzo ostrożnie:

- Może i chciałabym. Kiedyś…

- A więc powiedziałabyś "tak", gdybym…

Sprawiał wrażenie, jakby bardzo chciał to powiedzieć, ale boi się odmowy. Boi się, bojący dudek! Niemal się roześmiałam, a Nixa przeciwnie, pełen powagi i wyciągnięty jak struna dalej milczał.

- Jeśli ładnie poprosisz, Nixa, to kto wie…

Wtedy drgnął. I objął mnie powoli, niezręcznie, starając się za bardzo nie napierać na mnie. Objął i szepnął wprost do mego ucha:

- Boję się. Boję się spytać.

- Ale trzeba spytać - powiedziałam, odsuwając się od niego odrobinę. - Dziewczynę zawsze trzeba o to spytać.

Więc spytał, oczywiście dalej szeptem:

- Czy zostaniesz moją żoną?

Był tak przejęty, że myślałam, że uklęknie przede mną.

Ale nie ukląkł, a ja odparłam:

- Tak.

Bo nieważne, że wcześniej wahałam się i miałam mnóstwo wątpliwości. Teraz już czułam, że tego chcę szczerze i nieodwołalnie.

Zarówno moi rodzice, jak i caryca bardzo ucieszyli się z naszych zaręczyn. Do Anglii wieść dotarła bardzo szybko, jeszcze zanim Nixa ruszył z matką w dalszą podróż do Francji. Alix - młoda matka, ponieważ w lutym urodziła pierworodnego - była tak uradowana naszymi zaręczynami, że - jak napisała w liście - koniecznie nas chciała odwiedzić. O ile uda jej się przekonać Wiktorię. Niestety, jak się okazało, nie udało się, ponieważ od porodu minęło dopiero pół roku, a Wiktoria, która bardzo dbała o zdrowie członków rodziny, uważała, że Alix powinna jeszcze wystrzegać się podróży.

Siostra napisała też, że Bertie chce razem z nią przyjechać na nasz ślub. Kiedy przeczytałam to ojcu, powiedział z uśmiechem:

- A to by było naprawdę duże wydarzenie! Od wielu lat żaden przedstawiciel brytyjskiej rodziny królewskiej nie dotknął stopą rosyjskiej ziemi, bo Wiktoria i Aleksander, delikatnie mówiąc, nie przepadają za sobą. A twój ślub mógłby się przyczynić do polepszenia stosunków między obu mocarstwami.

- Dajmy spokój z polityką - powiedziała matka, wyjmując z mej dłoni list od Alix. - Dwoje młodych ludzi zakochało się w sobie i mają to szczęście, że mogą być razem. A jeśli Jego Wysokość książę Walii ma życzenie zjawić się na waszym ślubie, to proszę bardzo, serdecznie powitamy.

Ojciec mrugnął do mnie. Wiedziałam, że cieszy się z mojego szczęścia, ale jednocześnie smutno mu, że wyjadę do dalekiego, obcego kraju. Dlatego postanowiłam, że spędzę z nim jak najwięcej czasu. Z tym że tego wspólnego czasu będzie niewiele, ponieważ ojciec, w końcu król, miał bardzo dużo obowiązków.

Polityką się nie przejmowałam. Byłam święcie przekonana, że Nixa wybrał mnie dla mnie samej. Spodobałam mu się, starał się zdobyć moje względy, a ja jakoś nie ułatwiałam mu zadania. Ale koniec końców zdobył moje serce. Wcale nie dlatego, że jest następcą tronu, lecz dlatego, że jest, jaki jest. Tam, w środku. Delikatny, szlachetny, i za to go pokochałam. I tą miłością karmiłam się podczas długich miesięcy rozłąki, kiedy jedyne, co nas łączyło, to listy. W tym czasie przybył z Paryża dagerotypista i pozowałam do portretu. Po kilku tygodniach przysłano kopię w ramce, a oryginał wysłano carycy. Niestety, nie byłam sobą zachwycona. Na dagerotypie miałam na sobie białą suknię ze stójką, włosy ufryzowane w wymyślne loki, a oczy w tej biało-czarnej twarzy wydawały się nienaturalnie duże. Matka natomiast piała z zachwytu, że to znakomita moja podobizna, i rozochocona najęła następnego dagerotypistę, a po jakimś czasie posłaniec zawiózł do Petersburga jeszcze sporo naszych portretów.

Nixa też przysłał mi swój portret, utrwalony na dagerotypie, a także podobizny licznych krewnych, dzięki czemu znałam już nie tylko imiona, lecz także twarze pozostałych Romanowów, mojej przyszłej rodziny. Na jednym z portretów był car z carycą i dziećmi, czyli sześcioma synami - najmłodszy to czteroletni wielki książę Paweł, a najstarszy, Nixa, już dwudziestojednoletni - oraz jedną córką, jedenastoletnią wielką księżną Marią. Druga córka carskiej pary zmarła w wieku kilku lat. Spośród braci Nixy zdecydowanie wyróżniał się młodszy od niego o siedemnaście miesięcy wielki książę Aleksander, zwany Saszą, podobno z Nixą bardzo zżyty. A wyróżniał się, bo był niezwykle postawny, po prostu prawie olbrzym.

Nixa przysłał mi również całą skrzynię książek, między innymi rosyjskie bajki o czarownicach, tańczących niedźwiedziach, nieśmiertelnych czarodziejach, oraz wiersze sławnego Puszkina, które moim zdaniem wcale nie były smutne, a także powieści równie uwielbianego Tołstoja. Dostałam oczywiście też podręcznik do nauki rosyjskiego, mogłam więc zacząć uczyć się tego niezwykłego dla mnie języka. Nixa napisał również do rosyjskiej ambasady w Kopenhadze, by skierowali do mnie rosyjskiego duchownego, aby zapoznał mnie z nową wiarą. Moje przejście na prawosławie było warunkiem sine qua non, a ja oczywiście bardzo się tym przejmowałam i bałam się czekającej mnie konwersji. Jednak matka zapewniała mnie, że w Rosji też czczą Zbawiciela, tak samo jak my.

Moje noce stały się niespokojne. Budziłam się często i wsłuchana w oddech śpiącej obok mnie Thyry, myślałam o młodym carewiczu i próbowałam wyobrazić sobie tę moją nową rzeczywistość. Wielki Pałac Zimowy, gdzie przodkowie Nixy mieszkali od pokoleń, a w tym pałacu słynną Komnatę Malachitową. Sankt Petersburg przykryty nieskazitelnie białym puchem pierwszego śniegu, radosną sannę w mroźny dzień, Newę skutą tak grubym lodem, że bez obawy można jeździć na łyżwach i sankach.

Te obrazy pojawiały mi się przed oczami i znikały jak dym, a ja byłam coraz bardziej niespokojna i pełna obaw. Kiedy zwierzyłam się matce, powiedziała, że to nerwy.

- Nie martw się, to normalne. Już wkrótce zostaniesz panną młodą, a w tym czasie każda z nas, kobiet, przemienia się w kłębek nerwów. Musisz się jednak wziąć w garść, bo się zadręczysz. Myśl tylko o nim, o tym, że cię kocha, a nie zastanawiaj nad tym, o czym nic jeszcze nie wiesz. Nie kuś losu, a przyszłość okaże się dla ciebie łaskawa.

Starała się też, bym ciągle była czymś zajęta. Przede wszystkim razem kompletowałyśmy moją wyprawą, między innymi zamówione zostały suknie u sławnego paryskiego krawca Charlesa Fredericka Wortha, którego wspaniałe kreacje w tamtych czasach były bardzo modne. Nie pytałam matki, skąd bierze pieniądze na takie ekstrawagancje, bo czułam, że nie podlega to dyskusji. Decyzja zapadła, jedziemy do Paryża, ponieważ suknię ślubną mam mieć najmodniejszą, od Wortha, żeby nikt nie mówił, że Dania jest krajem zacofanym.

Monsieur Worth przysłał projekty sukien - z gorsetami włącznie - na prześlicznych manekinach wielkości lalki. Na ich widok Thyra piszczała z zachwytu, ale matka nie pozwoliła ich choćby tknąć. Dokonałyśmy wyboru i następny krok to wyjazd do Paryża, do Wortha na przymiarkę.

Kiedy byłyśmy gotowe do wyjazdu, nagle cały mój świat legł w gruzach.