I. Wileńskie Kresy
I
WILEŃSKIE KRESY
Lata międzywojenne w Jurkowie i Proszkowie,
w powiecie dziśnieńskim w województwie wileńskim, były dla rodzin
polskich zamieszkujących tereny przygraniczne z Rosją Radziecką latami
spokoju i dostatku. Miejscowości te należały do gminy Plisso w parafii
rzymskokatolickiej Zadoroże. Lata międzywojenne dwudziestego wieku to
także najpiękniejsze lata młodości i miłości Malwiny Kozłowskiej i Jana
Zawadzkiego. Ona szlachcianka o nieprzeciętnej urodzie, wykształcona,
przyuczona do zawodu aptekarki, zielarki, pobierająca nauki w Rydze u swojego wujka lekarza. On znakomity rzemieślnik budujący domy. Znali się
od dzieciństwa, ponieważ wsie w których mieszkali, Proszkowo i Jurkowo,
oddalone były od siebie tylko o dwa kilometry. Pomiędzy Proszkowem a Jurkowem po północnej stronie lasów, za łąkami, stał dwór majątku
Doboszyńskich, Boryskowicze. Ostatnim dziedzicem majątku w Boryskowiczach, przed II wojną światową, był Ireneusz Doboszyński, na
którego Malwina mówiła "Reńka". Znała ich wszystkich i przyjaźniła się z nimi. Mieszkańcy tych miejscowości spotykali się co tydzień na mszy w kościele w Zadorożu. Ireneusz, czyli Reńka, ożenił się z Basią, lekarką
i mieszkał we dworze. Był potężnej postury, chodził w kapeluszu i wszyscy mu się kłaniali. Kiedy kobiety ze wsi szły na jagody do jego
lasów, wychodził na drogę z koszyczkiem, żeby mu troszkę wsypały. I one
to robiły, nierzadko któraś całowała go w rękę.
W wieku osiemnastu lat, tuż przed wybuchem I wojny światowej, Malwina
Kozłowska wyszła za mąż za Jana Zawadzkiego. Po ślubie Zawadzcy
zamieszkali w Proszkowie w domu rodzinnym Malwiny. Jan dostał powołanie
do wojska rosyjskiego. Przez dwa lata służył jako adiutant carskiego
oficera, ale po tym jak został ranny, wrócił do domu. Po rewolucji w Rosji i zabiciu cara przez bolszewików, wojsko carskie przestało
istnieć. W roku 1916 Malwina urodziła córeczkę Ewelinę. Kiedy Jan
wybudował im nowy dom na ziemi, którą odziedziczył po rodzicach,
przenieśli się do Jurkowa. Dom w Jurkowie był drewniany, ale duży i solidny. Mieścił się w środkowej części wsi. Był cały zbudowany z masywnych drewnianych bel. Był duży, ponieważ mieściło się w nim kilka
izb, łącznie z kuchnią i sienią. W sieni była spiżarka zwana szafarką.
Tam przechowywano produkty na zimę - przetwory, miód, soki, mięsa
solone, gotowane w słoikach, różne zioła i nalewki. W kuchni znajdował
się piec, w którym paliło się pod blachą i gotowało się na nim potrawy.
Piec miał dobudówkę, na której suszyło się odzież lub nawet spało w zimie. Za kuchnią znajdował się duży pokój stołowy z przepięknym, okutym
mosiądzem kredensem z kryształowymi szybkami, w którym poustawiana była
porcelana przeznaczona na świąteczny stół. Pod ścianą stały kuferki
pomalowane w kwiaty, w których pani domu, Malwina, przechowywała obrusy
i pościel, oraz co lepsze ubrania. Na ścianach w tym pokoju wisiały
obrazy olejne i ikony. Pochodziły one od ludzi, którzy w ten sposób
płacili Janowi za pracę przy budowie domów, gdy nie mieli pieniędzy.
W domu państwa Zawadzkich było zawsze czysto i schludnie. Malwina
pochodziła z polskiej szlachty ziemiańskiej i czuła się od urodzenia
może nie tyle damą, co osobą bardziej obytą, więcej umiejącą i wiedzącą
od innych kobiet ze wsi, którym służyła radą i pomocą. Wokół domu był
sad, a w nim sadzawka i ogród, w którym Jan dobudował drewnianą łaźnię.
Tego rodzaju przybytki przy swoich domach we wsi miał każdy gospodarz.
Przy domu od strony ulicy rosły malwy, powoje, astry, piwonie i róże. Za
domem, za zabudowaniami gospodarczymi Malwina uprawiała ogród warzywny,
gdzie rosło wszystko, co tylko możliwe do prowadzenia dobrej kuchni i robienia przetworów na zimę. Zawsze w czerwcu były truskawki, maliny,
porzeczki. Drzewa owocowe uginały się od nadmiaru owoców. Było ich tak
dużo, że większość Malwina suszyła w piecu chlebowym. Zimą smakowały
wyśmienicie, zwłaszcza owoce dużych grusz, które po wysuszeniu smakowały
jak czekolada. Wszystkie krzewy owocowe i warzywa podlewane były wodą ze
stawu, więc rosły pięknie mimo najgorętszych upałów. Studnia z żurawiem
i wodą do picia mieściła się po drugiej stronie ulicy. Tę studnię
budowała cała wieś. Brali z niej wodę wszyscy mieszkańcy i Malwina
pilnowała, żeby nikt swojego własnego wiadra nie wpuszczał do studni.
Przymocowała jedno wiadro na stałe do ramienia żurawia i tylko tym
jednym wiadrem nabierano wodę i przelewano do przyniesionego przez
siebie naczynia. Jesienią Jan przynosił z lasu grzyby i żurawinę, którą
Malwina rozsypywała na stryszku, żeby przemarzła. Gotowała z niej zimą
kisiel dla dzieci. W roku 1926 przyszła na świat Marysia, cztery lata
później urodził się Piotrek. Piotrek był wcześniakiem, przyszedł na
świat w siódmym miesiącu ciąży. Był mizerny i chorowity, wymagał opieki
większej niż inne, zdrowe dzieci.
Życie Zawadzkich toczyło się w dostatku i spokoju. Spiżarnia była zawsze
pełna zapasów. W wędzarni wisiały boczek, polędwica i pęta kiełbasy. Po
zagrodzie chodziły kury, w sadzawce pluskały się stada kaczek i gęsi. W obórce mieszkały krowa i owce. Na polu uprawnym rosły ziemniaki i zboże.
Gospodarstwo przy domu było niewielkie, ale dla jednej kobiety starczyło
pracy od rana do wieczora, ponieważ Malwina zostawała sama z dziećmi, a Jan z czeladnikami wyjeżdżał z domu na całe tygodnie do pracy. Budował
domy na wsiach i w miastach. W dworach i na plebaniach. Był polecany,
rubaszny i lubiany. Kiedy wracał do domu po skończonej pracy, zazwyczaj
wiozła go wynajęta furmanka, cała wypakowana zakupami i prezentami dla
dzieci, żony i potrzebnymi rzeczami do gospodarstwa. Wszystkie zakupy
wnosiła cała rodzina do kuchni i ustawiała na stole i podłodze. Worki z białą pszenną mąką od razu wkładano do szafarni, jak i wiadro miodu ze
znajomej pasieki. Buty dla dzieci i Malwiny stały na stole, na widoku,
piękne i pachnące nowością. Stały tak bardzo krótko, ponieważ po chwili
zostawały pochwycone przez Ewelinkę i Marysię, które biegły z nimi do
stołowego pokoju, żeby przymierzyć. Ewelinka była starsza od Marysi o dziesięć lat. Marysia miała sześć lat, kiedy w roku 1932 po kolejnych
prezentach i zakupach przywiezionych z miasta przez Jana, Malwina
wysłała ją z paczuszkami do biednych ludzi. Zawsze wysyłała z podarkami
Ewelinę, ale tym razem wysłała po raz pierwszy Marysię, która z wielką
radością pukała do drzwi wskazanych przez mamę ludzi i podawała im
paczki z mąką czy innymi produktami. Uradowane i szczęśliwe kobiety
dziękowały Marysi, całując ją i przytulając. Dziewczynka promieniała z radości. Była ślicznym dzieckiem. Miała włosy w kręconych loczkach i niegasnący uśmiech na twarzy. Kiedy bawiła się na podwórku przy swoim
domu, a brama wjazdowa była otwarta, przechodzący ulicą ludzie
przystawali, żeby się na nią napatrzeć. Szesnastoletnia Ewelina, starsza
siostra Marysi, była także piękną młodziutką dziewczyną. Wysoką z blond
włosami sięgającymi do pasa, które zaplatała w warkocz, lub warkocze.
Miała już swoje towarzystwo, koleżanki i kolegów, z którymi chodziła na
wiejskie zabawy. Także do ich domu przychodziła młodzież urządzać sobie
tańce w największym pokoju. Malwina nie protestowała, bo po zakończeniu
tańców Ewelina zawsze sprzątała pokój. Pewnego razu, siedząc na ławie
pod ścianą i obserwując tańczących, Malwina zauważyła, że Ewelina cały
czas tańczy z jednym starszym dużo od siebie mężczyzną. Później, kiedy
zabawa się skończyła, dziewczyna siedziała z owym mężczyzną na ławce
przy domu i długo rozmawiali. Rano przy śniadaniu Malwina, smażąc
jajecznicę, zapytała córkę:
- Ewciu, ten mężczyzna, nie chłopak przecież, z którym tańczyłaś, to kto
to jest? Nie pamiętam, żeby to był ktoś od naszych sąsiadów. To nie z naszej wioski?
- To Antek, jest starszy i poważniejszy niż nasi chłopcy. Mieszka
chwilowo z matką w wynajętym domu, w naszej wiosce, koło sołtysa.
Bolszewiki zabrali im majątek po rewolucji. Jego matka tak długo
trzymała schowane pieniądze carskie w kufrze zamkniętym na kłódkę, że
straciły wartość. Wczoraj mi opowiadał całą swoją historię.
- Czemu opowiadał to wszystko akurat tobie? - zapytała Malwina, patrząc
badawczo na córkę.
- Mamuś, my się znamy już długo. Poznaliśmy się dawno temu, jeszcze
przed świętami wielkanocnymi w tamtym roku, jak to ja roznosiłam paczki
ludziom. Sołtys zawołał mnie z drogi i kazał do nich iść, bo to zacni
ludzie tylko ubodzy, bo im rewolucja wszystko zabrała. To i poszłam.
Dałam im paczuszkę z mąką i kawałek kiełbasy. Babcia, czyli matka Antka,
tak dziękowała, że aż się popłakała.
- Mój Boże! - zawołała Malwina. - I ja się dopiero teraz o tym
dowiaduję?!...
- Sama nie wiedziałam, czy ci o tym mówić, czy nie - Ewelina wzruszyła
ramionami.
- Boże! Boże! Mogłaś im jeszcze dużo wszystkiego zanieść, choćby jajek,
mleka i śmietany! Albo kogutka na rosół - powiedziała Malwina kręcąc
głową.
- Mamuś. Tak nie można. Oni wielka szlachta, mama Antka w czepku chodzi
i z parasolką, może by się i nawet obrazili - szepnęła dziewczyna,
jedząc jajecznicę z chlebem upieczonym przez matkę.
- A my to kto, nie szlachta? Nie jesteśmy gorsi i nasz chleb nie jest
gorszy, tylko ciężko zapracowany - odrzekła Michalina, podpierając ręce
pod brodę i patrząc za okno.
- Z czego oni żyją, ciekawe... - myślała głośno Zawadzka.
- Antoni chodzi do pracy na kolej - powiedziała ze smutkiem Ewelina.
- Na kolej... - powtórzyła zamyślona Malwina.
Miesiąc po tej rozmowie Ewelina poinformowała rodziców, że Antoni Tyszko
chce się jej oświadczyć i że przyjdzie ze swoją matką w niedzielę do
nich. Oboje Zawadzcy spojrzeli na siebie i w domu nastała cisza, po
której Jan odezwał się: - Choć Ewuniu i usiądź tutaj przy stole i opowiedz rodzicom, co chcesz powiedzieć.
- Już wszystko powiedziałam - odparła, patrząc po kolei na matkę i ojca.
- No dobrze, słyszeliśmy. Tylko nie wiemy, jak ci pomóc. Wesele możemy
zrobić. Tylko jak będziesz żyła dziecino w wynajętej, starej chałupie z matką staruszką?...
- Po ślubie możemy tutaj zamieszkać, jest przecież duży pokój -
powiedziała, nie patrząc na rodziców.
- Możecie, czemu nie. W jednym pokoju z matką Antoniego chcesz? W jednym
łóżku? - zapytał Jan cicho.
Ewelina spojrzała na ojca ze łzami w oczach.
- To pójdę do nich, do tej starej chałupy. Tam są dwie izby - wypaliła z płaczem.
- Nie płacz, chcemy pomóc - powiedziała ciepłym głosem Malwina i dodała
- powiedz nam dziecko, czemu ty taka młodziutka jeszcze, chcesz już iść
za mąż?
- Bo my się kochamy i Antoś mówił, że żadnej pracy się nie boi i pracować będzie wszędzie, aby utrzymać rodzinę.
- Taak? - zdziwił się Jan i westchnął. - My ziemi nie mamy, żeby tobie
dać, dwie, trzy morgi na warzywa. Ja nie jestem ziemianinem, tylko
rzemieślnikiem. Zarabiam na chleb, budując domy. Jeśli, jak mówisz,
Antoni pracy się nie boi, mogę go wziąć za czeladnika i przyuczyć do
dobrego zawodu.
- Nie wiem, mogę go zapytać - powiedziała nieśmiało dziewczyna,
wychodząc z domu.
- Widzisz mamusiu - po chwili ciszy odezwał się Jan. - Ot i zmartwienie
przyszło na nas. Przecież nie możemy wziąć sobie na głowę zięcia z matką, bo nie mamy gdzie ich wziąć! A Marysia i Piotruś gdzie się
podzieją? A my oboje? Do stodoły?...
- Nie. Tak być nie może - odezwała się Malwina. - Młodzi jak chcą,
proszę bardzo, pokój wolny, ale bez matki. Do matki mogą dochodzić i jej
pomagać. Albo się nasza córcia, jak mówiła, przeprowadzi do nich.
Trudno, będziemy pomagać - zakończyła i wstała, by pójść do obrządku.
Od tamtej pamiętnej rozmowy Malwiny i Jana Zawadzkich z córką Eweliną
ich świat uległ zmianie. Jan chodził strapiony, zamyślony i smutny. To
nie tak miało być. On zapewniał rodzinie byt i dostatek, wychował piękną
córkę, marzył dla niej o nie bogatym, lecz dobrze sytuowanym mężu.
Mógłby być nawet z chłopskiej rodziny, ale żeby mieli co jeść, a tu
trafił im się pan z gołą dupą i ciężarem. Czy oni temu podołają? Będą
mieć tyle siły, żeby utrzymać jeszcze dodatkowo dwie osoby? A jak na
świat przyjdą dzieci?
Dwudziestego trzeciego września 1932 roku w kościele w Zadorożu odbył
się ślub Eweliny Zawadzkiej i Antoniego Tyszki. Panna młoda wyglądała na
bardzo szczęśliwą, czym koiła zbolałą duszę ojca. Kiedy wychodzili już z kościoła, wysoka dziewczyna z jasnymi, kręconymi lokami, z wianuszkiem
na głowie i przypiętym welonie rozsyłała uśmiechy wszystkim zebranym
gościom. Z wdziękiem i delikatnością trzymała pod ramię swojego męża,
który wydawał się być od niej o wiele starszy. Bryczkami użyczonymi ze
dworu w Boryskowiczach orszak weselny wracał do domu panny młodej do
Jurkowa, gdzie szykowano się do przyjęcia weselnego. Była piękna pogoda,
ciepło i słonecznie. Stoły poustawiano w sadzie, a na podwórzu Jan
skonstruował podium z desek do tańczenia. Widząc, że orszak zbliża się
do gospodarstwa, kapela wiejska zaczęła grać na przywitanie marsza
weselnego. Zawadzcy z młodszymi dziećmi opuścili bryczkę i poszli w kierunku ukwieconego wejścia do domu. Tam przystanęli, czekając na matkę
pana młodego, która podtrzymywana przez dwóch młodych mężczyzn po chwili
do nich doszła. Obie matki młodej pary ubrane były w stroje
dystyngowanych starszych pań ze swojej szlacheckiej sfery. Obie miały na
głowach kapelusze, a w rękach torebki. Błogosławieństwo młodych było
uroczyste i z oczu obydwu matek popłynęły łzy. Jan starał się panować
nad sobą, ale drżenie rąk, które położył na głowie swojej ukochanej
Ewelinki, ukazało w całej pełni jego stan emocji. W domu i wokół niego,
także w sadzie i ogrodzie było mnóstwo ludzi. Na wesele przyszła cała
wieś Jurkowo i rodzina Malwiny z Proszkowa. Cała firma z czeladnikami
Jana i ludzie z majątku. Obok pary młodej i rodziców, siedzieli
Doboszyńscy. Najbardziej wzruszającym momentem dla całej rodziny i kulminacją w uczcie weselnej były oczepiny. Przed młodymi ustawiła się
kolejka gości i każdy coś darował parze młodych. Jan wziął Marysię na
ręce, a Malwina Piotrusia i Marysia z zaciśniętej piąstki wyjęła i położyła przed Ewelinką na tacy duży zwitek banknotów, to samo zrobił
Piotruś. Ewelinka, płacząc, wstała z krzesła i mocno przytuliła ojca z Marysią na rękach. Później ucałowała matkę z Piotrusiem. Antoni Tyszko
podszedł i podał rękę Janowi, a Malwinę pocałował w rękę. Wzruszyło to
bardzo Zawadzkich. Ten gest zięcia przełamywał lody. Zawadzcy podjęli
starania, żeby jak najlepiej wyposażyć córkę na nową drogę życia.
- Wszystko co nasze, to wasze, córciu - mówił Jan, przewożąc rzeczy
Ewelinki do domu, gdzie zamieszkała wraz z mężem i teściową.
Malwina zapakowała jej całą wyprawę ślubną, wraz z pierzynami, pościelą,
ręcznikami, ubraniami i jedzeniem. Razem z Eweliną poszły z zagrody para
prosiąt, kury, gęsi, kaczki, indyki... Miesiąc po ślubie Jan dowiózł
młodym stół, krzesła, nową szafę i dwa łóżka, wykonane przez jego firmę.
Był z tego powodu bardzo szczęśliwy. Tak bardzo, że wieczorem wypił
sobie kielicha i zaśpiewał swoją ulubioną piosenkę z wojska. Była to
rosyjska piosenka humorystyczna o gotowaniu herbaty. "Wziął ja czaju
skoro ruki i pietruszki kusoczok, no ja bolsze wsie nie znaju, jak
preklatyj czaj warit...". Malwina z uśmiechem patrzyła na radosnego męża.
- Wiesz, tak sobie myślę, że przecież oni, Tyszki, popadli w jeszcze
większą biedę niż wszyscy. Co oni winni, że bolszewiki ich wygnali i zabrali wszystko. To szczęście, że żyją. To wielkie szczęście. Tylko
nachodzi mnie taka myśl, że Antoni był panem, dziedzicem i co on umie
robić? Trzeba zarabiać na życie, na rodzinę, a czy on da temu radę?...
- Chłop jest! Silny i zdrowy! Musi dać radę! Da Bóg i dla Ewelinki
wybuduję domek, ładny, drewniany - rozmarzył się Jan, wypijając
kolejnego kielicha.
Malwina ucieszyła się, słysząc te słowa z ust męża i od tamtej chwili
nie przestawała o tym myśleć.
W sierpniu 1933 roku w starym domu w Jurkowie, przy asyście matki, która
pomagała wszystkim kobietom przy porodach, Ewelinka urodziła synka
Michałka. Marysia codziennie biegała do niej, a to z mlekiem, a to ze
śmietaną. Lub zanosiła im świeżo upieczony chleb i bułki. Zanosiła im
wszystko to, co sami Zawadzcy jedli w domu. W październiku tego roku
umarła nagle matka Antoniego, Ludwika Tyszko. Starsza pani nie obudziła
się rano. Kiedy Ewelina do niej zajrzała, kobieta była w łóżku i wyglądała jakby spała. Dziewczyna cichutko podeszła do łóżka, żeby jej
nie obudzić, ale zauważyła, że leży nieruchomo i nie oddycha, nie
reaguje na zawołanie. Nie wiedząc co robić, wyszła z domu i poszła do
szopki, gdzie Antek rąbał drewno na opał. Uchyliła drewniane drzwi i kiwnęła do męża ręką, żeby szedł za nią.
- Z matką coś jest niedobrze - powiedziała.
Poszedł za nią bez słowa do domu. Wszedł do pokoju i podszedł do łóżka.
- Mama nie żyje. Trzeba będzie ją ubrać, ja zajmę się trumną. Ewuniu,
sama nie dasz sobie rady, trzeba kogoś poprosić, żeby pomógł -
powiedział cichym głosem, patrząc na żonę.
- Pójdę do mamy, zaniosę Michasia i tam zostawię z Marysią. Tylko może
pokazałbyś mi, w co mamy mamę ubrać - mówiąc to, pokazała oczami na
stojącą w rogu pokoju komodę.
- Kochana moja, zrobisz jak zechcesz, w co chcesz to ją ubierz, coś tam
znajdziesz, ja muszę zająć się trumną - powiedział cicho.
Ewelina nie wiedziała jak go pocieszyć, co powiedzieć mężowi, więc tylko
pogłaskała go po ramieniu.
Trzymając Michasia na rękach, szła szybkim krokiem na skróty przez łąkę
do rodzinnego domu. Na podwórku spotkała ojca i powiedziała mu, że
teściowa umarła. Jan pospieszył za nią do domu. Szybko opowiedziała
matce co się stało, kładąc dziecko na kuchennej kanapie. Zaraz przy
Michasiu pojawili się Marysia i Piotruś.
- Popilnujecie Michasia? - zapytała, patrząc na Marysię.
- Tak, odpowiedziała dziewczynka, siadając przy dziecku.
- Nic mu nie trzeba robić. Jest nakarmiony. Nie bierz go na ręce, bo
jest ciężki - zwróciła się do Marysi.
- Dobrze - powiedziała Marysia, uśmiechając się do dziecka.
Ewelina spojrzała na rodziców stojących obok.
- Idźcie, ja zostanę z dziećmi - powiedział Jan, zdejmując czapkę i siadając na krześle. - Powiedz Antkowi, żeby do mnie przyszedł,
pójdziemy do warsztatu wybrać deski na trumnę i ją zrobimy.
- Dobrze, tatusiu - szepnęła Ewelina, całując ojca w policzek.
Kiedy wychodziły za próg domu, spojrzała jeszcze raz na ojca, który
siedział przy stole, podkręcając wąsa.
Dzień po pogrzebie Antoni wyciągnął spod matczynego łóżka zielony,
malowany kuferek. Przyniósł go do kuchni i postawił na stole.
- Masz, otwórz i zobacz, co tam jest - zwrócił się do Eweliny.
- Czemu ja? To kuferek twojej matki - Ewelina spojrzała zaskoczona na
męża.
- To już nie należy do mnie, tylko do ciebie. Oddaję ci go - powiedział
cicho.
Ewelina podeszła do stołu i, patrząc na Antoniego, odsunęła zatrzask.
Powoli podniosła do góry wieko. Spojrzała na męża, a potem do środka
kuferka. Sięgnęła ręką i wyjęła plik starych, pożółkłych dokumentów i listów przewiązanych białą wstążeczką. Dalej wyjęła niewielkie, srebrne
pudełko. Kiedy je delikatnie otworzyła, zobaczyła w nim obrączki i kilka
złotych pierścionków. Z boku leżał złoty zegarek z łańcuszkiem.
- To nasz cały majątek Ewuniu. Część biżuterii mama wyprzedała, żebyśmy
mieli za co żyć. I tak była dzielna, że udało jej się to wszystko ukryć
przed Ruskimi - westchnął, biorąc do ręki zegarek i obracając go w dłoni.
- To po ojcu, jedyna pamiątka - powiedział cicho i dodał - nie będę
chował i ukrywał, jak to mama robiła. Sprzedamy, żeby kupić ziemię pod
budowę domu, chociaż i tak to będzie za mało - westchnął, wkładając
zegarek z powrotem do kuferka.
Po chwili Ewelina wyjęła plik kolorowych carskich rubli. Położyła obok
na stole. Antoni wziął pieniądze do ręki i powiedział: - Zobacz tylko
dziewczyno moja, ile naszej rodzinnej krwawicy mama zmarnowała, chowając
te nic już niewarte pieniądze. Do końca życia myślała, że jest bogata,
bo ma schowane ruble. Gdybym tak jej nie słuchał, to teraz nie żylibyśmy
w cudzym domu, tylko w swoim. Mogliśmy te ruble zamienić na złoto lub
kupić ziemię, a teraz możesz je zanieść i dać do zabawy Marysi i Piotrusiowi - powiedział to z nieukrywanym żalem.
Jeszcze tego samego dnia carskie ruble znalazły się w domu u Zawadzkich.
Przepadek pieniędzy z majątku Tyszków był powodem smutku całej rodziny.
Ani Malwina, ani Jan nie chcieli mówić nic na ten temat. Nie mogli, nie
mieli prawa potępiać zachowania starszej kobiety. Nie mogli jej oceniać,
a jednak żal ze sprzeniewierzonych pieniędzy nie odstępował i wchodził w każdy zakamarek życia. Po śmierci matki Antoni rozpoczął poszukiwania
ziemi do kupna pod budowę domu. Znalazł działkę we wsi Ugły, leżącej
cztery kilometry od Jurkowa. Pojechali tam razem z Janem. Wioska
niewielka, ale położona blisko kolei, niedaleko miasteczka Plisso.
Jedyną niedogodnością był brak studni. Po wodę trzeba będzie chodzić
kawałek drogi.
- Ciężko z wodą będziecie mieli - zauważył Jan, oglądając teren.
- Może z czasem i studnię wybuduję - powiedział Antoni.
Jan pokręcił głową z powątpiewaniem i dodał: - Będziemy budować, jak Pan
Bóg pozwoli. Jak Pan Bóg pozwoli... - powtórzył cicho.
Po powrocie do domu Jan opowiedział wszystko Malwinie, która
zaproponowała, żeby do czasu, aż dom stanie, młodzi Tyszkowie
przeprowadzili się wraz z małym Michasiem do nich.
- Po co mają płacić komuś za dzierżawę domu? Mogą u nas mieszkać -
powiedziała, patrząc w oczy Janowi, który bez słowa wstał od stołu,
naciągając czapkę uszatkę na głowę.
- Gdzie ty idziesz? - zapytała, widząc, że Jan kieruje się do wyjścia.
- Do nich. Powiem, żeby się zbierali i przychodzili. Meble przewieziemy
później na furmance - dodał.
Słysząc rozmowę rodziców, Marysia aż zaklaskała w dłonie.
- Michaś będzie u nas? I Ewelinka, i pan Antek? - zapytała podchodząc
bliżej do matki.
- Tak, zabieramy ich z cudzej chaty - odpowiedziała Malwina, obierając
ziemniaki na obiad.
- Ale fajnie - ucieszyła się dziewczynka.
W Wigilię Bożego Narodzenia cała rodzina siedziała razem przy stole, nad
którym świeciła się duża, naftowa lampa, przytwierdzona do belki na
suficie. Malwina z Eweliną nagotowały i napiekły świątecznych potraw na
cały tydzień. Stół wyglądał na bogato, bo było na nim wszystko, włącznie
ze śledziami w śmietanie, smażonymi rybami z własnego stawu, kapustą z grochem i grzybami, pieczonymi w piekarniku pierogami, czerwonym
barszczem, kutią i domowymi pierniczkami. W piekarniku piekła się duża
szynka i gęś na świąteczne dni. Za oknem nieustannie sypał śnieg tak
obfity, że Antek co rusz wychodził na dwór odgarniać go łopatą. W końcu
zrobiło się tak, że tam, gdzie były ścieżki wokół domu, powstawały
tunele. Drogą główną przejeżdżały sanie, wiozące ludzi do kościoła w Zadorożu. Na dzwoneczki dzwoniące przy przejeżdżających saniach bardzo
reagował mały Michaś. Kiedy tylko usłyszał ich dźwięk, nasłuchiwał i patrzył za okno. Marysia nie mogła się nim nacieszyć. Piotruś także
przesiadywał przy jego łóżeczku.
Zimowe dni stycznia i lutego mijały na codziennej pracy w stolarskim
warsztacie Jana. Tam obaj mężczyźni szykowali drewno na przyszły dom dla
Tyszków. Heblowali i strugali wcześniej zakupione deski i drewniane
bale. Wyheblowane dokładnie deski na podłogi układali po jednej stronie
szopy, łaty pod przyszły dach po drugiej, a pozbawione kory belki
ścienne położone były jeszcze w innym kącie. Kobiety doglądały
gospodarstwa, gotowały jedzenie i przędły wełnę na kołowrotkach, czasami
śpiewając wileńskie piosenki. Był to dobry i spokojny czas dla całej
rodziny. Jedzenia nie brakowało. Co sobotę Malwina piekła chleb i bułeczki w piecu chlebowym.
Karmiąc małego Michasia, Ewelina zwróciła się do matki: - Jest nam tutaj
tak dobrze mamusiu, chciałabym, żeby zawsze nasze życie tak się toczyło,
jak teraz i tutaj.
Malwina podniosła głowę znad miski, gdzie wyrabiała ciasto na pierogi i powiedziała: - Wszystko zależy od nas samych i od Pana Boga. Jak jest w domu miłość i zrozumienie, to jest siła, a siła pokonuje wszystkie
przeszkody, wszystkie... - po chwili, patrząc na córkę, dodała. - Ja
miałam nielekko, jak ojca zabrali na wojnę. Zostałam sama i nie
wiedziałam, czy wróci, czy żyje... Bóg da, że wojny nie będzie,
wybudujecie nowy dom, będziecie żyli w dostatku. Tylko żeby już nigdy
wojny nie było - westchnęła.
Wczesną wiosną Jan poszedł do dworu w Boryskowiczach, prosić o trzy
furmanki, żeby za jednym razem przewieźć do Ugłów drewno na dom. Spotkał
się z dziedzicem na ogromnym podwórzu. Widząc go, Ireneusz Doboszyński
podszedł.
- Co tam Janie słychać?
- Dzień dobry - odpowiedział Zawadzki i od razu zapytał - mam sprawę
taką, że chciałbym córce Ewelinie przewieźć drewno na budowę domu, ale
potrzebuję trzech wozów, żeby za jednym zamachem od razu przewieźć
wszystko.
- Budujesz córce dom? - zapytał Doboszyński.
- Domek, niewielki, żeby sobie mogli mieszkać na swoim i żyć - objaśnił
Jan.
- Bardzo dobrze - pochwalił Ireneusz, moje dzieci nie chcą ziemi, idą na
studia w świat, jak mówią. I nie ma rady, dałem spokój, niech robią co
chcą - powiedział i dodał - młodzież już inaczej myśli, niż my starzy.
Ale chodźmy, chodźmy do rządcy, niech ustali, kiedy wysłałby do ciebie
furmanki.
Tydzień później przy pomocy sąsiadów, szopa i pracownia stolarska Jana
Zawadzkiego została opróżniona. Mężczyźni zniknęli z domu. Już nawet
nocowali na budowie, przedtem jednak stawiając barak do spania dla
siebie i czeladników. Jan tak sobie wszystko zorganizował, że i codziennie w kociołku nad ogniem gotowała się pożywna zupa dla
wszystkich. Praca szła bardzo szybko i sprawnie, tak sprawnie, że
jeszcze dobudowany został kurnik i niewielki budynek gospodarczy. Po
skończonej pracy, kiedy wszyscy robotnicy zasiedli przy kociołku, aby
się pożywić, Antoni Tyszko spojrzał na teścia i powiedział: - Najpierw
dziękuję tobie tato, a potem już wam wszystkim. Dobrzy i mądrzy z was
fachowcy są.
Siedzący wokół ludzie uśmiechnęli się na te słowa.
- Antek, jeszcze piece. Masz trochę roboty z piecami, moja brygada teraz
już musi iść! Mamy robotę w majątku Borowe i musimy się stawić pojutrze
do pracy - skomentował Jan. - Weź sobie zduna od nas z Jurkowa, dobry
fachowiec, pomożesz i się uwiniecie. Zacznijcie od pieca w kuchni i żeby
był z okapem, pamiętaj. Ogrodzenie to sam sobie zrobisz ze sztachetek.
Zostało dużo łat, to z nich możesz zrobić sztachety. Ale to może
poczekać - podsumował Jan, wstając z drewnianego pieńka, na którym
siedział.
Tyszkowie przeprowadzili się do swojego domku w Ugłach w środku gorącego
lata, w sierpniu 1934 roku. W pewną niedzielę Zawadzcy wraz z dziećmi i połową wozu prowiantu wybrali się do Ugłów furmanką. Jechali drogą przez
las i rozmawiali. Malwina jak zawsze martwiła się o wszystko.
- Ewelinka znów jest przy nadziei, jak sobie biedna sama poradzi beze
mnie?
- Poradzi sobie! To niedaleko, miniemy las i już jesteśmy z Ugłach -
uspokajał Jan. - Przecież nie jest sama! Antek spodobał mi się przy
budowie domu. Dzielnie się spisał! Dopiero przy pracy go poznałem.
Wcześniej myślałem, że z niego wielkie panisko, bo mało się odzywał. Ale
po skończonej budowie, podziękował mi i wszystkim i wiesz co? Po raz
pierwszy nazwał mnie tatą - mówiąc to, Jan uśmiechnął się i podkręcił
wąsa.
Słysząc to, i Malwina się uśmiechnęła. Z tyłu za rodzicami siedziały
dzieci, Marysia i Piotruś. Patrzyli w las, obserwując skaczące
wiewiórki.
Radość ze spotkania rodziny w Ugłach była ogromna. Michaś stawiał
pierwsze kroczki i ze smakiem zajadał słodką bułeczkę przywiezioną przez
babcię. Ewelina oprowadzała matkę po domu, potem po obejściu. Stojąc za
budynkiem gospodarczym, Malwina zaproponowała córce urządzenie w tym
miejscu ogrodu warzywnego.
- Tu będą rosły ziemniaki i warzywa, bo obornik będzie blisko ogrodu, to
i nawożenie będzie dobre. Dam ci kilka krzaków malin i porzeczek. Maliny
raz dwa ci się rozrosną. Truskawki też lubią obornik, to i będą rosły.
Jesienią znów przyjedziemy, to ci przywiozę i pomogę posadzić - mówiła
Malwina, patrząc na córkę.
Ewelina słuchała, co mówi matka, ale myślami była gdzieś zupełnie
daleko, co nie uszło uwadze Malwiny.
- Co tobie córeńko? - zapytała Malwina, szykując się do drogi powrotnej.
- Źle się czujesz może?
- Nie, tylko jak was widzę tutaj wszystkich, to mi jakoś żal, że zaraz
odjedziecie - odpowiedziała ze smutkiem w głosie Ewelina.
- Masz takiego fajnego chłopaka - wskazała oczami na baraszkującego
Michasia, niech ci nic nie będzie żal. Zawsze możecie przyjechać, kiedy
tylko zechcecie, a jak Marysia podrośnie, to nie raz do was przybiegnie
dróżką przez las - zapewniała córkę Malwina. - A sąsiadów jakich macie
tutaj dobrych? - spytała, pokazując wzrokiem na sąsiednie gospodarstwo.
- Dobrych - powiedziała z uśmiechem Ewelina, patrząc na zagrodę
sąsiadów.
- Jak zbliży się rozwiązanie, to dajcie mi jakoś znać, przyjadę i wszystko będzie dobrze, jak przy Michasiu - pocieszała córkę Malwina. -
Bo jak byś tylko chciała, to przed porodem zabierzemy ciebie do nas.
Pomyślcie o tym we dwoje z Antonim - mówiła Malwina, wsiadając na wóz.
Drugi chłopczyk także przyszedł na świat w Jurkowie. I to przed świętami
Bożego Narodzenia. Dobrze się stało, bo w Ugłach nadal nie było studni i po wodę trzeba było chodzić kawałek drogi. Ewelina po porodzie
odpoczywała, leżąc w pokoju, a Malwinie przy przygotowywaniu świąt
pomagała już ośmioletnia Marysia. Młodzi Tyszkowie wyjechali z powrotem
do swojego domu dopiero na wiosnę, kiedy śniegi roztajały i można było
dojechać wozem.
II. Za chlebem
II
ZA CHLEBEM
Rok 1934 przyniósł wiele zmian w życiu
rodziny Zawadzkich. Jan otrzymał zlecenie dużej pracy zarobkowej od
dziedzica Józefowicza z Borowego. Więc na rok czasu opuścili dom w Jurkowie, wyjeżdżając do majątku Borowe. Zawadzki nie mógł przepuścić
okazji, odmawiając budowy czworaków, stodół i kurników, za którą to
pracę miał mieć dobrze zapłacone. Zawadzcy swoje gospodarstwo zostawili
pod opieką brata Jana, Adama, który mieszkał po sąsiedzku. Na czas
pobytu w Borowem rodzina została zakwaterowana w domku ogrodnika. Mieli
tam dwa pokoje i kuchnię do dyspozycji, wyżywienie, opał i całodobową
opiekę ze strony dziedzica i jego rodziny. Zamieszkali w jednej części
domu z osobnym wejściem, niezależnym od rodziny ogrodnika, który
zajmował drugą stronę domu. Marysia i Piotruś szybko przywykli do nowych
warunków. Dziewczynka już nie musiała pomagać w codziennych obowiązkach
gospodarskich matce, więc sama szukała sobie zajęcia. Poprosiła ojca o zakup kredek, ołówków i zeszytów, atramentu i pióra ze stalówką do
pisania. I pewnego razu wszystko to otrzymała. Jan, jadąc do Plissa po
zakupy do budowy czworaków, wstąpił do sklepu i poprosił o całe
wyposażenie ucznia do szkoły. Marysia tak bardzo się cieszyła kredkami i blokiem rysunkowym, że wszędzie z nim chodziła i rysowała kwiaty,
drzewa, nawet gęsi pływające w stawie. Zauważyła ją przechodząca
alejkami w parku żona dziedzica i podeszła do niej bliżej. Widząc ją,
Marysia wstała z ławki i dygnęła - dzień dobry.
- Dzień dobry - odpowiedziała jej wesoło pani Teresa Józefowiczowa.
- Jak się nazywasz dziecko i co tutaj robisz? - Spytała, patrząc na nią
ciekawie.
- Nazywam się Marysia Zawadzka i mieszkam o tam z moim braciszkiem
Piotrusiem i mamą i tatą - pokazała palcem na domek ogrodnika.
- Aha, a co robisz? - pytała dalej dziedziczka, spoglądając na rysunek
Marysi.
- Rysuję kwiaty proszę pani.
Dziedziczka podeszła do niej bliżej i wzięła kartkę z rysunkiem
nasturcji.
- Ładny ten kwiatek, a dałabyś mi ten rysunek? - zapytała.
- Tak proszę pani - grzecznie odpowiedziała Marysia.
Po chwili kobieta z jej rysunkiem odeszła w stronę dworu. Spotkanie
Marysi z panią dziedziczką Józefowiczową miało dalszy ciąg. Kilka chwil
później przybyła do ich mieszkania pokojówka z prośbą, żeby Marysia
przyszła wraz ze swoją mamą do dworu. Trzymając Marysię za rękę Malwina
pytała: - Czyś ty czego nie nabroiła, dziecko moje? Po co nas tam
wołają?
Otworzyła im ta sama pokojówka, która była u nich wcześniej. Na ich
widok uśmiechnęła się: - Proszę, pani dziedziczka czeka i pan
nauczyciel.
Pokojówka poprowadziła je do salonu.
- Dzień dobry - powiedziała Malwina, a Marysia dygnęła nieśmiało. Pani
Teresa Józefowiczowa uśmiechnęła się i wskazała Malwinie krzesło, aby
usiadła. Marysia stanęła obok swojej mamy i obie patrzyły wyczekująco,
to na dziedziczkę, to na starszego pana, czyli nauczyciela.
- Pani Malwino, przyniosłam do domu rysunek kwiatów, który narysowała
kredkami Marysia i pokazałam naszemu panu nauczycielowi. Oboje
urzekliśmy się doborem barw i ogólnego zarysu. Tak się składa, że pan
Ludwik Dornowski, nasz kuzyn, przebywa u nas na wypoczynku i żeby
zapełnić czas, udziela lekcji naszym dzieciom Adasiowi i Emilce.
Zaproponował, żeby i Marysia brała udział w tych lekcjach. Są to godziny
z języka rosyjskiego, angielskiego, polskiego, geografii, historii i matematyki, oczywiście rysunku także. Co pani na to? - zapytała, patrząc
na zdumioną Malwinę.
- Noo tak, bardzo chętnie, ale ile to by miało kosztować? - nieśmiało
zapytała Malwina, zerkając na nauczyciela, który uśmiechnął się
dobrodusznie.
- Zrobimy tak, że najpierw zobaczymy czy Marysia zechce się uczyć. Czy
będzie przychodzić na lekcje. Jak okaże się pilną uczennicą, to wtedy
pomyślimy o zapłacie, takiej oto dla mnie na pamiątkę, czyli zimowe,
wełniane skarpety zrobione na drutach - odpowiedział szybko pan Ludwik,
żeby zakończyć ustalanie zapłaty.
Malwinę to zamówienie nauczyciela rozśmieszyło tak bardzo, że z ledwością powstrzymywała śmiech. Szła do dworu ze strachem i duszą na
ramieniu, a tu wyszło samo dobro, nawet na wesoło.
- Niech Marysia przychodzi z zeszytem i piórem, codziennie na godzinę
dziesiątą do dworu. Lekcje odbywać się będą w jednym z pokojów,
pokojówka Józia ją zaprowadzi - zwróciła się ciepło do Malwiny pani
Teresa.
- Bardzo dziękuję za tak wielką okazaną nam dobroć - Malwina spojrzała z wdzięcznością na dziedziczkę.
- Droga pani Malwino, znamy się od tak dawna, jeszcze nasi rodzice się
znali. Jesteśmy równi statusem, intelektem, wszystkim... Zapraszam panią
do mnie na popołudniową herbatę w niedzielę. Posiedzimy sobie na tarasie
- mówiła pani Teresa, patrząc na zaskoczoną Malwinę.
- Dobrze, przyjdę, bardzo dziękuję - powiedziała Malwina wstając z krzesła.
Wracając do swojego mieszkania, idąc przez park, Malwina nie przestawała
się uśmiechać. Spojrzała na Marysię, na jej loczki na głowie i schylając
się, pocałowała ją w główkę. Wieczorem wszystko opowiedziała Janowi.
- Dawno już nad tym myślałem, żeby Marysia poszła do szkoły, tylko ten
wyjazd teraz się trafił. Niech się uczy, a będzie chciała się uczyć,
wszystko jej kupię, żeby nie była gorsza od innych dzieci - zapewniał
Jan, jedząc kolację.
Przez cały czas pobytu w Borowem Marysia chodziła na lekcje do dworu.
Stanęło na tym, że uczyła się wszystkich przedmiotów, oprócz języka
angielskiego. Oboje Zawadzcy stwierdzili, że ten język do niczego Marysi
się nie przyda. Natomiast przodowała i wyróżniała się w języku polskim,
pisząc, jak na dziecko podejmujące co dopiero naukę, bardzo zgrabne
zdania. Wpisywała do zeszytu swoje własne przemyślenia, czym zadziwiła
nauczyciela do tego stopnia, że czytał jej wypracowania na głos, jako
przykład dla innych uczniów. Spotykając przypadkowo Malwinę, nie mógł
się nachwalić postępów Marysi w nauce.
- Czy córka państwa wcześniej się uczyła, chodziła gdzieś do szkoły? -
pytał zaciekawiony.
- Do szkoły ma dopiero pójść, jak już wrócimy do domu - odpowiedziała
Malwina. - Nieraz widziałam jak w domu przegląda książki, coś rysuje,
ale byłam bardzo zajęta, więc nie interesowałam się tym za bardzo.
- Otóż pani Malwino, trzeba, żeby to dziecko uczyło się, bo jest bardzo
zdolne - powiedział pan Ludwik, odchodząc.
Na początku czerwca Jan z czeladnikami zakończył wszelkie prace
budowlane w Borowem. Dziedzic wypłacił mu uzgodnione wcześniej sumy, z których część przekazał swoim robotnikom. Wieczorem przed opuszczeniem
majątku pośrodku podwórza urządzono duże ognisko, przy którym zebrali
się wszyscy robotnicy budowlani i ludzie z majątku. Na rożnie piekł się
baran i grała harmoszka. Malwina wzięła za rękę Marysię i poszły do
dworu pożegnać się. Pani Teresa Józefowiczowa bardzo ciepło je przyjęła,
goszcząc herbatą i ciasteczkami. Malwina podała jej prezent dla
nauczyciela, pana Ludwika Dornowskiego, zapakowany w ładne, kartonowe
pudełko po butach. Pani Teresie podarowała własnoręcznie zrobioną na
szydełku serwetę na stolik. Marysia narysowała pani dziedziczce oraz
Emilce i Adasiowi laurki z kwiatami. Wszyscy żegnali się tak, jakby byli
jedną rodziną. Nigdy nie zapomnimy dobroci państwa, tego, że Marysia
mogła pobierać nauki wraz z dziećmi państwa - mówiła Malwina ciepło.
- Nie można zmarnować takiego talentu pani Malwino. Dziewczynka z mig
"łapie" wszystko, co się do niej mówi, co się przekazuje. Pisze już
piękne wypracowania. Jest troszkę nieśmiała, ale to minie z wiekiem -
chwaliła dziewczynkę pani Teresa Józefowiczowa na odchodnym, kiedy już
obie Zawadzkie stały na schodach.
- Jeszcze raz gorąco za wszystko państwu dziękujemy, dobranoc - żegnała
się Malwina, oddalając się z dworu w ciemność nocy.
Nazajutrz rodzina Zawadzkich opuściła dwór i majątek Borowe. Wyjechali
wczesnym rankiem furmanką. Śpiące dzieci otulili ciepło i ułożyli na
sianie w tylnej części wozu. Jechali, rozmawiając i wspominając swój
pobyt.
- Mnie i dzieciom było dobrze, ale ty się napracowałeś - mówiła Malwina,
głaszcząc męża po ramieniu.
- Cóż robić, dola moja taka, los mój przeznaczył mnie nie na panicza,
choćbym i mógł nim być, ale na cieślę, majstra od budowy domów - odrzekł
Jan, pykając swoją fajkę.
- Dobrego majstra - dodała Malwina.
Zawadzcy dotarli do domu w samo południe. Dzieci wyskoczyły z wozu i pobiegły z psem do sadu, nad staw. Malwina i Jan obchodzili swoje
gospodarstwo, zaglądając do kurnika, obory; ogród był tak zarośnięty, że
widać było tylko owoce malin i porzeczek na łodygach.
- Będę miała co robić - westchnęła Malwina, zrywając maliny. - Ale
najpierw pojedziemy do Ewelinki!
- Dobrze, pojedziemy, sam jestem ciekaw, jak sobie Antek radzi. No i maluchy Michaś i Bernaś - dodał Jan, uśmiechając się. - Zatęskniłem za
maluszkami, ot co.
Nie pojechali jednak od razu, Malwina zabrała się za pieczenie chleba i bułek. Dzieci zrywały truskawki i maliny w ogrodzie, Jan z bratem Adamem
wyławiali ryby ze stawu. W sobotę jeszcze Malwina upiekła kaczkę na
niedzielny obiad i w niedzielę rano wyruszyli do Ugłów. Cztery kilometry
drogi przebyli szybko, jadąc przez las. W dolinie za lasem pasły się
krowy z majątku Boryskowicze. Oboje Zawadzcy patrzyli na stado z podziwem.
- Piękne stado, krowy wypasione, zdrowe, piękne i cielaki i bukaty -
zachwycał się Jan i zaraz dodał: - Dobrego gospodarza poznać po tym,
jakie ma krowy, konie, owieczki. Tutaj u Doboszyńskich widać samo
bogactwo. Reńka dobry gospodarz i dobry dziedzic.
- Basia, jego żona, także - dodała Malwina.
Wjeżdżając do Ugłów, zobaczyli na wzgórzu przed wsią kobietę z dzieckiem
na ręku i trzymającą za rączkę drugie dziecko stojące przy niej.
- Bożesz ty mój, toż to Ewelinka! Zobacz, ona już tam na nas czeka! -
krzyknęła Malwina. Jan z wrażenia aż ściągnął kapelusz z głowy,
przeczesał ręką włosy i zaraz z powrotem założył.
- Czemuż ona wyszła do nas? Czy u nich wszystko aby dobrze jest? -
zastanawiał się głośno Zawadzki.
- Zobaczymy, jak dojedziemy! - stanowczy ton Malwiny świadczył o tym, że
gotowa była bronić córki, cokolwiek by się nie działo.
Kiedy wjechali już na podwórze, wszelkie podejrzenia ulotniły się,
ponieważ czekali na nich wszyscy i Ewelina z dziećmi zdążyła przyjść ze
wzgórza na przywitanie rodziców. Jan, schodząc z wozu, przeleciał
wzrokiem po nowym ogrodzeniu obejścia i uśmiechnął się na ten widok.
Przytulił córkę, pogłaskał po główkach chłopaczków i uścisnął rękę
zięciowi.
- No, widzę, że ogrodziłeś gospodarstwo - uśmiechnął się życzliwie.
- To już ogrodziłem dawno, jak wyjechaliście do Borowego. Nie chciałem,
żeby mi tu wilki podchodziły do owiec i gęsi. Ale podchodzą i lisy, nie
raz musiałem te kanalie przeganiać.
- Chodźże do wozu i pomóż nam z tym koszykiem! - zawołała Malwina.
Jan poszedł w stronę wozu i sięgnął po duży kosz wyładowany chlebem,
bułkami i ciastkami. Postawił go na ziemi obok wozu i zaszedł wóz z drugiej strony, wyjmując z niego worek z ziemniakami, kapustą i owocami
z sadu. Widząc to, bawiąca się z dziećmi na kocu Marysia podeszła i wzięła z koszyka trzy słodkie, drożdżowe bułeczki. Podała je Michasiowi,
Piotrusiowi i Bernasiowi. Jeszcze wróciła i jedną sobie wzięła.
Malwina i Ewelina usiadły w cieniu na ławce pod domem. Zawadzka
wysupłała z kieszeni surduta zawiniątko i włożyła Ewelinie w dłoń,
zaciskając ją, żeby nikt nie widział.
- Masz, to odłożyliśmy z ojcem dla was. Przydadzą się. To z zarobku z Borowego - dodała. - Może uzbieracie na jeszcze jedną krowę albo konia.
Nie zawsze możemy pomóc, ale jak raz teraz możemy.
- Dziękuję mamusiu - szepnęła dziewczyna, biorąc rękę Malwiny i całując
ją.
- Biedy nie mamy, ale nie nadążam z dziećmi i z obrządkiem. Antoś jest w pracy do wieczora, a mnie czasami siły brak, bo dzieci samych nie mogę
zostawić, a po wodę mamy kawałek drogi.
- To zapytamy Marysi, czy nie zechciałaby pobyć troszkę u ciebie i popilnować chłopców - powiedziała Malwina. - Co ty na to? Nie narzucamy
się, ale musicie powiedzieć, czy chcecie, żeby Marysia pobyła u was, są
wakacje, a po wakacjach chcemy posłać ją do szkoły. W Borowem uczyła się
bardzo dobrze z dziećmi dziedzica - dodała Michalina dumnie.
Po obiedzie Malwina i Jan poprosili Marysię, żeby usiadła z nimi na
ławce przy domu. Jan przytulił córkę i powiedział: - Trzeba by było
pomóc Ewelince przy dzieciach. Popilnować, żeby sobie poobrządzała
gospodarstwo. Jakbyś chciała zostać i jej pomóc, to my z mamusią bardzo
byśmy cię o to prosili. I za to, że jej pomożesz, kupimy ci nowe ubranko
do szkoły i buciki, i wstążki, i kapelusik, wszystko co będziesz chciała
- wyliczał Jan, tuląc ją do siebie.
- I tornister? - zapytała ze łzami w oczach Marysia.
- I nowiutki, pachnący tornister, książki i zeszyty - dodała Malwina,
całując ją we włosy.
Kiedy rodzice odjeżdżali z Piotrusiem, Marysia, z oczami pełnymi łez,
machała na pożegnanie. Po raz pierwszy w życiu będzie bez mamy i taty.
Przytuliła się więc do Ewelinki, pytając: - Ale tato po mnie przyjedzie?
- No pewnie, Marysiu - zapewniała ją siostra.
- Ciocia Marysia - po chwili odezwał się mały Michaś, biorąc za rękę
dziewczynkę.
Słysząc te słowa, Ewelina roześmiała się. - Noo, jesteś ciocią! Ależ ten
Michaś sprytny jest - mówiąc to, pochwyciła go na ręce i podniosła do
góry. Chłopczyk cieszył się i śmiał radośnie. Stojąca obok Marysia także
się śmiała.
Pobyt Marysi u Tyszków na wakacjach był bardzo aktywny. Wcześnie rano,
zanim Antek wyszedł do pracy, budził wszystkich kogut w kurniku. Chwilę
później dzieci dostawały swoje mleko w butelce ze smoczkiem. Marysia
zabawiała dzieci, kiedy Ewelina obrządzała gospodarstwo. Dzieci albo się
śmiały, albo płakały, Michaś wciskał się w każdy zakamarek podwórka i się brudził, Bernaś zaczynał chodzić. Nie można było spuścić ich z oka
nawet na moment. Najgorsza sprawa była z wodą, którą trzeba było donosić
z wiejskiej studni oddalonej od domu około trzysta metrów.
Chcąc odciążyć Marysię od dzieci, Ewelina zaproponowała jej, żeby sobie
poszła po wodę z dwoma wiadrami, zawieszonymi na drewnianym pałąku.
- Nie nabieraj dużo - tłumaczyła siostrze. - Możesz sobie chodzić po tą
wodę często, ale bierz malutko, żeby ci nie było za ciężko.
Ewelina patrzyła na nią przez okno z mieszanymi uczuciami. Już same
wiadra zawieszone na kabłąku wydawały się dla Marysi za ciężkie.
Dziewczynka, żeby sobie ułatwić pracę, nalewała wody do wiader za dużo.
I szła powolutku, wytyczając sobie drogę od kwiatka do kwiatka, przy
którym przystawała, odpoczywając. Widząc to, Ewelina wychodziła
naprzeciw i zabierała od niej wiadra z wodą.
- Nie będę na ciebie krzyczeć, ale się gniewam, że mnie nie słuchasz! -
mówiła podniesionym głosem. - Jak sobie coś zrobisz, to co ja wtedy
pocznę? Jesteś za mała, żeby dźwigać, rozumiesz? Rośniesz i możesz sobie
uszkodzić kręgosłup! No zrozum, co ja mówię, o co ciebie proszę
siostrzyczko moja malutka - mówiąc to, przytuliła ją mocno do siebie.
W połowie czerwca Jan pojechał po Marysię, okazało się, że pani Teresa
Józefowiczowa przysłała list, w którym zawiadamia, że pierwszego lipca w kościele w Prozorokach odbędzie się I komunia święta i jej dzieci idą, i czy by Marysia chciała? Do komunii trzeba nauczyć się katechizmu i zdać
egzamin w kościele u księdza dzień przed komunią. Jan opowiedział o tym
wszystkim, kiedy przyjechał po Marysię. Siedząc już na wozie obok taty,
machała im wszystkim ręką na pożegnanie. Michaś i Bernaś nawet nie
płakali za nią, zajadając bułki z jagodami, upieczone przez babcię
Malwinę a przywiezione przez dziadka
- Przyjedziemy znów do was niedługo - wołała.
- W domu czeka cię ciężka praca - powiedział Jan, patrząc na córkę.
- A co będę robić? - zapytała zaciekawiona.
- Uczyć się katechizmu, żeby zdać egzamin - powiedział Jan
- Tatusiu, ja przecież wszystko umiem. Wszyściutko. Jak mieszkaliśmy w majątku Borowe, mnie i Piotrusia mamusia wszystkiego nauczyła. Zawsze
wieczorami powtarzaliśmy i Dziesięć przykazań, i Wierzę w Boga Ojca.
Ojcze nasz i Zdrowaś Mario już dawno umieliśmy. Nawet spowiadać się
umiem - dodała na końcu wyliczanki.
- No to zuch dziewczynka! - zawołał Jan, popędzając konia. - Jutro
pojedziemy do Plissa po zakupy i zajrzymy też do Prozoroków do księdza -
mówiąc to, uśmiechnął się ciepło do córki.
Marysia słysząc te słowa, aż zaklaskała w ręce.
Tak jak mówił Jan, nazajutrz cała rodzina Zawadzkich wyruszyła na zakupy
do Plissa. Zostawiając konia z wozem na targowisku pod opieką sąsiada,
Malwina z Marysią i Piotrusiem poszła do sklepów, żeby kupić Marysi
białą sukienkę i buciki do pierwszej komunii świętej. Jan swoim
zwyczajem poszedł do Żydów kupić skórę na buty zimowe dla siebie i rodziny. Znał w Plissie wszystkich Żydów i wiedział, kto czym handluje.
W sklepie z sukniami komunijnymi było dużo przymiarek, ponieważ wybór
był ogromny. Wreszcie znalazła się ta jedna, jedyna sukienka, która się
wszystkim spodobała. Marysia okręcała się w niej przed lustrem, radosna
i szczęśliwa. Malwina z zachwytem jej się przypatrywała. Ciemne loczki
na głowie z wianuszkiem sztucznych stokrotek oraz biała sukienka z białymi pantofelkami czyniły z Marysi zjawiskowy, cudny obrazek.
Zawadzka cieszyła się na widok Marysi tak, jak sama Marysia. Obserwujący
to wszystko Piotruś też się śmiał. Malwina z dziećmi odwiedzili jeszcze
sklep z bielizną i codziennymi ubraniami. Marysia w tym dniu została
wyposażona także do szkoły. Nowiutka bluza z marynarskim dużym
wykładanym kołnierzem, granatowa spódniczka, podkolanówki, skarpetki,
buciki do szkoły, płaszczyk jesienny i zimowy. Wszystko to, wraz z ubrankami Piotrusia zapakowane było w drugą paczkę, którą Malwina
taszczyła do wozu. Kiedy dotarli na miejsce, Jan już tam na nich czekał.
Widząc obładowaną zakupami żonę, zszedł z wozu i wziął od niej zakupy,
po czym i dzieci i zakupy umościł na wozie.
Siedząc już na swoim miejscu, Malwina wyciągnęła spod siedzenia ukryty
koszyczek z jedzeniem. Po chwili każdy trzymał w ręku bułkę z kawałkiem
swojskiej kiełbasy. Jechali, jedząc. Dzieci rozmawiały zadowolone,
spoglądając na swoje zapakowane, nowe ubranka.
W Prozorokach przed plebanią zatrzymali się i Jan zawiązał lejce na
płocie.
- Ty siedź, ja sam pójdę z Marysią - powiedział Jan do żony, zsadzając
córkę z wozu.
- Dobrze, tylko powiedz, że Marysia wszystko umie i może zdawać egzamin
- powiedziała Malwina, patrząc na Jana.
Po chwili Jan nacisnął dzwonek przy drzwiach i wyszła gosposia.
- Niech będzie pochwalony, my do księdza proboszcza.
- Proszę - kobieta otworzyła szerzej drzwi.
Kiedy weszli, gosposia poprowadziła ich do kancelarii. Widząc księdza
siedzącego za dużym dębowym biurkiem, Jan ponowił przywitanie: - Niech
będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków - odpowiedział proboszcz.
- Przyjechaliśmy do księdza proboszcza z Jurkowa, ponieważ pani
dziedziczka z Borowego powiadomiła nas, że nasza córka Marysia mogłaby
pójść do I komunii świętej w lipcu, razem z dziećmi państwa
Józefowiczów.
- Ale to za dwa tygodnie. Zdąży się nauczyć katechizmu? - zapytał
ksiądz, patrząc na Marysię.
- Proszę księdza, żona ją nauczyła całego katechizmu. Marysia wszystko
umie - odparł z dumą Jan.
- Jak tak, to przyjedźcie na egzamin. Będę pytał wszystkie dzieci.
Egzamin mamy 29 czerwca, spowiedź 30 czerwca, a komunię 1 lipca. Jeszcze
nazwisko dziecka podajcie - powiedział ksiądz, biorąc do ręki pióro do
pisania.
- Zawadzka Maria - powiedział Jan wyraźnie, żeby proboszcz dobrze
usłyszał.
Kiedy wychodzili z kancelarii, ksiądz wstał zza biurka i wyszedł razem z nimi na dwór. Widząc Malwinę siedzącą na wozie i Piotrusia uśmiechnął
się: - O, ho, ho, cała rodzinka na wozie.
Malwina ukłoniła się księdzu i powiedziała: - Tak proszę księdza, bo i po ubranko dla Marysi jeździliśmy do Plissa.
- Jedźcie z Bogiem do domu - powiedział ksiądz ciepło.
- Bóg zapłać - odpowiedzieli prawie razem Zawadzcy.
Do domu w Jurkowie przyjechali późnym wieczorem, jak już nastawał
zmierzch. Słychać było wieczorne granie świerszczy i kumkanie żab ze
stawu w ogrodzie. Śpiące dzieci Jan zaniósł na rękach do domu i położył
do łóżek. Potem pomógł Malwinie pozanosić zakupy do domu, na końcu
wyprzągł z wozu konia i zaprowadził go do stajni. Zawadzka musiała
jeszcze tylko wlać świniom karmę do koryt i wydoić Rogatą.
Podczas zdawania egzaminu ze znajomości katechizmu przed komunią świętą
Marysia odpowiadała jako ostatnia na pytania zadawane przez księdza.
Podnosiła palce do góry, kiedy nikt inny nie umiał odpowiedzieć na
zadane przez księdza pytania. W kościelnych ławkach siedziały duże,
wyrośnięte dziewczęta z warkoczami, ze swoimi mamami, dumne i wyniosłe,
z góry patrzące na małą dziewczynkę z krótkimi włosami w kręconych
loczkach, siedzącą obok swojego taty. Na koniec egzaminu ksiądz
podsumował wiedzę zdających:
- Nie wstyd wam przed tą małą Marysią?
- Takie duże dziewczęta, a nie przygotowały się jak należy do egzaminu!
To ta mała dziewczynka nauczyła się katechizmu za was wszystkie. I to
ona za was odpowiadała - grzmiał ksiądz.
Po powrocie do domu, Jan opowiedział Malwinie, jak ksiądz proboszcz
chwalił Marysię. Zawadzka podeszła i pocałowała córkę we włosy. Dzień I komunii świętej Marysia zapamięta na całe życie, ponieważ bardzo ten
dzień przeżywała. W tym dniu, 1 lipca 1934 roku, otrzymała od księdza
proboszcza pamiątkowy dyplom, który następnie Jan oprawił w ramki i który towarzyszył jej przez całe jej życie, i który wisi do tej pory w jej pokoju...
III. Marysia
III
MARYSIA
Cztery lata później. Wszystkie dzieci z Jurkowa chodziły do szkoły w Proszkowie. W drewnianym budynku były dwie
klasy, w których uczyły się dzieci, a z drugiej strony mieszkanie
kierownika szkoły, który żył tam ze swoją żoną, nauczycielką i małym
synkiem. Za boiskiem szkolnym, pod lasem, powstawała nowa duża szkoła,
murowana, z większą liczbą klas. Kierownik szkoły, pan Andrzej
Jabłonowski był mężczyzną pokaźnej postury, wysoki, barczysty,
wyróżniający się wśród ludzi, natomiast jego żona, pani Barbara -
drobną, szczupłą kobietą, o nieprzeciętnej urodzie. Uczyła języka
polskiego, rosyjskiego, historii, śpiewu, dziewczęta na pracach ręcznych
mereszkować, haftować i robić z wełny szaliki na drutach. Matematyki i biologii uczył pan Jabłonowski. Religii uczył ksiądz z Prozoroków i ksiądz obrządku greckokatolickiego, który przyjeżdżał z Plissa.
Przez otwarte okna w klasach wiosną lub latem słychać było śpiew dzieci,
wśród których była i Marysia Zawadzka.
Skowroneczku, szare ptasze/
Czemu rzucasz pola nasze?
Czemu lecisz w kraj daleki?
Tam za morza, góry, rzeki?
Czy tam piękniej słońce wschodzi?
Lepsze ziarno ziemia rodzi?
Czy przejrzysta w zdroju woda?
Że ci naszych pól nie szkoda?
Żal mi gniazdka, żal mi pola,
Lecz już taka moja wola.
Muszę lecieć, by znów wrócić
Pieśń o wiośnie wam zanucić.
Choćby były w obcym kraju
Wszystkie cuda, jakby w raju,
Mnie najlepiej między swymi,
więc powrócę do swej ziemi.
Siedziały razem we dwie z Władzią w pierwszej ławce, zaraz przy biurku
nauczyciela, ponieważ były obie najmniejsze wzrostem z wszystkich dzieci
w klasie. Na samym końcu w ławkach siedziały duże i starsze dziewczęta,
ponieważ naukę rozpoczęły późno w szkole, a zapisały się tylko po to,
żeby umieć pisać i czytać. Wszystkie dzieci pochodziły z rodzin
chłopskich o różnym statusie majątkowym. Niektóre nie miały się w co
ubrać, były zaniedbane, inne były dobrze ubrane i odżywione. Do jednych
dzieci na naukę religii przyjeżdżał ksiądz proboszcz z Prozoroków, do
drugich pop z Plissa. Kiedy pewnego razu przyjechał pop i w osobnej
klasie rozpoczęła się religia, jeden z chłopców, podglądając przez
dziurkę od klucza lekcję, powiedział na głos tak, że wszyscy słyszeli, i ci co byli w klasie, i ci co byli na korytarzu: - O ku....wa, jak on się
żegna!
Chłopiec zdążył odskoczyć, gdy nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich
pop.
- Który tak powiedział!? - zapytał z groźbą w głosie.
Nikt się nie odezwał, tylko wszyscy odsunęli się z korytarza i wyszli na
zewnątrz budynku. Po chwili pojawił się kierownik szkoły. Zrobiono
zbiórkę całej młodzieży. Pan Jabłonowski ze srogą miną chodził przed
zebranymi dziećmi tam i z powrotem, raz po raz pytając:
- Który tak powiedział, bo jak się nie przyzna, wszyscy zostają "po
kozie" w szkole do wieczora.
Jednak nikt się nie przyznał. Chłopiec, który to powiedział skulił się
ze strachu, że dowiedzą się rodzice, i że go wyrzucą ze szkoły. Nikt go
nie wydał. Wszystkie dzieci stały na zbiórce nieruchomo, patrząc przed
siebie. Nie wiadomo, co było powodem humoru pana Jabłonowskiego, bo po
chwili z uśmiechem w oczach rozkazał wszystkim posprzątać teren wokół
szkoły i następnie iść do domu. Podkręcał z zadowoleniem wąsa, patrząc,
jak dzieciaki pracują.
Wieczorem przy kolacji Marysia wszystko opowiedziała rodzicom. Jan swoim
zwyczajem podsumował zdarzenie.
- Myślę, że chłopak dostał nauczkę na całe życie, żeby nie śmiać się z niczyjej wiary.
- Ależ on się nie śmiał tatusiu, tylko zadziwił - sprostowała Marysia.
- Wszystko jedno, myślę, że Jabłonowski był zadowolony ze swoich
uczniów. Uśmiechnął się, nie z uczynku chłopaka, urwisa, tylko że nie ma
w swojej szkole donosicieli.
Nauczycielka Marysi, pani Basia, nakazywała Zawadzkim zapisać Marysię do
szkoły w Plissach, ponieważ w Proszkowie były tylko cztery klasy. Jan
zapamiętał na zawsze jej słowa: "Wyjątkowo zdolne dziecko, proszę tego
nie zmarnować!". Na świadectwie, które przyniosła do domu Marysia w roku
1938, były same piątki, a jedno z jej wypracowań zostało w gablotce
szkolnej na pamiątkę.
- Za takie świadectwo należy ci się nagroda, prawda? - Jan mówiąc to,
mrugnął do żony.
- Dobrze, dobrze, jedźcie do miasta i kupcie sobie waszą nagrodę -
Malwina roześmiała się szczerze, przytulając córkę.
Marysia aż zaklaskała w ręce.
- A kiedy pojedziemy, tatusiu?
- Choćby jutro rano, bo po południu wyjeżdżam do pracy - powiedział
poważnie Jan.
- Dobrze, ale fajnie - cieszyła się dziewczynka.
- Nie przesadzajcie z wydawaniem pieniędzy na głupoty, zaraz jesień,
może ciepły płaszczyk, jakąś czapeczkę - podpowiadała matka. - Aha, i chłopcom coś kup, bo do Ewelinki trzeba będzie pójść albo pojechać, jak
będzie czym.
- Ja biorę wóz i konia jak zawsze, bo jak będę wracał do domu to z pełnym wozem. Musicie sobie radzić jakoś, może ktoś będzie jechał w tamtą stronę albo na piechotkę, to tylko cztery kilometry - tłumaczył
sytuację Jan.
Nazajutrz po rannym obrządku i po śniadaniu Jan zaprzągł gniadego do
wozu i pojechali razem z Marysią po sprawunki do miasta. W jednej ręce
trzymał lejce, w drugiej fajkę i perorował:
- Bóg da, że nie będzie wojny, bo w miastach ludzie różnie mówią. My nic
nie wiemy tutaj za miedzą, a ludzie mówią, że Niemcy znów grożą. Widzisz
Marysiu, ty masz już dwanaście lat i jesteś mądrą dziewczynką.
- Ale u nas w szkole nic nie mówili o Niemcach - wtrąciła Marysia.
- Do czasu, do czasu nie mówią, żeby ludzi nie straszyć - powiedział
Jan, popędzając konia.
- Ja wiem o Niemcach i o pierwszej wojnie światowej, pani nam na lekcji
historii opowiadała.
- A ja nie wiem dziecko, czy jeszcze kiedy tak z tobą gdzieś we dwoje
pojadę, może tak, może nie. Wszystko zależy od Pana Boga. To ci tylko
powiem i zapamiętaj sobie na zawsze: trzeba mieć zapasy jedzenia w domu,
choćby nie wiem co! Wszystko przetrwamy, jak będziemy mieli co jeść! Ja
buduję ludziom domy, a kto wie, czy nie przyjdzie Niemiec i ich nie
spali, a ludzi nie pozabija?
Marysia przejęła się słowami swego taty i zapamiętała dokładnie, co
mówił. Rozmyślała i układała sobie plan. Jednak w sklepie wszystkie
troski odeszły. Pojawiły się za to berecik i nowe buciki na co dzień i do kościoła, i jeszcze buciki gumowe na wypadek deszczu i pelerynka, i nowa sukienka, i płaszczyk, jak przykazywała mama. Wszystko to zostało
zapakowane w paczce i przewiązane tasiemką Potem poszli do sklepiku z dziecięcą odzieżą i Jan kupił wnukom dwie bluzy i dwie pary spodni.
Jeszcze drewniane trzy gwizdki z kogucikiem na patyku i piłkę, także dla
Piotrusia. Z zakupami, które położyli na sąsiednie krzesło, usiedli przy
stoliku w kawiarence w ogródku pośrodku miasteczka. Jan zamówił sobie
piwo, dla Marysi ciastko tortowe i lemoniadę.
- Jakie to dobre - nie mogła się nachwalić Marysia.
- Jedz, jedz na zdrowie - zachęcał Jan, patrząc, z jakim apetytem
Marysia pochłania deser.
Wracali do domu w dobrym nastroju. Marysia była szczęśliwa z nowych
zakupów i namawiała tatę, żeby zaśpiewał coś, bo on tak ładnie śpiewa.
- Ale co ci zaśpiewać, po rusku, czy po polsku? - pytał, śmiejąc się.
- No po rusku, o tej herbacie, co to ją gotowałeś z pietruszki dla
swojego carskiego oficera - roześmiała się Marysia.
- Nie o herbacie będę śpiewał tylko zaśpiewam ci piosenkę Legionów
Piłsudskiego, po polsku.
- To ja z tobą, bo nas pani w szkole nauczyła - zawołała radośnie
Marysia.
Koń szedł wolno, a Marysia ze swoim tatą śpiewali:
My Pierwsza Brygada, strzelecka gromada
Na stos rzuciliśmy, nasz życia los
na stos, na stos!
O ile mąk, ile cierpienia
O ile krwi, wylanych łez.
Pomimo to, nie ma zwątpienia,
Dodawał sił, wędrówki kres...
Leliśmy krew osamotnieni
A z nami był nasz drogi wódz!...
Malwina widząc rozśpiewaną Marysię na wozie ze swoim tatą, którym
wjeżdżali na podwórze, aż przystanęła zdumiona. I jej także udzielił się
dobry nastrój:
- O! Was dwoje tylko do miasta posłać - śmiała się, podchodząc do
furmanki.
- Mamusiu! Wszystko kupione, co miało być kupione - mówił wesoło Jan,
spoglądając na żonę.
- I chłopaczkom Ewelinki też mamy gościńca - zawołała Marysia. - I Piotrusiowi! Chodź do mnie Piotruś - zawołała go z podwórka, gdzie
siedział z kotem.
Po chwili Piotruś chodził po podwórku i zadowolony gwizdał gwizdkiem, a Zawadzcy wnosili do domu zakupy.
Po chwili już cała rodzina siedziała przy stole, jedząc kapuśniak
ugotowany przez Malwinę.
- Zaraz wyjeżdżam, jak dobrze pójdzie za dwa tygodnie, albo i wcześniej
zakończymy robotę. W Plissie mam zabrać chłopaków. Umówiliśmy się
dojechać pod wieczór, a od jutra rana ruszamy z robotą - tłumaczył żonie
Jan.
Malwina z szacunkiem spojrzała na męża. Miał przecież swoją ziemię
odziedziczoną po rodzicach, na której wybudował dom, mieli sad, staw,
ogród, mogli tej ziemi dokupić i żyć jak jego rodzice, ale on wolał
ciężko pracować wraz ze swoimi ludźmi na budowach.
- Może uda się ziemi dokupić, to pracowałbyś w domu i nigdzie nie
wyjeżdżał, zostawiając nas tutaj same - napomknęła nieśmiało, idąc
swoimi myślami.
- Moja kochana, jeszcze tą ziemię, którą masz, porzucisz, wspomnisz moje
słowa. Ludzie mówią w miastach, że wojna idzie, bo Niemcy znów grożą.
Malwina przeżegnała się, ale nic nie powiedziała, za to słowa Jana
weszły już w jej świadomość i nie opuszczały, dręcząc i zakłócając
spokój. Zapakowała Janowi najpotrzebniejsze rzeczy i odprowadziła go do
wozu.
- Jedź i wracaj z Bogiem - powiedziała, kiedy przytulił ją mocno do
siebie.
Po wyjeździe Jana weszła do domu i usiadła przy stole. Spojrzała na
puste talerze po kapuśniaku i powoli zaczęła je zbierać. Bawiąca się z Piotrusiem Marysia odeszła od brata i usiadła przy kuchennym stole.
Malwina spojrzała na nią czule i powiedziała:
- Taty nie ma, jak ja ciebie samą puszczę przez ten las Boryskowiczów do
Ugłów.
- Mamusiu, tam jest prosta droga i ludzie po niej jeżdżą. Może ktoś
będzie jechał, to mnie podwiezie - pocieszała mamę Marysia.
- Boże, Boże, nie wypuszcza się samego dziecka przez las - narzekała
Zawadzka.
- Ja już mam dwanaście lat, mamusiu, tylko nie urosłam taka duża jak
Władzia.
- Jutro rano zapakuję ci parę rzeczy dla dzieci i pójdziesz. Tylko jak
ja się dowiem, czy doszłaś? Wiem, poproszę listonosza, żeby zaglądnął do
Ugłów - rozmyślała Malwina.
Rano, zanim słońce zaczęło mocno przyświecać, Marysia z tornistrem
szkolnym wypakowanym podarkami dla dzieci była gotowa do pieszej
wędrówki.
- Masz tu różaniec, trzymaj go mocno w ręku i idź dziecko moje. Ja będę
się modlić za ciebie. Nie schodź z drogi w las. Masz tu kij, trzymaj go
w jednej ręce, może jakiś zwierzak się napatoczy, wtedy krzycz głośno i machaj. Podprowadzimy cię z Piotrusiem do samego lasu - mówiła Malwina
ze łzami w oczach.
- Dobrze mamusiu - powiedziała dziewczynka, przejęta nie mniej od swojej
mamy.
Przy lesie rozstali się. Malwina długo stała i patrzyła, jak Marysia
idzie leśną drogą. Kiedy zniknęła jej z oczu, zawróciła razem z synkiem
do domu.
IV. Ewelina
IV
EWELINA
Marysia szła przez las, trzymając w jednej
ręce różaniec, w drugiej kij, i nuciła tę piosenkę, co jeszcze wczoraj
śpiewali razem z tatą, jadąc na wozie. W pewnym momencie las zakończył
się i ukazała się łąka w dolinie, a w niej stado pasących się dworskich
krów, byków i cielaków. Dziewczynka przystanęła i struchlała ze strachu,
ponieważ jeden z byków odłączył się od stada i zmierzał w jej kierunku.
Rzuciła kij w trawę i popędziła ile tylko miała sił, nie oglądając się
za siebie. Nie wiedziała nawet, czy byk biegnie za nią, czy nie. Mijając
pierwsze zabudowania wsi, zatrzymała się. Spojrzała za siebie. Nikogo
nie było. Usiadła w rowie, żeby odpocząć. Była zmęczona, zasapana i roztrzęsiona. Zdjęła z ramion tornister i wyjęła z niego bułkę z jagodami. Jadła powoli, obserwując wysoką trawę, w której siedziała.
Rosły w niej chabry, maki i stokrotki. Kiedy zjadła bułkę, zaczęła
zrywać kwiaty. Schylając się niżej po żółte kaczeńce, napotkała wzrokiem
zaskrońca wygrzewającego się na słońcu. Wstała nagle, zapięła tornister
i ruszyła dróżką na skróty przez Ugły. Usłyszała czyjeś wołanie. Na
wzgórzu stała Ewelina z Michasiem i Bernasiem. Pomachała do nich i patrzyła, jak dzieci biegną w jej kierunku. Rozłożyła ręce, by je
pochwycić i przytulić, ale chłopcy przystanęli i podchodząc do niej po
kolei, całowali ją w rękę. Spojrzała na nich zdumiona, ale po chwili
roześmiała się, zdjęła z ramion tornister i wyjęła z niego bułki. Podała
je chłopcom. Kiedy doszli do miejsca, w którym stała Ewelina, Marysia
przywitała się z nią serdecznie, a następnie zaczęła się jej przyglądać.
- Jestem w ciąży - oświadczyła Ewelina, to już za miesiąc będzie
rozwiązanie - dodała.
- Mama nic mi nie powiedziała - Marysia nie mogła uwierzyć.
- Bo i mama nie wiedziała. Dawno u nas nie byliście.
- Jezu! - powiedz chociaż, że już studnię macie! - zawołała Marysia
patrząc na siostrę.
- Nie mamy, Maryś! Antoś całe dnie pracuje, a w niedzielę leży prawie
nieżywy - tłumaczyła Ewelina.
- O Boże! - jęknęła Marysia, wiedząc, że teraz na nią spadnie noszenie
wody, żeby odciążyć siostrę. - Jak tylko spotkam się z tatą, zacznę go
męczyć o tę studnię dla ciebie!
Szli pomału w stronę domu Tyszków i rozmawiali. Marysia opowiadała o szkole, o swoim bardzo dobrym świadectwie na koniec roku, o komunii, o wydarzeniu w szkole z popem, na koniec o tym, że tata mówił, że chyba
będzie wojna, bo Niemcy się bardzo zbroją.
- Jeszcze i wojna! - westchnęła Ewelina. - Niech Bóg broni wojny! Można
wszystko wytrzymać, ale bez wojny! Wojna wszystko zabiera i życie także
- mówiąc to, spojrzała na dzieci.
- Nie bój się! Ja ci pomogę i przy dzieciach i wody ci nanoszę -
pocieszała siostrę Marysia.
- Marysiu moja najukochańsza, dobre z ciebie dziecko, ale ty masz
dopiero dwanaście lat!
Jedząc wieczorem kolację z Antonim, Ewelina opowiedziała mu o rozmowie z Marysią. Antek pokiwał głową na wspomnienie budowy studni.
- To teraz najważniejsza sprawa jest, bo lada chwila przyjdzie na świat
kolejne dziecko, kto ci będzie tę wodę nosił, jak ja w pracy? Marysia za
mała jest do dźwigania, a jeszcze trzeba wody dać napić się krowie,
napoić zwierzęta.
- Tatuś pomoże, Marysia będzie prosić, zarzekała się, że nie da ojcu
żyć, żeby tę studnię nam wybudował.
- Razem wybudujemy, choćby w niedzielę będziemy kopać. Od razu nie damy
rady, ale po trochu.
Pewnej sierpniowej nocy Ewelina zaczęła rodzić. Antoni obudził Marysię,
kazał jej rozpalić pod kuchnią i nagotować wody w dużym garnku. Sam
pobiegł do wsi po akuszerkę. Marysia rozpalała ogień pod kuchnią
trzęsącymi się rękoma. Słyszała, jak Ewelina cierpi, ciężko oddycha i krzyczy. Po chwili podeszła do niej i kucnęła przy łóżku. Dotknęła jej
ręki i pogłaskała. Starsza siostra uśmiechnęła się przez łzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki