Prolog
Pozwólcie Państwo, że poważnym słowem mą osobę przedstawię; ma godność, Wodórski Kamil Salichowski z Krotuchsoli. (Obyczaj każe nazwisko główne przed imieniem i nazwiskiem matczynym prezentować). Wszelkie tytuły naukowe uzyskałem na drodze pracy użytecznej dla ogółu społecznego. Wszelakie medale i odznaki zdobyłem w obronie słusznej, ojczyźnianej sprawy. Nacodzień zajmowałem się nauczaniem. W czasie wolnym natomiast sam studiowałem; a to literaturę pamiętnikarską, a to archelogię. Poza tym coraz namiętniej się oddawałem pasji treningów telepatycznych pobieranych za opłatą od lokalnych mistrzów.
W roku 466 nowej ery parowej, właśnie na terenie oddziału akademii kosmicznej w Krotuchsoli, wpadły w me ręce bezcenne mapy i rysunki. W sporym zbiorze starych papierzysk umieszczonych w przepastnej szufladzie składziku uniwersyteckiego odnalazłem pamiętnik przyciśnięty parą dziwnych kamieni zdobionych w zabawne cętki. Wprawdzie wpierw nie zwróciłem na nie uwagi, bo zdawały się być w tym miejscu przypadkowo zawieruszone, to potem jednak same w sobie skupiły centrum mego zainteresowania. Przede wszystkim zastanowiła mnie systematyka ich zdobienia. Ułożenie barwnych plamek nie mogło być przypadkowe. Wypełniały całą przestrzeń lśniącej powierzchni kamyka takim zatłoczeniem, iż zdawały się zapadać w głąb. I tam wypełniać wymiary aż do korzeni chemicznych zawiłości. Hipnotyzowały niezwykłą, wręcz holistyczną czeluścią. Budziły dziwne nieznane bliżej skojarzenia i obrazy. Zagmatwane linie kropkowanej systeamtyki zaraz wkrótce przemówiły do mnie inaczej i gdy uruchomiłem kanały teleintrepetacji otwarły się dla mej jaźni sensem ukrytym. Co by nie powiedzieć byłem w nowej profesji telepaty kursantem pilnym i wytrwałym. Zaraz rozpoznałem w swoistym przekazie formę genialnego pisma adresującego znaki bezpośrednio do jaźni, gdzie wszelkie formują się myśli. Bezwzględnie był to wzór jakiegoś zapisu niezmiernie oddalonego w czasie - mowa tu o liczbie lat w milionach. Niebawem, ale to już z pamiętników księżycowych tułaczy wynikło, iż kamienie należały do tajemnej biblioteki szernów; tegoż ludu księżycowego, o którym nie bez powodu wspominała każda księga historyczna.
To szernów obwiniono oskarżeniem o spowodowanie katastrofalnego zrztu asteroidalnego z powierzchni Księżyca. Na nich spadła odpowiedzialność za upadek cywilizacyjny ludzkości i nędzę milionów gatunków współtworzących z człowiekiem biomasę planety.
Znów przyjrzałem się mapom. Tereny na nich przedstawione z pewnością opisywały towarzyszącego nam satelitę. Pomimo obecnych na nich rzek i jezior nie było, co do tego żadnych wątpliwości. Pewne wykreślone z dokładnością wprost zegarmistrzowską kartograficzne szczegóły były nazbyt śmiałe. Nie mogły być od tak wzięte z powietrza. Musiały być sporządzone na bazie faktów obserwacyjnych. Wręcz onieśmielało mnie przypuszczenie, iż na satelicie nadal mógł egzystować człowiek. Z zakłopotaniem spoglądałem na doskonale wyprowadzone z wzorów koordynaty jego siedzib i kolonizacyjnych miast przy Mare Orientale. Azali wnioskować należało, iż jeszcze inna, jedna ze szczególnie cennych map, dość już poniszczona od niefortunnego złożenia, ukazuje detale obszarów południowych Oceanus Procellarum? Czyż zaprawdę miałem do czynienia z precyzyjnie rozrysowanymi nizinami kraterów Russel, Struve i Eddington na Lunie, a cała historia wypraw mistrza Rody spisana pochyłym i wielce trudnym do odcyfrowania językiem staropolskim z jego satelickimi naleciałościami była autentyczna? Widziałem gdzieś na bezpowietrznych pustyniach gigantyczne miasta, wtłoczone ciasną zabudową w dna kraterów Serafina Bolińskiego
i Seleucusa
, czyż aby nie należały do kategorii antyków mezozoicznych? Powstrzymałem nawet oddech na samą myśl. Przecież nikt w takim zbliżeniu nie wykreowałby podobnych map? Musiałby dysponować całą flotyllą geograficznych balonów albo być pomyleńcem lub fantastą! Poza tym obecnie korzystaliśmy z innych i czasem odmiennych terminologii, ba, większość nazw użytych w listach Rody w oficjalnym księżycowym atlasie już nie figurowała.
Suma summarum, dwa lata spędziłem na opracowaniach. Marzyła mi się księżycowa wyprawa, stąd często zasiadałem nad kartografem i sam dla siebie dystanse obliczałem.
Przez cały tem czas chodziłem wzdłuż i wszerz gabinetu wertując tam i z powrotem opasły brulion pamiętnika wciąż do siebie mamrocząc. "Tylko spójrzmy na mapę Rody" - trenowałem me własne introdukcje do szerszego grona akademii. - "Nikt nigdy podobnej nie sporządził. Nikt owych krain nie ujrzał był ani z kosmosu, ani z wysokości siodła wierzchowca. Nikt szlaków wytyczonych ani dróg bitych nie przemierzył. Skąd zatem się wzięła? - Powiodłem spojrzeniem po ścianie miast po śledzcych mnie twarzach, nie sądziłem, że gładki tynk zna odpowiedź. Znów uważnie przewertowałem strony starodawnego pisma. Sięgnąłem po ołówek. Już przedtem podkreśliłem kilka ważnych cytatów, więc manuskrypt mienił się od kolorowych linii. Rozłożyłem szczególnie mnie unteresuącą mapę i po chwili namysłu przypiąłem do tablicy ściennej pinezkami.
"No dobrze...Tutaj mamy Oceanus Procellarum". - Zakreśliłem wskaźnikiem ciemniejący obszar mapy. - "Zajmuje ogromny obszar na zachodniej części półkuli widocznej z Ziemi. Poniżej zauważamy biegun południowy, o którym każdy uczniak czytał z wypiekami na twarzy jeszcze w kronikach Braci Wyczekujących".
"Na półkuli niewidocznej z Ziemi istnieją tylko dwie potężne depresje, które w sprzyjających okolicznościach mogą wypełnić się wodą. Nikt przed Rodą o nich nie wiedział. Jedną stanowi niecka Mare Orientale, której brzegi obrała sobie za siedzibę Nowa Ludzkość. Na północny wschód od niej wznoszą się niebotyczne góry, kto wie, czy nie najwyższe na Księżycu. Na zrębach skalnych wiszą sobie niby jaskółcze gniazda selenidzkie twierdze, sklecone ze stali i miedzi miast ze słomy pomieszanej z gliną, i przytwierdzone do granitu gigantycznymi śrubami miast śliną. Na południowym wschodzie, po przeciwnej stronie brzegów Orientale, leży dwumilionowa stolica Szerni, Katalafhis, a cóż dalej?"
Spojrzałem przez okular. Rysy zamiast się wyostrzyć tylko się zamazywały. Chyba ze wzruszenia zwilgotniały me oczy. "Oto poza brzegiem morza rozciągają się wyżyny krain szernijskich, by nagle upaść w doliny, stoczyć się deltami rzek w morza i znów wbić skalistymi zrębami fiordów w najpotężniejszy na niewidocznej stronie satelity Ocean Mroków. "
"Mroków? Czy aby dobrze przeczytałem? Przecież nie masz tam nic poza górami, an śladu bezbrzeżnej wody?"
- Ech!
Z ciężkim sercem po raz kolejny odłożyłem stos papierzysk na bok. Miałem spraw bieżących bez liku. Przede wszystkim nauczanie i dwie dodatkowe klasy przydzielone w zastępstwie bardzo chorego pedagoga. Na popołudnia zaplanowałem zajęcia z optyki dla klasy czwartej i piątej. Wieczorem umówiłem spotkanie w uczelnianej kawiarni z dopiero co przyjętym w progi uniwersyteckie młodym bogaczem Zbysłhławem Drewnowskim, któren na studiowanie rzeczy technicznych do wojska się najął.
Zatem nie chciałem dodatkowo fatygować strudzonej głowy historiami z pogranicza legend i pieśni ludu. Tym bardziej że rozpatrywanie spisanych drobnym pismem kronik Rody nie należało do najłatwiejszych. Trudom nigdy nie sprostałem i lekturę odłożyłem.
Jednak nie minął tydzień, a kto inny do sprawy powrócił. Oto niejaki hrabia Żermski, arystokrata wcale nie pierwszej wielkości, inżynier od wszelkiej boleści, zabijaka i cygaro master, przypałętał się w me progi, kołatając do drzwi o czwartej rano. Znałem taki element. Szczególnie mu się przypatrywałem, bo słynął z wcale nieciekawego życia i długów. Zasiadł bez zaproszenia za stołem herbacianym i zaczął pleść banialuki, od których po pół godzinie rozbolały mnie uszy.
Dotąd nie miałem okazji go bliżej poznać, ale że jego zasługi jako fundatora uczelni i osobnych projektów studenckich były powszechnie znane, nie wypadało zatrzasnąć przed nim drzwi lub gorzej, za nie go wyprosić.
Jakoś musiałem wszystkiego wysłuchać i zręcznie mu wyperswadować, żem nie zainteresowany.
Ani słowa z tejże tyrady nie rozumiałem. Prawił o jakowejś bibliotece, ukrytej w podziemiach miasta, o fizyce i astronomii, i wszystkich innych naukach powszechnych, interpretowanych w jego pustej głowie w sposób szczególnie pokrętny, bo mieszczański. Dopiero gdy wymienił nazwę krateru Seleukus, poprzez me czułe uszy niby błyskawica przeniknęła rozpalająca myśl, bo skąd niby utracjusz mógł znać terminy dawno obumarłe?
- Pan o Lunie rozprawiasz? - tu się upewniłem.
Prawie święcie się oburzył, a łyżka srebrna z ozdobami krymskimi z filiżanki trzymanej w dłoni jego wypadła mu wprost na blat stołu. Brzęknęła głucho i przedziwnie, gdy plamiła serwetę.
- Od trzydziestu minut referuję panu, dobry profesorze, stan moich badań nad produktem teoretycznym uzyskanym z odczytu jednego z odnalezionych kamieni szlachetnych, które pański uniwersytet nabył z zarządu testamentalnego na własność. - Zamrugał oczyma. Znalazł w bocznej kieszeni monokl i założył. - "Substancja owa może posiadać znaczenie militarne" - odczytał. Tu zmarszczył brwi, jakby oczekując mojego przyzwolenia. Skinąłem głową. - Pragnę się upewnić co do pewnych zaistniałych anomalii...
- Ależ proszę.
- Dane istotne dla szczegółów produkcji oczywiście pozostawię sekcji kryptograficznej akademii, ale poproszę o dostęp do artefaktu.
- Jakiego artefaktu? - udałem, że nie rozumiem.
- Tak mnie poinformowano. Legalnie albo nielegalnie posiadł pan własność państwową. Przetłumaczył całą księgę na język polski i o sprawie zapomniał.
- Czyżbyś miał pan dostęp do ściśle tajnych materiałów pierwej ode mnie? - Tu się oburzyłem. Uciął me pretensje ruchem szlacheckiej ręki.
- Nie interesują mnie pańskie obiekcje. Chcę klejnot na krótki czas wypożyczyć. Najlepiej we wtorek, w miejscu uzgodnionym przez naszych lokai.
- Ale...
- Byłem pierwszy, ale to pan nie dalej niż dwa lata temu odkryłeś trzeci alfabet wmieszany w dwa pozostałe. To pan ogarnąłeś sprawę i ująłeś w równania rozpisane w matematyce na Ziemi zrozumiałej. To pan stoisz za sukcesem udostępnienia owej kopalni wiedzy wszystkim pokoleniom po nas następującym.
- Ależ...
- Nie! Natychmiast! Chcę tego!
Zadziwił mnie ten upór. Pewność siebie jegomościa obezwładniała. Zapewne posiadał on zacięcie wojskowe, bo pod wpływem ostrego wejrzenia złagodniałem.
- Jeśli powie mi pan coś bliżej o patencie swoim, chętnie pomogę.
Tutaj hrabia się zawahał, ale że miał do czynienia z człowiekiem prawym, honorowym i ze słyszenia lojalnym, podjął się wysiłku obszernego wyjaśnienia. Zaczął takimi słowy:
- Krater, którego potężny wał wzniesiony od uderzenia asteroidalnego można odnaleźć na Oceanie Procellarum. To Seleucus - rzekł, pochylając się w moją stronę, jakby potrzebował więcej prywatności, a sprawy, które poruszał, wymagały tajemnicy - jest stosunkowo niewielki, bo średnicę jego szacuje się na 43 kilometry. Ale wał ziemny usypany z odrzutu to już jakieś 2700 metrów zbocza kruszcowego. Wewnątrz, jak wiara nakazuje mi podpowiedzieć, daje się spostrzec jakoweś linie zabudowań starożytnych, zwietrzałe wieże i wyniosłe mury, czeluści ziemne, jamy i popsute piwnice. Znane są też kanały pozbawione wody, a całą pajęczą sieć hydrauliki kamiennej, otaczającej wyrobisko łączące je z miastem, nazwałbym tworem genialnym. - Znów zebrał powietrze na oddech i kontynuował: - Otóż gdzieś tam, w tej niebezpiecznej i bezpowietrznej krainie, ukryta jest biblioteka podobna do naszej aleksandryjskiej, spalonej przez szaleńców jeszcze w starożytności. Jak pisze Roda, zawiera ona wszelkie księgi spisywane od niepamiętnych czasów przez mędrców lunijskich. Jedna z tych ksiąg dotarła tu do nas, na Ziemię, w postaci zdobionego wzornictwem niesłychanym kamienia szklistego.
- Kamieni tych jest para - odparłem na to.
- Tak, ale jeden jest bez znaczenia, natomiast drugi jawi się krynicą wszelkiej metalurgicznej mądrości. Ten właśnie patent wykorzystam do wzniesienia konstrukcji genialnej z punktu widzenia astronautyki.
- Nie mów mi pan, żeś inwestor. - W oczy mu się zaśmiałem. - Albo inżynier, albo spec pociskowy?
- Pewnie. Stale się uczę. Jeżdżę po świecie. Tu kupię hutę, tu kopalnię. Tam sprzedam elektrownię albo wybuduję torowisko z Węgrzyna do Miliwilczurek. Majątek swój monetyzuję z dnia na dzień. Mam już wyrysowane plany. Mam wstępnie otrzymany materiał budulcowy. Wynajmując grono inżynierskie i warsztaty od najlepszej stołecznej huty, skonstruuję pojazd lub wóz gwiezdny, napędzany tak zwaną grawitacją resztkową. A na takiej reliktowej sile nawet cała Droga Mleczna się powozi. Dlatego dawaj pan kamień i już! - Buchnął do mnie oddechem mocno zakrapianym trunkami.
Aż osłupiałem. Zgłupiałem i podnosząc się z miejsca, już szukałem dzwonka serwisowego. "Lokaj musiał gdzieś być w pobliżu..." - myślałem.
- Bardzom byłbym wdzięczny, gdyby skrzydło waszmości nad przedmiotem mojej troski opiekę roztoczyło, a rozum twój wizjonerski zauczestniczył w programie oprzyrządowania prototypu - poprosił, również się podnosząc z miejsca i spoglądając tym razom bardzo przychylnie.
Na boga, dwaj różni ludzie mi się w minucie objawili! Dwa typy i ani jednemu bym nie ufał.
Z wahaniem się zgodziłem. Cóż miałem robić, gdy tak po kieszeniach szukał jakby rewolweru? Nie widziałem sensu w stawianiu oporu. Zresztą przyszedł tu z poruczenia akademii. Skąd by wiedział, że w sposób niedozwolony przetrzymywałem tak niezwykle ważne i stare dowody w sprawie Mistrza Rody?
I tak po tygodniu pracy badawczej ponad przedmiotem naszej wspólnej troski szaleniec znów zakołatał do mych drzwi. Teraz poznałem go bliżej. Sławny był. Prawił, złorzeczył, narzekał i opowiadał. Ale sławny był... Od słuchania tych dupereli tak w istotę sprawy wsiąkłem, że już przyjemności z innego życia sobie nie wyobrażałem. Księżycowy kamień miast serca mną już władał.
I wtedy wieść gruchła. W eterze transmisja z Księżyca się zjawiła. Tyle, że nie kierowana do nas, a do Merkurego!
A oto, co się stało: