ROZDZIAŁ 1
Przez szkolny korytarz przelewała się magma. Niesymetryczna, poznaczona tak różnymi kolorami włosów, jak i sztampowymi fryzurami. W masie dominowała czerń, gdzieniegdzie tylko przecięta neonową szmatką. Nie sposób nawet było określić kierunku, w którym fala się przemieszczała. Raczej po prostu bulgotała.
Wśród uczniowskich głów nie wyróżniały się te profesorskie, bo też nauczyciele nie dominowali już wzrostem. Minęły także czasy, gdy schludnie ubrane dziewczynki przemieszczały się skromnie pod ścianami, a środkiem płynęła rozwibrowana czereda chłopców. Zresztą można to uznać za zjawisko fascynujące, przeczące prawom fizyki - uczniowie biegli zawsze w stronę boiska. Z powrotem, po dzwonku na lekcję, po prostu materializowali się pod klasą. Nikt się też na lekcje nie śpieszył. Skończył się już czas, zarezerwowany dla szkoły podstawowej, kiedy to surowe spojrzenie nauczycielki przywracało porządek w klasie i na korytarzu. Przynajmniej dopóki nauczyciel wciąż patrzył.
W liceum wszystko było zupełnie inne. Nikt nie biegał. Zwykle nikt nie krzyczał. A i tak było głośno, a i tak wszyscy poruszali się zbyt szybko. Masa uczniów na korytarzu zdawała się niekształtna i bezosobowa, dla Norberta jednak przede wszystkim pozostawała wroga. Szepcząca, komentująca, oceniająca.
Usiadł na krześle niemal w samym końcu korytarza, tuż koło toalet. Zwykle nikt tu nie przychodził. Większość uczniów korzystała z WC znajdujących się w środkowej części korytarza. Tu bywało spokojnie i odludnie.
Nie dzisiaj. Choć właściwie zagęszczenie ludzkości wzrosło zaledwie o jedną osobę, to i tak Norbert poczuł, że świat stał się przeludniony. Aleksander stanął nad nim i rzucił z westchnieniem:
- Dobrze, że się tu schowałeś. Przynajmniej nikogo nie ranisz swoim widokiem.
Nie było w tym nawet kpiny, po prostu chłodne stwierdzenie. Chłopak wypowiedział je i wszedł do toalety, nawet nie sprawdzając wywartego wrażenia. Norbert zacisnął dłonie w pięści.
"Tylko spokojnie, tylko spokojnie" - powtarzał sobie z zamkniętymi oczami. Chciał zerwać się i uciec, pomyślał jednak, że to byłaby kompletna kapitulacja. Nie potrafił się bić, nigdy zresztą nie miał potrzeby wchodzić w otwarte konflikty. W podstawówce jego największym przewinieniem były kilkugodzinne wagary, które zresztą nie sprawiły mu żadnej przyjemności. Snuli się po mieście razem z Wojtkiem, niejako przymusowym kolegą, i zupełnie nie mieli pomysłu, co ze sobą zrobić. Na dodatek matka na jego wielki wybryk zareagowała pełnym współczucia westchnieniem, przez co stał się zaledwie mizernym wygłupem niedorostka.
Norbert nie mógł wiedzieć, że matka westchnęła z przerażenia. Zadała sobie wtedy pytanie: "To już? Dorastanie? Nastoletnie wybryki?" i nie spała przez całą noc. Rozmowę dyscyplinującą przeprowadziła następnego dnia i zakończyła ją po pierwszym stwierdzeniu Norberta: "Było nudno. Nie mieliśmy co ze sobą zrobić". Uznała wtedy, że kara wymierzyła się samoistnie i nic dotkliwszego nie wymyśli.
Teraz jednak Norbert pomyślał, że przydałaby się umiejętność spektakularnej bijatyki. Chodził do liceum zaledwie dwa tygodnie, a już chciał ze szkoły uciekać.
Rozważania chłopaka przerwało wyjście Aleksandra z toalety.
- Jeszcze tu siedzisz? - zdziwił się. Norbert wzruszył ramionami. - A właściwie siedź i nigdzie indziej się nie pokazuj. - Chłopak pochylił się nad Norbertem. - Szkoda zatruwać powietrze kimś takim jak ty. Przynajmniej wiadomo, gdzie cię znaleźć. Koło kibla.
Aleksander odwrócił się i odszedł szybkim krokiem, klikając coś w telefonie. W ostatniej chwili, już niemal znikając za załomem ściany, odwrócił się jeszcze i szybko zrobił Norbertowi zdjęcie.
- Ładna niezdara. - Uśmiechnął się i schował telefon do kieszeni.
Po długiej przerwie zaczynała się "feeria polskiego", jak w myślach nazywał te godziny Norbert. Dwie godziny języka polskiego i na zakończenie dnia jeszcze WOS. I tak jak od początku wiadomo było, że ten ostatni przedmiot będzie piętą achillesową chłopaka, który nigdy nie lubił śledzić żadnych aktualności, tak polski - do niedawna - całkiem lubił. Jeszcze w podstawówce, pomimo ewidentnie ścisłych zainteresowań chłopaka, polonistka potrafiła wykrzesać z niego sporo dobrego. Osiągała przynajmniej tyle, że chciało mu się chcieć. Licealne perspektywy wydawały się mniej obiecujące. Nauczycielka polskiego o przepięknym imieniu Julia w niczym nie przypominała szekspirowskiej bohaterki. Nie była ani romantyczna, ani eteryczna, ani młoda, ani uduchowiona.
A przede wszystkim - od pierwszego spojrzenia nie polubiła Norberta. Sama nie wiedziała dlaczego i wcale nie zamierzała się nad tym zastanawiać.
Na dźwięk dzwonka chłopak podniósł się z krzesła i ruszył do sali. Wszedł ostatni, większość miejsc była już zajęta. Nie miał wyboru, usiadł w pierwszej ławce dokładnie naprzeciw katedry, za którą zasiadała nauczycielka. Był na linii strzału i jeszcze zanim usiadł, już skulił się w środku.
Zerknął tylko na ławkę z tyłu. Zwykle tam siadała Zuza. Zuzka. Zuzanna. Sąsiadka z osiedla. Poznali się w nieprzyjemnych okolicznościach, gdy zaczepiało ją dwóch wyrostków. A potem jej oryginalny tata, Paweł, w specyficzny sposób wyrażał chłopakowi swoją wdzięczność.
Norbert i Zuza zaprzyjaźnili się, spędzali coraz więcej czasu razem. Uczyli się, śmiali i wychodzili na spacery z psem. Poznał jej upodobania, pamiętał, że uwielbia marcepany, często kupował też jakiś smaczek dla psa. Obecność Zuzy dodawała Norbertowi wigoru.
Oczywiście, że się nie pomylił. Był pierwszą osobą, którą nauczycielka wywołała do odpowiedzi. I oczywiście nie miał pojęcia, o co pyta. Jasne, zaliczył jedynkę. Choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej byłby to dla niego powód do wewnętrznego dygotu, teraz nie zrobiło to na nim szczególnego wrażenia. Ot, pałka. Cóż to jest wobec wieczności?
- Przerwy nie będzie. Zrobicie sobie dłuższą po drugiej lekcji. Nie będziemy przerywać. - Nauczycielka nie poddała tego pod dyskusję, po prostu oznajmiła uczniom swoją decyzję. Nikt się nie zbuntował, choć Norbert miał na to ochotę.
"W sumie co za różnica" - pomyślał. - "I tak nie będę chodził do tej szkoły. Nienawidzę tej szkoły!". Siedział więc grzecznie do końca lekcji, zupełnie nie słuchając. Nic go nie obchodziło. Tęsknił tylko za Zuzą.
Na przerwie zostawił wszystkie rzeczy na ławce i wyszedł przed klasę. Podpierał ścianę tuż przy wejściu, a kilku chłopaków, w tym Aleksander, specjalnie przeszło tak, by go potrącić.
- Dobrze, że nigdzie dalej się nie pokazujesz - zdążył jeszcze wyszeptać Aleksander. - Przynajmniej nie burzysz w otoczeniu poczucia estetyki. Bo wiesz, do tej budy chodzą fajni ludzie, w normalnych ciuchach, nie jakieś ciołki z trwałą na głowie. Tak że stój tu, chłoptasiu, stój.
Norbert poderwał głowę i natknął się na taksujący wzrok pani Julii. Złożył usta w krzywy grymas, niby uśmiech, i opuścił głowę. Przeczekał tak do dzwonka. A gdy wszedł do klasy, okazało się, że jego biurko jest puste.
- Norbert? - Nauczyciel WOS-u uniósł lekko brwi. - Jesteś nieprzygotowany? - Wskazał ruchem głowy puste biurko.
- Ja... - chłopak się zająknął - nie wiem, gdzie są moje rzeczy.
- To znaczy?
- Były tu przed przerwą.
Klasa w natchnionej ciszy słuchała rozmowy.
- Czyli znikły? - skwitował nauczyciel. Norbert kiwnął głową. - Czy ktoś coś o tym wie?
Panowała całkowita cisza. "Żeby chociaż jakaś mucha przeleciała!" - Norbert uśmiechnął się, rozbawiony własną myślą. Nauczyciela zaś zirytował ten uśmiech. "Niech sobie gówniarz radzi sam!" - pomyślał. Głośno zaś powiedział:
- Proszę zatem, żeby w przyszłości nic takiego nie miało miejsca.
I skupił się na prowadzeniu lekcji.
Po lekcji Norbert znalazł swój plecak wciśnięty w kąt z tyłu klasy, pomiędzy dwoma schodzącymi się w rogu regałami. Przybory z ławki leżały obok porozrzucane na podłodze. Wszystko było w komplecie, choć rzucone bezładnie, tylko linijka się połamała.
"Po jakie licho wyciągałem linijkę na polski?" - zastanowił się Norbert. Zebrał swoje rzeczy i jak najwolniej ruszył do wyjścia. Szatnia była pusta, wrzesień wciąż rozpieszczał wszystkich słoneczną pogodą i młodzież nie nosiła kurtek. Wyobraził sobie, że za kilka tygodni będzie musiał wejść w rozdygotany testosteronem, ściśnięty w boksach tłumek, i przeszedł go dreszcz. Już widział siebie szukającego kurtki, narażonego na ciche parsknięcia, lekceważąco odwrócony wzrok, na porozumiewawcze szturchnięcia łokciem. Czyli na wszystko, co musi znosić klasowa ofiara. "Tylko dlaczego akurat ja?"
W szkole podstawowej nigdy nie utrzymywał się w głównym nurcie, nie zależało mu na tym. Mniej więcej do piątej klasy rywalizował w nauce z Wojtkiem, potem Wojtek pozostał kujonem, Norbert plasował się w górnych rejonach średniej. Denerwowało to jego mamę, uczącą w tej samej szkole anglistkę, ale chłopak nigdy nie dał powodów do prawdziwych zmartwień, więc radykalne interwencje rodzicielskie nie były potrzebne. Norbert nigdy nie zintegrował się z klasą, ale też nie pozostawał na jej dalekich rubieżach. Raczej przebywał na obrzeżach. Bywał zapraszany na imprezy, choć nie wszystkie. Zawsze uczestniczył w klasowych zbiórkach, ale niekoniecznie chciał wychodzić przed szereg i cokolwiek prezentować. Nawet na forum klasy, nawet wręczać prezentu nauczycielowi. Może to dlatego, że zawsze miał oparcie w Wojtku?
Tutaj trafił w kompletnie nowe środowisko. Dla niego prywatne liceum miało być trampoliną do wiedzy i lepszych studiów, wybrał tę szkołę świadomie i z biciem serca czekał na wynik wstępnych egzaminów. Jaka to była radość, gdy znalazł swoje nazwisko na liście przyjętych!
Już drugiego dnia wiedział, że będzie miał kłopoty. Większość klasy była zżyta, bo przeszli do tego liceum wprost ze znajdującej się w sąsiednim skrzydle podstawówki. No i większość dzieciaków miała ugruntowany pogląd na życie. Liczy się kasa. Masz mieć buty za średnią krajową, bluzę za drugą krajową, plecak za jej połowę... To był tutaj właściwy przelicznik. "Średnia krajowa" w ustach większości uczniów tej szkoły była równoważnikiem "miski ryżu". A rodzice Norberta mieli na pieniądze całkowicie inny pogląd. "Nienawidzę tej szkoły" - pomyślał chłopak po raz kolejny tego dnia, tak samo jak przez kilkanaście poprzednich dni. "Całe szczęście, że jest Zuza".
Uśmiechnął się na tę ostatnią myśl i wyszedł ze szkoły. W słoneczne wrześniowe popołudnie wszyscy uczniowie uciekali ze szkoły jak najszybciej. Wybrali się całą hałastrą piechotą do sklepu, by tam irytować sprzedawczynie przestawianiem towaru na półkach i wybrzydzaniem na dostępne produkty. Po innych przyjechali rodzice. W wypasionych SUV-ach nerwowo stukały o kierownicę długie paznokcie, a butni pieniacze potulnie wsiadali na przednie siedzenie.
Zuza miała tego dnia dodatkowe zajęcia, kończyła o jedną lekcję później. Norbert usiadł na ławce, sprawdziwszy uprzednio jeszcze raz, że nie ma w pobliżu żadnego z kolegów, i zajął się czekaniem.