Biała bluzka
Budzik o siódmej rano wyrwał wszystkich domowników ze snu. To był dzień, na który Marcelinka czekała od początku wakacji. 1 września - początek roku szkolnego. Szkoła, nowe koleżanki i koledzy, nauka liczenia, pisania, nutek... Marcelinka znała to tylko z filmów i opowiadań rodziców. Nigdy nie była w prawdziwej szkole, ale już nie mogła się doczekać, aż usiądzie w ławce, pozna nowych kolegów i koleżanki, będzie uczyć się poważnych rzeczy. I to wszystko... bez leżakowania! Marcelinka rozłożyła się wygodniej na poduszce, ale mama była nieustępliwa jak ten budzik.
- Dzieciaki, śniadanie! - wołała radośnie.
Marcelinka usiadła przy stole, co rusz zerkając przez okno na zabawy dzieci z Orzeszkiem, psem sąsiadki. Grzebała łyżką w talerzu pełnym owsianki.
- Nie masz apetytu, prawda? Wypij chociaż kakao. - uśmiechnęła się mama, stawiając przed nią kubek z gorącym napojem. - Nie możesz się już doczekać?
Oczywiście, że nie mogła! Już za chwilę będzie PRAWDZIWĄ pierwszoklasistką. Z własnym plecakiem i poważnymi, szkolnymi obowiązkami.
Całe wakacje zajęło jej kompletowanie przyborów szkolnych - flamastrów, ołówków, zeszytów i książek, a także dzwonków do wykonywania muzyki. Od tygodni codziennie w swoim pokoju sadzała lalki, pluszowe misie i sowy i bawiła się w szkołę.
Rozmyślała, jak to będzie, gdy usiądzie w ławce, pozna nowe koleżanki. Czy będą ją lubić? Czy da sobie radę z tyloma przedmiotami? A co jak zacznie tęsknić za mamą?
Na koniec sierpnia mama zabrała Marcelinkę do sklepu z odzieżą, żeby kupić śnieżnobiałą bluzkę na rozpoczęcie roku szkolnego. Odwlekała to do ostatniej chwili, bo miała ostatnio trudny czas w pracy - reżysera, który ją ponaglał, i przymiarki kostiumów. Mama Marcelinki była aktorką w teatrze i właśnie pierwszy raz w życiu otrzymała główną rolę w spektaklu i całymi popołudniami ćwiczyła swoje kwestie.
Wiedziała też, że kupowanie ubrań z Marcelinką to wyprawa. Dziewczynka była na nie bardzo wrażliwa - jedne były za bardzo ocierające, drugie niewygodne, a czasem metka uwierała tak, że na skórze robiła się czerwona plama. O ile mama Marcelinki mogła nosić każde ubrania, o tyle dziewczynkę swędziało całe ciało, gdy materiał nie był przyjemny.
Po śniadaniu guziki nowej bluzki zostały zapięte, buciki założone i Marcelinka była już gotowa do szkoły.
- Mamo, dres jednak wygodniejszy - stwierdziła. - Może przebiorę się w bluzę z kapturem i mój ulubiony szalik w sówki? - zapytała, uśmiechając się od ucha do ucha.
Mama przewróciła oczami.
- Nie ma sprawy. Idź w dresie i szaliku. A może zamiast plecaka deskorolka?
Obie spojrzały na siebie i wybuchły śmiechem. Marcelinka najbardziej na świecie lubiła, jak nic jej nie przeszkadzało w zabawie, a najmniej - sztywne i nieprzyjemne materiały, które krępowały jej ruchy. Ale pierwszy dzień szkoły jest tylko raz w życiu i trzeba było się trochę przemęczyć.
Mama zaprowadziła dziewczynkę do dużego lustra w swojej sypialni.
- Spójrz na siebie, Marcelinko, wyglądasz świetnie. Taka pierwszoklasistka!
Marcelinka zerknęła z ukosa. Okej, może nie był to jej ukochany dres, ale chyba faktycznie wyglądała jak wzorowa pierwszoklasistka. Spodobała się sobie w takim wydaniu. Westchnęła, patrząc na swoje odbicie. Jak to będzie w tej szkole?