Wycieczka
- Czy dzieci nie są za małe na dwudniową wycieczkę? - szepnął tata Tosi do mamy Marcelinki na pierwszym zebraniu w kolejnym roku szkolnym.
Nowa wychowawczyni, Aniela Gołąbek, przewróciła oczami. Nie sprawiała wrażenia kochanej cioci. Była surowa i mało uśmiechnięta, w zasadzie to w ogóle się nie uśmiechała, za to bardzo głośno stukała obcasami, gdy chodziła. Rodzice, dawniej przekrzykujący się jeden przez drugiego, siedzieli teraz cicho jak trusie, bojąc się odezwać. Pani Gołąbek wzbudzała respekt.
- Zapewniam pana, że poradzą sobie doskonale, zwłaszcza pana córka. Litości, to są już duże dzieci - zawołała, stukając naostrzonym ołówkiem w okładkę dziennika. Była wyraźnie zniecierpliwiona.
Mama Marcelinki, która siedziała obok taty Tosi i mamy bliźniaczek Angeliki i Zosi, westchnęła. Również dręczyły ją obawy, czy Marcelinka nie jest jeszcze za mała na wyprawę z nocowaniem poza domem... Dwudniowa wycieczka, którą zaproponowała nowa pani, miała obfitować w wiele atrakcji, ale czy przypadkiem nie za wiele? Czy Marcelinka zdoła zasnąć bez buziaka na dobranoc? Jak sobie poradzi, gdy coś ją przytłoczy?
- Ja akurat chcę, żeby moje córki nabrały samodzielności. Jestem fanką tego pomysłu! - odezwała się mama bliźniaczek.
Wśród rodziców zapanowało poruszenie. Pomysł z wycieczką może nie u każdego rodzica wzbudził radość, ale większość była na tak. W planie było bowiem wiele atrakcji. Między innymi dzieci pojadą autokarem do piekarni zobaczyć, jak się piecze chleb, i do skansenu obejrzeć, jak dawniej żyli ludzie na polskich wsiach. I w dodatku będzie ognisko z kiełbaskami!
Mama Marcelinki przeczytała program wycieczki i była pod ogromnym wrażeniem. No, no, widać, że ktoś zaplanował to z rozmysłem i z rozmachem!
- A ile będzie kosztować ten wyjazd? - Tata Tosi głośno westchnął, zastanawiając się, czy go na to stać.
Pani Gołąbek wyjaśniła, że są dwie opcje: wycieczka edukacyjna albo edukacyjno-rozrywkowa, z cyrkiem i oglądaniem pokazu słoni za większą opłatą.
- Cyrk to dopiero będzie, jak dzieciaki zaczną ryczeć, że chcą do domu - mruknął tata Tosi.
- Ja optuję za opcją bez cyrku - wtrąciła mama Marcelinki, która była zapaloną obrończynią praw zwierząt i nie godziła się na zwierzęta w cyrku.
- Tak, ten cyrk to przesada - poparła ją mama bliźniaczek. Pozostali rodzice zgodzili się jednogłośnie, decydując się na tańszą wersję, bez cyrku, w którym cierpią zwierzaki.
Wycieczka edukacyjna wydawała się przesądzona. Pozostał jeszcze tata Tosi, który cały czas kręcił nosem. Martwił się o Tosię, nie lubił się z nią rozstawać. W głębi serca wiedział, że to bardzo samodzielna dziewczynka, ale zastanawiał się, czy z dala od domu też sobie poradzi.
- Panie Tomaszu, a może pan po prostu pojedzie razem z nami jako opiekun? Przyda się pomoc przy grupie takich rozbrykanych uczniów! - zaproponowała nagle wychowawczyni.
Tata Tosi pobladł.
- Kto, ja?!
- A któżby inny? No, pan! Możemy na pana liczyć?
- Yyyy... - Tata Tosi poczerwieniał. Najwyraźniej nie spodziewał się takiej propozycji. - No nie wiem, czy dostanę urlop... - zawahał się.
- Doskonały pomysł! Byłoby cudownie, gdybyś pojechał. - Mama bliźniaczek klasnęła w dłonie.
Wszyscy wiedzieli, że tata Tosi jest strażakiem, bardzo dużo pracuje i prawie zawsze jest na posterunku. Taki silny i opanowany mężczyzna na wycieczce z dziećmi to prawdziwy skarb. Na pewno w razie niebezpieczeństwa będzie wiedział, co robić. Nic więc dziwnego, że chwilę później pozostali rodzice dostrzegli w tej propozycji same plusy i zaczęli go namawiać.
Tata Tosi podrapał się po głowie, chrząknął, rozłożył ręce, jakby chciał się poddać. Zachęcające miny dodały mu animuszu.
- No dobrze, jak prosicie, to pojadę! - zgodził się, a wszyscy odetchnęli z ulgą.
***