Tak, Benio chciał usiąść z mamą na dywanie i jeszcze popłakać.
- Nie lubię cię! - krzyknął.
- Rozumiem, że jest w tobie wielkie tornado złości.
- Tajfun! - doprecyzował.
- OK, tajfun - zgodziła się mama. Benio, tuląc się do niej, powoli się uspokajał. - Coś wymyślę, obiecuję. To będą najlepsze wakacje, zobaczysz.
- Nie będą! Teatr jest dla ciebie ważniejszy niż my! - zawołała Marcelinka z drugiego pokoju. Miała uchylone drzwi. Mama zapukała i stanęła w progu. Dziewczynka nie płakała, ale siedziała przy swoim biurku ogromnie zła.
- Jesteście dla mnie najważniejsi. Naj, naj, naj. Nie umiem tego opisać, jak istotna jest dla mnie nasza mała rodzinka. Widzę, że bardzo cię dzisiaj rozczarowałam, córeczko. Wstyd mi, że zawiodłam. Muszę przemyśleć, co zrobić, żeby takie sytuacje się nie powtarzały. Masz prawo być najbardziej zła na świecie.
- Jestem. Przecież obiecałaś, że pojedziemy. Dlaczego zapomniałaś?
- Mam dużo na głowie. I źle wpisałam w kalendarz, pomieszałam daty. Na całego. Przykro mi. A gdy widzę twoją smutną minę, to myślę tylko o tym, jak ci pomóc przetrwać ten straszny gniew. Uczucie rozczarowania jest paskudne - przyznała mama i wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać córkę po ramieniu. Ale Marcelinka się odsunęła.
- Jestem taka zła! - powiedziała dziewczynka, podnosząc głos. - Chcę pobyć sama i porysować sówki. Daj mi spokój.
Mama, zanim wyszła z pokoju, schyliła się, żeby spojrzeć Marcelince w oczy.
- Znajdę jakieś rozwiązanie. Może nie idealne, ale coś wymyślę. Zaufaj mi.
- Już nie wiem, czy mogę ci ufać - westchnęła dziewczynka.
Dużo przykrych emocji kłębiło się w jej sercu. I dużo żalu. Czy wszystkie mamy zapominają, czy tylko jej? Marcelinka czuła się pominięta i nieważna. Ale jednak dostrzegła w oczach rodzicielki przejęcie i troskę. Mamę naprawdę obchodziły ich uczucia. Tylko co z tego?
Tak strasznie chciała pojechać do Tosi. Tak bardzo chciała zobaczyć się z przyjaciółką. Tak liczyła na wspólne spacery po łące. I na ognisko. Okropność!
Nagle, zupełnie znienacka, zadzwonił telefon mamy. To chyba Tosia!
- No i co jej powiem? - zapytała Marcelinka.
Mama pokiwała głową.
- Przeproszę jej tatę, bo pewnie nastawili się, że przyjeżdżamy.
Marcelinka odebrała telefon. Chciała od razu wyrzucić z siebie cały żal i złość, ale Tosia weszła jej w słowo.
- Marcelka, przepraszam cię, ale nie możecie do nas przyjechać. Tata dostał pilne wezwanie i musi wracać do miasteczka na kilka dni. Zobaczymy się jutro na naszym placu zabaw? Gniewasz się, co? Pewnie liczyliście z Beniem na superzabawę. Ja też byłam zła. Tata to czasem... Ech, dorośli - westchnęła.
- Nieee! To się nawet dobrze składa. Opowiem ci wszystko jutro. Najważniejsze, że się widzimy. Ech, dorośli... - Marcelinka również westchnęła. I spojrzała, jak mama siada na fotelu i na jej twarzy maluje się ulga. Jakby kamień spadł jej z serca.
Po rozmowie z Tosią dziewczynka przytuliła mamę i położyła głowę na kolanach. Dalej była bardzo podenerwowana. Czuła, że zbiera jej się na płacz, ale też cieszyła się, że niedługo spotka przyjaciółkę. Od tych wrażeń rozbolała ją głowa. Mama pozwoliła jej ochłonąć w ciszy i spokoju. Siedziały tak przez dłuższą chwilę, aż Benek zaczął grymasić, że umiera z głodu. Bo zbliżała się pora drugiego śniadania.
- Głodny Benio to prawdziwe tornado - przyznała Marcelinka, puszczając oczko do mamy.
- Tajfun!!! - zawołali równocześnie mama z Benkiem.