Maratończyk. Moja 42-kilometrowa droga od anonimowego biegacza do szczytów sławy - Bill Rodgers, Matthew Shepatin


Reflow text when sidebars are open.
Tytuł wydania oryginalnego: Marathon Man
Copyright ? 2013 by Bill Rodgers and Matthew Shepatin
Wydanie polskie ? 2014 by Galaktyka sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
90-562 Łódź, ul. Łąkowa 3/5
tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17
e-mail: info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl
www.galaktyka.com.pl
ISBN: 978-83-7579-348-2
ISBN (mobi): 978-83-7579-354-3
ISBN (e-pub): 978-83-7579-353-6
Konsultacja: Krzysztof Dołęgowski
Redaktor prowadzący: Marek Janiak
Redakcja: Bogumiła Widła
Korekta: Lidia Kowalczyk
Zdjęcie okładkowe: Michael Maher
Projekt okładki: Artur Nowakowski
Konwersja do formatu EPUB/MOBI: InkPad.pl
Księgarnia internetowa!!!
Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych
Zapraszamy
www.galaktyka.com.pl
info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych
21 kwietnia 1975Boston, Massachusetts
Nie pamiętam całego mojego czterdziestodwukilometrowego biegu po zwycięstwo, ale nigdy nie zapomnę zakrętu na Boylston Street, wychodzącego na ostatnią prostą; tych tysięcy ludzi buchających wrzawą niczym wulkan, który nie jest już w stanie dłużej wytrzymać ciśnienia i eksploduje wezbraną falą emocji. Wielu biegaczy publicznie podkreślało, że prosta na Boylston Street, kończąca się linią mety przy Prudential Center, jest najwspanialszym odcinkiem trasy w historii maratonów. Nie sposób się z tym nie zgodzić.
"Jak we śnie" – te słowa chyba najlepiej oddają to, jak się czułem, biegnąc przez wąski przesmyk pośród morza kibiców, szczelnie wypełniającego każdy skrawek ulic i chodników. Poddałem się wszechobecnemu szaleństwu. Dałem się ponieść ekstatycznej fali dźwięków. Unoszony energią tłumu, płynąłem do mety. Czułem się szczęśliwy i spełniony. To była najbardziej ekscytująca chwila w moim życiu.
Linię mety pokonałem nieświadomy tego, że Jack McDonald – były akademicki biegacz na milę, który pewnego wieczoru w szatni w Boston College, przy piwie, wraz z sześcioma innymi facetami założył nasz mały klub biegowy – wdrapał się na drzewo, żeby zobaczyć, jak zrywam taśmę. "Wtem, z wysokości mojego stanowiska na drzewie widzę go, biegnącego Boylston Street. Krzyczę i próbuję klaskać tak, żeby nie spaść z drzewa" – wspomina McDonald. "Bo przecież ja znam tego faceta! To mój przyjaciel! Dwa dni temu piłem z nim piwo! To było niezapomniane przeżycie".
Na mecie odmeldowałem się dwie minuty przed kolejnym biegaczem. W ostatnich chwilach czterdziestodwukilometrowej eskapady myślałem o Ambym, który jako pierwszy zainspirował mnie do biegania maratonów. Cieszyłem się, że mój dawny współlokator pamiętnej niedzieli wyciągnął mnie z łóżka na ponadtrzydziestokilometrowy bieg ścieżkami wokół kampusu. On dobrze znał piękno i magnetyczną siłę długich dystansów i komunikował ją poprzez swoje postępowanie oraz podejście do życia. Nauczył mnie zarazem, że aby osiągnąć sukces w maratonie, potrzeba pasji jego mentora, Johnny'ego Kelleya, odwagi bosonogiego Abebego Bikili, Lwa z Etiopii, i poświęcenia, którego sam był najlepszym wzorem.
Finiszując, myślałem też o moim bracie, Charliem, który troszczył się o mnie od dziecka, a tego wyjątkowego dnia zabrał mnie na start biegu do Hopkinton, w try miga kupił rękawice, które ogrzały moje zmarznięte dłonie, a potem podawał wodę na trasie. Charlie opowiadał, że tuż po tym, jak na Heartbreak Hill poradził mi, żebym zwolnił, pognał ze swoim przyjacielem na linię mety. Nie miał pojęcia, czy będę w stanie utrzymać takie tempo, więc stał na palcach i niecierpliwie wypatrywał mojego pojawienia się. Gdy wreszcie zobaczył, jak wypadam na Boylston Street, aż podskoczył z radości i po raz pierwszy pomyślał: "Rany boskie, on naprawdę wygra!".
Myślałem o Ellen – kochającej, wyrozumiałej i płacącej rachunki; o trenerze O'Rourke'u, któremu zawdzięczam pierwszy zastrzyk pewności siebie, o Billym Squiresie z jego zwariowanymi i genialnymi zarazem treningami. Myślałem o Tommym Leonardzie oraz jego drinkach – morskiej bryzie i błękitnym wielorybie – o zawsze gościnnym, ciepłym schronieniu dla zmaltretowanych biegaczy, walczących na ulicach miasta o szacunek dla swojej pasji. O Jocku Semple'u, który podrzucał mnie na biegi swoim samochodem, okrzykami zagrzewał do walki na trasach wyścigów i udzielał cennych rad w klinice sportowej w Boston Garden. O kolegach z zespołu, którzy dzień w dzień motywowali mnie podczas biegów i po ciężkich treningach podnosili na duchu przekąskami, napojami i śmiechem. I wreszcie o starym kumplu Jasonie, któremu na ostatnich kilometrach udało się dogonić mnie na rowerze i dodać mi otuchy.
Przez ostatnie pięćdziesiąt metrów wyścigu miałem wrażenie, że lecę – łokciami niemal ocierałem się o ludzi ściśniętych jak sardynki w wąskiej alejce – krzyczących, klaszczących, dopingujących. Zerknąłem na buty, niosące mnie po zwycięstwo. Tak, w jakimś sensie Steve Prefontaine też przyczynił się do tego sukcesu. Jego prezent miał w tym triumfie wkład równy dopingowi tłumu. Jak to ujął Edison? "Sukces to jeden procent natchnienia i dziewięćdziesiąt dziewięć procent wypocenia"? W maratonie jest na odwrót. Natchnienie to podstawa.
Zerwanie taśmy wyzwoliło atomową eksplozję okrzyków. A gdy taśma spłynęła mi do stóp, zobaczyłem Ellen, jak skacze z radości. Wtedy wiedziałem już na pewno, że wygrałem. Co prawda nie miałem pojęcia, czy zmieściłem się w planowanym czasie dwóch godzin i piętnastu minut, ale byłem zbyt zaaferowany tym, co działo się wokół, by zwrócić na to uwagę.
"Gdy tylko Billy przebiegł przez linię mety, uściskałem mojego kumpla, a potem zaczęliśmy skakać i drzeć się na całe gardło. Stojący nieopodal ludzie na pewno pomyśleli, że jesteśmy stuknięci. Po chwili zacząłem przedzierać się przez szalejący, nieokiełznany tłum, żeby dopchać się do podium" – wspomina Charlie.
W międzyczasie Amby Burfoot gnał ile sił w nogach, żeby zdążyć na ceremonię dekoracji. Dotarłszy do Prudential Center, napotkał osamotnioną Ellen. Wziął ją za rękę i przeprowadził do mnie przez kordon policjantów i dziennikarzy.
W tej samej chwili moja matka, pielęgniarka w dziecięcym szpitalu, jechała do domu z moją siostrą. W radiu nadano komunikat, że niejaki William Rodgers wygrał maraton w Bostonie. Z wrażenia prawie zjechała z drogi.
Jeśli chodzi o mojego ojca, to właśnie prowadził egzamin na politechnice Hartford State, gdzie był profesorem inżynierii mechanicznej. Lekko poirytowanym tonem powiedział swoim studentom: "Mój syn biegnie dzisiaj w tym zwariowanym maratonie". Jego zdaniem było to dziwaczne i zapewne ryzykowne przedsięwzięcie. Gdy następnego dnia przyszedł na zajęcia, wszyscy studenci wymachiwali gazetami z relacją z mojego bostońskiego zwycięstwa. Zabawne.
Na podium zostałem udekorowany laurowym wieńcem jako pierwszy Bostończyk od czasu Johna "Starszego" Kelleya, który triumfował w 1945 roku. Pałeczka została przekazana. Kiedy nakładano mi laur, z tłumu wyskoczył Charlie, wykrzykując moje imię. Mamy zdjęcie, jak trzymamy się za ręce i śmiejemy ze szczęścia.
– Pobiłeś rekord Ameryki! Twój czas to dwie godziny dziewięć minut i pięćdziesiąt pięć sekund! – obwieścił Charlie.
– To niemożliwe – zaprzeczyłem. – Ja nie potrafię biegać tak szybko. Po prostu nie potrafię.
A jednak poprawiłem własny rekord życiowy w maratonie o dziesięć minut. Wydawało mi się to nieprawdopodobne. Byłem w głębokim szoku.
Otoczyli mnie najbliżsi – Ellen, Amby, Charlie, Jock Semple, Tommy Leonard, trener Squires i koledzy z zespołu GBTC. Czułem się, jakbym wrócił do domu. Nie posiadaliśmy się ze szczęścia. Byliśmy jak jeden zgrany zespół biegaczy Nowej Anglii. Miałem wręcz kosmiczny odlot.
Chwila, w której zakładano mi na głowę wieniec; taki sam, jakim zdobiono głowy sześciokrotnego triumfatora maratonu Clarence'a DeMara, Tarzana Browna, Johna "Starszego" Kelleya, Johnny'ego "Młodszego" Kelleya, a teraz moją – człowieka znikąd, nieznanego absolwenta bostońskiej uczelni, była niesamowita. Owszem, całymi miesiącami trenowałem i marzyłem o zwycięstwie. Ale gdy stałem na podium, zastanawiałem się, czy to wszystko aby naprawdę się wydarzyło – osiągnąłem czas 2:09:55, w owym czasie czwarty najlepszy wynik na świecie. Trochę niespodziewanie dla samego siebie pobiegłem maraton tak, jak zawsze chciałem go pobiec, a wygrana napawała mnie dumą. Właśnie tak się czułem.
Do zdjęć pozowałem ze zwyciężczynią w kategorii kobiet – Liane Winter, Niemką górującą nade mną wzrostem i posturą. Podczas fotografowania pomyślałem, że powinienem pogratulować jej zwycięstwa. Uśmiechnąłem się szeroko i powiedziałem: "Miałaś świetny czas. Na pewno jesteś bardzo zadowolona". Odwróciła się do tłumacza i powiedziała coś po niemiecku. Po chwili tłumacz zwrócił się do mnie: "Powiedziała: "Jestem. Ale czy mógłbyś zorganizować jakieś piwo? Bardzo chętnie napiłabym się piwa"".
Jej prośba kompletnie mnie rozbroiła. Ale biegacze właśnie tacy wtedy byli – do bólu szczerzy i pragmatyczni. "Super, oboje wygraliśmy maraton w Bostonie. Napijmy się więc i uczcijmy to!".
Szybko zaprowadzono mnie do zaimprowizowanego pomieszczenia dla mediów, urządzonego w podziemiach Prudential Center. Tam zaś osaczyły mnie setki lamp błyskowych i horda dziennikarzy. Wszyscy wykrzykiwali w moim kierunku jakieś pytania, a ja tylko siedziałem z rozanieloną miną i zielonym wieńcem na głowie.
– Pobiegłeś maraton w dwie godziny dziewięć minut i pięćdziesiąt pięć sekund, pokonałeś wynik Franka Shortera i ustanowiłeś nowy rekord Stanów Zjednoczonych. Jak się z tym czujesz?
– Jesteście pewni, że ustanowiłem nowy rekord? Dwie godziny dziewięć minut i pięćdziesiąt pięć sekund? Naprawdę? To niemożliwe, ja nie potrafię tak szybko biegać. Absolutnie nierealne. To wszystko chyba mi się śni.
Odpowiedzią był gromki śmiech, ale ja mówiłem to na poważnie. Ta chwila była zupełnie abstrakcyjna.
Mam zdjęcie, jak leżę na plecach i śmieję się w głos. W Bostonie była bowiem tradycja, zgodnie z którą podolog zdejmował maratończykowi buty i skarpety, po czym robił zdjęcie stóp. Wtedy traktowano to na poważnie – chodziło o pokazanie pęcherzy i odcisków. Zwyczaj sprzed epoki. Dziś absolutnie nikt czegoś takiego nie robi, ale tamtego dnia było mi wszystko jedno. Miałem głowę w chmurach.
Lekarz zdjął moje bostony '73 od Prefontaine'a. Nie miałem ani jednego pęcherza. Dla Nike to mogła być świetna reklama.
Reporterzy zasypywali mnie gradem pytań.
– Dlaczego czterokrotnie zatrzymywałeś się po wodę?
– Nie potrafię pić w biegu.
Znów śmiech.
– Przystanąłeś też, żeby zawiązać sznurówkę?
– Tak. Na Heartbreak Hill. To dobre miejsce, żeby chwilę odsapnąć.
Ponownie wybuchnęli śmiechem.
– Co teraz zamierzasz robić?! – krzyknął ktoś.
– Pójdę do Eliot Lounge i zamówię błękitnego wieloryba.
Kolejna fala śmiechu. A przecież nic a nic nie kłamałem. Nie wybierałem się do Disneylandu. Chciałem iść do Eliot Lounge i uczcić zwycięstwo z Tommym i przyjaciółmi.
Nie przyszło mi to wtedy do głowy, ale powinienem zaprosić tam także Liane Winter – na hefeweizena.
Tego wieczoru w Eliot Lounge nikt nie mógł spokojnie usiedzieć. Pamiętam, że razem z Ellen byliśmy w stanie dziwnego zawieszenia. Otoczony przyjaciółmi i bliskimi, dosłownie promieniałem szczęściem. Celebrowanie zwycięstwa w małym klubie, klubie biegaczy, z wiszącymi na ścianach zdjęciami herosów tego sportu, było idealnym ukoronowaniem dnia. Jakaś cząstka mnie pragnęła wyrwać się i zrobić rundę przez całe miasto, by dziękować wszystkim razem i każdemu widzowi z osobna za to, że tak niesamowicie dodawali mi sił w biegu po zwycięstwo. Myśl była miła sercu, ale przypuszczam, że zmęczone nogi nie pozwoliłby mi na jej realizację.
Choć w lokalu panował tłok, to większość gości stanowili miejscowi biegacze. Było wspaniale – śmialiśmy się do rozpuku. Był wśród nas Johnny "Młodszy" Kelley, którego udało mi się wtedy lepiej poznać. Obecność Johnny'ego dodała imprezie iście nowoangielskiego sznytu. Zawodnicy z Nowej Anglii – nie ustają w biegu od stu lat!
Jeśli uznać, że nasz klub biegowy swoją świetność osiągnął w 1979 roku, to była jego prawdziwa inauguracja. Trener Squires szalał z radości, podobnie zresztą jak koledzy z zespołu. Wszyscy – nie wyłączając mnie – starali się na swój sposób ocenić, co oznacza dla nas to zwycięstwo. Nawiązanie równorzędnej walki z olimpijczykami na zawodach w Maroku było niemałym osiągnięciem – prawdziwi biegacze, jak Amby, świetnie to rozumieli. Ale mnie daleko było do statusu uznanego maratończyka, więc mój wyczyn tamtego dnia w Bostonie był trudny do wyobrażenia. Nikomu nie przeszło przez myśl, że potrafię biegać tak szybko. A ja pobiegłem jak opętany.
"Dla mnie, fana sportu, wygrana Billy'ego w siedemdziesiątym piątym roku była czymś na równi z home runem Carltona Fiska w decydującym momencie szóstego meczu baseballowego podczas World Series. Patrzeć, jak twój przyjaciel pobija rekord w maratonie – to jedno z najpiękniejszych sportowych wydarzeń, jakich byłem świadkiem" – wspomina Jack McDonald.
Ludzie sądzą, że maraton jest sportem dla odludków, ale to nieprawda. Ta dyscyplina budzi wielkie emocje – między innymi dlatego organizuje się tak wiele akcji "Biegam dla...". Fundacje i organizacje charytatywne zdały sobie sprawę z jej potencjału i starają się wykorzystać trud oraz poświęcenie biegaczy na rzecz potrzebujących. Wtedy nie wiedziałem wprawdzie, czy robię to też dla innych, ale bezspornie czułem się częścią zażyłej wspólnoty biegaczy. Mój kolega z zespołu, Scott Graham, który później zrobił album z wycinków z gazet z reportażami z tego biegu, podszedł do mnie i na środku zatłoczonego baru serdecznie mnie uściskał.
W Eliot Lounge nie zabrakło też mojego partnera treningowego, Seva, ale stary weteran z Wietnamu wolał raczej serdecznie palnąć mnie w plecy, co – jako człowiek postury żaby Kermita, ważący słuszne pięćdziesiąt siedem kilogramów – mocno odczułem. "Bill nie zdawał sobie z tego sprawy, ale w dniu, gdy pobiegł maraton w dwie godziny dziewięć minut i pięćdziesiąt pięć sekund, siedzieliśmy z Dickiem Mahoneyem w samochodzie, obok remizy strażackiej w pobliżu dwudziestego siódmego kilometra trasy – tam, gdzie biegacze skręcają w Commonwealth Avenue i zaczynają wspinaczkę na Newton Hills" – wspomina Sev. "Staraliśmy się jakoś dojechać na metę – Dickie prowadził, bo ja miałem nogę w gipsie – a dziennikarze w radiu o Billym nawet się nie zająknęli, bo nie mieli pojęcia, kto to taki. Raz tylko wspomnieli, że zatrzymał się na Heartbreak Hill, żeby napić się wody. A potem cisza w eterze. Zaginiony w akcji. Wtem ogłosili, że wygrał. Pamiętam, że zatrzymaliśmy się w pół drogi i zaczęliśmy z Dickiem ryczeć jak bobry – zresztą czuję, że za chwilę znowu się poryczę – bo znaliśmy go przecież tak dobrze; obserwowaliśmy, jak się rozwija".
Faktycznie zamówiłem błękitnego wieloryba – miks curacao, wódki, ginu i rumu. Specjalność Tommy'ego Leonarda, serwowana w dużej szklance od guinnessa, wyglądała jak płyn do mycia szyb. Tyle że samego Tommy'ego Leonarda, głównodowodzącego naszych imprez, dziwnym trafem nigdzie nie było. Jak się potem okazało, Tommy wynajął pokój w Hotelu Eliot, gdzie postanowił przysposobić się do imprezy: wziął gorącą kąpiel, suto zakąszaną smażonym ryżem i zakrapianą piwem. "Pamiętam tylko, że obudziłem się zmarznięty na kość w wannie otoczonej pojemnikami po smażonym ryżu i flotyllą puszek po piwie. Wstyd przyznać, ale obawiam się, że trochę przesadziłem" – wspomina Tommy. Nikt inny, tylko on – człowiek, który najzwyklejszy wtorek w Eliot Lounge potrafił przeistoczyć w fantastyczną okazję do imprezowania – mógł przegapić największą celebrę w historii własnego pubu.
Opalizująca na niebiesko zawartość szklanki Charliego dowodziła, że on także zapoznał się z błękitnym wielorybem. Wolną ręką ujął mnie za ramię i powiedział:
– Nie mogę uwierzyć, że wygrałeś. Biegłeś tak lekko, jakby to była dla ciebie fraszka.
– Czułem się świetnie – odparłem. – Fantastycznie się bawiłem.
– Pamiętasz, jak na trasie kazałem ci zwolnić?
– Jasne.
– Oficjalnie przyrzekam, że już nigdy w ciebie nie zwątpię.
Roześmialiśmy się obaj.
Tego wieczoru zapisałem w dzienniku treningowym: "Wygrałem 79. maraton bostoński w czasie 2:09:55. Nowy rekord życiowy na tym dystansie. Łączna liczba pokonanych kilometrów: 42,2".
Następnego dnia po powrocie do naszego małego mieszkanka, przy pizzy dokończyłem wywiad z Ambym. Byłem obolały, ale to był dobry ból. Starałem się jak najlepiej przypomnieć sobie wydarzenia poprzednich dni, ale ani mnie, ani Amby'emu nie przychodziło to łatwo. Poprosiłem, żeby opowiedział mi, jak mu się biegło. "Na trasie pytałem ludzi, jak ci idzie" – relacjonował Amby między kęsami pizzy. "Bez przerwy powtarzali, że jesteś w czołówce, co mnie coraz bardziej elektryzowało. Gdzieś koło dwudziestego dziewiątego kilometra napotkałem trenera Squiresa, który powiedział mi, że wyprzedzasz wszystkich o dobre czterysta metrów, a potem dodał, krzycząc: "Z wynikiem o minutę lepszym od rekordu trasy!". Wtedy zacząłem prosić ludzi o podrzucenie w okolice Prudentiala, bym mógł zobaczyć, jak finiszujesz, ale odmawiali, tłumacząc, że nie sposób będzie się przebić przez tłumy. Pognałem więc do mety najszybciej jak umiałem". Rzeczywiście, Amby pobiegł tak szybko, że osiągnął czas 2:21:20 – prawie minutę lepszy niż jego zwycięski rezultat w 1968 roku.
Rozpierała mnie duma, że jestem zaledwie piątym Amerykaninem, któremu udało się zwyciężyć w Bostonie, odkąd Johnny Kelley triumfował w nim dwukrotnie, w 1935 i w 1945 roku. Nie mogłem się nadziwić nici łączącej moje osiągnięcie z dokonaniami poprzedników – biegaczy Nowej Anglii. Johnny "Młodszy" Kelley, który zwyciężył w 1957 roku, wzorował się na "Starszym" Kelleyu – nazywał go "powiernikiem i znakomitym mentorem". W latach pięćdziesiątych Johnny Kelley zrewolucjonizował podejście do maratonu w Ameryce. Zerwał ze starymi, monotonnymi metodami treningowymi i zastosował techniki, które pozwoliły mu na utrzymanie wysokiego tempa na całym czterdziestodwukilometrowym dystansie. Następnie przekazał tę tajemną wiedzę Amby'emu Burfootowi – wówczas jednemu z jego wychowanków w szkole średniej Fitch, w Groton, w stanie Connecticut.
Niesiony marzeniem o pójściu w ślady Kelleya, Amby został kolejnym Amerykaninem, któremu udało się zwyciężyć w maratonie bostońskim – było to w 1968 roku. I oczywiście to ten sam Amby, mój współlokator z Wesleyan, który nakłonił mnie do biegania długich dystansów (wciąż pamiętam dwudziestojednokilometrowy bieg w czasie zamieci!) wpoił mi szacunek dla maratonu bostońskiego i wszystkiego, co ten bieg reprezentuje. To od niego nauczyłem się czerpania radości z długich wybiegań na łonie natury, był dla mnie wzorcem poświęcenia i ciężkiej pracy, koniecznych, by spełnić marzenia o wygranej w maratonie. "Kiedyś – w połowie lat sześćdziesiątych – Frank Shorter, Bill Rodgers, Jeff Galloway i ja mieszkaliśmy w Connecticut, w promieniu najwyżej osiemdziesięciu kilometrów od domu Kelleya w Mystic" – wspomina Amby. "To nie przypadek, że żyliśmy niemal w sąsiedztwie i nieprzypadkowe były nasze maratońskie i biegowe kariery. Kelley był pionierem. Przetarł szlaki. Reszta poszła w jego ślady. Cały amerykański boom na bieganie ma swoje źródło w nim i w metodach, jakie obrał". Teraz, kiedy laurowy wieniec ozdobił moją głowę, tym bardziej doceniłem niezwykły zaszczyt, jakim była możliwość współtworzenia legendy biegowej Nowej Anglii.
Zwycięstwo w maratonie bostońskim wykreowało mnie na lokalnego bohatera i przysporzyło niewysłowionej radości. Przez długi czas chodziłem z głową w chmurach. Tydzień albo dwa później pojechałem odwiedzić rodzinę w Connecticut. Na styropianowej tablicy siostra i ojciec zrobili wielki napis: "TO BYŁ DOBRY BIEG, BILL!" i powiesili na werandzie.
Do dziś, kiedy ludzie pytają o mój ulubiony maraton, odpowiadam: Boston 1975. Przez kolejnych pięć lat brałem udział w innych fantastycznych maratonach, ale ten był przełomowy. Od tamtej pory mogłem się nazywać światowej klasy maratończykiem i godnym przeciwnikiem najlepszych biegaczy, nawet niezrównanego mistrza tego sportu – Franka Shortera.
Wiedziałem, że następnego lata, na największej arenie sportowych zmagań – igrzyskach olimpijskich w Montrealu – będę miał szansę zdetronizować dotychczasowego króla maratonu. Tak zuchwała myśl nie przeszłaby mi przez głowę wcześniej, a już na pewno nie w 1972 roku, kiedy z trudem robiłem kilka okrążeń po bieżni miejscowego klubu YMCA. Wtedy paliłem winstony, żywiłem się chipsami i napojami gazowanymi, leżałem na kanapie i w zdumieniu patrzyłem, jak na trasie maratonu Shorter ucieka rywalom podczas olimpiady w Monachium. Nawet jeśli Shorter w duchu przejmował się nowym rywalem, to absolutnie nie dawał tego po sobie znać. "Nie zmartwiłem się, że Bill pobił mój rekord Ameryki. W Bostonie pobiegł znakomicie. Ja jednak byłem skupiony na swoim treningu" – powiedział.
Nazajutrz po zwycięstwie wybrałem się na samotny bieg wokół Jamaica Pond. Przebiegłem pięć, może sześć kilometrów – jak to zwykle robi się w dzień po maratonie. Nikt mnie nie poznał. Nikt nie poprosił o autograf. Trening jak trening, dzień jak co dzień – byłem po prostu kolejną anonimową twarzą w parku.
Trzydzieści siedem lat później, w wieczór po maratonie bostońskim, też wybrałem się na niezobowiązującą przebieżkę po pobliskim parku. Nie ubiegłem nawet dwustu metrów, gdy usłyszałem za sobą wołanie: "Bill!". Obróciłem się i zobaczyłem kenijskiego biegacza w dresie. Podbiegł do mnie.
– Jak leci? – zagaiłem. Nie miałem pojęcia, kto to.
– Dobrze – odparł.
– A jak tam bieg? – zapytałem, a nasze stopy wybijały na ziemi równy rytm.
– Wygrałem – odpowiedział.
To był Wesley Korir. Kilka dni wcześniej widziałem go na konferencji prasowej, ale wyglądał wtedy inaczej. Zgolił brodę. Wybrał się na regeneracyjny jogging, tak jak ja w 1975 roku wokół Jamaica Pond. Mijaliśmy w parku różnych ludzi i nikt nie zwrócił na nas uwagi. "Przecież to triumfator maratonu bostońskiego. Jakim cudem nikt go nie poznaje?" – pomyślałem. Trzydzieści siedem lat, a wszystko jakby po staremu... Z jakiegoś względu bardziej mnie to jednak rozczuliło, niż zasmuciło.
Dzień po tym, jak ustanowiłem rekord trasy w maratonie bostońskim, Jock Semple zadzwonił do mnie i powiedział, że drużyna Meksyku zostawiła dla mnie specjalną nagrodę. Pojechałem do kliniki w Boston Garden, gdzie Jock wręczył mi porcelanową figurkę wyobrażającą głowę psa, umieszczoną na drewnianej podstawie. Do figurki były dołączone odręczne gratulacje od Maria Cuevasa. Jeszcze tego samego roku spotkałem się z Mariem podczas maratonu w Fukuoce. Łamanym hiszpańskim podziękowałem mu za prezent. Przechowywałem porcelanowego pieska przez wiele lat, aż któregoś dnia gdzieś zginął. Często zastanawiałem się, czy symbol psa ma w Meksyku jakiś szczególne znaczenie. Przede wszystkim jednak potraktowałem prezent jako przejaw międzynarodowej przyjaźni i szacunku między sportowcami.
Jakiś miesiąc później, po powrocie do domu Ellen przekazała mi niewesołą wiadomość: słynny amerykański biegacz zginął w wypadku samochodowym. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi o Shortera. Myliłem się. To był Steve Prefontaine. Odszedł w wieku dwudziestu czterech lat.
Śmierć Prefontaine'a bardzo mną wstrząsnęła. Pewnie dlatego, że choć trenowaliśmy na dwóch krańcach kraju, mieliśmy wiele wspólnego. Media nazywały nas niepokornymi biegaczami – może ze względu na długie blond włosy i tendencje do występowania przeciwko establishmentowi. Obaj uprawialiśmy bezpardonowe, agresywne bieganie, które gwarantowało porażki równie spektakularne co zwycięstwa. Żaden z nas nie był zainteresowany drugim miejscem. Nie unikaliśmy konfrontacji. Niektórzy mówili, że wręcz do nich dążyliśmy, wiedząc, że nic tak nie rozpala naszego wewnętrznego ognia i nic nie zmusza do jeszcze większego wysiłku, jak biegowa potyczka. Prefontaine zostawił serce na bieżni, ja na trasach ulicznych.
Wróciłem pamięcią do dnia, gdy otrzymałem przesyłkę z butami na kratkowanej podeszwie i odręcznie napisanym liścikiem z życzeniami sukcesów w maratonie. Bostony model '73 były zapewne jednym z ostatnich prezentów, jakie Prefontaine zrobił komuś przed śmiercią. To wspaniały dar! Choć buty były nowe, niewyrobione i trochę za duże, to po przebiegnięciu czterdziestu dwóch kilometrów nie miałem nawet jednego pęcherza. Sądząc po wyglądzie moich stóp po wyścigu, można było pomyśleć, że przetruchtałem się po mleko do spożywczego za rogiem. Niewiarygodne.
Czasami myślę sobie, że te buty miały w sobie szczyptę prefontaine'owskiej magii, która wyniosła mnie na poziom, o jakim wcześniej nie mogłem nawet marzyć. Przypuszczam, że spodobałaby mu się moja walka z Draytonem. Ciągnący się kilometrami pojedynek, który w pewnej chwili zdecydowałem się przerwać mocnym atakiem. Skrajnie ryzykownym. Bo to właśnie on powiedział kiedyś: "Wielu ludzi biega po to, żeby się przekonać, kto jest szybszy. A ja biegam, żeby się przekonać, kto ma większe jaja". Prefontaine miał większe jaja niż tysiąc biegaczy razem wziętych.
W gruncie rzeczy Prefontaine i ja mieliśmy ten sam, indywidualny cel: odkryć swój prawdziwy biegowy potencjał; podjąć się próby, którą Roger Bannister nazwał "wyzwaniem dla ducha". To zaś wymagało treningów na wyjątkową skalę. Prefontaine wypluwał płuca na bieżni. Ja pokonywałem nawet trzysta dwadzieścia kilometrów tygodniowo. Bezwzględny rygor naszych planów treningowych narodził się z tego samego pragnienia do poznania granic fizycznych i psychicznych możliwości. Choć szokująca śmierć Prefontaine'a uniemożliwiła nam spotkanie, sądzę, że domyślał się, co mnie napędza: to samo wyzwanie dla ducha, to samo marzenie o przekraczaniu granic. Może wysłał mi tamte buty właśnie po to, bym mógł je spełnić? Nie wiem, ale lubię tak myśleć.
Przez kolejne trzydzieści pięć lat tamte buty, wraz z odręcznym listem od Prefontaine'a, wisiały w Bill Rodgers Running Center w Faneuil Hall – sklepie z butami, który z bratem Charliem otworzyliśmy w 1977 roku.