ROZDZIAŁ 1
Bastian wyszedł przed dom i otworzył bramę. Ogrodzenie było gotowe, brakowało tylko dzikiego wina, żeby sąsiedzi nie zaglądali. Wszystkich nagle zaczęło interesować, co się dzieje na podwórku - a działo się dużo, bo remont szedł pełną parą. Bastian czekał, aż ktoś przyniesie sobie popcorn i leżak. Inna sprawa, że dokładnie tak Dąbrowę Tarnowską zapamiętał: sąsiedzi u płotu, zioranie przez bramę, kontrolny rzut oka każdego, kto przechodził poboczem albo jechał na rowerze.
Czarny motor zatrzymał się na skraju pokrytego piaskiem podjazdu. Dalej rozciągało się rozjeżdżone gąsienicami maszyn budowlanych podwórze.
- Cześć, gdzie zgubiłeś Ankę? - zapytał Bastian, patrząc na puste siodełko za plecami motocyklisty, gdy ten zdjął kask i kiwnął mu głową na powitanie.
- Jedzie. - Gerard przeczesał palcami płowe włosy i odruchowo poklepał się po kieszeniach kurtki. Wygrzebał paczkę gum do żucia, wsunął jedną w usta.
- O, zdała? Za którym razem?
- Nie pytaj. Drażliwy temat. To twoje? - Gerard wskazał podbródkiem na dom.
- Nie, teraz już siostry - odpowiedział dziennikarz. - Robię tu za ciecia, póki ona siedzi w Stanach. Chcesz zobaczyć?
Ruszyli w głąb podwórka. Mały wiejski dom z cegły, ale odnowiony zgodnie z najnowszą modą z pisemek o dizajnie. W kolorystyce szarość i czerwień. Okiennice ze szczotkowanego drewna, blaszany gont na dachu. Grunt wokół domu był już splantowany, ziemia przygotowana do wysiania trawy i zasadzenia roślin.
Spojrzenie Gerarda prześlizgnęło się bez entuzjazmu po domu i powędrowało ku zabudowaniom. Przystanął, zmrużył oczy. Porośnięty gdzieniegdzie mchem dach zapadał się nieco pośrodku, ale harde deski ścian sugerowały, że budynek jeszcze chce tu postać. Gerard podszedł do wrót i uchylił je na tyle, na ile pozwalał łańcuch. Z wydeptanego klepiska podniósł się obłoczek pyłu, z wnętrza buchnęło gorącem. Zapachniało starym drewnem, słomą i kurzem - wonią, której nie da się z niczym pomylić.
- A to? - zapytał.
- Stodoła. - Bastian wzruszył ramionami. - Jeszcze nie wiem, co Bella z nią zrobi, pewnie rozwali, bo ta ruina trochę straszy.
- Nie! - zaprotestował gwałtownie Gerard. - To jest warte więcej niż wszystko, co do tej pory wpakowaliście w dom. Bezcenne!
Bastian wytrzeszczył oczy i też podszedł do wrót stodoły. Gerard pogładził czule drewno wierzchem dłoni.
- Te deski mają ze sto lat. Wysezonowane na amen. - Przebiegł palcami wzdłuż ostrych rysów słojów. Wciągnął zapach starego drewna, aż zadrgały mu nozdrza. - Piękne.
Bastian też przesunął palcem po chropowatej powierzchni. Skóra zamrowiła, jakby popieścił go prąd. Przypomniały mu się drzazgi, które wbiły mu się kiedyś pod paznokcie.
- Ostatnio szukaliśmy z ojcem takiego drewna na elewację do jednej realizacji - mówił dalej Gerard. - Zapłaciliśmy majątek.
Bastian kopnął lekko w drzwi i odwrócił się na pięcie. Znowu się jej udało. Spłaciła wszystkich jakimiś groszami, a okazuje się, że już jest do przodu. Bella zawsze miała szczęście. Kupowała kota w worku i okazywało się, że w środku jest złoto. Kiedy on kupował kota w worku, w najlepszym wypadku był tam kot.
Jak to się w ogóle stało? Odkąd tu przyjechał, wciąż zadawał sobie to pytanie. Babcia Aniela odeszła pierwsza, gdy Bastian - późne dziecko swoich rodziców - był w liceum. Dziadek Adam żył potem już jakby z rozpędu. Bastian, który przez ten czas odwiedził go może dwa razy, patrzył w jego kościstą twarz obciągniętą pomarszczoną skórą, cienką, niemal półprzezroczystą, jakby patrzył na wygasły lampion, zażenowany tym, że on, kuglarz słów, nie ma pojęcia, co powiedzieć.
Kiedy skończył te naście lat, zaczął się buntować, że tu nuda i śmierdzi, wielkomiejski bon vivant w najmodniejszych ciuchach już od szkoły średniej. Ale dopiero po śmierci babci i wylewie dziadka zorientował się, że miejsce jego dziecięcych zabaw nie jest już ani trochę zabawne. Nie mógł znieść tej myśli.
Dziadek dożył osiemdziesięciu dwóch lat i zmarł, gdy Bastian był na studiach. Dom Anieli i Adama Świątków z gospodarstwem, sadem i kawałkiem pola ostatecznie oddryfował z jego orbity. Mieszkał tam wuj Marian, który coraz częściej utyskiwał, że już nie ma zdrowia do biegania po obejściu i że chętnie przeniósłby się do kawalerki, bo jak tu mieszkać w takim domu. Aż wreszcie w zeszłym roku zwichnął staw biodrowy i kwestia przeprowadzki do miasta stała się paląca.
Familia zastygła w zamyśleniu, co robić - bo trzeba zachować, ale nie zmarnować. Tylko Bella się nie zastanawiała. Krótka peregrynacja po rodzinie, propozycja prosto z mostu, konkretnie, notarialnie, przelewem. Wuj i ciotka zgodzili się od razu. Matka Belli i Bastiana miała opory przed braniem pieniędzy od córki, która przy świątecznym stole wypaliła z powagą, że przecież i tak prędzej czy później je odziedziczy. Bastian obserwował w milczeniu swoją siedem lat starszą siostrę, tę obrotniejszą i na wiele innych sposobów pierwszą, szczerzącą zęby w uśmiechu rekina biznesu. I wybuch wymuszonej wesołości rodziców po tym oświadczeniu.
Wtedy do niego dotarło, że jemu nie należy się nic.
Nie żeby planował rzucić wszystko i wyjechać na wieś. Ale Raport Strzygonia był ciągle pod kreską, przydałby się każdy grosz. W rodzinie jednak o takich rzeczach się nie rozmawia. Chyba że jest się Bellą.
Pomyślał, że nie tylko mu się nie należało - właściwie mu nie zależało. To miejsce zawsze było ledwie pamiętaną wakacyjną scenerią, która dla chłopca z miasta stawała się a to Dzikim Zachodem, a to źródłem zatruć pokarmowych. Ale teraz, gdy cieciował na siostrzanych włościach, przychodziło mu czasem do głowy, że cała ta ziemia przesypała mu się przez palce.
Choć z początku propozycję siostry, by popilnował budowy, gdy ona wyjedzie na trzy miesiące do Stanów, uznał za absurdalną, to stopniowo wydawała mu się coraz lepszym pomysłem. Miałby gdzie mieszkać za darmo, nie musiałby wracać do rodziców ani nic wynajmować. A była to jedna z wielu rzeczy, na które nie starczało mu pieniędzy.
Wrócili z Gerardem na podjazd i zobaczyli, jak od strony miasteczka zbliża się czerwony motor.
- O, jedzie - mruknął Bastian, nagle straciwszy humor.
- Zła jest. - Gerard się skrzywił. Blizna na twarzy, mimo że blada i częściowo niknąca w krótkiej, starannie wypielęgnowanej brodzie, podzieliła jego policzek na dwie połówki.
- Skąd wiesz?
- Patrz, jak trzyma głowę. Ale przynajmniej jedzie szybciej niż pięćdziesiąt, a to już postęp.
Dziennikarz musiał przyznać, że to robi wrażenie. Zatrzymała basujący lekko motor pośrodku podwórza, oparła się nogami o ziemię i swobodnym ruchem zdjęła kask, a rude włosy rozsypały się jej na ramionach. Miała na sobie skórzaną pomarańczową kurtkę i obcisłe dżinsy, motocyklowe buty i rękawice. Przypomniał ją sobie sprzed kilku lat, gdy nabzdyczona ganiała po Podhalu w długiej spódnicy z indyjskiego sklepu.
Doktor Anna Serafin, pomyślał. No, no.
- Nie tak, Bastian, patrz, już się pali... - Złapała go za rękę i obróciła kolbę kukurydzy, która z jednej strony zrobiła się brązowa.
Wyrwał dłoń i upuścił szczypce. Zaklął. Odskoczyła.
- Wiolka, zajmij się czymś i nie wpieprzaj mi się, okej? - syknął. - Możesz na przykład nakryć. W każdym razie zejdź mi z oczu, dobrze?
Na czole Bastiana perliły się kropelki potu. Odłożył szczypce i wytarł ręce w spodnie.
- Chodź, rozstawimy stół - rzucił Gerard i ujął dziewczynę pod łokieć. Wiolka odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. Anka miała wrażenie, że drżą jej ramiona.
- Co to było, Bastian? - zapytała. - Nie możesz jej tak traktować. Już na pierwszy rzut oka widać, że ona...
- Masz rację, Anka - przerwał jej, wzdychając. - Nie mogę jej tak traktować, bo tylko ona mi została.
Zajął się odwracaniem mięsa na grillu. Anka pomyślała, że rozumie. Jeśli zostałoby powiedziane wprost, że dawna koleżanka z redakcji "Flesza", a dzisiaj jego prawa ręka w Raporcie Strzygonia kocha się w nim jak nastolatka, to nie mógłby dłużej udawać, że tak nie jest. I musiałby coś z tym zrobić, na co teraz nie miał ani siły, ani pomysłu.
- Myślałam, że walą do ciebie tłumy młodych dziennikarskich orłów - zauważyła. Wydał się wdzięczny za to, że Anka nie chce ciągnąć tematu. - Twój serwis, bo to już nie blog, to przecież zjawisko na tym zabetonowanym rynku medialnym.
- Tak, walą drzwiami i oknami, a potem są zdziwieni, że nie zarobią od razu na własny kwadrat w lofcie i że nie będą pisać słusznej publicystyki o Polsce - prychnął. - Zostają miesiąc, dwa i idą dalej, bo "to nie to, czego się spodziewali".
- Jesteś sfrustrowany - stwierdziła raczej, niż zapytała Anka.
Nie odezwał się, co zabrzmiało jak potwierdzenie.
- Ale popatrz, ile osiągnąłeś. Zupełnie sam. Nie stoi za tobą żaden duży tytuł, żaden wielki wydawca nie szasta na ciebie pieniędzmi, żaden znajomy nie przewiózł cię na plecach. Możesz mieć własny głos...
- ...którego i tak nikt nie usłyszy - dokończył za nią.
- To co, wolałbyś dalej pracować dla "Flesza" i gonić za sensacją?
- Anka, to ściema, że ludzie chcą być ciągle zaskakiwani. Ludzie oczekują, żeby mówić im to, co chcą usłyszeć. Należy im to uatrakcyjniać, żeby mieli wrażenie, że dostają coś nowego, ale w sprawdzonych, bezpiecznych ramach. Opowiadać tę samą historię, tylko trochę inaczej. Lekko, krótko, za to często. I wszyscy będą zadowoleni.
Obracała w dłoni kieliszek wina, który pocił się w upale.
- Publikowaliśmy reportaże interwencyjne, rzetelne do wyrzygania analizy ekonomiczne, demaskowaliśmy parówkowych skrytożerców w spółkach skarbu państwa, ale wiesz, co się do tej pory najlepiej nosiło? - Zawiesił głos. - Na święta Wiolka zrobiła klikadełko: celebryci składają życzenia swoim pupilom. Pani z telewizji z pieskiem. Trenerka fitness z papugą. Brakowało tylko prezesa z kotem.
- A tekst o Romach z Kamienia? - zapytała.
Tylko machnął ręką.
- No okej, to był ostatni raz, kiedy czułem, że robię coś ważnego. Dobra, zejdźmy ze mnie, pani doktor, koniec tej psychoanalizy - powiedział, wysilając się na lekki ton. - Lepiej mów, co ciebie budzi w nocy i nie daje ci zasnąć.
Anka, zamiast zbyć go banałem o habilitacji, profesorze albo studentach, zamyśliła się, patrząc w ogień. Wyglądała dziewczęco w sukience w kwiatki, z piegami na bladych ramionach i dekolcie, który już zaczynał różowieć od słońca.
- Czasem budzę się w nocy i wyobrażam sobie, że on się zabił. Że wracał ode mnie do Gliwic, był zmęczony albo trafił na jakiegoś idiotę, który nie popatrzył w lusterko. I zastanawiam się, czy zginie na miejscu, czy trzeba go będzie odłączyć od respiratora. Czy jego rodzice będą mnie obwiniać. Co zrobię z jego rzeczami... - Urwała i wypiła łyk wina.
Nie spodziewał się tego. Anka zwykle tak się przed nim nie odsłaniała.
- Ale się wam układa? - spytał. Miał wrażenie, że Gerard się zmienił, nawet wyglądał inaczej: rysy jego twarzy się wyostrzyły, jakby trochę schudł, nie tracąc tężyzny.
- Skończył studia, pracuje u ojca, więc jest ciężko - zaczęła Anka niechętnie. - Nie mamy dla siebie czasu, a kiedy Gert przyjeżdża, jest zmęczony, wściekły albo nakręcony na jakiś projekt. Będzie z niego taki sam pracoholik perfekcjonista jak z Huberta. Po pracy on potrzebuje wyciszenia, uspokojenia, a ja...
- A ty wręcz przeciwnie - dokończył Bastian.
- Wiem, powinnam go wspierać, ale to nie moja walka - westchnęła. - A ja sama też muszę mieć trochę...
- Adrenaliny? - wszedł jej w słowo Bastian. Popatrzyła na niego z wdzięcznością. - Jesteśmy ćpunami, Anka. Oboje jesteśmy uzależnieni.
- Po tej historii z Murzasichla poszłam na terapię, bo wszystkiego się bałam. Cztery razy o mało mnie nie zabili. Ale teraz... Zaczynam za tym tęsknić. Bo wtedy każdy kieliszek wina, każdy pocałunek, każda kromka z masłem smakują inaczej. Słońce mocniej świeci, świat się szybciej obraca. Krew żwawiej krąży.
- Czujesz, że żyjesz - rzucił.
Rozejrzał się. Dom, stodoła i rozgrzebany wykop pod basen z tyłu za ogrodem. Sad, po którym biegał jako dziecko, ślizgając się na zgniłkach. Samotna kępa drzew nad Breńką, która wydawała mu się kiedyś tak oddalona, że sam nigdy nie odważył się tam pójść na przełaj przez pola. Odkąd tu przyjechał, zastanawiał się, czy mógłby tak żyć.
- Nie da się z rollercoastera przesiąść z powrotem na traktor, co nie?
- Gdybyś trafił kiedyś na ciekawą historię... - Uśmiechnęła się nieśmiało. - To pamiętaj o mnie.
- I vice versa. - Sięgnął po puszkę i przepił do niej. - Kto pierwszy obczai działkę, daje znać. Jak ćpun z ćpunem.
- Deal. - Uniosła kieliszek i duszkiem wypiła wino. - A swoją drogą, nigdy się nie zdradzałeś, że masz rodzinę na wsi. Wtedy, w Murzasichlu, sprawiałeś wrażenie, jakbyś pierwszy raz na oczy widział chałupę, stóg siana i owcze bobki. Wstydziłeś się?
- Nie, to nie tak - odpowiedział bez przekonania. - Ja tu jeździłem za dzieciaka, na święta i wakacje. Dawno i nieprawda. Potem już mi się nie chciało, nie moje klimaty, odkleiłem się. A poza tym to są osobiste sprawy, nie z każdym się o tym gada.
- Więc co się zmieniło, że teraz mnie tu zaprosiłeś? - zapytała.
- Jak to co? - Podniósł kufel do ust. - Wszystko.
- Maciek, idże do sklepu. Piwo się skończyło. - Mężczyzna zgniótł puszkę i przewrócił kiełbaskę na drugą stronę. Zaskwierczał na węglach palony tłuszcz.
- Czemu ja?
- Żebyś się do czegoś przydał - sapnął tamten. - Ślipiesz tylko w telewizor i nic nie robisz. Ile ty masz lat? Trzydzieści i siedzisz w domu! Matce nie pomagasz, to przynajmniej skocz po piwo.
Syn skulił się, podrapał po karku. Miał na sobie wytarte dżinsy, sprany podkoszulek wisiał na jego wątłych ramionach jak na manekinie.
- Ty też nie pracujesz - odciął się, chociaż głos mu zadrżał. - I też siedzisz w domu.
- A za czyje pieniądze będziesz dziś żarł?! - Starszy mężczyzna aż poczerwieniał. Szczypcami podniósł z grilla kiełbaskę i podsunął synowi pod nos. Tamten cofnął się, niezgrabnie złapał równowagę. - Nierób jeden. Wstyd przynosisz! Ja przynajmniej kombinuję, mam jakieś plany...
- Niby jakie?
- Nie twój zasrany interes!
- Władek, przestań. - Kobieta postawiła w trawie koszyk i zaczęła wypakowywać na turystyczny stolik chleb, plastikowe talerzyki, słoik z ogórkami. - Jak chcesz, to ja pójdę, tylko daj mu spokój.
Władysław Wężyk już miał coś powiedzieć, ale w jego kieszeni zawibrował telefon. Mężczyzna popatrzył na wyświetlacz. Na czoło wystąpił mu pot. Wężyk wiedział, że czas ucieka, nie trzeba mu było przypominać.
Wtem usłyszał pomruk tuningowanego silnika. Czarne nisko zawieszone stare bmw o przyciemnianych szybach sunęło powoli od strony Dąbrowy wzdłuż ogrodzenia, po którym wspinało się dzikie wino. Obserwował, jak auto znika za węgłem domu. Rozległ się ryk silnika i pisk opon, jakby samochód ruszył z kopyta. Z drogi podniósł się obłoczek pyłu.
- A, odechciało mi się - mruknął.
Bastian odłożył miskę na suszarkę i zrobiło się cicho. Przez otwarte okno słyszał żaby i poświstywanie puszczyka. Brakowało mu nocnych odgłosów miasta. W dzwoniącej w uszach ciszy odruchowo zaczynał mówić szeptem.
Nie lubił zostawać w tym domu sam, wolał, jak po obejściu kręcili się robotnicy, pokrzykiwali do siebie niecenzuralnie albo wołali do niego: "Panie kierowniku!". Tu zawsze ktoś się krzątał, trzaskały drzwi, dzwoniły garnki, grało radio. Ta cisza była nienaturalna, nie pasowała do tego miejsca. W tej ciszy każdy szelest podnosił mu włoski na przedramionach.
Wiolkę zostawił w ogrodzie, Anka i Gerard gdzieś zniknęli. Znów był sam. Wyszedł na zewnątrz. Upał odpuścił, rześkie powietrze pachniało zielenią i dymiącym jeszcze niemrawo grillem. W świetle księżyca zobaczył, jak Wiolka chwieje się na leżaku. Ramiączko bluzki zsunęło jej się z ramienia, szorty wpijały się w uda. Czknęła, gdy go zobaczyła.
- Chodź do domu. - Wydął wargi. - Nawaliłaś się.
Podał jej rękę, uwiesiła się na nim, tak że o mało się nie przewrócił. Zarzucił sobie jej ramię na plecy, przylgnęła do jego boku, wiotka, ciepła, pachnąca grillem, potem i jabłkami. Mruczała coś, kiedy prowadził ją po schodkach do środka. W półmroku zawahał się i pokierował ją do swojej sypialni. Pomógł jej się położyć, zwaliła się na łóżko, wyciągnęła na wznak, czarne włosy rozsypały się na poduszce. Zdjął jej ze stóp klapki i zarzucił na nią kołdrę.
- Tylko nie zarzygaj mi łóżka - mruknął i zabrał koc.
- Ale gdzie idziesz...? - Nie lubił tego płaczliwego tonu. - Bastian!
Umył zęby i w podkoszulku i bokserkach wyszedł przed dom. Gdzieś z oddali niosło się szczekanie psa. Coś było - w zapachu ziemi, w temperaturze powietrza, w kształcie drzew na horyzoncie. I jeszcze gwiazdy, których w sierpniu migotało tyle, że niebo bielało, przeprute smugą Drogi Mlecznej. Odwrócił się, jakby spodziewał się zobaczyć za sobą rozświetlone okna, pełgający za ciasno utkaną firanką błękitny poblask telewizora i cień zgromadzonych wokół niego głów. Jakby spodziewał się usłyszeć śmiech ciotki Wery, jakby wisząca w drzwiach kolorowa zasłona z koralików miała zaraz poruszyć się i na schodki miał wyjść dziadek. Ale okna były ciemne, drzwi zamknięte, a w środku rozlegało się tylko chrapanie pijanej Wiolki.
Zrobił krok. Tak poszerzał kiedyś swoje granice. Zakładał się sam ze sobą, że wyjdzie poza bezpieczny zasięg trapezów światła z okien, w wilgotny mrok sadu, między poskręcane konary owocowych drzew. Dzisiaj pewnie przeparadował przez podwórko, ominął wykop pod basen i wszedł między drzewa. Patrzył pod nogi, żeby nie wdepnąć w zgniłka, gdy coś smagnęło go w twarz. Zaufał wspomnieniu, w którym gałęzie znajdowały się wyżej.
Miał na to ochotę od początku, ale widocznie dalej siedział w nim chłopiec, który bał się ciemności. Dzisiaj jednak ma pretekst, a noc jest upojnie ciepła.
Kiedy nachylił się nad rozpiętym między jabłonkami hamakiem, znowu zrzedła mu mina. Hamak był zajęty - Anka i Gerard spali w najlepsze. On ledwie się w hamaku mieścił, ona przytulała się do jego boku. Gerard jedną rękę podłożył pod głowę, drugą obejmował Ankę, trzymając dłoń na jej biodrze. Twarz miał spokojną, pogodną, ona też - spomiędzy jej brwi zniknęła zmarszczka, która nadawała jej twarzy sceptyczny wyraz. Anka obejmowała kolanem udo Gerarda, rękę wsunęła pod jego podkoszulek, zwijając dłoń na jego piersi w piąstkę jak mała dziewczynka.
Miałby prawo ich obudzić i wysłać do domu. Pościelił im i naszykował ręczniki. A teraz w jego łóżku śpi Wiolka, a w hamaku oni. Znowu ktoś go ubiegł. Popatrzył na Ankę, sukienka zwijała jej się dookoła kolan.
A może z nią jest tak jak z tym miejscem?
Zawsze wydawało mu się, że nie trzeba by wiele, żeby zaciągnąć ją do łóżka. Wystarczyłaby butelka wina, czekoladki i powtarzanie, jaka jest mądra. Tylko później musiałby albo się z nią ożenić, albo wyemigrować, bo w Krakowie byłoby za mało miejsca dla niego i jej urażonej dumy. Śmiał się w duchu, że facet, który byłby w stanie z nią wytrzymać, to albo święty, albo masochista. I sprawdziło się. Doprawdy, podziwiał ten śląski etos pracy. Mało komu chciałoby się ledwie widzialnymi ruchami, jak na kole garncarskim, wygładzać jej kanty i wydobywać z niej całkiem fajną babkę. W każdym razie nie jemu. Więc zajął się tym Gert.
Anka poruszyła się, znowu przez sen ściągnęła brwi i czar prysł. A do tego miała rozstępy. Przykrył ich kocem, ostrożnie, żeby ich nie obudzić.
Czasem fantazjował, że gdyby wszystkie jego życiowe plany szlag trafił, mógłby tu wrócić. Uprawiać chrzan, czosnek niedźwiedzi albo jabłka na cydr. Zostać wiecznie podchmielonym rolnikiem, do którego przyjeżdżaliby kucharze celebryci, a on opowiadałby im o tym, jak współczesna cywilizacja nie daje człowiekowi szczęścia, więc zdecydował się zostawić medialne targowisko próżności dla życia zgodnie z naturą. Ten plan nigdy nawet nie otarł się o prawdopodobieństwo, bo pomysłów na życie Bastian miał zawsze więcej niż szans na ich urzeczywistnienie. Ale i tak go nie zrealizuje, bo zajęła się tym jego przedsiębiorcza siostra.
Nie rozglądając się, wrócił do domu, położył się na kanapie i zasnął.
Drzwi się otworzyły. W plamie światła stanął mężczyzna w piżamie i podrapał się w pokryty szpakowatym zarostem policzek.
- Kochanie, chodź do łóżka. Jest pierwsza w nocy.
- Muszę jeszcze popracować. - Kobieta opuściła dokument i poprawiła okulary. Siwiejące włosy zebrane miała w ciasny kucyk, drobne zmarszczki wokół oczu i ust nadawały jej twarzy surowy wyraz. - Daj mi godzinę.
Było gorąco, w kącie obracał się wentylator. Lampa na biurku wydobywała z mroku pokój pełen książek na wspinających się aż pod sufit półkach. Część jeszcze nierozpakowanych tomów leżała w kartonach. Potężne biurko, ledwie się mieszczące w świeżo pomalowanym pokoju, pokryte było papierami poukładanymi w zgrabne stosy. Na blacie parował kubek z herbatą.
- Pół godziny - powiedział mężczyzna.
- Czterdzieści pięć minut.
- No dobrze. Co robisz?
- Przeglądam notatki. W poniedziałek ostatnia rozprawa.
Leżący na biurku telefon komórkowy ożył nagle, zawibrował i zaświecił ekranem. Wzięła go w szczupłe palce. Przez jej twarz przebiegł grymas. Rzuciła smartfona na kupkę papierów.
- Co tym razem? - zapytał z westchnieniem mężczyzna.
- Nic nowego. Ty stara kurwo i tak dalej - odparła beznamiętnie.
- Zgłoś to!
- A po co? - Na jej twarzy pojawił się ten uśmiech, który na sali sądowej zwykle zwiastował kłopoty. As z rękawa. Niezbity dowód. - W poniedziałek facet i tak pójdzie siedzieć, a ja się postaram, żeby w pierdlu nie miał dostępu do telefonu i jeszcze kilku innych rzeczy. Nie mam się czym przejmować.
- A ja? - Mężczyzna gwałtownie poczerwieniał. - Ja się przejmuję.
- Ożeniłeś się z prokuratorem. - Wzruszyła ramionami. - Wiedziałeś, co to oznacza. Że nie będę prasować ci koszul. I że czasem będą przychodzić takie SMS-y.
- Wtedy nie było SMS-ów - burknął. - Myślałem, że z tych przenosin wyjdzie choć tyle dobrego, że będziesz miała więcej spokoju.
Odwrócił się na pięcie i na korytarzu zgasło światło.
- A ja się tego obawiałam - mruknęła do siebie, wracając do notatek.
Coś nie dawało mu spać.
Bastian zamrugał. Lodówka niebieskimi diodami wyświetlała temperaturę. Zalśniły kafelki nad zlewem. Dwa cienie przemknęły przez pokój, stuknęły drzwi sypialni.
Sen mara, Bóg wiara, przypomniało mu się dziadkowe powiedzenie.
Przekręcił się na drugi bok. Resztki wczorajszego alkoholu zachlupotały mu w głowie i w żołądku, poczuł je w oddechu, zapiekły go pod powiekami. Naciągnął koc na głowę i zasnął.
Nie pospał. O świcie zaczął się ptasi koncert, ledwie zdążył się do niego przyzwyczaić, gdy zawyły dwa odpalane motory. Widać Anka i Gerard postanowili go nie budzić. Która jest godzina? - pomyślał, a za tą myślą przypłynęła fala kolejnych: o tekstach do przejrzenia, o kampaniach do zaplanowania, o rachunkach do opłacenia. Odkąd Raport Strzygonia z bloga rozwinął się w trendujący serwis dziennikarskiego kolektywu, Bastian nie miał czasu pisać. Nie miał też pomysłu na temat. I to uczucie było najgorsze.
Wreszcie rozklekotał się i rozdzwonił potężny silnik koparki. Skrzypnięcie, przegazowanie, rytmiczny pisk sygnału cofania. I pohukujące głosy budowlańców. Jasna cholera.
Usiadł na kanapie. Przeciągnął się i podrapał po twarzy. Drzwi do sypialni były zamknięte, widocznie Wiolka pielęgnowała kaca i urazę. Będzie musiał zagonić ją do roboty, sam wszystkiego nie ogarnie. Ale najpierw zrobi jajecznicę z tutejszych jajek, tak starannie umazanych kurzym gównem, jakby nakazywały to unijne przepisy o żywności ekologicznej.
Sięgnął do kastlika po papierosy. Z trudem rozpoznał w nim tamten kastlik, kiedyś cały w naklejkach z samochodami, które zbierał kuzyn Bogdan, gdy mieszkali tu jeszcze z ciotką. Bella znalazła mebel na strychu i oddała go do renowacji. Wyglądał teraz dostojnie - i zupełnie nie tak.
Dziennikarz wsunął stopy w adidasy. Ubrany w podkoszulek i bokserki wyszedł, mrużąc oczy, oparł się o ścianę i zapalił.
Zatrzymał wzrok na koparce stojącej na skraju sadu. Na Marsie, uśmiechnął się. Maszyna zamarła w bezruchu. Łoskot silnika ustał. Dwie postacie w żółtych kamizelkach to zaglądały do dołu, to chodziły wokół masywnej łyżki, unieruchomionej metr nad ziemią. W końcu jeden z robotników odwrócił się, dostrzegł Bastiana, wskazał go drugiemu ręką. I ruszył w jego stronę.
Bastian zdusił papierosa i wyszedł mu naprzeciw.
- Panie kierowniku, trza, żebyś pan coś zobaczył - wydyszał ogorzały budowlaniec. Na jego zwykle misiowato pogodnym obliczu malował się teraz niepokój. Nie oglądając się na dziennikarza, poszedł przodem.
Na miejscu czekał operator koparki. Palił.
- Przypatrzże się pan - zachrypiał, machając w stronę łyżki, a Bastian miał wrażenie, że w jego głosie usłyszał pretensję.
W łyżce leżał czubaty kopiec tłustej, gliniastej ziemi z paroma kamieniami. Z czubka wystawał solidny pręt. Albo rura. Nie. Bastian podszedł bliżej. Nie rura, bo powierzchnia była chropowata, raczej kij. Zakrzywiony na końcu prawie pod kątem prostym i zwieńczony jakby gałką. Laska? Bastian usiłował pojąć, na co patrzy.
Już wiedział, ale jeszcze nie rozumiał. To była dobrze zachowana, choć oblepiona ziemią kość udowa.
Wyciągnął ku niej rękę, cofnął. Obejrzał się na robotników, otworzył usta.
- Ale nie... - zaczął.
Gdzieś tutaj dziadek chował łańcuchowe psy. Duże, groźne, wiejskie burki. Nigdy nie pozwalał mu w tym uczestniczyć, jeszcze wieczorem pies był chory, a rano już go nie było. Zdechł i został zakopany - bo o psach nie mówiło się jak dzisiaj, że umarł i został pogrzebany. Gdzie? Pewnie właśnie tu, daleko od domu, na skraju sadu. Chyba że to kości po świniobiciu.
Dziennikarz złapał wbitą w pryzmę ziemi łopatę i wskoczył do dołu. Glina oblepiła mu adidasy. Przy krawędzi wykopu, między werżniętymi w ziemię na długości przeszło metra śladami zębów łyżki, dostrzegł dwie kolejne burobrązowe kości: cienką i łukowatą, mogącą być żebrem, i niewielką, wystającą z grudy gliny, co absurdalnie skojarzyło mu się z podudziem kurczaka. Zamachnął się łopatą, ale się powstrzymał. Zamiast ją wbić, przegarnął delikatnie ziemię, lekko podważył. Kątem oka dostrzegł, że budowlańcy trzymają się z dala od krawędzi wykopu. Rozkruszył grudy, aż trafił na większy kształt.
Przykucnął. Palcami rozgrzebał kamyki i bryłki gliny.
Z wykopu zapchanymi ziemią oczodołami patrzyła na niego czaszka. Całkowicie ludzka.