Mapy naszych spektakularnych ciał - Maddie Mortimer

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

je­den

Ja

Ja, tu­szu tknie­nie, my­śli mgnie­nie, wy­szarp­nę­łom się u jej po­czątku; nie więk­sze od ka­pi­lary, nie mą­drzej­sze od kan­ta­lupy, z cał­kiem opty­mi­styczną wi­zją tego, jak się po­to­czy moje ży­cie. Od tam­tej pory po­bo­le­wam na jej po­brze­żach. Na­pa­wa­łom się swym bo­so­sto­pym-po-par­kie­cie-prze­my­ka­niem - skąd daw­niej kar­miła, po­tąd, gdzie wa­rzy się jej ciało; sma­ko­wa­łom, za­dra­ski­wa­łom, prze­cie­ka­łom, prze­żu­wa­łom tkanki, za­ka­marki, wę­zły, ko­ści i fałdki tak bar­dzo, tak do­brze, tak mocno, że te­raz czuję się tu jak u sie­bie.

To być może nie­unik­nione, że po tak dłu­gim okre­sie za­czy­nam od­czu­wać pewne nie­za­do­wo­le­nie z faktu wła­snego ist­nie­nia. Nie­ła­two to przy­znać. Ale przy­pusz­czam, że tu­ry­stykę ka­ta­stro­falną można upra­wiać tylko do czasu - po­tem za­czyna się wda­wać stare okrutne en­nui. Grecy jed­nakże ma­wiali, że na po­czątku było wła­śnie znu­dze­nie. Bo­go­wie ule­pili ludz­kość z jego czar­nej, po­zba­wio­nej ży­cia sko­rupy, a to oczy­wi­ście brzmi za­chę­ca­jąco.

Dzi­siaj wdra­pię się może po szcze­bel­kach jej krtani lub po­brzdą­kam w tcha­wicę ni­czym w sztabki ksy­lo­fonu, albo też zgo­tuję czy cofnę ja­kąś tam wła­sną wielką zgrozę, bo cała rzecz z cia­łami po­lega na tym: są nie­wia­ry­god­nie ła­twym łu­pem na żer i nikt ni­czego nie po­dej­rzewa.

Aż wresz­cie, oczy­wi­ście, ktoś za­cznie. A wtedy, oczy­wi­ście,

już nie są.

Po­czą­tek końca

Z po­czątku końca Lia za­pa­mię­tała dwie rze­czy.

Pierw­sza: ile mi­nęło czasu, za­nim zmie­niły się świa­tła.

Druga: fakt, że nikt nie zgi­nął.

Stała o jedno przej­ście dla pie­szych od miej­sca, do któ­rego zmie­rzała, w jej pul­sie tęt­nił rytm mia­sta, dzień drep­tał w po­śpie­chu ku go­dzi­nom szczytu. Jej zmy­sły wy­da­wały się nie­ty­powo wy­czu­lone. Może to nerwy tak je po­roz­sie­kały. To było miłe. Miła od­miana. Że czuła się taka od­sło­nięta, taka żywa, gdy stała na tym czer­wo­nym świe­tle i cze­kała, aż świat się od­pau­zuje.

Ja­kiś męż­czy­zna w przy­cia­snym gar­ni­tu­rze wes­tchnął ciężko i za­trzy­mał tak­sówkę.

Dwie ko­biety roz­ma­wiały gło­śno przez te­le­fony, okrawki ich roz­mów wwier­cały jej się w kark; No więc ja mu na to, że nic nie po­ra­dzisz, mó­wię, skoro się tak czu­jesz. Za­re­zer­wo­wa­łam wi­zytę na ju­tro na czter­na­stą trzy­dzie­ści, w lo­dówce zo­sta­wi­łam resztki za­pie­kanki, mo­żesz so­bie od­grzać w mi­kro­fali. Nie­stety, płat­ność wy­łącz­nie kartą. Nie wrócę późno. Boże, za­wsze mam ta­kie wy­rzuty su­mie­nia. Tylko pa­mię­taj, na­karm kota.

Lia uszczyp­nęła się w ak­sa­mit płatka usznego i za­częła roz­my­ślać o tra­ge­dii.

Który to po­eta stwier­dził, że trwałe po­czu­cie tra­ge­dii

może pod­trzy­mać czło­wieka w przej­ścio­wych okre­sach ra­do­ści?

Który to fi­lo­zof po­wie­dział, że

wszyst­kie tra­ge­die roz­po­czy­nają się od

po­dziwu god­nego spo­koju?

Dzień był pe­łen zgiełku.

Zda­wało się, że wszy­scy są o se­kundę od ka­ta­strofy.

Pa­sek przy płasz­czu pew­nej ko­biety od­bi­jał się od szprych jej ro­weru. Liczba wy­pad­ków ro­we­ro­wych wzra­sta w sta­łym tem­pie pięt­na­stu pro­cent na rok. Po­nad cztery i pół ty­siąca z nich koń­czy się śmier­cią lub po­waż­nymi ob­ra­że­niami - na­pi­sano we wczo­raj­szej ga­ze­cie. Mia­sto cią­gle prze­trze­bia po­pu­la­cję, na każ­dym rogu tra­ge­dia, po­my­ślała Lia, gdy w ja­kimś otwar­tym oknie po­ja­wił się pulchny brzu­szek nie­mow­laka - prze­le­ciała wzro­kiem po pię­trach, li­cząc je z za­ci­śnię­tymi zę­bami, a tym­cza­sem za­chwy­cony bo­bas wy­chy­lił na ze­wnątrz mlecz­no­białą główkę i oparł się pa­lusz­kami o pa­ra­pet.

Cztery pię­tra. Upa­dek byłby z czte­rech pię­ter.

Fluor jest bla­do­żółty, chlor żół­to­zie­lony, a brom czer­wo­no­brą­zowy.

Dziew­czyna w gra­na­to­wym szkol­nym mun­durku za­częła gło­śno po­uczać ko­le­żankę na te­mat pier­wiast­ków.

Bo im ni­żej scho­dzisz, tym flu­orowce ro­bią się ciem­niej­sze.

Lia za­uwa­żyła, że dziew­czyna ma pro­ste, gę­ste rzęsy, które prze­pla­tały się, gdy mru­gała, i pro­fil pe­łen rzad­kiej, mło­dzień­czej urody; taki, co to wy­róż­niał się na tle masy twa­rzy nie­cier­pli­wią­cych się na przej­ściu, i jak to trudno - po­my­ślała - jak to trudno nie dać się roz­pro­szyć cze­muś pięk­nemu.

Nie­mow­lak w oknie znik­nął. Okno się za­mknęło. Na­tu­ral­nie po­czuła ulgę.

Za­czerp­nęła mocny, głę­boki od­dech przez nos, sku­pia­jąc się na roz­cią­ga­niu się że­ber, na otwie­ra­niu się klatki pier­sio­wej, i wstrzy­mała go. Uwię­ziła. Skwier­czące cie­pło ben­zy­no­wego po­wie­trza. Mi­nęły dwa lata, od­kąd ostat­nio szła tymi uli­cami. Prze­cho­dziła przez to przej­ście dla pie­szych. Dwa lata, od kiedy sie­działa i pa­trzyła na skan swo­jego ciała i mó­zgu, przy­pięty do pod­świe­tlo­nego ekranu i uka­zu­jący ciemną plamkę pły­wa­jącą w oko­licy środka. To ciało mo­dze­lo­wate, po­wie­dział wtedy le­karz. Nie ma się czym przej­mo­wać (po­zwo­liła, aby ten prze­cią­gły, prze­pyszny od­dech uciekł jej przez usta), to tylko grube spo­idło łą­czące jedną pół­kulę z drugą.

W ru­chu sa­mo­cho­do­wym po­ja­wiła się luka. Wy­raźna ścieżka łą­cząca jedną stronę ulicy z drugą. Świa­tło na­dal się nie zmie­niło. Ja­kiś męż­czy­zna o ma­to­wej ce­rze po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać, więc dziew­czyna w szkol­nym mun­durku też wy­strze­liła na jezd­nię, cią­gnąc za sobą ko­le­żankę. W tej sa­mej chwili wzrok Lii przy­warł do sa­mo­chodu, który wy­jeż­dżał wła­śnie zza za­krętu, pę­dził przez po­po­łu­dnie. Lia uj­rzała wy­pa­dek, nim jesz­cze do niego do­szło, po­czuła jego moż­li­wość zwa­la­jącą się na jej płuca, tak jak ulewa na­ra­sta cre­scen­dem w coś wię­cej niż zwy­kły deszcz.

Gar­dłowy pisk ha­mo­wa­nia. Zwol­nione pla­śnię­cie zde­rze­nia z ma­szyną. Ugię­cie się chu­dych ko­lan, gdy ciało dziew­czyny ude­rzyło o be­ton. Lia po­czuła, jak czas się za­gina, se­kundy na­kła­dały się jedna na drugą. O Boże, wy­chry­piał gło­śno te­le­fo­niczny głos przy jej uchu, lecz za­nim zdą­żyła się przyj­rzeć, scenę za­lało mro­wie lu­dzi, wszy­scy na­pie­rali, pchali się na wi­zję ma­sa­kry, ci­snęli jak przy­mie­ra­jące gło­dem szczury do nie­spo­dzie­wa­nych okru­chów.

Lia miała ochotę zwy­mio­to­wać.

Dziew­czyna nie żyła. Lia była tego pewna. Po pro­stu to czuła; nowy chłód w po­wie­trzu, spo­wol­nie­nie chmur, za­wrotną zmianę, jaka za­cho­dzi w at­mos­fe­rze, gdy na taki zwy­kły dzień spada tra­ge­dia. Tłum zda­wał się na­mna­żać, a Lia mo­gła my­śleć wy­łącz­nie o tym, że...

ta dziew­czyna już ni­gdy nie opo­wie ro­dzi­com, jak jej mi­nął dzień. Już ni­gdy nie bę­dzie zda­wała eg­za­minu z che­mii ani się nie za­ko­cha, ani nie do­wie się, ja­kie to uczu­cie, gdy do­pad­nie cię wy­jąt­kowo wredne za­pa­le­nie cewki mo­czo­wej; nie wy­je­dzie do Man­che­steru na stu­dia me­dyczne, nie zo­sta­nie le­karką i nie dane jej bę­dzie ura­to­wać czy­je­goś ży­cia, i być może w nad­cho­dzą­cych la­tach inni lu­dzie też umrą wła­śnie z po­wodu tego jed­nego mo­mentu, z po­wodu męż­czy­zny o ma­to­wej ce­rze, który prze­biegł przez ulicę, więc młoda, do­bra z pier­wiast­ków dziew­czyna w gra­na­to­wym szkol­nym mun­durku za szybko wy­bie­gła na jezd­nię, a Lia pa­trzyła, jak cały roz­mi­go­tany po­ten­cjał jej ży­cia roz­pala się na­gle i ga­śnie, ot tak.

Wy­obra­ziła so­bie, jaką po­czu­łaby zgrozę, gdyby po­de­szła, na­chy­liła się po­społu z resztą szczu­rów, ła­god­nie od­gar­nęła włosy z twa­rzy dziew­czyny i od­kryła, że to Iris, jej Iris o oczach do­szczęt­nie wy­zu­tych z ży­cia.

Ciało w do­sko­na­łym po­rządku!, po­wie­dział wtedy le­karz. I zdrowy, szczę­śliwy mózg!

Jakby w ogóle ist­niało coś ta­kiego.

Tłum lekko się roz­stą­pił, więc Lia mo­gła wresz­cie doj­rzeć dziew­czynę, która pod­no­siła się już na nogi, zu­peł­nie jak Iris, gdy miała trzy czy cztery latka i się prze­wró­ciła. Nic mi nie jest, mó­wiła, otrze­pu­jąc się, cała i zdrowa. Ktoś za­pro­po­no­wał, że zbada jej ko­lana. Nic mi nie jest, po­wtó­rzyła, tylko gło­śniej i twar­dziej, z twa­rzą za­ró­żo­wioną od szoku.

Lia nie mo­gła w to uwie­rzyć. Na­tu­ral­nie po­czuła ulgę. Ale też -

ociu­pinkę roz­cza­ro­wa­nia.

Ko­le­żanka dziew­czyny spro­wa­dziła ją z po­wro­tem na bez­pieczny chod­nik i obie za­częły za­no­sić się śmie­chem jak hi­ste­ryczki. Strasz­liwy od­głos od­da­lił się skłę­bioną chmurą w bru­talne mia­sto. Ga­pie ro­ze­szli się szybko, nie­zręcz­nie, wzno­wili swoje wę­drówki, za­wsty­dzeni wła­snym ape­ty­tem na krew, a Lia po­czuła, jak wszystko do­okoła po­woli sty­gnie i się uspo­kaja. Jej umysł za­czął zbie­rać to, co prze­lot­nie się roz­sy­pało, a świa­tła zmie­niły się z chlo­ro­wych na flu­orowe, po­tem na ja­sną bro­mową czer­wień, i świat zszedł

o trzy oktawy

za późno.

Nim do­szła na drugą stronę ulicy,

wpa­dła na

Yeatsa.

Tym po­etą był Yeats.

Fi­lo­zofa na­dal nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć.

Jej wzrok nie od­ry­wał się od chod­nika, póki nie do­tarła do szpi­tala.

Le­karz po­wie­dział, że ma złe wie­ści.

Wró­ciło.

Reszty nie usły­szała.

Po­kój wy­zuł się z wszel­kich dźwię­ków.

Po­zo­stał tylko mro­żący chi­chot dziew­czyny, która nie zgi­nęła. Tak słaby, że zrazu pra­wie nie­do­sły­szalny, ale w miarę jak się przy­bli­żał i sta­wał się wy­raź­niej­szy, do­łą­czały do niego inne głosy, głosy wszyst­kich szczę­śli­wych miesz­kań­ców Lon­dynu, któ­rym le­dwo udało się unik­nąć końca, i ni­czym fala ro­snąca w siłę na fali ich la­ment od­bi­jał się od ce­gły i szkła, aż wresz­cie wtar­gnął szcze­liną szpi­tal­nego okna i wy­peł­nił każdy cen­ty­metr sze­ścienny po­miesz­cze­nia:

Pa­dło na cie­bie, Lia.

Nie na nas.

Na cie­bie.

One

One, na­siona jej na­dziei, chóry jej serca, te­raz wy­bu­dzają się wszyst­kie z sze­le­stem.

One, z tymi swo­imi hi­sto­riami, wąt­kami, pie­śniami i re­me­diami, prze­cią­gają się spod mgli­sto-gę­stego koca snu, gdy wieść o moim ma­łym od­kształ­ce­niu sze­rzy się ni­czym po­dmuch wia­tru od trzewi, tnący jak nóż i oczysz­cza­jący at­mos­ferę,

i

mu­szę przy­znać, że na­wet mile mnie to łechce.

W końcu nie da się oszli­fo­wać dia­mentu bez odro­biny tar­cia, a poza tym to w su­mie piękne, jak one po­dry­gują i zie­wają, otrzą­sają się i mla­skają, i po­cią­gają no­sami, mo­kre i ze­sztyw­niałe jak psy wę­szące du­cha,

go­towe bez­par­do­nowo mnie zga­sić.

Jak

Uczu­cia wa­rzą się w róż­nych miej­scach w za­leż­no­ści od ciała. Naj­szczer­sze im­pulsy czło­wieka mogą mieć po­czą­tek w jego rę­kach lub sercu, w pal­cach u nóg, krtani, dło­niach lub udach. Lia naj­pierw od­czu­wała więk­szość rze­czy w żo­łądku.

Przy­kład: gdy po raz pierw­szy po­czuła mi­łość, wszystko za­rzy­gała.

To było w dniu, kiedy ten przy­bysz ob­mył jej stopy. Od­nio­sła wtedy wra­że­nie, że coś bar­dzo głę­boko za­grze­ba­nego gwał­tow­nie prze­dziera się wzdłuż jej błony ślu­zo­wej - i na­gle wy­rzu­cała z sie­bie całą treść żo­łądka na jego zręczne dło­nie, mię­dzy wła­sne drobne palce u stóp. A on na­wet się nie skrzy­wił ani nie wzdry­gnął, tylko znowu za­nu­rzył ręce w wia­drze z wodą i gąbką oczy­ścił jej nogi z wy­mio­cin. Lia otarła żółć z brody, wstała z krze­sła i po­chlu­po­tała po scho­dach na górę do swo­jego po­koju, roz­cie­ra­jąc brzuch pod cienką ba­wełną ko­szulki i za­sta­na­wia­jąc się, jak mu się to udało. Jak mu się udało spra­wić, że od­nio­sła wra­że­nie, jakby prze­czysz­cza­nie się jej ciała było czymś naj­zu­peł­niej zwy­czaj­nym, jakby nie było w tym nic szcze­gól­nie obrzy­dli­wego czy na­wet cie­ka­wego - i po­czuła się za­ra­zem bar­dzo do­strze­żona i bar­dzo mała.

Tak więc nic dziw­nego, że kiedy le­karz ob­wie­ścił jej prze­rzuty raka, Lia do­znała wra­że­nia, jakby coś w jej żo­łądku się prze­bu­dziło. Ta­kie głę­bo­kie, prze­cią­głe jak?, ni­czym wil­cze wy­cie. Le­karz po­pa­trzył jej w oczy ze smut­kiem i po­ki­wał głową, ale tak le­ciutko, jakby zga­dzał się z tymi od­gło­sami ko­tło­wa­nia w jej żo­łądku, jak-jak-ja­ku­ją­cymi na zdradę, któ­rej do­pu­ściło się wła­sne ciało.

W dro­dze do domu zwy­mio­to­wała do ko­sza na śmieci przy sta­cji me­tra. Gę­ste, ró­żowe grudy i ka­wałki śnia­da­nia i lun­chu, kwa­śne i mu­su­jące we fleg­mie. Gdyby tak to wy­star­czyło, po­my­ślała. Gdyby można było zwy­czaj­nie zwy­mio­to­wać guza, wy­grze­bać go jak mo­netę z błota, wy­po­le­ro­wać, opra­wić i po­wie­sić w kuchni obok in­nych ob­raz­ków. Prze­ro­bić na ma­gnes na lo­dówkę za po­mocą tego urzą­dze­nia, które Iris do­stała ostat­nio na Gwiazdkę.

Iris. Iris. Jak ona jej o tym po­wie?

Na uli­cach za­padł nie­spo­ty­kany spo­kój.

W domu Lia wspięła się do bez­piecz­nego azylu na pią­tym schodku, gdzie ni­gdy nie działo się nic god­nego od­no­to­wa­nia, i sie­działa tam przez ja­kiś czas, obej­mu­jąc ko­lana. Szkoda, że nie zgo­dziła się, żeby Harry z nią po­je­chał. Na pewno cze­kał te­raz na jej te­le­fon. Je­dyną rze­czą gor­szą od otrzy­ma­nia ta­kiej in­for­ma­cji była ko­niecz­ność jej prze­ka­za­nia. Po­czuła ci­chą wdzięcz­ność za to, że nie bę­dzie mu­siała pa­trzeć na blask zni­ka­jący z jego oczu, na pa­nikę osia­da­jącą na jego po­licz­kach.

Harry ode­brał już po dwóch dzwon­kach.

No i?

Głos miał ciężki od na­dziei.

Wró­ciło.

Ci­sza.

Kurwa.

Ko­lejna, dłuż­sza ci­sza. Skrzyp­nię­cie roz­grza­nych dłoni Lii, mocno ści­ska­ją­cych po­ręcz.

Otóż to. Kurwa.

Harry był naj­bar­dziej ogar­niętą osobą, jaką Lia w ży­ciu spo­tkała. Aż nie wie­działa, co my­śleć o tej jego czy­stej ludz­kiej do­broci - jej ży­cie za­śmie­cało do­tąd tyle osób, które bez wy­siłku ska­kały z jed­nej skraj­no­ści w drugą, że na­uczyła się spo­dzie­wać pew­nych trud­no­ści.

Ni­gdy ni­czego od niej nie żą­dał. Miał w so­bie taką ła­godną, nie­sforną ener­gię i uśmiech ko­ja­rzący się z otwie­ra­ją­cym się spa­do­chro­nem, i choć sam uwa­żał się za osobę po­śled­nią, która rzadko sta­nowi główną atrak­cję wie­czoru - taką, co to bez­piecz­nie do­wie­zie cię na miej­sce i z po­wro­tem - w rze­czy­wi­sto­ści był po ci­chu nie­zwy­kły i Lia nie mo­głaby so­bie wy­ma­rzyć lep­szego part­nera.

Wy­gramy z tym, oświad­czył na­gle Harry, gło­sem zu­peł­nie jak nie jego, już raz nam się udało i te­raz też się uda.

Ta­kie de­kla­ra­cje ni­gdy nie wy­pa­dały do­brze w jego ustach. Ce­cho­wał się zbyt dużą głę­bią my­śli jak na taką pew­ność, był zbyt wni­kli­wym ob­ser­wa­to­rem świata. Lia sta­rała się nie do­pu­ścić do sie­bie znie­cier­pli­wie­nia.

Harry.

No?

Ku­pił­byś coś na de­ser? Coś ta­kiego, żeby było ta­nie, słod­kie i pu­szy­ste.

Za­śmiał się lekko.

Ku­pię naj­ohyd­niej­szy de­ser, jaki uda mi się zna­leźć, od­parł i tym ra­zem za­brzmiał znacz­nie bar­dziej jak on.

Lia usia­dła na końcu ich łóżka i wy­ry­so­wała kształt jego mowy: pa­górki, za­kręty, mia­rowe wgłę­bie­nia:

Bi­twa każ­dego słowa prze­ciwko jego oko­licz­no­ściom:

No więc od czego roz­pocz­nie się bój? Czy na­dej­dzie ja­kieś ostrze­że­nie, ja­kiś sy­gnał, że już się za­czyna? Gra­nie na rogu? Ro­ze­dr­gano-mo­no­tonny tę­tent na ho­ry­zon­cie,

pro­porce na wie­trze?

W za­ci­szu sy­pialni ro­zej­rzała się za pro­por­cami.

Jej płaszcz zwi­sał bez­wład­nie z kra­wę­dzi drzwi ni­czym wy­pchany i wy­nędz­niały strach na wró­ble, za­tknięty głę­boko w swój uświę­cony spła­che­tek ziemi, ma­cha­niem od­pę­dza­jący świat.

Iris nie­długo bę­dzie w domu. Dzi­siaj był jej pierw­szy dzień w gim­na­zjum. Rano wy­szła, pewna sie­bie jak za­wsze, w no­wym mun­durku: ko­szula, spód­nica, dło­nie i stopy o wiele za duże w ze­sta­wie­niu z resztą drob­nej po­staci, i choć Lia była pod ogrom­nym wra­że­niem, to jed­nak na wi­dok od­cho­dzą­cej córki po­czuła, jakby coś się koń­czyło. Jakby ist­niała moż­li­wość, że Iris już nie wróci.

Ze­szła na dół, żeby otwo­rzyć drzwi wej­ściowe, po­cze­kać na nią w progu. Zsu­nęła buty i skar­petki, by po­czuć pod sto­pami prze­szy­wa­jące zimno ka­mie­nia. Spoj­rzała

na ze­wnątrz i

do góry i po­my­ślała:

Ja...

Ja wcale nie wal­czę. Je­stem stała i nie­ru­choma jak wrze­śniowe niebo, w rów­nej mie­rze ego­cen­tryczna i em­pa­tyczna.

Mi­nęło kilka mi­nut i na dro­dze po­ja­wiła się idąca w pod­sko­kach Iris, z ca­łym świa­tem na grzbie­cie, z po­licz­kami zru­mie­nio­nymi po emo­cjach dnia.

A ty co tu tak cze­kasz?, za­py­tała, wska­ku­jąc jej w ra­miona, i Lia po­czuła, jak ulica wstrzy­muje od­dech, jak wy­pu­czają się jej na­wierzch­nie, jak stop­niowo wy­tłu­miają się za­par­ko­wane auta i sy­ko­mory.

Jak było?

A, no wiesz. Tak jak się spo­dzie­wa­łam.

Iris wzru­szyła ra­mio­nami, jakby w ta­kich zmia­nach nie było nic a nic trud­nego. Ulica wy­pu­ściła po­wie­trze. Lia pa­trzyła, jak Iris na wpół ska­cze przez przed­po­kój - jamę ustną domu - po czym znika za za­krę­tem, w gar­dle, i ogar­nęło ją prze­możne wy­czer­pa­nie pły­nące z ko­cha­nia ko­goś tak bar­dzo jak ona w tej chwili.

W kuchni ob­rały ra­zem wa­rzywa. Iris opo­wia­dała z oży­wie­niem o swoim dniu i pod­sku­by­wała je­dze­nie z lo­dówki, jej zmro­żony śmiech kłę­bił się w ja­skra­wym bla­sku elek­trycz­nego świa­tełka. Może, po­my­ślała Lia, gdyby to ona miała sta­nąć do walki, wszystko ja­koś by się po­to­czyło.

Każdy ma wła­sną za­my­kaną szafkę, a to faj­nie. Bo­isko jest ogromne, cały za­be­to­no­wane. I tyle tam sal i ko­ry­ta­rzy, że aż się po­gu­bi­łam, i to kilka razy. Wszy­scy się krę­po­wali. Po­zna­łam kilka ko­le­ża­nek. Ale naj­dziw­niej­sze były krze­sła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki