Miałem dwanaście lat...
Miałem dwanaście lat, kiedy pierwszy raz zobaczyłem, jak mój nieżyjący
ojciec wychodzi z kuchni do przedpokoju i kieruje się na tyły domu, do
schowka.
O ile dobrze pamiętam, była 2.49 w nocy.
Stałem przy zakurzonej zasłonie przesłaniającej frontowe okno pokoju
dziennego. Nie znalazłem się tam celowo. Byłem w samej bieliźnie.
Światła były pogaszone.
Domyślam się, że chwilę wcześniej wyglądałem przez to okno, patrzyłem na
zarośla i pustkę rozciągające się przed domem. Tak przypuszczam,
ponieważ w głębi gardła czułem posmak kurzu, a szyba była pokryta cienką
warstewką takiego właśnie drobnego pyłu. Najprawdopodobniej wciągnąłem
go trochę przez nos, ponieważ somnambulicy bez reszty koncentrują się na
celu swojej wędrówki. Szczegóły stają się drugorzędne, konsekwencje
działań - nieistotne. Gdyby było inaczej, włożyłbym przynajmniej
sportowe szorty, a gdybym naprawdę próbował dostrzec coś na zewnątrz -
także okulary.
Owszem, chodzenie we śnie jest rodzajem opętania, ale istotą, która
czasowo zamieszkuje w lunatyku, nie jest ktoś obcy. Bytem, który
odpowiada za przestawianie stóp, jest on sam. Nie ma to sensu, ale nie
wydaje mi się, żeby w ostatecznym rozrachunku musiało go mieć. Takie
opętanie przez samego siebie jest co najwyżej informacją, że gdzieś tam,
w głębi nas, siedzi prawdziwy ja, który przez cały dzień wije się
rozpaczliwie, wyrywa, próbuje wyjrzeć na zewnątrz, ale może to zrobić
dopiero wtedy, gdy przestajemy się bronić. Gdy śpimy.
Następnego dnia rano - jak zwykle po nocy, którą spędziłem, drepcząc po
domu, martwy dla świata - wyszedłem na zewnątrz, by z uwagą przeczesywać
karłowate trawy i ubitą ziemię na osiemdziesiąt, może sto stóp od
frontowego okna. Mama poszła do pracy, a mój młodszy brat Dino siedział
przyklejony do swoich kreskówek, więc nikt nie nawoływał mnie z werandy
i nie pytał, co robię.
Gdybym musiał odpowiedzieć, odparłbym, że szukam tego, czego szukałem w nocy. Żywiłem nadzieję, że wcześniej moje świadome "ja" zarejestrowało
jakąś regularność kształtu klepiska albo dostrzegło stare uszko od
puszki, które okaże się uchwytem sklejkowej klapy skrywającej... co
właściwie? Nieważne. Coś. Cokolwiek. Stary składzik fajerwerków,
pogrzebane zwłoki, zapomnianą studnię - szczegóły nie miały znaczenia.
W dniu, w którym coś takiego rzeczywiście bym znalazł, moje nocne
wędrówki nabrałyby sensu.
W przeciwnym razie zwyczajnie byłoby ze mną coś nie tak, prawda? Byłbym
zabawką, która budzi się w środku nocy i wpada na ściany.
Tamtego ranka moje dociekliwe palce nie znalazły niczego wartego uwagi,
ot, trochę zwykłego śmiecia: szklane buteleczki, śruby z podkładkami i nakrętkami przyrdzewiałymi do gwintu, kawałek psiej obroży, na wpół
zagrzebane w ziemi koło samochodowe: albo stanowiło część dawno
nieistniejącego auta, albo wciąż było przytwierdzone do pojazdu, który
zakopano w tym miejscu do góry nogami.
Oczywiście zamarzyła mi się ta druga wersja, ale nie chcąc jej
bezpowrotnie skreślać, musiałem powstrzymać się od odkopywania koła.
Kiedy obejrzałem się za siebie, w stronę naszego modułowego domu,
poniekąd spodziewałem się znów ujrzeć nieżyjącego ojca, tym razem
stojącego przy oknie i patrzącego na mnie.
Okno wyglądało całkiem zwyczajnie. Zasłony były zaciągnięte, zgodnie z zaleceniem mamy, żeby pokój się nie nagrzewał.
Mimo to wpatrywałem się w nie uparcie.
Po czym zamierzałem go rozpoznać, gdy dzieliła nas odległość równa
długości domu? Nie po rysach twarzy i nie po budowie ciała. Miałem
cztery lata, kiedy zmarł, i sam byłem wtedy o krok od śmierci na
zapalenie płuc; Dino miał roczek i mieszkał u ciotki, żeby się nie
zarazić. Wtedy mama pracowała jeszcze tylko na jedną zmianę. W kwestii
wyglądu ojca mogłem podeprzeć się co najwyżej zdjęciami i paroma
niewyraźnymi wspomnieniami.
Nie. Poprzedniej nocy, kiedy przechodził z kuchni do schowka,
rozpoznałem go po zarysie sylwetki. Na wysokości krzyża sterczały mu
ostro zakończone wypustki, górne części łydek były nienaturalnie
wybrzuszone, a głowa rozdęta u góry i taka jakby pofałdowana; musiałby
się schylić, żeby zmieścić się w drzwiach schowka.
Cokolwiek jednak miał na sobie, poruszał się całkowicie bezgłośnie. Nie
słyszałem żadnych szelestów, nawet takich, jakie wydają tancerze w tradycyjnych kostiumach rytualnych tuż przed rozpoczęciem występu lub
zaraz po jego zakończeniu.
Sęk w tym, że mój ojciec nigdy nie tańczył. Nie po to jeździł na
powwow, żeby startować w konkursach z nagrodami.
Jedną z rzeczy, którą zapamiętałem na jego temat, był fakt, że na widok
tradycyjnie ubranych Indian w Town Pump albo IGA nigdy nie mówił, że to
kompromitacja. Zawsze trochę mełł słowa w zębach (Dino miał to po nim) i w rezultacie słyszało się z jego ust "nobilitacja".
Sam ani się nie kompromitował, ani nie potrzebował nobilitacji. Nie znał
języka, nie kojarzył opowiadanych w nim historii i miał to w nosie. Raz
albo dwa razy w roku podpisywał petycję w sprawie takiego czy innego
aktualnego zagrożenia, ale nie robił tego po to, by chronić ziemię
przodków. Rzecz w tym, że każdemu, kto podpisał petycję, przysyłali
takie charakterystyczne zielone wełniane spodnie - które potem, na
jesieni, ojciec sprzedawał myśliwym. Mama mówiła, że raz do roku wracał
do domu w samych gatkach, ściskając dwudziestkę w garści, żeby żaden z psów jej nie zwęszył.
Takiego właśnie ojca znam.
Jednakże przez ten rok czy dwa po tym, jak się utopił (albo został
utopiony - obie wersje są w obiegu i obie brzmią całkiem do rzeczy),
kiedy jeszcze mieszkaliśmy w rezerwacie, mną i Dinem opiekowały się
siostry ojca. Dużo nam opowiadały o nim i o tym, jaki był w naszym
wieku, kiedy oczy miał wciąż jeszcze wielkie od marzeń.
Przepadał za łukami, strzałami i przepaskami na głowę, mówiły, takimi
zabawkowymi, z faktorii. Wyobrażam sobie, że gdy człowiek dorasta wśród
kowbojów, kręcą go siodła, wysokie buty i lassa. Kiedy wychowujesz się w krainie Indian, telewizja mówi ci, jak być Indianinem - a zaczyna się to
właśnie od łuków, strzał i przepasek. Stanowią ekscytujący element
twojej spuścizny, a przy tym są zawsze do kupienia w sklepie z pamiątkami.
Na powwow tata zawsze siadał na widowni, opowiadały mi jego siostry -
to znaczy, opowiadały mnie i Dinowi, ale Dino miał wtedy roczek, później
dwa latka, więc te opowieści trochę przelatywały obok niego. Za to do
mnie ta wizja bardzo przemawiała: tata w ciasno zawiązanej przepasce na
włosach, oglądający tancerzy w absolutnym skupieniu - jakby chciał
wchłonąć ten widok i tę atmosferę, nasycić się nimi, stać się tym
wszystkim.
Któż by nie chciał włożyć kostiumu tancerza? To oczywisty kolejny krok.
Rozeta z piór na plecach, opaski na ramiona, naszywane paciorki,
fantazyjne mokasyny do kolan... No i barwy wojenne. Upodabniają człowieka
do obcego-zabójcy z filmów o kosmosie. Z taką pomalowaną na czarno-biało
twarzą automatycznie mrużysz oczy jak rewolwerowiec, jakbyś piorunował
wzrokiem całą Amerykę na wskroś stuleci.
W wyobraźni widzę tatę sprzed lat: siedzi na trybunie i mruży oczy
dokładnie w taki sposób. Udaje. Czeka.
- Miał być najlepszym tancerzem z nas wszystkich, kiedy tylko znów
odnajdzie swoją drogę - tłumaczyła mi jedna z jego sióstr.
Sama nie tańczyła, ale kiedy dziś odtwarzam jej słowa w głowie, wydaje
mi się, że miała na myśli wszystkich Indian z całego rezerwatu, a może
nawet wszystkich zjeżdżających się na powwow. Chciała chyba w ten
sposób powiedzieć, że gdyby tata z taką samą energią i namaszczeniem, z jakimi pakował się w każde nadarzające się po zachodzie słońca kłopoty,
podchodził do przygotowywania kostiumu i ćwiczenia tańca, nic by go nie
powstrzymało.
Ale tak się właśnie mówi o zmarłych, zwłaszcza zmarłych Indianach:
wspomina się zmarnowany potencjał, nie rzeczywiste osiągnięcia. Mój
ojciec, mój tata naprawdę mógł zostać najlepszym tancerzem rytualnym z nas wszystkich.
Dlatego właśnie rozpoznałem go tamtej nocy, kiedy wychodził z kuchni.
Te buty. Ta rozeta z piór na plecach. Sylwetka tancerza. Po śmierci stał
się tym, kim za życia nie potrafił.
A teraz wrócił.
Przynajmniej na te kilka kroków.
Serce dudniło mi w piersi - chciałbym powiedzieć, że ze strachu, wiem
jednak, że w rzeczywistości była to nadzieja.
Nasz dom...
Nasz dom, jak już wspomniałem, był domem modułowym.
Możesz wyjechać z rezerwatu, ale przez to, ile zarabiasz, i tak jesteś
skazany na rezerwatowy dom, prawda? Słyszałem, jak mama powiedziała tak
kiedyś przez telefon, i słowa te utkwiły mi w głowie w taki sposób, że
od razu wiedziałem, że najprawdopodobniej do końca życia będę co rusz
oglądał ten fragment wnętrza mojej czaszki.
Czytałem kiedyś, że młode słoniątka nie mają niezbędnych do życia
enzymów trawiennych, ale mogą je pozyskać - i pozyskują - poprzez
zjadanie odchodów matki.
Proszę bardzo, oto prawdziwa indiańska opowieść.
Tak czy inaczej, wynajmowany przez nas dom miał powierzchnię tysiąca stu
czterdziestu stóp kwadratowych. Wyczytałem to na naklejce na tylnej
ściance szafki pod zlewem. Tylko że takie stopy kwadratowe niewiele
człowiekowi mówią.
Pomierzony do celów transportu, dom miał prawie dwadzieścia stóp
szerokości i mniej więcej trzy razy tyle długości. Mierzyłem to zwijaną
miarką, korzystając z pomocy Dina, który co dwanaście stóp przytrzymywał
mi jej końcówkę, ale ponieważ w lewej ręce równocześnie ściskał
roztapiające się czerwone lody na patyku, pomiary mogły być chybione o parę cali.
Wiem, że "dwadzieścia stóp szerokości" brzmi jak przyczepa kempingowa (w której też kiedyś mieszkaliśmy), ale różnica między przyczepą i domem
modułowym jest taka, że dostarczony na miejsce dom modułowy zostaje w tym miejscu, a przyczepa zachowuje koła i dyszel, więc w razie potrzeby
może jechać dalej. Łączy je natomiast beznadziejny fartuch przy gruncie,
który po pierwszej zimie do niczego się nie nadaje, a także bardzo
podobny siding. Gdyby mieć po jednej sztuce każdego z nich, można by je
połączyć - trochę jakby zlepić dwie chrupki kukurydziane - i uzyskać
jeden większy, bardziej skomplikowany dom.
Mówię o tym wszystkim, ponieważ w następnym tygodniu po tym, jak
zobaczyłem tatę w domu, przeczesałem każdy cal z tych tysiąca stu
czterdziestu stóp kwadratowych w poszukiwaniu śladów jego obecności.
Szukałem choćby jednego zgubionego paciorka, jednego zabłąkanego
niebieskiego pióra, tłustawego śladu na framudze drzwi w miejscu, o które się oparł, podrapawszy się wcześniej po swędzącym policzku.
Wiedziałem, że wrócił, żeby nas obserwować.
Stałem się od tej pory surowszy dla Dina, chciałem dowieść, że pod
nieobecność taty wyrosłem na porządnego starszego brata, który nie
toleruje niedbalstwa.
Zmuszałem się również do wypytywania mamy o tatę, starając się robić to
jak najdyskretniej. Jaki miał pierwszy samochód? A jaki ostatni? Gdzie
się poznali? Czym się zajmował? Kto wybrał imię dla mnie - on czy ona?
Którą bójkę wspominał najlepiej? Jaki ciężar mógłby dźwignąć, gdyby
musiał?
Wiem, to są pytania, jakie mógłby zadawać dziewięciolatek, a nie
szóstoklasista, ale tak sobie myślę, że kiedy rozmawiasz o swoim ojcu,
to tak, jakbyś się cofał w czasie: im bardziej ty staniesz się
dzieckiem, tym bardziej on będzie twoim tatą, prawda?
Jedliśmy więc na kolację chrupiące paluszki rybne, oglądaliśmy jakiś
teleturniej, a mama wzruszała ramionami, żuła i opowiadała mi różne
historie. Nie te, o które pytałem, tylko takie, które pamiętała z czasów, gdy tata kończył szkołę, a ona była w drugiej klasie. O tym, jak
przyszedł do szkoły z głową ogoloną na zero, żeby w ten sposób udowodnić
coś nauczycielowi. Albo jak któregoś dnia zobaczyła go nad jeziorem:
stał na brzegu z workiem na śmieci pełnym butów i jeden po drugim
wrzucał je do wody.
Nie dotrwał do końca szkoły - mało komu się udaje, prawda? - ale
przyszedł na uroczyste zakończenie, klaskał najgłośniej ze wszystkich i wiwatował na cześć każdej osoby wychodzącej na scenę. O ile pamięć mamy
nie myliła, to był albo pierwszy, albo drugi weekend, który spędził w areszcie.
Kiedy zmarł, nie od razu go znaleźli - mam na myśli plemiennych
gliniarzy, bo wszyscy wiedzieli, gdzie go szukać. Pewnie nawet niektóre
dzieciaki z mojej klasy wymknęły się ukradkiem, żeby go obejrzeć, albo
dały się wyciągnąć starszym braciom i siostrom. Wcześniej ode mnie
wiedziały, że mój tata nie żyje.
Czy to przez to, że w pick-upie, którym jeździł, pękł korbowód, a jego
nie było stać na naprawę? Czy też pił, potknął się, przewrócił i już nie
wstał?
Obie wersje krążyły wśród ludzi, a mama powiedziała nam, że bez względu
na to, która jest prawdziwa, żadna nie przywróci tacie życia. A poza
tym, dodawała, kiedy miała wyjątkowego doła, może nawet dobrze się
stało. Inaczej nigdy byśmy nie wyjechali.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki