5
Zimą, kiedy dojeżdża się do miejscowości
położonych na północnym wybrzeżu, można zaobserwować dziwne zjawisko: w mgnieniu oka na przednią szybę samochodu niczym ostrze gilotyny opada
mgła. Człowiek czuje się jak wrzucony w jakiś postapokaliptyczny świat,
z potworami skaczącymi do szyb, gotowymi zawlec go na pełne morze, w sam
środek lodowatych bałwanów. Właśnie taka lepka mgła zabrała jej Sarę - w wieczór żarłocznych ciemności, kiedy wydmy zakneblowały jej córkę, by
wciągnąć ją w swoje najciemniejsze zakamarki.
Léane dostała gęsiej skórki i zablokowała zamki. Wiedziała, że to
głupie, ale takie nagłe, irracjonalne lęki zatruwały jej życie od czasu,
gdy była nastolatką. Wykrzywione, krążące wokół niej twarze, dziesiątki
rąk szarpiących ją w nocnych koszmarach, z których budziła się z krzykiem, a to wszystko aż do trzydziestki, kiedy to wreszcie przelała
na papier swoje pierwsze pomysły i kiedy pojawił się Enaël Miraure,
jakby pisanie było dla niej wentylem bezpieczeństwa. Nie chciała
opowiadać dziennikarce o swoich lękach. Nagle zobaczyła, jak z mgły
wyłania się kamper Andy'ego Jeansona i zajeżdża jej drogę, a wielkie,
sękate dłonie mężczyzny przyklejają się do szyby jej samochodu. Choć
człowiek zwany Podróżnikiem siedział za kratami, wciąż prześladował ją
jak cień, przyczajony za każdym oddechem, za każdym mrugnięciem. Był jej
czarnym ludem.
Około pierwszej w nocy dotarła do szpitala, znajdującego się w szczerym
polu, pięć kilometrów od Berck-sur-Mer. Colin czekał na nią na ławce w poczekalni. Miał na sobie znoszoną czarną kurtkę i jedną ze swoich
nieśmiertelnych koszul w kratę. Na oczy o stanowczym, szczerym
spojrzeniu opadał niczym przecinek kosmyk ognistych włosów. Był
policjantem z małego miasteczka, którego wszyscy mieli gdzieś, ale nie
lekceważył swojej pracy i z jednakową powagą podchodził zarówno do
banalnych spraw, jak i do bardziej ekscytujących historii, które jednak
w większości przypadków ostatecznie trafiały do wyższych instancji.
Kiedy ją zobaczył, wstał. Z szaloną ochotą by ją przytulił, ale zamiast
tego poprowadził ją do automatu z napojami, do którego wrzucił monetę o nominale jednego euro. Zauważył napięcie na jej twarzy i opadające ze
zmęczenia powieki. Miał wrażenie, że w ciągu dwóch ostatnich miesięcy
bardzo schudła.
- Czekam na informacje od lekarza, niedługo powinien przyjść. Nie ma
zagrożenia życia, ale... mimo wszystko było niebezpiecznie.
- Co się stało?
Colin podał jej słodzone espresso.
- Jakiś spacerowicz znalazł go około dziewiętnastej nieprzytomnego na
promenadzie między zatoką a nabrzeżem, od strony latarni. Leżał na
ziemi. Pogotowie przywiozło go tutaj. Miał ślady uderzeń na głowie i szyi, być może ktoś próbował go udusić, na razie więcej nie wiem. Nie
wygląda to na napaść rabunkową: w kieszeni miał portfel, klucz od domu i komórkę. Znamy nawet trasę, którą szedł, bo w jego telefonie była
uruchomiona aplikacja zdrowotna. Kończył właśnie pięciokilometrowy
spacer wzdłuż nabrzeża, który zaczął godzinę wcześniej, i miał wracać do
domu.
Léane usiłowała zrozumieć. Od jak dawna Jullian korzystał z tego rodzaju
aplikacji? Nienawidził technologicznych nowinek kontrolujących życie
człowieka, dzięki którym można schudnąć, lepiej się poczuć i poznać
liczbę kroków zrobionych w ciągu dnia. Śmiał się nawet, że dojdzie do
tego, że ludzie będą wysyłać telefon, żeby za nich pobiegał.
- Dlaczego ktoś mu to zrobił?
- Nie mam pojęcia, ale Jullian miał nie tylko przyjaciół. Twój mąż
kwestionował wszystko: wymiar sprawiedliwości, śledztwo, świadków.
Pewnie o tym nie wiesz, ale niecałe trzy tygodnie temu z powodu jego
zachowania na komisariacie o mało nie zamknęliśmy go w izbie
wytrzeźwień. Był pijany, wyzywał nas. Gdyby nie był tym, kim jest,
byłbym go zapuszkował.
- Szuka ciała Sary.
- Możliwe. Ale minęły już cztery lata, a on krąży po ulicach Berck jak
jakiś duch. Jego poszukiwania są odbierane jako nękanie i nie wszystko
da się nimi usprawiedliwić. Niezależnie od tego, co sobie myśli, my
pracujemy.
- Dopóki Jeanson nie zdradzi, gdzie pogrzebał naszą córkę, Jullian nie
przestanie niszczyć wszystkiego, co go otacza. Z sobą włącznie.
Jej oczy zaszły mgłą.
- Chodź tutaj.
Colin objął ją ramieniem. Miał wrażenie, jakby przytulał kamienny słup.
Léane odsunęła się od niego dość gwałtownie i sięgnęła po kubek z kawą.
- Przepraszam cię, Colin, ale...
- Nie przejmuj się. Rozumiem.
Policjant, również zakłopotany, spojrzał w stronę drzwi wejściowych, za
którymi migotał kogut wozu strażackiego albo ambulansu, po czym znowu
popatrzył na Léane.
- Przejrzałem historię połączeń w jego telefonie. Widziałem, że kilka
razy, wczoraj i przedwczoraj, próbowałaś się do niego dodzwonić.
- Nagrał mi wiadomość. Dam ci odsłuchać.
Głos Julliana w słuchawkach był niski, monotonny. Mężczyzna mówił, że ma
ważną informację na temat Sary.
- Od tamtej pory się nie odezwał, nie odbierał moich telefonów.
Colin zapisał coś w notesie. Od lat nosił go w wewnętrznej kieszeni
kurtki razem z tanim długopisem o pogryzionej zatyczce, którą teraz
włożył sobie między wargi.
- Trzy dni temu dzwonił do niego jego ojciec z informacją, że jedzie na
święta do Montpellier. Odsłuchałem wiadomość w komórce twojego męża,
którą zatrzymamy na potrzeby śledztwa. Kiedy byłaś w drodze, oddzwoniłem
do twojego teścia i powiedziałem mu o napadzie. Jutro tu będzie.
Léane skinęła głową. Sześć miesięcy wcześniej Jacques Morgan stracił
żonę: popełniła samobójstwo poprzez przedawkowanie leków. Léane nigdy
nie widziała, żeby jej teściowa była szczęśliwa. W jej oczach zawsze
tlił się straszliwy smutek, którego źródła ani ona, ani nawet Jullian
nie znali. Alkohol, antydepresanty i leki przeciwlękowe były stałymi
towarzyszami jej życia. Pisarka często zastanawiała się, jak Jacques
jest w stanie to wytrzymać.
Colin wyrwał ją z zamyślenia:
- Skoro już jesteśmy przy zwierzeniach, powinnaś wiedzieć jeszcze o jednym. Jakieś dwa miesiące temu Jullian zadzwonił do nas rano i zgłosił
włamanie.
Léane zamarła. Jej dłoń z kubkiem zatrzymała się na wysokości podbródka.
- Włamanie?
- Wolał ci o tym nie mówić i poprosił mnie o dyskrecję. Nie chciał,
żebyś się martwiła, wiedział, że niedługo wychodzi twoja książka i masz
inne rzeczy na głowie. Poszedłem do willi na wizję lokalną, ale... -
Wyglądał na zakłopotanego. Léane spijała z jego warg każde słowo. - Ale
śladów włamania nie było. Jullian spał na piętrze i niczego nie słyszał.
Powiedział nam, że ktoś grzebał w jego rzeczach, że papiery nie leżały
na swoim miejscu, że włamywacz wszedł do łazienki i ukradł przedmioty
codziennego użytku, takie jak mydła czy szczotki do włosów. Oraz że z biblioteczki zniknęło kilka egzemplarzy twoich książek.
Léane miała wrażenie, jakby obrywała cios za ciosem w ostatniej rundzie
bokserskiego meczu. Wyrzuciła kubek z resztką kawy do kosza. W gardle
pozostał jej metaliczny posmak napoju.
- To jakiś obłęd. Mydła? Moje książki? Dlaczego ktoś miałby coś takiego
zrobić?
- Tym bardziej że nie było żadnych oznak włamania. Jullian potwierdził,
że wszystkie drzwi były zamknięte. Włamywacz, zakładając, że był jakiś
włamywacz, musiałby mieć klucz.
- Myślisz, że sobie to ubzdurał?
- Pił poprzedniego dnia, Léane. I dwa dni wcześniej również. W zlewie
walało się sporo butelek. Mówię ci, w ostatnim czasie nieraz
zgarnialiśmy go spod tutejszych knajp. Szczotki do włosów, co za pomysł!
I kto miałby interes w tym, żeby kraść twoje książki, skoro można je
kupić w księgarni? Po co ryzykować włamanie do waszego domu i robić
takie rzeczy? Przyjąłem jego zgłoszenie, ale muszę się przyznać, że nie
nadałem biegu sprawie.
Léane zadrżała. Od czasu zaginięcia Sary Jullian nie był sobą. Alkohol,
rozpacz, daremne poszukiwania. Ile razy wzdłuż i wszerz przemierzył
kilometry wydm, nawet wiele miesięcy później? Ile kilometrów
kwadratowych morskiego dna sprawdził? Czy istnieją w Berck jakieś drzwi,
do których by nie zapukał? Czy ktokolwiek w mieście nie czytał ulotki ze
zdjęciem ich córki? Jak może dalej mieszkać w domu, do którego sześć
miesięcy po zniknięciu Sary przyszła koperta z jej włosami? I w którym
po półtora roku dowiedzieli się, że ich córka została zabita przez
Andy'ego Jeansona, mrocznego podróżnika jeżdżącego kamperem, który
gwałcił, mordował i grzebał swoje ofiary w lasach, a jakby tego było
mało, wysyłał rodzicom kosmyki ich włosów?
Ona sama uciekła z Natchnienia. Te dni spędzone na kręceniu się w kółko
w czterech ścianach, te koszmary z dzieciństwa, które nagle wypłynęły na
wierzch i z których budziła się z krzykiem w środku nocy, te godziny
spędzone przed drzwiami pokoju ich córki, ta niezdolność do wykrzesania
z siebie jakiegokolwiek pomysłu na powieść, to oczekiwanie na nowe
informacje w śledztwie, to odtwarzanie scenariusza zaginięcia... I strach
przed tym domem, a zwłaszcza wyobrażanie sobie, że Jeanson czai się za
wydmami, ukryty w piasku, gotów wejść do willi i wślizgnąć się do jej
łóżka. Niewidzialna postać, która ją przerażała, jak Horla Maupassanta.
Wyjechała więc, a Jullian nie chciał z nią zamieszkać w paryskim
apartamencie, wolał czekać na powrót Sary, przekonany, że któregoś dnia
córka się pojawi. Zamknął się we własnych obsesjach. Dopóki nie zobaczy
ciała, nie chciał wierzyć, że Jeanson zabił ją tak jak inne ofiary i zakopał. Pracował już tylko tyle, by przeżyć, pił, by ukryć prawdę, a w pozostałym czasie szukał: w internecie, na forach, na drogach, zamieścił
jej zdjęcie na wszystkich portalach społecznościowych, w witrynach
sklepów, na stacjach benzynowych - z nadzieją, że wreszcie ktoś mu powie
"tak, spotkałem ją" albo "wiem, gdzie jest, wszystko u niej w porządku".
Samobójstwo jego matki w żaden sposób nie zmieniło sytuacji.
Kiedy tylko Léane znalazła się w Paryżu, natchnienie wróciło:
postanowiła stworzyć historię o pisarzu - zwyrodnialcu, gwałcicielu i mordercy uwięzionym przez wariatkę, która każe mu dokończyć książkę.
Zanim napisała pierwszą linijkę, już znała tytuł: Niedokończony
rękopis. Książka stała się jednym z bestsellerów końcówki roku.
Do rzeczywistości przywrócił ją głos Colina:
- Zamierzasz trochę zostać w Berck?
- Tak, wzięłam część rzeczy.
- A promocja twojej powieści?
- Książka się dobrze sprzedaje. Są ważniejsze sprawy.
Ze sposobu, w jaki na nią patrzył, Léane wnioskowała, że ta informacja
raczej go ucieszyła. Przyszedł doktor Grzeskowiak. Pisarka znała go od
dawna: kilka lat temu dostarczał jej informacji na temat zaburzeń
pamięci i odpowiadał na pytania, które zadawała mu w związku z pisaną
książką. Serdecznie uścisnął jej dłoń.
- Zaraz zabierzemy pani męża na dodatkowe badania, ale wiem, że ma pani
za sobą podróż, więc może pani się z nim zobaczyć przez kilka minut.
Wyjdzie z tego.
- Czy jest poważnie ranny?
- Fizycznie idzie ku dobremu. Nie ma złamań, ale poważne uszkodzenia na
wysokości gardła wywołały opuchliznę, która może przytłumić mu głos i utrudnić mówienie jeszcze przez kilka dni. Nie jest to nic
nieodwracalnego. Jeśli chodzi o czaszkę, a to była nasza główna obawa,
nie znaleźliśmy uszkodzeń ani obrzęku. Jego reakcje werbalne i ruchowe
są raczej zadowalające. Zrobimy dodatkowe badania, żeby sprawdzić, czy
nie ma powikłań w mózgu. Bo mimo wszystko w wyniku napadu stracił
przytomność.
Colin wyjął notes.
- Został uderzony od tyłu?
- Tak sądzę. Moim zdaniem ktoś próbował go udusić, a potem uderzył w czubek głowy. Nie ma uszkodzeń skóry, a ślad po uderzeniu ma dwa, trzy
centymetry: to znaczy, że zaatakowano go jakimś tępym narzędziem w stylu
kija bejsbolowego.
Każde z tych słów sprawiało Léane ból. Była na siebie strasznie zła,
wyobrażała sobie, jak jej mąż zupełnie sam leży nieprzytomny na ziemi,
podczas gdy ona popija białe wino po trzydzieści euro za butelkę.
Dlaczego nie wsiadła w samochód dwa dni wcześniej, po tym jak nagrał jej
wiadomość? Dlaczego w jego głosie nie wyczuła przynaglenia ani tego, że
być może już wtedy czuł się zagrożony? Co zamierzał jej powiedzieć na
temat ich córki?
Weszli w korytarz. Przed drzwiami z numerem dwieście dwadzieścia dwa
Léane przycisnęła obie pięści do ciała, po czym weszła do środka.
Jullian leżał pod kołdrą w białej piżamie, nieruchomy, pod kroplówką, z twarzą zwróconą w stronę sufitu i z grubym opatrunkiem na głowie.
Odwrócił się w jej stronę: jego prawe oko było opuchnięte i czerwone z powodu popękanych naczyń krwionośnych. Miał krótko ścięte włosy.
Żołądek palił Léane jak rozżarzony piec. Nie miała przed sobą jakiegoś
tam pacjenta, ale swojego męża, ojca Sary, mężczyznę, z którym spędziła
prawie połowę życia, który znosił jej obsesje z większą cierpliwością,
niż ona akceptowała jego - te długie tygodnie, kiedy zamykała się w pokoju i we własnej głowie, bez słowa, bez uśmiechu - tego samego
mężczyznę, który z każdym dniem coraz bardziej się od niej oddalał.
Przypadła do niego i wierzchem dłoni pogładziła go po policzku. Drżały
jej palce.
- Jestem tutaj, dobrze?
Przyjrzał jej się z wyraźną paniką w oczach i zniekształconym głosem,
który Léane z trudem rozpoznała, wydusił:
- Kim pani jest?
6
Wśród stu dwudziestu siedmiu ofiar, które
Vic miał okazję oglądać na stołach sekcyjnych, było siedemdziesięciu
dwóch mężczyzn, czterdzieści trzy kobiety, jedenaścioro dzieci i jeden
noworodek. Piętrzące się statystyki przygniatały mu umysł; topielcy,
ofiary poparzeń, wypadków, blondyni, bruneci, łysi - pamiętał adres
każdej ofiary, miejsce i datę znalezienia zwłok, ich wagę i wzrost,
warunki meteorologiczne i, co najgorsze, twarze: upiorną galerię
martwych oczu, połamanych nosów, zapadnięte policzki, zielonkawe,
niebieskawe czy po prostu szare. Wszystko to nie czyniło go
nieszczęśliwym, szaleńcem ani maniakiem, ale przeobrażało w starą szafę
na akta kryminalne i obciążało pamięć.
Vic cierpiał na hipermnezję - zdolność do zapamiętywania wszystkiego,
czy raczej niezdolność do zapominania czegokolwiek. Wyjątkowa pamięć
długo była dla niego atutem. We wczesnym dzieciństwie czytał, pisał,
uczył się, liczył szybciej niż wszyscy rówieśnicy. Ale gąbka w jego
głowie, z początku całkiem sucha, zbyt szybko napęczniała. Jego rodzice,
świadomi niewiarygodnego potencjału syna, zapisywali go do klubów
szachowych, astronomicznych, na lekcje skrzypiec i pianina oraz do
szkoły dla wybitnie uzdolnionych dzieci. Zaprenumerowali dla niego
kilkadziesiąt czasopism z zakresu nauk ścisłych, historii i geografii,
na gwiazdkę kupowali mu słowniki i dobrze się bawili, wyobrażając go
sobie jako wybitnego naukowca, laureata Nagrody Nobla z fizyki czy
cudownego pianistę. Vic natomiast marzył o tym, żeby grać w nogę, ganiać
się z kolegami i bawić w chowanego, ale na to nie dano mu czasu. W wieku
dwunastu lat recytował wartość liczby pi z dokładnością do tysiąca
czterystu miejsc po przecinku i po raz pierwszy został zwycięzcą
konkursu na najlepszą pamięć, pokonując zajadle walczących dorosłych,
którzy traktowali go jak prawdziwego przeciwnika, a nie jak dziecko,
którym w istocie był.
Ale później, zwłaszcza w okresie dojrzewania, wszystko wymknęło się spod
kontroli. Nienawidził szkoły, nie mógł już patrzeć na szachy i nie
zamierzał znać wartości pierwiastka kwadratowego z dwóch ponad to, co
mógł wyświetlić kalkulator. Grał Mozarta, Schuberta i Vivaldiego, ale
nie był w stanie odczytać partytury - grywał wyłącznie utwory, które
znał na pamięć. Jego głód wiedzy wygasł, w mózgu brakowało miejsca i tlenu: Vic miał już więcej wspomnień niż niektórzy ludzie u kresu życia.
Uwielbiano go - to prawdziwy zaszczyt mieć przyjaciela, który potrafi
przyswoić sobie zasady gry całą talią kart w mniej niż minutę - ale
jeszcze bardziej nienawidzono. Nie było z nim normalnego życia,
równowagi. Pierwsze związki przeżywał w przyśpieszonym tempie, potrafił
uwodzić i wzruszać, wiedział, gdzie uderzyć, żeby zabolało; wykrywał
kłamstwa - nie umykały mu różne odpowiedzi udzielane na te same pytania
w odstępie kilku miesięcy. Gdyby życie składało się z sumy osobistych
wspomnień, Vic miałby kilka żyć. Albo żadnego.
Podobał mu się rok spędzony w wojsku. Ćwiczenia, dyscyplina, nauka
posługiwania się bronią, taki sam mundur dla wszystkich, traktowanie na
równi z kolegami, którzy nic o nim nie wiedzieli. Wędrówki w błocie
zimą, zakrwawione stopy. Ciosy otrzymywane na ringu. To było jak
objawienie. Postanowił, że nie zostanie naukowcem ani astrofizykiem, ale
będzie służył swojemu krajowi w szarej masie mundurów. W koszarowej
sypialni ktoś mu opowiedział o zawodzie policjanta. Szybko podjął
decyzję. Encyklopedyczna pamięć miała mu pomóc w prowadzeniu śledztw i ściganiu przestępców.
Po trzech latach opuścił szkołę policyjną w Cannes-Écluse w randze
porucznika i wybrał przydział do Grenoble, gdzie się wychował. Po
kolejnym roku wyprowadzili się stamtąd jego rodzice, nie przyszli też na
jego ślub. Postawili na synu krzyżyk, a ostatnim słowem, jakie usłyszał
z ust matki, był epitet "żałosny". Wiele lat później Vic zgodził się na
udział w pewnym teleturnieju z nadzieją, że rodzice go zobaczą, będą z niego dumni i odnowią kontakt. Odniósł osiemdziesiąt trzy zwycięstwa z rzędu, skończył czterdzieści lat, a oni wciąż do niego nie zadzwonili.
Przegrał więc następną partię i wrócił do swoich umarlaków.
I oto czekał na niego sto dwudziesty ósmy trup, wyjęty z lodówki i rozciągnięty na stalowym blacie, kąsany zbyt ostrym blaskiem lampy
bezcieniowej - trup znaleziony ponad dwadzieścia cztery godziny
wcześniej w samochodowym bagażniku.
Kiedy około pierwszej w nocy V&V stawili się w recepcji, Ophélie
Ehre, jedna z patolożek Instytutu Medycyny Sądowej w Grenoble, już się
uwijała wokół zwłok. Nie była to normalna pora na wykonywanie sekcji,
ale wypadek autokaru w Chamrousse stał się numerem jeden w mediach i na
najwyższych szczeblach władzy. Autobus spłonął wraz ze znajdującymi się
w nim ludźmi. Wydano nakaz, aby badania pięćdziesięciu dwóch ofiar -
sekcje zwłok, analizy DNA - potraktowano priorytetowo w stosunku do
wszystkich innych spraw.
Ehre miała na twarzy papierową maseczkę.
- Zaczęłam bez was. Zważyłam, ogoliłam, zaczęłam otwierać czaszkę.
Przepraszam, ale to moja siódma klientka od ósmej rano i jedyne, na co
mam ochotę, to położyć się spać. A jeśli chodzi o gościa, który
roztrzaskał się na skałach, sekcja będzie mogła się odbyć nie wcześniej
niż za dwa, trzy dni: mamy jeszcze sporo roboty z Chamrousse.
- On jest mniej pilny. Wiemy, co mu się stało. I że po prostu ukradł
niewłaściwy samochód.
Rose miał się zatem dalej chłodzić w swojej szufladzie. Policjanci
umieścili jego rzeczy - pieniądze, berettę, smartfon znaleziony w kabinie i drugi w jego kieszeni - w zapieczętowanych torebkach, które
zamknęli w szafie w pomieszczeniach brygady. Na razie chłopak ich nie
interesował, skupiali się przede wszystkim na ofierze z bagażnika i na
poszukiwaniu nieznajomego ze stacji benzynowej.
- Tym lepiej. Okej, już wam wszystko wyjaśniam. Mamy przed sobą denatkę
rasy kaukaskiej, wzrost metr siedemdziesiąt, waga około pięćdziesięciu
ośmiu kilo. Naturalna blondynka, włosy krótkie. Na oko dwudziestolatka,
antroposkopia na pewno dostarczy nam dokładniejszych informacji. Ubrana
w zwykłe majtki i brudny biały podkoszulek. Żadnych znaków szczególnych,
które pozwoliłyby na jej identyfikację, żadnego tatuażu czy piercingu.
Niedawno wyjęto kolczyki, otwory w płatkach uszu są niezarośnięte.
Poważne uszkodzenie z tyłu czaszki: ofiarę uderzono ciężkim narzędziem w rodzaju młotka, co wywołało rozległy krwotok wewnątrzczaszkowy. Z całej
powierzchni twarzy zerwano skórę. Tutaj widać miejsca odcięcia. Ktoś
musiał wykonać cięcie skalpelem po owalnej linii dookoła, przechodzącej
przez czoło, skronie i podbródek, a potem pociągnął, tak jak ja to robię
podczas sekcji. Oczy usunięto z dużą wprawą, gałki zostały równo
odcięte.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przedmowa
"Jedno słowo na początek: mieczyk".
Tak się zaczyna książka mojego ojca Caleba Traskmana. Jej rękopis
znalazłem w pudle na strychu: ojciec miał taki paskudny zwyczaj, że
wszystko tam składował. Plik kartek formatu A4 od roku leżał w tej
rupieciarni, nagrzanej od dachowego okna, przez które tamtego lata
wpadało piękne północne światło. Ojciec nigdy nikomu nie zdradził
istnienia tego rękopisu; musiał nad nim pracować w swojej ogromnej willi
z widokiem na morze, w ciągu tych dziesięciu miesięcy, kiedy moja matka
odchodziła w szpitalu, gdzie stopniowo wyniszczała ją choroba
Alzheimera.
Powieść - wówczas bez tytułu - była niedokończona. W mojej ocenie jednak
do dopełnienia prawie pięciusetstronicowego manuskryptu brakowało
zaledwie dziesięciu stron. Niby nic, ale dla gatunku literackiego,
którego mój ojciec był jednym z najsłynniejszych przedstawicieli -
prawdziwa katastrofa. Thrillery Caleba Traskmana wywoływały dreszcze u setek tysięcy czytelników, a plik, który trzymałem w dłoni, był bez
wątpienia jedną z jego najlepszych powieści. Najbardziej zawiłą,
zagmatwaną, przerażającą, jak to tylko możliwe. I jedną z najmroczniejszych. Historia pisarki Léane, kobiety ulepionej z tej samej
gliny co mój ojciec, zachwyciła mnie i przypomniałem sobie, jak bardzo
jego książki odzwierciedlały jego najgłębsze lęki i najgorsze obsesje.
Myślę, że doświadczał spokoju tylko wtedy, gdy przelewał swoje strachy
na papier. A strachów jest w tej książce wiele, słowo Traskmana.
Co więc z tym wybitnym zakończeniem? - zapytacie. Co, u diabła, z finałem, w którym wszystko miało się rozwiązać? Dlaczego Caleb Traskman,
król intrygi i mistrzowskich rozstrzygnięć, pozostawił nas bez
odpowiedzi? Dlaczego nie dokończył swojej siódmej książki?
Byłbym skłonny uwierzyć, że skończył z pisaniem z powodu śmierci matki,
porzucił rękopis ze świadomością, że trzy miesiące później strzeli sobie
w głowę z policyjnej broni. Albo że nie wiedział, jak domknąć tę
historię. Tak, byłbym gotów w to uwierzyć, gdyby pewne wątki tej
powieści nie mówiły czegoś wręcz przeciwnego, gdyby nie sugerowały, że
mój ojciec od samego początku wiedział, że jej nie skończy. Tak jakby ów
brak zakończenia był integralną częścią intrygi, "tajemnicy Caleba
Traskmana". Jego ostatnim przedśmiertnym popisem.
Czytelnicy o najbardziej kartezjańskich umysłach zapytają jednak, po co
się zabierać do pisania książki, która nie ma końca? Po co poświęcać rok
życia na budowę domu, jeśli nie zamierza się położyć na nim dachu?
Teraz, gdy o tym piszę, pytanie to wciąż jest nierozwiązaną zagadką.
Zagadką, która odnosi się raczej do życia prywatnego.
Kiedy Évelyne Laconte, wydawczyni, u której opublikował wszystkie
książki, dowiedziała się o istnieniu tego rękopisu, skakała pod sufit.
Ale gdy go przeczytała i odkryła, że kończy się on sztuczką pozbawioną
ostatecznego efektu, wpadła w głęboką rozpacz. Było nie do pomyślenia,
by wydać pośmiertne dzieło Caleba Traskmana bez błyskotliwego
zakończenia - choć sądzę, że i tak na książkę rzuciłoby się wielu
czytelników.
Nastąpił więc etap szukania rozwiązań, wymiany myśli, by rozwiązać
łamigłówkę, którą pozostawił po sobie mój ojciec. Burze mózgów w paryskich biurach trwały kilka tygodni. Na każdym zebraniu siadaliśmy w dziesiątkę wokół stołu, po raz kolejny czytaliśmy rękopis, wgryzaliśmy
się w każdą stronę, usiłując zrozumieć, dlaczego Caleb podkreślił
palindromy i dlaczego z tej książki emanuje jego obsesja liczb.
W takich chwilach niezrozumienia i zwątpienia patrzyliśmy na siebie bez
słowa. Długo walczyliśmy z frazą otwierającą powieść: "Jedno słowo na
początek: mieczyk". Skąd to zdanie? Co ono właściwie oznacza? Wierzcie
mi, nie ma dziś w wydawnictwie ani jednego pracownika, który nie
wiedziałby, że mieczyk to rybka żyjąca w słodkich tropikalnych wodach, a jej nazwa pochodzi od kształtu płetwy ogonowej. To wiele wyjaśnia,
nieprawdaż?
A potem Évelyne, która znała autora od ponad trzydziestu lat,
zaproponowała pewne rozwiązanie. Rozwiązanie przez duże "R". Wreszcie
znalazła klucz, rozgryzła maniakalny mechanizm pokręconego umysłu mojego
ojca. W sumie jeśli się dobrze zastanowić, takie zakończenie było
oczywiste i już na samym początku (a także na końcu) mieliśmy przed
oczami wszystkie jego elementy. Ale na oczywiste rozwiązanie bardzo
trudno wpaść, jeśli zostało odpowiednio zakamuflowane; na tym właśnie
polegał geniusz Caleba Traskmana.
Trzeba było je napisać. Wtedy wszystkie spojrzenia skierowały się na
mnie. Nie mam talentu mojego ojca, ale jako jego godna odrośl kilka lat
wcześniej opublikowałem dwa skromne kryminały. Pod koniec tej książki
zaznaczyłem miejsce, w którym przejąłem pióro. Zauważycie też, że
zostawiliśmy w tekście podkreślenia autora: dotyczą one kilku słów i innych ważnych elementów intrygi. Macie przed sobą tekst, który
ubiegłego lata trafił do moich rąk.
Pozostaje kilka problemów, których podczas pisania zakończenia nie udało
nam się rozwikłać i których rozwiązanie musieliśmy znaleźć sami. Trudno
odgadnąć, dokąd dokładnie mój ojciec zamierzał dojść i jak chciał
zakończyć swoją opowieść. W obliczu luk, których w oryginalnej historii
nie dało się wypełnić, musieliśmy arbitralnie podejmować decyzje i dokonywać wyborów - być może autor postąpiłby inaczej. Aby zrozumieć,
jak złożone było to zadanie, wyobraźcie sobie, że macie namalować
oblicze Giocondzie, która nie ma twarzy. Mam nadzieję, że moje
zakończenie mimo wszystko zaspokoi wasze oczekiwania. Zrobiłem wszystko,
żeby tak było.
Bo aby rzeczywiście uszanować pracę Caleba i do ostatniego słowa
utrzymać ducha tej książki, trzeba było właśnie takiego zakończenia.
Jeżeli będziecie uważnie czytać, z pewnością sami odkryjecie
rozwiązanie.
Ach, i jeszcze jedno. Zwracam się teraz do najgorliwszych czytelników
Caleba, którzy sceptycznie przyjmą już samą przedmowę. Domyślam się
waszego sposobu rozumowania: sądzicie, że to, co teraz czytacie, pisze
sam Caleb Traskman - rzeczywiście byłby do tego zdolny. Przecież
przedmowa należy do historii, a to oznacza, że zakończenie również
napisał Caleb, trawestując własny styl. Macie do tego prawo i nigdy nie
zdołam udowodnić, że tak nie jest. Ale ostatecznie to bez znaczenia.
Powieść to gra iluzji, wszystko jest tak samo prawdą, jak i fałszem, a historia zaczyna istnieć w chwili, gdy ją czytacie.
Książka, której lekturę zamierzacie zacząć (ale czy już jej nie
zaczęliście?), nosi tytuł Niedokończony rękopis. To mój pomysł.
Wszyscy członkowie redakcji go zaakceptowali, bo po prawdzie - nie mieli
wyboru.
Prolog
Styczeń 2014
Zima. Nienasycona, zaciekła,
nieustępliwa. Zniechęcała niedzielnych biegaczy i już teraz wymiatała
lodowatym skrzydłem wszystkie noworoczne postanowienia. Sarah jednak
traktowała te okoliczności jako dodatkową motywację do treningu. Miała
nadzieję zabłysnąć w zbliżających się mistrzostwach departamentu w biegach średniodystansowych.
Siedemnastoletnia licealistka o jasnych włosach upchniętych pod
niebiesko-zieloną wełnianą czapką, w rękawiczkach do biegania i z ledową
opaską na ramieniu, zajrzała do gabinetu.
- Mamuś, wychodzę!
Nikt jej nie odpowiedział. Jej matka pewnym krokiem przemierzała wydmy
albo spacerowała brzegiem morza w poszukiwaniu inspiracji do następnej
książki. Ojciec, szef pracowni renowacji zabytków, nigdy nie wracał
przed dziewiętnastą, a ostatnio nawet przed dwudziestą drugą. Coraz
częściej się zdarzało, że rodzice się mijali, ledwie na siebie patrzyli,
jedli kolację, siedząc naprzeciwko siebie w milczeniu jak dwie złote
rybki. Dlatego Sarah nie zamierzała wychodzić za mąż. Nie była w stanie
wytrzymać z jednym facetem przez trzy miesiące - a co dopiero żyć
dziewiętnaście lat w jednym akwarium.
Natchnienie stało w pewnej odległości od wydm wznoszących się nad zatoką
Authie, w najdalej wysuniętym na południe punkcie Berck-sur-Mer. Sarah
uważała tę nazwę za idiotyczną, ale to właśnie tu, w willi kupionej
dziesięć lat wcześniej za niewielkie pieniądze jako ruina - która wtedy
nosiła nazwę Róża Wiatrów - jej matka, wówczas nauczycielka, napisała
swoją pierwszą głośną powieść. Do budynku położonego trzysta metrów od
biało-czerwonej latarni strzegącej wybrzeża prowadziła wybrzuszona
asfaltowa droga. Zbudowana w stylu anglonormandzkim willa wyznaczała w pewien sposób koniec królestwa ludzi i początek królestwa przyrody. Jej
jedynymi gośćmi były mewy srebrzyste i śmieszki, które przysiadały
wysoko na łupkowym dachu, nieustannie smaganym niosącymi piasek
wiatrami. Sarah nie znosiła piachu: jak zaraza wciskał się w każdą
szczelinę, chłostał okna, brudził samochody.
Zrobiła sobie selfie - z roześmianymi oczami przywodzącymi na myśl dwa
jeziora niebieskiego światła - dopisała wiadomość "Poszłam biegać" i wysłała mamie, po czym odłożyła telefon na stół w salonie i wyszła,
zamykając drzwi na klucz. Młoda sportsmenka minęła szopę dla żaglowozów
i ruszyła ścieżką przez wydmy, a następnie chodnikiem łączącym zatokę
Authie z esplanadą.
Latem roiło się tu od spacerowiczów, większość z nich przychodziła
podziwiać kolonię fok, od zawsze rezydujących na tym terenie. Ale teraz,
dwudziestego trzeciego stycznia dwa tysiące czternastego roku o godzinie
siedemnastej trzydzieści, ciemność, którą ledwie rozjaśniały latarnie,
zaludniały tylko duchy sprzedawców gofrów i nieuchwytne widma latawców.
Sarah nie miała nic przeciwko zimnu, ale nienawidziła martwego sezonu i miała tylko jedno pragnienie: opuścić Opalowe Wybrzeże. Położone na
końcu świata miasta, przez większą część roku bez życia, przypominały
morskie cmentarze. Pochowane za metalowymi roletami bary i restauracje,
ludzie pozamykani w swoich domach, pijący alkohol albo smęcący przy
kominkach, uczepieni czarnej spódnicy zimy. Istna umieralnia. Jej
rodzice - a w szczególności matka, otrzymująca sowite wpływy z praw
autorskich - przymierzali się do zakupu mieszkania w samym sercu Paryża.
Zamiana trzystumetrowej willi położonej wśród wydm na trzypokojowe lokum
z widokiem na wieżę Eiffla bardzo jej odpowiadała. Poza tym chodziło nie
tyle o sprzedaż Natchnienia, ile o miejscówkę w stolicy. Bez widoku na
Morze Północne matka nie byłaby w stanie pisać swoich mrocznych historii
o morderstwach i porwaniach. Z domem łączyła ją szczególna więź, jak
starego marynarza z jego łodzią: była przekonana, że willa przynosi jej
szczęście. Żałosne literackie zabobony.
W ciągu pół godziny Sarah minęła tylko kilka cieni ludzi ciągniętych
przez cienie psów. Z nabrzeża ledwie było widać znużone białe bałwany.
Berck dryfowało ku morskim głębinom niczym martwy wieloryb. Kiedy jej
twarz pokryła się warstwą szronu, dziewczyna postanowiła zawrócić:
jasne, była zmotywowana, ale nie szalona.
Przebiegła pod murem L'Hôpital maritime - znakomita sceneria dla filmu
grozy - i minęła latarnię z jej cyklopim okiem. Na kempingu stało, o dziwo, jakieś dziesięć kamperów, wciśniętych między hangary na łodzie a zwały piasku. Migocące światła wewnątrz świadczyły o obecności
niezłomnych przybyszów, którzy mimo mroźnych temperatur dotarli na
wybrzeże. Widziała, jak opatuleni w piżamy nudzą się przed telewizorami
albo upijają się czerwonym winem przy niekończących się partiach kart.
W niebieskawym blasku latarń dobiegła do brzegu zatoki Authie.
Następnie, zdana na własną latarkę, pokonała sto mozolnych metrów po
wilgotnym piasku i wreszcie w gęstej mgle ujrzała przyćmione światła
willi - świadectwo życia pulsującego w tym piaskowym piekle. Mimo kilku
warstw odzieży ostry zachodni wiatr kąsał ją aż do kości. Myślami była
już przy rozkoszach kąpieli, z tłem dźwiękowym w postaci piosenki
Happy Pharrella Williamsa płynącej ze słuchawek.
Wyjęła klucz z miejsca, w którym go wcześniej schowała, i włożyła go do
zamka, ale drzwi były otwarte.
- Mamo, wróciłam!
Nie zauważyła cienia, który czaił się za nią z uniesioną ręką.
Nagły ból głowy. A potem kompletna ciemność.
Pół roku później do skrzynki na listy willi Natchnienie ktoś wrzucił
kosmyk złożony z pięciuset dwunastu - ni mniej, ni więcej - włosów.
Policja zidentyfikowała je jako należące do Sary i powiązała zdarzenie
ze sposobem działania wciąż przebywającego na wolności przestępcy, który
miał dotąd na koncie cztery porwania. Na kopercie znajdował się stempel
z Valence, miasta w departamencie Drôme, położonego osiemset kilometrów
od adresu przeznaczenia. Léane i Jullian Morganowie nigdy już nie
zobaczyli córki.
1
Cztery lata później, grudzień 2017
Chwilę po opuszczeniu stacji benzynowej
Quentin sięgnął po smartfon - ostatni krzyk mody - leżący na desce
rozdzielczej. Próbował go odblokować, ale urządzenie wymagało
identyfikacji odciskiem palca. Wyłączył je więc - nie ma mowy, żeby go
namierzyli za sprawą geolokalizacji - rzucił na fotel pasażera i przekręcił włącznik radia. Zamiast muzyki klasycznej sączącej się z odtwarzacza CD z głośników popłynęły cierpkie nuty utworu Nique les
clones w wykonaniu Nekfeu.
Widzę już tylko klony, to się zaczęło w szkole.
Kto ci pomoże z tego wyjść?
Każdy tu gra, marząc o milionach.
A ja wyrosłem jak róża w gąszczu pokrzyw.
Róża w gąszczu pokrzyw. Tak właśnie się czuł w tym mieście. Chłopak inny
niż wszyscy, zaradny, który chce zrobić maturę zawodową i pracować jako
mechanik, naprawiać samochody. Mógł spełnić swoje marzenie, grzebiąc pod
maskami ferrari, porsche, audi R8 albo nawet siedząc za ich kółkiem jak
boss. Ale to miasto go dopadło, połknęło i przetrawiło jak pokrzywę,
zmieniło w klon tych szumowin. Nie miał nawet prawa jazdy. Bieda jest
jak ośmiornica: gdy oblepi człowieka swoimi mackami i zaleje atramentem,
nie sposób uciec.
Quentin otarł pot z czoła, rozpiął suwak bomberki i spojrzał w lusterko.
Droga była pusta, tylko zakręty, noc i czarna ściana gór. Mimo tego, co
właśnie zrobił, czuł się dobrze, zadowolony, wolny. Lubił ten krajobraz
końca świata, daleko od betonu, hałasu, krzyków żon bitych przez
sąsiadów z piętra. Wkrótce pożegna granitowe kolosy i wróci do nędznego
bloku w Échirolle, by całymi dniami kimać, palić jointy, grać na konsoli
- aż do następnego razu. Oto żałosny spektakl jego życia w trzech
aktach.
Spojrzał na banknoty porozrzucane na fotelu pasażera pod berettą i smartfonem. Jasne, żadna fortuna, ale nadejdzie taki dzień, kiedy będzie
miał wystarczająco dużo oszczędności. I wyjedzie - tak jak jego ojciec,
ale z innych powodów. Pogładził krzyżyk, który zwisał na złotym
łańcuszku z lusterka, i uśmiechnął się. Bóg nad nim czuwa.
Za jednym z ostrych zakrętów zalała go niebieskawa poświata kogutów. W blasku własnych reflektorów zobaczył mężczyznę w pomarańczowej
kamizelce, machającego podświetlaną pałką. Przy parkingu stała
ciężarówka, którą przeszukiwał owczarek belgijski wraz z opiekunem.
Francuscy celnicy. Quentin zaklął. Po skończonej akcji zjechał z autostrady na górskie serpentyny właśnie po to, żeby uniknąć takich
kłopotów. Zdjął nogę z gazu. Co te dzbany robią o tej godzinie w samym
środku Parku Regionalnego Chartreuse? Celnicy to prawdziwa zaraza, nie
wystarczy im kontrola tożsamości, przetrzepują człowieka od góry do dołu
i wciskają te swoje pyski na czterech łapach do kabin i bagażników.
Przez chwilę zamierzał zawrócić, ale na tak wąskiej drodze - wiodącej
wąwozem, z barierkami po obu stronach - ucieczka zajęłaby mu całe wieki.
Poza tym celnik już go oczywiście zobaczył i kazał mu zjechać na
pobocze.
Oddychaj, nie zdradź się, myśl... Pięciu typów, trzy samochody, w tym dwa
wzmocnione peugeoty 308. Młody mężczyzna miał tę przewagę, że mógł
działać z zaskoczenia, więc podjął decyzję; tak czy inaczej, nie miał
wyboru. Udał, że zwalnia i zamierza zaparkować, a kiedy gość podszedł do
odsuniętej szyby po stronie pasażera, wcisnął prawy pedał. Usłyszał
krzyki i zobaczył, jak dwóch funkcjonariuszy rzuca się do samochodu.
Walczył o życie, o wolność. Od Grenoble dzieliło go dziesięć kilometrów
usianych ostrymi zakrętami. Żadnego zjazdu po drodze, pozostawało
wcisnąć gaz do dechy i mieć nadzieję, że przeżyje w asfaltowym piekle.
Jego kartoteka była już pokaźna, więc zatrzymanie drogo by go
kosztowało. Nie miał nic do stracenia.
Kamienne pustkowie wypełnił odgłos syreny. Quentin płynnie zmieniał
biegi, jak w grze komputerowej. Takie samo uczucie, a dodatkowo bilet do
piekła. Za pierwszym razem prawie spadł w przepaść, gdy ledwie uniknął
zderzenia z barierką. Tylne opony zapiszczały, wóz wykonał kilka
zygzaków, ale utrzymał się na nawierzchni. Quentin właśnie zdobył nad
pościgiem jakieś pięćdziesiąt metrów przewagi i ryknął z wściekłości jak
jego wirtualny kierowca na torze wyścigowym Nürburgring.
Kiedy trzy zakręty dalej kostucha skasowała jego bilet, ostatnią myśl
skierował ku matce. Nie zapiął pasów, więc w momencie zderzenia z betonową barierą połową ciała wyleciał przez przednią szybę, tak że
wylądowała na masce, a drugą połowę zatrzymała poduszka powietrzna.
Samochód jechał jeszcze dziesięć metrów, wzniecając snopy iskier, i zatrzymał się na krawędzi wąwozu. Nagła zmiana prędkości z trzydziestu
kilometrów na godzinę do zera nie była bardzo gwałtowna i delikatny
łańcuszek wciąż wisiał na lusterku, ale Quentin ostatecznie wypadł na
zewnątrz i przeleciał ponad czterdzieści metrów jak wyrzucona zapałka.
Jako pierwsza o skałę roztrzaskała się jego czaszka, następnie wskutek
uderzenia eksplodowały narządy wewnętrzne. Serce oderwało się od aorty,
pękła jedna nerka. Jego osiemnastoletnie życie, wspomnienia, śmiech i łzy - wszystko to zostało obrócone w proch w mniej niż jedną sekundę na
anonimowej górskiej drodze między Chambéry a Grenoble. Samochód przeżył,
jeśli nie liczyć roztrzaskanych szyb i wgniecionego lewego boku.
Marc Norez, kierowca peugeota 308 i od dwudziestu dwóch lat kontroler
celny, wezwał policję i strażaków. Wieczór, który miał być spokojny,
obrócił się w koszmar. Przed pościgiem na wysokości blokady zdążył
zobaczyć twarz uciekiniera. Z młodego człowieka została tylko maleńka
postać bez głowy, ledwie widoczna mimo silnego światła latarki. Masakra.
Dlaczego gość uciekał? Czego się bał? Co robił o tak późnej porze na tej
odludnej drodze?
Norez przez pięć minut rozmawiał z kolegą z auta, po czym dołączył do
pozostałych funkcjonariuszy, którzy właśnie przyjechali. Malinois i jego
pan wysiedli z samochodu. Pies od razu wyraźnie się ożywił. Jak strzała
popędził do nietkniętego bagażnika, zaczął szczekać i drapać lakier
samochodu. Jeden z oficerów, trzymając w dłoni pistolet, nacisnął guzik
otwierający bagażnik. Odskoczył: jego oczom ukazały się zwłoki kobiety.
Kobieta nie miała twarzy.
2
Księżycowa biel świateł, noc przyczajona
za drzewami jak gad w każdej chwili gotów do skoku i czarne, ząbkowane
pasmo gór na trzecim planie przywodziły Vicowi Altranowi na myśl obraz
Pierre'a Seinturiera. Altran, funkcjonariusz policji kryminalnej, nie
znał tego artysty ani jego dzieł, po prostu przed czterema laty trafił
gdzieś - najpewniej w jakiejś galerii w Grenoble - na rysunek podpisany
jego nazwiskiem. Jego mózg odnalazł tę informację niczym mechaniczna
dźwignia szafy grającej i zupełnie poza jego kontrolą wyświetlił w jego
świadomości.
Vic już od dziecka gromadził bezużyteczne wspomnienia. Pięć lat
wcześniej przez ponad czternaście tygodni utrzymywał się na pierwszym
miejscu w pewnym teleturnieju na France 2, co uczyniło z niego gwiazdę
brygady i dzielnicy. Wygrał równowartość dziesięciu milionów euro w książkach, słownikach i grach, od których nigdy nie potrafił się oderwać
i które zajmowały w jego garażu więcej miejsca niż samochód. Potrafił
odpowiadać na absurdalne pytania typu: "Jaka była liczba ruchów w meczu
szachowym rozegranym przez Karpowa i Kasparowa w Moskwie dziewiątego
listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku?", czy podać
dokładną definicję słowa vinculum. Mówił, że w dniu swojej porażki,
nazajutrz po czterdziestych urodzinach, trafił na silniejszego, ale
większość jego przyjaciół i kolegów wiedziała, że był znużony tym
medialnym spektaklem i wolał wrócić do życia policjanta.
Na miejscu tragedii krzątało się już piętnastu ludzi opatulonych w kombinezony, w czepkach na głowach. Strażacy, celnicy, pracownicy
zakładu pogrzebowego, technicy kryminalistyki i koledzy z policji
kryminalnej w Grenoble - Ethan Dupuis i Jocelyn Mangematin. Przywitał
się z nimi po imieniu, po czym zauważył swojego partnera Vadima Morela,
który udzielał wskazówek fotografowi.
Morel poczęstował go mocną kawą z termosu, który zawsze ze sobą
zabierał, zwłaszcza w okresie, gdy z zimna bielały górskie szczyty i palce. Z kubkami w dłoniach i nosami wciśniętymi za szaliki mężczyźni
podeszli do murku. Z daleka można ich było pomylić - obaj byli brunetami
średniego wzrostu i z podobnym, średnim przebiegiem lat na liczniku,
dlatego zresztą nazywano ich "V&V" - ale Vadim Morel nie bez kozery
zyskał ksywkę "Pan Kartofel": miał grube wargi, odstające uszy i oczy
wielkie jak spodki, które wyglądały jak wycięte z papieru i przyklejone
zbyt blisko nosa.
- Celnicy stali cztery kilometry stąd, przy Saint-Hilare. Rutynowa
kontrola. Kierowca szarego forda uderzył w barierę i skończył w wąwozie.
- Morel podał mu dowód osobisty.
Quentin Rose, osiemnaście lat, zamieszkały w Échirolles. Jeszcze jedna
twarz, która trafi do mentalnego katalogu Vica. Oddał koledze dokument i spojrzał ponad balustradą. W ciemnościach poniżej zobaczył techników,
którzy uwijali się w blasku świateł.
- Jak oni tam zeszli?
- Kawałek dalej jest ścieżka.
Podeszli do samochodu o przyciemnianych szybach, przednie drzwi z prawej
strony były otwarte. Morel wskazał na przedmioty w zapieczętowanych
torebkach leżące na fotelu.
- Były na podłodze po stronie pasażera. Trochę forsy, beretta i smartfon
z roztrzaskanym ekranem. Ale najważniejsze jest w bagażniku.
W bagażniku uszkodzonego samochodu znajdowały się zwłoki kobiety,
częściowo owinięte w zieloną plandekę. Siła uderzenia rzuciła je w głąb.
Głowa znajdowała się w przezroczystym worku foliowym, ściśniętym grubą
niebieską gumą dookoła szyi, zwrócona w kierunku padającego z zewnątrz
blasku reflektorów. Obdarta ze skóry twarz przypominała rozpaloną
czerwoną lawę, a puste oczodoły zdawały się czekać na oczy. Obok leżały
butelki z detergentami, wybielacz, wiadra, szmaty, łopata i dwa worki z palonym wapnem.
Vic uniósł plandekę. Kobieta miała odcięte dłonie. Przedramiona aż do
łokci owinięto folią, którą - inaczej niż w przypadku głowy -
przytrzymywała taśma klejąca.
- Fuj. Mogłeś mnie uprzedzić.
Vadim Morel uniósł kubek w geście toastu.
- Wyglądasz, jakbyś wstał lewą nogą. Rozwód?
- Nathalie chce zatrzymać MammaM2. Czujesz? To mój pies, a ona
zamierza go dorzucić do tych wszystkich rzeczy, które już postanowiła mi
ukraść. Masakra, po piętnastu latach małżeństwa!
- Daj takiej palec, a weźmie całą rękę. Bez skojarzeń. A propos, jeśli
szukasz dłoni, to są tam, w rogu.
Vic się przesunął, żeby nie zasłaniać światła. Obok miejsca na lewarek,
przy prawej burcie samochodu, zauważył gruby pakunek, również owinięty
taśmą klejącą. Worek przypominający torebki do mrożenia żywności.
- Były tak zapakowane?
- Dokładnie tak, nikt ich nie dotykał. Głowa i ręce tak samo. Zapakowane
jak jakieś mięcho. Gość był przewidujący i nie chciał sobie zapaskudzić
samochodu.
- A gdzie oczy i twarz?
- Nie wiadomo. W każdym razie w aucie ich nie ma.
Vic uniósł torbę i podsunął pod światło. Dłonie skierowane do siebie
wnętrzem, woskowobiałe palce. Kość łokciowa i promieniowa wyglądały jak
odcięte ostrym narzędziem. Morel wyjął z pudełeczka gumę do żucia i wetknął ją sobie do ust.
- Czaszka jest z tyłu jakby wgłębiona. Możliwe, że facet zerwał twarz
skalpelem, a oczy wyjął łyżeczką, jak w filmach. Coś jak Hannibal
Lecter, kojarzysz? I pomyśleć, że drań nie miał nawet dwudziestu lat.
Vic odłożył torbę i skupił się na zwłokach. Ofiara wyglądała na młodą
kobietę: krótkie blond włosy, wiek z powodu braku twarzy i oczu
niemożliwy do określenia, i ta krew, zakrzepła jak zastygła magma. Mogła
mieć około dwudziestki. Obecność łopaty i palonego wapna, które
przyśpiesza rozkład substancji organicznych, wskazywała na to, że
Quentin Rose zamierzał gdzieś zakopać ciało.
- Nie było przy niej papierów?
- Nic. Przy pomyślnych wiatrach sekcja będzie jutro wieczorem. Patolodzy
od dwóch dni są zawaleni robotą przez wypadek tego autokaru w Chamrousse. A o ewentualnych wynikach badań DNA wolę nawet nie myśleć.
Za dziesięć lat przy odrobinie szczęścia.
- No tak, Chamrousse...
Odezwał się telefon Morela.
- Przepraszam, to Poirier, poprosiłem o sprawdzenie tablic. Przynajmniej
to zrobili szybko.
Odszedł, żeby porozmawiać. Vic chłeptał kawę, ściskając kubek wielkimi
rękawicami. Dłonie, twarz i oczy zdradzają tożsamość. Linie papilarne,
kolor tęczówek, kształt nosa. Z całą pewnością chodziło o to, by uczynić
młodą kobietę anonimową. Czyżby Rose zamierzał pozbyć się dłoni w innym
miejscu niż pozostałych części ciała? Dokąd jechał? Gdzie w tym
niekończącym się chaosie modrzewi i sosen mógłby pochować swoją ofiarę
bez żadnych świadków?
Vic nie cierpiał początków śledztwa, zbyt wielu ścieżek, które często
przyprawiały go o migrenę. Przy odrobinie szczęścia ta sprawa mogła się
zakończyć, jeszcze zanim się zaczęła, ponieważ główny podejrzany -
człowiek ze zdjęcia w dowodzie osobistym - był martwy. Jedyny szkopuł w tym, że skoro nigdy nie odpowie na ich pytania, będą musieli
odpowiedzieć na nie sami.
Policjant rozejrzał się po okolicy - strzelające rozbłyski fleszy,
wznoszące się kawałek dalej sosny, białe linie na zakręcie szosy, szef
grupy rozmawiający z zastępcą prokuratora, którego również w środku nocy
wyrwano z łóżka. W czasie rzeczywistym w jego pamięci powstawał ponury
obraz, precyzyjny kadr horroru wydarty chwili obecnej. W ciągu
najbliższej godziny sędzia wyda pozwolenie na zabranie ciała, samochód
zostanie odholowany i zacznie się śledztwo - akurat w tygodniu ferii
świątecznych. Teoretycznie Vic miał zacząć urlop w najbliższy piątek.
Pierwsze ferie spędzane wyłącznie w towarzystwie psa, bez córki ani
żony, z perspektywą rozprawy dwunastego stycznia, kiedy to on i Nathalie
będą walczyć o opiekę nad Coralie. Nie można powiedzieć, żeby drugą
połowę życia zaczynał pod szczęśliwą gwiazdą.
Vadim Morel zakończył rozmowę, podbiegł do szefa, a następnie skinął na
Vica.
- Na stacji paliw na A czterdzieści jeden, między Chambéry a Grenoble,
jakieś dwadzieścia kilometrów stąd, doszło do napadu z bronią w ręku.
Krótko przed dwudziestą drugą. Przyjechałem z szefem, więc bierzemy
twoją brykę.
Wsiedli do samochodu. Morel zebrał z fotela pasażera plik papierów oraz
puste puszki po coli i przerzucił je do tyłu.
- Burdel jak w twojej głowie. I capi psem. Kiedy się wreszcie zbierzesz,
żeby to trochę ogarnąć? Teraz lepiej rozumiem, dlaczego nie chcesz,
żebym do ciebie wpadł. Bez żony musisz tam mieć Czarnobyl.
- Odstosunkuj się od mojego mieszkania, mojej żony i mojego psa i powiedz mi lepiej, co ma jakiś napad do dwóch trupów, które spadły nam
na głowę.
Morel musiał mocno naciągnąć pas, by go zapiąć. Wypluł gumę i z torebki
walającej się nad schowkiem wyjął miętową pastylkę, którą dokładnie
obejrzał przed włożeniem do ust.
- Facet pojawił się znikąd, obrabował kasę na kilkaset euro i zwiał
ukradzionym samochodem, grożąc bronią jego właścicielowi, który tankował
paliwo.
- Niech zgadnę: to był Quentin Rose i ukradł szarego forda?
- Tak, z trupem w środku.
3
Kiedy około pierwszej V&V dotarli do
postoju przy autostradzie, radiowóz żandarmerii z Touvet już tam był.
Miejsce wyglądało dołująco: cztery zamknięte z powodu napadu
dystrybutory, wymarły parking i sklep oświetlony bladymi jarzeniówkami.
Kierownik, gruby wąsaty jegomość, wyglądał na spokojnego; rozmawiał
przez telefon w jednej ze sklepowych alejek. Policjanci podeszli do
Patricka Rousseau, kapitana żandarmerii, który jako pierwszy został
poinformowany o napadzie. Prawdziwy człowiek gór, w niebiesko-białej
parce, szerszy w barach niż łącznik młyna w rugby. Wyciągnął do nich
rękę.
- Pół godziny temu dowiedziałem się tylko, że przyjadą tu dwaj goście od
kryminalnych z Grenoble. Wyjaśnicie, o co chodzi?
Vic sięgał mu do podbródka, jego drobna dłoń utonęła w łapie żandarma.
Postąpił krok do przodu, gdy tymczasem Morel rozglądał się po okolicy.
- Zostaliśmy wezwani przez celników: prowadzili pościg za fordem, który
uderzył w barierkę na czterdziestym siódmym kilometrze D trzydzieści.
Kierowca, najprawdopodobniej sprawca tutejszego napadu, wypadł z samochodu i wylądował na dnie wąwozu.
Patrick Rousseau stał z założonymi ramionami, ekspresyjny jak fasada
krematorium. Wyglądał na gościa, który uważa, że jeden łajdak mniej to
prawdziwy prezent dla ludzkości na tej ziemi. Kawałek dalej rozległo się
stęknięcie lodówki albo zamrażarki. Odgłos rozproszył Vica, ale po
chwili policjant zaczął mówić dalej:
- Sprawdziliśmy tablice i dlatego jesteśmy tutaj: szary ford na
fałszywych numerach JU dwieście dwa MO został zgłoszony przez waszą
jednostkę jako skradziony późnym wieczorem z tego miejsca. W bagażniku
znaleźliśmy niezidentyfikowane zwłoki mniej więcej dwudziestoletniej
kobiety. Uszkodzenia ciała bezsprzecznie wskazują, że była martwa już
przed wypadkiem.
- Okej, rozumiem. To wyjaśnia zachowanie właściciela skradzionego
samochodu. Oddalił się pieszo, na nic nie czekając. Mamy nagranie.
Chodźcie.
Zaprowadził ich za ladę. Vic nie mógł się powstrzymać od
przeanalizowania cen batonów czekoladowych, które były o szesnaście
centymów droższe niż w hipermarkecie naprzeciw jego domu. Poczuł, że w jego mózgu rozkręca się karuzela porównań, i w porę się powstrzymał. Z powrotem skupił się na monitorze komputera. Żandarm kliknął w menu i wyświetlił pierwszą scenę.
- Mimo fatalnej jakości mamy jasny obraz tego, co się stało. Wideo jest
czarno-białe, choć kolorowa kamera kosztuje poniżej stu euro. Zawsze tak
jest, kiedy potrzeba nagrań, co?
Morel w milczeniu skinął głową.
- Dobra. Najpierw kamera przy dystrybutorze numer dwa, godzina
dwudziesta pierwsza czterdzieści dwie. Udało się zatrzymać kierowcę na
bramkach w Chambéry. Wygląda na to, że nie ma nic wspólnego ze sprawą, i mówi, że zabrał chłopaka przy wyjeździe z Grenoble. Tamten początkowo
chciał jechać do Chambéry, ale kiedy dotarli do miejsca obsługi
podróżnych, poprosił, żeby go tam wysadzić, ponieważ rzekomo w międzyczasie dostał esemesa i ktoś miał po niego przyjechać.
Oczy Vica rejestrowały każdy piksel obrazu. Quentin Rose w czapce na
głowie i z twarzą schowaną za szalikiem oddala się od furgonetki, chowa
się w jakimś kącie i czeka tam bez ruchu. Okazyjny napad, stwierdził
policjant: chłopak nie miał określonego celu i uderzył w odludnym,
bezpiecznym miejscu. Żandarm wycelował palcem w ekran.
- Widzicie, czeka na najdogodniejszy moment. Furgonetka odjechała.
Przechodzę do kamery numer cztery, dystrybutor najbardziej oddalony od
sklepu. Trzy minuty później do ręcznie obsługiwanego stanowiska
podjeżdża szary ford.
Vic obserwował i zapamiętywał oba nagrania równolegle. Rose wchodzi do
sklepu, w tym samym czasie z samochodu wysiada kierowca forda w czarnym
kaszkiecie na głowie. Z powodu kąta rejestracji obrazu, ciepłych
zimowych ubrań i braku światła trudno zauważyć cokolwiek poza tym, że
postać jest odziana w grubą puchówkę. Trzaska drzwiami, otwiera wlew i spokojnie sięga po pistolet do tankowania. Rozgląda się po okolicy, nie
okazując żadnej nerwowości. Ani razu nie podnosi wzroku do kamery.
Morel patrzy to na jeden, to na drugi ekran.
- Niuniek nie jest panikarzem, choć ma w bagażniku trupa obdartego ze
skóry. Czy o tej porze nie powinno się płacić w kasie przed tankowaniem?
- Od dwudziestej drugiej, przy wejściu jest informacja. Dziesięć minut
później mielibyśmy go na nagraniu z kamery sklepowej, en face i oświetlonego jak bożonarodzeniowe drzewko.
W kamerze umieszczonej wewnątrz sklepu widać teraz, jak Rose zmusza
kierownika do otwarcia kasy, celując do niego z pistoletu. Po mniej niż
trzydziestu sekundach chowa plik banknotów i oddala się w kierunku
forda. Nieznajomy zauważa go, ale za późno: chłopak już trzyma go na
muszce i każe mu się odsunąć. Ale mężczyzna się nie rusza, wygląda,
jakby chciał negocjować. Pada strzał wycelowany w ziemię. Właściciel
forda robi dwa kroki w tył. Wciąż do niego celując, Quentin Rose zakręca
zbiornik, wsiada do kabiny i odjeżdża z piskiem opon. Nieznajomy
początkowo stoi bez ruchu, a następnie znika z zasięgu kamery.
Żandarm wyłączył odtwarzanie.
- Myślimy, że pobiegł w kierunku przeciwnym do autostrady. Na prawo od
parkingu jest pas drzew, potem łąki. Pięćset metrów dalej mamy zjazd z autostrady, kilka wiosek i dróg lokalnych. Biorąc pod uwagę jego
zachowanie i fakt, że jeździł na fałszywych tablicach, nie czekałem na
was i zwróciłem się do tutejszych żandarmów. Jest ciemno, marne szanse,
że go znajdą, ale nigdy nic nie wiadomo.
- Dobrze pan zrobił. Są inni świadkowie?
- W tej chwili nie mamy nikogo. Kierownik był w szoku po napadzie i niczego nie zauważył. Przejrzałem nagrania z pozostałych kamer. Nie ma
tam nic lepszego ponad to, co widzieliście.
- Czyli twarzy brak. Trzeba by mimo wszystko rzucić okiem na starsze
nagrania, porównać modele samochodów. Może gość tankował tu już
wcześniej na prawdziwych numerach.
Vic i dwaj mężczyźni wyszli i ruszyli do dystrybutora numer cztery.
Żandarm wskazał na leżący na ziemi pistolet do oleju napędowego.
- Może uda się zdjąć DNA z pistoletu?
- Miał rękawiczki, widać to na nagraniu. Ale o DNA niech się pan nie
martwi, mamy go pod dostatkiem w jego fordzie.
Vic zanurzył się w mrok i obserwował światła domów przycupniętych wysoko
na górskich zboczach. Setki srebrzystych odblasków życia zawieszonych w przestrzeni. Zbieg zniknął wśród tego bezliku gwiazd. Skąd przybywał z tym zmasakrowanym trupem w bagażniku i dokąd zmierzał? Policjant
pomyślał o młodej ofierze pozbawionej dłoni. Może w jednym z tych domów
są jej rodzice, którzy czekają na wieści od niej? Może matka próbowała
już się do niej dodzwonić, a ojciec wypytał koleżanki. Nigdy więcej jej
nie zobaczą.
Uświadomił sobie, że liczy te światła, że przeklęty głos w jego
zbzikowanym mózgu za wszelką cenę chce się dowiedzieć, ile lamp widać z postoju na autostradzie, przy zjeździe Le Touvet w departamencie Is?re,
jakby to była informacja niezbędna do życia. W jego głowie krążyły też
inne liczby, takie jak euro trzydzieści pięć za baton czekoladowy, czyli
o szesnaście centymów więcej niż koło niego, pięćdziesiąt siedem litrów
i trzydzieści trzy centylitry, które zobaczył na cyfrowym wyświetlaczu
dystrybutora numer cztery, godziny otwarcia i zamknięcia sklepu. Będzie
je wszystkie pamiętał nawet na łożu śmierci, nie bardzo wiedząc, do
czego je przypiąć. Widział też Morela, który rozmawiał z żandarmem i na
pewno tłumaczył mu, że jego kolega jest dziwny i małomówny, ale że radzi
sobie z nim od ponad dziesięciu lat.
Vic westchnął, zadzwonił do technika identyfikacji kryminalnej, który
został na miejscu wypadku, i zapytał, czy numer nadwozia jest czytelny -
w przypadku tego modelu wygrawerowany z przodu po prawej stronie, pod
przednią szybą, uściślił - i rozłączył się, gdy otrzymał odpowiedź.
Wrócił do tamtych dwóch i odezwał się do swojego partnera:
- Numer seryjny nadwozia został starty.
- Ostrożny gość. Odcięta twarz, fałszywe tablice, brak numeru seryjnego.
I szary ford, jakich mnóstwo w tym regionie. Nie będzie łatwo dojść do
niego za pośrednictwem auta.
Vic włożył dłonie do kieszeni.
- Choćby był nie wiem jak ostrożny, tej nocy nieoczekiwanie wprosiliśmy
się do jego świata. Mam nadzieję, że będziemy jego najpiękniejszym
gwiazdkowym prezentem.
4
- W książkach często podejmuje pan temat
dublera, kradzieży tożsamości, pamięci i wspomnień. Niedokończony
rękopis wpisuje się w tę regułę. Jest to być może najbardziej surowa,
najokrutniejsza z pańskich książek, porusza w niej pan tematy, które
mogą ranić wrażliwe dusze, takie jak tortury, uwięzienie, gwałt. Chciał
pan dać czytelnikom do ręki powieść, która nimi wstrząśnie?
Léane Morgan wierciła się na krześle. Wywiad zaczął się zaledwie
piętnaście minut temu, a ona już miała dość. Po ponadczteroletniej
przerwie czytelnicy rzucili się na nowy thriller Enaëla Miraure'a.
Powieść ukazała się na początku grudnia i trafiła do pierwszej
dziesiątki najlepiej sprzedających się książek. Żeby zapewnić jej
promocję, trzeba było teraz aż do Bożego Narodzenia udzielać wywiadu za
wywiadem.
- Niczego nie wykalkulowałem. Napisałem to, co do mnie przyszło.
Oczywiście, książka jest okrutna, ale czy pani uważa, że świat, w którym
żyjemy, taki nie jest?
Léane umilkła, a siedząca przy sąsiednim stoliku Pamela, jej agentka,
wybałuszyła na nią oczy. Miejsce na papierze jest na wagę złota, a chodziło o rozkładówkę w miesięczniku "Twin", piśmie kobiecym
najchętniej kupowanym przez wymagające czytelniczki, który miał wyjść na
święta. Dziennikarka Géraldine Scordel, zaciskając usta, gryzmoliła w swoim notatniku. Léane brała udział w uciążliwej grze w wywiady, ale
odmawiała nagrań audio, wystąpień radiowych i telewizyjnych, wymagała
też wglądu w artykuły przed publikacją, by się upewnić, czy autorzy
piszą o niej w rodzaju męskim. I oczywiście żadnych zdjęć, nikt nie mógł
zobaczyć jej twarzy. O tym, że Enaël Miraure i Léane Morgan to ta sama
osoba, wiedziała tylko garstka ludzi: szerokie rzesze czytelników nie
miały pojęcia, że za ich nieprzespane noce odpowiada kobieta. Pisarka
zawsze potrafiła trzymać swoje prywatne życie pod kluczem, nawet jego
najbardziej bolesne zakamarki.
- Jak by pan streścił swoją powieść? Mam na myśli fabułę.
- Czytała ją pani?
- Czytam wszystkie książki, o których piszę. Ale chcę usłyszeć pańską
wersję.
Léane upiła łyk chardonnay, by ukryć zdenerwowanie. Zawsze miała
trudności z mówieniem o książkach. Rozmowa odbywała się w anonimowej
kafejce w X dzielnicy Paryża, daleko od wytwornych dzielnic i miejsc, w których zwyczajowo organizowano takie spotkania. Zebrała się w sobie i powtórzyła to, co mówiła już dziesiątki razy.
- Historia opowiada o Judith Moderoi, zwyczajnej kobiecie, nauczycielce,
która żyje w związku z leciwym samotnym pisarzem, mężczyzną po
przejściach, mieszkającym w ogromnej willi na bretońskiej wyspie Bréhat,
który od lat niczego nie opublikował.
- Janus Arpageon...
- Tak, Janus Arpageon. Daje Judith do przeczytania rękopis, który nie ma
jeszcze tytułu i o którym nikomu nie mówił. To mroczna opowieść o gwałtach i morderstwach na nastolatkach, których sprawcą był pisarz
Kajak Moebius. Arpageon musi jeszcze dopisać dziesięć ostatnich stron, a przede wszystkim wskazać policjantom miejsce w książce, w którym Kajak
pogrzebał swoje ofiary. Judith zachwyca się powieścią, nie wiedząc, że
Arpageon opisał w niej swoją własną historię i że główny bohater, Kajak,
to on.
- Czyli rękopis jest rodzajem zbeletryzowanej autobiografii.
- To raczej długa spowiedź wielokrotnego gwałciciela i mordercy, który
nigdy nie został złapany i który u kresu życia za pośrednictwem powieści
chce wyznać swoje winy. Kiedy zapowiada, że zanim dopisze zakończenie,
zamierza wysłać rękopis swojemu staremu wydawcy, Judith postanawia go
uwięzić i poddać torturom, żeby dokończył powieść.
- Jak w Misery Stephena Kinga. Czytał pan?
- Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że niektórzy czytelnicy skojarzą ze
sobą obie książki, tak jak pani w tej chwili. Ale ja podchodzę do tego
zupełnie inaczej. To raczej hołd złożony pisarzowi.
- Niektóre fragmenty są trudne. Jak dziwaczna scena gwałtu, którego
Arpageon dopuścił się w przeszłości. Opisuje pan też precyzyjnie proces
powstawania narzędzia tortur, którego Judith używa, by zmiażdżyć mu
nogę, podaje pan nawet listę rzeczy do kupienia w lokalnym sklepie.
Wyjaśnia pan, jak usunąć ślady DNA wybielaczem, przypomina o fakcie, że
palone wapno pozwala na zakopanie ciała bez śladów ani zapachów, zdradza
kilka policyjnych technik. Nie obawia się pan, że to może utrudnić pracę
prawdziwym policjantom? Że ludzie o niecnych zamiarach mogą wykorzystać
pomysły z pana książek w złej wierze?
- Odwieczna debata... Jako autorzy kryminałów mamy swój udział we wzroście
przestępczości na świecie, o to chodzi? Sądzi pani, że ludzie o niecnych
zamiarach, jak ich pani nazywa, czekają na moją książkę, żeby móc zacząć
działać? Że użyją jej jak książki kucharskiej? Osoba, która popełnia
morderstwo czy gwałt, uderza pod wpływem impulsu, nienawiści, złości
albo z powodu swojego dzieciństwa. Powieść to tylko pretekst albo
czynnik spustowy, jeśli pani woli. Ale wróćmy do mojej historii, bo o niej była mowa, prawda?
- Proszę.
- Arpageon stawia opór swojej oprawczyni i upiera się, że nie napisze
zakończenia. Wtedy Judith pakuje mu w głowę kulkę z policyjnego sig
sauera i pozbywa się zwłok, wykorzystując technikę, którą Arpageon sam
opisał w swojej książce: wrzuca go do półtorametrowego dołu wykopanego w lesie i przysypuje palonym wapnem. - Léane uśmiecha się z zaciśniętymi
ustami i mówi dalej. - Tak, wiem, to zaprzecza temu, co przed chwilą
powiedziałem, że złoczyńcy nie inspirują się fikcją, ale tutaj chodzi o fikcję w fikcji, rozumie pan? Czyli pozostajemy w domenie fikcji.
- Rozumiem.
- Dobrze, idźmy dalej. Następnie Judith wymyśla zakończenie, bo czuje
się w obowiązku wskazać to słynne miejsce, w którym pochowano ofiary.
- Sama dopisuje koniec. Dziesięć spośród pięciuset stron, które liczy
rękopis.
- Tak, radzi sobie jak umie, musi wybierać, podejmować decyzje, których
być może nie podjąłby autor, ale efekt jest nawet dobry. Wymyśla też
ironiczny tytuł, Niedokończony rękopis, po czym wysyła książkę do
wydawcy, który wkrótce ją publikuje.
- Największy wydawniczy przekręt. Wydać książkę, której samemu się nie
napisało, tylko ukradło komuś innemu.
- Właśnie, ale to się obraca przeciwko niej. Oczywiście zyskuje sławę,
jednak tylko do czasu, gdy pojawia się u niej policja. O tym, że
morderstwa opisane w książce wydarzyły się naprawdę, wiedziała tylko
jedna osoba: morderca. Wtedy Judith uświadamia sobie, że Arpageon był
seryjnym zabójcą, który opisał swoje własne życie. I że przywłaszczając
sobie jego historię, zajęła jego miejsce.
Dziennikarka, która robiła notatki, miała nieczytelne pismo.
- I pułapka się zatrzaskuje. Świetny pomysł, muszę przyznać, że ten
końcowy zwrot akcji jest bardzo udany.
- Dziękuję.
- Mówię to szczerze. To także piękne autotematyczne potraktowanie
pańskiego zawodu. Pan, pisarz, opowiada historię pisarza Arpageona,
który opowiada historie pisarza Moebiusa. I wszystkie te nakładające się
na siebie postaci są w sposób oczywisty torturowane. To swoiste
zanurzenie się w ludzką psychikę, w labirynt umysłu, aż po jego
najgłębsze warstwy. Kajak Moebius to stuprocentowa bestia, uosobienie
instynktu przemocy. Arpaegon to postać bardziej zniuansowana, targana
lękami i obsesjami. Trochę jak pan, prawda?
- Nie wiem... Mam wrażenie, że jeśli to pominę, nie będę miał nic do
powiedzenia. Mam taką potrzebę, by moi bohaterowie cierpieli. To jak
przebłyski podczas pisania. Jakby cięcia nożem w mojej głowie.
Dziennikarka zerknęła na agentkę i odchrząknęła.
- To ma jakiś związek z pańską przeszłością?
- Miałem normalne, szczęśliwe dzieciństwo, jeśli to chce pani wiedzieć.
U autorów thrillerów niekoniecznie trzeba się doszukiwać zaburzonej
osobowości albo psychopatii.
- Często istnieje jakiś ukryty powód, który popycha ludzi do pisania.
Ale idźmy dalej. Finałowa scena rozgrywa się na klifach Étretat, na
wysokości kładki i formacji skalnej, którą nazwał pan Wydrążoną Iglicą.
Po Stephenie Kingu oddaje pan hołd Maurice'owi Leblancowi?
- Maurice Leblanc, Conan Doyle, Agatha Christie... Oddaję hołd całemu
gatunkowi whodunit, kryminałom w ogólności. Ale proszę, żeby pani w swoim artykule nie zdradzała zakończenia.
- Oczywiście. Przejdźmy do innych tematów. Kiedy człowiek, tak jak ja,
ma kontakty w policji, kiedy trochę się interesuje sprawami
kryminalnymi, bez trudu znajdzie punkty wspólne między sposobem
działania mordercy w pańskiej powieści a modus operandi Andy'ego
Jeansona, postaci zgoła niewirtualnej.
Léane zacisnęła palce wokół kieliszka.
- Możliwe, czerpię również z rzeczywistości. I co z tego?
Géraldine Scordel odłożyła długopis, zdjęła okulary i pomasowała sobie
oczy.
- Okej, nie będę owijać w bawełnę. Dowiedziałam się z pewnego źródła, że
niejaka Sarah Morgan jest jedną z ofiar Podróżnika, nawet jeśli seryjny
morderca nie zdradził jeszcze miejsca ukrycia zwłok. Wiem też, że jego
proces jeszcze się nie odbył, że sprawa jest delikatna i nie zaryzykuję
mówienia o tym w moim artykule, o ile nie poda mi pani swojej wersji
faktów. Wiem, że zależy pani na zachowaniu anonimowości, ale niech pani
sobie wyobrazi to: Enaël Miraure jest tak naprawdę kobietą i ta kobieta
zwierza się z tragedii, którą przeżyła. Mówi o zaginięciu córki przed
czterema laty, a przede wszystkim o tym, co było potem, aż do
aresztowania Andy'ego Jeansona dwa lata temu. - Zwróciła się do agentki:
- Gwarantuję wam już nie tylko rozkładówkę, ale materiał na sześć stron.
Po takiej promocji liczniki eksplodują, dla was i dla nas. To będzie
stuprocentowa bomba.
Wróciła wzrokiem do Léane. Kobieta stała, opierając się pięściami o stół.
- A moje życie? Pomyślała pani o tym? Niech pani spada! Jedno słowo na
temat mojej tożsamości albo tej sprawy, a przywalę pani i pani gazecie
proces o zniesławienie i nastawanie na życie prywatne.
Włożyła płaszcz, sięgnęła po torebkę i nie odwracając się, wyszła z kawiarni. Pam złapała ją na chodniku.
- Bardzo mi przykro, Léane. Nie wiedziałam, że zapuści się na ten teren.
- Maczałaś w tym palce, tak?
- W życiu! Szlag, myślisz, że byłabym do tego zdolna? Znasz Scordel, to
profesjonalistka. Załatwię to, nie będzie o tym pisać, jeśli takie jest
twoje życzenie. Ale jeżeli...
Léane zatrzymała taksówkę.
- Oczywiście, że takie jest moje życzenie! Nie ma żadnego "ale jeżeli",
Pam. To jest poza dyskusją. Nie po to przez dziesięć lat życia
ukrywałam, kim jestem, żeby wszystko zepsuć tą ponurą historią. Nigdy
więcej nie poruszajmy tego tematu. Koniec kropka.
- Jak chcesz. A co ze spotkaniem z "Libération" o osiemnastej
dwadzieścia?
- Nie.
- Nie możemy tego zrobić.
- Ależ możemy, oto dowód. I pilnuj, żeby nic nie wyciekło, albo będziesz
za to odpowiadać.
Pisarka wsiadła do samochodu, podała kierowcy adres i oparła się o zagłówek. Co za koszmar. W głębi duszy spodziewała się, że to się
zdarzy. Prędzej czy później jakiś lepiej poinformowany dziennikarz
musiał poruszyć ten temat. Znana autorka, która opisuje historie
morderstw i gwałtów, sama przeżywa dramaty ze swoich książek: jasne, że
takie coś się sprzedaje.
Taksówkarz wysadził ją przy avenue du Président-Wilson. W XI dzielnicy,
sto metrów od Pałacu Tokijskiego i Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Znalazłszy
się na swoich sześćdziesięciu metrach kwadratowych, odruchowo włączyła
radio i nalała sobie kieliszek białego wina. Wiedziała, że zanim się
położy, wypije jeszcze dwa. Popijanie było najlepszym sposobem mierzenia
się z bezdenną pustką wieczorów. Nie znosiła przyjęć, koktajli i spotkań, na które ludzie chodzili, żeby się pokazać. Blask, sztuczność -
to było tak bardzo nie dla niej. Nawet w tym mieszkaniu, w Paryżu, wśród
jego świateł, czuła się obco.
Mimo zmęczenia Léane weszła na facebookowe konto Enaëla Miraure'a: miało
osiemdziesiąt tysięcy fanów, głównie kobiet. Zdjęcie profilowe, które
jej wydawca kupił w banku obrazów, przedstawiało Enaëla jako bruneta
około czterdziestki, z szarymi oczami i krótkimi włosami, z wyglądu
przypominającego Eastwooda. Léane miała faliste blond włosy do ramion,
mały, zadarty nos i oczy koloru niebieskiego o zmiennej intensywności
zależnie od oświetlenia.
W kwestii uzurpacji tożsamości dziennikarka się nie pomyliła, ale Léane
miała potrzebę znaleźć się w skórze Enaëla, poczuć jego męskość, pewność
siebie. Czasem jako Léane, siedząc nad pustą kartką, odczuwała
niewytłumaczalny strach. Kiedy zapadał zmrok, często podchodziła jej do
gardła jakby szponiasta łapa, która zatykała jej usta, dusiła. Jak gdyby
Enaël Miraure był uwięziony w jej wnętrzu i usiłował wyjść.
Przez jakiś czas surfowała po mediach społecznościowych, sama w tłumie
wirtualnych przyjaciół, po czym owinęła się wełnianym szalem i wyszła na
taras, by napić się wina. Sarze spodobałby się ten widok na dachy
stolicy, blask lamp na wieży Eiffla, srebrzyste migotanie Sekwany. Léane
doceniała to szalone miasto wyłącznie za to, że nie pozwalało jej za
dużo myśleć. Paryż znieczulał ją jak krople absyntu podawane na cukrze.
Zadzwoniła jej komórka. Na widok nazwiska na wyświetlaczu westchnęła:
Colin Bercheron. Nie odebrała telefonu od policjanta i pomyślała o mężu.
Ona tutaj, on tam, przyklejony do północnego wybrzeża jak małż do skały.
Prawie dwa miesiące bez kontaktu, poza nagraną przed dwoma dniami
wiadomością, że ma ważną informację. Kilka razy usiłowała do niego
oddzwonić, na próżno. Rzucić haczyk i nie kontynuować - to bardzo w jego
stylu.
Czyżby Jullian popadł w jeszcze głębszą paranoję? Czy wciąż, mimo
oczywistych dowodów, szuka zwłok ich córki? Léane obawiała się momentu,
gdy trzeba będzie zalegalizować ich rozstanie i poprosić o rozwód. Odkąd
od półtora roku żyła tutaj, ich małżeństwo nie było już do niczego
podobne. Kolejna żałoba do przepracowania. W głębi jej duszy wciąż
jednak tliła się jakaś iskra. Stary, dwudziestoletni ogień nie
przygasał.
Policjant zostawił jej wiadomość. Zmusiła się, by ją przeczytać.
Léane, tutaj Colin. Przepraszam, że przeszkadzam ci o tak późnej porze,
ale twój mąż został napadnięty. Jest w szpitalu w Berck, w tej chwili
nic więcej nie wiem. Oddzwoń, jak dostaniesz tę wiadomość.