Maniyacy - Marcin Cieślik

Kup ebooka

21.07 zł
17.49 zł (17,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Amor

Półki wypełnione harlekinami w salonie, na których Margaret Way prowadziła "Zapiski w gwiazdach" z Barbarą Cartland w "Chwilach namiętności" stanowiły wyposażenie niejednego domu. On idealny ona idealna. Stworzeni dla siebie. W miłosnym miękko okładkowym uniesieniu, gdzie seks zastąpiony był uniesieniem, piersi nie miały rozmiarów, a męskie atuty nie były zamknięte w rozporku.

Splecione ciała, w miłosnej ekstazie. On, ciemny, typ włoski z baczkami i falistym zaczesem o spojrzeniu uginającym niejedne kobiece kolana, trzymał ją mocno w pasie. Jej lekko przechylona poza i burza rudych loków opadająca na odsłonięte, gładkie ramiona rozbudzała w nim soczyste myśli. Smukła dłoń położona na jego śniadym wypielęgnowanym policzku, druga trzymająca się jego ramienia. Uchwyt zapewniający sprężynowanie rudych loków na alabastrowej pachnącej pościeli w sypialni pod wpływem ekstazy i chroniący przed upadkiem na żwirowy podjazd ala Jaśminowy Dworek.

W błękitnym fraku, burgundowej kamizelce i miodowych bryczesach schowanych w czarne wysokie kozaki patrzył jej głęboko w oczy, zbliżając swoje usta do jej ust tak blisko, że oczami wyobraźni można było dostrzec, jak wilgotne ciepłe wargi delikatnie stykają się ze sobą wprowadzając ją w błogostan, wypełniając Adonisowi każdą wolną przestrzeń w spodniach.

On o szerokich ramionach i wąskiej talii, z rozbierającym spojrzeniem, a ona uległa, poddana jego fantazjom w zwiewnej sukience z niezarysowaną piersią.

Z czasem piękna para zaczęła powoli znikać, przykryta kurzem a tatko wpadł na pomysł i zakupił do domu kilka metalowych prętów, tworząc konstrukcję zmieniającą pięćdziesiąt metrów kwadratowych w małą Argentynę. Naszym oczom objawiła się Maria z Buenos Aries.

Maria Siempre, Maria todo y nada, Maria enmorada. Z radzieckiego telewizora w upalne licowe południe rozlegał się śpiew Juli Zenko przy wolnych fortepianowych nutach, porywając skrzypcami emocje przy refrenie.

Grecia Colmenares z Jorge Martinezem powinni otrzymać w spółdzielni meldunek w mieszkaniu rodziców. Kiedy z domu wyprowadziła się Maria, jej miejsce zajęła Manuela w objęciach Fernando. Wyprowadziła się Manuela, przychodziła kolejna Maria. Maria Celesta, Luz Maria, Isabela, etc. Po latach oglądania tych seriali mogłem śmiało stwierdzić, że w moich żyłach płynie brazylijska krew.

Harlekiny, brazylijskie tasiemce, kolorowe gazety, mogły w głowie wiele namieszać. Przyszedł czas na miłość tragiczną, czyli Liceum. Izolda, blondyna gnijącą pod krzakiem głogu z miłości, kwaterę obok miała Julia, "Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo!" wołała w mej głowie i gnijąca pod drzewem Antygona. Jedne z wielu poranionych losem. Tyle miłości pogrzebanych.

W międzyczasie przewinąłem się przez niejedno łóżko, drzewo, polane, kibel, auto, etc. spompowany miłością. I nie miało absolutnie dla mnie znaczenia, czy byłem z gruszką, jabłkiem, klepsydrą, cegłą, dzwonem, czy lizakiem. Musiałem wszystko, co jest możliwe namacalnie sprawdzić, posmakować życie własnym językiem, celem znalezienia w końcu tej jedynej i wyrobienia sobie poglądu w zderzeniu z podsycanymi wzorcami ładowanymi do mojej głowy przez literaturę i telewizję.

Otaczający świat bombardował mnie cały czas bodźcami niczym palacz ładujący węglem rozbuchaną lokomotywę do rozmiękczenia mózgu, tryskając z każdej szczeliny testosteronem.

Szybko zweryfikowałem wszechobecny atak wyidealizowanych miłości z rzeczywistością. Myślę, że gdyby nie ta cząsteczka zdrowego rozsądku w moim szalonym umyśle, to nadal byłbym sam, w poszukiwaniu amerykańskiego poranka, gdzie po przebudzeniu ona ma nieskazitelną fryzurę, makijaż i z dużym sterczącym biustem w każdej możliwej pozycji, ocierając się udami, szepce do ucha, że jest wilgotna.

Mając już zarys, z jednej strony miłości romantycznej, delikatnej, nieskazitelnej, górnolotnej, poetyckiej a z drugiej wilgotną, nocną Emanuelle, rodziło się pytanie: gdzie było miejsce na rzeczywistość. Jak to się miało do życia? Czy można kochać do obłędu? Czy można stać się maniakiem własnej rodziny?

Adela

Nina! Nina! Widziałaś moje okulary! A w łazience patrzyłeś! Przecież zawsze odkładam je na parapet przy łóżku. Ała! Cholerna śrubka! Moja noga. Przecież mówiłam Tobie, już tydzień temu żebyś naprawił ten próg. Zobacz za łóżkiem. Może znowu spadły. Nina! Nic nie widzę. Yahoo! Zobacz, ty masz najcieńszą rękę w tym domu. Tato! Są! Mam! A co ma Yahoo? Ja też chce. Nic, Cynamon. Moje okulary.

W końcu, widzę was wszystkich. Co za ulga. Kocham Cię tato. Też cię kocham Yahoo. Ja też cię kocham. Kocham cię Cynamon. Całą noc was nie widziałem. Stęskniłem się za wami. Noc taka długa, życie takie krótkie. Marcin! Tak! Kocham Cię! Nina kocham cię! Chodźcie się wszyscy przytulić. Gdzie są moje notatki? Dobra, już mam!

Dzwonek do drzwi! Czy ktoś może otworzyć?!

Pani Adela! Przepraszam, zupełnie zapomniałem. Nina mówiła, że boi się sama przyjść do Pani. To przez Eduardo. No ja właśnie w jego sprawie. A ja chyba Panu przeszkadzam, bo Pan książkę piszę. Tak, ale proszę tego nie dotykać. My dopiero wstaliśmy. Państwa nie było. Wróciliśmy wczoraj z wakacji. Pani Adelu, prosiłem, by tego nie dotykać. No, co się Pani tak do tych notatek przykleiła, Adela to puści.

Adela była starszą panią po siedemdziesiątce. Prosta kobieta, pół życia w rzeźniku nogi rąbała kurczakom nie dając sobie w kasze dmuchać. Bezpośrednia miła starsza Pani spod czwórki. Było sierpniowe popołudnie jak poznałem jej historię. Z Niną i bliźniakami na osiedlowej alejce szliśmy niczym, wielbłądy przez pustynie, obwieszeni zakupami.

...

Pani Adelu! Witam! Widzi Pani, ach te bliźniaki, wszędzie ich pełno, do tego takie głośne. My to Pani Adelu jak burza, najpierw nas słychać a później widać. Bliźniaki w tym momencie przerywały, prosząc Adele o udostępnienie swoich pszczół z balkonu. Pani Adela miała na balkonie mały ogród, a dookoła bloku, ach, szkoda gadać, cały świat teraz w kostce brukowej ułożony. Czym bardziej ugładzony, dopieszczony, pod linijkę konstruowany świat tym w głowach więcej myśli poszarpanych, zaniedbanych.

Z tymi pszczołami to moja wina. Naopowiadałem bliźniakom, że jak miałem osiem może dziesięć lat, to chodziłem do Króla Elfów i rósł tam przy przedszkolu lilak. Dzisiaj trudno szukać takich krzewów. Łapałem tam pszczoły i motyle. Pamiętam jak dziś tamten żar dzieciństwa i potwornie intensywny zapach krzewu. Owady miały raj a ja w tym czasie w wieczku robiłem dziurki i wrzucałem trochę tego raju do słoika. Obserwowałem przez szkiełko, co się dzieje a później po zliczeniu pszczół wypuszczałem z kolegami ze słoika. Pszczoły i Adela cofnęły mnie do lat 80-tych.

Dzieciństwo przegadałem za torami w sadzie, na murkach za przychodnią, na polach, na łąkach, na klatkach schodowych. Od dziecka miałem otwarte oczy na świat i poznawanie historii drugiego człowieka.

Blok, w którym przeżyłem dzieciństwo miał dwanaście klatek, po dziesięć pięter i mozaikę do wydłubywania. Takie były czasy, że się wszystko zbierało. Prawie wszystkich sąsiadów mam w głowie. Zamykając oczy, widzę twarze, zwyczaje, znam ich, bywałem u nich a oni u mnie, to znaczy u rodziców. Po części wynikało to z posiadania jednego telefony w klatce, a po części z paczek przywożonych przez ojca z NRD.

Od parteru miałem niesamowicie inteligentnego eksperta w dziedzinie ekonomii, poliglotę, obracającą się w kręgach artystycznych, zawsze uśmiechniętego, pogodnego, z nadzwyczaj wielką kolekcją obrazów na wydaniu, za drobne usługi.

Na pierwszym piętrze byłem ja, ptasia rodzinka i młody gniewny, u którego oglądałem pierwsze swoje horrory w życiu na video i poznałem Freddiego Kruegera. Wołali na niego Cobra, a jego babcia zawsze wystawiła pierzynę za okno i całymi dniami filowała z papierosem. Na drugim piętrzę mieszkał sobowtór Kevina Costnera. Na trzecim Palacz Golden Americanów, pracownik centrum badawczego oraz two fat laydis, nierozłączny duet biznesowy. Rynki, stragany itp. Marketingowe szychy, perły, topazy i inne diamenty z Amweya plus mój przyjaciel Maciej.

Czwarte piętro należało do potentatów kawowych, co kilka dni dając o sobie znać przez nozdrza swoim sąsiadom, którzy mieli córkę Ewelinę należącą do paczki. Tajemnica piątego piętra, jest tak straszna, że zasługiwałaby na oddzielną historię. Szóste sportowe, siódme urzędniczo nauczycielsko budowlane, na ósmym mieszkał mój drugi przyjaciel, Mały Marcin, na dziesiątym John Wayne, prawdziwy Amerykanin, co gołą stopą po osiedlu chodził. Braki w obuwiu nadrabiał obowiązkowym kapeluszem. Nie pisze, że znałem super wszystko i wszystkich, ale wiedziałem, mniej więcej, kim jest mój sąsiad.

Było nas czterech, z jednej klatki. Mały Marcin, Maciej, Ewelina i Ja. Wszyscy wołaliśmy Mały Marcin, bo już jeden Marcin był. Spotykając Małego Marcina po prawie trzydziestu latach, muszę przyznać, że raz to wyższy o głowę a dwa szeroki jak mnie dwóch postawić koło siebie. Trzymaliśmy się razem, chodź przez jedyną dziewczynę w naszej bandzie, czasami w różnych układach. Mały Marcin to był szatan. Problemy do niego ciągnęły jak magnes. Popalanie papierosów za torami, rozpalanie ogniska, czy zakazane wyprawy bez wiedzy rodziców, za tory, to wszystko siedziało w głowie Małego Marcina.

Część dzieciństwa spędziłem w szpitalach przez astmę oskrzelową, więc choroba długo trzymała mnie w ryzach. Stanowiłem między nami głos rozsądku i dzisiaj jak na to patrzę, zdaję się, że pewne byłem najnudniejszy. Matka kazała mi się zawsze ładnie i schludnie nosić i była typem dziecka matki przewrażliwionej, z koszulą zapiętą na ostatni guzik.

Macieja mocno pilnowały zawsze dwie ciotki, jak do nas przyjeżdżał a Eweliny, no cóż, Ewelina to była po prostu dziewczyna.

Lata przyśpieszyły i zanim się obejrzałem miałem już Ninę, bliźniaki i inne miejsce zamieszkania, które nazwałem domem. A co z moim domem rodzinnym.

Mieszkanie już dawno sprzedane, rodzice powyjeżdżali za chlebem do innych krajów. Mama w Holandii reperuje ludziom stare dusze, tata w Szwajcarii buduje innym marzenia i jakoś tak wszystko dla wszystkich w imię, czego i bez odbicia. Jeden brat w Anglii na dorobku drugi goni za wiatrem w kraju. Takie życie.

Małego Marcina spotkałem po latach w pracy. Siedziałem jak zwykle przy biurku pod stertą papierów, jak wszedł potężny mężczyzna i zapytał się czy, może umyć okna. To właśnie był Mały Marcin. Tyle, że strasznie duży. Odsiadywał wyrok w więzieniu i był na jakiś pracach. Nawet nie wiem, czy mu za to zapłacili, natomiast nigdy nie przyznał mi się, za co dokładnie siedzi. Cały czas zastanawiam się, co takiego musiał zrobić strasznego, że wstydził się powiedzieć przyjacielowi z dzieciństwa. Później już go nigdy nie zobaczyłem. Miał wyjść za miesiąc, ale znowu coś spierdolił i przenieśli go do innego więzienia.

Byliśmy tylko dzieciakami. Mieliśmy świetne dzieciństwo, tylko, że mama Małego Marcina była alkoholiczką a ojciec cały czas w pracy. Ostatni raz widzieliśmy się po pogrzebie jego mamy. Pamiętam jak jego mama poprosiła bym do niej przyjechał, porozmawiał, o tym, że nie radzi sobie z Marcinem. Chciałem pojechać, ale ciągle było coś. To były wakacje i same głupoty w głowie. Kilka dni później dowiedziałem się, że powiesiła się na pasku. I to chyba był ten moment, gdzie dzieciństwo się skończyło.

Maciej skończył studia, chyba się wybił. Mam go nawet w znajomych na facebooku. Boshe, straszne. Mam go w znajomych na facebooku. Wygląda na szczęśliwego. Nie piszemy ze sobą. Tamten okres jest zamknięty i już nigdy nie miałem w późniejszym życiu takich przyjaciół jak z lat dzieciństwa. Kto dzisiaj ma jeszcze sentymenty.

U Eweliny nie wiem, co się dzieje, bo.. bo Ewelina to była dziewczyna jak już wcześniej pisałem. Widzę tylko, że walczy o bony, ajfony i inne rzeczy za darmo, jak reszta świata.

Teraz nie znam tak nikogo w nowym miejscu zamieszkania. Nie wiem, kim jest mój sąsiad, często nawet nie wiem jak wygląda i, że w ogóle jest moim sąsiadem. Ale staram się poznawać. Wracając do historii.

Rok 1982, na świat przychodzę ja, i w tym samym roku Adela wysiada na lotnisku w Atlantic City na zaproszenie swojego brata Tadeusza. Tadeusz był bosmanem, pływał na statkach handlowych i uratował dwunastu Szwedzkich rozbitków, za co został odznaczonego przez króla Szwecji Karola XVI Gustawa a kończąc swoją karierę marynarską osiadł w Highland Park w New Jersey. Adela dostała na powitanie sto dolarów i pierwsze gdzie się udała, to do Tropicana Casino stawiając sto dolarów w Black Jacka, by móc spełnić amerykański sen. To nie prawda, oczywiście. Adela prosta, dobra kobieta wychowana w domu, gdzie się nie przelewało, postawiła tylko dziesięć dolarów, które przegrała a dziewięćdziesiąt dolarów schowała do kieszeni.

Tadeusz był już na emeryturze. Dodatkowo dostawał uposażenie od Króla Szwecji, więc, mógł siostrę zaprosić do siebie. I tak po wyjściu z kasyna pojechali Garden State Parkway, by po dwóch godzinach znaleźć się w Highland Park. Tam Adela siedział najpierw trzy miesiące, później przedłużyła wizę jeszcze o sześć. W międzyczasie dorabiała szyciem u włoskiej rodziny.

To był wystarczający czas by zwiedzić połowę Ameryki. Tadeusz zabierał Adelę na spacer po Central Parku a ulicami Nowego Yorku odbyłem z nimi spacer mentalnie, i wirtualnie, jednak patrząc na ulice z 2016r., gdyż tamte ulice i ludzie są już tylko w głowie i sercu Adeli. Wracając do domu Adela odbyła ostatni rejs polskim transatlantykiem TSS Batory z Montrealu przez Londyn, Rotterdam do Gdyni i zajęło jej to dwa tygodnie.

Sztuka poznawania drugiego człowieka nie jest aż taka trudna, przynajmniej dla mnie. Wystarczy zacząć od uśmiechu i powiedzieć "dzień dobry". Być może drogi czytelniku po przeczytaniu tej książki uśmiechniesz się nie tylko do sąsiada, ale i do całego świata, pamiętaj jednak o tym, by uśmiechnąć się najpierw do siebie. Przez ciągły bieg za ulotnymi rzeczami zapominamy o budowaniu więzi nie tylko z najbliższymi, ale po prostu z drugim człowiekiem.

...

Panie Marcinie! Panie Marcinie! Tak, tak, ja słucham Panią.

Bo widzi Pan, ten gnój znów nie płaci. Nagotował gar ozorów, śmierdzi w całej chacie, do tego zesrał się wieczorem na korytarzu, wyzywa mnie od kurwy i wyrzyguje, że nad Wartą czterdzieści lat temu z koleżanką piwo wypiłam. Yahoo, Cynamon możecie przestać się kłócić! Pan rozumie, alkoholik mi jedno piwo czterdzieści lat wypomina. Proszę się uspokoić. Ma Pani klauzulę wykonalności jak widzę. Zaraz wydrukujemy wniosek do komornika. Wszystko będzie dobrze, tylko niech mi Pani przestanie już te notatki dotykać.

Darmowy fragment