Manitou - Graham Masterton

-
Proszę czekać

WSTĘP

Prze­waż­nie ama­to­rzy bele­try­styki nie znaj­dują wstępu, gdy zabie­rają się do dobrej książki, szcze­gól­nie jeżeli cho­dzi o powie­ści z dresz­czy­kiem. Z dru­giej jed­nak strony Mani­tou nie jest zwy­czajną powie­ścią.

Jeżeli nie wie­cie, czym jest mani­tou, to nie zamie­rzam pomniej­szać efektu zasko­cze­nia, jaki szy­kuje fabuła, co już wkrótce sami odkry­je­cie. Jako osoba bar­dzo doświad­czona w zgłę­bia­niu ciem­nej strony zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych powiem tylko, że kiedy odda­cie się lek­tu­rze, czeka was spora dawka dresz­czy.

Jeżeli macie jakie­kol­wiek obawy przed nie­zna­nym, przed otwar­ciem drzwi uwal­nia­ją­cych prze­ra­że­nie, które wbrew woli może wpeł­znąć w wasze sny, to odłóż­cie tę powieść i wybie­gnij­cie na słońce. Już! Mani­tou niczym nar­ko­tyk ma nie­sa­mo­witą zdol­ność przej­mo­wa­nia wła­dzy nad umy­słem od chwili, gdy zacznie­cie czy­tać, aż do momentu wypusz­cze­nia książki z drżą­cych pal­ców po skoń­cze­niu ostat­niej strony.

Kiedy cza­ru­jący, mądry i wykształ­cony czło­wiek, taki jak Gra­ham Master­ton, z powo­dze­niem wymy­śla okro­pień­stwa, to naprawdę ogar­nia mnie tro­ska o czy­tel­ni­ków. Master­tonowi udało się utkać tak prze­ko­nu­jącą paję­czynę prze­ra­że­nia i nie­pew­no­ści w dość zwy­kłym i powsze­dnim śro­do­wi­sku, że pomimo naszego prze­ko­na­nia, iż takie rze­czy nie mogą ist­nieć, pozo­staje drę­cząca wąt­pli­wość. Może odkrył coś, czego potem set­nie poża­ło­wał - coś w rodzaju puszki Pan­dory.

Kiedy zacznie­cie czy­tać Mani­tou, stwier­dzi­cie, że jest to po pro­stu kolejna trzy­ma­jąca w napię­ciu powieść, ale jak pło­nący fos­for, raz zapa­lony, przy­wiera do was, ogar­nia z każ­dej strony i nie odpu­ści, dopóki cał­ko­wi­cie nie pochło­nie.

Dla praw­dzi­wych mania­ków hor­ro­rów Mani­tou posiada wiele zalet. Łącząc skład­niki niczym szef kuchni, autor stwo­rzył coś o zna­jo­mym smaku, co wystar­czy, byście książkę łap­czy­wie pochło­nęli, a potem zro­zu­mieli, że posma­ko­wa­li­ście cze­goś wyjąt­ko­wego.

A teraz, aby­ście mieli się nad czym zasta­na­wiać... Oto zda­rze­nie, które wyda się cał­ko­wi­cie nie­po­wią­zane, ale radzę wam je zacho­wać pośród róż­no­ra­kich infor­ma­cji nagro­ma­dzo­nych w życiu. Niczym glu­ta­mi­nian sodu może póź­niej wzmoc­nić smak. Przed kilku laty u pięt­na­sto­let­niego Japoń­czyka leka­rze wykryli guz w piersi. Im był więk­szy, tym bar­dziej wyda­wał się nie­ty­powy. Osta­tecz­nie oka­zało się, że jest to ludzki płód. To rze­czy­wi­ście się wyda­rzyło, obo­jęt­nie, czy Gra­ham Master­ton wie­dział o tym, czy też nie.

Jeżeli Dziecko Rose­mary dało nam prze­raź­li­wego potomka kobiety i sza­tana, a Egzor­cy­sta to tyta­niczna walka mię­dzy siłami dobra i zła, to Mani­tou zapo­znaje nas z ele­men­tami oby­dwu tych fil­mów oraz z dodat­ko­wym skład­ni­kiem inte­li­gent­nego zagro­że­nia, wobec któ­rego siły krzyża i współ­cze­snej nauki stają się bez­radne. Wyko­rzy­stuje zna­jome kon­cep­cje hor­roru i mani­pu­luje czy­tel­ni­kiem za sprawą cał­ko­wi­cie szo­ku­ją­cego i uni­ka­to­wego połą­cze­nia prze­ra­że­nia two­rzą­cego gęsty splot suspensu.

Bern­hardt J. Hur­wood

PRO­LOG

Zadzwo­nił tele­fon. Dok­tor Hughes, nie pod­no­sząc wzroku, wycią­gnął rękę, aby poszu­kać apa­ratu. Dłoń wędro­wała pośród sto­sów papie­rów, kała­ma­rzy, gazet sprzed tygo­dnia i pozgnia­ta­nych pude­łek po kanap­kach, aż wresz­cie natra­fiła na tele­fon.

Dok­tor przy­ci­snął słu­chawkę do ucha. Był wymi­ze­ro­wany i ziry­to­wany niczym wie­wiórka pró­bu­jąca ukryć orze­chy.

- Hughes? Tu McE­voy.

- Tak? Prze­pra­szam, ale jestem bar­dzo zajęty.

- Nie chcę ci prze­szka­dzać, ale mam tu na dole pacjentkę, któ­rej stan powi­nien cię zain­te­re­so­wać.

Dok­tor Hughes pocią­gnął nosem i zdjął oku­lary bez opra­wek.

- Co to za stan? - zapy­tał. - Słu­chaj, to bar­dzo miłe z two­jej strony, że dzwo­nisz do mnie, ale mam tu cały stos papier­ko­wej roboty i naprawdę nie mogę...

McE­voy nie dał się znie­chę­cić.

- Hm, naprawdę uwa­żam, że to cię zain­te­re­suje. Guzy to twoja spe­cjal­ność, prawda? A tu mamy taki, przy któ­rym wszyst­kie inne bledną.

- A co w nim takiego wyjąt­ko­wego?

- Jest umiej­sco­wiony na karku. Pacjentka rasy bia­łej, dwa­dzie­ścia trzy lata. Żad­nej uprzed­niej histo­rii jakich­kol­wiek naro­śli, zło­śli­wych czy łagod­nych.

- No i...?

- Poru­sza się - oświad­czył dok­tor McE­voy. - Ten guz rze­czy­wi­ście się rusza, jakby pod skórą było coś żywego.

Hughes ryso­wał kwiatki dłu­go­pi­sem. Zmarsz­czył brwi.

- Zro­bi­łeś prze­świe­tle­nie? - spy­tał.

- Będzie za dwa­dzie­ścia minut.

- W dotyku?

- Jak każdy inny guz. Tylko że się wije.

- Pró­bo­wa­łeś naciąć? Może to po pro­stu zaka­że­nie.

- Pocze­kam na zdję­cie.

Dok­tor Hughes w zamy­śle­niu ssał koń­cówkę dłu­go­pisu. W myślach wer­to­wał strony wszel­kich medycz­nych pod­ręcz­ni­ków, jakie w życiu pochło­nął, poszu­ku­jąc podob­nego przy­padku lub pre­ce­densu czy cze­goś choćby pozor­nie łączą­cego się z przy­pad­kiem poru­sza­ją­cego się guza. Może to przez zmę­cze­nie, ale w żaden spo­sób nie potra­fił niczego zna­leźć.

- Jack?

- Tak, jestem. Która godzina?

- Dzie­sięć po trze­ciej.

- W porządku. Zaraz zejdę.

Hughes odło­żył słu­chawkę, opadł na opar­cie fotela i prze­tarł oczy. Dzi­siaj były walen­tynki, a w Nowym Jorku tem­pe­ra­tura spa­dła do minus dzie­się­ciu, na chod­ni­kach leżała pięt­na­sto­cen­ty­me­trowa war­stwa śniegu. Niebo miało sta­lową barwę i było zacią­gnięte chmu­rami. Sznur samo­cho­dów posu­wał się powoli na wyci­szo­nych jezd­niach. Widziane z osiem­na­stego pię­tra Szpi­tala Sióstr z Jero­zo­limy mia­sto przed­sta­wiało się prze­dziw­nie w błysz­czą­cej poświa­cie, jakiej ni­gdy dotąd nie widział.

Zupeł­nie jak­bym zna­lazł się na Księ­życu, pomy­ślał. Albo na końcu świata. Albo w epoce lodow­co­wej.

Popsuło się ogrze­wa­nie, więc nie zdjął płasz­cza. Sie­dział w kręgu świa­tła biur­ko­wej lampy, wyczer­pany czło­wiek w wieku trzy­dzie­stu trzech lat, z nosem ostrym i spi­cza­stym niczym skal­pel i z czu­pryną ciem­no­kasz­ta­no­wych wło­sów. Wyglą­dał bar­dziej na mło­do­cia­nego mecha­nika samo­cho­do­wego niż na kra­jo­wego eks­perta od nowo­two­rów zło­śli­wych.

Nagle drzwi gabi­netu się otwo­rzyły i do środka weszła zażywna kobieta o siwych wło­sach z oku­la­rami w czer­wo­nych opraw­kach na czole, nio­sąca narę­cze papie­rów i kubek kawy.

- Tro­chę wię­cej papier­ko­wej roboty, dok­to­rze. Pomy­śla­łam też, że przyda się panu coś na roz­grzewkę.

- Dzię­kuję, Mary. - Hughes otwo­rzył nową teczkę, którą mu przy­nio­sła, i moc­niej pocią­gnął nosem. - Jezu, widzia­łaś to? Mam tu być eks­per­tem, a nie urzęd­ni­kiem. Wiesz co, zabierz to i pod­rzuć dok­to­rowi Rid­ge­way­owi. On lubi taką robotę. Bar­dziej od ciała i krwi.

Mary wzru­szyła ramio­nami.

- To wła­śnie dok­tor Rid­ge­way przy­słał to panu.

Hughes wstał. W płasz­czu wyglą­dał niczym Char­lie Cha­plin w Gorączce złota. Poiry­to­wany mach­nął teczką i prze­wró­cił jedyną kartkę walen­tyn­kową, którą - jak się domy­ślał - przy­słała mu matka.

- Dobrze, już dobrze. Przyj­rzę się temu póź­niej. Zejdę do dok­tora McE­voya. Ma pacjentkę, którą muszę obej­rzeć.

- Dużo czasu to panu zaj­mie, dok­to­rze? - spy­tała Mary. - Ma pan spo­tka­nie o szes­na­stej trzy­dzie­ści.

Spo­glą­dał na nią zmę­czo­nymi oczami, jakby się zasta­na­wiał, kim jest ta kobieta.

- Dużo? Nie, raczej nie. Tylko tyle, ile trzeba.

Wyszedł z gabi­netu na kory­tarz oświe­tlony jarze­niów­kami. Szpi­tal Sióstr z Jero­zo­limy był kosz­towną pry­watną kli­niką, ni­gdy nie pach­niało tu niczym tak prak­tycz­nym jak fenol czy chlo­ro­form. Pod­łogi wyło­żono gru­bym, czer­wo­nym dywa­nem, a na każ­dym rogu stały świeże kwiaty. Bar­dziej przy­po­mi­nał hotel, do któ­rego dyrek­to­rzy w śred­nim wieku zabie­rają swoje sekre­tarki na week­end grzesz­nego wyuz­da­nia.

Hughes wezwał windę i zje­chał na pięt­na­ste pię­tro. Patrząc na swe odbi­cie w lustrze kabiny, uznał, że wygląda na bar­dziej cho­rego od nie­jed­nego ze swo­ich pacjen­tów. Może zrobi sobie urlop. Mama zawsze lubiła Flo­rydę, może nawet odwie­dzą jego sio­strę w San Diego.

Prze­szedł przez dwie pary waha­dło­wych drzwi i dalej, do gabi­netu dok­tora McE­voya. Ten niski, mocno zbu­do­wany męż­czy­zna nosił kitle o wiele za cia­sne pod pachami. Przy­po­mi­nał parówkę prze­braną za chi­rurga. Twarz miał dużą i okrą­głą jak księ­życ, dzio­batą cerę i per­katy nos Irland­czyka.

Kie­dyś gry­wał w dru­ży­nie fut­bo­lo­wej szpi­tala, do momentu aż w gwał­tow­nym zwar­ciu pękła mu rzepka kola­nowa. Obec­nie cho­dził, prze­sad­nie uty­ka­jąc.

- Dobrze, że przy­sze­dłeś - przy­wi­tał Hughesa z uśmie­chem. - To bar­dzo szcze­gólny przy­pa­dek, a wiem, że jesteś naj­więk­szym eks­per­tem na świe­cie.

- Bez prze­sady - odparł Hughes - ale dzię­kuję za kom­ple­ment.

McE­voy wetknął palec do ucha i obra­cał nim z wiel­kim namy­słem i uwagą.

- Zdję­cia rent­ge­now­skie będą za pięć lub dzie­sięć minut. Tym­cza­sem nic innego nie przy­cho­dzi mi do głowy.

- Mogę zoba­czyć pacjentkę? - spy­tał Hughes.

- Oczy­wi­ście. Jest w pocze­kalni. Raczej zdjął­bym płaszcz na twoim miej­scu. Pacjentka pomy­śli, że spro­wa­dzi­łem cię z ulicy.

Dok­tor Hughes odwie­sił bez­kształtny, czarny płaszcz i poszedł za kolegą do jaskrawo oświe­tlo­nej pocze­kalni. Były tam fotele, cza­so­pi­sma i kwiaty oraz akwa­rium pełne kolo­ro­wych, egzo­tycz­nych rybek. Przez rolety wpa­dał nie­sa­mo­wity, meta­liczny poblask popo­łu­dnio­wego śniegu.

W rogu czy­tała gazetę szczu­pła, ciem­no­włosa dziew­czyna. Miała pocią­głą, deli­katną twarz. Zupeł­nie jak elf, pomy­ślał Hughes. Nosiła pro­stą sukienkę koloru kawy, przy któ­rej policzki kobiety nabrały zie­mi­stej barwy. Jej zde­ner­wo­wa­nie zdra­dzała jedy­nie popiel­niczka wypeł­niona nie­do­pał­kami oraz chmura dymu w powie­trzu.

- Panno Tandy - ode­zwał się McE­voy - oto dok­tor Hughes. Spe­cja­li­sta od takich przy­pad­ków jak pani. Chciałby panią obej­rzeć i zadać kilka pytań.

Panna Tandy odło­żyła gazetę i uśmiech­nęła się.

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­działa z cha­rak­te­ry­stycz­nym akcen­tem z Nowej Anglii.

Dobre pocho­dze­nie, pomy­ślał Hughes. Nie musiał zga­dy­wać, czy jest zamożna. Nie szu­kało się porady w Szpi­talu Sióstr z Jero­zo­limy, jeżeli czło­wiek musiał się liczyć z każ­dym gro­szem.

- Pro­szę się pochy­lić - pole­cił.

Panna Tandy tak zro­biła, a Hughes uniósł włosy na jej karku.

W zagłę­bie­niu u nasady czaszki znaj­do­wała się gładka, okrą­gła narośl mniej wię­cej wiel­ko­ści i kształtu szkla­nego przy­ci­sku do papieru. Lekarz prze­su­nął po niej pal­cami; wyda­wało się, że ma nor­malną kon­sy­sten­cję łagod­nego włók­niaka.

- Jak długo to pani ma? - spy­tał.

- Dwa lub trzy dni - odparła panna Tandy. - Umó­wi­łam się na wizytę, gdy tylko zaczęło rosnąć. Prze­stra­szy­łam się, że to... rak albo coś podob­nego.

Hughes spoj­rzał na kolegę, marsz­cząc czoło.

- Dwa lub trzy dni? Jest pani pewna?

- Tak - odpo­wie­działa pacjentka. - Dzi­siaj jest pią­tek, prawda? Wyczu­łam go po raz pierw­szy we wto­rek rano po prze­bu­dze­niu.

Hughes ści­snął deli­kat­nie guz pal­cami. Był twardy, ale lekarz nie wyczu­wał żad­nych ruchów.

- Czy to boli? - spy­tał.

- Jakby łasko­tało. Nic wię­cej.

- Pani odczu­wała to samo, gdy ja naci­ska­łem - wtrą­cił McE­voy.

Dok­tor Hughes opu­ścił włosy panny Tandy i powie­dział, że może się już wypro­sto­wać. Przy­su­nął sobie krze­sło i zna­lazł w kie­szeni wymięty skra­wek papieru. Zaczął pisać pospiesz­nie, jed­no­cze­śnie mówiąc do kobiety:

- Jak duży był guz, gdy go pani pierw­szy raz zauwa­żyła?

- Bar­dzo mały. Mniej wię­cej wiel­ko­ści ziarna fasoli.

- Rósł cały czas rów­no­mier­nie czy tylko w pew­nych momen­tach?

- Wydaje się, że rośnie tylko w nocy. To zna­czy co rano, kiedy się budzę, jest więk­szy.

Hughes doko­ny­wał szcze­gó­ło­wych zapi­sków na kawałku papieru.

- Czy czuje go pani stale? Na przy­kład czy czuje go pani teraz?

- Nie wydaje się bar­dziej dole­gliwy niż jaki­kol­wiek inny guz. Ale cza­sami mam wra­że­nie, że się poru­sza. - Dziew­czyna miała ciemne oczy, a kryło się w nich wię­cej obaw, niż zdra­dzał to głos. - Hm. - Zasta­no­wiła się. - To zupeł­nie tak, jakby komuś było nie­wy­god­nie w łóżku: wierci się, a potem nie­ru­cho­mieje.

- Jak czę­sto to się dzieje?

Kobieta wyglą­dała na zmar­twioną. Wyczu­wała zdez­o­rien­to­wa­nie u dok­tora Hughesa i to ją nie­po­ko­iło.

- Nie wiem. Może cztery albo pięć razy dzien­nie.

Lekarz napi­sał coś jesz­cze i zagryzł wargę.

- Panno Tandy, czy zauwa­żyła pani jakieś zmiany w ogól­nym sta­nie zdro­wia w ciągu ostat­nich kilku dni, odkąd poja­wił się ten guz?

- Jedy­nie lek­kie zmę­cze­nie. I pewne kło­poty ze snem, ale nie stra­ci­łam na wadze ani nic w tym rodzaju.

- Hm... - Napi­sał coś jesz­cze i długo przy­glą­dał się notat­kom. - Dużo pani pali?

- Prze­waż­nie tylko pół paczki dzien­nie. Nie jestem nało­gową palaczką. Teraz się dener­wuję.

- Panna Tandy nie­dawno miała prze­świe­tle­nie klatki pier­sio­wej - wtrą­cił dok­tor McE­voy. - Wszystko w nor­mie.

- Mieszka pani sama? - spy­tał Hughes. - I gdzie?

- Tym­cza­sowo miesz­kam u cioci. Pra­cuję dla wytwórni pły­to­wej jako oso­bi­sta asy­stentka. Chcia­łam wyna­jąć sobie miesz­ka­nie, ale rodzice uwa­żają, że powin­nam pomiesz­kać tro­chę z cio­cią. Ona ma sześć­dzie­siąt dwa lata. To wspa­niała star­sza pani. Dobrze się rozu­miemy.

Dok­tor Hughes pochy­lił głowę.

- Pro­szę się nie obra­zić, że o to zapy­tam, panno Tandy, ale chyba zro­zu­mie pani, że to konieczne. Czy pani cio­cia cie­szy się dobrym zdro­wiem i czy miesz­ka­nie jest czy­ste? Nie ma w nim żad­nego zagro­że­nia dla zdro­wia, jak kara­lu­chy czy zapchane odpływy albo resztki jedze­nia?

Panna Tandy nie­mal się zaśmiała, po raz pierw­szy, odkąd dok­tor Hughes ją zoba­czył.

- Cio­cia jest zamożną osobą, dok­to­rze. Zatrud­nia na stałe sprzą­taczkę i pomoc do goto­wa­nia i towa­rzy­stwa.

Lekarz ski­nął głową.

- Dobrze, na tym poprze­sta­niemy. Dok­to­rze, zoba­czymy, co z tymi zdję­ciami?

Wró­cili do gabi­netu i usie­dli. McE­voy wycią­gnął listek gumy do żucia i zgiął ją w zębach.

- Co o tym sądzisz?

Hughes wes­tchnął.

- W tej chwili nic nie sądzę. Ten guz wyrósł w dwa lub trzy dni, a ja ni­gdy wcze­śniej się z czymś takim nie spo­tka­łem. Do tego docho­dzi to wra­że­nie poru­sza­nia się. Sam czu­łeś, jak się rusza?

- Oczy­wi­ście - odparł McE­voy. - Nie­znaczne prze­miesz­cza­nie, jakby w środku coś było.

- To mogą powo­do­wać ruchy szyi. Ale tak naprawdę niczego się nie dowiemy, dopóki nie zoba­czymy zdjęć.

Sie­dzieli w mil­cze­niu przez kilka minut, a zewsząd docie­rały do nich odgłosy pracy szpi­tala. Hughes był zmar­z­nięty i zmę­czony i zasta­na­wiał się, kiedy wróci do domu. Nie spał do dru­giej w nocy, zaj­mu­jąc się papie­rami i sta­ty­styką. Zano­siło się na to, że dzi­siaj sytu­acja się powtó­rzy. Pocią­gnął nosem i spoj­rzał na swój zdarty, brą­zowy but na dywa­nie.

Po pię­ciu lub sze­ściu minu­tach drzwi gabi­netu się otwo­rzyły i weszła pani radio­log z dużą brą­zową kopertą. Czar­no­skóra lekarka była wysoka, miała krót­kie włosy i trak­to­wała wszystko nie­zwy­kle serio.

- Co o tym myślisz, Seleno? - spy­tał McE­voy, idąc z kopertą przez pokój do pod­świe­tla­nej tablicy.

- Nie wiem, dok­to­rze. Zdję­cie jest wystar­cza­jąco wyraźne, ale to nie ma naj­mniej­szego sensu.

Lekarz wycią­gnął zdję­cie i przy­piął do tablicy. Włą­czył świa­tło i wszy­scy zoba­czyli tył czaszki panny Tandy widziany z boku. Była też duża sza­rawa narośl, wewnątrz któ­rej zamiast nor­mal­nych włó­kien znaj­do­wał się splot tka­nek i kości.

- Widzisz tutaj - powie­dział McE­voy, wska­zu­jąc dłu­go­pi­sem. - Wydaje się, że są tu jakieś kostne korze­nie utrzy­mu­jące narośl na karku. Do dia­ska, co to jest?

- Nie mam poję­cia - odparł Hughes. - Ni­gdy nie widzia­łem niczego, co byłoby choćby po czę­ści do tego podobne. To wcale nie wygląda jak guz.

McE­voy wzru­szył ramio­nami.

- Dobra, to nie guz. W takim razie co?

Hughes przyj­rzał się uważ­niej zdję­ciu. Plą­ta­nina tka­nek i kości była zbyt bez­kształtna i pomie­szana, aby cze­goś się w tym dopa­trzyć. Pozo­stała tylko jedna rzecz: ope­ro­wać. Wyciąć i zba­dać dokład­nie. A zwa­żyw­szy na tempo, w jakim to coś się roz­ra­stało, ope­ra­cję nale­żało prze­pro­wa­dzić szybko.

Pod­niósł słu­chawkę tele­fonu na biurku kolegi.

- Mary? Jestem u dok­tora McE­voya. Mogła­byś spraw­dzić naj­bliż­szy dostępny ter­min ope­ra­cji? Mam tu coś, czym trzeba pil­nie się zająć. Tak jest. Tak, guz. Ale jest bar­dzo zło­śliwy i mogą być pro­blemy, jeżeli nie zope­ru­jemy go szybko. Wła­śnie. Dzię­kuję.

- Zło­śliwy? - spy­tał McE­voy. - Skąd wiemy, że jest zło­śliwy?

Hughes pokrę­cił głową.

- Nie wiemy, ale dopóki się nie dowiemy, czy jest groźny, czy nie­szko­dliwy, będę go trak­to­wać jako groźny.

- Do dia­bła, chciał­bym wie­dzieć, co to takiego - powie­dział ponuro McE­voy. - Przej­rza­łem lek­sy­kon medyczny i nie ma w nim niczego podob­nego.

Hughes uśmiech­nął się ze zmę­cze­niem.

- Może to nowa cho­roba. Może nazwą ją twoim nazwi­skiem. Cho­roba McE­voya. W końcu sława. Zawsze chcia­łeś być sławny, prawda?

- Teraz wolał­bym kubek kawy i kanapkę z woło­winą na cie­pło. Nagrodę Nobla mogę dostać w każ­dej chwili.

Zadzwo­nił tele­fon. Hughes pod­niósł słu­chawkę.

- Mary? Och, dobrze. Świet­nie. Tak, pasuje. Podzię­kuj dok­to­rowi Sna­ithowi.

- Jest wolny? - spy­tał McE­voy.

- Jutro rano o dzie­sią­tej. Pójdę prze­ka­zać wia­do­mość pan­nie Tandy.

Dok­tor Hughes wszedł przez podwójne drzwi do pocze­kalni, a dziew­czyna na­dal tam sie­działa, paliła kolej­nego papie­rosa i nie­wi­dzą­cym wzro­kiem wpa­try­wała się w cza­so­pi­smo na kola­nach.

- Panno Tandy?

Szybko pod­nio­sła wzrok.

- Tak? - ode­zwała się.

Lekarz przy­su­nął krze­sło i usiadł obok niej, spla­ta­jąc dło­nie przed sobą. Sta­rał się wyglą­dać poważ­nie, zde­cy­do­wa­nie i wia­ry­god­nie, aby ją uspo­koić, bo naj­wy­raź­niej się bała, ale był tak zmę­czony, że wyglą­dał jedy­nie na poważ­nie cho­rego.

- Pro­szę posłu­chać, zdaje się, że będziemy musieli ope­ro­wać. Nie wygląda na to, że powin­ni­śmy się mar­twić tą naro­ślą, ale skoro rośnie w takim tem­pie, chciał­bym ją usu­nąć jak naj­szyb­ciej. I pani chyba też.

Unio­sła rękę do karku, a potem ją opu­ściła i kiw­nęła głową.

- Rozu­miem. Oczy­wi­ście.

- Gdyby mogła pani być tu jutro przed ósmą, to umó­wię dok­tora Sna­itha na zabieg na dzie­siątą. To świetny chi­rurg; ma wie­lo­let­nie doświad­cze­nie z takimi guzami.

Panna Tandy pró­bo­wała się uśmiech­nąć.

- To bar­dzo miłe z pana strony. Dzię­kuję.

Hughes wzru­szył ramio­nami.

- Pro­szę mi nie dzię­ko­wać. Wyko­nuję jedy­nie swoją pracę. Ale nie ma się pani czym mar­twić. Nie będę uda­wał, że takie naro­śle są powszechne, bo tak nie jest. Jed­nak jeste­śmy po to, aby zaj­mo­wać się takimi nie­zwy­kłymi przy­pad­kami. Tra­fiła pani we wła­ściwe ręce.

Karen Tandy zga­siła papie­rosa i zabrała swoje rze­czy.

- Czy coś będzie mi potrzebne? - spy­tała. - Zdaje się, że dwie koszule nocne i szla­frok?

Hughes ski­nął głową.

- Pro­szę też przy­nieść pan­to­fle. W zasa­dzie nie będzie musiała pani leżeć.

- Dobrze - odpo­wie­działa.

Lekarz odpro­wa­dził ją do drzwi. Patrzył, jak pospiesz­nie idzie kory­ta­rzem do windy, i znowu przy­szło mu do głowy, że przy­po­mina mu elfa. Nie nale­żał do leka­rzy, któ­rzy myślą o pacjen­tach jedy­nie w kate­go­riach ich cho­roby. Był prze­ci­wień­stwem dok­tora Paw­sona, pul­mo­no­loga, który pamię­tał poszcze­gólne scho­rze­nia jesz­cze długo po tym, jak zapo­mniał twa­rze dotknię­tych nimi osób. Życie to coś wię­cej niż tylko nie­koń­cząca się parada guzów i naro­śli, pomy­ślał. Przy­naj­mniej taką miał nadzieję.

Na­dal stał na kory­ta­rzu, kiedy McE­voy wysta­wił swoją księ­ży­cową twarz zza drzwi.

- Jack?

- Tak?

- Możesz wejść na moment i spoj­rzeć na to?

Zmę­czo­nym kro­kiem wszedł za McE­voyem do jego gabi­netu. Kiedy roz­ma­wiał z panną Tandy, kolega prze­glą­dał pod­ręcz­niki medyczne, a całe jego biurko pokry­wały ryciny i zdję­cia rent­ge­now­skie.

- Zna­la­złeś coś? - spy­tał Hughes.

- Sam nie wiem. To wydaje się tak sza­lone, jak wszystko inne w tym przy­padku.

McE­voy podał mu ciężki tom otwarty na stro­nie z ryci­nami i dia­gra­mami. Hughes zmarsz­czył czoło i uważ­nie im się przyj­rzał, a potem pod­szedł do pod­świe­tla­nej tablicy i prze­stu­dio­wał czaszkę panny Tandy.

- To sza­lone - stwier­dził.

McE­voy stał z rękami na bio­drach i kiwał głową.

- Masz rację. Ale musisz przy­znać, że jest cał­kiem podobne.

Hughes zamknął książkę.

- Jed­nak nawet jeżeli masz rację... w ciągu dwóch dni?

- Hm, to moż­liwe, wszystko jest moż­liwe.

- Skoro tak, to Red Sox wygrają następne roz­grywki.

Dwaj pobla­dli leka­rze stali w gabi­ne­cie na pięt­na­stym pię­trze szpi­tala i spo­glą­dali na zdję­cie rent­ge­now­skie, nie wie­dząc, co o nim myśleć.

- Może to kawał? - zasu­ge­ro­wał McE­voy.

Hughes pokrę­cił głową.

- Abso­lut­nie nie. Jak by to było moż­liwe? I po co?

- Nie wiem. Ludzie robią sobie kawały z róż­nych powo­dów.

- Możesz podać powód dla tego przy­padku?

McE­voy się skrzy­wił.

- A wie­rzysz, że to jest praw­dziwe? - spy­tał.

- Tego nie wiem - odparł Hughes. - Może. Może to jeden przy­pa­dek na milion, który jest praw­dziwy.

Znowu otwo­rzyli książkę i przyj­rzeli się zdję­ciu, a im dłu­żej porów­ny­wali ryciny z guzem panny Tandy, tym wię­cej odnaj­dy­wali podo­bieństw.

Zgod­nie z pod­ręcz­ni­kiem Gine­ko­lo­gii kli­nicz­nej plą­ta­nina tka­nek i kości, którą panna Tandy nosiła na karku, była ludz­kim pło­dem wiel­ko­ści odpo­wia­da­ją­cej ósmemu tygo­dniowi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki