3
IWONA
Wiem, jestem podła, ale kiedy Anna żali mi się, że facet, który podrywał ją w naszej drogerii, nie zadzwonił, czuję jakąś wredną, mściwą satysfakcję. To nawet nie to, że nie pragnę jej szczęścia. Ja się po prostu boję, że kiedyś ją stracę. Jeśli któregoś dnia pozna kogoś nowego, z kim zwiąże się na stałe, skończą się nasze wspólne wypady do kina, pocieszanie się przy flaszce taniego wermutu z dyskontu czy wzajemne malowanie sobie paznokci u stóp. Anna zacznie spędzać weekendy ze swoim fagasem, a siłą rzeczy z czasem zacznie się ode mnie odsuwać. Stracę ją, myślę, a pod powiekami szczypią mnie łzy.
- Cześć! - słyszę za plecami.
Zdejmuję żakiet, kiedy przyjaciółka zachodzi mnie od tyłu, obejmuje i przez dłuższą chwilę przytula.
- Hej. - Uśmiecham się blado, a ona ściąga bluzkę i zakłada górę od naszego jasnoróżowego służbowego uniformu, w którym wszystkie wyglądamy trochę jak pielęgniarki z amerykańskich seriali medycznych.
- Wieczorem idziemy potańczyć! - Anna zakręca się wokół własnej osi, spina długie ciemne włosy wyjętą z torebki klamrą i ściąga letnie lniane spodnie, żeby założyć te od uniformu.
Na widok jej opalonych, krągłych pośladków czuję, że pieką mnie policzki - jest coś intymnego w fakcie, że stoi przede mną w samych stringach z beżowej koronki i tak swobodnie papla o kupionej z przeceny bluzce.
Kiedyś się całowałyśmy. Był późny jesienny wieczór, za oknem ziąb i mżawka, a my zbyt wiele wtedy wypiłyśmy. Nic więcej między nami nie zaszło, zresztą żadna z nas nie jest lesbijką, ale tamtą noc wspominam zawsze, kiedy tęsknię za bliskością drugiego człowieka. Usta Anny były takie miękkie, ona sama pachniała wanilią i tak czule przesuwała pomiędzy palcami moje cienkie, mysie włosy. Kiedy nasze języki splotły się w pocałunku, pomyślałam, że mogłabym być szczęśliwa z kimś takim jak ona. Ale magia tego ulotnego momentu prysła w jednej chwili, a Anna odsunęła się ode mnie i parsknęła śmiechem, mówiąc coś o tym, że przeholowałyśmy z alkoholem. Nigdy później nie przekroczyłyśmy tej cienkiej granicy i chociaż zdarza się nam obejmować czy całować na powitanie w policzek, tamten głęboki, namiętny pocałunek pozostanie wyłącznie wspomnieniem. Nigdy też o tym nie rozmawiałyśmy. Następnego dnia Anna obróciła wszystko w żart, a ja ani razu otwarcie nie przyznałam, jak piorunujące wrażenie zrobił na mnie dotyk jej ust, rąk i ciała.
Nie, nie jestem w niej zakochana, nigdy nie byłam. Pociągała mnie jedynie ta intymna, rzadka bliskość, jakiej wtedy zaznałyśmy. To tego mi brakuje. Ale Anna już mnie nie dotknie, to się nie stanie. Kręcą mnie wyłącznie faceci - powtarza z naciskiem, kiedy siedząc przy winie rozmawiamy o łóżkowych preferencjach.
- Zobacz. - Głos Anny wyrywa mnie z zamyślenia. Przyjaciółka pokazuje mi niewielkie zaczerwienienie na swojej szyi. - Taka się dziś obudziłam, z jakąś paskudną alergią.
- Przejdzie ci. - Uśmiecham się krzepiąco, a ona spryskuje się tanimi kwiatowymi perfumami, które niedawno kupiłyśmy z pracowniczą zniżką, i zamyka swoją torebkę w niewielkiej metalowej szafce na drobiazgi, do której nie wchodzi już nic większego.
* * *
Wieczorem widzimy się w Latino - jednym z najmodniejszych nocnych klubów w naszym miasteczku. Jest sobota i lokal pęka w szwach, a kiedy wchodzimy, na parkiecie szaleje już kilkanaście par. Większość klubowych gości jest młoda, dziewczyny wydają się niewiele starsze od naszych nastoletnich córek, chłopcy - z ułożonymi na żel włosami, prężąc bicepsy, sprawiają wrażenie tegorocznych maturzystów, ewentualnie studentów.
- To nie jest świat dla starych ludzi. - Anna wysila się na marny dowcip i ciągnie mnie w stronę jednej z lóż, która jakimś cudem właśnie się zwolniła.
- Bolą mnie nogi - psioczę, kiedy siadamy na miękkich sofach z wysokimi oparciami, dosłownie zapadając się tyłkami w ich welurową miękkość. - Nie można pół dnia tyrać w Koniczynce, a wieczorem lecieć na balety. Nie w moim wieku - jęczę, a Anna przewraca oczami.
- Jojczymy jak stare baby. Wyluzujmy się, cholera jasna! - Śmieje się i dodaje, że skoczy nam po drinki.
Przy barze zaczepia ją jakiś całkiem nieźle prezentujący się szpakowaty gość w jasnym lnianym garniturze, ale kiedy wyraźnie nim zainteresowana Anna zaczyna otwarcie z nim flirtować, do gościa podchodzi wbita w obcisłą czerwoną kieckę lafirynda po dwudziestce, szepcze mu coś na ucho i ciągnie za rękę na parkiet, a Anna zostaje sama.
- Widziałaś? Nawet się ze mną nie pożegnał! - Kiedy moja przyjaciółka wraca do naszej loży, jest wściekła i rozgoryczona. - Chryste, co się porobiło z tym światem? My w wieku tych lasek spotykałyśmy się z równolatkami, a one bezczelnie zwijają nam sprzed nosów takich podtatusiałych lowelasów!
- Takie czasy - rzucam filozoficznym tonem i rozpinam połyskujące sztucznymi diamencikami paski od tanich sandałków, które nieprzyjemnie wpijają mi się w opuchnięte kostki.
- Wracajmy do domu - mówi nagle moja przyjaciółka. - Jedźmy do mnie albo do ciebie, po drodze kupmy wino i zróbmy sobie babski wieczór - proponuje. - Jeszcze rano cieszyłam się na wieczorne wyjście, ale teraz czuję się jak mumia. Widziałaś te zdziry? Cycki na wierzchu, usta ociekają błyszczykiem...
- Koleś nie wie, co traci - pocieszam ją, bo wyraźnie podłamał ją fakt, że facet, z którym flirtowała przy barze, dał się porwać atrakcyjnej dwudziestce. - Ale masz rację, jedźmy do mnie - zgadzam się i po tym, jak dopijamy przyniesione przez nią drinki, wychodzimy z dusznego klubu.
W drodze na moje osiedle kupujemy flaszkę taniego czerwonego wina i czekoladki z kokosowym nadzieniem, które uwielbia moja przyjaciółka.
- Bo świat może się zawalić, ale kobieca przyjaźń zawsze nam zostanie - rzuca nagle Anna i kiedy czekamy na zmianę świateł, całuje mnie w szyję, zostawiając na mojej skórze krwistoczerwony ślad po szmince.
- Upiłaś się jednym drinkiem? - Śmieję się, rozbawiona jej niecodzienną wylewnością, a ona lekko wzrusza ramionami.
- Może - mówi i wybucha śmiechem, a jadący na rowerze młody facet krzyczy: "Uspokójcie się, lesby!" i rechocze, mijając nas.
- My wolimy facetów, ale oni wolą młode! - krzyczy w ślad za nim Anna.
Wtedy koleś na rowerze zawraca, mierzy nas wzrokiem i zatrzymuje spojrzenie na odważnie wyeksponowanym dekolcie mojej przyjaciółki.
- A to najmocniej panie przepraszam. I dodam, że ja osobiście nie mam nic przeciwko kobietom po trzydziestce. - Mruga do niej, mnie raczej ostentacyjnie ignorując.
- A przed czterdziestką? - rzucam, a on znów rechocze.
- Takich nie znam, a paniom daję góra trzydzieści - mruczy. - To co, może jakaś imprezka we trójkę? - proponuje nagle. - Jest winko, są piękne damy...
- Nie lubimy dzielić się winem. - Anna gładko go spławia, chociaż mnie, mimo jego wcześniejszej chamskiej odzywki, koleś całkiem się podoba.
- Szkoda. Mógłbym wam nieco urozmaicić wieczór, moje panie. - Puszcza do niej oczko, ale nie jest nachalny.
Wręcz przeciwnie, rzuca krótkie: "To żegnam" i odjeżdża.
- Podobał mi się, nie musiałaś tak od razu spuszczać go po brzytwie - mówię z wyrzutem, a Anna wybucha śmiechem.
- Proszę cię, nie żartuj. Koleś liczył na darmową flaszkę, wyżerkę na nasz koszt i pewnie jeszcze bzykanie w jakimś hipisowskim trójkącie.
- Skąd wiesz, na co liczył?
- Znam ten typ - kwituje zajście Anna i ciągnie mnie za rękaw krótkiej czarnej kiecki z odkrytymi plecami, którą kupiłam w szmateksie i zakładam wyłącznie na specjalne okazje, nie chcąc, żeby za szybko się zniszczyła.
Kiedy docieramy pod mój adres i zbliżamy się do starej, zaniedbanej kamienicy, już na chodniku słyszę dudniące odgłosy trwającej na pierwszym piętrze imprezy - odkąd zamieszkała nade mną ta przeklęta para koło trzydziestki, ciągle jest głośno. On, łysy i cały w tatuażach typ z potężną masą mięśniową, jest podobno po wyroku za rozbój, chociaż obecnie grywa w klubach i udaje DJ-a, a ta jego zdzira niewiele lepsza. Na prośby o uszanowanie nocnej ciszy nie reagują, a kiedy przyjeżdża wezwany przez sąsiadów patrol policji, nie otwierają drzwi. On zazwyczaj przeraźliwie zajeżdża tanią wodą kolońską, która dość słabo maskuje unoszący się wokół niego odorek męskiego potu, ciska na klatkę niedopałki i całymi godzinami krzyczy do telefonu, klnąc przy tym jak szewc. Ona z kolei na mój widok ironicznie się uśmiecha, ale nigdy nie powiedziała "dzień dobry", chyba udaje, że się nie znamy...
- Wygląda na to, że na górze znowu chleją - mówię, zanim wkładam klucz do zamka, z trudem cokolwiek dostrzegając na ciemnej klatce, bo żarówka przy drzwiach znowu się wypaliła.
- Patologia. - Anna wzdycha i wywraca oczami.
Widzę, że mi współczuje, i czuję się upokorzona.
Jakby sama mieszkała w lepszym miejscu, myślę, czując narastającą we mnie złość na los, mojego cholernego byłego męża i nawet na Annę. Szybko jednak mi przechodzi, nie ma sensu się wściekać, jest, jak jest...
W pokoju rozlewam nam wino i pytam ją, czy chce pić ze szklanki, czy z flaszki. Kieliszków nie posiadam, ciągle zapominam je kupić, zresztą jakie to ma znaczenie?
- Może być szklanka. - Anna ściąga buty, podkula nogi i siada na sofie z taką gracją, że znowu czuję zazdrość.
Nie pasuje do tego świata. Z biedą żadnej kobiecie nie jest do twarzy, ale ją ubóstwo dosłownie naznacza. To nie jej świat, nie jej bajka i to jest naprawdę oczywiste, myślę. I znowu czuję strach, że niebawem ją stracę, dosłownie duszę się na myśl, że przyjaciółka mi się wymknie i wróci tam, gdzie przynależy.
- Myślisz, że jeszcze kiedyś nasz los się odmieni? - pyta nagle Anna, kiedy podaję jej szklankę z czerwonym winem. - Że jeszcze spotkamy fajnych facetów, wyniesiemy się z tych nor? - Krzywi się, kiedy na górze ktoś uderza czymś w podłogę i krzyczy: "Kurwa, poważnie?".
- Chciałabym - mówię zgodnie z prawdą, a ona odstawia szklankę z niedopitym alkoholem i sięga po jedną z ozdobnych poduszek, którą kładzie sobie na kolanach i gładzi jak kota.
- Czuję się dziś staro. Wokół tyle młodych lasek, a ja, z czym do ludzi?
- Jesteś piękna. - Uśmiecham się i wyciągam rękę, żeby pogładzić ją po włosach, a ona parska śmiechem.
- Jestem stara.
- Stara? Oszalałaś? - Łapię kosmyk jej ciemnych włosów i lekko pociągam. - Każdy chciałby z tobą być, nie rozumiesz? Facet, z którym się kiedyś zwiążesz, będzie szczęściarzem.
- Bez przesady - parska moja przyjaciółka, a ja kładę głowę na jej ramieniu.
- W ostateczności zostaniemy same - mówię. - I będziemy grać w karty, pić wino, tańczyć do starych kawałków Madonny i wspominać dawne czasy.
- Biedne jak myszy kościelne, z tanią farbą z drogerii na głowie, w tandetnych majtkach z bazaru i bez kasy na dentystę. - Anna lekko się krzywi i sięga po szklankę z resztką wina. - Nienawidzę biedy, obrzydza mnie - dodaje z pogardą w głosie.
- A kto lubi? - mruczę, a ona nachyla się, nalewa mi wina, a później polewa sobie.
- Ten przystojniaczek przy barze był ode mnie tak z dziesięć lat starszy, jeśli nie więcej, a jednak poszedł tańczyć z tą dwudziestką. Czujesz? Co jest, kurwa, nie tak z tym światem? - pyta, zanim zamoczy usta w winie.
- Kij z nim - mówię. - Poważnie, kij z nim.
- Pomalujesz mi paznokcie? Wiesz, że nie znoszę robić tego sama - prosi nagle. - Teraz, póki jeszcze nie jesteśmy pijane.
- Jasne. - Uśmiecham się, a ona wstaje, idzie do mojej łazienki, gdzie znajduje wzbogacony brokatem lakier w pomarańczowym odcieniu i kładzie go na rozchybotanym stoliku z blatem naznaczonym odciskami niezliczonych mokrych szklanek.
Kiedy maluję jej paznokcie u stóp, milczymy. Ona siedzi z przymkniętymi oczami, wygodnie umoszczona na starej sofie, ja skupiam się na pociągnięciach niewielkiego pędzelka i starannie wykonuję powierzoną mi pracę.
- Chyba wyszło ładnie - mówię, kiedy kończę, a ona entuzjastycznie mi dziękuje i pyta, czy też chcę.
- Nie, dzięki. Są świeżo pomalowane - grzecznie odmawiam, a później dolewam sobie wina, chcąc, żeby jak najszybciej zaszumiało mi w głowie.
- Ten facet z drogerii... Wiesz, ten, który wpadł po szampon i miał się do mnie odezwać, naprawdę mi się podobał. Szkoda, że nie zadzwonił, źle mi z tym - mówi cicho Anna.
- Może wpadł pod autobus, zanim zdążył wybrać twój numer? - rzucam durnym tekstem, a ona parska śmiechem.
- Może. Życie bywa nieprzewidywalne - zgadza się ze mną.
Noc spędzamy na wąskiej wersalce w moim pokoju, wtulone w siebie.
Rano Anna parzy dla nas kawę, bierze szybki prysznic i w pośpiechu się ubiera.
- Obiecałam młodej, że pójdziemy dziś na rower. - Uśmiecha się na myśl o Martynie, a ja zazdroszczę jej więzi łączącej ją z jej jedynaczką.
Moja Sylwia od dawna nie chce spędzać ze mną czasu. Ma swoje towarzystwo, matka jej niepotrzebna. Ostatnio ciągle się kłócimy, nie umiem dojść z nią do porozumienia, a wspólna wycieczka rowerowa jest dla mnie po prostu niewyobrażalna...
Przed wyjściem Anna mnie przytula.
- Kocham cię, wariatko - mówi, zanim wypuszcza mnie z ramion i schyla się, żeby zapiąć buty - podobnie jak ja wczoraj założyła eleganckie sandałki zdobione złoceniami, ale jej obuwie pamięta jeszcze czasy małżeństwa z Maciejem i jest znacznie droższe. Kupiła te szpilki ponoć w Mediolanie.
Na myśl o tym, jak pięknie Anna kiedyś żyła, robi mi się smutno. Ja nigdy nie byłam we Włoszech, ona zjechała je niemal całe. Mnie nigdy nikt nie zabrał do Paryża, jej były mąż zafundował jej tam tydzień z okazji ich dziesiątej rocznicy ślubu. Bywała też w Grecji, Turcji, Prowansji i na Wyspach Kanaryjskich, a kilka lat po ślubie z Maciejem poleciała nawet do Kalifornii. Ona wie, co to luksus i nawet jeśli wszystko to straciła, zostały jej barwne wspomnienia. Ja nie mam nic, myślę i krzywię się na wspomnienie małżeństwa z poznanym w technikum Tomaszem, który latami pracował jako magazynier, żeby w końcu zupełnie niespodziewanie wyjechać do Niemiec i porzucić zarówno mnie, jak i Sylwię. Mój były mąż nie ma studiów, klasy ani kasy. Nie rozpieszczał mnie drogimi prezentami, kiedy jeszcze ze sobą byliśmy, nie kupował mi kwiatów bez okazji i nie zabierał za granicę. Przy nim miałam mnóstwo obowiązków, ale niewiele przyjemności, a wygląda na to, że mimo smutnego finiszu małżeństwo Anny było zupełnie inną bajką...
- Dupek - mamroczę pod adresem Tomasza, kiedy już zamykam za nią drzwi i opieram się plecami o ścianę.
Stara... Może Anna ma rację, może jesteśmy stare? Może czas porzucić te mrzonki o nowym związku i pogodzić się z tym, co przyniosło nam życie?
Ale nie, nie chcę się jeszcze poddawać! W kolejny weekend znowu wyciągnę Annę do nocnego klubu i może tym razem się nam poszczęści? Życie jest chujowe, ale bywa też pełne niespodzianek. Cytat mojego autorstwa, godny zapamiętania. Uśmiecham się pod nosem i samotnie dopijam znalezioną w lodówce resztę wermutu. Nigdy nie wolno się poddawać, powtarzam w duchu, starając się ignorować dochodzące z piętra wyżej wrzaski i wyzwiska - patologiczna parka już wstała i właśnie się na siebie wydziera, z kolei gdzieś na klatce wściekle ujada pies. Nienawidzę tej kamienicy, krzywię się. Tych ludzi, tego wszechobecnego syfu, nieustannego hałasu i biedy. Nienawidzę tego miejsca, jednak nie mam dokąd się wynieść. Na wynajem czegoś w lepszym standardzie po prostu mnie nie stać, zresztą, prawdę mówiąc, nawet tę norę opłacam z trudem. I kiedy o tym myślę, wstyd mi przed córką, czuję się taka nieudaczna... Przy Tomku było, jak było, ale kasy nam nie brakowało. Teraz żyjemy z Sylwią gdzieś na granicy skrajnego ubóstwa, co jest dla mnie trudne i upokarzające. Niech mnie ktoś uratuje, myślę i czuję spływające po policzkach łzy, bo przecież wiem, że nikt się nie zjawi...