Manekiny - Jolanta Żuber
44.90 zł
33.68 zł
(25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
1
Lublin, 2016
Odkąd lata temu jej przyrodnią siostrę zabrano do przytułku, a ojca wsadzono za kratki, Renata dostała się pod opiekę babci. Zajmowała teraz pokój Natalii. Pomieszczenie było spore i choć na początku niezbyt dostosowane do potrzeb niemowlaka, to dobrzy sąsiedzi - którzy nagle zaczęli oferować pomoc - przemalowali je, dołożyli się do łóżeczka i zakupu niezbędnych sprzętów. Oczywiście w duchu wyrzucali sobie, że niczego wcześniej nie zauważyli ani nie słyszeli o żadnym molestowaniu, bo ta rodzina była przecież taka porządna. Renata wychowywała się więc z dala od przyrodniej siostry, a matkę zastąpiła jej babcia, która była uosobieniem dobroci i ciepła, choć nawet ona nie potrafiła przerwać koszmaru Natalii. Mimo tego, że nie miała typowej rodziny, Renata dorastała szczęśliwie.
Dziewczyna włączyła przenośne radio i weszła pod prysznic, a w myślach przeklinała fakt, że nie było obok żadnego mężczyzny, który naprawiłby deszczownicę, bo kąpiel w takich warunkach okazała się sporym wyzwaniem. Krople miarowo uderzały o posadzkę. Odpływ - nieco już zatkany - blokował strumień tak, że większa część łazienki dosłownie pływała w gigantycznej kałuży. Dziewczyna postawiła stopy na skrawku suchej powierzchni i okręciła wokół siebie ręcznik. Włosy zawinęła w niechlujny turban, wklepała w twarz krem nawilżający i obejrzała się z każdej strony, a potem pomaszerowała do swojej sypialni.
Wyjrzała przez okno. Pusto. Na podjeździe wciąż nie było samochodu Maćka, z którym umówiła się na wieczór. Światła reflektorów obcych aut rozświetlały wnętrze maleńkiego domu i pięknie lśniły w srebrzystym śniegu, tworząc zalążek świątecznego nastroju. Renata włączyła telewizor, nastawiła program o ślubach i wstawiła wodę. Babci nie było - siedziała u sąsiadki, dając jej i Maćkowi nieco przestrzeni, ale oczywiście bez zbędnego przedłużania "tych miłostek" i wspólnego nocowania.
Renata zastanawiała się, co takiego mogło zatrzymać jej chłopaka na dłużej. Zaczynała się niecierpliwić. Nie sięgnęła jednak po telefon. Nie chciała sprawiać wrażenia natarczywej, bo to zawsze psuło coś w związkach, a ona wolała, żeby ten trwał jak najdłużej. Po raz pierwszy w życiu czuła, że jest naprawdę zakochana.
Skoro się umówili, na pewno przyjedzie. Przez ozdobione zimowymi figurami okno zobaczyła jakiś błysk. Gdzieś mignęły cienie przemykających pospiesznie ludzi. Przeszła do sypialni i włożyła szare, obcisłe spodnie i zdobioną przy dekolcie, różową bluzkę. Wyciągnęła suszarkę z nocnej szafki i nastawiła chłodny nawiew. Przeglądała się w lustrze, rozczesując włosy i nawijając kolejne pasma na szczotkę. Cieszyła się ze swojego piękna. Miała duże, pełne usta, które i bez szminki wyglądały ponętnie, drobny nosek i wydatne kości policzkowe, a całości obrazu dopełniała owalna twarz i kaskada ciemnych włosów. Zwiększyła moc suszarki i zaczęła mruczeć pod nosem słowa piosenki, której fragment dobiegał z salonu, co oznaczało, że program już się zaczął. Była pobudzona, bo pierwszy raz mieli dom na dłużej tylko dla siebie. Wiedziała, że spędzi z Maćkiem upojne chwile, takie, o których codziennie pisali i rozmawiali. Wszystkie jej fantazje dziś wreszcie miały stać się rzeczywistością.
Nagle coś uderzyło o podłogę. Wzdrygnęła się i wyłączyła suszarkę, odkładając ją na tę samą szafkę co wcześniej. Przeczesała grzywkę i powiedziała:
- Smalczyk, jeśli to ty coś stłukłeś, śpisz dzisiaj na wycieraczce!
Po zwierzaku, do którego kierowała te słowa, nie było jednak śladu. Rozejrzała się po domu i choć nie była przesadnie bojaźliwa, to poczuła dziwne napięcie. Coś znów hałasowało. Zlokalizowała źródło. Z kąta, tuż za kanapą, wystawał czarny koci łebek. Zrobiła kilka kroków w jego stronę, ale kot nastroszył sierść i parsknął. Wyglądał tak, jakby się jej bał, a przecież zawsze ochoczo wskakiwał na kolana.
- Smalczyk, co jest? - Pokręciła głową i rozłożyła szeroko ręce. Kocur zjeżył grzbiet i ponownie fuknął. - Jak chcesz, ale potem nie proś o to, żeby cię głaskać - powiedziała obrażonym tonem i sięgnęła po pilota. Obróciła się w stronę telewizora.
Wtedy go zobaczyła. Stał przed nią. Ubrany w ciemną kurtkę i dobrze skrojony garnitur. Jedną rękę, tę z bronią, trzymał wymierzoną w jej klatkę piersiową, drugą szukał czegoś pod okryciem. Zamarła. Nogi miała jak z waty, a kiedy odzyskała świadomość i zdolność mówienia lub po prostu władzę nad własnym ciałem, on okazał się szybszy. Minęła nanosekunda, zanim z jej ust wydostał się wrzask. Zamaskowany mężczyzna w kurtce przypominającej setki innych w mieście wpatrywał się chłodno w jej oczy i ściskał ją za szyję. Podniósł broń do delikatnych warg, nakazując niemo milczenie, a kiedy ucichła, sięgnął do wnętrza kurtki, a potem wbił w ramię Renaty strzykawkę z etorfiną. Jeszcze przez sekundę miała siłę się szamotać, ale potem wszystko zrobiło się ciężkie, jej ręce i nogi były jak z ołowiu, a oczy same się zamykały.
Przeżyję, niedługo święta, muszę je spędzić z Maćkiem, to będą nasze pierwsze. Muszę powiedzieć mu o... O tym, że go kocham, przypomnieć, że czekałam z tym tylko na niego.
Borys schował strzykawkę i wymacał w kieszeni drugą, z diprenorfiną, by móc skutecznie obudzić Renatę, po czym skinął głową. Wyraz twarzy dziewczyny przypominał spauzowany wrzask, a jej półprzymknięte oczy wyglądały tak, jakby wciąż się dziwiły, dlaczego wdarł się do jej domu. Mężczyzna przesunął wątłe ciało w stronę drzwi, zarzucił na nie płaszcz, uprzednio zabrawszy portfel i dokumenty. Następnie zawinął trochę ubrań i kilka par butów w foliowy worek i wyszedł tylnym wyjściem, zgodnie ze wskazówkami Bernera. Zdjął maskę, postawił kołnierzyk kurtki, zarzucił kaptur i umieścił nieprzytomną dziewczynę w bagażniku. Nie spieszył się. Był pewny, że w tej zapyziałej norze na Bronowicach nikt mu się nie sprzeciwi, a jeśli ktokolwiek coś zauważy, to jedyną reakcją będą krzywe spojrzenia albo schowanie się w głębi domu. Nikt mu nic nie zrobi. Zrealizuje plan Bernera do końca. Uruchomił silnik i wbił w nawigację "Leśnisko". Cieszył się, że poszło mu ze smarkulą tak gładko.
Ruszył powoli. Kiedy włączał się do ruchu, usłyszał dzwonek telefonu, który dochodził z wnętrza worka. Zmarszczył brwi i sięgnął po niego. Na ekranie pojawiło się zdjęcie umięśnionego chłopaka bez koszulki. Borys uśmiechnął się szczerze, przez chwilę chciał odebrać i powiedzieć mu coś w stylu, że będzie musiał sobie poszukać innej dziewczyny, ale wiedział, że to byłoby nierozsądne. Odrzucił połączenie i napisał w imieniu Renaty, że źle się czuje, a także zapytał, czy mogą przełożyć spotkanie. To zapewni mu trochę czasu na ucieczkę i sprawi, że chłopak nie zacznie się od razu dobijać do drzwi w poszukiwaniu ukochanej. Resztą zajmie się już Berner. On zawsze ma wszystko pod kontrolą.
Wyjechał z miasta i przemierzał teraz wiejskie ścieżki. Było ślisko, jechał więc wolno, uważając na każdy zakręt, byleby nie wypaść z drogi. Ciemność jeszcze bardziej komplikowała sytuację, a kiedy napadało więcej śniegu, Borys przeklął w myślach, że nie wyjechał wcześniej i znów trafiła mu się zła trasa. Zerknął we wsteczne lusterko. Nikt za nim nie jechał, więc nieco się uspokoił, sięgnął po puszkę z bezalkoholowym piwem i upił łyk. Pocieszał się tym, że jeszcze chwila i będzie mógł napić się czegoś z procentami, musi tylko dowieźć na miejsce tę smarkulę. Poprawił garnitur, a potem poluzował krawat - koszula zdążyła się pognieść dobrych kilkanaście minut temu i zdawał sobie sprawę, że bez żelazka nic jej nie pomoże. Nienawidził pomiętych ubrań, plam i wszystkiego, co w jakikolwiek sposób zaburzało jego elegancki od kilku lat ubiór.
Czuł lekkie podniecenie, jakby jakiś prąd przeszedł go od stóp do głów, a wszystko to na myśl o rychłym przelewie. Od sześciu lat - od kiedy pracował dla Bernera - wciąż dostawał duże zlecenia, a pieniądze nie stanowiły już dla niego problemu. Co więcej, szef nie był jedynie tym, który zleca, lecz także przyjacielem, z którym wychodził czasem na partyjkę bilardu. Był ustawiony na kolejne lata. Odkąd Adam Berner wyciągnął go ze śmierdzącej dziury i uwolnił od roboty sprzątacza kibli w kasynie, obiecał sobie, że nigdy więcej nie wróci już do takiego syfu i odtąd stanie się eleganckim facetem, któremu bliżej do salonów niż do rynsztoka. Co prawda sporo przyzwyczajeń z nim zostało, ale jego życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, oczywiście na lepsze. Nie bał się już tak jak na początku, że bańka pryśnie, wiedział, że jest potrzebny Bernerowi, a on jemu, i ich współpraca będzie owocna, dopóki czegoś nie wywinie, a tego zamierzał unikać jak ognia.
Przyglądał się mijanym słupom latarni, ośnieżonym drzewom i podśpiewywał sobie pod nosem, jakby to była zwykła wycieczka do rodzinnego domu na święta albo inną okazję. Do Leśniska pozostało mu jakieś piętnaście kilometrów, ale czuł, że przez swoją monotonię droga robi się coraz dłuższa i dłuższa. Pożałował, że smarkula jest w bagażniku nieprzytomna, a nie tutaj, obok - mogłaby dotrzymać mu towarzystwa, choćby skrępowana. Zawsze milej byłoby popatrzeć na młode, jędrne, dopiero co rozkwitające ciałko.
Miał nadzieję, że środek podany dziewczynie wystarczy na bezproblemowe przewiezienie jej do Bernera tak, by nie sprawiała kłopotów, a jednocześnie - że nic jej w bagażniku nie odwali. Zastanawiał się, co Adam z nią zrobi, przecież to nie ona była winna tego, co stało się przed trzema miesiącami, tylko jej matka. Ale tak naprawdę ludzki los nie obchodził go zbyt wiele, kierowała nim wyłącznie ciekawość. On miał do wykonania proste zadanie: przewieźć kobietę z punktu A do punktu B bez zbędnych problemów i skończyć kolejny fartowny dzień, a potem zacząć następny. Przyspieszył. Na drodze żywego ducha. Leśnisko po ostatnim incydencie opustoszało, jedynie dom Adama Bernera zachował się w niezmienionej formie. I choć kawałek dalej stało kilka usługowych budynków, to pod adres Bernera nie zapuszczano się bez potrzeby, a ostatni sąsiedzi uciekli, twierdząc, że pożar przelał czarę goryczy. Szeptali też, że więcej się tam nie pojawią, chyba że w interesach. Te zaś dotyczyły zmarłych, bo kilkanaście kilometrów dalej, przy małym cmentarzu, mieścił się niewielki zakład pogrzebowy stanowiący jedyną atrakcję w okolicy.
Borys widział już przed sobą dom Bernera, wątłe światło było niczym drogowskaz. Brama się otworzyła, a tuż za nią pojawił się wysoki, ubrany w gruby płaszcz i szalik mężczyzna. W ustach trzymał niezapalonego papierosa. Borys minął szefa i zaparkował pod domem. Nie wysiadał z auta, to tamten zajął miejsce na siedzeniu pasażera i odetchnął głęboko.
- Co z nią zrobisz? - Borys spojrzał w prawo i bez zbędnych wstępów zapytał: - Po co ci ta smarkula, Adaś?
- Wymyśliłem pewną grę. - Adam Berner miał miękki, przyjemny ton, jakby wyjęty wprost z lektorskiego banku głosów. Siedział, trzymając papierosa między zębami, i wyglądał tak, jakby pochłaniał cały wydobywający się z niego dym, bo przez jego usta nie wydostawało się go zbyt wiele. Poluzował szalik i przeczesał ręką długie, sięgające za uszy włosy.
- Jaką? - drążył Borys.
- Niedługo się przekonasz. Będziesz mi bardzo potrzebny. To, co robiliśmy do tej pory, jeśli chodzi o zmarłych, to pikuś. Poza tym prezes szpitala zaczyna coś marudzić, że prawnicy węszą i chyba nie będzie mógł nam już dostarczać trupów, a na pewno nie w takiej liczbie. To nieco komplikuje sprawę, bo dochody się zmniejszą... Stąd pomysł z grą. Czuję, że to będzie coś spektakularnego, coś, o czym ludzie do tej pory tylko czytali, ale nie mieli śmiałości wyobrazić sobie, że zobaczą to na żywo.
- Co to znaczy?
- Słyszałeś kiedyś o red roomie?
- Hmm... - Borys zmarszczył czoło i potarł je intensywnie. - Chcesz urządzić sobie pokój dla prostytutek, a ta smarkula ma tam tańczyć?
- Nie. To są dark roomy. A ja mam na myśli pokój tortur. Wiesz doskonale, że matka dziewczyny jest w psychiatryku, więc wymigała się od odpowiedzialności. Jestem pewien, że z jej mózgiem wszystko w porządku, no może oprócz tego, że nigdy nie wylewała za kołnierz. Jakimś cudem oszukała tych lekarzy. Może siedzi sobie teraz, jakby nigdy nic, w jakiejś salce i rysuje na karteczkach bazgroły dla psychiatrów. Nie mogę jej ukarać bezpośrednio, więc będzie musiała znieść coś innego.
- Co takiego? - dopytywał Borys.
- Wiesz, w jakim stanie jest Natalia? Nie mogę tego tak zostawić. Jej matka nigdy nie zobaczy już swojej Renatki. A jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie, to już nie będzie ta sama dziewczyna co kiedyś.
- Kurwa, Adaś, czy ty zamierzasz...?
- Zamierzam wymierzyć karę adekwatną do winy. A przy okazji sporo zarobimy na takim pokazie. To nie są psie pieniądze, ludzie za krzywdę innych są w stanie zapłacić grube sumy. Będziemy mieć własny, pieprzony red room, w którym zrobimy z ludzi manekiny, a za sznurki będą ciągnąć widzowie przed komputerami. Jasne?
- Okej, wszystko chwytam. Chcesz zemścić się na Renacie, zrobić jej coś złego na wizji i puścić to w dark necie, ale potrzebujesz do tego człowieka. Sorry, Adaś, ja się nie pcham w takie bagno. Zabrałem tę laskę, ale nie licz, że będę ją tykał. Nic mi nie zrobiła, mam gdzieś jej los, ale nie chcę upuszczać jej krwi. To, co robimy w zakładzie, to jednak co innego, bo trupy są martwe, nie? No i my celowo ich nie uśmiercamy, tylko szanowny pan prezesik tuszuje błędy w sztuce. Martwi nie zaprotestują, nie będą krzyczeć. A ona? Umywam ręce. - Podniósł dłonie do góry, jakby na potwierdzenie swoich słów.
- Uspokój się. Najpierw muszę sprawdzić, jaki będzie na to popyt. I ile ludzie będą w stanie zapłacić za to, żeby ktoś wykonał ich polecenie, wbił szpilkę, przeciął skórę nożem, podpalił. Jak laleczkę voodoo. Im surowsza kara, tym więcej pieniędzy.
- Nie chcesz jej zabić, prawda?
- Nie - odpowiedział stanowczo Berner. - Nie jestem mordercą i nigdy nikogo nie skrzywdzę w ten sposób, ale ta sytuacja to co innego.
- Więc kto zajmie się smarkulą? Co z nią teraz?
- Najpierw przeniesiemy ją do pokoju za gabinetem. Natalia nie ma do niego dostępu, bo dobudowałem go, kiedy była w szpitalu. Tam właśnie będzie przebywać Renata. W nim zamkniemy ją na dłużej.
Borys pokiwał głową, choć niewiele z tego rozumiał. Wiedział jednak, że Adam Berner nie odpuści zemsty, nie zapomni o śmierci własnego dziecka i zrobi wszystko, by osoby zamieszane w tę sprawę odpokutowały albo cierpiały jeszcze mocniej.
- Przeniesiemy ją tam - kontynuował. - Jeśli nic nikomu nie powiesz, dobrze zarobisz. W odpowiednim momencie wszystko wyjawię Natalii, ale jeszcze nie teraz, jeszcze wszystko jest za świeże, by mieszać jej w głowie.
- Możesz na mnie liczyć.
- Masz antidotum? - zapytał Berner, na co Borys szybko kiwnął głową i wymacał zabezpieczony płyn w kieszeni kurtki.
Obaj wysiedli z auta i otworzyli bagażnik. W środku - przykryta kocem we wzory - leżała Renata, ubrana w szare spodnie, zdobioną bluzkę i designerski płaszcz w panterkę. Jeszcze czysty i niezużyty. Berner rozejrzał się wokół, choć i tak wiedział, że nikt nie nadjedzie, i skinął na Borysa. Razem ruszyli w kierunku garażu, a stamtąd pod gabinet. W sypialni paliła się jedynie lampka nocna. Natalia od kilku miesięcy zasypiała przy włączonym świetle, bo wciąż dręczyły ją koszmary, ale sen - dzięki tabletkom - miała tak mocny, że równie dobrze mogli przestać się z Borysem skradać, tylko zwyczajnie wnieść dziewczynę.
Berner kopnął drzwi czubkiem buta i weszli do chłodnego, mało przytulnego pomieszczenia, które stanowiło zarówno kącik sypialny, jak i łazienkę. Znalazło się w nim także miejsce dla kilku regałów wypełnionych książkami i różnymi bibelotami. Na pierwszy plan wybijały się jednak ciemne, plastikowe głowy manekinów, które zdobiły zakamarki między książkami. Wszystko wyglądało tak, jakby było to zwyczajne, gościnne pomieszczenie, choć urządzone dość chaotycznie i ukryte przed spojrzeniami obcych. Własna strefa dająca namiastkę prywatności. Ale Berner doskonale wiedział, że to tylko złudzenie.
- Będzie krzyczeć, jak się obudzi - stwierdził i wyjął strzykawkę.
- Nikt jej nie usłyszy, zadbałem o odpowiednie wygłuszenie, a poza tym są tu kamery. Zresztą... będziesz jej codziennie doglądał i poczekasz, aż się obudzi. Natalia praktycznie nie opuszcza pokoju, więc...
- A jak jej to wytłumaczysz? Jak wyjaśnisz smarkuli, za co tutaj siedzi?
- Lepiej, jeśli nie dostanie żadnego wytłumaczenia, to bardziej podziała na jej psychikę. Nieświadomość tego, dlaczego tak się stało i kiedy stąd wyjdzie, sprawi, że będzie się zastanawiać, myśleć, prosić, błagać, aż w końcu wpadnie w marazm, a tacy ludzie są najbardziej podatni na rozkazy.
- Super. A jak wyjdzie, to naśle na nas psy. - Borys potarł intensywnie twarz. - I będzie piekiełko.
- Skąd pomysł, że wyjdzie i że ktokolwiek będzie jej szukał?
- Adaś, no to logiczne. Będą węszyć wszyscy: z tego szpitala, ze szkoły, znajomi, rodzina. Jej babka... Staruszki najbardziej przeżywają takie rzeczy. No i ten chłoptaś, który dzwonił. Swoją drogą, tamten szczyl jest jak góra mięsa, a przy tobie to nawet jak dwie.
Berner uśmiechnął się ironicznie, przysunął bliżej Borysa i ściszył głos, choć w pomieszczeniu byli tylko we dwóch, nie licząc wciąż nieprzytomnej dziewczyny.
- Posłuchaj... Czasem wystarczy wysłać kogoś daleko w świat, kupić mu fałszywy bilet na inny kontynent, załatwić lot, choć w samolocie nie będzie innych pasażerów, użyć z daleka od domu karty kredytowej, a potem powoli, powolutku odcinać go od przeszłości. Nie oddzwaniać, odpisywać jedynie zdawkowe "pozdrawiam" i wysyłać ememesy z pięknymi widoczkami. Sprawimy, że wyjedzie, będzie daleko stąd, gdzieś, gdzie nikt jej nie będzie szukał... Do osiemnastki zostało jej kilka dni, odpowiada za siebie, jest dorosła. Rozumiesz?
Zrozumiał. O nic więcej w tej kwestii nie pytał, cieszył się na kolejne dobrze płatne zlecenie, bo doskonale wiedział, że to on będzie musiał się zająć zaaranżowaniem wyjazdu dziewczyny. U Bernera wszystko było proste i choć Borys nigdy nie zamierzał wplątywać się w niebezpieczny świat, wsiąknął weń na dobre z chwilą podjęcia decyzji o pracy dla Adama. Starał się nie myśleć już, co by było, gdyby nie został zauważony w tamten piątek w kasynie, co by było, gdyby Berner nie wziął go na rozmowę, ale czasem to do niego wracało. Tonąłby w gównie po uszy, sprzątałby po wielkich, grubych i łysych biznesmenach, którzy przegrywali połowę majątku w godzinę, a potem ściskało im zwieracze z żalu do tego stopnia, że przez następną siedzieli w kiblu.
- Jasne, Adaś. - Wyszczerzył zęby w półuśmiechu i oparł się o ścianę. - Jeśli mam poczekać, aż się obudzi, to przydałoby się więcej alkoholu, bo czytać... - wskazał na książki - ...raczej nie zamierzam.
- Nie spodziewałem się tego po tobie, zresztą podejrzewam, że niewiele zrozumiałbyś nawet z powieści dla młodzieży. To dla Renatki. Czytanie pozwoli jej trochę odetchnąć, będzie mogła wyobrazić sobie inny świat. Przyniosę ci wodę, a jak obudzisz małą, to dasz jej coś do zjedzenia. A, i jeszcze jedno, Borys... - Stanął w drzwiach i odwrócił się w kierunku siadającego na brzegu łóżka mężczyzny. - Trzymaj łapy przy sobie, to jest dla nas tylko marionetka.
- A popatrzeć można? - Odchylił lekko materiał bluzki dziewczyny i odsłonił pępek, ukazując tkwiący w nim kolczyk. Delikatne, jędrne ciało wywołało w nim napięcie.
- Nie - oznajmił stanowczo Berner i to wystarczyło, by sprowadzić do parteru pobudzonego Borysa.
Nie mógł sprzeciwić się szefowi, choćby ten rzucił mu pod nogi nagą, seksowną tancerkę o proporcjach modelki, która sama domagałaby się dotyku. Wstał więc z łóżka, usadowił się w fotelu i odchylił do tyłu. Mruknął, że jak tylko smarkula się obudzi, to da znać, a teraz poczyta sobie trochę więcej o dark webie.
- Adaś? - zapytał jeszcze.
- No?
- A te ściany to nie mogły być w innym kolorze? No nie wiem, na przykład niebieskie?
- Czarny jest odpowiedni. Nie daje żadnej nadziei - zawyrokował Berner.
Chwilę później drzwi się zamknęły. Pierwszy raz z Renatą w środku.
2
Świadomość wróciła jej w momencie, gdy Borys przeglądał screeny z filmów udostępnianych w dark necie, które przedstawiały jakiegoś niemowlaka związanego i otoczonego przez grupkę pederastów. Mężczyzna klął w myślach na czym świat stoi, że co jak co, ale dzieciaków nie powinno się tykać i on by im wszystkim pokazał, do jakiej dziury mogą ewentualnie wleźć.
Renata najpierw niepewnie rozejrzała się po ciemnym pokoju, a potem utkwiła wzrok w Borysie.
- Ty! - Wycelowała w niego palec, zerkając, czy jej oprawca w dłoniach trzyma broń. - To byłeś ty! Czego chcesz?
- To, czego chcę, nie równa się temu, co mogę. - Spojrzał na jej płaski brzuch, a potem poklepał się po łysej głowie i poluzował nieco krawat.
- Wypuść mnie. Wypuść mnie stąd! - Zeszła z łóżka i rzuciła się w stronę drzwi, ale te nie chciały ustąpić.
Borys początkowo obserwował ją z założonymi rękami, ale później krzyk zaczął działać mu na nerwy, więc szarpnął dziewczynę za ramię i zaprowadził z powrotem do miejsca, w którym spała. Wiła się i próbowała go odepchnąć.
- Zostaw mnie, zostaw!
- Przecież ja cię wcale, smarkulo, nie chcę - rzucił krótko. - Zamknij się, bo będę musiał cię związać, a po co ci to?
Nie podziałała na nią ta groźba, więc w końcu mężczyzna podniósł rękę z zamiarem przyłożenia Renacie tak, by zamilkła, ale właśnie wtedy w drzwiach pojawił się Berner. Zmierzył oboje surowym wzrokiem i podszedł do dziewczyny, uwalniając ją z brutalnych objęć Borysa, a ta natychmiast uśmiechnęła się lekko i westchnęła z ulgą.
- Adam! - krzyknęła.
Znała męża swojej przyrodniej siostry i choć nie spotykali się zbyt często, to urodziny Natalii i Filipka spędzali we wspólnym gronie. Nie pałała do niego wielką sympatią, a matka wciąż powtarzała, że to przez niego Natalia odsunęła się od rodziny, co dodatkowo powodowało ochłodzenie stosunków. Teraz jednak, gdy ujrzała znajomą twarz, kamień spadł jej z serca.
- Usiądź, Renata. - Głos Bernera był mało przyjemny.
Dziewczyna spodziewała się raczej, że mężczyzna zainterweniuje i wyprowadzi ją z tego pokoju, a nie będzie wydawał polecenia.
- Po co? Zabierz mnie stąd! Miałam umówione spotkanie, a ten, ten... On próbował mnie pobić!
Borys przewrócił oczami i już miał się odezwać, ale Adam przerwał mu, mówiąc, że powinien pozwolić jej, by po prostu się wypłakała. Przez chwilę rozmawiali, zupełnie ignorując Renatę, aż w końcu Berner rzucił:
- Musisz tu zostać przez jakiś czas, ale nie martw się, będziesz miała dobre warunki. O wszystko zadbałem, a Borys dotrzyma ci towarzystwa.
- Dzień i noc - dodał tamten kąśliwie.
Najpierw poczuła zaskoczenie, a potem ból, bezdyskusyjny ból, kiedy zdała sobie sprawę, że Adam mówi poważnie i wcale nie przyszedł tutaj, żeby jej pomóc. Nie miała jednak zamiaru zostawać w tym pokoju i być zdana na łaskę obleśnego tłuściocha; wstała więc i podeszła do Adama, wciąż zerkając, czy tamten nie zbliża się do niej z bronią.
- Ale dlaczego? Nie mogę tu zostać. Natalia o tym wie? Umówiłam się z... chłopakiem. Babcia będzie się martwiła, kiedy mnie nie zastanie. Adam, przecież ją znasz, jest dobra, ale choruje i nie można jej narażać na stres. - Czuła, jak łzy napływają jej do oczu.
- Cała twoja rodzina to zwykli ignoranci. Matka, ojciec, babka, która nigdy nie zainteresowała się, że moja żona potrzebuje pomocy... Wszyscy jesteście po prostu źli, więc nie odwołuj się, proszę, do mojej litości, bo w tym wypadku jej nie mam. I zapewniam cię, że sprawę rozwiążemy tak, że nikt nie będzie cię szukał. Zniknięcie przedstawimy jako twój świadomy wybryk. Borys... - zwrócił się tym razem już do przyjaciela. - Maria będzie przygotowywać codziennie dodatkowe posiłki dla Renaty. Dziś jest już na to za późno, bo mamy środek nocy, ale przyniosę coś z kuchni, więc nakarm dziewczynę i daj jej pić.
- Halo! Ja tu jestem! Mówisz o mnie jak o jakimś psie! - jęknęła.
- Myślę, że w tej budzie będziesz mieć lepiej niż niejeden kundel, Renatka - wycedził Borys.
Berner zaś odwrócił wzrok. Nie spojrzał na dziewczynę nawet wtedy, gdy zaczęła na zmianę krzyczeć i błagać go, by powiedział, co takiego mu zrobiła, dlaczego ją porwał i przede wszystkim - jak długo miał zamiar tu więzić. Nie chciał patrzeć w jej zapłakane oczy, bo choć plan próbował realizować konsekwentnie, to nie był zupełnie pozbawiony uczuć i świadomość tego, że Renata tak naprawdę w niczym nie zawiniła, mogła zachwiać jego decyzją. Sytuacji nie ułatwiało też to, że była bardzo podobna do matki i siostry. I choć wydawała się piękniejsza niż Natalia, bo miała mniej wyostrzone rysy, to Berner widział w niej żonę sprzed wypadku. Młodą, trochę naiwną dziewczynę, w której zakochał się bez pamięci.
- Borys z tobą zostanie, ja przyjdę jedynie wtedy, gdy pojawią się jakieś problemy, z którymi nie będzie mógł sobie poradzić. Nie skrzywdzi cię - dodał na odchodne i skierował się do wyjścia.
Renata rzuciła się za nim. To było jak impuls, wyrzut adrenaliny, który powoduje chęć ucieczki, ale Berner był silniejszy i szybszy. Odepchnął ją tak mocno, że upadła na drzwi. Została w środku, a jego już nie było.
- Wypuść mnie! Wypuść! - Waliła w futrynę, ale w końcu zabrakło jej sił, więc jedynie cicho łkała. Ciemny pokój skurczył się w jej umyśle do pomieszczenia wielkości klatki, a myśl o tym, że gdyby Maciek przyjechał wcześniej, może nic takiego by się nie stało, bolała okrutnie.
- No, dosyć sentymentów, smarkulo. Tu masz wszystko. Kibelek, prysznic, łóżko i dużo wolnego czasu, nawet matura cię ominie. Chcesz coś zjeść czy idziesz spać? Nie ma trzeciej opcji, jest tylko albo-albo, więc wybieraj. Nie zamierzam spędzić całej nocy na uspokajaniu cię, a ten fotel jest kurewsko niewygodny. - Borys poprawił się na siedzeniu i wrócił do przeglądania telefonu.
- Boże... - powtarzała raz po raz Renata. - To się nie dzieje naprawdę...
3
Wciąż budził ją strach. Pierwsze dni nie spowodowały, że w jakikolwiek sposób przyzwyczaiła się do zamknięcia. Wiedziała jednak, że jest w domu siostry, bo Berner mówił o przygotowywaniu przez Marię posiłków.
Przez większość czasu nogi miała podkulone, a w ustach czuła suchość. Dostawała szklankę wody na dzień. Za pierwszym razem wypiła ją natychmiast, ale później uświadomiła sobie, że nie powinna jej marnować. Woda pod prysznicem była zakręcona, nad prowizorycznym zlewem również.
Przyciągnęła kolana mocniej do piersi i oplotła się nimi tak, jakby chciała objąć samą siebie, pocieszyć. Dodać otuchy. Znów się rozejrzała.
Pomieszczenie pokryte było jakąś dziwną, puszystą tkaniną. W jedyne okienko ktoś wstawił kraty i zasłonił wszystko czarnym materiałem. Na podłodze leżała cienka, czerwona wykładzina, która stanowiła kontrast dla ciemnych ścian. Prysznic umieszczono tuż obok małego aneksu kuchennego i sedesu. Renata skrzywiła się na ten widok. Korzystała już z toalety, ale zawsze czuła ogromny wstyd, kiedy musiała się tam wypróżnić, zwłaszcza w obecności tego faceta.
Spróbowała wyprostować nogi, ale czuła, że są całe zdrętwiałe. Wciąż zadawała sobie te same pytania. Dlaczego tu jest? Dlaczego Adam ją zamknął? Dlaczego każe temu facetowi jej pilnować?
Było przeraźliwie ciemno. Ciemno i cicho... Do dyspozycji miała jedynie marną, uczepioną sufitu żarówkę, która nie potrafiła rozświetlić mroku.
Renata utkwiła wzrok w regałach ustawionych obok szafek kuchennych - były w całości zapełnione książkami. Między nimi stały czarne figurki manekinów. Wszystkie w dziwnych pozach, bez oczu. W półmroku, jaki panował w pomieszczeniu, wyglądały strasznie. A książki? Nigdy nie lubiła czytać.
Nie miała już siły krzyczeć, kiedy zostawała sama, bo i tak nikt nie przychodził, a kiedy zjawiał się Borys, od razu unieruchamiał ją, a usta zaklejał taśmą. Nie mając innego wyjścia, krzyk zastąpiła chwilowo ciszą.
Myślała jedynie o tym, kiedy babcia albo Maciek ją odnajdą. Przecież Adam nie mógł mówić prawdy, gdy wspominał, że nikt nie będzie jej szukał. To na pewno tylko kwestia czasu, może kolejny dzień, może następny... Ale pozostanie silna. Zajmie głowę tym, że lada chwila ktoś po nią przyjdzie i wyciągnie ją z tej cuchnącej dziury.
***
Nikt się nie zjawił.
Po kilku tygodniach miała już coraz mniej siły i determinacji, by wierzyć w to, że niedługo opuści piwnicę. Czarne manekiny stojące między książkami przestały straszyć, a stały się towarzyszami niedoli. Gdy Borys wychodził, ściągała je z półek i rozmawiała z nimi. Największy był Maćkiem, nieco mniejszy - babcią, a ten przypominający młodą kobietę - nią samą. Odtwarzała historie, które kiedyś się wydarzyły, i wymyślała te, które bardzo chciała przeżyć. Czasem to pomagało, ale kiedy czuła się wyjątkowo samotna i bezsilna, manekiny zamieniały się w złe postacie. Byli więc Adam, Natalia i Borys. Wtedy zazwyczaj nie mówiła za wiele, a po prostu uderzała plastikowymi figurkami o ścianę czy łóżko, dopóki części nie zaczęły odpadać. Później wpadała w szał, próbowała je rozpaczliwie posklejać, a kiedy jej się nie udawało - drapała rękami po ścianach, szarpała za włosy i krzyczała.
Dni wlekły się coraz wolniej.
Nie wiedziała nawet, ile ich minęło, odkąd Adam zamknął ją tutaj, skazując na los więźniarki, bo wszystko zlewało się w jedną bezkształtną masę. Codziennie to samo: najpierw śniadanie przynoszone przez Borysa, potem kilka godzin samotności, obiad, znów samotność i na końcu kolacja. Czuła się jak pies, któremu wyznaczono konkretne godziny na jedzenie, ale najbardziej przerażające było w tym wszystkim to, że wciąż nie wiedziała, czemu spotkał ją taki los. Nienawidziła tego pokoju, który służył jej za sypialnię, kuchnię i toaletę - zupełnie jak w celi.
Patrzyła w lustro na swoją twarz, która przez te wszystkie miesiące zmieniła się nie do poznania. Zrobiła się blada, miała podkrążone oczy, suche usta i wiecznie zimne ręce, choć w pomieszczeniu było całkiem ciepło. Adam zjawiał się rzadko. Przyszedł na samym początku, oznajmiając jej, że nie wyjdzie stąd prędko, bo musi coś odpokutować, potem odwiedził ją jeszcze kilka razy. Zawsze stawał w drzwiach i jedynie patrzył, a kiedy robił krok w stronę wyjścia, próbowała rzucić się za nim i błagać, by ją wypuścił, ale wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. No i był jeszcze ten drugi, dużo gorszy, bo nie stronił od przemocy, słownych upokorzeń i psychicznego znęcania się nad nią. Borys przychodził tu codziennie i spędzał wiele godzin nie tylko na podawaniu jej posiłków, ale także na wpatrywaniu się w to, co robi, nadzorowaniu każdego jej ruchu.
Wiele razy musiała zmuszać się do trzymania moczu, bo nie chciała widzieć ironicznego uśmiechu na jego twarzy; w końcu jednak to wszystko jej spowszedniało. Nie miała siły płakać na zewnątrz, choć robiła to w głębi duszy. Coraz bardziej ogarniało ją poczucie beznadziei. I okrutnej tęsknoty za bliskimi.
4
Tym razem Borys przyszedł punkt piętnasta. Wiedziała, że to pora obiadu. Rozsuwanie jakichś dziwnych drzwi, a potem dźwięk zamka i kłódki wzbudzały w niej zarówno ekscytację, jak i strach. Po chwili ujrzała mężczyznę o topornym cielsku, ubranego w sztruksowe spodnie i jasną, skrojoną jakby na miarę koszulę. Niósł jedzenie, a talerz, nad którym unosiła się para, był obładowany aż po brzegi.
Borys uśmiechał się ironicznie. Pamiętała, jak pierwszy raz splunął do zupy i podał jej miskę, nakazując, by wszystko zjadła, bo inaczej wyląduje tam coś gorszego, dlatego - nauczona tamtymi doświadczeniami - wychodziła mu naprzeciw i brała tacę z obiadem tak szybko, jak tylko mogła.
- Zaczynasz mnie niepokoić - burknął i podał jej talerz pełen ziemniaków i sosu. Odetchnęła, nie widząc na nim niczego podejrzanego, i zaczęła jeść łapczywie, byleby tylko zaspokoić głód, jedyną potrzebę, która wzbudzała w niej jeszcze jakieś emocje. - Robisz się wyszczekana. Berner stwierdził, że trzeba cię trochę udomowić i dlatego ma dla ciebie niespodziankę. - Głos miał gruby, obniżony. Podrapał się po głowie, na której nie było już nawet jednego pasma włosów, i pstryknął palcami.
Chciała odchrząknąć i coś powiedzieć, ale zaschło jej w gardle, bo nie dostała do obiadu wody. Renata patrzyła na Borysa, zastanawiając się, co miał na myśli. Nie musiała długo czekać na wyjaśnienia, bo za chwilę dokończył:
- Poszczęściło ci się, będziesz miała towarzysza. Przyniosę ci zabawkę. Złożymy ją razem, dobrze?
Po tych słowach zostawił ją na moment samą, a chwilę później do pokoju wbiegł mały, biały szczeniak, który mógł mieć ledwie kilka miesięcy. Rozejrzał się po pomieszczeniu i dostrzegł siedzącą na łóżku Renatę. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana, w końcu nieśmiało wyciągnęła ręce, a pies skoczył w jej ramiona i zaczął ją lizać po dłoniach.
- Wabi się Książę - powiedział Borys, który przytargał właśnie na środek wielkie i, jak się Renacie wydawało, ciężkie pudło. Wzdychał i ocierał czoło, jakby ważyło co najmniej tonę. Położył je na podłodze i wtedy coś mocno brzęknęło.
Dziewczyna odsunęła się na skraj łóżka, głaszcząc zwierzę i tuląc je do siebie jak największy skarb. Po jej policzkach spływały łzy. Na Borysa patrzyła jedynie kątem oka. Chciało jej się pić, ale wiedziała, że jeśli nie przyniósł wody od razu, to znaczy, że będzie musiała poczekać do kolacji.
Mężczyzna wyjął scyzoryk i przeciął pudełko, z którego natychmiast wyleciały jakieś kawałki styropianu, a zaraz za nimi coś w rodzaju plątaniny drutów. Niektóre były już ze sobą splecione, inne trzeba było dopiero połączyć.
- Klatka dla tego szczura. Berner stwierdził, że nie może sobie tak po prostu latać po pokoju. Pomożesz? Według instrukcji... - Borys mamrotał coś pod nosem, a Renacie zrobiło się całkiem przyjemnie na myśl, że oprócz jego towarzystwa będzie miała kogoś bliskiego. Kogoś, kogo obdarzy uczuciem, zupełnie jak Smalczyka.
Tęskniła za nim. Czy babcia dobrze się nim opiekuje? Czy daje mu jeść? Zaraz jednak pojawiła się inna myśl. Skoro dostała zwierzaka, to raczej nieprędko stąd wyjdzie. Siedziała tu bezczynnie kilka miesięcy, bez żadnego celu, po prostu tkwiąc w pokoju, i choć Borys robił różne świństwa, to nadal żyła, nadal egzystowała w tym zawieszeniu. Czuła się dziwnie. Raz potrafiła przepłakać całe dnie, a następnym razem histerycznie się śmiała. Czy to obsesja? Czy to miejsce sprawiało, że coś działo się z jej umysłem?
- Trzeba go... wyprowadzać? - zapytała szybko Renata.
- Nie wiem, nie sądzę - rzucił Borys, trzymając w zębach śrubę i ocierając czoło. - Chciałabyś z nim wyjść, gówniarko, co? Spierdoliłabyś od razu, szybciej niż ten szczeniak, ale nawet o tym nie myśl, pies zostaje tu. W twoim interesie jest, żeby nauczyć go załatwiać się gdzieś, gdzie nie będę musiał sprzątać. Mam już dość obcych gówien. - Skrzywił się na wspomnienie poprzedniej pracy sprzątacza.
Renata wzruszyła ramionami, nie pytała o nic więcej, ale miał rację. Chciałaby wyjść, chciałaby uciec gdzieś, gdzie nikt jej już nie znajdzie. Czuła, że jeszcze kilka miesięcy w tej dziurze, a skończą jej się pokłady nadziei. Nie należała do silnych osób, nikt nie nauczył jej, jak sobie radzić ze światem i ze złem. Dorastanie jedynie w towarzystwie babci spowodowało, że nie miała odpowiednich wzorców i była bardziej krucha niż waleczna. Choć jeśli w grę wchodziły jej wolność i życie, nie miała wyboru. Musiała się bronić. Tylko jak? Jak stąd uciec?
Obserwowała to, co powstawało wewnątrz jej małego więzienia i stanowiło jedyny jasny punkt na mapie wszechobecnej ciemności. W końcu, po kilkunastu seriach przekleństw Borysa, klatka była gotowa, ale zajmowała zbyt wiele miejsca w - i tak już ciasnym - pokoju. Czy nie mogli dać jej psa bez tych drutów? Czy nie lepiej byłoby mu, gdyby leżał po prostu u niej na łóżku? To jeszcze maluch, niegroźny...
Borys otrzepał się z niewidzialnego kurzu, zabrał pudła i wyszedł, by za chwilę wrócić z tym samym ironicznym uśmiechem, jaki towarzyszył mu zawsze, kiedy patrzył na Renatę.
- Odłóż psa i chodź tu. Klatka zamyka się przy tej sprężynie, widzisz, gówniarko?
Pokiwała głową.
- Jest do tego klucz. Druty są stabilne, więc łapy zwierzaka nie zdołają ich wygiąć, zęby raczej też nie.
- On nie jest groźny - wyjąkała.
- On nie, ale ty zaczynasz być - zarechotał i dodał: - Pakuj się do środka. - Tym razem jego ton przypominał głos osoby, która spokojnie i rzeczowo informuje o pogodzie. - Spędzisz tu trochę czasu, jest całkiem dużo miejsca, jak dla ciebie. Wyschłaś ostatnio jak szczapa, to nie potrzebujesz wiele. Tylko może najpierw się załatw, bo wolałbym po tobie nie sprzątać, a ostatnio ciągle to, kurwa, robię. No już, ściągaj spodnie, na kibelek i właź do nory, bo mam jeszcze do ogarnięcia kilka spraw.
Przez chwilę patrzyła na niego zdziwiona, ale kiedy zorientowała się, że mówi poważnie, jej mina natychmiast się zmieniła. Serce zaczęło bić wściekle, a pies pisnął głośno, kiedy ścisnęła go za sierść, jakby był jej ostatnią nadzieją. Chciała rzucić się do drzwi, ale w tym momencie Borys szarpnął ją za ramię i siłą wepchnął jej wątłe ciało do drucianej klatki, przez co opadła na czworaki.
- Chodź do pana. - Borys zagwizdał, zacmokał, a pies powędrował w jego kierunku. Wielką ręką podrapał go za uchem, a ten z kolei polizał jego kciuk i wtulił się w niego mocniej. - No widzisz, Renatka, nawet pies cię nie chce. Słuchaj, to nie potrwa długo, może miesiąc, może dwa, a jak będzie trzeba, to trochę więcej, aż nabierzesz pokory.
Kucnął obok, wypuścił psa, który zainteresował się tym razem resztkami z obiadu, i zamknął klatkę na kłódkę. Przez kilka chwil Renata się szamotała, ale uspokoiła się, kiedy dał jej siarczystego kuksańca w bok i znów się zamachnął.
- Ciesz się, że nie mogę tam wchodzić, bo nie miałabyś dokąd przede mną uciec - dodał, zadowolony ze swojego żartu, zawołał psa i ruszył przed siebie.
- Chcę siku! Muszę na sedes! - wrzasnęła.
- Powiedziała, co wiedziała. A mówiłem, idź się załatw, to siedziałaś jak kukła. Teraz musisz zaczekać do wieczora, czyli jakieś... No nie wiem, z pięć godzin. Ale nie myśl, że Borys jest taki zły. - Rozejrzał się i podszedł do małej szafki kuchennej, na której stało kilka opakowań starych płatków śniadaniowych i puszki. Otworzył ją, wyjął stamtąd papierowy kubek, który potem lekko zgniótł, i przecisnął go przez kraty.
- Lej tu albo wcale. - Wzruszył ramionami.
Kiedy drzwi się za nim zatrzasnęły, Renata poczuła, że robi jej się na przemian zimno i ciepło. Spróbowała się podnieść, ale głową zahaczyła o dach klatki, miała więc do wyboru albo tkwić na czworakach, albo zwinąć się do pozycji embrionalnej. - Nienawidzę swojego życia - szepnęła do siebie. - Nienawidzę cię, Natalia. Jak możesz na to pozwalać...?
5
Leśnisko, 2018
Adam Berner wystukał na klawiaturze te same zdania co rok temu. Treść ogłoszenia była krótka, ale niezmienna. Patrzył przez zaciemnione okno i zwisający z karnisza, czarny materiał, a litery same pojawiały się na ekranie komputera.
Dom Marzeń znów zaprasza potrzebujących w swoje progi. Otrzymasz siedem dni i dwieście tysięcy złotych... Jeśli tylko odważysz się wykonać wszystkie zadania. Spróbujesz?
Tu zwykle pojawiał się adres mailowy Borysa i zdjęcia wnętrza budynku. Na tyle intrygujące, by przyciągały uwagę, a jednocześnie nie pokazywały zbyt wiele. Berner - jako właściciel Leśniska - cenił sobie prywatność bardziej niż wszystko inne. Nie mógł pozwolić na to, że ktokolwiek pozna jego sekret i wyniesie poufne informacje poza mury domu. Udostępnił ogłoszenie i rozesłał linki tym, którzy byli odpowiedzialni za wyszukiwanie potencjalnych klientów. Wiedział, że nie potrwa to długo, bo już rok temu mieli sporo chętnych, choć ta liczba nie zadowalała go w pełni.
Odłożył papierosa na ręcznie odlaną niegdyś popielniczkę. Tytoniowy zawijas nie był nawet odpalony, ale stanowił swojego rodzaju placebo. Adam Berner czuł jego zapach i niemal namacalny, mentolowy posmak, ale brakowało mu dymu, który rozchodziłby się przyjemnie po płucach i wydostawał przez usta. Ogień - a co za tym idzie i dym - był tu zabroniony. Nawet najmniejsza iskra mogła spowodować niepohamowaną złość jego żony, a tego wolał unikać. Jej potrzeby były nadrzędne i to im starał się zawsze podporządkowywać.
Zamknął laptopa i otworzył drzwi do gabinetu. Pomieszczenie było duże, z wielkimi oknami, ale i tu nie przedostawał się żaden promień słońca ani podmuch wiatru. Wszystko było zakryte i gotowe na przyjście gości, choć do rozpoczęcia gry zostało jeszcze trochę czasu. Spod warstwy misternie udrapowanego materiału gdzieniegdzie wychylał się jednak kawałek grafitowej framugi. Po lewej stronie od wejścia znajdowały się kolejne drzwi, tym razem w intensywnym, bordowym kolorze. Berner dotknął ich i przesunął ręką po złoconej klamce. Natychmiast pojawiły się na niej tłuste smugi. Czuł ekscytację na myśl, że już niebawem znajdą się chętni, by wejść do jego świata i podjąć wyzwanie. Był tego pewien.
Rok temu, kiedy dodawał ogłoszenie, miał kilkaset propozycji. Wybierał je jednak starannie, tak by ludzie, którzy trafili do Leśniska, byli spragnieni szybkiej gotówki. Nie chciał bandytów ani złodziei, tylko zwyczajnych ludzi postawionych pod ścianą. Rozpaczliwie potrzebujących pieniędzy. To był prosty układ oparty na wzajemnych korzyściach; on czerpał z widowiska emocje, a filmy udostępniane z Domu Marzeń rozchodziły się po najciemniejszych sferach dark netu. No i była jeszcze Natalia. Ją także interesował przebieg gry - chyba jedynego wydarzenia, którego kobieta nie mogła się doczekać. Rok temu było to jednak jeszcze dość mocno niedopracowane, zachowawcze, a teraz Berner chciał postawić na mocniejsze wrażenia.
Przeczesał ciemne, opadające na czoło włosy i oparł się o drzwi. Oddychał tak długo, zanim nie poczuł na karku czyjejś dłoni. Nie musiał się nawet odwracać. Doskonale wiedział, do kogo ona należy. Wysoka kobieta z niedbale związanymi w kok włosami patrzyła na niego z powagą. Granica między jej źrenicą a tęczówką w półmroku, jaki panował w pomieszczeniu, niemal się zatarła. Dotknął jej chłodnej dłoni, a potem wziął kobietę w ramiona.
- Zanieść cię do łóżka? Powinnaś odpoczywać po wczorajszym... - próbował uniknąć dosadnego określenia, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy, więc dokończył z wahaniem: - ...ataku. Niedługo znów zacznie się gra i musisz być w pełni sił, jeśli chcesz to obejrzeć.
Raz jeszcze spojrzał na bordowe drzwi i wyszedł z gabinetu. Kobieta milczała. Jej długa szyja i ramiona zwisały bezładnie, ale twarz, jakby na przekór otaczającej ją ciemności, była pogodna. Od dawna nie widział jej takiej. Ułożył ją w wielkim, drewnianym łóżku z baldachimem i przez moment jedynie lustrował wzrokiem. Zajrzał też do szafki nocnej. Leżało tam puste pudełko po paracetamolu, kilka czasopism i album ze zdjęciami. Nie potrzebowała już leków, ale wciąż je kupowała.
- Nie bierz tego gówna, bo to w niczym nie pomaga - powiedział nieco ostrzej, niż zamierzał. - Od tamtej sytuacji minęły dwa lata, skarbie.
- Sytuacji? Nazywasz to sytuacją? - zaakcentowała ostatnie słowo i lekko oparła się o zagłówek. Miała niski, gardłowy głos, nie było w nim żadnego śladu delikatności. Brzmiał jak zdarta płyta w starym magnetofonie i idealnie korespondował z wyostrzonymi rysami.
- Od wypadku - poprawił się, ale ona odwróciła już głowę, machinalnie i zbyt szybko. - Nie czujesz fizycznego bólu, wszystko się zagoiło, Natalia, naprawdę nie musisz... - zaczął, ale nie miał ochoty na kłótnię, więc zacisnął tylko lekko pięści i ugryzł się w język.
Zdjął marynarkę, odwiesił ją do szafy i położył się koło żony. Mimo wysokiego wzrostu wydawała się krucha, zresztą w jego ramionach zawsze była delikatna i mała. Nie odwracała już twarzy, pozwoliła się objąć i trwali tak przez dobrych kilka chwil, zanim nie zadzwonił telefon. Natalia drgnęła nerwowo i wyswobodziła się z jego uścisku.
- Odbierz - rzuciła.
Berner zdawał sobie sprawę, że ten czas, czas rozrachunku i gry, jest dla niej jedyną formą rozrywki od lat. Odkąd wschodnia część domu spłonęła, a ona sama doznała rozległych oparzeń, nic nie było w stanie jej ucieszyć. Adam patrzył, jak stopniowo ta odważna i piękna kobieta, która pomagała mu w interesach i tworzyła własne kolekcje ubrań, mizerniała i odgradzała się od przyjaciół. Brylowanie na salonach oraz częste spotkania w kawiarniach i galeriach zeszły na dalszy plan, a każda, choćby najmniejsza iskra ognia, wywoływała w niej spazmy i przerażenie. Trwało to i trwało, i choć ta trauma wciąż nie była zaleczona, czasem zdarzały się dni, kiedy wszystko wyglądało zwyczajnie. Berner długo myślał nad tym, jak mógłby pomóc Natalii, i choć przeszła już wiele terapii, a jej twarz nie była w złym stanie, skóra na dłoniach, szyi i klatce piersiowej bezpowrotnie straciła piękno. W końcu doszedł do wniosku, że tylko jedna rzecz będzie mogła choć na chwilę przywrócić blask w jej oczach. Ukoić ból i przynajmniej na jakiś czas pozwolić zapomnieć o żałobie po dziecku. Kochał żonę. Nawet teraz, gdy jej ciało było naznaczone licznymi bliznami i śladami po oparzeniach, chciał dla niej jak najlepiej.
Odebrał telefon. W słuchawce usłyszał głos Borysa, wiedział więc, że machina ruszyła i pierwsze zgłoszenia zapełniają jego skrzynkę mailową.
- Coś mamy? - Berner przeszedł od razu do rzeczy, zostawiając Natalię samą w sypialni. Lekko przymknął drzwi. Co prawda kobieta wiedziała o grze, ale czuł, że lepiej oszczędzić jej szczegółów technicznych.
- Rzucili się jak na węgiel. Są pary z komornikiem - powiedział Borys, a potem dodał: - Kilka dziewczyn w ciąży, którym faceci zwiali, jak tylko dowiedzieli się o gówniarzach. Małżeństwa z...
- Ciężarne odpadają - przerwał mu Adam. - Natalia źle na takie reaguje, nieformalne związki też nieszczególnie. Tylko małżeństwa, Borys. I tylko takie, które grzęzną w szambie.
- Tacy też są, ale potrzebuję czasu, żeby zrobić dokładny research. Dzwonię tylko powiedzieć, że podbicie stawki sprawiło, że ludzie pełzną do nas jak robale. Kurewsko pięknie widzieć to wszystko.
Berner uśmiechnął się lekko. Im więcej chętnych, tym więcej pieniędzy zasili ich lewe konto.
- To nie mogą być ludzie z małymi zobowiązaniami. Owszem, porządni, ale po szyję w gównie - tłumaczył.
- Mam takiego kandydata - wtrącił szybko Borys. - Żonaty. Wydaje mi się, że wiesz, o kim myślę...
- Jakie ma długi?
- Twierdzi, że musi oddać jakieś osiemdziesiąt kawałków, stracił robotę, no i mają jeszcze hipotekę. Żona jest, hmmm... Czekaj, niech sprawdzę tego maila. Aaa, robi paznokcie, jakiś biznes mało opłacalny, bo na zleceniu, więc stałej pensji brak. A co do hipoteki... Chyba nie muszę dodawać, że nie spłacają?
Berner uśmiechnął się pod nosem i pokiwał głową, jakby była to zwyczajna, luźna pogawędka. Lubił hazardzistów, potrafili przegrać wszystko, łącznie ze swoją godnością, i mieli predyspozycje do dalszej gry. Zawsze było im mało tego dreszczyku emocji.
- Przyjrzyj się mu. Zostały jeszcze dwa dni, może trafi się grubsza ryba. I żadnych brzuchatek.
- Jakbyś sprecyzował to w swoim ogłoszeniu, gówniary by się nie pchały, a teraz dostajemy pełno takich wiadomości.
- Gdyby nie to, nie miałbyś roboty. Płacę ci właśnie za selekcję, a one z kolei płacą wpisowe za zgłoszenie, więc wszystko się zgadza. Podeślij mi trzy pary, razem z ich historią kredytową, skróconą biografią, brudami... Musisz wyciągnąć wszystkie dane, rozumiesz? A Natalia ucieszy się z możliwości dokonania wyboru.
- Dalej z nią nie ten tego?
- A o co pytasz konkretnie? - warknął Berner.
- No, szefie, wiesz... Chodziło mi o to, jak się czuje - bąknął nieco zbity z tropu Borys, ale wiedział już, że użył niewłaściwych słów i prawdopodobnie naraził się po raz kolejny na złość przyjaciela.
Adam zmarszczył czoło. Spojrzał w stronę sypialni i odetchnął głęboko. Nie miał pojęcia, czy można było mówić o jakiejkolwiek poprawie, która zwiastowałaby coś lepszego. Gdyby tak było, pewnie by zauważył. Owszem, kiedyś zdarzały się tygodnie, kiedy Natalia starała się żyć zwyczajnie. Nie spędzała całych dni na piętrze, pracowała na dole, w salonie, ale łącznie trwało to niewiele ponad miesiąc i było efektem terapii, o której przeczytał na jednym z branżowych forów. Później nastąpił regres i trwał w zasadzie do dziś.
- Prześlij wiadomość, jak będziesz znał już konkrety. - Adam zostawił pytanie Borysa bez odpowiedzi. - Nie zawiedź mnie. To ważny dzień, kolejne urodziny Natalii, dlatego chcę, by gra była spektakularna, znacznie lepsza niż rok temu, a do tego potrzebujemy naprawdę podatnych ludzi. - Nie czekał na odpowiedź. Rozłączył się i odsłonił lekko okno, aby przyjrzeć się widokowi za szybą.
Na dworze zapadł już zmrok, a ulice Leśniska były puste. Mało kto zapuszczał się pod Dom Marzeń, mimo że okoliczni mieszkańcy nie mieli pojęcia, że to właśnie tu odbywa się coroczna gra. Brakowało im po prostu śmiałości. Solidne, wysokie ogrodzenie i historie o poprzednich właścicielach, wymyślone naprędce przez Bernera, skutecznie odciągały ciekawskich od okien domu. Okazały budynek, którego właściciel prowadził zakład pogrzebowy, dodatkowo zniechęcał do składania wizyt. Mówiono wręcz, że lepiej nie wchodzić w kontakty towarzyskie z kimś, kto na co dzień ma styczność ze śmiercią. Nikt jednak nie wiedział, co tak naprawdę działo się w środku i jak bliskie prawdy były te słowa.
6
Obudził się gwałtownie, bez tchu, zlany zimnym potem. Ktoś krzyczał. Wydawało mu się, że wyrwał się z jakiegoś sennego koszmaru, ale pomimo przebudzenia głos wcale nie znikał. Przeciwnie - przybierał na sile. Natychmiast zerwał się z łóżka, ale z zaskoczeniem zauważył, że Natalia śpi i to nie ją słyszy. Siedział tak przez chwilę i próbował uspokoić bicie serca. W domu byli tylko oni i służba. Nie miał więc wątpliwości, że krzyk dochodzi z dołu. Wysunął się spod zmiętej pościeli i ruszył na parter. Kiedy tam dotarł, głos ucichł. Krępa, pulchna kobieta w białym fartuszku wycierała właśnie wielką, czerwoną plamę z podłogi i powtarzała coś pod nosem.
- Co się stało? - Berner rozejrzał się po jasnej kuchni urządzonej w stylu glamour. Dostrzegł odłamki szkła pod wyspą kuchenną i kilka zbitych słoików z wiśniami.
- Myślałam, że mnie to zabije. Cholera, co za pech, co za pech! Będzie nieszczęście - powtarzała, nadal nie podnosząc wzroku na pana domu. - Nie mam pojęcia, kto ustawił w ten sposób te słoiki, ale jak tylko otworzyłam szafkę, wszystko spadło. Niedobrze się dzieje, niedobrze, to naprawdę zły znak.
- Spokojnie. To nie znak, tylko przypadek. - Berner zmarszczył brwi i otaksował pomieszczenie wzrokiem, jakby w poszukiwaniu winnego, ale doszedł do wniosku, że to kolejna z przypadłości kobiety i po prostu zaczyna szwankować jej pamięć. Zwłaszcza że podobnych sytuacji było już wiele. Zdarzało jej się na przykład zapominać o dawkach leków, które brała Natalia, więc mógłby się założyć, że zapomniała również o tym, iż sama tak ustawiła te słoiki.
- Zostaw to, idź się umyj, a Samuel wszystko posprząta. Teraz, kiedy nie ma zbyt wielu prac w ogrodzie, raczej się nie przemęcza. - Wskazał ręką na małą, przykuchenną łazienkę. - No idź, zostaw to szkło, zanim sobie zrobisz jakąś krzywdę. - Uśmiechnął się, nieco już spokojniejszy, że ten przeraźliwy krzyk nie zwiastował czegoś poważniejszego.
Do urodzin Natalii - a tym samym do kolejnej gry - został jeden dzień, nie mógł więc sobie pozwolić na niespodzianki. Zerknął przez okno. Wschodziło późne zimowe słońce, a samo niebo nabierało blasku. Ścieżka, która prowadziła na tyły domu, pokryta była warstwą śniegu. Zima zaczęła na dobre zatapiać swe długie szpony w Leśnisku. Okolica domu nie była jednak zbyt piękna. Berner miał wrażenie, że wraz ze spłonięciem budynku, nawet jeśli udało się jego część odrestaurować, coś bezpowrotnie się skończyło. Smętne, ponure drzewa nawet pod śnieżnym puchem nie wyglądały zbyt majestatycznie, a przydomowy staw, skuty już pierwszym lodem, sprawiał posępne wrażenie, jak w mrocznej wersji bajki o Królowej Śniegu. Minęły miesiące, zanim Dom Marzeń wizualnie zaczął przypominać ten sprzed pożaru, ale ani Natalia, ani on nie zaznali już w nim szczęścia.
Raz jeszcze omiótł wzrokiem podłogę i wcisnął przycisk pod wyspą. Natychmiast rozległ się dźwięk dzwonka, a po minucie pojawił się młody, żylasty chłopak z czapką niedbale naciągniętą na uszy.
- Maria znów narozrabiała - rzucił ironicznie Berner. - Zajmij się tym. I ustaw te cholerne słoiki w spiżarni, zanim nie wytłucze nam całych zapasów.
Samuel otworzył szeroko oczy, wymienił porozumiewawcze spojrzenie z właścicielem domu i zabrał się za sprzątanie. Adam zaś wrócił na górę, żałując tak wczesnej pobudki. Natalia już nie spała. Podszedł do niej i ucałował ją w czoło. Nie zareagowała, ale nie spodziewał się, że będzie inaczej. To stało się już ich codzienną rutyną - chłodne poranne przywitanie, śniadanie, które robiła Maria i które jedli na piętrze, zazwyczaj w milczeniu, a potem kolejne próby namawiania żony na wyjście gdziekolwiek.
- Dostaliśmy już sporo zgłoszeń - powiedział i usiadł na łóżku tuż obok niej. - Borys zajmuje się ich selekcją. Niedługo pojawią się goście, to będzie dobry dzień. - Uśmiechnął się. Rozpoczęcie tego tematu zazwyczaj skutkowało umiarkowaną radością Natalii. Ale nie tym razem.
- Nie moglibyśmy zrobić czegoś innego? - Zagryzła wargi i uniosła się nieco wyżej na poduszce. Nie patrzyła na niego. Spuściła wzrok na równo obcięte paznokcie, których nie malowała od czasu pożaru.
- Skarbie, przecież robimy to dla ciebie. Rok temu też była gra i bardzo ci się podobało, przecież wiem, jak cię to cieszy. Poza tym z tego są zupełnie inne pieniądze niż z domu pogrzebowego. Nie ma co porównywać. Dodatkowo będziesz mogła wybrać sobie parę zdesperowanych ludzi i obserwować ich poczynania. - Pogłaskał ją po twarzy, ale odtrąciła jego rękę.
- Nie głaszcz. Wiem, że się mnie brzydzisz. Po co tu jesteś? Po co codziennie mnie witasz w ten sposób i próbujesz pocieszyć? Nie chcę pocieszenia. Nie widzisz, jak wyglądam? - Odchyliła nieco koszulę nocną.
Berner patrzył teraz na jej szorstką, zgrubiałą skórę i szereg blizn. Skłamałby, gdyby powiedział, że mu się podoba. Natalia miała dopiero trzydzieści lat, a ciało - od szyi do pasa - staruszki. To nie zmieniło jednak jego uczuć. Wciąż miał nadzieję, że uda mu się bardziej do niej zbliżyć i że w końcu zaufa mu na tyle, by przestać obawiać się odtrącenia czy pogardy w jego oczach.
- Widzę. - Dotknął jej skóry, a ona natychmiast zrobiła gest, jakby chciała mu przerwać. - I nie ma to dla mnie znaczenia, bo cię kocham.
Przyciskał dłoń mocniej i głaskał ją uspokajająco. Zszedł ręką nieco niżej, na wgłębienie między piersiami. Drżała. Zawahał się. Postanowił, że nie będzie robił niczego na siłę, więc powiedział tylko:
- Nie zostawię cię. Mówiłem to już setki razy, ale będę powtarzał tak długo, jak trzeba. Pamiętaj, że robię to wszystko, żebyś była choć trochę zadowolona. Doceń to - dodał już nieco chłodniej. - Wezmę prysznic i przyniosę nam śniadanie. Chcesz coś w tym czasie poczytać?
- Ależ, kochanie - ironizowała. - Mam tu czasopisma, gazety codzienne, nawet ogrodnicze i wnętrzarskie. Myślisz, że potrzebuję więcej tych głupich magazynów? Nie! Potrzebuję moich tabletek, które mi ukradłeś, wódki i odpoczynku. Dokładnie w tej kolejności. Albo wszystkiego naraz.
- A czym się tak bardzo zmęczyłaś? - rzucił równie zjadliwie i zamknął się w łazience.
Odgłos trzaskających drzwi zmieszał się z hukiem upadającej na podłogę ramki ze zdjęciem ślubnym.
7
Śniadanie minęło szybko. Natalia jak zwykle nie przejawiała chęci do rozmowy, ale i Berner nie chciał zaczynać kolejnej przepychanki słownej, która najpewniej skończyłaby się jeszcze gorzej niż ostatnia. Miał nadzieję, że gdy kobieta dostanie listę osób zainteresowanych przybyciem do domu, stanie się dla niego znacznie milsza. Dziś nie zamierzał pracować - obowiązki przy dopilnowywaniu procedur w zakładzie pogrzebowym powierzył współpracownikowi, a sam zaczął planować urodziny. Skończył śniadanie, ucałował żonę i po raz kolejny nakazał Marii, by zaglądała do niej podczas jego nieobecności. Wciąż martwił się, że Natalia zrobi coś nieodpowiedniego, kiedy będzie dłużej przebywać sama. Samuel z kolei miał zająć się przygotowaniem okien do jutrzejszej gry, tak by wieczorem wszystko już było dopięte na ostatni guzik.
Pięć minut po jedenastej dotarł do knajpy "U Kowala", w której spotykał się z Borysem na chwilę przed ustaleniem zasad gry. To właśnie on był odpowiedzialny za wszelkie kwestie nazywane przez Bernera "technicznymi", czyli werbowanie uczestników i sprawdzanie ich pod każdym kątem, jeśli chodziło o finanse.
Elegancka kelnerka, ubrana w krótki uniform na wzór bawarski, przywitała go szerokim uśmiechem, kiedy tylko zajął miejsce przy stoliku. Borys tym razem się spóźniał, co oznaczało jedno - na pewno pojawiły się jakieś komplikacje dotyczące urodzin. Adam Berner zdjął marynarkę, poprawił grzywkę, zaczesując ją do tyłu, i podwinął rękawy koszuli. W barze unosił się dymno-korzenny zapach. Po lewej stronie siedziała już grupka osób, które - jak się Bernerowi wydawało - czekały jedynie na wybicie dwunastej i oficjalne przyzwolenie na picie alkoholu. Były też jakieś chichoczące studentki, pokazujące palcem to na jego drogi zegarek, to na tablet. Berner był przyzwyczajony do tego rodzaju spojrzeń, ale nic sobie z nich nie robił. Kelnerka podała mu małą czarną kawę i wróciła za bar, on zaś znad filiżanki dojrzał w końcu masywną sylwetkę i błyszczącą z daleka łysinę Borysa. Dziś ubrany był w brązowe spodnie i niebieski prochowiec. Mężczyzna podniósł dłoń, a usta rozciągnął w kwadratowym uśmiechu. Nie schodził mu on z twarzy, więc wszystko jednak musiało pójść zgodnie z planem.
- Nie lubię na nikogo czekać. - Berner od razu przeszedł do rzeczy. - Załatwiłeś mi to, o co prosiłem? Nie będzie kłopotów?
Borys przytaknął i przez chwilę tępo wpatrywał się w lawirującą między stolikami kelnerkę. Zlustrował ją uważnie, puścił oczko i wyszczerzył zęby, gdy raczyła go zaszczycić pobłażliwym spojrzeniem, zarezerwowanym dla zbyt nachalnych klientów.
- Uważaj, bo ci z tego pyska poleci ślina. - Berner założył ręce za siebie i uniósł brwi. Wciąż nie mógł się nadziwić, że jego współpracownik i jednocześnie bliski kolega skupia swoją uwagę na kobiecie, która nie wydawała się nim zainteresowana.
- No co? Jestem zdrowym facetem - odpowiedział. - Widzę ładną dziewczynę, to patrzę. Widzę kawałek ciała, to się uśmiecham i puszczam filuternie oczko, by zachęcić do interakcji. Jak na mnie spojrzy dłużej niż przez pięć sekund, to znaczy, że jest zainteresowana. Psychologia, nie?
- Nie, Borys. Wyglądasz jak tłusty kundel, który przebiegł za dużo i teraz chce mu się pić. Schowaj jęzor i do brzegu. Jakieś konkrety? Na pierwszy dzień będę potrzebował Renaty. Nie może być wcześniej bita, bo to zepsuje cały efekt - dodał ciszej. - Dawno nie sprawdzałem, co u niej, ale ufam ci, że jest gotowa i będzie najlepszym preludium do naszego spektaklu. Zastanawiam się tylko, co z kolejnymi dniami...
- Rok temu była sama Renatka - powiedział Borys. - Chcesz, żebyśmy wplątali w to kogoś jeszcze?
Berner się zamyślił.
- Nie wiem. Właściwie nie chcę karać obcych jedynie po to, żeby mieć widowisko. Może faktycznie lepiej pozostać przy Renacie i pozwolić widzom na więcej brutalności.
- Będzie ciekawiej, sam chętnie zobaczę, co ta lalka jeszcze zniesie. Tylko...
- No, co takiego?
- Czasem się zastanawiam... - Borys położył łokcie na stole, rozejrzał się i utkwił wzrok w przyjacielu. - Oczywiście kiedy nachodzą mnie sentymenty, bo zazwyczaj mam to w dupie. Co właściwie zrobili wam ci dłużnicy, że co roku kusisz ich wielkimi pieniędzmi, a potem psychicznie dręczysz?
Berner zacisnął usta. Miał wrażenie, że Borys doskonale znał odpowiedź i już chciał pominąć to pytanie milczeniem, ale zamiast tego burknął:
- A co zrobiliśmy my? Co zrobiła moja żona, że została tak ukarana i wygląda w ten sposób? Co zrobiłem ja, że Filip zginął, kiedy próbowała go ratować, hm?
- Nic - mruknął cicho Borys i odchylił się na krześle.
- No właśnie. A wiesz, co jest najgorsze? Świadomość tego, że do momentu wypadku żyliśmy jak normalna rodzina, ale nic nam to nie dało. Nie uchroniło nas przed cierpieniem. Więc błagam cię, zamknij się i wykonuj swoją robotę, bo na to miejsce jest pięćdziesięciu takich pachołków jak ty. A jeśli przyjdzie ci teraz do głowy współczuć Renacie czy komukolwiek innemu, to osobiście zatargam cię do Natalii i każę patrzeć na jej ciało.
- Adaś, no co ty...
- A spierdalaj z tymi zdrobnieniami! - warknął wzburzony Berner i zacisnął dłonie w pięści. Nienawidził nielojalności i głupich pytań, które obnażały ludzką niewiedzę. Nie znosił też, kiedy ktoś próbował odwoływać się do jego uczuć wyższych i pogrywać w ten sposób. Współczucie miał jedynie dla żony. Tylko ona się liczyła.
8
Godzinę później szary mercedes-benz GLS 600 mknął z powrotem do Leśniska. Berner był usatysfakcjonowany tym, że udało się dopiąć wszystkie szczegóły dotyczące gry. Ulica tonęła w popołudniowym korku, a reflektory oświetlały sporą już warstwę śniegu, z którą drogowcy - o dziwo - radzili sobie całkiem znośnie. We wnętrzu auta dudniła muzyka; mocne, rockowe uderzenia wdzierały się do umysłu Adama.
Mężczyzna pogładził włosy i spojrzał w lusterko wsteczne. Sznur aut. Usłyszał sygnał przychodzącej wiadomości i zerknął na telefon. Na WhatsAppie pojawił się numer Borysa. Informował o tym, że wstępna selekcja została zakończona. Choć Berner pożegnał się z nim zaledwie jakieś trzydzieści minut wcześniej, Borys już uporał się ze swoim zadaniem. Szybko. Adam cenił sobie skuteczność przyjaciela i jego zaangażowanie. Znów poczuł znajomą adrenalinę i pobudzenie, kiedy zdał sobie sprawę, że to wszystko niedługo się zacznie.
Ciekawiło go, kto już za moment zamieszka w jego domu i jak wielką determinacją się wykaże. Uchylił lekko okno. Mroźne powietrze wdarło się do wnętrza i przyjemnie wypełniło nozdrza Bernera. Miał wrażenie, że pachniało czymś nieuchwytnym, kojarzącym się już ze świętami. I choć był dopiero początek grudnia, zapach ten stawał się coraz bardziej intensywny, a budynki tonęły w tandetnych świecidełkach. Wyjął z kieszeni papierosa i odpalił. Zaciągnął się tak mocno, jak to tylko było możliwe, a później wyminął kilka aut przed sobą, by już za moment zostawić je daleko w tyle.
Chwilę później dostrzegł znajomy dom z jasną elewacją i kamiennym ogrodzeniem. Otworzył bramę pilotem i wjechał do podziemnego garażu, a stamtąd bocznym wejściem wszedł do domu. W drzwiach przywitali go Maria i Samuel. Okna były już niemal gotowe do jutrzejszych urodzin - chłopak uwijał się tak szybko, jakby był stworzony do pracy fizycznej.
- Dobra robota, Sam. - Berner rozejrzał się po parterze. Sypialnia dla gości, jadalnia i pokój gościnny tonęły już w półmroku, na którego widok poczuł niekontrolowany, chociaż przyjemny dreszcz. Mężczyzna skinął jedynie głową w podziękowaniu i wdrapał się na wysoką drabinę, by dokończyć dzieła, a Adam poszedł na górę.
Rozpiął koszulę i narzucił na siebie zwykły, lniany T-shirt z logo zespołu Coma. Otworzył laptopa i zalogował się na pocztę w poszukiwaniu upragnionego maila od Borysa. W wiadomości były trzy pliki, każdy z nich dotyczył jednej pary. Otworzył pierwszy. Dokument w formie tekstowej z załączonym zdjęciem był dość długi, ale właśnie za to cenił pracę Borysa - mimo jego usposobienia treść została skrupulatnie przygotowana i zawierała wszystkie potrzebne informacje. Szybko przejrzał opis. To samo zrobił z pozostałymi plikami. Skupił się głównie na wielkości zadłużenia kandydatów. Wydedukowanie, kto będzie najlepszy, zajęło mu nie więcej niż dwadzieścia minut. Wiedział już, co podpowiedzieć Natalii i w którą stronę ją nakierować, bo to właśnie do niej należała ostateczna decyzja. Zajrzał do sypialni; siedziała tym razem w puchowym, żółtym fotelu z książką w ręce. Powstrzymał się przed parsknięciem śmiechem. Oczywiście wzięła ją jedynie po to, by odwrócić jego uwagę. Nie zamierzała czytać, zwłaszcza że trzymała ją na odwrót.
- Mam dla ciebie niespodziankę. - Usiadł na brzegu fotela i wyjął z jej dłoni lekturę. - Myślę, że studiowanie tego, co przesłał Borys, będzie ciekawsze niż czytanie do góry nogami. Zobacz, trzy pary. Co myślisz?
Wzruszyła ramionami, ale po chwili wzięła laptopa do rąk i zaczęła się przyglądać zdjęciom, wodząc palcami po klawiaturze. Miała podciągnięte, nieco przybrudzone rękawy i podkrążone oczy, które podobnie jak blada cera były oznakami bezsennych nocy.
- Młodzi. Są w podobnym wieku? - zapytała bez emocji.
- Tak, najstarszy facet ma trzydzieści dwa lata, więc wciąż jest młodszy ode mnie, a ta kobieta jest twoją rówieśniczką.
- Co ich różni? - Nie odrywała wzroku od fotografii. - Pytam oczywiście o pieniądze. Kto ich najbardziej potrzebuje?
- Ci zbierają na chore dziecko i mają komornika. - Wskazał na pierwszy załącznik i podkreślone na żółto słowo "niemowlak".
- Odpada - powiedziała od razu Natalia. - A ci? Anna i Mariusz. Ciekawe... Co sprawiło, że chcą do nas przyjechać? Aha, już widzę. Chwilówki i niemożność podjęcia pracy przez wypadek żony. Jest aż tak chora? Myślę, że jeden chory człowiek w tym domu wystarczy - mruknęła, wskazując na siebie.
- Skarbie...
- Miałam wybrać, tak? Więc pozwól mi na decyzję. Monika i Marek, ładna para. To znaczy on taki pospolity, ale dziewczyna piękna - odezwała się nieco łagodniej. - Hazard, długi, cóż, nie ma chyba z nim łatwo. Uważasz, że jest piękna? - zapytała nagle.
- Nie mój typ. - Uśmiechnął się szeroko, chociaż właśnie okłamał Natalię. Dziewczyna zdecydowanie nie należała do brzydkich. Przyjrzał się jej ciemnym oczom. - Wolę inne kobiety. - Dotknął wychudzonej twarzy żony i założył jej włosy za ucho. Pocałował ją w policzek, a ona natychmiast zamknęła powieki.
- Daj spokój, proszę... To nie jest dobry moment. - Posłała mu sztuczny uśmiech.
- A kiedy będzie dobry? - westchnął. - Więc decydujesz się na tę dwójkę, tak? Dlaczego?
Pokiwała głową. Wpatrywała się w ekran przez kilka chwil, znów dotknęła go palcem i lekko po nim przesunęła. Powiększyła zdjęcie.
- Podobają mi się, bo wyglądają na zakochanych i... są kompletnie bez pieniędzy. Poza tym ona taka delikatna, a jednocześnie pełna wdzięku. Naprawdę ładna. Smutne, że czeka ją coś strasznego.
- Doprawdy? - Berner nie miał wątpliwości, że to udawany żal. Natalia kochała tę grę tak samo jak on i tylko z niej czerpała przyjemność, tylko z tej manipulacji ludzkimi sumieniami i wyrządzaniem krzywdy.
- Wyjdź - powiedziała nagle.
- Co? - Spojrzał na nią, ale znów odwróciła wzrok, podniosła palce do ust i zaczęła obgryzać paznokcie. Wzięła do rąk książkę i jak gdyby nigdy nic zatopiła się w lekturze. Nie potrwało to jednak długo. Po chwili wybuchła, krzycząc:
- Nie rozumiesz?! Wyjdź! Wynoś się z mojej sypialni i po prostu przestań na mnie patrzeć. Przestań udawać, że wszystko jest dobrze. Nic nigdy nie było. Zabieraj ten komputer i te wszystkie głupie zdjęcia. Nie zniosę tu nikogo ładnego! Nie chcę!
- Skarbie, ale przecież właśnie po to robimy to wszystko. Żebyś mogła...
- To nic nie daje - przerwała. - To są tylko chwile, Adam. Rozumiesz? I to jest tak bardzo złe, że nigdy nie podejrzewałabym, że jestem do czegoś takiego zdolna. Nigdy wcześniej. Przed śmiercią Filipa... - głos jej się załamał - ...nie byłam taka. A teraz po prostu zwariowałam, oszalałam z tej rozpaczy. Powinieneś był dać mi odejść tamtej nocy albo którejś kolejnej, zostawić mnie w spokoju. Może wreszcie dołączyłabym do Filipka i wytłumaczyła mu, jak bardzo chciałam go uratować, ale nie mogłam. Nie mam już w tym życiu nic.
- Masz mnie!
- To nie to samo. Nigdy nie będziesz dla mnie tak ważny jak dziecko - powiedziała, ale chwilę później złapała się za twarz, jakby dotarł do niej sens słów.
- Wiem - odpowiedział sucho. - Ale nie pozwolę ci się stoczyć. I nie obchodzi mnie, na którym miejscu postawiłaś mnie w swoim własnym rankingu miłości. Dla Filipka zawsze byłaś najważniejsza i on dla ciebie też, bo matkę i dziecko łączy coś wyjątkowo silnego, ale to nie znaczy, że musisz się tak zadręczać i wciąż obwiniać. To ja powinienem być wtedy w domu. - Przełknął nerwowo ślinę, a Natalia wykorzystała ten moment, aby mu przerwać.
- Codziennie słyszę we śnie jego płacz - jęknęła. - Słyszę przeraźliwy głos, który woła: "Mamo, mamusiu!". Później ten straszny krzyk i zapach jakby palonej skóry. Widzę te małe rączki, które do mnie wyciągał. Na pewno to robił, choć był zamknięty w tej przeklętej szafie. Bał się, ale ja po niego nie przyszłam. A kiedy już mi się udało, było za późno. Myślałam, że jak wyniosę go na zewnątrz, na śnieg, że jak zacznę nacierać te rany, pęcherze się jakoś zasklepią i wszystko wróci do normy.
- Natalia, naprawdę nie musisz... Skarbie, rozmawialiśmy o tym, nie grzeb, nie grzeb w tym już. - Spróbował ją objąć.
- Nie! Chcę to z siebie wyrzucić. Myślałam, że coś się zmieni, jak zacznę tak robić, ale to było naiwne, powinnam była krzyczeć i od razu dzwonić po pomoc. On nie otwierał oczu, nie wołał, a ja robiłam te wszystkie chore rzeczy, żeby się obudził. Dopiero ten mężczyzna... On wyrwał mi go z rąk i wtedy na chwilę się opamiętałam. Tylko że nie ta śmierć była najgorsza. - Zawiesiła głos. - Najgorsze jest to, że byłam drzwi w drzwi, tuż obok, a nie mogłam się wydostać na czas. Z tym nie da się żyć normalnie, to poczucie winy pali mnie od środka co noc i choćbyś mi mówił, że się przyzwyczaję i damy radę przez to przejść, ja już zawsze będę z tym sama. Nie ochroniłam go, nie było mnie przy nim, nigdy nie zobaczę już jego uśmiechu, nie zobaczę, jak się cieszy z kolejnych urodzin, pierwszych przejechanych metrów na rowerku czy coraz większej samodzielności. Pozbawiłam się wszystkiego, każdej jego radości i każdego smutku, który mogłabym ukoić. Wyjdź, Adam. Po prostu wyjdź i daj mi przeżywać to tak, jak chcę.
Berner nie zamierzał się jednak poddawać, nie chciał stracić żony. Walczył o każdy, najmniejszy nawet uśmiech i był przekonany, że pewnego dnia - może za miesiąc, może za pięć lat, ale kiedyś na pewno - będą potrafili cieszyć się chwilą, a Filipka wspominać z sentymentem. Wierzył w to.
- Nie oczekuję szczęścia doskonałego - powiedział. - Robię po prostu wszystko, żeby cię po tym podnieść i żebyś nie musiała się już sama zadręczać wyrzutami sumienia, bo jedyną winę ponoszą ci, którzy spowodowali pożar. Dopilnuję, by wszyscy ponieśli konsekwencje. Przysięgam ci to. Wszyscy, którzy skrzywdzili naszą rodzinę, będą się smażyć w piekle, i choćbym miał dołączyć tam do nich, sprawiedliwość zostanie wymierzona.
- Krzywdzimy Renatę, ale ona niczego nie zrobiła, nie powinna tu być. - Kobieta przymknęła oczy. - Wypuść ją, Adam, to zaszło chyba za daleko.
Berner pokręcił stanowczo głową. Nie zamierzał wypuszczać przyrodniej siostry Natalii i ryzykować, że dziewczyna pójdzie na policję - miał jeszcze wobec niej pewne plany i postanowił trzymać ją w sekretnym pokoju, dopóki sprawczyni całego wypadku nie wyjdzie ze szpitala.
A zapowiadało się, że nastąpi to nie wcześniej niż, cóż... Za dobrych kilka lat.
- Niczego nam nie zrobiła - powtórzyła Natalia.
- Filip też nie miał nic na sumieniu. Jak dwuletnie dziecko może cokolwiek komuś zrobić? Też był niewinny! - warknął. - Gdyby twoja matka została skazana, może by mi to wystarczyło, ale ona jest w szpitalu, ma ciepłą kołdrę, łóżko, telewizor i dużo wolnego czasu. My natomiast nie mamy nic. Ty straciłaś całkowicie chęć do życia, a ja tracę ciebie... - powiedział nieco ciszej.
Nie zamierzał kontynuować już tej rozmowy, wyszedł z sypialni, bo czuł, że jeszcze chwila i się rozklei. Zaczął sobie uświadamiać, że wszystko, co robi dla Natalii, cały świat, który tworzy i imaginuje sobie w głowie, kruszy się jak stare ciasto. Wziął trzy głębokie wdechy i udał się do gabinetu, a potem wykonał telefon do Borysa, przekazując mu, by powiadomił wybraną parę o tym, że szczęście uśmiechnęło się właśnie do nich.
Wziął do ręki papierosa i potarł go między dwoma palcami, a później włożył do ust, by - jak zwykle - jedynie przez chwilę poczuć jego smak. Oczywiście mógł zapalić, bo doskonale wiedział, że Natalia i tak tu teraz nie wejdzie, ale złożona żonie obietnica, że w tym domu nie pojawi się nawet najmniejszy dymek, była święta.
- Renatka, Renatka - powiedział do siebie. - Co ja mam z tobą zrobić?
Słowa Natalii na temat tego, że dziewczyna jest niewinna, zupełnie go nie przekonały, zwłaszcza że siostra nigdy nie była jej przychylna. Czuł, że to, co robi, jest złe, więc zagłuszał przedostające się momentami wyrzuty sumienia, utrzymując dobre warunki w pokoju, w którym przebywała. Nie głodził jej już od dawna, zapewniał rozrywkę w postaci książek i przestał zamykać ją w klatce, bo zrobiła się posłuszna, ale brak towarzystwa, brak dostępu do słońca i światła nadal miały być dla niej największą karą.
9
Leśnisko, 2016
Patrzył, jak Natalia przymierza czarną, obcisłą sukienkę, którą chciała włożyć na dzisiejszy wieczór. Robiła to już chyba kolejny raz w tym tygodniu, ale Berner nie miał zamiaru pytać dlaczego. Odnosił nieodparte wrażenie, że cieszy się po prostu z odzyskanej figury. Rok zajęło jej dojście do formy sprzed ciąży, przestała też karmić piersią, więc mogła wybierać bardziej zakryte suknie i nie musiała martwić się o to, że nie będzie mogła ukradkiem odchylić dekoltu. Spojrzał na nią badawczo. Miała pięknie wyeksponowane, smukłe plecy, a długie, ciemne włosy zarzuciła do przodu, by zapiąć guzik na karku.
- Nie potrzebujesz pomocy? - zapytał i nie czekając na odpowiedź, podszedł do niej. Musnął lekko palcami jej kark i wycelował w delikatnie utkaną dziurkę.
Obróciła się w jego stronę i przytuliła do niego. Pachniała mocnymi perfumami, które kupił jej niedawno. Uwielbiał ich woń i - jak się okazało - ona także, bo spryskiwała się nimi nie tylko na specjalne okazje.
- Nie mogę się doczekać tego wieczoru. Cieszę się, że mama zgodziła się zostać z Filipkiem. - Zerknęła na śpiącego w drugim pokoju synka. - Czy to nie cudowny zbieg okoliczności, że mamy urodziny dzień po dniu? Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego życia, lepszego domu ani rodziny. - Pocałowała męża w usta i zawirowała w miejscu, prezentując sukienkę.
- A ja piękniejszej kobiety. Z każdym rokiem zyskujesz, jesteś jak wino. - Uśmiechnęła się na te słowa i stanęła przodem do lustra w drzwiach wielkiej, przesuwnej szafy.
- Nie mogę przestać jej przymierzać, chciałabym, żeby już była osiemnasta. Czekanie na imprezę, na której w końcu będę mogła zostać całą noc i bawić się nie tylko przy herbacie, budzi we mnie ekscytację. Adam, naprawdę tego potrzebuję. - Zerknęła na niego niepewnie.
- Nie musisz szukać potwierdzenia ani aprobaty. Jesteś z Filipkiem cały czas, zrezygnowałaś z pracy i przeszłaś na zdalne zlecenia, by się nim zająć, dopóki nie pójdzie do przedszkola, więc nie powinnaś czuć się zakłopotana, mówiąc o zabawie czy alkoholu. To twoje urodziny. Będziesz się bawić tak długo, jak tylko zechcesz. - Przytulił ją mocno i pogłaskał po twarzy. - Przyjadę po ciebie za jakieś dwie godziny, dobrze?
- Wychodzisz?
- Muszę załatwić coś w domu pogrzebowym - skłamał. - Ale nie martw się, nie zajmie mi to wiele czasu. Zdążę się ogarnąć i razem pojedziemy do "Bursy". Wszystko jest już gotowe i dopięte na ostatni guzik. Goście także zjawią się na czas. Korzystaj jeszcze z wolnego, póki mały śpi. Ostatnio jest strasznie marudny, podejrzewam, że będzie miał charakterek po mamusi. - Roześmiał się i pocałował ją w usta długo i namiętnie.
Kiedy skończyli, kiwnęła głową i wróciła do układania fryzury. Pocałował ją raz jeszcze w policzek i wysłał esemesa do Borysa, a chwilę później już schodził po schodach. Adam miał zamiar przygotować dla Natalii coś spektakularnego. On także - tak samo jak żona - cieszył się na myśl o wspólnej zabawie i o tym, że będzie miał ją w końcu tylko dla siebie. Czas spędzony z dzieckiem był dla niego wyjątkowy, ale noc sam na sam jawiła się jeszcze bardziej ekscytująco.
Kilkanaście minut później dotarł do baru "U Kowala" - Borys już na niego czekał. Jego mina zdradzała jedno - wszystko poszło zgodnie z planem, a niespodzianka dla Natalii była już w pełni przygotowana; pozostało jedynie czekać na wieczór. Berner zdjął płaszcz i zajął miejsce przy stoliku. Borysowi uśmiech nie schodził z twarzy, ale było w nim coś ironicznego, coś, co Adam natychmiast wychwycił. Przekrzywił lekko głowę i spojrzał na niego bacznie.
- Coś nie tak?
Borys podniósł ręce do góry, jakby w natychmiastowym geście poddania. W barze było wyjątkowo tłoczno jak na tę godzinę, pachniało piwem i korzennymi piernikami. Marketing sensoryczny był tu na wyższym poziomie niż w niejednej sieciówce, gdzie czuć było tandetne, dławiące zapachy, mające niby na celu przyciągnąć klientów.
- Adaś... - rzekł Borys, poprawiając niebieską, świeżo wyprasowaną koszulę, na której nie widać było nawet najmniejszej skazy. - Wszystko załatwione. Przecież wiesz, że ja nigdy nie zawodzę i możesz powierzyć mi w ciemno każdą, nawet najbrudniejszą robotę. - Zawahał się przez moment. - A może zwłaszcza tę.
- Załatwienie zespołu chyba nie należało do aż tak trudnych zadań, co? - Berner uniósł ironicznie brew, a zaraz potem parsknął śmiechem. - Cenię cię, naprawdę - dodał już poważniej. - Jesteś konkretny i terminowy, lubię to w ludziach. Z takimi jak ty najlepiej robi się interesy. Będą chwilę przed osiemnastą, tak?
- Taaa, ten cały... Maciek, Maciej... Kurwa, jak temu muzykowi było? No nieważne. W każdym razie wokalista dograny na tip-top, pozostali grajkowie tak samo. Twoja żona będzie się dziś bawić przy piosenkach swojego ulubionego zespołu, ale jeśli chcesz znać moje zdanie, to mocno przepłaciłeś. Gdybyś załatwił to wcześniej, wyszłoby znacznie taniej. Poza tym to są jakieś smętne ballady dla starych babek, które tylko siedzą i rozczulają się nad muzyką, by potem płakać z tego powodu jeszcze głośniej.
Berner pokręcił głową, ale mimowolnie się uśmiechnął. Frywolne usposobienie Borysa zawsze wysuwało się na pierwszy plan - mimo nieskazitelnego wyglądu.
- Powiedziała mi o tym jakiś miesiąc temu. To znaczy napomknęła, że chciałaby pójść na ich koncert, ale już było za późno na kupienie biletów. Więc pomyślałem, że zrobią koncert tylko dla niej.
- Miesiąc temu, taaa... - Borys zarechotał. - To co ty, Adaś, nie wiesz, czego słucha twoja żona? Znacie się już trochę, jesteś zawsze taki ogarnięty, a tu na ostatnią chwilę?
Berner zasznurował usta. Miał zamiar coś odpyskować, ale powstrzymał się, mówiąc jedynie, że przecież i tak się udało, więc nie ma o co robić hałasu. Tak właśnie uważał, a docinki jego współpracownika nawet nie drasnęły jego ego.
- Jak przychody? Coś drgnęło od zeszłego miesiąca? - zmienił zręcznie temat i sięgnął po kawę, którą niezmiennie od kilku lat przynosiła mu niziutka kelnerka, bez potrzeby wcześniejszego zamawiania. Poczuł przyjemną gorycz w ustach. Ciepły płyn wypełnił jego wnętrze i natychmiast pobudził. - Ostatnio słabo z tym...
- Bo trupów jakby mniej. Ale teraz zima lepsza łapie, to tylko czekać na jakieś zamarznięcia czy inne wypadki. Wczoraj przyjechało przecież dwóch, mają w cholerę ran, bo po sekcji, no i trzeba ich będzie skremować, a wiesz, że przy takich stawka rośnie, oj rośnie. A co ma zrobić rodzina? Musi zapłacić. Nie jest źle, Adaś, tłuste lata jeszcze przed tobą, chociaż i tak biedny nie jesteś. Nie powinieneś narzekać.
- Z legalnego biznesu mam grosze w porównaniu z tym, co robimy na boku. A prezes chyba zaczyna coś kombinować. - Ściszył głos. - Jeśli Natalia się dowie...
- Nie dowie się. Jest za głupiutka na takie rzeczy - powiedział sarkastycznie Borys, ale natychmiast tego pożałował, bo Adam sięgnął przez stół i złapał go za idealnie wyprasowaną koszulę, zmuszając do podniesienia głowy i wzięcia głębszego wdechu.
- A do szczoty i czyszczenia gówien ci się nie śpieszy, hm? Już zapomniałeś, gdzie wcześniej pracowałeś i kto cię stamtąd wyciągnął?
- Adaś, co ty... - Borys znów wyciągnął ręce i zlustrował wzrokiem salę, napotykając spojrzenia mniej lub bardziej zdziwionych nagłym wybuchem Bernera ludzi. - Przecież wiesz, że tak nie myślę. Natalia to mądra i piękna dziewczyna, chciałem powiedzieć, że na pewno nie dowie się o tym, jak sobie dorabiamy. To znaczy... Jak ty dorabiasz, bo ty tu rządzisz, Adaś.
Berner pokiwał głową z politowaniem i wygładził nieco zmięte ubranie swojego współpracownika. Klepnął go w ramię i usiadł, pocierając mocno nasadę nosa. Przez chwilę obaj milczeli. Borys zajął się prostowaniem koszuli i próbował pohamować irytację, że materiał nie wraca do poprzedniego stanu, Adam z kolei sączył kawę i scrollował telefon.
- Porządnie wyglądasz w tych ubraniach, nie chciałbym, żebyś wrócił do tego syfu, więc trochę szacunku, okej? - odezwał się w końcu, kiedy złość nieco mu minęła.
- Jasna sprawa - rzucił Borys. - No dobra, to co? Zamówimy coś na ząb?
Berner uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.
- Powinienem jeszcze zajechać do baru, żeby sprawdzić, czy obsługa wszystko przygotowała. Jest tam też ta przyrodnia siostra Natalii, Renatka. Gdybym pomógł, może w końcu wkupiłbym się w jej łaski, bo chyba niezbyt mnie lubi.
- Zjemy i pojedziemy, spokojnie. Dziś nie musisz się tak wszędzie śpieszyć. Może małe piwo? - Rozejrzał się wokoło. - Wszyscy piją już te swoje gorące czekolady i wpychają do ust słodkie pianki, bo świąteczny klimat im się udziela, co za obrzydliwość! Piwo! Ciemne, dobre piwo! To jest dopiero klimat wszystkich świąt!
- Zostawiam alkohol na wieczór. Ty też się nie wstawiaj, bo może będziesz potrzebny jako kierowca. Musisz być pod ręką w stanie co najmniej dobrym.
- Do wieczora to zdążę...
- Borys, nie - uciął temat Berner i przywołał gestem kelnerkę.
Zamówili po golonce. I choć Borys wyrażał niezadowolenie z braku przyzwolenia na zimne piwko w równie zimne popołudnie, to perspektywa wieczornego zlecenia i jutrzejszego wolnego dnia nieco go pobudziła. Siedzieli w barze jeszcze dobrą godzinę. Berner - zawsze punktualny i terminowy - tym razem stracił poczucie czasu, gdy rozmowa zeszła na temat ich dodatkowego zajęcia. Z zamyślenia wyrwał go dopiero dźwięk telefonu. Nieznajomy numer. Nie zwykł takich odbierać, więc odrzucił połączenie, ale po chwili znów rozległ się dzwonek.
- Odbierz, kurwa. No, Adaś, zasady zasadami, ale ktoś tu chyba ma niezłe ciśnienie. - Umazany w sosie z golonki Borys wskazał na telefon. - Jak fotowoltaika albo baba od kredytów, to ja z nimi pogadam tak, że już nigdy nie zadzwonią.
- Nie odbieram od nieznajomych numerów. - Znów odrzucił połączenie. - Zbieramy się. Porozmawiam jeszcze chwilę z Anką na temat obsługi dzisiejszej imprezy, a potem muszę wrócić do zajazdu. Została mi godzina, obiecałem, że będę wcześniej. - Włożył na siebie dżinsową kurtkę i płaszcz i wszedł do małego pomieszczenia na zapleczu baru.
Borysa dobiegł odgłos przytłumionej rozmowy i właśnie wtedy telefon, który został na stoliku, znów zawibrował. Mężczyzna nie należał do nielojalnych i wścibskich, ale nie był też zbyt cierpliwy, a coraz głośniejsze dźwięki denerwowały go bardziej niż brak chłodnego napoju do tłustego mięsa. Sięgnął więc po komórkę i odebrał.
- Adam! Adam, przyjeżdżaj... Filip i... Och, Boże! - Borys próbował rozpoznać głos po drugiej stronie aparatu, co nie było łatwe, bo wciąż słyszał zakłócenia i krzyki. Słowa mieszały się z płaczem. Nie, to nie był płacz, to było zawodzenie. Już miał coś odpowiedzieć, ale napotkał wzrok Bernera.
- Mówiłem ci, że nie odbieram od nieznajomych! - warknął głośno tamten.
Borys pokręcił z przerażeniem głową, przyłożył telefon do klatki piersiowej i powiedział:
- Adaś, coś jest chyba nie tak. Coś jest, kurwa, bardzo nie tak. U ciebie w domu.
10
Najpierw rozległ się dziecięcy, piskliwy krzyk, dopiero później dołączył do niego kobiecy - bardziej intensywny i przeraźliwy. Natalia usilnie próbowała otworzyć drzwi do sypialni, ale te - jak na złość - nie chciały ustąpić. Przez dobrych kilka minut szarpała za klamkę, uderzała w drewniane tworzywo, aż w końcu osunęła się bezwładnie na ziemię. Dym, który wydostawał się z korytarza, dotarł też do niej. Czuła jego duszący, gorzki posmak, który sprawiał, że trzeba było zatykać usta i nos. Krzyk dziecka stawał się coraz bardziej przeraźliwy. Natalia gorączkowo zastanawiała się, co robić. Telefon został na dole - nie mogła zadzwonić do Adama, a on się spóźniał! Coś było tutaj cholernie nie w porządku. Zawodzenie syna doprowadzało ją do rozpaczy - próbowała uderzyć w drzwi czymś ciężkim, rozerwać je na strzępy, ale nie mogła, nie dało się! Wyjrzała przez okno. Pod domem leżała wielka sterta śniegu. Pierwsze piętro nie było na takiej wysokości, która mogłaby ją zabić. Zerkała to na drzwi, to na zewnątrz. Liczyły się sekundy. Dlaczego nikt nie przychodził? Dlaczego nikt nie uspokajał Filipka i co - do cholery - miał znaczyć ten dym? Związała niedbale ze sobą trzy prześcieradła i omotała materiałem nóżkę od szafy. Przerzuciła koniec prowizorycznej liny przez parapet. To był impuls. Nie mogła słuchać tego krzyku, tego przeraźliwego zawodzenia małego dziecka.
Nie miała na sobie kurtki, więc kiedy tylko zaczęła się powoli opuszczać, poczuła, jak pieką ją od mrozu policzki i ręce. Ostatnie prześcieradło nie zdołało dosięgnąć podłoża, ale wisiało na tyle nisko, że mogła skoczyć. Uderzyła bosymi stopami o ziemię przykrytą białym puchem.
- Cholera! - zaklęła, ale adrenalina nie pozwoliła jej na dłuższe przeżywanie tego upadku i skupianie się na niedogodnościach. Nie czuła bólu. Obeszła dom i ruszyła w stronę wejścia. Złapała za klamkę i szarpnęła nią mocno.
- Maria! Maria, co się dzieje? Samuel! - Zajrzała do kuchni, ale nikogo tam nie było. Ciemno, pustka, jakby ludzie, którzy jeszcze niedawno krzątali się na dole, zniknęli. Czuła coraz wyraźniej smród dymu. Dusił ją, gryzł. Wbiegła po schodach, dotknęła ciepłej poręczy i...
- O Boże! Boże, Filip! - Jego pokój był zamknięty. Kopnęła drzwi czubkiem buta i wtedy to zobaczyła. Meble i firanki stały w płomieniach. Łóżeczko, w którym sypiał, zdążyło spalić się już w połowie, a reszta nabrała czarnego koloru. Zatkała usta. Było gorąco. Zbyt gorąco, by przebywać w tym pokoju, ale nigdzie nie dostrzegła Filipka. Nie słyszała już jego zawodzenia...
- Boże, Filip! Filip, kochanie! - jęknęła.
Czuła, jak ogień zatacza wokół niej krąg, jak dosięga jej ramion, ale nadal nie mogła odnaleźć syna. Czyżby gdzieś wybiegł? Obróciła się w stronę korytarza, ale i stamtąd nie dochodził żaden dźwięk. Rozglądała się gorączkowo - i wtedy usłyszała trzask. Z przyozdobionej rysunkiem kolorowego misia szafy odleciał fragment drzwi, a tuż za nim z głośnym łoskotem upadło na podłogę małe ciałko. Natalia rzuciła się natychmiast w jego stronę. Chłopiec miał poparzoną twarz, tułów, a nawet dłonie. Bez chwili namysłu włożyła rękę w ogień, by odrzucić kawałek mebla, i nachyliła się - właśnie wtedy płomień buchnął jej prosto w klatkę piersiową. Zadrżała i krzyknęła. Nie, nie może się teraz poddać, musi znieść ten ból, musi natychmiast wynieść Filipka na zewnątrz... Ruszyła z dzieckiem na rękach i starała się jak najszybciej zbiec po schodach, jeden krok, dwa, trzy, byle jak najdalej stąd, byle szybko zawiadomić odpowiednie służby. Nagle się potknęła, upadła na jeden ze stopni, a syn, którego trzymała w ramionach, potoczył się w dół jak zwinięta w rulon sterta szmat.
- Boże! Filip, nie! - wrzasnęła i podbiegła do niego. Z tyłu malutkiej główki zaczęła sączyć się krew. Wzięła go znów na ręce i przycisnęła jeszcze mocniej do siebie, choć twarz i klatka piersiowa piekły ją niesamowicie, a on sam był cały rozpalony.
- Już dobrze, już dobrze, skarbie. Maria! Maria! Mamo! Gdzie jesteście? Cholera, gdzie oni wszyscy są, gdzie oni są!?
Rozejrzała się gorączkowo po wnętrzu kuchni, ale nikogo tam nie zastała.
Wybiegła na zewnątrz. Przed domem stał jakiś mężczyzna. Natalia nie miała siły biec pod bramę, zdążyła jedynie zawołać, by wezwał pomoc. Chwilę później ułożyła syna na kolanach i próbowała ocucić. Pochyliła się nad jego poparzoną twarzyczką - nie oddychał, była tego pewna. Rozchyliła mu usta i zaczęła robić resuscytację - wdech, wydech, wdech, długi wydech, no dalej. Wzięła nieco śniegu i potarła nim rączki, buzię, klatkę piersiową chłopca. Bezmyślnie, głupio, ale chciała go ochłodzić, chciała, żeby te rany zniknęły.
- Filip, proszę, skarbie, nie zostawiaj mamusi. Pomocy! - krzyknęła i właśnie wtedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. To ten mężczyzna.
- Niech pan zadzwoni po Adama, niech mój Adam tu przyjedzie i jakaś karetka. Ja zostawiłam telefon i... - Zawyła. - Nie, ja zadzwonię, proszę dać na głośnomówiący. Podam panu numer!
- Boże, taka tragedia. - Nieznajomy złapał się za głowę. - Przecież to wszystko pójdzie z dymem. Ściągnął czapkę i wystukał numer, który dyktowała Natalia. - Nie odbiera - powiedział po chwili.
- Do skutku. Proszę dzwonić do skutku! Musi tu przyjechać, musi go uratować!
- Proszę pani, ale...
- Dzwoń! - wrzasnęła, a potem poczuła, że robi jej się słabo.
***
Wnętrze oddziału ratunkowego szpitala w Lublinie było tak smętne jak ludzie, którzy w nim pracowali. Czas spędzony w środku nie tylko przyprawiał o przygnębienie, ale i zwyczajnie o dyskomfort fizyczny. Wszędzie brudno i zimno. Kolejka na izbie przyjęć zamiast się skracać, rosła w oczach, a krzyk małych dzieci, których było tutaj więcej niż dorosłych, powodował nieznośny ból głowy. Po kilku godzinach oczekiwania gruby, ubrany w obszerny kitel lekarz skinął na Bernera. Adam poderwał się natychmiast i ruszył za nim. W ślad za tą dwójką szedł także Borys, któremu zniknął już z twarzy głupkowaty uśmiech, nawet jego wybrudzona błotem puchowa kurtka nie robiła na nim wrażenia. Nie teraz.
- Nie mam dobrych wieści... - Lekarz nie musiał nic więcej dodawać.
Berner zacisnął usta i pięści jednocześnie. Uderzył w ścianę w małej wnęce na korytarzu. Jego serce zaczęło zwalniać, czuł, że jeszcze chwila, a straci przytomność, ale wtedy Borys położył mu rękę na ramieniu.
- Usiądź, Adaś...
- Spierdalaj! To wszystko przez ciebie, rozumiesz? Wszystko przez to, że zachciało ci się pogaduszek. Gdyby nie to, gdybym... Gdybym wrócił godzinę wcześniej, to nic by się nie stało, na pewno nie!
- Proszę się uspokoić. Jest mi bardzo przykro, że nie udało nam się pomóc pańskiemu synowi. - Lekarz zwiesił luźno ramiona, ale wciąż utrzymywał kontakt wzrokowy.
Adam Berner wsłuchiwał się w jego słowa. Czuł, że kręci mu się w głowie, nie wiedział, jak ma powiedzieć o tym Natalii, nie wiedział, jak jakiejkolwiek matce mógłby powiedzieć, że nigdy nie usłyszy już głosu swojego dziecka, nie poczuje jego rączek, nie będzie patrzeć, jak dorasta. Ona tego nie zniesie. Wiedział, że to najgorsza wiadomość, jaką kiedykolwiek otrzymał i jaką będzie musiał przekazać.
- Nie jest panu przykro, proszę nie wciskać mi tu tych durnych formułek. Zawsze wam przykro i zawsze robicie, co w waszej mocy, ale widocznie to za mało! W tym, kurwa, grajdołku zawsze jest coś nie tak. Gdybyście zawieźli go do szpitala w Warszawie, na pewno by żył!
- Przy tak rozległych oparzeniach czas odgrywa ogromną rolę. Nie mogliśmy już nic zrobić, walczyliśmy, ale organizm był zbyt słaby. To za wiele dla małego dziecka. - Lekarz przełknął nerwowo ślinę.
- Co z Natalią? To znaczy z panią Berner? - wtrącił Borys.
- Miała więcej szczęścia. - Mężczyzna nie patrzył na niego. - Skóra w znacznym stopniu się zregeneruje, ale potrzebna będzie długa rehabilitacja. Nieoceniona będzie też pomoc psychologa, mamy tu świetnego specjalistę.
Adam znów uderzył pięścią w ścianę. Robił to tak długo, aż na jego dłoni pojawiły się otarcia i krew. Lekarz nie oponował, nie próbował go tym razem uspokajać - złość i frustracja musiały zostać uzewnętrznione. Smutek i rozpacz czekały tylko na to, by znaleźć ujście.
- Odwołaj wszystko, Borys. Odwołaj ten cyrk z urodzinami, zespół, zapłać im, nie wiem, kurwa, co jeszcze, ale uprzedź wszystkich, że impreza się nie odbędzie. Albo niech sobie tam siedzą, szkoda tego jedzenia. Nienawidzę marnowania rzeczy. Kurwa! Nie mam planu, rozumiesz? Nie wiem, co robić, pierwszy raz od dawna wszystko wymyka mi się spod kontroli i nie wiem, jak to pozbierać.
- Tak, niczym się nie przejmuj. Wszystko załatwię. Co się mogło stać? Skąd ten ogień? Maria coś wymyśliła? - dopytywał Borys.
- Nie wiem, nie mam pojęcia, chcę tylko, żeby Natalia z tego wyszła. Mogę zadbać już tylko o to...
Borys poklepał Adama po plecach i odszedł. Berner wziął kilka głębokich wdechów, a kiedy został sam, kiedy nie było już nikogo bliskiego obok, rozpłakał się jak dziecko. Wył długo, donośnie i z głębi serca, nie tylko po to, by wyrzucić z siebie smutek i żal, ale również - a może przede wszystkim - by nie widziała go w takim stanie Natalia. Chciał być dla niej oparciem. Chciał załagodzić jej ból, nie mógł więc pozwolić sobie na słabość w jej obecności. Musiał zrobić to teraz, samotnie. Wykrzyczeć i wypłakać wszystko, tak by uzbroić się w ochronny pancerz fałszywej obojętności.
11
Natalia odwracała wzrok za każdym razem, kiedy przychodził do szpitalnej sali. Oprócz bólu fizycznego czuła też psychiczny, przy czym ten drugi był dużo bardziej rozdzierający i destrukcyjny. Informacja o tym, że będzie musiała zostać tu przez dłuższy czas, nie byłaby tak przytłaczająca, gdyby nie fakt, że nie mogła uczestniczyć w pogrzebie Filipka. Nie mogła zrobić nic, by go ochronić, by go uratować, a później było już za późno. Zgon nastąpił kilka godzin po operacji - nie usłyszała więcej jego płaczu, śmiechu, nie mogła patrzeć na jego ostatnie pożegnanie. Nic nie mogła zrobić. Czuła się winna całej tej sytuacji - gdyby dobiegła szybciej, gdyby nie włączyła tej cholernej muzyki i nie zniknęła w łazience pod prysznicem, może wcześniej wyczułaby smród i usłyszała jęki.
Ale miał spać. Miał przecież spać, a ona poinformowała mamę i Marię, że idzie do łazienki. Przecież usłyszałyby krzyk... Dlaczego wyszły? Dlaczego obie zniknęły? Chciała poznać odpowiedź na to pytanie, chciała odszukać winnego i spojrzeć mu w oczy, ale w głowie miała czarną dziurę.
- Jak się czujesz? - Głos męża wyrwał ją z zamyślenia.
Nie musiała odpowiadać - wiedział, że nijak. Nic nie uległo poprawie, a rany tak naprawdę dopiero się otwierały. Adam Berner usiadł obok na wysłużonym krześle i złożył ręce jak do modlitwy, opierając czubki palców o brodę. Nie wiedział, co powinien powiedzieć. On - zawsze taki wygadany - teraz po prostu milczał, a do głowy przychodziły mu jedynie grzecznościowe formułki. Chciał dodać, że wszystko się ułoży, ale wcale nie był tego pewien.
- Policja mówi, że to od niedopałka w koszu... - mruknął.
Natalia odwróciła na chwilę głowę w jego stronę. Przez warstwę bandaża widać było jedynie jej oczy i nos.
- Nikt z pracowników nie pali. Tobie się czasem zdarza, ale przecież nie było cię w domu - powiedziała z rozgoryczeniem.
- Twojej mamie też się zdarzało... ekhm... popalać, ale nie przyznawała się do tego, bo nie pozwalałaś ze względu na jej zdrowie.
- Nie sugerujesz chyba... - Zabrakło jej słów. - Że to ona?
- Zniknęła po pożarze i do tej pory nie ma z nią kontaktu. Wiesz, że już kiedyś, po tej sprawie z panem O., trafiła na odwyk.
- Nie piła od lat!
- Ale nawrót mógł nastąpić w każdej chwili, nawet najmniejsza dawka alkoholu mogła uruchomić cały cykl od nowa. Poza tym jest coś jeszcze. Wiesz, że mamy w domu kamery. Obraz jest transmitowany i z dołu, i z góry.
- Nie rozumiem...
- Tamtego dnia były wyłączone. Ja i Borys siedzieliśmy w knajpie, z zapisków wynika, że Maria krążyła wciąż po parterze, a potem zniknęła gdzieś z twoją matką. Na moment przed pożarem ktoś wyłączył obraz, z tamtego dnia zapisało się tylko to. Maria nie wie nawet, jak uruchomić aparat... Więc...
Kobieta cicho westchnęła. To robiło się coraz bardziej niewiarygodne. Jej matka podpalaczką? Ale dlaczego?
- Minęły dwa tygodnie, Natalia - podjął znów Berner. - Ona po prostu uciekła! Nie chcę być tu wyrocznią, ale policja chyba próbuje ją odszukać. Renata nic nie wie na ten temat, twierdzi, że wasza matka zniknęła od razu po urodzinach. Po prostu się rozpłynęła...
- Bzdura, gdyby matka coś zauważyła, zadzwoniłaby po straż albo wzięła ze sobą Filipka, wyjęłaby go z tej przeklętej szafy. - Jej tętno przyspieszyło. Czuła, że jeszcze moment, a rozklei się na dobre. - Nigdy nie miałyśmy dobrego kontaktu, a już odkąd od niej uciekłam, praktycznie całkowicie go straciłyśmy, ale nie jest zdolna do tego... To może Samuel?
- Wiesz, że on nie wchodzi na górę. Zajmuje się tylko ogrodem, ogrzewaniem i różnymi technicznymi sprawami. Poza tym wcale nie mówię, że to było umyślne podpalenie. Może to był wypadek, może rzuciła gdzieś niedopałek, a potem ogień się rozprzestrzenił. Przestraszyła się i uciekła. Tylko te kamery, to przemawia na jej niekorzyść...
- Jak pogrzeb? Wybrałeś mu ładną urnę z zakładu? - zmieniła nagle temat.
Adam otworzył usta, ale niemal natychmiast je zamknął. Nie wiedział, co mogłoby być dobrą odpowiedzią na to pytanie, czy istniała jakakolwiek dobra odpowiedź, ale w końcu westchnął przeciągle i mruknął: "w porządku". Powiedział, że wszystko się udało, a Filipkiem zajęli się jego ludzie.
- On miał tylko dwa lata - zaczęła. - Były jego urodziny, jego i moje. Adam... Adam, ja tego nie zniosę, rozumiesz? Nie jestem w stanie przez to przejść.
Mężczyzna natychmiast wstał i kucnął przy łóżku, pogładził żonę po palcach - jedynej gładkiej powierzchni na dłoniach - i miał się właśnie odezwać, ale wtedy do sali wszedł lekarz w asyście dwóch innych mężczyzn, informując, że godziny odwiedzin dobiegły końca. Berner skinął głową i rzucił krótkie: "Dam sobie radę, kocham cię", a później wyszedł na zimny korytarz, pełen krążących po nim pacjentów.
Bał się przyznać, że tak naprawdę żadnego pogrzebu jeszcze nie było, bo nie jest na to gotowy, a prochy Filipka wciąż przebywają w jego zakładzie. Że nadal trzyma je tam, blisko siebie. Wiedział, że nie może tego przeciągać w nieskończoność, ale po prostu nie nastał jeszcze dobry moment. Wszystko było zbyt świeże. Może tydzień, może dwa. Tyle mu wystarczy.
12
Powrót do domu okazał się gorszy niż samotność w szpitalu. Skóra na dekolcie Natalii zdążyła się już trochę zregenerować, twarz jednak nadal pokrywały blizny i strupy, dlatego kiedy tylko kobieta opuściła wnętrze sali, naciągnęła na siebie kaptur. Komentarz Adama, że przecież nie może spędzić reszty życia schowana pod płaszczem i czapką, zbyła milczeniem. Wpatrywała się w znajome uliczki, kolorowe światełka, które nadal wisiały na balkonach i drzewach, i czuła, jak rośnie w jej gardle gula. To były pierwsze święta bez dziecka, pierwsze spędzone w szpitalu, bez choinki, lampek i magicznej atmosfery. Pierwsze bez śmiechu Filipka, który zastąpiła cisza.
Odkąd Natalia dowiedziała się, że sprawczynią pożaru była rzeczywiście jej matka i to przez jej nieuwagę zginął Filipek, nie chciała mieć z nią więcej do czynienia. Powinna urwać kontakt już wtedy, gdy uciekła z domu, ale pojawienie się dziecka nieco złagodziło dawne zadry. Kobieta miała nadzieję, że uda im się naprawić wzajemne stosunki. Teraz nie mogła zrozumieć tylko jednego: jak można było nie zareagować na dym, nie udzielić pomocy dziecku, tylko zwyczajnie uciec? Czy rzeczywiście jej matka była aż taka zła?
- Skręć na cmentarz. Chcę odwiedzić Filipka - rzuciła chłodno, nie odrywając nosa od szyby.
- Ale jesteśmy już prawie pod domem, nie sądziłem, że teraz zechcesz... - Adam nie spodziewał się tej prośby. Co prawda pochował już syna, ale Natalia nie wydawała się na tyle stabilna, aby udźwignąć ciężar cmentarnego widoku. - To chyba nie jest dobry moment na tak duże emocje, powinnaś odpocząć, trochę się zdystansować.
- Słucham?! Powinnam być na pogrzebie własnego dziecka! Stać koło urny i iść krok w krok za nią! - krzyknęła. - Ale nie mogłam. Nie każ mi tego powtarzać, Adam. Zawieź nas na ten cholerny cmentarz. Chcę do syna!
Berner kiwnął głową i zmienił pas ruchu na ten do skrętu w prawo. Jechali przez Aleje Racławickie, które w tej niezręcznej ciszy wydawały się nie mieć końca. Oblodzona jezdnia wymusiła na mężczyźnie zachowanie szczególnej ostrożności i wydłużyła trasę o dobre dwadzieścia minut.
Gdy znaleźli się na ulicy Lipowej i Adam zaparkował samochód nieopodal bramy do cmentarza, milczenie zrobiło się jeszcze bardziej przytłaczające. Znów chciał zapytać, czy Natalia uważa tę wizytę za dobry pomysł, ale ugryzł się w język. Przecież nie mógł jej zabronić odwiedzenia grobu syna. Sęk w tym, że strasznie się tego bał. Jej reakcji, płaczu, nieznanych mu dotąd emocji i zachowań.
W końcu klamka po stronie pasażera wydała cichy dźwięk, a metalowe podeszwy butów Natalii uderzyły o pokryty lodem chodnik. Adam natychmiast znalazł się po drugiej stronie - podał żonie rękę i pomógł przejść przez śliską powierzchnię.
- Nie jestem kaleką, poradzę sobie. - Miała opryskliwy, nieprzyjemny ton, którego do tej pory nie znał, bo choć czasem się kłócili, to nigdy nie było między nimi takiego napięcia i uszczypliwości.
Lód pod naporem butów skrzypiał, a mróz ziębił policzki. Dzień był słoneczny, ale tak mroźny, że odbierało dech. Szli w ciszy, ponieważ żadne ze słów nie wydawało się w tej chwili dobre. Kiepsko zabezpieczone przed zamarzniętą wodą alejki ciągnęły się w nieskończoność, a wątłe płomyki na krótkich już knotach świec ledwo migotały.
- Nie mamy znicza - odezwała się nagle Natalia.
- Hm? - Berner spojrzał w jej stronę.
- Nie mam dla niego znicza. Nie pomyślałam, nie pamiętałam o tym. - Zakryła usta ręką, a jej broda zaczęła mimowolnie drżeć. - Co mu dam? Adam, idź po znicz. Tam, przed bramą, zawsze stała taka kobieta z kokiem, pamiętasz?
- Skarbie... Mijaliśmy niedawno bramę. Nie było tam nikogo. Ta pani już nie żyje, przed świętami stał jakiś młody chłopak, ale szybko się zwinął. Weźmiemy jakiś inny znicz i ponownie go zapalimy.
- Ale ja muszę mieć swój. M-muszę! - Jej głos zadrżał, a potem przeszedł w jeden wielki jęk. Mimo to nie zwolniła kroku. Czuła się źle, jakby szła na ważną uroczystość i nie miała ze sobą nawet drobnego prezentu, a przecież dla Filipka powinna mieć wszystko...
Chwilę później byli już na miejscu. Ich oczom ukazał się maleńki grób z czarnej, błyszczącej płyty, z białym krzyżykiem i zdjęciem uśmiechniętego dziecka. Spod stosu zwiędłych roślin i sztucznych wianków nie było widać ani liter, ani daty narodzin i śmierci. Kilka zniczy migotało słabym światłem.
Berner sięgnął po jeden z nich i ponownie go zapalił. Starał się nie patrzeć na Natalię, tylko dać jej przeżyć tę chwilę bez zbędnych pocieszeń, które przyniosłyby odwrotny skutek. Zamknął oczy. Wdychał mroźne powietrze. Nie musiał zgadywać, co za chwilę nastąpi, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Czuł wielki ucisk w klatce piersiowej, jakby cały ból, żal i niesprawiedliwość świata zmaterializowały się właśnie w tym miejscu. Wziął jeszcze kilka głębszych wdechów, mając w głowie widok uśmiechniętego syna, i otworzył oczy. Natalia kucnęła tuż obok malutkiego zdjęcia. Zsunęła rękawiczki i gładziła fotografię zimnymi od mrozu palcami. W końcu przywarła całą sobą do krzyża, a z jej ust wydarł się szloch tak głośny, jakby dopiero teraz pozwolono jej na rozpacz.
- Filip... Filipek! Zabierz mnie do niego, proszę, Adam... Zrób coś! - wołała coraz donośniej. - Umrę bez niego, po prostu umrę! - zawyła.
Berner przełknął ślinę, zatrzymał własną falę płaczu, która próbowała się wydostać, i kucnął obok żony. Przytulił do siebie jej kruche ciało i trzymał mocno w ramionach, mimo jej protestów. Głaskał Natalię po głowie i całował w policzek, myśląc tylko o tym, że on też zawalił. Że gdyby wrócił wcześniej do domu, udałoby się uratować syna.
- Spójrz, ten jest nowy. - Podał żonie duży, pękaty znicz, który faktycznie nie został jeszcze zapalony. - Niech będzie od ciebie. Niech ten będzie w prezencie dla naszego syna.
Jej pełne łez oczy wyrażały wdzięczność. Pokręciła jednak głową i oddała Adamowi znicz, a on postawił go blisko zdjęcia chłopca i szybko wyjął zapalniczkę. Przez kilka chwil Natalia patrzyła tylko na ogień i płakała bezgłośnie, ale nagle poczuła, że wraca pamięcią do tamtego strasznego dnia. Płomień ze znicza zaczął się rozrastać w jej wyobraźni. Dosięgał jej. W końcu zmaterializował się niczym duży, ognisty potwór, który wyciągał ku niej szpony.
- Nie!!! Zabierz to ode mnie, Adam! - Machała rękami i próbowała osłonić twarz. - Mama zabierze cię z tej szafy. Kochanie, już idę!
Berner otworzył szeroko oczy i zdezorientowany pokręcił głową na znak, że Filipka już nie ma.
- Zgaś ten ogień! Nie chcę, żeby mój synek się sparzył, rozumiesz? Żadnych płomieni - jęknęła. - Nie chcę tego ognia! Przeklęty potwór! - Strąciła ręką zapalony przed chwilą znicz, tak że potoczył się po płycie i rozbił na kilka kawałków.
- Natalia! - Adam natychmiast chwycił żonę za rękę. - Kochanie... Wrócimy tu za jakiś czas, a teraz, proszę, chodźmy już. - Bał się, że dotknęło ją coś o wiele gorszego niż uraz i trauma po wypadku. Że zaczyna tworzyć własną rzeczywistość. Nie mógł sobie ani jej na to pozwolić. Na życie złudzeniami i snucie zastępczej historii, bo doskonale wiedział, że to może doprowadzić jedynie do obłędu.
- Ogień, zgaś te pieprzone znicze! Zgaś to wszystko, Adam! - krzyczała, ale on cierpliwie przytulał ją i głaskał jak małą dziewczynkę.
- Już dobrze, skarbie. Nie ma żadnego ognia. Chodźmy do domu. Maria przygotowała coś dobrego, na pewno się ucieszy, że wróciłaś i będzie miała towarzystwo do rozmów. Odpoczniesz trochę, a potem pomyślimy.
- Nad... nad czym? - wychlipała między jednym spazmem płaczu a drugim.
Berner spojrzał na jej pokrytą siatką blizn twarz, jakby szukał właściwych słów, aż w końcu powiedział:
- Pomyślimy, jak nauczyć się z tym żyć. Jak w ogóle żyć po czymś takim.
Słowa te zawisły w próżni. Odbijały się niczym echo od ścianek ich umysłów. Zerwał się lodowaty wiatr, a zaraz za nim lunął deszcz. Adam złapał żonę za rękę i razem przeszli do samochodu. Krople spływały na smutne oczy Natalii, mieszając się razem ze łzami, których wciąż było więcej i więcej. Okazały się więc pomocne - tuszowały rozpacz.
Nie mogły jednak zmyć palącego uczucia bezsilności i tęsknoty. Nic z tego.
W drodze powrotnej odczuwali to samo napięcie, które towarzyszyło im podczas jazdy na cmentarz. Każde z nich z obawą myślało o tym, jak poradzą sobie ze stratą w domu, który przypominał o szczęśliwych latach z dzieckiem. A kiedy tylko Natalia wysiadła z auta, weszła po schodach i spojrzała na pokój Filipka, zamarła. Poczuła, jak jej serce już nie tyle pęka, co w całości spada w wielką, lepką maź. Nie było łóżeczka, szafy, nie było niczego, co należało do dziecka. Pomalowane na szaro ściany straszyły. Całość zmieniła się w puste, pozbawione duszy wnętrze. Nawet nie weszła do środka.
Kobieta usiadła na rogu łóżka w sypialni i przygryzła wargi. Patrzyła w okno, przez które uciekała, by ratować Filipka, patrzyła na zdjęcie na szafce nocnej i kilka portretów rodzinnych na ścianach, a potem jej wzrok padł na wieczorową sukienkę. Leżała niedbale rzucona na toaletce. Jakby wciąż czekała na wyjątkową okazję.
- Zjesz coś? - Tylko to przychodziło Adamowi do głowy. Jedzenie jako sposób na przerwanie tej ciszy i drętwej atmosfery.
Natalia pokręciła głową. Skubała paznokcie i chowała dłonie pod grubym, wełnianym swetrem. Czuła się tu bardziej obco niż w szpitalu.
- Nic się nie zachowało? Pamiętam, że komoda i szafka były tylko nadpalone. A ubranka? Gdzie są zabawki Filipka? - Wciąż patrzyła na jego pusty pokój.
- Ogień szybko się rozprzestrzeniał. Strażacy robili, co w ich mocy, ale... mebli nie ma. Nie nadawały się do niczego. W sypialni też są nowe, a ubranka zostały tylko te, co chowałaś na dole w komodzie. Przeniosłem je do naszej szafy. Maria je wyprała, bo strasznie śmierdziały... Jak wszystko tutaj.
- Aha. - Wydęła usta.
- Natalia, ja też cierpię, ale jeszcze trudniej byłoby, gdybyśmy się otoczyli rzeczami Filipka. To byłoby kurewsko ciężkie widzieć wszystko, co się z nim kojarzy. Sprawdzać, dotykać, przeglądać. Nie róbmy sobie tego, proszę. Nie dam ci w ten sposób funkcjonować.
Natalia pokiwała głową. Machinalnie, jak robot. Przetwarzała informacje i pozornie się z nimi zgadzała, choć miała zupełnie inne zdanie. Nikt nie powinien zabierać rzeczy jej dziecka, powinny być z nią. Właśnie teraz.
- Mam ochotę na coś niezdrowego - oznajmiła nagle.
- Nie rozumiem?
- Przywieź mi chińskie jedzenie z tej restauracji, którą mijaliśmy po drodze. Dobrze? Taki nowy szyld... Szpitalne posiłki były okropne, potrzebuję czegoś ostrego. Maria świetnie gotuje, ale sam rozumiesz... Po tylu dniach kaszek i rozwodnionych ziemniaków chce się czegoś innego. I może czekoladę. Tak, mógłbyś jeszcze kupić coś słodkiego? Proszę.
Przekrzywił głowę i patrzył na żonę uważnie.
- Powiem Marii, żeby do ciebie przyszła. - Cofnął się, ale gdy jego wzrok padł na okno, zaraz dodał: - Albo nie, lepiej ty zejdź na dół, dopóki nie wrócę.
- Nie zamierzam się stąd ruszać. Umyję się i położę. Miałeś rację, że potrzebuję odpoczynku. Muszę to wszystko przemyśleć, bo mam w głowie mętlik. Nie bój się, nie zamierzam rzucać się ponownie przez okno, a nawet gdyby, to chyba przeżyję. - Zdobyła się na lekki uśmiech.
- Brakowało mi widoku uśmiechniętej żony. - Adam pocałował kobietę w czubek głowy i chwilę później zbiegł po schodach. W kuchni natknął się na Marię. Wymienili krótkie spojrzenia.
- Pilnuj jej, proszę. Czuję, że coś kombinuje, bo ma wahania nastroju. To chyba zła wróżba... Albo konsekwencja leków.
- Jak się czuje Natalia? - Kobieta nie była w stanie spojrzeć w oczy Bernera.
- Nie wiem, czy po czymś takim można w ogóle się czuć. Ale wyjdziemy z tego, bo jesteśmy silni, kochamy się - powiedział, choć bez przekonania.
- Nie wyjeżdżacie? - zapytała nagle.
- Hm?
- Do tego Paryża, o którym mówiłeś przed pożarem. Nie wiem, co z ubraniami, czy mam coś przygotować. Będzie mi bez was źle - dodała cicho.
Pokręcił szybko głową.
- Nie. Natalia jest zbyt słaba psychicznie. Na pewno odcięcie się od tego miejsca dobrze by jej zrobiło, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Niczego nie pakuj.
Maria przytaknęła i obiecała, że jak tylko upora się ze zmywaniem, pójdzie sprawdzić, co u Natalii. Żona Bernera zaś, kiedy tylko zobaczyła przez okno, że Adam odjeżdża, ruszyła w kierunku szafy. Otworzyła ją i spojrzała na górną półkę. Tak! Były tam! Beżowe, popielate i niebieskie ubranka. Wyciągnęła wszystkie i położyła na łóżku. Wybrała rozpinany sweterek, białe spodenki i rozejrzała się desperacko po wnętrzu. Przyłożyła ubranka do nosa - pachniały delikatnym, dziecięcym płynem. Pachniały nim, jej malutkim dzieckiem. Zadrżała. Spojrzała na szafkę nocną - jasny, puchaty miś, którego Filipek zostawiał przy ich łóżku na wypadek, gdyby rodzicom też śniło się coś strasznego, nadal tam był. Wzięła zabawkę do ręki i włożyła na nią ubranka. Nie pasowały. Były zbyt duże, ale to nie miało żadnego znaczenia. Natalia potrzebowała przycisnąć do siebie coś, co pachniało jak Filipek, coś, co mogło choć na chwilę zastąpić jej syna. Odrzuciła kołdrę i usiadła na brzegu łóżku. Ściskała zabawkę, wdychając przyjemny zapach płynu do płukania. Głaskała łapki delikatnie, z czułością. Jednak im bardziej chciała poczuć wszystkimi zmysłami obecność Filipka, tym więcej łez napływało do jej oczu.
Płakała mocniej i mocniej, aż w końcu poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Wzdrygnęła się - nie chciała, by Adam tak ją zastał. To jednak nie był on. Z góry patrzyła na nią Maria. Miała załzawione oczy i zakrywała usta ręką, jakby w dziwnym przerażeniu.
- Gdzie byłaś? - Natalia odwróciła głowę w jej stronę. - Gdzie, do cholery, byłyście z moją matką, kiedy Filip wołał o pomoc?! Gdzie?! - krzyknęła, ale odpowiedziało jej milczenie. - No mów, powiedz, że wyszłaś wcześniej albo dostałaś ważny telefon i wróciłaś dopiero po pożarze. Cokolwiek!
- Nie. Tak... To znaczy... Posłuchaj, Natalia, to wszystko było takie dziwne... A ja dałam się chyba oszukać.
- Mów wreszcie. - Spojrzała na Marię ostrym wzrokiem, ale kiedy kobieta usiadła tuż obok niej, obie wybuchnęły głośnym płaczem. Sypialnia zdawała się zbyt mała, by pomieścić tyle cierpienia. Trwało to dobrych kilka minut, aż w końcu przyszedł czas na powrót wspomnieniami do tamtego wieczoru. Wieczoru, który miał być wyjątkowy.
- Kiedy poszłaś pod prysznic, Grażyna zapytała, czy mogę jej w czymś pomóc. Była podekscytowana i jednocześnie zaniepokojona. I wtedy... - zaczęła snuć swoją opowieść Maria, a Natalia słuchała jej słów w milczeniu.
To była bolesna retrospekcja.
Prolog
Tamtej wiosny Natalia w końcu ukręciła łeb wszystkim koszmarom. Skończyły się dla niej dwa światy - brudny, którego nienawidziła, i ten, który pamiętała jeszcze z czasów, gdy była małym dzieckiem, tuż przed przybyciem pana O.
Padało. Natalia obserwowała zza szyby, jak kwietniowa ulewa się wzmaga, nawadniając ziemię, która po miesiącach bez śniegu i deszczu łaknęła wilgoci. Dziewczyna twierdziła, że to jednak wcale nie deszcz, tylko wszystkie łzy, które wylała przez pana O. Przypominały jej, że już dzisiaj musi to zrobić. Zdecydować się na ostateczny krok.
Zerknęła na dół, na zniszczoną nieco bramę i duży kosz, wokół którego walały się śmieci. Przesunęła ręką po malutkiej szybie, jakby chciała z niej zetrzeć te wszystkie krople.
Niewielkie poddasze było jej największym azylem. Odkąd pamiętała, to właśnie tam mogła uciekać, bo pan O. bał się ciemności i wchodzenia po kruchych już schodach - chociażby ze względu na to, że się zawalą, a on sam utknie gdzieś bez pomocy. Ona też się trochę tego obawiała, ale jako dziecko nie miała zbyt wielkiego wyboru, gdy gruby i tłusty ojczym, niezadowolony z ciąży swojej kolejnej żony i jej zmieniającego się ciała, sięgał po zakazany owoc w postaci jej młodszej wersji. Trwało to kilka długich lat, kilka tysięcy dni, jeszcze więcej godzin i minut liczonych na krótkich, a potem nieco dłuższych paluszkach. Leżała wtedy zwykle przygnieciona do zimnych płytek w łazience albo do drewnianego łóżka w różowym pokoju. I trwałoby to pewnie dłużej, gdyby nie ten jeden ciepły kwietniowy wieczór, kiedy wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Szczęście. Przełom. Spokój. Odwaga. Natalia nigdy nie wiedziała, jak to nazwać, ale była pewna, że gdyby nie podsłuchała wtedy swojej matki, gdyby nie dowiedziała się, że ona też zezwala na takie traktowanie córki, choć zawsze się tego wypierała, tkwiłaby dalej w tym bagnie. Ale stało się. Najdroższa osoba zawiodła ją najbardziej, jak tylko się dało, a rozgoryczenie i żal w końcu ewoluowały, przeradzając się w złość i dopingując do działania.
Słyszała, jak w radiu mówią, że początek wiosny jest depresyjny, że to wtedy ludzie popełniają najwięcej samobójstw, i niemal przekonała się o tym na własnej skórze. Była o krok od zniszczenia swojego ciała, tak by nie zostały na nim już żadne ślady tłustych palców pana O. Ale na szczęście w porę się cofnęła. Nawet jeśli jej życie było zupełnie bezbarwne, może po prostu za bardzo je kochała?
Ojczym przyszedł chwilę przed siedemnastą, kiedy jej matka wychodziła na autobus. Późna ciąża dawała już kobiecie się we znaki, ale nadal pracowała, bo utrzymanie rodziny z jednej pensji było niewykonalne. Natalia nie lubiła tej godziny, zawsze przeciągała czas rozstania, jak tylko mogła. Uczepiona ubrań matki, prosiła, by ta zabrała ją ze sobą, obiecywała, że będzie cicho. Albo błagała, żeby pozwoliła jej nocować u koleżanki, ale pod żadnym pozorem nie zostawiała jej samej. Nie było jednak takiej możliwości, więc kiedy tylko drzwi za matką się zatrzaskiwały, dziewczynka biegła do swojego pokoju, czekając na to, co miało nastąpić.
To było już jak rytuał. Ojczym przychodził, siadał na łóżku i najpierw wypytywał mimochodem o lekcje; chwalił, że udała mu się pasierbica i nóżki ma takie jak kózka, a pupcię lepszą niż u mamusi, ale później to stawało się nieważne i zajmował się wciąganiem dziewczyny na swoje kolana. Całował ją w szyję, policzki i dyszał, wpuszczając w przestrzeń między nimi drobinki śliny. Przestała się wyrywać po miesiącu takich rytuałów, bo wiedziała, że wtedy skończy szybciej. A kiedy tylko się zaspokoił, uciekała na poddasze z lampką i książką, marząc o tym, że kiedyś ktoś zabierze ją z tej strasznej krainy. Marzyła aż do tamtego wieczoru. Nikt nie wiedział, że podsłuchiwała, gdy matka mówiła ojczymowi, by uważał, bo mała zaczęła miesiączkować. Nikt nie wiedział, że słyszała, iż w razie problemów będzie trzeba zrobić jej skrobankę, a na to nie mogą sobie pozwolić.
- Musisz być ostrożny albo z tym skończyć. Rozumiesz?
Przypominała sobie te słowa. Jej matka miała niski, gardłowy głos, w którym nie było już tej dawnej czułości.
- Ty nie możesz, Grażka, bo ten lekarzyna ci zabronił, to gdzie mam iść, na bok? Czy wracać do byłej? Tu wszystko mam, przecież smarkuli nigdy nic nie wkładałem, już nie rób ze mnie takiego pojeba! - odpowiadał wzburzony pan O.
Kłamał. Jak zawsze. Kłamał o wkładaniu, bo robił to regularnie. Nie wystarczało mu już dotykanie po udach, musiał mieć wszystko to, co robią dorośli. Myśl o dziecku, a potem o pozbawieniu go życia sprawiła, że Natalii zrobiło się jeszcze bardziej niedobrze. Przed oczami stanęła jej krew, ból i duży brzuch, znacznie większy od tego, który miała teraz przez ciągłe zajadanie stresu. Nie chciała, by do tego doszło, nie chciała też tej przeklętej miesiączki, a przede wszystkim - nie chciała stawać się kobietą, której tak naprawdę zabrano całą niewinność. W zasadzie niczego już od życia nie chciała.
Uciekła do pokoju i schowała do pokaźnego plecaka najpotrzebniejsze rzeczy - telefon, ładowarkę, ulubione książki, gumki do włosów, szczoteczkę do zębów, skarbonkę, ubrania, notes, a potem zniosła to na dół, kiedy ojczym się kąpał. Mogła uciec już teraz - nikt by się nie zorientował, ale pomyślała, że powinna mieć chociaż jakieś siniaki, cokolwiek, by nie uwierzono dorosłym, tylko jej. Dlatego postanowiła, że tym razem będzie się bronić, a kiedy pan O. skończy - ucieknie, nie jak zwykle na poddasze, ale na policję, a później daleko, daleko stąd. Gdzieś, gdzie nie będzie oddechu pana O., jego tłustych rąk i śmiechu, gdy obserwował jej nagie, zmieniające się mimo woli ciało. Nikt nie zrobi jej żadnego dziecka, a potem nie wyjmie go z brzucha, bo jest problemem. Nie, tak się po prostu nie robi!
Spojrzała na łazienkę, a później powędrowała do swojego pokoju, modląc się w duchu, żeby starczyło jej odwagi, by znieść otarcia, uderzenia i wszystko, co spowoduje ta odmowa. Otworzyła okno i wdychała rześkie kwietniowe powietrze, myśląc o świecie bez brudów, o księciu z bajki i dobrej wróżce, która przemieni jej mamę we wspaniałą osobę. Taką, którą była, zanim zakochała się w panu O. Bo naprawdę było dobrze. Nie jakoś specjalnie miło - w końcu mama też często krzyczała i była nerwowa - ale nigdy nie pozwalała obcym jej skrzywdzić, a kiedy tylko Natalia płakała, brała ją na ręce i głaskała po głowie, mówiąc, że jest jej mądrą, śliczną córeczką i kiedyś będą się o nią bili chłopcy.
- Nie lubię cię już - powiedziała do siebie. - Nie lubię cię, mamo, bo też jesteś zła - szepnęła i poczuła, że po jej policzkach spływają łzy. Jedna za drugą. Kap, kap. Jakby wreszcie świat dał jej do zrozumienia, że ma przestać się łudzić i dawać szansę tym, którzy ciągle zawodzą. Jakby doszło do niej, że zaufania nie można rozciągnąć w nieskończoność.
A potem wszedł pan O. Zapytał o lekcje i pogłaskał ją po głowie, mówiąc, że jest śliczną dziewczynką tatusia, a będzie jeszcze piękniejszą kobietą oraz żeby zawsze pamiętała o tym, że to on pierwszy pokazał jej miłość.
I miał absolutną rację. W tym jednym mogła się z nim zgodzić - nigdy nie pozbędzie się wspomnień i tego palącego uczucia wstydu. Zawsze będzie pamiętała, co jej zrobił, i zawsze już będzie naznaczona przez jego dotyk.
Zawsze zadrży na myśl o panu O.
Ale potem przyszła kolejna myśl.
O tym, że ostatni raz pozwoli, by coś wdarło się do jej wnętrza i rozrywało duszę na kawałki. Zamknęła oczy, a w jej głowie rozbrzmiał głos, którego nie znała, ale teraz bardzo potrzebowała usłyszeć. Głos dobrej wróżki.
Jesteś dzielną dziewczynką, Natalia. Uda ci się. Uda. Pamiętaj, że to było złe, że nikt nie miał prawa zabierać ci tego światełka.