Mamy tylko lato - Klaudia Bianek

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po

Mój głos nie był głośniejszy od szeptu, gdy zacząłem dzielić się z terapeutką wszystkimi najgłębiej skrywanymi myślami.

- Nie spodziewałem się tego...

- Czego? - zapytała miękko.

- Że to lato zmieni całe moje życie - przyznałem z rozbrajającą szczerością.

Delikatnie zmarszczyła idealnie wyprofilowane brwi, jakby się nad czymś zastanawiała. Była ostrożna, bo najwyraźniej doskonale zdawała sobie sprawę, że stąpa po bardzo kruchym lodzie. Jeden niewłaściwy krok i tafla załamie się pod jej stopami. Wtedy oboje utoniemy.

- Czujesz się winny przez to, co się stało?

Zaryzykowała. Widziałem to w jej oczach.

Opuściłem wzrok jako pierwszy. Potarłem kciukiem wewnętrzną stronę prawego nadgarstka. To tam znajdował się mój najnowszy tatuaż. Zrobiłem go kilka tygodni temu. Zdążył się już zagoić, lecz czasem miałem wrażenie, jakby palił mnie żywym ogniem.

To było jedno słowo: Mirabelka.

- Jestem winny tego, co się stało - powiedziałem pustym głosem, ale jednocześnie na tyle stanowczo, by ta kobieta nie mogła mieć wątpliwości, że naprawdę tak uważałem.

- Nie jesteś. Nikt nie był w stanie temu zapobiec - odpowiedziała z mocą i pochyliła się ku mnie, by ściągnąć na siebie moje spojrzenie. - To straszne, co cię spotkało. Co was spotkało. Jednak obwinianie się niczemu nie służy. Musisz to zrozumieć.

Od tych strasznych wydarzeń minęło kilka tygodni. Zdecydowałem się w końcu na rozpoczęcie terapii, bo nie radziłem sobie w nowej rzeczywistości i potrzebowałem kogoś, kto pomoże mi ukoić emocjonalny ból.

Teraz jednak zaczynałem żałować, że w ogóle tu przyszedłem.

Serce zabiło mi szybciej po uderzeniu dławiącej złości. Zacisnąłem dłonie w pięści i zgromiłem ją spojrzeniem, pod którego wpływem wyraźnie się skuliła i raptownie wycofała.

- Nie potrzebuję tej dennej gadki. Zapamiętaj to sobie.

Zerwałem się z miejsca i wyszedłem z gabinetu terapeutki, trzaskając drzwiami.

Przed

Nataniel

Lato to ulubiona pora roku zdecydowanej większości ludzi. Jeśli jesteś uczniem, to przestajesz na jakiś czas przejmować się szkołą. Jeśli nauczycielem, to masz wreszcie trochę wolnego. Jeśli wykonujesz jakikolwiek inny zawód, to też super, bo czeka cię urlop.

Natomiast jeżeli jesteś muzykiem - jak ja - wówczas ekscytujesz się, bo najbliższe tygodnie spędzisz w pięknym miejscu i to, że czeka cię praca, nie ma znaczenia... Będziesz robił to, co kochasz! Przez całe upalne lato!

- Nawigacja zgubiła sygnał. Jesteśmy na pieprzonym końcu świata. - Damian zatrzymał busa na rozwidleniu dwóch polnych dróg. Jedna prowadziła między polami porośniętymi falującymi na wietrze zbożami, druga wiodła do lasu. - Dokąd teraz? - zapytał i obejrzał się przez ramię w naszym kierunku.

- Ten zjazd w las pojawił się coś za szybko. Jedź w pole, bo wydaje mi się, że za jakieś trzy kilometry powinniśmy zobaczyć jezioro. Andy coś tak gadał - odparł Wojtek, który był z nas wszystkich najbardziej skupiony na dotarciu do celu.

- Andy - prychnął Borys. - Menadżer jak z koziej dupy trąba. Wiedział od dawna, że tydzień przed rozpoczęciem pierwszego turnusu jedziemy do tej dziury, i zamiast być tu z nami, poleciał sobie do Turcji na wakacje.

- I pojawi się jaśnie pan za dwa tygodnie, w całej tej swojej zjaranej na słońcu chwale, udając, że bardzo się o nas troszczy! - warknął zniesmaczony Tomek.

- Dobra, koniec gadania. Jedź w te pola, najwyżej się cofniemy - zadecydowałem poirytowany, bo wkurzało mnie to tułanie się w upale po nieznanym terenie. Chciałem dotrzeć na miejsce i wziąć chłodny prysznic, by zmyć z siebie nie tylko pot, ale również zmęczenie i wszystkie negatywne emocje.

Damian ruszył powoli we wskazanym przeze mnie kierunku, ale pomimo minimalnej prędkości i tak strasznie rzucało nami na wybojach. Ostatnie miesiące spędziliśmy na prowadzeniu wielkomiejskiego życia. W ciągu dwóch lat zmieniło się wszystko - nasze amatorskie nagrywanie na YouTubie przerodziło się w sławę, duże pieniądze, koncerty, nagrania w klimatyzowanym studiu i tłuste kontrakty na kolejne płyty.

To właśnie Andy, a właściwie nasz menadżer, Andrzej Piskosz, wpadł na pomysł zorganizowania obozu muzycznego dla naszych fanów, który nosił nazwę Follow Your Dreams Camp.

Mianowaliśmy się Follow Your Dreams, bo od dawna ścigaliśmy wspólnie nasze marzenia. Wojtek był basistą, Tomek zasiadał przy perkusji, Damian grał na gitarze, a Borys opanowywał klawisze. Wokal należał do mnie. Pierwszy tydzień w tej niewielkiej, mazurskiej miejscowości, do której w bólach i znojach zmierzaliśmy, mieliśmy spędzić na odpoczynku, gdyż już piątego lipca rozpoczynał się pierwszy turnus obozu muzycznego.

Chociaż Andy ostatnio strasznie działał mi na nerwy, to musiałem przyznać, że pomysł miał świetny, a myśl o spędzeniu lata z fanami niesamowicie mnie cieszyła!

- Ej, patrzcie! Ktoś tam jest! Zapytamy o drogę! - zawołał Damian i wskazał ruchem głowy przednią szybę.

Rzeczywiście. W oddali na skraju pola spacerowała jakaś osoba i wyglądało, jakby zbierała kwiaty. Im bliżej podjeżdżaliśmy, tym łatwiej było stwierdzić, że to długowłosa dziewczyna w białej letniej sukience, która rzeczywiście zrywała polne kwiaty i, ku mojemu cichemu zdumieniu, plotła wianki.

Damian zatrzymał busa, a Wojtek z przebiegłym uśmieszkiem natychmiast otworzył rozsuwane drzwi i wychylił głowę.

- Hej, masz może chwilę? - zawołał głośno, a dziewczyna drgnęła i popatrzyła na niego nieufnie.

Z daleka zdążyłem zauważyć, że na przedramieniu miała zawieszonych już kilka wianków, uplecionych głównie z chabrów bławatków, a kolejny właśnie zaplatał się w jej palcach.

- O co chodzi? - zapytała oschle i uniosła brwi.

Poza melodyjnym głosem zwracała uwagę całą sobą, swoją nietypową urodą... Ramiona, odsłonięty przez sukienkę fragment dekoltu i twarz obsypane były gęstymi, drobnymi piegami. Miedziane włosy, zaplecione w gruby, ciężki warkocz, spoczywały na jej plecach. Miała też naprawdę duże oczy, których koloru nie byłem w stanie dostrzec, i usta z niemal nienaturalnie wydatną górną wargą.

Przełknąłem ślinę, bo zaschło mi w gardle.

- Wiesz może, jak dojechać do ośrodka wypoczynkowego Mazurska Przystań? - zapytał Wojtek, który raczył dziewczynę swoim szerokim uśmiechem, niezrażony jej chłodnym podejściem.

- Musicie zawrócić i wjechać w ścieżkę do lasu. Ona poprowadzi was aż do samego ośrodka - odparła i jak gdyby nigdy nic odwróciła się do nas plecami, by zerwać kolejny chaber rosnący w falującym zbożu.

To był letni dzień, lecz łagodny wiaterek ratował nas przed morderczym skwarem.

- Dziękujemy bardzo! - krzyknął Wojtek, lecz dziewczyna w ogóle nie zareagowała, jakby miała nadzieję, że odjedziemy stąd jak najszybciej.

- No to nas menadżer wyprowadził w pole. I to dosłownie - mruknął wkurzony Damian i podjechał kawałek dalej, by poszukać miejsca do wycofania busem.

Chwilę później znów minęliśmy dziewczynę plotącą wianki. Udało mi się złapać ją na tym, że zerknęła w naszym kierunku. Ona nie mogła nas zobaczyć przez przyciemnione szyby, dlatego doskonale widziałem, jak lekko uniosła brwi na widok nazwy zespołu zdobiącej prawy bok samochodu.

Zaśmiałem się pod nosem. Nie rozpoznała Wojtka, gdy wychylił się przez drzwi, by zapytać o drogę, co oznaczało, że raczej nie była naszą fanką, ale nazwa zespołu najwyraźniej coś jej mówiła, bo zdradziła się tą subtelną reakcją.

- Tej lasce to się ale nudzi, co nie? - parsknął Tomek. - Wianuszki sobie zaplata, też mi coś.

Chłopacy zaczęli się śmiać, a ja się zamyśliłem, ukołysany jazdą po nierównej polnej powierzchni.

Było jak na filmach. Kilkadziesiąt domków z drewna zajmowało dużą powierzchnię pośród drzew, a kawałek dalej widniało mieniące się w promieniach słońca jezioro. Na skraju plaży znajdował się nowoczesny budynek, w którym mieściła się restauracja o nazwie Fantazja.

Wewnątrz domków letniskowych pachniało nowością. Andy znalazł to miejsce i podpisał umowę z właścicielem, proponując szereg korzyści marketingowych dla nowo otwartego ośrodka. To była świeżo rozpoczęta działalność, a my byliśmy pierwszymi gośćmi.

Na powitanie wyszedł nam sam właściciel, Maciej Bloch. Był facetem około czterdziestki z niewielkimi zakolami na głowie. Wysoki i postawny, mógł na pierwszy rzut oka wzbudzać respekt, lecz nas przywitał szerokim uśmiechem.

- Jak miło was widzieć, chłopaki! - ryknął tubalnym głosem, a po chwili każdego z nas zamknął w solidnym uścisku, jakbyśmy znali się od lat i byli najlepszymi kumplami. - Wszystko już gotowe... Sale do ćwiczeń, scena, gdzie możecie rozstawić swój sprzęt, miejsce na ognisko i polana do spędzania czasu wolnego. Byłem w stałym kontakcie z Andrzejem i...

- Odbiera od pana telefon? - wtrącił Borys.

- Żaden pan. Maciej jestem - poprawił go natychmiast właściciel. - Odbierał, teraz już jest za granicą, więc wszystkie szczegóły mam ustalać z wami.

- No i świetnie - odparł Wojtek, ale po jego minie widziałem, że nie był zadowolony. Raczej starał się zamaskować złość na naszego menadżera.

Chłopaki od jakiegoś czasu namawiały mnie przy każdej okazji, żebym zerwał z nim współpracę, a wtedy moglibyśmy poszukać kogoś innego. Tyle że to nie było takie proste, bo wiązał nas kontrakt, który wygasał dopiero za dwa lata i dopuszczał możliwość przedłużenia o kolejny okres. Gdybym chciał się wywinąć z tego wcześniej, mógłbym mieć mocno pod górkę. Starałem się na głos nie mówić, że zachowanie Andy'ego i dla mnie coraz częściej było cholernie rozczarowujące, bo to tylko zaogniłoby już i tak negatywne nastroje w zespole.

Spodziewałem się, że chłopaki dadzą mu popalić, gdy tylko zjawi się na obozie po swoich zagranicznych wakacjach spędzonych z żoną, dziećmi i znajomymi.

- Rozgośćcie się, a gdy będziecie gotowi, to zapraszam na obiad do restauracji - ogłosił Maciej, po czym pożegnał się z nami i ruszył w kierunku plaży.

Wziąłem głęboki oddech, rozkoszując się zapachem lasu. Uniosłem głowę do góry i popatrzyłem w bezchmurne niebo prześwitujące przez korony wysokich drzew. To miejsce niewątpliwie miało klimat.

Było nas pięciu, lecz Andy zarezerwował dla nas duży domek letniskowy, który mógł pomieścić dziesięć osób. Na parterze znajdował się salon połączony z jadalnią i aneksem kuchennym. Duży, drewniany stół stał przy oknie, z którego widzieliśmy jezioro, a skórzany brązowy narożnik był idealnym miejscem, by zrelaksować się z gitarą. Kamienny kominek idealnie wpasowywał się w ten wystrój.

Na parterze była jeszcze niewielka łazienka i pokój, który zajęli Wojtek z Tomkiem. To oni zawsze wstawali najwcześniej, a nasz basista był też samozwańczym wirtuozem kuchni i uwielbiał przygotowywać dla nas pyszne śniadania, dlatego uznał, że takie rozwiązanie będzie korzystne, bo nikogo nie obudzą poranną krzątaniną.

Weszliśmy po schodach na górę, gdzie znajdowały się cztery pokoje i większa łazienka z wanną. Wszystko emanowało nowością i porządkiem, co bardzo mi się podobało. Wybrałem dla siebie najmniejszy, jednoosobowy pokój z oknem dachowym, bo zależało mi, żeby mieć swoją prywatną przestrzeń, gdzie będę mógł się wyciszyć, pobyć sam ze sobą i popatrzeć w niebo - nie tylko za dnia, ale także nocą.

Za ścianą miałem Damiana i Borysa. Zostawiliśmy miejsce dla naszego menadżera, a ostatni wolny pokój miała niebawem zająć Aneta, młodsza siostra naszego klawiszowca, która zaoferowała nam pomoc w ogarnięciu obozowych obowiązków w zamian za możliwość spędzenia wakacji w pięknych okolicznościach przyrody.

Wszyscy byliśmy zmęczeni miastem, a już zwłaszcza ja. Warszawa nie była moim naturalnym środowiskiem, bo wychowałem się w niewielkiej miejscowości na południu Polski, gdzie zaczęła się moja przygoda z muzyką.

Tata w młodości grał w zespole, lecz ani on, ani jego koledzy nigdy nie zamierzali przekuć tej pasji w sposób na życie. Mama przed laty pracowała jako nauczycielka języka polskiego w szkole, a poznali się wiele lat temu na studiach. Z tego związku narodziłem się ja oraz mój młodszy o cztery lata brat, Markus. Obecnie natomiast prowadzili salon meblowy.

Początkowo nagrywałem na YouTube'a sam. Jednak z czasem odezwali się do mnie chłopacy - to był układ idealny, bo ja potrzebowałem zespołu, a oni wokalisty. Mieszkaliśmy na tyle blisko, że byliśmy w stanie widywać się na próbach przynajmniej dwa razy w tygodniu.

Połączyła nas pasja, a później postanowiliśmy wspólnie zacząć gonić marzenia. Może był to tylko zwykły fart, lecz zdecydowanie wolałem myśleć, że wywalczyliśmy sobie sukces ciężką pracą, bo cholernie zasuwaliśmy. W każdym razie staliśmy się rozpoznawalni i ludzie w Polsce zaczęli śpiewać piosenki Follow Your Dreams. Byliśmy puszczani w radiu, koncerty z naszym udziałem transmitowane były w telewizji. Zaczęliśmy żyć szybko, a zew kariery wezwał wszystkich do stolicy.

- Chłopaki! - zawołał Wojtek pół godziny później. Zdążyliśmy wnieść nasze bagaże i rozpakować najpotrzebniejsze rzeczy.

Zebraliśmy się w salonie i z ulgą zajęliśmy miejsca na dużej kanapie narożnikowej. Tomek przyniósł zimne piwo, które już czekało na nas w lodówce - o tym jednym pomyślał Andy, a właściciel domków letniskowych pamiętał, żeby zapewnić nam tę drobną przyjemność po przyjeździe na obóz.

Na zewnątrz było bardzo ciepło, na szczęście wewnątrz działała klimatyzacja.

- Jutro przyjedzie sprzęt - poinformował Borys, odczytawszy wiadomość z ekranu swojego iPhone'a. - Jak dobrze, że dzisiaj nie musimy się tym kłopotać.

- Czekajcie - powiedziałem, gdy chłopacy już zabierali się do picia piwa. - Zanim zaczniemy, wrzućmy coś na Instagram.

Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wszyscy wstaliśmy z kanapy, a nasze piwa znalazły się poza zasięgiem aparatu. Zrobiłem nam zdjęcie. Uśmiechaliśmy się, Damian i Wojtek trzymali kciuki uniesione w górę.

Wrzuciłem post, informując naszych fanów, że dotarliśmy już na miejsce i że nie możemy się doczekać spotkania z nimi. Polubienia i komentarze zaczęły się sypać lawinowo, więc nagraliśmy jeszcze krótkie instastories i wreszcie mogliśmy oddać się chmielowej przyjemności.

Moi kumple lubili imprezować, ale jednocześnie dobrze wykonywali swoją pracę, a to było dla mnie najistotniejsze. Muzyka była naszą pasją. Ludzie z branży często nas zapraszali w różne miejsca, lecz nie korzystaliśmy z tych ofert, a jeśli już, to bardzo niechętnie. Najlepiej bawiliśmy się w swoim towarzystwie, bo będąc razem, nie musieliśmy udawać, że mamy kije w tyłkach.

Teoretycznie zaczynał się nasz tygodniowy urlop. W praktyce jednak nie liczyliśmy na to, że zdążymy wypocząć przed rozpoczęciem pierwszego turnusu. Lista rzeczy do zrobienia była bardzo długa, a czasu nie zostało nam wiele. Następnego dnia musieliśmy zająć się sprzętem i ustawić go na scenie w znajdującej się nieopodal restauracji. Podobno przygotowano nam salę, na której będziemy mogli grać koncerty. Miejsce na plener też czekało.

- Zgłodniałem - stwierdził Tomek i poklepał się po wydatnym brzuchu.

Nasz perkusista był facetem większych rozmiarów, ale ten fakt nie stanowił dla niego powodu do kompleksów. Lubił jeść i nie wstydził się tego, nigdy też nie widziałem, by czegokolwiek sobie odmawiał czy stosował jakieś diety.

Nikt z nas nie myślał o jego tuszy, bo był po prostu genialnym gościem, z którym można było konie kraść, że nie wspomnę o rozmachu, z jakim grał na perkusji. Pasował do nas i tylko to się liczyło.

- Maciej mówił, żebyśmy przyszli na obiad, więc pora się zbierać - stwierdziłem i jednym haustem opróżniłem zawartość butelki.

Zebraliśmy się do wyjścia w ciągu kilku minut, bo Borys nagle przypomniał sobie, że musi się odlać, a Wojtek niezwłocznie postanowił zmienić koszulkę, która nosiła mokre ślady wody skraplającej się na chłodnym szkle butelek.

Z początku ich nieznośna lekkość bytu strasznie działała mi na nerwy, ale teraz, gdy byli moimi najlepszymi przyjaciółmi, nauczyłem się już kochać ich za zalety i akceptować liczne wady. Oni z moimi też radzili sobie naprawdę świetnie.

Szef ośrodka powitał nas w restauracji głośno i z rozmachem, a następnie zaprowadził do stolika w - jak sam to określił - najdogodniejszym miejscu do zjedzenia pysznego posiłku.

Rozejrzałem się po ładnym, pozbawionym sztuczności wnętrzu. Dostrzegłem mnóstwo zdjęć lasu i jeziora, a w wazonach na stołach stały polne kwiaty. Podobała mi się ta normalność, stanowiąca tak mocny kontrast dla pompatycznych warszawskich restauracji.

Pobliskie drzwi tarasowe prezentowały nam piękny widok na mieniące się w promieniach słońca jezioro. W powietrzu unosił się zapach lasu i wody, a lekki wiatr zdawał się szeptać nam do uszu słowa: "Witajcie na Mazurach".

Po restauracji kręciły się młode kelnerki w białych, koronkowych sukienkach. Od razu dostrzegłem, że na głowach miały chabrowe wianki. Coś przyjemnie załaskotało mnie w klatce piersiowej. Chłopacy zajęci byli rozmową na temat naszego ostatniego, bardzo udanego koncertu, a ja obserwowałem otoczenie, wyobrażając sobie, że już za tydzień te wszystkie stoliki wypełnią się naszymi fanami.

Co za niewiarygodne uczucie...

Telefon w mojej kieszeni zawibrował krótko, sygnalizując nadejście wiadomości. Uśmiechnąłem się na widok MMS-a od Marleny i szybko wystukałem odpowiedź. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w zdjęcie, które mi wysłała, i nie byłem w stanie powstrzymać ciepła, które rozlało się po mojej klatce piersiowej.

Kątem oka zauważyłem, że drzwi znajdujące się za kontuarem baru otworzyły się po raz kolejny. Wyszła z nich urocza, drobna blondynka i z lekko zarumienionymi policzkami ruszyła w naszym kierunku. Niosła w dłoniach karty dań.

- Dzień dobry. Witam panów w restauracji Fantazja. Proszę zapoznać się z naszym menu, a ja wrócę niebawem - wyrecytowała wyraźnie napiętym głosem i ukłoniła się uprzejmie, po czym szybko odeszła, jeszcze bardziej speszona na widok uśmiechów, którymi ją obdarowaliśmy.

- Nadal nie wierzę, że tak działamy na kobiety... - przyznał Damian z zadowoleniem.

- Nataniel tak działa na kobiety, nie my - poprawił go Tomek, a ja zacząłem się śmiać, bo to nie była prawda.

- Nie przesadzaj - stwierdziłem i otworzyłem usztywnianą bordową okładkę karty dań.

- No właśnie - poparł mnie Damian i rzucił Tomkowi ostre spojrzenie, a potem zerknął w kierunku krzątającej się przy pobliskich stolikach kelnerki. - Coraz bardziej mi się tu podoba.

Chciałem odpowiedzieć, że mi też, chociaż najwyraźniej z nieco innego powodu niż naszemu gitarzyście, gdy drzwi za kontuarem ponownie się otworzyły i do restauracji wkroczyła kolejna kelnerka.

Była ubrana dokładnie tak samo jak jej koleżanki, a na głowie nosiła wianek z polnych kwiatów.

Uśmiechnąłem się pod nosem, nie byłem w stanie tego powstrzymać.

Skóra obsypana gęstymi piegami i miedziane włosy zaplecione w warkocz.

To była ona.