Ewa, 55 lat, mieszka w Warszawie i pracuje jako dentystka. Ma dwoje dzieci, w tym 30-letniego syna Bartka, który jest gejem.
Jak z perspektywy czasu oceniasz kontakt z synem sprzed coming outu? Byłaś mamą, która wszystko wiedziała?
To trudne pytanie, bo zawsze mi się wydawało, że mieliśmy z Bartkiem bardzo dobre relacje. To nawet wpisywało się w ten stereotyp, że syn lgnie bardziej do mamy, a córka do ojca. A jednak było coś, o czym mi sam nie powiedział, więc po coming oucie, kiedy poczuł się w pełni zaakceptowany w domu, te relacje się poprawiły, a on wyraźnie odżył.
Pamiętasz ten dzień? Bartek dawał wcześniej jakieś sygnały, co możesz od niego usłyszeć?
Kompletnie nie. On był tak młody i na pewno przestraszony tym, co się w nim dzieje, że w ogóle nie brał pod uwagę coming outu. Chociaż teraz, gdy się nad tym zastanawiam, to myślę, że może zaproszenie mnie do kina na "Tajemnicę Brokeback Mountain" - film, który opowiada o miłości dwóch gejów, miało być jakąś wskazówką. Kto wie, chociaż nie posądzałabym go o taką intrygę. (śmiech) Tym bardziej, że wówczas często chodziliśmy razem do kina, więc nie było w tym nic nadzwyczajnego. To był pierwszy film, na którym on się mocno wzruszył, choć wcześniej mu się to kompletnie nie zdarzało, a oglądaliśmy przecież i filmy o zwierzętach, które wzruszają dzieci, i komedie romantyczne, które kwitował krótkim "ale to głupie!". Dziwiło mnie, że do niego nie przemawiają, ale mógł to też być taki chłopięcy bunt. Na "Tajemnicy Brokeback Mountain" jednak się wzruszył i nagle wszystko zaczęło mi się składać w całość, jakieś wydarzenia z przeszłości, jego pojedyncze zachowania. Bartek śmiał się potem ze mnie, że to już była moja nadinterpretacja. (śmiech) Ale fakty są takie, że to był impuls, który pozwolił mi zapytać go, czy jest gejem.
Zapytałaś o to od razu po wyjściu z kina, na gorąco?
Stało się to kilka dni później, bo wcale nie było to dla mnie takie proste. Bałam się zadać to pytanie, choć precyzyjniej rzecz ujmując, powinnam powiedzieć, że bałam się odpowiedzi, którą usłyszę.
Bałaś się, bo...?
Bo życie geja w Polsce nie jest łatwe. Nie było wtedy, a teraz być może jest nawet trudniej. Znałam parę gejów, znaliśmy się wiele lat, ale oni nigdy nie powiedzieli oficjalnie, że są razem. Moja wiedza na ich temat wynikała po prostu z obserwowania ich codziennego życia, z tego, że np. zawsze przychodzili razem. Widziałam to ich życie w ciągłym ukryciu, niedopowiedzeniu. Nikt nie chce takiego życia dla swojego dziecka.
W końcu jednak zebrałaś się w sobie i to pytanie do syna padło.
Z tamtej chwili pamiętam tylko to, że Bartek miał aż posiniałe usta z tych wszystkich emocji. Powiedział: "Tak, a co? Teraz mnie może będziesz leczyć?". To mnie kompletnie obezwładniło.
Co rodzic mówi w takim momencie swojemu dziecku?
Powiedziałam, że przecież wiem, że tego się nie leczy, że to nie jest choroba. Nie czułam potrzeby, żeby zapewniać, że go kocham, bo wydawało mi się to oczywiste. Dopiero potem, gdy poznałam historie innych rodziców, dowiedziałam się, że bardzo często pierwszą myślą rodzica jest to, żeby zapewnić swoje dziecko, że się je kocha. Postanowiłam nawet zapytać Bartka, czy on wtedy czuł, że jakoś mu tego zapewnienia zabrakło. Usłyszałam: "wszystko było dobrze!". (śmiech)
Jest też drugi rodzic. Kto powiedział ojcu?
Oczywiście, że ja. Wysypałam mu wszystko przy pierwszej nadarzającej się okazji, gdy tylko nie było Bartka w domu. (śmiech) Mąż zareagował fantastycznie, powiedział: "No i co z tego? Czy to coś zmienia w Bartku, jest nagle inną osobą?" i na tym się skończyło. Podszedł do tego jak do zadania, że tak powinien się zachować prawdziwy mężczyzna i głowa rodziny.
Przeszliście nad tym do porządku dziennego czy były jakieś kolejne rozmowy na ten temat? Coming out mieliście za sobą, ale co się działo później?
Później nastąpił czas przetrawienia tego, zmierzenia się z tym, bo to nie była przecież informacja podobna do tych, które słyszy się na co dzień, np. o ocenach w szkole czy czymś w tym stylu. Musiałam to sobie poukładać, chociaż nigdy homofobką nie byłam. Uważam, że ci rodzice, którzy są homofobiczni, muszą wykonać dużo większą pracę, żeby dziecko zaakceptować. Ja nie miałam z tym aż takiego problemu, choć pewnie jakiś miałam, skoro potrzebowałam to przetrawić. Po jakimś czasie, może po trzech czy czterech miesiącach, postanowiliśmy z mężem porozmawiać z Bartkiem o tym, czy ma jakiegoś fajnego chłopaka w klasie, czy ktoś mu się podoba, czy się z kimś spotyka... Szybko nas zbył i uciekł do pokoju. Po czasie okazało się, że ta rozmowa była dla niego najważniejsza. Ta pierwsza ze mną nie była aż tak stresująca jak ta, gdy próbowaliśmy z nim normalnie rozmawiać o sprawach codziennych, tak jak wszyscy rodzice ciekawi pierwszych sympatii i zauroczeń swojego dziecka.
Myślisz, że taki miękki coming out w domu sprawił, że było mu potem łatwiej być sobą również poza domem? Wiele dzieciaków LGBT+ ukrywa się i ogranicza, choćby w kontaktach towarzyskich, żeby przypadkiem nie dowiedzieli się o ich tajemnicy rodzice.
Bartek na pewno czuł wsparcie i co za tym idzie, czuł się swobodniej. Z tego względu też zdobył się na dość wczesny coming out wśród znajomych, a podczas lekcji biologii potrafił wstać i powiedzieć: "pani profesor, myli się pani, homoseksualność nie jest zboczeniem, występuje w przyrodzie, jest naturalna". To, że miał w domu bezpieczną przystań i nie musiał się niczego obawiać, dawało mu pewność i siłę.
Wspomniałaś, że mimo wszystko po wyznaniu Bartka miałaś jakiś problem, biorąc pod uwagę okoliczności - to w dużym cudzysłowie. Chodziło o konfrontację twoich wyobrażeń o przyszłości syna z tym, jak ona faktycznie może wyglądać? Bo, chcąc nie chcąc, żyjąc w heteronormie, wyobrażamy sobie rodzinę, dzieci, żonę...
Taki obraz się wtedy rozsypuje na kawałki. Bartek zawsze miał grono koleżanek i wielbicielek, dziewczynek, które zakochiwały się w nim jeszcze w podstawówce - chodzili za rękę, spędzali ze sobą dużo czasu. Oczywistym dla mnie było, że będzie miał dziewczynę, bardzo ładną, mądrą, bo on sam jest przystojny, inteligentny, więc jak mogłoby być inaczej? Wiesz, myślałam o swoim dziecku, jak to matka, w samych superlatywach i projektowałam jakiś raj. (śmiech) Po coming oucie to wszystko się posypało. Tak się dzieje. W jednej chwili idealny obraz życia naszych dzieci, który dla nich malujemy, zostaje zastąpiony przez inny - w moim przypadku pojawił się lęk o tę przyszłość. I on zostaje gdzieś z tyłu głowy, to się dzieje bezwiednie, ale nie myślę o tym na co dzień.
Coming out dziecka jest pierwszy, ale nie ostatni, bo potem takie coming outy robią rodzice - przed znajomymi, w pracy, wśród bliższej i dalszej rodziny. Długo zwlekałaś z poszerzeniem "kręgu wtajemniczonych"?
Początkowo nie mówiliśmy o tym nikomu, bo taka była wola Bartka. Nie chciał, żeby wiedziała o tym cała rodzina. Wszystko się wydarzyło z czasem i bardzo naturalnie. Pewnego razu, idąc ze swoim ówczesnym chłopakiem za rękę, spotkał brata ciotecznego i potem już, jak to w rodzinie, ta informacja się rozniosła. Nam przede wszystkim chodziło o jego komfort i bezpieczeństwo, więc nic nie działo się bez jego zgody. W pracy czy wśród znajomych wiadomo, jak jest - sporo się o sobie opowiada, o swoich dzieciach. Ja też chciałam to robić, więc kiedy syn był już na studiach, zapytałam go, czy mogę powiedzieć koleżankom, że jest gejem. Już chyba mu nie zależało specjalnie, bo machnął ręką i powiedział: "a no to mów!". (śmiech)
A dlaczego ci na tym mówieniu o Bartku tak zależało?
Wiesz, to jest moje życie i prawda o mnie, o moim dziecku. Koleżanki mówią: "ach, mój Piotruś ma dziewczynę i jest taka fajna!". A ja chciałam powiedzieć, że mój syn ma chłopaka i też jest szczęśliwy. Mam normalną potrzebę mówienia o tym, jak każdy inny. Tym bardziej, że jestem gadatliwa i szczera, lubię wszystko z siebie wysypać, czasami nawet przez przypadek. Trzymanie tej tajemnicy było dla mnie trudne, krępowało moje ruchy i powstrzymywało przed czymś, co jest bardzo naturalne, czyli przed mówieniem o swoim dziecku, byciem dumną z niego.
Stresowałaś się przed swoimi coming outami?
Na początku stres był ogromny. Pierwszej osobie mówiłam o tym z dużym lękiem i ze łzami w oczach. Spotkałam się z dobrym przyjęciem, wsparciem i później to już szło jakoś bardziej naturalnie. Tak jak wspominałam, chodzi o takie codzienne, najzwyklejsze sytuacje. Kiedyś byłam na lekcji zumby i po treningu zaczęłyśmy rozmawiać z innymi dziewczynami o dzieciach. Wtedy któraś z nich zapytała, ile lat ma mój syn. Gdy odpowiedziałam, że 26, zaczęły dopytywać o jego ewentualną żonę, dzieci. Powiedziałam, że ma chłopaka. Wówczas otoczyły mnie wianuszkiem, bo to była dla nich niecodzienna informacja i wszystkie były bardzo ciekawe, chciały, żebym opowiedziała coś więcej. Na szczęście, nigdy nie spotkało mnie nic niemiłego.
Powiedziałaś, że twoją pierwszą reakcją na to, że twój syn jest gejem, był zwyczajny strach o jego bezpieczeństwo i przyszłość. Od tego czasu minęło ponad 15 lat. Wciąż się o niego boisz?
To się cały czas zmienia i zależy od sytuacji czy okoliczności. Kiedy syn idzie na jakąś demonstrację czy protest, to boję się o niego, niezależnie, czy idzie tam z tęczową flagą, czy bez niej. Zdarzyło się, że kilka razy został napadnięty, ale zawsze sobie jakoś radził, bo jest dobrze zbudowanym mężczyzną. Natomiast to, co słyszę w telewizji, czytam w gazetach czy internecie o osobach LGBT... To mnie kompletnie rozwala. Jak niektórzy obłudnie szczują, manipulują, przekształcają rzeczywistość, to jest nie do pomyślenia! Czasami aż wyłączam telewizor, bo nie mam sił, aby tego słuchać i na to patrzeć. Nie rozumiem też, jak można wyrządzać komuś taką krzywdę.
Oni, tj. media, homofobiczni politycy czy osoby publiczne - myślą, że mówią o "ideologii", o jakiejś bezkształtnej masie. Tymczasem mówią m.in. o twoim dziecku.
Mówią o moim dziecku, o jego przyjaciołach, o osobach, które znam, lubię i szanuję, a które uważam za wspaniałych ludzi. Mówią o dzieciach moich przyjaciół. To jest obrzydliwe. Żaden z tych, którzy wyrzucają z siebie ten homofobiczny ściek, nie pozwoliłby na to, żeby ktokolwiek mówił o jego dziecku w ten sposób. Bez względu na to, czy mówiono by o grupie, do której to dziecko należy, czy np. o jego drużynie, zespole. Nie byłoby na to zgody. A nasze dzieci można obrażać całkowicie bezkarnie? Nie potrafię tego zaakceptować i nie godzę się na to.
Obrażane są wasze dzieci, ale i wy również, bo przecież w tej nagonce często można spotkać się z zarzutami pod adresem rodziców osób LGBT+, że gdzieś popełnili błąd, że źle wychowali swoje dzieci, skoro wyrosły na "takie" właśnie.
Wychowanie nie ma wpływu na orientację seksualną. Ale już na to, czy dziecko będzie odnosiło się do innych ludzi z szacunkiem, uczciwie pracowało, pomagało tym, którzy tego potrzebują, jak najbardziej tak. I jeśli o to chodzi, mogę powiedzieć, że mam wspaniałe dzieci, z których jestem szalenie dumna.