Maminsynek - Stanisław Graybner

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Przed piątą z rana było prawie ciemno. Po trzydniowej słocie, wyjaśniło się nareszcie od wschodu, a ziemia, jakby upartym deszczem znudzona, swobodnie oddychała kłębami szarej mgły, niemiło ogarniającej tych ludzi, którym twardy obowiązek kazał stawić się raniej do pracy, niżby mieli do tego ochotę.

To też zawiadowca stacji Pepinster, wyczekujący pociągu od pruskiej granicy, miał kwaśną minę. Dął zimny wiatr, więc urzędnik postawił kołnierz płaszcza, ręce w kieszenie wsunął, a ziewnąwszy pełną piersią, spojrzał ku Verviers. Pociągu tylko co nie widać, bo i posługacze stoją już na posterunkach. Jeden podtoczył na niskim wózku elegancki kufer, drugi przy drzwiach od bufetu trzyma drobne pakunki, a za nimi stoi podróżny, jedyny na stacji. Smagły, pięknych kształtów blondyn, ubrany wytwornie, wnosząc z wyrazu twarzy, bardzo młodziutki, z jasnym, zaledwie obiecującym się zarostem, snadź jeszcze nietkniętym brzytwą golarza. W niebieskich oczach młodzieńca, łatwo dostrzec inteligencję i sentymentalność, niezupełnie temu wiekowi właściwą. Całość przedstawia się wykwintnie a sympatycznie.

Rozległ się przeciągły świst. Pociąg nadchodzi. Niby ślepia dzikiego zwierza, zabłysły w ciemności latarnie parowozu, a tuż za nim pociąg; oświetlony lampami wagonów, jak zwinny Wąż, wygiął się na łuku. Z szykiem, sobie właściwym, maszynista zatoczył ekwipażem na wekslu, krótkim, urywanym świstem dał sygnał po dwakroć, i wpadłszy gwałtownie przed stację, zręcznie zahamował na miejscu.

Przystanek najkrótszy - jedna minuta.

- En voiture! - dobitnie zawołał konduktor, przeciągając ostatnią sylabę.

- Pour Bruzelles! - zbliżając się, rzekł młody człowiek, a zaledwie zdążył umieścić się w wagonie i odebrać z rąk posługacza pakunki, zatrzaśnięto z łoskotem drzwi i pociąg dalej pomykał.

Ale w przedziale wskazanym przez konduktora, nie było miejsca, bo na dwóch przeciwległych siedzeniach spały dwie damy. Lampę osłonięto niebieską materią

Młodzieniec oswoił wzrok z półświatłem i zastanowił się, jak mu należy postąpić. Zdawałoby się najprostszym przebudzić jedną i poprosić o zrobienie miejsca. Ale on był dżentelmenem, a damy spały tak smacznie. Więc złorzeczył konduktorowi, który go skazał na pieszą podróż w wagonie kolei żelaznej i obiecywał sobie zmienić przedział przy pierwszej sposobności. Tymczasem, wsparty o okno, patrzył przez szyby, bo zaczynało już świtać, a droga od Herbesthal do Li?ge, jest najpiękniejszą w Belgi. Ale wkrótce łokcie mu ścierpły, a tunele, raz po raz po sobie następujące, przeszkadzały w podziwianiu widoków; rozglądał się znów wokoło i teraz dostrzegł, że jedna z dam, śpiąca w pozycji nieco skurczonej, zostawiła skąpo miejsca na ławce. Skorzystał z tego skwapliwie i usiadł, trzeba przyznać jak najoględniej na samym brzegu siedzenia. Po zdobyciu takiej pozycji, nabrał otuchy. Powoli, powoli, będzie się zasiadał coraz głębiej, nie budząc podróżnej. I on chętnie ułożyłby się do snu, ale o tym nie mógł marzyć Natomiast, badał otoczenie. Na sznurowych półeczkach spoczywały wytworne torby, pudełka i pledy, z których coś niecoś można wnosić o właścicielkach. Rzucił okiem w bok, ale głowa śpiącej była przykryta woalką. Spojrzał bliżej i oczy szybko odwrócił. Miałżeby znaleźć coś niemiłego? Przeciwnie. Jednakże młodzieniec, moralnie, jak on wychowany, nie chciał korzystać z położenia, zresztą zwyczajnego w podróży, że zgrabny, lakierowany bucik wykradł się spod podróżnego kostiumu... Patrzył więc znów przez okno na jakąś willę i piękne otoczenie, ale gdy pociąg skrył się nagle w tunelu, mimo woli zawrócił okiem ku nóżce sąsiadki.

- A nie, nie trzeba - myślał. - Co by na to powiedziała mama, lub moi nauczyciele, gdyby widzieli.

I znów głowę odwrócił.

Ale za chwilę zastanowił się, że już skończył dwadzieścia dwa lat, że mama, gdyby żyła, nie mogłaby wymagać, aby był zawsze niedorosłym Guciem, a nauczyciele wszakże dawno przyznali mu dojrzałość.

I jakby pozbawiony skrupułu, zrzekł się pięknego kraju Wallonów, przekładając sąsiednie zjawisko.

A nóżka była istotnie ładna. Drobna, w paluszkach wąska, na podbiciu wysoka.

Gdyby podróżny był wytrawniejszy w tych rzeczach, to oceniłby, że takie kształty nie miały nic wspólnego z płaską niemiecką lub flamandzką nogą, a na francuską - stopka była za krótka. Ale moralnie wychowany młodzieniec był ignorantem w tym względzie i w tej chwili powodował się tylko zmysłem estetycznym.

Naraz, pociąg w pełnym biegu/wypadł z tunelu na ostry łuk, i pochylił się tak, że młody człowiek, zaledwie uczepiony ławki, stracił równowagę, a bliski zważenia się całym ciężarem na sąsiadkę, mimo woli oparł lekko ręce o jej kolana. Przebudzona, zerwała się z siedzenia.

- Pardon madame, vergeihen sie - odezwał się zmieszany.

- Nie śpisz Kamilko? - zapytała po polsku druga kobieta, wychylając głowę spod pledu.

- Spałam tak dobrze - odparła pierwsza - ale nam tu, jak widzę, dali nieproszone towarzystwo.

Podróżny, usłyszawszy polską mowę, sam będąc Polakiem, tym bardziej żałował swej niezręczności, a jednocześnie był rad spotkaniu rodaczek.

- Zechcą mi panie wybaczyć - mówił głosem nieśmiałym - ale to wina konduktora, że mi tu wskazał miejsce. Inaczej, nie pozwoliłbym sobie przeszkadzać paniom, zwłaszcza rodaczkom.

- A, pan Polak? - zwróciła się starsza, poprawiając włosy.

- Tak jest, ale niech panie nie krępują się dla mnie. Na pierwszej stacji wyszukam inne miejsce, a tymczasem chętnie postoję - tj. rzekłszy, powstał z siedzenia.

- Niechże pan siada, proszę bardzo - mówiła ta sama dama - śpimy prawie od samego Berlina, a dawno już nie miałyśmy polskiego towarzystwa. Pan daleko jedzie?

- Do Brukseli pani, jadę ze Spa, gdzie bawiłem kilka dni. Czy panie także do Brukseli?

- Jedziemy do Ostendy na kąpiele, po sezonie we Franzensbadzie. Ale pan zapewne nic dla kuracji podróżuje? W tym wieku...

- O tak, pani, jestem zupełnie zdrów. Chcę raczej poznać kawałek świata, a po drodze i belgijską stolicę. Nie podróżowałem nigdy.

- A to wielka przyjemność - wtrąciła pierwszy raz druga.

Dotąd młodzieniec; zamieniając słowa tylko ze starszą, siedzącą naprzeciwko, nie miał sposobności, lub może nie śmiał zajrzeć w oczy sąsiadce, którą tak niezgrabnie przebudził, ale gdy sama przyłączyła się do rozmowy, obrócił się ośmielony. Miał już jakiś frazes banalny na ustach, lecz gdy rzucił na nią okiem - zaciął się. Była uderzająco piękna.

Twarze pospolite wymagają wykończonego stroju i misternego utrefienia włosów, piękność jednak doskonała nie przestaje być nią zawsze i we wszelkich warunkach.

Nie każda kobieta, po nocy przespanej w wagonie, miałaby odwagę próbować siły swych wdzięków, ale ta w tej chwili była pewną siebie. Nie mogąc przeczesywać włosów w towarzystwie młodego człowieka, zdążyła przed chwilą wyjąć z nich parę szpilek i puściwszy swobodnie czarne warkocze, rozplotła je do połowy tak, że jej okryły ramiona, niby lśniący, fantazyjny płaszcz. Przepysznie oprawne ciemne oczy, snem wywołany rumieniec na białej twarzy, klasyczny nosek i zmuszające do zachwytu usteczka - wszystko składało się na iście modelową piękność, olśniewającą i czarującą zarazem.

Nie dziwna, że młodemu blondynowi słowa na ustach zamarły.

Starsza kobieta spostrzegła to uwielbienie! A chcąc podtrzymać uciętą rozmowę, dodała:

- Moja córka przepada za podróżami.

Podzielam takie upodobanie - rzekł młody człowiek, wyrwany z podziwu. - Pierwszy raz wyjechałem z kraju, spragniony szerszego świata. Wielce przyjemne są te obserwacje i nowe wrażenia. Na każdym kroku szukamy czegoś odmiennego, porównywamy trawki z naszymi trawkami, dotykamy drzew, aby przekonać się, czy rosną podobnie jak nasze, nieomal zadziwia nas słońce i księżyc, że świecą z tej samej wysokości. Ale w miarę posuwania się na zachód, uczuwamy żal do samych siebie, że tam, u nas, w porównaniu tak wszystko blednie, tak smutno wygląda. Rzućmy okiem na Belgię, przez którą jedziemy. Jakaż niezmierna różnica, a jednak nasz kraj nie uboższy od tego, tylko po macoszemu przez nas traktowany.

Ten zwrot, rzucony poważnie przez młodego człowieka, dobrze dlań usposobił matkę i córkę. Dotąd widziały w nim prawie młokosa, udającego mężczyznę; teraz przedstawił się jak człowiek, który co najmniej myśli i mówi rozsądnie.

Pogawędka też zawiązała się na dobre, a młodzieniec był w siódmym niebie, bo piękna sąsiadka ożywiała się coraz więcej.

Znajomości w wagonie zawierają się łatwo i szybko. Polacy, zwłaszcza z tej samej sfery, zawsze odnajdują w rozmowie wzajemnie znajome sobie osoby i stosunki. Toteż gdy pociąg zbliżał się do Louvain, nasze towarzystwo znało się już dobrze. I tyle wiedziano o sobie, że młody człowiek nazywa się August Turski, że stracił niedawno matkę i objął rodzinny majątek w Hrubieszowskiem, gdzie dotąd stale przebywał, bo wychowanie odebrał w domu, pod kierunkiem dwóch światłych pedagogów, Francuza i Niemca. Matka nie zdobyła się na odwagę, aby jedynaka z domu wypuścić.

Pani Zahorska z domu hrabianka, z córką Kamillą, obecne towarzyszki podróży Turskiego, miały posiadać znaczne dobra na Podlasiu i jak corocznie, bawiły zagranicą parę letnich miesięcy.

Teraz już Turski nie żywił żalu do konduktora za wskazanie mu togo a nie innego przedziału. Był zachwycony znajomością.

Pani Zahorska, bardzo ożywiona, mimo że się już miała ku pięćdziesiątce, była jeszcze przystojną. Ktoś inny dostrzegłby w niej może za wiele pretensji do powierzchowności, ale młody Turski nie szukał ujemnych stron w matce, której córka - według niego - gromadziła w sobie ideały wszelkie. A w wyrazistych oczach Kamilli przeczuwał niebo, w którem udział zwykłego, jak on, śmiertelnika, wydawał mu się być szczęściem, nieuchwytnym, jak sen rozkoszny.

August dotąd nie znał, bo nie spotykał kobiet. Lata młodzieńcze zeszły mu na nauce, a jego towarzystwo ograniczało się do troskliwej matki i czujnych guwernerów. Dziś stawiał pierwsze kroki jako człowiek samodzielny. Był niewinny ciałem, świeżego umysłu i ciepłego serca, a więc tym wrażliwszy na piękno. Uśmiechał się do wszystkiego, bo i jemu wszystko się uśmiechało.

Panna Zahorska przeżyła już dwadzieścia sześć wiosen, ale te lata nie ujęły jej piękności przeciwnie, dodały do naturalnych wdzięków rutynę ich użycia, przywabienia i oczarowania.

- Więc pan nie zna morza? - zapytała w dalszym ciągu rozmowy.

- Nie, pani. Ma być imponujące.

- Na rozmaite osoby wywiera różne wrażenia. Mnie ono zachwyca, ale słyszałem młodą panienkę, która, gdy znalazła się pierwszy raz U jego brzegu, rzekła z całą naiwnością: spodziewałam się więcej wody zobaczyć. Kąpiele są nader przyjemne. Niech pan przyjedzie do Ostendy, nauczę cię uciekać przed bałwanami. To bardzo zabawne.

August, nie wiedząc, że damy i mężczyźni kąpią się razem w morzu, zarumienił się, jak burak. Ale nie rad był przyznać się do tej nieświadomości.

- A to przyda mi się tym bardziej - odparł - że nie umiem pływać. Matka moja bała się zawsze, abym nie utonął przy lekcji. To samo było z konną jazdą. Musiałem używać protekcji mego dzisiejszego sąsiada Lubicza, aby mi pozwolono dosiąść konia, a wtedy matka truchlała, że nogę złamię.

- Widocznie bardzo kochała swego jedynaka - rzekła pani Zahorska.

- Niewątpliwie; a jednak, widzę dziś w sobie braki, będące następstwem systemu mego wychowania.

- Ze mnie bo mama zrobiła chłopca - wtrąciła Kamilla. - Powiadam panu, umiem wcale dobrze pływać, jeżdżę konno, na łyżwach, strzelam z pistoletu i - kiedy nikt nie widzi - palę papierosy. A pan pewno nie palisz, czy zgadłam?

- Tak pani, nie palę, nie piję, konno jeżdżę po łacinie, o gimnastyce nie mam pojęcia.

- Więc pan zapewne i nie polujesz?

- Gdybym polował musiałbym strzelać, a strzelając choć wypadkiem zabijać. Lubię ptaki i zwierzęta, ale właśnie dlatego nie miałbym żadnej przyjemności pozbawienia ich życia. Czuję nawet do tego pewien wstręt. Kocham kwiaty, toteż ich nie zrywam.

- A więc żadna panna nie może spodziewać się od pana bukietu?

- Przyznaję, nie myślałem o tym.

- A gdybyś pan znalazł się na placu pojedynku, czy i wtedy nie byłbyś zdolnym zabić przeciwnika?

- Nie mógłbym być w podobnym położeniu, bo nie obraziłbym nikogo, a sam nie dałbym powodu, aby mnie obrażono. Pomijam te wypadki, w których mamy prawo postawić się wyżej nad wyrządzoną obrazę.

- To bardzo względne i nie zawsze od nas zależne - mówiła piękna panna, tą rozmową zainteresowana - jakżebyś pan postąpił, gdyby obrażono kobietę, jego narzeczoną lub żonę?

Zapytanie zastawało zupełnie nieprzygotowanym młodzieńca. Nie chciał być sprzecznym sam z sobą, byłoby gorzej okazać się obojętnym na honor kobiety. Niezwykły podobnej szermierki, w której światowe damy tak biegle władają giętką bronią języka, Turski w duszy czuł się pokonanym, a dla zamaskowania porażki, obmyślał wymijającą odpowiedź.

Ale otworzenie drzwi wagonu wyprowadziło go z trudności.

- Do Ostendy! Proszę przesiadać się! - objaśnił konduktor.

Towarzystwo, zajęte rozmową, nie zauważyło zatrzymania się pociągu na stacji, z której rozchodzą się koleje do Brukseli i ku Holandii.

Teraz więc panie musiały się spieszyć z pozbieraniem drobiazgów, aby zdążyć w porę. August, pomagając im, niewymownie żałował, że tak prędko traci towarzystwo, a zwłaszcza córki, z którą rad by nie rozstać się już nigdy.

Za chwilę, z okna wagonu ścigał wzrokiem przedział, do którego wsiadły jego znajome, ale tam dojrzał tylko głowę belgijskiego oficera.

Postanowił czekać do końca i nie zawiódł się, bo kiedy już obydwa pociągi ruszyły, oficer znikł, a w jego miejscu ukazała się Kamilla, posyłająca Turskiemu gest ręką i słowa:

- Do widzenia w Ostendzie, mais sans faute, nieprawdaż?

August był tym pożegnaniem uszczęśliwiony.

- Miałożby jej w istocie na tym zależeć? - pomyślał.