1. Mama i sens życia
Zmierzch. Być może umieram. Złowieszcze kształty otaczają moje łóżko:
monitory kardiologiczne, butle z tlenem, kroplówki, zwoje plastykowych
rurek - oznaki śmierci. Zamykam oczy i pogrążam się w ciemności.
Nagle wyskakuję ze swego łóżka i wybiegam ze szpitalnego pokoju prosto
do zalanego słońcem parku rozrywki Glen Echo, gdzie dziesiątki lat temu
spędziłem niejedną letnią niedzielę. Słyszę muzykę na karuzeli. Oddycham
wilgotnym powietrzem przesiąkniętym słodkawym zapachem lepkiego popcornu
i jabłek. I maszeruję prosto przed siebie - nie zatrzymując się przy
stoisku Mrożonego Kremu Niedźwiedzi Polarnych ani przy kolejce górskiej,
ani przy diabelskim kole - aby stanąć w kolejce po bilety do Domu
Horroru. Zapłaciłem za bilet i czekałem, aż najbliższy wagonik wyjedzie
zza zakrętu i zatrzyma się przede mną z metalicznym szczękiem. Po
wejściu i opuszczeniu poręczy zabezpieczającej usadowiłem się wygodnie i ostatni raz rozejrzałem wokół siebie - i w samym środku niewielkiej
grupki gapiów zobaczyłem ją.
Zacząłem machać do niej rękami i wołać, wystarczająco głośno, aby
wszyscy usłyszeli: "Mamo! Jak mi się udało, mamo? Jak mi się udało?".
Nawet wtedy, kiedy uniosłem głowę na poduszce i próbowałem otrząsnąć się
ze snu, w gardle tkwiły mi uwięzione słowa: "Jak mi poszło, mamo? Mamo,
jak mi poszło?".
Ale mama leży dwa metry pod ziemią. Od dziesięciu lat, zimna i martwa
niczym kamień w jasnej sosnowej trumnie na cmentarzu w Anacostii
niedaleko Waszyngtonu. Co z niej pozostało? Chyba tylko kości. Z pewnością mikroby pochłonęły każdy skrawek jej ciała. Może pozostało
kilka kosmyków siwych włosów - może resztki chrząstek przylegających do
większych kości. I oczywiście obrączka. Zagrzebana gdzieś w kostnym pyle
musi być tą cienką, srebrną, misternie wykonaną obrączką, którą mój
ojciec kupił na Hester Street, krótko po ich przypłynięciu najtańszą
klasą do Nowego Jorku z rosyjskiego sztetla na drugim końcu świata.
Tak, wiele czasu minęło. Dziesięć lat. Śmierć i rozkład. Nic poza
włosami, chrząstkami, kośćmi i srebrną obrączką ślubną. I jej obraz
ukryty w moich wspomnieniach i snach.
Dlaczego w swoich snach machałem mamie? Przestałam machać tyle lat temu.
Ile? Może dziesiątki. Być może było to tego popołudnia ponad pół wieku
temu, kiedy miałem osiem lat i zabrała mnie do Sylvan, kina znajdującego
się tuż za rogiem ulicy, przy której mój ojciec prowadził sklepik. Mimo
że było dużo wolnych miejsc, usiadła ciężko na fotelu obok jednego z łobuziaków z sąsiedztwa, chłopaka starszego ode mnie o rok.
- To miejsce jest zajęte, proszę pani - warknął.
- Tak, tak! Zajęte! - odpowiedziała pogardliwie matka, kiedy usadowiła
się już wygodnie. - On zajmuje miejsca, ważniak! - oznajmiła każdemu w zasięgu słuchu.
Próbowałem rozpłynąć się w obitym brązowym aksamitem fotelu. Później, w ciemnej sali, zebrałem się na odwagę i powoli odwróciłem głowę. Był tam,
siedział kilka rzędów dalej obok swego kolegi. Nie myliłem się, patrzyli
nienawistnym wzrokiem i pokazywali na mnie. Jeden z nich potrząsnął
pięścią, szepcząc: "Później!".
Mama pozbawiła mnie kina Sylvan. Stało się dla mnie wrogim terytorium. O każdej porze bez wyjątku, przynajmniej w ciągu dnia. Jeśli chciałem być
na bieżąco z sobotnimi filmami - Królikiem Rogerem, Batmanem,
Zielonym Szerszeniem, Duchem - musiałem wchodzić po rozpoczęciu
seansu, kiedy na sali było ciemno, zajmować swoje miejsce w ostatnim
rzędzie, tak blisko wyjścia ewakuacyjnego, jak się tylko dało, i wychodzić przed włączeniem świateł. W mojej okolicy największym
nieszczęściem, jakie mogło cię spotkać, było dostać lanie. Oberwać
pięścią - nietrudno to sobie wyobrazić: cios w szczękę, i już. Albo
policzek, kopniak czy skaleczenie - nie ma problemu. Ale dostać lanie
- o mój Boże. Czy to się kiedyś skończy? Co z ciebie zostanie?
Przestajesz się w ogóle liczyć, na zawsze napiętnowany jako ten, który
"dostał lanie".
I machać matce? Dlaczego miałbym machać teraz, kiedy od lat żyłem z nią
jak z największym wrogiem? Była: zarozumiała, kontrolująca, natrętna,
podejrzliwa, mściwa, bardzo uparta i niebywale ograniczona (ale
inteligentna - nawet ja to mogłem dostrzec). Nie przypominam sobie, aby
kiedykolwiek, choć raz, okazała mi jakieś cieplejsze uczucia. Ani razu
nie byłem z niej dumny i nie odczuwałem zadowolenia z tego powodu, że
jest moją matką. Miała cięty język i złe zdanie na temat każdego - z wyjątkiem mojego ojca i swojej siostry.
Kochałem ciotkę Annę, siostrę mojego ojca: jej łagodność, niewyczerpana
dobroć, jej zapiekane hot dogi owinięte chrupiącymi plastrami wędzonej
szynki, jej niezrównana strucla (utracona dla mnie raz na zawsze,
ponieważ jej syn nie wyśle mi przepisu na nią - ale to już inna
historia). Najbardziej kochałem ciotkę Annę w niedziele. Tego dnia jej
delikatesy w Navy Yard niedaleko Waszyngtonu były zamknięte -
odblokowywała automat do gry i godzinami mogłem grać za darmo. Nigdy się
nie sprzeciwiała, gdy podkładałem pod przednie nogi automatu małe
kawałki papieru, aby spowolnić spadanie kulek i zdobyć więcej punktów.
Moje uwielbienie dla Anny doprowadzało matkę do szaleńczych i mściwych
ataków na szwagierkę. Miała Annie do zarzucenia biedę, wstręt do pracy w sklepie, brak zmysłu handlowego, głupkowatego męża, brak godności i gotowość do przyjmowania wszelkich używanych rzeczy.
Matka mówiła w obrzydliwy sposób, z silnym akcentem, wtrącając mnóstwo
wyrażeń w jidysz. Nigdy nie przyszła do mojej szkoły na wywiadówkę lub
spotkanie PTA1. Dzięki Bogu! Skręcałem się na samą myśl, że
miałbym przedstawić ją swoim przyjaciołom. Walczyłem z mamą,
przeciwstawiałem się jej, krzyczałem na nią, unikałem jej i w końcu,
jako nastolatek, w ogóle przestałem się do niej odzywać.
Największą zagadką mojego dzieciństwa było to, jak tata mógł z nią
wytrzymać. Przypominam sobie wspaniałe chwile w niedzielne poranki,
kiedy on i ja graliśmy w szachy. Przyśpiewywał wtedy wesoło do nagrań
rosyjskiej lub żydowskiej muzyki, kołysząc głową w rytm melodii.
Wcześniej czy później dochodzący z góry skrzeczący głos matki niszczył
atmosferę poranka:
- Gevalt, Gevalt, dosyć! Vay iz mir, dosyć muzyki, dosyć hałasu!
Ojciec bez słowa się podnosił, wyłączał adapter i kończyliśmy naszą grę
w ciszy. Ileż razy modliłem się: proszę, tato, proszę, nie daj się jej
chociaż raz!
Tak więc po co machać? I po co pytać u kresu mojego życia: "Jak mi się
udało, mamo?". Czy to możliwe - i ta możliwość wprawia mnie w osłupienie
- że przez całe życie szukałem aprobaty tej żałosnej kobiety? Przez całe
życie usiłowałem uciec, wznieść się ponad moją przeszłość - żydowską
osadę, najtańszą kajutę na statku, getto, talmudyczne opowieści, śpiewy
religijne, gabardynę2 i sklepik spożywczy. Całe życie dążyłem
do wolności i rozwoju. Czy może tak być, że nie uciekłem ani od mojej
przeszłości, ani od mojej matki?
Ci koledzy, którzy mieli kochające, łagodne i wspierające matki - jakże
ja im zazdrościłem. I jakie to dziwne, że dzisiaj nie są związani ze
swoimi matkami, nie dzwonią do nich, nie odwiedzają, nie przywołują ich
w swoich snach i prawie w ogóle o nich nie myślą. Podczas gdy ja łapię
się na myśleniu o niej wielokrotnie w ciągu dnia i nawet teraz, dziesięć
lat po jej śmierci, często odruchowo sięgam po telefon, aby do niej
zadzwonić.
Och, rozumiem to wszystko intelektualnie. Dawałem wykłady na ten temat.
Wyjaśniam moim pacjentom, że wykorzystywane dzieci mają często problemy
z oddzieleniem się od swoich dysfunkcjonalnych rodzin, podczas gdy
dzieci wychowane przez dobrych i kochających rodziców przeżywają w późniejszym życiu znacznie mniej konfliktów. Zresztą czy zadaniem
dobrego rodzica nie jest przygotowanie dziecka do opuszczenia domu?
Rozumiem to, ale tego nie lubię. Nie lubię mojej matki składającej mi
codzienne wizyty. Nienawidzę tego, że wkradła się w zakamarki mojego
umysłu i że za nic nie mogę jej stamtąd wyrugować. A najbardziej
nienawidzę tego, że pod koniec życia czuję się zmuszony pytać: "Jak mi
poszło, mamo?".
Myślę o zbyt grubo wyściełanym krześle w waszyngtońskim domu spokojnej
starości. Częściowo blokowało wejście do jej pokoju i otoczone było
stoliczkami broniącymi do niego dostępu. Na każdym z nich leżał
przynajmniej jeden, a czasami więcej egzemplarzy każdej z napisanych
przeze mnie książek. Stoliczki, na których leżało kilkanaście moich
książek i ze dwa razy tyle ich wydań obcojęzycznych, chwiały się
niebezpiecznie. Często sobie wyobrażałem, że wystarczyłoby jedno
niewielkie trzęsienie ziemi, aby moja matka została pogrzebana pod
zwałami książek autorstwa jej jedynaka.
Ilekroć ją odwiedzałem, zastawałem ją usadowioną na krześle z dwiema lub
trzema moimi książkami na kolanach. Ważyła je w dłoniach, wąchała,
głaskała - robiła wszystko poza ich przeczytaniem. Miała zbyt słaby
wzrok. Ale nawet zanim jej wzrok się pogorszył, nie mogłaby ich
zrozumieć: jej całe wykształcenie stanowiły kursy naturalizacyjne dla
osób ubiegających się o amerykańskie obywatelstwo.
Jestem pisarzem. A mama nie umie czytać. Mimo to wciąż zwracam się do
niej z pytaniem o sens pracy całego mojego życia. Czym mierzonego?
Zapachem, ciężarem moich książek? Rysunkami na okładce, śliskimi w dotyku lakierowanymi obwolutami? Wszystkie moje żmudne badania, źródła
inspiracji, mozolne poszukiwania właściwej myśli czy ulotnego i pełnego
wdzięku zdania - o tym nigdy nie miała pojęcia.
Sens życia? Sens mojego życia. Wiele książek ułożonych w chwiejące się
sterty na stoliku mamy zawierało pretensjonalne odpowiedzi na takie
pytania. "Jesteśmy istotami poszukującymi sensu - napisałem - które
muszą sobie poradzić z kłopotliwym faktem, że zostały rzucone w świat
pozbawiony w istocie sensu". I później, aby uniknąć posądzenia o nihilizm, wyjaśniłem, że musimy zmierzyć się z podwójnym zadaniem.
Najpierw obmyślamy lub tworzymy projekt nadający życiu sens,
dostatecznie solidny, aby uniósł ciężar życia. Następnie musimy
zapomnieć o naszym akcie kreacji i przekonać samych siebie, iż nie
stworzyliśmy, lecz odkryliśmy taki projekt - że ma on swoją własną,
niezależną od nas egzystencję.
Chociaż udaję, że akceptuję wszystkie pomysły na życie, potajemnie
dzielę je na brązowe, srebrne i złote. Niektórzy ludzie żyją nadzieją
mściwego triumfu; inni - pogrążeni w rozpaczy - marzą tylko o spokoju,
izolacji i uwolnieniu się od bólu; niektórzy poświęcają życie walce o sukces, bogactwo, władzę, prawdę; inni dążą do przekroczenia samych
siebie i poświęcają się wyższym celom lub drugiej istocie - człowiekowi
lub Bogu. Są też tacy, którzy znajdują sens życia, służąc innym, dążąc
do osobistego rozwoju lub oddając się twórczości.
Potrzebujemy sztuki, powiedział Nietzsche, inaczej prawda nas zniszczy.
Twórczość jest dla mnie złotym pomysłem i obróciłem całe moje życie,
całe moje doświadczenie, całą moją wyobraźnię w stertę tlącego się
kompostu, z której od czasu do czasu staram się stworzyć coś nowego i pięknego.
Ale moje sny mówią coś innego. Utrzymują, że poświęciłem życie zupełnie
innemu celowi - zdobyciu akceptacji mojej zmarłej matki.
Ta wskazówka ze snu jest bardzo ważna: zbyt ważna, aby ją ignorować,
zbyt niepokojąca, aby zapomnieć. Nauczyłem się jednak, że sny nie są
takie tajemnicze i niezmienne. Przez większość swojego życia byłem
specem od snów. Nauczyłem się je poskramiać, rozkładać na części
pierwsze, a następnie składać. Wiem, jak wydobywać z nich sekrety.
Tak więc pozwalam głowie opaść na poduszkę i odpływam, powracając do
wagonika w Domu Horroru.
Wagonik zatrzymuje się ze zgrzytem, rzucając mnie na poręcz
zabezpieczającą. Chwilę później zmienia kierunek i powoli wraca w kierunku drzwi wahadłowych na zalany słońcem park Glen Echo.
- Mamo, mamo! - krzyczę, machając rękami. - Jak mi poszło?
Słyszy mnie. Widzę, jak przedziera się przez tłum, roztrącając ludzi na
prawo i lewo.
- Oyvin, co za pytanie - mówi, podnosząc poręcz i wyciągając mnie z wagonika. Patrzę na nią. Wygląda na pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat,
jest silna, krępa i bez wysiłku niesie wypchaną torbę na zakupy,
wyszywaną, z drewnianą rączką. Mama jest brzydka, ale nie zdaje sobie z tego sprawy i idzie z podniesioną głową, jak gdyby była pięknością.
Zauważam znajome fałdy skóry zwisające z jej ramion i zawiązane tuż nad
kolanami zrolowane pończochy. Całuje mnie mocno, pozostawiając mokry
ślad na moim policzku. Udaję zadowolonego.
- Dobrze się sprawiłeś. Czego można więcej chcieć? Wszystkie te książki.
Jestem z ciebie dumna. Gdyby tylko twój ojciec mógł to zobaczyć.
- Co rozumiesz przez to, że dobrze się sprawiłem? Skąd to wiesz? Nie
możesz przeczytać tego, co napisałem - przecież twój wzrok...
- Wiem swoje. Popatrz na te książki. - Otwiera torbę na zakupy, wyciąga
dwie z moich książek i zaczyna czule je głaskać. - Wielkie książki.
Piękne książki.
Zdenerwowała mnie tym swoim zachowaniem.
- Ważne jest to, co jest w książkach. Może w nich są same bzdury!
- Oyvin, nie mów narishkeit - głupot. Piękne książki!
- Nosisz torbę z książkami przez cały czas? Nawet w Glen Echo? Zrobiłaś
z nich relikwie. Nie uważasz, że...
- Każdy ciebie zna. Cały świat. Moja fryzjerka powiedziała mi, że jej
córka uczy się z twoich książek w szkole.
- Twoja fryzjerka? Czy ona jest dla ciebie wyrocznią?
- Wszyscy. Mówię o tobie wszystkim. Co w tym złego?
- Mamo, nie masz nic lepszego do roboty? Miałaś spędzić niedzielę ze
swoimi przyjaciółmi: Anną, Gertą, Lubą, Dorotą, Samem i twoim bratem
Szymonem? A swoją drogą, co ty w ogóle tutaj robisz?
- Wstydzisz się mnie? Zawsze się mnie wstydziłeś. Gdzie indziej miałabym
być?
- Mówię tylko, że oboje jesteśmy już dorosłymi ludźmi. Mam ponad
sześćdziesiąt lat. Może to już najwyższy czas, aby każde z nas miało
własne sny.
- Cały czas wstydzisz się mnie.
- Nie powiedziałem tego. Nie słuchasz mnie.
- Zawsze uważałeś mnie za głupią. Zawsze wydawało ci się, że nic nie
rozumiem.
- Nie powiedziałem tego. Zawsze uważałem, że nie musisz wszystkiego
wiedzieć. Chodzi raczej o sposób, w jaki... w jaki...
- W jaki? Mów śmiało. Zacząłeś, to dokończ. Wiem, do czego zmierzasz.
- Do czego?
- Nie, Oyvin, ty to powiedz. Kiedy ja ci powiem, odwrócisz kota
ogonem.
- Chodzi o to, że mnie nigdy nie słuchasz. I o to, w jaki sposób mówisz
o rzeczach, na których w ogóle się nie znasz.
- Nie słucham? Ja ciebie nie słucham? Powiedz mi, Oyvin, a ty mnie
słuchasz? Co ty o mnie wiesz?
- Masz rację, mamo, nie potrafiliśmy słuchać się nawzajem.
- Nie ja, Oyvin, ja potrafiłam słuchać. Każdej nocy po powrocie do domu
ze sklepu słyszałam ciszę, a tobie nie przyszło do głowy, żeby przyjść
do mnie na górę ze swego pokoju. Nawet się nie witałeś. Nie pytałeś
mnie, czy miałam ciężki dzień. Jak mogłam słuchać, skoro nic do mnie nie
mówiłeś?
- Coś mnie powstrzymywało; między nami był mur.
- Mur? Miło, że mi to mówisz. Mur. Ja go zbudowałam?
- Nie powiedziałem tego. Powiedziałem tylko, że był mur. Wiem, że się od
ciebie odsunąłem. Dlaczego? Jak mogę pamiętać? To było pięćdziesiąt lat
temu, mamo, ale wtedy czułem, że każde słowo, które do mnie mówisz,
zawiera reprymendę.
- Vos? Repry... co?
- Mam na myśli krytykowanie. Musiałem trzymać się z daleka od twojego
krytycyzmu. Miałem wtedy zbyt niskie mniemanie o sobie, żeby jeszcze
wysłuchiwać twojej krytyki.
- Z jakiego powodu miałbyś źle się czuć? Przez te wszystkie lata tata i ja pracowaliśmy w sklepie, abyś mógł studiować. Do północy. I ile razy
dzwoniłeś do mnie, żebym przyniosła ci coś ze sklepu? Ołówki lub papier?
Pamiętasz Ala? Pracował w sklepie z alkoholem. Ten, któremu pocięto
twarz w czasie napadu?
- Oczywiście, że pamiętam Ala, mamo. Szrama przez pół twarzy od nosa w dół.
- Tak, Al odbierał telefon i krzyczał na cały sklep: "To król! Król
dzwoni! Trzeba królowi kupić ołówki. Król ma do odrobienia pracę
domową!". Al był zazdrosny, bo jego rodzice nic mu nie dali. Nigdy nie
zwracałam uwagi na to, co mówił. Ale miał rację. Traktowałam ciebie jak
króla. Za każdym razem, kiedy dzwoniłeś, w dzień czy w nocy, zostawiałam
ojca w sklepie pełnym klientów i biegłam kilka przecznic do Mensch's
Five 8 Dime. Kiedy potrzebowałeś, kupowałam także znaczki. I zeszyty, i atrament. I długopisy. Wszystkie twoje ubrania były upaprane atramentem.
Byłeś traktowany jak król, a nie krytykowany.
- Mamo, teraz nareszcie rozmawiamy. To dobrze. Nie oskarżajmy się
nawzajem. Spróbujmy się zrozumieć. Powiedzmy, że czułem się
krytykowany. Wiem, że przy innych dobrze o mnie mówiłaś. Przechwalałaś
mnie. Ale nigdy tego nie powiedziałaś w mojej obecności.
- Nie było zbyt łatwo z tobą rozmawiać, Oyvin. I nie tylko mnie, ale
wszystkim wokół. Wszystko wiedziałeś. Wszystko czytałeś. Chyba ludzie
się ciebie trochę bali. Ja pewnie też. Ver veys? Kto wie? Ale pozwól,
że coś ci powiem, Oyvin. Po pierwsze, ty także nigdy nie powiedziałeś
nic miłego na mój temat. Zajmowałam się domem i gotowałam dla ciebie.
Jadłeś moje jedzenie przez dwadzieścia lat. I wiem, że ci smakowało.
Skąd wiem? Bo przez dwadzieścia lat talerze i garnki były zawsze puste.
Ale nigdy mi tego nie powiedziałeś. Nawet raz w życiu. Prawda? Nawet raz
w życiu?
Zawstydzony pochyliłem głowę.
- Po drugie, wiem, że nigdy nie powiedziałeś nic miłego poza moimi
plecami - ty przynajmniej wiesz, Oyvin, że ja ciebie chwaliłam przed
innymi. Wiem, że się mnie wstydziłeś. Wstydziłeś się mnie pod każdym
względem - i w mojej obecności, i kiedy mnie nie było. Wstydziłeś się
mojego angielskiego, mojego akcentu. Wszystkiego, czego nie wiedziałam.
I wszystkiego, co źle powiedziałam. Słyszałam, w jaki sposób ty i twoi
przyjaciele żartowaliście sobie ze mnie - Julie, Shelly, Jerry.
Słyszałam wszystko. Więc?
Spuszczam głowę jeszcze niżej.
- Niczego nie przegapiłaś, mamo.
- Skąd mogłam wiedzieć, co jest w twoich książkach? Gdybym miała
możliwości, gdybym chodziła do szkoły, wtedy dopiero zrobiłabym użytek
ze swojej głowy, mojej satchel! W Rosji, w sztetlu, do szkoły mogli
chodzić tylko chłopcy.
- Wiem, mamo, wiem. Wiem, że radziłabyś sobie równie dobrze jak ja,
gdybyś tylko miała taką szansę.
- Zeszłam na ląd z matką i ojcem, mając zaledwie dwadzieścia lat. Przez
sześć dni w tygodniu musiałam pracować w szwalni. Dwanaście godzin
dziennie od siódmej rano do siódmej wieczorem, czasami nawet do ósmej. A dwie godziny wcześniej, o piątej rano, musiałam iść z ojcem do jego
kiosku z gazetami i pomóc mu je wypakować. Moi bracia nigdy tego nie
robili. Szymon poszedł do szkoły dla księgowych. Hymie był kierowcą
taksówki - nigdy nie pojawiał się w domu i nigdy nie przysłał pieniędzy.
Później wyszłam za mąż za tatę, przeniosłam się do Waszyngtonu i aż do
starości pracowałam z nim w sklepie po dwanaście godzin dziennie,
zajmowałam się domem, gotowałam i sprzątałam. Potem urodziła się Jean,
która nigdy nie sprawiała mi kłopotu. A później pojawiłeś się ty. Nie
było z tobą łatwo. A ja ciągle pracowałam. Widziałeś mnie! Wiesz o tym!
Słyszałeś mnie ciągle biegającą w górę i w dół po schodach. Czy ja
kłamię?
- Wiem, mamo.
- I przez całe życie, aż do ich śmierci, pomagałam Bubbie i Zeydzie,
moim rodzicom. Oni nie mieli niczego, tylko kilka groszy, które mój
ojciec zarobił w kiosku z gazetami. Później otworzyliśmy dla niego sklep
ze słodyczami, ale nie mógł pracować - mężczyźni musieli się modlić.
Pamiętasz Zeydę?
Skinąłem głową.
- Jak przez mgłę, mamo.
Musiałem mieć cztery albo pięć lat... kwaśny odór czynszowej kamienicy w Bronksie... kawałki chleba i kulki z folii aluminiowej rzucane z piątego
piętra kurom na podwórku... mój dziadek, cały ubrany na czarno, w wielkiej czarnej jarmułce, z rozwichrzoną i poplamioną sosem brodą, z ramionami i czołem owiniętymi czarnymi sznurkami, mamroczący modlitwy.
Nie mogliśmy rozmawiać - mówił tylko w jidysz - ale mocno szczypał mnie
w policzek. Natomiast kobiety - Bubba, mama, ciocia Lena - pracowały,
biegały w górę i w dół do sklepu i z powrotem, pakując, rozpakowując,
gotując, skubiąc kurczaki, czyszcząc wagi z resztek ryb i kurzu. Ale
Zeyda nie ruszył palcem. Po prostu siedział i czytał. Jak król.
- Każdego miesiąca - mama mówi dalej - wsiadałam do pociągu do Nowego
Jorku i przywoziłam im pieniądze i jedzenie. Później, kiedy Bubba była w domu opieki, płaciłam za nią i odwiedzałam ją co dwa tygodnie -
pamiętasz, czasami brałam cię do pociągu. Czy ktoś inny z rodziny
pomagał? Nikt! Twój wujek Szymon przyjeżdżał raz na kilka miesięcy,
przywożąc butelkę 7 Up, a ja przez całą następną wizytę musiałam
wysłuchiwać tylko o tej wspaniałej butelce od wujka Szymona. Nawet
wtedy, kiedy była już niewidoma, musiała mnie okłamywać, zachowując
starą butelkę po 7 Up. I nie tylko Bubbie pomagałam, ale wszystkim w rodzinie - moim braciom, Szymonowi i Hymiemu, mojej siostrze Lenie,
ciotce Annie i wujkowi Ablowi, którego dopiero co ściągnęłam z Rosji -
każdy, cała rodzina utrzymywała się ze schmutzig, małego, nędznego
sklepiku spożywczego. Mnie nigdy nikt nie pomógł! I nikt mi nawet nie
podziękował.
Biorąc bardzo głęboki oddech, wypowiadam słowa:
- Dziękuję ci, mamo. Dziękuję.
To nie jest takie trudne. Dlaczego zajęło mi to pięćdziesiąt lat?
Dotykam jej ramienia może po raz pierwszy w życiu. Tej części tuż nad
łokciem. Ramię jest miękkie i ciepłe w dotyku, podobnie jak jej
kichel, ciepłe ciasto na chleb, na chwilę przed włożeniem do pieca.
- Pamiętam, jak mówiłaś Jean i mnie o 7 Up wujka Szymona. To musiało być
dla ciebie trudne.
- Trudne? Mnie to mówisz? Czasami popijała tym 7 Up kawałek mojego
kichel - ty wiesz, jak trudno jest zrobić kichel - i mówiła tylko o tym 7 Up.
- Dobrze, że rozmawiamy, mamo. To zdarza się nam po raz pierwszy. Może
ja zawsze tego pragnąłem i dlatego jesteś ciągle obecna w moim umyśle i w moich snach. Może teraz będzie inaczej.
- Jak inaczej?
- Może będę w stanie być bardziej sobą - poświęcić się celom i sprawom,
które uważam za najważniejsze.
- Chcesz się mnie pozbyć?
- Nie, nie w ten sposób, nie w zły sposób. Chcę tego samego dla ciebie.
Chciałbym, abyś mogła odpocząć.
- Odpocząć? Czy widziałeś mnie kiedyś odpoczywającą? Tata ucinał sobie
drzemkę każdego dnia. Widziałeś kiedyś, żebym ucięła sobie drzemkę?
- Myślę o tym, że powinnaś mieć swój własny cel w życiu, nie ten -
mówię, szturchając jej torbę. - Nie moje książki! I ja też powinienem
mieć własny cel.
- Ale ja ci właśnie wyjaśniłam - odpowiada, przekładając torbę do
drugiej ręki, jak najdalej ode mnie. - To nie są tylko twoje książki.
To są także moje książki!
Jej ramię, które wciąż ściskam, staje się nagle zimne i puszczam je.
- Co ty przez to rozumiesz - ciągnie - że ja powinnam mieć swój cel? Te
książki to jest mój cel. Pracowałam na ciebie i na nie. Całe życie
pracowałam na te książki - moje książki.
Sięga do torby i wyciąga jeszcze dwie. Kulę się ze strachu, obawiając
się, że jest gotowa podnieść je do góry i pokazać grupce gapiów, którzy
się wokół nas zebrali.
- Ale, mamo, ty tego nie rozumiesz. Musimy się od siebie oddzielić -
nie ograniczać się nawzajem. W ten sposób kształtuje się człowiek. O tym
właśnie piszę w swoich książkach. Chcę, aby takie były moje dzieci -
wszystkie dzieci. Nieskrępowane.
- Vos meinen - nieoskubane?
- Nie, nie, nieskrępowane - słowo, które oznacza kogoś wolnego lub
wyzwolonego. Widzę, mamo, że nie możemy się zrozumieć. Powiem to w ten
sposób: każdy człowiek na świecie jest w swojej istocie samotny. To
trudne do zniesienia, ale tak po prostu jest i musimy się z tym
zmierzyć. Dlatego chcę mieć własne myśli i sny. Ty także powinnaś mieć
swoje. Mamo, chcę, abyś znikła z moich snów.
Jej twarz tężeje w napięciu. Odchodzi ode mnie na kilka kroków.
Pospiesznie dodaję:
- Nie chodzi o to, że cię nie lubię, ale chcę dobrze dla nas obojga -
dla mnie i dla ciebie. Powinnaś mieć w życiu swoje własne marzenia. Na
pewno to zrozumiesz.
- Oyvin, wciąż myślisz, że nic nie rozumiem, a ty rozumiesz wszystko.
Ale ja sporo wiem o życiu. I o śmierci. Wiem o śmierci więcej niż ty.
Wierz mi. I rozumiem, co to znaczy być samotnym - lepiej niż ty.
- Ale, mamo, nie będziesz samotna. Zostajesz ze mną. Nie opuszczasz
mnie. Wciąż jesteś obecna w moich myślach. W moich snach.
- Nie, synku.
"Synku" - nie słyszałem tego słowa od pięćdziesięciu lat i zapomniałem,
że mama i tata tak mnie często nazywali.
- To nie jest tak, jak myślisz, synku - mówi dalej. - Nie rozumiesz
wielu rzeczy i niektóre rzeczy rozumiesz opacznie. Znasz ten sen, ten, w którym czekałam na ciebie w tłumie i widziałam, jak machasz do mnie z wagonika, wołasz mnie i pytasz, jak udało ci się w życiu?
- Tak, oczywiście, że pamiętam mój sen, mamo. Od tego wszystko się
zaczęło.
- Twój sen? To jest właśnie to, co chcę ci powiedzieć. Mylisz się,
Oyvin - ty myślisz, że ja byłam w twoim śnie. To nie był twój sen,
synku. To był mój sen. Matki także mają sny.
2. Podróże z Paulą
Kiedy byłem studentem medycyny, uczono mnie sztuki patrzenia, słuchania
i dotykania. Patrzyłem na cynobrowe gardła, nabrzmiałe błony bębenkowe i strumyki tętniczek wijących się w siatkówce. Słuchałem szmeru zastawek
sercowych, tubalnego bulgotania jelit i kakofonii szmerów oddechowych.
Dotykałem śliskich brzegów śledziony i wątroby, napiętych jajników i twardego niczym marmur raka prostaty.
Uczyć się o pacjentach - tak, tym zajmowała się akademia medyczna. Ale
uczyć się od pacjentów - tego nauczyłem się dużo później. Być może na
początku tej drogi stał mój profesor John Whitehorn, który często
mawiał: "Słuchaj swoich pacjentów i ucz się od nich. Jeśli chcesz stać
się mądrym, musisz być wiecznym studentem". I miał na myśli coś znacznie
więcej niż banalną prawdę, że dobry słuchacz dowiaduje się więcej o swoich pacjentach. W istocie uważał, że powinniśmy pozwolić pacjentom,
aby nas uczyli.
Wytworny, kulturalny i pełen dystansu mężczyzna, z błyszczącą łysiną
okoloną starannie przystrzyżonym wianuszkiem siwych włosów, John
Whitehorn był dziekanem Wydziału Psychiatrii Uniwersytetu Johna Hopkinsa
przez trzydzieści lat. Nosił okulary w złotej oprawce i wszystko miał
dokładnie na swoim miejscu. Żadnej zbytecznej zmarszczki na twarzy ani
na brązowym, noszonym dzień w dzień garniturze (domyślaliśmy się, że
musiał mieć w szafie ze dwa lub trzy identyczne). I żadnych zbytecznych
ruchów: kiedy wykładał, tylko jego usta się poruszały, a wszystko inne -
ręce, policzki, brwi - pozostawały kompletnie nieruchome.
Podczas trzeciego roku mojej specjalizacji z psychiatrii w każde
czwartkowe popołudnie wraz z pięcioma kolegami chodziłem na obchód z doktorem Whitehornem. Wcześniej jedliśmy lunch w jego obitym dębową
boazerią gabinecie. Posiłek był prosty i niezbyt urozmaicony - kanapki z tuńczykiem, zimne mięso, szarlotka na zimno, a po niej sałatka z owoców
i cienki placek orzechowy - ale wszystko to było podane z elegancją
rodem z Południa: lniany obrus, błyszczące srebrne tace, kostna
porcelana. W czasie lunchu toczyliśmy długie i spokojne rozmowy. Chociaż
każdego z nas nagliły wezwania pacjentów, nie było sposobu, aby
pośpieszyć doktora Whitehorna, i ostatecznie nawet ja, najbardziej
rozgorączkowany z całej grupy, nauczyłem się cierpliwości. W czasie tych
dwóch godzin mieliśmy możliwość pytania profesora o wszystko: pamiętam,
że pytałem go o takie rzeczy, jak przyczyny paranoi, odpowiedzialność
lekarza za osobę o skłonnościach samobójczych, niespójność pomiędzy
zmianą terapeutyczną a determinizmem. Chociaż odpowiadał najpełniej jak
potrafił, bardziej interesowały go inne tematy: precyzja perskich
łuczników, różnice w jakości pomiędzy greckim a hiszpańskim marmurem,
główne błędy popełnione w bitwie pod Gettysburgiem czy jego własne
ulepszenia tablicy okresowej pierwiastków (początkowo studiował chemię).
Po lunchu doktor Whitehorn przyjmował czterech czy pięciu pacjentów z oddziału, a my przyglądaliśmy się temu w ciszy. Nigdy nie dało się
przewidzieć długości żadnej z wizyt. Niektóre trwały piętnaście minut,
inne mogły się ciągnąć przez dwie lub trzy godziny. Najlepiej pamiętam
miesiące wakacyjne, chłodne, zaciemnione biuro, markizy w pomarańczowo-zielone pasy broniące dostępu rozpalonemu baltimorskiemu
słońcu i drążki markiz okolone pnączami magnolii, których delikatne
kwiaty zwisały tuż za oknem. Z narożnego okna mogłem dostrzec krawędź
kortu tenisowego dla pracowników uniwersytetu. Och, jak bardzo chciało
mi się wtedy grać! Niespokojnie myślałem o asach serwisowych i wolejach,
gdy wydłużone cienie graczy nieubłaganie sięgały poza kort. Dopiero gdy
ostatnie zarysy półcieni rozpływały się w zapadającym zmierzchu,
traciłem wszelką nadzieję i zaczynałem skupiać się na wykładach doktora
Whitehorna.
Tempo jego pracy było niespieszne. Miał mnóstwo czasu. Nic go tak nie
interesowało jak zawód i zainteresowania pacjentów. W jednym tygodniu
mógł zachęcać południowoamerykańskiego plantatora do opowiadania przez
godzinę o krzewach kawowych, a w następnym wysłuchiwać opowieści
profesora historii o klęsce hiszpańskiej Armady. Można było pomyśleć, że
jego nadrzędnym celem jest zrozumienie związku między położeniem
geograficznym plantacji a jakością ziaren kawy lub motywów politycznych
twórców Wielkiej Armady. Tak niepostrzeżenie przechodził do coraz
bardziej osobistych tematów, że zawsze ogarniało mnie zdumienie, kiedy
podejrzliwy, paranoidalny pacjent zaczynał nagle mówić szczerze o sobie
i o swoim psychotycznym świecie.
Dając się uczyć pacjentowi, doktor Whitehorn odnosił się bardziej do
osoby niż do zaburzeń tego pacjenta. W swoim podejściu uwzględniał
zarówno jego szacunek dla samego siebie, jak i gotowość do mówienia na
tematy osobiste.
Przebiegły rozmówca - ktoś mógłby powiedzieć - ale to nie była
"przebiegłość". Nie było w tym obłudy: doktor Whitehorn chciał się
uczyć. Był kolekcjonerem i w ten sposób przez lata zgromadził
zdumiewający zasób faktów i ciekawostek. "Ty i twoi pacjenci odniesiecie
zwycięstwo - mawiał - jeśli pozwolisz im, by pokazali ci swoje życie i zainteresowania. Poznaj ich życie, a wyjdziesz z tego nie tylko
wzbogacony, ale w efekcie dowiesz się o ich chorobie wszystkiego, czego
potrzebujesz".
Piętnaście lat później, na początku lat siedemdziesiątych, doktor
Whitehorn już nie żył, a ja stałem się profesorem psychiatrii. Wtedy w moje życie wkroczyła Paula, kobieta z zaawansowanym rakiem piersi, aby
dopełnić mojej edukacji. Chociaż jeszcze o tym wówczas nie wiedziałem, a ona nigdy tego nie potwierdziła, wierzę, że od samego początku jej celem
było służyć mi za przewodnika.
Paula zadzwoniła do mnie, żeby umówić się na wizytę po tym, jak
usłyszała od pracownika socjalnego w klinice onkologicznej, że jestem
zainteresowany stworzeniem grupy terapeutycznej dla nieuleczalnie
chorych pacjentów. Kiedy po raz pierwszy weszła do mojego gabinetu,
natychmiast urzekł mnie jej wygląd: pełne godności ruchy, promienny,
zniewalający uśmiech, burza krótkich, po chłopięcemu bujnych,
błyszczących siwych włosów. I jeszcze coś, co mogę określić tylko jako
światło bijące z jej mądrych, intensywnie niebieskich oczu.
Zwróciła moją uwagę swoimi pierwszymi słowami:
- Nazywam się Paula West - powiedziała. - Jestem nieuleczalnie chora na
raka. Ale nie jestem pacjentem rakowym.
I rzeczywiście, podczas naszej wieloletniej wspólnej podróży nigdy nie
postrzegałem jej jako pacjentki. Zaczęła opowiadać w dokładny i uporządkowany sposób historię swojej choroby: wykryty pięć lat temu rak
piersi; mastektomia; rak drugiej piersi i ponowna amputacja. Później
przyszła chemioterapia z całym okropieństwem, jakie jej towarzyszy:
mdłościami, wymiotami, utratą włosów. A potem radioterapia: maksymalne
dopuszczalne dawki. Ale nic nie zdołało spowolnić rozprzestrzeniania się
jej nowotworu - do czaszki, kręgosłupa i oczodołów. Rak Pauli domagał
się pożywienia i chociaż chirurdzy składali mu w ofierze jej piersi,
węzły chłonne, jajniki, nadnercza - pozostawał nienasycony.
Kiedy wyobrażałem sobie nagie ciało Pauli, widziałem poprzecinaną
bliznami klatkę piersiową, pozbawioną piersi, tkanki tłuszczowej,
mięśni, podobną do ożebrowania ocalałego z katastrofy galeonu, a poniżej
pokryty bliznami brzuch. A wszystko to wsparte na pogrubionych od
przyjmowania hormonów, niezgrabnych biodrach. Krótko mówiąc,
pięćdziesięciopięcioletnia kobieta bez piersi, nadnerczy, jajników,
macicy i - jestem pewien - bez libido.
Zawsze podobały mi się emanujące zmysłowością, pełne wdzięku i dobrze
zbudowane kobiety o wydatnych piersiach. Niemniej zdarzyło się coś
dziwnego, kiedy po raz pierwszy spotkałem Paulę: była piękna i zakochałem się w niej.
Spotykaliśmy się raz na tydzień przez kilka miesięcy bez jasno
określonego kontraktu psychoterapeutycznego3.
Ktoś mógłby to nazwać psychoterapią, ponieważ wpisywałem jej nazwisko do
książki wizyt, ona zaś spędzała rytualne pięćdziesiąt minut na fotelu
dla pacjenta. Ale nie było między nami jasnego podziału ról. Na przykład
nigdy nie wypłynęła kwestia honorarium. Od samego początku wiedziałem,
że nie był to zwykły kontrakt psychoterapeutyczny, i nigdy nie miałem
ochoty mówić w jej obecności o pieniądzach - to byłoby prostackie. I nie
chodziło tylko o pieniądze, ale również o takie rzeczy, jak cielesność,
pożycie małżeńskie czy kontakty towarzyskie.
Życie, śmierć, duchowość, spokój ducha, transcendencja - to były tematy
naszych rozmów. Tylko to interesowało Paulę. Najwięcej mówiliśmy o śmierci. Co tydzień spotykaliśmy się nie we dwoje, ale we czworo - Paula
i ja, jej śmierć i moja śmierć. Stała się moją przewodniczką po śmierci
- wprowadziła mnie w nią, nauczyła o niej myśleć, a nawet się z nią
zaprzyjaźnić. Zacząłem rozumieć, że śmierć ma złą prasę. Chociaż
znalezienie się w jej objęciach nie jest zbyt radosne, nie jest ona
jednak potwornym złem, które porywa nas w jakieś przerażająco okropne
miejsce. Nauczyłem się demitologizować śmierć, widzieć ją taką, jaką
jest - zdarzeniem, częścią życia, kresem przyszłych możliwości.
- To jest neutralne zdarzenie - mówiła Paula - na które nauczyliśmy się
reagować strachem.
Każdego tygodnia Paula wchodziła do mojego gabinetu, posyłała mi szeroki
uśmiech, który tak uwielbiałem, sięgała do dużej słomkowej torby,
wyciągała swój dziennik, kładła go sobie na kolana i dzieliła się ze mną
swoimi przemyśleniami i snami z zeszłego tygodnia. Słuchałem uważnie i starałem się właściwie reagować. Ilekroć wyraziłem wątpliwość co do
tego, czy jestem jej przydatny, wydawała się zakłopotana; następnie, po
krótkiej pauzie, uśmiechała się, jakby dodając mi otuchy, i wracała do
swojego dziennika.
Wspólnie przeżyliśmy jej ponowne spotkanie z rakiem: początkowy szok i niedowierzanie, okaleczenie ciała, stopniową akceptację i przyzwyczajanie się do mówienia: "Mam raka". Opisała pełną miłości
opiekę, jaką otaczał ją mąż i najbliżsi przyjaciele. Mogłem to łatwo
zrozumieć: trudno było nie kochać Pauli. (Oczywiście o mojej miłości do
niej powiedziałem jej znacznie później, ale ona już mi wtedy nie
wierzyła).
Później opisała przerażające dni nawrotu nowotworu. To była jej droga
krzyżowa, powiedziała, gdzie stacjami krzyżowymi były wszystkie zabiegi,
którym poddawano pacjentów z nawrotami. Pokoje z zawieszonymi u sufitu
gałkami ocznymi aparatów do radioterapii, przywodzącymi na myśl dzień
Sądu Ostatecznego, śpieszący się bezosobowi technicy, zaniepokojeni
przyjaciele, powściągliwi lekarze i przede wszystkim - dzwoniące w uszach milczenie na temat ich choroby. Płacząc, opowiadała mi o tym, jak
telefonowała do zaprzyjaźnionego od dwudziestu lat chirurga, aby w odpowiedzi usłyszeć za pośrednictwem asystującej mu pielęgniarki, że nie
będzie następnych wizyt, ponieważ lekarz nie ma jej już nic do
zaoferowania.
- Co takiego dzieje się z lekarzami? Dlaczego nie rozumieją znaczenia
najzwyklejszej obecności? - pytała mnie. - Dlaczego nie mogą pojąć, że
właśnie w momencie, w którym nie mogą już nic zaoferować, są najbardziej
potrzebni?
Przerażenie towarzyszące dowiadywaniu się o swojej śmiertelnej chorobie
- uczyłem się od Pauli - potęguje się na skutek wycofania się innych.
Izolacja umierającego pacjenta pogłębia się z powodu głupich wybiegów
tych, którzy usiłują zataić informacje o nadchodzącej śmierci. Ale
śmierci nie można ukryć, jej znaki są wszechobecne: pielęgniarki mówią
przyciszonym głosem, lekarze na obchodzie kierują uwagę na zdrowe części
ciała, studenci medycyny wchodzą na paluszkach do szpitalnego pokoju,
rodzina dziarsko się uśmiecha, a goście udają wesołość. Jedna pacjentka
z rakiem powiedziała mi kiedyś, że zrozumiała, iż śmierć jest blisko,
kiedy jej lekarz, który poprzednio zawsze kończył badanie, klepiąc ją
żartobliwie w pośladek, tym razem zakończył wizytę serdecznym uściskiem
dłoni.
Bardziej niż śmierci człowiek boi się towarzyszącej jej całkowitej
izolacji. Próbujemy iść przez życie we dwoje, ale każdy z nas musi
umrzeć samotnie - nikt nie może umrzeć naszą śmiercią z nami lub za nas.
Wstępem do całkowitego ostatecznego opuszczenia jest unikanie
umierającego przez żywych. Paula nauczyła mnie, jakie skutki wywołuje
samotność umierającego. Są one dwojakie. Pacjent odcina się od żywych,
nie chcąc wciągać rodziny czy przyjaciół w swój pełen cierpienia świat,
wypełniony lękami i makabrycznymi myślami. A przyjaciele odsuwają się,
czując swoją bezradność i niezręczność, nie wiedząc, co powiedzieć lub
zrobić, i chcąc odsunąć od siebie jak najdalej przedsmak własnej
śmierci.
Ale izolacja Pauli właśnie dobiegła końca. Ja stałem przy niej wbrew
wszystkiemu. Wszyscy inni mogli opuścić Paulę, lecz nie ja. Jak to
dobrze, że trafiła na mnie! Jak mogłem wtedy wiedzieć, że nadejdzie
czas, kiedy będzie mnie uważać za swojego Piotra4, który wyparł
się jej nie raz, ale wiele razy?
Nie mogła znaleźć właściwych słów na opisanie goryczy swej samotności,
okresu, który często określała jako swój Ogród Getsemani5.
Jednego razu przyniosła mi litografię wykonaną przez jej córkę, na
której kilka postaci o pełnych ekspresji ruchach kamienowało świętą,
samotną, drobną, skuloną kobietę, na próżno usiłującą ochronić się
wątłymi ramionami przed gradem kamieni. Wciąż wisi ona w moim gabinecie
i ilekroć na nią spojrzę, zawsze myślę o słowach Pauli: "To ja jestem tą
bezradną wobec ataku kobietą".
Byłem niczym ksiądz Kościoła episkopalnego, który pomógł jej odnaleźć
wyjście z Ogrodu Getsemani. Znając mądry aforyzm Nietzschego z Antychrysta, "Ten, kto wie dlaczego, poradzi sobie z każdym jak",
nadałem inne znaczenie jej cierpieniu.
- Twoje cierpienie jest twoim krzyżem - powiedziałem jej. - Twoje
cierpienie jest twoim posłannictwem.
To sformułowanie, to "cudowne olśnienie" - jak je Paula nazywała -
zmieniło wszystko. W momencie kiedy uznała swoje posłannictwo, którego
celem było ulżenie doli ludzi chorych na raka, zacząłem rozumieć
przydzieloną mi rolę: to nie ona brała udział w moim projekcie, lecz ja
w jej projekcie, stając się obiektem jej posłannictwa. Nie mogłem pomóc
Pauli, wspierając ją, otaczając opieką, dokonując interpretacji czy
dochowując jej wierności. Moją rolą było pozwolić, aby mnie uczyła.
Czy osoba, której dni są policzone i której ciało toczy rak, może
przeżyć swój "złoty okres"? W przypadku Pauli tak było. To ona mnie
nauczyła, że odważne spojrzenie śmierci w twarz może uczynić życie
człowieka bogatszym i bardziej satysfakcjonującym. Na początku odnosiłem
się do tego sceptycznie. Podejrzewałem, że mówienie o "złotym okresie"
jest typową dla niej, malowniczą przenośnią.
- Złoty? Naprawdę? Och, Paulo, jaką wartość może mieć umieranie?
- Irv - beształa mnie Paula - to jest źle postawione pytanie! Spróbuj
zrozumieć, że najcenniejsze jest nie umieranie, ale właśnie życie pełnią
życia w obliczu śmierci. Pomyśl o znaczeniu i doniosłości ostatnich
chwil: ostatniej wiośnie, ostatnim locie puchu dmuchawca, ostatnim
przekwitaniu kwiatów wisterii. Najcenniejsze jest także to - powiedziała
- że jest to czas wielkiej wolności - czas, kiedy masz możliwość
powiedzieć nie wszystkim trywialnym powinnościom i poświęcić się
całkowicie temu, co jest dla ciebie najważniejsze - byciu z przyjaciółmi, zmieniającym się porom roku, przelewającym się falom
morza.
Była nastawiona bardzo krytycznie wobec Elizabeth Kübler-Ross,
najwyższej medycznej kapłanki śmierci, która nie potrafiła dostrzec
"złotego okresu" i rozwinęła pesymistyczne, kliniczne podejście do
śmierci6. Wyróżnione przez nią pięć stadiów emocjonalnych
umierania - złość, odrzucenie, pertraktacje, depresja i akceptacja -
zawsze budziły wściekłość Pauli. Upierała się - i jestem pewien, że
miała rację - że taka sztywna kategoryzacja reakcji emocjonalnych
prowadzi do odczłowieczenia zarówno pacjenta, jak i lekarza.
Złoty okres Pauli był dla niej etapem intensywnych osobistych
poszukiwań: śniła o przemierzaniu ogromnych korytarzy i odkrywaniu w swoim domu nowych, nieznanych pokojów. I był to zarazem okres
przygotowań: śniła o sprzątaniu swojego mieszkania od piwnic aż po
strych i o porządkach w szafach i komodach. Przygotowała męża na swoją
śmierć, kierując się rozsądkiem i miłością. Były okresy, kiedy na
przykład czuła się dostatecznie silna, żeby sama robić zakupy i gotować,
ale specjalnie się od tego powstrzymywała, aby nauczyć go większej
samodzielności. Jednego razu powiedziała mi, że była z niego bardzo
dumna, kiedy po raz pierwszy wspomniał o "swojej" zamiast "ich"
emeryturze. W takich momentach siedziałem z oczami szeroko otwartymi ze
zdziwienia. Czy była uczciwa? Czy taka szlachetność może istnieć poza
stworzonym przez Dickensa światem Peggotty, Małej Dorrit, Toma Pincha
czy Boffina? Teksty psychiatryczne nie zajmują się taką cechą osobowości
jak "dobroć", chyba że traktują ją jako obronę przed niskimi popędami.
Dlatego na początku nie dowierzałem intencjom Pauli i dyskretnie
szukałem rys i szczelin na jej świętym wizerunku. Kiedy niczego nie
znalazłem, doszedłem w końcu do wniosku, że to nie są pozory, i przerwawszy poszukiwania, napawałem się jej dobrocią i urodą.
Przygotowanie do śmierci - wierzyła Paula - jest czymś niezmiernie
ważnym i wymaga skupionej uwagi. Dowiedziawszy się, że ma przerzuty do
kręgosłupa, Paula napisała do swojego trzynastoletniego syna list
pożegnalny, który doprowadził mnie do łez. W ostatnim akapicie
przypomniała mu, że płuca ludzkiego płodu nie oddychają, a oczy nie
widzą. Co oznacza, że embrion jest przygotowywany do życia, którego nie
może sobie nawet wyobrazić. "Czy my także - podsuwała myśl synowi - nie
jesteśmy przygotowywani do egzystencji poza granicami naszego poznania,
a nawet poza obszarem naszych snów?".
Wiara religijna zawsze wprawiała mnie w zdumienie. Odkąd pamiętam, było
dla mnie oczywiste, że systemy religijne rozwinęły się po to, aby dodać
człowiekowi otuchy i złagodzić niepewność jego egzystencji. Pewnego
dnia, kiedy miałem dwanaście lub trzynaście lat i pracowałem w sklepiku
spożywczym ojca, miałem okazję rozmawiać o swoim braku wiary z weteranem
drugiej wojny światowej, który właśnie wrócił z Europy. W odpowiedzi dał
mi pogniecione i wyblakłe zdjęcie Matki Boskiej z Jezusem, które nosił
przy sobie w czasie lądowania w Normandii.
- Odwróć je - powiedział - i przeczytaj, co tam jest napisane.
Przeczytaj to głośno.
- "W okopach nie ma ateistów" - przeczytałem.
- Słusznie! Nie ma ateistów w okopach - powtórzył powoli, grożąc mi
palcem przy każdym słowie. - Chrześcijański Bóg, żydowski Bóg, chiński
Bóg czy jakikolwiek inny - ale jakiś bóg, na Boga! Nie przetrwasz bez
tego.
To pogniecione zdjęcie, które mi pozostawił kompletnie obcy mężczyzna,
zafascynowało mnie. Przeżył Normandię i kto wie, ile jeszcze innych
bitew. Być może, myślałem, to był omen, a może znak boskiej Opatrzności,
która w ten sposób utorowała sobie do mnie drogę. Przez dwa lata
trzymałem to zdjęcie w portfelu, często je wyciągając i rozmyślając nad
nim. I później któregoś dnia zadałem sobie pytanie: "No i co? Co z tego,
jeśli to prawda, że w okopach nie ma ateistów? Jeśli nawet tak jest,
potwierdza to tylko moje sceptyczne stanowisko: oczywiście, im większy
strach, tym większa wiara. O to tutaj chodzi! Strach jest ojcem wiary;
potrzebujemy i chcemy Boga, ale nasze życzenia wcale go nie stwarzają.
Wiara, choćby nie wiem jak żarliwa, czysta i głęboka, nie mówi niczego o rzeczywistym istnieniu Boga". Następnego dnia, będąc w księgarni,
wyciągnąłem z portfela bezużyteczne już teraz zdjęcie i - ostrożnie, z całym szacunkiem, na jakie zasługiwało - włożyłem pomiędzy kartki
książki zatytułowanej Spokój umysłu, gdzie być może znajdzie je jakaś
inna targana sprzecznościami dusza i zrobi z niego lepszy użytek.
Chociaż myśl o umieraniu długo napełniała mnie przerażeniem, wolałem owo
nieskrywane przerażenie od przeświadczenia opartego na absurdalnej
przesłance. Zawsze nienawidziłem tej niewzruszonej deklaracji: Wierzę,
bo wierzyć jest niedorzecznością. Niemniej, jako psychoterapeuta,
zachowywałem te opinie dla siebie: wiedziałem, że wiara religijna jest
potężnym źródłem otuchy, toteż nigdy nie ingerowałem w tę kwestię, jeśli
nie miałem niczego innego do zaoferowania w zamian.
Mój agnostycyzm rzadko ulegał zachwianiu. Hm, być może kilka razy w szkole podczas porannej modlitwy czułem się niewyraźnie, patrząc na
moich nauczycieli i kolegów, którzy ze spuszczonymi głowami zwracali się
szeptem do Ojca w Niebiosach. Czy wszyscy poza mną oszaleli? Zdumiewało
mnie to. I później, kiedy w gazetach pojawiały się fotografie ukochanego
Franklina Delano Roosevelta chodzącego do kościoła w każdą niedzielę -
to mi dało do myślenia: poglądy FDR trzeba było traktować bardzo
poważnie.
A co z poglądami Pauli? Co z jej listem do syna, co z jej wiarą w życie
po życiu, którego kształtu nie możemy sobie nawet wyobrazić? Freuda
ubawiłaby metafora Pauli - i jeśli chodzi o religię, zawsze się z nim
całkowicie zgadzałem. "Myślenie życzeniowe jest jasne i proste - mógłby
powiedzieć - pragniemy być, lękamy się niebytu i tworzymy przyjemne
bajki, w których nasze życzenia stają się rzeczywistością. Niezbadana
przyszłość, wieczna dusza, niebo, nieśmiertelność, Bóg, reinkarnacja -
wszystko to iluzje, które mają nam osłodzić gorycz śmierci".
Paula zawsze z taktem reagowała na mój sceptycyzm - łagodnie
przypominała mi, że chociaż nie podzielam jej wiary, to nie mogę jej
obalić. Mimo moich wątpliwości lubiłem metafory Pauli i słuchałem jej
"kazań" z większą tolerancją, niż gdybym słuchał kogoś innego. Być może
była to po prostu wymiana, w której oddawałem niewielką część swojego
sceptycyzmu za możliwość przebywania w jej towarzystwie. Czasami
słyszałem nawet siebie mruczącego pod nosem takie słowa: "Kto wie?
Gdzie, w końcu, leży prawda? Czy kiedykolwiek możemy mieć pewność?".
Zazdrościłem jej synowi. Czy zdawał sobie sprawę, jakie spotkało go
szczęście? Jak bardzo pragnąłem być synem takiej matki.
Mniej więcej w tym samym czasie byłem na pogrzebie matki przyjaciela.
Wysłuchałem mowy pogrzebowej księdza, który porównał zgromadzonych do
ludzi żegnających na brzegu odpływający statek. Statek niknie na
horyzoncie, aż widać tylko wierzchołek jego masztu. Kiedy zniknie także
i on, żegnający szepczą: "Odpłynęła". Ale w tym samym momencie, chociaż
daleko stąd, inna grupa ludzi patrzy na horyzont i widząc pojawiający
się maszt, krzyczy: "Już jest!".
Naiwna bajka - żachnąłbym się, gdybym nie poznał Pauli. Ale teraz
traktowałem sprawy mniej protekcjonalnie. Patrząc wokół na towarzyszy
żałoby, czułem przez krótką chwilę, że jesteśmy zjednoczeni wspólną
wizją okrętu dobijającego do brzegów nowego życia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki