MAMA BUSZ. Przygody przewodniczki w afrykańskich rezerwatach przyrody - Dorota Kozarzewska

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Rozdział 3

Kobra

Republika Południowej Afryki

Mozambicka kobra plująca (Naja mossambica) - gatunek jadowitego węża. W sytuacji zagrożenia tryska jadem w kierunku potencjalnego wroga. Człowiek może utracić wzrok, jeżeli wystrzelona substancja dostanie się do oka. Uważana jest za drugi, po czarnej mambie, najgroźniejszy dla człowieka gatunek węża. Na południu Afryki zwana ImFezi.

Rezerwat Tilodi - położony w Republice Południowej Afryki. Jego pierwszym właścicielem był prezydent Paul Kruger. Rezerwat słynie z dużej populacji białego nosorożca i lampartów. Miejsce, w którym ukończyłam kurs przewodnika po buszu.

Musieliśmy ją zamordować.

Wiedzieliśmy, że nie odejdzie sama. Będzie siedziała w ukryciu tak długo, aż obejrzy potencjalne ofiary. Wieczorem może podejść z ciekawości pod namiot. I kiedy ktoś z nas się do niej zbliży, nieświadomy jej groźnej obecności, zaatakuje.

Plująca kobra siedziała w dziurze. Przynajmniej tak myśleliśmy. Thomas, Bawarczyk i jedyny na kursie Europejczyk poza mną, trzymał nad głową masywny kij bejsbolowy i przyglądał się badawczo jamie. Widać było, że nie jest zachwycony udziałem w akcji. Wysoki blondyn w cienkich lenonkach na nosie, typ intelektualisty, przyjechał do buszu raczej uczyć się łacińskich nazw roślin i owadów, niż ukatrupiać najgroźniejsze z afrykańskich węży. Południowoafrykańscy koledzy z kursu, Ian i Henk, wpatrywali się w czarny otwór z równym jak on natężeniem, ale z zadowolonymi minami. Christel i ja stałyśmy w kilkumetrowej, bezpiecznej odległości, z podniesionymi do oczu aparatami, gotowe do zrobienia zdjęcia roku. Kobry atakującej naszych kompanów.

- Nick, przynieś wreszcie wodę! Ona może przejść dalej! - krzyknął Ian w stronę kuchni.

- Już idę! Właśnie przelewamy do wiader! - odpowiedział mu głos z dużego, ciemnozielonego namiotu, w którym mieściły się trzy obozowe pomieszczenia: kuchnia, jadalnia i świetlica.

Problem pojawił się kilka godzin wcześniej, zaraz po świcie. Wayne, szef naszego kursu przewodników po buszu, zauważył w dziurze obok jednego z namiotów oliwkowo-brązowego węża. Mignęły mu przed oczami szeroki kołnierz głowy i łososiowy brzuch. Był pewien! To była ImFezi.

Nie wiadomo, skąd gad nagle znalazł się na terenie pełnym młodych drzew trudziczkowatych1 Combretum zeyheri. W ich gęstych korzeniach nie pozostaje zbyt wiele miejsca do ukrycia. Nie wiedzieliśmy też, dlaczego postanowił zostać. Być może skusiły go rozsypane tutaj gęsto skrzydlaki, przyschnięte od słońca owoce w kolorze podobnym do skóry węża, stanowiące dobrą kryjówkę. Jasne było jedynie, że wąż jest groźny, znalazł porzucony przez gryzonie system korytarzy i że nie powinien z nami sąsiadować.

Plująca kobra potrafi wystrzelić jad na odległość kilku metrów przed siebie. Uszkadza on nerwy. Jeżeli ciecz trafi w czyjeś oczy, można w najlepszym wypadku stracić wzrok na kilka tygodni. Najpierw czuje się ból, a potem - jeżeli nie zostanie zapewniona szybka, profesjonalna opieka lekarska - można stracić wzrok. Po odkryciu sąsiedztwa węża Wayne opowiedział nam, że sam kiedyś był zmuszony przemyć oczy własnym moczem, bo nie miał pod ręką kropli wody.

- Bracie, jeżeli nie wypłuczesz jadu, możesz stracić wzrok na zawsze - nie żartował.

Nasz szef od razu podjął decyzję o zabiciu kobry. Plująca kobra ma nieprzyjemny dla ludzi zwyczaj pozostawania w wybranym miejscu na dłużej, nawet na całe życie. A co roku składa od dziesięciu do dwudziestu jaj. Jeżeli Wayne pozwoliłby jej zostać, za rok zamiast kolejnego kursu mógłby otworzyć park z wężami. My, uczestnicy szkolenia, w większości jeszcze niedoświadczeni życiem w buszu, byliśmy pełni szlachetnej chęci darowania kobrze wolności. Nie mieliśmy jednak nic do powiedzenia. Tutaj był jeden dowódca.

Nick, szczupły, trzydziestoletni brunet w za dużej, wyblakłej od słońca koszuli koloru khaki i krótkich spodenkach, które dawno straciły swój pierwotny, piaskowy kolor, powoli szedł w naszą stronę z dwoma metalowymi wiadrami pełnymi dymiącej, gorącej wody. Za nim podążał Ian z dwoma lokalnymi, obozowymi asystentami dźwigającymi dwa kolejne.

Plan był okrutny. Chłopcy mieli lać wodę jednocześnie w cztery znalezione wyjścia z jamy i - mówiąc wprost - ugotować kobrę we wrzątku. Gdyby jednak, co było bardzo prawdopodobne, próbowała się wyśliznąć, koledzy mieli ją ubić kijami bejsbolowymi.

- Mam nadzieję, że im ucieknie - powiedziała do mnie Christel. Jako jedyne kursantki w ciągu ostatnich dni stałyśmy się dobrymi kumpelkami. Nie rozumiałyśmy jeszcze za dużo z tego, jak należy postępować w buszu, a z decyzjami Wayne'a często się nie zgadzałyśmy.

- Szczerze mówiąc, ja też! Trzymajmy za nią kciuki - szepnęłam.

Nick, Ian i dwaj asystenci zaczęli lać wodę do wylotów jamy. Henk i Thomas pochylili się nad dwoma większymi otworami w ziemi z kijami bejsbolowymi podniesionymi do góry. Wszyscy wstrzymali oddechy. Ale nic się nie stało. Nie wyskoczyła żadna kobra. Nie było słychać żadnych odgłosów.

Spojrzałyśmy na siebie z Christel porozumiewawczo. Przyszli przewodnicy po buszu mieli rozczarowane miny. Tyle emocji, przygotowań, a wroga nie ma! "Dobrze, plująca kobro. Uciekaj ile sił w nogach, to znaczy w ogonie" - pomyślałam rozbawiona sytuacją.

"Nasi" mężczyźni wyglądali na, oględnie mówiąc, mocno zawiedzionych. Patrzyli na boki, unikając swojego wzroku. Zabawa, na którą szykowali się chwilę wcześniej, im się nie udała. Po chwili Henk, potężny, rudowłosy potomek holenderskich kolonizatorów z Przylądka2, z wściekłością w głosie powiedział:

- Cholera, idziemy obedrzeć ze skóry guźca! Wayne powiedział, że wieczorem chce go dusić na ogniu w whisky! Doris, kochanie, idziesz ze mną? - zwrócił się do mnie z przymilnym uśmiechem. "Nigdy!" - pomyślałam.

- Nie, dziękuję, muszę postudiować łacińskie nazwy drzew. Są dla mnie takie trudne - odpowiedziałam, nie patrząc nawet w jego stronę.

- Zawołaj mnie, jeżeli będziesz potrzebowała pomocy - mizdrzył się dalej.

- Oczywiście - zawołałam na głos, a w myślach dodałam: "Twoje niedoczekanie!".

Popatrzyłam za postawnym mężczyzną oddalającym się w stronę naszej kuchni. Potomek silnych, holenderskich chłopów z czasów Wielkiego Treku, Burów3. Butny i pewien siebie. Rasista, na każdym kroku upokarzający szefa obsługi naszego obozu, miłego i pomocnego pastora. Nie cierpiałam go.

Godzinę później odwiedzałam naszą obozową toaletę. Została postawiona z fantazją. Na skraju skarpy, z urwiskiem przed stopami zabezpieczonym dużymi, granitowymi kamieniami i obłędnym widokiem na bezkresną sawannę rezerwatu. Lepszej panoramy nie mogli sobie wymarzyć odwiedzający wychodek. Przypomniało mi się to, co mówił Wayne, oprowadzając nas pierwszego dnia po obozie.

- Nie podnoś gwałtownie papieru toaletowego z tykwy. Sprawdź powoli, czy nie siedzi pod nią skorpion. Inaczej narażasz się na bolesne ukąszenie.

Po kilku dniach w buszu wykonywałam jego instrukcje odruchowo. "Skorpiona nie ma, przeżyłam" - zaśmiałam się do siebie, odkładając papier do wyschniętej dyni.

Kiedy opuszczałam to wyjątkowe, intymne miejsce, przypomniała mi się druga najważniejsza rada Wayne'a dotycząca obsługi toalety.

- Zanim wejdziesz, spojrzyj na drzewo maruli4 nad głową. Ma rozłożyste gałęzie. To ulubione miejsce odpoczynku węży. Nie wchodź, jeżeli jakiegoś zobaczysz. Lubią spadać nieoczekiwanie na głowę. I jeżeli jest to mamba, zaatakuje. Ta wspaniała sawanna może być ostatnim widokiem w twoim życiu - zaśmiał się jak z dobrego dowcipu.

Stanęłam, odwróciłam się powoli i spojrzałam na drzewo za sobą. Uff, puste. Ruszyłam dalej. Wychodząc zza bambusowego ogrodzenia, zerknęłam raz jeszcze za siebie, w kierunku urwiska i rozpościerającej się w dali zielono-piaskowej sawanny. Stanęłam jak wryta. Poniżej kamieni okalających krawędź skarpy na rozłożystej skale leżał wąż. Wyglądał tak, jak opisał go Wayne. Kobra była młoda. Gładka, lśniąca w słońcu, o oliwkowo-rudej skórze. Wystawiała ciało, zakończone szeroką głową, długie na metr, na promienie ciepła. ImFezi leżała dokładnie trzy metry od miejsca, gdzie siedziałam parę minut wcześniej. Wydawało mi się, że jej ciemne oczy patrzą prosto na mnie. "Kobro, daję ci pięć minut, dobrze? Uciekaj, bo będę musiała o tobie powiedzieć Waynowi. Zmykaj! - powtarzałam w myślach. - A kysz!"

Nie czułam nawet jakiegoś wielkiego strachu, bo spotkanie było mocno nieoczekiwane. Stałam potulnie w bezruchu, patrząc na nią i mając nadzieję, że nie strzeli jadem w moją stronę. Kobra jednak w ogóle nie wydawała się mną zainteresowana. Powoli wycofałam się w kierunku obozu, a bliżej naszych namiotów pobiegłam prosto do Christel. Wróciłyśmy do sawannowego wychodka, stawiając powoli kroki na wąskiej żwirowej ścieżce i rozglądając się uważnie dookoła. Skalne urwisko było puste. Przyglądałyśmy się mu z daleka. Odetchnęłam i nigdy nie zameldowałam szefowi szkolenia o spotkaniu z piękną kobrą.

Od tamtej chwili węże w Afryce są dla mnie bardzo łaskawe. Pojawiają się na moich trasach rzadko lub z daleka. Ja mimo to wypatruję niezmiennie i uparcie ich lśniących skór na drzewach, które mijamy na porannych obserwacjach. Od kilkunastu lat nie spotkałam jednak w buszu po raz drugi tej, którą miałam zamordować z kolegami. Plującej kobry.

Kobry lubią wychodzić z ukrycia nocą, może dlatego nie udaje mi się na nie trafić? A może, idąc przez busz, intuicyjnie omijam wszystkie podejrzane jamy? I to nie ja ją obserwuję.

To ImFezi patrzy na mnie przenikliwymi, ciemnymi, lśniącymi oczami z głębi ziemi.

Wstęp

- Po czym można odróżnić prawdziwy atak słonia od pozorowanego?

- Po falujących uszach?

- Po podniesionej trąbie?

- Po tumanach kurzu wzniecanych przez tego silnego ssaka?

- Doris, no powiedz wreszcie!

- ....

- Po jego zakończeniu!

To żart nie żart, jaki opowiadam Gościom moich wypraw. Oddaje wszystko to, co wiemy o buszu. Słoń może wysłać znaki ostrzegawcze przed atakiem. Lub też nie. Słoń może szarżować na nas i w ostatniej chwili zwolnić. Spuścić w dół podniesioną trąbę. Spokojnie się odwrócić. Zarzucając wielką pupą to w lewo, to w prawo, odmaszerować w przeciwnym do naszego kierunku. Słoń może zaatakować. I nie darować tego, że weszliśmy gwałtownie w jego strefę ochronną. To wszystko, co czeka na nas w buszu, jest nieprzewidywalne. Lata doświadczeń moich kolegów, przewodników pracujących na sawannie, pustyniach i w wilgotnych lasach tropikalnych, czynią tę wspaniałą i niepowtarzalną przygodę dużo bezpieczniejszą. Najważniejsze jest przestrzeganie zasad, jakie wypracowaliśmy przez lata pracy w buszu.

Nie opowiem Wam w tej książce o tym, co widziałam i przeżyłam z Gośćmi moich wypraw:

- o antylopce Thompsona, która rodziła młode na naszych oczach w kalderze Ngorongoro,

- o dzioborożcu, który wbił ostry dziób w dziurę po głowie żółwia i próbował roztrzaskać jego skorupę o kamienie, żeby dostać się do smakowitego mięsa,

- o kobach śniadych, których skóra pokryta mazistym tłuszczem śmierdzi czasami tak intensywnie, że nawet lwy omijają je z daleka,

- o tropieniu piechotą agresywnych, czarnych nosorożców na gorących, namibijskich terenach Damaralandu,

- o ataku lwa i kilku lwic na starego bawoła kilkadziesiąt metrów od nas spacerujących w gęstym buszu na południu Parku Narodowego Tarangire.

Te historie muszą poczekać na swój czas. Być może musicie wybrać się ze mną do buszu, żeby je usłyszeć. Opowiem Wam natomiast inne, równie wspaniałe, którymi obdarowała mnie Afryka.

Życie przewodniczki na wyprawach po najpiękniejszych rezerwatach i parkach narodowych Afryki jest fascynujące. Pełne dyskretnego podglądania radości i dramatów żyjących tam zwierząt. Jednocześnie moja praca nie jest łatwa. To tysiące kilometrów pokonywanych wertepów, lata dogadywania się z silnymi mężczyznami w buszu i walki z afrykańskim chaosem. Na pracę w naszym zawodzie decyduje się niewiele kobiet. Trudno jest pogodzić życie rodzinne z zawodowym. Jednak po dwudziestu siedmiu latach podróży po Afryce i dwudziestu zawodowego prowadzenia wypraw nie zamieniłabym ich na nic innego. Nie oddałabym wschodów słońca witanych na wydmach pustyni Namib, porannego tropienia lampartów w dolinie Luangwy, popołudniowego pływania czółnami mokoro w delcie Okawango czy żegnania dnia dżinem z tonikiem przy ognisku w sercu parku Serengeti, dolinie rzeki Seronera. To wielki przywilej być częścią natury i szczęście obserwować jej zmienność. Niech te opowiadania będą hołdem oddanym moim koleżankom i kolegom ze świata dzikiej przyrody, którzy codziennie robią wszystko, żeby ją chronić. Jednocześnie dbają o to, żebyśmy mogli bezpiecznie obserwować zwierzęta i odpoczywać wygodnie w namiotowych obozach czy lodge'ach.

Książka musiała we mnie dojrzeć. Odłożyłam "na półkę" część moich wspomnień spisanych w 2011 roku. Wróciłam do nich dopiero w 2017. W międzyczasie przeniosłam się na wyspę Zanzibar. Jak co roku wiele miesięcy spędzałam w buszu. Jestem wdzięczna zespołowi, który pracował nad pierwszą drukowaną wersją książki za motywację, wsparcie i pomoc w wydaniu podróżniczych historii. Pozdrawiam serdecznie wykładowców i moich kolegów z kursu kreatywnego pisania w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Właśnie tam, wiele lat temu, odważyłam się po raz pierwszy pisać o mojej Afryce.

Życie osobiste ściągnęło mnie na otoczoną oceanem wyspę Zanzibar, mimo że to ziemia i powietrze są moimi żywiołami. Z czasem jednak nauczyłam się doceniać tutejsze widoki. Lazurowe wodne i powietrzne błękity Unguji powoli stały się częścią mojego życia. To tutaj po raz pierwszy ktoś się do mnie odezwał imieniem, jaki widzicie na okładce tej książki. W małym sklepiku Kamiennego Miasta, po zaledwie kilku miesiącach mojego życia na wyspie, sprzedawca powitał mnie słowami: - Jak się masz, Mama Busz? Kiedy zdziwiona podniosłam na niego oczy, roześmiał się i dodał: - Wiemy, co robisz w życiu. Wszyscy tutaj wiedzą.

Moje opowieści niech będą inspiracją dla wszystkich kobiet, które pragną zmienić swoje życie. Nie bójcie się. Idźcie za marzeniami. Bez względu na to, ile macie lat oraz ile błędów za lub przed Wami. Wędrując, odnajdziecie drogę do domu. Każda przewodniczka czy przewodnik opowie Wam o Afryce w inny sposób. Te historie są moje. Tak je zapamiętałam. Drodzy Czytelnicy, zapraszam serdecznie do buszu! Niech będzie dla nas łaskawy w odkrywaniu swoich tajemnic!

Dorota Kozarzewska

Warszawa 2011 & Zanzibar 2017-2021

Dziękuję Mojej Rodzinie i Przyjaciołom za wsparcie.

Mamo i Tato, Kasiu i Jacku, Bartku, Kasiu, Soniu, Beciu i Grzesiu, Rude z Piotrem, Pyzko z Piotrkiem, Sylwuniu, Aniu i Radziu, Lenko i Piotrusiu, Ewo z Wareckiej i Asiu, Ewo i Krzysiu z Białołęki, Basiu i Wojtku, żoliborscy: Sitko i Justynko z Andrzejem, Sowo z Jankiem, Wandziu z Sergiuszem i Baśko z Łukaszem z miasta królewskiego, Kate i Andrzeju z Bieszczad, Kasiu i Jędrusiu z Tatr. Dzięki Wam od lat mam warszawskie, krakowskie i górskie domy, do których uwielbiam wracać. Łukaszowi - za wspólne lata na Zanzibarze. Starym i nowym Przyjaciołom oraz Znajomym z wyspy za to, że jesteście w dobrych i słabszych chwilach w tropiku. Ściskam mocno Piotra z Krakowa za to, że ponad dwadzieścia lat temu uwierzył w afrykańską podróż Doris, umieszczając w sieci moją pierwszą internetową stronę. Mądrej Sowie, kochanej Lubie, wysyłam same dobre myśli za to, że uczy mnie rozumieć wolność i żyć w zgodzie z samą sobą.

Jestem wdzięczna Gościom moich wypraw, dzięki którym mogę wracać bardzo często w ukochane miejsca. Niektóre pary i rodzinne klany odnajdą się na stronach tej książki. Kłaniam się Wam nisko.

"Mama Busz" jest podziękowaniem dla moich najbliższych dwóch Przyjaciół ze świata afrykańskiego, Hashima Luhindi i Dona Ridleya, przewodników, którzy byli i pozostają moimi mentorami. Pracowałam z każdym z nich ramię w ramię przez ponad dziesięć lat w Tanzanii i Namibii. Dzięki pierwszemu fascynują mnie nie tylko duże zwierzęta Afryki, a również szare skowronki i wróble, a drugi nauczył mnie odkrywać tajemnicę w każdym ziarnku piasku pustyni.

Najserdeczniejsze podziękowania wszystkim wspaniałym darczyńcom, którzy w czasie pandemii uznali, że chcą wesprzeć projekt pierwszego wydania książki. Jestem Wam bardzo wdzięczna.

?

Indhold

Tytuł Metryka Parki narodowe / rezerwaty, w których pracuję Kort 1 Kort 2 Kort 3 Kort 4 Kort 5 Kort 6 Kort 7 Kort 8 Kort 9 Kort 10 Kort 11 Wstęp Rozdział 1: Agama z Samburu Rozdział 2: Szkoła buszu Rozdział 3: Kobra O książce "MAMA BUSZ. Przygody przewodniczki w afrykańskich rezerwatach przyrody"

Guide

Okładka Tytuł Początek tekstu1234567891011121314151617181920212223242526272829303132333435363738394041424344454647484950515253545556575859344
?

Zwrócić uwagę

1 Wielka Dolina Ryftowa (Wielki Rów Tektoniczny) - system rozpadlin o długości ośmiu tysięcy kilometrów i szerokości czterdziestu-pięćdziesięciu sześciu kilometrów. Zaczynają się w górach Taurus w Turcji, rozciągają na południe przez Jordanię, wzdłuż Morza Martwego i części Morza Czerwonego do Etiopii, a dalej przez Kenię i Tanzanię do Mozambiku. Ściany Wielkiej Doliny Ryftowej wznoszą się średnio na sześćset- dziewięćset metrów ponad dno doliny, w niektórych jednak miejscach osiągają nawet dwa tysiące siedemset metrów.

2 Źródło: Human Rights Watch, https://www.hrw.org/reports/1994/WR94/Africa-02.htm [dostęp 10.09.2020].

3 Dick Hedges zapoczątkował organizację budżetowych safari w Kenii. Najsłynniejsza trasa to "Turkana Bus", ciągnąca się z Nairobi na północ kraju - nad Jezioro Turkana. Przejazd odbywał się starymi ciężarówkami Bedford. Taką też ruszyliśmy na naszą wyprawę. W lutym 2015 roku córka Dicka, Emma Hedges, próbowała wznowić organizację tego typu safari.

4 Sykomora (Ficus sycomorus), inaczej figowiec sykomora, figowiec morwowaty, figa morwowa, figa ośla, karwia, to gatunek drzewa z rodziny morwowatych (Moraceae). Rośnie dziko w Afryce i na Półwyspie Arabskim (w Arabii Saudyjskiej, Jemenie, Omanie). Jest uprawiana w wielu krajach świata. Uważana za królową drzew.

5 Mieszkając na Zanzibarze, kiedy potrzeba, leczę się u wspaniałego Zanzibarczyka, doktora Shaabana. Wykształconego w Ałma Acie. Jego diagnozy i zalecenia, będące niekiedy w sprzeczności z opiniami europejskich lekarzy, sprawdziły się już kilkakrotnie na korzyść mojego organizmu.

6 Jezioro Turkana - jezioro położone w Wielkim Rowie Tektonicznym, na północy Kenii. Znane ze stanowisk paleoantropologicznych. Za czasów kolonialnych nosiło nazwę Jeziora Rudolfa - od imienia austriackiego księcia.

7 Koobi Fora - obszar wschodniego wybrzeża Jeziora Turkana. Jedno z ważniejszych stanowisk paleoantropologicznych w Afryce. Odkryto tam ponad sto pięćdziesiąt szczątków hominidów z gatunków: Paranthropus boisei, Homo habilis, Homo rudolfensis, Homo erectus.

8 Nieprzenikniony Las Bwindi - wilgotny las równikowy w południowo-zachodniej Ugandzie.

9 Samburu - nilotycki lud afrykański zamieszkujący północ Kenii. Spokrewniony z Masajami. Samburu są koczowniczymi pasterzami. Ich liczebność to ponad dwieście sześćdziesiąt tysięcy osób. Konflikt o ziemię z plemieniem Pokot i susze w 2017 roku spowodowały, że Samburu zaczęli wprowadzać swoje stada na tereny prywatnych rezerwatów na płaskowyżu Laikipia. W wyniku konfliktu spalili między innymi lodge Mukutan należący do włoskiej arystokratki, Kuki Gallmann.

1 Kuki Gallmann - włoska arystokratka, od 1972 roku mieszkająca w Kenii. Autorka bestselerowej książki Marzyłam o Afryce. Założycielka Gallmann Memorial Foundation promującej koegzystencję człowieka i przyrody. Kuki od lat jest zaangażowana w pracę humanitarną oraz ochronę środowiska w Afryce.

2 Otwarty samochód - na południu Afryki w trakcie obserwacji zwierząt używamy specjalnych samochodów. Auta nie mają zabudowanych boków, jedynie wyciągnięty na rurkach w górę brezentowy dach. Goście siedzą na podwyższonych siedzeniach, zazwyczaj trzy osoby w rzędzie. W takich samochodach jesteśmy na wyciągnięcie ręki od zwierząt.

3 Przewodnicy pracujący w rezerwatach w RPA mogą posługiwać się bronią. Wymaga to jednak ukończenia szkolenia i posiadania certyfikatu.

4 Czarny i biały nosorożec nie odróżniają się kolorem. Oba gatunki są szare. Różnią się natomiast wagą, dietą, środowiskiem, jakie preferują, charakterem oraz długością ciąży.

5 Pyton - nasz Junior należał do podgatunku pytonów południowoafrykańskich. Dorosłe węże osiągają długość od trzech do pięciu metrów, wagę między czterdzieści a pięćdziesiąt kilogramów. Pytony są jajorodne. Polują na małe ssaki.

6 Agama atra - gatunek gada występującego na południu Afryki. Podczas godów głowy samców przybierają błękitny kolor, jednak jeżeli zbliża się do nich zagrożenie, powracają do swojej buroszarej barwy. Żyją w małych grupach na terenach skalnych. Długość ciała dochodzi do dwudziestu pięciu centymetrów.

7 Góralek (Dendrohyrax) - ssak przypominający świnkę morską, ale dużo od niej większy. Długość do pięćdziesięciu centymetrów. Ma krótki ogon i krótkie uszy. Budowa ciała, kły i mózg są najbardziej zbliżone do słonia. Podobnie jak słonie góralki mają wyśmienitą pamięć. Roślinożerne. Terytorialne, znaczą obszar uryną i odchodami.

8 Dzierzba białobarkowa (Lanius collaris) - ptak z rodziny wróblowatych (Passeriformes). Mały drapieżnik z dziobem zakończonym haczykiem. Często naśladuje odgłosy innych gatunków.

9 Hałaśnik szary (Corythaixoides concolor) - ptak z rodziny turakowatych (Musophagidae). Znany z wydawania głośnych, nosowych dźwięków. Występuje w dużych rodzinach, do trzydziestu osobników. Lubi tereny, na których występują akacje.

1 Drzewa trudziczkowate (Combretaceae) - należy do nich około pięćset gatunków drzew i lian rosnących w lasach monsunowych oraz krzewów występujących na sawannie.

2 Henk był Afrykanerem. Afrykanerzy są potomkami holenderskich, niemieckich i francuskich osadników, którzy przybywali do Kolonii Przylądkowej (Kapsztad i okolice) w latach 1652-1795. W przeszłości określani mianem Burów (dosłownie: chłopów w języku niderlandzkim), w wiek XIX weszli jako świadoma swej odrębności grupa etniczna. Mówią językiem afrikaans (wyodrębnił się z niderlandzkiego) i wyznają kalwinizm. Afrykanerzy traktują Afrykę jako swoją jedyną ojczyznę, a samych siebie jako jedyny biały naród na kontynencie. Nie czują więzi z Europą.

3 Wielki Trek - migracja zewnętrzna części Burów z Kolonii Przylądkowej na wschód i północny wschód południowej Afryki w latach trzydziestych i czterdziestych XIX wieku. Była spowodowana prowadzoną przez Brytyjczyków polityką dyskryminacji.

4 Marula (Sclerocarya birrea) - drzewo z rodziny nanerczowatych (Anacardiaceae). Owoce maruli zawierają duże ilości witaminy C. Mocny aromat zwabia zwierzęta, w tym słonie. Wśród przewodników krąży legenda o słoniach upijających się sfermentowanym sokiem z owoców maruli. W Republice Południowej Afryki z owoców maruli produkowany jest likier o nazwie amarula.