Lost
W autobusie 175 przysiada się do mnie pewien bardzo duży facet. To jedna z tych moich teraz wycieczek; nie ma dokąd iść, więc idę donikąd. Zażyć życia i ludzi. Ściślej mówiąc: jadę tam autobusem; być może jest to największa osoba, jaką widziałam w życiu; jego lśniącą czaszkę chaotycznie porastają przerzedzone włosy, kłaki ciernistych krzewów.
Człowiek ten szybko przełamuje właściwy miejscom publicznym podział na ludzi znajomych sobie i obcych, powiedzmy tu szybko: fałszywy i siłowy, zaczynając do mnie dużo mówić. Do mnie czy do siebie - to też mnożenie podziałów.
"Straszne miałem te ostatnie dwa lata" - mówi gorzko, gniewnie. Jego włosy są jak potarmoszona i zdefasonowana korona cierniowa, której nie zdejmuje do snu.
"Ja też miałam zły rok" - odpowiedziałam, bo w sumie spodobała mi się swobodna atmosfera konfesji, jaką wprowadził w naszej części autobusu. Szczerość za szczerość; może się nie znamy, ale tym bardziej nie musimy się bajerować grzecznościowo, że wszystko jest różowo.
"Problemy z rodziną" - doprecyzował. "U ciebie też problemy z rodziną?".
Szybkie przejście na ty skłania do jeszcze większej otwartości, więc wykonuję gest rozmyty, coś w rodzaju pół tak, pół nie, by wyrazić, że jest prawda, ale i zarazem nieprawda, co jest akurat najszczerszą prawdą.
"Z rodziną!" - wzdycha wielki człowiek tonem "a z kimże by innym?". "Z rodziną najlepiej na zdjęciu, kurwa. Zdrowie przez nich straciłem, zrujnowali mnie". To mówiąc, wyjmuje czekoladę z nadzieniem miętowym.
Zamyślony, pałaszuje ją niczym pajdę chleba, między kolejnymi chapsami przywołując wielokrotnie słowo oznaczające prostytutkę, nierządnicę, kobietę złego prowadzenia.
Myślę nad jego strapieniami i moimi, oto spotykają się one na moment w autobusie 175; siedzimy tak w nim zadumani nad ogromem cierpienia, w które obfituje życie. Absurd wcale nie umniejsza doniosłości tej chwili wspólnego bólu i tragicznych prób uśmierzenia go choćby i niedrogą czekoladą.
Wysiada, a ja dalej jadę nigdzie. To jedna z tych moich pandemicznych wypraw, kiedy przytłoczona podobnymi do siebie dniami jadę do miasta, tak żeby się zgubić.
Przypomniało mi się, że kiedyś całymi latami nie potrafiłam wyjść tu z dworca.
Przyjeżdżając, za każdym razem spędzałam kilka kwadransów, kręcąc się po jego antylogicznych, poplątanych podziemiach, nie mogąc znaleźć drogi na powierzchnię.
Ciemne granitowe korytarze pełne wszystkiego; z łatwością potrafię w sobie odnaleźć ten stan duszy; mam go w folderze Dworzec Centralny 2000. To takie pogranicze samotności, płaczu i ekscytacji zagubieniem w labiryncie, który nawet okiem nie mrugnie, że jest z niego jakieś wyjście.
Zapętlone w nieskończoność sklepiki z kabaretkami i tanimi DVD, petardami, zdejmowanie simlocków, sexshopy, kafejki internetowe pełne zombie i różnych zboków, automaty, osoby pod wpływem heroiny, ich żelatynowe ciała spływające po ścianach, smród energetyków i spalonego sera z zapiekanek.
Którymikolwiek schodami próbowałam wyjść, tam ukazywała się moim oczom ulica kompletnie nie ta, jaką sobie wyantycypowałam. I ciągle czuję, że mimo remontów, liftingów i ambitnych prób oznakowania go, Centralny zachował tę niezwykłą właściwość: powitalnego gubienia w sobie osób przybywających do Warszawy. Przyjeżdżasz i od razu się gubisz, a potem się zobaczy.
Zresztą może to błądzenie jest tutejszym surogatem bezkresu, erzacem przestrzeni.
Niebo od rana pokryte warstwą chmur, burą i nieprzepuszczalną, tak że wygląda jak mokry karton, nicość; kamienice jakby nagrane na greenboksie i wklejone nigdzie. Gubienie się, zgrzebna rozrywka osób, które nie pojechały na Zanzibar. W jakimś błędnym pożądaniu odmiany wyjść z domu i iść gdzieś bez sensu albo pojechać tramwajem do pętli i wracać kilka godzin. Morsować w nicości, pustce. Mijać rzędy mieszkań pełnych pierdół z Castoramy i szaf Komandor; półczynne restauracje z jedną kelnerką rozwaloną na krześle ze smartfonem.
Światła, rameny, lampki, kebaby, cmentarze. Iść i iść, nie zauważyć, jak gęstnieje tłum i smród rac, bałagan zatrzymanych tramwajów, postawionych w poprzek ulicy policyjnych furgonetek. I nagle już wrzeszczeć, dać się porwać przez wściekłość i wrzask, w którym jak rodzynki tkwią ospałe twarze policjantów; ich niestylowe fryzury nie od barberów, jakby właśnie wyszli ze stogu siana.
Albo pozwolić sobie zgubić się kompletnie w padającym śniegu, który zamienia Dolny Mokotów w Dolinę Muminków. Słuchać głośnej muzyki i pozwolić sobie zgubić się tak bardzo, żeby musieć pytać o drogę jedynej spotkanej osoby: faceta z siatką pijącego żywca z puszki pod garażami.
Ten jednak bardzo przeprasza, że nie może pomóc, bo jest z Koszalina, może właśnie dlatego tak bardzo usiłuje pomóc. Być jednak tak zdezorientowaną, żeby kompletnie nie móc się skupić, udawać, że się patrzy na studiowane przez niego, z siatką w dłoni, Google Maps, a w rzeczywistości obserwować jego eleganckie, tanie biurowe pantofle z granatowego nubuku, ich długie, nierozsądne pyszczki parskające z zimna i wilgoci. Czuć na ich widok przynależność do wspólnoty osób zagubionych, czuć, że miasto pełne jest jej nieujawniających się członków.