Mam na imię Ania - Anna Grodzka

Reflow text when sidebars are open.
Ta książka nie jest historią mojego życia. Jest jedynie historią mojej, i nie tylko mojej, transpłciowości.
Zdecydowana większość ludzi nie ma problemu ze swoją tożsamością. Wewnętrzne "ja" większości z nas odpowiada naszemu wizerunkowi. Otoczenie widzi po prostu konkretnego człowieka - mężczyznę lub kobietę. Dzięki temu nasze wewnętrzne "ja", osobowość, postać zachowuje możliwość pełnego kontaktu z otoczeniem, nieskrępowanej wymiany myśli i uczuć. Każdy z nas żyje, stara się żyć, w harmonii z innymi ludźmi, którzy są - jak powietrze - niezbędni do naszego funkcjonowania. Powietrza nie dostrzegamy na co dzień, nie zastanawiamy się nawet nad tym, jak to jest, że oddychamy. Ale czy próbowaliście sobie kiedyś wyobrazić, że żyjecie, nie oddychając? Jeśli nasz wizerunek społeczny nie odpowiada naszej tożsamości, jeśli świat postrzega nas jako innych, niż jesteśmy, wtedy... wtedy powietrza zaczyna nam brakować.
Zdecydowałam się napisać tę książkę w nadziei, że uda mi się wprowadzić was w świat, w którym nigdy nie byliście. Świat ludzi, którym brakuje powietrza. To inny punkt widzenia, dość unikalne doświadczenie, inspiracja do dokonania uniwersalnych, mam nadzieję, spostrzeżeń i wyciągnięcia równie uniwersalnych wniosków.
Naprawdę serdecznie dziękuję, że sięgnęliście po tę książkę. Wierzę, że kierowaliście się otwartością na innych ludzi, szacunkiem dla ludzkiej odmienności i wolności wyboru. Wierzę, że nie macie jedynie słusznego "przepisu na człowieka", a świat postrzegacie jako miejsce, w którym może się odnaleźć każdy, kto nie jest wrogiem drugiego człowieka i nie uważa przemocy za narzędzie komunikacji. Mam nadzieję, że wszyscy, którzy zdołają przebrnąć przez przedstawioną tu historię, przez refleksje spisane ręką osoby "innej", przez wiele lat obserwującej świat zza weneckiego lustra, zobaczą coś w sobie, coś w ludziach wokół, coś, czego wcześniej dostrzec nie mieli okazji. Mam nadzieję, że dla nikogo czas poświęcony na lekturę nie będzie czasem straconym.
Poza przytoczonymi tu krótkimi historiami życia kilku innych osób transpłciowych, które poznałam, książka opowiada o sytuacjach i zdarzeniach mających istotne znaczenie dla mojej, ale nie tylko mojej, przemiany transseksualnej. Piszę otwarcie o swoich rozterkach, wątpliwościach i emocjach. Oprócz własnych doświadczeń starałam się zawrzeć w tym tekście to, czego nauczyłam się dzięki osobistym kontaktom z setkami osób transpłciowych, które dane mi było poznać w życiu, w tym na prowadzonych przeze mnie, wraz z innymi wolontariuszami, spotkaniach grup wsparcia dla osób trans. Dużo moich opinii i informacji pochodzi także z publikacji, które przez wiele lat udawało mi się śledzić jako psycholożce szczególnie zainteresowanej tematem.
Wszystkim życzę pożytecznej i miłej lektury. A osobom transpłciowym - więcej zrozumienia, akceptacji i empatii ze strony najbliższych.
Jechałyśmy już trzecią godzinę, samochodowe wycieraczki niestrudzenie zgarniały z szyby płatki śniegu. Była piękna zima. I data - 21 grudnia 2007. Pobocza pokrywał biały puch, gałęzie drzew uginały się pod śniegowymi czapami. Krajobraz Podlasia wyglądał jak z bajki. Gdyby nagle z lasu wyjechały sanie zaprzężone w renifery, nie wywołałoby to niczyjego zdziwienia. Prawie słyszałam dzwoneczki zaprzęgu.
- Nie jedź tak szybko. - Moja przyjaciółka Lalka, z którą wybrałam się w tę wyjątkową podróż, była lekko poirytowana.
- Szybko?
- No tak, przyspieszasz - zauważyła.
Odpowiedziałam uśmiechem. Wiem, pasażer zawsze bardziej się denerwuje i częściej robi uwagi. Zwolniłam.
Kilka dni wcześniej, siedemnastego grudnia, pożegnałam swoje poprzednie życie. Pozwoliło mi to wybrać się w tę podróż. Jechałam, przygotowana na ewentualną porażkę. Jechałam, gotowa dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Czegóż nowego może dowiedzieć się o sobie ponadpięćdziesięcioletnia kobieta?
- Rozumie pani, chodzi o tę różnicę w datach... - Stukałam palcem w skrócony odpis aktu urodzenia. Od paru chwil usiłowałam się porozumieć z urzędniczką w urzędzie stanu cywilnego, dokąd przyszłam jako Krzysztof, żeby załatwić dokumenty potrzebne mi do sprawy sądowej.
- Jaką różnicę? Ma pan przecież datę urodzenia. To jest skrócony odpis - mówiła do mnie powoli, wyraźnie wymawiając każde słowo; bardzo się starała, żebym właściwie zrozumiała problem.
- Wiem, że skrócony. Właśnie go przyniosłem. Chodzi mi o datę jego wystawienia. Niech pani spojrzy. Wystawiono go, gdy miałem osiemnaście lat. - Teraz z kolei ja rozwijałam swój dar przekonywania.
- Proszę pana, akt urodzenia wystawia się po urodzeniu dziecka. W ciągu siedmiu dni należy przyjść do urzędu i zgłosić pojawienie się nowego obywatela. - Patrzyła na mnie świdrującym wzrokiem. - Nie wtedy, gdy dziecko osiąga dorosłość.
- No właśnie - powiedziałam dobitnie.
- Co "właśnie"? - odparła zaczepnie.
- To "właśnie", że mój jest wystawiony niezgodnie z tym przepisem.
Popatrzyła na skrawek papieru. Skrawek, który przewracał moje życie do góry nogami. Albo je prostował. To zależy, co chciało się osiągnąć. Osobiście wolałabym, żeby prostował, ale miałam wątpliwości, czy będzie to takie łatwe.
Moje życie przewracało się do góry nogami parokrotnie. Po raz pierwszy, gdy poznałam swoich rodziców, jeszcze nieświadoma tego, że większość dzieci poznaje rodziców w zupełnie inny sposób. Zmieniło się też w sposób zasadniczy, gdy na świat przyszedł mój syn i rozpierały mnie duma i szczęście, ale też wtedy, gdy poznałam diagnozę, coś, do czego byłam przekonana, potrzebowałam tylko oświadczenia na piśmie. Albo może wtedy, gdy podjęłam decyzję, że będę żyć w zgodzie ze sobą. Stało się to wtedy, gdy straciłam nerkę. A może jeszcze wcześniej. Zanim przyszłam na świat. Ktoś coś poplątał i urodziłam się w ciele chłopca. Bo los jest przewrotny. Przez cały czas słyszę jego chichot.
- Tu jest napisane, że akt wystawiono w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim.
- No właśnie - potwierdziłam.
Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem, przekazując sobie pozawerbalnie jakąś wiedzę tajemną.
- I czego by pan potrzebował? - zapytała po dłuższej chwili.
- Chcę uzyskać mój pierwotny akt urodzenia. Wie pani, chciałbym wiedzieć, jak nazywa się moja matka.
Urzędniczka przez chwilę ważyła w sobie decyzję czy rozważała jakąś kwestię. W końcu odezwała się:
- To ja pójdę po kierowniczkę.
Czekałyśmy krótką chwilę. Kierowniczka okazała się kobietą w średnim wieku, o miłym wyglądzie. Poruszała się zdecydowanie i pewnie. Sprawiała wrażenie właściwej osoby na właściwym stanowisku. Usposobiło mnie to do niej przyjaźnie i nadzieja zmieniła się w przekonanie, że sprawę uzyskania aktu urodzenia załatwię pomyślnie.
- Słucham... - Patrzyła na mnie uważnie.
- Chodzi mi o odpis aktu urodzenia. Ten, który mam, został wystawiony, gdy ukończyłem osiemnaście lat. Czy mógłbym uzyskać oryginalny, gdzie są dane moich prawdziwych rodziców?
- Do czego to panu potrzebne?
- Pyta pani o dokument czy o rzeczywistość?
Zawahała się.
- Pytam oczywiście, w jakim celu potrzebny jest panu odpis. Mam obowiązek wiedzieć, dla jakiego urzędu wystawiamy odpis aktu urodzenia.
- Dla sądu, ale przede wszystkim chcę wiedzieć, chcę uzyskać tę informację dla siebie. Tak po prostu. Rodzice utrzymywali prawdę w tajemnicy, a ja mam pewne podejrzenia. Bo skoro akt jest z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku, a ja urodziłem się w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym, to o co chodzi? Czy domyślam się właściwie?
- Logika podpowiada...
- No właśnie. Ale ta logika to dopiero wierzchołek góry lodowej, proszę pani. Niepokój, ciekawość, bo mam prawo wiedzieć... kim jestem, jak nazywa się moja biologiczna mama.
Zauważyłam jej rezerwę. Postanowiłam więc uzupełnić wyjaśnienia.
- Moi rodzice, ci którzy mnie wychowali... to byli wspaniali ludzie. Oboje już nie żyją. Bardzo ich kochałem.
Wzruszyłam się. Chyba to zauważyła.
- Wie pan... Chciałabym, żeby moje adoptowane dziecko też tak kiedyś powiedziało.
Zaskoczyła mnie. Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo usłyszałam już tylko:
- Proszę usiąść i poczekać. - Odwróciła się szybko i poszła.
Poczułam rosnące napięcie. Niech to będzie cokolwiek... W tym momencie chciałam tylko zobaczyć to na własne oczy i dotknąć kawałka papieru, który przybliżyłby mnie do tamtego dnia sprzed ponad pół wieku. Wiedziałam, że w zasadzie nie zmieni to niczego w moim życiu, ale pragnienie, aby dowiedzieć się, skąd pochodzę, jakie są moje korzenie, było wówczas nie do pokonania. Jaką kobietą jest Ona? Może - myślałam - ułatwi mi to zrozumienie siebie i własnej sytuacji?
Kiedy po kilku minutach kierowniczka wyłoniła się zza załomu ściany, trzymała w ręku szary, cieniowany segregator z lat pięćdziesiątych. Patrzyłam na ten segregator jak zauroczona.
- Osoba zainteresowana ma prawo wglądu. Może pan obejrzeć pierwotny akt urodzenia, ale nie wolno go fotografować, nie zrobimy kopii i nie dostanie pan żadnego poświadczenia - usłyszałam.
Powpinane w księgę dokumenty dźwigały ciężar czasu, były lekko pożółkłe, zapisane zielonkawogranatowym atramentem, najczęściej szpiczastym pismem z lekkimi zawijasami przy "y" lub "j". Palce kierowniczki przekładały papierki początkowo szybko, potem zwolniły i im bliżej było do szesnastego marca, tym wolniej odwracały się kartki.
Kiedy kierowniczka znalazła odpowiednią stronę, podeszła i położyła księgę na stole przede mną. Zobaczyłam znany mi dokument. Ale kierowniczka powoli odwróciła jedną stronę wstecz. Szeroko otwartymi oczyma patrzyłam na pożółkły dokument.
- Pana mama to Maria Grodzka, urodzona dnia... - Pomagała mi, czytając na głos. - A tu: "na podstawie decyzji sądu dziecko płci... męskiej, o imieniu Krzysztof, przysposobione Kazimierze i Józefowi Bęgowskim". To wpis na podstawie decyzji sądu - wyjaśniła. Usiadła przy biurku naprzeciw.
Dalej czytałam sama. Bardzo starałam się zapamiętać każde słowo. "Zamieszkała we wsi Śniadowo, powiat łomżyński, ojciec Tadeusz".
- Tadeusz? - zapytałam głośno.
- Słucham? - Spojrzała na mnie.
- To wszystko, nie ma nic więcej?
- Wszystko, tak jak pan widzi.
Patrzyłam nadal na pożółkłą kartę.
- Zapamiętał pan? Tak?
Skinęłam głową.
- Co pan teraz zrobi?
- Jeszcze nie wiem, ale chyba postaram się ją odnaleźć. Jeśli żyje, jeśli gdzieś jest. Chcę jej podziękować... No, wie pani, za to, że jestem.
Przyglądały mi się dwie pary okrągłych, uważnych oczu. Wreszcie kierowniczka przechyliła się do urzędniczki siedzącej za załomem ściany i powiedziała:
- Krysiu, przygotuj odpis zupełny. - Zwróciła się do mnie: - To będzie odpis nieuwzględniający tej karty, którą pan widział. Takie są zasady.
Urzędniczka oddaliła się w stronę biurka, na którym stał komputer, by przygotować odpis. Kierowniczka uśmiechnęła się nieoczekiwanie, sygnalizując, że mówi do mnie jako osoba prywatna.
- Moja córka ma w tej chwili sześć lat. Adoptowaliśmy ją z mężem, gdy miała pół roku... - Posłała mi radosny uśmiech, który odwzajemniłam. Stałyśmy się przez chwilę jakby wspólniczkami, choć dzieliło nas wszystko: historie życia, ludzie, sytuacje.
Wyszłam z urzędu z dokumentem w dłoni. Mogłam się ubiegać o nowy dowód osobisty, proces transformacji był już prawie ukończony. Brakowało teraz jedynie - lub aż - wyroku sądu, urzędowego potwierdzenia zmian. Na początku nowego życia miałam poznać moją biologiczną mamę. Było w tym coś tajemniczego, ekscytującego, potwierdzającego słuszność dotychczas podejmowanych decyzji. Byłam ciekawa, niepewna i podekscytowana.
Na akcie urodzenia widniał adres mamy - Śniadowo. I to był cel mojej podróży. A Lalka powiedziała, że oczywiście ze mną pojedzie. Przecież nie może tego przegapić.
Po raz pierwszy odpis aktu urodzenia był mi potrzebny do wyrobienia dowodu osobistego i prawa jazdy. Zdawałam egzamin właśnie około osiemnastych urodzin. Samochód stanowił moją pasję, radość i był wyróżnieniem. Wtedy, prawie czterdzieści lat temu, mało kto miał prawo jazdy, szczególnie w tak młodym wieku. Kupno auta stawało się wówczas wydarzeniem rodzinnym.
Ojciec bardzo dbał o to, by wzmacniać moją męskość, czyli o to, bym rozwijała męskie zainteresowania. Namawiał mnie na treningi koszykówki, prowadzał na mecze piłki nożnej, nakłaniał do kolekcjonowania samochodzików, znaczków, wędkowania, uczył mnie jeździć warszawą już wtedy, kiedy głową nie sięgałam jeszcze szyby. Sadzał najpierw na kolanach, a potem na poduszkach. No a później zgodził się, bym dość wcześnie naprawdę zaczęła prowadzić.
Jazda sprawiała mi szaloną frajdę. Lubiłam jeździć samochodem i dbać o niego. Prowadziłam dobrze, stosunkowo szybko opanowałam materiał testowy, włącznie z budową samochodu i silnika spalinowego, co było wtedy wymagane. Testy zaliczyłam za pierwszym podejściem, egzamin praktyczny też zdałam od razu. Kiedyś zresztą niezdanie egzaminu było rzadkością, podczas gdy teraz - jak wiadomo - jest dokładnie odwrotnie.
Wtedy o wielu sprawach myślało się inaczej, postępowanie w niektórych wypadkach też było trochę inne niż obecnie. Wówczas łatwiej było uzyskać prawo jazdy, ale z kolei o transseksualności wiedziano znacznie mniej, brakowało też przyzwolenia społecznego, by o "takich" sprawach rozmawiać. Kwestie płciowości - orientacji seksualnej, ba, nawet dojrzewania płciowego - były tabu lub w najlepszym razie tematem niechętnie poruszanym. Wprowadzenie do szkół przedmiotu "przygotowanie do życia w rodzinie socjalistycznej" wywołało burzliwą dyskusję, było zorganizowane źle i chyba z założenia nie spełniło swojej roli. O tempora, o mores.
Można powiedzieć, że ze względu na czasy, w jakich dorastałam, wychowanie mnie było dla moich rodziców dość trudne. Dostęp przeciętnego człowieka do wiedzy medycznej z dziedziny seksuologii był ograniczony, świadomość niektórych problemów - żadna. Niemniej starali się podołać trudowi "wyprowadzenia mnie na ludzi", "wychowania na człowieka", każde na swój sposób. Ojciec właśnie poprzez rozwijanie moich zamiłowań sportowych i motoryzacyjnych, mama - wspierając mnie i starając się zrozumieć. Czułam, że obydwoje bardzo mnie kochają.
Tata był oficerem Wojska Polskiego, więc pewna dyscyplina musiała obowiązywać także w domu. Był wymagający i stanowczy. Nie lubił długich włosów u chłopców i gdy dorastałam, pewnego dnia stało się to powodem scysji między nami, ale wtedy prawie każdy znał ten problem z własnego domu. W szkole również wymagano krótkich włosów.
Mama widziała i rozumiała moje nieprzystosowanie do środowiska rówieśników. Czytała różne książki, mniej lub bardziej fachowe, i stawiała je wysoko, na najwyższej półce w kuchni, żebym - przynajmniej jej zdaniem - nie mogła po nie sięgnąć. Dla mnie jednak nie stanowiło to żadnej przeszkody. W późniejszych latach tamte teksty pozwoliły mi zrozumieć, że powinnam szukać medycznego wytłumaczenia swojej sytuacji. Najpierw jednak musiałam przejść wyboistą drogę, bolesny czas określania własnej płciowości, i znieść brak akceptacji ze strony rówieśników.
Gdy już zdałam egzamin praktyczny na prawo jazdy, okazało się, że do wystawienia dokumentu potrzebny jest odpis aktu urodzenia. Mama stwierdziła wtedy, że ten akt się gdzieś zapodział, i ojciec musiał jechać do Otwocka, by uzyskać drugi. Byłam trochę zdziwiona, ponieważ dorastałam w przekonaniu, że urodziłam się w Warszawie. Rodzice powiedzieli mi, że owszem, mieliśmy wówczas otrzymać mieszkanie w Warszawie, ale w marcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku, oczekując na nie, przebywali w Otwocku, a poprzednio - z uwagi na pracę ojca - mieszkali znacznie dalej, w Kłodzku. Nigdy nie powiedzieli mi, że jestem adoptowana. W tamtych czasach (a nie było to przecież tak dawno temu!) uważało się zresztą, że dzieci raczej nie powinny znać prawdy, gdyż może ona być dla nich przykra albo stać się źródłem problemów. Nie wiem, kiedy trafiłam do domu rodziców. Pierwsze zdjęcie z nimi zrobiono zimą. Miałam wtedy około roku. Zapewne nigdy nie dowiedziałabym się, że urodziła mnie inna kobieta, gdyby nie to, że któregoś dnia - gdy składałam do sądu wniosek o korektę płci metrykalnej - znów był mi potrzebny akt urodzenia. Wówczas zauważyłam, że data wystawienia dokumentu jest zgodna mniej więcej z datą moich osiemnastych urodzin.
Na dwieście piętnastym kilometrze skręciłam w lewo na niewielkim rozjeździe. Przejechałyśmy jeszcze tylko przez most i znalazłyśmy się w miejscowości Śniadowo. Zmierzałam w stronę kościoła. Liczyłam na to, że ksiądz okaże się skarbnicą wiedzy o mieszkańcach Śniadowa, obecnych i tych sprzed lat, że skieruje mnie we właściwą stronę. Znalezienie kościoła nie było problemem. Po przejechaniu kilkuset metrów nieopodal rynku ujrzałyśmy charakterystyczną strzelistą budowlę z czerwonej cegły. Zaparkowałam i obie, ja przebrana za Krzysztofa, weszłyśmy na teren przykościelny. Śnieg chrzęścił pod butami, mróz szczypał w policzki. Obeszłyśmy budynek dookoła, ale żadne z drzwi nie chciały ustąpić. Zakrystia i kancelaria też były zamknięte. Starszy mężczyzna, który przez cały czas, gdy okrążałyśmy świątynię, odgarniał śnieg z placu, obserwował nasze poczynania.
- Czego państwo szukają? - zapytał wreszcie.
- Koleżanka mojej mamy mieszka w tej okolicy. Przejeżdżaliśmy tędy, a mama prosiła, żeby ją odnaleźć, pozdrowić... Grodzka się nazywa. Maria Grodzka, teraz ma pewnie z siedemdziesiąt lat.
- A, tak, Grodzkich to tu parę domów jest... A z tą Marysią do szkoły chodziłem, pamiętam. Ale ona już dawno nie jest Grodzka. Nie wiem dokładnie, gdzie mieszka, bo się przeniosła po ślubie do Łomży, to jakieś dwadzieścia kilometrów stąd.
- A jak się teraz nazywa?
- Oj... nie pamiętam, jak po ślubie ma. Ale Grodzka Marysia. Tak, to z nią do szkoły chodziłem. Podstawowej. Jak pojedziecie prosto na Ostrołękę i w prawo, to będą takie trzy domy. I jeden z nich, ten koło sadzawki, to Grodzkich jest. Tam się zapytajcie.
Rzeczywiście. Trafiłyśmy do domu kuzynostwa mamy, gdzie dostałyśmy szczegółowe informacje: nazwisko, adres, telefon.
Wróciłyśmy do samochodu. Teraz najbardziej interesowała mnie kwiaciarnia. Chciałam kupić dziewiętnaście róż i pędzić, by je wręczyć. Paliły mnie ciekawość i przemożna potrzeba akceptacji przez jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Jakkolwiek było.
- Jedziemy dalej? - zapytała Lalka.
- No masz! Oczywiście! - żachnęłam się. - To chyba nie był najlepszy pomysł, by kupowanie kwiatów zostawić na ostatnią chwilę.
- Mówiłam, żeby zabrać bukiet z Warszawy - wypominała mi Lalka. - Teraz możemy mieć problem.
Wiedziałam, że ma rację.
- Najpierw dowiedzmy się, który to dom - powiedziała Lalka.
- Spoko. Z GPS-em nie zabłądzimy.
Wjechałyśmy na niewielki małomiasteczkowy rynek, jakich wiele, na którym mienił się kolorami przedświąteczny bazar. Na stołach były rozłożone swojskie wędliny, wędzone szynki, pachniały właśnie upieczone pasztety. Obok migotały choinkowe światełka, błyszczały łańcuchy, pyszniły się bombki i inne ozdoby. Po sąsiedzku rój różnej wielkości świątecznych mikołajów przypominał o tym, że trzeba kupować prezenty. Największy mikołaj wspinał się po drabinie, targając ciężki wór. Zapewne zajrzy przez komin, by zrobić niespodziankę dzieciom. Nieco mniejszy, z pucołowatymi policzkami, kołysał się na boki, wygrywając melodię.
- Kwiaciarnia... Za tym domem jest kwiaciarnia. Zatrzymaj.
Znowu miała rację. Kupiłam dziewiętnaście róż za cokolwiek świąteczną cenę. Kwiaciarka była zdziwiona liczbą kwiatów, które chciałam kupić. Tłumaczyła, że wystarczy siedem róż, co najwyżej dziewięć. Na każdą uroczystość. Ludzie więcej nie kupują. Uparłam się jednak przy dziewiętnastu. Wyliczyłam, że Maria miała dziewiętnaście lat, gdy mnie urodziła. Byłam uradowana i podekscytowana. Po przejściach ostatnich kilku lat dzisiejszy dzień był dla mnie nagrodą, miałam nadzieję na zrozumienie ze strony mamy. Róże w Warszawie kupiłabym może cokolwiek taniej, ale zapewne nie pachniałyby tak wspaniale...
Z bukietem wróciłyśmy do samochodu. Podjechałam kawałek dalej, dosłownie na sąsiednią ulicę. Mocowałam się przez chwilę z zaspą, usiłując bezpiecznie zaparkować. Nie była to reprezentacyjna ulica i odśnieżenie jej na pewno nie stanowiło priorytetu dla władz miasta. Mieszkańcy dbali jedynie o fragmenty chodnika przed swoimi bramami, by dało się przejść. Pryzmy śniegu zalegały przy krawężnikach, prawie uniemożliwiając zaparkowanie samochodu.
Lalka obserwowała, jak starannie wybieram numer pani Marii Grodzkiej.
- Tut...tut...tut...
- Słucham - odezwał się spokojny głos starszej kobiety.
- Dzień dobry. Mam na imię Krzysztof i dzwonię w takiej sprawie... Wie pani... No bo ja... poszukuję mamy.
Z drugiej strony zapadła cisza. Czy mogę dalej mówić?
- Nie bardzo wiem, jak mogłabym panu pomóc - usłyszałam wreszcie.
- Urodziłem się szesnastego marca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego roku w Otwocku. Nazywam się Krzysztof. Krzysztof Bęgowski.
Odpowiedziała mi cisza.
- Nie oczekuję niczego poza potwierdzeniem, że się nie mylę - kontynuowałam. - Proszę się nie obawiać. Naprawdę niczego od pani nie chcę, przywiozłem tylko kwiaty. Chcę podziękować za życie, które otrzymałem...
- Wie pan, jestem zajęta, robię teraz pierogi. Niech pan przyjedzie po świętach - powiedziała jakoś tak bezradnie.
- Proszę mnie dobrze zrozumieć. Niczego nie oczekuję, chciałbym tylko wiedzieć, czy się nie mylę. Czy pani jest moją mamą. Chcę tylko panią zobaczyć... spotkać się. Mam kwiaty...
- Ale co ja mogę...? - Bardziej się domyśliłam, niż usłyszałam, co mówi ta kobieta.
- Chcę tylko wręczyć kwiaty. Niczego nie oczekuję... - powtórzyłam.
- Chwileczkę - powiedziała już głośniej i jakoś ochryple. - Ale musi pan poczekać, cała jestem w mące.
Odetchnęłam głęboko i popatrzyłam na Lalkę, oczekując wsparcia.
- To co... teraz?
- Jak chcesz być sama, to pójdę na ten bazarek. Potrzebny mi jest jeszcze jeden prezent...
- Raczej zostań. Albo dobra, nie będę cię zatrzymywać.
Lalka i tak już wysiadała z samochodu.
- Chcesz szynkę? - zapytała, zamykając drzwi. Zdaje się jednak, że nie liczyła na odpowiedź.
Wysiadłam z auta. Starałam się trzymać kwiaty w górze, by mama, nadchodząc, od razu widziała, że to właśnie ja. Przeglądałam się nerwowo w lusterku samochodu, chcąc sprawdzić, jak wyglądam. Brr. Paskudnie. Dziś jak Krzysiek. Odchodziłam od samochodu, wracałam. Trwało to około czterdziestu minut. Lalka kupiła szynkę dla siebie i dla mnie. Potem jeszcze haftowaną bluzkę dla Zuzi i kolejkę z szynami. Chyba też dla Zuzi. Nie wiem. Zmarzłyśmy w końcu i z powrotem wsiadłyśmy do auta. Wypatrywałyśmy starszej kobiety, milcząc, nie chcąc werbalizować niepokoju, że może nie przyjdzie.
Po kilku fałszywych alarmach zobaczyłyśmy kobietę, która szła w towarzystwie starszego mężczyzny i rozglądała się dokoła. Wyskoczyłyśmy z samochodu. W pierwszej chwili obydwoje byli spięci i szalenie oficjalni. Mama była drobną, siwą kobietą o łagodnych szarych oczach. Gdybym ją sobie kiedyś wyobrażała, nie mogłabym zrobić tego lepiej. Tym razem rzeczywistość się postarała i podarowała mi obraz, o jakim marzyłabym, gdybym marzyła. Ale ja nie marzyłam o rodzicach. Przecież ich miałam. Kochających, dbających o moje dziś i jutro. Czasem tylko zadawałam sobie pytanie... Ponieważ nie uważałam, żeby teraz było w porządku sięganie do marzeń czy roztrząsanie pytań, których zazwyczaj zadawałam wiele, szybko wyjęłam z samochodu kwiaty i wyciągnęłam przed siebie purpurowy wiecheć.
- Dzień dobry. To dla pani - powiedziałam, podając kwiaty. - Dziękuję, że pani przyszła. Chcę podziękować... pani. Czy mogę mówić "mamo"?
- Tak, synku.
- Dziękuję, mamo, że dałaś mi życie.
Przytuliłam ją, chyba narażając bukiet na uszczerbek. Odwzajemniła uścisk. Zauważyłam łzy błyszczące w jej oczach. Mężczyzna towarzyszący mamie przytulił zaskoczoną Lalkę, która natychmiast poczuła się jak ryba w wodzie. Stała obok i coś mówiła jakoś tak szybko i radośnie. W tych emocjach jej nie przedstawiłam.
- No widzisz, Marysiu, mamy trzy córki, to teraz będziemy mieli i syna. - Mężczyzna starał się mówić pogodnym, dziarskim tonem.
- Wejdziecie na herbatę? - stwierdziła raczej, niż zapytała mama.
- Z przyjemnością - odparła natychmiast Lalka.
- Nie chcemy przeszkadzać... - Miałam pewne wątpliwości.
- Żona ma rację... - powiedział mężczyzna.
Zrobiłam nieokreślony gest ręką.
- Ale tylko na chwilkę - broniłam się.
Blok z lat pięćdziesiątych, czysty, zadbany, niezbyt duży - jak większość bloków w małych miastach. Weszliśmy do klatki, potem na piętro i do skromnie urządzonego mieszkania. Staromodne meble z lat sześćdziesiątych, zdjęcia córek na ścianach, mnóstwo. Po prawej kuchnia, w wąskim korytarzu wieszak i komoda z tradycyjnym, przewodowym telefonem, po lewej - drzwi do pokoju dziennego, a na wprost sypialnia i gabinet. Mężczyzna gestem zaprosił nas do dużego pokoju.
- To herbata czy kawa? - upewniała się mama. Sięgnęła do regału i wyjęła szklany wazon.
- Herbata, z cytryną, jeśli można.
- A słodzisz? - Uśmiechnęła się po raz pierwszy.
- Nie słodzę. Lubię słodycze, ale nie powinienem ich jeść. - Rozsiadłam się na wersalce. Podobną pamiętałam z dzieciństwa, ale nie miało to nic wspólnego z tą. Zadzwonił telefon. Zauważyłam drugi tradycyjny aparat na stoliczku w pobliżu telewizora. Taki z kablem ciągnącym się do gniazdka. Aparat z poprzedniej epoki.
- Ja odbiorę - rzucił w stronę przedpokoju mężczyzna. Podniósł słuchawkę i odwróciwszy się do okna, zaczął rozmawiać półgłosem. Zorientowałam się z rozmowy, że dzwoni córka, będzie pojutrze na lotnisku w Warszawie, a potem wybiera się do rodziców.
Mama wniosła na tacy herbatę i pokrojone ciasto drożdżowe. Mężczyzna odwrócił się w moją stronę i powiedział:
- Mamy dwa aparaty, ale jeden numer. I zawsze dzwonią obydwa, a odbieramy, gdzie nam wygodniej. Żeby nie biegać po całym mieszkaniu. Takie tradycyjne, ze sznurem i słuchawką...
- Właśnie teraz, jak zadzwoniłeś, jednocześnie odebraliśmy i mąż słyszał naszą rozmowę - dodała mama cicho, dziwnym tonem.
Jeszcze nie rozumiałam, ile narobiłam zamieszania. Ale przybrałam grzeczną minę i powiedziałam:
- Aha.
Marian, bo okazało się, że tak ma na imię mąż mamy, rozmawiał nadal przez telefon i chyba nie słyszał, co mówiła.
- Tak, mąż wcześniej nie wiedział, że cię urodziłam.
Mama odwróciła się i wyszła z pokoju. Pozwoliła, żeby słowa dźwięczały w mojej głowie, unosiły się w pomieszczeniu tak długo, by ich sens dotarł do mojej świadomości. Nie powiedziała nikomu, że mnie urodziła, że byłam. Nie chciała powiedzieć mężowi o moim istnieniu, a ja tak obcesowo wtargnęłam w ich życie i to tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Poczułam się winna, ale jednocześnie - paradoksalnie - w jakimś sensie szczęśliwa, że tu jestem.
Skąd się tu wzięłam? Jak to możliwe? Kilka dni temu rozwód zakończył najważniejszy etap mojego życia. Przeciął coś, co było jego treścią przez ponad trzydzieści lat - miłość. Miłość, z której żadne z nas nie mogło i nie chciało zrezygnować. Miłość, w której żadne z nas nie umiało dłużej trwać. Wtedy, kilka dni temu, kiedy płakałam w samochodzie zaraz po rozprawie sądowej, postanowiłam pojechać do Otwocka, aby pobrać akt urodzenia i złożyć go w sądzie z wnioskiem o prawne uzgodnienie płci. Aby być wreszcie dla świata nie Krzyśkiem, ale po prostu sobą - Anią. Kilka dni temu dowiedziałam się, że rodzice, którzy mnie wychowali, nie byli moimi rodzicami biologicznymi. Adoptowali mnie. Byłam pewna, że nie mam rodziców, bo oboje już nie żyli. I pewnie nigdy nie odkryłabym, że jednak mam rodzinę - biologiczną mamę - gdyby nie to, że zmieniając całkowicie swoje życie, pobrałam w urzędzie ten akt urodzenia. Dzisiaj przyjechałam tu i wiem, że mam mamę. A za kilka dni są święta Bożego Narodzenia. Może ma to jakiś tajemniczy transcendentny sens? Zamykałam jedną część życia, by otworzyć następną. Za jakiś czas z wyrokiem sądu będę mogła także w dokumentach być kobietą, a dla mamy, której wydawało się, że urodziła chłopca, mogłam się stać kolejną córką. Zaczynałam nowe życie, a ono prowadziło mnie do jego początku. Myśląc o tym, czułam smutek i nadzieję. Tańczyły we mnie splecione w jakimś szalonym, wariackim tańcu. Nie wierzę w Boga, ale gdyby nawet był, to pewnie nie zasłużyłabym na jego łaskę. Wszystko działo się niemal w przeddzień Wigilii, zbliżały się święta, co zwiększało magię przeżywanych chwil.
Moje refleksje przerwali mama i Marian. Mama niosła wazon z kwiatami, a Marian talerz i dzban. Patrzyłam na nich i powróciła myśl, jak dalece sprawiłam im problem swoim pojawieniem się. Nie umiałam tego ocenić. Jak oni sobie z tym poradzą? Bo przecież to nie tak miało być. Nie zamierzałam dokonywać rodzinnej rewolucji... Nie wiedziałam, czy mam teraz przepraszać czy raczej milczeć i udawać idiotkę...
Mama usiadła na przeciwległym końcu wersalki. Marian i Lalka kroili w kuchni i donosili wiktuały, przeznaczone pierwotnie na święta - swojskie kiełbasy, salceson, no i wódkę. Kiedy kolejny raz wyszli do kuchni, mama położyła na stole wielki album ze zdjęciami. Ale najpierw spojrzała mi w oczy i powiedziała ze wzruszeniem w głosie:
- Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
- Co mam wybaczyć?
- To, że cię zostawiłam w tym ośrodku. To była taka organizacja, Liga Kobiet. Pomagała kobietom w takiej sytuacji jak moja. Byłam w szkole, w mieście, poza domem. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Poznałam chłopaka.
- Tadeusza.
- Tak, Tadeusza. Skąd wiesz?
- Z aktu urodzenia. Nie było tam nazwiska. Jak się nazywał?
- Teraz już nieważne. Kiedy mu powiedziałam, że będziemy mieli dziecko...
- Zwiał.
- Próbował mnie namówić, żebym usunęła ciążę. Nie zgodziłam się. Myślałam, że będziemy razem. Był kolejarzem. Za jakiś czas zniknął. To nie był dobry człowiek. A ja... w tamtych czasach... panienka nie mogła na wieś wrócić z dzieckiem.
- Wiem! Wiem, że tak było. Wiem. Nie mogłaś. Ludzie zatruliby ci życie.
- Nie mogłam tak wrócić. Rozumiesz?
- Rozumiem bardzo dobrze, mamo. Nie mam żalu. Nie unieszczęśliwiłaś mnie. Miałam wspaniałe życie - powiedziałam, ujmując ją obiema dłońmi za ręce.
Kiedy do pokoju weszli z powrotem Lalka z Marianem, musieli zobaczyć wzruszającą rodzinną scenkę. Siedziałyśmy z mamą przytulone, ocierając łzy. Na widok przybyłych mama opanowała się. Przysunęła się do albumu leżącego na stole i dosyć uroczyście oznajmiła:
- Opowiem ci trochę o nas. Masz trzy siostry. Ewelina urodziła się tutaj, w Łomży. Teraz mieszka w Anglii. - Mama uśmiechnęła się do mnie szeroko. - To twoja najstarsza siostra.
- Ja jestem najstarsza - skomentowałam i szybko się poprawiłam: - najstarszy.
Przysunęłam się bliżej albumu, bliżej mamy. Czułam, jak ogarniają mnie ciepło i serdeczność tego domu.
- Iwona urodziła się dwa lata później - powiedziała, wskazując kolejne zdjęcie. - A Magda osiem lat potem.
Słuchałam jej słów, ale moje myśli pobiegły w inną stronę. Wyobraziłam sobie jej ból. Ból, jaki musiał ją gnębić, kiedy jej chłopak kazał usunąć ciążę. Ból, jaki czuła, gdy potem zniknął, kiedy odmówiła, i zrozumiałam jej lęk przed powrotem na wieś z nieślubnym dzieckiem. Czy dziś rozumiemy ten lęk? Lęk przed ludzką nietolerancją, lęk przed ludźmi, którzy mają jedynie słuszny przepis na człowieka i jego życie.
Po naszym pierwszym spotkaniu mama i Marian zadzwonili, zapraszając serdecznie na Wigilię. Czułam, że bardzo tego chcą, ale nie mogłam tak po prostu tam pojechać. Miałam w głowie depresyjną myśl, że rozwijanie gorącej relacji rodzinnej nie ma przyszłości, jeśli mam dla nich być Krzyśkiem. Czułam, że ten dzień, kiedy ich odnalazłam, to był przebłysk światła, które szybko zgaśnie. Przecież nie mogę powiedzieć siedemdziesięcioletniej mamie, że chociaż urodziła syna, ma jeszcze jedną córkę. A Marian? Biedny Marian, który zapytał Marysię: "dlaczego mi nie powiedziałaś?". Co pomyśli? Przecież nie będę przed nimi udawać Krzyśka przez resztę życia. Co tu dużo gadać, wymówiłam się, że święta mam już zaplanowane. Stchórzyłam. To prawda, na święta zaprosili mnie Lalka z mężem, ale wiedziałam, że Wigilię będą obchodzić u jej siostry. Głupio wpraszać się do kogoś. Moi rodzice nie żyli. Reszta rodziny zaniechała kontaktów ze mną, kiedy powiedziałam, że koryguję płeć. Syn spędzał święta u swojej mamy. Prawdopodobnie więc siedziałabym w Wigilię sama lub spędzałabym ten czas w Trans-Fuzji, gdyby nie telefon...
- Wiesz, Krzysiu, kiedy Ewelina dowiedziała się, że ma brata, postanowiła przylecieć na Wigilię do Polski. Będą wszystkie twoje siostry i ich rodziny. Musisz przyjechać!
- Ale przecież...
- Bardzo cię proszę. Musisz! Wymyśl coś, żebyś był.
Odebrało mi mowę. Być znaczy kontynuować, podtrzymywać znajomość. Przecież nie będę im całe życie kłamała, a prawdy zdradzić nie mogę.
- Nie wiem, co powiedzieć... To znaczy... tak.
- Obiecujesz?
- Tak, będę na pewno.
To były chyba najbardziej świąteczne święta, jakie pamiętam. Takie liczne, rodzinne i pełne zwierzeń. Przyjechała, jak uprzedzała mama, cała rodzina, moje trzy siostry z mężami i dziećmi. Ewelina z Londynu, Iwona z Niemiec, Magda z Warszawy. Zlot całego świata... Nie znaliśmy się, a jednak od razu poczułam, że się znamy. Zrobiliśmy przegląd życia, każdy spowiadał się ze swojego. Ja także. Ale tego, co najważniejsze, musiałam unikać jak ognia. Bolało mnie, że nie mogę im się przedstawić jako Ania. To zupełnie nie pasowało do atmosfery.
W tle cichutko pobrzmiewały z radia kolędy, za oknami skrzył się śnieg. A my gadaliśmy, gadaliśmy. Święta miały wymiar bardziej magiczny, niż mogłoby się wydawać. Pytali mnie o wszystko. O żonę, o rozwód i jego przyczynę. Czułam się okropnie, kiedy powiedziałam, że rozwiedliśmy się z powodu różnicy charakterów.
Zrobiło się bardzo późno. Czas było wracać. Do samochodu dokwaterowano mi Ewelinę, bo rano miała powrotny samolot do Londynu, do swoich dzieci. Chciała spędzić z nimi święta. Jadąc, kontynuowałyśmy pasjonujące wigilijne zwierzenia. Ewelina przecież przybyła do Polski właściwie dla mnie, zobaczyć się z bratem. Jechałyśmy tunelem lasu w smudze reflektorów. Wycieraczki zgarniały z szyby płatki śniegu. Płynąca z radia świąteczna muzyka budowała tajemniczą, odrealnioną atmosferę. Jechałyśmy niezbyt szybko, ponieważ było ślisko. Rozmawiałam z Eweliną o różnych rzeczach, ale myślałam stale, jak jej powiedzieć o tym, co naprawdę ważne. Zastanawiałam się już wcześniej i właściwie podjęłam decyzję. Ewelina mieszka w Anglii. Londyn to mieszanka kultur, ras, kolorów skóry. Jej najłatwiej będzie mnie zrozumieć. Po chwili milczenia przełamałam się i zaczęłam:
- Ewelinko, muszę ci coś wyznać...
- Are you gay? - Ewelina chętnie używała angielskich słów.
Zaskoczyła mnie. Nie zdawałam sobie sprawy, że ja... że rzeczywiście może to tak wyglądać. Na tym etapie mojej przemiany wyglądałam bardzo dziwnie jak na "prawdziwego" mężczyznę - długie włosy związane w kitkę, koraliki na szyi, kolczyki w uszach, mało męskie bluzeczki...
- No, I am not, but... I am transsexual.
Tym razem chyba ja ją zaskoczyłam.
Wyjaśniłam jej, czym jest transpłciowość, i dodałam, że mnie właśnie to dotyka.
Powiedziałam, że mam spisaną historię swojego życia i umówiłyśmy się, że jej wyślę. No i zapytałam ją o to, co w tym momencie było dla mnie najważniejsze - czy mogę opowiedzieć całą tę historię siostrom i mamie.
- Siostrom tak. Są otwarte, nie będą miały z tym problemu. Ale mamie nie mów - odpowiedziała Ewelina i po namyśle dodała: - Mama nie zrozumie.
Nadzieja, która powoli się we mnie rodziła, prysła. Było mi smutno. Jak mogłam, głupia, spodziewać się czegoś innego? Zawalił się świat, który od kilku godzin budowałam w marzeniach. Wiedziałam jednak, że zastosuję się do tego, co powiedziała mi siostra. Długą chwilę jechałyśmy w milczeniu.
Już wtedy funkcjonowałam przecież jako kobieta, brałam hormony, więc przebieranie się za Krzyśka było dla mnie coraz trudniejsze. Czasem, niczym fatamorgana, oaza na horyzoncie pojawiała się pozytywna myśl. Już nie będę czwartą córką Marysi. Co ja plotę! Pierwszą.
E-mail z opowiadaniem, w którym przedstawiłam Anię, wysłałam siostrom zaraz rano. Przynajmniej tyle mogłam zrobić.
W reakcji na ten list otrzymałam odpowiedź od Eweliny, a w zasadzie nie odpowiedź, tylko szereg pytań. Spróbowałam na nie odpowiedzieć.
Hej, Siostrzyczko!
Proszę, napisz, czy mogę naszą ostatnią korespondencję przekazać Iwonie i Magdzie. Wszak to, o czym chcę Ci powiedzieć, chcę powiedzieć także im. Odpowiedzi na pytania, które mi zadajesz, będą, być może, interesowały Was wszystkie. Niektóre z tych pytań były potrzebne także mnie. Próbując na nie odpowiedzieć, próbowałam odpowiedzieć także sobie.
Iwona odpisała na mój list, w którym przepraszałam Was za powstałą sytuację, więc mam nadzieję, że przeczyta, co chcę Wam przekazać w odpowiedzi na Twoje pytania. Magdy nie indagowałam i nie epatowałam swoją osobą, ponieważ uznałam, że jeśli nie odpisuje, to pewnie nie chce tej korespondencji. List wyślę jednak także do niej. Jeśli nie zechce czytać, po prostu go skasuje.
Rozumiem konsternację i niepokój, jakie w Was wywołałam swoim niespodziewanym pojawieniem się. Dowodem, że rozumiem, jest list, który wysłałam do Ciebie, zanim na to zareagowałyście. Napisałam w nim, że dotarło do mnie, że zrozumiałam problem, jaki sprawiłam mamie i Marianowi. W liście tym przepraszam Was właśnie za to, a nie za to, jaka jestem. Przepraszam Was więc za to jeszcze raz i proszę o wybaczenie oraz zrozumienie. Fakt, sama się sobie dziwię, że te refleksje w pełni dotarły do mnie dopiero po powrocie do Warszawy z Zakopanego. Przecież nadal, mam nadzieję, nie jestem idiotką. A jednak... Tak bardzo się cieszyłam odnalezieniem mamy i Was, że nie pomyślałam, że przed Marysią i Marianem nie mogę ujawnić prawdy, bo ich w ten sposób skrzywdzę. Przecież nie będą w stanie przyjąć jej bez bólu. Proszę o wybaczenie. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
W październiku 2006 żona poinformowała mnie, że podjęła ostateczną decyzję o rozwodzie. Do Nowego Roku nie umiałam się z tym pogodzić. Chciałam jeszcze coś zmienić, tłumaczyć, rozmawiać, ale okazało się to już niemożliwe. W zasadzie sama nie wiem, co chciałam osiągnąć tymi działaniami, skoro nie umiałam jej przyrzec, że już nigdy... że będzie mogła o tym, co się ze mną dzieje, zapomnieć. Chciałam, żebyśmy byli razem. Ona też... Gdyby mogła. Całe dwa poprzednie lata stanowiły dla nas emocjonalny koszmar. A teraz pozostała pustka.
W czerwcu straciłam pracę z powodu upadku mojej firmy. Starałam się - początkowo z optymizmem, a ostatnio z narastającym niepokojem - pozbierać jakoś i ustawić swoje interesy.
Biorę hormony od maja 2007 roku. Przeżywam radość i uczucie nieznane mi do tej pory, uczucie fizycznej wolności, tak jakbym zrzuciła krępującą mnie skorupę.
Próbuję poprzez wyznanie prawdy przekonać się, czy uda mi się przeprowadzić przyjaciół w moje nowe życie, gdy zacznę funkcjonować z odmienną tożsamością. Skutki są, niestety, różne. Większość bliskich mi osób, jak sądzę, stracę jednak na zawsze. Tracę grunt pod nogami.
Sprzedałyśmy nasz dom. Nasz wymarzony niegdyś dom, w który włożyłyśmy wiele serca i w którym miałyśmy się razem zestarzeć.
17 grudnia, w dniu rozwodu, dowiedziałam się, że zostałam adoptowana. W kilka dni potem przeżyłam radość "odkrycia i poznania" cudownych rodziców. Niesamowite i szczęśliwe zdarzenie.
Z jednej strony czuję się coraz bardziej samotna, nic nie jest już takie jak kiedyś. A z drugiej przeżywam olbrzymią radość z powodu transformacji. Koniec z grą, mogę mówić tak, jak myślę i jak czuję. Już nie muszę udawać faceta. No i mama! Odnalazłam rodzinę. Odkrycie mamy i Was wywołało we mnie radość i uczucie bliskości. Przeżyłam cudowne, ciepłe, rodzinne święta. Widziałyście moją uśmiechniętą od ucha do ucha idiotyczną gębę?!
Ale teraz mam kolejne refleksje w tej sprawie, bardziej optymistyczne.
Do tej pory zakładałam, że dzięki uwolnieniu się od nie swojej płci, dzięki temu, że zapłaciłam wielką emocjonalną i życiową cenę tego uwolnienia, nie będę już nigdy niczego udawać. Że zostanie mi dana wolność od skorupy. Wolność od więzienia za weneckim lustrem. Upiję się tą wolnością!
Mimo że wreszcie mam prawo czuć się kobietą i radośnie czuję ją w sobie, to wciąż jeszcze nie jestem nią "na stałe". Bywam nią tylko wtedy, kiedy mogę sobie na to pozwolić. Ten stan będzie trwał do czasu, aż ułożę sobie życie na nowo. Już jako Ania.
Jednak przecież nawet wtedy (jeśli mi się uda!), nawet jeśli będę żyła jako ona, nikt mi nie zabroni, choćby kilka razy w roku, wystąpić przed rodzicami jako Krzysiek. Nie stanie mi się z tego powodu krzywda większa niż ta, którą wyrządziłabym Marysi i Marianowi szczerością do bólu. Przecież kiedy oni mnie poznali, i tak już byłam osobą dziwnie androgyniczną. Pewne rzeczy zmieniają się we mnie nadal, ale chyba, jeśli to konieczne, będę w stanie to ukryć... Może w ten sposób uda się ominąć problem?
Napisałaś, że "przepracowanie choćby tylko tego odkrycia (że w rodzinie jest ktoś jeszcze) wymaga czasu i przestrzeni emocjonalnej, żeby się w tym wszystkim odnaleźć - każdy indywidualnie i my jako rodzina".
Widać zabrakło mi tej przestrzeni. Teraz po ponad miesiącu chyba dojrzałam emocjonalnie. Naprawdę bardzo jestem wdzięczna Marysi za to, że nie ma mi za złe wdepnięcia do ich domu. Mam nadzieję, że radość i wzruszenia, które były moim (i - jak sądzę - jej) udziałem w końcu grudnia, nie miną. Są mi potrzebne jak powietrze, jej chyba również.
Spróbuję odpowiedzieć na Twoje, Ewelino, pytania:
"A Ty? Czy i jaką chcesz mieć relację ze swoją biologiczną matką?".
Chciałabym móc odczuwać taką radość i takie wzruszenia, jakie czułam przez te dwa cudowne dla mnie świąteczne dni. Chcę, byś wiedziała, że jestem szczęśliwa i że Ona ma w tym swój udział. Chcę także widzieć jej cudowną emocję, którą wtedy dostrzegałam. Bliskość. Chcę, by powoli stawała się po prostu moją mamą, a nie tylko mamą biologiczną. Chcę ją spotykać i rozmawiać z Nią. Chcę, abyście Ona, Marian, a także Wy pozwalali mi zapomnieć o mojej samotności dzięki temu, że jakoś należę do Waszego grona.
"Czego Ty potrzebujesz? Jak możesz dostać to, czego szukasz? Czy to, czego szukasz... teraz, dzisiaj... to Twoja pierwotna intencja, czy też są to nowe rozwijające się lub ujawniające potrzeby? Co byłoby najlepsze dla Ciebie? Dla Marysi? Dla Waszej nowej relacji?".
Muszę przyznać, że próbując ją odnaleźć, chciałam także w jakiś sposób powiedzieć Jej, że żyję i że nie zrobiła mi krzywdy. Może uwolnić Ją od (już dawno wygasłego, choć może nadal obecnego) poczucia winy. Chciałam dać jej poczucie, że nie skrzywdziła swojego dziecka. Kierowała mną też zwykła ciekawość. Uczucia i potrzeby, o których piszę wyżej, zrodziły się dzięki radości i bliskości, jaką przeżyłam w końcu grudnia. Już dostałam to, czego szukałam. Nie chcę niczego więcej. Nie chcę tylko stracić tego, co otrzymałam. Obawiam się jednak, że część już straciłam.
Piszesz: "Nie można stworzyć autentycznej relacji bez prawdy". Wiem. Dobrze wiem. Jestem Jej córką. Marzę, by tak było. A może ta relacja nie musi być fałszywa? Całe życie ukrywałam prawdę o sobie przed światem.
Piszesz: "W historii, którą mi przysłałaś, kilka razy mówisz o "zabijaniu Ani". Co się teraz dzieje z Krzysiem? Co czuje?".
Anię, kiedy byłam w oczach ludzi Krzyśkiem, cały czas miałam w sobie. Nigdy nie czułam się sobą, jeśli nie czułam się Anią. Będąc Krzyśkiem, czułam się jak aktor odgrywający rolę. Jak w pracy. Ania to był mój zasadniczy, choć sekretny i prywatny, świat uczuć i emocji. Zabijałam jej ochotę do wyjścia na zewnątrz. Zabijałam z codziennym niemal zaciśnięciem zębów, hamowaniem reakcji emocjonalnych, walczyłam z zazdrością, która mnie przepełniała, kiedy w kobietach dostrzegałam ich kobiecość i kiedy musiałam rezygnować z dziesiątków rzeczy, które były dla mnie "zabronione" czy niedostępne. Zabijałam też ją (siebie), kiedy domagała się uzewnętrznienia. Zmuszałam się do odgrywania swojej roli, tak jak człowiek zmusza się do niechcianej pracy. Zajmowałam umysł innymi sprawami. Najczęściej pracą i jakimiś kolejnymi pasjami. Zabijanie Krzyśka...? Nie, nie muszę go zabijać, on był raczej rolą niż osobą. Chociaż to paradoksalne: żył realnie, a Ania uzewnętrzniała się tylko czasem. Chciałabym się jedynie oduczyć jego niektórych odruchowych zachowań, które nigdy przecież nie były moje. Ale nie wszystko w Krzyśku było złe. Nie całą jego rolę znienawidziłam. Po prostu nie całe życie można sprowadzić do płci. Byłam zwyczajnie człowiekiem.
Piszesz: "Mój mąż mówi, że iluzją jest świat, który się dzieli tylko na mężczyzn i kobiety. Że to są sztuczne uproszczenia. Przyroda (flora i fauna) dostarcza na to wielu dowodów. W Londynie na przykład mieszkają ludzie wielu płci. Dla wszystkich - takich, jakimi są - jest miejsce. Nikt nie musi się zmieniać, aby znaleźć swoje miejsce. Co najwyżej może je wybrać. Czy rozważałaś możliwość takiej zmiany?".
Tak. Całkowicie podzielam zdanie Twojego męża. Sama znam wielu ludzi o różnych płciach. Gdybym miała całkowitą swobodę wyboru, chciałabym mieć ciało w pełni kobiece, chociaż byłabym chyba trochę męska w zakresie swojej niezależności i przedsiębiorczości. A może wynika to ze sposobu wychowania? Może byłabym feministką? Nie wiem, jaki by był mój stosunek do mężczyzn, gdybym kobietą była od urodzenia, ale będąc w jakimś sensie facetem przez tyle lat, nie umiałabym chyba ułożyć sobie życia z mężczyzną.
Nie wiem, co ci wiadomo o takich przypadkach jak mój. Pod pojęciem transseksualności kryją się różne rzeczy. Mogę Cię zapewnić, że w moim wypadku nie ma mowy o żadnej rozwiązłości seksualnej ani obsceniczności. To nie taki przypadek. Może za mało we mnie faceta? :-)
Nie rozważam życia poza Polską. Mam wrażenie, że nie umiałabym już nauczyć się żyć gdzie indziej i zapewnić sobie sensownej pracy czy znaleźć przyjaciół. Nie mam żadnych zdolności rzemieślniczych ani artystycznych, które pozwalałyby mi liczyć na możliwość utrzymania się. No i to tu mam do załatwienia jeszcze parę spraw w tym życiu.
Co u mojego dorosłego syna? Zamierza zrobić dyplom do czerwca. Marzy ze swoją dziewczyną o podróży dookoła świata. Takiej długiej, podczas której poznałby głównie Daleki Wschód, interesujący go zawodowo. Chce też zwiedzić Afrykę i Amerykę. Obydwoje uważają, że są w stanie zrobić to, podróżując i pracując w taki sposób, by w kolejnych miejscach zarabiać na dalszą podróż. Mam nadzieję, że synowi uda się dostać na studia w Kopenhadze, o co się stara, i że zdubluje w dwa lata polski dyplom. Jak widać, on nie boi się świata tak jak ja. Jego pomysły biorą się tak naprawdę z braku pomysłu, co dalej robić. Ma z tym problem, jak sądzę. Chyba ostatnio szczęśliwie się zakochał.
Mama kolejny raz zapraszała mnie, abym odwiedziła ją z synem. Jak sądzisz? Mogłabym pojechać tam z nim w niedzielę? Chyba to już w żaden sposób nie zmieni obecnej sytuacji, prawda?
Napisz pilnie, czy mogę naszą korespondencję przekazać siostrom.
Pytaj, o co chcesz, jeśli coś Cię intryguje.
Co sądzisz o moich ostatnich przemyśleniach dotyczących nieujawniania całej prawdy przed mamą?