Mam etat, ale internet twierdzi, że potrzebuję jeszcze trzech biznesów - Jak przestać czuć się przegrywem bez side hustle - Max Paradox

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać

INTRO

Jest wtorek, 21:47. Masz za sobą normalny dzień pracy. Odpisałeś na maile, odbyłeś spotkania, zrobiłeś rzeczy ważne, kilka nieważnych i przynajmniej jedną, której sens zna prawdopodobnie tylko osoba wpisująca ją do Excela trzy lata temu. Jesz kolację, bierzesz telefon i popełniasz drobny błąd: otwierasz internet.

Pierwszy film pokazuje trzydziestolatka, który właśnie "zautomatyzował swój biznes i teraz zarabia podczas snu". Drugi przedstawia dziewczynę prowadzącą sklep internetowy, agencję marketingową, kanał na YouTubie i "mały projekt poboczny", który najwyraźniej zatrudnia dwanaście osób. Trzeci człowiek informuje cię, że jeśli po godzinach nie budujesz własnej marki, to właściwie dobrowolnie rezygnujesz z przyszłości.

Patrzysz na swoją kanapkę.

Kanapka nie generuje pasywnego dochodu.

I wtedy pojawia się myśl, której jeszcze pięć minut temu nie było: "Czy ja przypadkiem nie marnuję życia?"

Przecież masz etat. Być może całkiem przyzwoity. Dostajesz wynagrodzenie, masz obowiązki, rozwijasz kompetencje, czasem nawet lubisz swoją pracę. Ale internet właśnie poinformował cię, że to najwyżej wersja demonstracyjna dorosłości. Prawdziwy człowiek sukcesu powinien po pracy otworzyć laptopa, zbudować startup, wypuścić kurs online, nauczyć się inwestować, stworzyć newsletter, sprzedawać szablony w internecie i najlepiej jeszcze nagrywać podcast o tym, jak znajduje na to wszystko czas.

Nie znajdujesz czasu na podcast.

Czasem nie znajdujesz nawet ładowarki.

Problem z kulturą side hustle nie polega na tym, że dodatkowa działalność jest czymś złym. Nie jest. Dla wielu osób własny projekt może być świetnym sposobem na większe dochody, niezależność, naukę nowych rzeczy albo przygotowanie się do zmiany zawodowej. Problem zaczyna się wtedy, gdy opcja zamienia się w obowiązek moralny. Gdy "możesz zbudować coś swojego" zaczyna brzmieć jak "jeżeli tego nie robisz, jesteś leniwy, mało ambitny i prawdopodobnie przegrywasz kapitalizm".

To dość imponujący ciężar jak na film trwający dwadzieścia osiem sekund.

Internet ma szczególny talent do pokazywania efektów bez prezentowania całego zaplecza. Widzisz człowieka mówiącego, że jego dodatkowy biznes przynosi dziesięć tysięcy miesięcznie. Rzadziej widzisz trzy wcześniejsze lata, nieudane pomysły, wkład finansowy, wsparcie partnera, znajomości branżowe, dziesiątki godzin pracy albo fakt, że "miesięcznie" oznaczało konkretnie jeden wyjątkowo dobry miesiąc w listopadzie. Kamera uwielbia sukces. Kamera gorzej współpracuje z arkuszem kosztów.

A twój mózg porównuje się bez przypisów.

W efekcie człowiek, który jeszcze chwilę temu był całkiem zadowolony ze swojego życia, zaczyna robić wewnętrzny audyt. Etat? Niewystarczająco przedsiębiorczy. Jedno źródło dochodu? Ryzykowne. Wieczór bez pracy? Zmarnowany. Sobota bez monetyzowania hobby? Podejrzana. Oglądasz serial i zamiast śledzić fabułę zastanawiasz się, czy nie powinieneś przypadkiem w tym czasie projektować produktu cyfrowego.

Nagle nawet odpoczynek potrzebuje biznesplanu.

Szczególnie podstępne jest to, że przekaz o dodatkowej pracy często przebiera się za troskę o ciebie. "Nie polegaj na jednym źródle dochodu." "Zbuduj coś własnego." "Pracuj teraz, żeby później żyć jak chcesz." Wszystkie te zdania mogą mieć sens. Ale można z nich również zbudować bardzo wygodną maszynę do produkowania poczucia winy. Wystarczy dodać trochę algorytmów, kilka luksusowych samochodów wynajętych na dwie godziny do nagrania oraz człowieka mówiącego "bro" częściej, niż wymaga tego język angielski.

I już.

Twoje spokojne życie zostało zakwalifikowane jako brak ambicji.

Ta książka nie będzie próbowała przekonać cię, że powinieneś zrezygnować z dodatkowych projektów. Byłoby to równie absurdalne jak przekonywanie wszystkich, że powinni je mieć. Side hustle może być fantastycznym pomysłem, jeśli rzeczywiście czegoś od niego chcesz. Może być też bezsensownym sposobem na zamianę każdego wolnego wieczoru w drugą zmianę tylko dlatego, że ktoś w internecie powiedział, iż "ludzie sukcesu nie oglądają Netflixa".

Ludzie sukcesu oglądają Netflixa.

Niektórzy nawet zasypiają podczas drugiego odcinka.

Będziemy więc rozdzielać dwie rzeczy, które internet bardzo lubi wrzucać do jednego garnka: realną potrzebę poprawienia swojej sytuacji finansowej oraz lęk, że robisz za mało. To nie jest to samo. Możesz chcieć więcej zarabiać i jednocześnie nie potrzebować trzech firm. Możesz mieć ambitne plany i nadal mieć wolne soboty. Możesz rozwijać się zawodowo bez drukowania logo swojej marki osobistej na kubkach.

Przyjrzymy się też temu, dlaczego tak łatwo uwierzyć, że wszyscy wokół "coś budują". Spoiler: nie wszyscy. Po prostu człowiek wracający z pracy, gotujący makaron i spokojnie czytający książkę rzadko nagrywa film zatytułowany "JAK ZAROBIŁEM 0 ZŁ W SOBOTĘ I BYŁO CAŁKIEM PRZYJEMNIE". Algorytm ma swoje standardy dramaturgiczne.

Zobaczymy, jak odróżnić autentyczną ambicję od presji porównywania się. Jak ocenić, czy dodatkowy biznes naprawdę poprawiłby twoje życie, czy tylko dołożyłby kolejne hasło do kalendarza. Jak myśleć o bezpieczeństwie finansowym bez budowania siedmiu źródeł dochodu, z których sześć przynosi po 47 zł i wymaga osobnego konta na Instagramie. Jak rozwijać swoją karierę, kompetencje i zarobki również wtedy, kiedy nie masz najmniejszej ochoty zostać założycielem czegokolwiek.

Będziemy też mówić o odpoczynku.

Tak, odpoczynku.

Tej kontrowersyjnej czynności, podczas której człowiek przez pewien czas niczego nie skaluje.

Bo jednym z największych oszustw współczesnej kultury produktywności jest przekonanie, że każda godzina powinna przynosić mierzalny zwrot. Jeśli pracujesz, zarabiaj. Jeśli ćwiczysz, optymalizuj. Jeśli czytasz, rozwijaj kompetencje. Jeśli spacerujesz, słuchaj podcastu biznesowego. Jeśli masz hobby, monetyzuj je. Jeśli pieczesz ciasto dla przyjemności, załóż profil, nagraj rolkę, sprzedaj e-book i uruchom kod rabatowy CIASTO10.

A może czasem można po prostu upiec ciasto.

Bez lejka sprzedażowego.

To nie będzie książka o rezygnowaniu z ambicji. Będzie o odzyskaniu prawa do decydowania, czym dla ciebie jest ambicja. Dla jednej osoby będzie to własna firma. Dla innej awans. Dla kolejnej stabilny etat, sensowne pieniądze i możliwość zamknięcia laptopa o siedemnastej bez poczucia, że właśnie zdradziła własny potencjał.

Najważniejsze pytanie nie brzmi więc: "Dlaczego nie mam jeszcze dodatkowego biznesu?"

Brzmi:

"Czy ja naprawdę go chcę?"

Jeżeli odpowiedź brzmi "tak", świetnie. Warto zrobić to świadomie, z konkretnym powodem, rozsądnym planem i świadomością kosztów. Jeśli odpowiedź brzmi "nie", również świetnie. Nie istnieje urząd kontroli przedsiębiorczości, które zapuka do drzwi i zapyta, dlaczego twoje hobby nadal nie posiada NIP-u.

A jeśli odpowiedź brzmi: "Nie wiem, ale czuję się źle, kiedy widzę, że inni mają więcej"?

To właśnie dlatego tu jesteśmy.

W kolejnych rozdziałach rozłożymy tę presję na części. Bez wojny z przedsiębiorczością. Bez kultu etatu. Bez udawania, że pieniądze nie mają znaczenia. I bez guru tłumaczącego ci z tylnego siedzenia Lamborghini, że problemem jest twoje nastawienie.

Możliwe, że potrzebujesz dodatkowego źródła dochodu.

Możliwe, że potrzebujesz zmiany pracy.

Możliwe, że rzeczywiście chcesz zbudować własny biznes.

Ale możliwe też, że najbardziej potrzebujesz przestać traktować cudzy plan na życie jak zaległe zadanie na swojej liście.

I od tego zaczniemy.

Rozdział 1 - Kiedy etat przestał wystarczać jako dowód, że coś robisz

Masz pracę. Wstajesz rano, jedziesz do biura albo otwierasz laptop, odbierasz telefony, realizujesz zadania, rozwiązujesz problemy, za które ktoś regularnie przelewa ci pieniądze. Obiektywnie rzecz biorąc, uczestniczysz w rynku pracy. Całkiem aktywnie. Czasem nawet bardziej aktywnie, niż byś chciał.

Potem otwierasz internet i dowiadujesz się, że właściwie nic nie robisz.

Ktoś ma etat, sklep internetowy i dwa mieszkania na wynajem. Ktoś inny pracuje w korporacji, ale "po godzinach buduje markę osobistą". Trzecia osoba prowadzi newsletter, konsultacje, kurs online i kanał na YouTubie, a w opisie filmu pisze, że wszystko zaczęło się od "jednej godziny dziennie".

To bardzo pracowita godzina.

Najbardziej fascynujące jest to, jak szybko zmieniła się definicja człowieka ambitnego. Jeszcze niedawno stabilna praca, rosnące wynagrodzenie, rozwój zawodowy i możliwość opłacenia rachunków bez organizowania zbiórki wśród rodziny uchodziły za całkiem rozsądny plan. Teraz coraz częściej możesz mieć wrażenie, że etat to dopiero baza operacyjna. Coś w rodzaju obozu pierwszego przed wejściem na Everest przedsiębiorczości.

Masz pracę?

Dobrze.

A co poza tym?

To pytanie pojawia się czasem subtelnie, a czasem z gracją cegły wrzuconej przez okno. Co robisz po godzinach? Budujesz coś swojego? Inwestujesz? Masz działalność? Sprzedajesz coś online? Rozwijasz personal brand? Tworzysz dodatkowe źródła dochodu?

Jeżeli odpowiedź brzmi: "Po pracy robię kolację i próbuję odzyskać zdolność formułowania pełnych zdań", możesz zacząć podejrzewać, że źle zarządzasz swoim potencjałem.

Nie zarządzasz źle potencjałem.

Możliwe, że po prostu jesteś zmęczony.

Problem zaczyna się wtedy, gdy cudza aktywność przestaje być dla ciebie informacją, a zaczyna być oceną. Nie patrzysz już na człowieka prowadzącego dodatkowy biznes i nie myślisz: "O, ciekawe". Myślisz: "Ja tego nie mam". Następnie mózg wykonuje swój ulubiony numer i zamienia prostą różnicę w hierarchię.

On ma biznes.

Ja nie mam.

Czyli on jest bardziej ambitny.

Czyli ja jestem mniej ambitny.

Czyli może jestem leniwy.

Czyli może przegrywam życie.

Cała operacja trwa mniej więcej tyle, ile reklama przed filmem.

Warto w tym miejscu zrobić coś bardzo mało internetowego: zatrzymać się przy faktach.

Fakt pierwszy: posiadanie dodatkowego biznesu oznacza posiadanie dodatkowego biznesu.

To wszystko.

Nie jest automatycznie dowodem odwagi, inteligencji, dyscypliny, przedsiębiorczości, wartości człowieka ani specjalnego błogosławieństwa od ekonomii. Można prowadzić fantastyczną firmę. Można prowadzić fatalną firmę. Można mieć dochodowy side hustle. Można mieć side hustle, który od sześciu miesięcy generuje głównie koszty domeny internetowej i poczucie, że trzeba "jeszcze trochę dopracować branding".

Sam fakt posiadania projektu nie mówi jeszcze, czy projekt ma sens.

Ale internet nie lubi takich drobiazgów.

Internet lubi symbole. Laptop w kawiarni oznacza niezależność. Zdjęcie dashboardu sprzedażowego oznacza sukces. Samochód oznacza skalowanie. Spacer w środku dnia oznacza wolność finansową, chyba że człowiek po prostu wyszedł do dentysty.

Tymczasem rzeczywistość jest bardziej nudna, a przez to znacznie mniej fotogeniczna. Stabilny etat może dawać świetne wynagrodzenie, rozwój, kontakty, poczucie bezpieczeństwa i dużo większą swobodę niż mały biznes, który trzeba obsługiwać wieczorami. Własna firma może z kolei dawać ogromną satysfakcję, większy potencjał dochodowy i autonomię, ale również stres, odpowiedzialność i konieczność zajmowania się rzeczami, o których nikt nie wspomina w filmie zatytułowanym "RZUCIŁEM ETAT I TO BYŁA NAJLEPSZA DECYZJA W ŻYCIU".

Na przykład księgowością.

Księgowość rzadko dostaje własną rolkę motywacyjną.

Dlaczego więc tak łatwo dajemy sobie wmówić, że jedna ścieżka jest lepsza od drugiej?

Bo porównujemy nie funkcje, tylko prestiż.

Etat został w części internetowej kultury zdegradowany do symbolu zależności. Firma stała się symbolem wolności. Side hustle symbolem ambicji. Dochód pasywny symbolem sprytu. To bardzo wygodne etykiety, ponieważ pozwalają ocenić człowieka po trzech słowach w bio.

"Founder."

Brzmi lepiej niż:

"Pracuję od dwunastu lat w tej samej branży, bardzo dobrze znam się na tym, co robię, mam stabilne dochody i o osiemnastej idę na rower."

Chociaż druga osoba może mieć znacznie spokojniejsze życie i więcej pieniędzy.

Tu pojawia się pierwszy konkretny krok: oddziel formę pracy od efektu, którego potrzebujesz.

Nie pytaj:

"Czy powinienem mieć side hustle?"

Zapytaj:

"Co konkretnie chcę poprawić?"

To drobna zmiana języka, ale robi ogromną różnicę. Side hustle jest narzędziem. Nie celem samym w sobie. Jeżeli zaczynasz od narzędzia, łatwo kończysz z rozwiązaniem szukającym problemu.

Najpierw określ problem.

Może zarabiasz za mało. To realny problem.

Może boisz się utraty pracy. Też realny.

Może nudzi cię obecna rola.

Może chcesz spróbować przedsiębiorczości.

Może masz konkretny pomysł, który od dawna chodzi ci po głowie.

A może niczego z tych rzeczy nie czujesz. Po prostu wczoraj obejrzałeś sześć filmów o dodatkowych źródłach dochodu i nagle zacząłeś podejrzewać, że powinieneś sprzedawać szablony do Notion.

To nie jest strategia.

To jest efekt uboczny algorytmu.

Weź kartkę albo notatkę w telefonie i odpowiedz na trzy pytania:

- Co konkretnie chciałbym poprawić w swojej obecnej sytuacji? - Czy dodatkowy biznes jest najlepszym sposobem, żeby to osiągnąć? - Co kosztowałby mnie ten biznes w czasie, energii, pieniądzach i uwadze?

Nie odpowiadaj tak, jak odpowiadałby człowiek w podcaście biznesowym. Odpowiedz tak, jak odpowiadasz sobie we wtorek wieczorem, kiedy masz jeszcze pranie, zakupy i osiem procent baterii społecznej.

Załóżmy, że chcesz zarabiać o dwa tysiące złotych miesięcznie więcej. Side hustle jest jednym z rozwiązań. Ale nie jedynym. Możesz powalczyć o podwyżkę. Zmienić firmę. Przejść do lepiej płatnej specjalizacji. Zdobyć certyfikat. Wziąć kilka godzin płatnych zleceń miesięcznie zamiast budować "markę". Sprzedać konkretną usługę kilku klientom, bez tworzenia całego internetowego imperium.

Czasem najkrótsza droga do większych pieniędzy prowadzi przez lepszy etat.

Wiem.

Nie da się z tego zrobić tak efektownej miniatury na YouTubie.

Ale życie nie jest konkursem miniaturek.

Jeżeli natomiast chcesz budować coś swojego, bardzo dobrze. Rób to dlatego, że widzisz w tym wartość. Nie dlatego, że czujesz wstyd, gdy ktoś w wieku dwudziestu sześciu lat mówi, że ma pięć źródeł dochodu.

Warto również sprawdzić, co te "źródła" właściwie oznaczają.

Pensja może być jednym źródłem dochodu dającym dziesięć tysięcy złotych.

Pięć dodatkowych projektów może dawać odpowiednio 300, 150, 70, 40 i darmowy dostęp do aplikacji przez sześć miesięcy.

Statystycznie drugi człowiek ma więcej źródeł dochodu.

Praktycznie pierwszy może spać spokojniej.

Liczba nie zawsze oznacza jakość.

Tu dochodzimy do drugiego ważnego mechanizmu: mierzymy swoje życie cudzym wskaźnikiem.

Ktoś uznał, że sukces oznacza własną firmę.

Ktoś inny: nieruchomości.

Kolejny: dochód pasywny.

Jeszcze inny: możliwość pracy z Bali.

I zanim się obejrzysz, próbujesz zdobyć wszystkie cztery, chociaż nienawidzisz upału, nie chcesz prowadzić firmy i na samą myśl o najemcach zaczyna ci drgać powieka.

Bali też nie pytało, czy chcesz tam pracować.

Dlatego warto stworzyć własną definicję "wystarczająco dobrze".

Nie ostateczną na całe życie. Na najbliższy rok.

Dokończ cztery zdania:

"Finansowo chcę..."

"Zawodowo chcę..."

"Po pracy chcę mieć czas na..."

"Nie chcę poświęcać..."

Przykład może wyglądać tak:

"Finansowo chcę odkładać dwa tysiące miesięcznie."

"Zawodowo chcę zdobyć doświadczenie pozwalające mi za rok zmienić stanowisko."

"Po pracy chcę mieć trzy wolne wieczory tygodniowo."

"Nie chcę poświęcać weekendów."

To już jest plan.

Może się okazać, że side hustle świetnie do niego pasuje. Na przykład dwie godziny w środę i sobotę dają ci dodatkowe zlecenia bez rozwalania reszty życia.

Może się też okazać, że kompletnie nie pasuje.

I to również jest poprawna odpowiedź.

Problem polega na tym, że wiele osób nie podejmuje decyzji. Zamiast tego pozostają w stanie stałego poczucia winy. Nie zakładają biznesu, ale codziennie myślą, że powinny. Nie odpoczywają naprawdę, bo odpoczynek wygląda podejrzanie. Nie budują niczego konkretnego, bo nie mają na to energii.

Dostają więc najgorszy pakiet.

Brak biznesu.

Brak odpoczynku.

Za to poczucie winy w abonamencie premium.

Jeżeli nie chcesz teraz side hustle, podejmij tę decyzję świadomie. Powiedz sobie: "Przez najbliższe sześć miesięcy nie buduję dodatkowego biznesu. Skupiam się na pracy, finansach i życiu poza pracą."

To nie jest kapitulacja.

To priorytet.

Jeżeli chcesz coś zbudować, również podejmij decyzję. Nie "muszę zrobić dodatkowy biznes", tylko: "Testuję jeden konkretny pomysł przez osiem tygodni i sprawdzam, czy daje mi pieniądze, satysfakcję albo wartościową naukę."

Jeden.

Nie kurs, sklep, newsletter i kanał jednocześnie.

Nie jesteś konglomeratem.

Jeszcze.

Najmniejszy skuteczny krok na dziś jest więc banalny: zdecyduj, czy twoim problemem rzeczywiście jest brak side hustle, czy tylko dyskomfort wywołany patrzeniem na ludzi, którzy go mają.

To dwie zupełnie różne rzeczy.

Jeśli problem jest realny, będziemy go rozwiązywać.

Jeśli problem został dostarczony przez algorytm, nie musisz go zatrudniać na pełny etat.

Rozdział 2 - Wszyscy odnoszą sukces, bo przegrani nie nagrywają rolek

Otwierasz Instagram. Ktoś właśnie świętuje rekordowy miesiąc.

LinkedIn. Awans.

YouTube. Firma przekroczyła milion przychodu.

TikTok. Dziewiętnastolatek wyjaśnia, dlaczego etat jest pułapką.

Odkładasz telefon i przez kilka sekund próbujesz przypomnieć sobie, czy w ostatnim miesiącu wydarzyło się u ciebie cokolwiek, co nadawałoby się do napisania wielkimi literami na miniaturze.

"ODDAŁEM AUTO DO SERWISU I ODEBRAŁEM TEGO SAMEGO DNIA" raczej nie przebije algorytmu.

Internet tworzy bardzo specyficzny obraz rzeczywistości, ponieważ pokazuje przede wszystkim momenty warte pokazania. Wynik. Premierę. Sprzedaż. Awans. Przeprowadzkę. Nowego klienta. Rekord. Zmianę życia.

Nie pokazuje natomiast przeciętnego wtorku.

A przeciętny wtorek stanowi dużą część życia.

Przeciętny wtorek wygląda tak: ktoś wstaje, pracuje, robi zakupy, płaci rachunki, odbiera dziecko, ćwiczy albo nie ćwiczy, próbuje znaleźć czystą koszulkę, odpisuje na wiadomości i o 22:30 zastanawia się, dlaczego znowu nie poszedł wcześniej spać.

Nie ma w tym nic spektakularnego.

Dlatego spektakularne rzeczy wydają się znacznie częstsze, niż są naprawdę.

To klasyczny problem z dostępnością informacji. Nasz mózg ocenia rzeczywistość na podstawie przykładów, które łatwo przychodzą mu do głowy. Jeżeli codziennie widzisz ludzi uruchamiających biznesy, zaczynasz mieć wrażenie, że uruchamianie biznesu jest czymś powszechnym. Jeżeli widzisz ludzi pokazujących wysokie dochody, wysokie dochody zaczynają wyglądać jak standard.

Nie widzisz natomiast milionów ludzi, którzy niczego dziś nie uruchomili.

Nie opublikowali komunikatu:

"Szanowni Państwo, informuję, że w bieżącym kwartale nie założyłem startupu."

A szkoda.

Trochę równowagi by się przydało.

Dochodzi do tego jeszcze jeden mechanizm: ludzie pokazują wynik częściej niż proces. Powód jest prosty. Wynik jest ciekawszy.

"Mój sklep zrobił 50 tysięcy przychodu" brzmi dobrze.

"Przez siedem miesięcy po pracy siedziałem przy komputerze, testowałem reklamy, popełniłem kilka błędów, wydałem pieniądze, miałem zwroty, problemy z dostawcą, klienta, który napisał do mnie o drugiej w nocy, bo paczka od trzech godzin była w sortowni, i nadal nie wiem, czy to dobry biznes" jest bardziej kompletną historią.

Ale gorzej mieści się w trzydziestu sekundach.

W dodatku przychód nie jest zyskiem.

To jedno z najważniejszych zdań, które warto zapamiętać podczas oglądania treści biznesowych.

Sto tysięcy złotych sprzedaży wygląda imponująco. Jeśli koszty wyniosły dziewięćdziesiąt osiem tysięcy, sytuacja nabiera nieco mniej filmowego charakteru.

Czasem widzisz:

"ZAROBIŁEM 30 000 W MIESIĄC".

A bardziej precyzyjny tytuł brzmiałby:

"MÓJ BIZNES MIAŁ 30 000 PRZYCHODU, Z CZEGO PO KOSZTACH, PODATKACH I REKLAMACH ZOSTAŁO ZNACZNIE MNIEJ, ALE CZCIONKA MUSIAŁABY BYĆ MAŁA".

To nie znaczy, że ludzie kłamią.

Niektórzy kłamią.

Niektórzy upraszczają.

Niektórzy pokazują prawdę.

Problem polega na tym, że ty zazwyczaj nie wiesz, z którą wersją masz do czynienia.

A mimo to porównujesz tę liczbę ze swoim wynagrodzeniem netto, które znasz dokładnie co do grosza.

Porównujesz więc swój pełny raport finansowy z cudzą reklamą.

To trochę tak, jakbyś zestawiał swoje zdjęcie paszportowe z czyjąś sesją reklamową perfum i martwił się, że wyglądasz gorzej.

Naturalnie.

W urzędzie nikt nie ustawia światła.

Szczególnie mocno działa to w przypadku side hustle, ponieważ dodatkowa działalność jest bardzo wdzięcznym materiałem do opowiadania. "Po pracy rozwijam własny projekt" brzmi ciekawie. "Po pracy odpoczywam" brzmi jak zdanie, które trzeba jakoś usprawiedliwić.

To właśnie trzeba odwrócić.

Odpoczynek nie potrzebuje uzasadnienia.

Jeżeli pracujesz osiem godzin dziennie, dojeżdżasz, zajmujesz się domem, relacjami i normalnym funkcjonowaniem, to wolny wieczór nie jest niewykorzystanym zasobem produkcyjnym. Jest częścią systemu, który pozwala ci następnego dnia nadal funkcjonować jak człowiek, a nie jak laptop z pięćdziesięcioma otwartymi kartami i wentylatorem pracującym na granicy praw fizyki.

Ale zanim odzyskamy odpoczynek, trzeba naprawić sposób porównywania się.

Pierwsza zasada brzmi: nie porównuj rezultatu bez poznania ceny.

Za każdym razem, gdy widzisz coś, co wywołuje w tobie poczucie "jestem w tyle", dopisz mentalnie cztery pytania:

- Ile czasu zajęło dojście do tego wyniku? - Jakie zasoby były potrzebne? - Jakie koszty poniesiono? - Czego nie widzę?

Nie chodzi o to, żeby umniejszać cudzy sukces.

Chodzi o to, żeby przywrócić kontekst.

Ktoś może prowadzić firmę po godzinach, ponieważ pracuje na pół etatu. Ktoś ma partnera, który przejął większość obowiązków domowych. Ktoś wykorzystuje doświadczenie z dziesięciu lat pracy. Ktoś zainwestował oszczędności. Ktoś mieszka z rodzicami i ma bardzo niskie koszty. Ktoś śpi pięć godzin.

Ostatniej strategii nie polecam.

Człowiek może przez jakiś czas wyglądać produktywnie.

Potem zaczyna czytać wiadomość pięć razy i nadal nie wie, czego chce od niego Marek z księgowości.

Druga zasada: porównuj się w tej samej kategorii.

Jeżeli masz stabilny etat i widzisz przedsiębiorcę, który zarobił w świetnym miesiącu bardzo dużo, nie porównuj wyłącznie najwyższej liczby. Porównaj cały pakiet.

Dochód.

Stabilność.

Czas pracy.

Urlop.

Ryzyko.

Stres.

Elastyczność.

Możliwość skalowania.

Satysfakcję.

Kontrolę.

To nie są dwa paski wynagrodzenia. To dwa różne modele życia.

Może się okazać, że zazdrościsz jednej części pakietu, ale nie chcesz pozostałych dziewięciu.

Na przykład podoba ci się możliwość zarabiania więcej, ale nie masz ochoty odpowiadać za sprzedaż, obsługę klienta, marketing, podatki i fakt, że każde "nie działa" ostatecznie trafia do ciebie.

W korporacji zawsze istnieje nadzieja, że "to chyba IT".

We własnym biznesie IT to czasem również ty.

Trzecia zasada: zauważ, kiedy inspiracja zamienia się w samobiczowanie.

Dobre treści mogą cię zainspirować. Widzisz kogoś, kto zrobił interesujący projekt, i myślisz: "Może spróbuję czegoś podobnego".

To zdrowa reakcja.

Mniej zdrowa wygląda tak:

"On zrobił projekt."

"Ja nie."

"Powinienem."

"Czemu jeszcze nie?"

"Co jest ze mną nie tak?"

"Muszę zacząć natychmiast."

Po czym przez dwie godziny oglądasz filmy o tym, jaki biznes rozpocząć.

To ciekawy paradoks kultury produktywności: można bardzo produktywnie konsumować treści o produktywności i nie zrobić absolutnie niczego.

Masz wtedy siedem zapisanych filmów, cztery pomysły na biznes i nowy podcast.

Przychód: zero.

Zmęczenie: zaskakująco wysokie.

Jeśli zauważysz taki schemat, zastosuj prostą zasadę: każda treść biznesowa musi skończyć się jedną z trzech decyzji.

"Robię coś."

"Zapisuję konkretny pomysł na później."

"Ignoruję."

Nie pozwalaj, żeby kończyła się czwartą opcją:

"Czuję się przez chwilę gorzej ze swoim życiem."

Ta opcja nie wnosi niczego.

Załóżmy, że widzisz film o kimś sprzedającym produkt cyfrowy. Zamiast oglądać kolejnych dwadzieścia filmów, zadaj sobie pytanie: "Czy chcę sprawdzić ten model?"

Jeżeli tak, zapisz jeden eksperyment.

Na przykład: "W sobotę przez godzinę sprawdzę, czy mam wiedzę, którą mógłbym zamienić w prostą usługę albo produkt."

Godzinę.

Nie kupuj logo.

Nie zakładaj spółki.

Nie projektuj systemu afiliacyjnego.

Sprawdź, czy w ogóle istnieje problem, za którego rozwiązanie ktoś chciałby zapłacić.

Jeżeli odpowiedź brzmi "nie chcę tego robić", zamknij temat.

Nie musisz zostawiać mentalnie otwartej karty tylko dlatego, że cudzy biznes wyglądał atrakcyjnie.

Tu warto zrobić jeszcze jeden eksperyment, znacznie prostszy.

Przez siedem dni obserwuj, po jakich treściach zaczynasz czuć, że robisz za mało.

Nie musisz robić skomplikowanego dziennika. Wystarczy notatka:

"Co obejrzałem?"

"Co pomyślałem o sobie?"

"Czy pojawiła się konkretna użyteczna decyzja?"

Przykład:

Film: "Pięć źródeł dochodu przed trzydziestką."

Myśl: "Mam tylko jedno, jestem w tyle."

Decyzja: żadna.

Wartość treści: niewielka.

Następnego dnia:

Podcast o negocjowaniu wynagrodzenia.

Myśl: "Od dwóch lat nie rozmawiałem o podwyżce."

Decyzja: przygotuję argumenty i umówię rozmowę.

Wartość treści: duża.

Właśnie o to chodzi.

Nie każda treść o pieniądzach jest szkodliwa. Nie każda treść o przedsiębiorczości jest wartościowa. Kryterium nie brzmi: "Czy to brzmi ambitnie?"

Kryterium brzmi:

"Czy to pomaga mi podejmować lepsze decyzje?"

Jeżeli po tygodniu zobaczysz, że niektóre konta regularnie wywołują presję, a nie dają ci żadnej konkretnej wartości, przestań je obserwować.

Naprawdę.

Nie będzie egzaminu.

Autor rolki nie dostanie powiadomienia: "Użytkownik przestał cię obserwować, ponieważ odzyskał kontakt z rzeczywistością."

Algorytm prawdopodobnie przeżyje.

Ty być może również.

Nie chodzi o stworzenie bańki, w której nikt nie osiąga sukcesów, żebyś mógł czuć się bezpiecznie. Chodzi o proporcje. Jeżeli twój cyfrowy świat składa się głównie z przedsiębiorców, inwestorów, ludzi pokazujących dochody, produktywność i rozwój, zaczynasz traktować bardzo wąską grupę jako przekrój społeczeństwa.

To tak, jakbyś chodził codziennie na siłownię kulturystyczną i po miesiącu zaczął się zastanawiać, dlaczego wszyscy ludzie mają większy biceps.

Nie wszyscy.

Jesteś w konkretnym miejscu.

Internet też jest konkretnym miejscem, nawet jeśli wygląda jak cały świat.

Dlatego raz na jakiś czas warto wykonać brutalnie prosty test rzeczywistości: popatrzeć nie na feed, tylko na własne życie.

Czy masz dach nad głową?

Czy płacisz rachunki?

Czy twoje dochody się rozwijają albo przynajmniej są stabilne?

Czy zdobywasz kompetencje?

Czy masz oszczędności albo plan ich budowania?

Czy twoja praca daje ci coś poza pieniędzmi?

Czy masz czas dla ludzi i rzeczy, które są dla ciebie ważne?

Jeżeli kilka odpowiedzi brzmi "nie", świetnie - pojawia się konkretny obszar do poprawy.

Ale to nadal nie oznacza automatycznie:

"Załóż biznes."

Może oznaczać:

"Zmień pracę."

"Naucz się negocjować."

"Ogranicz wydatki."

"Zbuduj poduszkę finansową."

"Naucz się nowej kompetencji."

"Weź jeden dodatkowy projekt."

Albo:

"Przestań oglądać człowieka, który codziennie mówi ci, że jesteś biedny, żeby potem sprzedać ci kurs."

To również jest strategia finansowa.

Wersja minimum na ten tydzień wygląda następująco: usuń albo wycisz trzy źródła treści, po których regularnie czujesz presję bez żadnej użytecznej decyzji. Nie wszystkie. Trzy.

Potem sprawdź, co się dzieje.

Jeżeli nagle przestaniesz codziennie myśleć o tym, że potrzebujesz sześciu źródeł dochodu, może się okazać, że problem nie mieszkał w twoim portfelu.

Mieszkał w feedzie.

Rozdział 3 - Produktywność nie jest religią, chociaż ma już swoich kapłanów

Jest sobota, 9:12. Nie masz pilnego zadania. Nie masz spotkania. Nie masz deadline'u. Nikt niczego od ciebie nie chce. Teoretycznie możesz zrobić dokładnie to, na co masz ochotę.

I właśnie wtedy zaczyna się problem.

Siadasz z kawą, patrzysz przez okno i przez chwilę jest nawet przyjemnie. Po czym przypominasz sobie film o "porannej rutynie ludzi sukcesu". Ktoś już o 5:30 przebiegł dziesięć kilometrów, przeczytał czterdzieści stron książki, zapisał trzy cele, zrobił zimny prysznic, przygotował posiłki na tydzień i do siódmej rano zdążył jeszcze przeanalizować swoje portfolio inwestycyjne.

Ty o 9:12 pijesz kawę.

Bez strategii.

Bez journalingu.

Bez ekspozycji na zimno.

Kawa zaczyna smakować podejrzanie.

Kultura side hustle nie działa samodzielnie. Jest częścią większej maszyny, która przez ostatnie lata bardzo skutecznie połączyła rozwój osobisty, produktywność, przedsiębiorczość i poczucie własnej wartości. Z tej mieszanki powstała prosta sugestia: jeżeli nie wykorzystujesz swojego czasu maksymalnie, coś tracisz.

Godzinę.

Szansę.

Potencjał.

Być może milion.

Ten ostatni zwykle pojawia się na miniaturze filmu.

Problem polega na tym, że produktywność jest narzędziem. Tak samo jak kalendarz, ekspres do kawy albo wiertarka. Ma pomóc ci zrobić coś, co uważasz za ważne. Nie ma sensu być bardziej produktywnym tylko po to, żeby być bardziej produktywnym.

Można bardzo sprawnie robić rzeczy całkowicie zbędne.

Firmy wiedzą o tym od dekad.

Niektóre nawet organizują do tego spotkania.

W życiu prywatnym pułapka wygląda podobnie. Najpierw uczysz się lepiej zarządzać czasem, żeby mieć więcej czasu. Potem dodatkowy czas przeznaczasz na kolejne zadania, bo przecież szkoda go "marnować". W efekcie masz lepiej zorganizowane życie, w którym nadal brakuje miejsca na życie.

Dość imponujący wynik.

Zaczyna się niewinnie. Kupujesz aplikację do planowania. Potem uczysz się metody blokowania czasu. Następnie porannej rutyny. Wieczornej rutyny. Cotygodniowego przeglądu. Systemu notatek. Systemu zarządzania celami. Systemu zarządzania systemem zarządzania celami.

W pewnym momencie masz więcej infrastruktury niż małe lotnisko.

A nadal chcesz po prostu wiedzieć, czy możesz w sobotę nic nie robić.

Możesz.

Ale samo pozwolenie nie wystarczy, jeśli przez lata trenowałeś mózg, żeby każdą wolną godzinę traktować jak niewykorzystany zasób. Dlatego warto zrozumieć mechanizm.

Produktywność daje poczucie kontroli. Odhaczone zadanie jest konkretne. Wynik jest widoczny. Możesz go policzyć. Możesz powiedzieć: zrobiłem pięć rzeczy.

Odpoczynek nie daje takiego efektu.

Nie możesz wieczorem powiedzieć:

"Dzisiaj bardzo skutecznie patrzyłem przez okno przez czterdzieści minut."

Chociaż czasem byłby to znakomity wynik.

Dlatego ludzie ambitni szczególnie łatwo wpadają w pułapkę ciągłego robienia. Robienie uspokaja. Daje poczucie, że sytuacja jest pod kontrolą. Jeżeli pracujesz więcej, możesz sobie powiedzieć, że zwiększasz szanse na sukces. Jeżeli odpoczywasz, pojawia się niewygodne pytanie: czy na pewno robię wystarczająco dużo?

Internet bardzo chętnie odpowie.

Nie.

Nigdy.

Zawsze możesz zrobić więcej.

Możesz założyć kolejny projekt. Nauczyć się języka. Zacząć inwestować. Rozwinąć kompetencję. Zbudować markę osobistą. Stworzyć produkt. Nagrywać materiały. Rozwinąć sieć kontaktów. Ćwiczyć. Czytać. Medytować.

Lista nie ma końca.

I właśnie dlatego nie możesz wygrać gry polegającej na robieniu wszystkiego, co potencjalnie mogłoby poprawić twoje życie.

Ta gra nie ma planszy końcowej.

Pierwszym rozwiązaniem jest więc zmiana pytania.

Zamiast:

"Co jeszcze mógłbym robić?"

Pytaj:

"Co jest teraz wystarczające?"

To jedno z najbardziej niedocenianych pytań w świecie produktywności. Nie brzmi sexy. Nie sprzedaje kursów. Trudno zrobić z niego konferencję z dynamiczną muzyką.

Ale działa.

Załóżmy, że twoim celem finansowym jest zwiększenie dochodu o 1500 zł miesięcznie. Możesz osiągnąć to na wiele sposobów. Jeśli znajdujesz jedno rozwiązanie, które działa, nie musisz automatycznie dodawać dwóch kolejnych.

Jeśli bierzesz dwa dodatkowe zlecenia miesięcznie i osiągasz cel, być może wystarczy.

Nie musisz natychmiast pytać:

"Jak to skalować?"

Możesz odpowiedzieć:

"Nie chcę."

To legalna odpowiedź.

Nie każdy projekt musi być startupem. Nie każda usługa musi zamienić się w agencję. Nie każde hobby musi zostać marką. Nie każda kompetencja musi zostać kursem.

Czasem rzecz może po prostu działać w małej skali.

Bardzo podejrzana koncepcja.

Drugi krok to stworzenie granicy produktywności.

Większość ludzi ustala godziny rozpoczęcia pracy. Znacznie mniej osób ustala moment, po którym świadomie już niczego nie optymalizuje.

Spróbuj określić własną granicę. Może to być godzina. Może liczba wieczorów. Może zasada.

Na przykład:

"Dwa wieczory w tygodniu mogę przeznaczać na rozwój zawodowy albo dodatkowy projekt. Pozostałe są wolne."

Albo:

"W sobotę do trzynastej robię rzeczy zaplanowane. Potem nie planuję produktywności."

Albo:

"Po dwudziestej pierwszej nie oglądam treści biznesowych."

Ta ostatnia zasada może uratować bardzo wiele spokojnych wieczorów.

Bo właśnie o 21:43 człowiek jest najbardziej podatny na film:

"JEŚLI MASZ 30 LAT I NADAL NIE MASZ DRUGIEGO ŹRÓDŁA DOCHODU, MUSISZ TO USŁYSZEĆ".

Nie musisz.

Możesz iść spać.

Trzecia rzecz jest trudniejsza: przestań traktować odpoczynek jak nagrodę.

Jeżeli odpoczynek jest nagrodą, musisz najpierw na niego zasłużyć. A ponieważ zawsze istnieje coś jeszcze do zrobienia, zasługiwanie nigdy się nie kończy.

Możesz więc spędzić cały dzień na pracy, zrobić zakupy, posprzątać mieszkanie, odpowiedzieć na maile i o dwudziestej drugiej nadal czuć, że "w sumie nic konkretnego dzisiaj nie zrobiłem".

Co trzeba zrobić, żeby było konkretnie?

Wybudować most?

Podpisać umowę międzynarodową?

Rozpocząć ekspansję na Azję?

Odpoczynek jest częścią funkcjonowania, nie nagrodą po funkcjonowaniu.

To nie znaczy, że każda wolna chwila powinna być spędzona na kanapie. Chodzi o coś innego: nie musisz usprawiedliwiać czynności wyłącznie dlatego, że nie generuje pieniędzy, kompetencji ani wyników.

Spacer może być spacerem.

Spotkanie ze znajomymi może być spotkaniem.

Gra może być grą.

Serial może być serialem.

Nie musi rozwijać twojej inteligencji emocjonalnej.

Nie musi dostarczać insightów.

Nie musisz po nim pisać posta na LinkedInie zatytułowanego "5 lekcji przywództwa, których nauczył mnie trzeci sezon serialu kryminalnego".

Naprawdę nie musisz.

Jednym z najlepszych ćwiczeń jest zrobienie listy rzeczy, których nie zamierzasz monetyzować.

Brzmi absurdalnie.

Właśnie dlatego działa.

Zapisz trzy aktywności, które mają pozostać czystym odpoczynkiem albo zainteresowaniem. Bez planu biznesowego.

Na przykład:

"Gotowanie."

"Fotografia."

"Bieganie."

Jeżeli któregoś dnia będziesz chciał na tym zarabiać, możesz zmienić zdanie. Ale domyślna opcja brzmi: to jest moje, nie rynku.

Ta granica ma znaczenie, ponieważ kultura side hustle potrafi bardzo szybko zamienić przyjemność w obowiązek.

Lubisz robić zdjęcia.

Ktoś mówi:

"Powinieneś na tym zarabiać."

Lubisz piec.

"Sprzedawaj."

Lubisz pisać.

"Zrób newsletter."

Lubisz majsterkować.

"Kanał na YouTubie."

Lubisz spać.

Spokojnie.

Jeszcze nikt nie zaproponował subskrypcji premium.

Chociaż prawdopodobnie gdzieś już powstaje aplikacja.

Kolejna rzecz: rozróżnij rozwój od produkcji.

Nie wszystko, co robisz dla siebie, musi prowadzić do konkretnego wyniku. Możesz uczyć się języka, bo cię interesuje. Możesz czytać książkę bez robienia notatek. Możesz ćwiczyć bez przygotowywania się do zawodów.

Produktywnościowy mózg bardzo lubi pytać:

"Po co?"

Warto czasem odpowiedzieć:

"Bo chcę."

To wystarczający powód.

A jeśli masz problem z poczuciem winy podczas odpoczynku, zastosuj rozwiązanie minimalne: zaplanuj go.

Tak.

To trochę absurdalne, ale skuteczne.

Jeżeli twój mózg traktuje kalendarz jak dokument urzędowy, wykorzystaj to przeciwko niemu.

Sobota, 16:00-19:00: nic do osiągnięcia.

Nie wpisuj "regeneracja". To już brzmi jak przygotowanie zawodnika olimpijskiego.

Wpisz:

"Wolne."

I potraktuj ten blok równie poważnie jak inne zobowiązania.

Plan B dla osób, które po dziesięciu minutach odpoczynku zaczynają się niepokoić: wybierz aktywny odpoczynek. Spacer, rower, gotowanie, wyjście z domu, film, spotkanie. Coś, co zajmuje uwagę, ale nie jest projektem do wykonania.

Bo czasem siedzenie na kanapie rzeczywiście daje mózgowi zbyt dużo przestrzeni.

A wtedy pojawia się głos:

"Może założymy sklep?"

Nie zakładamy sklepu.

Jest siedemnasta dwadzieścia.

Na koniec warto wprowadzić prosty wskaźnik, który jest ważniejszy niż liczba wykonanych zadań.

Zapytaj:

"Czy sposób, w jaki pracuję, pozwala mi żyć tak, jak chcę?"

Nie:

"Czy wykorzystuję każdą godzinę?"

Nie wykorzystujesz.

Nikt nie wykorzystuje.

Nawet człowiek z zimnym prysznicem.

Jeżeli twoja praca daje ci pieniądze, bezpieczeństwo i rozwój, a po pracy masz przestrzeń na życie, to nie jest brak ambicji.

To może być bardzo dobrze zaprojektowany system.

Nie wszystko, co nie rośnie, jest porażką.

Czasem po prostu osiągnęło rozmiar, którego potrzebujesz.

Rozdział 4 - Zanim założysz biznes, sprawdź, czy nie potrzebujesz podwyżki

Jest niedziela wieczór. Oglądasz film zatytułowany mniej więcej: "7 sposobów na dodatkowe 5000 zł miesięcznie". Po pięciu minutach masz już kilka pomysłów.

Sklep internetowy.

Konsultacje.

Produkty cyfrowe.

Afiliacja.

Kanał na YouTubie.

Wynajem czegoś, czego jeszcze nie masz.

Brzmi sensownie.

Problem w tym, że w poniedziałek rano idziesz do pracy, w której od trzech lat nie poprosiłeś o podwyżkę.

To trochę tak, jakbyś szukał monet pod kanapą, podczas gdy na stole leży koperta.

Nie zawsze oczywiście. Czasem podwyżka nie wchodzi w grę. Czasem firma płaci słabo, rynek jest trudny albo twoja rola ma ograniczony potencjał. Ale zanim uruchomisz dodatkowe przedsiębiorstwo wymagające logo, księgowości, klientów i regularnego odpowiadania na pytania "czy można taniej?", warto sprawdzić, czy nie istnieje prostsza droga do tego samego celu.

W kulturze side hustle etat często traktowany jest jak stała.

Masz pensję.

Koniec.

Jeżeli chcesz więcej pieniędzy, musisz znaleźć drugie źródło.

Tymczasem pensja nie zawsze jest stała. Bywa zmienną, tylko nikt jej dawno nie ruszał.

Zacznijmy więc od matematyki.

Załóżmy, że chcesz zwiększyć miesięczny dochód o 2000 zł. Dodatkowy biznes może to zrobić. Ale żeby realnie dostać te 2000 zł do ręki, biznes musi zazwyczaj wygenerować więcej niż 2000 zł przychodu. Są koszty, podatki, narzędzia, reklama, czas, czasem księgowość. Dochodzi ryzyko, że jednego miesiąca zarobisz 2500, a kolejnego 600.

Natomiast wzrost wynagrodzenia o podobną kwotę może wymagać kilku rozmów, zmiany roli albo firmy.

Nie zawsze będzie łatwiejszy.

Ale na pewno warto go policzyć.

Jedną z największych pułapek jest bowiem ignorowanie wartości godziny.

Side hustle brzmi ekscytująco, dopóki nie policzysz, ile czasu faktycznie pochłania.

Załóżmy, że dodatkowy projekt przynosi ci 1200 zł miesięcznie i zajmuje czterdzieści godzin.

To 30 zł za godzinę przed częścią kosztów.

Jeżeli twoja podstawowa praca płaci ci wielokrotnie więcej, być może najbardziej opłacalną inwestycją jest zwiększenie wartości głównej kompetencji, a nie budowanie całkowicie nowego źródła od zera.

Tak.

To jest mniej romantyczne niż "multiple income streams".

Ale pieniądze mają ten irytujący zwyczaj, że nie obchodzi ich romantyzm.

Pierwsze ćwiczenie jest więc proste: policz wartość swojej godziny w kilku scenariuszach.

Nie musisz tworzyć modelu finansowego jak bank inwestycyjny. Zrób orientacyjny rachunek.

Ile zarabiasz miesięcznie netto?

Ile godzin realnie pracujesz?

Ile przynosiłby dodatkowy projekt?

Ile godzin wymagałby miesięcznie?

Jeżeli nie wiesz, przyjmij ostrożne założenie.

Ludzie planujący biznes często zaniżają czas.

"To tylko kilka godzin tygodniowo."

Oczywiście.

Tak samo remont miał trwać weekend.

Porównanie może być bardzo otrzeźwiające. Może się okazać, że kurs, certyfikat albo zmiana stanowiska dałyby większy zwrot niż sklep, który miał być "pasywny", ale po dwóch tygodniach wymaga od ciebie fotografowania paczek na kuchennym stole.

Drugie pytanie brzmi:

Czy mój obecny pracodawca wykorzystuje moje kompetencje taniej, niż robi to rynek?

To warto sprawdzić na chłodno.

Przejrzyj podobne oferty pracy. Porozmawiaj z rekruterami. Sprawdź widełki. Zapytaj znajomych z branży. Nie po to, żeby natychmiast rzucać wypowiedzeniem na biurko z muzyką w tle.

Po to, żeby wiedzieć.

Brak informacji jest drogi.

Człowiek może latami budować dodatkowe źródło dochodu po nocach, nie zdając sobie sprawy, że zmiana firmy dałaby mu podobny wzrost wynagrodzenia oraz dwadzieścia wolnych wieczorów miesięcznie.

Side hustle może być rozwiązaniem problemu finansowego.

Ale może być też bardzo skomplikowanym obejściem rozmowy, której nie chcesz przeprowadzić.

Rozmowy o pieniądzach są niewygodne.

Biznes brzmi bardziej heroicznie.

"Zbuduję własne imperium" ma lepszy marketing niż:

"Poproszę szefa o piętnaście procent więcej."

Ale druga opcja trwa około czterdziestu minut.

Imperium trochę dłużej.

Jeśli od dawna nie rozmawiałeś o wynagrodzeniu, przygotuj się zamiast liczyć na spontaniczny przypływ pewności siebie.

Nie zaczynaj od:

"Wszystko drożeje."

To prawda, ale pracodawca nie płaci ci za inflację jako taką.

Lepszy argument opiera się na wartości.

Zapisz:

- jakie wyniki osiągnąłeś, - za co odpowiadasz więcej niż wcześniej, - jakie problemy rozwiązujesz, - jakie kompetencje zdobyłeś, - jakie zadania przejąłeś, - jaki poziom wynagrodzenia jest rynkowy dla podobnej roli.

Potem określ konkretną oczekiwaną kwotę albo przedział.

Nie:

"Chciałbym zarabiać więcej."

Więcej może oznaczać 200 zł.

I właśnie tyle może usłyszeć druga strona.

Rozmowa może brzmieć normalnie:

"Chciałbym porozmawiać o moim wynagrodzeniu. W ostatnim roku przejąłem X i Y, odpowiadam również za Z, a moje wyniki wyglądały tak i tak. Sprawdzałem też rynek dla podobnych stanowisk. Chciałbym porozmawiać o podniesieniu wynagrodzenia do poziomu..."

Bez manifestu.

Bez ultimatum.

Bez historii o tym, że mleko kosztuje więcej.

Jeżeli słyszysz "nie", to nadal jest informacja.

Zapytaj:

"Co konkretnie musiałoby się wydarzyć, żebyśmy mogli wrócić do tej rozmowy?"

"Jaki poziom wyników albo odpowiedzialności byłby potrzebny?"

"Kiedy możemy wrócić do tematu?"

To odróżnia prawdziwe "nie teraz" od eleganckiego "nigdy".

Jeżeli odpowiedzi są mgliste przez wiele miesięcy, być może rynek ma dla ciebie ciekawszą odpowiedź.

I tu dochodzimy do zmiany pracy.

Dla wielu osób to najbardziej niedoceniony "side hustle".

Nie wymaga sprzedawania e-booków.

Wymaga aktualizacji CV.

Bywa mniej efektowne, ale potrafi przynieść duży skok wynagrodzenia, zwłaszcza jeśli ktoś przez lata pozostawał w jednej organizacji i dostawał głównie standardowe podwyżki.

Oczywiście zmiana pracy ma koszty i ryzyko. Nowa firma może okazać się gorsza. Nowy przełożony może traktować mikrozarządzanie jak sport olimpijski. Dlatego nie chodzi o rzucanie etatu tylko dlatego, że ktoś na forum napisał, że "lojalność się nie opłaca".

Chodzi o regularne sprawdzanie rynku.

Raz albo dwa razy w roku odpowiedz sobie na trzy pytania:

"Ile jestem wart na rynku?"

"Czy moja obecna firma płaci mi rozsądnie?"

"Czy rozwijam kompetencje, które zwiększają moją wartość?"

To podstawowa higiena zawodowa.

Podobnie jak wizyta u dentysty.

Lepiej sprawdzać regularnie niż pewnego dnia odkryć bardzo kosztowną niespodziankę.

Kolejną opcją jest rozwój kompetencji o wysokiej wartości.

Tu również internet często komplikuje sprawę. Możesz znaleźć listy "10 kompetencji przyszłości", a potem zacząć uczyć się programowania, sprzedaży, AI, analizy danych, wystąpień publicznych i mandaryńskiego jednocześnie.

Po trzech tygodniach umiesz powiedzieć po mandaryńsku mniej więcej "dzień dobry", a Excela nadal używasz tak samo.

Wybierz jedną kompetencję, która ma bezpośredni związek z twoim obecnym albo docelowym stanowiskiem.

Zapytaj:

"Za co ludzie na poziomie wyżej ode mnie dostają więcej?"

To pytanie jest znacznie lepsze niż:

"Czego powinienem się teraz uczyć?"

Jeżeli jesteś specjalistą, może brakować ci zarządzania projektami.

Jeżeli jesteś menedżerem, może negocjacji albo finansów.

Jeżeli pracujesz technicznie, może określonego narzędzia.

Jeżeli pracujesz sprzedażowo, może prowadzenia większych klientów.

Konkretny brak.

Konkretny rozwój.

Konkretny efekt.

Nie kolekcja certyfikatów wyglądająca jak menu restauracji.

Jest jeszcze czwarta możliwość: dodatkowe zlecenia zamiast dodatkowego biznesu.

To bardzo ważne rozróżnienie.

Jeżeli chcesz zarobić dodatkowe 1000-3000 zł miesięcznie, być może nie potrzebujesz "firmy" w sensie marki, strony, Instagrama i strategii treści. Być może wystarczy sprzedawać kilka godzin swojej istniejącej kompetencji.

Tłumaczenie.

Projektowanie.

Konsultacje.

Szkolenia.

Fotografia.

Programowanie.

Analiza.

Copywriting.

Cokolwiek umiesz robić i za co ktoś płaci.

To może być brzydkie biznesowo.

Nie skaluje się.

Nie ma lejka.

Nie ma lead magnetu.

Ale ma przelew.

Jeśli twoim celem jest dodatkowy dochód, przelew jest całkiem rozsądnym KPI.

Najprostsza wersja brzmi:

"Mam umiejętność X. Czy ktoś zapłaci mi za nią bez budowania całej infrastruktury?"

Jeżeli tak, przetestuj to.

Jedna oferta.

Jeden klient.

Jedno zlecenie.

Nie zaczynaj od projektowania wizytówki.

Wizytówka jest naturalnym schronieniem dla człowieka, który boi się zadzwonić do klienta.

Wygląda jak praca.

Nie grozi sprzedażą.

Plan B? Jeżeli twoja główna praca ma niski potencjał wzrostu, a dodatkowe zlecenia rzeczywiście mają sens, wtedy side hustle może być najlepszą opcją.

Ale wchodzisz w niego z konkretnego powodu.

Nie:

"Wszyscy mają."

Tylko:

"Chcę zwiększyć dochód o 2000 zł i w mojej branży nie osiągnę tego teraz przez podwyżkę ani zmianę roli, więc testuję konkretną usługę."

To jest strategia.

Różnica jest ogromna.

Na koniec zrób prostą kolejność sprawdzania możliwości finansowych:

Najpierw obecne wynagrodzenie.

Potem wartość rynkowa.

Potem rozwój kompetencji.

Potem prosty dodatkowy dochód.

Dopiero później rozbudowany biznes, jeśli nadal tego chcesz.

Nie dlatego, że biznes jest zły.

Dlatego, że skomplikowane rozwiązanie powinno pojawiać się dopiero wtedy, gdy prostsze nie dają wystarczającego efektu.

Jeżeli cieknie kran, nie zakładasz firmy hydraulicznej.

Najpierw dokręcasz zawór.

Rozdział 5 - Side hustle może być świetnym pomysłem. Tylko nie każdy twój wieczór musi nim zostać

Wyobraź sobie, że naprawdę chcesz coś zbudować.

Nie dlatego, że internet patrzy.

Nie dlatego, że ktoś powiedział, że "etat to pułapka".

Nie dlatego, że zobaczyłeś człowieka stojącego obok wynajętego samochodu i poczułeś nagłą potrzebę stworzenia sklepu internetowego.

Po prostu masz pomysł.

Może usługę. Może produkt. Może coś, czego od dawna chciałeś spróbować. Może dodatkową pracę, która zwyczajnie daje ci satysfakcję i pieniądze.

Świetnie.

W takim razie pojawia się zupełnie nowy problem.

Ile życia zamierzasz temu oddać?

Bo łatwo zacząć od zdania:

"Będę robił po godzinie dziennie."

A po miesiącu masz stronę internetową, trzy platformy społecznościowe, newsletter, CRM, dwa narzędzia do automatyzacji, konto biznesowe, projekt nowego logo i poczucie winy, że we wtorek niczego nie opublikowałeś.

Produkt nadal istnieje głównie jako folder nazwany "FINAL_v7_REAL_FINAL".

Side hustle ma tendencję do rozszerzania się.

Jeżeli nie ustawisz mu granic, znajdzie sobie miejsce wszędzie.

Najpierw wieczory.

Potem soboty.

Potem momenty pomiędzy.

Stoisz w kolejce? Odpowiadasz klientowi.

Jedziesz tramwajem? Sprawdzasz statystyki.

Kolacja? Można coś nagrać.

Spacer? Podcast o skalowaniu.

Urlop? Świetna okazja do "pracy nad strategią z dystansu".

Po pewnym czasie nie masz już side hustle.

Masz drugi etat, tylko pierwszy oferuje urlop.

To nie znaczy, że dodatkowy biznes zawsze tak wygląda. Problem pojawia się wtedy, gdy wchodzisz w niego bez ustalenia, jaką rolę ma pełnić. Jeżeli ma być testem, powinien zachowywać się jak test. Jeżeli ma dawać 1500 zł dodatkowego dochodu, powinieneś wiedzieć, kiedy ten cel jest osiągnięty. Jeżeli ma być drogą do pełnej działalności, wtedy większe zaangażowanie może być uzasadnione.

Ale jeśli nie masz żadnego celu, biznes automatycznie wybierze najprostszy.

Więcej.

Więcej klientów.

Więcej sprzedaży.

Więcej treści.

Więcej produktów.

Więcej kanałów.

Więcej godzin.

Nikt nie musi cię do tego zmuszać. Sam zaczniesz.

Bo skoro w tym miesiącu zrobiłeś trzy tysiące, może w następnym zrobisz pięć.

A skoro pięć, może osiem.

A skoro osiem, to może...

Witamy ponownie w grze bez końcowego poziomu.

Dlatego zanim uruchomisz dodatkowy projekt, zapisz trzy granice.

Pierwsza: granica czasu.

Druga: granica pieniędzy.

Trzecia: granica ambicji.

Brzmi mało inspirująco.

Właśnie dlatego może uratować ci życie.

Zacznijmy od czasu.

Nie pytaj:

"Ile czasu mogę znaleźć?"

To niebezpieczne pytanie, ponieważ człowiek znajdzie czas na prawie wszystko, jeśli zacznie zabierać go ze snu, odpoczynku, relacji i higieny osobistej.

Technicznie rzecz biorąc, możesz pracować jeszcze trzy godziny.

Możesz też jeść nad zlewem.

Nie każda możliwość jest rekomendacją.

Zapytaj:

"Ile czasu chcę przeznaczyć na ten projekt, nie rozwalając reszty życia?"

To różnica między zarządzaniem czasem a rabunkiem czasu.

Załóżmy, że ustalasz sześć godzin tygodniowo.

Środa: dwie.

Czwartek: dwie.

Sobota rano: dwie.

Koniec.

Jeżeli projekt wymaga więcej, masz trzy opcje: uprościć go, podnieść cenę albo świadomie zwiększyć zaangażowanie kosztem czegoś konkretnego.

Nie masz natomiast czwartej opcji:

"Jakoś to upchnę."

"Jakoś" zwykle oznacza 23:48.

Druga granica to pieniądze.

Side hustle bardzo łatwo staje się hobby zakupowym.

Najpierw potrzebujesz domeny.

Potem hostingu.

Potem narzędzia do mailingu.

Potem lepszego mikrofonu, bo przecież bez niego klient na pewno wyczuje brak profesjonalizmu.

Potem płatnego szablonu.

Potem kursu o sprzedaży.

Potem kursu o marketingu.

Potem kursu o tym, jak przestać kupować kursy.

W pewnym momencie twoje dodatkowe źródło dochodu zaczyna przypominać dodatkowe źródło wydatków.

Dlatego ustal budżet eksperymentalny.

Na przykład:

"Przez pierwsze dwa miesiące nie wydaję więcej niż 500 zł."

Albo:

"Najpierw sprzedaję, potem inwestuję."

To szczególnie dobra zasada.

Jeżeli ktoś chce zapłacić ci za prostą usługę, nie potrzebujesz na start identyfikacji wizualnej zaprojektowanej przez studio z Kopenhagi.

Możesz potrzebować kompetencji.

Telefonu.

Maila.

I odwagi, żeby powiedzieć:

"To kosztuje tyle."

Najtrudniejszy zakup nie występuje na fakturze.

Trzecią granicą jest ambicja.

To brzmi dziwnie, bo przecież ambicję zwykle przedstawia się jak benzynę: im więcej, tym lepiej.

Nie zawsze.

Za dużo ambicji bez jasnego celu zamienia mały projekt w nieskończoną rozbudowę.

Dlatego odpowiedz:

"Po czym poznam, że ten side hustle jest wystarczająco duży?"

Na przykład:

"Chcę dwóch stałych klientów."

"Chcę 2000 zł dodatkowo miesięcznie."

"Chcę sprawdzić, czy ktoś kupi mój produkt."

"Chcę przez pół roku nauczyć się sprzedaży."

To konkret.

Nie:

"Zobaczymy, dokąd to pójdzie."

Bo pójdzie w każdą stronę.

Internet pomoże.

Za trzy miesiące możesz już zastanawiać się nad ekspansją zagraniczną, chociaż nadal masz jednego klienta z Piaseczna.

Jest jeszcze coś ważnego: licz nie tylko pieniądze, ale też koszt przełączania uwagi.

To podstępny koszt.

Pracujesz na etacie osiem godzin. Kończysz o siedemnastej. O osiemnastej siadasz do własnego projektu. Teoretycznie druga praca trwa dwie godziny.

Tyle że twój mózg nie zmienia trybu tak jak telewizor.

Zostają niedokończone sprawy z pracy.

Przychodzą wiadomości.

Myślisz o jutrzejszym spotkaniu.

Jednocześnie próbujesz wejść w zupełnie inną rolę: sprzedawcy, twórcy, przedsiębiorcy, księgowego, specjalisty od reklamy albo człowieka, który od czterdziestu minut próbuje ustawić formularz na stronie.

Sześć godzin dodatkowej pracy tygodniowo może więc kosztować więcej niż sześć godzin energii.

Dlatego czas nie jest jedyną walutą.

Masz jeszcze uwagę.

I ona bardzo szybko bankrutuje.

Jeżeli po dwóch miesiącach side hustle sprawia, że na etacie działasz gorzej, wieczorami jesteś nieobecny, a w sobotę jedyną emocją jest potrzeba, żeby nikt do ciebie nic nie mówił, to projekt wymaga korekty.

Nie heroizmu.

Korekta może oznaczać zmniejszenie liczby klientów.

Podniesienie ceny.

Rezygnację z jednego kanału.

Automatyzację.

Albo porzucenie pomysłu.

Tak.

Porzucenie.

Jedna z najbardziej toksycznych wersji narracji biznesowej mówi, że rezygnują tylko ci, którzy nie mieli wystarczającej determinacji.

To bardzo wygodna narracja dla ludzi sprzedających determinację w pakiecie premium.

Czasem rezygnacja jest znakomitą decyzją.

Testujesz pomysł.

Nie działa.

Nie lubisz go.

Rynek nie reaguje.

Koszt jest większy niż korzyść.

Kończysz.

To nie porażka.

To zakończony eksperyment.

Nie musisz przez pięć lat ciągnąć sklepu z czymś, czego nikt nie chce, żeby udowodnić charakter.

Charakter można pokazać również zamykając panel administracyjny.

Przydatna jest zasada dziewięćdziesięciu dni.

Jeżeli zaczynasz side hustle, ustal jeden konkretny eksperyment na trzy miesiące.

Nie buduj "biznesu na całe życie".

Sprawdź model.

Przez trzy miesiące:

- oferujesz jedną usługę albo produkt, - działasz w jednym głównym kanale sprzedaży, - masz limit godzin, - liczysz przychód i koszty, - raz w miesiącu sprawdzasz, czy projekt daje oczekiwany efekt.

I tyle.

Jeżeli sprzedajesz konsultacje, nie twórz od razu kursu.

Jeżeli tworzysz produkt, nie uruchamiaj od razu programu partnerskiego.

Jeżeli zaczynasz kanał, nie musisz jednocześnie mieć newslettera, podcastu i grupy zamkniętej.

Najpierw sprawdź, czy ktokolwiek chce słuchać.

Potem zamawiaj kubki.

Przyda się też lista rzeczy, których świadomie nie robisz.

To może być:

"Nie publikuję codziennie."

"Nie odpowiadam klientom po dwudziestej."

"Nie pracuję nad projektem w niedzielę."

"Nie wchodzę teraz na drugi rynek."

"Nie tworzę kolejnego produktu."

W biznesie ograniczenia potrafią działać lepiej niż kolejne cele.

Cel mówi:

"Co jeszcze?"

Granica mówi:

"Dość."

Oba są potrzebne.

Jeżeli twoim celem jest kiedyś przejście z etatu na własną działalność, sytuacja wygląda inaczej. Wtedy przez pewien czas większe zaangażowanie może mieć sens. Nadal jednak powinno być świadome.

Nie:

"Pracuję cały czas, bo trzeba."

Tylko:

"Przez najbliższe sześć miesięcy buduję przychód do poziomu X, odkładam poduszkę Y i sprawdzam, czy firma utrzymuje wynik przez Z miesięcy."

To plan przejścia.

A nie permanentna mobilizacja.

Bez planu łatwo wpaść w stan, w którym od trzech lat pracujesz na etacie i równolegle prowadzisz drugi biznes, ale żadnego nie chcesz porzucić, ponieważ oba wydają się zbyt ryzykowne do zostawienia.

Wtedy nie masz dwóch źródeł dochodu.

Masz dwa źródła maili.

Wersja minimum jest bardzo prosta.

Jeżeli masz pomysł na side hustle, nie zakładaj jeszcze biznesu w swojej głowie.

Wykonaj jeden test, który może przynieść pieniądze.

Nie kolejne przygotowanie.

Nie kolejne logo.

Nie kolejną analizę nazwy.

Próbę sprzedaży.

Napisz do potencjalnego klienta.

Wystaw ofertę.

Pokaż produkt.

Zaproponuj usługę.

Sprawdź reakcję.

Jeżeli nikt nie chce kupić, masz informację.

Jeżeli ktoś kupi, masz jeszcze lepszą informację.

A jeśli po pierwszej sprzedaży poczujesz:

"To było fajne, ale nie chcę robić tego trzy razy w tygodniu"...

też masz informację.

Side hustle powinien służyć twojemu życiu.

Nie odwrotnie.

Bo jeśli po etacie budujesz dodatkowy biznes tylko po to, żeby kiedyś mieć więcej wolności, a po drodze przez pięć lat nie masz ani jednego wolnego wieczoru, warto przynajmniej sprawdzić rachunek.

Może się nie zgadzać.