Małżeństwo - K.L. Slater

-
Proszę czekać

1

2009

Mieszkańcy Mansfield, dużego miasta targowego w Maun Valley, położonego dwadzieścia kilometrów na północ od Nottingham, przywykli do widoku emerytowanej nauczycielki Mavis Threadgold spacerującej ulicami.

W miodowym prochowcu, szaliku w kratkę i sznurowanych półbutach, trzy razy dziennie, jak w zegarku, pojawiała się na chodniku w towarzystwie swojego dwuletniego czarnopłowego jamnika Harry'ego i bez względu na pogodę robiła rundkę po miasteczku. Od wielu innych właścicieli psów w okolicy odróżniało ją to, że pora jednego ze stałych spacerów Harry'ego przypadała o drugiej nad ranem.

I tenże spacer zaliczali w tej chwili. Mavis stała cierpliwie, a Harry obwąchiwał cokół latarni. Na spacerach często wspominała pracę w szkole. Zwłaszcza o tej porze, bo cisza sprzyjała zadumie. Początki nocnych spacerów sięgały czasów, gdy przeszła na emeryturę i nie miała już pod opieką trzydziestu brzdąców z podstawówki. Z powodu pogarszającego się migotania przedsionków wszczepiono jej rozrusznik, co spowodowało wyjątkowo uciążliwą bezsenność. Noc w noc, przespawszy trzy do czterech godzin, budziła się bez konkretnego powodu. Ale nie tylko rozrusznik spędzał jej sen z oczu.

Wczesna emerytura przekreśliła jej plany spłacenia kredytu, dopóki była czynna zawodowo. Późno kupiła dom i miała go spłacić do sześćdziesiątych urodzin. Oczywiście dostawała emeryturę, ale ponieważ nigdy nie wyszła za mąż i żyła jedynie ze swojej pensji, przez lata skąpiła na składki, zmniejszając tym samym swój dochód. Ostatecznie musiała przedłużyć kredyt o kolejne pięć lat, aby zmniejszyć raty.

Spacery stanowiły jej sposób na bezsenność. Tylko tej czynności nie musiała ograniczać ze względu na budżet, a do tego po żwawej dwudziestopięciominutowej przechadzce - niezmiennie między drugą i trzecią nad ranem - piła herbatę i jeszcze na parę godzin się kładła.

Ulice noc w noc wyglądały tak samo: były ciche, wyludnione i kompletnie nic się nie działo. Aż do tej chwili. Harry, który właśnie miał zadrzeć nogę pod kolejną latarnią, zamarł, gdy pośrodku opustoszałej drogi jakieś piętnaście metrów od nich nagle buchnęła muzyka.

Tylne wejście do Movers, jedynego klubu nocnego, jaki się ostał w mieście, otworzyło się z hukiem i ze środka wypadły dwa wierzgające ciała, po czym rosły ochroniarz zatrzasnął drzwi.

Mavis porwała spłoszonego Harry'ego w objęcia i schowała się poza zasięgiem wzroku tych, których wzięła za chuliganów. Po chwili dotarło do niej jednak, że zna chłopców, którzy aktualnie otrzepywali ubrania.

Byli to Thomas Billinghurst i Jesse Wilson.

Uczyła Toma i Jessego dwa razy, najpierw jako ośmiolatków, a następnie przed ich pójściem do Mansfield Academy, kiedy mieli lat jedenaście.

Byli sobie bliscy jak bracia, nierozłączni od przedszkola, a zarazem skrajnie się różnili. Mavis przyznawała, że miała do nich słabość, głównie za sprawą tego, że stanowili zgrany duet. Tom łagodził obyczaje nadpobudliwego Jessego, a Jesse ochoczo wciągał Toma w zajęcia, od których ten z natury stronił. Siłą rzeczy się uzupełniali i na tym polegała ich siła.

Z jej obliczeń wynikało, że mają już po osiemnaście lat. Poczuła się przez to stara, mimo że sama miała dopiero sześćdziesiąt pięć.

Kiedy dorośli, Jesse pozostał nieobliczalny i często plotkowano na jego temat. Nierzadko wpadał w kłopoty lub sam się w nie pakował. Przyszło jej do głowy, że Bridget ma z nim pełne ręce roboty, zwłaszcza że wychowuje go bez niczyjej pomocy.

Z kolei Tom wyrósł na pogodnego sportowca. Pochodził z dobrej rodziny. Kiedy jeszcze chodził do szkoły, Jill i Robert Billinghurst zawsze byli pierwsi w kolejce do nauczycieli na wywiadówkach. Z biegiem czasu Tom stał się chłopakiem, który odnosi sukcesy we wszystkim, czym się zainteresuje. Obecnie próbował sił na ringu bokserskim, o ile Mavis dobrze pamiętała. Kilka tygodni temu pisali w lokalnej gazecie o jego ostatnim zwycięstwie.

Już miała się przywitać, gdy chłopcy, najwyraźniej podpici, nagle się na siebie rzucili. Mavis przywykła do takich sytuacji na szkolnym boisku. Niesamowite, że dorośli mężczyźni tak mało różnią się od wojujących pięciolatków. Tutaj jednak, na ulicy oświetlonej tylko niemrawym blaskiem latarni, nie widziała w nich sympatycznych urwisów, których niegdyś tak dobrze znała, i przeszył ją zimny dreszcz.

Otworzyła usta, aby przywołać ich do porządku, lecz powstrzymały ją nagle podniesione głosy. Następnie doszło do przepychanek. Ich wzrok, miotane straszne oskarżenia. Rzeczy, których Mavis wolałaby nie słyszeć.

Ale nie mogła stać bezczynnie. To się musiało skończyć.

Kiedy wyszła z cienia, kłótnia eskalowała. Ich ruchy przyspieszyły, w oczach płonęła wściekłość, z ust wciąż wylewały się bezlitosne słowa.

Błysk czegoś ostrego i metalowego zaparł jej dech w piersi. Tuląc do siebie rozdygotanego psa, wcisnęła się za duży zielony kontener na odpady za sklepem spożywczym i pośród smrodu gnijących warzyw patrzyła, co się dzieje. To, co potem zobaczyła i usłyszała, sprawiło, że oddech uwiązł jej w gardle. Mocniej przycisnęła do siebie ciepłe ciałko Harry'ego i cofnęła się odruchowo, aż żwir prysnął spod miękkich podeszew butów.

Chłopcy odwrócili się na ułamek sekundy, jakby coś usłyszeli lub zauważyli, po chwili jednak ponownie skoczyli sobie do oczu.

Mavis rzuciła się biegiem alejką za rzędem sklepów, po czym wyszła na następnej ulicy, postawiła psa na chodniku i złapała oddech. Wyszperała z kieszeni swój telefon na kartę i zadzwoniła po karetkę, zasłaniając komórkę dłonią, aby stłumić głos.

- Obok tylnego wejścia do klubu Movers w Mansfield doszło do incydentu - powiedziała bez tchu. - Źle to wygląda. Dwóch mężczyzn się bije i ktoś może zostać ranny.

Rozłączyła się, gdy dyspozytorka zasypała ją pytaniami.

Kiedy dotarła na wzgórze, przystanęła i nadstawiła uszu, łowiąc z przyspieszonym biciem serca dźwięk syren, które zmąciły ciszę. Odwróciwszy się, ponownie spojrzała w stronę miasta i ujrzała kilka pojazdów z migającymi niebieskimi światłami, skręcających w główną ulicę.

Ścisnęło ją w piersi i w pierwszym odruchu chciała zawrócić, sprawdzić, czy wszystko w porządku. Może jej się zdawało, że widzi błysk metalu - bywało, że wzrok ją zawodził. Słuch także szwankował, a głosy chłopców brzmiały niewyraźnie: może się przesłyszała i żadne straszne oskarżenia nie padły. Sama myśl, że miałaby do czynienia z policją, zmierzyłaby się ze wścibstwem, a w najgorszym razie wylądowała w sądzie jako świadek... nie, tego nie zniesie. Nie po operacji serca. Lekarz kazał jej unikać stresu za wszelką cenę.

Harry pociągnął za smycz, miał już dosyć spaceru w listopadowym chłodzie.

- Może doszło do wypadku, Harry - zadumała się na głos, jakby odgrywała rolę. Przećwiczy ją, w razie gdyby zapukała do niej policja. Powie, że nic nie widziała, bo usłyszała syreny, gdy dotarła do domu.

Czasami prawdę trudno znieść, ale jeszcze trudniej wypowiedzieć na głos, i choć jako bogobojna kobieta była w tej kwestii rozdarta, zawsze doceniała wartość milczenia, niech inni sami rozwiązują własne problemy.

Znała obydwu chłopców oraz ich rodziny. Pamiętała, że są wśród nich osoby porywcze, więc wolała się nie narażać.

Przez dwadzieścia lat pomagała podopiecznym odróżniać dobro od zła. Wierzyła, że w miarę możliwości trzeba robić to, co należy, czasem jednak prawda jest tak szokująca, że życzliwszym i rozsądniejszym wyjściem jest pominąć ją milczeniem.

Oby to była tylko przepychanka, pijacka sprzeczka dwóch kolegów.

Mavis wiedziała z doświadczenia, że takie drobiazgi szybko idą w zapomnienie.

3

Tom

kwiecień 2019

Służby więzienne dobrze się spisały, pomyślał Tom. Stanęły na wysokości zadania.

Ozdobiły posępną kapliczkę więzienną pasem białej satyny, którą omotały drzwi. Wazoniki z frezjami i różowymi różami stały na parapetach, a na małym stoliku, przy którym mieli z przyszłą żoną złożyć podpisy, leżały rozsypane czerwone serduszka.

Tom zdziwił naczelnika prośbą o zgodę. "Od dziesięciu lat nie mieliśmy tu ślubu", stwierdził. "Ale masz do niego prawo, więc jeśli tego sobie życzysz, my ci to ułatwimy".

Oświadczył się Bridget pół roku temu. Wystosował specjalną prośbę o prywatne odwiedziny. Ponieważ zbliżał się termin zakończenia kary, na godzinę oddano mu do dyspozycji małą salę przeznaczoną na odwiedziny o wyjątkowym charakterze: aby przekazać więźniowi informację o zgonie, narodzinach czy tego typu wydarzeniach.

Pomieszczenie pomalowano na paskudny odcień zieleni, w rogach poutykano sztuczne rośliny. Przy stojącym pośrodku niskim stoliku ze złuszczoną politurą stało kilka obdrapanych krzeseł. Za to okno wychodziło na pola na tyłach zakładu karnego. Czekając na Bridget, wyglądał na niebo, trawę i stado mew, które pomykały na tle szarych obłoków jakby dla przypomnienia, że za tymi murami rozciąga się wielki świat. Świat, którego niebawem on znów stanie się częścią.

"Dlaczego tutaj?", brzmiały pierwsze słowa Bridget, gdy strażnik ją wprowadził. Na jej pięknej twarzy malował się niepokój. "Tom? Czy coś się stało?"

"Ależ skąd". Uśmiechnął się i usiedli.

"Będę za drzwiami", powiedział znacząco strażnik, Barry. Pozostawienie Toma samego z gościem stanowiło naruszenie regulaminu, ale Barry znał Toma od początku jego odsiadki i wiedział, jaki jest powód tych odwiedzin. Zostawił lekko uchylone drzwi.

Bridget z lękiem spojrzała przez ramię. "Przerażasz mnie, Tom", szepnęła. "Co się dzieje?"

"Nic się nie dzieje, Brid. Poprosiłem cię tu, ponieważ..." Wstał, podszedł do niej i klęknął na jedno kolano. "Chciałbym zapytać, czy za mnie wyjdziesz".

Wydała cichy odgłos i zasłoniła ręką usta, oczy jej zalśniły. "Ach, Tom... tak! Tak, oczywiście, że wyjdę za ciebie!"

Wstali i objął ją po raz pierwszy od dwóch lat, odkąd przychodziła do niego w odwiedziny. Zanurzył twarz w jej czystych, błyszczących włosach, wdychając migdałowo-waniliowy zapach szamponu. Przywarła do niego, a on pod wpływem ciepła jej dotyku zadrżał z pożądania.

Drzwi skrzypnęły i Barry wsunął głowę do środka, unosząc brwi na znak, że pora usiąść. Tom cofnął się o krok i wypuścił powietrze. Boże, jak on jej pragnął. Minęło już tyle czasu.

"Miałam cichą nadzieję, że zapytasz", przyznała Bridget, wycierając oczy. "Ale myślałam, że zrobisz to po wyjściu. Tego się nie spodziewałam!"

"Musiałem... musiałem teraz. Wybacz, że nie mam pierścionka zaręczynowego, ale naprawię to, jak tylko będę mógł", obiecał wciąż drżącym z emocji głosem. "Te ostatnie sześć miesięcy będzie chyba dla mnie jak sześć lat, ale jakoś to zniosę, bo wiem, że mamy siebie nawzajem".

Usiedli i omówili szczegóły.

"Ja wszystko zorganizuję, musimy tylko ustalić datę", powiedziała Bridget. "Kiedy i gdzie oraz... jak powiemy naszym rodzinom".

Uporczywe resztki pożądania opuściły Toma w jednej chwili.

"Tak, wiem", odparł. "Zastanawiałem się nad tym".

Ustalili, że wezmą ślub wkrótce po jego wyjściu. "Czeka nas trudna przeprawa", uprzedziła Bridget. "Lepiej, żeby nie zdążyli obmyślić, jak skłonić nas do zmiany zdania".

Po jej wyjściu Barry odprowadził Toma do celi. "Domyślam się z reakcji pani, że chyba mogę ci pogratulować". Strażnik puścił oko.

Tom potwierdził z uśmiechem. "Musimy tylko ustalić, jak powiadomić nasze rodziny. Mam pół roku na obmyślenie, jak zapobiec trzeciej wojnie światowej, kiedy moja matka się dowie".

Barry przystanął na podeście przed celą. "Słuchaj, nie mam pewności, ale moglibyście pobrać się tutaj. No, twoja pani pewnie nie byłaby zachwycona. Znam bardziej romantyczne miejscówki, ale to rozwiązałoby problem rodzin. Może lepiej postawić je przed faktem dokonanym?" Otworzył drzwi celi i poszedł, pogwizdując marsz weselny.

Tak oto znaleźli się tutaj i za chwilę wygłoszą słowa przysięgi.

Służba więzienna nie tylko sprostała wyzwaniu.

Jeden ze starszych funkcjonariuszy przyniósł Tomowi granatowy trzyczęściowy garnitur syna i białą koszulę, a Barry pożyczył mu nowiutkie półbuty ze skóry. Kark nieprzyjemnie zwilgotniał Tomowi pod wykrochmalonym kołnierzykiem koszuli.

Przed oczami stanęła mu twarz Jessego, jak to często bywało w momentach zdenerwowania. Od tamtej chwili przed prawie dziesięciu laty, kiedy dwójka śledczych wróciła do klaustrofobicznej sali przesłuchań z informacją o śmierci jego przyjaciela, na zawsze wrył się w jego umysł wyraz twarzy Jessego - na ułamek sekundy przed tamtym ciosem wymierzonym przez Toma. W chwili kiedy jeszcze mógł się odwrócić i odejść.

Gdyby tylko to zrobił.

Ale teraz dostawał od życia drugą szansę.

Drzwi się otworzyły i wszedł kapelan, niski, pulchny człowieczek o przerzedzonych włosach i w okularach z ciemnymi oprawkami. Na szyi miał kremową stułę. Co tydzień odprawiał mszę w więzieniu, ale Tom na żadnej nie był.

Dziś trzymał w jednej ręce plik dokumentów, a w drugiej fioletową aksamitną poduszkę z obrączką. Tom odbębnił niezliczone godziny w więziennej kuchni i brał dodatkowe sprzątanie, aby uzbierać środki, i kapelan za zgodą naczelnika zakupił skromną obrączkę w jego imieniu.

Tomowi przyszło do głowy, że poranek w dniu jego ślubu to jedna z tych przełomowych chwil, kiedy może wcisnąć hamulec lub wkroczyć szturmem w nowy rozdział życia. Tym razem lepszego, pełnego miłości i odkupienia.

Drzwi ponownie się otworzyły i zabrzmiały przyciszone głosy. Rozbrzmiała piskliwa muzyka klasyczna, wypełniając kąty cienkim dźwiękiem. Weszła Bridget, i Tom z wrażenia stracił dech. Wyglądała przepięknie. Olśniewająco. Miała na sobie prostą białą sukienkę do połowy łydki, przylegającą do smukłego, kształtnego ciała. Iskierki migotały na ramiączkach. W ręku trzymała trzy kalie związane srebrną wstążką, a na nogach miała srebrne sandały na niebotycznych obcasach, odsłaniające ładne, lekko opalone stopy i paznokcie pomalowane subtelnym cielistym lakierem.

Wiedział, co gadają za jego plecami więźniowie i niektórzy strażnicy. Celowo stronił od towarzystwa, było jednak paru ludzi, którym ufał i z którymi się zżył. Słyszał od nich, jakie plotki krążą na jego temat. Że chyba zwariował, żeniąc się z tak starą kobietą, i to małżeństwo nie ma szans. Że ona musi być niezrównoważona, przecież zabił jej syna... żadna szanująca się kobieta nie postąpiłaby tak na jej miejscu.

Ale cóż oni mogą wiedzieć? Niedługo wyjdzie na wolność i nie będzie już musiał oglądać tych drani.

Ludzie nie rozumieli, że z Bridget łączy go coś wyjątkowego. I nierozerwalnego. Ci na zewnątrz będą mieli podobne zastrzeżenia, lecz - jak podkreślała Bridget, kiedy rozmawiali o problemach, z którymi przyjdzie im się zmierzyć - to ich sprawa.

Tom uważał, że Bridget wygląda dobre dziesięć lat młodziej. Prawie się nie zmieniła od czasów, gdy przesiadywał u Jessego. Wciąż była olśniewająca.

Powoli weszła do kaplicy i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. Zakręciła i upięła platynowe włosy, wypuszczając kilka luźnych loków. Starannie rozmieszczone białe kwiaty podkreślały delikatne rysy jej twarzy.

Czasem dostrzegał w niej Jessego, jego profil. Ale nie dzisiaj. Dziś była Bridget Wilson, jego przyszłą żoną. Matką chłopaka, którego zabił jednym ciosem niespełna dziesięć lat temu.

Zdobyła się na to, aby mu wybaczyć, i tą decyzją go uratowała. Była jego przeszłością, teraźniejszością i przyszłością; przysiągł sobie w duchu, że bez względu na trudności, jakie go czekają na zewnątrz, nie dopuści, aby cokolwiek ich rozdzieliło.

Nie mógł się doczekać, aż rozpoczną wspólne życie. Czekała go jeszcze tylko jedna przeszkoda do pokonania.

Musi powiedzieć o małżeństwie Jill, swojej matce. A to nie będzie łatwe.