Małżeństwa mieszane - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Książka, którą Czytelnik trzyma w dłoniach, jest jedną z tych rzadkich pozycji, które wymykają się prostej klasyfikacji gatunkowej - i właśnie dlatego zasługują na szczególną uwagę. Nie jest to monografia naukowa, choć czerpie z nauki garściami. Nie jest to zbiór reportaży, choć każda historia ma w sobie reporterską dociekliwość i uważność wobec detalu. Nie jest to powieść, choć literacka jakość narracji mogłaby zawstydzić niejednego prozaika. "Małżeństwa mieszane" to książka, która robi coś niezwykłego - opowiada o miłości jako akcie filozoficznym. Nie jako o uczuciu, które spada na człowieka jak deszcz, lecz jako o świadomym, odważnym, niekiedy heroicznym wyborze, który wymaga od dwojga ludzi czegoś więcej niż wzajemnej atrakcji. Wymaga od nich odwagi bycia niezrozumianymi.

Przez lata mojej pracy akademickiej - najpierw jako socjologa rodziny, potem jako filozofa etyki relacyjnej - miałem okazję czytać setki publikacji o małżeństwach międzykulturowych, międzyrasowych, międzyreligijnych. Większość z nich traktowała te związki jako problemy do rozwiązania, jako źródła napięć, jako studia przypadków ilustrujące mechanizmy konfliktu kulturowego. Ujęcie to, choć naukowo uzasadnione, zawsze wydawało mi się niepełne - jak opis symfonii ograniczony do analizy częstotliwości dźwięków, bez jednego słowa o tym, jak muzyka brzmi. "Małżeństwa mieszane" robią coś odwrotnego: zaczynają od brzmienia. Od ludzi. Od ich głosów, zapachów, dotyku, milczenia. A potem, delikatnie i bez dydaktyzmu, prowadzą Czytelnika ku refleksji, która jest jednocześnie głęboko osobista i uniwersalna.

To, co uderza w tej książce od pierwszych stron, to radykalna uczciwość wobec ciała. W akademickiej literaturze o małżeństwach międzykulturowych ciało jest zazwyczaj nieobecne - albo obecne jedynie jako nośnik "rasy", jako kategoria klasyfikacyjna, jako abstrakcja. Tutaj ciało jest konkretne, żywe, niedoskonałe - i właśnie dlatego piękne. Autorska decyzja, by uczynić bohaterów ludźmi z niepełnosprawnościami, ludźmi, których ciała odbiegają od normy - jakiejkolwiek normy - jest gestem o głębokim znaczeniu etycznym. Nie chodzi tu o eksploatację cierpienia ani o inspiracyjną pornografię, przed którą tak słusznie przestrzegała Stella Young w swoim słynnym wystąpieniu TED z 2014 roku. Chodzi o coś znacznie subtelniejszego: o pokazanie, że miłość nie jest nagrodą za doskonałość, lecz odpowiedzią na istnienie drugiego człowieka w całej jego złożoności - z garbem, z protezą, z wózkiem, z ciszą, w której żyje osoba niesłysząca, z mgłą, przez którą patrzy osoba słabowidząca.

Emmanuel Lévinas, filozof, którego myśl stanowi - choć nigdy nie jest tu cytowana wprost - niewidzialny fundament tej książki, pisał, że etyka zaczyna się od twarzy Innego. Nie od zasady moralnej, nie od przykazania, nie od rozumowego wywodu - od twarzy. Od momentu, w którym patrzysz na drugiego człowieka i rozpoznajesz w nim kogoś, wobec kogo masz odpowiedzialność, zanim jeszcze zdecydujesz, czy chcesz tę odpowiedzialność podjąć. W "Małżeństwach mieszanych" każda historia jest właśnie takim momentem rozpoznania - momentem, w którym dwoje ludzi, oddzielonych od siebie wszystkim, co kultura, religia, fizjologia i geografia mogą między ludzi wstawić, patrzy na siebie i mówi: "Widzę cię. Jesteś." Nie "rozumiem cię" - bo zrozumienie jest procesem, nie momentem. Nie "akceptuję cię" - bo akceptacja zakłada, że jest coś do zaakceptowania, coś, co domyślnie powinno być odrzucone. Po prostu: "Jesteś." I to wystarczy, żeby zacząć.

Szczególnie wartościowym aspektem tej książki jest sposób, w jaki traktuje religię. W epoce, w której dyskurs publiczny oscyluje między wojowniczym ateizmem a fundamentalizmem religijnym, w której religia jest albo obiektem drwiny, albo narzędziem władzy - ta książka proponuje coś trzeciego. Proponuje traktowanie wiary jako doświadczenia, nie jako ideologii. Bohaterowie tych historii modlą się do różnych bogów - albo do żadnego. Zapalają ogień Ahura Mazdy, okrążają święte księgi sikhów, składają ofiary orisha, medytują w zen, wznoszą modlitwy do Tengri pod otwartym niebem. I w żadnym momencie autor nie sugeruje, że jedna z tych ścieżek jest lepsza od innej. Ani że wszystkie są takie same - bo nie są. Każda tradycja duchowa ma swoją specyfikę, swoją historię, swoją gramatykę sacrum. Książka szanuje te różnice z rzetelnością, która świadczy o dogłębnej znajomości religioznawstwa porównawczego, a jednocześnie z empatią, która świadczy o czymś więcej niż wiedza - o mądrości.

Jako socjolog muszę podkreślić jeszcze jeden aspekt, który czyni tę książkę wyjątkową w kontekście współczesnych badań nad rodziną. Każde z opisanych małżeństw jest mikrokosmosem globalnych procesów - migracji, akulturacji, hybrydyzacji kulturowej, renegocjacji tożsamości. Bohaterowie tych historii nie żyją w próżni. Żyją w świecie, w którym ich związki są jednocześnie prywatnym wyborem i publicznym oświadczeniem - oświadczeniem, że kategorie, którymi świat dzieli ludzi na "swoich" i "obcych", są arbitralne, kruche i - ostatecznie - niewystarczające. Zygmunt Bauman pisał o "płynnej nowoczesności", w której tożsamość jest negocjowalna, zmienna, wielowarstwowa. Bohaterowie "Małżeństw mieszanych" są tego żywym dowodem - ale nie w sensie postmodernistycznej gry pozorów. Ich tożsamości nie są płynne z wyboru ani z mody. Są płynne z konieczności - z konieczności życia z kimś, kto jest inny, i z konieczności budowania wspólnego języka z materiału dwóch odrębnych światów.

Nie mogę nie wspomnieć o literackiej jakości tej prozy. W czasach, gdy książki non-fiction coraz częściej pisane są językiem raportów korporacyjnych, a książki o tematyce społecznej toną w żargonie akademickim - "Małżeństwa mieszane" czytają się jak literatura najwyższej próby. Dialogi - liczne, żywe, pełne humoru i bólu jednocześnie - brzmią prawdziwie, co jest najtrudniejszą rzeczą w pisarstwie i jednocześnie najrzadszą. Opisy - ciał, krajobrazów, zapachów, dźwięków, a nawet ciszy - mają gęstość poetycką, która nie obciąża narracji, lecz ją wzbogaca. Autor ma rzadki dar: potrafi pisać o rzeczach trudnych - o niepełnosprawności, o rasizmie, o samotności, o stracie - bez sentymentalizmu i bez cynizmu. Znalezienie tej równowagi jest kunsztem, który wymaga nie tylko talentu literackiego, ale także dojrzałości etycznej.

Książka ta jest również ważnym głosem w debacie o inkluzywności - słowie, które w ostatnich latach było tak nadużywane, że niemal straciło znaczenie. "Małżeństwa mieszane" przywracają mu sens, nie przez deklaracje, lecz przez narrację. Pokazują, że inkluzywność nie jest polityką ani programem - jest praktyką codziennego życia. Jest w tym, jak mąż zapina guziki żonie, która nie ma rąk. W tym, jak żona opisuje świat mężowi, który go nie widzi. W tym, jak dwoje ludzi uczy się nawzajem swoich modlitw, swoich kuchni, swoich ciszy. Inkluzywność - prawdziwa, nie deklaratywna - jest brudna, trudna, zmęczona, zabawna, nudna, cudowna. Jest jak małżeństwo. I ta książka o tym wie.

Chciałbym również zwrócić uwagę na odwagę, z jaką autor podejmuje temat rasy. W epoce, w której samo słowo "rasa" jest polem minowym - w której jedni twierdzą, że rasy nie istnieją (co jest biologicznie prawdziwe), a inni, że rasizm nie istnieje (co jest społecznie fałszywe) - ta książka nawiguje między tymi skrajnościami z precyzją i wrażliwością. Używa starych kategorii antropologicznych - rasa nordycka, alpejska, drawidyjska, mongoloidalna - nie po to, żeby je walidować, lecz po to, żeby je obnażyć. Pokazuje, że te kategorie były narzędziami klasyfikacji, a nie opisu - i że ludzie, których miały opisywać, zawsze byli bardziej złożeni, bardziej piękni i bardziej ludzcy niż jakakolwiek kategoria mogła uchwycić. Jest w tym gest jednocześnie naukowy i humanistyczny: szacunek dla historii nauki, nawet wtedy - zwłaszcza wtedy - gdy nauka się myliła.

Na koniec chciałbym powiedzieć coś osobistego. Czytając tę książkę, myślałem o swoich rodzicach - o ich małżeństwie, które nie było "mieszane" w żadnym z sensów opisanych w tej książce, ale które było - jak każde małżeństwo - spotkaniem dwóch obcych sobie światów. Każde małżeństwo jest mieszane. Każdy związek dwojga ludzi jest aktem translacji - tłumaczenia jednego języka na drugi, jednego ciała na drugie, jednej samotności na drugą. I każdy taki akt translacji jest jednocześnie stratą i zyskiem - coś się gubi w tłumaczeniu, ale coś się rodzi, coś, co nie istniało w żadnym z oryginalnych języków. Ta książka opowiada o tym narodzeniu. O tym, co rodzi się między ludźmi, kiedy zdecydują się być razem mimo wszystkiego, co ich dzieli. Rodzi się coś, co nie ma nazwy w żadnej religii, w żadnej nauce, w żadnej filozofii - ale co każdy rozpoznaje, kiedy je zobaczy. Coś jak ogród, którego nie widać, ale który jest. Coś jak dźwięk lasu, kiedy nikt go nie słyszy. Coś jak światło przez szczelinę.

Polecam tę książkę każdemu, kto kiedykolwiek kochał kogoś innego niż on sam. Czyli każdemu.

Prof. dr hab. Andryj Nóre

Katedra Filozofii Społecznej i Etyki Teoretycznej, Uniwersytet Jagielloński, Kraków Wiosna 2024

Rozdział 3: Głos, którego nie słyszysz

Małżeństwo: Arjun i Mereani

Pierwszy raz zobaczył ją na targu rybnym w Suwie, stolicy Fidżi, i pomyślał o Artemidzie. Nie dlatego, że Mereani Naivalu polowała - choć, jak się później okazało, doskonale rzucała oszczepem, bo jej dziadek nauczył ją tego, zanim skończyła osiem lat. Nie dlatego, że była dziewicza i niedostępna - bo nie była ani jednym, ani drugim, i nie miała najmniejszego zamiaru się w związku z tym tłumaczyć. Arjun Sharma pomyślał o Artemidzie, bo Mereani poruszała się po tłocznym, hałaśliwym, cuchnącym rybami targu z gracją kogoś, kto istnieje w innym wymiarze niż otaczający go chaos. Ludzie krzyczeli, targowali się, kłócili, przeklinali. Mereani szła między nimi jak przez ciszę. I rzeczywiście - choć Arjun tego jeszcze nie wiedział - szła przez ciszę. Mereani Naivalu nie słyszała ani jednego dźwięku od dnia swoich narodzin.

Było to w styczniu 2016 roku. Arjun miał dwadzieścia dziewięć lat, łysą głowę, która lśniła w fidżijskim słońcu jak wypolerowana miedź, i notes pełen rysunków greckich bogów, które szkicował obsesyjnie, jak modlitwy. Przyjechał na Fidżi z Mumbaju, via Ateny, via Auckland - trasa, która miała sens tylko w logice człowieka, który podróżował nie po świecie, lecz po ideach. Na Fidżi szukał czegoś, czego sam nie potrafił nazwać, ale co wiązało się z oceanem, z boskością wody, z Posejdonem i z czymś, co przeczytał u Waltera F. Otto w "Die Götter Griechenlands" - że greccy bogowie nie są postaciami z mitów, lecz sposobami doświadczania rzeczywistości. "Bogowie greccy", pisał Otto w tym przełomowym dziele z 1929 roku, "nie są projekcjami ludzkich lęków ani pragnień - są objawieniami samego bytu, formami, w jakich świat ukazuje swoją świętość."

Arjun Sharma wierzył w greckich bogów. Dosłownie. Bez cudzysłowu, bez ironii, bez intelektualnej kokieterii, która pozwala powiedzieć "wierzę w Zeusa" i jednocześnie mrugnąć do rozmówcy, że przecież chodzi o metaforę. Arjun nie mrugał. Składał ofiary Apollinowi z lauru i miodu. Modlił się do Ateny przed egzaminami. Zapalał kadzidło Hestii przy domowym ognisku. Był hellenistą - wyznawcą religii hellenistycznej odrodzonej, ruchu, który od lat dziewięćdziesiątych XX wieku odbudowywał starożytny grecki politeizm jako żywą, praktykowaną tradycję duchową.

Ruch ten - znany w Grecji jako Hellenismos, a wśród swoich wyznawców na całym świecie pod różnymi nazwami: Dodekatheism, Hellenic Reconstructionism, Olimpianizm - był jednym z najciekawszych zjawisk religijnych przełomu tysiącleci. Jak dokumentował Vlassis G. Rassias, jeden z pionierów współczesnego hellenizmu w Grecji, autor "Ypsilantou 1828" i wielu tekstów polemicznych, starożytna religia grecka nie zginęła - została zabita. Edykt Teodozjusza z 380 roku naszej ery, ustanawiający chrześcijaństwo jedyną legalną religią Cesarstwa Rzymskiego, a potem systematyczne niszczenie świątyń, prześladowania wyznawców, palenie tekstów - to był kulturowy genocyd, który trwał stulecia. Odrodzenie hellenizmu w XX i XXI wieku było, według Rassiasa, nie tyle powrotem do przeszłości, ile odzyskaniem skradzionej teraźniejszości.

Arjun nie był Grekiem. Był Hindusem - a raczej, jak sam by powiedział, był człowiekiem urodzonym w Indiach, o skórze koloru ciemnego bursztynu, z kośćmi policzkowymi odziedziczonymi po pokoleniach ludzi, których zachodni antropolodzy klasyfikowali jako "rasę wedyjską" albo "indo-aryjską" - terminy równie niedoskonałe co mapy rysowane przez ludzi, którzy nigdy nie odwiedzili terytoriów, które kartografowali. Termin "rasa wedyjska" był sam w sobie problematyczny, obarczony historią kolonialnej antropologii, w której europejscy uczeni dzielili mieszkańców Azji Południowej na "rasy" z precyzją entomologów klasyfikujących motyle. Arjun znał te klasyfikacje i odrzucał je - ale jednocześnie nie mógł zaprzeczyć, że jego ciało nosiło w sobie historię subkontynentu, jego kolory, proporcje, linie.

Łysina nie była wyborem. Arjun zaczął tracić włosy w wieku dwudziestu dwóch lat - alopecia androgenetica, pospólita łysina, nie więcej - i zamiast walczyć, ogolił głowę do zera. W Indiach łysa głowa miała konotacje ascetyczne. W Grecji, wśród hellenistów, żartowano, że wygląda jak posąg z epoki archaicznej, z którego odpadły pomalowane na czarno loki. Arjun nosił łysinę z godnością, która - zdaniem jego matki Priji - graniczyła z próżnością.

- Przynajmniej nie musisz wydawać na szampon - powiedziała Prija, kiedy Arjun zadzwonił do niej z Suwy, żeby powiedzieć, że zakochał się w głuchej Melanezyjce na targu rybnym.

- Mamo, to poważna rozmowa.

- Wiem, synku. Ale ja się śmieję, żeby nie płakać. Najpierw mówisz nam, że modlisz się do Zeusa. Potem wyjeżdżasz do Grecji. Potem do Fidżi. A teraz mówisz mi, że zakochałeś się w kobiecie, z którą nie możesz nawet porozmawiać.

- Mogę z nią porozmawiać. Uczę się języka migowego.

- Którego języka migowego? Jest ich chyba ze sto.

- Fidżijskiego. I międzynarodowego.

- Mój syn, wyznawca greckich bogów, uczy się fidżijskiego języka migowego, żeby rozmawiać z Melanezyjką na targu rybnym. Twój ojciec dostanie zawału.

- Tata dostaje zawału raz w tygodniu od czasu, gdy skończyłem osiemnaście lat. Jest już wprawiony.