Impreza
Annabeth i Bj?rn nakryli do stołu w ogromnym salonie składającym się z dwóch przylegających do siebie pod kątem prostym części. Stół miał przez to kształt litery L. Przy każdym talerzu leżała starannie wykaligrafowana wizytówka. Miejsce Katrine znajdowało się przy prostokątnym stole tworzącym krótszą odnogę litery L. Większość gości stanowili ludzie, których widziała pierwszy raz w życiu. Jedyne znane jej osoby pracowały w ośrodku, ale z miejsca, w którym siedziała, widziała tylko Sigrid i Annabeth. Naprzeciwko niej siedział mąż Annabeth, Bj?rn Gerhardsen. To może być nieprzyjemne, pomyślała, kiedy przez krótką chwilę stali naprzeciwko siebie. To może być bardzo trudne. Ale na szczęście obok Bj?rna siedzieli Ole i jakiś gruby facet, którego widywała w ośrodku, ale nie miała pojęcia, jak się nazywał; możliwe, że pełnił jakąś funkcję w zarządzie. Od razu domyśliła się, że to gej - te jego ruchy, egzaltowany sposób wypowiadania się i kobiece gesty. Między Olem i gejem siedziała kobieta przed trzydziestką. Jej również nie znała. Tymczasem Ole wydawał się nią urzeczony. Przyglądał jej się ukradkiem, pożerając ją oczami. Kobieta musiała to zauważyć, bo spuściła nieśmiało wzrok, zachęcając go do przejęcia inicjatywy. Niedobrze to wygląda, pomyślała Katrine, która miała okazję przyjrzeć się figurze nieznajomej kobiety, zanim wszyscy zajęli miejsca przy stole. Była niewysoka, ale miała niewiarygodnie długie, ubrane w pończochy nogi, które niwelowały widoczne mankamenty urody, na przykład zniszczone, matowe włosy rozdwajające się na końcach i krótkie palce z poobgryzanymi do krwi paznokciami. Za to jej twarz o lekko nieregularnych rysach, sarnich oczach i gładkiej, złocistej skórze emanowała zmysłowością. Widząc, że między Olem a nieznajomą kobietą zaczyna iskrzyć, Katrine postanowiła zrewidować własne uczucia. Zainteresowanie, które jej chłopak okazywał nieznajomej, powinno wzbudzić w niej zazdrość. Ku swojemu zdziwieniu Katrine odkryła jednak, że wcale nie jest zazdrosna. Jedyne, co czuła, to rozdrażnienie. Irytowała ją ta jego nieporadność, irytowało ją to, że był tak kiepskim podrywaczem. To uczucie, ten brak zazdrości, trochę ją przerażało. Przypomniały jej się zajęcia terapeutyczne, to wszystko, przez co musiała przejść, a co dotyczyło jej życia uczuciowego i sygnałów ostrzegawczych. I dlatego teraz martwiła się tym, że nie czuje zazdrości. Zastanawiała się, co to oznacza. Niebyła jednak w stanie pogrążyć się w tych rozważaniach, ponieważ lęk przed tym, co może przynieść wieczór, wciąż nie dawał jej spokoju. Brak zazdrości potęgował ten lęk. To, że zachowanie Olego wywoływało w niej wyłącznie rozdrażnienie, sprawiało, iż Bj?rn Gerhardsen wydawał się potężniejszy i jeszcze bardziej niebezpieczny niż zwykle. Trudniej było unikać jego spojrzenia, trudniej było go ignorować. Rozmowa przy stole zupełnie się nie kleiła. A najgorsze było to, że Katrine czuła się winna tego stanu rzeczy. Jej oschłość działała na ludzi deprymująco i psuła wszystkim nastrój. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że to przez nią rozmowa jest nudna. To było głupie. Wiedziała o tym, a mimo to nie mogła uwolnić się od tej myśli. Była spocona i miała dość całej imprezy. Krępującą ciszę co jakiś czas przerywała Annabeth, wstając od stołu i wznosząc toast. Tam, gdzie siedziała, to znaczy w miejscu, w którym krótsza odnoga litery L stykała się z dłuższą, wyjątkowo chętnie wznoszono toasty. Katrine piła wodę mineralną i kiedy Bj?rn Gerhardsen zaproponował jej czerwone wino, zasłoniła kieliszek dłonią.
Tuż po głównym daniu kobieta z nogami do szyi wyciągnęła papierosa. Bj?rn Gerhardsen zaczął przeszukiwać kieszenie marynarki. Ole niczego nie zauważył. A gruby gej w mgnieniu oka wyjął zapalniczkę i eleganckim ruchem podał jej ogień.
- Wygrałem! - zaśmiał się, mrugając do Gerhardsena. - Hura!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Dziecinny okrzyk Georga rozładował napięcie. Nawet Katrine się roześmiała. Poczuła ulgę.
- Cicho bądź! - krzyknęła Annabeth z rogu litery L, unosząc kieliszek. - Na zdrowie, Georg!
- Goggen! - zawołał gej. - Wszyscy mówią na mnie Goggen... Oglądałaś sobotni program, z tym nowym? - zwrócił się do młodej kobiety z długimi nogami. - Pamiętasz, co odpowiedział psychologowi?
Długonoga zaczęła chichotać. Dym papierosa musiał podrażnić jej gardło, bo zakaszlała. Ole nie odrywał wzroku od zagłębienia między jej falującymi piersiami.
Nie pasuję do tego miejsca, pomyślała Katrine.
- A klient na to: to nie mnie... - Goggen poprawił się na krześle, wydął policzki i zrobił głupią minę. Katrine domyśliła się, że grubas kogoś naśladuje. Goggen męskim, tubalnym głosem zacytował: - ...powiedział do psychologa: to panu wszystko kojarzy się z seksem, bo przecież to pan w kółko mnie o to pyta!
Kobieta z nogami do szyi zanosiła się od śmiechu. Ole również. Tymczasem Katrine poczuła na plecach dreszcze. Czyjaś stopa zaczęła głaskać ją po nodze. To nie mógł być Ole. Nie miała odwagi podnieść wzroku. Oby to nie był Bj?rn, pomyślała. Chyba nie jest aż takim skurwysynem. Ale nie było innej możliwości. To musiał być on. Wzdrygnęła się. Zrobiło jej się gorąco. Stopa sunęła po jej łydce. Ocierała się o nią, powoli, w górę i w dół. Chociaż Katrine wiedziała, czyja to stopa, nie była w stanie zmusić się do żadnej gwałtownej reakcji. Przywarła do krzesła i spojrzała w górę. Grubas, który chciał, by go nazywano Goggenem, przez cały czas zabawiał gości rozmową.
- Cholernie dobry - powiedział poważnym tonem. - Cholernie dobry. Ma osobowość, błysk w oku i...
Katrine dalej nie słuchała. Zamknęła oczy i zrzuciła stopę. W tej samej sekundzie, w której podniosła powieki, Bj?rn Gerhardsen posłał jej łagodny, zachęcający uśmiech.
Poczuła na policzku palące spojrzenie. Odwróciła głowę. To była Annabeth; Patrzyła na nią w sposób, który nie pozostawiał żadnych złudzeń. Musiała się domyślać. Nagle Katrine oblała się potem. Annabeth wie o wszystkim, pomyślała. Cholerna suka. Wie o wszystkim. A Bj?rn wie, że ona wie. Musiał jej o tym powiedzieć. Odwróciła głowę i zerknęła przelotnie na męża Annabeth. Uśmiechał się. Śledził wzrokiem jej spojrzenie, a teraz mrugał do niej, nawet w najmniejszym stopniu nie starając się tego ukryć. Czy ktoś to zauważył? Oczywiście Annabeth. I Goggen. Gruby gej wyczuwał magnetyzm w powietrzu, tak jak sarna wietrzy spojrzenie myśliwego. Georg przyglądał się jej z niekłamanym zainteresowaniem. A Bj?rn Gerhardsen nie przestawał się uśmiechać... Nienawidziła tego mężczyzny. Nienawidziła Bj?rna Gerhardsena, a mimo to spuściła wzrok. Gardziła sobą za to, że nie podjęła walki. Wpatrywała się w obrus, czując na karku krople potu.
- Strasznie tu dużo dymu! - zawołała nagle. - Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.
Wstała i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę werandy. Czyjaś kobieca ręka otworzyła jej drzwi. W tej samej chwili, w której znalazła się na tarasie, usłyszała, jak ktoś krzyczy od stołu. Głos Annabeth rozległ się echem:
- Kawa i koniak w salonie! Bardzo proszę, częstujcie się! Nie mam siły wam wszystkim nalewać... Samoobsługa - ostatnie słowo wypowiedziała łamiącym się głosem.
Katrine oddychała głęboko. Zapadał zmierzch. Był czerwcowy wieczór. Oparła się o poręcz werandy i zerknęła na dół, na niebieski, jasno oświetlony basen. Można by stąd skoczyć na główkę, pomyślała. Niebieska, lśniącą woda stanowiła centrum czegoś, co przypominało wykafelkowane podwórze. Za linią kafelków rosły drzewa owocowe. Między nimi majaczyła zapalona latarnia, która rzucała pomarańczowe światło na chodnik znajdujący się za ogrodzeniem. Katrine powędrowała dalej, aż do miejsca, w którym widok na miasto zasłaniały olbrzymie korony drzew.
Wiedziała, że to on, zanim jeszcze się odezwał. Świadomość, że stoi tuż za nią, sprawiła, że Katrine znowu oblała się potem.
- A więc tu się schowałaś? - powiedział cichym, przymilnym głosem. Dźwięk jego obcasów stukających o gres, którym był wyłożony taras, wydał jej się obrzydliwy. Nie odwróciła się. Nie odpowiedziała.
Zobaczyła w basenie jego odbicie.
- Koniaku? - spytał, stawiając kieliszek na szerokiej poręczy. Kwadratowa szyba jasnożółtych drzwi werandy odbijała się w kieliszku z brunatnym płynem. Jego palce były szorstkie, a skóra wokół obrączki wyglądała na lekko opuchniętą. Zegarek w stylu macho na szerokiej, metalowej bransolecie miał niebieskawą, podświetlaną tarczę. Pasowałby do filmu o Jamesie Bondzie, pomyślała.
- Nie, dziękuję - odpowiedziała. - Widziałeś Olego?
- Podoba ci się nasz ogród? - spytał Bj?rn Gerhardsen, jakby nie słyszał jej pytania.
Przyglądała się swojemu odbiciu w niebieskiej wodzie basenu. I przyglądała się odbiciu Bj?rna Gerhadsena. Stuprocentowy macho, ubrany w charakterystyczny dla tego typu sposób, z gadżetami w odpowiednim stylu, z wymalowaną blondynką u boku. Cholera jasna, wyglądamy jakby żywcem wyjęci z filmu o Jamesie Bondzie! przemknęło jej przez myśl.
- Robi wrażenie - powiedziała uprzejmie. - Na pewno wymaga dużo pracy.
Oparł się plecami o poręcz i uniósł kieliszek do ust.
- Zawsze możesz wpaść i trochę nam pomóc - powiedział z uśmiechem. - Masz takie zwinne palce.
Zamarła w bezruchu. Udawał macho. Uśmiechał się jak pewny siebie facet. Nie robiło to jednak na niej wrażenia. Ten błysk w oku i niedwuznaczne gesty były częścią gry, w którą grała od lat. Poradzę sobie, pomyślała, starając się skoncentrować. Kiedy spojrzała mu prosto w oczy, poczuła, że odzyskuje spokój.
- Masz dobrą pamięć - powiedziała, ale zaraz pożałowała tych słów, bo ich sens był niejednoznaczny. Bała się, że Bj?rn odczyta je niezgodnie z jej intencją. Były jak koło ratunkowe, z którego skwapliwie skorzystał.
- Ty również - odpowiedział.
Cisza była nie do zniesienia. Z domu dobiegały głośny śmiech i zwykłe, pijackie okrzyki.
- Jeśli chcesz, mogę oprowadzić cię po ogrodzie - powiedział z krzywym uśmiechem.
Twarz Katrine zastygła. Przeszywając go wzrokiem, poczuła, jak jej wargi wykrzywiają się w sztucznym, łatwym do rozszyfrowania uśmiechu.
- Jesteś żałosnym, pieprzonym dupkiem - powiedziała wolno i wyraźnie, żeby nie umknęło mu żadne słowo. Ale to nie pomogło. Szybko zdała sobie z tego sprawę. To było jego terytorium. Jego dom. Była na jego łasce i niełasce, tego wieczoru stanowiła część tego wnętrza, niczym egzotyczny mebel, którym Annabeth i Bj?rn mogli pochwalić się przed gośćmi: "Oto nasz dom - afrykańska waza, rzeźbione maski na ścianie, włoski stół i ta żałosna narkomanka, którą Annabeth sprowadziła ze złej drogi. Pytacie, która to? Tamta blondynka. Ładna dziewczyna, prawda?"
W tej samej chwili poczuła jego dłoń na swoich pośladkach.
- Nie dotykaj mnie - syknęła. Oczy zaszły jej łzami.
Odchrząknął i wsunął dłoń między jej uda.
- Będę krzyczeć - zagroziła. Była żałosna. Najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Gdyby to działo się gdzieś indziej, na ulicy, na schodach jakiegoś domu, gdziekolwiek - byle nie tutaj, kopnęłaby go w jaja i splunęła mu w twarz. Ale tutaj czuła się obco. Obco i niepewnie.
Zabrał rękę.
- Zostaw sobie krzyki na inną okazję - rzucił chłodnym tonem.
Odwróciła się. Przez oszklone drzwi zobaczyła, że Annabeth wypatruje męża.
- Żona cię szuka.
- Mylisz się - odpowiedział i uśmiechnął się ironicznie. - Szuka nas obojga.
Uniósł kieliszek do ust, próbując spojrzeć jej w oczy. Katrine patrzyła przed siebie. Kiedy się odezwała, miała wrażenie, że jej głos dochodzi z bardzo daleka:
- Nic dla mnie nie znaczysz. Absolutnie nic.
Miała dość tej gry, dość udawania, dość wychodzenia na idiotkę. Rzuciła się w stronę drzwi i z impetem weszła do zadymionego pokoju. Przeciskała się między odświętnie ubranymi ludźmi. Było jej niedobrze. Czuła na sobie palące spojrzenia gości. Kątem oka widziała, jak stykają się głowami. Poruszała się ciężko i niezgrabnie. Czuła się jak słoń w składzie porcelany. Była cała zesztywniała. W drugim końcu pokoju zobaczyła, jak Ole pochyla się nad długonogą nieznajomą i szepcze jej coś od ucha. Kobieta zachichotała, odrzucając głowę do tyłu. Poza nimi rozpoznawała tylko twarze Sigrid z ośrodka i Bj?rna Gerhardsena.
Stanęła obok Olego, wytrącając go tym samym z równowagi. Odchrząknął.
- Cześć - wymamrotał z wyraźnym wysiłkiem. Bocianica wyjęła kolejnego papierosa, ale Katrine nie zamierzała odejść. Kobieta odwróciła się jak modelka na wybiegu i ruszyła przed siebie, torując sobie drogę między gośćmi.
Ole chwycił Katrine za rękę.
- Pokręcimy się trochę?
Weszli do pokoju, w którym stało pianino. Przy klawiaturze siedział znajomy grubas - Georg Beck, zwany również Goggenem. Ole przytrzymał ją za ramię.
- Tylko nie on - szepnął jej do ucha. - To gej.
Spojrzała na Olego zmęczonym wzrokiem. Nagle wydał jej się obcy.
- Zawołaj mnie, jeśli zacznie się do ciebie dobierać - powiedziała.
Podeszli do grupki osób zebranych wokół Goggena, który opowiadał o sobie i swoim kochanku kelnerze oraz erotycznej przygodzie ze znaną celebrytką. Goggen twierdził, że kobieta była zachwycona, kiedy po jakiejś imprezie została z nimi sam na sam. Perspektywa wspólnej nocy z parą gejów działała na nią jak afrodyzjak. Pili ostro przez całą noc, a kiedy bladym świtem zaczęła oprowadzać ich po mieszkaniu, wszyscy troje wylądowali na olbrzymim łożu z baldachimem i "zrobili to".
- Mieliśmy ją. Obaj - zasyczał. - Obaj równocześnie.
Mrugnął do Katrine, a zwracając się do Olego, powiedział:
- No wiesz: on zaparkował tam, gdzie panienki lubią najbardziej... - (sceniczna pauza, publiczność szaleje) - a ja zająłem miejsce trochę bardziej z tyłu. - (Ryk publiczności).
Goggen mówił dalej podniesionym głosem, niemal krzyczał:
- To było bardzo podniecające, bo przez cały czas czuliśmy, że nasze penisy ocierają się o siebie. W końcu dzieliła je tylko cienka błona!
Katrine spojrzała na Olego. Był albo zażenowany, albo wściekły - w każdym razie czerwony na twarzy. Tak samo jak Goggen. Jesteście do siebie bardzo podobni, pomyślała i przeniosła wzrok na geja, który zaczął odgrywać pantomimę. Gruby i zaróżowiony, wykrzywił wargi w chorobliwym grymasie i wydął policzki, jakby grał na trąbce. Następnie otworzył usta, odsłaniając język pokryty białymi plamami. Jego spojrzenie było puste i martwe. Błądząc wzrokiem po pokoju, powiedział:
- Przez cały czas krzyczała.
Grubas naśladował kobietę. Z jego pełnej, dolnej wargi ściekała ślina.
- Ach... ach... ach... - piszczał.
Ole chwycił Katrine za ramię. Chciał iść. Nagle poczuła, że jej uczucie wyobcowania zamienia się w agresję. W nagłą wściekłość, która wzbierała w niej od dłuższego czasu, a którą wyzwoliła świętoszkowatość Olego. Nie ruszyła się nawet na krok. Kątem oka zauważyła, że jej chłopak również postanowił zostać.
Kiedy śmiech słuchaczy ucichł, długonoga bocianica, która dziwnym zrządzeniem losu znalazła się tuż obok nich, zwróciła się do mężczyzny stojącego po jej prawej stronie i powiedziała scenicznym szeptem:
- Trochę to wulgarne, nie sądzisz?
- I cholernie nudne! - odpowiedział tamten i zaczął ziewać, demonstracyjnie zasłaniając dłonią usta. - Oby tylko nie zaczął opowiadać historii o stołku do pianina. Ooops! - wzdrygnął się i dodał: - Za późno!
- W Bristolu... - zaczął Goggen. - ...Wchodzę do środka i widzę wyjątkowo piękny stołek do pianina. Rzecz dzieje się w barze w Bristolu. Po prostu nie mogę się opanować, siadam i zaczynam grać lekką sonatę. Zapominam o bożym świecie, zatracam się w grze... Nagle odkrywam, że wokół mnie panuje idealna cisza. Mój Boże, co robić? Już nie mogę się wycofać. Gram do końca, a kiedy zdejmuję dłonie z klawiatury, czuję, że obok stoi jakiś mężczyzna...
- Mężczyzna! - zawołała Bocianica z udawanym entuzjazmem. - Jakie to podniecające!
Na to jej współtowarzysz:
- Tak, kobiety i stołki do pianina. Ta ciota, która tak dobrze gra, no wiesz, słyszałem, że na każdym koncercie załatwia dwa stołki do pianina!
Ole zarechotał. Teraz, kiedy Goggen był ofiarą, Ole czuł się o wiele swobodniej. Jego oczy błyszczały z emocji.
- Załatwia stołki do pianina? - Bocianica mrugnęła do Olego.
- Właśnie tak. To są delikatne przedmioty, ręczna robota, sama rozumiesz!
- Czuję... - krzyknął poirytowany Goggen. - Czuję czyjąś dłoń...
Głos z tłumu:
- To nie jest moja ręka!
Śmiech.
- Bardzo śmieszne, bardzo śmieszne - powiedział obrażony Goggen. - No więc - mówił dalej, znowu skupiając na sobie uwagę wszystkich słuchaczy. - Siedzę i gram, a potem ktoś kładzie dłoń na moim ramieniu - wyszeptał z nabożeństwem. Siedział z przymkniętymi powiekami, a jego czerwona twarz promieniała. - Obracam się - powiedział dobitnie - podnoszę wzrok... i podskakuję z wrażenia, słysząc czyjś głos mówiący: "Cudowne".
Goggen, który czuł, że ma za sobą całą widownię, na moment przerwał opowieść, żeby wzbudzić większą ciekawość. - Miły, dźwięczny, aksamitny głos - ciągnął wzruszony. - "Cudowne" - powtórzył. Położył sobie dłoń na ramieniu, jakby chciał poczuć ten sam dreszcz emocji co wtedy. Poruszył się na krześle, dając do zrozumienia, że ręka nadal go przytrzymuje. Po chwili odwrócił się, żeby zobaczyć, do kogo należy. - ..."To było naprawdę cudowne", odezwał się tajemniczy głos. I dopiero wtedy mężczyzna cofa rękę i daje mi...
- No dalej! - zawołała jedna z kobiet siedzących przy stole. Przekrzywiła głowę. Chciała, żeby inni śmiali się z jej dowcipu. - Co takiego ci dał?
- O kurwa! Ręką też ci dał? - odezwał się głos z końca stołu.
- Tym mężczyzną - ciągnął niezrażony Goggen - tym mężczyzną był Per Aabel
!
Nazwisko zrobiło wrażenie. Wokół stołu przetoczyła się fala głębokich westchnień. Goggen rozejrzał się triumfująco dookoła, skinął głową i powtórzył:
- Per Aabel!
Katrine zauważyła, że w drzwiach stoi Annabeth. Była pijana. Wszyscy byli pijani w sztok. Ci wspaniali ludzie, którzy żyli z leczenia uzależnień, byli wstawieni. Pijani, napaleni i starzy. Zrobiło jej się niedobrze.
Jakiś mężczyzna, który nie zrozumiał, o co chodziło w historii ze stołkiem do pianina, zerknął na pozostałych i zachichotał:
- Per Aabel? Czy on nie jest przypadkiem w twoim wieku?
Rozległy się salwy śmiechu.
- Kto to powiedział? - Goggen wstał i uniósł do góry rękę. Nalane policzki drżały z wściekłości. - Kto to powiedział? Ktokolwiek to był, wyzywam go na pojedynek!
- Siadaj, ty stary kutasie! - zawołała jakaś kobieta. - Siadaj i popraw sobie pas przepuklinowy!
Znowu śmiech, kieliszki uniesione do góry. Katrine odwróciła się, ponieważ wyczuła, że coś dzieje się za jej plecami. To była Annabeth. Zataczając się, szła w jej stronę. Katrine ścisnęła Olego za rękę i dała się poprowadzić do wyjścia. Usłyszała za sobą czyjś głos:
- Ta gruba od pianina... Goggen, mógłbyś nam pokazać, w jaki sposób dosiadała stołka?
Annabeth zagrodziła im drogę. Zachwiała się i walczyła, żeby nie stracić równowagi.
- Katrine! - zawołała przymilnym głosem. - Mam nadzieję, że jesteś zadowolona z imprezy - nie czekając na odpowiedź, lekko łamiącym się głosem mówiła dalej: - Mam nadzieję, Katrine, że dobrze się bawisz!
Była tak pijana, że połykała kocówki najdłuższych wyrazów, a głoska "r" w jej wykonaniu przypominała zgrzyt noża po szkle. Katrine uśmiechnęła się, chociaż żołądek podchodził jej do gardła.
- Jedzenie było pyszne. Naprawdę wyśmienite.
Annabeth złapała ją za rękę. Katrine zerknęła na jej dłoń. To była ręka starzejącej się kobiety, z lekko brązową skórą i pomarszczonymi palcami z mnóstwem pierścionków. Katrine podniosła wzrok. Policzki Annabeth pokrywała gruba warstwa pudru.
- My wszyscy tak bardzo cię kochamy - powiedziała i rozpłakała się.
- Annabeth, ty płaczesz?
Chociaż Katrine wolałaby teraz być wiele mil stąd, udało jej się wykrzesać odrobinę serdeczności. Przed nią stała gospodyni, Annabeth, szefowa ośrodka, pijana w trupa. Katrine żałowała, że zjawiła się na imprezie. To nieprzyjemne kłucie w żołądku, które poczuła, jak tylko przestąpiła próg tego domu, to drobne kłucie, które starała się utrzymać w ryzach, to kłucie właśnie gwałtownie się wzmogło. Fala mdłości zalewała jej ciało niczym gorąca lawa. Paraliżujący ból, który zaatakował jej żołądek, teraz przesuwał się w stronę przełyku. Podczas gdy jej ciało stopniowo ustępowało pod naporem bolesnych nudności, Katrine przyszło do głowy, że widziała już w życiu gorsze rzeczy. Zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, zobaczyła Olego. Stał za Annabeth i przyglądał jej się z wyraźną niechęcią. Przez kilka sekund Katrine czuła ogromną pogardę dla niego i całej reszty: dla Annabeth i jej wytwornych znajomych, którzy wlewali w siebie wino, piwo i wódkę, żeby mieć odwagę zwierzać się obcym ludziom z największych sekretów, obmacywać cudze żony i zdradzać mężów. I wśród tych wszystkich ludzi stała Annabeth i nachylała się nad nią, żeby wyszeptać jej do ucha swoje tajemnice. Tajemnice, których Katrine nie chciała słuchać, których nie była w stanie słuchać. Ale ból, który trawił jej ciało, paraliżował również procesy myślowe. Szumiało jej w uszach. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nic nie słyszy. Annabeth chwiała się na nogach, a jej wargi poruszały się, nie wydając żadnych dźwięków. Zęby Annabeth były długie, pokryte czarnym nalotem. To były zęby starego człowieka. Człowieka, który wypalił w życiu za dużo papierosów i wypowiedział zbyt dużo pustych słów. Jej oczy były czerwone i mokre od łez. W ręce trzymała coś, co przypominało otwartą butelkę czerwonego wina. Chwiejąc się na nogach, wymachiwała butelką. Nagle wykonała nieskoordynowany ruch, butelka trafiła we framugę drzwi i eksplodowała jej nad głową. Katrine miała wrażenie, że ogląda film w zwolnionym tempie. Czerwona woda spływała po twarzy Annabeth. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozciął jej skórę na głowie, a krew trysnęła na wszystkie strony, plamiąc włosy, oblewając czoło, spływając po szyi, zamieniając twarz w otwartą ranę. Nagle Katrine odzyskała słuch. Wrócił w tej samej chwili, w której stara kobieta wydała z siebie chrapliwy krzyk. Krzyk zbił Katrine z nóg, a ból trawiący jej ciało chwycił ją za gardło niczym dławiący skurcz. Annabeth, z twarzą zalaną czerwoną cieczą i ustami wykrzywionymi w dzikim, histerycznym grymasie wykrzykiwała coś. A może to był śmiech? Dźwięk, który wydobywał się z gardła Annabeth, w uszach Katrine zamieniał się w nieokreślony szum. Przez sekundę patrzyła jej prosto w oczy, wpatrywała się w dwa puste, ciemne tunele w mózgu, który nie był mózgiem, tylko pulsującą kiścią białych robaków. Żołądek podszedł jej do gardła. Wiedziała, że zaraz zwymiotuje, to było oczywiste, zawartość żołądka znajdowała się na wysokości przełyku. Pole widzenia stało się jeszcze bardziej zamglone. Białe robaki podpełzły bliżej. Szyja Annabeth tryskała czerwienią jak krwią, jak fontanna krwi.
*
Ktoś dotknął jej ramienia. Katrine poczuła chłód kafelków. Musiałam zwymiotować, pomyślała. Zwróciła do muszli klozetowej. Dźwięki imprezy wdzierały się przez drzwi toalety. Podniosła wzrok i zobaczyła Olego. Wyglądał na zmartwionego.
- Wyjdź stąd - jęknęła.
- Zemdlałaś - powiedział. - Ta suka rozbiła butelkę wina i wtedy odpłynęłaś. Niezła impreza. Nie powinnaś tyle pić.
Spojrzała na niego kątem oka.
- Jestem trzeźwa. Przez cały wieczór nie wypiłam ani kropli.
- To po czym się rozchorowałaś?
Nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ żołądek znowu podszedł jej do gardła. Tym razem to nie było jedzenie. Czuła się tak, jakby wymiotowała wrzącą herbatą. Po omacku szukała papieru toaletowego, ale jej palce natknęły się na jakiś materiał. To Ole podał jej ręcznik.
- Nie wiem - jęknęła. - Może coś mi zaszkodziło?
Nacisnął spłuczkę. Szum spuszczanej wody zagłuszył odgłosy imprezy. Otarła twarz ze śliny i łez.
- Jeszcze tu jesteś? - spytała. - Chcę zostać sama. Nie chcę, żebyś oglądał mnie w takim stanie.
- Myślisz, że bez ciebie dam sobie radę z tą całą bandą?
Skinęła głową i zwymiotowała. Znowu. Nic nie wyleciało. Na język spłynęła tylko kropla żrącego kwasu. Kiedy Ole otworzył drzwi i wyszedł z toalety, poczuła zimny powiew. Ulżyło jej. Poczuła się lepiej.
Ole był tak samo zakłamany jak oni. Czuł się między nimi jak ryba w wodzie. Pasował, do tego miejsca. Był wygadany, umiał prawić kobietom komplementy i prowadzić z innymi mężczyznami jałowe rozmowy. Ole był w swoim żywiole. Tylko ona była tu obca. Nie miała tu nic do roboty. Chciała jak najszybciej wrócić do domu. O ile miała jakiś dom.
Czuła się trochę lepiej. Podniosła się z kolan i usiadła na sedesie. Siedziała i przyglądała się swojemu odbiciu w olbrzymim lustrze. A więc w tym domu każdy, kto siedział na kiblu, przyglądał się sobie w lustrze. Łącznie z mężem Annabeth, Bj?rnem Gerhardsenęm. Może stawał wieczorem przed lustrem i onanizował się? Potrząsnęła głową, żeby usunąć ten obraz ze świadomości. Żołądek był pusty. Mdłości ustąpiły. Za to bolały ją mięśnie brzucha. Wyglądała jak nastoletnia dziwka, która pierwszy raz zaćpała. Kolana złączone, ślina ściekająca po brodzie, błędny wzrok, chorobliwie blada skóra i obrzygane włosy opadające na czoło. Łzy, które napłynęły jej do oczu, kiedy wymiotowała, rozmazały jej tusz do rzęs. Nagle przypomniała jej się pijana Annabeth z twarzą oblaną winem. Znowu zrobiło jej się niedobrze. Przełknęła ślinę. Siedziała z zamkniętymi oczami i przełykała ślinę, czekając, aż poczuje się lepiej. Już wiedziała, o czym nie powinna myśleć. Powoli otworzyła oczy i przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Zza drzwi łazienki dobiegały dźwięki muzyki, śmiech i pijackie okrzyki.
Jeśli do tej pory nie była obiektem kpin tej bandy za drzwiami, na pewno teraz nim została. "Czy ktoś słyszał coś podobnego? Ta żałosna pacjentka ośrodka rozchorowała się i od godziny wymiotuje! Na przyjęciu u Annabeth! Jak tak można!"
Ktoś zapukał do drzwi.
Chciała być sama, zupełnie sama. Ponowne pukanie. Energiczne pukanie terapeutyczne. Nigdy-się-nie-pod-dam pukanie. Chcesz-o-tym-porozmawiać pukanie. Pukanie namolnej baby.
- Katrine? - To był głos Sigrid. - Katrine? Dobrze się czujesz?
Chciała być sama. Nie. Chciała, żeby był z nią Henning. Chciała siedzieć obok niego i pić herbatę. Miała dość cudzych oczekiwań i ciekawskich spojrzeń.
- Katrine!
Pukanie. Sigrid była zawzięta.
Katrine podniosła się i uchyliła drzwi.
- Chryste Panie! Jak ty wyglądasz, moje dziecko!
Opiekuńcza jak zawsze. Wcisnęła się do toalety i zaczęła obmywać twarz Katrine.
- I jak? Od razu lepiej, prawda?
- Chyba wrócę do domu - powiedziała Katrine, przeglądając się w lustrze i wykrzywiając twarz w grymasie. - Możesz poprosić Olego, żeby zadzwonił po taksówkę?
- Ja to zrobię. Ole zniknął w ogrodzie.
- W ogrodzie?
- Tak. Annabeth namówiła gości na kąpiel w basenie. Poza tym chce się pochwalić nowym stawem rybnym. Poczekaj tu chwilę, a ja postaram się załatwić ci jakiś samochód. Może ktoś będzie mógł cię odwieźć.
- W całym domu nie znajdziesz ani jednej trzeźwej osoby.
- Może to tak wygląda - powiedziała zmartwiona Sigrid, marszcząc czoło: - Ale jest tu wiele osób, które niczego nie biorą.
- Nie ma o czym mówić - westchnęła.
Przyglądały się swoim odbiciom w lustrze. Sigrid, wykształcona kobieta w średnim wieku, szczupła, siwa i ładna, o miękkich, troskliwych dłoniach. Katrine, młoda, z lekko matowym wzrokiem.
- Powinnaś zostać pielęgniarką - powiedziała Katrine, obejmując Sigrid ramieniem. Popatrzyła na portret przyjaciółki odbity w lustrze. - Widzę to bardzo wyraźnie.
- Co takiego?
- Masz nocny dyżur. Idziesz korytarzem w białym fartuchu, a pacjenci, mężczyźni, czekają na ciebie w ciemnościach, czekają, aż mignie w drzwiach kobieta ich marzeń.
Sigrid uśmiechnęła się w lustrze do Katrine, wdzięczna za komplement, a równocześnie zmartwiona i zatroskana.
- Jestem stara - powiedziała, marszcząc czoło.
- Dojrzała - poprawiła ją Katrine i zdjęła rękę z jej ramienia. - A ja, chociaż jestem młodsza, nie mam już siły na nic. Zadzwonię po kogoś, kto mnie odwiezie, a ty wracaj do gości.
Nagle zapragnęła, żeby Ole był tu przy niej, żeby wziął ją w ramiona. Chciała, żeby powiedział: "Zostań ze mną". Stanęła w drzwiach i rzuciła okiem na salon. Odprowadziła wzrokiem Sigrid, która po chwili zniknęła w tłumie, a potem przyglądała się Olemu, który właśnie wrócił z tarasu. Ole i kobieta z nogami do szyi. Było widać, że łączy ich coraz większa zażyłość. Katrine zamknęła oczy i zobaczyła ich razem w łóżku, nagich. Widziała ich bardzo wyraźnie, ale nie czuła zazdrości, tylko przytłaczający smutek.
Co chciała, żeby jej powiedział? "Mam dość tego miejsca". Mógł to powiedzieć. Mógł do niej podejść, wziąć w ramiona i zapewnić, że zabiera ją do domu, że resztę wieczoru chcę spędzić tylko z nią. Czuła narastającą złość. Dlaczego tego nie robił? Dlaczego nie był tym, kim chciała, żeby był?
W tym samym momencie poczuła na sobie jego spojrzenie. Szedł w jej stronę. Zamknęła oczy. Widziała to bardzo wyraźnie. Zbliżającą się kłótnię. Wszystkie okropne rzeczy, które mu wykrzyczy, wszystkie okropne słowa, które Olę rzuci jej w twarz. Podniosła powieki. Im był bliżej niej, tym bardziej pragnęła, żeby to był Henning. Nikt inny, tylko Henning.
- Jak się czujesz? - spytał Ole.
- Lepiej - wymamrotała. - Ale widzę, że ty też dobrze się bawisz.
Podążył za jej spojrzeniem. Bocianica przyglądała im się intensywnie. Gdy tylko Ole się odwrócił, zrobiła krok w lewo i zmieszała się z tłumem.
- Część gości wybiera się do miasta - powiedział po chwili. - Do Smuget. Pedał i kilka innych osób. Masz ochotę się przyłączyć?
- Nie - odpowiedziała. - A ty?
- Jeszcze nie wiem. Może.
- Wracam do domu.
- Do domu?
Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
- Wyluzuj, nie musisz jechać ze mną. Zostań na imprezie albo jedź z nimi do miasta.
Wyraźnie się ucieszył.
- Jesteś pewna?
Skinęła głową.
- Jesteś pewna? - powtórzył.
Grupa hałaśliwych gości wcisnęła się między nich. Goggen poklepał Olego po tyłku.
- Jedziesz z nami, słodziaku?
Ole zarechotał.
Goggen objął go w pasie i zaczął tańczyć z nim walca. Katrine wycofała się z powrotem do toalety, zamknęła drzwi na klucz i postanowiła zaczekać, aż będzie pewna, że na korytarzu nikogo nie ma. Przez ściany łazienki dobiegały ją głosy i pojedyncze hałaśliwe okrzyki. Kilka osób wyżywało się na pianinie. Kiedy upewniła się, że wszyscy, którzy stali na korytarzu, w końcu sobie poszli, zakradła się do przedpokoju, wzięła do ręki białą słuchawkę telefonu, który wisiał na ścianie, i wykręciła numer Henninga. Zerknęła na zegarek. Jeszcze nie minęła północ. Po długiej chwili z drugiego końca rozległo się zmęczone "halo".
- Tu Katrine - rzuciła krótko. - Spisz już?
Żałowała, że w porę nie ugryzła się w język. Wykrzywiła twarz w grymasie, jakby się bała, że Henning powie "tak" i zacznie się złościć.
- Ja? Nie - zaprzeczył, głośno ziewając. A więc jednak go obudziła.
- Masz samochód?
- Brata. Wypasiona bryka.
- Możesz po mnie przyjechać? Do Annabeth? Zaraz?
Chwała niech będzie Henningowi za to, że nigdy o nic nie pyta.
- Zacznij iść w moją stronę - powiedział. - Spotkamy się po drodze.