Malowany człowiek. Księga 1 - Peter V. Brett

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Peter V. Brett, 2008 COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2008 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Marcin Mortka, 2008

TYTUŁ ORYGINAŁU The Painted Man

WYDANIE II

ISBN 978-83-7574-526-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Larry Rostant

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE za zgodą autora

ILUSTRACJE Dominik Broniek

REDAKCJA Łukasz Małecki

KOREKTA Barbara Caban, Magdalena Byrska

SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

1

Ofiary

319 RP

Z oddali dobiegł odgłos wielkiego rogu.

Arlen przerwał pracę i spojrzał w świtające niebo, na którym rozlewały się niewyraźne pasma różu. Wokół wciąż wisiała mgła, przez co powietrze miało wilgotny, ostry, dobrze mu znany posmak. Gdy ciszę przeciął złowieszczy sygnał, świat dookoła jakby zamarł. Chłopak stał z sercem ściśniętym strachem, trzymając się kurczowo nadziei, że był to jedynie wytwór jego wyobraźni. Miał wszak jedenaście lat.

Odległy trębacz zadął znowu, tym razem dwukrotnie, znacznie krócej. Jeden sygnał długi i dwa krótkie - to oznaczało południowy wschód. Osada przy Borach. Ojciec miał tam przyjaciół wśród drwali. Za plecami Arlena otworzyły się drzwi domu. Chłopiec wiedział, że w progu staje matka i zasłania dłońmi usta.

Natychmiast powrócił do pracy. Nie chciał, żeby ktoś go poganiał. Nie ze wszystkimi obowiązkami musiał się spieszyć, ale inwentarz bezwzględnie należało nakarmić, a krowy wydoić. Ruszył więc z obory po świeży zapas siana, dolał pomyj świniom, a potem pobiegł po drewniany kubeł na mleko. Matka chłopca już kucała przy pierwszej z krów. Porwał zydelek i szybko podchwycił narzucony przez nią rytm pracy. Strużki mleka pluskały miarowo o drewniane ściany kubłów, jakby wybijały takty marsza żałobnego.

Gdy zaczęli się krzątać przy drugiej parze krów, Arlen dostrzegł swego ojca, który z ponurą miną zaprzęgał do wozu ich klacz, pięcioletnią kasztankę o imieniu Missy.

Cóż znajdą tym razem?

Nie upłynęło wiele czasu, a już siedzieli na wozie i podskakując na wybojach, zmierzali w kierunku niewielkiego skupiska chałup położonego na skraju lasu. Był to niebezpieczny obszar, oddalony aż godzinę drogi od najbliższych domostw chronionych runami, ale przecież wszyscy potrzebowali drewna. Matka Arlena, okutana w starą, wysłużoną chustę, tuliła mocno syna.

- Jestem już duży, mamo! - zaprotestował chłopiec. - Nie chcę, żebyś mnie przytulała jak małe dziecko. Nie boję się nic a nic.

Nie było to do końca prawdą, ale nie chciał, żeby inne dzieciaki widziały, jak jedzie na wozie w objęciach matki. Miały już wystarczająco dużo powodów, by się z niego naigrawać.

- Cóż, ja się boję - odparła kobieta. - A może to ja potrzebuję, by ktoś mnie pocieszał?

Arlen poczuł nagły przypływ dumy i wtulił się w bok matki. Nie umiałaby go oszukać, ale za to zawsze wiedziała, co powiedzieć, by osiągnąć zamierzony skutek.

Na długo przed dotarciem do celu słup gęstego dymu w oddali zdradził więcej, niźli mieli ochotę wiedzieć. Właśnie palono zmarłych. Co więcej, skoro rozpalono ognie tak wcześnie, nim jeszcze pozostali przybyli na wspólną modlitwę, zmarłych musiało być wielu. Zbyt wielu, by pomodlić się nad każdym z osobna przed zapadnięciem zmroku.

Gospodarstwo ojca Arlena dzieliło nieco ponad pięć mil od Osady przy Borach. Zanim dotarli na miejsce, ugaszono już ogień w ostatnich ocalałych chałupach, choć niewiele zostało do odratowania. Piętnaście domów zamieniło się w dymiące zgliszcza.

- Spaliły też zapas drewna - zauważył ojciec Arlena i splunął. Ruchem głowy wskazał poczerniałe resztki całorocznego wyrębu. Arlen skrzywił się, zadając sobie w myślach pytanie, jakim cudem rozklekotana zagroda ma teraz wytrzymać aż do następnego lata, ale wtedy poczuł wyrzuty sumienia. W końcu to było tylko drewno.

Mówczyni Osady podeszła do ich wozu. Selia, którą matka Arlena czasem nazywała Wyschniętą, była silną kobietą, wysoką, chudą i o skórze tak stwardniałej, jakby ją garbowano. Długie siwe włosy upinała w ciasny kok, nosiła też szal jako atrybut swej funkcji. Nie tolerowała czczej gadaniny i nie znosiła wygłupów, o czym Arlen niejednokrotnie przekonał się na własnym przykładzie, gdy puściła w ruch swój kij. Dzisiaj jednak chłopca pokrzepiła jej obecność. Podobnie jak u ojca, dostrzegał w niej coś, co sprawiało, że czuł się bezpiecznie. Selia nie miała dzieci, ale matkowała wszystkim w każdym zakątku Potoku Tibbeta. Niewielu potrafiło dorównać jej mądrością, a jeszcze mniej wykazywało większy upór. Każdy człowiek, na którego Selia spojrzała łaskawym okiem, miał wrażenie, jakby znalazł się w najbezpieczniejszym miejscu na świecie.

- Dobrze cię widzieć, Jeph - powiedziała do ojca Arlena. - Dobrze, że są tu też Silvy i młody Arlen. - Skinęła ku nim głową. - Każda para rąk się przyda. Nawet chłopca.

Ojciec Arlena chrząknął, zsiadając z wozu.

- Przywiozłem narzędzia - oznajmił. - Powiedz nam, gdzie mamy zacząć.

Arlen ściągnął cenny dobytek z wozu. Metal stanowił rzadkość w Potoku i ojciec był dumny ze swych dwóch łopat, kilofa oraz piły. Wyglądało jednak na to, że tego dnia nie będą oszczędzać żadnego z jego narzędzi.

- Ilu zginęło? - zapytał Jeph, choć tak naprawdę nie chciał poznać odpowiedzi.

- Dwudziestu siedmiu - odparła Selia. Silvy zachłysnęła się i zasłoniła usta, a w jej oczach wezbrały łzy. Jeph splunął raz jeszcze.

- Ktokolwiek przeżył?

- Kilka osób. Na przykład Manie. - Mówczyni wskazała kijem chłopca wpatrzonego w stos pogrzebowy. - Przebiegł w ciemnościach całą drogę do mego domu.

Silvy jęknęła z niedowierzania. Nigdy nie słyszała, by komukolwiek udało się przeżyć taki bieg.

- Runiczna osłona wokół domu Brine'a Rębacza wytrzymała przez większą część nocy - ciągnęła Selia. - On sam z rodziną patrzył na to przez cały czas. Dołączyło do nich kilku sąsiadów, którzy zdołali umknąć otchłańcom, ale niebawem ogień zaczął się rozprzestrzeniać i w końcu objął dach. Trwali w płonącym domu, dopóki tuż przed świtem nie zaczęły pękać belki nad ich głowami. Wtedy zdecydowali się na ucieczkę. Otchłańce zabiły żonę Brine'a Meenę oraz ich syna Poula, ale pozostałym udało się zbiec. Ich poparzenia się zagoją, a dzieciaki z czasem dojdą do siebie, ale reszta...

Nie musiała kończyć tego zdania. Ci, którzy uszli pogoni demonów, zwykle umierali jakiś czas później. Nie wszyscy, nawet nie większość, ale wystarczająco wielu, by stanowiło to swoistą regułę. Niektórzy sami odbierali sobie życie, inni zaś trwali w stanie półświadomości, odmawiając jedzenia i picia, a z czasem zupełnie marnieli. Mawiano, że dopiero w rok i jeden dzień po napaści demona można było uznać, że naprawdę udało się przeżyć.

- Los około tuzina jest wciąż nieznany - dodała Selia, choć ton jej głosu nie wyrażał nadziei.

- Wykopiemy ich - oznajmił Jeph ponuro, patrząc na zrujnowane domostwa, z których część wciąż się tliła. Rębacze zwykle budowali domy z kamienia, by zapobiec pożarom, ale gdy zawodziły runy ochronne, a atak przypuściło wystarczająco wiele ognistych demonów, nawet kamienie stawały w płomieniach.

Jeph dołączył do pozostałych mężczyzn, którzy wraz z kilkoma silniejszymi kobietami oczyszczali rumowiska i zwozili trupy na stos pogrzebowy. Ciała oczywiście należało spalić. Nikt nie chciał być pochowany w ziemi, z której co noc powstawały demony. Dobroduszny Harral, zawczasu podwinąwszy rękawy skrywające tłuste ramiona, osobiście ciskał każde ciało w ogień. Mamrotał przy tym słowa modlitwy i kreślił runy, w miarę jak płomienie ogarniały zmarłych.

Silvy dołączyła do pozostałych kobiet. Razem z młodszymi dziećmi zajmowały się one rannymi pod czujnym okiem najlepszej Zielarki w Potoku, Coline Trigg. Nie znano jednak ziół, które mogłyby ulżyć w cierpieniu ocalałym. Brine Rębacz, zwany również Zwalistym, był mężczyzną niedźwiedziej wręcz postury. Za każdym razem, gdy Arlen z ojcem kupowali u niego drewno, zwykł podrzucać chłopaka wysoko w górę, tubalnie się przy tym śmiejąc. Teraz siedział w popiele obok zgliszczy swego domostwa i wolno uderzał głową o poczerniałą ścianę. Pomrukiwał coś pod nosem i obejmował się mocno ramionami, jakby podczas mrozu.

Arlenowi i innym dzieciom nakazano nosić wodę i przebierać sterty spalonego drewna w poszukiwaniu szczap, które nadawały się jeszcze do wykorzystania. Co prawda do końca roku pozostawało kilka ciepłych miesięcy, ale brakowało już czasu, by narąbać drewna na całą zimę. Znów trzeba będzie palić suszonym gnojem, pomyślał chłopak, a to oznaczało potworny smród w całym domu.

Raz jeszcze stłumił poczucie winy. Przecież to nie jego ciało leżało na stosie, nie on musiał też uderzać głową o ścianę z rozpaczy po utracie całego dobytku. Są gorsze rzeczy niż cuchnący dom.

Czas mijał, a z każdą chwilą wieśniaków przybywało. Przyjeżdżali z rodzinami i wszystkim, co tylko mogło się przydać, z Zakątka Rybaków i z Ryneczku, z Pagórka Bogginów i z Grząskich Mokradeł, a niektórzy nawet z Południowej Strażnicy. Selia witała ich wszystkich ponurymi wieściami i przydzielała im zadania.

Teraz, gdy w wiosce zgromadziło się już ponad stu ludzi, mężczyźni zdwoili swe wysiłki. Połowa z nich nadal rozkopywała zgliszcza, podczas gdy pozostali zgromadzili się wokół jedynego domostwa w Osadzie przy Borach, które nadawało się do szybkiej odbudowy. Był to dom Brine'a Rębacza. Selia odprowadziła olbrzyma na bok, służąc mu ramieniem, a mężczyźni usuwali rumowisko i nanosili nowych kamieni. Kilku spośród nich wyciągnęło przybory i rozpoczęło kreślenie świeżych runów, podczas gdy dzieci przygotowywały strzechę. W tym tempie dom mógł zostać odbudowany przed zapadnięciem zmroku.

Arlenowi nakazano znosić drewno wraz z Cobiem Fisherem. We dwóch zgromadzili spory stos, który jednak stanowił niewielką część tego, co zostało stracone. Cobie był wysokim, barczystym młokosem z ciemnymi lokami i owłosionymi ramionami. Cieszył się sporą popularnością wśród rówieśników, lecz zdobył ją kosztem innych. Mało kto miał ochotę znosić jego złośliwości, nie mówiąc już o zaczepkach.

Cobie znęcał się nad Arlenem od lat, a inne dzieci dzielnie mu wtórowały. Gospodarstwo Jepha było najdalej wysunięte na północ w całym Potoku, odległe od miejsc w Ryneczku, gdzie zwykle bawiła się dzieciarnia, tak więc Arlen zazwyczaj włóczył się po osadach w pojedynkę. Większość pozostałych chłopców w okolicy nie miała nic przeciwko, by Cobie wyładowywał swój gniew właśnie na nim.

Za każdym razem, gdy Arlen szedł na ryby bądź mijał Zakątek Rybaków w drodze do Ryneczku, Cobie i jego kompani jakoś się o tym dowiadywali. Zawsze czyhali w tym samym miejscu. Czasami ograniczali się do kuksańców lub ciskania wyzwisk, ale bywało, że Arlen wracał do domu posiniaczony i zakrwawiony, a matka strofowała go za uczestniczenie w bójkach.

W końcu miarka się przebrała. Arlen wziął ze sobą solidny kij i schował go niedaleko miejsca, gdzie zwykle czekali dręczyciele. Gdy ponownie zastąpili mu drogę, z początku udawał, że ucieka, by niespodziewanie wyciągnąć lagę z ukrycia i zawrócić, wymachując nią nad głową.

Cobie oberwał jako pierwszy. Po mocnym ciosie upadł na ziemię z uchem broczącym krwią. Kolejne uderzenie złamało palec Willumowi, a następne sprawiło, że Gart utykał przez ponad tydzień. Zajście to bynajmniej nie zwiększyło popularności Arlena wśród innych dzieci, a na domiar złego ojciec spuścił mu tęgie lanie, ale chłopcy nigdy go już nie zaczepiali. Nawet teraz Cobie, choć o wiele od Arlena większy, omijał go szerokim łukiem i wzdragał się za każdym razem, gdy chłopiec wykonywał jakiś gwałtowniejszy ruch.

- Mam tu ocalałych! - wykrzyknął nagle Bill Piekarz, który stał przy zawalonym domostwie na skraju Osady. - Słychać ich głosy! Są uwięzieni w piwnicy!

Pozostali natychmiast rzucili wszystko, czym się zajmowali, i pospieszyli z pomocą. Oczyszczanie rumowiska zabrałoby zbyt wiele czasu, tak więc pogrążeni w ponurym milczeniu mężczyźni przystąpili do kopania. Wkrótce przebili się przez ścianę piwnicy i zaczęli wyciągać ocalałych na zewnątrz. Były to trzy kobiety, szóstka dzieci i jeden mężczyzna, wszyscy brudni i przerażeni, ale żywi.

- Wujek Cholie! - wykrzyknął Arlen. Jego matka przypadła do brata, który zataczał się niczym pijany, i mocno go przytuliła. Chłopiec podbiegł do nich i wsunął się pod drugie ramię wujka, chcąc go podtrzymać.

- Cholie, co ty tu robisz? - zapytała Silvy.

Cholie rzadko opuszczał swój warsztat w Ryneczku. Matka Arlena tysiące razy opowiadała historię, jak to swego czasu prowadziła z nim sklepik z wyrobami żelaznymi, póki Jeph nie zaczął łamać podków swych koni, by zyskać pretekst do przychodzenia w konkury.

- Przyjechałem do Any Rębacz - wymamrotał Cholie i znów targnął się za włosy, których wyrwał już całe pęki. - Właśnie otworzyliśmy drzwi do kryjówki, gdy otchłańce przedarły się przez osłonę runiczną.

Jego nogi naraz osłabły, a Arlen i Silvy zgarbili się pod jego ciężarem. Cholie ukląkł w popiele i zaczął szlochać.

Arlen spojrzał na resztę uratowanych. Nie widział wśród nich Any Rębacz. Poczuł ucisk w gardle, gdy minęli go najmłodsi. Znał każdego z nich, znał ich rodziny, wiedział, jak wyglądają ich domy z zewnątrz i od środka oraz jak nazywają się ich zwierzęta. Gdy dzieci przechodziły, uchwytywał ich spojrzenia ledwie na sekundę, ale to wystarczyło, by ujrzał w ich oczach przebieg całego ataku, od początku do końca. Widział siebie skulonego w ciasnej dziurze w ziemi, podczas gdy ci, którzy już do niej nie weszli, odwracali się, by stawić czoła otchłańcom oraz płomieniom. Nagle zaczął szybko oddychać i nie mógł złapać tchu, dopóki Jeph nie przywołał go do rzeczywistości uderzeniem w plecy.

Po południu kończyli właśnie zimną przekąskę, kiedy znów dobiegł ich odgłos rogu, tym razem z przeciwnego krańca Potoku.

- Drugi atak w ciągu jednego dnia? - szepnęła Silvy, zasłaniając usta.

- Co ty wygadujesz? - parsknęła Selia. - W południe? Rusz głową, dziewczyno.

- A zatem co to takiego?

Selia zignorowała ją i wstała, by się rozejrzeć za trębaczem i kazać mu odpowiedzieć na sygnał. Keven Marsh już trzymał róg w pogotowiu, co było typowe dla ludzi z Grząskich Mokradeł. Na bagnach łatwo stracić orientację, a nikt nie chciał wędrować po nich samotnie, w chwili gdy budziły się bagienne demony. Policzki Kevena nadęły się niczym żabie podgardle, a róg wydał serię dźwięków.

- To róg Posłańca - wytłumaczył Coran Marsh, siwobrody starzec, Mówca Grząskich Mokradeł i ojciec Kevena. - Zapewne dostrzegli dym. Keven przekazuje im, co się stało i gdzie wszyscy są.

- Posłaniec wiosną? - Arlen zmarszczył brwi. - Sądziłem, że przyjeżdżają jesienią po żniwach. Dopiero co zakończyliśmy siew w zeszłym miesiącu!

- Zeszłej jesieni próżnośmy go wyglądali - stwierdził Coran i strzyknął spienionym brązowym sokiem z korzenia, który ogryzał w luce pomiędzy zębami. - Bylimy w strachu, że coś się stało. Niektórzy nawet myśleli, że następnej jesieni nie będzie już Posłańca z solą. Albo że otchłańce wdarły się do Wolnych Miast i jesteśmy zdani wyłącznie na siebie.

- Otchłańce nigdy nie zdobyłyby Wolnych Miast - zauważył chłopiec.

- Arlen, bądźże cicho - syknęła Silvy. - To przecież jeden ze starszych.

- A daj mu gadać! - odparł Coran. - Byłżeś ty kiedy w którym z nich?

- Nie - przyznał Arlen.

- A znasz kogoś, kto był?

- Nie.

- Tedy skąd z ciebie taki znawca? Nikt nie jeździ do Wolnych Miast poza Posłańcami. Tylko oni mają odwagę podróżować tak daleko po zmroku. Któż może wiedzieć, czy Wolne Miasta różnią się czymś od Potoku? Skoro otchłańce nas potrafią dopaść, pewnikiem potrafią dorwać również ich!

- Stary Wieprz pochodzi z Wolnych Miast - przypomniał Arlen. Rusco Wieprz był najbogatszym człowiekiem w Potoku i prowadził największy w okolicy sklep, który napędzał cały handel miasteczka.

- Juści. - Coran skinął głową. - A nawet stary Wieprz powiedział mi wiele lat temu, że ta jedna podróż starczyła mu aż nadto. Miał zamiar wrócić po paru latach, ale powiedział, że to w sumie niewarte ryzyka. Zapytaj go więc, czy Wolne Miasta są bezpieczniejsze od jakiegokolwiek innego miejsca.

Arlen nie chciał wierzyć staruszkowi. Musiały przecież istnieć jakieś bezpieczne miejsca na świecie. Niespodziewanie przez jego umysł ponownie przemknęło wyobrażenie zatłoczonej dziury w piwnicy i zrozumiał, że w nocy nigdzie nie będzie naprawdę bezpieczny.

Posłaniec przybył godzinę później. Był to wysoki, ledwie trzydziestokilkuletni mężczyzna z krótkimi brązowymi włosami i przyciętą gęstą brodą. Jego barczyste ramiona kryła kolczuga z metalowych kółek. Nosił też długi ciemny płaszcz, grube skórzane spodnie oraz ciężkie buty. Dosiadał klaczy szlachetnej krwi o lśniącej brunatnokasztanowej sierści, przy siodle wisiała specjalna uprząż podtrzymująca komplet włóczni różnego rozmiaru. Posłaniec trzymał się prosto, z dumą, a jego twarz była sroga i ponura. Zlustrował wzrokiem tłum i natychmiast dostrzegł stojącą nieopodal Mówczynię wydającą wieśniakom polecenia. Zawrócił konia w jej kierunku.

Kilka kroków za nim na obładowanym wozie ciągniętym przez parę ciemnobrązowych mułów jechał Minstrel. Jego strój składał się z barwnych, pstrokatych skrawków materiału pozszywanych razem, a na koźle tuż obok niego spoczywała lutnia. Arlen nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział człowieka z tak dziwnymi włosami. Czupryna Minstrela miała bowiem kolor jasnej marchewki, natomiast jego skóra była niewiarygodnie blada, jakby nigdy wcześniej nie padły na nią promienie słońca. Siedział przygarbiony, z opadniętymi ramionami i wyglądał na skrajnie wycieńczonego.

Każdego roku z Posłańcem przybywał jakiś Minstrel. To właśnie jego dzieci - choć także część dorosłych - wyczekiwały z większą niecierpliwością. O ile Arlen dobrze pamiętał, zawsze był to ten sam siwobrody człowiek, radosny i pełen energii. Ten zaś zdawał się o wiele młodszy i ponury. Natychmiast otoczyła go dziatwa, a gdy Minstrel uniósł głowę, przygnębienie znikło z jego twarzy tak szybko, że Arlen zaczął wątpić, czy kiedykolwiek je dostrzegł. Przybysz błyskawicznie zeskoczył z wozu i ku radości najmłodszych zaczął żonglować kolorowymi piłeczkami.

Pozostali porzucili swe obowiązki i zbierali się wokół gości. Selia ofuknęła ich raz i drugi.

- Ten dzień nie stanie się dłuższy przez to, że przybył Posłaniec! - warknęła. - Wracać mi zaraz do pracy!

Tu i ówdzie rozległy się narzekania, ale wszyscy powrócili do swych zajęć.

- Ty nie, Arlen - dodała szybko. - Chodź tutaj.

Chłopiec przestał przyglądać się Minstrelowi i podszedł do Mówczyni.

- Wyschnięta Selia? - zapytał Posłaniec.

- Wystarczy po prostu Selia - burknęła kobieta chłodno. Oczy Posłańca rozszerzyły się, a jego policzki oblały rumieńcem; w miejscach, gdzie nie sięgał zarost, wykwitły plamy intensywnej czerwieni. Zeskoczył z konia i pochylił się nisko.

- Zechciejcie mi wybaczyć. Nie sądziłem, że was to urazi. Graig, wasz dotychczasowy Posłaniec, powiedział, że tak was zwą.

- Miło mi się dowiedzieć, jak też Graig o mnie myśli po tylu latach - odparła Selia, bynajmniej nie wyglądając na udobruchaną.

- Jak myślał - poprawił ją mężczyzna. - On nie żyje, pani.

- Nie żyje? - zapytała Selia, nagle przygnębiona. - Czy to sprawka...?

Posłaniec pokręcił głową.

- Zabiło go przeziębienie, nie demony. Nazywam się Ragen i jestem waszym tymczasowym Posłańcem, zgodnie z życzeniem wdowy po Graigu. Gildia wybierze nowego następnej jesieni.

- Czyli mamy czekać półtora roku na następnego Posłańca? - Wyglądało na to, że Selia szykuje się do tyrady. - Ledwie przetrwaliśmy zeszłą zimę bez jesiennej dostawy soli. Wiem, że mało was to w Miln obchodzi, ale połowa naszego zapasu mięsa i ryb zgniła przez brak należytego przygotowania. A co z naszymi listami?

- Przykro mi, pani - rzekł Ragen. - Wasze miasteczka leżą z dala od głównych szlaków i dotarcie do was zabiera Posłańcowi dobrze ponad miesiąc każdego roku. Wysyłanie go tutaj staje się więc kosztownym interesem. Gildia Posłańców cierpi na niedobory, a tu na domiar złego Graig złapał katar.

Zachichotał i pokręcił głową, ale dostrzegł, że twarz Selii pociemniała w odpowiedzi.

- Nie chciałem nikogo urazić, pani. Ja również uważałem go za przyjaciela. Chodzi o to, że... Chodzi o to, że niewielu spośród nas, Posłańców, dorobiło się dachu nad głową, ciepłego łóżka i młodej żony u boku. Z reguły wcześniej dopada nas noc, jeśli rozumie pani, co mam na myśli.

- Rozumiem - odparła Mówczyni. - A czy ty masz żonę, Ragenie?

- Tak. Choć ku jej satysfakcji, a memu cierpieniu, częściej widuję moją klacz niźli ją.

Zaśmiał się po tych słowach. Arlen, który nie uważał, by myśli o żonie nieodczuwającej tęsknoty za mężem były czymś zabawnym, spojrzał na Posłańca ze zdumieniem. Selia najwyraźniej tego nie dostrzegła.

- A gdybyś nie mógł w ogóle jej widywać? - zapytała. - Gdyby łączyły cię z nią tylko listy otrzymywane raz do roku? Jak byś się poczuł na wieść o tym, że te listy spóźnią się o sześć miesięcy? Mieszkają tu ludzie, którzy mają krewnych w Wolnych Miastach. Niektórzy opuścili miasto dwa pokolenia temu. Ci ludzie nie wrócą już do domu, Ragenie. Listy to jedyne, co łączy nas z bliskimi w mieście, a miasto z nami.

- W pełni się z wami zgadzam, pani, lecz to nie ja podejmuję decyzje. Książę...

- Ale przecież porozmawiasz z księciem po powrocie, prawda?

- Prawda.

- Zapisać ci, co masz mu przekazać?

- Sądzę, że dam radę to spamiętać.

- Z pewnością.

Ragen uśmiechnął się i ukłonił jeszcze niżej.

- Wybaczcie, że przybywam w tak ponury dzień. - Jego wzrok uciekł w kierunku stosu pogrzebowego.

- Nie potrafimy odgadnąć, kiedy przyjdzie deszcz, wiatr czy chłód, tak jak nie potrafimy przewidzieć ataku otchłańców - odpowiedziała Selia. - Życie jednak musi toczyć się dalej.

- I życie toczy się dalej - przytaknął Ragen. - Ale jeśli jest coś, w czym ja bądź mój Minstrel możemy pomóc, to wiedz, pani, że nawykłem do noszenia ciężarów i wielokrotnie zajmowałem się ranami zadanymi przez otchłańce.

- Twój Minstrel już pomaga. - Selia skinęła na młodego człowieka, który śpiewał i prezentował swe sztuczki. - Odciąga dziatwę od pracy. Jeśli zaś chodzi o ciebie... Będę mieć sporo na głowie przez następne kilka dni, jeśli mamy się w ogóle podnieść po tej stracie. Nie znajdę dość czasu, by rozdawać pocztę i czytać listy tym, którzy tego nie potrafią.

- Ja mogę je czytać, ale nie znam twego miasteczka wystarczająco dobrze, by móc je rozdawać.

- Nie ma takiej potrzeby. - Selia popchnęła Arlena do przodu. - Ten tu chłopiec, Arlen, zabierze cię do największego sklepu w Ryneczku. Przekaż listy i paczki człowiekowi o imieniu Rusco Wieprz, temu samemu, który weźmie od ciebie sól. Większość mieszkańców zbiegnie się na wieść o dostarczeniu soli, a Rusco należy do tych nielicznych, którzy potrafią czytać i rachować. To stary oszust, będzie pewnie narzekał i domagał się zapłaty, ale powiedz mu, że w chwili potrzeby każdy musi coś od siebie dać. Oświadczysz mu, że albo rozda listy i przeczyta je wszystkim tym, którzy tego nie potrafią, albo ja nie kiwnę nawet palcem, gdy następnym razem ludność miasteczka będzie chciała zarzucić mu pętlę na szyję.

Ragen przyjrzał się uważnie Selii, najpewniej próbując odgadnąć, na ile mówiła poważnie, lecz jej kamienna twarz niczego nie zdradziła. Ponownie skłonił głowę.

- Nie ociągaj się zatem - ponagliła go Selia. - Ruszajcie w drogę i wracajcie, zanim wszyscy zaczną szykować się do powrotu przed wieczorem. Jeśli ty oraz twój Minstrel nie macie ochoty płacić Rusco za pokój, każdy z ludzi, których tu widzisz, z ochotą zaproponuje ci u siebie gościnę.

Popędziła przybyszów raz jeszcze, a potem odwróciła się, by zgromić wzrokiem każdego, kto przerwał pracę, by się na nich gapić.

- Czy zawsze jest taka... władcza? - zapytał Ragen, gdy zmierzali wraz z chłopcem w kierunku Minstrela, który bawił się kukiełkami przed grupką najmłodszych dzieci. Reszta wróciła już do swych obowiązków.

Arlen parsknął.

- Powinieneś usłyszeć, jak rozmawia ze starszymi. Masz szczęście, że uszło ci na sucho nazwanie jej Wyschniętą.

- Graig twierdził, że wszyscy tak na nią mówią.

- Bo to prawda - zgodził się Arlen. - Ale nie prosto w twarz, chyba że mają ochotę igrać z ogniem. Każdy aż podskakuje ze strachu, gdy Selia otworzy usta.

Ragen zachichotał.

- I pomyśleć, że to tylko stara Córka - zamyślił się. - Tam, skąd pochodzę, tylko Matki oczekują, że wszyscy będą podskakiwać na dźwięk ich głosu.

- Cóż to za różnica?

Posłaniec wzruszył ramionami.

- Nie jestem pewien. Ale tak właśnie wyglądają sprawy w Miln. Dzięki ludziom życie toczy się naprzód, a dzięki Matkom ludzie przychodzą na świat, tak więc to one grają pierwsze skrzypce.

- U nas jest inaczej - odparł Arlen.

- Jak to zwykle bywa w małych miasteczkach. Nie mieszka tu przecież zbyt wielu ludzi. Ale Wolne Miasta różnią się od siebie. Poza Miln w żadnym innym kobiety nie mają zbyt wiele do powiedzenia.

- Głupie to.

- W istocie.

Ragen nagle się zatrzymał i wręczył chłopcu wodze.

- Poczekaj no chwilę - powiedział i ruszył w kierunku Minstrela. Obaj mężczyźni odeszli na stronę, a ich krótka rozmowa błyskawicznie przerodziła się w cichą kłótnię. Arlen obserwował, jak twarz Minstrela ponownie ulega przemianom. Najpierw pojawił się na niej gniew, potem rozdrażnienie, a w końcu zrezygnowanie, gdy ostatecznie ustąpił argumentom Posłańca, którego oblicze przez cały czas pozostawało niewzruszone.

Nie spuszczając oczu z Minstrela, Posłaniec uniósł rękę i przywołał gestem chłopaka. Arlen podszedł do nich, prowadząc konia.

- ...i gdzieś to mam, jaki jesteś zmęczony - ciągnął Ragen chrypliwym szeptem. - Tych ludzi czeka ogrom pracy i jeśli będzie trzeba tańczyć i żonglować przez całe popołudnie, by zająć czymś ich dzieciaki, to lepiej się do tego przyłóż. No, rozpogódź się i do roboty!

Z tymi słowami wyrwał wodze z rąk chłopca i rzucił nimi w Minstrela.

Arlen dostrzegł w jego twarzy zarówno oburzenie, jak i strach. Jednakże w tej samej sekundzie, gdy Minstrel uświadomił sobie, że jest obserwowany, chmury zniknęły z jego oblicza. Nagle wyglądał jak ten sam uśmiechnięty jegomość, który tańcował dla dzieci.

Ragen zaprowadził chłopca do wozu. Wspięli się na kozioł, Posłaniec strzelił lejcami i podskakując na wybojach, ruszyli w kierunku głównego traktu.

- O co się kłóciliście? - zapytał Arlen.

Ragen przyglądał mu się przez chwilę, a potem wzruszył ramionami.

- Keerin nigdy wcześniej nie wyjechał tak daleko z miasta - odparł. - Miał w sobie sporo śmiałości, gdy podróżowaliśmy w grupie i mógł spać na wozie pod plandeką, ale gdy rozstaliśmy się z naszą karawaną w Angiers, nagle stracił rezon. Trzęsie portkami ze strachu przed otchłańcami, a to nie czyni go dobrym towarzyszem.

- Nie byłbym tego tak pewnym. - Chłopiec odwrócił się, by zerknąć na Minstrela, który właśnie wykonywał gwiazdy i salta.

- Każdy Minstrel ma w zanadrzu jakieś aktorskie sztuczki. Czasem tak dobrze udają, że są kimś innym, iż sami zaczynają w to wierzyć - wyjaśnił Ragen. - Keerin udawał odważnego. Gildia poddała go próbom, by sprawdzić, czy sprosta trudom podróży. Przeszedł je, ale tak naprawdę nigdy nie wiesz, jak ktoś będzie się zachowywać po dwóch tygodniach spania pod gołym niebem, póki sam tego nie sprawdzisz.

- Jak tobie się to udaje? Tata mówi, że kreśląc runy w pyle drogi, człowiek sam szuka kłopotów.

- Twój tata ma rację. Zerknij no do skrytki pod stopami.

Chłopiec wykonał polecenie i wyciągnął sporą torbę z miękkiej skóry. W środku znalazł węźlastą linę, w którą wpleciono pomalowane drewniane płytki większe od jego dłoni. Oczy rozszerzyły mu się, gdy ujrzał wycięte w drewnie runy.

Natychmiast zrozumiał, co trzyma w rękach - przenośny krąg osłony runicznej, wystarczająco duży, by otoczyć cały wóz i objąć jeszcze sporo przestrzeni dookoła.

- Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem - powiedział półgłosem.

- Niełatwo je wykonać. Większość z nas spędza cały okres terminowania na doskonaleniu tej sztuki. Przez te runy nie przedostanie się ani wiatr, ani deszcz, ale i tak daleko im do domostwa z runami wyrysowanymi na ścianach i drzwiach. Widziałeś kiedyś otchłańca na własne oczy, chłopcze? - zapytał Ragen, patrząc twardo na Arlena. - Widziałeś kiedyś, jak zamierza się na ciebie, a ty nie masz dokąd uciec ani za czym się schować, nie licząc niewidocznej magicznej osłony? - Pokręcił głową. - Może jestem zbyt surowy dla Keerina. Przeszedł przecież przez wszystkie próby. Trochę powrzeszczał, ale należało się tego spodziewać. Spanie na otwartej przestrzeni noc w noc to co innego. To ciężkie przeżycie dla tych mężczyzn, którzy nigdy nie przestają się martwić, że jakiś zbłąkany liść zakryje run, a wtedy...

Niespodziewanie syknął głośno i zamierzył się na Arlena, zakrzywiając palce niczym szpony. Zachichotał, gdy młodzik aż podskoczył.

Chłopiec przesuwał kciukiem po gładkiej, malowanej powierzchni każdego runu. Wyczuwał ich moc. Rozmieszczono je co stopę, podobnie jak czyniono na ścianach domów. Naliczył ich ponad czterdzieści.

- Czy demon wiatru mógłby wlecieć w tak wielkie koło? - zapytał. - Tata stawia słupy, by nie lądowały na naszych polach.

Mężczyzna spojrzał na niego odrobinę zaskoczony.

- Twój tata najprawdopodobniej traci czas. Demony wiatru świetnie latają, ale żeby wzbić się w powietrze, muszą wziąć porządny rozpęd albo wspiąć się wysoko i zeskoczyć. Na polu kukurydzy ani jedno, ani drugie nie jest możliwe, tak więc nie będą się kwapić do lądowania, chyba że dostrzegą coś wyjątkowo kuszącego. Na przykład małego chłopca, który na złość rodzicom śpi sobie w zbożu.

Spojrzał na Arlena w ten sam sposób, w jaki czynił to Jeph, kiedy przypominał synowi o niebezpieczeństwie grożącym ze strony otchłańców. Zupełnie jak gdyby chłopiec kiedykolwiek o tym zapomniał.

- Demony wiatru nie są zbyt zwrotne - ciągnął Ragen. - Co więcej, rozpiętość skrzydeł większości z nich przekracza średnicę okręgu. Całkiem możliwe, że któryś mógłby wylądować w środku, ale nigdy tego nie widziałem. A gdyby się na to zdecydował, cóż...

Wskazał długą, masywną włócznię leżącą tuż obok niego.

- Można zabić otchłańca taką bronią? - zapytał Arlen.

- Pewnie nie. Słyszałem jednak, że można je ogłuszyć, przygważdżając do osłony runicznej. - Posłaniec zachichotał. - Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał tego sprawdzać.

Arlen popatrzył na niego szeroko otwartymi oczyma. Ragen odwzajemnił spojrzenie, a jego twarz naraz stała się poważna.

- Bycie Posłańcem to niebezpieczne zajęcie, młodzieńcze - stwierdził.

Chłopiec przez dłuższą chwilę nie spuszczał z niego wzroku.

- Opłaciłoby się jednak, choćby tylko po to, by zobaczyć Wolne Miasta - zawyrokował w końcu. - Powiedz mi prawdę: jak wygląda Fort Miln?

- To najbogatsze i najpiękniejsze miasto na świecie. - Ragen podciągnął rękaw koszuli kolczej, odsłaniając tatuaż na przedramieniu, który przedstawiał mrowie zabudowań między dwiema górami. - Kopalnie księcia Miln obfitują w sól, metale oraz węgiel. Mury i dachy miasta są pokryte tak gęstą siecią runów, że te na ścianach domów rzadko się w ogóle sprawdza. Gdy zaś słońce rozświetla miejskie obwarowania, nawet te wysokie szczyty mogłyby im pozazdrościć piękna.

- Nigdy nie widziałem gór - oznajmił zachwycony Arlen, wodząc palcem po tatuażu. - Mój tata twierdzi, że to tylko wielkie wzgórza.

- Widzisz tamto? - Ragen wskazał na północ od drogi.

- To Pagórek Bogginów. Widać stamtąd cały Potok.

- Wiesz, ile to sto, Arlenie? - zapytał.

Chłopiec skinął głową.

- Dziesięć razy tyle, co palców u rąk.

- Cóż, zatem nawet mała góra będzie większa od stu Pagórków Bogginów ułożonych jeden na drugim, a góry wokół Miln do małych nie należą.

Oczy Arlena rozszerzyły się, gdy spróbował wyobrazić sobie taki rozmiar.

- Przecież one muszą dotykać nieba!

- Niektóre są jeszcze wyższe - chełpił się Ragen. - Gdy staniesz na ich szczycie, u swych stóp ujrzysz chmury.

- Chciałbym to kiedyś zobaczyć...

- Możesz wstąpić do Gildii Posłańców, gdy dorośniesz.

Arlen pokręcił głową.

- Tata twierdzi, że ludzie, którzy od nas wyjeżdżają, to dezerterzy. Spluwa, gdy o nich mówi.

- Twój tata nie wie, o czym gada, a spluwanie nic tu nie pomoże. Bez Posłańców nawet Wolne Miasta rychło by upadły.

- Myślałem, że Wolne Miasta są bezpieczne - zdziwił się chłopiec.

- Nigdzie nie jest bezpiecznie, Arlenie. Nigdzie nie jest naprawdę bezpiecznie. W Miln mieszka o wiele więcej ludzi niż w Potoku Tibbeta i śmierć przechodzi tam bardziej niezauważenie, ale otchłańce co roku zbierają swe żniwo również i w miastach.

- Ilu ludzi mieszka w Miln? W Potoku Tibbeta mamy dziewięciuset mieszkańców, a Słoneczne Pastwiska w górze drogi są podobno równie wielkim miasteczkiem.

- W Miln mieszka nas ponad trzydzieści tysięcy - z dumą oznajmił Ragen.

Arlen spojrzał na niego całkiem skołowany.

- Tysiąc to dziesięć setek - dodał Posłaniec.

Chłopak zastanawiał się nad tym przez chwilę, a potem pokręcił głową.

- Ale przecież na całym świecie nie ma tylu ludzi!

- Jest ich o wiele więcej. Szeroki świat czeka na wszystkich tych, którzy odważą się stawić czoła nocy.

Arlen nie odpowiedział i przez jakiś czas jechali w milczeniu.

Minęło półtorej godziny, zanim wóz przytelepał się do celu podróży. W centralnej części Potoku Tibbeta, zwanej powszechnie Ryneczkiem, stało kilka tuzinów drewnianych, chronionych runami domów, należących do wszystkich tych, których interes nie zmuszał do pracy w polu lub na plantacjach ryżowych, do łowienia ryb czy wreszcie wycinania drzew. To właśnie w Ryneczku składało się wizyty krawcowi, piekarzowi, kowalowi, bednarzowi i całej reszcie.

W samym środku Ryneczku znajdował się plac, na który rzucał cień największy w Potoku gmach, obszerny skład handlowy. Najchętniej odwiedzano tę jego część, gdzie ustawiono ławy oraz szynkwas. Zaraz za nią znajdował się jeszcze większy magazyn, a pod nimi głęboka piwnica, wypełniona niemalże wszystkim, co w Potoku miało znaczniejszą wartość.

Kuchnię prowadziły córki Wieprza, Dasy oraz Catrin. Za dwa płacidła można było u nich najeść się do syta, choć Silvy i tak nazywała Wieprza starym oszustem, dowodząc, że za tyle samo można kupić surowego ziarna na cały tydzień. Mimo to wielu mężczyzn chętnie płaciło tak wygórowaną cenę za posiłek, choć nie ze względu na jego jakość. Cóż z tego, że Dasy nie uchodziła za atrakcyjną, a Catrin nie grzeszyła zwiewną sylwetką - jak powiadał wujek Cholie, ożenek z którąkolwiek ustawiał chłopa na całe życie.

Wszyscy ludzie w Potoku znosili Wieprzowi swe dobra, obojętne, czy była to kukurydza, mięso, futra czy też płótno, meble lub narzędzia. Handlarz szacował wartość tych towarów, a potem wręczał klientom równowartość w płacidłach, by ci mogli je wydać w jego składzie.

Powszechnie uważano, że Wieprz oferował zaniżone ceny za skupowane przedmioty. Arlen znał się na rachunkach wystarczająco dobrze, by samemu to wiedzieć. W miasteczku grzmiało od kłótni, jakie toczyli z nim sprzedawcy, ale to Wieprz ustalał ceny i transakcje zazwyczaj kończyły się z korzyścią dla niego. Nie istniał w Potoku człowiek, który nie miał własnych powodów, by nienawidzić Wieprza, ale z drugiej strony wszyscy go potrzebowali i woleli otwierać przed nim drzwi, aniżeli pluć mu pod nogi.

Choć mieszkańcy Potoku harowali w pocie czoła, rzadko kiedy udawało im się zaspokoić wszystkie swe potrzeby. Jednakże policzki Wieprza i jego córek zawsze były rumiane, ich brzuchy nieodmiennie pękate, a ubrania czyste i nieznoszone. Arlen, dla odmiany, musiał zawijać się w koc za każdym razem, gdy matka zabierała jego spodnie do prania.

Ragen przywiązał muły przed składem i razem z chłopcem weszli do środka. W traktierni świeciło pustkami. Zwykle pachniało tu smażonym boczkiem, ale tym razem z kuchni nie docierały żadne aromaty.

Arlen wyprzedził Posłańca i podbiegł do szynkwasu. Rusco ustawił tam niewielki brązowy dzwonek, który przywiózł ze sobą z Wolnych Miast. Chłopiec wprost go uwielbiał - z rozmachem spuścił nań swą dłoń i wyszczerzył zęby, gdy rozległ się czysty dźwięk.

Z zaplecza dobiegł jakiś rumor i już po chwili spomiędzy zasłon dzielących salę od kuchni wyłonił się Rusco, potężny mężczyzna, który pomimo szóstego krzyżyka nadal trzymał plecy prosto i zachował wiele krzepy. Ostatnio bardzo jednak utył, a stalowoszare włosy cofnęły się jeszcze dalej od silnie zarysowanego czoła. Miał na sobie lekkie spodnie, skórzane trzewiki oraz białą koszulę bawełnianą z podwiniętymi do połowy rękawami, odsłaniającymi grube przedramiona. Jego fartuch jak zwykle był nieskazitelnie czysty.

- Arlen Bales - powiedział z cierpliwym uśmiechem na widok chłopca. - Przyszedłeś, by pobawić się dzwonkiem, czy masz może jakąś sprawę?

- Ja mam sprawę. - Ragen podszedł do szynkwasu. - To ty jesteś Rusco Wieprz?

- Wystarczy Rusco - odparł właściciel składu. - Miejscowi przezywają mnie Wieprzem, choć żaden nie ma dość odwagi, by się tak do mnie zwrócić. Nie potrafią zdzierżyć, że komuś się powodzi.

- To już drugi raz... - szepnął z zadumą Ragen.

- Co rzekliście, panie?

- Dziennik podróżny Graiga już dwukrotnie wyprowadził mnie na manowce. Dziś rano nazwałem Selię Wyschniętą.

- Ha! - zaśmiał się Rusco. - Naprawdę? No, to ci numer. Wreszcie coś, za co warto postawić kufelek. Jak brzmi wasze imię, panie?

- Ragen. - Posłaniec odłożył ciężką sakwę, siadając przy kontuarze. Wieprz zdjął z haka drewniany kufel i podstawił go pod kurek w baryłce. Nalewał gęstego piwa o barwie miodu, aż nad brzegami naczynia uformowała się biała czapa piany, a potem nalał również sobie. W końcu zerknął na Arlena i napełnił mniejszy kufelek.

- Weź to do któregoś ze stołów i pozwól starszym porozmawiać w spokoju - zwrócił się do chłopca. - A jeśli wiesz, co dla ciebie miłe, lepiej nie wspominaj mamie, że cię poczęstowałem.

Rozpromieniony Arlen umknął ze zdobyczą, zanim Rusco zdążył się rozmyślić. Kilka razy smakował piwa z kufla ojca podczas rozmaitych świąt, ale nigdy wcześniej nie dostał własnego. Zasiadłszy w kąciku, skupił się na podsłuchiwaniu rozmowy.

- Już miałem obawy, że nikt do nas nie przybędzie - rzekł Rusco.

- Zeszłej jesieni Graiga złapało przeziębienie, tuż przed wyjazdem w wasze okolice - tłumaczył Ragen, co chwila łapczywie pociągając z kufla łyk. - Zielarz nakazał mu odłożyć wyprawę, dopóki nie wydobrzeje, ale nadeszła zima, a jego stan tylko się pogarszał. Przed śmiercią poprosił mnie, bym przybył tu za niego, nim gildia znajdzie innego Posłańca. Tak czy owak, zmierzałem z karawaną soli do Angiers, więc włączyłem w jej skład dodatkowy wóz i po drodze odbiłem tutaj. Następnie chcę się udać z powrotem na północ.

Rusco napełnił opróżniony już kufel gościa.

- Za Graiga! - zawołał. - Zacny był z niego Posłaniec, a targować się potrafił jak mało kto.

Ragen skinął głową. Obaj mężczyźni stuknęli się kuflami i wychylili ich zawartość.

- Jeszcze jeden? - zapytał Rusco, gdy jego rozmówca z impetem odstawił puste naczynie na blat.

- Graig napisał w dzienniku, że ty też targujesz się jak mało kto. I że w pierwszej kolejności spróbujesz mnie upić.

Handlarz zachichotał i odkręcił kurek w baryłce.

- Kiedy już ubijemy interes, nie będę musiał niczego więcej ci stawiać. - Pchnął po ladzie piwo ze świeżą pianką.

- Będziesz musiał, jeśli chcesz, by twoja poczta dotarła do Miln - odparł Ragen z grymasem na twarzy, ale ujął kufel za ucho.

- Widzę, że próbujesz dorównać Graigowi w uporze - zaburczał Rusco i dolał również sobie. - No - rzucił, gdy uformowała się pianka. - W końcu obaj możemy dobijać targu po pijanemu.

Ze śmiechem stuknęli się naczyniami.

- Cóż słychać w Wolnych Miastach? - zapytał handlarz. - Krasjanie nadal próbują się powybijać?

Posłaniec wzruszył ramionami.

- Wszystko na to wskazuje. Przestałem jeździć do Krasji parę lat temu, kiedy się ożeniłem. Zbyt daleko, zbyt niebezpiecznie.

- Czyli to, że każą swym kobietom chodzić zakutanym w koce, nie miało nic wspólnego z twoją decyzją?

- Na pewno częściowo na nią wpłynęło. - Ragen wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Ale najbardziej zniechęciło mnie ich zdanie na temat wszystkich ludzi z Północy, nawet Posłańców. Uważają nas za tchórzy tylko dlatego, że nie usiłujemy się powyrzynać każdej nocy.

- Może gdyby bardziej dbali o swe kobiety, mieliby mniejszą ochotę na te bezsensowne utarczki - zamyślił się Rusco. - A co z Angiers i Miln? Książęta nadal drą koty?

- Jak zwykle. Euchor potrzebuje drewna z Angiers, by napędzać swe rafinerie, oraz tamtejszego zboża, by wyżywić poddanych. Rhinebeck jest zaś uzależniony od dostaw metalu i soli z Miln. Muszą handlować, jeśli chcą przetrwać, ale zamiast ułatwić sobie współpracę, bez ustanku próbują się wzajemnie wyzyskać, zwłaszcza gdy jakiś ładunek przepadnie w drodze z powodu ataku otchłańców. Zeszłego lata demony napadły na karawanę wiozącą stal i sól. Wymordowały woźniców, ale większość ładunku pozostała nietknięta. Przywłaszczył go sobie Rhinebeck i odmówił zapłaty, powołując się na przywilej znalazcy.

- Książę Euchor zapewne nie posiadał się ze złości - stwierdził Rusco.

- W rzeczy samej. Osobiście przekazałem mu te wieści. Spurpurowiał i zaprzysiągł, że Angiers nie ujrzy ani uncji soli, dopóki Rhinebeck nie zapłaci.

- I zapłacił? - Handlarz pochylił się, pochłonięty opowieścią.

Ragen pokręcił głową.

- Przez kilka miesięcy obaj książęta robili wszystko, co w ich mocy, żeby zagłodzić swych poddanych. Zapłaciła w końcu Gildia Kupiecka, chcąc wywieźć towary przed nadejściem zimy, nim te zgniją w magazynach. Rhinebeck nie kryje gniewu za to, że ustąpili Euchorowi, ale przynajmniej zdołał uratować twarz, a wymiana handlowa nadal trwa, co jest najważniejsze dla każdego człowieka z wyjątkiem tych dwóch wściekłych psów.

- Byłoby mądrze zważać na słowa, kiedy mówisz o książętach - ostrzegł Rusco. - Nawet tak daleko od domu.

- A kto im doniesie? Ty? Chłopak? - Ragen skinął w stronę Arlena. Obaj mężczyźni wybuchli śmiechem. - A teraz muszę jeszcze przekazać Euchorowi wieści o Rzeczułce, co dodatkowo pogorszy całą sytuację.

- Graniczne miasteczko Miln. Ledwie dzień drogi od Angiers. Mam tam swe kontakty.

- Raczej miałeś - oznajmił dobitnie Posłaniec i na chwilę zamilkł. - Dość już złych wieści - dokończył wreszcie. Podrzucił ciężką sakwę i położył ją na ladzie. Rusco przyjrzał jej się podejrzliwie.

- Nie wygląda mi to na sól. Wątpię też, bym oczekiwał aż tylu listów.

- Dla ciebie jest ich sześć oraz równy tuzin paczek. - Ragen podał Wieprzowi zwitek papieru. - Znajdziesz je na tej liście wraz z innymi listami z sakwy i paczkami z wozu, które należy rozdać. Przekazałem Selii kopię - ostrzegł.

- A na co mi ta lista czy twój wór z pocztą?

- Mówczyni jest zajęta. Nie znajdzie dość czasu, by rozdać listy i odczytać je tym, którzy tego nie potrafią, tak więc zgłosiła ciebie na ochotnika.

- Czyli mój cenny czas, który poświęcam na prowadzenie interesu, mam teraz przeznaczyć na czytanie jakichś epistoł mieszkańcom miasta? Jak zostanie mi to zrekompensowane?

- A satysfakcja z dobrego uczynku nie wystarczy? Sąsiedzi będą ci wdzięczni.

- Nie przybyłem do Potoku Tibbeta, by zawierać przyjaźnie - parsknął Rusco. - Jestem człowiekiem interesu, a interesów mam w tym mieście aż nadto.

- Czyżby?

- Mam, a co? Do stu otchłańców, zanim tu przyjechałem, miejscowi znali jedynie handel wymienny. Żadnej innej formy handlu, tylko to! Handel wymienny! - wymówił te słowa tak, że zabrzmiały niczym obelga, a potem splunął na podłogę. - Gromadzili owoce pracy na rynku Dnia Siódmego i wykłócali się, ile fasolek kosztuje kolba kukurydzy bądź też ile ryżu trzeba dać bednarzowi za zrobienie beczki na tenże ryż właśnie. A jeśli nie udało ci się kupić wszystkiego, czego potrzebowałeś, trzeba było czekać do następnego Dnia Siódmego lub chodzić od drzwi do drzwi i pytać. Teraz każdy może tu przyjść, obojętnie jakiego dnia, o dowolnej porze od wschodu do zachodu słońca, i za płacidła dostać wszystko, czego sobie zażyczy.

- Witaj, zbawco nas wszystkich! - zawołał Ragen kpiarskim tonem. - Oczywiście niczego nie żądasz w zamian za swe cudowne dokonania?

- Niczego poza należytym przychodem - odrzekł Rusco z krzywym uśmiechem.

- Jak często wieśniacy próbują cię powiesić za oszustwa?

Handlarz zwęził oczy.

- Zbyt często, zważywszy na fakt, że połowa z nich ledwie potrafi zliczyć paluchy u rąk, a reszta szczyci się umiejętnością dodawania do nich tych u stóp.

- Selia prosiła, bym ci przekazał, że kiedy znów wpadną na ten pomysł, będziesz musiał radzić sobie sam. - Głos Ragena niespodziewanie stwardniał. - Chyba że wykonasz swą część zadania. Widzisz, katusze, jakie czekają cię podczas czytania listów, wciąż nijak się mają do cierpień po przeciwnej stronie miasteczka.

Rusco zmarszczył brwi, ale chwycił listę i zataszczył ciężką torbę do spiżarni.

- Sprawy naprawdę mają się tak kiepsko? - zapytał po powrocie.

- Naprawdę. Jak dotąd dwudziestu siedmiu zabitych, ale los kilku jest wciąż niejasny.

- Stwórco! - jęknął Rusco, kreśląc w powietrzu run ochronny. - Myślałem, że w najgorszym razie zabiły jakąś rodzinę, a tu...

- Dobrze by było.

I znów przez moment milczeli jak przystało, a potem spojrzeli po sobie.

- Przywiozłeś roczny przydział soli? - zapytał handlarz.

- A masz zapas ryżu dla księcia?

- Leżał całą zimę w magazynie. Nie moja wina, że przyjechałeś dopiero teraz.

Tym razem to oczy Ragena się zwęziły.

- Och, przecież wszystko z nim w porządku! - zawołał Rusco, unosząc dłonie, jakby prosił o litość. - Trzymałem cały zapas w suchym, zapieczętowanym pomieszczeniu, a w moich piwnicach nie ma szczurów.

- Oczywiście rozumiesz, że będę musiał to sprawdzić?

- Jasne, jasne jak słońce. Arlen, dawaj no lampę! - Wskazał chłopcu kąt za barem.

Arlen skwapliwie pochwycił latarnię, zapalił knot i z namaszczeniem opuścił szklaną osłonkę. Nigdy dotąd nie pozwolono mu wziąć do ręki niczego szklanego. Szkło było chłodniejsze, niż się tego spodziewał, ale szybko przejmowało temperaturę od liżącego je płomyka.

- Poświecisz nam w piwnicy - polecił Rusco.

Chłopiec usiłował ukryć podniecenie. Zawsze marzył, by ujrzeć, co się kryje pod traktiernią. Mówiono, że gdyby wszyscy ludzie w Potoku ułożyli cały swój dobytek w jeden stos, licho by on wyglądał przy cudach piwnicy Wieprza.

Patrzył, jak Rusco pociąga za żelazny pierścień klapy w podłodze, odsłaniając szerokie zejście. Na wypadek gdyby handlarz zmienił zdanie, Arlen w okamgnieniu znalazł się przy krawędzi otworu. Zbiegł na dół po trzeszczących stopniach, unosząc wysoko latarnię, by oświetlić sobie drogę. Światło opromieniło setki skrzyń i baryłek, ustawionych w równe rzędy, które niknęły daleko w mroku. Podłogę wykonano z drewna, by uniemożliwić demonom przebicie się do piwnicy bezpośrednio z Otchłani, ale na biegnących wzdłuż ścian półkach znajdowało się kilka runów ochronnych. Stary Wieprz czujnie strzegł swych skarbów.

Tymczasem Rusco prowadził gości przez labirynt skrzyń, aż dotarli do zapieczętowanych beczek po drugiej stronie piwnicy.

- Wyglądają na nietknięte - oznajmił Ragen, sprawdzając drewno. Zastanawiał się przez chwilę, a potem wybrał losowo: - Ta!

Rusco burknął i wytoczył wskazaną beczkę. Choć czasem ludzie nazywali jego pracę łatwą, jego ramiona były równie twarde i szerokie, jak każdego, kto co rano chwytał za topór bądź kosę. Handlarz złamał pieczęć i odbił pokrywę, a następnie nabrał ryżu do płytkiego rondla i podał go Ragenowi.

- Porządny ryż z Mokradeł - powiedział. - Ani śladu robaków, ani śladu gnicia. Za taki ryż dostaniesz dobrą cenę w Miln, zwłaszcza po tak długim oczekiwaniu.

Posłaniec parsknął, kiwając głową. Rusco na powrót zamknął beczkę i wrócili na górę.

Sprzeczali się jeszcze jakiś czas co do tego, ile baryłek ryżu warte są ciężkie worki soli na wozie. Gdy targi dobiegły końca, żaden z nich nie wyglądał na szczególnie zadowolonego, ale w końcu uścisnęli sobie dłonie, pieczętując umowę.

Rusco wezwał córki i wszyscy udali się do wozu, by rozpocząć rozładunek. Arlen próbował unieść jeden z worków, ale zorientował się poniewczasie, że jest na to za słaby. Upadł, upuszczając go na ziemię.

- Uważaj! - ofuknęła chłopca Dasy i pacnęła go w tył głowy.

- Skoro nie dajesz sobie rady, chwytaj za drzwi - warknęła Catrin. Sama zarzuciła sobie jeden worek na plecy, a drugi chwyciła pod tłustą pachę. Arlen pozbierał się i podbiegł do drzwi, by je przytrzymać dla córki właściciela składu.

- Leć do Ferda Młynarza i powiedz mu, że damy pięć... nie, lepiej cztery płacidła za każdy przemielony worek - przykazał Wieprz chłopakowi. Niemalże wszyscy ludzie w Potoku w ten czy inny sposób pracowali dla Wieprza, ale wśród nich prym wiedli mieszkańcy Ryneczku. - Pięć, jeśli zapakuje sól w beczki ryżu, aby nie nabrała wilgoci.

- Ferd pojechał do Osady przy Borach - wyjaśnił Arlen. - Prawie wszyscy tam są.

Rusco burknął coś pod nosem, ale nie odpowiedział. Wkrótce na wozie pozostało już tylko kilka skrzyń i worków, które nie zawierały soli. Córki Wieprza w milczeniu obrzucały je chciwymi spojrzeniami.

- Wyniesiemy ryż dziś w nocy i przetrzymamy na zapleczu do chwili, gdy będziesz gotów ruszyć w drogę powrotną do Miln - rzekł Wieprz, kiedy ostatni worek zniknął na tyłach składu.

- Dziękuję. - Ragen skinął głową.

- A zatem książęce interesy zostały załatwione? - Handlarz wyszczerzył zęby w uśmiechu, zerkając na resztę ładunku na wozie.

- Tak, książęce interesy załatwione. - Posłaniec odpowiedział podobnym uśmiechem. Arlen miał nadzieję, że zanim zaczną się znów targować, poczęstują go kolejnym piwem. Wypity kufelek sprawił bowiem, że czuł się osobliwie rozluźniony i oszołomiony, zupełnie jak gdyby złapał przeziębienie, ale bez kaszlu, kataru i boleści. Przypadł mu do gustu ten stan i miał ochotę doznać go raz jeszcze.

Pomógł w rozładunku pozostałych przedmiotów. Catrin przyniosła tacę z pajdami chleba suto obłożonymi mięsem, zaś Arlen otrzymał wymarzony kufelek do popicia. Co więcej, stary Wieprz oświadczył, że za jego pomoc zapisze mu dwa płacidła w swej księdze.

- Nie powiem twoim rodzicom - dodał. - Ale jeśli wydasz wszystko na piwo, a oni cię na tym przyłapią, odpracujesz wszystkie żale, którymi uraczy mnie twoja matka.

Arlen pokiwał głową z zapałem. Nigdy dotąd nie miał żadnych płacideł do wydania w składzie.

Po posiłku Rusco zaprowadził Ragena do szynkwasu i zaczęli otwierać przywiezione przez Posłańca skrzynie oraz worki. Oczy chłopaka aż błyszczały na widok każdego z wydobytych skarbów. Ujrzał bele najwspanialszego materiału, jaki kiedykolwiek widział, metalowe narzędzia i szpile, wyroby ceramiczne oraz egzotyczne przyprawy. Znalazło się nawet kilka filiżanek z błyszczącego szkła.

Wieprz jednakże wydawał się mniej zachwycony.

- Graig przywiózł o wiele okazalszy towar w zeszłym roku - oświadczył. - Dam ci... Dam ci sto płacideł za całość.

Arlen rozdziawił usta w zdumieniu. Sto płacideł! Posłaniec mógłby kupić za to połowę Potoku!

Na Ragenie najwyraźniej ta suma nie zrobiła wrażenia. Jego oczy nagle zalśniły, a pięść uderzyła w stół. Dasy i Catrin ze strachu przerwały zmywanie.

- Ażebyś przepadł w samej Otchłani z tymi twoimi płacidłami! - warknął Posłaniec. - Nie jestem jednym z miejscowych matołków i dobrze ci radzę, nie myl mnie z nimi, chyba że chcesz, by Gildia dowiedziała się o twoich krętactwach.

- Nie bierz sobie tego do serca! - zaśmiał się Rusco, unosząc dłonie w pojednawczym geście. - Musiałem spróbować, sam rozumiesz. Nadal tak bardzo lubią złoto w Miln? - zapytał z przebiegłym uśmieszkiem.

- Jak wszędzie indziej - odparł Ragen. Czoło nadal miał zmarszczone, ale gniew opuścił już jego głos.

- Wszędzie, tylko nie tu. - Handlarz zniknął za zasłoną, zza której po chwili dobiegły szuranie i rumor gorączkowych poszukiwań. - Tutaj wszystko, co nie nadaje się do zjedzenia, ubrania, wymalowania runów bądź wykorzystania w polu, nie jest wiele warte - ciągnął podniesionym głosem.

Wrócił po chwili z wielkim płóciennym workiem, który zabrzęczał rzucony na kontuar.

- Miejscowi zapomnieli, że to złoto napędza nasz świat. - Rusco sięgnął w głąb worka i wyciągnął dwa ciężkie żółte krążki, którymi pomachał przed oczyma Ragena. - Dzieciaki młynarza uznały te tutaj za swoje zabawki. Zabawki! Myślały, że wyświadczam im przysługę, gdy zaproponowałem wymienić je na grę rzeźbioną w drewnie, którą miałem na zapleczu. Ferd nawet przyszedł następnego dnia, by osobiście mi podziękować!

Po tych słowach wybuchł donośnym śmiechem. Arlen miał wrażenie, że powinien poczuć się tym urażony, ale nie miał pewności, z jakiego powodu. Wiele razy grał w grę dzieci pana Ferda i wydawała mu się ona o wiele cenniejsza od dwóch metalowych krążków, obojętnie jak bardzo lśniących.

- Te dwa słońca nie wystarczą, by zapłacić za mój towar - rzekł Ragen.

- Nie martw się. - Rusco z uśmiechem rozwiązał worek. Wypadły z niego kolejne krążki, a także łańcuchy, pierścienie i sznurki z ponawlekanymi migoczącymi kamykami. Arlen uznał, że są bardzo piękne, ale widok oczu Ragena, naraz wybałuszonych i błyszczących pożądliwością, zaskoczył go co niemiara.

Dorośli znów powrócili do targów. Posłaniec co rusz unosił kamienie i oglądał je pod światło lub nagryzał monety, a Rusco obmacywał płótno i smakował przyprawy. Arlen, któremu kręciło się już w głowie od wypitego piwa, obserwował to zamglonym wzrokiem. Catrin donosiła przekomarzającym się mężczyznom kufel za kuflem, ale nic nie wskazywało, by którykolwiek z nich doświadczał tego samego stanu co chłopiec.

- Dwieście dwadzieścia złotych słońc, dwa srebrne księżyce, ten łańcuch i trzy srebrne pierścienie - rzekł w końcu Rusco. - I ani miedzianego promyka więcej.

- Nic dziwnego, że osiadłeś w tym grajdole - warknął Ragen. - Pewnie wygonili cię z miasta za twoje szachrajstwa.

- Zniewagami się nie wzbogacisz - odparł Wieprz, przeświadczony, że zdobył nad przeciwnikiem przewagę.

- Nie o swoje bogactwo tu walczę. Po odliczeniu kosztów podróży wszystkie pieniądze, co do ostatniego promyka, trafią do wdowy po Graigu.

- Ach, Jenya... - Rusco na chwilę się zadumał. - Swego czasu pisała listy w imieniu ludzi z Miln, którzy nigdy nie posiedli tej umiejętności, jak choćby mój durny bratanek. Co się z nią stanie?

Ragen pokręcił głową.

- Gildia nie wypłaciła odszkodowania za śmierć Graiga, ponieważ biedak zmarł w domu. Co więcej, Jenya nie jest Matką, więc mało która praca się dla niej nadaje.

- Przykro mi to słyszeć.

- Graig, choć sam nigdy bogaczem nie był, zostawił żonie trochę pieniędzy. Gildia zaś nadal płaci jej za pisanie listów. Razem z zyskiem z tej wyprawy będzie miała z czego się utrzymać przynajmniej przez jakiś czas. Jest jednakże młoda i pieniądze kiedyś jej się skończą, chyba że wyjdzie znów za mąż lub znajdzie lepszą pracę.

- A co wtedy?

Ragen wzruszył ramionami.

- Znalezienie nowego męża będzie dla niej problemem, ponieważ raz już mężatką była i nie urodziła ani jednego dziecka. Wraz z moimi braćmi z gildii poprzysięgliśmy, że nie dopuścimy, by została żebraczką. Kiedy znajdzie się w naprawdę trudnej sytuacji, jeden z nas weźmie ją na służącą.

Rusco pokręcił głową.

- Tak czy owak, żyć wśród kupców i nagle zostać czyimś sługą... Co za upadek.

Sięgnął w głąb znacznie chudszej już sakwy i wyciągnął pierścień z przejrzystym, migotliwym kamieniem.

- Dopilnuj, by to otrzymała.

Ragen sięgnął po pierścień, ale handlarz nagle cofnął rękę.

- Chcę, by potwierdziła na papierze, że to dostała. Znam jej charakter pisma. Bez urazy - dodał szybko na widok spojrzenia Ragena.

Posłaniec uśmiechnął się.

- Jakże mógłbym żywić urazę wobec twej hojności? Za taki pierścień będzie miała co jeść przez długie miesiące.

- Cóż, chyba tak - mruknął Wieprz, patrząc na resztki swego majątku. - Nie wygadaj się przed miejscowymi, bo utracę reputację szachraja.

- Twój sekret jest u mnie bezpieczny - roześmiał się Ragen.

- A może chciałbyś jeszcze coś zarobić?

- Cóż znowu?

- Nasze listy miały trafić do Miln sześć miesięcy temu. Zatrzymaj się u nas na parę dni, daj nam czas na napisanie nowych. Wielu ludziom pewnie trzeba będzie w tym pomóc. Wynagrodzę ci zwłokę. Nie licz na więcej złota, ale Jenyi przyda się pewno baryłka ryżu czy trochę wędzonej ryby.

- Bez wątpienia.

- Znalazłbym również pracę dla Minstrela - dodał Rusco. - Z pewnością może liczyć na większe zainteresowanie tu, w Ryneczku, niż w samotnych gospodarstwach.

- Zgoda. Keerin będzie jednakże żądał zapłaty w złocie.

Wieprz skrzywił się, a Posłaniec zachichotał.

- Musiałem spróbować, sam rozumiesz. Niech więc będzie zapłata w srebrze.

Rusco pokiwał głową.

- Policzę jednego księżyca za wstęp od osoby, z czego ja zatrzymam jedną gwiazdę, a on trzy pozostałe - zaproponował.

- Czy nie mówiłeś wcześniej, że miejscowi nie mają pieniędzy?

- Większość nie ma. Sprzedam im księżyce za... powiedzmy, pięć płacideł sztuka.

- A zatem Rusco Wieprz znalazł już sposób, by zarobić dwa razy na jednej umowie? - zapytał Ragen.

Handlarz uśmiechnął się tylko.

Arlen był niezwykle podekscytowany podczas drogi powrotnej, ponieważ stary Wieprz obiecał, że pozwoli mu obejrzeć występ Minstrela za darmo. Chłopiec musiał jednak dopilnować, by rozniosły się wieści o przedstawieniu na Ryneczku, które zaplanowano na południe następnego dnia. Wstęp kosztował pięć płacideł lub srebrnego milneńskiego księżyca. Arlen nie miał zbyt wiele czasu - wiedział, że zaraz po powrocie rodzice zaczną się szykować do drogi, ale był pewien, że zdąży rozpuścić plotkę, zanim wciągną go na wóz.

- Opowiedz mi o Wolnych Miastach - poprosił, gdy jechali w stronę Osady. - Ile z nich widziałeś?

- Pięć - odparł Posłaniec. - Miln, Angiers, Lakton, Rizon oraz Krasję. Być może istnieją inne za górami bądź pustynią, ale nikt ze znanych mi ludzi nigdy tam nie zawędrował.

- Jak wyglądają?

- Fort Angiers, leśna forteca, leży na południe od Miln, za Rzeką Graniczną. Angiers dostarcza drewna pozostałym miastom. Dalej na południe rozciąga się wielkie jezioro, na którego wodach wzniesiono Lakton.

- Czy jezioro to coś w rodzaju stawu?

- Jezioro ma się do stawu tak jak góra do wzgórza - wyjaśnił Ragen i dał chłopcu chwilę na przetrawienie myśli. - Żyjąc na wodzie, Laktończycy nie muszą się obawiać ognistych, drzewnych i skalnych demonów. Przed wichrowymi demonami chroni ich sieć runów, zaś w sztuce obrony przeciw demonom wody nie mają sobie równych. To naród rybaków i byt tysięcy ludzi w południowych miastach zależy od ich połowów. Na zachód od Lakton - ciągnął Posłaniec - znajduje się Fort Rizon, który jednak trudno nazywać fortem, gdyż w zasadzie można przeskoczyć jego mury. Niemniej osłania on największe gospodarstwa, jakie kiedykolwiek widziałeś. Bez Rizon mieszkańcom pozostałych Wolnych Miast groziłaby śmierć głodowa.

- A Krasja?

- Jak dotąd odwiedziłem Krasję tylko raz. Krasjanie niechętnie przyjmują gości, a dotarcie do nich zabiera całe tygodnie wędrówki przez pustynię.

- Przez pustynię?

- Przez piaski - wytłumaczył Ragen. - Przez piaski, które ciągną się całe mile we wszystkich kierunkach. Nie ma tam ani wody, ani niczego do jedzenia, próżno też szukać jakiejkolwiek osłony przed palącym słońcem.

- A mimo to mieszkają tam ludzie?

- Och, tak! Krasjanie swego czasu byli liczniejsi nawet od Milneńczyków, ale teraz wymierają.

- Dlaczego?

- Bo walczą z otchłańcami.

Oczy chłopca rozszerzyły się.

- Można walczyć z otchłańcami?

- Można walczyć z każdym przeciwnikiem, Arlenie. Jeśli jednak chodzi o walkę z otchłańcami, problem polega na tym, że najczęściej się przegrywa. Krasjanom udaje się wybić całkiem sporo demonów, ale sami ponoszą jeszcze cięższe straty. Co roku jest coraz mniej Krasjan na świecie.

- Mój tata twierdzi, że otchłaniec zeżre ci duszę, jeśli cię dopadnie.

- Cóż znowu! - Ragen splunął na bok. - Przesądne bzdury.

Byli już nieopodal Osady, kiedy po pokonaniu kolejnego zakrętu Arlen dostrzegł, że coś zwisa z rosnącego przed nimi drzewa.

- Co to takiego? - zapytał, wskazując palcem.

- A niech to noc pochłonie! - zaklął Ragen i zaciął muły, popędzając je do galopu. Pęd pchnął Arlena na kozioł. Chwilę trwało, nim chłopiec odzyskał równowagę, a wtedy ponownie spojrzał na przybliżające się drzewo.

- Wujek Cholie! - wykrzyknął.

Zwisający z gałęzi człowiek wymachiwał nogami i szarpał linę zaciskającą się wokół jego szyi.

- Pomocy! Pomocy! - wrzeszczał Arlen. Zeskoczył z rozpędzonego wozu i uderzył o ziemię, ale natychmiast poderwał się na nogi i wystrzelił w kierunku Choliego. Już do niego dobiegł, lecz wiszący człowiek nie przestawał wierzgać i trafił chłopca prosto w usta. Arlen zatoczył się i upadł. Czuł w ustach smak krwi, ale, co dziwne, nie doświadczył żadnego bólu. Znów się poderwał, złapał Choliego za nogi i spróbował go podźwignąć, by zmniejszyć napór liny, lecz sam był zbyt niski, a Cholie za ciężki. Pomimo wysiłków wiszący mężczyzna nadal krztusił się i charczał. - Pomóż mu! - wykrzyknął Arlen do Ragena. - On się dusi! Pomóż!

Naraz dostrzegł, jak Posłaniec podnosi włócznię i rzuca, niemalże nie celując. Mimo to grot przeciął powróz, a nieszczęsny Cholie zwalił się na Arlena. Obaj upadli na ziemię.

Ragen przypadł do nich bez chwili zwłoki i błyskawicznie ściągnął linę z szyi Choliego. Mimo to uratowany mężczyzna nie przestawał rzęzić i drapać się po gardle. Oczy miał wybałuszone, jakby chciały wystrzelić z orbit, a policzki purpurowe. Przez moment miotał się i wierzgał, znów trafiając Arlena, który aż wrzasnął z bólu. Nagle znieruchomiał.

Ragen zdzielił Choliego w pierś i zaczął wdmuchiwać w jego usta ogromne hausty powietrza, ale nic to nie dało. Powtarzał te czynności przez jakiś czas, aż w końcu opadł ciężko na drogę, przeklinając.

Arlen nie po raz pierwszy widział śmierć, która często gościła w Potoku Tibbeta. Zwykle jednak przychodziła wraz z otchłańcami bądź przeziębieniem. To było coś innego.

- Dlaczego? - zapytał. - Dlaczego z takim uporem walczył o przetrwanie zeszłej nocy tylko po to, by teraz samemu odebrać sobie życie?

- Walczył? - Ragen spojrzał na chłopca. - Czy ktokolwiek z nich naprawdę walczył? Czy może tylko wszyscy zbiegli się w bezpieczne miejsca i pochowali?

- Ja nie...

- Ucieczka nie zawsze wystarcza, Arlenie. Bywa, że ucieczka coś w tobie zabija i nawet jeśli przeżyjesz atak, jesteś już tylko chodzącym trupem.

- Cóż jeszcze mógł uczynić? Przecież nie można walczyć z demonem!

- Gdybym miał wybierać, wolałbym już chyba zmierzyć się z niedźwiedziem w jego gawrze - przyznał Ragen. - Ale to wykonalne.

- Kiedy sam powiedziałeś, że to właśnie wyniszcza Krasjan!

- Tak, ponieważ Krasjanie idą za głosem serca. Wiem, to brzmi jak brednie, lecz w głębi duszy mężczyźni naprawdę chcą walczyć, zupełnie jak bohaterowie w starych opowieściach. Chcą chronić swe kobiety i dzieci, jak przystało na mężczyzn. Ale nie mogą. Wielkie runy zostały utracone, więc kulą się w swych norach niczym płochliwe zające i przerażeni czekają do świtu. Czasem jednak, zwłaszcza gdy przyjdzie ci ujrzeć śmierć bliskich, napięcie ulatuje, a wtedy się łamiesz.

Położył dłoń na ramieniu chłopca.

- Przykro mi, że musiałeś na to patrzeć. Wiem, że nie ma w tym zbyt wiele sensu, ale...

- Właśnie że nie - odrzekł twardo Arlen. - To ma sens.

I naraz uświadomił sobie, że to prawda. Rozumiał potrzebę walki. Nie spodziewał się wygrać owego dnia, gdy zaatakował Cobiego i jego kamratów. W istocie oczekiwał, że zbierze tęgie lanie, większe niż kiedykolwiek wcześniej, ale w chwili gdy porwał za lagę, wcale go to nie obchodziło. Myślał tylko o tym, że dość ma już znoszenia zniewag, i chciał to zakończyć, obojętnie w jaki sposób.

Stanowiło dla niego wielką pociechę, że nie trwał w tym przekonaniu samotnie.

Spojrzał na wuja, który leżał w pyle drogi z oczyma nadal rozszerzonymi ze strachu. Przyklęknął i opuścił jego powieki. Cholie nie miał się już czego bać.

- Zabiłeś kiedyś otchłańca? - zapytał chłopiec.

- Nie. - Ragen pokręcił głową. - Ale walczyłem z kilkoma. Zostały mi po tym blizny na pamiątkę. Nie próbowałem ich zabijać, zawsze bardziej zależało mi na ucieczce bądź odciągnięciu ich uwagi od kogoś innego.

Arlen wciąż o tym rozmyślał, gdy zawijali ciało Choliego w płótno i układali je z tyłu wozu, a potem pędzili do Osady. Jeph i Silvy już czekali niecierpliwie przy spakowanym dobytku, by wreszcie ruszyć do domu. Widok truchła w jednej chwili sprawił jednak, że zapomnieli o gniewie z powodu spóźnienia syna.

Szlochająca Silvy opadła na ciało brata, ale nie było czasu do stracenia, jeśli mieli wrócić do gospodarstwa przed zapadnięciem ciemności. Jeph tulił mocno żonę, gdy Dobroduszny Harral malował runy na owijającym trupa płótnie, a potem cisnął go w płomienie.

Ocaleni, którzy nie chcieli zatrzymać się w domu Brine'a Rębacza, zostali podzieleni i przyjęci w gościnę przez pozostałych. Jeph i Silvy zaproponowali nocleg dwóm kobietom. Norine Rębacz liczyła sobie ponad pięćdziesiąt wiosen. Jej mąż zmarł kilka lat wcześniej, a teraz straciła córkę i wnuka. Marea Bales, również niemłoda, liczyła wiosen czterdzieści. Jej mąż został na zewnątrz, gdy ciągnięto losy o miejsce w kryjówce. Podobnie jak Silvy, obie siedziały zgarbione i zrozpaczone z tyłu wozu Jepha, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Arlen pomachał Ragenowi na pożegnanie, a Jeph strzelił z bata.

Osada przy Borach niknęła już w oddali, gdy chłopiec niespodziewanie uświadomił sobie, że nie powiedział nikomu o występie Minstrela.

2

Gdyby to przytrafiło się tobie

319 RP

Gdy tylko rozładowano wozy i sprawdzono runy, zmaterializowały się otchłańce. Silvy nie miała sił gotować, zjedli więc zimny posiłek złożony z chleba z serem oraz kiełbasy. Siedzieli wokół stołu i przeżuwali bez entuzjazmu. Zaraz po zachodzie demony zaczęły sprawdzać moc runów ochronnych. Za każdym razem, gdy magiczne znaki wybuchały światłem, odrzucając któregoś z nich, Norine uderzała w płacz. Marea nawet nie tknęła jedzenia. Siedziała na sienniku z podkurczonymi nogami i kołysała się do przodu i do tyłu, szlochając za każdym rozbłyskiem. Silvy posprzątała w końcu talerze, ale nie wróciła już z kuchni. Arlen usłyszał jej płacz.

Wstał, by do niej pójść, ale Jeph złapał go za ramię.

- Chcę z tobą porozmawiać, Arlenie - powiedział. - Chodźmy.

Weszli do niewielkiego pokoiku, w którym znajdował się siennik chłopca, a także jego zbiór gładkich otoczaków z potoku, piór oraz kości. Jeph wybrał barwne dziesięciocalowe pióro, po czym zaczął się nim bawić, unikając wzroku syna.

Arlen znał to zachowanie. Jeśli ojciec nie chciał na niego patrzeć, oznaczało to, że czuje się nieswojo i trudno jest mu znaleźć właściwe słowa.

- Gdy ujrzałem cię na trakcie z Posłańcem... - zaczął.

- Ragen już mi to wyjaśnił - przerwał mu Arlen. - Wujek Cholie tak naprawdę już nie żył, tylko jeszcze o tym nie wiedział. Czasami ludziom udaje się przeżyć atak, a mimo to umierają.

Jeph zmarszczył brwi.

- Nie tak bym to ujął. Ale to chyba prawda. Cholie...

- ...był tchórzem.

Spojrzał na syna zaskoczony.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Schował się w piwnicy, bo był zbyt przerażony, by umrzeć, a potem sam się zabił, bo był zbyt przerażony, by żyć - wytłumaczył chłopak. - Lepiej by się stało, gdyby porwał za kilof i zginął w walce.

- Nie chcę nawet słyszeć takiego gadania - napomniał go ojciec. - Nie da się walczyć z demonami. Nikt tego nie potrafi. Niczego nie osiągniesz, ginąc w bitwie.

Arlen pokręcił głową.

- Demony są jak źli chłopcy, co dręczą innych. Atakują, bo strach wiąże nam ręce i nie potrafimy im odpłacić pięknym za nadobne. Przywaliłem raz Cobiemu i jego kumplom kijem. Teraz mam spokój.

- Cobie nie jest skalnym demonem. Nie ma takiego kija, którym można przepędzić otchłańca!

- Musi być jakiś sposób. Przecież ludzie kiedyś z nimi walczyli, tak mówią opowieści z dawnych czasów.

- Te same opowieści mówią też, że istniała kiedyś magia, która w tej walce pomagała, ale runy wojenne zostały utracone.

- Ragen twierdzi, że gdzieniegdzie ludzie nadal zabijają demony. Twierdzi, że to możliwe.

- Już ja sobie pogadam z tym Posłańcem - burknął Jeph. - Nie powinien uczyć cię takich głupot.

- Czemu nie? A może więcej osób przeżyłoby wczorajszą noc, gdyby wszyscy mężczyźni porwali za...

- Byliby dziś martwi, co do jednego - przerwał synowi Jeph. - Są inne sposoby, by ochronić siebie i rodzinę, Arlenie. Mądrość. Przezorność. Pokora. Ruszenie do przegranej walki nie uczyni cię odważnym. Kto zająłby się kobietami i dziećmi, gdyby wszyscy mężczyźni dali się wyrżnąć, próbując unicestwić to, czego unicestwić się nie da? Kto rąbałby drewno i budował domy? Kto by polował, kto pilnował stad, sadził rośliny i zabijał bydło? Kto płodziłby dzieci? Jeśli wszyscy mężczyźni zginą, otchłańce ostatecznie wygrają!

- Otchłańce już wygrywają - mruknął Arlen. - Sam mówisz, że z każdym rokiem nasze miasteczko staje się coraz mniejsze. Nie chcemy walczyć, więc źli chłopcy wracają. - Spojrzał na ojca. - Nie czujesz tego? Nie masz czasami ochoty, by samemu stanąć do walki?

- Oczywiście, że mam - odparł Jeph. - Ale nie będę umierać bez celu. Kiedy jest to ważne, kiedy jest to naprawdę ważne, wszyscy mężczyźni chcą walczyć. Zwierzęta uciekają, jeśli mogą, i walczą, jeśli muszą, a ludzie niczym się od nich nie różnią. Lecz ducha walki należy okazać tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne. Ale gdyby to przytrafiło się tobie - ciągnął - gdybyś to ty znalazł się poza domem albo twoja mama, gdybyście stanęli twarzą w twarz z otchłańcem, przysięgam, że walczyłbym do końca, by ich od was odciągnąć. Rozumiesz?

- Chyba tak. - Arlen pokiwał głową.

- Zuch chłopak - stwierdził Jeph i uścisnął jego ramię.

Tej nocy sny chłopca wypełnił obraz wzgórz, które sięgały nieba, i stawów tak wielkich, że można by ułożyć na ich powierzchni całe miasto. Zobaczył żółte piaski ciągnące się dalej, niż sięga wzrok, a także otoczoną murami fortecę skrytą pośród drzew.

Widok ten przesłaniała mu jednak kołysząca się leniwie para nóg. Uniósł wzrok i ujrzał własną twarz spurpurowiałą od zaciśniętego stryczka.

Poderwał się gwałtownie z siennika mokrego od potu. Nadal było ciemno, ale na horyzoncie, tam gdzie na niebie koloru indygo wykwitła czerwona smuga, zaczynało się przejaśniać. Zapalił ogarek, wciągnął portki i chwiejnym krokiem wszedł do głównej izby. Żując znalezioną skórkę chleba, chwycił koszyk na jajka i dzbany na mleko, a następnie ustawił je przy drzwiach.

- Wcześnie wstałeś - usłyszał za plecami. Odwrócił się przestraszony i ujrzał wpatrzoną w niego Norine. Marea nadal leżała na sienniku, choć nie przestawała rzucać się przez sen.

- Dzień nie będzie dłuższy dzięki temu, że później otworzy się oczy - powiedział.

Kobieta pokiwała głową.

- Mój mąż zwykł tak mawiać. Rębacze i Drwale nie pracują przy blasku świec, jak ci z Ryneczku, powiadał też.

- Mam sporo roboty. - Arlen wyjrzał przez okiennicę, chcąc się przekonać, ile pozostało czasu, nim będzie mógł opuścić chroniony obszar domu. - Dziś w południe występuje Minstrel.

- Oczywiście - przytaknęła Norine. - W twoim wieku występ Minstrela też byłby dla mnie najważniejszą rzeczą pod słońcem. Dawaj no, pomogę ci w twoich obowiązkach.

- Nie musisz nic robić. Tata powiedział, że powinnaś odpoczywać.

Kobieta pokręciła głową.

- Przez bezczynność myślę o rzeczach, o których lepiej zapomnieć. Skoro mam z wami zostać, lepiej, bym zaczęła zarabiać na swe utrzymanie. Dam sobie radę z karmieniem świń i zrywaniem kolb kukurydzy po tylu latach rąbania drewna w Osadzie?

Arlen wzruszył ramionami i podał Norine koszyk na jajka.

Z jej pomocą poranne obowiązki zleciały w mgnieniu oka. Była nie tylko pojętna, ale też przyzwyczajona do ciężkiej pracy i dźwigania ciężarów. Nim po domu rozszedł się zapach jajek smażonych na bekonie, wszystkie zwierzęta zostały nakarmione, jaja zebrane, a krowy wydojone.

- Przestań się wiercić - Silvy upomniała syna, gdy zasiedli do posiłku.

- Młody Arlen nie może się doczekać występu Minstrela - wyjaśniła Norine.

- Może jutro - rzekł Jeph, sprawiając, że twarz chłopca pociemniała.

- Co takiego? Ale...

- Żadnych "ale"! - uciął dyskusję. - Przez wczorajsze wydarzenia mamy sporo zaległości z pracą w gospodarstwie, a ponadto obiecałem Selii, że odwiedzę po południu Osadę.

Arlen odsunął talerz i ciężkim krokiem pomaszerował do swojego pokoju.

- Pozwól mu iść - poprosiła Norine, gdy już zniknął. - Przecież pomożemy wam z Mareą.

Marea uniosła głowę na dźwięk własnego imienia, lecz chwilę później powróciła do bawienia się jedzeniem, pogrążona w apatii.

- Arlen miał wczoraj ciężki dzień. - Silvy przygryzła wargę. - Jak my wszyscy. Może Minstrel sprawi, że uśmiech powróci na jego twarz? Przecież nie ma do zrobienia niczego tak pilnego, by nie mogło zaczekać.

Jeph zamyślił się na chwilę, a potem pokiwał głową.

- Arlen! - zawołał. Gdy nadąsana twarz chłopca wychynęła zza zasłony, zapytał: - Ile stary Wieprz bierze za obejrzenie występu?

- Nic - odparł szybko Arlen, nie chcąc dawać ojcu powodu do odmowy. - Ode mnie nic, bo pomogłem taszczyć worki z wozu Posłańca.

Nie było to do końca prawdą.

Co więcej, istniała spora szansa, że Wieprz będzie zły, ponieważ chłopiec zapomniał rozpuścić plotkę o przedstawieniu. Arlen liczył jednak, że w drodze do Ryneczku zdoła powiadomić wystarczająco dużo ludzi i uczciwie zarobi na swe dwa płacidła.

- Stary Wieprz zawsze zgrywa hojnego przed Posłańcem - stwierdziła Norine.

- Powinien, zwłaszcza po tym, jak obdzierał nas ze skóry przez całą zimę - odpowiedziała Silvy.

- W porządku, Arlenie, możesz iść - rzekł Jeph. - A po wszystkim spotkajmy się w Osadzie.

Wędrówka wytyczonym szlakiem do Ryneczku trwała jakieś dwie godziny. Ów szlak, w rzeczywistości ubity trakt dla wozów, który Jeph wraz z kilkoma miejscowymi gospodarzami utrzymywali przejezdnym, zataczał wielki łuk i docierał do mostka przecinającego potok w najwęższym miejscu. Zwinny i szybki Arlen mógł jednakże skorzystać ze skrótu i pokonać strumień, skacząc po wystających z wody śliskich kamieniach.

Dziś spieszył się bardziej niż zwykle, chcąc po drodze odwiedzić jeszcze kilka miejsc. Jak szalony pędził wzdłuż błotnistych brzegów potoku i przeskakiwał nad zdradzieckimi korzeniami i krzakami z pewnością siebie typową dla kogoś, kto pokonał tę trasę setki razy.

Co rusz wypadał spomiędzy drzew, by zajrzeć do mijanych gospodarstw, ale nigdzie nie było żywego ducha. Ludzie pracowali na polach lub pomagali w Osadzie.

Dochodziło już południe, gdy dotarł do Zakątka Rybaków. Niektórzy z nich wypłynęli na sam środek niewielkiego stawu i krzyczenie do nich mijało się z celem. Poza nimi jednakże w Zakątku nikogo nie zastał.

Przybył do Ryneczku ponury i przygnębiony. Wieprz co prawda wydawał się poprzedniego dnia milszy niż zwykle, ale Arlen doskonale wiedział, jak się zachowa, gdy zrozumie, że ktoś pozbawił go zysku. Nieraz widywał go w takim stanie. Nie było szans, by pozwolił mu obejrzeć Minstrela za jedyne dwa płacidła. Będzie miał szczęście, jeśli nie dostanie solidnego lania.

Na samym rynku ujrzał jednakże ponadtrzystuosobowy tłum. Ludzie przybyli z każdego krańca Potoku - byli wśród nich rybacy, przybysze z Pagórka Bogginów i z Grząskich Mokradeł, nie mówiąc oczywiście o miejscowych. Nikt nie przyjechał z Południowej Strażnicy, czemu nie należało się jednak dziwić. Ludzie ze Strażnicy unikali Minstreli.

- Arlen, mój przyjacielu! - wykrzyknął Wieprz na widok chłopca. - Mam dla ciebie miejsce z przodu. Wrócisz do domu z workiem soli! Dobra robota!

Arlen spojrzał na niego zdumiony, ale wtedy dostrzegł stojącego tuż obok Ragena. Posłaniec puścił oko.

- Dzięki - odezwał się chłopak, gdy Wieprz odszedł, by zapisać w księdze kolejnych przybyszów. Córki handlarza sprzedawały jedzenie i piwo.

- Ludzie zasługują na odrobinę zabawy. - Ragen wzruszył ramionami. - Ale wygląda na to, że najpierw trzeba będzie przekonać waszego Opiekuna.

Wskazał na Keerina, toczącego spór z Harralem.

- Nawet nie próbuj sprzedawać moim ludziom bzdur o Zarazie! - oznajmił Harral, dźgając Minstrela palcem w pierś. Był od niego dwakroć potężniejszy, a jego mięśni nie pokrywał nawet gram tłuszczu.

- Bzdur? - pisnął Keerin, blednąc. - W Miln Opiekunowie zdarliby z Minstrela skórę pasami, gdyby nie opowiedział o Zarazie!

- Nie interesuje mnie, co się wyprawia w Wolnych Miastach. Tutaj masz przed sobą dobrych, serdecznych ludzi, którzy wiodą wystarczająco ciężkie życie. Nie potrzebują jeszcze kogoś, kto im nagada, że ich cierpienie wynika z braku pobożności!

- Co...? - zaczął Arlen, ale Keerin przerwał rozmowę i ruszył na środek placu.

- Lepiej szybko znajdź swoje miejsce - poradził chłopcu Ragen.

Zgodnie z obietnicą Wieprza Arlenowi przydzielono miejsce na samym przedzie, tam gdzie z reguły siedziały najmłodsze dzieci. Inni spoglądali na niego z zazdrością, a chłopiec czuł się wyjątkowo, bo rzadko mu czegoś zazdroszczono.

Minstrel, jak wszyscy Milneńczycy, był wysoki. Nosił pstrokate ubranie, zszyte z łatek w krzykliwych kolorach, które wyglądały, jakby je wykradziono z kubła na okrawki w warsztacie farbiarskim. Miał cienką kozią bródkę tego samego marchewkowego koloru co włosy, a także niewielki wąsik, który nie sięgał brody i wyglądał tak blado, jakby można go było zetrzeć podczas porządnego szorowania. Niemal wszyscy, zwłaszcza zaś kobiety, ze zdumieniem rozprawiali o jasnej czuprynie i zielonych oczach Minstrela.

Ludzie nadal napływali, a Keerin pojawiał się to tu, to tam, żonglując kolorowymi drewnianymi piłeczkami i opowiadając dowcipy, by wprawić tłum w dobry humor. Na sygnał Wieprza wyciągnął lutnię i zaczął grać, śpiewając mocnym, wysokim głosem. Widzowie klaskali rytmicznie podczas nieznanych sobie pieśni, gdy zaś podejmował te w Potoku znane, śpiewali razem z nim, nie dbając o to, że go zagłuszają. Arlenowi też to nie przeszkadzało - wydzierał się równie głośno co reszta.

Po występie muzycznym nadszedł czas na popisy akrobatyczne i magiczne sztuczki. Doszło do tego kilka dowcipów na temat mężów, po których kobiety wybuchały piskliwym śmiechem, a mężczyźni groźnie marszczyli brwi, oraz kilka o żonach, po których mężczyźni poklepywali się po udach, a kobiety piorunowały Minstrela spojrzeniami.

W końcu Keerin przerwał i uniósł wysoko dłonie, prosząc o ciszę. Tłum zaszemrał, a rodzice wypchnęli najmłodsze dzieci do przodu, nie chcąc, by umknęło im choćby słowo. Malutka Jessi z Pagórka Bogginów, która miała zaledwie pięć lat, wspięła się na kolano Arlena, by lepiej widzieć. Parę tygodni wcześniej chłopiec podarował jej rodzinie kilka szczeniaków po suce Jepha i od tej pory dziewczynka nie odstępowała Arlena na krok, gdy tylko go widziała. Posadził ją wygodniej, a Keerin rozpoczął od "Opowieści o Powrocie". Jego głos, naraz głęboki i grzmiący, niósł się daleko ponad głowami słuchaczy.

- Świat nie był zawsze taki, jakim go znacie - powiedział Minstrel. - Nie, skądże. Dawno temu ludzie i demony żyli obok siebie, zupełnie sobie nie wadząc. Te wczesne lata noszą miano Wieku Niewiedzy. Czy ktoś wie, dlaczego właśnie takie?

W odpowiedzi uniosło się kilka dziecięcych rączek.

- Bo nie było żadnych runów ochronnych? - zapytała dziewczynka wskazana przez Keerina.

- To prawda - oznajmił Minstrel i wykręcił salto, wywołując wśród dzieci piski radości. - Wiek Niewiedzy to dla ludzi straszny okres, ale na szczęście nie istniało wówczas wiele demonów, a te, które nas nawiedzały, nie potrafiły zabić każdego człowieka. Podobnie jak dzisiaj, demony pojawiały się jednak w nocy i niszczyły wszystko, co zdołaliśmy zbudować za dnia. Chcąc przetrwać, musieliśmy zmienić nasze zwyczaje. Nauczyliśmy się, jak chować przed nimi pożywienie oraz zwierzęta, a także jak ich unikać. - Rozejrzał się gwałtownie, udając dezorientację, a potem uciekł za któreś z dzieci w doskonałej imitacji przerażenia. - Mieszkaliśmy w jamach wykopanych w ziemi, by nie mogły nas znaleźć.

- Jak króliczki? - zapytała ze śmiechem Jessi.

- Dokładnie! - Keerin podskoczył ze zmarszczonym nosem i zgiętymi palcami przytkniętymi do uszu. - Życie upływało nam na próbach przetrwania, aż wymyśliliśmy pismo. Wkrótce potem odkryto, że niektóre znaki powstrzymują otchłańce. Które z nich? - zapytał, nadstawiając ucha.

- Runy! - zawołały chórem dzieci.

- Właśnie! - Minstrel znów podskoczył. - Runy chroniły nas przed złem. Wkrótce zaczęliśmy nad nimi pracować, czyniąc je coraz doskonalszymi. Odkrywano coraz więcej pożytecznych runów, aż wreszcie ktoś opracował taki, który nie tylko powstrzymywał demony. Ten run potrafił wyrządzić im krzywdę.

Oniemiałe dzieci rozdziawiały usta, a Arlen, choć oglądał podobne występy, odkąd sięgał pamięcią, złapał się na tym, że sam nabrał głęboko tchu. Oddałby wszystko za taki run!

- Demonom nie przypadł do gustu ten wynalazek - ciągnął Keerin z krzywym uśmiechem. - Przyzwyczaiły się, że nocą ludzie szukają kryjówek bądź uciekają, więc gdy wreszcie stanęliśmy im naprzeciw i zaczęliśmy walczyć, zaatakowały z całą siłą. Tak rozpętała się Pierwsza Wojna z Demonami i nastał drugi wiek, Wiek Wybawiciela. Wybawiciel był człowiekiem powołanym przez Stwórcę do przewodzenia naszym armiom. Gdy on stał na polu bitwy, odnosiliśmy zwycięstwo za zwycięstwem! - Minstrel wzniósł zaciśniętą pięść w powietrze, a dzieci zakrzyknęły z tryumfem. Entuzjazm był zaraźliwy. Arlen połaskotał Jessi z uciechy. - Nasza magia i strategia wojenna stawały się coraz doskonalsze. Ludzie żyli dłużej, narody rosły w siłę, zaś armie w liczebność, nawet pomimo tego, że coraz rzadziej spotykano demony. Mieliśmy nadzieję, że otchłańce znikną z powierzchni ziemi raz na zawsze.

Minstrel zamilkł, a na jego twarzy zagościła powaga.

- Wtedy - powiedział po chwili - bez widocznego powodu demony zniknęły. Nigdy dotąd w historii świata nie upłynęła jedna noc bez wizyty otchłańców. Tymczasem mijał dzień za dniem, a z nastaniem zmierzchu demony wciąż nie przychodziły. Byliśmy zdumieni do granic. - Podrapał się po głowie, udając zdziwienie. - Wielu z nas wierzyło, że demony poniosły zbyt wielkie straty i po prostu uciekły, kryjąc się ze strachu w Otchłani. - Odskoczył od widowni, kuląc się i sycząc niczym kot, by jak najlepiej odegrać przerażenie. Kilkoro dzieci podjęło zabawę i zaczęło groźnie na niego warczeć. - Wybawiciel - mówił dalej Keerin - który widział demony stające co noc do walki bez cienia strachu, wielce w to wątpił. Tymczasem mijał miesiąc za miesiącem, a demony nie dawały znaku życia. Nasze armie zaczęły się rozpadać. Ludzkość świętowała zwycięstwo przez długie lata.

Keerin uniósł lutnię i zagrał skoczną melodię, energicznie pląsając.

- Bez wspólnego wroga poczucie braterstwa marniało, aż w końcu zanikło bezpowrotnie. Po raz pierwszy w dziejach zaczęliśmy walczyć przeciwko sobie. - Głos Minstrela przybrał złowieszczy ton. - Zanosiło się na prawdziwą wojnę. Wszystkie strony konfliktu wzywały Wybawiciela, by objął dowództwo nad ich armiami, ale ten zakrzyknął: "Nie będę walczyć przeciwko ludziom, dopóki w Otchłani kryje się choć jeden demon!". Po tych słowach opuścił ziemie, po których kroczyły już armie. Świat pogrążył się w chaosie. Owe wielkie wojny zrodziły potężne narody. - Z głosu Keerina tchnęło teraz otuchą. - Ludzkość sięgała coraz dalej, aż wkrótce podbiła cały świat. Wiek Wybawiciela dobiegł końca, nadszedł zaś Wiek Nauki. Ów Wiek Nauki - ciągnął Minstrel - był najwspanialszym okresem w naszych dziejach, lecz ta wielkość sprawiła, że przeoczyliśmy wielki błąd. Czy ktoś z was może mi powiedzieć, na czym on polegał?

Starsze dzieci znały odpowiedź, ale Keerin nakazał im gestem, by się nie odzywały i pozwoliły odpowiedzieć młodszym.

- Bo zapomnieliśmy magii - powiedział Gim Rębacz, ocierając nos rączką.

- Słusznie prawisz! - Keerin strzelił palcami. - Dowiedzieliśmy się wiele o tym, jak działa świat, zbudowaliśmy maszyny, zgłębiliśmy medycynę, ale zapomnieliśmy o magii, a co gorsza, zapomnieliśmy też o otchłańcach. Po trzech stuleciach nikt już nie wierzył, że demony kiedykolwiek istniały. To właśnie z tego powodu byliśmy całkiem nieprzygotowani na ich powrót - zakończył ponurym głosem. - Przez stulecia zapomnienia demony pomnożyły swe siły. Po trzystu latach powstały z Otchłani i przypuściły szturm na świat, by go odbić. Już pierwszej nocy zniszczyły całe miasta, świętując swój powrót. Ludzie próbowali stawić im opór, ale nawet najpotężniejsze bronie Wieku Nauki okazały się mało skuteczne przeciwko demonom. I tak Wiek Nauki dobiegł końca, a nadszedł Wiek Zniszczenia. A wraz z nim Druga Wojna z Demonami.

Oczyma wyobraźni Arlen ujrzał ową noc. Widział płonące miasta i przerażonych ludzi biegnących w mrok, gdzie już czekały otchłańce. Widział mężczyzn, którzy poświęcali życie, by zyskać na czasie i umożliwić ucieczkę rodzinom, widział kobiety, które własnymi ciałami zasłaniały dzieci przed pazurami napastników. Przede wszystkim jednak widział same demony, roztańczone, pijane szaloną radością, z ociekającymi krwią szponami i kłami.

Keerin szedł krok za krokiem w stronę widzów, a dzieci cofały się zdjęte strachem.

- Wojna trwała całe lata, a każde starcie kończyło się rzezią ludzi. Bez Wybawiciela na czele nie umieliśmy stawić otchłańcom oporu. W jedną noc niszczyły one całe narody, zaś mądrość Wieku Nauki spłonęła w żarze wznieconym przez ogniste demony. Uczeni z determinacją przetrząsali zgliszcza bibliotek w poszukiwaniu wskazówek. Nauka okazywała się bezsilna, ale wkrótce odkryto sposób na ratunek w opowieściach do tej pory uznawanych za bajdy i przesądy. Ludzie zaczęli kreślić w piachu niezdarne symbole, zabezpieczając się w ten sposób przed otchłańcami. Starożytne runy nadal kryły w sobie moc, lecz kreślące je dłonie, drżące ze strachu, często popełniały błędy, które kosztowały wiele krwi. Ci, którzy przetrwali, gromadzili ludzi wokół siebie, chroniąc ich przez długie noce. Zostali oni pierwszymi Patronami Runów, którzy sprawują nad nami pieczę po dziś dzień. - Minstrel wskazał na tłum. - Gdy następnym razem ujrzycie jednego z nich, nie zapomnijcie mu podziękować. Zawdzięczacie mu życie!

Arlen nigdy wcześniej nie słyszał tej wersji opowieści. Patroni Runów? W Potoku Tibbeta każde dziecko uczyło się sztuki kreślenia runów od chwili, gdy potrafiło rysować kijem w piasku. Wielu ludzi kiepsko sobie z tym radziło, ale Arlenowi nie mieściło się w głowie, by ktoś choćby nie spróbował opanować podstawowych zabezpieczeń przeciwko demonom ognia, skał, bagien, wody, wichru i drewna.

- Tak więc jesteśmy bezpieczni wewnątrz runów, a demony sieją zniszczenie na zewnątrz. Posłańcy - Keerin skinął w kierunku Ragena - najdzielniejsi z nas wszystkich, wędrują od miasta do miasta, rozwożąc towary i wieści, a także zapewniając ochronę podróżnym.

Chodził w tę i we w tę, odpowiadając twardym wzrokiem na przestraszone spojrzenia dzieci.

- Lecz my jesteśmy mocni! - zakrzyknął. - Mocni, nieprawdaż?

Dzieci kiwały głowami, choć nadal patrzyły na Minstrela oczyma szeroko rozwartymi ze strachu.

- Nie słyszę was! - Przyłożył dłoń do ucha.

- Jesteśmy! - zagrzmiał tłum.

- Będziemy gotowi, gdy przybędzie Wybawiciel? Poznają demony, czym jest strach przed człowiekiem?

- Poznają! - ryknęli zebrani.

- Nie słyszę was!

- Poznają! - wrzeszczeli ludzie, unosząc zaciśnięte pięści, a Arlen wraz z nimi. Jessi próbowała go naśladować, wymachując piąstką i krzycząc, jakby sama była demonem. Minstrel ukłonił się i poczekał, aż tłum zamilknie, po czym uniósł lutnię i rozpoczął kolejną pieśń.

Zgodnie z obietnicą Wieprza Arlen opuścił Ryneczek z workiem soli, której starczyłoby całej rodzinie na długie tygodnie, nawet z Norine i Mareą. Sól nie została jeszcze zmielona, ale chłopak wiedział, że rodzice woleli zrobić to sami, aniżeli dać handlarzowi dodatkowo zarobić. Większość ludzi postąpiłaby w taki sam sposób, lecz Wieprz nie dawał im na to szansy. Mełł sól zaraz po jej przywiezieniu i podnosił cenę o koszt usługi.

Arlen podskakiwał wesoło, zmierzając drogą w kierunku Osady. Zasępił się dopiero przy drzewie, na którym wisiał Cholie. Znów zaczął rozmyślać o tym, co Ragen powiedział na temat walki z otchłańcami, oraz o tym, co jego ojciec mówił o roztropności.

Sądził, że racja leży po stronie ojca. Wiedział, że trzeba się kryć zawsze, gdy to możliwe, i walczyć tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia. Nawet Ragen zdawał się wyznawać tę filozofię. Tak czy inaczej jednak Arlen nie mógł się wyzbyć wrażenia, że ucieczka również wyrządzała ludziom krzywdę, choć w niedostrzegalny sposób.

Gdy już dotarł do Osady, ojciec na jego widok z zapałem klepnął go w plecy. Reszta popołudnia upłynęła na bieganiu wśród zgliszcz i pomaganiu w odbudowie. Chłopi zdołali postawić kolejny dom i wszystko wskazywało, że przed zapadnięciem zmroku będą go na powrót chronić runy. Za kilka tygodni Osada miała być całkowicie odbudowana, co leżało w interesie wszystkich okolicznych mieszkańców, jeśli chcieli mieć zapas drewna na zimę.

- Obiecałem Selii, że będę tu zaglądać przez kilka najbliższych dni - oznajmił Jeph, gdy późnym popołudniem pakowali wóz. - Zajmiesz się gospodarstwem pod moją nieobecność. Będziesz sprawdzał słupy z runami oraz pełł pola. Widziałem, że pokazywałeś dziś rano Norine, na czym polegają twe obowiązki. Wygląda na to, że da sobie radę na podwórzu, a Marea pomoże matce w domu.

- W porządku - przytaknął skwapliwie Arlen. Pielenie i sprawdzanie słupów nie należało do łatwych zajęć, ale zaufanie ojca napełniło go dumą.

- Liczę na ciebie, Arlenie.

- Nie zawiodę cię, tato - obiecał chłopiec.

Kolejne dni upływały bez większych niespodzianek. Silvy czasem popłakiwała, ale miała wiele obowiązków na głowie i ani razu się nie poskarżyła, że musi wykarmić dwie dodatkowe gęby. Norine polubiła pracę przy trzodzie i nawet Marea powoli pokonywała przygnębienie. Pomagała przy zamiataniu bądź gotowaniu, zaś po kolacji siadała do kądzieli. Wkrótce zaczęła też zastępować Norine na podwórzu. Obie kobiety ze wszystkich sił starały się wypełnić swój przydział obowiązków, choć nadal bywało, że przerywały pracę, a ich twarze ściągało cierpienie.

Od wyrywania chwastów dłonie Arlena pokryły się pęcherzami. Na domiar złego pod koniec dnia plecy i ramiona bolały go niemiłosiernie, ale chłopiec nie narzekał. Jedynym spośród nowych zajęć, które naprawdę sprawiało mu przyjemność, była opieka nad słupami runicznymi. Od zawsze miał do runów smykałkę i opanował podstawowe symbole ochronne, nim większość dzieci zaczęła się ich uczyć. Bardziej skomplikowane ciągi runiczne przyswoił sobie niedługo później. Wkrótce Jeph przestał doglądać pracy syna, bowiem dłoń Arlena poruszała się pewniej niż jego własna. Kreślenie runów nijak się miało do atakowania demonów przy pomocy włóczni, ale na pewno stanowiło jakąś formę walki.

Za każdym razem, gdy Jeph wracał o zmroku, Silvy już czekała z wodą ze studni, by mógł się obmyć. Arlen pomagał Norine i Marei zamknąć zwierzęta, a potem wspólnie zasiadali do kolacji.

Piątego dnia późnym popołudniem zerwał się wiatr, który podrywał tumany kurzu i trzaskał drzwiami obory. Arlen wyczuwał, że zbliża się deszcz, a ciemniejące niebo potwierdziło jego domysły. Miał nadzieję, że ojciec również dostrzegł te znaki i wyruszył do domu wcześniej lub został na noc w Osadzie. Ciemne chmury oznaczały szybsze zapadnięcie zmroku, a to groziło pojawieniem się otchłańców jeszcze przed zachodem słońca.

Arlen porzucił więc pracę w polu i pomógł kobietom zapędzić wystraszone zwierzęta do obory. Silvy również wybiegła z domu. Szczelnie zamykała drzwi do piwnicy i sprawdzała, czy słupy z runami wokół zagród są dobrze umocowane. Gdy w oddali zamajaczył wóz Jepha, nie pozostało wiele czasu do stracenia. Niebo szybko ciemniało, nie było już widać słońca. Otchłańce mogły powstać w każdej chwili.

- Szkoda czasu na wyprzęganie! - zawołał Jeph, strzelając z bata, by popędzić Missy w kierunku obory. - Zajmiemy się tym z rana. Wszyscy do domu, prędko!

Kobiety usłuchały i ruszyły do środka.

- Zdążymy, jeśli się pospieszymy! - Arlen usiłował przekrzyczeć wycie wiatru. Po nocy spędzonej w uprzęży Missy potrafiła narowić się przez całe dnie.

Jeph pokręcił głową.

- Robi się zbyt ciemno. Noc w uprzęży przecież jej nie zabije!

- Zamknij mnie zatem w stodole - zasugerował Arlen. - Wyprzęgnę ją i przeczekam burzę wraz ze zwierzętami.

- Rób, co ci powiedziałem, synu! - Jeph zeskoczył z wozu i złapał chłopaka za ramię, wywlekając go z obory.

Zamknęli oba skrzydła bramy i założyli zasuwę, gdy niebo przecięła pierwsza błyskawica. Runy wymalowane nad drzwiami rozbłysły w jej blasku, zwiastując ulewę. W powietrzu już dało się ją wyczuć.

Ruszyli biegiem w stronę domostwa, rozglądając się za mgłą, która oznaczała nadejście demonów. Na razie, droga była wolna. Marea trzymała drzwi, gdy wpadli do środka, ścigani przez pierwsze, ciężkie krople deszczu.

Już zamykała, kiedy z zewnątrz dobiegło mrożące krew w żyłach wycie. Wszyscy zamarli.

- Pies - jęknęła, zakrywając usta. - Zostawiłam go przywiązanego do płotu!

- Za późno - stwierdził Jeph. - Zamykaj.

- Co?! - wykrzyknął Arlen z niedowierzaniem i obrócił się na pięcie ku ojcu.

- Wciąż nie ma mgły! - krzyknęła Marea i wybiegła.

- Marea, nie! - Silvy pognała w ślad za nią.

Arlen również dopadł do drzwi, ale Jeph pochwycił go za szelki portek i szarpnął ku sobie.

- Zostań w środku! - nakazał, ruszając na zewnątrz.

Arlen wahał się krótką chwilę. Wybiegł z domu. Jeph i Norine stali na ganku, nie przekraczając jednak linii zewnętrznych runów. Gdy chłopiec dołączył do ojca, pies przemknął obok i wpadł do sieni. Przecięty sznur wciąż zwisał z jego karku.

Na podwórzu szalała wichura, porywając krople deszczu, które kąsały skórę niczym krwiożercze owady. Marea i matka Arlena pędziły już w stronę domu, gdy zaczęły pojawiać się demony, jak zwykle jako pierwsze te zrodzone z ognia. Smugi mgły zatańczyły nad ziemią, zlewając się i formując postaci zgarbionych, stojących na czworakach przybyszów z Otchłani. Należeli do najmniejszych otchłańców, mierzyli ledwie osiemnaście cali w kłębie, ale ich oczy, nozdrza i paszcze mieniły się ogniem.

- Szybciej, Silvy! - krzyczał Jeph. - Szybciej!

Przez moment wszystko wskazywało, że zdążą, ale wtedy Marea potknęła się i upadła. Silvy zawróciła, by jej pomóc. W tej samej chwili pierwszy demon ostatecznie się zmaterializował. Arlen drgnął, chcąc spieszyć matce na pomoc. W tymże momencie na jego ramię opadła ciężka dłoń Norine.

- Nie bądź głupcem! - syknęła kobieta.

- Wstawaj! - krzyczała w tym samym czasie Silvy, szarpiąc Mareę za ramię.

- Moja kostka! - wychrypiała Marea. - Nie mogę, zostaw mnie! Uciekaj!

- Niedoczekanie! Jeph, pomóż nam!

Demony pojawiały się na całym podwórzu. Jeph stał niczym wmurowany i obserwował, jak jeden po drugim dostrzegały kobiety i wyrywały ku nim, zawodząc z radości.

- Puść mnie! - Arlen z całej siły nadepnął na stopę Norine. Kobieta zawyła, a chłopiec jednym szarpnięciem wyswobodził się z jej uścisku. Pochwycił najbliższą rzecz, która mogła służyć za broń - drewniane wiadro na wodę - i wybiegł na podwórze.

- Arlen, nie! - zawołał za nim ojciec, ale chłopak już go nie słuchał.

Któryś z ognistych demonów, nie większy od sporego kota, wskoczył na plecy Silvy. Kobieta krzyknęła, gdy szpony bestii wyżłobiły głębokie bruzdy w jej skórze. Tył jej sukienki natychmiast przeobraził się w krwawy łachman. Uczepiony pleców Silvy demon zionął ogniem w twarz Marei. Ta wrzasnęła przeraźliwie, gdy płomienie objęły jej włosy i stopiły skórę.

Arlen dopadł do nich sekundę później i z całej siły rąbnął demona wiadrem. Naczynie roztrzaskało się na kawałki, lecz impet uderzenia strącił napastnika z pleców matki. Chłopiec szybko ją złapał, zanim upadła. Zbliżały się kolejne ogniste demony, nieopodal rozpościerały skrzydła demony wichru, a kilka kroków dalej przybierał materialną postać demon skał.

Silvy zawyła z bólu, lecz zdołała utrzymać równowagę. Arlen odciągnął ją od jęczącej w agonii Marei. Raptem spostrzegł, że wejście do domu zagrodziły demony ognia. Tymczasem ogromny skalny demon zdążył już ich dostrzec i zaszarżował. Kilka wichrowych demonów, które przygotowywały się do wzlotu, stało mu na drodze, ale bestia machnęła tylko uzbrojoną w szpony łapą, odrzucając je na bok równie łatwo, jak wprawny kosiarz przecina łodygi kukurydzy. Poszarpane i poobijane, znieruchomiały, a wtedy przypadły do nich demony ognia, rozrywając je na kawałki.

Uwaga ogromnego potwora została odwrócona na bardzo krótką chwilę. Arlen zdążył ją jednak wykorzystać, by odciągnąć matkę od domu. Wrota obory były zatrzaśnięte, ale ścieżka do zagród, gdzie trzymali zwierzęta za dnia, wyglądała na bezpieczną, o ile udałoby im się wyprzedzić otchłańce. Silvy nadal krzyczała - Arlen nie wiedział, czy z bólu, czy z przerażenia - ale brnęła naprzód, dotrzymując synowi kroku nawet pomimo zawadzających sukni.

Rzucili się do biegu. Ogniste demony już dostrzegły tę ucieczkę i zaczynały ich okrążać. Deszcz padał coraz mocniej, wiatr dziko zawodził. Niebo przecięła kolejna błyskawica, na moment oświetlając potwory oraz zagrodę, która znajdowała się tak blisko, a zarazem tak daleko.

Ulewa zamieniła pył na podwórzu w śliskie błoto, lecz strach dodał uciekinierom wigoru i biegli, nie potykając się ani razu. Kroki szarżującego demona skał, równie głośne, co uderzenia pioruna, rozbrzmiewały coraz bliżej, a ziemia drżała coraz mocniej.

Dopadłszy do zagrody, Arlen w pośpiechu zaczął majstrować przy zasuwie furtki. W tej samej chwili demony ognia znalazły się dość blisko, by użyć swej najgroźniejszej broni. Zionęły ogniem, otumaniając zarówno Arlena, jak i jego matkę. Odległość osłabiła nieco niszczycielską moc płomieni, ale mimo to chłopiec poczuł swąd palonych włosów i uświadomił sobie, że jego ubranie stanęło w ogniu. Zalała go fala bólu, ale zdołał ją zignorować i wreszcie otworzył furtkę. Odwrócił się, by wciągnąć matkę do środka, lecz wtedy skoczył na nią kolejny demon, wbijając szpony w jej pierś. Chłopak szarpnął z całej siły. Gdy przekroczyli linię ochronną, runy eksplodowały światłem, a ich moc cisnęła otchłańcem do tyłu. Jego pazury wyrwały z ciała kobiety kawałki mięsa. Pociekła krew.

Z matką w ramionach Arlen padł na ziemię, przyjmując na siebie impet uderzenia, a potem przetoczył się raz i drugi po błocie, by dogasić ogień.

Nie miał najmniejszej szansy na zamknięcie furtki. Demony otaczały ją teraz ciasnym półkręgiem i raz po raz uderzały w sieć ochronną. Magia rozbłyskiwała, stawiając im opór. Furtka jednakże nie stanowiła żadnej osłony, podobnie jak i płot. Dopóki słupy runiczne pozostawały nietknięte, dopóty byli bezpieczni.

Nic ich jednak nie chroniło przed pogodą. Deszcz przerodził się w lodowatą, smagającą skórę ulewę. Silvy nie mogła już powstać po upadku. Leżała bezwładnie na ziemi, pokryta błotem zmieszanym z krwią. Chłopiec nie miał pojęcia, czy matka przeżyje tak ciężkie rany, a do tego jeszcze samą burzę.

Chwiejnym krokiem podszedł do koryta i przewrócił je kopniakiem, wylewając pomyje. Widział stamtąd skalnego demona nacierającego na sieć ochronną, ale magia nie pozwalała bestii wedrzeć się do środka. Błyskawice i płomienne oddechy otchłańców raz po raz rozświetlały podwórze, a wtedy mógł dostrzec Mareę, której ciało po chwili przesłonił rój demonów ognia. Potwory dopadały do zwłok, odrywały części mięsa i w podrygach odbiegały na bok, by pożreć je w spokoju.

Chwilę później demon skał porzucił swe wysiłki. Podszedł do ciała Marei i pochwycił je szponiastą łapą za nogę, podobnie jak okrutny człowiek mógłby złapać kota. Ogniste demony uskoczyły na boki, a olbrzym uniósł kobietę w powietrze. Gdy znienacka z ust Marei wyrwał się ochrypły jęk, Arlen ku swemu przerażeniu odkrył, że kobieta wciąż żyje. Natychmiast przyszło mu do głowy, by wybiec poza linie ochronne i ruszyć jej z pomocą. Ocenił nawet dzielący ich dystans, ale wtedy otchłaniec z potworną siłą cisnął Mareą o ziemię, a chłopak usłyszał przerażający odgłos miażdżonych kości.

Odwrócił głowę, nie chcąc patrzeć, jak bestia wgryza się w ciało kobiety. Gęsta ulewa spłukiwała łzy z jego policzków. Pochwycił za brzeg koryta i przywlókł je do Silvy, a następnie oderwał podszewkę od jej sukni i wystawił ją na deszcz, by nasiąkła wodą. Najlepiej jak potrafił otarł rany matki z błota i przewiązał kolejnymi kawałkami materiału. Czystymi z pewnością nazwać się ich nie dało, ale były przynajmniej czystsze od błota, w którym na co dzień przebywały świnie.

Silvy drżała z zimna, więc chłopiec przytulił ją mocno, a potem naciągnął na nich cuchnące koryto, chcąc chociaż w ten sposób osłonić się przed ulewą i łakomymi spojrzeniami demonów. Gdy opuszczał koryto, niebo raz jeszcze rozciął zygzak błyskawicy. W jej blasku ujrzał swego ojca, który nadal stał na ganku, nieruchomy jak posąg.

Arlen pamiętał jego słowa: "Gdybyś to ty znalazł się poza domem albo twoja mama...". Pomimo tych deklaracji wyglądało na to, że nic nie jest w stanie skłonić Jepha Balesa do walki.

Noc ciągnęła się w nieskończoność. Nie było szans, by choć na chwilę zmrużyć oczy. Krople deszczu wybijały jednostajny rytm na dnie koryta, obryzgując Arlena i Silvy resztkami pomyj, które przylgnęły do jego wewnętrznych ścian. Zimne błoto cuchnęło świńskimi odchodami. Silvy dygotała w delirium, a Arlen przytulał ją mocno, przekazując jej tyle ciepła, ile tylko mógł. Dłonie i stopy miał zdrętwiałe.

Z wolna ogarnęła go rozpacz i szlochał wtulony w ramię matki. W pewnej chwili Silvy jęknęła i poklepała go po dłoni. Ów prosty, instynktowny gest niespodziewanie pomógł chłopcu zapomnieć o przerażeniu, rozczarowaniu oraz bólu.

Walczył z demonami i zachował życie. Stanął na podwórzu, gdzie się od nich roiło, a mimo to wciąż oddychał. Otchłańce może i są nieśmiertelne, ale można je zwieść, można je wyprzedzić, pomyślał.

A demon skał, przepędzający z drogi inne otchłańce, udowodnił, że można również zadać im ból.

Tylko jakie to miało znaczenie w świecie, w którym ludzie tacy jak Jeph nie potrafili stawić czoła złu nawet w obronie własnej rodziny? Czy pozostała im jakakolwiek nadzieja?

Przez długie godziny chłopiec wpatrywał się w ciemność, ale oczyma wyobraźni nadal widział twarz ojca obserwującego jego zmagania zza bezpiecznej linii ochronnej.

Deszcz przestał padać jeszcze przed świtem. Arlen wykorzystał chwilę, by unieść koryto i rozejrzeć się po okolicy, ale natychmiast tego pożałował, gdyż nagromadzone ciepło w jednej chwili uciekło. Opuścił koryto z powrotem, zerkając jednak na zewnątrz do chwili, gdy zaczęło się przejaśniać.

Choć większość demonów już zniknęła, po okolicy błąkało się jeszcze kilku maruderów. Dopiero gdy barwa nieba z indygo przeszła w lawendę, ostatnie otchłańce jęły się dematerializować. Wtedy chłopiec podźwignął koryto i z wysiłkiem stanął na nogi, bezskutecznie próbując zetrzeć oblepiające go odchody i błoto.

Zesztywniałe ramię zapiekło. Obejrzał je uważnie i dostrzegł zaczerwienienia na skórze w miejscu, gdzie demon plunął ogniem.

Tyle dobrego z nocy spędzonej w błocie, pomyślał. Wiedział, że poparzenia wyglądałyby o wiele gorzej, gdyby nie przeleżeli tylu godzin w chłodnym gnoju.

Gdy po ostatnich otchłańcach nie został już prawie ślad, Arlen wyszedł z zagrody i skierował kroki do obory.

- Arlen, nie! - krzyknął ktoś z ganku. Chłopak obejrzał się. Zawinięty w koc ojciec nadal stał przy drzwiach domu, bezpieczny wewnątrz obszaru ochronnego. - Słońce jeszcze całkiem nie wzeszło. Poczekaj!

Arlen zignorował przestrogę i rozwarł wrota stodoły. Missy, nadal zaprzężona do wozu, wyglądała na nieszczęśliwą, ale z pewnością miała dość sił na podróż do Ryneczku.

Czyjaś dłoń chwyciła chłopca za ramię, gdy wyprowadzał klacz na zewnątrz.

- Chcesz dać się zabić? - zapytał ostro Jeph. - Lepiej bądź posłuszny, synu!

Arlen oswobodził rękę, unikając wzroku ojca.

- Coline Trigg musi zbadać mamę - mruknął tylko.

- Ona żyje? - Jeph z niedowierzaniem odwrócił głowę, odnajdując wzrokiem ciało Silvy w błocie.

- Na pewno nie dzięki tobie. Zabieram ją do Ryneczku.

- Zabieramy - poprawił go Jeph. Wybiegł do zagrody, wziął żonę na ręce i zaniósł na tył wozu. Poleciwszy Norine, by zajęła się trzodą i odnalazła szczątki nieszczęsnej Marei, ruszyli do miasta.

Skóra Silvy ociekała potem. Jej poparzenia nie wydawały się groźniejsze od obrażeń, które odniósł Arlen, ale z głębokich, wyrzeźbionych szponami demonów bruzd nadal sączyła się krew, a brzegi ran paskudnie napuchły.

- Arlenie, ja... - przemówił w pewnym momencie Jeph, wyciągając drżącą rękę w kierunku syna. Chłopiec odsunął się, a mężczyzna cofnął dłoń jak oparzony.

Arlen wiedział, że jego ojciec próbuje zwalczyć wstyd. Ragen nie pomylił się nic a nic. Może Jeph nienawidził teraz siebie tak samo jak Cholie, ale nawet mimo to chłopiec nie potrafił zdobyć się na współczucie. Silvy zapłaciła wysoką cenę za tchórzostwo swego męża.

Resztę drogi do Ryneczku pokonali w milczeniu.

Dwupiętrowy dom Coline Trigg należał do największych w Potoku, a jego większą część zajmowały łóżka. Oprócz rodziny, która mieszkała na piętrze, Coline zawsze gościła przynajmniej jednego pacjenta, który odpoczywał na parterze.

Coline była niską kobietą z wielkim nosem i niewidocznym podbródkiem. Nie ukończyła jeszcze trzydziestki, a już urodziła szóstkę dzieci, przez co utraciła smukłą figurę. Jej ubranie zawsze pachniało palonymi ziołami, a do nieodłącznych elementów jej terapii należało picie wywarów o obrzydliwym smaku. Ludzie w Potoku Tibbeta często sobie z nich pokpiwali, lecz każdy wypijał je z wdzięcznością, gdy dopadło go przeziębienie.

Zielarce wystarczył jeden rzut oka na Silvy. Natychmiast kazała Arlenowi i Jephowi wnieść ją do domu. Nie zadawała pytań, co sprawiło im obu wielką ulgę, gdyż żaden nie wiedział, co miałby powiedzieć. Błyskawicznie przystąpiła do nacinania ran i wyciskania brunatnej ropy. Powietrze niebawem przesycił duszący odór zgnilizny. Następnie oczyściła rozcięcia wodą ze zmielonymi ziołami, by na końcu zabrać się za zszywanie. Jeph pozieleniał na twarzy i naraz zakrył usta.

- Wynocha mi stąd! - warknęła Coline, wskazując Jephowi drzwi.

Mężczyzna wymaszerował jak niepyszny, a Zielarka przeniosła wzrok na chłopaka.

- Ty też? - zapytała ostro, ale Arlen tylko pokręcił głową. Coline wpatrywała się w niego przez chwilę i w końcu skinęła z aprobatą. - Jesteś dzielniejszy od swego ojca - stwierdziła. - Przynieś moździerz i tłuczek. Nauczę cię, jak robić balsam na oparzenia.

Nie odrywając oczu od pracy, Coline instruowała Arlena, jak odnaleźć poszczególne składniki wśród niezliczonych słojów i mieszków jej apteki, a potem objaśniła, w jakich proporcjach je zmieszać. Kontynuowała szycie ran, podczas gdy chłopiec przykładał balsam na oparzenia.

W końcu, kiedy wszystkie rany Silvy zostały już opatrzone, Zielarka postanowiła zbadać Arlena. Chłopak z początku protestował, ale maść zaczęła działać i dopiero gdy po jego ramionach rozlał się zbawienny chłód, uświadomił sobie, jak bardzo paliła go skóra.

- Przeżyje? - zapytał, skinąwszy na matkę. Choć jej oddech już się uspokoił, skóra wokół rozcięć przybrała niezdrowy kolor, a smród zgnilizny nadal był wyczuwalny.

- Nie wiem - odparła Zielarka. Nie należała do ludzi, którzy owijają w bawełnę. - Nigdy nie widziałam tak poważnych ran. Zazwyczaj gdy otchłańcom uda się podejść tak blisko...

- ...to zabijają - rzucił Jeph od progu. - I zabiłyby, gdyby nie Arlen.

Wszedł do pomieszczenia ze spuszczonym wzrokiem.

- Arlen nauczył mnie czegoś zeszłej nocy, Coline. Nauczył mnie, że to strach jest naszym wrogiem, o wiele groźniejszym od otchłańców. - Położył dłoń na ramieniu syna i spojrzał mu prosto w oczy. - Nie zawiodę cię po raz drugi.

Arlen pokiwał głową, ale nie popatrzył na ojca. Chciał wierzyć jego słowom, jednak w myślach wciąż widział go na ganku, sparaliżowanego ze strachu.

Jeph podszedł do Silvy i ujął jej wilgotną dłoń. Kobieta wciąż się pociła, a od czasu do czasu rzucała na posłaniu.

- Umrze? - zapytał.

Zielarka wypuściła powietrze z płuc.

- Dobrze się znam na składaniu kości. Potrafię też odbierać porody. Umiem zbić temperaturę i przegnać przeziębienie, zdołam nawet oczyścić ranę zadaną przez demona, o ile jest świeża. - Pokręciła głową. - Ale twoja żona zapadła na gorączkę demoniczną. Podałam jej ziół, by złagodzić cierpienia i pomóc usnąć, lecz nie ma mowy, bym wymyśliła skuteczne lekarstwo. Będziesz musiał znaleźć lepszego Zielarza.

- A jest jeszcze ktoś? - zapytał Jeph. - Przecież poza tobą nie ma w Potoku nikogo innego!

- Jest kobieta, która nauczyła mnie fachu. Stara Mey Friman. Mieszka na obrzeżach Słonecznych Pastwisk, dwa dni drogi stąd. Jeśli ktokolwiek może wyleczyć Silvy, to tylko ona, ale lepiej nie zwlekaj. Gorączka będzie się wzmagać i jeśli zanadto zmarudzisz po drodze, nawet stara Mey ci nie pomoże.

- Jak ją znaleźć?

- Trudno przeoczyć jej dom, prowadzi tam tylko jedna droga. Nie skręcaj jednakże na rozstajach w lesie, bo w przeciwnym razie spędzisz całe tygodnie na podróży do Miln. Posłaniec wyjechał w stronę Pastwisk parę godzin temu, ale musi się jeszcze zatrzymać w kilku miejscach w Potoku. Jeśli się pospieszysz, możesz go dogonić. Posłańcy wożą ze sobą własne runy. W jego towarzystwie będziesz mógł podróżować aż do zmierzchu, a nocą jego runy zapewnią ci ochronę. Dzięki Posłańcowi pokonacie ów dystans dwa razy szybciej.

- Znajdziemy go - oznajmił Jeph. - Za wszelką cenę.

Determinacja w jego głosie sprawiła, że Arlen poczuł, jak odżywa w nim nadzieja.

Sercem chłopca targnęło osobliwe poczucie tęsknoty, gdy siedział z tyłu wozu i obserwował niknące w oddali zabudowania Potoku Tibbeta. Po raz pierwszy w życiu miał się znaleźć dalej niż dzień drogi od domu. Po raz pierwszy w życiu miał zobaczyć inną osadę! Jeszcze tydzień temu wiele by oddał za taką przygodę, ale teraz marzył tylko o tym, by życie znów wyglądało jak dawniej.

Jak wtedy, gdy gospodarstwo było bezpieczne.

Gdy matce nic nie groziło.

Gdy nie uważał ojca za tchórza.

Coline obiecała wysłać któregoś ze swych chłopców do gospodarstwa, by powiadomił Norine, że Jepha i Arlena nie będzie przez tydzień lub dłużej, a także po to, by pomagał przy zwierzętach i sprawdzał runy ochronne. Sąsiedzi z pewnością przychodziliby z wizytą, ale Norine nie pogodziła się jeszcze ze stratą rodziny i nie mogła spędzać nocy samotnie.

Zielarka sprezentowała Jephowi prostą mapę, starannie zwiniętą i wsuniętą w tubę ze zwierzęcej skóry. Papier stanowił w Potoku wielką rzadkość i niechętnie się z nim rozstawano. Arlen był wprost zafascynowany podarunkiem. Studiował mapę całe godziny, nawet mimo tego, że nie potrafił rozszyfrować żadnej z nielicznych nazw, które na niej widniały. Ani on, ani jego ojciec nie umieli czytać ani pisać.

Choć mapa wskazywała drogę do Słonecznych Pastwisk, nie dawała żadnych wskazówek co do odległości. Kartograf zaznaczył co prawda gospodarstwa, w których mogliby prosić o schronienie, ale z samej mapy nie dało się ustalić, ile godzin jazdy je dzieliło.

Matka spała niespokojnie, nadal mokra od potu. Czasem mówiła przez sen, a czasem coś wykrzykiwała, lecz jej słowa nie miały sensu. Arlen ocierał jej czoło wilgotną szmatką i poił gorzkim wywarem zgodnie z zaleceniami Zielarki. Nic jednak nie wskazywało, by jego starania przynosiły jakiekolwiek efekty.

Późnym popołudniem zbliżali się do domostwa Harla Garbarza, chłopa, który mieszkał na skraju Potoku. Jego gospodarstwo leżało zaledwie kilka godzin jazdy od Osady przy Borach, ale Arlen i Jeph wyruszyli zbyt późno, by wcześniej do niego dotrzeć.

Arlen pamiętał Harla i jego trzy córki z corocznych obchodów przesilenia letniego, choć nie widział ich od dwóch lat, odkąd otchłańce porwały mu żonę. Od tego czasu Harl z córkami żyli niczym pustelnicy i nawet tragedia w Osadzie nie skłoniła ich do opuszczenia gospodarstwa.

Trzy czwarte pól Harla zamieniło się w poczerniałe, spalone słońcem nieużytki. Tylko te wokół samego domu obsiano i otoczono słupami runicznymi. Wymizerowana krowa żuła paszę na błotnistym podwórzu, a na bokach przywiązanej przy kurniku kozy wyraźnie zaznaczały się żebra.

Prosty jednopiętrowy dom Harla zbudowano z kamienia wiązanego błotem i gliną. Na większych kamieniach wymalowano niegdyś runy, teraz już słabo widoczne. Arlen uznał je za kiepsko nakreślone, ale najwyraźniej jak dotąd spełniały swą rolę. Dach był nierówny, a gnijącą strzechę tu i ówdzie przebijały krótkie, masywne słupy runiczne. O ścianę domu wspierała się niewielka obórka z otworami okiennymi zabitymi deskami i drzwiami zwisającymi na jednym zawiasie. Po przeciwnej stronie podwórza stała druga obora, większa i sprawiająca jeszcze gorsze wrażenie. Runy mogły wytrzymać długo, ale sam budynek wyglądał, jakby zaraz miał runąć.

- Nigdy dotąd nie widziałem gospodarstwa Harla. - Jeph wodził wzrokiem po obejściu.

- Ja też nie - skłamał Arlen.

Z wyjątkiem Posłańców niewielu ludzi miało powody, by przemierzać drogę mijającą Osadę przy Borach, stąd też ci, którzy przy owej drodze mieszkali, stanowili przedmiot niezliczonych plotek. Arlen niejeden raz podkradł się, by obejrzeć gospodarstwo Szalonego Garbarza. Nigdy też nie dotarł dalej. By zdążyć do domu przed zmierzchem, musiał biec długie godziny bez wytchnienia.

Pewnego razu, a było to kilka miesięcy wcześniej, o mały włos by się spóźnił. Usiłował wówczas podpatrzyć najstarszą córkę Harla, Ilain. Chłopcy mówili, że ma największe cycki w Potoku, i Arlen chciał się o tym przekonać na własne oczy. Czekał przez pół dnia, aż w końcu ujrzał, jak zapłakana wybiega z domu. Rozpacz uczyniła ją niezwykle piękną i Arlen zapragnął podejść i ją pocieszyć, choć liczyła sobie osiem wiosen więcej od niego. Nie zdołał jednakże zebrać w sobie dość odwagi i skończyło się na tym, że obserwował ją z ukrycia przez długie godziny, o wiele dłużej, niż pozwalał na to zdrowy rozsądek. Nieomal zapłacił wysoką cenę za swą głupotę, gdy słońce zaczęło zachodzić.

Dojeżdżali do gospodarstwa, obszczekiwani przez liniejącego psa. Na ganku stała młoda dziewczyna i przyglądała się podróżnym smutnymi oczyma.

- Chyba będziemy musieli poprosić o schronienie - powiedział Jeph.

Arlen pokręcił głową.

- Do zmierzchu zostało sporo czasu. Być może uda nam się dogonić Ragena. Jeśli nie, jest jeszcze jedno gospodarstwo, tam gdzie droga odbiega ku Wolnym Miastom.

Jeph zerknął nad ramieniem syna na mapę.

- Spory kawałek.

- Mama nie może czekać. Nie dotrzemy dziś do celu, to pewne, ale każda godzina podróży przybliża nas do końca jej cierpień.

Jeph najpierw zerknął na spoconą Silvy, a potem na słońce i pokiwał głową. Pomachali dziewczynie na ganku, kiedy ją mijali.

Przez następne godziny pokonali spory szmat drogi, ale nie odkryli śladów Posłańca, ani też nie natknęli się na zaznaczone na mapie gospodarstwo. Jeph spojrzał w pomarańczowe niebo.

- Za niecałe dwie godziny będzie tu całkiem ciemno. Musimy zawrócić. Jeśli pognamy konia, uda nam się dotrzeć do Harla na czas.

- Ale przecież to gospodarstwo może się znajdować choćby i za tym zakrętem! - sprzeciwił się Arlen. - Odnajdziemy je!

- Nie ma co do tego pewności - stwierdził Jeph i splunął na bok. - Mapa nie jest dokładna. Zawracamy, póki to jeszcze możliwe. Nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu!

Arlen szeroko rozwarł oczy ze zdumienia.

- Kiedy stracimy pół dnia, nie mówiąc już o nocy! Przez ten czas mama umrze!

Otulona kocami, spocona Silvy oddychała szybko i nierówno. Jeph ze smutkiem spojrzał na coraz dłuższe cienie i stłumił dreszcz.

- Jeśli zmierzch zastanie nas na drodze, zginiemy wszyscy troje.

Arlen pokręcił głową, nim ojciec zdążył dokończyć zdanie.

- Ale... Ale przecież możemy... Możemy wyrysować runy w piasku! Dookoła wozu! - wykrztusił wreszcie.

- A jeśli zerwie się wiatr i je rozwieje? Co wtedy?

- To gospodarstwo może być tuż za następnym wzgórzem! - nalegał Arlen.

- Albo dwadzieścia mil dalej. Albo spalone rok temu. Któż wie co się wydarzyło od czasu, gdy wyrysowano tę mapę?

- Chcesz przez to powiedzieć, że życie mamy nie jest warte ryzyka?

- Ani słowa o tym, ile jest ono warte! - wrzasnął Jeph, a chłopiec o mało co nie spadł z wozu. - Kocham ją i znam o wiele lepiej od ciebie! Nie mam jednak zamiaru postawić na szali życia całej naszej trójki! Silvy jest w stanie przetrwać tę noc! Musi ją przetrwać!

Z tymi słowami szarpnął za cugle i zawrócił wóz. Bez litości smagnął zad Missy, a klacz, przestraszona wizją nadciągającego mroku, pognała przed siebie jak obłąkana.

Arlen odwrócił się ku Silvy, tłumiąc gorycz i gniew. Patrzył, jak ciało matki, obojętnej na tak szaleńczą jazdę, bezwładnie podskakuje, gdy koła wozu natrafiały na kamienie bądź zagłębienia. Ojciec mógł sobie myśleć, co chciał, ale Arlen wiedział, że jej szanse na przeżycie zostały właśnie zmniejszone o połowę.

Gdy docierali do samotnego gospodarstwa, słońce już zachodziło. Wyglądało na to, że zarówno Jephowi, jak i Missy udzieliło się skrajne przerażenie. Ojciec wrzaskiem poganiał dziko rżącego konia, a Arlen zeskoczył na tył wozu i usiłował uchronić matkę przed zsunięciem się na drogę. Trzymał ją mocno, płacąc za to wieloma siniakami i stłuczeniami.

Nie przed wszystkim zdołał ją jednak uchronić. Czuł, jak starannie założone szwy zaczynają pękać, a rany ponownie broczą krwią. Uświadomił sobie, że jeśli nie zabierze jej demoniczna gorączka, może to uczynić szalona jazda przez las.

Jeph wstrzymał konia przed samym gankiem.

- Harl! - wrzasnął. - Potrzeba nam schronienia!

Drzwi rozwarły się niemal natychmiast, zanim jeszcze zdążyli zeskoczyć z wozu. Na ganek wybiegł mężczyzna w znoszonym drelichu, wychudły i żylasty niczym suszone mięso, dzierżąc długie widły. Tuż za nim stanęła Ilain, barczysta dziewczyna z mocną metalową łopatą w dłoniach. Gdy Arlen widział ją ostatnim razem, po jej policzkach spływały łzy, a twarz wykrzywiało przerażenie. Tym razem próżno było szukać strachu w jej oczach. Ignorując coraz ciemniejsze cienie, odważnie podeszła do wozu.

Harl pokiwał głową, gdy Jeph wziął na ręce Silvy.

- Dawaj ją do środka - przykazał, a Jeph skwapliwie wypełnił polecenie. Przekraczając linię ochronną, westchnął głośno z ulgą.

- Otwieraj drzwi do dużej obory - polecił córce gospodarz. - Wóz nie zmieści się w małej!

Dziewczyna podwinęła suknię i pobiegła.

- Wprowadź wóz do obory, chłopcze! Szybko!

Arlen posłusznie uczynił, jak mu kazano.

- Nie ma czasu na wyprzęganie! - zawołał za nim Harl. - Jakoś wytrzyma.

A zatem Missy miała pozostać w zaprzęgu drugą noc z rzędu. Arlen zadał sobie w myślach pytanie, czy klacz kiedykolwiek jeszcze uwolni się od wozu.

Harl i Ilain pospiesznie zatrzasnęli drzwi obory i sprawdzili runy.

- A ty na co jeszcze czekasz?! - mężczyzna ryknął na chłopaka. - Zaraz tu będą!

Ledwie wymówił te słowa, gdy demony zaczęły się materializować. Pomknęli w stronę domu. Chude, uzbrojone w szpony łapska i rogate głowy zdawały się wyrastać wokół nich prosto z ziemi.

Kluczyli wśród powstających demonów, a przerażenie wraz z napływem adrenaliny przydało im skrzydeł. Pierwsze z otchłańców, które zyskały materialną postać - wataha smukłych ognistych demonów - rzuciły się za nimi w pogoń i szybko zmniejszały dystans. Arlen i Ilain pędzili przed siebie, gdy wtem Harl zawrócił i cisnął widłami w sam środek ścigającego ich stada.

Broń trafiła biegnącego na czele demona prosto w pierś i odrzuciła go na pobratymców. Nawet drobne demony ognia miały jednak zbyt twardą, chropowatą skórę, by można ją było przebić widłami. Bestia złapała narzędzie i plunęła na nie strumieniem ognia, a potem odrzuciła na bok.

Otchłaniec nie odniósł żadnych ran, ale dzięki desperackiemu manewrowi Harla uciekający zyskali kilka sekund. Demony skoczyły w ślad za nimi, jednak gdy tylko gospodarz wbiegał na ganek, pierwsze z nich uderzyły w linię ochronną, która powstrzymała je równie skutecznie, co ceglany mur. Runy rozgorzały, a ich moc odrzuciła demony z powrotem na podwórze. Harl zatrzasnął drzwi i wsparł się o nie plecami, zasunąwszy skobel.

- Chwalmy Stwórcę - szepnął słabym głosem, blady i zdyszany.

Wewnątrz domostwa Harla panowała duchota, a powietrze cuchnęło zgnilizną. Zarobaczona trzcina, którą wyścielono podłogę, zapewne pochłaniała część przeciekającej przez strzechę wody, ale dawno nikt jej nie wymieniał. Po izbie kręciły się nadto dwa psy i kilkanaście kotów, co zmuszało do ostrożnego stawiania kroków. Nad paleniskiem wisiał kamienny sagan, z którego buchał kwaśny zapach duszonego mięsa, zaś w jednym z kątów rozwieszono pstrokatą zasłonę zapewniającą odrobinę prywatności podczas załatwiania potrzeb.

Arlen najlepiej jak umiał założył Silvy nowe opatrunki, a Ilain i jej siostra Beni ułożyły chorą w swym pokoju. Najmłodsza córeczka Harla, Renna, w międzyczasie postawiła na stole dwie spękane drewniane miseczki dla gości.

W domu znajdowały się tylko trzy pomieszczenia - jedno zajmowane przez dziewczęta, drugie przeznaczone dla Harla oraz wspólna izba, gdzie gotowano i pracowano. Miejsce spożywania posiłków wydzielała przewieszona przez izbę wystrzępiona kotara. Opatrzone runami drzwi prowadziły do mniejszej obory.

- Renna, dorośli muszą porozmawiać, a ja i Beni będziemy przygotowywać kolację - odezwała się Ilain. - Sprawdźcie z Arlenem w międzyczasie runy.

Renna skinęła głową i pociągnęła chłopca za rękę. Liczyła sobie prawie dziesięć wiosen, czyli niemalże tyle, co jedenastoletni Arlen. Smugi brudu na jej twarzy nie były w stanie ukryć, że jest ładną dziewczynką. Miała na sobie prostą sukienkę, znoszoną i wielokrotnie cerowaną, a brązowe włosy związała postrzępioną tasiemką, choć wiele kosmyków zdążyło się uwolnić i opadało na jej twarz.

- Ten się starł. - Wskazała run na jednym z parapetów. - Pewnie któryś z kotów tu wlazł.

Wzięła kawałek węgla drzewnego i starannie dorysowała brakującą linię.

- To na nic - stwierdził Arlen. - Linie nie są już równe, a to osłabia run. Powinnaś narysować go raz jeszcze.

- Nie wolno mi rysować nowych runów - wyszeptała Renna. - Za każdym razem, gdy znajdę taki, którego nie umiem naprawić, mam powiedzieć ojcu bądź Ilain.

- Ja to zrobię. - Arlen odebrał dziewczynce węgielek. Starannie wytarł run i wyrysował nowy, prowadząc dłoń z wprawą i pewnością siebie. Skończywszy, cofnął się o krok, obejrzał dokładnie okno i szybko nakreślił jeszcze kilka innych znaków w miejscu starych.

Harl dostrzegł go podczas pracy. Zaczynał już wstawać, poruszony i zdenerwowany, lecz pojednawczy gest i kilka spokojnych słów Jepha sprawiły, że opadł z powrotem na krzesło.

Arlen przyjrzał się owocom swej pracy z zadowoleniem.

- Nawet demon skał tego nie sforsuje - oznajmił z dumą. Kiedy się odwrócił, zobaczył, że Renna uważnie go obserwuje.

- O co chodzi? - zapytał.

- Jesteś wyższy, niż pamiętam. - Dziewczynka spuściła wzrok, uśmiechając się nieśmiało.

- Cóż, nie widzieliśmy się od dobrych kilku lat - odparł Arlen, nie wiedząc, co innego powiedzieć. W tej samej chwili Harl zawołał córkę. Przez moment o czymś szeptali. Arlen dostrzegł, że dziewczynka raz czy dwa obejrzała się na niego, ale nie usłyszał ani słowa z ich rozmowy.

Na kolację podano potrawkę z twardego mięsa, którego Arlen nie potrafił rozpoznać, uduszonego z pasternakiem i kukurydzą. Choć posiłek nie smakował zbyt dobrze, przegnał głód i dał siłę potrzebną, by opowiedzieć o ostatnich wydarzeniach.

- Szkoda, żeście nie przyjechali do nas od razu - stwierdził Harl, gdy Jeph skończył mówić. - Odwiedzaliśmy starą Mey Friman wiele razy. Niepotrzebnieście do Ryneczku jechali. Szkoda czasu. Stąd jest blisko do Friman, gdybyś porządnie zaciął konia, Jeph, tak od serca, byłbyś w dwie godziny dotarł do gospodarstwa na Pastwiskach Macka. Stara Mey mieszka ledwie godzinę drogi dalej. Gdybyś dał szkapie popalić, dotarłbyś do celu jeszcze przed zmrokiem.

Arlen trzasnął łyżką o stół. Oczy wszystkich zwróciły się w jego stronę, ale chłopiec nawet tego nie dostrzegł. Siedział nieruchomo z gniewem malującym się na twarzy, wbijając wzrok w ojca.

Jeph nie potrafił długo znosić takiego spojrzenia.

- Skąd mogliśmy wiedzieć? - powiedział słabo.

Ilain dotknęła jego ramienia.

- Nie obwiniaj się o to, że okazałeś przezorność - pocieszyła Jepha, a potem spojrzała na Arlena z naganą w oczach. - Zrozumiesz to, gdy dorośniesz.

Arlen wstał gwałtownie od stołu. Przeszedł za zasłonę i skulił się przy oknie, obserwując demony przez szparę w okiennicy. Otchłańce raz za razem usiłowały sforsować runiczną osłonę i za każdym doznawały porażki. Mimo to Arlen nie czuł się chroniony przez magię. Czuł się przez nią uwięziony.

- Idźcie pobawić się z Arlenem w obórce - przykazał Harl młodszym córkom po zakończonym posiłku. - Ilain uprzątnie ze stołu. Dorośli muszą porozmawiać.

Beni i Renna w jednej chwili odskoczyły od stołu i wpadły za zasłonę. Arlen nie miał ochoty na zabawę, ale dziewczęta nie słuchały jego protestów. Siłą zmusiły chłopca, by powstał, a potem wciągnęły go przez drzwiczki do obory.

Beni zapaliła pękniętą latarnię i mdły blask rozjaśnił ciemność. Harl miał dwie stare krowy, cztery kozy, świnię z ośmioma prosiętami oraz sześć kurcząt. Wszystkie zwierzęta były wychudzone i kościste, bez wątpienia niedożywione. Nawet na skórze świni odznaczały się żebra. Wyglądało na to, że inwentarz Harla ledwie starczał, by wyżywić rodzinę.

Sama obórka również nie prezentowała się najlepiej. Połowa okiennic była zepsuta, a siano na podłodze gniło w najlepsze. Kozły wygryzły dziurę w przegrodzie i podjadały siano krowom. W miejscu przeznaczonym dla świń zalegała gruba warstwa błota, pomyj i odchodów.

Renna prowadziła Arlena pod każdą z przegród.

- Tacie się nie podoba, że nadajemy zwierzętom imiona - wyznała. - Tak więc robimy to w tajemnicy. To Pani Kopytko. - Wskazała na krowę. - Jej mleko jest kwaśne, ale tata twierdzi, że wszystko z nim w porządku. Ta obok niej to Zrzęda. Potrafi kopnąć, ale tylko wtedy, gdy się za mocno ciągnie za wymiona. Albo za długo zwleka z dojeniem. Kozły są...

- Arlena nie interesują zwierzęta - zrugała siostrę Beni, a potem chwyciła chłopca za ramię i przyciągnęła do siebie. Była starsza i wyższa od Renny, ale Arlenowi to Renna wydawała się ładniejsza. Weszli po drabinie na stryszek i klapnęli na czyste siano.

- Zagrajmy w schronienie - zaproponowała Beni. Wyciągnęła z kieszeni skórzaną sakiewkę i wysypała z niej cztery drewniane kostki. Wymalowano na nich symbole ognia, skały, wody, wiatru i drewna. Szóstym symbolem był run. Istniało wiele odmian tej gry, ale główna zasada polegała na tym, że trzy runy wygrywają z czterema znakami innego rodzaju.

Przez chwilę grali w kości. Renna i Beni miały kilka własnych zasad, z których wiele, jak przypuszczał Arlen, wymyśliły na poczekaniu, by wygrać.

- Dwa runy wyrzucone trzy razy pod rząd liczą się jak trzy runy - oznajmiła Beni, uzyskawszy taką właśnie kombinację. - Wygrywamy.

Arlen był innego zdania, ale nie widział sensu w kłótni.

- A skoro wygrałyśmy, musisz zrobić to, co każemy - dodała starsza siostra.

- Ani mi się śni.

- Ależ tak! Musisz! - nalegała Beni. Arlen znów odniósł wrażenie, że kłótnia donikąd go nie zaprowadzi.

- A co niby mam zrobić? - zapytał podejrzliwie.

- Buziaki! - Renna klasnęła w dłonie.

Beni pacnęła siostrę w głowę.

- Przecież wiem, matołku!

- Jakie znów buziaki? - dociekał Arlen, choć czuł, że zna odpowiedź.

- Och, zaraz zobaczysz! - parsknęła Beni, a obie dziewczynki zachichotały. - To zabawa dorosłych. Tata czasami bawi się w nią z Ilain. Wiesz, to takie udawanie małżeństwa.

- Co masz na myśli? Bawicie się w składanie przysięgi?

- Nie, matołku, w coś innego! - odparła Beni, a potem zarzuciła chłopcu ręce na szyję i przycisnęła swoje usta do jego.

Arlen nigdy dotąd nie całował dziewczyny. Córka Harla rozchyliła usta, więc uczynił to samo. Zderzyli się zębami i oboje odskoczyli.

- Auć! - jęknął Arlen.

- Zbyt mocno, Beni - stwierdziła młodsza z sióstr. - Teraz moja kolej.

W rzeczy samej, pocałunek Renny był o wiele delikatniejszy i Arlen uznał, że jest dość przyjemny, zupełnie jak grzanie się przy ogniu w zimną porę.

- Patrz - powiedziała Renna, gdy ich usta się rozłączyły. - Tak trzeba to robić.

- Będziemy dziś w nocy dzielić łóżko - odparła Beni. - Możemy jeszcze później poćwiczyć.

- Przykro mi, że musiałyście oddać jedno łóżko mojej mamie.

- W porządku. - Renna wzruszyła ramionami. - Do śmierci mamy spałyśmy przecież razem. Ale teraz to Ilain śpi z tatą.

- Dlaczego?

- Nie wolno nam o tym rozmawiać - szepnęła Beni.

Renna zignorowała reprymendę siostry i ciągnęła ściszonym głosem:

- Ilain mówiła, że po śmierci mamy tata powiedział jej, że będzie mieć odtąd nowe obowiązki. Że będzie musiała dbać o niego tak, jak żony dbają o mężów.

- Chodzi o gotowanie, szycie i inne takie? - zapytał Arlen.

- Nie, chodzi o zabawę podobną do buziaków - odparła Beni. - Ale potrzeba chłopaka, żeby się w nią bawić. - Pociągnęła go za portki. - Jak nam pokażesz siusiaka, to cię nauczymy.

- Niczego wam nie pokażę!

- Czemu nie? - zapytała Renna. - Beni pokazała tę zabawę Lucikowi Bogginowi i teraz Lucik chce się bawić bez przerwy.

- Tata i ojciec Lucika mówią, że zostaliśmy sobie przyrzeczeni - pochwaliła się Beni. - Czyli wszystko jest w porządku. A skoro ty masz zostać przyrzeczony Rennie, to powinieneś jej pokazać.

Renna przygryzła kciuk i odwróciła głowę, ale co rusz zerkała na Arlena kątem oka.

- To nieprawda! - wykrzyknął chłopak. - Nikomu nie zostałem przyrzeczony!

- A jak sądzisz, o czym rozmawiają teraz nasi ojcowie, matołku? - zapytała Beni.

- Na pewno nie o tym!

- No to idź i sam się przekonaj!

Arlen obrzucił dziewczęta podejrzliwym spojrzeniem, a potem zszedł po drabinie i najciszej jak umiał wślizgnął się do izby. Podkradł się do zasłony, zza której dolatywały głosy mężczyzn.

- Miałem zamiar wziąć Lucika od razu - mówił Harl. - Ale Fernan chce, by jeszcze przez jeden sezon wyrabiał paszę. Nie powiem, przyda się nowa para rąk do roboty. Ciężko wykarmić tyle gąb, tym bardziej że kury nie dają już jaj, a mleko jednej z krów skwaśniało.

- Weźmiemy Rennę w drodze powrotnej - powiedział Jeph.

- Powiesz mu, że zostali sobie przyrzeczeni?

Arlen skamieniał.

- Nie widzę powodu - odparł jego ojciec.

Harl parsknął.

- Po mojemu powinieneś poczekać do jutra, jak już będziecie sami na drodze. Czasami chłopaki urządzają sceny, gdy im się mówi o przyrzeczeniu. To może zranić ich uczucia.

- Pewnie masz rację...

Arlen chciał wrzeszczeć.

- Wiem, że mam. Zaufaj ojcu trzech córek. Robią ci awanturę o byle co, zgadza się, Lainie?

Z izby dobiegło plaśnięcie, a Ilain pisnęła z bólu.

- Tak czy owak - ciągnął Harl - nie ma krzywdy, której by nie zaleczyło kilka godzin płaczu.

Nastała chwila milczenia i Arlen zaczął się wycofywać w kierunku drzwi obórki.

- Idę spać - chrząknął Harl. Chłopiec zamarł. - Zajrzyj, co u Silvy, Lainie. Zajęła ci łóżko, tak więc możesz przyjść do mnie, jak już doskrobiesz miski i położysz dziewczynki.

Arlen schował się pod stół warsztatowy. Siedział tam dłuższą chwilę, dopóki Harl nie ulżył sobie w ustępie i nie zniknął w swoim pokoju, zamykając drzwi. Już miał zamiar odczołgać się do obory, gdy usłyszał Ilain.

- Ja też chcę jechać! - wypaliła, ledwie drzwi trzasnęły o futrynę.

- Co takiego? - zapytał Jeph.

Z miejsca, w którym klęczał, Arlen widział ich stopy pod zasłoną. Ilain obeszła stół i usiadła tuż przy mężczyźnie.

- Zabierz mnie ze sobą - powtórzyła. - Błagam cię. Beni da sobie radę, gdy już przybędzie tu Lucik. Muszę stąd uciec.

- Dlaczego? Z pewnością wystarcza jadła dla całej waszej trójki.

- Nie chodzi o to. Mniejsza zresztą o powód. Powiem tacie, że będę na polu, gdy przyjedziecie po Rennę. Wyprzedzę was i poczekam na drodze. Nim tata się zorientuje, że mnie nie ma, zapadnie noc. Nigdy nie wyruszy w pościg.

- Nie byłbym tego taki pewien.

- Twoje gospodarstwo leży daleko stąd. - Arlen dostrzegł, jak Ilain kładzie dłoń na kolanie Jepha. - Będę pracować! Zarobię przecież na swoje utrzymanie!

- Nie mogę cię tak po prostu wykraść. Nie mam z Harlem żadnych zatargów i mieć nie zamierzam.

Ilain splunęła.

- Ten stary łajdak chciał ci wmówić, że śpię z nim z powodu Silvy. Tymczasem prawda jest taka, że podnosi na mnie rękę za każdym razem, gdy do niego nie przyjdę po ułożeniu dziewczynek do snu - wyznała cichym głosem.

Jeph milczał przez dłuższą chwilę.

- Rozumiem - powiedział w końcu. Zacisnął pięści i zaczął się podnosić.

- Nie, proszę - szepnęła Ilain. - Nie wiesz, jaki on jest! Zabije cię!

- A zatem mam po prostu udawać, że o niczym nie wiem?

Arlen nie rozumiał przyczyny całego zamieszania. Co z tego, że Ilain spała w pokoju Harla?

Wtedy ujrzał, jak dziewczyna przysuwa się do jego ojca.

- Będziesz potrzebował kogoś, kto zaopiekuje się Silvy. Jeśli zaś ona odejdzie...

Po tych słowach przylgnęła do Jepha, a jej dłoń z kolana przesunęła się wyżej, podobnie jak chwilę temu Beni chciała to zrobić Arlenowi.

- Jeśli ona odejdzie, zostanę twoją żoną - dokończyła. - Twoje gospodarstwo zaroi się od dzieci.

Jeph jęknął.

Arlen poczuł, jak ogarniają go mdłości, a jego policzki zaczynają płonąć. Żółć podeszła mu do gardła i z trudem przełknął ślinę. Chciał powiedzieć o wszystkim Harlowi, wykrzyczeć mu, co jego córka teraz wyczyniała. Przecież Harl stawił czoła otchłańcom w jej obronie, na co Jeph nigdy by się nie odważył. Oczyma wyobraźni chłopiec ujrzał gospodarza, który bije jego ojca po twarzy, i nie było to przykre wyobrażenie.

Jeph zawahał się, a potem odepchnął Ilain.

- Nie. Jutro zawieziemy Silvy do Zielarki. Moja żona wyzdrowieje.

- Ale zabierz mnie ze sobą! Zabierz! - błagała Ilain, padając mu do kolan.

- Ja... pomyślę o tym - wydukał.

W tym samym momencie Beni i Renna wpadły do izby. Arlen szybko wstał i dołączył do dziewczynek, udając, że wbiegł razem z nimi. Ilain pospiesznie poderwała się na nogi, a chłopak zrozumiał, że stracił okazję, by przyłapać ojca na gorącym uczynku.

Kiedy Ilain położyła już dziewczynki do łóżek i wyciągnęła dwa brudne koce dla Arlena i Jepha, odetchnąwszy głęboko, weszła do pokoju ojca. Niedługo później chłopiec usłyszał ciche posapywanie Harla i sporadyczne, stłumione jęki jego córki. Udając, że tego nie słyszy, zerknął na posłanie obok. Jeph przygryzał pięść.

Arlen obudził się jako pierwszy. Na chwilę przed wschodem słońca otworzył drzwi i ze zniecierpliwieniem przyglądał się demonom, syczącym i rozcinającym pazurami powietrze po przeciwnej stronie osłony runicznej. Gdy mgłę po ostatnim z przybyszów rozpędził wiatr, chłopak ruszył do dużej obory, by napoić Missy i pozostałe konie Harla. Klacz była niespokojna, od razu chciała go capnąć zębami.

- Jeszcze tylko dzień - pocieszył ją Arlen i podwiesił jej worek z obrokiem.

Gdy wrócił do izby, jego ojciec ciągle pochrapywał. Zapukał we framugę pokoiku, w którym spały młodsze córki Harla. Beni odsunęła zasłonę, a chłopak natychmiast dostrzegł smutek malujący się na twarzach obu dziewczynek.

- Nie chce się obudzić - zaszlochała klęcząca u boku Silvy Renna. - Pamiętałam, że chcecie wyruszyć ze wschodem słońca, ale kiedy nią potrząsnęłam... - Z oczyma pełnymi łez wskazała na łóżko. - Jest taka blada...

Arlen podbiegł do matki. Dłoń miała zimną i lepką od potu, ale jej czoło aż płonęło. Oddychała nierówno, a nad jej ciałem unosił się odór demonicznej gorączki. Opatrunki nasiąkły brązowawożółtą wydzieliną.

- Tato! - wykrzyknął Arlen. Jeph pojawił się niemal natychmiast. Po krótkiej chwili dołączyli do niego Ilain i Harl.

- Nie ma chwili do stracenia - oznajmił chłopiec.

- Weź jednego z moich koni - zaproponował Jephowi gospodarz. - Zaprzęgniesz go, gdy twój się zmęczy. Nie żałuj bata, a dotrzesz do Mey przed południem.

- Jesteśmy twoimi dłużnikami - odparł Jeph, ale Harl zbył go machnięciem ręki.

- Lepiej nie traćcie czasu. Ilain spakuje wam jadło na drogę.

Gdy Arlen odwrócił się, by wybiec z pokoju, Renna złapała go za ramię.

- Jesteśmy sobie przyrzeczeni - szepnęła. - Będę czekać na ciebie co wieczór na ganku, póki nie powrócisz.

I pocałowała go w policzek. Długo jeszcze pamiętał dotyk jej miękkich ust.

Wóz pędził po wyboistym trakcie, podskakując i trzeszcząc. Jeph zacinał konie, a gdy się zatrzymywał, to tylko po to, by je przeprząc. Jedzenie spakowane przez Ilain wydawało się Arlenowi trucizną, ale jego ojciec pochłaniał je łapczywie.

Gdy w końcu chłopiec przemógł wstręt i ujął kromkę ziarnistego chleba z twardym, ostrym serem, pomyślał, że może to wszystko jest jednym wielkim nieporozumieniem. Może ubiegłej nocy się przesłyszał. Może ojciec nie zawahał się wcale, zanim odepchnął Ilain.

Była to kusząca iluzja, ale Jeph rozwiał ją chwilę później.

- Co sądzisz o młodszej córce Harla? - zapytał. - Spędziłeś z nią trochę czasu.

Arlen miał wrażenie, jakby ktoś walnął go pięścią w żołądek.

- O Rennie? - Postanowił udawać, że nie wie, do czego zmierza ojciec. - Jest chyba w porządku. Czemu pytasz?

- Rozmawiałem z Harlem. Renna dołączy do nas w drodze powrotnej.

- Po co?

- By opiekować się mamą i pomagać w gospodarstwie. Cóż, są jeszcze inne powody.

- Jakie powody? - naciskał Arlen.

- Chcemy z Harlem zobaczyć, czy będziecie do siebie pasować.

- A co, jeśli tak nie jest? Jeśli nie mam ochoty, by przez cały dzień łaziła za mną jakaś dziewucha i namawiała mnie na zabawę w buziaki?

- Któregoś dnia nie będziesz miał nic przeciwko tej zabawie.

- Dobrze więc, czemu nie. Niech jedzie. - Arlen wzruszył ramionami, wciąż udając, że nie wie, o co chodzi. - Dlaczego Harl tak bardzo chce się jej pozbyć?

- Widziałeś, w jakim stanie jest jego gospodarstwo - odparł Jeph. - Ledwie sami mogą się wyżywić. Harl bardzo kocha swe córki i chce dla nich jak najlepiej, a trudno o coś lepszego niż zamążpójście, póki jeszcze są młode. Dzięki temu będzie miał synów do pomocy, ujrzy też wnuki przed śmiercią. Ilain już przekroczyła wiek, w którym większość dziewcząt wychodzi za mąż, a tej jesieni do gospodarstwa Harla dołączy Lucik Boggin. Mają nadzieję, że on i Beni będą do siebie pasować.

- Lucik też nie miał większego wyboru, co? - burknął Arlen.

- Cieszy się, że może pracować na farmie Harla! Dobrze wie, że spotkało go szczęście! - wybuchnął ojciec, straciwszy cierpliwość. - Czeka cię jeszcze niejedna trudna lekcja o życiu, Arlenie. W Potoku mieszka znacznie więcej chłopców niż dziewcząt, nie możemy trwonić naszego życia bez końca. Co roku umiera nas coraz więcej, jedni zabrani przez choroby, inni przez starość, jeszcze inni przez otchłańce. Jeśli nie będą rodzić się dzieci, Potok Tibbeta zmarnieje i wyludni się jak setki innych wiosek! Nie możemy do tego dopuścić!

Arlen, przyzwyczajony do spokojnego charakteru ojca, z rozsądku nie powiedział ani słowa.

Jakąś godzinę później usłyszeli krzyk. Obaj natychmiast się odwrócili. Silvy próbowała powstać, rozdrapując skórę na piersi. Oddychała głośno i chrapliwie. Kiedy Arlen przeskoczył na tył wozu, pochwyciła go z zaskakującą siłą, kaszląc mu prosto w twarz. Po koszuli chłopaka spłynęły gęste plwociny. Wybałuszone, przekrwione oczy patrzyły prosto na niego, ale matka zdawała się nie poznawać własnego syna. Raptem jej ciałem targnął spazm. Arlen wrzasnął, trzymając ją najmocniej jak potrafił.

Jeph wstrzymał konia i wspólnie z chłopcem zmusili Silvy, by się położyła. Kobieta ciskała się i zawodziła ochryple, gdy raptem, podobnie jak Cholie, wygięła się po raz ostatni i znieruchomiała.

Gdy tylko Jeph to ujrzał, odrzucił głowę i zawył. Arlen niemalże przegryzł sobie wargę, ale nie zdołał powstrzymać łez. We dwójkę szlochali nad ciałem zmarłej.

Kiedy się wreszcie uspokoili, chłopak począł wodzić dookoła wzrokiem, choć w jego oczach nie było życia. Usiłował skupić spojrzenie, lecz świat wyglądał na zamazany, jakby nieprawdziwy.

- I co teraz poczniemy? - zapytał w końcu.

- Zawrócimy. - Słowa ojca smagały duszę Arlena niczym bat. - Zabierzemy ją do domu i spalimy. Spróbujemy jakoś żyć dalej. Wciąż mamy gospodarstwo i zwierzęta, o które trzeba zadbać, a nawet z Renną i Norine do pomocy czekają nas ciężkie czasy.

- Z Renną? - zapytał chłopak z niedowierzaniem. - Zabieramy Rennę, tak? Nawet po tym wszystkim?

- Życie musi toczyć się dalej. Jesteś już prawie mężczyzną, a mężczyzna potrzebuje żony.

- Dla siebie też zdążyłeś wszystko załatwić? - wybuchnął Arlen.

- O cóż...

- Słyszałem twoją rozmowę z Ilain zeszłej nocy! Ty już masz nową żonę! Po co w ogóle przejmujesz się jeszcze mamą? Przecież masz już kogoś, kto zajmie się twoim siusiakiem! Przynajmniej na razie, bo kto wie, być może i ona zginie, gdy znowu stchórzysz i nie pospieszysz jej z pomocą!

Jeph wymierzył synowi siarczysty policzek. Gdy echo uderzenia przecięło poranną ciszę, natychmiast tego pożałował. Jego gniew wyparował, a on sam wyciągnął ku Arlenowi ręce.

- Synu, wybacz, tak mi przykro... - wykrztusił, ale chłopak cofnął się i zeskoczył z wozu. - Arlen! - krzyknął, lecz nic to nie dało.

Arlen biegł między drzewami ciągnącego się wzdłuż drogi lasu.

3

Samotna noc

319 RP

Arlen biegł przez las najszybciej jak potrafił, skręcając raz za razem to w jedną, to znów w drugą stronę. Robił wszystko, co możliwe, by Jeph nie zdołał go wytropić, ale nawoływania stawały się coraz odleglejsze i chłopak uświadomił sobie, że ojciec nie zamierza go gonić.

Bo niby po co? - zadał sobie w myślach pytanie. Przecież wie, że będę musiał wrócić przed zmrokiem. Dokąd miałbym uciec?

Dokądkolwiek.

Odpowiedź pojawiła się sama, ale w głębi duszy Arlen wiedział, że taka właśnie jest prawda.

Nie mógł już wrócić na gospodarstwo i udawać, że nic się nie stało. Nie potrafiłby patrzeć na Ilain w łóżku matki. Nawet ładniutka Renna, która całowała tak delikatnie, przypominałaby mu o tym, co stracił, a przede wszystkim dlaczego.

Ale dokąd miałby pójść? Co do jednego ojciec się nie mylił - Arlen nie mógł biec w nieskończoność. Musiał znaleźć kryjówkę przed zapadnięciem zmroku, jeśli nie chciał, by nadchodząca noc była jego ostatnią.

Powrót do Potoku Tibbeta również nie wchodził w rachubę. Każdy, u kogo poprosiłby o schronienie, następnego dnia zawlókłby go za ucho do domu i jedyne, co by uzyskał dzięki spektakularnej ucieczce, to czerwone pręgi na zadku.

A zatem Słoneczne Pastwiska. Mieszkańcy Potoku Tibbeta prawie nigdy się tam nie zapuszczali, chyba że Wieprz płacił im za przewiezienie jakiegoś towaru. Docierali tam tylko Posłańcy.

Coline zaś twierdziła, że Ragen miał odwiedzić Słoneczne Pastwiska w drodze powrotnej do Wolnych Miast. Arlen zdążył polubić Ragena, jedynego dorosłego, który nie traktował go z wyższością. Posłaniec wraz z Keerinem wyprzedzali go o ponad dzień drogi, a ponadto mieli konie, ale gdyby się pospieszył, być może zdołałby ich złapać i poprosić, by go zabrali do Wolnych Miast.

Wciąż miał przytroczoną do szyi mapę wskazującą drogę do Słonecznych Pastwisk i położone wzdłuż niej gospodarstwa. Nawet tu, w głębi lasu, doskonale wiedział, gdzie znajduje się północ.

W południe odnalazł drogę, czy może raczej droga odnalazła jego, przecinając bór. Musiał jednak stracić orientację wśród drzew. Maszerował już kilka godzin, a wciąż nie natrafił na żaden ślad gospodarstwa czy domostwa Zielarki. Spojrzenie w niebo wzmogło jego niepokój - skoro szedł na północ, powinien mieć słońce po lewej, a nie przed sobą.

Przystanął i rozwinął mapę, co potwierdziło jego obawy - nie znajdował się na trakcie do Słonecznych Pastwisk, ale na drodze do Wolnych Miast. Na domiar złego ta jej część znajdowała się już poza krawędzią mapy.

Przerażała go wizja powrotu po własnych śladach, tym bardziej że nie miał pewności, czy zdoła znaleźć kryjówkę na czas. Zdobył się jednak na odwagę i postąpił w kierunku, z którego przybył.

Nie, postanowił w duchu. To ojciec by zawrócił. Ja idę naprzód, bez względu na to, co się ma wydarzyć.

I ruszył, zostawiając za sobą zarówno Potok Tibbeta, jak i Słoneczne Pastwiska. Każdy kolejny krok wydawał się coraz lżejszy.

Wędrował kilka godzin, aż wreszcie wyszedł z lasu na otwartą przestrzeń. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się bujne, żyzne łąki, na których nigdy nie postała stopa pasterza z bydłem czy chłopa z pługiem. Stanął na szczycie pobliskiego wzgórza, łapczywie wdychając świeże, nieskażone cywilizacją powietrze. Wgramolił się na ogromny głaz i objął wzrokiem szeroki świat, który aż do tego dnia pozostawał poza jego zasięgiem. Nie dostrzegł jednak ani śladu ludzkiej bytności, a co za tym idzie żadnego miejsca, w którym mógłby poszukać schronienia. Bał się nadchodzącej nocy, ale było to odległe uczucie, coś jak świadomość, że któregoś dnia umrze ze starości.

Podczas gdy popołudnie powoli przechodziło w wieczór, wciąż szukał miejsca na przeczekanie nocy. Obiecująco wyglądało niewielkie skupisko drzew. Trawa rosła między nimi dość rzadko i bez trudu wyrysowałby runy w ziemi, ale drzewny demon mógłby się wdrapać po pniu i zeskoczyć w sam środek pola ochronnego.

Dostrzegł też niewielki kamienisty pagórek nieporośnięty trawą. Podniesiony na duchu, wbiegł na jego szczyt, ale wtedy poczuł silne podmuchy wiatru. Istniało więc ryzyko, że któryś z runów zostanie rozwiany i tym samym pozbawiony mocy.

W końcu odnalazł miejsce, gdzie niedawno szalały ogniste demony. Świeże źdźbła trawy przebijały się przez warstwę popiołu. Odgarnął go stopą, odsłaniając twardą, ubitą ziemię. Oczyścił spory fragment terenu i rozpoczął wytyczanie pola ochronnego. Nie miał zbyt wiele czasu, postanowił więc poprzestać na niewielkim kręgu. Nie chciał, by pośpiech zmusił go do niedbałości.

Wyskrobywał znaki patykiem, oczyszczając je delikatnymi dmuchnięciami. Pracował ponad godzinę, stawiając run za runem i co chwila cofając się o krok, by ocenić, czy zostały należycie wykonane. Jak dotąd jego zręczna i pewna dłoń nie zawiodła go ani razu.

Gdy praca dobiegła końca, krąg osiągnął średnicę sześciu stóp. Arlen sprawdził runy trzykrotnie, ale nic nie wzbudziło jego niepokoju. Wsunął więc patyk do kieszeni i usiadł wewnątrz pola ochronnego. Obserwował, jak cienie stają się coraz dłuższe, a słońce znika za horyzontem, barwiąc niebo purpurą.

Być może zginie tej nocy. Być może zdoła przeżyć. Powtarzał sobie, że nie ma to większego znaczenia, ale gdy światło poczęło się rozpraszać, zdenerwowanie wzięło górę. Jego serce waliło jak młotem, zaś instynkt nakazywał skoczyć na równe nogi i uciekać. Sęk w tym, że nie miał dokąd. Najbliższe domostwa znajdowały się wiele mil stąd. Zadrżał, choć wcale nie czuł chłodu.

To był głupi pomysł, szepnął jakiś głos w jego głowie. Arlen parsknął z oburzeniem, ale gdy ostatnie promienie słońca zamigotały na horyzoncie, opuszczając na świat zasłonę ciemności, nie potrafił już rozluźnić napiętych mięśni.

Oto idą! - ostrzegł go ten sam przestraszony szept, gdy z ziemi wystrzeliły pierwsze smużki mgły.

Powoli gęstniały, formując ciała otchłańców. Arlen powstał, zaciskając kurczowo pięści, i już po chwili ujrzał ogniste demony. Pląsały w zapamiętaniu, ciągnąc za sobą warkocze migotliwego ognia. Zaraz po nich powstały demony wichru, które natychmiast rzucały się do biegu, rozpościerając skórzaste skrzydła i wyskakując w powietrze. Jako ostatnie przybyły demony skał, z mozołem wydźwigując masywne sylwetki z Otchłani.

Wtem intruzi dostrzegli bezbronnego chłopca i zaryczeli z radości.

Jako pierwszy zaatakował wichrowy demon. Pikował wprost na Arlena, wysuwając umieszczone w skrzydłach zakrzywione szpony, by w locie rozedrzeć ofierze gardło. Chłopak wrzasnął, lecz wtedy pazury bestii uderzyły w zaporę runiczną, wzniecając chmurę iskier. Niesiony siłą rozpędu demon grzmotnął w osłonę, która odrzuciła go w oślepiającym rozbłysku. Otchłaniec zawył, uderzywszy w ziemię, ale natychmiast się poderwał. Na jego łuskowatym ciele co rusz rozbłyskiwały wyładowania magii.

Następnie natarły zwinne demony ognia, z których największy ledwie dorównywał rozmiarami psu. Otoczyły krąg, dziko skrzecząc i drapiąc pazurami osłonę. Arlen wzdragał się za każdym razem, gdy światło zyskiwało na intensywności, ale znaki wytrzymywały. Gdy bestie zrozumiały, że postawiona przez chłopca bariera jest skuteczna, zionęły ogniem.

Arlen był jednak zbyt doświadczony, by dać się nabrać na ten podstęp. Kreślił runy od dnia, w którym jego dłoń ujęła kawałek węgla drzewnego, i znał również te, które chroniły przed ognistymi wyziewami. Strumienie płomieni z paszcz otchłańców okazały się równie niegroźne, co ich pazury - Arlen nie poczuł nawet gorąca.

Demony ściągały ze wszystkich stron. Każdy rozbłysk magicznej osłony pozwalał mu dostrzec, że jest ich coraz więcej. Zgromadziła się wokół niego zajadła horda, gotowa rozszarpać go na kawałki.

Kolejne wichrowe demony przypuściły atak z powietrza i zostały odrzucone przez runy. Rozwścieczone, bliskie obłąkania demony ognia rzucały się na zaporę, cierpliwie znosząc palące wyładowania magii w nadziei, że zdołają się przebić. Osłona wytrzymywała natarcia i odpychała kolejnych napastników. Arlen nie drżał już ze strachu, wywrzaskiwał teraz obelgi i przekleństwa, zapominając o wcześniejszych obawach.

Jego upór jeszcze bardziej rozjuszył demony. Nienawykłe do kpin ze strony swych ofiar, zdwoiły wysiłki, by pokonać barierę. Chłopiec potrząsał pięściami i wykonywał nieprzystojne gesty, którymi dorośli w Potoku Tibbeta traktowali czasem Wieprza, gdy ten ich nie widział.

To te żałosne rozjuszone poczwary miały budzić trwogę? To przez nie cała ludzkość żyła w strachu? Przecież to śmieszne! Arlen splunął siarczyście, a ślina zaskwierczała na łuskach ognistego demona, potrajając jego furię.

Niespodziewanie wycie otchłańców ucichło. W blasku rzucanym przez demony ognia chłopiec patrzył, jak zgraja przybyszów z Otchłani rozstępuje się, robiąc przejście dla demona skał. Każdy jego krok wprawiał ziemię w drżenie.

Przez całe życie Arlen oglądał demony z daleka, przez okna lub szpary w drzwiach. Przed koszmarnymi wydarzeniami ostatnich kilku dni nigdy nie przebywał na dworze z w pełni uformowanym otchłańcem, a już na pewno nigdy nie stanął żadnemu na drodze. Wiedział, że mogą się różnić od siebie rozmiarami, ale nie podejrzewał, że aż w takim stopniu.

Skalny demon mierzył piętnaście stóp. Był wprost gigantyczny.

Arlen zadarł głowę, wpatrzony w nadciągającego potwora, który nawet z oddali wydawał się niebotyczną masą mięśni i ostrych krawędzi. Jego gruby czarny pancerz chitynowy pokrywały kościane narośle, a najeżony kolcami ogon równoważył ciężar przeogromnych barków. Przygarbiony demon parł przed siebie, każdym krokiem wprawiając ziemię w drżenie i wydzierając w niej pazurami głębokie bruzdy. Jego długie, wykrzywione ręce zakończone były szponami rozmiarów noży rzeźnickich, a zza wilgotnych od śliny warg wyzierało kilka szeregów zębów przypominających ostrza. Otchłaniec wysunął spomiędzy nich czarny język, smakując strach ofiary.

Jeden z ognistych demonów nie zdążył się usunąć. Nadciągający kolos machnął łapskiem jakby od niechcenia, rozcinając skórę mniejszego otchłańca i posyłając go wysoko w powietrze.

Przerażony Arlen cofnął się o krok, a potem o jeszcze jeden. Opamiętał się w ostatniej chwili, tuż przed przekroczeniem linii runów.

Ponowna myśl o magicznej mocy kręgu przyniosła mizerną pociechę. Wątpił, czy nakreślone przez niego znaki zdadzą taką próbę. Wątpił, czy jakiekolwiek runy zdołałyby powstrzymać demona skał.

Otchłaniec przyglądał się chłopcu przez dłuższą chwilę, czerpiąc rozkosz z jego przerażenia. Skalne demony rzadko kiedy wykonywały gwałtowne ruchy, choć potrafiły poruszać się z oszałamiającą prędkością, jeśli zaszła taka potrzeba.

Gdy otchłaniec wyprowadził pierwszy cios, resztki opanowania odeszły w niebyt. Arlen krzyknął i skulił się na ziemi, zasłaniając głowę rękami.

Eksplozja powstała w wyniku zderzenia pięści demona z runiczną osłoną była wprost ogłuszająca. Arlen zasłonił oczy, ale mimo to dostrzegł oślepiający rozbłysk magii, zupełnie jakby noc nagle stała się dniem. Ryk wściekłości rozdarł powietrze i chłopak znów zerknął na bestię, tym razem w chwili kiedy obróciła się gwałtownie i uniosła ciężki, najeżony kolcami ogon, by wyprowadzić kolejny cios.

Magiczne znaki ponownie eksplodowały światłem, odrzucając napastnika.

Arlen zmusił się do wypuszczenia z płuc powietrza, które powstrzymywał od jakiegoś czasu. W oszołomieniu obserwował, jak demon uderza raz po raz w osłonę, wyjąc z wściekłości. Poczuł, jak po udach cieknie mu coś ciepłego.

Zawstydzony sobą i swym tchórzostwem zerwał się na równe nogi. Patrząc bestii prosto w oczy, wydał z głębi wątłego ciała wrzask, chcąc tym sposobem zaprzeczyć wszystkiemu, czym otchłaniec był i co sobą przedstawiał.

Poderwał kamień i cisnął nim w potwora.

- Wracaj do Otchłani, skąd pochodzisz! - krzyczał. - Wracaj tam i zdychaj!

Demon ledwie zauważył pocisk, który odbił się od jego pancerza. Nadal uderzał w osłonę, a z każdym ciosem jego wzburzenie narastało. Arlen obrzucał go najgorszymi wyzwiskami, jakie należały do jego ubogiego słownika, i jednocześnie miotał w otchłańca wszystkim, co tylko znalazł na ziemi.

Gdy zabrakło mu amunicji, zaczął podskakiwać i wymachiwać rękami, nie przestając krzyczeć.

I wtedy potknął się, nadeptując na jeden z runów.

Naraz wszystko ucichło, a czas jakby stanął w miejscu. Przez dłuższą chwilę zarówno Arlen, jak i monstrualny demon powoli uzmysławiali sobie doniosłość tego, co właśnie zaszło. Ocknęli się jednocześnie - chłopiec porwał patyk i przypadł do naruszonego runu, a demon wzniósł potężną rękę.

Umysł Arlena pracował błyskawicznie, pozwalając mu w okamgnieniu odnaleźć zamazaną linię i uzupełnić ją szybkim pociągnięciem patyka. W tym samym momencie chłopiec zrozumiał jednak, że się spóźnił. Szpony potwora zahaczyły o jego ciało.

Lecz magia zadziałała raz jeszcze, odpychając otchłańca zawodzącego w agonii. Wewnątrz kręgu wrzeszczący z bólu Arlen ciskał się i przetaczał po ziemi, wyrywając pazury z pleców. Odrzucił je na bok i dopiero po chwili zrozumiał, do czego tak naprawdę doszło.

Ręka potwora leżała w kręgu, tląc się i dymiąc.

Odcięta.

Skołowany chłopiec gapił się na kikut, a potem przeniósł wzrok na bestię, która ryczała i miotała się dookoła, atakując każdego otchłańca w zasięgu. W zasięgu tylko jednej ręki.

Znów spojrzał na oderwany kawałek ciała. Z przypalonej rany buchał gęsty dym. Zebrawszy się na odwagę, Arlen podniósł ramię i spróbował je odrzucić, lecz runiczna bariera działała w obie strony i nie przepuszczała otchłańców również od wewnątrz. Kikut odbił się i wylądował u stóp chłopca.

Wtedy Arlen poczuł palący ból. Dotknął rany na plecach i spojrzał na dłoń - była mokra od krwi. Opadł na kolana, tracąc siły i szlochając ze strachu przed naruszeniem kolejnego znaku, lecz przede wszystkim z tęsknoty za mamą. Nagle bowiem zrozumiał, jak Silvy czuła się tamtej strasznej nocy.

Czekał na świt, skulony z przerażenia. Słyszał, jak otchłańce krążą wokół kręgu, licząc na kolejny błąd, który otworzy im drogę do zwierzyny. Nawet gdyby Arlen mógł choć na chwilę zmrużyć oczy, nigdy by się na to nie odważył. Myśl, że poruszy się we śnie, zatrze jakiś symbol i tym samym zrealizuje marzenie demonów, przejmowała go strachem.

Często spoglądał tej nocy w górę, lecz za każdym razem widział jedynie okaleczonego demona skał. Potwór przyciskał zdrową rękę do zakrzepłej już rany. Nie odstępował od kręgu, wpatrując się w chłopca z nienawiścią w oczach.

Po oczekiwaniu trwającym niemal całą wieczność horyzont wreszcie ozdobiło czerwone pasmo wschodu słońca, które wnet stało się pomarańczowe, potem żółte, a wreszcie białe. Arlen nigdy wcześniej nie widział tak wspaniałej bieli. Potwory już dawno uciekły z powrotem do Otchłani i tylko demon skał czekał do ostatniej chwili, sycząc i odsłaniając kły. Nienawiść nie mogła jednak przezwyciężyć jego strachu. Podczas gdy ostatnie cienie umykały przed światłem, jego ogromna, rogata głowa znikała pod powierzchnią ziemi. Arlen wyszedł z kręgu, krzywiąc twarz z bólu. Miał wrażenie, jakby jego plecy stanęły w ogniu. Przez noc rany przestały krwawić, ale w chwili gdy się wyprostował, poczuł, że pękają.

Myśl o ranach przypomniała mu o odrąbanej ręce, która spoczywała na ziemi tuż obok. Wyglądała jak wielka gałąź pokryta twardymi, zimnymi płytkami. Arlen podniósł ją i obejrzał.

Wreszcie mam jakieś trofeum, pomyślał, siląc się na odwagę, choć na widok zakrzepłej krwi na czarnych pazurach przeszły go dreszcze.

Wtedy dosięgły go promienie słońca, którego krawędź wynurzała się zza horyzontu. Ręka demona zaczęła skwierczeć i dymić, strzelając niczym mokra kłoda wrzucona w ognisko. Niespodziewanie zapłonęła i przestraszony Arlen upuścił ją na ziemię. W zafascynowaniu przyglądał się płomieniom podsycanym przez coraz intensywniejszy blask, aż w końcu z ręki potwora pozostał jedynie sczerniały strzęp. Z zawziętością odkopnął go w pył.

Arlen znalazł gałąź, na której mógł się podpierać podczas mozolnej wędrówki. Doskonale wiedział, ile miał szczęścia. Nie można było polegać na runach rytych w ziemi, sam Ragen o tym wspominał. A gdyby zatarł je wiatr, jak przestrzegał ojciec?

Stwórco, a gdyby spadł deszcz? Ile nocy zdołam w ten sposób przetrwać?

Chłopiec nie miał pojęcia, co go czekało za następnym wzgórzem, a co gorsza, nic nie wskazywało, by na drodze do Wolnych Miast znajdowały się jakiekolwiek ludzkie osiedla. Od samych Wolnych Miast dzieliły go zaś tygodnie wędrówki.

W jego oczach zbierały się łzy. Syknąwszy ze złości, wytarł je gwałtownym gestem. To Jeph zwykł ulegać przerażeniu, nie on. On już wiedział, że ta strategia nie przynosi rezultatów.

- Nie boję się - powiedział głośno. - Nic a nic.

I ruszył w dalszą drogę, dobrze wiedząc, że sam siebie oszukuje.

Około południa odnalazł wartki strumień z kamienistym dnem. Pochylił się, by zaczerpnąć w dłonie czystej, chłodnej wody. Plecy znów zapłonęły.

W żaden sposób nie zajął się ranami. Może i nie potrafił zszyć ich tak dobrze jak Coline, ale wtedy przypomniały mu się słowa powtarzane przez mamę za każdym razem, gdy wracał do domu z zadrapaniami lub obtarciami: najpierw należy obmyć pokaleczone miejsca.

Tył koszuli był poszarpany i sztywny od zakrzepniętej krwi. Zanurzył ją w wodzie i obserwował, jak brud i krew spływają wraz z nurtem. Rozłożył ubrania na kamieniach, by wyschły, a potem sam wszedł do strumienia.

W pierwszej chwili aż zadrżał z bólu, ale wkrótce zimno przyniosło ulgę. Obmył plecy najlepiej jak umiał, delikatnie opłukując piekące rany aż do chwili, gdy ból stał się nie do zniesienia. Drżąc, wyszedł na brzeg i zaległ na kamieniach przy ubraniu.

Zerwał się gwałtownie z głębokiego snu wiele godzin później. Zaklął siarczyście na widok słońca, które przemierzyło już znaczną część nieba. Mógł jeszcze pokonać nieco drogi, ale wiedział, że marsz stanowiłby ryzyko graniczące z głupotą. O wiele mądrzejszym pomysłem było wykorzystanie pozostałego czasu na przygotowywanie obrony.

Nieopodal strumienia ciągnął się obszar wilgotnej ziemi. Usunięcie darni nie stanowiło większego problemu. Arlen udeptał oczyszczoną w ten sposób glebę, wygładził ją i przystąpił do kreślenia runów. Tym razem stworzył okrąg o większym promieniu, a po trzykrotnym sprawdzeniu każdego ze znaków dorysował mniejszy krąg wewnątrz pierwszego. Runy wyryte w wilgotnej glebie z pewnością nie ulegną podmuchom wiatru, a niebo nie wieściło nadejścia deszczu.

Zadowolony z wykonanej pracy chłopiec wykopał dziurę i zgromadził suche gałązki, by ułożyć niewielkie ognisko. Słońce już zachodziło, gdy zasiadł w środku wewnętrznego kręgu, usiłując zignorować głód. Gdy niebo zaczęło przybierać kolor lawendy, zgasił ogień i czekał, oddychając głęboko, by uspokoić mocno bijące serce. W końcu światło znikło. Otchłańce zaczęły powstawać.

Wstrzymał oddech w oczekiwaniu. Wreszcie zwietrzył go któryś z ognistych demonów i rzucił się w jego kierunku z dzikim skrzekiem. Chłopca znów ogarnęło skrajne przerażenie. Poczuł, jak krew zastyga mu w żyłach.

Otchłańce wydawały się nieświadome magicznej osłony, dopóki w nią nie uderzyły. Widząc pierwszy rozbłysk magii, Arlen odetchnął z ulgą. Demony drapały barierę, ale nie potrafiły jej sforsować.

Jakiś wichrowy demon wzbił się wysoko, tam gdzie moc runów była już słabsza, i przeleciał nad pierwszym kręgiem. Gdy jednak zanurkował w kierunku ofiary, uderzył prosto w wewnętrzną osłonę. Magia odrzuciła go i otchłaniec runął na ziemię między oba kręgi. Arlen zerwał się na równe nogi, usiłując zachować spokój.

Z patykowatych kończyn dwunożnego demona o chudym ciele wyrastały sześciocalowe szpony. Jego ramiona łączyła z nogami cienka błona, wzmocniona elastycznymi kośćmi, które wyrastały z boków potwora. Nie był wyższy od dorosłego człowieka, ale rozpiętość skrzydeł dwukrotnie przekraczała jego wzrost, stąd też na niebie sprawiał wrażenie dużego. Błona łączyła również grzbiet z rogiem, który wyrastał z głowy, zakrzywiał się do tyłu i ciągnął wzdłuż tułowia. Lancetowaty pysk krył rzędy kłów długich na cal, mieniących się żółto w blasku księżyca.

Pomimo wdzięku, z jakim tańczył w powietrzu, na ziemi otchłaniec sprawiał wrażenie niezdarnego. Z bliska nie robił takiego wrażenia jak jego kuzyni. Skalne i drzewne demony, okryte niemożliwym do przebicia pancerzem, wymachiwały grubymi szponami z niesłychaną wprost siłą. Z kolei ogniste demony potrafiły prześcignąć każdego człowieka i pluły ogniem, który trawił wszystko na swej drodze. Demony wiatru... Arlen stwierdził, że Ragen mógłby przebić jedno z ich skrzydeł włócznią.

Niech to noc pochłonie, pomyślał, pewnie sam potrafiłbym to zrobić!

Nie miał jednak włóczni, a otchłaniec, bez względu na to, jak się teraz prezentował, wciąż mógł go zabić, z chwilą gdy wewnętrzny krąg zawiedzie. Chłopiec patrzył z napięciem, jak bestia podchodzi bliżej. Machnęła zakrzywionymi szponami. Zamknął oczy, lecz znaki znów zapłonęły i obroniły go przed atakiem.

Po kilku kolejnych natarciach otchłaniec spróbował wzbić się w powietrze. Biegał i rozpościerał skrzydła, chcąc złapać wiatr, ale zderzał się z zewnętrznym kręgiem, nim zdążył osiągnąć wystarczającą prędkość, i moc runów ciskała nim w błoto.

Chłopiec mimowolnie wybuchnął śmiechem, patrząc, jak poczwara usiłuje się podnieść. Na niebie jej wielkie skrzydła budziły przerażenie, lecz teraz tylko zawadzały o ziemię, przez co demon tracił równowagę. Nie miał dłoni, na których mógłby się podeprzeć, a patykowate ramiona nie wytrzymywały ciężaru ciała. Miotał się przez chwilę w błocie, nim wreszcie zdołał wstać.

Raz za razem próbował wyskoczyć w powietrze, ale między kręgami nie było dość miejsca i wszystkie próby kończyły się fiaskiem. Ogniste demony wyczuły tarapaty kuzyna i aż zaskrzeczały z radości. Skakały dookoła zewnętrznego kręgu w ślad za uwięzionym otchłańcem, szydząc z jego niedoli.

Arlen poczuł zaś napływ dumy. Zeszłej nocy popełnił kilka błędów, ale drugi raz tego nie zrobi. Zaczynał mieć nadzieję, że jednak dotrze w jednym kawałku do Wolnych Miast.

Ognistym demonom wkrótce sprzykrzyło się wyśmiewanie z nieszczęśnika i odbiegły w poszukiwaniu łatwiejszej zdobyczy. Zionąc ogniem z pysków, wypłaszały drobne zwierzęta z kryjówek. Przerażony zając przeskoczył przez zewnętrzny krąg, a ścigający go otchłaniec zatrzymał się gwałtownie, zablokowany mocą runów. Zwierzątko wyminęło zręcznie wichrowego demona, który już skoczył w jego kierunku, i wybiegło z drugiej strony pola ochronnego. Również i tam natknęło się na otchłańca, więc zawróciło i ponownie wbiegło do kręgu, znów odrobinę za daleko.

Arlen chciał w jakiś sposób dać mu do zrozumienia, że jest bezpieczne w wewnętrznym kręgu, ale nie wiedział, jak to zrobić. Mógł tylko bezsilnie patrzeć, jak co chwila wyskakiwało za runy, a zaraz potem za nie wracało.

Wtedy jednak wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. Po raz kolejny czmychając do wnętrza pola ochronnego, przerażone stworzenie naruszyło jeden ze znaków. Ogniste demony wdarły się przez powstałą lukę między kręgi, a samotny demon wichru wypadł na zewnątrz i po kilku długich susach wzbił się w powietrze.

Arlen przeklął zająca. Uczynił to po raz drugi, kiedy stworzenie skoczyło w jego kierunku. Gdyby uszkodziło któryś z runów wewnętrznego kręgu, obaj niechybnie by zginęli.

Ze zręcznością chłopaka, który całe życie spędził na wsi, porwał je za uszy. Ciskało się i miotało jak szalone, ale Arlen wielokrotnie musiał sobie radzić z zającami na polach ojca. Zarzucił zwierzę na szyję i mocno je ścisnął. W jednej chwili przestało stawiać opór, patrząc tępo przed siebie.

Chłopca kusiło, by cisnąć szkodnika demonom. Wystarczyła przecież chwila nieuwagi, by uciekł mu z rąk i być może uszkodził kolejny run.

Dlaczego nie? - zastanawiał się w myślach. Gdybym go złapał za dnia, sam bym go zjadł.

Zrozumiał jednak, że nie potrafiłby tego zrobić. Demony wykradły już z tego świata wystarczająco dużo, również i jemu samemu. Poprzysiągł, że nie odda im niczego więcej, ani teraz, ani kiedykolwiek.

Nie odda im nawet tego zająca.

Noc znów zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a Arlen ściskał przerażone stworzenie, mówiąc do niego cichym, łagodnym głosem i gładząc jego miękkie futro. Wszędzie dookoła wyły demony, ale chłopiec ich nie słyszał. Skupiał całą uwagę na małym towarzyszu niedoli.

Przez dłuższy czas nie myślał o zagrożeniu, kiedy nagle rozległ się potężny ryk, wyrywając go ze skupienia. Podniósł głowę i ujrzał nad sobą ogromnego, jednorękiego demona skał. Z wyszczerzonych kłów skapywała ślina i z sykiem wyparowywała w zetknięciu z runami. W miejscu zagojonej już rany na końcu łokcia widniał nabrzmiały guz. Wściekłość potwora wydawała się jednak o wiele większa niż poprzedniej nocy.

Otchłaniec walił w barierę, ignorując ogłuszające wybuchy magii. Wymierzał straszliwe ciosy, by przebić się do środka i dokonać zemsty. Arlen tulił mocno zająca, nie spuszczając z demona wzroku. Wiedza, że rytmiczne uderzanie nie osłabi mocy runów, w żaden sposób nie mogła ukoić jego lęku przed potworem, którego najwyraźniej stał się obsesją.

Kiedy światło brzasku odpędziło demony, Arlen wypuścił zająca. Obserwując, jak zwierzę umyka w podskokach, usłyszał burczenie w brzuchu, ale po tym, przez co wspólnie przeszli, za nic w świecie nie pomyślałby o nim jako o posiłku.

Wstając, potknął się i niemalże upadł. Ogarnęły go mdłości, a rany wzdłuż pleców rozgorzały bólem. Dotknął nabrzmiałej skóry - była mokra od cuchnącej brunatnej wydzieliny, jaką Coline wycisnęła z ran Silvy. Czuł, jak trawi go żar, i z trudem utrzymywał przytomność. Znów zanurzył się w zimnym potoku, ale woda nie ostudziła gorąca promieniującego ze środka ciała.

Arlen zrozumiał, że przyjdzie mu umrzeć. Stara Mey Friman, jeśli w ogóle istniała, mieszkała w odległości dwóch dni marszu. Wszystko jedno, czy potrafiła wyleczyć gorączkę demoniczną - nie miał szans przeżyć dwóch dni.

Mimo to nie chciał dać za wygraną. Powłócząc nogami, ruszył śladem kolein pozostawionych na trakcie przez wozy.

Jeśli już musiał umrzeć, wolał, by stało się to bliżej Wolnych Miast niż więzienia, z którego właśnie uciekał.