Zobaczył ojca siedzącego w kuchni. Jerzy podniósł wzrok i spojrzał na gościa. Jeśli się zdziwił, to tego nie okazał.
- Cześć, tato.
Ojciec nie odpowiedział, nie spuszczał z Konrada uważnego spojrzenia. Może notował te wszystkie zmiany, jakie w nim zaszły od ostatniego razu, gdy się widzieli.
- Nie przywitasz się?
- Nie żegnałeś się, jak stąd wyjeżdżałeś, to dlaczego mamy się witać?
Jerzy odłożył spławik na blat stołu, wskazał synowi miejsce naprzeciw.
- Siadaj. Zjesz coś? Napijesz się?
- Herbaty się napiję... - Konrad wstrzymał ojca ruchem dłoni, gdy ten chciał podnieść się z krzesła. - Pamiętam, gdzie co jest, zrobię sobie.
- Zrób - zgodził się.
- Ty też chcesz?
- Też.
Znów ta oszczędność w słowach. Jerzy zachowywał się tak, jakby całą energię oszczędzał na inne procesy - oddychanie, konserwację sprzętu wędkarskiego, rozmyślania, którymi nigdy z nikim się nie dzielił.
Konrad zdjął kurtkę, wrócił do przedpokoju i powiesił ją na wieszaku, obok kurtki ojca. Przez chwilę zastanawiał się, czy zdjąć buty. Nie zrobił tego, coś mu nie pozwalało.
Przeszedł do kuchni, podniósł ze stołu pustą szklankę ojca i odstawił ją do zlewu. Potem zajął się zagotowaniem wody. Wszystko było w tym miejscu, gdzie kiedyś, nic się nie zmieniło. Nawet ojciec siedział na tym samym krześle, przy tym samym stole. To był jeden z ostatnich obrazów, jakie zapamiętał z tego miejsca.
- Nie sądziłem, że tu jeszcze przyjedziesz.
- Przyjechałem.
Jerzy skinął głową. Nie było po co tego roztrząsać.
Konrad wsłuchał się w tykanie zegara, w bulgotanie doprowadzonej do wrzenia wody. Zalał saszetki herbaty wrzątkiem, przeniósł cukiernicę i szklanki na stół. Dopiero wtedy usiadł naprzeciw ojca.
- Jak się czujesz?
- Dobrze... - Jerzy wytrzymał spojrzenie Konrada.
- Coś więcej?
- Mam chemię, lekarze walczą - odparł krótko, po żołniersku.
- Ty też walczysz?
- Wierzysz w te bzdury o walce, Konrad?
- Co masz na myśli?
- Wielu moich znajomych miało to kurestwo, zawsze kończyło się słowami o jakiejś nierównej walce, o tym, że walczył czy walczyła z raczyskiem do końca. Żyję z tym i będę żył tak długo, jak się da.
Konrad sięgnął w stronę cukiernicy, nasypał do szklanki dwie łyżeczki. Ojciec przypatrywał się ruchom jego dłoni. Potem też wsypał cukier do swojej szklanki. Zamieszał, uderzając energicznie o brzegi naczynia.
- Znoszę to dobrze, czasem zapominam, że mam w sobie to cholerstwo. Przypomina mi o tym kolejna wizyta u lekarza, na badaniach w szpitalu, na chemii. Albo ludzie, gdy pytają. - Konradowi nie umknęło, że ojciec zaczął być nagle bardziej ugodowy.
- Dlatego nie chcesz o tym gadać?
- Dlatego.
- W porządku.
- Mam ciasto. - Zanim Konrad odmówił poczęstunku, Jerzy wstał od stołu. Miał problemy z wyprostowaniem się, musiał się zasiedzieć.
Stuknęła szafka starego kredensu, na stole pojawił się przykryty ściereczką talerz.
- Trochę suche, z herbatą pójdzie lepiej. - Jerzy odciągnął przykrycie, obrócił talerz z większym kawałkiem w stronę syna. - Pomożesz mi dokończyć.
- Sam piekłeś?
- No coś ty...
Drożdżowe ciasto nie wyglądało na kupne. Może ojciec od kogoś je dostał. Konrad upił łyk herbaty, ciepło rozlało się po żołądku i weszło w członki. Zdał sobie sprawę, że wchodząc tu, był spięty, odczuł to po bolącym karku i mięśniach barków. Teraz nieco się rozluźnił i uspokoił. Trudno było mu przyznać przed samym sobą, ile kosztował go przyjazd tutaj i oczekiwanie tej rozmowy.
Konrad sięgnął po ciasto, ugryzł.
- Herbata nie pomoże, co? - Ojciec się skrzywił. - Twarde jak kostka brukowa.
- Jest w porządku.
- A propos kostki brukowej. Widziałeś, jak się zmienia rynek? Nie myślałem, że tego doczekam...
Przyjazna, niezobowiązująca pogaduszka. Konrad wyczuł, że ojciec steruje rozmową. Stary wyga uciekał od ważnych tematów. Nie był na nie gotowy. Ten nagły przyjazd Konrada go zaskoczył, nie dał czasu na przygotowanie obronnych barier. Chciał zyskać na czasie. Naprawdę nie przyszło mu do głowy, że Konrad się pojawi po tamtej rozmowie? Tak oceniał go własny ojciec?
- Wiązów się zmienia, to widać - przyznał Konrad. - Kamienice wyglądają świetnie, jak ułożą kostkę na rynku i oświetlą wszystko, to efekt będzie jeszcze lepszy.
- Trochę się ślimaczą. Archeolodzy ich opóźniają...
Jerzy popatrzył na syna, jakby badał jego reakcję. Konrad tylko pokiwał głową, przeżuwał chwilę w milczeniu. Herbata na rozmiękczenie tego ciasta nie pomogła.
- Chciałbym zobaczyć twoje badania.
- Nie ma takiej potrzeby.
- Chcę wiedzieć, jak mogę ci pomóc.
Ojcu się to nie podobało. Nie dopuszczał przecież do siebie nikogo. Nawet żona nie wiedziała, co się z nim dzieje, co myśli. Teraz miał się odsłonić przed synem, z którym nigdy tak naprawdę nie zdążył być blisko?
Konrad widział, że ojciec przetrawił jakąś myśl. Patrzył, jak ten wstaje, znika na chwilę w swoim pokoju i wraca z grubą teczką. Położył ją na blacie przed synem i usiadł. Zajął się rozkruszaniem swojego ciasta.
Pozostało otworzyć teczkę. Tak jak Konrad się spodziewał, wszystko było w środku uporządkowane, posegregowane, porozdzielane, w osobnych, opisanych koszulkach. Jak zawsze u ojca, tak wyglądały akta spraw, które prowadził, gdy był gliną.
- Zrobię obiad.
Ojciec musiał się czymś zająć, gdy syn zaglądał mu w bebechy.
Konrad nie był ekspertem, ale nie wyglądało to najlepiej. Poczytał wcześniej o raku ojca, oczywiście informacje wyguglował. Wyglądało na to, że Jerzy ma przerzuty. Trudno było wyczytać, czy miał jakieś szanse, czy chemioterapia miała znaczenie bardziej paliatywne. Gdy patrzył na ojca, widział tego samego zasuszonego, twardego sukinsyna, jakiego znał wcześniej. Nie wyglądał, jakby stał nad grobową deską. Jeśli się krył, to robił to bardzo dobrze. Miał sporo energii, bo stukanie garnkami stawało się coraz głośniejsze. Miało pewnie Konrada zdekoncentrować.
- Zostanę kilka dni.
Mogło się wydawać, że ojciec nie dosłyszał, ale ledwie zauważalnie drgnął. Postawił garnek z obranymi ziemniakami na kuchence i włączył palnik.
- Twój pokój jest wolny, zostań, jak długo chcesz.
Konrad odłożył teczkę, wstał od stołu i wyszedł z kuchni. Po chwili otworzył drzwi swojego pokoju. Stanął w progu i ogarnął wzrokiem niewielkie pomieszczenie.
Ojciec przeniósł tu swoje archiwum, pudła z dokumentami, którymi wcześniej zawalone były wszystkie szafy i półki w sypialni. Może robił porządki, potrzebował więcej przestrzeni. Najprościej było zamieść wszystko pod dywan, a tym dywanem był pokój syna, który wyjechał wiele lat temu. Nie liczył się z jego powrotem.
Cichecki otworzył szafę. Puste wieszaki zakołysały się pod wpływem podmuchu powietrza. Na półce leżało kilka starych ubrań. Jerzy niczego tu nie ruszał.
Tapczan przy ścianie nie zmienił swojego położenia, tak jak i szafka czy biurko. Konrad podszedł do regału z książkami, podniósł zbiór opowiadań Lema. Niezwyciężonego czytał kiedyś na okrągło. Przełożył książkę na stolik, naruszając grubą warstwę kurzu.
Będzie musiał zejść po walizkę. A jeśli ma tu zostać i nie nabawić się pylicy płuc, powinien odkurzyć. Na pewno chciał zostać w tym mieszkaniu? Zaczynał mieć wątpliwości, ale decyzję przecież podjął wcześniej. Nie ze względu na ojca.
Konrad podszedł do okna i otworzył je na oścież, żeby pozbyć się zaduchu z mieszkania. Wpuścił do środka chłodne przedpołudniowe powietrze. Oparł się o parapet i wyjrzał na rynek.
Brukarze ubijali kostkę gumowymi młotkami, dopasowywali do siebie kolejne elementy układanki. Mieli przy sobie radio, z którego trzeszczała Lana Del Rey. Z cukierni wychodzili klienci, kolejni zmierzali w jej stronę. Reszta rynku była wymarła. Jedynie jakiś petent zmierzał do urzędu miasta w ratuszu.
- Przeniosę te pudła do piwnicy.
Konrad odwrócił się do ojca stojącego w progu.
- Nie trzeba. Nie przeszkadzają mi. W piwnicy zamokną.
Jerzy skinął głową, wytarł dłonie w ścierkę, a w końcu się odezwał:
- Chcę pogadać, ale tym razem o tobie.
- Nie ma za bardzo o czym.
Ojciec nie naciskał, ale Konrad znał ten tik, poruszenie brwi. Stary wiedział swoje.
- Dobra, o czym chcesz pogadać?
- O firmie. Wracasz do Wrocławia?
Mógł się domyślić, że tato mimo braku kontaktu wiele o nim wie. Miał wciąż przyjaciół wśród byłych i obecnych gliniarzy. Musieli mówić, co u Konrada. Ojciec gliniarz, syn gliniarz. Pewnie przez te wszystkie lata donosili mu, jak Konrad radzi sobie na służbie. Od kilku miesięcy siedział na zwolnieniu, to też mu powiedzieli.
- Jeszcze nie.
Jerzy skinął głową. Tylko tyle chciał wiedzieć.
- Zjesz obiad?
- W porządku, dziękuję.
Konrad patrzył, jak ojciec znika w korytarzu, a potem znów wyjrzał na rynek. Tyle razy wyglądał przez to okno, a miał wrażenie, że patrzy na widok, który miał przed sobą po raz pierwszy. Co się zmieniło?
Odpowiedź była oczywista: on się zmienił.
***
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki