Mallaroy. Tom III - A.M. Juna

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Linia ognia

W pokoju Wil­ko­ła­ków, roz­ło­żone na łóżku i pod­ło­dze, leżały plany Szkoły imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya.

-?Więc... czego szu­kamy? -?zapy­tała nie­śmiało Lizzy, zer­ka­jąc na przy­ja­ciół.

-?Uczniów, któ­rzy nie wra­cają z KRA­TER-u -?mruk­nęła Tatiana ponuro. Ona i Lucas wciąż nie byli do końca prze­ko­nani do tego sza­lo­nego przed­się­wzię­cia.

-?No więc. Jeśli zało­żymy, że całe to gada­nie nauczy­cieli o wydłu­żo­nym okre­sie kar w KRA­TER-ze to ściema... -?Keith odchrząk­nął gło­śno.

-?Dla­czego nauczy­ciele mie­liby kła­mać? -?prze­rwał przy­ja­cie­lowi Lucas z nutą scep­ty­cy­zmu w gło­sie.

-?A dla­czego zale­d­wie kilka mie­sięcy temu, kiedy Alex pra­wie puściła szkołę z dymem, to nam kazali napi­sać tylko głu­pie eseje, a teraz ucznio­wie są wysy­łani na koniec kon­ty­nentu za byle co, hm? To się kupy nie trzyma!

-?Prawda -?przy­tak­nęła Erin, z deter­mi­na­cją wpa­tru­jąc się w gąszcz kre­sek i kro­pek na pla­nach budynku.

-?No i poza tym wywo­że­nie nas na Ala­skę tro­chę kosz­tuje, nie? -?pod­jął Keith. -?Dla­tego to była bar­dzo rzadka kara! Ja nie wie­rzę, że szkoła nagle tyle inwe­stuje w głu­pie podróże do KRA­TER-u. A jeśli zało­żymy, że zabie­rają ich gdzie indziej, to naj­roz­sąd­niej będzie zacząć szu­kać pod latar­nią. Bo tam jest jasno. Ciemno, zna­czy się. -?Chło­pak odchrząk­nął po raz kolejny, po czym powiódł wzro­kiem po towa­rzy­szach. -?Jakieś zastrze­że­nia? Pyta­nia...?

-?Ja mam jedno -?ode­zwał się wolno Lucas. -?Co ON tu robi?

-?Nie wie­rzę, że to mówię, ale to nie jest głu­pie pyta­nie -?oznaj­miła Tatiana cicho.

Wszyst­kie spoj­rze­nia powę­dro­wały w stronę Micha­ela Casta­lawa, który ze znu­dzoną miną opie­rał się o zamknięte drzwi pokoju. Erin jęk­nęła w myślach.

-?On -?zaczęła zmę­czona, naśla­du­jąc spo­sób, w jaki mówił Lucas - zała­twił nam te plany i powie­dział, że mi ich nie da, jeśli nie pozwolę mu obser­wo­wać, co z nimi robimy.

Było to mniej wię­cej zgodne z prawdą. Ory­gi­nalna roz­mowa zawie­rała znacz­nie wię­cej "słow­nic­two, Lan­ford" i "nie ma mowy, Michael", ale koniec koń­ców efekt był taki sam. Wam­pir odsu­nął na bok swoją dumę (Kosmo­sie, coś jest nie tak!) i odwie­dził brac­two Wil­ko­ła­ków, żeby dowie­dzieć się, co knuje Erin i jej "żało­śni przy­ja­ciele".

Yorick mie­rzył go bar­dzo pogar­dli­wym spoj­rze­niem. Michael odpo­wie­dział mu tym samym.

-?I on będzie tutaj teraz cały czas tak po pro­stu stał...? -?zwró­cił się Keith do Erin z jawną nie­chę­cią w gło­sie, celowo nie wcho­dząc w żadną inte­rak­cję z Casta­la­wem.

Michael wydał z sie­bie kpiące prych­nię­cie.

-?Możesz mnie winić? Wy dzie­ciaki macie ogromny talent do przy­spa­rza­nia wszyst­kim pro­ble­mów.

-?Jestem w twoim wieku -?zauwa­żyła Tatiana.

-?A mimo to trzy­masz się z bandą nie­udacz­ni­ków. Gra­tu­luję wybo­rów życio­wych.

-?Nie­udacz­ni­ków?! -?powtó­rzył z obu­rze­niem Keith.

Erin miała ochotę zacząć walić głową w ścianę.

-?Czy to są schody w dół? -?Lizzy wska­zała pal­cem jakieś miej­sce na pla­nie, pró­bu­jąc skie­ro­wać uwagę wszyst­kich z powro­tem na powód całego zamie­sza­nia. Keith i Casta­law chwilę jesz­cze patrzyli na sie­bie wrogo, nie zwra­ca­jąc uwagi na te słowa dziew­czyny, ale Lucas od razu nachy­lił się w jej stronę.

-?Na to wygląda. Gdzie jest ten drugi arkusz? Ten, który tu chwilę temu leżał... Al? -?Zer­k­nął pyta­jąco na Erin.

Dziew­czyna zaczęła prze­rzu­cać rysunki w jed­nym z segre­ga­to­rów. Wresz­cie zna­la­zła ten wła­ściwy, wypięła go i zaczęła roz­kła­dać. Szło jej tro­chę śred­nio, bo jego dłu­gość prze­wyż­szała jej wzrost.

-?To? -?zapy­tała wresz­cie, gdy Lucas pomógł jej uło­żyć arkusz.

-?Czy to jest...? -?Lizzy urwała, nie­pewna.

Teraz nawet Tatiana przy­su­nęła się bli­żej.

-?Czy Mal­la­roy ma piw­nicę? -?Keith zaczął mówić bar­dziej do sie­bie niż do nich. -?To wygląda, jakby na par­te­rze w inter­na­cie znaj­do­wały się jakieś schody pro­wa­dzące jesz­cze niżej... O tu, przy holu. Mamy gdzieś plany przy­po­mi­na­jące pod­zie­mie...? Co to za kre­ska?

-?Oczy­wi­ście, że Mal­la­roy ma piw­nicę -?prze­rwał mu wresz­cie Michael.

Spoj­rzeli na niego zdu­mieni.

-?Nikt o tym ni­gdy nie wspo­mi­nał -?zauwa­żyła spo­koj­nie Tatiana. Przez "nikt" rozu­miała oczy­wi­ście nauczy­cieli.

-?Bo pra­wie nikt nie ma o tym zie­lo­nego poję­cia.

-?Po co komu wielka piw­nica, o któ­rej nikt nie ma poję­cia? -?ziry­to­wał się Keith.

-?Naprawdę chcesz wie­dzieć? -?Michael uśmiech­nął się w spo­sób, który nie spodo­bał się Erin ani tro­chę. Kop­nę­łaby go chęt­nie w kostkę, ale stał za daleko.

-?Nie -?prych­nął Lucas. -?Pytamy, bo nie chcemy wie­dzieć -?oznaj­mił iro­nicz­nie i zaraz dodał, jaw­nie znie­cier­pli­wiony: -?Po cho­lerę jest ta piw­nica?

Michael wsu­nął dło­nie do kie­szeni spodni i uśmiech­nął się jesz­cze per­fid­niej.

-?Została zbu­do­wana, żeby trzy­mać w niej Wil­ko­łaki.

Erin odnio­sła nie­przy­jemne wra­że­nie, że Wam­pir nie kła­mie.

* * *

-?Co ON tu robi? -?zapy­tał Keith z obu­rze­niem, po czym dodał już pod nosem: -?Czuję, jak­bym już to gdzieś sły­szał.

Erin Lan­ford wes­tchnęła ciężko i prze­nio­sła wzrok z Wil­ko­łaka na lidera Wam­pi­rów. Następ­nie wes­tchnęła ciężko po raz kolejny, dla lep­szego efektu.

-?Casta­law -?zaczęła, kła­dąc nacisk na nazwi­sko Micha­ela, któ­rego uży­wała wyłącz­nie w towa­rzy­stwie przy­ja­ciół, sama miała bowiem w zwy­czaju, przy­naj­mniej od jakie­goś czasu, nazy­wać go po imie­niu -?ma klu­cze od piw­nicy.

-?C-ASS-talaw -?kaszl­nął Keith cicho, nachy­la­jąc się do Lucasa, po czym odchrząk­nął kilka razy dla nie­po­znaki.

Gdyby to było moż­liwe, błę­kitne oczy pociem­nia­łyby od nie­bez­piecz­nych emo­cji. Erin w ostat­niej chwili wyła­pała, że za mil­cze­niem Wam­pira kryje się burza.

-?Odpuść -?zwró­ciła się do niego natych­miast, opie­ra­jąc dłoń na jego klatce pier­sio­wej, jakby bała się, że nagle rzuci się do przodu na Wil­ko­łaka. Choć w jej spoj­rze­niu można było dostrzec prośbę, głos miała zde­cy­do­wany. Za dru­gim razem wręcz ostry. -?Odpuść, mówię poważ­nie.

-?Dla­czego my tu w ogóle jeste­śmy... -?mruk­nęła sama do sie­bie Tatiana. Tego wie­czoru towa­rzy­szył jej Diego, pierw­szy raz od dawna dołą­cza­jąc do ich paczki.

-?Bo Wam­pir twier­dzi, że w piw­ni­cach naszej szkoły znaj­dują się klatki na Wil­ko­łaki -?odpo­wie­dział z nie­za­do­wo­le­niem Lucas, mimo że pyta­nie dziew­czyny nale­żało do tych raczej reto­rycz­nych. -?Oczy­wi­ście tylko jego kochana rodzinka o tym wie i oczy­wi­ście to on ma klucz. Poważ­nie, Aleo, czy on musi się z nami nagle wszę­dzie szla­jać?

Stali w nie­dzielę wie­czo­rem na par­te­rze inter­natu, w ciem­nym zaułku pod sze­ro­kimi scho­dami. Do tej pory wszy­scy myśleli, że drzwi wci­śnięte w wąską prze­strzeń to jakiś dodat­kowy scho­wek, spi­żar­nia albo nawet toa­leta dla pra­cow­ni­ków. Tym­cza­sem oka­zały się wej­ściem do piw­nicy.

-?To nie był mój pomysł -?rzu­ciła obron­nie Erin. Wieczne napię­cie mię­dzy jej przy­ja­ciółmi a Micha­elem coraz bar­dziej ją męczyło, nie dało się jed­nak temu zara­dzić. Nie potra­fiła nawet do końca wyja­śnić, czemu jej samej Casta­law nie wyda­wał się już AŻ TAKIM dup­kiem jak kie­dyś. Ona poznała jego bar­dziej zno­śną stronę, on poznał jej bar­dziej niezno­śną stronę i spo­tkali się w pół drogi. -?To Keith uznał, że trzeba się upew­nić, czy zni­ka­jący ucznio­wie nie są prze­trzy­my­wani na tere­nie szkoły, a my się z nim zgo­dzi­li­śmy, i oto tu jeste­śmy. -?Roz­ło­żyła teatral­nie ręce. -?Michael ma klu­cze do sekret­nej piw­nicy, więc możemy bez trudu spraw­dzić jedno podej­rzane miej­sce. Nie szu­kajmy teraz dodat­ko­wych pro­ble­mów, okej?

-?Jego rodzina wybu­do­wała sobie pod szkołą tajne wię­zie­nie dla naszego rodzaju -?zauwa­żył gorzko Lucas. -?Nie powie­dział­bym, że szu­kamy dodat­ko­wych pro­ble­mów. One są nam raczej wci­skane do rąk...

Pew­ność sie­bie Lucasa nie przy­pa­dła Micha­elowi do gustu.

-?Czy w ogóle reje­stru­jesz, co się do cie­bie mówi, Cade? -?zapy­tał Michael, patrząc na Wil­ko­łaka z inten­sywną nie­chę­cią. -?Wytłu­ma­czy­łem wam już, że to ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Jeste­śmy w cen­trum wiel­kiego mia­sta. Łącz­nie z per­so­ne­lem Mal­la­roy gro­ma­dzi ponad dwie­ście Wil­ko­ła­ków w jed­nym miej­scu. Wiesz, co by się stało, gdyby z jakie­goś powodu unie­moż­li­wiono wam wycieczkę do lasów? Wiesz, jakie to ryzy­kowne, mieć tyle wil­ków spę­dza­ją­cych peł­nię w ogra­ni­czo­nej prze­strzeni? Dla waszego rodzaju, dla pozo­sta­łych rodza­jów w tej szkole... Naprawdę muszę to dalej tłu­ma­czyć? Gdy­byś przez chwilę prze­stał być iry­tu­jący i zamiast tego spró­bo­wał pomy­śleć logicz­nie, może twój mózg by to pojął.

Lizzy od pew­nego czasu mia­rowo pocią­gała za rękaw roz­ju­szo­nego Keitha i to było chyba jedyne, co powstrzy­my­wało go przed rzu­ce­niem się na Micha­ela z pię­ściami. Diego tym­cza­sem śle­dził każdy ruch Wam­pira uważ­nie, choć wyraz jego twa­rzy pozo­stał bez­na­miętny. Jedna ręka Łowcy powę­dro­wała bez więk­szego powodu na ramię Tatiany, która po chwili z rów­nie sto­ic­kim spo­ko­jem sta­now­czo ją zepchnęła. Od kiedy sta­nęli pod tymi prze­klę­tymi drzwiami, para wyko­nała ten sam manewr już przy­naj­mniej cztery razy i Erin zaczy­nała się zasta­na­wiać, czy nie poro­zu­mie­wają się przy­pad­kiem tele­pa­tycz­nie.

Lucas uśmiech­nął się krzywo, wciąż roz­złosz­czony.

-?Ty naprawdę myślisz, że jesteś od nas wszyst­kich lep­szy, co? -?rzu­cił z poli­to­wa­niem.

Michael zaci­snął zęby.

-?A ty naprawdę nie wiesz nic o zasa­dach bez­pie­czeń­stwa w tej szkole.

Kosmo­sie. Dla­czego? Erin wes­tchnęła po raz ostatni, ziry­to­wana, i już miała zabrać głos, ale Diego ją uprze­dził.

-?Wystar­czy -?oznaj­mił poważ­nie. -?Nie będziemy mar­no­wać wie­czoru na kłót­nie. Prze­zna­cze­nie piw­nicy jako miej­sca do awa­ryj­nego prze­trzy­my­wa­nia Wil­ko­ła­ków w cza­sie pełni nie było pomy­słem Wam­pi­rów, tylko Łow­ców -?wyja­śnił, patrząc na Lucasa.

-?Wie­dzia­łem! -?wykrzyk­nął trium­fal­nie Keith, uno­sząc palec, po czym mina momen­tal­nie mu zrze­dła. -?Cze­kaj, że co...?

Diego prze­niósł spoj­rze­nie na dru­giego Wil­ko­łaka.

-?Pomy­sło­daw­cami byli Łowcy -?powtó­rzył zwięźle. -?O piw­nicy wie­dzą oczy­wi­ście dyrek­to­rzy i nauczy­ciele, ale nie ogła­sza się tego publicz­nie. Musimy mieć piątkę dyrek­to­rów, żeby unik­nąć spo­rów o stron­ni­czość -?przy­po­mniał im spo­koj­nie. -?Infor­ma­cja o klat­kach na Wil­ko­łaki wzbu­dzi­łaby wiele nega­tyw­nych emo­cji.

-?Ale... -?Keith przez moment gonił wła­sne myśli. -?To skąd TY o tym wiesz?!

-?Mój ojciec należy do oddziału taj­no­ści sen­tury. -?Diego przy­wo­łał jed­nostkę orga­ni­za­cyjną Łow­ców. -?Brał udział w ewa­lu­acji bez­pie­czeń­stwa szkół sen­tu­ral­nych.

Cho­ciaż jego ton jaw­nie suge­ro­wał, że temat jest zamknięty, słowa, które wypo­wie­dział szybko i gło­śno, wzbu­dziły w towa­rzy­stwie nową cie­ka­wość. Jedy­nie Tatiana nie wyglą­dała na zasko­czoną. No i Michael, ale on zawsze ukry­wał fakt, że cze­goś nie wie.

-?Czy jesz­cze ktoś z nas wie wię­cej, niż powi­nien, z powodu konek­sji rodzin­nych? Czy to już wszystko? -?zapy­tał gorzko Lucas.

Erin prze­łknęła gło­śno ślinę i udała, że nie widzi pro­wo­ka­cyj­nego uśmieszku, jaki poja­wił się na war­gach Micha­ela.

-?Każdy wie tyle, na ile zasłu­guje -?rzu­cił Wam­pir z satys­fak­cją.

-?Naucz się go igno­ro­wać -?pole­cił Luca­sowi Diego, nim Wil­ko­łak zdą­żył cokol­wiek odpo­wie­dzieć. -?A ty, Micha­elu -?dodał, prze­no­sząc wzrok na Wam­pira -?jesteś lide­rem. Zacho­wuj się odpo­wied­nio.

Pozo­stało im wejść do piw­nicy. Michael miał w ręku cały pęk klu­czy i szybko wyja­śniło się dla­czego. Pierw­sze drzwi pro­wa­dziły do wąskiego, zim­nego kory­ta­rza z nie­otyn­ko­wa­nymi ścia­nami. Wystar­czyło przejść kilka kro­ków, by tra­fić na kolejne -?tym razem grube i cięż­kie, zabez­pie­czone czte­rema zam­kami. Kiedy i one sta­nęły przed nimi otwo­rem, oczom przy­ja­ciół uka­zały się strome schody. Beto­nowe stop­nie pro­wa­dziły w dół, nik­nąc w ciem­no­ści.

-?Po krót­kim zasta­no­wie­niu -?zaczął Keith dziw­nie wyso­kim gło­sem, patrząc z prze­ra­że­niem w mrok -?stwier­dzam, że ni­gdy nie prze­pa­da­łem za Gare­them. Jestem gotowy pogo­dzić się z fak­tem, że nie wróci.

Michael go zigno­ro­wał i ruszył w dół, czu­jąc na sobie spoj­rze­nia pozo­sta­łych. Jemu nie­trudno było zna­leźć odwagę: Wam­piry widziały w nocy dosko­nale, co po czę­ści przy­czy­niło się do legendy o ich nie­to­le­ran­cji na słońce. Za więk­szość tego typu ludz­kich teo­rii odpo­wie­dzialna była jed­nak wyłącz­nie stara klą­twa, którą potężny Cza­ro­dziej rzu­cił na ten rodzaj dawno temu. Przez krótki okres na pew­nym obsza­rze pro­mie­nie sło­neczne fak­tycz­nie były dla Wam­pi­rów śmier­telne.

Za Casta­la­wem ruszył Diego, sku­pia­jąc się na wzmoc­nie­niu zmy­słu wzroku, co nale­żało do zdol­no­ści jego rodzaju. Erin chwilę zajęło wygrze­ba­nie komórki z głę­bo­kiej kie­szeni. Gdy odpa­liła funk­cję latarki, ktoś zła­pał ją kur­czowo za rękaw.

-?Ja tam nie zejdę -?wyją­kała Lizzy.

Erin przy­wo­łała na twarz pokrze­pia­jący uśmiech, choć ciem­ność i chłód maja­czące w lochach nawet ją przy­pra­wiały o dresz­cze.

-?Okej, Liz. Spo­koj­nie. Możesz wyjść na zewnątrz i pil­no­wać, żeby nikt się tu nie przy­plą­tał. To też będzie pomocne. Dobrze?

Blon­dynka poki­wała szybko głową i z widoczną ulgą cof­nęła się w stronę pierw­szych drzwi. Keith chwilę obser­wo­wał ją z zazdro­ścią.

-?I że ona ma tak sama stać? Tam na zewnątrz? Tak zupeł­nie sama? Non­sens! -?Już zaczy­nał się wyco­fy­wać w ślad za Lizzy.

Bojaź­li­wość Keitha cha­rak­te­ry­zo­wała głów­nie jego wewnętrz­nego wilka, ale ponie­waż ludzka strona chło­paka była z nim już na zawsze zwią­zana, wpły­wała na niego nie­za­leż­nie od formy.

-?Idzie­cie czy macie zamiar urzą­dzić tam pik­nik?! -?zawo­łał z ciem­no­ści Michael. -?Wie­czorny posi­łek nie­długo się skoń­czy i na kory­tarz wyjdą tłumy.

Lizzy posłała przy­ja­cio­łom prze­pra­sza­jący uśmiech, po czym uchy­liw­szy drzwi, znik­nęła w jasnej pla­mie świa­tła.

-?Ale... -?Keith jęk­nął z wyra­zem roz­dar­cia malu­ją­cym się na jego twa­rzy. -?To ja. Tego. Więc, jak gdyby, że... no wła­śnie -?oznaj­mił z prze­ko­na­niem i czmych­nął.

Lucas, Erin i Tatiana wymie­nili krót­kie spoj­rze­nia i wresz­cie ruszyli w dół scho­dów, każdy z włą­czoną latarką w komórce.

-?Reszta stchó­rzyła? -?zadrwił Michael, zer­ka­jąc przez ramię na Erin i wcho­dząc w głąb piw­nicy.

Był wredny. Zapewne z powodu obec­no­ści innych wra­cał do swo­jej pozy króla świata. Iry­to­wało to Erin nie­zmier­nie, bo wie­działa już dosko­nale, że ma też inne strony. Przy następ­nym kroku kop­nęła go w kostkę. Wam­pir syk­nął cicho z bólu.

-?Osza­la­łaś?! -?Odwró­cił się gwał­tow­nie, nie­świa­do­mie pod­no­sząc głos.

-?Ej! -?uci­szył ich ostro Diego.

Nie mieli poję­cia, czego się spo­dzie­wać, dla­tego zigno­ro­wali włącz­nik świa­tła na szczy­cie scho­dów, zda­jąc się na same latarki. Gdyby oka­zało się, że ktoś czai się na dole, mogli je natych­miast zga­sić i ukryć się w ciem­no­ści. Sama myśl o tym wywo­ły­wała nie­przy­jemne ciarki, ale parli dalej, sto­pień za stop­niem. Wresz­cie zatrzy­mali się na samym dole, sto­jąc bli­sko sie­bie na gołym beto­nie. Wszystko wska­zy­wało na to, że nie mieli towa­rzy­stwa.

-?Jeste­śmy sami? -?zapy­tała cicho Erin, przy­sta­jąc obok Diego. Micha­ela celowo zigno­ro­wała. Jeśli chciał się zacho­wy­wać jak roz­piesz­czony idiota, mógł to robić w samot­no­ści.

-?Jeste­śmy sami -?potwier­dził Michael, nim Diego zyskał pew­ność. - Mówi­łem wam, że cała ta teo­ria jest śmieszna.

-?A jed­nak tu jesteś -?zauwa­żył Lucas zgryź­li­wie. Odda­lił się na kilka kro­ków, bły­ska­jąc latarką w stronę dale­kiej ściany. Po chwili coś pstryk­nęło i piw­nicę zalało ostre świa­tło zawie­szo­nych pod sufi­tem jarze­nió­wek. Wszy­scy zmru­żyli oczy.

Wielką prze­strzeń wypeł­niały rzędy kla­tek przy­mo­co­wane do ziemi gru­bymi śru­bami. Erin spo­dzie­wała się wil­goci i brudu, jed­nak wszystko oka­zało się nowe i błysz­czące, a czy­stość powie­trza suge­ro­wała, że pomiesz­cze­nie wen­ty­lo­wano.

Przy­ja­ciele roze­szli się w labi­rynt prę­tów, oglą­da­jąc klatki z bli­ska.

-?Tu nic nie ma! -?krzyk­nęła wresz­cie Erin. W jej gło­sie mie­szały się ulga i roz­cza­ro­wa­nie.

-?Cóż za spo­strze­gaw­czość, Lan­ford! -?Pro­wo­ku­jąca odpo­wiedź Micha­ela odbiła się od ścian i powró­ciła jako echo.

-?Ten jest pew­nie roz­cza­ro­wany -?mruk­nął Lucas niby sam do sie­bie, ale nie­spe­cjal­nie mu prze­szka­dzało, że komen­tarz dotarł do Wam­pira. Kilka rzę­dów z przodu Diego i Tatiana przy­glą­dali się jed­nemu z zam­ków, zde­ter­mi­no­wani, żeby zupeł­nie zigno­ro­wać kolejną kłót­nię.

-?Nie­na­wi­dzę two­ich przy­ja­ciół -?mruk­nął Michael, znaj­du­jąc się nagle tuż obok Erin. Dziew­czyna drgnęła, zasko­czona jego bli­sko­ścią. Potem wzru­szyła ramio­nami.

-?A ja nie­na­wi­dzę two­ich przy­ja­ciół. Jeste­śmy kwita.

-?Lubisz Jaspera -?zauwa­żył Wam­pir.

Oczy Erin bły­snęły łobu­zer­sko.

-?Jasper lubi mnie -?oznaj­miła. -?Jest to pewna róż­nica.

Casta­law zamilkł, przy­glą­da­jąc jej się dziw­nie. Lucas dołą­czył do nich, wycho­dząc zza rogu, i po chwili z prze­ciw­nej strony zja­wili się także Tatiana z Diego.

-?Nic? -?Zmien­no­kształtna spoj­rzała na nich pyta­jąco.

-?Nic -?potwier­dził Lucas.

Zdaje się, że wszy­scy byli jed­no­cze­śnie szczę­śliwi i przy­gnę­bieni. Nikt nie chciał zna­leźć w piw­nicy uka­ra­nych uczniów, ale skoro ich tu nie było, to musieli być gdzie indziej, a żadne z nich nie miało poję­cia gdzie. Wizja, że szkoła naprawdę opłaca co chwilę nowy lot na Ala­skę, i to z bła­hych powo­dów, naprawdę ich nie prze­ko­ny­wała.

* * *

-?U-uh. Wycy e wyc-ą? -?Keith spoj­rzał na zna­jo­mych pyta­jąco z ustami peł­nymi gęstej zupy.

-?Och, jasne. Jasne, że tak. -?Lucas poki­wał głową.

-?Ty zro­zu­mia­łeś, co on tam beł­ko­tał? -?zapy­tała z nie­do­wie­rza­niem Erin, ale w jej gło­sie nie bra­ko­wało sym­pa­tii.

-?Oczy­wi­ście, że nie.

-?Zapy­ta­łem się -?zaczął poka­zowo ura­żony Keith, już z pustą buzią -?czy wie­cie, że wra­cają?

-?Kto wraca? -?zapy­tała zanie­po­ko­jona Erin.

-?Ucznio­wie wysłani do KRA­TER-u. Nie­któ­rzy poja­wili się w szkole.

Twa­rze przy­ja­ciół wykrzy­wiły się w wyra­zie szoku i nie­do­wie­rza­nia.

-?Że co? -?Erin odzy­skała głos jako pierw­sza. -?Kiedy? Jak? Skąd ty o tym wiesz i czemu mówisz to nam dopiero teraz?!

-?E, luzuj! Dowie­dzia­łem się dopiero przed chwilą -?wyja­śnił. - Zauwa­ży­łem na kory­ta­rzu Cza­ro­dziejkę, z którą cho­dzę na histo­rię. Tydzień temu zabrali ją do KRA­TER-u, bo przy­nio­sła w ple­caku takie śmieszne pude­łeczko i potem na zaję­ciach...

-?Keith! -?Erin prze­rwała mu, chcąc przejść do sedna sprawy.

-?No więc dzi­siaj wró­ciła. Bum.

-?Trzeba z nią poroz­ma­wiać!

-?Spo­koj­nie, kobieto, spo­koj­nie! Ja już z nią roz­ma­wia­łem.

-?Roz­ma­wia­łeś z nią?!

-?Lucas. -?Keith przy­wo­łał przy­ja­ciela teatral­nym szep­tem, nachy­la­jąc się w jego stronę. -?Wydaje mi się, że Alea się prze­grzała.

Erin wywró­ciła oczami.

-?Ha, ha. Bar­dzo śmieszne -?mruk­nęła, powstrzy­mu­jąc uśmiech. -?No to mów! Naprawdę zabie­rają ich do KRA­TER-u? Co się tam dzieje?!

-?Laska mówiła, że fak­tycz­nie poje­chała do KRA­TER-u. -?Keith zro­bił się nagle poważ­niej­szy. -?To nie był jej pierw­szy raz, ona non stop wykręca jakieś akcje. Powie­działa, że rze­czy­wi­ście coś się tam pozmie­niało...

-?A Gareth? -?zapy­tał Lucas. -?Widziała Gare­tha? Powinna go koja­rzyć, też z nami cho­dził na histo­rię.

-?No wła­śnie go nie widziała. Podobno dzielą ich tam teraz na różne grupy i przy­pi­sują do innych pro­gra­mów. Nie­któ­rzy są na krótko, inni na długo...

-?Czyli niby zga­dza się to, co mówili nauczy­ciele... -?mruk­nął bez prze­ko­na­nia Lucas.

-?No ale to brzmi... -?urwała Lizzy.

-?Jak sterta wymó­wek -?dokoń­czyła spo­koj­nie Tatiana.

-?No tu się z tobą zgo­dzę, sio­stro. -?Keith poki­wał głową. -?Ona mówi, że w jej gru­pie pra­wie w ogóle nie było osób z Mal­la­roy, a prze­cież co chwila kogoś od nas zabie­rają, nie?

Nie tylko oni przej­mo­wali się znik­nię­ciami uczniów. Pytań od uczniów poja­wiało się coraz wię­cej, ale nauczy­ciele na wszyst­kie odpo­wia­dali spo­koj­nie, bez oznak zmar­twie­nia. Zarówno w szkole, jak i wśród rodzi­ców zaczęła krą­żyć infor­ma­cja o nowym pro­gra­mie edu­ka­cyj­nym w pla­cówce na Ala­sce. W KRA­TER-ze od pew­nego czasu roz­wi­jano sek­tor naukowy i - podobno -?kary nie­któ­rych osób zosta­wały zmie­nione w coś przy­po­mi­na­ją­cego wymianę mię­dzysz­kolną. Miej­sce nie miało dobrego zasięgu, ale była to ponoć wyjąt­kowa oka­zja do zdo­by­cia nowych doświad­czeń, zwie­dze­nia nie­dawno otwar­tych labo­ra­to­riów oraz naucze­nia się dys­cy­pliny. No, w ogóle eks­tra.

Brzmiało to jak kłam­stwo, któ­rego nikomu nie chciało się nawet dopra­co­wać. Szkoła musiała więc jakoś dodat­kowo mie­szać rodzi­com w gło­wach, że nie nasłali jesz­cze na nią poli­cji. Miała w tym nawet wprawę, bo prze­cież przed ludz­kimi rodzi­nami admi­ni­stra­cja Mal­la­roy ukry­wała sen­tu­ral­ność od początku swo­jego ist­nie­nia.

Z dru­giej strony trudno było zna­leźć powód takiej intrygi. Im dłu­żej myśleli o całej spra­wie, tym bar­dziej wyda­wało się, że popa­dli w jakąś para­noję z powodu zwy­kłych zmian w sys­te­mie...

-?Czyli na­dal nic nie wiemy -?stwier­dziła sfru­stro­wana Erin. -?Jeśli Gareth tra­fił do tego pro­gramu, to niby czemu nie może wam odpi­sać na wia­do­mo­ści? Na ani jedną? Od mie­siąca!

-?No i po kiego grzyba zatrzy­my­wa­liby tam na przy­kład Kaylę, która jest liderką waszej dru­żyny -?Keith wska­zał na Lizzy -?i zbliża się tur­niej che­er­le­ader­ski!

Lizzy jęk­nęła cicho i oparła czoło o stół.

-?Liz? Wszystko w porządku? -?zary­zy­ko­wał Lucas, zasko­czony tak dra­ma­tyczną demon­stra­cją.

-?Hmpf -?odpo­wie­działa mu sterta jasnych wło­sów. Po chwili dziew­czyna wypro­sto­wała się ocię­żale, pocie­ra­jąc oczy. -?Oddaj­cie mi Kaylę. Bła­gam! Nowy lider dru­żyny zro­bił nam dzi­siaj próbę przed śnia­da­niem. O szó­stej rano...

Z tymi sło­wami głowa dziew­czyny ponow­nie opa­dła, nie­bez­piecz­nie gło­śno ude­rza­jąc o blat. Wil­ko­łaki rów­no­cze­śnie się skrzy­wiły.

-?Szó­sta rano to nie godzina -?zgo­dziła się ze współ­czu­ciem Erin.

-?Yhy -?dobiegł ich ści­szony jęk Lizzy. -?Może i Wam­piry nie muszą nor­mal­nie spać, ale reszta...

Tatiana wolno nachy­liła się w ich kie­runku.

-?Musimy zająć jasne sta­no­wi­sko -?zade­cy­do­wała. -?Albo uzna­jemy, że posą­dza­nie nauczy­cieli o kłam­stwo jest absur­dalne, prze­sta­jemy się zadrę­czać i cze­kamy spo­koj­nie, aż wszy­scy po pro­stu wrócą, sku­pia­jąc się w tym cza­sie na nauce -?tu zro­biła wymowną pauzę -?albo wie­rzymy, że ucznio­wie tra­fiają zupeł­nie gdzie indziej, a nie do KRA­TER-u, i na poważ­nie zaczy­namy ich szu­kać.

-?Czyli cze­kamy albo szu­kamy -?pod­su­mo­wał Lucas.

Przy­ja­ciele wymie­nili spoj­rze­nia w mil­cze­niu.

-?Ja to tam na przy­kład ni­gdy nie lubi­łem cze­kać... -?oznaj­mił wresz­cie Keith.

* * *

Alea stała w oknie i patrzyła w stronę mokrej od desz­czu polany, gdzie Nick tań­czył przez chwilę do Shake It Off, nim ode­brał połą­cze­nie.

-?To jest to -?mruk­nęła sama do sie­bie, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku. -?To jest moment, w któ­rym ofi­cjal­nie wyrze­kam się zna­jo­mo­ści z tym kole­siem.

Mimo to na­dal żywo go obser­wo­wała, wie­dząc, że roz­ma­wia z jej sio­strą. Erin co prawda za pierw­szym razem nie ode­brała, ale zaraz oddzwo­niła, przez co Cza­ro­dziej miał oka­zję posłu­chać swo­jego dzwonka. Cho­ciaż Alea i Nick byli dość scep­tycz­nie nasta­wieni do teo­rii, że wyna­la­zek loka­li­za­cyjny Łow­ców roz­po­zna wyczy­tany z sygnału sen­tu­ralny ślad Alei, i tak prze­strze­gali zasad o zacho­wa­niu odpo­wied­niego dystansu. Dla­tego chło­pak stał tak daleko, pla­nu­jąc z Erin spo­tka­nie w week­end uro­dzin bliź­nia­czek. Cyn­thia i Eve dały na coś takiego przy­zwo­le­nie zapewne jedy­nie po to, żeby wspól­nym zdję­ciem uspo­koić nieco rodzi­ców sióstr, nie zaś z czy­stej dobroci serca, ale nie robiło to Alei już żad­nej róż­nicy.

W ciągu ostat­nich czte­rech dni minął jakiś mie­siąc. Nie dało się tego ina­czej ująć i dokład­nie tak się czuła. Wresz­cie odblo­ko­wała w sobie zdol­ność ima­gi­na­cji, two­rząc łuski na grzbie­cie zwy­kłej formy rysia, i wszystko stało się nagle... poważne. Osta­teczne. Nie zda­wała sobie nawet sprawy, że wcze­śniej przed każdą pełną grozy infor­ma­cją o swo­jej roli w wiel­kim pla­nie Mar­tina Gal­la­ghera bro­niła się, myśląc: "Może jed­nak się pomy­lili. Może to nie mnie potrze­bują do zła­ma­nia soju­szu i ura­to­wa­nia całego rodzaju".

Teraz o pomyłce nie było już mowy. Cor­ne­lius Sal­der oka­zał się jej praw­dzi­wym przod­kiem -?odzie­dzi­czyła po nim zdol­no­ści ima­gi­na­cji: mogła zmie­niać się nie tylko w ist­nie­jące zwie­rzęta, lecz także w ich wła­sną wer­sję lub w coś zupeł­nie zmy­ślo­nego. Nie powinno to być dla niej zasko­cze­niem, mówiono jej prze­cież o tym od dawna. Są jed­nak w życiu takie sprawy, na które zawsze jest się tro­chę nie­go­to­wym, nie­za­leż­nie od tego, z jak wiel­kiej odle­gło­ści można je dostrzec.

Odblo­ko­wa­nie spe­cjal­nej mocy spra­wiło para­dok­sal­nie, że poczuła jesz­cze więk­szą bez­sil­ność. Zro­zu­miała już jakiś czas temu, że nie jest boha­terką tej histo­rii, tylko środ­kiem do osią­gnię­cia celu. Szansą na szczę­śliwe zakoń­cze­nie, pre­tek­stem do dzia­ła­nia -?tyle.

No i okej. Dobra. Mogła wziąć się w garść i ode­grać swoją rolę, nawet jeśli cza­sem (dość czę­sto) odno­siła wra­że­nie, że wszystko wypada jej z rąk. Nie miała tylko pomy­słu, co zro­bić ze złym prze­czu­ciem, które na dobrą sprawę ni­gdy nie minęło.

* * *

Nebra­ska... nie była dla każ­dego. Wię­cej miesz­kało tam krów niż ludzi i prze­wa­żały opi­nie, że ni­gdzie nie ma nic cie­ka­wego do roboty. Alea, Nick, Cyn­thia i Eve zatrzy­mali się w żół­tym domu z pod­da­szem, oto­czo­nym jedy­nie przez wiel­kie pola. We wszyst­kich pomiesz­cze­niach znaj­do­wały się pry­watne rze­czy, co dobit­nie suge­ro­wało, że wcze­śniej ktoś zamiesz­ki­wał posia­dłość. Dziew­czyna czuła się nie­swojo oto­czona jaw­nymi śla­dami cudzej obec­no­ści. Jak gdyby wła­mała się do czy­je­goś życia.

Mar­tin przy­je­chał w czwar­tek, żeby na wła­sne oczy zoba­czyć zdol­ność ima­gi­na­cji. Do tej pory cały czas sie­dział w Waszyng­to­nie, a mimo to Alea miała wra­że­nie, że dobrze go zna. Był obecny w sło­wach Eve, w decy­zjach Cyn­thii, w pole­ce­niach Nicho­lasa i w każ­dej poja­wia­ją­cej się w jej gło­wie wąt­pli­wo­ści. Zna­lazł ją po drze­wie gene­alo­gicz­nym Sal­dera, jesz­cze zanim stała się Zmien­no­kształtna, i nawią­zał kon­takt, gdy tylko się to wyda­rzyło. Jej dawne życie wyparła sen­tura, a ta ozna­czała dla niej jedno: Wiel­kie Nie­bez­pie­czeń­stwo. W pew­nym sen­sie Mar­tin Gal­la­gher cały czas znaj­do­wał się tuż obok.

Eve powie­działa jej kie­dyś, że Mar­tin zawsze potrafi prze­wi­dzieć, jak coś się skoń­czy, i zapla­no­wać naj­lep­szy ruch. Patrząc w jego szare oczy, Alea zaczy­nała w to wie­rzyć. Zda­wał się widzieć wszystko: ją na wylot oraz całą przy­szłość.

-?Mogę cię o coś zapy­tać? -?ode­zwała się cicho, gdy zastała go samego w zagra­co­nym salo­nie.

Wargi męż­czy­zny wygiął lekki uśmiech, bo nie umknęła mu iro­nia zawarta w tym zwro­cie. Strzep­nął popiół do popiel­niczki i wypro­sto­wał się odro­binę w fotelu.

-?Oczy­wi­ście.

-?Okła­mu­jesz mnie?

Choć minęło zale­d­wie sześć mie­sięcy od ich pierw­szej roz­mowy, Alea wyglą­dała znacz­nie doj­rza­lej. Na jej twa­rzy malo­wała się deter­mi­na­cja, a w oczach czuj­ność. Sko­ja­rzyła się Gal­la­ghe­rowi nagle z Eve.

-?Nie -?odparł do dłu­giej pau­zie. Osoby takie jak on mogły sobie pozwo­lić na każdą por­cję mil­cze­nia, ni­gdy nie ryzy­ku­jąc, że stracą czy­jąś uwagę. Lub sza­cu­nek. -?Nie­spe­cjal­nie -?dodał nie­mal bez­tro­sko. - Czemu tak myślisz?

Alea wolno prze­szła przez salon i usia­dła na skraju sto­lika do kawy, dokład­nie naprze­ciwko niego. Cie­nie uło­żyły się na jej twa­rzy od nowa.

-?Wydaje się nam z Nic­kiem, że zlo­ka­li­zo­wa­nie mnie wyna­laz­kiem Łow­ców jest bar­dzo mało praw­do­po­dobne. Zwłasz­cza jeśli część Łow­ców stoi już w sekre­cie po naszej stro­nie, nie po stro­nie Fran­cis Rowe. Wszyst­kie wasze powody ukry­wa­nia mnie wydają się nacią­gane.

Mar­tin ski­nął głową zachę­ca­jąco, zupeł­nie nie­ura­żony.

-?Powiedz mi, co myślisz.

-?Myślę, że mogła­bym wam poma­gać, cho­dząc jed­no­cze­śnie do Mal­la­roy i utrzy­mu­jąc nor­malny kon­takt z rodziną. Ze wszyst­kimi, ze świa­tem...

-?I tak, i nie -?ode­zwał się wolno męż­czy­zna. -?Widzisz, Aleo, wszystko spro­wa­dza się do tego, że nas nie stać nawet na naj­mniej­sze ryzyko. Masz rację, umiesz­cze­nie Erin na twoim miej­scu nie było abso­lut­nie konieczne. Sta­no­wiło jed­nak naj­bez­piecz­niej­sze roz­wią­za­nie. -?Prze­rwał, by zacią­gnąć się dymem, a potem chwilę po pro­stu się jej przy­glą­dał. -?Czy teraz ja mogę coś powie­dzieć tobie?

Alea kiw­nęła głową.

-?Prze­stań się nad sobą uża­lać -?pora­dził Gal­la­gher. Ton miał łagodny, pełen zro­zu­mie­nia, a nawet współ­czu­cia. Może wła­śnie dzięki temu słowa te prze­śli­zgnęły się przez wszyst­kie bariery ochronne i w kilka sekund osia­dły gdzieś głę­boko w niej. -?Jesteś Zmien­no­kształtna i odzie­dzi­czy­łaś umie­jęt­ność ima­gi­na­cji -?kon­ty­nu­ował spo­koj­nie. -?Jesteś wyjąt­kowa. Prze­by­wasz w wygod­nym, bez­piecz­nym miej­scu. Masz nie jedną, ale trzy osoby ofe­ru­jące ci opiekę, wspar­cie i edu­ka­cję. Aleo - wes­tchnął cicho z nutą roz­cza­ro­wa­nia w gło­sie -?prze­stań wszystko spro­wa­dzać wyłącz­nie do swo­jej osoby.

Dziew­czyna ucie­kła wzro­kiem w bok, przy­tło­czona jego sło­wami, i zaczęła ner­wowo sku­bać skórkę przy paznok­ciu u kciuka.

-?Jak mam nie spro­wa­dzać tego do swo­jej osoby, skoro infor­ma­cje o wszyst­kim innym trzy­ma­cie w sekre­cie? Dla­czego nie może­cie mi przy­naj­mniej powie­dzieć, czym jest to Wiel­kie Nie­bez­pie­czeń­stwo?!

-?To grze­chy z prze­szło­ści Wam­pi­rów i Wil­ko­ła­ków, które zdo­łały ich w końcu dopaść -?oznaj­mił Mar­tin spo­koj­nie, wciąż nie wyja­śnia­jąc abso­lut­nie niczego.

W swo­jej gło­wie Alea sły­szała wciąż opo­wie­ści Erin o przy­ja­cio­łach ze szkoły, któ­rzy nale­żeli do jed­nego z dwóch prze­klę­tych rodza­jów.

-?Ale CO jest aż tak straszne, że może poko­nać nawet wszyst­kie pięć rodza­jów, gdy­by­śmy sta­nęli do walki razem?!

Pra­gnęła odpo­wie­dzi. Coraz trud­niej było jej znieść błą­dze­nie po omacku, a do tego coraz bar­dziej się bała. Gal­la­gher też musiał się bać, gdzieś głę­boko pod war­stwą spo­koju i sza­rego dymu, bo prze­cież dla bez­pie­czeń­stwa gotów był zdra­dzić dwa całe rodzaje. Zdra­dzić i spi­sać je na straty!

-?Kie­dyś w pełni zro­zu­miesz i zaak­cep­tu­jesz, dla­czego nie przed­kła­dam two­jego losu nad los wszyst­kich Zmien­no­kształt­nych i dla­czego nie przed­kła­dam losu Wil­ko­ła­ków i Wam­pi­rów nad los pozo­sta­łych trzech rodza­jów sen­tu­ral­nych -?oświad­czył, znowu zręcz­nie omi­ja­jąc jej pyta­nie. -?Chcesz prawdy? Prawda jest brudna, Aleo. Prawda jest taka, że robimy to, co musimy. Wybie­ramy mniej­sze zło. Umysł to zabawne narzę­dzie: wszystko jest kwe­stią per­spek­tywy. Cza­sem przy­cho­dzi nam sta­nąć w miej­scu, gdzie to, co wcze­śniej było nie do przy­ję­cia, nagle oka­zuje się naj­lep­szym roz­wią­za­niem.

-?I gdzie teraz sto­imy? -?rzu­ciła dziew­czyna zgryź­li­wie.

-?Na linii ognia.

2.

Wiadomo, nie wiadomo

Regan Casta­law wkro­czył do pomiesz­cze­nia zde­cy­do­wa­nym, ale wol­nym kro­kiem i pobież­nie zeska­no­wał wzro­kiem oto­cze­nie. Wystrój był eklek­tyczny. Cie­płe tony, różne gatunki drewna, mięk­kie fak­tury puszy­stych dywa­nów i makram zawie­szo­nych na ścia­nach... Pur­pura i poma­rańcz. Domowa atmos­fera męczyła go już od progu, bo nie przy­szedł tu na luźną poga­wędkę. Jor­dan Gor­don-Blac­kwood jed­nak nawet ofi­cjalne roz­mowy upie­rała się odby­wać w nasiąk­nię­tej roz­pusz­czal­ni­kiem prze­strzeni arty­stycz­nej.

Alfy zawsze były dwie, więc i w roz­mo­wach mię­dzy­ro­dza­jo­wych ofi­cjal­nej repre­zen­tantce towa­rzy­szyła osoba prze­wo­dząca jed­nej z watah w kraju. Teraz obie sie­działy na kana­pie, cze­ka­jąc na Regana. Ta z sze­ro­kimi bar­kami i dołecz­kiem w bro­dzie to była Jor­dan Gor­don-Blac­kwood; Ophe­lia miała fio­le­towe włosy.

Wam­pir zer­k­nął w bok, gdzie pod oknem stały trzy Wil­ko­łaki z rękoma sple­cio­nymi za ple­cami, patrząc na niego uważ­nie.

-?Mogę ich ode­słać, jeśli sobie życzysz -?zaofe­ro­wała Gor­don-Blac­kwood, się­ga­jąc po fili­żankę z kawą. Jemu nie musiała ofe­ro­wać żad­nego poczę­stunku: plusy gosz­cze­nia u sie­bie Wam­pira.

-?Nie -?rzu­cił Regan sil­nym, choć zaska­ku­jąco przy­jem­nym gło­sem, sia­da­jąc naprze­ciwko nich. -?Dobrze, że tu są.

Jor­dan zmarsz­czyła lekko wąskie brwi, ale nie sko­men­to­wała tego stwier­dze­nia. Ophe­lia odchy­liła się odro­binę do tyłu, od razu dystan­su­jąc się nieco od roz­ma­wia­ją­cej pary. Było jasne, że dzi­siaj jej rolą jest przede wszyst­kim słu­chać.

Regan Casta­law drgnął, ale jakimś cudem jego sie­dząca syl­wetka spra­wiła wra­że­nie bar­dziej odprę­żo­nej. Cecho­wały go jak zawsze ele­gan­cja oraz wyra­fi­no­wa­nie i choć wyglą­dał nie­na­gan­nie, widać to było przede wszyst­kim w jego ruchach oraz sło­wach. Nawet w łach­ma­nach byłby nie­za­prze­czal­nie Ojcem Rodu Casta­lawów i Kró­lem Wam­pi­rów.

Gor­don-Blac­kwood cały czas obser­wo­wała go uważ­nie. Regan znaj­do­wał się w jej prze­strzeni, na jej tere­nie. Zgod­nie z umową musiał zosta­wić przed drzwiami wszyst­kich swo­ich pra­cow­ni­ków, a jed­nak ema­no­wał pew­no­ścią sie­bie.

-?Nie byłeś, Rega­nie, wylewny, jeśli cho­dzi o powód tego spo­tka­nia.

Oboje wie­dzieli, co kryje się za tymi sło­wami. "Co tu robisz?" -?pytał wzrok Jor­dan.

Wam­pir odmó­wił spo­tka­nia w Czar­nym Domu w Denver, który od czasu soju­szu stał się sie­dzibą przed­sta­wi­cieli rodza­jów i miej­scem wyko­rzy­sty­wa­nym do więk­szo­ści roz­mów poli­tycz­nych na tym szcze­blu. Był to także, a może przede wszyst­kim, teren abso­lut­nie neu­tralny. Jed­nak zamiast być wła­śnie tam, znaj­do­wali się tutaj.

W powie­trzu wisiało coś cięż­kiego, lecz nie wro­gość. Histo­ria obfi­to­wała zarówno w wojny mię­dzy Wam­pi­rami i Wil­ko­ła­kami, jak i ich przy­mie­rza. Rodzaje te były do sie­bie zbyt podobne i jed­no­cze­śnie zbyt różne, by móc zacho­wać neu­tralny sto­su­nek. Zawsze wda­wały się w burz­liwe kon­flikty lub bli­skie układy. Nic pomię­dzy.

Na szczę­ście dla wszyst­kich obec­nie pano­wał sojusz.

-?Wiesz, czemu tu jestem? -?zapy­tał Regan wprost.

Prze­żyw­szy ileś­set lat, Wam­piry naj­czę­ściej albo zaczy­nały wszystko postrze­gać jak nic nie­wartą zabawę, albo nabie­rały wstrętu do wszel­kiego rodzaju gie­rek. Regan zde­cy­do­wa­nie nale­żał do tej dru­giej kate­go­rii.

-?Oświeć mnie -?zapro­po­no­wała Jor­dan, z brzę­kiem odsta­wia­jąc fili­żankę na niski sto­lik. Miała kilka dobrych teo­rii, ale nie widziała potrzeby dzie­le­nia się nimi na samym początku roz­mowy.

-?W szko­łach pobiera się uczniom krew -?oznaj­mił Wam­pir spo­koj­nym gło­sem. Opa­no­wa­nie, które od niego biło, było nie­ludz­kie. Dosłow­nie i w prze­no­śni.

Jor­dan Gor­don-Blac­kwood kiw­nęła głową, nie­wzru­szona.

-?Zmie­niły się też zasady przyj­mo­wa­nia uczniów do Kolek­tyw­nego Restryk­cyj­nego Aresztu Toczą­cego Eks­ten­sywną Reso­cja­li­za­cję - kon­ty­nu­ował Regan. -?Otwo­rzono nowy pro­gram edu­ka­cyjny.

-?Oskar­żasz mnie o coś? -?zapy­tała Wil­ko­łaczka bez ogró­dek. W prze­ci­wień­stwie do Wam­pira nie miała wiecz­no­ści na takie roz­mowy.

-?Nie -?odpo­wie­dział, wciąż spo­kojny. -?Po pro­stu jestem zanie­po­ko­jony.

-?Zanie­po­ko­jony losem uczniów...?

Uwa­dze Wam­pira nie uszła nuta drwiny poja­wia­jąca się w tym pyta­niu. Zigno­ro­wał ją jed­nak.

-?Zanie­po­ko­jony, tak ogól­nie.

Jor­dan wes­tchnęła i odchy­liła się, opie­ra­jąc plecy wygod­niej o kanapę.

-?Raczej nie­po­trzeb­nie -?rzu­ciła z cie­niem zmę­cze­nia w gło­sie. Było jasne, że spo­dzie­wała się jakie­goś innego, waż­niej­szego tematu i ten obecny w ogóle jej nie inte­re­so­wał. Mimo to musiała przez niego prze­brnąć, bo Regan Casta­law z sobie tylko zna­nego powodu pofa­ty­go­wał się do innego stanu, by roz­ma­wiać z nią twa­rzą w twarz. -?KRA­TER wpro­wa­dza nowe metody reso­cja­li­za­cji, zmie­nia podej­ście nie tylko do uczniów. Pierw­sze roz­mowy na ten temat odbyły się cho­ler­nie dawno temu, jeśli mnie pamięć nie myli. Pra­wie rów­no­cze­śnie z roz­po­czę­ciem roz­bu­dowy tam­tej­szego sek­tora nauko­wego i to wła­śnie na jego potrzeby pobie­rana jest krew. Na jakieś nowe eks­pe­ry­menty Łow­ców i Cza­ro­dzie­jów z sen­turą. Wszyst­kie pro­po­zy­cje prze­szły przez stół Rady, te zmiany to żadna nowość, a już z pew­no­ścią nic nie­po­ko­ją­cego.

-?To twoje słowa czy ktoś wsa­dził ci je do ust? -?Głos Regana zabrzmiał nieco chłod­niej.

-?Od tego są spe­cja­li­ści -?obru­szyła się Jor­dan. -?Nie jestem odpo­wie­dzialna za KRA­TER. Dobrze wiesz, prze­sia­du­jemy na tych samych spo­tka­niach. Te wnio­ski prze­szły przez dzie­siątki rąk. Do nas tra­fiły już jako czy­sta for­mal­ność! Ty też je pod­pi­sa­łeś. -?Urwała na chwilę, żeby znowu się­gnąć po fili­żankę. Nie była do końca pewna, do czego Wam­pir zmie­rza. -?Gdzie wła­ści­wie widzisz pro­blem? Kiedy ostat­nio się widzie­li­śmy, nie mar­twi­łeś się o losy sen­tu­ral­nych szkół. A już na pewno nie o ich uczniów.

-?Pro­ble­mem jest zbyt dużo zmian w tak krót­kim cza­sie.

Jor­dan uśmiech­nęła się pobłaż­li­wie.

-?Wiem, że twój rodzaj lubi żyć prze­szło­ścią, ale nie prze­sa­dzajmy. Sta­gna­cja nikomu z nas nie wyszłaby na dobre.

-?Kilka lat temu masowo ścią­gali do KRA­TER-u wszyst­kie guakile - wtrą­ciła Ophe­lia, wspo­mi­na­jąc zwie­rzątka z pozoru niczym nie­róż­niące się od fre­tek, przy pomocy któ­rych zna­jące się osoby mogły wysy­łać sobie zapi­sane w ich myślach wia­do­mo­ści. -?Łowcy i Cza­ro­dzieje pra­cują nad sen­tu­ral­nym postę­pem w dzi­waczny spo­sób, ale to nic nowego.

-?Tym razem kom­bi­nują coś z krwią -?pod­jęła Jor­dan. -?Z pew­no­ścią nie pierw­szy i nie ostatni raz. Czemu cię to mar­twi? Nie byłeś świa­domy, że twoja lewa czy prawa ręka wydała pozwo­le­nie na to przed­się­wzię­cie?

-?Mam... złe prze­czu­cia -?wyznał Wam­pir, wciąż jed­nak z tym samym spo­ko­jem.

-?Jeśli labo­ra­to­ria i pro­jekty edu­ka­cyjne w KRA­TER-ze tak bar­dzo cię nie­po­koją, to zleć inspek­cję! -?zasu­ge­ro­wała Jor­dan z nutą nie­cier­pli­wo­ści w gło­sie. -?Co ja mam z tym niby wspól­nego, Rega­nie?

Wil­ko­łaki bez wąt­pie­nia były rodza­jem naj­mniej zain­te­re­so­wa­nym poli­tyką. Ich struk­tury miały luźny cha­rak­ter, a orga­ni­zo­wali się w coś poważ­nego wła­ści­wie tylko wtedy, gdy naprawdę musieli. W prze­ciw­nym wypadku korzy­stali po pro­stu z wszech­obec­nych struk­tur ludz­kich. Pod­czas gdy na przy­kład Zmien­no­kształtni z uczest­nic­twa w jakiejś frak­cji robili cały sen­tu­ralny zawód, Wil­ko­łaki inte­re­so­wały się bar­dziej fazami księ­życa i zapew­nia­niem swo­jemu rodza­jowi bez­piecz­nych warun­ków do prze­miany.

-?Nie wydaje ci się to podej­rzane? Tyle zmian w KRA­TER-ze.

Głos Regana nie zdra­dzał praw­dzi­wego zain­te­re­so­wa­nia odpo­wie­dzią. Brzmiał raczej suge­styw­nie. Jakby reży­se­ro­wał całą wymianę zdań, by wycią­gnąć z czy­ichś ust słowa, które chciał usły­szeć.

-?Na początku też mi się to nie podo­bało -?przy­znała nieco nie­chęt­nie Jor­dan. Miała czter­dzie­ści sie­dem lat, a cza­sem wyda­wało jej się, że Casta­law mówi do niej jak do dziecka. Wyba­czała mu to jed­nak ze względu na róż­nicę wieku. Z jego per­spek­tywy pew­nie była dziec­kiem. -?Kaza­łam to komuś spraw­dzić i otrzy­ma­łam z powro­tem raport. To nie jest już ten sam ośro­dek, który Wil­ko­łaki prze­ka­zały w ręce soju­szu. KRA­TER się roz­rósł, na­dal się roz­ra­sta. Ale to prze­cież nic złego. Czy­ta­łam, co tam robią. Widzia­łam raport i wszystko się zga­dza.

-?Nie pyta­łem, co otrzy­ma­łaś w rapor­cie. Pyta­łem, co ci się wydaje - zauwa­żył Regan.

-?Wyda­wało się to nie­któ­rym z nas podej­rzane, więc wszystko spraw­dzi­łam i już wiem, że nie ma w tym nic podej­rzanego. Koniec histo­rii. Po to tu jesteś? By zapy­tać mnie, czy Cza­ro­dzieje nie kręcą cze­goś pod naszym nosem? Idź z takimi spra­wami do Zmien­no­kształt­nych. Oni lubią pod­chody. Spy­taj Rowe -?dodała. -?Podobno opo­zy­cja chce ją posta­wić w stan oskar­że­nia. Może stra­cić posadę.

-?Sam wysła­łem kilka osób, żeby to spraw­dziły. Niczego nie zna­la­zły.

-?Więc w czym leży pro­blem?

-?Tego sta­ram się dowie­dzieć.

-?Czyli nie ma pro­blemu. Chcesz go wykre­ować.

-?Czyli nie wiemy o pro­ble­mie, który może ist­nieć.

Jor­dan wes­tchnęła ciężko.

-?Myślisz, że wszystko to jest ze sobą połą­czone i COŚ się dzieje. Ja to spraw­dzi­łam. Ty to spraw­dzi­łeś. Nic się nie dzieje. Czemu chcesz to roz­trzą­sać?

-?Wiesz, że wnio­sek o pracę nad nowym pro­gra­mem reso­cja­li­za­cji został wysto­so­wany w lutym zeszłego roku? -?zapy­tał nagle Regan.

Wil­ko­łaczka skrzy­wiła się nie­znacz­nie.

-?I co w związku z tym? -?zapy­tała z cie­niem znu­że­nia w gło­sie. Roz­mowa z potęż­nym Wam­pi­rem zawsze ją męczyła.

-?W kwiet­niu dwa lata temu nasze praw­dziwe motywy zawar­cia soju­szu wyszły na jaw w cia­snych krę­gach lide­rów i repre­zen­tan­tów rodza­jów.

-?Zamie­rzasz świę­to­wać rocz­nicę?

-?Czy świę­tuję dzień, w któ­rym kilka bar­dzo waż­nych osób odkryło, że zaini­cjo­wa­li­śmy sojusz, by zabez­pie­czyć wła­sny los? Nie. Nie świę­tuję.

Jor­dan wytrzy­mała chłód, który poja­wił się w jego spoj­rze­niu.

-?W tym samym mie­siącu zde­cy­do­wano, że sprawa pozo­sta­nie utaj­niona, a sojusz trwać będzie dalej. Wszystko zostało nam wyba­czone, bo korzy­ści naszej współ­pracy prze­wyż­szają wady. Pod­ję­li­śmy wspólną decy­zję w imie­niu pię­ciu rodza­jów, że to, co nad­cho­dzi, prze­trwamy tylko wspól­nie. Ini­cjo­wa­nie soju­szu bez peł­nej trans­pa­rent­no­ści zostało nam wyba­czone - wyli­czała. -?Zagro­że­nie pozo­stało, jak na razie, sekre­tem. Ja świę­to­wa­łam.

-?Twój wybór -?skwi­to­wał Casta­law, sku­pia­jąc się na innym aspek­cie ich roz­mowy: -?Moim zda­niem nie powin­ni­śmy lek­ce­wa­żyć faktu, że od tego czasu zaczęło się poja­wiać wiele wnio­sków o drobne zmiany w sys­te­mie naszego dzia­ła­nia.

-?Wiem, co myślisz -?prze­rwała mu. -?I się z tobą nie zga­dzam.

-?A co myślę? -?spro­wo­ko­wał ją Regan.

-?Przy­pusz­czasz, że Fran­cis Rowe, Lucille Lan­der­son i Mal­colm Tal­lis nie wyba­czyli nam. Myślisz, że ktoś ostrzy kołek, i pró­bu­jesz prze­wi­dzieć moment, w któ­rym wbije ci się on w plecy.

-?To twoje słowa, nie moje.

-?A ty cze­ka­łeś cały ten czas, aż je w końcu wypo­wiem.

-?Słusz­nie.

-?Non­sens. -?Jor­dan Gor­don-Blac­kwood znów się skrzy­wiła. -?Gdyby ktoś coś pla­no­wał, nie uszłoby to naszej uwa­dze.

-?Mojej uwa­dze nie ucho­dzi zawi­ro­wa­nie, do któ­rego doszło w dowódz­twie Zmien­no­kształt­nych -?oznaj­mił spo­koj­nie Wam­pir, wresz­cie uści­śla­jąc swoje obawy.

Wil­ko­łaczka spoj­rzała na niego z nie­do­wie­rza­niem, po czym zaśmiała się cicho.

-?Fran­cis Rowe jest naj­więk­szą fanką Wil­ko­ła­ków, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tka­łam. Oże­niła się z Wil­ko­łaczką i pod­pi­sała tyle papie­rów łączą­cych Zmien­no­kształt­nych z moim rodza­jem, że nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby do dziś miała nad­wy­rę­żony nad­gar­stek. -?Pokrę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem. -?TO jest twoje zmar­twie­nie?

Przez twarz Regana Casta­lawa prze­bie­gło nie­za­do­wo­le­nie.

-?Sama wspo­mnia­łaś, że jej pozy­cja zaczyna słab­nąć. Nie masz wra­że­nia, że w związku z tym osłab­nie także rela­cja mię­dzy waszymi rodza­jami?

-?Jesteś prze­wraż­li­wiony. U nich ktoś zawsze na coś narzeka i o coś wal­czy, bo babrają się w tych swo­ich frak­cjach. To biz­nes Zmien­no­kształt­nych i nie powi­nien nas obcho­dzić tak długo, jak długo nie zagraża soju­szowi.

-?A jeśli zagraża?

-?A masz na to jakieś dowody? -?Gor­don-Blac­kwood wypro­sto­wała się w fotelu i wes­tchnęła ciężko. -?Przej­mu­jesz się plot­kami i duchami. Minęło dzie­więć lat, od kiedy zażą­da­łeś soju­szu, prze­stra­szony pogło­skami. Dziś chcesz ten sojusz pod­wa­żyć, rów­nież opie­ra­jąc się na plot­kach. Ni­gdy nie mia­łam cię za tchó­rza, Rega­nie. Nie każ mi zmie­niać zda­nia.

Nie wia­domo kiedy atmos­fera w pokoju zagę­ściła się i roz­mówcy sie­dzący naprze­ciwko sie­bie stali się znacz­nie mniej roz­luź­nieni. Trójka Wil­ko­ła­ków usta­wiona na straży w salo­nie zaczęła sku­piać swoje spoj­rze­nia na Wam­pi­rze. Regan pozo­sta­wał nie­wzru­szony.

-?Ponad dzie­więć lat temu zaczą­łem po kolei roz­ma­wiać z Alfami waszych spo­łecz­no­ści na tere­nach tego kraju, by poru­szyć temat nie­bez­pie­czeń­stwa, które wtedy było tylko pogło­ską.

-?Pamię­tam -?zgo­dziła się Gor­don-Blac­kwood. Czuła, że musi Wam­pi­rowi pozwo­lić mówić.

-?Byłaś wtedy kimś innym...

-?Uwa­żaj, Rega­nie -?prze­rwała mu kobieta. -?Roz­mowa na temat tego, kim jestem i kim nie jestem, może się oka­zać bar­dzo nie­kom­for­towa dla kogoś takiego jak ty.

Regan się zawa­hał, co widać było na jego twa­rzy. Cza­sem doty­kał sło­wami jakichś niu­an­sów współ­cze­sno­ści lub zaka­mar­ków cudzej pry­wat­no­ści. Wtedy nagle oka­zy­wało się, że śmier­tel­nicy potra­fią go jed­nak wciąż odro­binę zasko­czyć. Sik­nął wolno głową.

-?Nie byłaś Alfą -?oznaj­mił, wyja­śnia­jąc, że to i tylko to miał chwilę temu na myśli. -?Sta­łaś wtedy za fote­lem dwóch Alf two­jej spo­łecz­no­ści, tak jak dziś oni stoją za tobą. -?Na moment skie­ro­wał spoj­rze­nie na trzy Wil­ko­łaki znaj­du­jące się pod oknem, wciąż w takiej samej goto­wo­ści. - Jeden wasz przy­wódca mil­czał, drugi zbył mnie mach­nię­ciem dłoni, tak jak ty robisz to dzi­siaj.

-?Po co mi to mówisz? -?zapy­tała Jor­dan. Jej ton wciąż miał w sobie ślady nie­chęci. Tym razem dla­tego, że wie­działa, do czego Wam­pir zmie­rza. Pyta­nie było wła­ści­wie reto­ryczne.

-?Nie­długo póź­niej nawią­za­łaś ze mną kon­takt jako nowa Alfa. Powie­dzia­łaś, że Wil­ko­łaki podzie­lają moje obawy. Zale­d­wie mie­siąc potem usta­la­li­śmy pro­po­zy­cję soju­szu z więk­szo­ścią lide­rów waszych spo­łecz­no­ści.

Jor­dan zaci­snęła gniew­nie usta, a także poru­szyła się na miej­scu odro­binę ner­wowo.

-?Dla­tego pro­si­łeś, żeby zostali -?zauwa­żyła, coraz bar­dziej roz­złosz­czona. Miała na myśli Wil­ko­łaki pod oknem, ale nie spoj­rzała nawet w ich stronę. -?Liczysz na to, że jeśli ja nie podzielę two­ich obaw, ktoś inny z mojej spo­łecz­no­ści to zrobi i spro­wo­kuje kolejną zmianę wła­dzy? Gro­zisz mi, Rega­nie...?

Wam­pir pozo­stał nie­wzru­szony.

-?Skądże. Jed­nak ze wszyst­kich osób ty powin­naś wie­dzieć naj­le­piej, jak bar­dzo moty­wuje strach. Koniec koń­ców to wła­śnie on pozwo­lił ci zająć miej­sce Alfy lata temu, czyż nie? Histo­ria lubi się powta­rzać.

Jor­dan poczuła się nagle zła­pana w pułapkę. Dopóki Wam­pir nie otwo­rzył ust, nie było żad­nych pro­ble­mów. Teraz nagle miała mar­twić się nie tylko o bez­pie­czeń­stwo soju­szu, ale także o swoją pozy­cję.

Poświę­ciła kilka sekund na przy­po­mnie­nie sobie, że ona i król Wam­pi­rów nie są wro­gami. Bogo­wie, nie chciała nawet myśleć o tym, jak to jest mieć go za wroga.

-?Czego ode mnie chcesz? -?zapy­tała wresz­cie.

-?Miej oczy sze­roko otwarte. Trzy­maj Zmien­no­kształt­nych tak bli­sko, jak możesz. Pil­nuj, żeby inne Alfy nie uśpiły swo­jej czuj­no­ści. Nie lek­ce­waż pogło­sek... -?Regan po raz pierw­szy pod­czas tej roz­mowy naprawdę się poru­szył. Zmie­nił lekko pozy­cję w fotelu, potem krótko zabęb­nił pal­cami lewej ręki w pod­ło­kiet­nik. -?Dobrze wiesz, czego się boję. Sojusz powstał na wszelki wypa­dek, przy zało­że­niu naj­gor­szego sce­na­riu­sza. Jeśli jest choćby nie­wielka moż­li­wość, że sce­na­riusz ten już się zaczyna i nie­bez­pie­czeń­stwo naprawdę nad­cho­dzi... cóż. Z innymi rodza­jami po naszej stro­nie mamy cień szansy to prze­trwać. Bez nich? Sta­niemy w obli­czu naj­więk­szego zagro­że­nia, jakie kie­dy­kol­wiek widzie­li­śmy.

Przez chwilę po pro­stu patrzyli na sie­bie, nie­mal czu­jąc, jak wro­gość w powie­trzu top­nieje i zamie­nia się we wspólny nie­po­kój. Słowa takie jak te nabie­rały podwój­nej mocy, gdy wypo­wia­dał je stary Wam­pir.

-?A czego ty ode mnie chcesz? -?zapy­tał po chwili Regan, wyrów­nu­jąc rachunki.

Znaj­do­wali się na podob­nych pozy­cjach, ale tylko Casta­law ema­no­wał wład­czo­ścią.

-?Mniej wizyt -?mruk­nęła Gor­don-Blac­kwood ponuro.

* * *

Nick chwilę jesz­cze wał­ko­wał cia­sto na chle­bek para­tha, potem pod­niósł wzrok na Aleę, która sie­działa na sze­ro­kim para­pe­cie w otwar­tej prze­strzeni salonu.

-?Z zio­łami w środku czy bez? -?zapy­tał gło­śno.

Kiedy ona przy­go­to­wy­wała im jedze­nie, pyta­nie brzmiało raczej: spa­lone mniej czy bar­dziej? Nicho­las też nie był kuli­nar­nym geniu­szem, ale współ­lo­ka­tor w szkole nauczył go kilku rze­czy pod­czas waka­cji. Miesz­kali razem w sen­tu­ral­nej szkole już pra­wie cztery lata i więź prze­nio­sła się poza mury.

Wie­lo­krotne wał­ko­wa­nie i skła­da­nie cia­sta było dla Nicka uspo­ka­ja­jące. Poma­gało mu się odprę­żyć, czego ostat­nio coraz bar­dziej potrze­bo­wał, a także przy­po­mi­nało o przy­ja­cielu. Spę­dzał już kolejny mie­siąc z dala od wła­snego życia i zaczy­nało mu to doskwie­rać.

Zda­wało się, że Alea go nie sły­szy. Patrzyła niby za okno, ale był pra­wie pewny, że wzrok miała nie­obecny.

-?Al?

Zamru­gała i odwró­ciła się w jego stronę.

-?Wybacz. Co mówi­łeś?

Przez moment przy­glą­dał się jej uważ­nie. Dziew­czyna wyda­wała się ostat­nio coraz bar­dziej zmę­czona. Gal­la­gher ogło­sił, że będzie chciał poka­zać jej zdol­no­ści kilku oso­bom, i Eve męczyła ją teraz tre­nin­gami dwa razy czę­ściej. Tajem­nicą pozo­sta­wało, komu Alea będzie pre­zen­to­wała ima­gi­na­cję, ale można było się domy­ślić, że cho­dziło o kogoś wpły­wo­wego. Gal­la­gher pra­gnął prze­cią­gnąć na swoją stronę moż­li­wie jak naj­wię­cej osób. Każdy poli­tyk miał swoją cenę, każ­dego inte­re­so­wało co innego. Może nie­któ­rzy wciąż nie wie­rzyli w ist­nie­nie dzie­dziczki Sal­dera, a może chcieli zoba­czyć moc na wła­sne oczy. W końcu dla Zmien­no­kształt­nych Alea była tro­chę jak zapo­mniana legenda, która nagle stała się praw­dziwa.

Nie roz­ma­wiali o tym -?ostat­nio Alea w ogóle mniej mówiła -?jed­nak Nick wyobra­żał sobie, że kon­cep­cja pre­zen­to­wa­nia swo­ich zdol­no­ści obcym oso­bom nie jest czymś spe­cjal­nie kom­for­to­wym. Śmier­działo to tro­chę poka­zem dzi­wo­lą­gów. Jakby Gal­la­gher chciał odsło­nić kur­tynę i powie­dzieć: "Patrz­cie, co zna­la­złem". Cała kon­trola jak zwy­kle spo­czy­wała w jego rękach.

-?Nick?

Teraz to on się zamy­ślił i nie odpo­wie­dział na jej pyta­nie o jego pyta­nie... Wes­tchnął, roz­ba­wiony ich bez­na­dziej­no­ścią. Zła­pali kon­takt wzro­kowy i uśmiech­nęli się do sie­bie tro­chę smutno. Może ta apa­tia była kwe­stią pogody, bo jego też powoli dopa­dała.

-?Sorry -?rzu­cił. -?Para­tha. Z zio­łami czy bez?

-?Bez -?popro­siła Alea i uśmiech­nęła się tro­chę cie­plej.

-?Roz­ma­wia­łem znowu z Erin. Wasza mama jedzie na dele­ga­cję, ojciec musi zostać z Dere­kiem w domu, więc nagła inwa­zja z powodu uro­dzin nie będzie zagro­że­niem. Erin powie­działa, że zaj­mie się dal­szym znie­chę­ca­niem rodzi­ców do jakich­kol­wiek pomy­słów na wspólne świę­to­wa­nie. Bo padła pro­po­zy­cja, żeby­ście przy­je­chały do domu tydzień póź­niej.

Alea ski­nęła głową w mil­cze­niu, przy­swa­ja­jąc infor­ma­cje. Wszystko z jej natu­ral­nego życia wyda­wało jej się ostat­nio bar­dzo odle­głe i to wcale nie dla­tego, że od rodziny dzie­lił ją duży dystans. Wenona, Samuel i Derek Lan­ford zaczy­nali w jej gło­wie przy­po­mi­nać postaci z jakiejś fan­ta­stycz­nej powie­ści. Bethany, Julie, może nawet Erin także. Mieli swoje życia, swoje sprawy i pro­blemy. Pchali wła­sne fabuły cały czas do przodu, ale nic z nich nie prze­le­wało się na stronę Alei. Jakby dzie­liła ich jakaś szyba.

-?Hej, Al? -?Nick wyglą­dał bar­dzo poważ­nie. -?W porządku?

Tak. Nie. Może.

- Nie wiem -?odparła po krót­kiej pau­zie, ale zaraz potrzą­snęła głową na znak, że nie musi się nią przej­mo­wać. Potem prze­nio­sła wzrok z powro­tem na ogród i pola za oknem.

Cza­ro­dziej wciąż ją obser­wo­wał. Pobie­rali jej krew i kazali tre­no­wać, ale domy­ślał się, że nie tylko to było źró­dłem jej zmę­cze­nia. Znowu dzie­lili jeden pokój, więc zda­wał sobie sprawę z tego, że dziew­czyna źle sypia. Albo raczej -?nie może zasnąć.

Wie­dział też, że roz­ma­wiała z Mar­ti­nem Gal­la­ghe­rem. Mógł się domy­ślić o czym. Wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo, wiel­kie zagro­że­nie, wiel­kie cho­lera wie co. Cza­sem chciało mu się tymi sekre­tami rzy­gać.

Wziął głę­boki oddech i się­gnął po gumę balo­nową.

* * *

Znowu pobie­rali w Mal­la­roy krew. Tym razem więk­szą ilość, podobno znów na jakieś bada­nia. Jed­nak teraz Erin nie spa­ra­li­żo­wał strach, bo Ruda Zmien­no­kształtna, z którą ostat­nim razem zamie­niła swoje próbki, sie­działa cały czas w szkole i miała się dobrze. Co było samo w sobie bar­dzo podej­rzane, ale Erin abso­lut­nie nie zamie­rzała się zagłę­biać w ten temat. Miała wystar­cza­jąco dużo pro­ble­mów, by z czy­stym sumie­niem nie przej­mo­wać się tymi, które jesz­cze się nie poja­wiły.

Może z racji takiego wła­śnie podej­ścia, a może po pro­stu dla­tego, że tego dnia się wyspała, wkro­czyła do sali tre­nin­go­wej z uśmie­chem. Sta­nęła przy Tatia­nie, która oczy­wi­ście znaj­do­wała się tuż obok Diego. Jej wzrok bar­dzo przy­pad­kowo (bar­dzo, bar­dzo przy­pad­kowo) powę­dro­wał w miej­sce, gdzie stali Chri­sto­pher i Michael. Ten pierw­szy usta­wiony był do niej tyłem, drugi za to musiał sam już wcze­śniej na nią patrzeć, bo ich spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się natych­miast.

Casta­law posłał Erin bar­dzo per­fidny uśmie­szek, na co dziew­czyna wywró­ciła osten­ta­cyj­nie oczami. Kiedy odwra­cali wzrok, oboje uśmie­chali się nie­znacz­nie.

Może Erin lubiła nie­na­wi­dzić Micha­ela? No i co z tego?

Tym razem Keith nie spóź­nił się na lek­cję samo­obrony. Wszedł do sali chwilę przed pro­fe­sor John­son w towa­rzy­stwie... Lucasa. W oczach Erin bły­snęło zasko­cze­nie.

-?Co ty tutaj robisz?! -?szep­nęła do niego, gdy zaczęli usta­wiać się w sze­regu na pole­ce­nie pro­fe­sorki.

-?Prze­pi­sa­łem się -?wyja­śnił jej spo­koj­nie Lucas, z rękoma wci­śnię­tymi w kie­sze­nie spodni dre­so­wych. Był odro­binę spięty. Pró­bo­wał to ukryć, ale Erin nie dała się nabrać. Popa­trzyła na niego z cie­niem iry­ta­cji, bo już zaczęła się domy­ślać, dla­czego to robił.

Mar­ga­ret John­son w kilku zda­niach wyło­żyła uczniom plan zajęć i naka­zała im przejść do ruty­no­wej roz­grzewki. Gdy tylko wszy­scy roz­peł­zli się po pomiesz­cze­niu, Erin zła­pała Lucasa za ramię i wycią­gnęła go na kory­tarz.

-?Prze­pi­sa­łeś się?! -?rzu­ciła cicho, ale nieco oskar­ży­ciel­sko.

-?Tak -?przy­znał z nutą urazy w gło­sie. -?O co ci cho­dzi?

-?Czemu się prze­pi­sa­łeś? -?Nie dawała za wygraną.

-?Bo tak. -?Lucas jaw­nie już wykrę­cał się od poda­nia powodu. Oboje czuli, że wisi im nad gło­wami coś nie­wy­po­wie­dzia­nego.

Erin, jak to Erin, upar­cie parła dalej.

-?Chcesz mi powie­dzieć, że nagle, tak bez żad­nego powodu, posta­no­wi­łeś pofa­ty­go­wać się do sekre­ta­riatu i bła­gać Saman­thę, żeby zmie­niła ci plan lek­cji?

Skrzy­żo­wała ręce na biu­ście. Lucas prze­cze­sy­wał ner­wowo pal­cami swoje lekko krę­cone włosy. Teraz oboje byli już spięci i łypali na sie­bie z nie­chę­cią, któ­rej źró­dło trudno było okre­ślić. Erin ni­gdy jesz­cze nie pokłó­ciła się z Luca­sem. A już na pewno nie w tak otwarty spo­sób. Wręcz prze­ciw­nie: od czasu zimo­wego balu wciąż trak­to­wali się z prze­sadną ostroż­no­ścią.

-?Wiesz, czemu się prze­pi­sa­łem -?powie­dział wresz­cie Wil­ko­łak.

Jakimś cudem to wystar­czyło. Erin rze­czy­wi­ście wie­działa -?domy­śliła się albo może wyczy­tała to z twa­rzy i ruchów tak dobrze jej zna­nego chło­paka. Trudno powie­dzieć. Sama była tro­chę zdzi­wiona, ale ow­szem: wie­działa dobrze. No i dla­tego się iry­to­wała.

-?Nie wie­rzę! -?Pokrę­ciła głową, wpra­wia­jąc w ruch włosy zwią­zane w wysoką kitkę. -?Prze­pi­sa­łeś się, bo...

-?...bo cała szkoła gada, że obści­sku­jesz się na tych zaję­ciach z Casta­la­wem! -?dokoń­czył za nią Lucas, nagle roz­draż­niony. -?Prze­pi­sa­łem się, bo mi się to nie podoba, okej? Zado­wo­lona?

Erin prak­tycz­nie zachły­snęła się powie­trzem.

-?Zado­wo­lona?! -?Jej głos powę­dro­wał dwie oktawy wyżej. -?Czy jestem zado­wo­lona?! Nie, stary, nie jestem zado­wo­lona! Myślisz, że co ci daje prawo, żebyś...? Ty... -?Nie mogła zna­leźć słów.

-?Al, nie o to mi cho­dzi -?zaprze­czył szybko Wil­ko­łak, już poko­jo­wym tonem, zauwa­żyw­szy, że roz­mowa zmie­rza w innym kie­runku, niż prze­wi­dy­wał. -?Ja nie mówię, że nie możesz z kimś... -?też nie dokoń­czył. -?Ale żeby to był ON?! On jest...

-?Wam­pi­rem? -?zapy­tała ostro Erin. Jej oczy błysz­czały teraz nie­bez­piecz­nie. -?To chcia­łeś powie­dzieć? On jest Wam­pi­rem i nie powin­nam z nim gadać, bo pije krew?

Lucas zmarsz­czył brwi, zdu­miony. Cho­lera. Erin wcale nie miała zamiaru wywle­kać na wierzch swo­ich ludz­kich pro­ble­mów, bo prze­cież Lucas nie miał poję­cia, że ona jest czło­wie­kiem.

-?Nie -?zaprze­czył chło­pak łagod­niej, ale jego palce pozo­stały zaci­śnięte w pię­ści, bo dalej myślał o Casta­la­wie. -?On jest strasz­nym dup­kiem. TO chcia­łem powie­dzieć. Samo­lub­nym, roz­piesz­czo­nym dzie­dzi­cem, który lubi trak­to­wać innych jak śmieci.

Gdyby Lucas nie miał w tym momen­cie racji, łatwiej byłoby się z nim kłó­cić. Jej mina musiała zdra­dzić, że część słów do niej dotarła, bo chło­pak spró­bo­wał znowu, już spo­koj­niej.

-?On wszyst­kich wyko­rzy­stuje. Patrzy na inne rodzaje z góry! Pro­szę cię, Al. Nie możesz mi powie­dzieć, że ci to nie prze­szka­dza. Samo to, ile razy kogoś paskud­nie obra­ził...

Erin była zupeł­nie nie­przy­go­to­wana na tę roz­mowę. Nie spo­dzie­wała się, że zosta­nie zmu­szona do kon­fron­ta­cji z uczu­ciami, jakie żywiła wobec Micha­ela. A już na pewno nie wyobra­żała sobie, że zmusi ją do tego Lucas. Chło­pak zada­wał jed­nak wyjąt­kowo trafne pyta­nia i Erin pra­wie poczuła się zapę­dzona w kozi róg. Rogi miały jed­nak to do sie­bie, że zawsze coś jesz­cze mogło się za nimi czaić, ofe­ru­jąc -?dajmy na to - ratu­nek. W ich przy­padku za nie­ist­nie­ją­cym rogiem wyima­gi­no­wa­nej kozy cze­kał temat, któ­rego nikt ni­gdy nie poru­szył. Ponie­waż Erin Lan­ford znana była z podej­mo­wa­nia złych decy­zji w złym cza­sie, się­gnęła po tenże temat i to z deter­mi­na­cją osoby znaj­du­ją­cej się już na dnie.

-?Co dokład­nie chcesz powie­dzieć, Cade? -?zapy­tała wolno, ale z naci­skiem. Rze­czy, które chciała zako­pać głę­boko w sobie, wrzały teraz pod jej skórą, tuż przy powierzchni. -?Że był­byś lep­szy? Mia­łeś szansę. Dobrze wiesz, że chcia­łam... Myśla­łam, że może mię­dzy nami... -?Głos jej się zała­mał, ale nie prze­rwała kon­taktu wzro­ko­wego. Wystar­cza­jąco długo już uda­wali, że nic się nie stało. Od uni­ka­nia się, przez igno­ro­wa­nie, po wolne odbu­do­wa­nie rela­cji, ni­gdy tak naprawdę nie poroz­ma­wiali o tym, co się wyda­rzyło. Albo wła­ści­wie o tym, co się nie wyda­rzyło. -?Nawet nie mia­łeś odwagi dać mi wtedy dokoń­czyć -?oznaj­miła gorzko, wra­ca­jąc myślami do próby zapro­sze­nia go na bal. -?Zro­bi­łeś tylko głupi unik, żeby­śmy potem uda­wali, że nie ma sprawy.

Po wypo­wie­dze­niu tych słów poczuła dziwną ulgę, pod­szytą jed­no­cze­śnie smut­kiem. Do tej pory fakt, że Lucas jej nie chciał, był tema­tem tabu. Nosiła w sobie to odrzu­ce­nie, wsty­dząc się go strasz­nie. Miała trud­no­ści z prze­ko­na­niem samej sie­bie, że bycie chcianą lub nie­chcianą nie sta­nowi o jej war­to­ści.

Tro­chę głu­pio prze­grać z samą sobą bitwę o sie­bie, nie­praw­daż? Jest na to nawet nazwa: kom­pleksy.

Lucas musiał dostrzec wypi­sany na jej twa­rzy ból, bo zro­bił nie­świa­do­mie krok do przodu i jego dłoń drgnęła, jakby chciał Erin zła­pać, zanim się roz­sy­pie.

-?Al -?zaczął łagod­nie i tro­chę prze­pra­sza­jąco.

"To nie jest moje imię" -?pomy­ślała, nagle przy­tło­czona.

-?Ni­gdy nie chcia­łem cię zra­nić -?kon­ty­nu­ował Lucas. -?Cho­lera, to brzmi tak bez­na­dziej­nie, ale wiesz, co mam na myśli!

Wie­działa. Naj­lep­sze i naj­gor­sze jed­no­cze­śnie było to, że wie­działa dosko­nale. Lucas ni­gdy nie chciał zro­bić nic, co zepsu­łoby jej humor. Był Luca­sem. Mimo bez­na­dziej­nych mie­sięcy, w jakie wepchnęła ich jej głu­pia decy­zja, by zapro­sić go na bal, na­dal był tym samym Wil­ko­ła­kiem, który pomógł jej zanieść torbę do inter­natu pierw­szego dnia szkoły.

-?Nie możesz tego robić -?zarzu­ciła mu, ale już znacz­nie spo­koj­niej. Odchrząk­nęła cicho, bo głos miała jed­nak tro­chę roz­chwiany. -?Nie możesz po tym wszyst­kim przy­cho­dzić i zacho­wy­wać się, jak­byś... nie wiem, był zazdro­sny. Rozu­miesz? To jest powa­lone. -?Ostat­nie słowa wypo­wie­działa z cie­niem uśmie­chu.

Powa­lone, ha, ha. Bar­dzo roman­tycz­nie. Bar­dzo w stylu Erin Lan­ford.

-?Wiem, ale nic na to nie pora­dzę -?wes­tchnął Lucas, też sta­wia­jąc na pełną szcze­rość. Stali teraz już w nor­mal­nej odle­gło­ści, nie metry od sie­bie, jak chwilę temu, kiedy wyda­wało się, że złość odpy­cha ich jak magnesy o jed­na­ko­wych bie­gu­nach. Może to był pro­blem: może byli do sie­bie zbyt podobni. -?Nie pora­dzę nic na to, że mi na tobie zależy. Może nie chcę mię­dzy nami takiego związku, jaki chcia­łaś wypró­bo­wać, ale to nie zna­czy, że się o cie­bie nie mar­twię! Jesteś dla mnie ważna, Al. Nie potra­fię tak po pro­stu sie­dzieć i patrzeć, jak padasz ofiarą jego idio­tycz­nych zagrań.

Znów mówił o Casta­la­wie. Tym razem Erin nie miała nawet siły ziry­to­wać się tym, że chło­pak nazywa ją ofiarą. Emo­cje mie­szały się jej w gło­wie i miała trud­no­ści z odczy­ta­niem, która jest która. Jakby się tak nad tym zasta­no­wić, to nie był to pierw­szy raz. Cza­sem odno­siła wra­że­nie, że Kosmos zapo­mniał jej dać jedną ze skali. Bra­ko­wało jej któ­rejś miarki.

-?Nie padam niczyją ofiarą -?burk­nęła już w poko­jowy spo­sób.

Lucas uśmiech­nął się lekko i wresz­cie objął ją ramie­niem. Erin wsparła czoło o jego oboj­czyk i przy­mknęła oczy. Czuła, że jest to jakiś dziw­nie prze­ło­mowy moment. Nie miała tylko poję­cia, co prze­ła­mują.

-?Prze­pra­szam, że zepsu­łam naszą przy­jaźń -?wymam­ro­tała.

Może to o to cho­dziło. Może wresz­cie, po pra­wie trzech mie­sią­cach uni­ka­nia tematu, sta­nęli twa­rzą w twarz z bole­snym, wsty­dli­wym, nie­zręcz­nym fak­tem, że ich uczu­cia roz­mi­nęły się tra­gicz­nie. Może nale­żało na to patrzeć opty­mi­stycz­nie. Zmie­rzali w inne strony i gdyby znaj­do­wali się na tych samych torach, zde­rzy­liby się bole­śnie. A tak, to tylko się po cichu minęli...

-?Nie bądź głu­pia. Niczego nie znisz­czy­łaś. To ja prze­pra­szam, że roze­gra­łem to jak świ­nia.

-?Prawda -?mruk­nęła Erin, czym zasłu­żyła na lek­kie trzep­nię­cie w ramię.

-?Czy ty na­dal... -?zapy­tał nagle Lucas i zawa­hał się. -?Czu­jesz coś do mnie?

W każ­dej innej sytu­acji byłoby to wyjąt­kowo aro­ganc­kie zagra­nie, ale obec­nie tego wła­śnie potrze­bo­wali. Erin spoj­rzała pro­sto w jego piwne oczy i sama sie­bie zasko­czyła odpo­wie­dzią.

-?Nie wiem -?stwier­dziła, myślami wra­ca­jąc do roz­mów z Tatianą, Aleą i Bethany.

Spoj­rzała na Lucasa uważ­niej: na czarne spodnie dre­sowe, luźną koszulkę, leniwy uśmiech, piwne oczy i ciemne włosy, skrę­ca­jące się w nie­sforne loki.

Czy na­dal coś do niego czuła? I czy kie­dy­kol­wiek w ogóle coś czuła? A może w całym sza­leń­stwie tego nowego życia pomy­liła bez­pie­czeń­stwo i kom­fort z zauro­cze­niem? Kto jak kto, ale ona aku­rat dałaby radę. Może mówiąc "nie wiem", miała na myśli "nie".

-?Czu­jesz coś do niego? -?zapy­tał ponow­nie Wil­ko­łak, odro­binę ciszej niż wcze­śniej. Oczy­wi­ste było, że ma na myśli Casta­lawa, choć tym razem wyraź­nie sta­rał się trzy­mać nie­chęć na wodzy.

To pyta­nie zasko­czyło ją zupeł­nie i roz­trza­skało dziw­nie nostal­giczną atmos­ferę, w któ­rej trwali już dobre kilka minut. Chciała zro­bić wiel­kie oczy. Wykrztu­sić z sie­bie: "co?!" albo zaśmiać się gło­śno i powie­dzieć: "w życiu". Chciała go wyśmiać, no bo, na Kosmos, mówili o Micha­elu Casta­la­wie. Naj­więk­szym dra­niu, jakiego poznała! Kiedy jed­nak otwo­rzyła usta, wydo­było się z nich to samo co wcze­śniej.

-?Nie wiem -?odparła z dziw­nym zmę­cze­niem.

Może tym razem mówiąc "nie wiem", miała na myśli "tak".

Ostry gwizd ogła­sza­jący koniec roz­grzewki prze­ciął powie­trze i spra­wił, że oboje pod­sko­czyli. Nagle wró­ciło do nich, że są w środku zajęć. Spoj­rzeli na sie­bie szybko, ze zro­zu­mie­niem.

-?Powin­ni­śmy chyba... -?Lucas kiw­nął głową w stronę drzwi.

Erin przy­tak­nęła ener­gicz­nie.

-?Tak. Tak, koniecz­nie.

Wspól­nie ruszyli szybko do sali. W ich kro­kach poja­wiła się dziwna lek­kość. Wresz­cie roz­bro­ili tyka­jącą nad swo­imi gło­wami bombę i po raz pierw­szy od dawna byli znów Luca­sem i Erin, czy też raczej Luca­sem i Aleą, parą bli­skich przy­ja­ciół.

-?Wiesz, że cię uwiel­biam, Al -?rzu­cił jesz­cze w jej stronę chło­pak, kiedy prze­kra­czali próg sali, po czym potruch­tał w stronę macha­ją­cego do nich nie­cier­pli­wie Keitha. Erin uśmiech­nęła się sze­roko na te słowa. Były jak kropka na końcu dłu­giego, zawi­łego zda­nia, które cią­gnęli przez ostat­nie kilka minut. Ona też go uwiel­biała i może nie­po­trzeb­nie doszu­ki­wała się w tym cze­goś wię­cej.

Już miała ruszyć w kie­runku usta­wia­ją­cych się przy mate­ra­cach uczniów, kiedy dziwne prze­czu­cie skło­niło ją do zer­k­nię­cia w prawo. Jej sze­roki uśmiech znik­nął momen­tal­nie, ustę­pu­jąc miej­sca zmarsz­czo­nym brwiom i nie­za­do­wo­lo­nemu gry­ma­sowi.

-?Pod­słu­chi­wa­łeś -?oskar­żyła wyso­kiego chło­paka z oczami w kolo­rze lodow­ców.

Michael Casta­law stał non­sza­lancko oparty o ścianę, tuż obok drzwi pro­wa­dzą­cych na kory­tarz, które przez całą jej kłót­nię z Luca­sem były otwarte na oścież.

-?Nie wiem -?odparł, z satys­fak­cją powta­rza­jąc słowa, które wypo­wie­działa do Wil­ko­łaka. Stało się jasne, że rze­czy­wi­ście wszystko sły­szał.

Przez chwilę Erin roz­wa­żała, czy spa­lić się ze wstydu, czy kop­nąć go w kostkę.

Sekundę póź­niej Michael syk­nął cicho z bólu.

3.

Błędy

-?Fuj -?oznaj­miła Mandy gło­śno, kiedy Rebecca wsu­nęła sobie papie­rową słomkę do ust i pocią­gnęła pierw­szy łyk. Wszy­scy ją zigno­ro­wali.

Elita Wam­pi­rów sie­działa tam gdzie zawsze i roz­ko­szo­wała się śnia­da­niem w postaci czar­nych, szkla­nych bute­lek z bia­łymi ety­kie­tami i krwią w środku.

Chri­sto­pher wpa­try­wał się znu­dzo­nym wzro­kiem w stół. Jaspera jesz­cze nie było, a Pamela, trze­po­cząc rzę­sami, gapiła się na Micha­ela, który spra­wiał wra­że­nie, jakby znaj­do­wał się myślami zupeł­nie gdzie indziej. Sie­działy z nimi także Mandy i Becky, współ­lo­ka­torki Pameli, które w kon­kret­nych oko­licz­no­ściach była skłonna nazwać swo­imi zna­jo­mymi. Zazwy­czaj Wam­pi­rzyca spę­dzała czas albo z nimi, albo z elitą, zda­rzało się jed­nak, że światy te się łączyły. Wtedy podzie­lały one jed­nak los Chri­sto­phera i były przez więk­szość czasu igno­ro­wane.

Elitę Wam­pi­rów two­rzył Casta­law i wybrani przez niego szczę­śliwcy. Pamela Pay­ton była gotowa wyko­nać każde pole­ce­nie -?ale wyłącz­nie lidera. Kiedy Michael zni­kał z obrazka, wra­cała do bycia wynio­słą, nie­zno­śną dzie­dziczką rodu Pay­tonów, który pla­so­wał się wcale nie tak nisko w ran­kingu wam­pi­rzej szlachty. Musiała więc mieć pod ręką kogoś, kim da się od czasu do czasu pomia­tać. Mandy, trzeba jej było to przy­znać, miała dosko­nały gust, a Rebecca przy­da­wała się pod­czas odra­bia­nia prac domo­wych.

-?Fuj -?powtó­rzyła Mandy jesz­cze gło­śniej, ewi­dent­nie cze­ka­jąc, aż ktoś poświęci jej uwagę.

-?O co cho­dzi? -?zapy­tała Pamela z poiry­to­wa­niem. Kole­żanka robiła świetny mani­kiur, ale na dłuż­szą metę była nie do wytrzy­ma­nia.

-?Ta krew mnie obrzy­dza -?oznaj­miła. Potem spoj­rzała z prze­sadną odrazą na butelkę, którą trzy­mała w ręku Becky, i wzdry­gnęła się teatral­nie.

Chri­sto­pher prych­nął gło­śno, cho­ciaż sam nie był pewien, co wyśmiewa.

-?To dla­tego nic nie jesz? -?zapy­tała tym­cza­sem uprzej­mie Becky.

Mandy popra­wiła włosy i odchrząk­nęła cicho.

-?Jestem weganką -?oświad­czyła z powagą.

Tym razem Chri­sto­pher już się zaśmiał, drwiąco i paskud­nie.

-?Jesteś Wam­pi­rem. Tak czy siak nie jesz mięsa. Pijesz krew.

Patrzył na nią teraz z wyż­szo­ścią, ale Mandy nie była ani tro­chę ura­żona. Zalety życia w bło­giej nie­świa­do­mo­ści. Becky za to nie odry­wała wzroku od Chri­sto­phera, kiwa­jąc głową, jak gdyby mówił coś naprawdę fascy­nu­ją­cego. Pamela przy­glą­dała się temu ze zmru­żo­nymi oczami. Od dawna podej­rze­wała, że ta cicha kujonka cho­dzi za nią tylko po to, by prze­by­wać bli­sko Flynna. Chło­pak naj­wy­raź­niej jej się podo­bał, co... ugh. Fuj. Może nale­żało się jej pozbyć.

-?Wega­nizm i wege­ta­ria­nizm to dwie różne... -?zaczął Michael auto­ma­tycz­nie, po czym w porę sobie przy­po­mniał, że nic go to nie obcho­dzi. -?Zresztą nie­ważne.

-?Piję jedy­nie krew wegan -?oznaj­miła tym­cza­sem Mandy dum­nie, co abso­lut­nie niczego nie wnio­sło do już i tak bez­sen­sow­nej roz­mowy.

Dla Wam­pi­rów na smak krwi wpływ miała rze­czy­wi­ście nie tylko jej grupa. Na ety­kie­tach bute­lek wid­niało więc dodat­kowo kilka pod­sta­wo­wych infor­ma­cji o dawcy, nie było jed­nak wśród nich pre­fe­ren­cji żywie­nio­wych. Michael abso­lut­nie nie miał zamiaru mar­no­wać ener­gii na przy­po­mnie­nie tego wszyst­kim na głos. Jeśli M-jak-jej-tam uwa­żała, że potrafi, posłu­gu­jąc się jedy­nie intu­icją, tra­fić na krew wegan, to pro­szę bar­dzo, droga wolna.

Wresz­cie przy stole poja­wił się Jasper i opadł na krze­sło obok Micha­ela, jak zawsze z łobu­zer­skim uśmie­chem i aurą non­sza­lan­cji wokół.

-?Coś mnie omi­nęło? -?zapy­tał, zer­ka­jąc na twa­rze pozo­sta­łych.

-?Jestem weganką -?obwie­ściła natych­miast Mandy, znowu popra­wia­jąc fry­zurę.

Jasper przy­jął tę idio­tyczną infor­ma­cję ze spo­ko­jem, nie oka­zu­jąc zdu­mie­nia.

-?To bar­dzo ład­nie z two­jej strony, słońce -?zapew­nił ją cie­pło, z nutą nie­win­nego flirtu w gło­sie. Potem prze­niósł wzrok na Micha­ela. - Spo­tka­łem Aleę w twoim pokoju.

Lider Wam­pi­rów, do tej pory z nie­ma­łym wysił­kiem igno­ru­jący wybit­nie iry­tu­jące jed­nostki dzie­lące z nim stół, wresz­cie wyka­zał zain­te­re­so­wa­nie. A wła­ści­wie zasko­cze­nie.

-?Lan­ford? -?zapy­tał podejrz­li­wie.

Jasper poki­wał głową, nie­wzru­szony, i odkrę­cił butelkę z krwią. Ramiona miał odsło­nięte i przez chwilę widać było, jak napi­nają się jego mię­śnie. Może nosze­nie pod­ko­szulka od czas do czasu nie było AŻ TAK idio­tyczne... Tak czy siak, prze­cież i tak nie mar­zli.

-?Co Lan­ford robiła w moim pokoju?

-?Nie mam poję­cia. -?Jasper wzru­szył ramio­nami. -?Powie­działa, że cze­goś szuka.

Chri­sto­pher par­sk­nął śmie­chem, ale wystar­czyło jedno ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie Casta­lawa, by natych­miast spo­waż­niał.

-?A co ty robi­łeś w moim pokoju? -?drą­żył temat Michael. Można było w tym momen­cie wyka­zać, że wystar­czy tylko wspo­mnieć nazwi­sko Lan­ford, by przy­cią­gnąć uwagę Wam­pira na dobre, ale wszy­scy raczej cenili swoje nie­ży­cia, nikt więc tego nie zro­bił.

-?Jeste­śmy przy­ja­ciółmi -?odpo­wie­dział Jasper z nie­win­nym uśmiesz­kiem, jakby to miało jakiś zwią­zek z pyta­niem. Zna­czyło to zapewne, że znów zna­lazł się w jakimś burz­li­wym trój­ką­cie miło­snym i ktoś go za coś ści­gał. W takich wypad­kach pokój Micha­ela był jedy­nym miej­scem w brac­twie Wam­pi­rów, do któ­rego więk­szość nie­osób bała się wpa­ro­wać bez zapro­sze­nia.

-?I nie pomy­śla­łeś, żeby ją wyrzu­cić? -?zapy­tał już z nie­do­wie­rza­niem Casta­law, wra­ca­jąc do tematu Erin. Nie miał zie­lo­nego poję­cia, czego to metr sześć­dzie­siąt ileś szu­kało w jego pokoju, lecz z pew­no­ścią nie wró­żyło to nic dobrego. Jed­nak mimo to, para­dok­sal­nie, to nie złość czuł w obec­nym momen­cie.

Jasper spoj­rzał na niego z roz­ba­wie­niem.

-?Nie czu­łem się upraw­niony, żeby wyrzu­cać twoją dziew­czynę z two­jego pokoju. Wybacz. -?Znów uśmiech­nął się wesoło i pocią­gnął kolejny łyk krwi, jed­no­cze­śnie wystu­ku­jąc na tele­fo­nie jakąś wia­do­mość. Sobota dopiero się zaczy­nała, a on z pew­no­ścią miał zamiar spo­tkać się dziś na mie­ście z przy­naj­mniej jedną osobą. Praw­do­po­dob­nie z dwoma.

-?To nie jest jego dziew­czyna -?wark­nęła Pamela, zanim Michael zdą­żył zabrać głos. -?To idiotka.

Jasper wzru­szył ramio­nami, igno­ru­jąc prze­le­wa­jącą się w Wam­pi­rzycy zazdrość.

-?To jego idiotka, więc uwa­żaj, co mówisz, blondi -?zasu­ge­ro­wał.

Pamela, któ­rej ciem­nym wło­som daleko było do blondu, zmru­żyła oczy, gotowa wznie­cić kłót­nie.

-?To wy jeste­ście idio­tami -?uprze­dził ją Michael, choć jego głos zdra­dzał raczej znu­że­nie niż złość. Odsu­nął od sie­bie pustą butelkę i pod­niósł się z miej­sca. -?Daj mi znać, jeśli będziesz wycho­dził do mia­sta -?zwró­cił się jesz­cze do Jaspera. Potem odszedł w stronę swo­jej sypialni, po cichu licząc, że Lan­ford wciąż tam będzie. Coś mówiło mu, że dziew­czyna zna­la­zła kolejny spo­sób, by zaleźć mu za skórę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki