Mallaroy. Tom II - A.M. Juna

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Samokontrola i jej braki

Gene­ral­nie winę pono­siła Cyn­thia Strike. Kiedy uży­wała tele­fonu komór­ko­wego, jej obo­wiąz­kiem było upew­nie­nie się, że Alei Lan­ford nie ma w pobliżu. Powinna być bar­dziej uważna, szcze­gól­nie gdy dzwo­niła osoba szpie­gu­jąca dla nich w Mal­la­roy.

- Dzi­siaj zaczy­nają się testy samo­kon­troli. Mam coś w związku z tym zro­bić?

Cyn­thia, wyraź­nie nie­za­do­wo­lona, zmarsz­czyła brwi.

- To już? - rzu­ciła nie­przy­jem­nym tonem. Wrze­sień prze­le­ciał w zawrot­nym tem­pie i nie przy­zwy­cza­iła się jesz­cze, że już jest paź­dzier­nik, a prze­cież naj­wy­raź­niej trwał on od sied­miu dni. - Nie. Jesz­cze nic nie rób. Dam ci znać, kiedy coś zde­cy­duję - oznaj­miła po chwili zasta­no­wie­nia. - Coś jesz­cze?

Po dru­giej stro­nie linii zapa­no­wała na chwilę podej­rzana cisza.

- Wczo­raj wdała się w... bar­dzo publiczną kłót­nię z dzie­dzi­cem Casta­la­wów - zdra­dziła wresz­cie osoba. - Nie wszyst­kich tutaj to oczy­wi­ście obcho­dzi, ale dziew­czyna zde­cy­do­wa­nie nie jest tak nie­zau­wa­żalna, jak byście sobie życzyli.

- Co dokład­nie ozna­cza "bar­dzo publiczna kłót­nia"? Wyra­żaj się jaśniej, nie mam całego dnia. - Cyn­thia wes­tchnęła gło­śno.

- Spo­licz­ko­wała go w obec­no­ści połowy szkoły.

- Rewe­la­cyj­nie. - Kobieta zaczęła maso­wać skro­nie wolną dło­nią. - Jak tak dalej pój­dzie, to okaże się, że zosta­wie­nie tam Alei Lan­ford byłoby mniej­szym pro­ble­mem niż wysła­nie Erin do Mal­la­roy na jej miej­sce!

- Wysła­li­ście moją sio­strę do Mal­la­roy?!

Zresztą może Cyn­thia nie pono­siła całej winy i jakaś jej część leżała jed­nak po stro­nie Eve Mon­day? Dziew­czyna miała szko­lić Aleę poza domem. Gdzieś na połaci dzi­kiej, wyschnię­tej trawy po dru­giej stro­nie szosy, która prze­ci­nała to odlu­dzie, bie­gnąc - jak się wyda­wało - zni­kąd doni­kąd. Powinny tam sie­dzieć jesz­cze dobrą godzinę i to dla­tego Cyn­thia stra­ciła czuj­ność.

Gdy tylko usły­szała oskar­że­nie, natych­miast prze­rwała połą­cze­nie i odwró­ciła się gwał­tow­nie w stronę dziew­czyny.

Wresz­cie: może wszyst­kiemu winna była Alea Lan­ford. Lub, mówiąc dokład­niej, może sytu­acja została przez nią przy­naj­mniej w jakimś stop­niu zaaran­żo­wana. W końcu ni­gdy wcze­śniej nie poru­szała się po domu tak cicho, jak zro­biła to tym razem. Cyn­thia powinna usły­szeć trza­śnię­cie drzwi fron­to­wych lub skrzy­pie­nie paneli pod­ło­go­wych pod jej ludz­kim cię­ża­rem. Tym­cza­sem ta mała Zmien­no­kształtna pod­kra­dła się bez­sze­lest­nie, mimo braku zwie­rzę­cej formy, i teraz stała tuż przed nią.

- Erin jest w Mal­la­roy?! - spy­tała dziew­czyna z nie­do­wie­rza­niem. - W szkole z Wil­ko­ła­kami i WAM­PI­RAMI? - Była wście­kła. - Zmu­si­li­ście moją LUDZKĄ sio­strę, żeby poszła do tej cho­ler­nej szkoły, i nikt mi nic nie powie­dział?! Ile to już trwa?!

- Co tu się... - Eve, zwa­biona hała­sem, weszła do sypialni gościn­nej, w któ­rej Cyn­thia odby­wała roz­mowę.

- Erin jest w Mal­la­roy! - rzu­ciła Alea wojow­ni­czo, odwra­ca­jąc się do niej gwał­tow­nie, ponie­waż Cyn­thia na razie zacho­wała mil­cze­nie.

Eve zer­k­nęła na star­szą Zmien­no­kształtną. Jej spoj­rze­nie zaha­czyło o ści­skany przez kobietę w dłoni tele­fon komór­kowy. Zoba­czyła skrzy­wiony wyraz twa­rzy Cyn­thii, a następ­nie wście­kłość pło­nącą w oczach Alei i sama dopo­wie­działa sobie resztę.

- Cho­lera - mruk­nęła i unio­sła dłoń, żeby potrzeć nieco ner­wowo szyję. - Aleo, nie powiem ci, żebyś się uspo­ko­iła, bo za dużo razy w życiu ktoś we mnie rzu­cał tym tek­stem. Ale nie ma sensu roz­ma­wiać o tym, kiedy jesteś tak wzbu­rzona.

Nie wyglą­dała na bar­dzo prze­jętą. Zresztą Cyn­thia też nie. Były raczej tylko nie­za­do­wo­lone. Tro­chę... sfru­stro­wane. Tym­cza­sem wście­kłość Alei Lan­ford roz­cho­dziła się nie­wi­dzial­nymi, ale zde­cy­do­wa­nie wyczu­wal­nymi falami. W jej zie­lon­ka­wych oczach umarła cała uprzej­mość, cała cier­pli­wość i wyro­zu­mia­łość.

- Pieprz się - rzu­ciła w odpo­wie­dzi do Eve przez zaci­śnięte zęby. Bar­dzo rzadko zda­rzało jej się prze­kli­nać. - Byłam spo­kojna. Byłam posłuszna, byłam grzeczna i wyko­ny­wa­łam każde wasze pole­ce­nie! A teraz jestem wkur­wiona! - Palce miała zaci­śnięte w pię­ści. Wyko­nała kilka kro­ków do tyłu, żeby odsu­nąć się od sto­ją­cej w progu Eve. Chciała mieć obie Zmien­no­kształtne w zasięgu wzroku, zamiast stać pomię­dzy nimi. - Nie tylko mani­pu­lu­je­cie życiem mojej sio­stry i nara­ża­cie ją na nie­bez­pie­czeń­stwo, ale w dodatku przez cały ten czas mnie okła­my­wa­ły­ście!

Cyn­thia zer­k­nęła na chwilę gdzieś w bok, potem prze­nio­sła wzrok na Eve. Zaj­mo­wa­nie się kry­zy­sami dziew­czyny nie było wpi­sane w zakres jej obo­wiąz­ków i nie zamie­rzała tego zmie­niać z powodu nagłego wybu­chu.

Eve wyczuła nasta­wie­nie Cyn­thii i posłała jej krót­kie, pełne iry­ta­cji spoj­rze­nie, a potem sku­piła całą uwagę na roz­wście­czo­nej Alei.

- Erin zgo­dziła się nam pomóc, nikt jej nie zmu­szał - wyja­wiła wresz­cie. Nie chciała znowu kła­mać, nie mogła też jed­nak wyja­wić całej prawdy. Musiała więc dobie­rać słowa ostroż­nie. - Gdyby nie ona, mia­ły­by­śmy na karku pro­tek­to­rów szu­ka­ją­cych Alei Lan­ford, może nawet zaan­ga­żo­wano by w to ludzką poli­cję i two­ich rodzi­ców... Tym­cza­sem dzięki niej musimy bro­nić cię tylko przed tymi, któ­rzy nie znają two­jej toż­sa­mo­ści i sta­rają się jedy­nie zlo­ka­li­zo­wać ślady sen­tu­ralne potomka Sal­dera.

W gło­wie Alei gniew pul­so­wał ciem­no­czer­wo­nym świa­tłem, utrud­nia­jąc zna­cząco ocenę sytu­acji. Miała mało wprawy z emo­cjami, które poja­wiały się tak gwał­tow­nie i z taką mocą. Zazwy­czaj potra­fiła do wszyst­kiego pod­cho­dzić racjo­nal­nie. Teraz czuła się więc cał­ko­wi­cie bez­silna: oszu­kana przez Zmien­no­kształtne, odizo­lo­wana od wszyst­kich i wszyst­kiego, co znała, i poko­nana przez wła­sne uczu­cia. Mimo to nie opu­ściła głowy i nie zni­żyła głosu.

- Więc dla­czego to nie ja jestem w Mal­la­roy?! Na początku mia­łam z wami wyje­chać tylko na tydzień! To też było kłam­stwo?! Czy po pro­stu dopiero póź­niej wpa­dło wam do głowy, że można nas pod­mie­nić, i wci­snę­li­ście mi bzdury o tym, że wszystko zostało odpo­wied­nio zaaran­żo­wane?! - bar­dziej krzy­czała, niż mówiła. - Do jasnej cho­lery, Eve! Jak mam ci teraz ufać?!

W tych ostat­nich sło­wach oprócz gniewu roz­brzmiała także nuta gory­czy. Alea zdą­żyła polu­bić tę dzie­sięć lat star­szą od sie­bie Zmien­no­kształtną. Co wię­cej - naprawdę ją podzi­wiała. Może też tro­chę jej zazdro­ściła? Darzyła ją rodza­jem sym­pa­tii, któ­rego sama nie potra­fiła jesz­cze ziden­ty­fi­ko­wać. Zanim miała jed­nak oka­zję to prze­ana­li­zo­wać, wszystko roz­pa­dło się na kawa­łeczki.

- Czy ty zapo­mi­nasz o tym, co jest tu stawką?! - wtrą­ciła się Cyn­thia ostro, wyraź­nie znie­cier­pli­wiona wybu­chem Alei. - My wyko­nu­jemy pole­ce­nia Gal­la­ghera, on odpo­wiada przed jesz­cze innymi oso­bami. Nie zda­jesz sobie nawet sprawy, ilu ludzi jest w to zaan­ga­żo­wa­nych i jak wiele rze­czy wciąż się zmie­nia! Pozwól, że ci przy­po­mnę: dzia­łamy w sytu­acji kry­zy­so­wej. W obli­czu wiel­kiego zagro­że­nia, przed któ­rym pró­bu­jemy ura­to­wać cały rodzaj. Nasze plany ule­gają zmia­nom, bo muszą, a nie dla­tego, że chcemy ci zro­bić na złość.

Alea ni­gdy jesz­cze nie czuła tak wiel­kiej ochoty, by przy­wa­lić komuś pię­ścią w nos.

- A co z moją sio­strą?! - syk­nęła, odwra­ca­jąc wście­kłe spoj­rze­nie na Cyn­thię. Z nią dziew­czyna ni­gdy nie nawią­zała takiej rela­cji jak z Eve, nie­wiele więc ją powstrzy­my­wało. - Co z jej życiem? Z jej przy­szło­ścią? Jej szkołą! I nie pytam teraz, jak się wam udało zor­ga­ni­zo­wać ten chory, nie­le­galny prze­kręt, tylko jakim cudem nie macie wyrzu­tów sumie­nia! - Urwała i wresz­cie wzięła głęb­szy oddech. Gdy znowu się ode­zwała, jej ton był lodo­waty, bo poja­wia­jące się w nim opa­no­wa­nie nie umniej­szyło jej zło­ści. - My mamy po szes­na­ście lat. Umknęło wam to gdzieś po dro­dze? Czy po pro­stu wyko­rzy­sty­wa­nie dzieci jest czę­ścią tej waszej słyn­nej poli­tyki?

Cyn­thia skrzy­wiła się wyraź­nie, sły­sząc ten ostatni komen­tarz. W oczach Eve bły­snęło nawet coś podob­nego do współ­czu­cia.

- Młoda, to naprawdę nie jest tak - zaczęła nie­mal prze­pra­sza­jąco. - Wiem, że to wszystko jest cho­ler­nie trudne, ale naszym zada­niem naprawdę jest zapew­nić wam bez­pie­czeń­stwo...

Alea prych­nęła gło­śno, mając wciąż przed oczami wyobraźni widok swo­jej ludz­kiej sio­stry w szkole z tymi Wil­ko­ła­kami i Wam­pi­rami, o któ­rych tyle złego zdą­żyła się już nasłu­chać od swo­ich pseu­do­opie­ku­nek.

Bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej zapra­gnęła poroz­ma­wiać z Erin, ale jed­no­cze­śnie stra­ciła całą deter­mi­na­cję, by się tego doma­gać. Jeśli jej sio­stra była w Mal­la­roy, każdy kon­takt z nią niósł ze sobą ryzyko zde­ma­sko­wa­nia. Zwłasz­cza że Alea mogła bez­piecz­nie uży­wać tylko kartki i dłu­go­pisu. Kto wie, czy w Mal­la­roy nie spraw­dzali listów przed prze­ka­za­niem ich uczniom...

Chyba że cała ta sen­tu­ralna loka­li­za­cja też była bzdurą. Eve i Cyn­thia odsu­nęły ją od komórki i lap­topa, twier­dząc, że Łowcy mają jakieś dzi­waczne sys­temy śle­dzące oparte na mie­sza­ni­nie sen­tury z tele­ko­mu­ni­ka­cją. Może w ten spo­sób chciały ją jedy­nie odizo­lo­wać od sio­stry i utrzy­mać w nie­wie­dzy?

Zaczy­nało jej się krę­cić w gło­wie. Wście­kłość prze­kształ­ciła się w bez­rad­ność, w panikę, w zgorzk­niałą rezy­gna­cję, w iro­nię i nie­do­wie­rza­nie, aż wresz­cie wsko­czył awa­ryjny tryb odrę­twie­nia, który chro­nił serce przed pęk­nię­ciem i mózg przed prze­grza­niem.

Prych­nęła raz jesz­cze.

- No i po co to wszystko, co? - rzu­ciła. Jakimś cudem jej ton brzmiał jesz­cze bar­dziej lodo­wato. - Na co tyle wysiłku?! Czym jest to wiel­kie straszne nie­bez­pie­czeń­stwo, o któ­rym w kółko mówi­cie, nie udzie­la­jąc abso­lut­nie żad­nych infor­ma­cji. Poza pustymi for­muł­kami takimi jak: "Zagłada całego rodzaju! Naj­więk­sze zagro­że­nie w całej naszej histo­rii!" - zaczęła je prze­drzeź­niać, patrząc to na jedną, to na drugą.

Nasto­latka spo­dzie­wała się natych­mia­sto­wej odpo­wie­dzi, tym­cza­sem cisza się prze­cią­gała. Coś dziw­nego zawi­sło w powie­trzu i złość Alei stop­niała nieco, zastą­piona podejrz­li­wo­ścią. Im dużej prze­su­wała wzrok mię­dzy kobie­tami, tym wyraź­niej dostrze­gała, że coś jest nie tak. Szcze­gól­nie Eve wyda­wała się teraz spięta, a mowa jej ciała i wyraz twa­rzy były wyjąt­kowo...

- O Kosmo­sie, ty nie wiesz - oznaj­miła nagle Alea, patrząc w zdu­mie­niu na Eve. - Ty nie masz zie­lo­nego poję­cia, czym jest to Wiel­kie Nie­bez­pie­czeń­stwo! - powtó­rzyła i tym razem w jej gło­sie ode­zwała się nuta histe­rii. - A ty wiesz? - zwró­ciła się gwał­tow­nie w stronę Cyn­thii i teraz to jej przy­glą­dała się badaw­czo. Star­szą Zmien­no­kształtną trud­niej jed­nak było roz­szy­fro­wać. Alea pod­nio­sła ręce w przy­pły­wie cał­ko­wi­tej rezy­gna­cji i zaśmiała się gorzko, patrząc w sufit. - To jest chore. Cała ta sytu­acja jest powa­lona, a wy jeste­ście jaki­miś wariat­kami!

- Dla bez­pie­czeń­stwa misji nie każdy otrzy­muje wszyst­kie infor­ma­cje... - zaczęła Eve, ale na jej twa­rzy wciąż wid­niał gry­mas.

Alea zaśmiała się znowu, jesz­cze bar­dziej histe­rycz­nie, tra­cąc wszelką nadzieję.

Widziała biuro Mar­tina Gal­la­ghera. Odwie­dziła go w budynku fir­mo­wym, zna­la­zła jego nazwi­sko w kilku książ­kach o sen­tu­ral­nej poli­tyce, które Eve jej pod­su­nęła. Fran­cis Rowe też ist­niała, coś więc musiało być prawdą. Ale czy intryga była na tyle wie­lo­pię­trowa, że nawet podró­żu­jące z nią na koniec kraju kobiety nie zostały wta­jem­ni­czone w to, co tak naprawdę się działo?!

Wszystko wydało jej się nagle tak głu­pie, naiwne i nie­re­alne. Nie chciała pła­kać i nie miała siły wal­czyć z wia­tra­kami. Pozo­stało jej więc jedy­nie gorzko się śmiać.

***

Mimo wcze­snej godziny przy ścia­nie plo­tek zebrał się spory tłum. Wieść o napi­sie roz­bie­gła się szybko (jak zawsze!) i wiele osób chciało go zoba­czyć na wła­sne oczy, zapewne licząc po cichu, że wybuch­nie kolejna eks­cy­tu­jąca afera. Wczo­raj­sze roz­strzy­gnię­cie gry o klu­cze i dra­ma­tyczne spo­licz­ko­wa­nie Micha­ela Casta­lawa przez Aleę Lan­ford wciąż sta­no­wiło ważny temat śnia­da­nio­wych dys­ku­sji.

Lucas usły­szał infor­ma­cję jako pierw­szy i razem z Keithem zła­pali dziew­czyny w holu mię­dzy ich brac­twami, by mogli razem odwie­dzić salę bilar­dową przed zej­ściem do jadalni. Kiedy zatrzy­mali się pod ścianą, spoj­rze­nia wielu osób zwró­ciły się w ich stronę.

- Mówi­łam - stwier­dziła ponuro Tatiana, ale Erin nie mogła powstrzy­mać dum­nego uśmie­chu, który cisnął się jej na usta.

Napis gło­sił: "Casta­law 0 - 1 Lan­ford".

Michael mógł się wypchać.

- Heeej! Wygry­wamy! - wrza­snął entu­zja­stycz­nie Keith, ota­cza­jąc Erin sil­nym ramie­niem i przy­cią­ga­jąc ją bli­żej. Jakby patrzyli na wynik jakie­goś praw­dzi­wego meczu. Może i tak wła­śnie było? Napis zda­wał się osta­tecz­nym potwier­dze­niem, że wybu­chła szkolna wojna. Erin nie była dumna z tego, że znowu stra­ciła nad sobą pano­wa­nie i zro­biła wielką scenę. Czuła jed­nak satys­fak­cję, że sprze­ci­wiła się nie­zno­śnemu Casta­la­wowi i w dodatku ktoś przy­znał jej za to punkty.

Lucas jako pierw­szy zauwa­żył grupę Wam­pi­rów wcho­dzą­cych do sali i pocią­gnął Erin deli­kat­nie za łokieć.

- Czas na śnia­da­nie - oznaj­mił, zaga­nia­jąc wszyst­kich w stronę drzwi.

Tatiana była do całej sprawy nasta­wiona oczy­wi­ście dość pesy­mi­stycz­nie, jed­nak przede wszyst­kim nie­wiele ją takie publiczne prze­py­chanki inte­re­so­wały. Lizzy czuła dumę, choć tro­chę się bała, Keith eks­cy­to­wał się bra­kiem nudy. Lucas nato­miast miał mie­szane odczu­cia.

Nie zamie­rzał ucie­kać ze stra­chu przed dum­nym lide­rem, ale jed­no­cze­śnie nie widział sensu tak wszyst­kiego roz­trzą­sać. Lubił wybie­rać swoje bitwy, prze­ko­nany, że nie na każ­dego warto mar­no­wać ener­gię. Drani takich jak lider Wam­pi­rów wolał zby­wać obo­jęt­nym wzru­sze­niem ramion, niż anga­żo­wać się z nimi w jakie­kol­wiek potyczki. Tym­cza­sem Lan­ford cią­gnęła ich pro­sto w kie­runku szkol­nego tor­nada, zde­ter­mi­no­wana, a zara­zem cał­kiem uro­cza w swoim upo­rze. Lubił patrzeć, jak ta dziew­czyna sta­wia na swoim, miał jed­nak nie­przy­jemne wra­że­nie, że to źle się skoń­czy.

Cze­kały ich jesz­cze dwa lata nauki w jed­nej szkole z Casta­la­wem. Gdy Wam­pir wresz­cie ukoń­czy Mal­la­roy, czeka to także Tatianę, ich paczka zmieni się więc zna­cząco. Czy naprawdę warto poświę­cać czas na spek­ta­ku­larne kłót­nie z kimś tak nie­istot­nym?

- Ależ ja nie pla­nuję żad­nych spek­ta­ku­lar­nych kłótni! - odparła z nie­ja­kim obu­rze­niem Erin, kiedy ją o to zapy­tał. Wcho­dzili wła­śnie do jadalni.

Lucas prych­nął, nie kry­jąc swo­ich wąt­pli­wo­ści.

- Dobra, dobra. - Zmiękł jed­nak nieco pod jej roze­śmia­nym spoj­rze­niem. - Po pro­stu pamię­taj, że bycie w cen­trum uwagi to zawsze jeden wielki ból dupy. Wszy­scy się potem wszyst­kiego cze­piają.

Miał rację. Erin przy­szło do głowy, że Lucas miewa rację pra­wie tak czę­sto jak Tatiana. Wpa­dła na niego chwilę po prze­kro­cze­niu murów Mal­la­roy i od tego czasu trzy­mali się razem. A przy­naj­mniej ona się go trzy­mała, bo jego obec­ność spra­wiała, że czuła się kom­for­towo. Jak gdyby swo­boda chło­paka - taka ogólna, życiowa - udzie­lała się jej za każ­dym razem, gdy na niego patrzyła.

- Zapa­mię­tam, o mistrzu - rzu­ciła zaczep­nie.

Wil­ko­łak odwza­jem­nił uśmiech, krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem głową. Oparł się prze­sad­nie mocno o jej ramię, pró­bu­jąc oddać jej cały swój cię­żar, i dostał za to kuk­sańca. Prze­py­chali się aż do bufetu, po dro­dze wcią­ga­jąc w to Keitha. Dopiero gdy w piątkę dotarli z tacami do swo­jego sto­lika, miny im zrze­dły.

- Co to ma być?! - wypa­lił Keith z obu­rze­niem, upar­cie nie­zna­jący poję­cia "dys­kre­cja".

Ich sto­lik był zajęty. Sie­działo przy nim sześć osób, wszyst­kie ze zło­tymi iden­ty­fi­ka­to­rami pobły­sku­ją­cymi na skó­rze, i spo­glą­dało na nich wrogo. Ich miny były jed­no­cze­śnie zde­gu­sto­wane i pełne triumfu, jakby coś chcieli zade­mon­stro­wać. I chyba im się to zresztą udało, bio­rąc pod uwagę fakt, że Michael Casta­law przy­glą­dał się całej sce­nie z roz­ba­wie­niem ze swo­jego miej­sca po dru­giej stro­nie jadalni.

Erin zmarsz­czyła brwi z nie­za­do­wo­le­niem. Wam­piry, które ich pod­sia­dły, ewi­dent­nie odgry­wały się za wczo­raj­szą znie­wagę wobec swo­jego lidera. Robiły to jed­nak w tak dzie­cinny spo­sób, że chciało jej się śmiać. Nie­stety ten infan­tylny spo­sób dzia­łał. Z kilku sto­li­ków obok dobiegł ich drwiący chi­chot, z innych szepty. W końcu byli prze­cież w liceum. W jaki inny spo­sób można okre­ślić swój sta­tus spo­łeczny niż przez kre­tyń­skie sto­liki w sto­łówce?

Dziew­czyna naj­chęt­niej by to zigno­ro­wała i sądząc po pal­cach, które zaci­skały się na jej talii i nie­znacz­nie popy­chały do przodu, Lucas także tego pra­gnął. Tylko że wiele osób już się na nią gapiło. Michael - cóż za zasko­cze­nie - rów­nież.

Jeśli Erin teraz odwróci się posłusz­nie i zacznie szu­kać innego miej­sca, straci w oczach tych wszyst­kich, któ­rzy dopiero co przy­znali jej punkty. Casta­law z pew­no­ścią odczuje satys­fak­cję i nim się obej­rzą, jego paskudna domi­na­cja powróci. Iry­to­wała się na samą myśl o tym. Zaci­snęła palce moc­niej na kra­wę­dziach czer­wo­nej tacy.

- Koń­czy­cie już? - zapy­tała ostro, patrząc wymow­nie na Wam­piry przy ich sto­liku. Cztery z nich nie miały przed sobą zupeł­nie nic. Tylko dwa piły krew z czar­nych bute­lek.

- Nie - ode­zwał się jeden - ale za to ty jesteś skoń­czona, Peace­bre­aker.

Jego towa­rzy­sze zachi­cho­tali zło­wrogo, zara­bia­jąc kolejne, pełne uzna­nia kiw­nię­cia gło­wami ze strony elity Wam­pi­rów.

Erin wywró­ciła oczami. Co za dzie­ci­nada!

- Och, prze­pra­szam bar­dzo. Jest jakiś regu­la­min, który mówi, że muszę padać na kolana przed lide­rem Wam­pi­rów? Bo to byłoby jedyne nie­ża­ło­sne wytłu­ma­cze­nie waszego zacho­wa­nia - rzu­ciła, tra­cąc już cier­pli­wość. Nie tylko ona miała dość. Kiedy jedna z dziew­czyn otwie­rała usta, by znów ją zaata­ko­wać, prze­rwał jej Keith.

- Ej! - zawo­łał z cie­niem nie­do­wie­rza­nia w gło­sie. - Powa­liło was? Nie widzie­li­ście ni­gdy stołu? Na nie­biosa, nie­bo­skłon i ziem­ski przy­siad, no ja nie wytrzy­mam! Nic nawet nie jecie, to o co wam cho­dzi?! Będzie­cie ten blat prze­ra­biać na deski i sprze­da­wać na sztuki? Bo jak­by­ście nie wie­dzieli, to on jest, kurna, pla­sti­kowy!

Wil­ko­łak wyrzu­cał z sie­bie z obu­rze­niem pół żarty, pół obe­lgi i paczka jego przy­ja­ciół musiała natych­miast zdu­sić śmiech rodzący się w ich gar­dłach. Nie­które pod­słu­chu­jące ich osoby nie czuły jed­nak takiej potrzeby i naokoło roz­le­gło się kilka roz­ba­wio­nych prych­nięć.

Wam­pi­rom przy stole na chwilę odjęło mowę. Widać było po ich twa­rzach, że zaczy­nają robić się na serio złe, ale Erin miała to gdzieś. Lucas tym­cza­sem roz­glą­dał się za innym wol­nym sto­li­kiem. Jak na złość wszyst­kie wyglą­dały na zajęte. Zeszli na śnia­da­nie na ostat­nią chwilę, czyli tak jak więk­szość uczniów. Kolejna afera wisiała w powie­trzu.

Z pomocą przy­szła im nie­spo­dzie­wa­nie niska dziew­czyna z ciem­nymi wło­sami i z butelką krwi w dłoni.

- Chodź­cie usiąść ze mną - rzu­ciła.

Miała uprzejmy wyraz twa­rzy i pogodny głos, ale było w nim także coś sta­now­czego. Spoj­rzała pro­sto na Erin z miną nie­zno­szącą sprze­ciwu, a ona kiw­nęła głową wła­ści­wie odru­chowo, zupeł­nie zasko­czona.

Napię­cie opa­dło, tak samo jak uwaga gapiów. Paczka przy­ja­ciół ruszyła posłusz­nie za Wam­pi­rzycą, zosta­wia­jąc wredną grupę bez słowa.

Dopiero kiedy zajęli miej­sca przy jed­nym z więk­szych sto­li­ków nie­da­leko okien, Erin zdała sobie sprawę, że koja­rzy ich nową zna­jomą - to była Uprzejma Wam­pi­rzyca, która pomo­gła jej kie­dyś na kory­ta­rzu w swoim brac­twie - i przy­po­mniała, że nie wszy­scy tam są fanami Micha­ela!

- Jestem Sofía - przed­sta­wiła się teraz z uśmie­chem. - A to jest moja osoba part­ner­ska, Lux, ale obec­nie nie ma ochoty na inte­rak­cje spo­łeczne.

Ski­nie­niem głowy wska­zała jasno­włosą osobę z onyk­so­wym iden­ty­fi­ka­to­rem na odsło­nię­tych oboj­czy­kach, która sie­działa obok i w mil­cze­niu kon­su­mo­wała słodką bułkę. Tatiana zapa­łała do niej natych­mia­stową sym­pa­tią.

Jak się oka­zało, Uprzejma Wam­pi­rzyca Sofía była z pią­tego roku i miała tak naprawdę już dwa­dzie­ścia jeden lat, cho­ciaż wyglą­dała oczy­wi­ście na mniej. Biła od niej doj­rza­łość pomie­szana z ser­decz­no­ścią. Szybko dała im znać, że wcale nie zamie­rza się opo­wia­dać po któ­rejś ze stron prze­sad­nie dra­ma­tycz­nego szkol­nego sporu.

- Casta­law po pro­stu mnie cza­sem wku­rza - przy­znała, kiedy Lucas dopy­tał, czemu im w takim razie pomo­gła. - Tra­fi­łam do Mal­la­roy rok wcze­śniej niż on i wierz­cie mi, dało się tu żyć bez dzie­dzica Kró­lew­skiej Krwi. Ale teraz już nikt w to nie wie­rzy. Rody są nam potrzebne do bez­piecz­nego nie­ży­cia, prawda, ale prze­cież nie zna­czy to, że trzeba się codzien­nie kła­niać przed jakimś blon­da­sem! No, ale połowa mojego brac­twa nagle uznała, że tak powinno być. To takie... nie­doj­rzałe. - Pokrę­ciła głową z pobła­ża­niem, pocią­ga­jąc łyk krwi ze szkla­nej butelki.

Keith uśmiech­nął się sze­roko.

- Dzię­kuję! Ktoś wresz­cie powie­dział to na głos! - stwier­dził ura­do­wany.

Wam­piry miały swój świat i swoje zasady, które inne rodzaje powinny sza­no­wać, jeśli chciały, by ich wła­sne też sza­no­wano. Nie było jed­nak sekre­tem, że archa­iczna monar­chia budziła powszechny nie­smak. Może prze­łknąć ją było łatwiej na innych kon­ty­nen­tach, gdzie za dzie­dzica nie robił nadęty drań.

Towa­rzy­stwo Sofíi i Lux oka­zało się bar­dzo przy­jemne i jedzone pospiesz­nie śnia­da­nie można było uznać za udane. Erin roz­pra­szał jed­nak fakt, że wiele osób zer­kało w ich stronę. Wczo­raj­sze spo­licz­ko­wa­nie Casta­lawa spra­wiło, że nie­któ­rzy poka­zy­wali ją sobie pal­cami, plot­ku­jąc przy swo­ich sto­li­kach, a chi­choty i miny temu towa­rzy­szące nie zawsze były życz­liwe. Te szepty były dla niej bar­dziej dotkliwe niż bez­po­śred­nie ataki Casta­lawa. Ude­rzały zewsząd, wzmoc­nione jej wła­sną para­noją oraz kom­plek­sami. Pew­nie jej wygląd też pod­le­gał suro­wym oce­nom. Mogła się przy­naj­mniej lepiej ubrać albo sta­ran­niej nało­żyć korek­tor na twarz...

No i był jesz­cze Michael. Michael Casta­law rów­nież się na nią gapił, z tym swoim per­fid­nym uśmie­chem na ustach. Nie patrzyła oczy­wi­ście w jego stronę, ale i tak wie­działa. Czuła, jak wzrok błę­kit­nych oczu wypala jej dziurę w ple­cach.

No i to by było na tyle, jeśli cho­dzi o trzy­ma­nie głowy nisko i nie­przy­cią­ga­nie kło­po­tów.

***

- Gapisz się - mruk­nął Jasper, nie przej­mu­jąc się spe­cjal­nie mor­der­czym spoj­rze­niem, jakie posłał mu w odpo­wie­dzi Michael.

Pamela prych­nęła, uda­jąc, że ją także ziry­to­wał Jasper. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak zło­ściło ją to, że Michael rze­czy­wi­ście się gapił. Mniej lub bar­dziej osten­ta­cyj­nie, ale jego spoj­rze­nie wędro­wało co chwila w stronę Lan­ford i jej żało­snych przy­ja­ciół, od kiedy tylko poja­wili się w jadalni.

Lider miał dzi­siej­szego ranka wyśmie­nity humor. Przede wszyst­kim dla­tego, że Jasper zadbał, by nie zoba­czył napisu na ścia­nie w sali bilar­do­wej. Z pew­no­ścią infor­ma­cja ta dotrze do Casta­lawa, nim dzień się skoń­czy, ale w ten spo­sób mogli liczyć cho­ciaż na spo­kojny pora­nek.

Pamela, która była kró­lową plo­tek i wie­działa już o wszyst­kim, zde­cy­do­wa­nie nie popie­rała ukry­wa­nia prawdy przed Micha­elem.

- Chcę sie­dzieć rano przy stole, który na­dal jest w jed­nym kawałku - wyja­śnił Jasper ze znu­że­niem, kiedy na osob­no­ści zarzu­ciła mu kłam­stwo.

To była jedna z wielu róż­nic pomię­dzy nimi: Pamela gotowa była paść przed Micha­elem na kolana, pod­czas gdy Jasper mógł co naj­wy­żej opaść na jego kanapę, żeby zagrać w gry wideo.

Sie­dzieli więc teraz przy swoim sto­liku w jadalni i Michael miał wyśmie­nity humor. Cała elita wspól­nie przy­glą­dała się z daleka sytu­acji, w jakiej zna­la­zła się paczka iry­tu­ją­cych zna­jo­mych iry­tu­ją­cej Zmien­no­kształt­nej. Casta­law nawet stąd widział, jak Lan­ford zaci­ska usta, i był pewien, że jej oczy wypeł­niają się gnie­wem. Piękny widok.

Patrzył, jak jeden z jej żało­snych kum­pli stara się ją deli­kat­nie odcią­gnąć i jak drugi gada coś idio­tycz­nego. Jakby to mogło cokol­wiek wskó­rać. Prych­nął, kiedy paczka wresz­cie zre­zy­gno­wała i powle­kła się usiąść gdzie indziej, w towa­rzy­stwie Wam­pi­rzycy, któ­rej imię oczy­wi­ście znał, bo taki był jego kró­lew­ski obo­wią­zek, ni­gdy jed­nak by się do tego nie przy­znał. Być może i z nią trzeba będzie zro­bić porzą­dek. Na razie jed­nak upił łyk krwi i odwró­cił się do swo­ich towa­rzy­szy.

- Ktoś wie, kto to jest? - zapy­tał, ruchem głowy wska­zu­jąc grupę, która tak osten­ta­cyj­nie pod­sia­dła Lan­ford i jej przy­ja­ciół. Wszy­scy wzru­szyli ramio­nami, więc chło­pak wes­tchnął ciężko.

- Dowiedz się - pole­cił, patrząc na Pamelę.

To nie było tak, że jej nie lubił. Jed­nak niczym mu nie impo­no­wała i sta­wała się męcząca, z tą prze­sa­dzoną sło­dy­czą i cią­głym uda­wa­niem kogoś, kim nie była. Naj­chęt­niej w ogóle by się z nią nie zada­wał, ale Pay­to­no­wie byli bli­skimi sojusz­ni­kami Casta­la­wów i ich dzie­dzice powinni być widy­wani publicz­nie razem. Skoro już więc tu sie­działa, mogła się na coś przy­dać.

- Niech przyjdą wie­czo­rem do sali bilar­do­wej, chcę z nimi zagrać - pole­cił Michael, raz jesz­cze zer­ka­jąc na nie­znaną, choć naj­wy­raź­niej wierną mu grupę.

Cza­ro­dzieje zdo­byli pierw­szeń­stwo do sali, nie mieli jej jed­nak zupeł­nie na wyłącz­ność. W tygo­dniu szkol­nym póź­nym wie­czo­rem zazwy­czaj tylko nie­po­trze­bu­jące snu Wam­piry miały czas na zabawę, nie powinno być więc pro­blemu z wol­nym sto­łem.

Pamela uśmiech­nęła się paskud­nie, po czym wstała z miej­sca. Odrzu­ciła do tyłu lśniące, czarne, ide­al­nie równo obcięte włosy, wygła­dziła obci­słą spód­niczkę i ruszyła przed sie­bie, stu­ka­jąc obca­sami. Za nią zerwały się Mandy i Becky - dwie wierne pomoc­niczki, które cza­sem nazy­wała zna­jo­mymi.

Chri­sto­pher kon­se­kwent­nie igno­ro­wał wszystko naokoło, sku­pia­jąc się na dru­giej już butelce krwi. Za to Jasper uśmiech­nął się lekko, choć bez prze­ko­na­nia, odpro­wa­dza­jąc Pamelę wzro­kiem. Wie­dział dobrze, co Michael pla­no­wał. Chciał publicz­nie wyna­gro­dzić osoby, które doku­czyły Lan­ford, żeby szybko naro­dzili się ich naśla­dowcy.

Zer­k­nął na przy­ja­ciela, ale ten patrzył już gdzie indziej: znowu na Aleę Lan­ford. Jasper też na nią spoj­rzał i zasta­no­wił się, jak silna jest w rze­czy­wi­sto­ści i ile będzie w sta­nie wytrzy­mać.

***

Wszy­scy powinni się spie­szyć na poranne zaję­cia, ale zamiast tego w holu inter­natu zebrał się tłum. Ucznio­wie gro­ma­dzili się po obu stro­nach drzwi pro­wa­dzą­cych na dzie­dzi­niec, gdzie znaj­do­wały się wiel­kie tablice ogło­sze­niowe umiesz­czone za szkłem.

- Aleo, roz­wie­szono listy! - obwie­ściła Lizzy z entu­zja­zmem, któ­rego nikt nie powi­nien mieć tak wcze­śnie rano.

- Jakie listy? - Erin zmarsz­czyła brwi. - O co cho­dzi?

- O Test Samo­kon­troli, jak mnie­mam - mruk­nęła Tatiana. Wszy­scy przy­sta­nęli kawa­łek za tłu­mem. - Wam­piry prze­cho­dzą je w momen­cie przy­ję­cia do szkoły, pierw­szo­roczni Cza­ro­dzieje skoń­czyli swoje chyba tydzień temu. Od dziś jest kolej na nowych Zmien­no­kształt­nych.

Lizzy poki­wała głową, sze­roko uśmiech­nięta, tym­cza­sem Erin zamarła, czu­jąc nagły ucisk stra­chu w żołądku.

Test Samo­kon­troli. O cho­lera.

Jasne, dla Lizzy było to pew­nie eks­cy­tu­jące wyda­rze­nie, bo kiedy ona prze­cho­dziła swój test na pierw­szym roku, nie miała się czego bać. Dora­stała w rodzi­nie Zmien­no­kształt­nych, prze­szła prze­mianę dość wcze­śnie i w dodatku jej pierw­sza forma oka­zała się od razu wła­ściwą. Dosko­nale pano­wała nad swo­imi zdol­no­ściami, a ponie­waż miała w Mal­la­roy star­szego brata, wie­działa też zawsze, czego się spo­dzie­wać.

Zresztą żaden sen­tu­ralny nie musiał się bać - naj­gor­sze, co mogło ich spo­tkać po obla­niu Testu Samo­kon­troli, to przy­mu­sowe zapi­sa­nie na zaję­cia z samo­kon­troli. Sytu­acja wyglą­dała nieco ina­czej w przy­padku kogoś, kto był czło­wie­kiem i pod­szy­wał się pod sio­strę bliź­niaczkę na prośbę jakiejś super-duper waż­nej (ale chyba sekret­nej) orga­ni­za­cji poli­tycz­nej. Tak się skła­dało, że Erin znała jedną taką osobę.

Kosmo­sie, nawet nie zauwa­żyła, jak mocno Mal­la­roy ją wessało. Gry, przy­jaź­nie, kłót­nie, kary... Zaczęła żyć z dnia na dzień, nie­siona przez burz­liwe emo­cje i eks­cy­tu­jące wyda­rze­nia. Przy­zwy­cza­iła się już nawet do reago­wa­nia na imię Alea. I to do tego stop­nia, że nie wytrą­cało jej to z roz­mowy. Nie zapo­mniała, że jest czło­wie­kiem, ale stra­ciła czuj­ność.

Wszystko przez to, że róż­nice mię­dzy rodza­jami wcale nie były tak odczu­walne, jak mogłoby się wyda­wać. Kiedy sie­działa na lek­cjach fizyki lub angiel­skiego, nie miało zna­cze­nia, kto ma jakiego koloru iden­ty­fi­ka­tor. Wszy­scy byli przede wszyst­kim nasto­lat­kami: mło­dymi oso­bami szu­ka­ją­cymi roz­rywki, męczą­cymi się z zada­niami domo­wymi i prze­kli­na­ją­cymi poranne wsta­wa­nie. W szkol­nej spo­łecz­no­ści naj­bar­dziej odsta­wały te Wam­piry, które były wyjąt­kowo mało empa­tyczne, oraz ci Łowcy, któ­rych cecho­wała prze­ra­ża­jąca wręcz prak­tycz­ność, ale w ich brac­twach także nie bra­ko­wało osób zupeł­nie zwy­czaj­nych. Ponie­waż każdy był inny, wszy­scy sta­wali się w pew­nym stop­niu tacy sami.

Erin nie czuła się tu już obco. Wręcz prze­ciw­nie: zna­la­zła w Mal­la­roy swoje miej­sce, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo nie­praw­do­po­dob­nie to brzmiało. To zde­cy­do­wa­nie zła­go­dziło jej lęk przed zde­ma­sko­wa­niem.

Teraz nagle strach powró­cił ze zdwo­joną siłą.

- Jesteś tam? - Keith pstryk­nął pal­cami przed nosem Erin i dziew­czyna powró­ciła na zie­mię, ale ręce trzę­sły się jej nie­znacz­nie.

- Dla­czego ja o tym zapo­mnia­łam?! - wypa­liła nie­na­tu­ral­nie wyso­kim gło­sem, na gra­nicy paniki.

- Jeśli mie­li­by­śmy zro­bić listę powo­dów... - zaczęła pesy­mi­stycz­nie Tatiana, ewi­dent­nie nie zamie­rza­jąc koń­czyć zda­nia.

Oba Wil­ko­łaki wyszcze­rzyły się, wyła­pu­jąc żart mimo jej poważ­nego tonu.

- Myśla­łam, że wiesz! - jęk­nęła tym­cza­sem Lizzy. - Może nie masz dzi­siaj... - dodała i porzu­ciła przy­ja­ciół, by spraw­dzić listę.

Erin przez chwilę myślała, że kolana się pod nią ugną (nie myliła się). Strach stał się widoczny na jej twa­rzy, co nie uszło uwa­dze Lucasa. Chło­pak zmarsz­czył brwi, nie do końca rozu­mie­jąc, czemu stan­dar­dowy test wywo­łuje w niej aż tak wiel­kie emo­cje.

Lizzy prze­ci­snęła się przez tłum z powro­tem w ich stronę.

- O każ­dej peł­nej godzi­nie piątka uczniów musi się sta­wić pod gabi­ne­tem Rady! - oświad­czyła odro­binę zdy­szana. - Al, ty jesteś wpi­sana na czter­na­stą!

- Dzi­siaj?! - Erin zaczęły pocić się dło­nie, kiedy liczyła w myślach, ile godzin zostało do czter­na­stej. - Dla­czego moja kolej jest tak wcze­śnie...? - zapy­tała lekko zachryp­nię­tym od emo­cji gło­sem. Była na trze­cim roku i miała nazwi­sko na L. Kosmos nie mógł być aż tak wredny.

- Kolej­ność jest losowa, bo ele­ment zasko­cze­nia dodaje real­no­ści - wyja­śniła Tatiana spo­koj­nie.

- Lista na każdy dzień poja­wia się dopiero rano! - potwier­dziła entu­zja­stycz­nie Lizzy.

Poprawka: Kosmos mógł i był aż tak wredny.

Erin chwilę roz­glą­dała się dookoła, pró­bu­jąc uspo­koić pędzące myśli. Musiała wziąć się w garść i zna­leźć odpo­wiedź na jedno ważne pyta­nie: czy Test Samo­kon­troli wyma­gał prze­miany w zwie­rzę? Jeśli tak, to pój­dzie na dno w zawrot­nym tem­pie i pocią­gnie za sobą praw­dziwą Aleę Lan­ford.

Już otwie­rała usta, żeby dowie­dzieć się tego od przy­ja­ciół, ale ich uwagę odcią­gnął Lucas.

- Twój Łowca się zbliża, Tatiano - ostrzegł z nieco łobu­zer­skim uśmie­chem.

Wszy­scy sta­nęli bar­dziej pro­sto, bo sam widok Diego pro­wo­ko­wał do przy­bra­nia nie­na­gan­nej postawy. Tatiana nie odwró­ciła się i spró­bo­wała zacho­wać obo­jętny wyraz twa­rzy. Przez chwilę jej się to nawet uda­wało, potem silna ręka objęła ją nagle w talii. W ciem­nych oczach Zmien­no­kształt­nej bły­snęło zasko­cze­nie, zaraz po nim zmie­sza­nie z domieszką zado­wo­le­nia. Łowca przy­cią­gnął ją deli­kat­nie bli­żej sie­bie i oto­czył ją zapach świe­żego pra­nia i zna­jo­mego już dez­odo­rantu.

Gest był... nad wyraz oczy­wi­sty. Zwłasz­cza jak na tego kon­kret­nego, wyjąt­kowo powścią­gli­wego i poważ­nego chło­paka. Wszy­scy nagle zaczęli wyglą­dać na nie­zwy­kle zaab­sor­bo­wa­nych wła­snymi butami lub sufi­tem. Tatiana odwró­ciła głowę i posłała Diego kar­cące spoj­rze­nie. Odpo­wie­dział jej cie­niem zaczep­nego uśmie­chu. Spró­bo­wała sub­tel­nie wyplą­tać się z jego objęć, jed­nak z mar­nym skut­kiem.

Nie­zręczna cisza na chwilę wybiła Erin z rytmu roz­pa­czy.

- Spóź­nia­cie się na pierw­sze zaję­cia - oznaj­mił bez­na­mięt­nym tonem Łowca, na­dal patrząc tylko na Tatianę.

- Tak jak połowa szkoły... - zauwa­żył Lucas, zer­ka­jąc na tłum kłę­biący się wciąż pod tabli­cami ogło­sze­nio­wymi. Powie­dział to jed­nak cicho i bez prze­ko­na­nia, bo powaga Diego wszyst­kich ich nieco onie­śmie­lała.

- Alea ma dziś Test Samo­kon­troli! - pal­nęła Lizzy ner­wowo i prze­sad­nie gło­śno, pró­bu­jąc jakoś ich uspra­wie­dli­wić. Albo może po pro­stu roz­ła­do­wać napię­cie.

Roz­pacz powró­ciła.

Diego prze­niósł wzrok na Erin i dziew­czyna zadrżała lekko. Łowca miał zdol­ność zacho­wy­wa­nia emo­cji dla sie­bie, przez co wyraz jego twa­rzy wyda­wał się cał­ko­wi­cie obo­jętny. Powinno to wzbu­dzać rów­nie neu­tralne reak­cje, u Erin jed­nak zawsze wywo­ły­wało stres. Może dla­tego, że nosiła w sobie wiele nie­wy­god­nych sekre­tów, a on zda­wał się zawsze prze­glą­dać wszyst­kich na wylot.

- Nie masz się czego bać - ode­zwał się wresz­cie Diego, zaska­ku­jąc zebra­nych. Mimo bez­na­mięt­nego tonu brzmiało to bowiem jak próba doda­nia otu­chy. Chło­pak chyba nie dostrzegł w oczach Erin całej sterty kłamstw, wyła­pał za to panikę. Praw­do­po­dob­nie czuł też jakąś potrzebę oka­zy­wa­nia im uprzej­mo­ści ze względu na swoje uczu­cia wobec Tatiany. - Jeśli nie zmie­nisz się w zwie­rzę pod wpły­wem emo­cji, zdasz. Jeśli nie zdasz, zosta­niesz zapi­sana na zaję­cia, gdzie otrzy­masz szko­le­nie z samo­kon­troli. Żeby zmniej­szyć ryzyko przy­pad­ko­wej zmiany przy ludziach.

Ach! Bingo! Erin otrzy­mała odpo­wiedź na stre­su­jące ją pyta­nie, nim zdą­żyła je zadać. Lodo­wate palce stra­chu wypu­ściły wresz­cie jej żołą­dek z bole­snego uści­sku. Nie będzie musiała się zmie­nić w zwie­rzę. Chyba wprost prze­ciw­nie! O jeżu, była jed­nak szansa, że i ten kry­zys uda jej się prze­trwać!

Nie potra­fiła powstrzy­mać głę­bo­kiego wes­tchnie­nia ulgi. Keith przy­cze­pił się do tego dźwięku, odzy­sku­jąc uśmiech, który zbladł nieco po poja­wie­niu się Łowcy.

- Gdzie się podziała odważna dziew­czyna policz­ku­jąca lide­rów na środku szkoły, co, Al? - rzu­cił żar­to­bli­wie.

Raz jesz­cze Diego ubiegł ją, nim zdą­żyła odpo­wie­dzieć.

- To nie była odwaga, tylko głu­pota - zauwa­żył surowo. Wszy­scy na nowo uci­chli. Wszy­scy poza Tatianą, która wes­tchnęła osten­ta­cyj­nie.

- Jedno nie wyklu­cza dru­giego - zauwa­żyła ponuro, wyplą­tu­jąc się w końcu z jego uści­sku.

Przy­ja­ciele nie byli w sta­nie powie­dzieć, czy Zmien­no­kształtna broni teraz Erin, czy zaczep­nie prze­ko­ma­rza się z Diego. Ona i jej Łowca mieli swój wła­sny, pół­niemy spo­sób komu­ni­ko­wa­nia się, któ­rego nikt inny nie poj­mo­wał.

- Ale z tym spóź­nie­niem to on miał rację... - zauwa­żyła nie­śmiało Lizzy. Tłum znacz­nie się prze­rze­dził.

Ruszyli w stronę dzie­dzińca wspól­nie, jed­nak już po kilku kro­kach Tatiana i Diego zostali nieco w tyle. Keith już zamie­rzał odwró­cić się i ich pospie­szyć, ale Lizzy szturch­nęła go i pokrę­ciła sub­tel­nie głową. Dali więc parze spo­kój, zosta­wia­jąc ich samych, nikt nie sko­men­to­wał tego na głos, ale nie omiesz­kali wymie­nić mię­dzy sobą zna­czą­cych spoj­rzeń.

***

- Moi zna­jomi się cie­bie boją. - Tatiana pod­nio­sła oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie na Diego.

Łowca wzru­szył ramio­nami.

- To dobrze - oznaj­mił bez­na­mięt­nie. - Może prze­staną cię wcią­gać w kło­poty.

- Też mia­łeś karę.

- Przez cie­bie, Len­nox.

Chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu. Tatiana nie­spe­cjal­nie zga­dzała się z jego oceną odpo­wie­dzial­no­ści, ale nie zamie­rzała się kłó­cić. Dzie­dzi­niec pusto­szał w zawrot­nym tem­pie, bo było już po dzwonku. Oni wciąż stali w miej­scu.

W spo­sób, o któ­rym nie nale­żało wspo­mi­nać, Tatiana pozy­skała plan lek­cji Diego i wie­działa, że zaczyna on dzi­siaj zaję­cia dopiero o dru­giej. Kusiło ją, żeby omi­nąć wła­sną histo­rię sen­tury i spę­dzić okienko w jego towa­rzy­stwie. Oczy­wi­ście Łowca wcale nie musiał wie­dzieć, że poświęca z jego powodu dobrą fre­kwen­cję. Może dzi­siaj wyjąt­kowo odwo­łali jej pierw­sze zaję­cia? Brzmiało to cał­kiem wia­ry­god­nie. Nie takie rze­czy się zda­rzały.

Odpły­nęła nie­chcący myślami w stronę tego nie­win­nego kłam­stewka i Diego prze­su­nął deli­kat­nie pal­cem po jej pod­bródku, by przy­wo­łać jej uwagę.

- Mar­twisz się o Aleę? - zapy­tał, błęd­nie odczy­tu­jąc jej minę.

Pokrę­ciła głową, tym samym zmu­sza­jąc go, by zabrał dłoń. Prze­su­nął ją teraz na talię dziew­czyny.

- Jak jej się nie uda, to będzie cho­dzić na zaję­cia i tyle. To nor­malne. Wielu oso­bom się nie udaje - zauwa­żyła z cha­rak­te­ry­styczną ponurą nutą w gło­sie. Nie była z nim jed­nak do końca szczera.

Nie uszło jej uwa­dze, że cza­sem zwy­kłe zda­nie czy komen­tarz potra­fią wywo­łać u upar­tej, odważ­nej Alei nie­uza­sad­nioną ner­wo­wość. Cała sprawa cza­sem Tatianę nie­po­ko­iła. W połą­cze­niu z dzi­waczną histo­rią ze zdję­tym iden­ty­fi­ka­to­rem na początku roku... Cóż. Alea Lan­ford albo coś przed nimi ukry­wała, albo miała talent do two­rze­nia pro­ble­mów tam, gdzie ich nie powinno być. Tak czy ina­czej, Tatiana miała złe prze­czu­cia. Nie zamie­rzała jed­nak zdra­dzać sekre­tów przy­ja­ciółki, wolała więc w ogóle nie poru­szać tego tematu z Diego.

Łowca przy­glą­dał się jej cały czas, ale teraz w jego czar­nych oczach poja­wiła się czuj­ność. Wyglą­dało na to, że oboje musieli pła­cić pewną cenę za podo­bień­stwa, które postrze­gali w sobie nawza­jem jako atrak­cyjne: byli cisi, ale prze­ni­kliwi i zawsze zwra­cali uwagę na szcze­góły.

- Ten test jest po pro­stu paskudny, wiesz? - rzu­ciła wresz­cie mar­kot­nie Tatiana, pró­bu­jąc zamknąć temat. - Ni­gdy nie musia­łeś przez to prze­cho­dzić. Nie wiesz, jak to jest.

- Ty oczy­wi­ście zda­łaś za pierw­szym razem. - Diego oświad­czył, zamiast zapy­tać. Dłoń leżąca wciąż na jej talii zaci­snęła się lekko w intym­nym geście uzna­nia. - Jak było?

- Paskud­nie - powtó­rzyła z upo­rem, ale tym razem nie powstrzy­mała deli­kat­nego uśmie­chu.

Poca­ło­wał ją wolno i spo­koj­nie. Wie­działa dokład­nie, co się szy­kuje, ale i tak wyda­wało jej się to nie­spo­dzie­wane. Mieli za sobą ponad mie­siąc wspól­nej nauki, pół­ran­dek i dłu­gich roz­mów, ale wciąż każdy poca­łu­nek zaska­ki­wał ją tak samo.

Jakiś czas temu uznała, że zwią­zek nie jest dla niej, bo nie potrafi sobie wyobra­zić wspól­nego spę­dza­nia z kimś czasu. Wystar­czyło kilka godzin w towa­rzy­stwie innych osób i już czuła się emo­cjo­nal­nie wyczer­pana, tęsk­niąc za chwilą samot­no­ści. Cią­gle nie mogła uwie­rzyć, że obec­ność Diego nie męczy jej ani tro­chę.

- Lepiej już idź - mruk­nął Łowca cicho, gdy wresz­cie się roz­dzie­lili. - Jesteś spóź­niona na histo­rię sen­tury.

Poca­ło­wał ją w czoło i odszedł. Tatiana poczuła gorąco wybu­cha­jące na policz­kach, ale pod­nio­sło ją nieco na duchu, że nie tylko ona znała cudzy plan na pamięć.

***

Jedyne, o czym Erin potra­fiła myśleć w cza­sie poran­nych zajęć, to Test Samo­kon­troli. To, że sie­działa w kla­sie bez wspar­cia zna­jo­mych, bo tego ranka ich plany zupeł­nie się nie pokry­wały, by­naj­mniej nie poma­gało.

Co godzinę przez radio­wę­zeł wzy­wane były wyty­po­wane osoby. Za każ­dym razem Erin zale­wała nowa fala zim­nego potu, choć dosko­nale wie­działa, kiedy ma nadejść jej kolej. Gdy wresz­cie usły­szała wła­sne nazwi­sko (i imię sio­stry), jej żołą­dek i tak ści­snął się bole­śnie. Zachwiała się lekko, wsta­jąc z miej­sca, i ruszyła w stronę sekre­ta­riatu, przez który wcho­dziło się do gabi­netu Rady Dyrek­to­rów.

Przy drzwiach Erin spo­tkała dwójkę innych Zmien­no­kształt­nych. Sekre­tarka Saman­tha powi­tała ich jedy­nie zło­wro­gim łyp­nię­ciem, popra­wia­jąc grube oprawki oku­la­rów. Ich inten­sywny fio­let pod­kre­ślał fioł­kowe dro­binki w jej jasno­sza­rych oczach.

- Macie to wypić - ode­zwała się swoim ropu­cho­wa­tym gło­sem, wska­zu­jąc pal­cem na nie­wiel­kie papie­rowe kubeczki sto­jące na kon­tu­arze przed jej biur­kiem. Wyraz jej twa­rzy mówił jasno, że byłaby znacz­nie szczę­śliw­sza, gdyby ich tu nie było. - I nie odzy­wać się ani sło­wem!

Dwie inne osoby sie­działy już grzecz­nie na wąskiej ławeczce pod ścianą. Erin popa­trzyła na nie ner­wowo, potem wymie­niła nie­pewne spoj­rze­nia z tymi, któ­rzy wkro­czyli do pomiesz­cze­nia wraz z nią. Nic nie inte­gruje w szkole bar­dziej niż nie­pew­ność.

Sekre­tarka mruk­nęła coś nie­wy­raź­nie, po czym powtó­rzyła już gło­śniej:

- Pić. Do dna. I ani słowa. Pod­kre­ślam, potem ani słowa! Jeśli po wypi­ciu zacznie­cie gadać, to cały efekt się zmar­nuje. No, raz, raz! - pogo­niła ich i na nowo utkwiła wzrok w moni­to­rze kom­pu­tera, pozo­sta­wia­jąc uczniów samych sobie.

Erin nie­pew­nie się­gnęła po papie­rowy kube­czek, po czym zaj­rzała do środka. Jego zawar­tość sta­no­wił prze­zro­czy­sty płyn, który mie­nił się per­ło­wym bla­skiem w dziw­nym świe­tle. Pochy­liła się nad nim nie­pew­nie i ude­rzył ją zapach plaży - albo raczej mokrego pia­sku. Zmarsz­czyła brwi.

Picie podej­rza­nej sub­stan­cji było ostat­nią rze­czą, na jaką miała ochotę. Co jeśli dla ludzi jest to tru­jące?! Ta myśl poja­wiła się w jej gło­wie nagle i Erin zamarła. Tym­cza­sem chło­pak obok niej uniósł kubek w geście toa­stu, a potem wypił całą zawar­tość jed­nym hau­stem i odszedł do pozo­sta­łych, w mil­cze­niu opie­ra­jąc się o ścianę. Erin chwilę jesz­cze zwle­kała, było jed­nak jasne, że nie ma już jak wykrę­cić się z tej sytu­acji. Zamknęła oczy, wstrzy­mała oddech i wlała sobie ciecz do ust.

Następ­nie o mało jej nie wypluła.

W kubku płyn wyda­wał się nie­wiele gęst­szy od wody, ale w jej ustach nabrał kon­sy­sten­cji gęstego żelu. Nie miał prak­tycz­nie żad­nego smaku, był jed­nak dzi­wacz­nie chłodny, a jego odstrę­cza­jąca kon­sy­sten­cja spra­wiła, że dziew­czyna wzdry­gnęła się dwa razy, zanim udało jej się prze­łknąć. Kiedy to wresz­cie zro­biła, rozej­rzała się dookoła nie­pew­nie, w oba­wie że wszystko zacznie wiro­wać. Jed­nak nic takiego się nie wyda­rzyło.

Chwilę poświę­ciła na pozby­cie się dziw­nej, żelo­wej sub­stan­cji z języka, po czym wyrzu­ciła kube­czek do śmiet­nika i przy­sia­dła obok innych.

Ten etap prze­trwała. No i co dalej?

Jakby w odpo­wie­dzi na jej pyta­nie w drzwiach gabi­netu poja­wił się Bene­dict Alard i zanim kto­kol­wiek zdą­żył choćby spoj­rzeć w jego stronę, uniósł ostrze­gaw­czo dłoń.

- Nic nie mówić! - zaalar­mo­wał, po czym usa­tys­fak­cjo­no­wany ciszą, ski­nął im głową na powi­ta­nie. Uśmiech­nął się też, już spo­koj­niej, i zer­k­nął na trzy­maną w ręku listę.

- Ban­dini? - wyczy­tał pierw­sze nazwi­sko i znów dodał szybko: - Nic nie mów!

Ciem­no­włosa dziew­czyna z iden­ty­fi­ka­to­rem roz­tar­tym na kości policz­ko­wej pod­nio­sła się z ławeczki z lekko zmarsz­czo­nymi brwiami. Oboje zaraz znik­nęli w gabi­ne­cie.

Erin Lan­ford pozo­stało cze­kać. I cze­kać. I cze­kać... Przez zakaz otwie­ra­nia ust pozo­stali ucznio­wie nie mogli nawet roz­ła­do­wać napię­cia jakąś głu­pią roz­mową o pogo­dzie. Zamiast tego cisnęli się wszy­scy w rogu sekre­ta­riatu, mniej lub bar­dziej zestre­so­wani.

Erin zde­cy­do­wa­nie nale­żała do tych bar­dziej.

Wresz­cie drzwi otwo­rzyły się ponow­nie i ciem­no­włosa Zmien­no­kształtna opu­ściła gabi­net. Wyglą­dała... nie­po­ko­jąco. Była potar­gana, miała wypieki na policz­kach i lekko załza­wione oczy. Erin zemdliło na ten widok.

Co oni jej tam zro­bili?!

- Lan­ford - wyczy­tał Bene­dict Alard i pod­niósł wzrok na Erin.

Ewi­dent­nie pamię­tał ją z powodu kary. Dziew­czyna nie mogła się ruszyć z miej­sca. Nie cho­dziło o to, że nie chciała. Nogi po pro­stu odma­wiały jej posłu­szeń­stwa. Otwo­rzyła sze­rzej oczy, roz­pacz­li­wie licząc, że zie­mia się roz­stąpi i ją pochło­nie. Była czło­wie­kiem. Była cho­ler­nym czło­wie­kiem i Mal­la­roy to ostat­nie miej­sce, w jakim powinna się zna­leźć!

- Aleo - powtó­rzył pro­fe­sor z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie ser­decz­no­ścią. - Nic ci się nie sta­nie. - Kiw­nął na nią zachę­ca­jąco ręką i zaraz szybko dodał znowu: - Tylko pro­szę, nic nie mów.

Erin wresz­cie udało się ruszyć z miej­sca i powlo­kła się do gabi­netu z ser­cem walą­cym w klatce pier­sio­wej tak gło­śno, że z pew­no­ścią wszy­scy w pomiesz­cze­niu mogli je usły­szeć. Przy­naj­mniej tak jej się zda­wało.

W gabi­ne­cie za biur­kiem cze­kała Lucille Lan­der­son, odro­binę przy­gar­biona. Uśmiech­nęła się lekko na widok dziew­czyny i pomarsz­czoną dło­nią wska­zała jej miej­sce na jed­nym z foteli. Bene­dict Alard oparł się o zamknięte drzwi, pogodny, choć też wyraź­nie zmę­czony.

Erin usia­dła, roz­glą­da­jąc się ner­wowo dookoła. Nie dostrze­gła żad­nych narzę­dzi tor­tur, co było cał­kiem dobrą wia­do­mo­ścią. Nie żeby się ich spo­dzie­wała, ale z dru­giej strony...

- Roz­pocz­niemy teraz twój Test Samo­kon­troli - oznaj­miła pro­fe­sor Lan­der­son spo­koj­nie. Erin po raz kolejny poczuła zasko­cze­nie, jak silny głos ma ta kru­cho wyglą­da­jąca sta­ruszka. - Napój, który przy­ję­łaś, znacz­nie wzmocni prze­ży­wane przez cie­bie emo­cje, kiedy tylko zaczniesz mówić. W ten spo­sób spraw­dzimy, czy mimo wewnętrz­nego roz­chwia­nia jesteś zdolna utrzy­mać prze­mianę pod kon­trolą. Jeśli zacho­wasz ludzką formę przez cały czas trwa­nia testu, zosta­niesz zwol­niona z obo­wiązku uczęsz­cza­nia na lek­cje Samo­kon­troli. Zawsze jed­nak możesz zapi­sać się na nie dobro­wol­nie. Jeśli silne emo­cje spo­wo­dują u cie­bie nie­kon­tro­lo­waną trans­for­ma­cję, zosta­niesz zapi­sana na Samo­kon­trolę i pod­dana testowi ponow­nie pod koniec roku szkol­nego. Celem jest oczy­wi­ście zmi­ni­ma­li­zo­wa­nie ryzyka przy­pad­ko­wej demon­stra­cji sen­tu­ral­nych zdol­no­ści na oczach ludzi. Czy wszystko jest jasne?

Erin ski­nęła nie­pew­nie głową. Zasady brzmiały dla niej bar­dzo korzyst­nie, ale stre­so­wała się i tak, bo wciąż nie była pewna, czy sub­stan­cja, którą przy­jęła, działa na ludzi tak samo jak na sen­tu­ral­nych. Wszystko wciąż mogło się źle poto­czyć. Wszystko zawsze mogło się źle poto­czyć.

Pro­fe­sor Lan­der­son odchy­liła się do tyłu, usa­da­wia­jąc wygod­niej na sze­ro­kim krze­śle.

- Zanim przej­dziemy do czę­ści testo­wej, będziesz musiała odpo­wie­dzieć na kilka pod­sta­wo­wych pytań. Wywar zacznie dzia­łać już po kilku zda­niach, bądź więc przy­go­to­wana na drobne trud­no­ści. Czy możemy zaczy­nać?

Erin kiw­nęła głową raz jesz­cze i prze­su­nęła dłońmi po udach, wycie­ra­jąc spo­cone dło­nie o dżinsy.

- Świet­nie. Powiedz, kiedy prze­mie­ni­łaś się po raz pierw­szy?

- Sie­dem­na­stego sierp­nia tego roku - odparła Erin nieco sztywno, z lek­kim nie­po­ko­jem. Dosko­nale pamię­tała ten dzień: Alea wbie­gła do ich wspól­nego pokoju z sza­loną infor­ma­cją, że zmie­niła się w kota, i od tego momentu nic już nie było takie samo.

Stara cza­ro­dziejka poki­wała wolno głową i zano­to­wała coś na kartce, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc w pełni sprawny kom­pu­ter sto­jący tuż obok.

- W jakie zwie­rzę?

- W burego kota, podob­nego do tego, który miesz­kał u sąsia­dów...

Coś zaczy­nało się dziać. Trudno było okre­ślić, co takiego. Erin była zestre­so­wana, jasne, ale teraz stres ten wypeł­nił cały żołą­dek i zaczął peł­znąć w górę po jej krę­go­słu­pie.

- Ile razy zmie­ni­łaś się od tam­tego czasu?

To brzmiało jak prze­słu­cha­nie. Jakby wie­dzieli, że zmie­niła się nie ona, ale Alea. Chcieli zła­pać ją na kłam­stwie. Czy wszystko to było jakąś wielką intrygą przy­go­to­waną spe­cjal­nie po to, by ją zde­ma­sko­wać?!

Czuła, jak stres peł­znie coraz wyżej, do jej gar­dła, i nagle wydało jej się, że nie może oddy­chać. Pokój zawi­ro­wał, jej myśli sza­lały już bez nad­zoru. Wie­dzą, o Kosmo­sie, wie­dzą!

- Cztery - wyrzu­ciła wresz­cie z sie­bie odpo­wiedź.

To było kłam­stwo. Brudne, paskudne kłam­stwo. Alea zmie­niła się dwa razy, a póź­niej stra­ciły kon­takt. Musiała jed­nak zawy­żyć liczbę, żeby brzmieć bar­dziej wia­ry­god­nie. Serce waliło jej w piersi. Odzy­skała oddech i dla odmiany wcią­gała teraz powie­trze ner­wowo: płytko i szybko, jakby wła­śnie prze­bie­gła długi dystans.

- Czy odkry­łaś swoją praw­dziwą formę?

Jasne, że tak. Czło­wiek. To jest jej praw­dziwa forma!

Na czole dziew­czyny poja­wiły się kro­pelki potu.

Nie była Zmien­no­kształtną. Była oszustką, skoń­czoną oszustką! Zro­biło jej się nagle nie­do­brze na myśl o wła­snych kłam­stwach i miała ochotę uka­rać samą sie­bie za to, jak trak­to­wała przy­ja­ciół w Mal­la­roy. Nic im nie powie­działa, a oni tak bar­dzo ją wspie­rali... O tak, była naj­gor­szym czło­wie­kiem na świe­cie. Tak bez­na­dziej­nym, że nikt już ni­gdy nie powi­nien jej wyba­czyć. Świat nie potrze­bo­wał takich ludzi jak ona.

- Aleo? - Silny głos pro­fe­sor Lan­der­son wyrwał ją ze spi­rali okrut­nych myśli. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ucie­kła w głąb wła­snej głowy i nawet nie odpo­wie­działa na pyta­nie.

Ode­tchnęła głę­boko, pró­bu­jąc odzy­skać kon­trolę.

- Nie - wykrztu­siła łamią­cym się gło­sem. - Nie odkry­łam praw­dzi­wej formy.

Nagle ogar­nęła ją cie­ka­wość. Czy Alea już swoją odkryła? Chciała to wie­dzieć. Tak bar­dzo zapra­gnęła zdo­być tę infor­ma­cję, że zaci­snęła ręce na pod­ło­kiet­ni­kach fotela, gotowa wybiec z gabi­netu i roz­po­cząć próby skon­tak­to­wa­nia się z sio­strą. Musiała wie­dzieć. Musiała! Natych­miast.

Cie­ka­wość wiła się w niej jak wąż i dziew­czyna zaczęła się wier­cić w fotelu, ska­cząc wzro­kiem od ściany do ściany.

- To koniec for­mal­no­ści - oświad­czyła tym­cza­sem Cza­ro­dziejka. Zapi­sała ostat­nią rzecz na kartce i pod­nio­sła głowę, by uważ­nie przyj­rzeć się dziew­czy­nie. Erin czuła, że pro­fe­sor Alard też na nią patrzy. - Powiedz mi teraz coś o swo­ich rodzi­cach.

Nasto­latka uśmiech­nęła się nie­znacz­nie, potem sze­rzej, a po chwili szcze­rzyła się już jak idiotka na samą myśl o rodzi­cach.

- Tęsk­nię za nimi - oświad­czyła, już bez cie­nia stresu i mogłaby przy­siąc, że w powie­trzu poczuła nagle zna­jomy zapach domu. - Ale tak bez prze­sady, bo odkąd pamię­tam, wyjeż­dżali czę­sto na kon­fe­ren­cje... To zna­czy, nie żebym czuła się samotna! - Zapew­niła szybko. - Zawsze mia­łam przy sobie sio­strę. Rodzice po pro­stu lubią pra­co­wać i cza­sem bywa to wkurw... umm - zmie­szała się, bo przez nie­uwagę pra­wie prze­klęła w gabi­ne­cie dyrek­to­rów - bywa to wku­rza­jące... ale tak gene­ral­nie to są super. Zawsze nas wspie­rają. Dereka też, cho­ciaż on udaje sta­rego dziadka...

Mogłaby mówić w nie­skoń­czo­ność. Sama myśl o rodzi­nie spra­wiała, że czuła się bez­piecz­nie i kom­for­towo, a przy tym bez­tro­sko. Miała ochotę podzie­lić się śmiesz­nymi histo­riami, opo­wie­dzieć o waka­cyj­nych wyjaz­dach i ulu­bio­nych prze­pi­sach. Śmiać się ze wzru­sze­nia i wzdy­chać z lek­kiej tęsk­noty. Po chwili jej roz­wa­ża­nia powę­dro­wały jed­nak w stronę Alei i na nowo ogar­nął ją para­li­żu­jący strach. Zaczęła drżeć w mięk­kim fotelu, wyobra­ża­jąc sobie jed­no­cze­śnie dwa hor­rory: że ją tu nakryją oraz że jej sio­stra jest teraz gdzieś sama na końcu świata i wcale nie ma się dobrze.

Wszystko to zda­wało się cią­gnąć godzi­nami. Po raz pierw­szy odczuła, jak dosłowne zna­cze­nie może mieć zwrot "emo­cjo­nalny rol­ler­co­aster". Dziwny, pach­nący pia­skiem wywar spra­wił, że każda naj­mniej­sza kro­pla emo­cji zmie­niała się w jej gło­wie w ocean i ciało zale­wały burz­liwe fale uczuć. Jakby naprawdę prze­ży­wała tu zarówno naj­wspa­nial­sze, jak i naj­gor­sze momenty swo­jego życia.

Pod­czas opo­wia­da­nia o Bethany wpa­dła w nie­kon­tro­lo­wany chi­chot, przy­po­mi­na­jąc sobie wszyst­kie wspólne żarty. Zapy­tana o otrzy­maną karę zaczęła mówić o Micha­elu i tym razem nie była w sta­nie powstrzy­mać siar­czy­stych prze­kleństw. Gdy padło pyta­nie o smutne wspo­mnie­nie, Erin zaczęła szlo­chać jak małe dziecko z powodu rybki, która zde­chła, kiedy ona i Alea miały po osiem lat.

Z tego wszyst­kiego zapo­mniała na chwilę, dla­czego w ogóle się tu znaj­duje. Przy­po­mniała jej o tym dopiero Lucille Lan­der­son, oznaj­mia­jąc, że dziew­czyna prze­szła Test Samo­kon­troli pomyśl­nie.

Cóż. Jeśli cho­dziło o nie­zmie­nia­nie się w zwie­rzęta, Erin była praw­dziwą pro­fe­sjo­na­listką. Mogła się nie zmie­niać nie­za­leż­nie od sytu­acji.

Bene­dict Alard podał jej kolejny, jesz­cze mniej­szy papie­rowy kube­czek z dziwną pigułką, która miała zni­we­lo­wać dzia­ła­nie żelo­wego wywaru. Prze­łknęła ją bez popi­ja­nia i przez chwilę trwali tak w trójkę w nie­zręcz­nym mil­cze­niu. Nauczy­ciele nie zamie­rzali jej bowiem wypu­ścić, dopóki w pełni nie ochło­nie.

Opu­ściła gabi­net potar­gana i zaczer­wie­niona, na chwiej­nych nogach.

Zatrzy­mała się za zakrę­tem kory­ta­rza, gdzie aku­rat nikogo nie było. Dopiero w samot­no­ści, z dala od gabi­netu Rady, poczuła praw­dziwą ulgę. Wzięła głę­boki oddech i wypusz­cza­jąc powie­trze, oparła się o chłodną ścianę, przy­my­ka­jąc na chwilę oczy.

Udało się. Prze­żyła. Po raz kolejny naja­dła się stra­chu, ale wciąż była w Mal­la­roy i nikt nie odkrył jej sekretu.

Pra­wie usły­szała łomot kamie­nia, który spadł z jej serca.

***

Alea miała wra­że­nie, że obiek­tyw kamery obser­wuje ją czuj­nie, niczym oko żywej istoty. Wie­działa, że to irra­cjo­nalna myśl wywo­łana przez stres, nie zatrzy­mało to jed­nak dresz­czy, które prze­bie­gły po jej ple­cach.

Bała się. Wście­kłość wez­brała i odpły­nęła niczym fala, pozo­sta­wia­jąc po sobie mniej dyna­miczne, ale trwal­sze emo­cje. Gorycz i strach. W ciągu szes­na­stu lat życia zdą­żyła się już nauczyć, że o ile odczu­wać warto wiele, o tyle oka­zy­wać - już nie­ko­niecz­nie. W każ­dym razie nie zawsze. Sie­działa więc sztywno na drew­nia­nym krze­śle i przy­glą­dała się swo­jemu minia­tu­ro­wemu odbi­ciu w rogu ekranu, pró­bu­jąc spra­wiać wra­że­nie nie­wzru­szo­nej. Wycho­dziło jej to cał­kiem, cał­kiem, bo jeśli nawet nie była nie­wzru­szona, to na pewno zde­ter­mi­no­wana.

Eve opu­ściła kuch­nię, kiedy tylko usta­wiła lap­topa ze słu­chaw­kami na stole i zaini­cjo­wała połą­cze­nie. Alea była jed­nak pewna, że czają się obie z Cyn­thią gdzieś za rogiem - w otwar­tym na przed­po­kój salo­nie lub na kory­ta­rzu po dru­giej stro­nie kuchni. Nie dawały jej pry­wat­no­ści, ale jedy­nie jej ilu­zję. Wyglą­dało na to, że był to motyw prze­wodni całej ich dotych­cza­so­wej zna­jo­mo­ści.

Okno z obra­zem z cudzej kamery wresz­cie ożyło, uka­zu­jąc Mar­tina Gal­la­ghera.

Alea odkaszl­nęła ner­wowo, czu­jąc, jak pod wpły­wem prze­ni­kli­wego spoj­rze­nia sza­rych oczu wzbiera w niej zwąt­pie­nie. Wzrok męż­czy­zny nie tra­cił swo­jej prze­ni­kli­wo­ści nawet zapo­śred­ni­czony przez ekran lap­topa.

Gal­la­gher nic nie powie­dział. Nawet się nie przy­wi­tał. Włą­czył obraz i po pro­stu sie­dział w swoim słabo oświe­tlo­nym gabi­ne­cie, wpa­tru­jąc się w Aleę Lan­ford z bar­dzo czy­tel­nym roz­cza­ro­wa­niem.

Ona wytrzy­mała i jego mil­cze­nie, i jego spoj­rze­nie. On wytrzy­mał jej upór. Się­gnął poza kadr po papie­rosa, a gdy go zapa­lił, Alea mogła przy­siąc, że czuje zapach dymu.

Odkaszl­nęła raz jesz­cze, bo zaschło jej w gar­dle.

- Myśla­łam, że uży­wa­nie lap­topa naraża mnie na zlo­ka­li­zo­wa­nie.

Mar­tin podra­pał się po orlim nosie. Alea dowie­działa się już, że jego praw­dziwą formą jest orzeł. Zasta­na­wiała się, czy ta zbież­ność jest przy­pad­kowa.

- Naraża - przy­znał spo­koj­nie, lekko zachryp­nięty. - Jest to jeden z wielu powo­dów mojego nie­za­do­wo­le­nia, ale jeśli dobrze rozu­miem, nie dało się prze­mó­wić ci do roz­sądku. - Gal­la­gher zna­lazł chwilę na tę szopkę tylko dla­tego, że Eve donio­sła mu o cał­ko­wi­tej odmo­wie współ­pracy ze strony Alei. Kobiety bały się, że jeśli nie ustą­pią jej cho­ciaż tro­chę, naprawdę będzie pró­bo­wała uciec. - Cyn­thia musiała się mocno posta­rać, by umoż­li­wić to połą­cze­nie...

- Oczy­wi­ście, że tak... - mruk­nęła Alea sama do sie­bie z powąt­pie­wa­niem, czu­jąc, jak iry­ta­cja wypiera część stra­chu. Ponad mie­siąc żyła odcięta od komórki i lap­topa, po czym wystar­czyło tup­nąć nogą i nagle Cyn­thia zna­la­zła roz­wią­za­nie. Jasne.

- ...ale i tak nie jest to w pełni bez­pieczne. Nie możemy roz­ma­wiać długo - skoń­czył Mar­tin spo­koj­nie, cho­ciaż celowo gło­śniej niż wcze­śniej, i dopiero wtedy sko­men­to­wał jej wtrą­ce­nie. - Nie rób tego.

- Słu­cham? - Alea poczuła się zdez­o­rien­to­wana.

- Nie uda­waj teraz upar­tego, roz­wy­drzo­nego bachora - spre­cy­zo­wał męż­czy­zna dość obo­jęt­nym tonem. - Zdą­ży­łaś nam już poka­zać, że potra­fisz być bar­dzo doj­rzała.

Alea zaci­snęła mocno dło­nie na ramie krze­sła. Pod­ło­kiet­niki były drew­niane, sta­wiły więc natych­miast opór, ale i tak napie­rała coraz moc­niej i moc­niej, czu­jąc roz­pacz­liwą potrzebę, by się w coś wbić. Wgryźć. Coś zła­pać.

Nie odwró­ciła wzroku.

- To było wtedy, kiedy myśla­łam, że mówi­cie prawdę - zauwa­żyła.

"Nie oka­zuj stra­chu" - przy­po­mi­nała sobie z każdą kolejną chmurą dymu, która wypły­wała na ekran z ust Mar­tina Gal­la­ghera.

- Ach, tak. - Męż­czy­zna poki­wał głową z rezy­gna­cją, a potem wygła­dził czarną brodę. Teraz dostrze­gła, że jest zmę­czony. Wszystko w jego ruchach i tonie suge­ro­wało, że nie bie­rze jej buntu na poważ­nie, ale oczy... To wła­śnie jego wzrok kar­mił jej lęki. - Eve powie­działa mi, że zażą­da­łaś powrotu do Mal­la­roy? - rzu­cił pra­wie pyta­jąco, jakby nie był pewien, czy dobrze zapa­mię­tał. - By zająć miej­sce swo­jej sio­stry...

- Tak - odparła twardo.

Od tego się zaczęło. Wczo­raj przy­ła­pała Cyn­thię na roz­mo­wie przez tele­fon i wyszło na jaw, że Erin jest w Mal­la­roy. Od tego czasu Alea moco­wała się na słowa z dwiema star­szymi Zmien­no­kształt­nymi.

Chciała wra­cać. Nie czuła się już bez­piecz­nie. Miała wra­że­nie, że coś wyrwało ją ze snu i teraz, po fak­cie, im dłu­żej ana­li­zo­wała nocne wizje, tym bar­dziej przy­po­mi­nały one kosz­mar. Chciała wró­cić tam, gdzie było jej miej­sce. Dla sie­bie i dla sio­stry. Nie było mowy, żeby świa­do­mie pozwo­liła tym Zmien­no­kształt­nym na trzy­ma­nie Erin w sen­tu­ral­nej szkole. Z Wam­pi­rami?! Z tak wiel­kim sekre­tem spo­czy­wa­ją­cym na jej bar­kach?!

Od tego się zaczęło, a skoń­czyło się wła­śnie tym: roz­mową wideo mię­dzy Zmien­no­kształt­nym poli­ty­kiem i nasto­latką, w któ­rej on pokła­dał jakieś nadzieje.

- A jeśli ci powiem, że twoja sio­stra cał­kiem dobrze się w tej szkole odnaj­duje? - zapy­tał po chwili, uno­sząc lekko krza­cza­ste brwi.

Gdyby onie­śmie­lał ją tro­chę mniej, Alea prych­nę­łaby gło­śno.

- Skąd mam wie­dzieć, że to nie kolejne kłam­stwo? - zapy­tała odważ­nie. Dło­nie drżały jej mimo wszystko. Zaczęły, gdy tylko roz­luź­niła uścisk na pod­ło­kiet­ni­kach krze­sła. Całe szczę­ście pozo­sta­wały jed­nak poza kadrem.

Mar­tin Gal­la­gher wes­tchnął ciężko. Demon­stro­wał swoje roz­cza­ro­wa­nie bez skrę­po­wa­nia. Alea nie potra­fiła powie­dzieć, czy było to szczere, czy jedy­nie pró­bo­wał ją w ten spo­sób zma­ni­pu­lo­wać. Obsta­wiała to dru­gie.

- Mam waż­niej­sze rze­czy do roboty niż kon­stru­owa­nie kłamstw na potrzeby szes­na­sto­latki - oznaj­mił z cie­niem iry­ta­cji w gło­sie i jakby dla pod­kre­śle­nia tych słów zer­k­nął na zega­rek. - Więc? Jak wygląda sytu­acja? - Papie­ros znik­nął gdzieś poza kadrem, zapewne w popiel­niczce. - Wiele osób ma zgi­nąć, bo poczu­łaś się ura­żona? Nie możemy wyja­wić ci wszyst­kich taj­nych infor­ma­cji o zagro­że­niu na skalę pię­ciu rodza­jów, więc obra­zisz się i prze­sta­niesz nam poma­gać?

- To nie tak - zaopo­no­wała, czu­jąc, jak jej men­talna zbroja trzesz­czy pod wpły­wem tych pra­wie kpią­cych oskar­żeń. - Prze­krę­casz moje słowa.

- Nie. - Mar­tin na powrót się odprę­żył i odchy­lił do tyłu. Naci­skał i odpusz­czał. Jakby pró­bo­wał zbu­do­wać w niej jakąś odpor­ność. - Usta­wiam po pro­stu wszystko we wła­ści­wej per­spek­ty­wie. Jesteś zła, ura­żona i chcesz wra­cać do domu. Coś się nie zga­dza?

Albo nie był w sta­nie dostrzec, że złość i uraza są jedy­nie przy­krywką dla stra­chu, albo nie chciało mu się nawet pró­bo­wać. Tak czy ina­czej, Alea poczuła dziwną mie­szankę triumfu i samot­no­ści.

- Jestem nie­ufna - popra­wiła go ostroż­nie. Nie mogła sobie pozwo­lić na roz­złosz­cze­nie tego męż­czy­zny, ale coś jej mówiło, że zupeł­nym pod­po­rząd­ko­wa­niem także nie wzbu­dzi w nim empa­tii. Gal­la­gher ewi­dent­nie chciał patrzeć na nią tak jak na Eve lub Cyn­thię. Jakby była kolej­nym doro­słym żoł­nie­rzem w jego dzi­wacz­nej armii. - Kła­ma­li­ście na temat mojej sio­stry. Skąd mam wie­dzieć, czy nie kła­mie­cie także na temat całego tego Wiel­kiego Nie­bez­pie­czeń­stwa? Nie mówi­cie mi niczego waż­nego.

- Mówimy - zaprze­czył męż­czy­zna, po czym się­gnął po kolej­nego papie­rosa. Alei zaczy­nało się robić duszno od samego patrze­nia. - Mówimy tyle, ile możemy ci bez­piecz­nie powie­dzieć: że nad­ciąga zagro­że­nie, któ­rego główną ofiarą będą Wam­piry i Wil­ko­łaki, ale przez sojusz pię­ciu rodza­jów my także pój­dziemy z nimi na dno. Dla­tego musimy się uzbroić do walki i zerwać łączące nas układy.

Tak, Alea znała dal­szy ciąg tej prze­mowy: była pierw­szą od bar­dzo dawna Zmien­no­kształtną potom­ki­nią Sal­de­rów, któ­rzy posia­dali nie­gdyś spe­cjalną zdol­ność ima­gi­na­cji. Pro­wa­dzono więc bada­nia na jej krwi, by spraw­dzić, czy nie da się tych obu­dzo­nych nagle na nowo zdol­no­ści jakoś prze­ka­zać pozo­sta­łym przed­sta­wi­cie­lom rodzaju, żeby mieli więk­sze szanse na prze­trwa­nie. Dru­gim poru­sza­nym tema­tem była Zmien­no­kształtna pre­zy­dentka Fran­cis Rowe, która odma­wiała chro­nie­nia wła­snego rodzaju poprzez zła­ma­nie soju­szu, bo jej żona była Wil­ko­łaczką. Gal­la­gher zamie­rzał ją zdys­kre­dy­to­wać i zrzu­cić z urzędu. Ist­nie­nie Alei było mu tu bar­dzo na rękę, bo Rowe pod­czas kam­pa­nii wybor­czej kła­mała na temat wła­snego powią­za­nia z histo­rycz­nymi Sal­de­rami.

- Powie­dzie­li­śmy ci bar­dzo, bar­dzo dużo - powtó­rzył Gal­la­gher. - O nadej­ściu Wiel­kiego Nie­bez­pie­czeń­stwa nie wie pra­wie nikt poza lide­rami i repre­zen­tan­tami sen­tu­ral­nych rodza­jów. Myślisz, że zaan­ga­żo­wa­li­by­śmy tyle osób w kre­owa­nie tak skom­pli­ko­wa­nego kłam­stwa spe­cjal­nie dla cie­bie? - prych­nął cicho. - Po co?

Alea nie miała poję­cia, co odpo­wie­dzieć. Słowa Mar­tina brzmiały logicz­nie. Pro­sto i prze­ko­nu­jąco. A jed­nak nie mogła pozbyć się uczu­cia, że jest tą posta­cią z hor­roru, która scho­dzi do piw­nicy pierw­sza, pod­czas gdy widzo­wie krzy­czą, żeby zawra­cała. Jesz­cze nie­wiele ponad mie­siąc temu była w domu z rodziną. Teraz, na innym końcu kraju, nie wie­działa nic i nie miała nad niczym kon­troli.

Może winna była jed­nak sen­tura, nie ona sama, Eve Mon­day, Cyn­thia Strike czy Mar­tin Gal­la­gher? Może cała jej dez­orien­ta­cja, strach i złe prze­czu­cia brały się z tego, że jej świat bez­pow­rot­nie wywró­cono do góry nogami. Para­no­icz­nie doszu­ki­wała się wiel­kiego pod­stępu, ponie­waż w rze­czy­wi­sto­ści jakaś jej część nie była gotowa zaak­cep­to­wać tego, co odkry­wała.

Poczuła cień wstydu. Oto sie­działa przed lap­to­pem, zabie­ra­jąc czas waż­nemu, wiecz­nie zaję­temu poli­ty­kowi, bo... co? Bo chciała wró­cić do domu...?

Coraz czę­ściej miała pro­blemy ze zro­zu­mie­niem, co sama czuje i czego chce. Bra­ko­wało jej gruntu pod nogami. A także per­spek­tywy.

Odkaszl­nęła ner­wowo po raz kolejny.

- Ale jakie mam dowody? - zapy­tała cicho. - Poza waszymi sło­wami? Skąd mam wie­dzieć, w co wie­rzyć... - Pyta­nie wydało jej się teraz idio­tyczne i nie była wła­ści­wie pewna, po co je zadaje.

- Nie dosta­łaś sen­tu­ral­nych ksią­żek? Nie widzia­łaś naszych sen­tu­ral­nych gazet? Fran­cis Rowe ist­nieje i jest pre­zy­dentką Zmien­no­kształt­nych. Ja ist­nieję, byłaś w biu­rze, w któ­rym pra­cuję. Sojusz ist­nieje, dosta­łaś list od jed­nej ze szkół i roz­ma­wia­łaś przez tele­fon z ich repre­zen­tan­tem - zaczął wymie­niać dowody. - Aleo. Wiem, że zro­bie­nie ze mnie wroga przy­nie­sie ci zapewne na chwilę ulgę. Jakiś cel, w któ­rym możesz ulo­ko­wać wszyst­kie nega­tywne emo­cje. To bar­dzo zro­zu­miałe, ale naiwne. Bądź, pro­szę, roz­sądna. Myślisz, że... co? Uknu­li­śmy to wszystko, żeby cię porwać? Po co? - zapy­tał raz jesz­cze. Potem pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. - Wiesz, ile to wszystko kosz­tuje? Wyna­ję­cie każ­dego domu, w któ­rym się zatrzy­ma­ły­ście. Opła­ce­nie ben­zyny na podróż przez kraj. Pokry­cie kosz­tów życia: two­ich, Cyn­thii i Eve. Rekom­pen­sata dla nich za zakłó­ce­nie per­so­nal­nego i pro­fe­sjo­nal­nego czasu tak nie­stan­dar­dową misją. Zor­ga­ni­zo­wa­nie trans­portu pobie­ra­nych ci pró­bek krwi we wła­ści­wych warun­kach oraz fun­dusz na prace labo­ra­to­ryjne. Wszel­kie sen­tu­ralne zapew­nie­nia waszego bez­pie­czeń­stwa... Wiesz, ile środ­ków zostało na to prze­zna­czone? - Sły­chać było, że nie ocze­kuje odpo­wie­dzi. - Myślisz, że zain­we­sto­wa­li­by­śmy tego rodzaju sumy w bez­ce­lowe upro­wa­dze­nie zmien­no­kształt­nej nasto­latki z Illi­nois? Ock­nij się, Aleo. Wszystko dookoła cie­bie jasno wska­zuje, że jesteś czę­ścią cze­goś znacz­nie więk­szego i nie­zwy­kle waż­nego. Zacho­wuj się ade­kwat­nie.

Ostat­nie słowa miały zabrzmieć kar­cąco, ale Alea, sie­dząc ze spusz­czoną głową i wpa­tru­jąc się we wła­sne kolana, odna­la­zła w nich coś na pogra­ni­czu groźby. Przez chwilę nie pod­no­siła wzroku, cho­wa­jąc tym samym twarz przed kamerą i przed prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem Gal­la­ghera.

Kosmo­sie. Chciała wie­rzyć temu zanu­rzo­nemu w papie­ro­so­wym dymie poli­ty­kowi. Pra­wie mu wie­rzyła. A jed­nak jakieś złe prze­czu­cie wla­zło jej pod skórę i wciąż nie potra­fiła go z sie­bie wyrzu­cić.

Wdech i wydech. Musiała zna­leźć jakieś miej­sce mię­dzy czuj­no­ścią a para­noją.

Chciała im pomóc. Na­dal, cały czas. Bra­ko­wało jej jed­nak twar­dego, nie­zby­wal­nego znaku, że to wszystko zmie­rza we wła­ści­wym kie­runku. Tylko czy nie zawsze tak jest? Czy nie każde ryzyko wiąże się ze zwąt­pie­niem?

Pod­nio­sła głowę, żeby znowu spoj­rzeć męż­czyź­nie w oczy.

- Czy moja sio­stra naprawdę jest tam bez­pieczna?

Wszystko w jej tonie i gło­sie wska­zy­wało na to, że już dała się prze­ko­nać. Mar­tin jedy­nie poki­wał głową. Potem znowu zer­k­nął na zega­rek.

Roz­mowa dobie­gała końca. Alea czuła, że zyskała wszystko i nic. Znów zaci­snęła ręce na krze­śle i wygrze­bała z sie­bie ostat­nie por­cje deter­mi­na­cji. Gal­la­gher cały czas ją onie­śmie­lał. Nawet gdy ją iry­to­wał, pozo­sta­wał... więk­szy, star­szy, waż­niej­szy. Powinna pew­nie do niego mówić "pro­szę pana", ale obco­wa­nie z Eve ją od tego odwio­dło. Tak czy ina­czej, nie było mowy o rów­no­rzęd­nej roz­mo­wie i może dla­tego robiła takie dzi­waczne wolty.

- Mam jedno życze­nie - oznaj­miła nieco ciszej, niż pla­no­wała. - Roz­ma­wiamy teraz, więc jed­nak da się jakoś zabez­pie­czyć połą­cze­nie...

- Wyjąt­kowo. Z wiel­kim tru­dem i dużymi kosz­tami - wszedł jej w słowo Mar­tin, prze­wi­du­jąc, do czego zmie­rza. - Kon­takt z Erin zro­dzi nie tylko ryzyko, że sys­tem Łow­ców cię zlo­ka­li­zuje, ale także narazi twoją sio­strę na pro­blemy w Mal­la­roy. Ktoś zawsze może ją tam pod­słu­chać, wszystko może wyjść na jaw. Eve i Cyn­thia już ci to tłu­ma­czyły.

Alea wypro­sto­wała się na krze­śle.

- Nie mam na myśli Erin.

***

Wspólne wie­czory w salo­nie stały się już pew­nym rytu­ałem dla paczki przy­ja­ciół z trze­ciego roku (oraz Tatiany, która była na roku czwar­tym). Przy­cho­dzili usiąść na kana­pach w jed­nym z kątów salonu, żeby przez chwilę uda­wać, że nie muszą odra­biać lek­cji. Cho­ciaż, mówiąc szcze­rze, nad zada­niami szkol­nymi także czę­sto pra­co­wali razem, mimo nieco róż­nych przed­mio­tów i nie­spój­nych pla­nów zajęć.

Teraz sie­dzieli roz­wa­leni: Keith na wiel­kim mięk­kim fotelu, Tatiana i Lizzy na gru­bych podu­chach, Erin i Lucas na kana­pie naprze­ciwko. Mię­dzy nimi leżał nie­wielki dywa­nik, na któ­rym bez­wstyd­nie roz­płasz­czył się Yorick.

Leżał na ple­cach, zupeł­nie roz­cią­gnięty, eks­po­nu­jąc jasne futro na brzu­chu, i nie poru­szył się zupeł­nie przez ostat­nie dzie­sięć minut.

- Czy on jesz­cze żyje? - zapy­tał Keith z cie­niem wąt­pli­wo­ści i nachy­lił się, by dźgnąć zwie­rzę lekko pal­cem. Yorick otwo­rzył jedno oko i posłał Wil­ko­ła­kowi tak mor­der­cze spoj­rze­nie, że ten cof­nął dłoń gwał­tow­nie, jak opa­rzony. - Demon, nie kró­lik - wymam­ro­tał pod nosem.

Lizzy udała, że tego nie usły­szała.

- Więc? - głos zabrał Lucas. - Jak ci dzi­siaj poszło?

Erin wzru­szyła lekko ramio­nami.

- No, zda­łam. - Uśmiech­nęła się zado­wo­lona.

- Naprawdę?! Super! - Lizzy uśmiech­nęła się pro­mien­nie. - Wiesz, nie chcia­łam wcze­śniej nic mówić, żeby cię nie stre­so­wać, ale wyda­wało mi się, że może być ci cię­żej, bo jesteś Echem. Wszystko jest jakby... dwa razy bar­dziej nowe, co nie?

Przy­ja­ciele ni­gdy jesz­cze nie widzieli Erin w zwie­rzę­cej for­mie. Utrzy­my­wała przed nimi, że wciąż nie ma pra­wie żad­nej kon­troli nad swo­imi mocami. Sta­tus Echa - osoby sen­tu­ral­nej, która uro­dziła się w rodzi­nie od kilku poko­leń zupeł­nie ludz­kiej - spra­wiał, że było to bar­dziej wia­ry­godne. Nic więc dziw­nego, że wszy­scy po cichu ocze­ki­wali od niej nega­tyw­nego rezul­tatu z Testu Samokon­troli.

Erin poczuła na sobie prze­ni­kliwe spoj­rze­nie Tatiany, ale nie spoj­rzała na przy­ja­ciółkę. Zamiast tego uśmiech­nęła się tro­chę na siłę.

Jasne, że zdała. Nie­trudno zdać, jak jest się cho­ler­nym czło­wie­kiem. Nie mogła im jed­nak powie­dzieć prawdy, posta­no­wiła więc roz­luź­nić atmos­ferę żar­tem.

- Lucas, czy możesz powie­dzieć Lizzy, dla­czego zda­łam? - zapy­tała słodko i zamru­gała osten­ta­cyj­nie rzę­sami, pró­bu­jąc wcie­lić się w Pamelę Pay­ton w cza­sie roz­mowy z Micha­elem Casta­la­wem.

Wil­ko­łak pod­jął grę bez mru­gnię­cia okiem. By wejść w rolę, uło­żył ramię na opar­ciu kanapy za dziew­czyną i roz­po­starł nogi sze­rzej, uśmie­cha­jąc się per­fid­nie.

- Oczy­wi­ście, słońce. - Prze­szedł momen­tal­nie od uda­wa­nia Micha­ela do uda­wa­nia Jaspera, a potem kon­ty­nu­ował już we wła­snym stylu. - Widzisz, moja droga Eli­za­beth - spoj­rzał na Lizzy, która zmarsz­czyła nos na dźwięk swo­jego peł­nego imie­nia - nasza kochana Alea Lan­ford jest, można powie­dzieć, oazą spo­koju. Jest jak trzcina na wie­trze: mocna, ale ela­styczna. Jest, mówiąc bar­dziej pre­cy­zyj­nie, zdolna w pełni kon­tro­lo­wać swoje emo­cje, czego oczy­wi­ście mamy liczne dowody. Zapy­taj o to cho­ciażby lidera Wam­pi­rów.

Keith i Lizzy par­sk­nęli śmie­chem. Wargi Tatiany drgnęły. Erin szturch­nęła Lucasa łok­ciem.

- I ty? I ty, Bru­tu­sie, prze­ciw mnie?! - Załkała teatral­nie, choć powstrzy­my­wała sze­roki uśmiech.

W chwi­lach takich jak ta czuła, że naprawdę odna­la­zła w Mal­la­roy swoje miej­sce i tęsk­nota za rodziną oraz daw­nymi przy­ja­ciółmi sta­wała się bar­dzo odle­gła. Potem przy­po­mi­nała sobie, że ma to wszystko tylko do grud­nia. Jesz­cze nie­dawno bła­gała, żeby Alea wró­ciła. A teraz? Nie była w sta­nie sobie wyobra­zić, jak obie udźwi­gną kolejną zamianę.

Jej roz­my­śla­nia prze­rwały wibra­cje komórki. Z nie­chę­cią odkle­iła się od podu­szek kanapy i wygrze­bała tele­fon z kie­szeni dżin­sów. Skrzy­wiła się lekko na widok napisu "mama" na wyświe­tla­czu. Jej uko­chana matka Wenona Lan­ford była osobą nie­zwy­kle wyedu­ko­waną, ale jakimś cudem wciąż nie zdo­była jesz­cze wie­dzy na temat tego, że roz­mowy tele­foniczne mogą trwać kró­cej niż pół godziny.

- Dom - rzu­ciła do zna­jo­mych i pod­nio­sła się, by zna­leźć bar­dziej pry­watne miej­sce na roz­mowę.

***

- Halo? Córeczko?

- Cześć, mamo! - Na wszelki wypa­dek Erin przy­brała wyjąt­kowo rado­sny ton. - Co tam?

- Wszystko dobrze, wszystko dobrze. Słu­chaj, dziecko, pamię­tasz, że za tydzień są uro­dziny ojca, tak? Może wró­cisz do domu? Spę­dzi­li­by­śmy razem week­end. Hmm?

Erin na chwilę ogar­nęła eks­cy­ta­cja. Cza­sem łapała się na tym, że emo­cje, które odczu­łaby w daw­nym życiu, wyry­wały się naprzód i dopiero po nich poja­wiała się świa­do­mość obec­nych kom­pli­ka­cji. A obecne kom­pli­ka­cje były takie, że uda­wała przed matką obie bliź­niaczki jed­no­cze­śnie, w tym jako Alea do końca paź­dzier­nika nie mogła opusz­czać Mal­la­roy z powodu kary za wybryki zwią­zane z grą o klucz (bójki, sabo­taż radio­wę­zła, wła­ma­nie do pokoi lide­rów oraz, ekhem, pożar). Ozna­czało to jesz­cze trzy dłu­gie tygo­dnie bez week­en­do­wych wypa­dów do mia­sta.

Znaj­do­wała się na mało uczęsz­cza­nym kory­ta­rzu za salą bilar­dową i obec­nie nikogo innego tam nie było. Oparła się więc bez­wstyd­nie czo­łem o chłodną ścianę w geście despe­ra­cji.

- Hej, słu­chasz mnie? - pona­gliła ją mama. - Zamie­rzam upiec tort! - Erin natych­miast się skrzy­wiła, ale jej rodzi­cielka nie mogła jej zoba­czyć, więc kon­ty­nu­owała: - Wiem, że rok temu wyszedł mi paskudny. Tak samo jak dwa lata temu i trzy. Oraz cztery i pięć. Twoja matka nie jest dobra w kuchni, co na to pora­dzę? Nic. To zna­czy, nie no. Pora­dzę. Coś pora­dzę. W tym roku już wyj­dzie, tak myślę. Derek upiera się, żeby­śmy zamó­wili zapa­sowy w cukierni, ale ja takiego braku wiary w moje umie­jęt­no­ści tole­ro­wać nie będę, prawda? Przy­jedź, to mnie wes­przesz! Skoro twój brat ewi­dent­nie nie ma zamiaru...

- Mamo - Erin udało się zna­leźć moment, by prze­rwać ten mono­log - bar­dzo bym chciała przy­je­chać, ale nie mogę. Mam mnó­stwo roboty, wiesz, jak to jest... W dodatku wszystko jest na­dal dość nowe tu w Mal­la­roy, trzeba zro­bić jak naj­lep­sze wra­że­nie, skoro dali to super­sty­pen­dium...

- Erin, dziecko, co ty wyga­du­jesz? - prze­rwała jej kobieta z roz­ba­wio­nym znie­cier­pli­wie­niem. - Prze­cież to Alea jest w Mal­la­roy! Co ty mi tu ściem­niasz za sio­strę, co? No poważ­nie, dziew­czyno...

Erin gwał­tow­nie odsu­nęła komórkę od ucha, żeby na nią szybko spoj­rzeć.

Cho­lera jasna. Pomy­liła tele­fony. Miały z Aleą dokład­nie ten sam model i Erin celowo zmie­niła kolo­rową nakładkę sio­stry na kopię swo­jej wła­snej, prze­zro­czy­stej. Dzięki temu wyglą­dały pra­wie iden­tyczne i nikt nie mógł jej przy­ła­pać na tym, że w ciągu dnia wie­lo­krot­nie używa dwóch róż­nych komó­rek. Zazwy­czaj dobrze jej szło pil­no­wa­nie, który jest który. Każdy miał wła­sne miej­sce w jej ple­caku i inną tapetę. Dzi­siaj całą jej uwagę pochło­nął jed­nak Test Samo­kon­troli. Pisała z bra­tem jako Alea, potem z Beth jako Erin. W któ­rymś momen­cie musiała się zakrę­cić i w jej kie­szeni wylą­do­wała nie ta komórka, która powinna.

Co za głupi, głupi błąd.

- Em. No tak - rzu­ciła zmie­szana. - Mia­łam na myśli Aleę, mamo. W sen­sie, ja mam dużo roboty u sie­bie, a ona nie będzie mogła przy­je­chać z powodu inten­syw­nej nauki w Mal­la­roy...

- Dziecko, prze­cież wiem! - Wenona Lan­ford zaśmiała się cicho pod nosem. - Roz­ma­wia­łam już z Aleą. Dzwo­nię do CIE­BIE i pytam się CIE­BIE, prze­stań mi mówić o swo­jej sio­strze. Doprawdy, dziew­czynki, od was coś wycią­gnąć to jest praw­dziwe święto. Pomy­ślałby kto, że każda infor­ma­cja jest jakimś wiel­kim sekre­tem!

Erin zakrztu­siła się powie­trzem i dostała napadu dzi­kiego kaszlu. Kiedy wresz­cie zła­pała oddech, jej oczy łza­wiły, a policzki były czer­wone.

- Halo? Erin? Oddy­chasz? Co się tam dzieje? Nie no, doprawdy, roz­mowa z tobą to jest praw­dziwa przy­goda, córeczko...

- Jak to roz­ma­wia­łaś z Aleą?!

Wszyst­kie roz­mowy z rodzi­cami w imie­niu sio­stry przez ostatni mie­siąc odby­wała ona! I z pew­no­ścią takiej roz­mowy nie odbyła! Praw­dziwa Alea miała być zupeł­nie odcięta od urzą­dzeń tele­fo­nicz­nych! Co się, cho­lera, znowu działo?!

Myśli Erin galo­po­wały. Miała już dzie­sięć teo­rii i każda brzmiała nie­re­al­nie.

- Jak to "jak to"? - żach­nęła się Wenona. - Zadzwo­niła do mnie chwilę temu. Widzisz, Erin, nie­które dzieci same dzwo­nią do swo­ich matek pełne ochoty na roz­mowę. Inne tym­cza­sem krztu­szą się do słu­chawki po tygo­dniu mil­cze­nia.

- Mamo!

- No już, już. Alea zadzwo­niła, nie zacho­wuj się, jakby to był aż tak wielki skan­dal. Poży­czyła nawet spe­cjal­nie tele­fon od jakiejś zna­jo­mej, bo jej się aku­rat roz­ła­do­wał...

- Masz ten numer?! - wypa­liła Erin, z tru­dem się kon­tro­lu­jąc. - Tej zna­jo­mej? Możesz mi go podać?!

- Dziecko, czy wszystko w porządku? - zapy­tała po krót­kiej pau­zie Wenona. Wcze­śniej mówiła wciąż dość żar­to­bli­wym tonem, teraz spo­waż­niała, ewi­dent­nie zauwa­ża­jąc, że wzbu­rze­nie córki jest zbyt wiel­kie jak na tak błahą sprawę. - Czy ty i twoja sio­stra jeste­ście w trak­cie jakiejś kłótni...?

- Nie - zaprze­czyła Erin po krót­kiej pau­zie. Matka pod­su­nęła jej nie­świa­do­mie cał­kiem wia­ry­godną wymówkę, ale dziew­czyna wolała nie kom­pli­ko­wać wszyst­kiego jesz­cze bar­dziej. - Wszystko jest okej. Po pro­stu... mam pilną sprawę i się aku­rat nie mogę do niej dobić. Pew­nie na­dal ma roz­ła­do­waną komórkę, tak jak powie­dzia­łaś... - Przy­mknęła oczy i znowu oparła się o ścianę, tym razem ple­cami. - Dopiero się zaczy­nam przy­zwy­cza­jać, że nie mam jej już na wycią­gnię­cie ręki, wiesz? - dodała i tym razem nie musiała kła­mać. - Do tej pory były­śmy zawsze razem...

- Och, córeczko - wes­tchnęła ze współ­czu­ciem kobieta. - Wiem, że to musi być dla cie­bie trudne. Zresztą dla was obu. Alea przy­naj­mniej pięć razy pod­kre­ślała, żebym się do cie­bie ode­zwała, i prze­ka­zała pozdro­wie­nia od niej. Pięć razy! Pozdro­wie­nia prze­ka­zane przeze mnie? Ha! Prze­cież wy z pew­no­ścią pro­wa­dzi­cie rów­no­le­gle trzy różne kon­wer­sa­cje w trzech róż­nych apli­ka­cjach, co? Cza­sem obie jeste­ście roz­kosz­nymi dzi­wa­dłami, naprawdę. No, ale. Co do numeru: ta jej zna­joma chyba zaraz wyjeż­dża. Coś takiego... Nie wiem, ale Alea od razu mi powie­działa, że to jakaś jed­no­ra­zowa sytu­acja i nie mam go sobie nawet zapi­sy­wać. No więc musisz ją zła­pać ina­czej, cór­ciu. Ale pozdra­wiam cię od two­jej sio­stry ser­decz­nie. Pro­szę. Żeby nie było, że obie­ca­łam, a nie zro­bi­łam!

A więc to był jed­no­ra­zowy kon­takt? O czym roz­ma­wiały? Jak miała o to zapy­tać, nie wzbu­dza­jąc kolej­nych podej­rzeń?! Kosmo­sie! Co za bała­gan...

- Czyli Alea będzie mogła przy­je­chać czy nie? - dopy­tała się Erin, łapiąc się jesz­cze tej jed­nej nadziei. Może u jej sio­stry coś się zmie­niło? Może wraca już teraz, nie w grud­niu...? No, ale prze­cież cała ta tajna orga­ni­za­cja dałaby chyba o tym Erin znać!

Tym­cza­sem Wenona Lan­ford wes­tchnęła gło­śno.

- Erin Lan­ford, roz­mowa z tobą jest kata­strofą - oznaj­miła dra­ma­tycz­nie. - Alea nie przy­je­dzie, ma za dużo pracy. Sama prze­cież mi to chwilę temu powie­dzia­łaś! Ona twier­dziła dokład­nie to samo. Bar­dzo to nie­for­tunne, ale cóż, jest w pre­sti­żo­wej szkole, niech się uczy i korzy­sta, ile może! No a ty? Na pewno nie dasz rady wpaść cho­ciaż na sobotę? Ojciec bar­dzo się ucie­szy! Pomyśl o tor­cie, Erin. Pomyśl o tor­cie.

Nie­za­leż­nie od tego, jakim imie­niem się do niej zwra­cano, Erin na­dal nie mogła się ruszyć z Mal­la­roy. Obec­nie to nie mogła się nawet ruszyć z kory­ta­rza. Stała i patrzyła w sufit, sta­ra­jąc sobie jakoś to wszystko poukła­dać, ale prawda była taka, że już zupeł­nie nie wie­działa, na czym stoi.

- Naprawdę nie mogę, mamo - wes­tchnęła wresz­cie ciężko. - Dosta­łam szla­ban za jeden głupi wybryk i muszę sie­dzieć w inter­na­cie - dodała, wie­dząc, że bez tego argu­mentu będzie musiała prze­trwać kolejne dwa­dzie­ścia minut prze­ko­ny­wa­nia, a obec­nie nie miała w sobie na to siły.

Miała ochotę zaśmiać się ponuro, bo jej dwie role mie­szały się coraz bar­dziej.

Dobra. Nie­ważne. Pozy­tywy. Erin w końcu otrzy­mała znak, że Alea ma się dobrze. Zadzwo­niła do matki i zacho­wy­wała się naj­wy­raź­niej nor­mal­nie, pod­trzy­mu­jąc całą przy­krywkę, a potem kazała pozdro­wić Erin. Wszystko wska­zy­wało na to, że jest wciąż uwi­kłana w coś dzi­wacz­nego, ale bez­pieczna.

- Erin Lan­ford. - Tym razem ton jej matki zro­bił się naprawdę surowy. - Jesteś poza domem ledwo sześć tygo­dni i już wpa­dłaś w kło­poty? No bła­gam cię! Jaki wybryk?!

Ups. Po namy­śle: mogła jed­nak tę infor­ma­cję zosta­wić dla sie­bie.

- Yyy. Mamo? Bo ja muszę koń­czyć, wiesz? No ja wiem, wiem, bar­dzo dziwny zbieg oko­licz­no­ści, ale aku­rat w tym momen­cie muszę się roz­łą­czyć. Też cię kocham! Pozdrów tatę i Dereka! No i Aleę. Ha, ha. Okej, super, dzięki, paaaa!

Roz­łą­czyła się szybko i ode­tchnęła głę­boko, wra­ca­jąc wzro­kiem na sufit. Okła­my­wa­nie matki wyssało z niej resztki ener­gii, ale udało jej się chyba pomyśl­nie wybrnąć z wszyst­kich kom­pli­ka­cji.

Nie­stety nowe pro­blemy od pew­nego czasu cze­kały za rogiem.

Wie­cie, jak wiel­kiego miała pecha?

TAK wiel­kiego:

- Alea ma się dobrze, Lan­ford? Może pozdro­wisz ją także ode mnie?

Michael Casta­law stał na kory­ta­rzu zale­d­wie kawa­łek od niej i uśmie­chał się kpiąco. Wyglą­dał bar­dzo dobrze i bar­dzo iry­tu­jąco, czyli tak jak zawsze.

W ciągu szkol­nego tygo­dnia sala bilar­dowa nie cie­szyła się wielką popu­lar­no­ścią, więc choć Wam­piry prze­grały rywa­li­za­cję o pierw­szeń­stwo, elita Wam­pi­rów umó­wiła się na grę bez lęku, że zabrak­nie stołu. Jasper, Pamela i Chri­sto­pher cze­kali już w sali, w towa­rzy­stwie grupy, która hero­icz­nie pozba­wiła Erin i jej przy­ja­ciół miej­sca pod­czas śnia­da­nia. Michael tym­cza­sem wybrał okrężną drogę. Chciał zebrać myśli przed kolej­nym poka­zem wła­dzy, jed­nak zamiast tego wpadł na Lan­ford.

Erin nie zare­ago­wała na jego zaczepkę od razu, bo była zbyt zasko­czona. Czy Casta­law sły­szał całą roz­mowę?! Nie, nie­moż­liwe. Zauwa­ży­łaby go, to po pierw­sze. A po dru­gie, gdyby usły­szał jej wielki sekret, uśmie­chałby się paskud­niej.

- No co jest, Lan­ford? - Michael wsu­nął non­sza­lancko dło­nie do kie­szeni ciem­nych spodni i zbli­żył się kilka kro­ków. - Jesz­cze chwilę temu mówi­łaś o sobie w trze­ciej oso­bie, a teraz nie chcesz mówić wcale?

Drań.

- Zjeż­dżaj, Michael, jestem zajęta - wark­nęła jed­no­cze­śnie zła i zestre­so­wana.

Wyko­nała krok, pró­bu­jąc go omi­nąć. Zaszedł jej drogę.

- Mów tak do mnie dalej, to długo w tej szkole nie pocią­gniesz.

Wciąż uśmie­chał się podle i Erin zdała sobie nagle sprawę, że chło­pak ma dobry humor. Casta­law w każ­dym sta­nie był gotów uprzy­krzać jej życie, ale gdy miał dobry humor, miał też nad sobą kon­trolę i sta­wał się trud­niej­szym prze­ciw­ni­kiem. Bra­ko­wało jej teraz na to i czasu, i siły.

- Jest mi tu bar­dzo dobrze, dzię­kuję za tro­skę - rzu­ciła, nie kry­jąc znie­cier­pli­wie­nia. - Mogę przejść?!

Znów wyko­nała krok, by go omi­nąć, ale on po raz kolejny zablo­ko­wał jej drogę. Nie wpy­chał się jed­nak wcale prze­sad­nie w jej prze­strzeń oso­bi­stą i Erin musiała z nie­chę­cią przy­znać, że z ich dwójki to ona bar­dziej zasłu­gi­wała na miano fizycz­nego drę­czy­ciela. Drę­czy­cielki. Koniec koń­ców dała mu nie­dawno w twarz.

Szkoda, że to gościa nie zachę­ciło do trzy­ma­nia się od niej z daleka.

- No, nie wiem. Czy Alea zga­dza się, żebyś prze­szła?

Erin poczuła, że musi zamknąć ten temat, zanim chło­pak zacznie brać go na poważ­nie.

- Sły­sza­łeś kie­dyś, że kilka osób może nosić to samo imię? - zapy­tała wyzy­wa­jąco. Chciała przejść, chciała wró­cić do salonu i uda­wać, że nie jest uwi­kłana w dzi­waczne intrygi. NIE chciała za to uże­rać się z księ­ciem Wam­pi­rów. - Tak się składa, że mam przy­ja­ciółkę Aleę. Zado­wo­lony? Zjeż­dżaj mi z drogi, Michael, mówię poważ­nie.

Wam­pir zmarsz­czył brwi i zaczął przy­glą­dać się jej uważ­niej. Cokol­wiek dostrzegł, spra­wiło, że spo­waż­niał nieco, a przy­naj­mniej dał sobie spo­kój z pod­łym uśmiesz­kiem. W odpo­wie­dzi nie padła także żadna nowa zaczepka.

Zapa­dła cisza. Casta­law po pro­stu się gapił. Im dłu­żej to trwało, tym trud­niej Erin było odna­leźć się w sytu­acji. Bez bariery z cię­tych komen­ta­rzy i gry­ma­sów nie­chęci nie­wiele bro­niło ją przed wam­pi­rzym cza­rem. Kosmo­sie, naj­wyż­szy czas wró­cić do śle­dze­nia jakie­goś boys­bandu. Może jak się napa­trzy na ład­nych chło­pa­ków w inter­ne­cie, to kon­takt z jed­nym na żywo nie będzie taki... roz­pra­sza­jący.

Dzi­waczne napię­cie rosło. Zer­k­nęła bez celu na swoją komórkę, potem gdzieś w bok, a następ­nie na rękę ze złotą smugą i sygne­tem na palcu, aż wresz­cie znów na twarz Wam­pira.

Michael przez chwilę wyda­wał się jesz­cze poważny, potem nagle odprę­żył się, prze­cze­sał pal­cami jasne włosy i na jego usta wypełzł wolno uśmie­szek osoby, która wie, jak wygląda, i potrafi zauwa­żyć, gdy robi to na kimś wra­że­nie.

Erin zdała sobie sprawę, że się gapiła i że została przy­ła­pana. Oraz, co gor­sza, że chło­pak celowo to wyre­ży­se­ro­wał.

- Och, pieprz się - rzu­ciła, masku­jąc wstyd iry­ta­cją, i omi­nęła go, tym razem na wszelki wypa­dek toru­jąc sobie przej­ście ręką, gdyby znów zachciało mu się zacho­dzić jej drogę.

Nie zachciało mu się. Zamiast tego odwró­cił się, by odpro­wa­dzić ją wzro­kiem.

- Karna godzina za nie­sto­sowne słow­nic­two, Lan­ford! - zawo­łał jesz­cze rado­śnie.

Erin miała ochotę wrzesz­czeć.

Tego samego wie­czoru na ścia­nie plo­tek ktoś naba­zgrał kredą wielką, białą jedynkę przy ist­nie­ją­cym już zerze i teraz podzi­wiany jesz­cze nie­dawno przez wszyst­kich napis gło­sił: "Casta­law 10 - 1 Lan­ford".

2.

Odmienne perspektywy

Na samym połu­dniu Ari­zony, za skrzy­żo­wa­niem dwóch asfal­to­wych dróg doni­kąd i zapo­mnianą sta­cją ben­zy­nową przy­cup­nął przy­drożny bar, w towa­rzy­stwie kilku niskich zie­lo­nych krze­wów i połaci pra­wie poma­rań­czo­wej od upa­łów trawy. Na piasz­czy­stym par­kingu cze­kały trzy samo­chody: dwie tere­nówki i jeden stary kabrio­let. Słońce stało wysoko, gotowe zagrać klu­czową rolę w sce­nie jakie­goś współ­cze­snego westernu. Daleko na hory­zon­cie maja­czyły syl­wetki gór.

Sytu­acja wyglą­dała nastę­pu­jąco: Cyn­thia sie­działa przy kle­ją­cym się lekko sto­liku z obcym męż­czy­zną. Zza baru łypał na nich wła­ści­ciel, a zza brud­nej szyby pod­glą­dała ich Alea ukryta w skó­rze kota. Ją tym­cza­sem obser­wo­wała Eve, scho­wana w samo­cho­dzie. Dopiero co przy­brała ludzką formę i wło­żyła na sie­bie wygrze­bane z bagaż­nika szorty i biały top.

Cyn­thia mimo upału miała na sobie dłu­gie ciemne spodnie cargo z wypcha­nymi kie­sze­niami i uprząż z bro­nią. Wła­śnie to spra­wiło, że Alea zde­cy­do­wała się ją śle­dzić.

Po roz­mo­wie z Mar­ti­nem zawi­sła w dziw­nej prze­strzeni mię­dzy zro­zu­mie­niem a podejrz­li­wo­ścią. Nie czuła się zagro­żona, ale nie potra­fiła też zaufać Zmien­no­kształt­nym. Gdy Cyn­thia cof­nęła się do domu po ple­cak, Alea sko­rzy­stała z otwar­tych drzwi pojazdu i upew­niw­szy się, że nikt jej nie widzi, wśli­zgnęła się w zwie­rzę­cej postaci pod tylne sie­dze­nie.

Bycie kotem opa­no­wała już naprawdę dobrze i dopiero po dobrych pię­ciu godzi­nach skóra zaczy­nała ją piec, dając znak, że nie jest to jej praw­dziwa forma. Była przy­zwy­cza­jona do kociej per­spek­tywy, innych kolo­rów i nowego spo­sobu odbie­ra­nia dźwię­ków oraz zapa­chów. Gdy tylko prze­stało to być kołu­jące (i mdlące), stało się uza­leż­nia­jące. Z każdą zmianą rze­czy­wi­stość otwie­rała się przed nią na nowo - ta sama, ale reje­stro­wana zupeł­nie ina­czej. Alea miała w gło­wie coraz wię­cej obra­zów pocho­dzą­cych z punktu widze­nia innego niż ten ludzki. Nie potra­fiła sobie nawet wyobra­zić, jak nie­zwy­kłe musi być opa­no­wa­nie więk­szej liczby form.

Teraz cho­dziło jed­nak nie o zbie­ra­nie wra­żeń, ale infor­ma­cji.

Cyn­thia nie miała poję­cia, że Alea zabrała się z nią na prze­jażdżkę, a Alea nie miała poję­cia, że Eve ani na chwilę nie stra­ciła jej z oczu i zakra­dła się do bagaż­nika pod posta­cią kuny. Usta­wiły się nie­świa­do­mie niczym domino i dla­tego gdy obcy męż­czy­zna nie­spo­dzie­wa­nie zerwał się z miej­sca i zaata­ko­wał, nastą­piła reak­cja łań­cu­chowa.

Wła­ści­ciel baru zaczął krzy­czeć coś po hisz­pań­sku, Cyn­thia i jej prze­ciw­nik rzu­cili się na sie­bie i prze­to­czyli po pod­ło­dze, nie prze­ry­wa­jąc szar­pa­niny. Alea nastro­szyła futro i syk­nęła z prze­ra­że­nia, pró­bu­jąc nadą­żyć za nimi wzro­kiem zza szyby.

- Nie ruszaj się stąd! - krzyk­nęła Eve, wyska­ku­jąc z samo­chodu. Była uzbro­jona, ale nie w pisto­let, tylko w drew­niany kołek.

Alea drgnęła, zasko­czona jej nagłym poja­wie­niem się. Potem prze­krę­ciła kocią głowę, pró­bu­jąc zorien­to­wać się, czy słowa rze­czy­wi­ście skie­ro­wane są do niej.

- Aleo! Wiem, że to ty! Zostań na miej­scu! - powtó­rzyła Eve ostro i szarp­nęła drzwi, po czym wpa­dła do baru przy akom­pa­nia­men­cie sta­rego dzwonka zawie­szo­nego pod sufi­tem.

Alea jed­nym susem dotarła do progu i wśli­zgnęła się do środka w ślad za Zmien­no­kształtną, igno­ru­jąc pole­ce­nie. Nie miała nawet czasu poczuć się zaże­no­wana tym, że jej misja śled­cza naj­wy­raź­niej od samego początku była fia­skiem.

Ledwo drzwi się za nią zamknęły, w barze zro­biło się cicho. Alea wsko­czyła na naj­bliż­szy sto­lik, cho­ciaż łapy tro­chę jej drżały, powę­dro­wała wzro­kiem w głąb pomiesz­cze­nia i... zamarła.

Na drew­nia­nej posadzce leżało wycią­gnięte bez­wład­nie ciało wyso­kiego męż­czy­zny, a z jego piersi ster­czało coś zło­wiesz­czo.

- ?Mierda! ?Lla­men a una ambu­lan­cia! - wrza­snął wła­ści­ciel baru: star­szy bar­czy­sty męż­czy­zna z piw­nym brzu­chem, gdy tylko otrzą­snął się z szoku. - ?Lla­men a la policía!

Cyn­thia otarła wierz­chem dłoni krew z roz­cię­tej wargi i pod­nio­sła się z kolan, zaci­ska­jąc zęby z bólu, gdy obite miej­sca dały o sobie znać.

- ?No! - Eve mówiła bie­gle po hisz­pań­sku (i zado­wa­la­jąco po fran­cu­sku). Tylko ona zro­zu­miała, że męż­czy­zna domaga się wezwa­nia karetki pogo­to­wia oraz poli­cji. Ruszyła w jego stronę, wciąż ści­ska­jąc w ręku kołek. - Nadie está herido - oznaj­miła sta­now­czo, że nikomu nic się nie stało. Brzmiało to w obec­nej sytu­acji tro­chę idio­tycz­nie.

Cyn­thia pode­rwała wzrok, wyrwana z oszo­ło­mie­nia po wygra­nej bójce. Wyglą­dało na to, że z piersi napast­nika wysta­wała ręko­jeść noża, który musiała mieć scho­wany w kie­szeni. Teraz jej mina zdra­dzała jasno, że abso­lut­nie nie spo­dzie­wała się spo­tkać Eve.

- Co ty tu robisz!? - wark­nęła wście­kle, dodat­kowo roz­draż­niona jesz­cze tym, że nie rozu­miała, co mówią. Alei chyba jak na razie nawet nie dostrze­gła.

Tym­cza­sem brzu­chaty wła­ści­ciel zmru­żył oczy i przy­glą­dał się Eve podejrz­li­wie zza baru. Zsu­nął wzrok na przed­miot, który trzy­mała w dłoni. Zmarsz­czył brwi, a potem jego wyraz twa­rzy się zmie­nił, jakby wresz­cie coś zro­zu­miał. Zapy­tał po hisz­pań­sku, skąd są.

Eve odparła wymi­ja­jąco, że nie stąd. Kątem oka zer­kała na Cyn­thię, która wyraź­nie tra­ciła cier­pli­wość. Potem skie­ro­wała uwagę z powro­tem na bar­mana.

- ?Hablas íngles?

Męż­czy­zna zro­bił ura­żoną minę.

- Jasne, że mówię po angiel­sku. Tu jest na­dal Ari­zona, panienko! - prych­nął i ruszył z miej­sca, by wyjść zza lady.

- To ty zaczą­łeś mówić po hisz­pań­sku! - obru­szyła się Eve.

- Bo po hisz­pań­sku jestem lep­szym akto­rem - burk­nął wła­ści­ciel. - Jak tu wpa­ro­wa­łaś, to myśla­łem, że jesteś czło­wie­kiem.

Oka­zało się, że cały ten czas trzy­mał nisko w dło­niach strzelbę, zasło­niętą przed ich wzro­kiem przez bar. Teraz wsparł jej lufę o ramię z wes­tchnie­niem i powiódł wzro­kiem po obu kobie­tach.

Cyn­thia otrze­pała kolana z pyłu.

- A ty jesteś...? - zapy­tała ostro. Głos miała zachryp­nięty, ale jej twarz odzy­skała już swój surowy wyraz.

Męż­czy­zna wyko­nał lekki ruch pod­bród­kiem i spło­wia­łymi zasło­nami wiszą­cymi w oknach szarp­nął nagle magiczny wiatr jego żywiołu. Na głos nie zade­kla­ro­wał niczego, zamiast tego zbli­żył się do ciała z kolej­nym wes­tchnie­niem.

Cyn­thia obser­wo­wała go czuj­nie.

- A kot to kot czy jest was trójka? - zapy­tał brzu­chaty Cza­ro­dziej, kuca­jąc przy Wam­pi­rze.

Dopiero teraz uwaga naj­star­szej Zmien­no­kształt­nej powę­dro­wała na przód lokalu, gdzie Alea wciąż stała na jed­nym ze sto­łów w postaci kota, nie­zdolna ode­rwać wzroku od nie­ży­wego ciała.

- Eve! - syk­nęła Cyn­thia, roz­po­zna­jąc zwie­rzę. Odwró­ciła się gwał­tow­nie do współ­pra­cow­niczki. - Coś ty wymy­śliła?! - Wście­kła się. - Po co tu jesteś i co ona tu robi?

- Mia­łam to pod kon­trolą - odparła Eve nie­cier­pli­wie. Zaci­skała i roz­luź­niała dłoń na nie­po­trzeb­nym już kołku.

- Panienki, trzeba go wziąć na zaple­cze, bo ina­czej jak ktoś tu wej­dzie, to wasze pro­blemy będą na mojej gło­wie. No więc kłót­nie zostaw­cie sobie na potem - rzu­cił wła­ści­ciel z cie­niem kpiny w gło­sie, po czym odło­żył broń na jedno z pustych krze­seł i już miał pochy­lić się nad cia­łem Wam­pira, gdy nagle coś go tknęło. Prze­krę­cił głowę, by spoj­rzeć na Eve. - No, chyba że zamie­rzasz tego jesz­cze użyć? - Spoj­rzał wymow­nie na kołek.

- Nie - odpo­wie­działa za nią Cyn­thia i sama też się pochy­liła, łapiąc jeden z chłod­na­wych nad­garst­ków. - Nie zamie­rza.

Razem z wła­ści­cie­lem zaczęli cią­gnąć Wam­pira po brud­nej pod­ło­dze w stronę baru.

Eve wydęła wargi.

- Nie moja wina, że się coś takiego odwa­liło - zauwa­żyła upar­cie. - Mia­łaś odbyć spo­tka­nie biz­ne­sowe, nie walkę! Młoda potrze­buje bar­dziej sty­mu­lu­ją­cej nauki, próba śle­dze­nia cie­bie była...

- Eve. - Cyn­thia prze­rwała jej ostro, posy­ła­jąc gniewne spoj­rze­nie. Było ono nieco bar­dziej zło­wro­gie niż zazwy­czaj, bo jed­no­cze­śnie cią­gnęła wła­śnie po ziemi ciało nie­przy­tom­nego Wam­pira, z któ­rego wysta­wał nóż. - Weź się nią zaj­mij, co? Do cho­lery jasnej, nie będziemy teraz o tym dys­ku­to­wać!

Wresz­cie Eve zdała sobie sprawę, że Alea rze­czy­wi­ście zdra­dza symp­tomy szoku. Stała na­dal na sto­liku pra­wie nie­ru­chomo, nie licząc lek­kiego drże­nia, a jej futro było wciąż lekko nastro­szone.

- Aleo? - Eve odło­żyła na bok drew­niany kołek i zbli­żyła się do nasto­latki, a następ­nie przy­kuc­nęła, by ich oczy zna­la­zły się na tym samym pozio­mie. - Hej, Aleo? Wszystko jest w porządku. To jest Wam­pir, okej? Jego zabić może tylko sosnowy kołek wbity w serce. Cyn­thia użyła meta­lo­wego noża, więc po pro­stu stra­cił przy­tom­ność. Wydaje się mar­twy, bo już wcze­śniej był nie­żywy, ale za jakiś czas się prze­bu­dzi. Okej? Rozu­miesz mnie? Wszystko jest w porządku. Chodź, zacze­kasz na nas w samo­cho­dzie.

Jej ton był łagodny i mówiła prze­sad­nie wolno. Wyda­wało się to może tro­chę śmieszne, ale prawda była taka, że Alea zapewne ni­gdy nie widziała na wła­sne oczy praw­dzi­wej, bru­tal­nej bójki. Ani tym bar­dziej śmierci. Dopiero teraz, gdy zro­zu­miała, że trup nie jest tak naprawdę tru­pem, jej ciało odpu­ściło i mogła się znowu ruszyć. Na­dal jed­nak lekko drżała.

Przez chwilę roz­wa­żała zmianę formy, żeby móc zadać pyta­nia. Bariera w postaci futra i innej per­cep­cji oto­cze­nia zapew­niała jej jed­nak obec­nie pewien kom­fort, zre­zy­gno­wała więc z tego pomy­słu. Poza tym nie była jesz­cze pewna, o co naj­le­piej zapy­tać. Dała się więc zago­nić Eve na zewnątrz i do samo­chodu, pozo­sta­jąc na czte­rech łapach.

- Spo­tka­nie biz­ne­sowe z Wam­pi­rem na połu­dniu Ari­zony? - rzu­cił tym­cza­sem wła­ści­ciel pyta­jąco, gdy wraz z Cyn­thią dotarli na zaple­cze. Wyda­wał się mało prze­jęty, ale naj­wy­raź­niej słu­chał ich uważ­nie.

Chwilę stali nad cia­łem, przy­glą­da­jąc się, jak leży bez­wład­nie na sza­rych kafel­kach.

Cyn­thia nie odpo­wie­działa. Zamiast tego odwró­ciła się i ruszyła z powro­tem do sali. Męż­czy­zna podą­żył za nią z kolej­nym prych­nię­ciem.

- Pytam, bo każdy wie, że po tym całym soju­szu został tu śmiet­nik. Wszyst­kie Wam­piry Casta­la­wów, któ­rym nie spodo­bały się zmiany, zeszły do Mek­syku i niżej, jeśli im się nie uśmie­chała prze­pro­wadzka na inny kon­ty­nent. Tam może i na­dal pod­le­gają kró­lowi, ale nie pra­wom mię­dzy­ro­dza­jo­wej współ­pracy, nie? Naj­więk­sze sku­pi­ska są w Sono­rze - cią­gnął, mając na myśli stan w Mek­syku - ale część krąży wciąż po naszej stro­nie, nie­chętna opu­ścić kraj mimo wstrętu do nowego ładu. No i to są takie rze­czy, które raczej każdy koja­rzy... Z czy­stej cie­ka­wo­ści więc pytam, jaki biz­nes chcia­łaś tu robić z Wam­pi­rem z połu­dnia Ari­zony, hm? - powtó­rzył, opie­ra­jąc się o ladę do przy­go­to­wy­wa­nia zamó­wień, która kryła się za wyż­szym kon­tu­arem.

Kobieta zdą­żyła w tym cza­sie wyjść już zupeł­nie zza baru i roz­glą­dała się dookoła, spraw­dza­jąc, czy cze­goś waż­nego nie prze­oczyła. Dwa krze­sła zostały poła­mane, co jed­nak jej nie wzru­szyło.

- Halo, halo! Mówię do cie­bie. - Cza­ro­dziej nie odpusz­czał.

- Mia­łam z nim umó­wione spo­tka­nie w pry­wat­nej spra­wie - rzu­ciła Cyn­thia sucho, na­dal na niego nie patrząc. Prze­szła kilka kro­ków i pod­nio­sła z ziemi port­fel, który wypadł z jej kie­szeni pod­czas szar­pa­niny. - Nie spo­dzie­wa­łam się kon­fliktu.

- A zare­ago­wa­łaś z wprawą osoby bar­dzo się spo­dzie­wa­ją­cej - zauwa­żył męż­czy­zna i uśmiech­nął się iry­tu­jąco. - Piwko? - zapro­po­no­wał następ­nie, po czym wró­cił do tematu, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź. - Sonora powoli robi się paskudna, jeśli cho­dzi o Wam­piry. Osiem lat temu te podłe od nas się zwa­liły na głowę tym spo­koj­nym u nich i się tam prze­py­chają coraz moc­niej, mimo kró­lew­skich inter­wen­cji. Nie­długo wszystko trafi szlag. Umó­wiona czy nie, nie spo­dzie­waj się niczego dobrego, jak spo­ty­kasz w oko­licy Wam­pira. No, chyba że się skądś zna­cie i loka­li­za­cja była bar­dziej przy­pad­kowa...

Cyn­thia powstrzy­mała osten­ta­cyjne wywró­ce­nie oczami. Natar­czywy bar­man niczego nie wie­dział o niej, o jej zada­niu i o tym, co poszło dzi­siaj nie tak, ale jakoś nie potra­fił prze­stać jej pouczać. Musiała teraz szybko dopa­so­wać plan do tych nie­spo­dzie­wa­nych wyda­rzeń. Pew­nie też skon­tak­to­wać się z Gal­la­ghe­rem i zdać raport. Ostat­nie, czego potrze­bo­wała, to gada­nina jakie­goś sta­rego pijaka, który myśli, że wie wię­cej od niej.

Jej myśli prze­rwał kolejny brzęk dzwonka nad drzwiami.

- Jedna tequ­ila! - popro­siła gło­śno Eve, wkra­cza­jąc z powro­tem do baru. - Aj, co za dzień - dodała już sama do sie­bie, opa­da­jąc ciężko na sto­łek.

Wła­ści­ciel prych­nął (znowu), ale odwró­cił się, by zła­pać wła­ściwą butelkę.

- Chyba sobie żar­tu­jesz - ziry­to­wała się znów Cyn­thia. - Gdzie jest Alea?

- Czeka w samo­cho­dzie. Wszystko jest pod kon­trolą. - Eve mach­nęła na towa­rzyszkę ręką, wyraź­nie lek­ce­wa­żąc już całe zaj­ście. Cza­sem była doj­rzałą, zdolną Zmien­no­kształtną wyszko­loną przez Gal­la­ghera do zadań spe­cjal­nych. Kiedy indziej zacho­wy­wała się jak głu­pia, zbun­to­wana nasto­latka. Cyn­thia obec­nie miała już pod opieką jedną zbun­to­waną nasto­latkę. Nie było mowy, żeby zaj­mo­wała się dwiema.

- Zosta­wi­łaś ją tam samą? Tak po pro­stu?

- Tak. Niby czemu nie? - rzu­ciła młod­sza Zmien­no­kształtna pro­wo­ku­jąco. Bar­man pod­su­nął jej zamó­wio­nego szota z ćwiartką limonki na wierz­chu. Ski­nęła mu głową w ramach podzię­ko­wa­nia, po czym prze­chy­liła się lekko w bok i się­gnęła po sól sto­jącą przy ser­wet­kach. - To nie jest porwa­nie, Strike - dodała, poli­zaw­szy wierzch dłoni. - Zacho­wu­jesz się, jakby dziew­czyna cały czas knuła prze­ciw nam. Daj jej spo­kój. Jak ją będziesz pró­bo­wała trzy­mać siłą w pokoju, to naprawdę zachce jej się uciec.

Cyn­thia z iry­ta­cją patrzyła, jak Eve bez­tro­sko połyka alko­hol.

- Dla­tego pozwo­li­łaś jej mnie śle­dzić? Kiedy wyko­nuję ważne pole­ce­nie od G... Mar­tina. - W ostat­niej chwili powstrzy­mała się przed uży­ciem nazwi­ska, świa­doma, że męż­czy­zna za barem wciąż się im przy­słu­chuje. Nawet nie pró­bo­wał tego ukryć: opie­rał się o ladę i patrzył na nie z zain­te­re­so­wa­niem. - Wiesz, jakie to jest iry­tu­jące, że w ogóle muszę ci tłu­ma­czyć, że to było skraj­nie głu­pie i nie­od­po­wie­dzialne?! Mogłaś mnie przy­naj­mniej uprze­dzić!

- Prze­stań na mnie war­czeć - ziry­to­wała się Eve. Popra­wiła sie­dzące na czubku głowy oku­lary sło­neczne, odgar­nia­jąc dłu­gie włosy z twa­rzy. - Ni­gdzie cię to nie zapro­wa­dzi. Nie zga­dzasz się z moimi meto­dami? Okej. Przy­ję­łam. Ale nie jesteś moją sze­fową, Strike. Mogę robić to, co uwa­żam za słuszne, a tak się składa, że Alea potrze­buje wyzwań. Sama się wpa­ko­wała do tere­nówki i zoba­czy­łam w tym oka­zję do nauki. Minęło sześć tygo­dni, a dziew­czyna wciąż zna jedy­nie swoją pierw­szą formę. Mar­tin się nie­cier­pliwi. Dzia­ła­nie w tere­nie, pod wpły­wem emo­cji, nie­za­leż­ność... To wszystko było dla niej dzi­siaj poży­tecz­nym doświad­cze­niem. Ni­gdy nie pozwo­li­ła­bym jej usły­szeć niczego waż­nego, jasne? Mia­łam wszystko pod kon­trolą. To tobie się dzi­siaj sprawy posy­pały, chica - dokoń­czyła iro­nicz­nie.

Cyn­thia zaci­snęła dło­nie w pię­ści, a potem bar­dzo, bar­dzo wolno je roz­pro­sto­wała.

- Przy­szło ci może kie­dyś do głowy, że ona jest dziec­kiem? Że nie powinna znaj­do­wać się w tak nie­bez­piecz­nych sytu­acjach? Że powin­naś kory­go­wać jej nie­doj­rzałe zacho­wa­nie i chro­nić przed zagro­że­niem, a nie dawać na to przy­zwo­le­nie w ramach jakie­goś tre­ningu?!

Na twa­rzy Eve poja­wił się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia.

- Teraz ci się zebrało na tro­skę? Nie możemy jej obar­czać spra­wami, które przy­tła­czają nawet doro­słych, ocze­ki­wać od niej doj­rza­łego zacho­wa­nia, szko­lić jak osoby doro­słej, a potem nagle wycią­gać z rękawa serię zasad ade­kwat­nych dla bez­tro­skiej nasto­latki. Nie możesz sobie wybie­rać, kiedy widzisz ją jako dziecko, a kiedy nie!

- Niczego nie rozu­miesz! - Cyn­thia stra­ciła resztki cier­pli­wo­ści. Tak skraj­nie nie zga­dzała się ze zda­niem Eve, że ledwo była w sta­nie jej słu­chać. - Gdyby sprawy poto­czyły się dzi­siaj odro­binę ina­czej, może zoba­czy­łaby na wła­sne oczy czy­jąś śmierć! Czemu tak despe­racko chcesz ją wysta­wiać na paskudne rze­czy, któ­rych wcale nie musi już teraz doświad­czać? W tym wieku? To byłaby trauma!

- Patrząc na to, jak mają się sprawy, prę­dzej czy póź­niej i tak przyj­dzie jej oglą­dać jakieś trupy - mruk­nęła Eve, nie dając się ani tro­chę prze­ko­nać. - Nie­któ­rych życie zmu­sza, żeby dora­stali szyb­ciej, Strike. Pogódź się z tym. Ja widy­wa­łam mar­twe ciała, jak byłam młod­sza niż ona, i jakoś żyję.

Cyn­thia była bar­dzo daleka od pogo­dze­nia się z tym. Ona i Eve musiały już kilka razy ze sobą pra­co­wać i poznały swoje demony. Zazwy­czaj potra­fiły obcho­dzić je z daleka, ale tym razem star­sza Zmien­no­kształtna nie chciała się wyco­fać.

- Bogo­wie - rzu­ciła z nie­do­wie­rza­niem i nutą drwiny. - Więc o to cho­dzi? Chcesz, żeby stała się tak samo cyniczna i znisz­czona jak ty? Żeby wszystko prze­żarło ją do tego stop­nia, by na ślepo wyko­ny­wała każdy roz­kaz? Opa­mię­taj się, Eve. Mar­tin nie potrze­buje kolej­nego zepsu­tego żoł­nie­rzyka! Wystar­czy, że ty masz na jego punk­cie...

- Dość! - Eve zerwała się z miej­sca, prze­ry­wa­jąc Cyn­thii gwał­tow­nie. Potem wzięła głę­boki oddech i nasu­nęła na oczy ciemne oku­lary, cho­ciaż wciąż były w środku lokalu. - Bo też zacznę teo­re­ty­zo­wać na temat two­jego zacho­wa­nia - ostrze­gła chłodno.

Nie powie­działa na głos tego, co obec­nie myślała: że tro­ska Cyn­thii jest źle ulo­ko­wana; że kobieta mie­sza teraz emo­cje prze­szło­ści i teraź­niej­szo­ści, bo kie­dyś utra­ciła wła­sne dziecko. Eve nie była aż tak okrutna.

Poznały swoje demony. Potra­fiły je obcho­dzić z daleka, ow­szem. Potra­fiły je jed­nak także roz­po­znać z bli­ska.

- Wy to ewi­dent­nie się musi­cie cze­goś napić. - Ciszę prze­rwał głos wła­ści­ciela baru. Wyda­wał się ich roz­mową bar­dziej zain­try­go­wany niż zmie­szany czy poru­szony.

Obie obrzu­ciły go wście­kłymi spoj­rze­niami. Potem Eve wes­tchnęła ciężko i unio­sła lekko ręce, sygna­li­zu­jąc tym samym zawie­sze­nie broni.

- Czas spa­dać - rzu­ciła, patrząc ponow­nie na Cyn­thię. - Idziesz?

Kobieta rów­nież odzy­skała pano­wa­nie nad sobą i pokrę­ciła głową.

- Muszę jakoś dopro­wa­dzić do końca ten bała­gan, niczego jesz­cze nie zor­ga­ni­zo­wa­łam - mruk­nęła nie­chęt­nie. - Zabierz dziew­czynę samo­cho­dem, ja znajdę sobie jakiś trans­port do domu. Naj­wy­żej do cie­bie zadzwo­nię, żebyś przy­je­chała.

Eve zmarsz­czyła nos.

- Jak­bym wie­działa, że mam pro­wa­dzić, tobym sobie odpu­ściła szota - rzu­ciła z oskar­ży­ciel­ską nutą.

- To trzeba było myśleć - odparła ostro Cyn­thia, wciąż roz­draż­niona. - No to sobie idź­cie na spa­cer. Nie wiem, Eve, to twój pro­blem. To, że mi weszłaś w paradę, nie zna­czy, że mam nagle wolny dzień.

- Dobra. Czi­luj. Mogę pro­wa­dzić.

Nie wszystko, co robiła Eve Mon­day, było warte naśla­do­wa­nia. Albo legalne. Wła­ści­wie znaczna więk­szość jej życia skła­dała się z mniej­szych lub więk­szych wykro­czeń wyko­ny­wa­nych w aurze pew­nego cynicz­nego lek­ce­wa­że­nia. Nie zna­czyło to jed­nak, że nie można było jej zaufać. Wręcz prze­ciw­nie, była świetna w wyko­ny­wa­niu pole­ceń. Po pro­stu pole­ce­nia, jakie otrzy­my­wała, zazwy­czaj nie­wiele miały wspól­nego z prze­strze­ga­niem prawa.

Wymie­niła z Cyn­thią jesz­cze kilka krót­kich, wciąż odro­binę wro­gich słów, zapła­ciła bar­ma­nowi i ruszyła do drzwi.

Alea, która cały ten czas pod­słu­chi­wała pod drzwiami, w kilku susach wró­ciła na sie­dze­nie otwar­tego wciąż samo­chodu i tam też Eve ją zna­la­zła.

- W porządku? - zapy­tała Zmien­no­kształtna, sia­da­jąc za kie­row­nicą tere­nówki.

Dziew­czyna ski­nęła kocim łeb­kiem.

- Wam­pi­rowi nic nie będzie, jakby co - dodała, wyjeż­dża­jąc na drogę, bo cho­ciaż Cyn­thia była wku­rza­jąca, część jej tro­ski o stan Alei pew­nie miała sens. Eve powie­działa to jed­nak tylko po to, żeby nasto­latkę uspo­koić. Nie miała poję­cia, co Strike zamie­rzała zro­bić. Sosnowy kołek został w barze. Opu­ściła szybę, żeby zapa­lić papie­rosa, i znów zer­k­nęła na Aleę w postaci kota. - Tak czy ina­czej, jak widzisz, porzu­ce­nie Wam­pi­rów i Wil­ko­ła­ków w celu ura­to­wa­nia się przed nad­cią­ga­ją­cym zagro­że­niem nie jest AŻ TAK cięż­kim wybo­rem. Nie mówię, że dra­niom się należy, ale kiedy mamy tylko dwie opcje... zde­cy­do­wa­nie nie są to rodzaje, za które warto umie­rać.

***

Nie­całe dwa dni wystar­czyły, by zwo­len­ni­kom Casta­lawa znu­dziło się oku­po­wa­nie cudzego sto­lika i przy­ja­ciele mogli powró­cić na swoje ulu­bione miej­sca. Erin i tak nie omiesz­kała rzu­cić przez ramię mor­der­czego spoj­rze­nia w stronę wam­pi­rzej elity, zanim zajęła się swoim lun­chem.

- Ej - zagad­nęła, prze­łknąw­szy łyżkę koko­so­wego jogurtu - wiemy, za co Chri­sto­pher Flynn był w KRA­TER-ze? Bo już tam kie­dyś był, nie?

Lucas zmarsz­czył brwi.

- Czemu pytasz?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Nie wiem. Po pro­stu wydaje mi się to tro­chę powa­lone, że jest w tej szkole. Cały czas jest agre­sywny, chyba nikt nie czuje się przy nim bez­piecz­nie, a nauczy­ciele cią­gle go tu trzy­mają...

Wciąż pamię­tała swoje pierw­sze star­cie z Flyn­nem. Wpa­dła wtedy do pokoju Micha­ela zaraz po roz­po­czę­ciu szkol­nej gry i zoba­czyła, że ich brac­two nie ma klu­cza. Myślała, że Chri­sto­pher ją zabije. Był to jed­no­cze­śnie jej pierw­szy bli­ski kon­takt z jakim­kol­wiek Wam­pi­rem i potem tro­chę zajęło jej pozby­cie się nie­chęci wobec całego ich rodzaju. O ile teraz już rozu­miała, że ist­nieje wśród nich tyle samo dup­ków co osób życz­li­wych, o tyle Chri­sto­phera wciąż nie mogła znieść. Nawet z daleka.

- Podobno zła­pał krwawą gorączkę nie­długo po prze­mia­nie - szep­nęła Lizzy, nachy­la­jąc się moc­niej do grupy. Z nich wszyst­kich była naj­le­piej zorien­to­wana w szkol­nych plot­kach. W dużej mie­rze dla­tego, że nale­żała do grupy che­er­le­ader­skiej Mal­la­roy. - Tra­fił naj­pierw do KRA­TER-u, dopiero potem wysłali go do szkoły.

- Mhm. - Erin zamy­śliła się na chwilę. - Jestem w sta­nie sobie to wyobra­zić.

Krwawa gorączka prze­bie­gała tro­chę tak, jakby Wam­pir wpadł w tryb polo­wa­nia i nie potra­fił z niego wyjść. Zapach krwi sta­wał się wyraźny, reszta zmy­słów sła­bła nieco i ukryte kły wycho­dziły na wierzch. W parze z nie­kon­tro­lo­wa­nym pra­gnie­niem wywo­ła­nym cho­robą było to wyjąt­kowo nie­bez­pieczne. Naj­czę­ściej doty­kało to osob­niki bar­dzo młode lub bar­dzo głodne. Były to zda­rze­nia rzad­kie, zwłasz­cza współ­cze­śnie, kiedy dostęp do krwi został przez kró­lew­skie rody zmo­der­ni­zo­wany. Wam­piry zało­żyły nie­je­den pry­watny szpi­tal i nie­je­den bank krwi miał nie­śmier­tel­nych pra­cow­ni­ków (lub śmier­tel­nych, ale prze­ku­pio­nych).

Dzi­siaj nie­któ­rym zda­rzało się jed­nak nie­kiedy cho­ro­wać, ale daw­niej maka­bryczne epi­zody przy­tra­fiały się czę­ściej. To wła­śnie z powodu krwa­wej gorączki Wam­piry prze­nik­nęły do ludz­kich baśni i mitów jako okrutne dra­pież­niki. Było to oczy­wi­ście bar­dzo nie­lo­giczne. Nawet jeśli Wam­piry postrze­ga­łyby ludzi wyłącz­nie jako jedze­nie, ich celowe zabi­ja­nie po każ­dym posiłku sta­no­wi­łoby nie­po­trzebne mar­no­traw­stwo.

Z twa­rzy Erin nie scho­dził gry­mas i Lizzy ode­zwała się ponow­nie, z uspra­wie­dli­wie­niem.

- Ale jeśli ta plotka jest praw­dziwa, no to na­dal... To jest cho­roba, wiesz? - zauwa­żyła nie­śmiało. - Nie mówię, że Chri­sto­pher jest przy­jemną osobą, ale myślę, że aku­rat za to nie powin­ni­śmy go oce­niać. Po to mamy szkoły soju­szu - dodała. - Żeby lepiej sie­bie poznać i zwal­czać uprze­dze­nia...

- Lizzy - ode­zwał się Keith uro­czy­ście - jesteś za dobra na ten świat.

Erin i Tatiana odru­chowo poki­wały gło­wami. Blon­dynka zaru­mie­niła się lekko.

- Roz­to­czy­łeś wokół sie­bie jakąś taką... aurę seryj­nego mor­dercy - oznaj­mił tym­cza­sem Lucas, mach­nąw­szy ręką. Jakby obra­zo­wał, gdzie kon­kret­nie owa aura się poja­wiła.

Erin pró­bo­wała powstrzy­mać uśmiech. Keith odwró­cił się do przy­ja­ciela z nieco teatral­nym obu­rze­niem.

- Stary! Ja tu ją kom­ple­men­tuję, a ty mi z mor­der­cami wyjeż­dżasz?!

- Nie no, ja wiem. Ja też uwa­żam, że Lizzy ma piękną duszę - zapew­nił go Lucas. - Ale co ci pora­dzę, że brzmiało to tro­chę zło­wiesz­czo? - Nachy­lił się do przodu, tak jak chwilę wcze­śniej Lizzy, i wyszep­tał, naśla­du­jąc przy­ja­ciela: - Lizzy. Lizzy, jesteś za dobra na ten świat... Pora go opu­ścić...

Lizzy zachi­cho­tała.

- Mówi­łem, żebyś nie oglą­dał tyle hor­ro­rów, bo ci się mózg wypa­czy - oznaj­mił tym­cza­sem Keith.

Tatiana odchrząk­nęła zna­cząco. Wszy­scy obecni znali dobrze jej zami­ło­wa­nie do opo­wie­ści kry­mi­nal­nych i fil­mów grozy.

- Powie­dział gość, który kupił spe­cjal­nego lap­topa, żeby móc grać w gry w inter­ne­cie... - rzu­cił Lucas, ale widać było, że jest to zupeł­nie przy­ja­ciel­ska prze­py­chanka.

- Ste­reo­typy o prze­mocy i grach kom­pu­te­ro­wych są krzyw­dzące! - bro­nił się Keith.

- O Wam­pi­rach też - mruk­nęła Tatiana pod nosem.

- Zresztą Lizzy i tak żaden seryjny zabójca nie dopad­nie - dodał Keith z prze­ko­na­niem.

- Ani seryjna zabój­czyni - wtrą­ciła Erin, dla zasady.

- Ani seryjna zabój­czyni - zgo­dził się Keith, kon­ty­nu­ując wątek. - Widzie­li­ście tego jej kró­lika? Jak on na takiego mor­dercę łyp­nie, to się bie­dak sam stawi na komendę poli­cji...

Lizzy pokrę­ciła prze­cząco głową, zawsze gotowa bro­nić nie­win­no­ści Yoricka (w którą nikt poza nią nie wie­rzył).

Tatiana w mil­cze­niu pró­bo­wała osza­co­wać, jak wiele dzi­wacz­nych i pozba­wio­nych sensu tema­tów jej zna­jomi poru­szą jesz­cze przed koń­cem posiłku. Zazwy­czaj obsta­wiali od trzech od pię­ciu, cho­ciaż rekord wyno­sił dzie­więć.

***

- Ci to się dobrze bawią, co? - rzu­cił Jasper, spo­glą­da­jąc w stronę sto­lika Lan­ford i jej zna­jo­mych. Ponie­waż Michael wciąż wyka­zy­wał podej­rzane zain­te­re­so­wa­nie Zmien­no­kształtną, Jasper także zaczął zwra­cać na nią uwagę. Głów­nie po to, żeby zebrać amu­ni­cję i móc potem drę­czyć przy­ja­ciela. W ciągu dwóch lat zna­jo­mo­ści z mło­dym Casta­la­wem jesz­cze ni­gdy nie przy­ła­pał go na szcze­rym zain­te­re­so­wa­niu jakąś dziew­czyną, była to więc oka­zja, któ­rej nie miał zamiaru prze­pu­ścić. Zwłasz­cza kiedy chło­pak wkła­dał wiele wysiłku w uda­wa­nie, że żad­nego zain­te­re­so­wa­nia nie odczuwa.

Pamela prych­nęła pogar­dli­wie i zgrab­nym ruchem odrzu­ciła do tyłu włosy. Chri­sto­pher i Michael rów­nież nie pod­jęli tematu, cho­ciaż ten drugi powę­dro­wał w stronę wspo­mnia­nej grupy wzro­kiem. Jasper nie miał jed­nak ochoty na ciszę, brnął więc dalej.

- Poważ­nie, zazdrosz­czę - wes­tchnął ciężko. - Żeby się tak dobrze bawić, cho­ciaż musimy się już któ­ryś tydzień kisić w szkole... Ja tu od zmy­słów odcho­dzę, a zostały jesz­cze trzy tygo­dnie! Trzy tygo­dnie bez wycho­dze­nia na mia­sto! Jak tak dalej pój­dzie, to zacznę cho­dzić po poko­jach i prze­pra­szać wszyst­kie osoby, któ­rym zła­ma­łem serce, żeby mieć jakieś towa­rzy­stwo... - Jego uśmie­szek zro­bił się na chwilę bar­dziej spro­śny, szybko jed­nak na jego twarz powró­ciła rezy­gna­cja. - No, zabija mnie to, kochani. Raz już umar­łem, a i tak mnie to zabija.

- Tak to jest, jak się sypia z każ­dym jak leci - rzu­ciła Pamela z nie­sma­kiem.

Jasper roz­siadł się wygod­niej i posłał jej powąt­pie­wa­jące spoj­rze­nie.

- Pay­ton, jeśli to było na temat moich pre­fe­ren­cji, to czuję potrzebę wyja­śnie­nia sprawy - oznaj­mił spo­koj­nie i splótł dło­nie na brzu­chu. W jego oczach błą­kało się jakieś roz­ba­wie­nie. - Jestem bisek­su­alny i się pusz­czam. A nie: pusz­czam się dla­tego, że jestem bisek­su­alny. To istotna róż­nica.

Michael wydał z sie­bie roz­ba­wione wes­tchnie­nie.

- Blake pró­buje ci wyja­śnić, że bycie nie­zde­cy­do­wa­nym dra­niem nie ma nic wspól­nego z jego orien­ta­cją sek­su­alną - oznaj­mił, zer­ka­jąc na skwa­szoną Wam­pi­rzycę.

- Prze­pra­szam, ja jestem aku­rat bar­dzo zde­cy­do­wany na bycie dra­niem - zaopo­no­wał Jasper natych­miast, po czym uśmiech­nął się prze­bie­gle.

- Ale to jest gejow­skie - mruk­nął tym­cza­sem Chri­sto­pher tonem, który nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, że z nie­ja­snych przy­czyn uzna­wał ten przy­miot­nik za obe­lgę.

Roz­ba­wie­nie na twa­rzy Jaspera zostało naj­pierw zastą­pione przez iry­ta­cję, potem znu­że­nie. Odwró­cił głowę w stronę swo­jego współ­lo­ka­tora i prze­łknął cięż­kie wes­tchnie­nie.

- Chris, przy­się­gam, że jestem jedyną osobą przy tym stole, która cho­ciaż tro­chę cię lubi, więc byłoby dla cie­bie korzystne, gdy­byś prze­stał zapo­mi­nać, że poza kobie­tami kręcą mnie także faceci - oznaj­mił spo­koj­nie, a potem dodał już pogod­niej: - Uwierz mi, słońce, że im szyb­ciej wybi­jesz sobie z głowy tę swoją tok­syczną wizję męsko­ści, tym szyb­ciej cię dupa prze­sta­nie o wszystko boleć.

Chri­sto­pher zro­bił ura­żoną minę.

- Widzę cię na kory­ta­rzach tylko z laskami... - zauwa­żył, jakby to w jaki­kol­wiek spo­sób go uspra­wie­dli­wiało.

Jasper wes­tchnął teraz już gło­śno, ale tym razem nie cho­dziło o zde­cy­do­wany brak bły­sko­tli­wo­ści u młod­szego Wam­pira. Do tego aku­rat był zde­cy­do­wa­nie przy­zwy­cza­jony. Przy­tła­czało go wciąż to, że utknął w Mal­la­roy. Przede wszyst­kim z powodu kary, która miała trzy­mać ich w szkole jesz­cze trzy dłu­gie tygo­dnie, ale też tak ogól­nie - że miał dwa­dzie­ścia lat i musiał sie­dzieć w lice­al­nej sto­łówce.

- Tak, no cóż, nie moja wina, że na pią­tym roku nie został już żaden chło­pak w moim typie, a wszy­scy pozo­stali ucznio­wie to dzie­ciaki - odparł, prze­no­sząc wzrok na sufit. - Poza Wam­pi­rami - dodał, bo prze­cież w przy­padku ich rodzaju podział na rocz­niki nie zawsze pokry­wał się z wie­kiem. - Wyjdź ze mną kie­dyś w week­end na mia­sto, to się napa­trzysz.

- Nie - odparł Flynn pospiesz­nie.

Jasper nie widział jego twa­rzy, ale usły­szał prze­ra­że­nie w gło­sie i wyszcze­rzył się sam do sie­bie. Homo­fo­bia Chri­sto­phera nie doty­kała go oso­bi­ście, bo był już zde­cy­do­wa­nie ponad to. Jako czło­wiek by się pew­nie prze­jął, przy­tło­czony nie­rów­no­ściami w klatce zwa­nej świa­tem. Jako Wam­pir wiele rze­czy miał po pro­stu gdzieś, zba­wiony przez wypa­czoną emo­cjo­nal­ność nie­ży­cia. W dodatku Flynn był raczej pro­stą i podatną na głu­poty osobą, przez co Jasper ni­gdy nie brał jego uprze­dzeń na poważ­nie. Chło­pak nie rozu­miał, że sam był ofiarą sys­temu, któ­rego bro­nił. Może kie­dyś Jasper znaj­dzie cier­pli­wość, żeby mu to wytłu­ma­czyć. Kie­dyś.

- A jed­nak jakimś cudem cią­gle widzę, jak pod­ry­wasz te "dzieci" - zauwa­żyła Pamela z fał­szywą sło­dy­czą.

To już zmu­siło Jaspera do odkle­je­nia wzroku od sufitu. Posłał Wam­pi­rzycy nie­za­do­wo­lone spoj­rze­nie.

- W ramach żartu. No kurwa, Pay­ton...

- Cóż. - Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami, nie dając się tak łatwo zbyć. Jej też się nudziło, a w prze­ci­wień­stwie do paczki Lan­ford eli­cie Wam­pi­rów naj­le­piej wycho­dziło doci­na­nie sobie, nie zaś wspólny śmiech. - One są raczej bar­dzo poważne, kiedy ten flirt odwza­jem­niają.

Jasper pra­wie się wzdry­gnął.

- Odwal się. Serio. Wiesz dobrze, że aku­rat w tej jed­nej kwe­stii znam poję­cie przy­zwo­ito­ści. Widzę gra­nice, jasne? Jak któ­reś z mło­dych się do mnie spró­buje naprawdę przy­kleić z pod­tek­stem, to się zagło­dzę do stanu cał­ko­wi­tego para­liżu i prze­cze­kam, aż ktoś mnie wybu­dzi, gdy będę już wystar­cza­jąco stary, by nie kisić się w liceum w ramach inte­gra­cji.

W jego gło­sie roz­brzmiała znów typowa, leniwa żar­to­bli­wość, ale wzrok miał znacz­nie poważ­niej­szy. Cztery, pięć, sześć czy jesz­cze wię­cej lat róż­nicy mię­dzy oso­bami w doro­słym związku nie było dla niego niczym pro­ble­ma­tycz­nym. Kiedy jed­nak on miał lat dwa­dzie­ścia, a młodsi ucznio­wie pięt­na­ście czy czter­na­ście... Nie. Kate­go­rycz­nie, abso­lut­nie nie.

Pamela była dzi­siaj jed­nak naj­wy­raź­niej w jed­nym z tych swo­ich nie­zno­śnych humor­ków, bo nie zamie­rzała odpusz­czać. Cze­piała się go z nudów, wie­dział to dosko­nale.

- Wiesz, Michael i Flynn też są od cie­bie całe trzy lata młodsi, a nie szczę­dzisz im spro­śnych żar­ci­ków - zauwa­żyła, wciąż uśmie­cha­jąc się słodko. Był to ten rodzaj sło­dy­czy, któ­rego można się było spo­dzie­wać po tru­ciź­nie. - Ale to już nie pro­blem, tak?

Chło­pak prze­krzy­wił lekko głowę i przyj­rzał się Wam­pi­rzycy z więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. Przy­szło mu nagle bowiem do głowy, że może w swo­jej dra­ma­tycz­nej (i jak na razie nie­sku­tecz­nej) wędrówce po względy Micha­ela dziew­czyna uznała nagle i jego za poten­cjal­nego rywala? Och, to zde­cy­do­wa­nie zapew­ni­łoby mu jakąś roz­rywkę.

- To się nie liczy - oznaj­mił jed­nak osta­tecz­nie i mach­nął nie­dbale dło­nią. - Jeste­ście Wam­pi­rami. Nie­ważne, jak głę­boko was zde­mo­ra­li­zuję, bo macie całą wiecz­ność na prze­pra­co­wa­nie tego u tera­peuty.

- Czyli jak się do cie­bie przy­klei jakiś bar­dzo młody Wam­pir, to jed­nak całą przy­zwo­itość odło­żysz na bok...? - kon­ty­nu­owała bez­li­to­śnie Pamela.

Na wszyst­kie bóstwa świata, laska potra­fiła nawet jego cza­sem pozba­wić cier­pli­wo­ści.

- Nie kręcą mnie osoby mało­let­nie! Czy jak to sobie wyta­tu­uję na czole, to się zamkniesz? - Oferta była błaha, nie­ła­two bowiem było zna­leźć miej­sce, które ofe­ro­wało tatu­aże dla skóry ze zdol­no­ścią bły­ska­wicz­nego goje­nia się. - Weź sobie odpuść, co? - zapro­po­no­wał. - Wszy­scy wiemy, jak jest. Byłaś nikim, zupeł­nie nikim gdzieś na dnie, aż nagle zgar­nęli cię sławni Pay­to­no­wie i zmie­nili w księż­niczkę. No i super. Uspo­kój się, sło­neczko. Zwol­nij tro­chę. Doczoł­ga­łaś się na górę, już nie musisz po wszyst­kich dookoła dep­tać, żeby poczuć się wyż­sza. Kom­pleksy źle dzia­łają na skórę, Pam-pam.

- Moja skóra jest mar­twa, skur­wielu.

Jasper uśmiech­nął się nagle sze­roko.

- Touché - rzu­cił bez cie­nia urazy.

Michael cał­kiem prze­stał zwra­cać na nich uwagę. Jego wzrok wędro­wał gdzieś dalej, do zupeł­nie innego sto­lika.

3.

Prawdziwa forma i tożsamość

- Spa­li­łam nasze nale­śniki - oznaj­miła Alea, gdy tylko Eve poja­wiła się w kuchni.

Zmien­no­kształtna zamiast powi­ta­nia unio­sła puszkę z ener­ge­ty­kiem w geście toa­stu. Potem opa­dła ciężko na jedno z krze­seł i podra­pała się w gołe udo. Miała na sobie tylko obszerny T-shirt i majtki.

- Nie mia­łaś dzi­siaj rano iść na spa­cer? - zapy­tała po chwili, cho­ciaż dosko­nale znała odpo­wiedź na to pyta­nie.

- Byłam zajęta pale­niem nale­śni­ków.

Eve posłała Alei spoj­rze­nie pełne uspra­wie­dli­wio­nego roz­cza­ro­wa­nia i zwąt­pie­nia, ale zatrzy­mały je ciemne szkła oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych.

Znaj­do­wały się w pomiesz­cze­niu.

Eve wyglą­dała i zacho­wy­wała się tak, jakby wstała z łóżka w środku dnia po bar­dzo dłu­giej i inten­syw­nej impre­zie. Powta­rzało się to każ­dego ranka. Alea jesz­cze nie miała oka­zji doświad­czyć w jej towa­rzy­stwie ani jed­nej imprezy, a spę­dzały razem wła­ści­wie więk­szość czasu.

Pod­su­mo­wu­jąc: Eve Mon­day była fascy­nu­jąca. Alea bar­dzo uwa­żała, żeby nie zdra­dzić tej opi­nii światu, ale tak wła­śnie myślała. Wszystko, co star­sza od niej o dzie­sięć lat Zmien­no­kształtna robiła, było albo cie­kawe, albo impo­nu­jące, albo odważne, albo po pro­stu przy­jem­nie bez­tro­skie. Fascy­no­wała Aleę wciąż od nowa i to nawet wtedy, gdy ją jed­no­cze­śnie wku­rzała. Lub okła­my­wała. Nawet gdy Alea była na nią wście­kła, nie potra­fiła wyzbyć się jakie­goś dzi­wacz­nego podziwu.

Eve wsparła jedną piętę na sie­dze­niu krze­sła i prze­su­nęła dło­nią oku­lary na czu­bek głowy, jed­no­cze­śnie odgar­nia­jąc cześć dłu­gich, gęstych wło­sów do tyłu. Tym razem nic już Alei nie uchro­niło przed kar­cą­cym spoj­rze­niem.

- Nie ma zna­cze­nia, na ile spa­ce­rów pójdę, okej? - rzu­ciła nasto­latka obron­nie. - Widzia­łam już wszyst­kie skunksy, kojoty, kró­liki pustynne, pająki, grze­chot­niki i sto­nogi w oko­licy. Nie­ważne, ile będę łazić wzdłuż drogi, nic się nie zmieni. Przej­rza­łam atlas zwie­rząt z dzie­sięć razy, od początku do końca. Na­dal nic. Pró­buję - dodała z nutą fru­stra­cji skie­ro­waną do samej sie­bie. - Na serio pró­buję, ale nic do mnie nie prze­ma­wia. Nie czuję... skłon­no­ści do żad­nego ze zwie­rząt. Wiem, że mam szu­kać praw­dzi­wej formy, i szu­kam, ale to nic nie daje. Jeden spa­cer wię­cej niczego nie zmieni!

- Nale­śnik się pali - oznaj­miła Eve.

Alea zaklęła pod nosem i odwró­ciła się gwał­tow­nie w stronę kuchenki, po czym zrzu­ciła nale­śnik z patelni. Był czarny na spo­dzie i dołą­czył do pokaź­nej sterty pozo­sta­łych, rów­nie przy­pa­lo­nych.

Ani Cyn­thia, ani Eve nie były zain­te­re­so­wane żadną aktyw­no­ścią, która tra­dy­cyj­nie odby­wała się w kuchni. Po pierw­szych dwóch tygo­dniach życia na zup­kach chiń­skich, kanap­kach ze sta­cji ben­zy­no­wych i posił­kach z puszek posta­po­ka­lip­tyczna dieta stra­ciła swój urok. Pod Waszyng­to­nem przez kilka dni miesz­kały w domu, potem podróż przez kraj wygnała je do hoteli i moteli, ale gdy dotarły do Ari­zony, znów osia­dły w domu. Z pew­no­ścią stało się tak ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa - lokale do wyna­ję­cia nie miały recep­cjo­ni­stów i por­tie­rów, kamer ani zmie­nia­ją­cych się wciąż gości.

Tu, na zadu­piu, w domu nale­żą­cym tylko do nich, były same. Alea zaczęła stop­niowo pod­rzu­cać Cyn­thii coraz dłuż­sze listy zaku­pów i pod­jęła próby goto­wa­nia mniej śmie­cio­wa­tego jedze­nia. Szło jej róż­nie, ale szybko odkryła, że praca w kuchni potrafi ode­rwać jej myśli od stresu zwią­za­nego z obecną sytu­acją: nauką nowych umie­jęt­no­ści, trud­nymi tre­nin­gami, nie­od­krytą wciąż praw­dziwą formą, pobie­ra­niem krwi...

- Jeśli to ma być twoja próba prze­pro­sze­nia za wymknię­cie się stąd wczo­raj i śle­dze­nie Cyn­thii, no to powiem ci, że słabo... - rzu­ciła Eve, przy­glą­da­jąc się kry­tycz­nie spa­lo­nej ster­cie nale­śni­ków.

- Może wie­dzia­łam, że mnie cały czas obser­wu­jesz, i uzna­łam, że mogę, skoro nie reago­wa­łaś? - rzu­ciła Alea nie­win­nie.

Nie czuła wyrzu­tów sumie­nia. Zapła­ciła już cenę za swój wybryk: całą noc nie mogła zasnąć, naj­pierw nawie­dzana obra­zami obez­wład­nio­nego Wam­pira, który naprawdę wyglą­dał jak trup, potem prze­śla­do­wana kłót­nią Zmien­no­kształt­nych, którą pod­słu­chała. Nie dowie­działa się może niczego nowego na temat całego tego... poli­tycz­nego dzia­ła­nia, w które je wplą­tali, ale poznała lepiej nasta­wie­nie obu kobiet do swo­jej wła­snej osoby. Fakt, że się nie doga­dy­wały, dodat­kowo wzbu­dzał jej nie­uf­ność.

Od kiedy dowie­działa się, że Erin jest w Mal­la­roy, nie mogła otrzą­snąć się z wra­że­nia, że wszystko dookoła pędzi za szybko i plą­cze się po dro­dze. Mar­tin Gal­la­gher pod­czas dwóch roz­mów, które miała oka­zję z nim odbyć, był opa­no­wany i nie­zwy­kle pewny sie­bie, ale on sie­dział daleko stąd, w sto­licy kraju. Tym­cza­sem tu znaj­do­wały się tylko wiecz­nie z jakie­goś powodu wście­kła Cyn­thia, fascy­nu­jąca Eve i ona sama, nie­zdolna nawet do odkry­cia swo­jej praw­dzi­wej formy. To miała być droga do ura­to­wa­nia całego rodzaju? Trzy Zmien­no­kształtne bawiące się w dys­funk­cyjny dom na kom­plet­nym zadu­piu? Serio?

- Uwa­żaj sobie, młoda - rzu­ciła Eve w odpo­wie­dzi na zupełny brak skru­chy Alei, ale zaraz jej usta wygięły się w zaczep­nym uśmie­chu.

Dziew­czyna wzru­szyła nie­win­nie ramio­nami i nało­żyła nie­zbyt apteczne nale­śniki na dwa tale­rze, po czym zajęła miej­sce po dru­giej stro­nie kuchen­nego stołu.

Eve się­gnęła po syrop klo­nowy, potem po masło, następ­nie po dżem z aro­nii, a na końcu po cukier puder. Zafa­scy­no­wa­nie Alei nie mijało.

- Młoda, ja wiem, że to nie są kom­for­towe warunki - ode­zwała się po chwili Eve dość poważ­nym tonem, obli­zaw­szy kciuk z syropu. Wzrok miała utkwiony w śnia­da­niu, nie w nasto­latce. - Ale musimy na cie­bie naci­skać z tą praw­dziwą formą. A potem naci­skać dwa razy bar­dziej. Wszy­scy łazimy po omacku ze sprawą Sal­dera. Nie wia­domo, czy eks­pe­ry­menty z prób­kami two­jej krwi dadzą te same efekty, zanim zaczniesz uży­wać spe­cjal­nych zdol­no­ści i potem. Nie wiemy, czy te zdol­no­ści się muszą, kumasz, obu­dzić, tak jak się budzi w nas sen­tura w momen­cie doj­rze­wa­nia, cho­ciaż nosimy ją w sobie od uro­dze­nia. Jak na razie ledwo się upo­ra­łaś z pierw­szą formą. Musimy ci zna­leźć tę praw­dziwą, bo to pew­nie naj­szyb­sza droga do reszty mocy. Tak? Jeśli więc pro­szę cię, abyś poszła na spa­cer i poob­co­wała z przy­pad­ko­wymi zwie­rzę­tami dookoła, to idziesz na spa­cer. Com­pren­des?

Eve była w piża­mie, miała potar­gane włosy i trzy­mała kawa­łek nale­śnika w brud­nych od syropu pal­cach, a jed­nak gdy pod­nio­sła wresz­cie spoj­rze­nie na Aleę, ema­no­wał od niej auto­ry­tet. Nosiła w sobie nie­skoń­czone pokłady pew­no­ści sie­bie, a pod jej pozorną nie­chluj­no­ścią i leni­stwem drze­mały nie­złomna lojal­ność i goto­wość do wypeł­nie­nia zle­co­nej misji.

Alea kiw­nęła głową.

- A jak wbrew zasa­dom wykrę­casz nam numer i cho­wasz się w samo­cho­dzie, to potem prze­pra­szasz - dodała Eve na koniec i wró­ciła do jedze­nia.

Nasto­latka ucie­kła wzro­kiem na wła­sny talerz i bez prze­ko­na­nia trą­ciła nale­śnik widel­cem. Nie chciała prze­pra­szać. Duma nie pozwa­lała jej uko­rzyć się i powie­dzieć: sorry, że pod­ję­łam aktywną próbę zoba­cze­nia, co tu się tak naprawdę dzieje. Nawet przed osobą wzbu­dza­jącą w niej tyle podziwu co Eve. Posta­no­wiła więc szybko zmie­nić temat.

- Może coś się wam jed­nak pomy­liło? - zasu­ge­ro­wała ostroż­nie. - Może ja nie mam tych mocy? Bo pró­buję. Naprawdę pró­buję, Eve. Ale wciąż niczego nie czuję. Nie wiem, jak zna­leźć tę praw­dziwą formę, nie mam żad­nego instynktu! A co dopiero jakieś dodat­kowe zdol­no­ści...

- Masz, masz. - Eve mach­nęła ręką, jakby chciała fizycz­nie odgo­nić wąt­pli­wo­ści nasto­latki. - Jeste­ście z Erin sen­tu­ral­nie iden­tyczne, pamię­tasz? To jest dowód na pokre­wień­stwo z Sal­de­rem, w histo­rii tej rodziny był raz wła­śnie taki przy­pa­dek bliź­nia­ków: czło­wiek i Zmien­no­kształtny, któ­rego ciało samo z sie­bie sen­tu­ral­nie dopa­so­wy­wało się do niego w naj­mniej­szym szcze­góle - przy­po­mniała. - Nie dobi­jaj się, tylko tre­nuj wię­cej. Odkry­wa­nie i opa­no­wy­wa­nie formy to zawsze bar­dzo długi pro­ces. My po pro­stu dzia­łamy pod pre­sją czasu, dla­tego muszę cię tak drę­czyć. Ale nic nie jest z tobą nie tak, młoda. Wylu­zuj.

Alea kiw­nęła głową bez prze­ko­na­nia, a potem zabrała się wresz­cie poważ­nie do jedze­nia, jed­no­cze­śnie zata­pia­jąc się we wła­snych myślach.

Pro­blem z Eve pole­gał na tym, że miała nie­jako dwie różne strony. Z jed­nej była tą cha­otyczną, fascy­nu­jącą dziew­czyną, która ofe­ro­wała Alei porady i przy­jaźń. Nie­trudno ją było polu­bić, z tą nie­złomną bez­po­śred­nio­ścią, pogardą dla norm, zadzior­nym cha­rak­ter­kiem i nie­po­wta­rzal­nym sty­lem. Alea czuła się przy niej dobrze. Kom­for­towo, nie tak jak z Cyn­thią. Z dru­giej strony Eve mimo wszystko była tu tak naprawdę w pracy. Otrzy­mała pole­ce­nia. Dzia­łała dla Mar­tina. Alea nie mogła wyklu­czyć opcji, że Eve z nią pogrywa: przy­biera rolę zaczep­nej przy­ja­ciółki spe­cjal­nie po to, by uśpić jej czuj­ność.

- Hej. - Eve prze­łknęła wielki kęs i trą­ciła dziew­czynę nogą pod sto­łem, naj­wy­raź­niej zanie­po­ko­jona jej mil­cze­niem. - Wiem, że to jest dużo. Jak wszystko spada tak nagle. Cała sen­tura, cała nowa rze­czy­wi­stość...

Alea dała się wyrwać z wła­snych roz­wa­żań i zmarsz­czyła lekko brwi, pod­no­sząc znów wzrok na towa­rzyszkę.

- Też jesteś echem?

- Nope. - Eve pokrę­ciła głową. - Ale gdy osią­gnę­łam zmien­no­kształtną doj­rza­łość, byłam... - W bar­dzo nie­spo­ty­kany dla sie­bie spo­sób urwała zda­nie w poło­wie i widać było, że szuka innych, lep­szych słów. - Dora­sta­łam bez rodzi­ców - oznaj­miła wresz­cie wprost. - W sys­te­mie, który nie dbał o takich jak ja. Kiedy obu­dziły się moje moce, to naj­pierw spa­ni­ko­wa­łam, a potem w przy­pły­wie czter­na­sto­let­niego geniu­szu po pro­stu zwia­łam - wyja­śniła i zro­biła krótką prze­rwę, by pochło­nąć kolejny kawa­łek lekko spa­lo­nego nale­śnika, który ode­rwała lep­kimi od syropu pal­cami. - To było dwa­na­ście lat temu. Na tere­nie Sta­nów nie było jesz­cze spój­nego sys­temu loka­li­zo­wa­nia nowych prze­mian. Cza­ro­dzieje już mieli opa­no­wany ten wyna­la­zek, ale nie było powodu, żeby się przej­mo­wali Zmien­no­kształt­nymi. To, w jaki spo­sób odkryto twoją sen­tu­ral­ność: że już dzień po prze­mianie widzieli, kim jesteś, i do cie­bie dzwo­nili, to są efekty soju­szu i rodza­jo­wej współ­pracy. W tym kraju sprawy pię­ciu sen­tu­ral­nych rodza­jów zaczęły się tak głę­boko prze­pla­tać dopiero te osiem lat temu. W dwa lata powo­łano do życia szkoły, Cza­ro­dzieje upo­wszech­nili sieć loka­li­zo­wa­nia nowych prze­mian, Łow­com prze­ka­zano fun­du­sze, żeby utwo­rzyli mię­dzy­ro­dza­jowy depar­ta­ment pro­tek­to­rów, na kształt sen­tu­ral­nej poli­cji, Wil­ko­łaki oddały KRA­TER i prze­bu­do­wano go na wię­zie­nie także dla pozo­sta­łych rodza­jów... - wyli­czała spo­koj­nie Eve. - To jest wszystko total­nie nowa era. Kiedy ja mia­łam czter­na­ście lat, tego nie było. Każdy pil­no­wał tylko swo­jego nosa. Znacz­nie wię­cej spraw wpa­dało w szcze­liny nie­uwagi.

- No i jak sobie pora­dzi­łaś?

- Pod­stawy ogar­nę­łam sama. - Eve wzru­szyła ramio­nami. - Mar­tin mnie przy­ła­pał, jak pró­bo­wa­łam go okraść, bo po zwia­niu z ośrodka byłam, jak by to powie­dzieć, w dupie. Gdy się zorien­to­wał, że nie mam nikogo i nie wiem nic o sen­tu­rze, to... - Odkaszl­nęła, uda­jąc, że to przy­pa­dek, a nie nie­spo­dzie­wany przy­pływ emo­cji. Upiła łyk ener­ge­tyka. - Zajął się wszyst­kim. Zna­lazł dla mnie miej­sce u osób Zmien­no­kształt­nych, sam mnie tam zawiózł. Zanim się to udało ogar­nąć, dowie­dzia­łam się od niego o sen­tu­rze pra­wie wszyst­kiego. Zała­twiono mi nowe papiery, nowe imię. Drugą szansę. Co kilka mie­sięcy nawet spe­cjal­nie spraw­dzał, czy wszystko jest u mnie okej. Kiedy rok póź­niej prze­pro­wa­dził się do Kanady, wysłał mi paczkę ze sło­dy­czami. - W jej oczach na chwilę bły­snęła prze­szłość. Wydała się Alei nagle młod­sza. Zagu­biona. Trwało to jed­nak tylko moment i zaraz wró­ciła na miej­sce jej cha­rak­te­ry­styczna pew­ność sie­bie. - Osią­gnię­cie Zmien­no­kształt­nej doj­rza­ło­ści dało mi nowe życie, ale gdyby nie Mar­tin, pew­nie byłoby ono jesz­cze bar­dziej par­szywe niż to pierw­sze. Tym­cza­sem dzięki niemu jestem dziś tutaj. Nale­śniki mogłyby być tro­chę mniej spa­lone, ale poza tym? Nie jest źle - pod­su­mo­wała, prze­ła­mu­jąc poważną atmos­ferę żar­tem, i mru­gnęła poro­zu­mie­waw­czo.

Alea przez moment mil­czała, pró­bu­jąc zde­cy­do­wać, co należy zro­bić z tym nowym zwie­rze­niem.

- To dla­tego mu tak bez­gra­nicz­nie ufasz? - zapy­tała po chwili wolno.

Kilka dni temu wraz z infor­ma­cją o poby­cie Erin w Mal­la­roy na jaw wyszło także to, że Eve wcale nie wie, czym jest nad­cią­ga­jące Wiel­kie Nie­bez­pie­czeń­stwo. Jasne było tylko, że nad­ciąga, by znisz­czyć Wam­piry i Wil­ko­łaki, i jeśli sojusz nie zosta­nie zła­many, Zmien­no­kształtni, Cza­ro­dzieje oraz Łowcy zostaną wcią­gnięci w bru­talny spór, który nie ma z nimi nic wspól­nego. Eve ope­ro­wała tak samo jak Alea: na ślepo, wie­rząc, że Mar­tin Gal­la­gher ma lep­sze rze­czy do roboty niż wymy­śla­nie tak wiel­kich kłamstw. Co dokład­nie wie­działa Cyn­thia Strike, pozo­sta­wało zagadką.

Alea nie zgo­dzi­łaby się im poma­gać, gdyby nie wie­rzyła w praw­dzi­wość zagro­że­nia, wciąż jed­nak zma­gała się z kolej­nymi falami zwąt­pie­nia. Zwłasz­cza od kiedy oka­zało się, że kła­mali na temat Erin. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, jakim cudem Eve funk­cjo­nuje tak od lat. Czy Mar­tin ni­gdy nic jej nie mówił, czy ta sytu­acja była wyjąt­kowa?

Eve chwilę mie­rzyła nasto­latkę czuj­nym spoj­rze­niem, mie­ląc myśli w gło­wie w rytm prze­żu­wa­nia nale­śni­ków. Nie wyda­wała się szcze­gól­nie prze­jęta.

- Mar­tin zawsze ma rację - oświad­czyła wresz­cie. - To dokład­nie tak wkur­wia­jące, jak można podej­rze­wać, a jed­nak tak po pro­stu jest. Też kie­dyś chcia­łam z tym wal­czyć, ale mi prze­szło. Jego umysł pra­cuje w jakiś zupeł­nie inny, znacz­nie lep­szy spo­sób. Ja, ty, Cyn­thia i więk­szość innych osób widzimy drogę. On widzi całą mapę. Znam go dwa­na­ście lat. Pra­cuję dla niego na poważ­nie od sze­ściu: od kiedy wró­cił z Kanady, bo zmiany admi­ni­stra­cyjne, które zaszły w wyniku soju­szu, spra­wiły, że jego pozy­cja pre­zy­denta Zmien­no­kształt­nej Kanady została wchło­nięta przez pre­zy­dent Fran­cis Rowe ze Sta­nów. - Eve lubiła wyko­rzy­sty­wać każdą oka­zję na przy­po­mi­na­nie Alei sen­tu­ral­nych fak­tów poli­tycz­nych, eko­no­micz­nych lub histo­rycz­nych. Albo wła­ści­wie: nie lubiła, ale pła­cili jej za to. - Znam go dwa­na­ście lat, pra­cuję dla niego od sze­ściu - powtó­rzyła - i zawsze wszyst­kie jego dzia­ła­nia, nie­za­leż­nie od tego, jak kon­tro­wer­syjne lub nie­po­ko­jące by się wyda­wały, na końcu oka­zy­wały się najlep­szym roz­wią­za­niem. Mar­tin sie­dzi zarówno w sen­tu­ral­nej, jak i ludz­kiej poli­tyce od bar­dzo dawna. Ma ofi­cjalne i nieofi­cjalne kon­takty, ogromną wie­dzę histo­ryczną i tą cho­ler­nie iry­tu­jącą umie­jęt­ność widze­nia wszyst­kiego. Więc jeśli mi mówi, że coś musi zostać zro­bione, to nie potrze­buję znać szcze­gó­łów. Masz rację, nie wiem, co tak naprawdę nad­cho­dzi - przy­znała otwar­cie. - Ale wiem, że lide­rzy pię­ciu rodza­jów na naszych tere­nach odkryli to nie­bez­pie­czeń­stwo ponad rok temu. Że Wil­ko­łaki i Wam­piry przy­znały się do zaini­cjo­wa­nia soju­szu z pełną świa­do­mo­ścią, co nad­cho­dzi, po to, żeby wyko­rzy­stać pozo­stałe rodzaje do walki. Wiem, że nasza kochana Wielka Piątka uznała: okej, cool, nie­ważne, jeste­śmy razem - wyli­czała dalej Eve i przez chwilę w jej gło­sie sły­chać było nutę iro­nii. - Zdaję sobie sprawę, że Mar­tin wie, co nad­cho­dzi, i wie, że nas to zabije, jeśli jako rodzaj się nie wyła­miemy z tego paktu. To mi wystar­czy. Tak jak powie­dzia­łam, młoda, Mar­tin zawsze, zawsze wie, co będzie dalej. Rozu­mie akcje i reak­cje naszej rze­czy­wi­sto­ści, ma w gło­wie plan­szę z wido­kiem na wszyst­kie posu­nię­cia. Nie można na tym pie­przo­nym świe­cie unik­nąć zła, ale można wybrać to naj­mniej­sze. Jeśli według Mar­tina naj­mniej­szym złem w tym przy­padku jest poświę­ce­nie Wam­pi­rów i Wil­ko­ła­ków, to ja mu wie­rzę. A jeśli poświę­ce­nie całych dwóch rodza­jów jest nie­unik­nione, to nie muszę wie­dzieć, co nad­cho­dzi, by zro­zu­mieć, że jest to coś cho­ler­nie, cho­ler­nie, cho­ler­nie wiel­kiego i prze­ra­ża­ją­cego.

Wresz­cie Eve zakoń­czyła swoją prze­mowę. Alea nie zabrała głosu, pró­bu­jąc naj­pierw w myślach jakoś się do tego wszyst­kiego usto­sun­ko­wać. Na jej ciele poja­wiła się gęsia skórka.

Eve wyglą­dała znów pra­wie bez­tro­sko.

- Musimy zna­leźć twoją praw­dziwą formę, młoda - rzu­ciła jesz­cze, powra­ca­jąc do tematu obo­wiąz­ków. - I to szybko.

***

- Hej, Michael! Pamię­tasz, jak ci mówi­łem, że Lan­ford to mocna sió­demka?

Jasper sie­dział roz­wa­lony na kana­pie, z nogami wycią­gnię­tymi na podusz­kach i prze­glą­dał coś w tele­fo­nie. Był oczy­wi­ście w pokoju lidera Wam­pi­rów. Casta­law stał aku­rat przy sza­fie i szu­kał cze­goś ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Chri­sto­pher grał na kon­soli, Pamela sie­działa nato­miast na łóżku i robiła serię sel­fie. Złoty iden­ty­fi­ka­tor roz­cią­gał się na jej skó­rze niczym naszyj­nik.

- Nic mnie to nie obcho­dzi - mruk­nął Michael, nie patrząc na przy­ja­ciela. - Poza tym mówi­łem ci, że masz prze­stać oce­niać innych za pomocą głu­piej skali.

- No więc cofam to - oświad­czył Jasper, nie­zra­żony zupeł­nie nasta­wie­niem przy­ja­ciela. - Jest zde­cy­do­wa­nie dzie­wiątką.

- Na­dal mam to gdzieś - odparł blon­dyn, teraz już tro­chę ostrzej, dziw­nie ziry­to­wany. - Poza tym ma szes­na­ście lat, nie? Odwal się od niej, zanim Pamela znowu oskarży cię o nie­le­galne upodo­ba­nia.

Jasper wywró­cił oczami. Nie miał żad­nych roman­tycz­nych inten­cji wobec szkol­nej Peace­ma­ker, prze­mia­no­wa­nej na Peace­bre­aker. Za to sądząc po reak­cji, Michael chyba jakieś miał. Mię­dzy kró­le­wi­czem i Lan­ford ewi­dent­nie było pewne napię­cie. Jasper był zde­ter­mi­no­wany, by dobrze się bawić na pokła­dzie tego statku.

- Serio, musisz to zoba­czyć - naci­skał dalej, kiwa­jąc ręką na Micha­ela.

Lider prych­nął, ziry­to­wany, ale zbli­żył się wresz­cie do kanapy. Przy­ja­ciel natych­miast wepchnął mu w ręce swój tele­fon. Na ekra­nie wyświe­tlone było zdję­cie jakiejś sza­tynki. Po jed­nej jej stro­nie uśmie­chała się Alea, po dru­giej... kolejna Alea. Tyle tylko, że z tego, co mówił opis, ta druga miała na imię Erin.

Casta­lawa zatkało, dosłow­nie. Gapił się na zdję­cie kilka dłu­gich sekund, wodząc spoj­rze­niem od jed­nej Alei do dru­giej. Były iden­tyczne.

- Ma bliź­niaczkę, uwie­rzysz? - Jasper zaśmiał się cicho sam do sie­bie, po czym zabrał tele­fon z rąk Micha­ela i pod­su­nął go pod nos Chri­sto­phe­rowi.

Za nimi, na łóżku, Pamela wydała z sie­bie poiry­to­wane par­sk­nię­cie.

- To, że dziew­czyna ma bliź­niaczkę, nie spra­wia, że jest nagle atrak­cyj­niej­sza, wie­cie?

- Spra­wia - odpo­wie­dzieli wszy­scy trzej natych­miast, nie­mal rów­no­cze­śnie.

- Uwierz mi - dodał z peł­nym prze­ko­na­niem Jasper.

- Faceci - burk­nęła pod nosem Pamela z nie­chę­cią.

Chri­sto­pher szybko stra­cił zain­te­re­so­wa­nie i powró­cił do gra­nia. Jasper na nowo zaczął bawić się komórką, więc Michael się­gnął po wła­sną. Wyszu­kał pro­fil dziew­czyny, u któ­rej Jasper zna­lazł zdję­cie, i opadł na fotel, wciąż się przy­glą­da­jąc. Długą chwilę trwał tak ze zmarsz­czo­nymi brwiami i sku­pio­nym wyra­zem twa­rzy. Jak gdyby widział na obrazku znacz­nie wię­cej niż jego przy­ja­ciel.

Nie uszło to uwa­dze Pameli.

W tym roku dopeł­niła się jej trzy­let­nia prze­miana szla­chet­nej krwi. Wam­pi­rzyca prze­żyła dzie­więt­na­ście lat i na tyle też wyglą­dała, ale była na czwar­tym roku wraz z resztą elity. Nie sta­wiało jej to w wiele lep­szej sytu­acji od Jaspera. Róż­nica pole­gała na tym, że ona miała tylko jeden obiekt zain­te­re­so­wań - Micha­ela. Co wię­cej, uwiel­biała go przede wszyst­kim ze względu na jego sta­tus. Ostat­nie, czego potrze­bo­wała po trzech latach cią­głych przy­sług i pochwał, to żeby Casta­law zain­te­re­so­wał się nagle jakąś głu­pią smar­kulą innego rodzaju.

- Grupa che­er­le­ader­ska chce prze­jąć salę w godzi­nach naszych tre­nin­gów - ode­zwała się gło­śno.

- Mhm? - Casta­law na­dal całą uwagę poświę­cał zdję­ciu.

- My były­śmy tam pierw­sze i w prze­ci­wień­stwie do tego żało­snego klubu naprawdę musimy ćwi­czyć - nie odpusz­czała dziew­czyna.

- To ty nie jesteś che­er­le­aderką? - zapy­tał głu­pio Chri­sto­pher, nie odry­wa­jąc wzroku od gry.

Rzadko zda­rzało się, by ktoś poświę­cał jej uwagę kosz­tem wła­snej aktyw­no­ści. Pamela wydęła wargi, nie­za­do­wo­lona.

- Jestem w klu­bie tanecz­nym, idioto - syk­nęła do Flynna. Chło­pak był w szkol­nej dru­ży­nie od dwóch lat, widział wszyst­kie pokazy grupy che­er­le­ader­skiej i jakoś do dzi­siaj nie zare­je­stro­wał, że nie ma jej wśród nich?! Zaraz jed­nak zwró­ciła całą swoją uwagę z powro­tem na Micha­ela. - Chcą nas prze­rzu­cić na godziny wie­czorne, ale ja nie mam zamiaru ćwi­czyć wie­czo­rem - naci­skała, cze­ka­jąc, aż wresz­cie się nią zain­te­re­suje.

Michael był zajęty. Dwie Alee patrzące na niego ze zdję­cia obu­dziły w nim jakąś myśl i teraz gonił ją po swo­jej gło­wie, by móc w pełni zro­zu­mieć. Wresz­cie na jego twa­rzy poja­wił się pełen satys­fak­cji uśmiech. Mruk­nął coś cicho, sam do sie­bie. Potem chwilę jesz­cze przy­glą­dał się zdję­ciu, już wyraź­nie zre­lak­so­wany i pew­niej­szy niż wcze­śniej, po czym wsu­nął komórkę do kie­szeni.

- Poszli z tym do pro­fe­sor John­son i ona jest skłonna wziąć ich stronę. - Pamela nie odpusz­czała.

Michael mach­nął wresz­cie ręką i zer­k­nął na nią kątem oka.

- Już, okej, zgoda - rzu­cił z cie­niem iry­ta­cji. Myślami wciąż był gdzie indziej. - Zała­twię wam tę salę. Zado­wo­lona?

Pokryte krwi­sto­czer­woną szminką usta Wam­pi­rzycy roz­cią­gnęły się w słod­kim uśmie­chu. Kiw­nęła głową z satys­fak­cją i wró­ciła do robie­nia sobie sesji w znacz­nie lep­szym humo­rze.

Jasper ode­rwał na chwilę wzrok od komórki i łyp­nął podejrz­li­wie na przy­ja­ciela. Michael był naj­pierw prze­sad­nie spięty, a teraz nagle podej­rza­nie zado­wo­lony. Doświad­cze­nie mówiło, że lepiej było od razu śle­dzić źró­dła takich dziw­nych zmian emo­cjo­nal­nych u mło­dego lidera Wam­pi­rów

- No co? - burk­nął Casta­law, czu­jąc na sobie jego pyta­jące spoj­rze­nie.

Jasper nie zdą­żył roz­po­cząć śledz­twa, bo głos zabrał Chri­sto­pher, zain­spi­ro­wany jęcze­niem Pameli.

- Dosta­łem karne godziny - przy­znał się z gry­ma­sem.

- Za co? - Casta­law zer­k­nął w jego stronę. Wie­dział, do czego to zmie­rza, i na jego twa­rzy już poja­wiło się spe­cy­ficzne zmę­cze­nie. Tak samo na dwor­skie Wam­piry patrzył cza­sem Regan Casta­law, kiedy tydzień był wyjąt­kowo długi, a sprawy wyma­ga­jące.

- Być może tro­chę za mocno popchną­łem pierw­szo­rocz­niaka, który stał mi na dro­dze. - Flynn wzru­szył ramio­nami.

- Pobi­łeś pierw­szo­rocz­niaka? - zapy­tała drwiąco Pamela. - Bar­dzo doj­rzałe, Flynn. Bar­dzo to też musiało być trudne.

Chri­sto­pher zaci­snął palce na kon­tro­le­rze.

- Zamknij się, idiotko.

- Jak mnie nazwa­łeś?

Zaczęli rzu­cać w sie­bie pio­ru­nu­jące spoj­rze­nia.

Jasper wsu­nął ręce pod głowę i prze­niósł wzrok na sufit, roz­wa­ża­jąc drzemkę.

- Wil­ko­łak? - zapy­tał tym­cza­sem Michael znu­dzo­nym tonem, nic sobie nie robiąc z wza­jem­nej wro­go­ści tam­tej dwójki. Nie było żadną nowo­ścią, że Pamela i Chri­sto­pher się nie cier­pią. W ich czwórce tylko Michael i Jasper naprawdę się lubili. Pay­ton była z nimi, bo wam­pi­rzej szlach­cie wypa­dało się trzy­mać bli­sko Casta­la­wów. Chri­sto­pher dzie­lił pokój z Jaspe­rem, więc zawsze plą­tał się obok, a poza tym Michael wolał mieć go na oku i choć czę­ściowo kon­tro­lo­wać jego agre­sję.

- Cza­ro­dziej - popra­wił go Flynn, odwra­ca­jąc wresz­cie wzrok od Pameli.

Cza­sem Casta­law nie mógł uwie­rzyć, że on i Chri­sto­pher byli w tym samym wieku. Zwłasz­cza gdy fizycz­nie tam­ten miał wieczne pięt­na­ście lat.

- Jesteś idiotą - oznaj­mił Michael wprost, choć na­dal spra­wiał wra­że­nie nie­wzru­szo­nego. - Kto cię uka­rał?

- Cabrera.

No tak. Lider Łow­ców potra­fił patro­lo­wać kory­ta­rze w wol­nym cza­sie, jak gdyby był jed­nym z nauczy­cieli.

Chri­sto­pher wciąż patrzył wycze­ku­jąco, Casta­law ski­nął więc krótko głową.

- Sprze­ci­wię się. Zosta­nie jego słowo prze­ciw mojemu i dobrze wiemy, że pusz­czą to w nie­pa­mięć. - Uśmiech­nął się sam do sie­bie na myśl o wła­snych moż­li­wo­ściach. Czy Regan Casta­law byłby dumny, że jego dzie­dzic wciąż ma wszystko w tej szkole pod kon­trolą...? Zaraz jed­nak wró­cił myślami do Flynna. - Robię to ostatni raz. Prze­stań się wresz­cie cze­piać pierw­sza­ków.

Wię­cej próśb chwi­lowo nie było. Michael wes­tchnął cicho i roz­siadł się wygod­niej w fotelu. Potem powiódł wzro­kiem po trójce zebra­nej w jego pokoju i wes­tchnął raz jesz­cze, tym razem nieco teatral­nie.

- Mogli­by­ście cho­ciaż uda­wać, że nie trzy­ma­cie się ze mną ze względu na moją pozy­cję i pie­nią­dze - rzu­cił, ale widać było wyraź­nie, że wcale nie jest zły. Wręcz prze­ciw­nie. Prze­peł­niało go zado­wo­le­nie i dzi­waczne poczu­cie speł­nie­nia.

- Ja udaję cały czas - oznaj­mił natych­miast Jasper i uśmiech­nął się zaczep­nie, cho­ciaż oczy miał już zamknięte.

Michael pró­bo­wał powstrzy­mać szczere roz­ba­wie­nie, bo nisz­czyło ono jego wład­czy wize­ru­nek, ale osta­tecz­nie musiał zaśmiać się cicho pod nosem. Aku­rat Jasper, może jako jedyny Wam­pir w całej szkole, niczego od niego nie chciał i nie ocze­ki­wał. Zgod­nie więc z zasa­dami kosmicz­nego porządku nazy­wa­nego także potocz­nie iro­nią otrzy­my­wał zawsze naj­wię­cej.

***

Erin mie­wała lep­szy humor.

Nie­po­kój o sio­strę przy­cichł nieco, gdy oka­zało się, że Alea mogła poroz­ma­wiać z ich matką i nie była to wcale jakaś despe­racka próba pro­sze­nia o pomoc. Erin wciąż czuła jed­nak roz­cza­ro­wa­nie, że sama nie miała szansy na roz­mowę z bliź­niaczką. Nie chciało jej się roz­wa­żać dla­czego. Z pew­no­ścią stał za tym jakiś skom­pli­ko­wany powód zwią­zany z intrygą, w którą je obie uwi­kłano. Tak czy ina­czej - tęsk­niła. Była przy­zwy­cza­jona do spę­dza­nia czasu bez rodzi­ców i brata. Samu­ela i Wenonę Lan­ford czę­sto pochła­niała praca, Derek był małym samot­ni­kiem z wyboru. Jed­nak brak towa­rzy­stwa Alei wyda­wał się jej wciąż nowo­ścią, cho­ciaż minął już ponad mie­siąc ich roz­łąki.

Dru­gim pro­ble­mem były wieczne kłam­stwa. Nie­raz uda­wała w prze­szło­ści Aleę, jed­nak zawsze tylko na chwilę. Teraz odgry­wała rolę obu sióstr jed­no­cze­śnie przed wszyst­kimi i przez cały czas. Im lep­sza się w tym sta­wała, tym mniej ją to męczyło, ale rosły za to wyrzuty sumie­nia. Jedyną osobą, z którą miała rela­cję nie­ska­żoną ściem­nia­niem, była obec­nie Bethany.

Trzeci pro­blem nazy­wał się Michael Casta­law. Bo jak­żeby ina­czej? Chło­pak oczy­wi­ście dotrzy­mał słowa i wysta­wił jej karne godziny, a sekre­ta­riat je, oczy­wi­ście, zatwier­dził. Tak więc w pią­tek po zaję­ciach, kiedy wielu star­szych uczniów szy­ko­wało się do wyj­ścia poza mury, ona sie­działa w salo­nie i odli­czała minuty do sie­dem­na­stej. Tym razem miała sta­wić się bez­po­śred­nio przy por­tierni sek­tora szkol­nego. Nie­trudno było się domy­ślić, że ostat­nią rze­czą, na jaką miała ochotę, to praca porząd­kowa na rzecz szkoły pod nad­zo­rem nadę­tej Pameli Pay­ton.

- Dla­czego nam nie powie­dzia­łaś! - ode­zwał się nagle nad jej głową oskar­ży­ciel­ski gło­sik Lizzy.

Erin momen­tal­nie ogar­nął irra­cjo­nalny lęk.

O Kosmo­sie. Wie­dzą.

- O czym? - zapy­tała dziw­nie zachryp­nię­tym gło­sem, bo nagle zaschło jej w gar­dle.

- O tym, że przy­cho­dzisz w zesta­wie - wyja­śnił uprzej­mie Keith. Wcze­śniej pochy­lał się nad Lizzy, oglą­da­jąc coś w jej komórce, teraz wsparł ręce na bio­drach i patrzył na Erin wycze­ku­jąco. Ona jed­nak wciąż nie rozu­miała, o co cho­dzi.

Jej prze­ra­żony, zdez­o­rien­to­wany wyraz twa­rzy musiał wresz­cie wzbu­dzić w przy­ja­cio­łach litość, bo pokrę­cili gło­wami z roz­ba­wie­niem.

- Masz bliź­niaczkę. - Tatiana mie­rzyła Erin uważ­nym spoj­rze­niem. Sie­działa po prze­ciw­nej stro­nie niskiego sto­lika, z wła­sną komórką w ręku.

O Kosmo­sie! Wie­dzą, wie­dzą, wszy­scy wie­dzą!

- O czym wy mówi­cie? - zapy­tała Erin z nutą despe­ra­cji w gło­sie, po czę­ści uzna­jąc, że zgry­wa­nie głu­piej jest dobrą tak­tyką, po czę­ści szcze­rze zdez­o­rien­to­wana roz­wo­jem wyda­rzeń.

Lucas opadł swo­bod­nie na kanapę, tuż obok niej.

- Mówimy o tym. - Pod­su­nął dziew­czy­nie pod nos komórkę, na któ­rej otwo­rzone było zdję­cie. - Ni­gdy nie wspo­mi­na­łaś o Erin.

Usły­sze­nie wła­snego imie­nia z ust zna­jo­mego Wil­ko­łaka po tygo­dniach pod­szy­wa­nia się pod sio­strę było prze­dziw­nym doświad­cze­niem. Od wybuch­nię­cia histe­rycz­nym śmie­chem Erin dzie­lił obec­nie tylko krok. Zamiast tego zmu­siła się jed­nak, by spoj­rzeć uważ­niej.

Zdję­cie oka­zało się naj­now­szym postem Julie. Było to uję­cie ich trójki sie­dzą­cej na weran­dzie domku nad jezio­rem, z kolo­ro­wymi lodami w rękach i sze­ro­kimi uśmie­chami na ustach. Zostało zro­bione w zeszłe waka­cje, kiedy bliź­niaczki Bethany i Julie popro­siły swo­ich rodzi­ców o zapi­sa­nie ich na ten sam obóz letni.

Przed przy­jaz­dem do Mal­la­roy Erin spe­cjal­nie dez­ak­ty­wo­wała lub surowo ocen­zu­ro­wała konta spo­łecz­no­ściowe Alei. "Detoks od social mediów" - brzmiały ostat­nie posty. Zosta­wiła jedy­nie Mes­sen­gera i to była jej pod­stawa komu­ni­ka­cji ze wszyst­kimi, któ­rzy mieli ją za Aleę. Tym­cza­sem u sie­bie poukry­wała wszyst­kie wspólne zdję­cia. Wszystko to, by unik­nąć dodat­ko­wych pytań i kom­pli­ka­cji, dopóki musi być dwiema oso­bami naraz. Jed­nak tego dnia Julie - naj­wy­raź­niej w przy­pły­wie nostal­gii - wrzu­ciła ich wspólne zdję­cie i prze­cie­kło ono do inter­ne­to­wej bańki Lizzy.

Był to kry­zys, ale nie­wielki. Naj­waż­niej­sze sekrety wciąż pozo­sta­wały ukryte.

- Ymm, no tak. - Erin odchrząk­nęła nie­po­rad­nie i uśmiech­nęła się lekko, odzy­sku­jąc grunt pod nogami. - Mam bliź­niaczkę.

- To jest takie super! - zawo­łała Lizzy rado­śnie. - Dla­czego nic nie mówi­łaś?!

Wszy­scy patrzyli teraz na dziew­czynę wycze­ku­jąco.

Erin wła­ści­wie nie wie­działa, co dalej. Tłu­ma­cze­nie, że tylko jedna z nich jest Zmien­no­kształtna, było samo w sobie skom­pli­ko­wane i podej­rzane, a w dodatku spy­chało myśli innych na sprawę ist­nie­nia ludz­kiej Lan­ford. Po to wszystko ukryła! Teraz jed­nak musiała wyja­śnić, czemu w ciągu sze­ściu tygo­dni sło­wem nie wspo­mniała o... Erin. Kosmo­sie, jej życie zmie­niało się w kome­dio­dra­mat (z prze­wagą dra­matu).

Miała wypieki na twa­rzy, a mdło­ści nie czuła wyłącz­nie dla­tego, że wyro­biła sobie już odpor­ność na stres. Gdyby miała zacząć liczyć, ile razy była pewna, że ktoś ją zde­ma­sko­wał, szybko zabra­kłoby jej pal­ców.

Widziała po minach przy­ja­ciół, że mają wię­cej pytań, i nie dzi­wiło jej to wcale. Nie czuła się jed­nak gotowa odpo­wie­dzieć na żadne z nich. Potrze­bo­wała stra­te­gii. Jedno złe słowo, jedno nie­prze­my­ślane kłam­stwo i mogła się pogrze­bać.

Powinna powie­dzieć, że Erin jest czło­wie­kiem, czy może skła­mać, że tra­fiła do innej szkoły soju­szu? Albo jest Zmien­no­kształtna, ale uczy się w domu z powodu jakiejś cho­roby... Czy to w ogóle dopusz­czalne w sen­tu­ral­nym pra­wie...? O matko, co za bała­gan.

Nie poma­gał fakt, że jej nowi przy­ja­ciele byli bystrzy. Zwłasz­cza Tatiana ją teraz nie­po­ko­iła - star­sza Zmien­no­kształtna do dzi­siaj nie otrzy­mała wyja­śnie­nia, czemu Erin zdjęła na początku wrze­śnia iden­ty­fi­ka­tor, a w roz­wią­zy­wa­niu łami­głó­wek była mistrzy­nią.

Jak to się mówi? Kłam­stwo ma krót­kie nogi? Cóż, Erin miała nogi prze­cięt­nej dłu­go­ści i czuła, że wyko­nuje mara­ton życia.

Z pomocą przy­szedł jej czas. Sie­dem­na­sta zbli­żała się wiel­kimi kro­kami i w przy­pły­wie despe­ra­cji Erin zer­k­nęła teatral­nie na zega­rek, po czym pod­nio­sła się szybko z miej­sca.

- Kur­czę, muszę iść na karne godziny - oświad­czyła, uda­jąc nie­chęć. - Poga­damy potem, okej? Bo teraz jak ten temat ruszymy, to nie skoń­czymy...

Wła­ści­wie to tej nie­chęci w gło­sie nie musiała wcale uda­wać. Szo­ro­wa­nie cze­goś pod okiem pod­łej Wam­pi­rzycy było może opcją lep­szą od obec­nego prze­słu­cha­nia, ale na­dal paskudną. Da jej to jed­nak cho­ciaż szansę na zapla­no­wa­nie kolej­nego kroku.

Musiała wyzna­czać spe­cjalny czas na pla­no­wa­nie, jak sku­tecz­nie okła­my­wać wła­snych przy­ja­ciół. Rewe­la­cyj­nie. Feno­me­nal­nie. Dajesz, Erin, dajesz.

Mara­ton pro­sto do pie­kła.

- Prze­ślij kró­lo­wej Wam­pi­rów moje ukłony! - popro­sił bła­gal­nie Keith, oczy­wi­ście się zgry­wa­jąc.

- Myślisz, że Pamela jest kró­lową? - zapy­tał z powąt­pie­wa­niem Lucas.

- Ona na to bar­dzo wyraź­nie liczy... - zgo­dziła się Lizzy.

Tatiana wes­tchnęła ciężko.

- Jeśli sama nadzieja daje tytuł, to mamy sporo kró­lo­wych - zauwa­żyła.

Wil­ko­łaki zachi­cho­tały zło­wiesz­czo.

- Tabun kró­lo­wych! - stwier­dził Lucas.

Choć Michael wcale nie miał opi­nii pod­ry­wa­cza, nie było sekre­tem, że wiele dziew­czyn jest nim zauro­czo­nych. Jakim cudem, Erin nie miała poję­cia. Jej chwile sła­bo­ści tłu­ma­czyło przy­naj­mniej to, że była czło­wie­kiem podat­nym na wam­pi­rzy czar...

- Stado kró­lo­wych! - pod­chwy­cił Keith. - Cała, pry­watna hodowla kró­lo­wych. Kró­lowe, powie­dział­bym, nie­per­ma­nentne. Kró­lowe tym­cza­sowe. Kró­lowe, któ­rym korona z cza­sem prze­cho­dzi!

- Kró­lowe, które osta­tecz­nie wyra­stają z mody na monar­chię, śmiem twier­dzić. - Lucas się uśmiech­nął.

- Naiwne dziew­czyny, które kie­dyś przej­rzą na oczy - zgo­dziła się Tatiana.

- Tym­cza­sem Michael na zawsze pozo­sta­nie idiotą - dokoń­czyła Erin z uśmiesz­kiem. Nic jej tak nie popra­wiało humoru, jak kpiny z lidera Wam­pi­rów.

- A wie­cie, że mię­dzy nim i Pamelą naprawdę ani razu nic nie było? Ani jed­nego razu, nic! Tak przy­naj­mniej mówią... - ode­zwała się ści­szo­nym gło­sem Lizzy, gotowa do plot­ko­wa­nia.

Keith uniósł lekko jedną brew.

- Ani razu? Prze­cież laska klęka przed nim przy każ­dej oka­zji... - Ledwo skoń­czył mówić, zdał sobie sprawę, że można było zna­leźć w tym sek­su­alny pod­tekst, i zama­chał roz­pacz­li­wie rękami. - Nie w tym sen­sie! Na nie­biosa...

Lucas par­sk­nął śmie­chem, a Lizzy zaczer­wie­niła się lekko i wbiła wzrok we wła­sne trampki. Tatiana wywró­ciła oczami.

- Wszy­scy w gru­pie che­er­le­ader­skiej twier­dzą, że to Jasper jest pod­ry­wa­czem - cią­gnęła Lizzy, na­dal tro­chę skrę­po­wana. - Michael jest strasz­nie wybredny i wszyst­kie dziew­czyny odrzuca.

Erin się skrzy­wiła.

- Jeśli skoń­czy­li­ście już deba­to­wać na temat życia roman­tycz­nego Micha­ela Casta­lawa, pozwól­cie, że pójdę haro­wać ciężko w robo­cie, którą mi zała­twił. Do póź­niej. Życz­cie mi szczę­ścia!

Przy­ja­ciele poże­gnali ją chó­rem życzeń. Nie­świa­domi, że tym razem żadne się nie spełni.

***

W dro­dze do głów­nego wej­ścia do szkoły, przy któ­rym znaj­do­wało się zaple­cze woź­nego, Erin chciała sku­pić się na pro­ble­mie odkry­tej bliź­niaczki, ale roz­mowa przy­ja­ciół spra­wiła, że utknął jej w gło­wie na nowo obraz lekko pija­nego Micha­ela pro­wa­dzą­cego jakąś dziew­czynę do pokoju. Lizzy zda­wała się mieć jed­nak rację, że to Jasper sły­nął w szkole z serii roman­sów ze star­szymi uczniami. Casta­law, jeśli był zaan­ga­żo­wany w jakieś związki, trzy­mał je sku­tecz­nie w sekre­cie.

- Tak, Erin. Brawo - mruk­nęła sama do sie­bie, prze­mie­rza­jąc opu­sto­szały kory­tarz. - Poświę­caj jesz­cze wię­cej czasu na roz­wa­ża­nie, jak się ma życie pry­watne lidera Wam­pi­rów. Daleko cię to zapro­wa­dzi - fuk­nęła i skrę­ciła w lewo, po czym zatrzy­mała się gwał­tow­nie.

Zna­la­zła się twa­rzą w twarz, a raczej twa­rzą w pysk, z Yoric­kiem. Może to dzia­łała jej wyobraź­nia, ale wydało jej się, że kró­lik posłał jej spoj­rze­nie naj­bar­dziej pogar­dliwe ze wszyst­kich dotych­cza­so­wych.

Dziew­czyna skrzy­żo­wała ręce w obron­nym geście, zer­ka­jąc na niego z cie­niem wstydu.

- To nie ja zaczę­łam ten temat! - rzu­ciła, jakby bła­gała o litość. Yorick nie zmie­nił jed­nak wyrazu oczu, co zmu­siło ją do dal­szych wyja­śnień. - Nie­na­wi­dzę go. Może sobie być, z kim chce. Nic mnie to nie obcho­dzi - zapew­niła kró­lika sta­now­czo. Nie mogła pozbyć się wra­że­nia, że sie­bie samą także musi o tym prze­ko­ny­wać.

Yorick sie­dział jed­nak na­dal w miej­scu, mie­rząc ją peł­nym poli­to­wa­nia spoj­rze­niem, jakby była jed­nym wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. Erin prych­nęła zde­ner­wo­wana i wymi­nęła go ener­gicz­nym kro­kiem.

- No dalej, gadaj z kró­li­kiem - ponow­nie skar­ciła sie­bie pod nosem. - Pew­nie jest mądrzej­szy od cie­bie.

Przed scho­dami raz jesz­cze się odwró­ciła. Yorick sie­dział tam, gdzie go zosta­wiła, i łypał na nią w dal­szym ciągu z pogardą.

- Demon, nie kró­lik - zacy­to­wała czę­sto uży­wane przez Keitha powie­dze­nie i zbie­gła w dół, kie­ru­jąc się w stronę por­tierni.

***

- Karne godziny, co? - Woźny Jack stu­dio­wał jesz­cze przez chwilę papie­rek, który dostała z sekre­ta­riatu, po czym wrę­czył go jej z powro­tem i wytarł dłoń o swój bor­dowy swe­ter. - Nie wyglą­dasz mi na nie­grzeczną osóbkę. Ta szkoła za bar­dzo was drę­czy, dzie­ciaki.

Kaszl­nął cicho, po czym uśmiech­nął się cie­pło i poki­wał głową ze współ­czu­ciem.

- Będziesz musiała zamieść krę­cone schodki w połu­dnio­wym skrzy­dle sek­tora szkol­nego. Ale tylko zamieść. Broń Boże, nie szo­ro­wać! Pra­wie nikt ich nie używa i powiem ci szcze­rze, że ekipa sprzą­ta­jąca bar­dziej udaje, że je sprząta, niż fak­tycz­nie sprząta. Ale no, niech to będzie nasz sekret. W każ­dym razie, dzie­cinko, nie pró­buj ich doczy­ścić na poważ­nie, bo spę­dzisz tam cały tydzień. Tylko tak, no wiesz, siup-siup mio­tłą i tyle. Nikt się nie dowie.

Mru­gnął do niej poro­zu­mie­waw­czo, a potem znik­nął w por­tierni. Przy­gar­biony, prze­szedł przez małe akwa­rium i wci­snął się na zaple­cze. Za przy­mknię­tymi drzwiami przez chwilę dało się sły­szeć gło­śne szu­ra­nie i stłu­miony jęk, a następ­nie ciche pomruki przy­po­mi­na­jące krótką roz­mowę.

Sta­ru­szek wró­cił z wielką mio­tłą, małą szu­felką i czar­nym wor­kiem na śmieci. Erin uśmiech­nęła się do niego uprzej­mie. On zmarsz­czył gniew­nie brwi.

- Co się tak szcze­rzysz? Hm?! Zabie­raj te rze­czy i zmia­taj pra­co­wać! - wark­nął, wci­ska­jąc jej w ręce mio­tłę. - Głu­pie, roz­pusz­czone bachory - dodał już ciszej, niby do samego sie­bie, ale chyba wcale mu nie prze­szka­dzało, że Erin usły­szała.

Dziew­czyna wzdry­gnęła się, kiedy por­tier na nią nasko­czył, ale szybko zamknęła usta, zabrała rze­czy i znik­nęła mu z oczu. Nie potrze­bo­wała wię­cej pro­ble­mów.

Po szkole krą­żyły dwie teo­rie: że ist­nieją dwaj iden­tyczni por­tie­rzy o imie­niu Jack lub że jest jeden i bar­dzo szybko zmie­nia mu się humor. Jeśli cho­dziło o Erin, to abso­lut­nie bez żad­nego kon­kret­nego powodu znacz­nie bar­dziej praw­do­po­dobna wyda­wała jej się teo­ria o zamie­nia­ją­cych się wciąż miej­scami bliź­nia­kach. Gdzieś już o tym sły­szała...

***

Wąskie, kręte schody, które miała posprzą­tać, chyba naprawdę były prak­tycz­nie nie­uży­wane, bo w ciągu pół­tora mie­siąca spę­dzo­nego w Mal­la­roy ni­gdy ich nie odkryła. Wyglą­dały jak schody na wieżę, w któ­rej zamknięto księż­niczkę - ledwo oświe­tlone, z kamien­nymi, krót­kimi stop­niami - wiły się cia­snym tune­lem od par­teru aż na ostat­nie pię­tro. W niczym nie przy­po­mi­nały prze­stron­nych wind i sze­ro­kich scho­dów, które można było zna­leźć w innych czę­ściach szkoły. No i były w opła­ka­nym sta­nie. Pokry­wały je kurz, brud i paję­czyny.

Erin sta­nęła na samym dole i prze­klęła cicho.

- Dla­czego ja? - zapy­tała ponuro ścianę i zaczęła się wspi­nać, żeby sprzą­tać, scho­dząc.

(Ściana nie odpo­wie­działa).

Dotarła na trze­cie pię­tro z lek­kimi zawro­tami głowy, pod­pie­ra­jąc się mio­tłą jak laską. Schody oka­zały się tak kręte, że wcho­dze­nie po nich przez wszyst­kie kon­dy­gna­cje dawało mniej wię­cej ten sam rezul­tat co krę­ce­nie się wokół wła­snej osi. Tylko z bólem w udach w ramach bonusu.

Dała sobie chwilę na poma­ru­dze­nie, potem zabrała się do pracy. Już po kilku schod­kach wypra­co­wała rytm i jej ciało zaczęło poru­szać się pra­wie auto­ma­tycz­nie, pod­czas gdy ona pogrą­żyła się w roz­wa­ża­niach, jak naj­le­piej wyja­śnić zna­jo­mym fakt, że miała sekretną bliź­niaczkę. Taka tam drob­nostka, o któ­rej zapo­mniała wspo­mnieć...

- No pro­szę. Jed­nak do cze­goś się nada­jesz. - Drwiący głos wyrwał ją z transu. Zadarła gwał­tow­nie głowę i poczuła zna­jomy ucisk w żołądku.

Michael Casta­law stał na szczy­cie scho­dów z rękoma w kie­sze­niach ele­ganc­kich spodni i patrzył na nią pro­wo­ku­jąco. Jego wargi wygi­nał dobrze jej już znany, kpiący uśmie­szek, a błę­kitne oczy spo­glą­dały prze­szy­wa­jąco.

Po ple­cach Erin prze­biegł dreszcz. Nie była na niego, cho­lera jasna, gotowa. Spo­dzie­wała się Pameli, może Chri­sto­phera. Ewen­tu­al­nie, w osta­tecz­no­ści, Jaspera, cho­ciaż to już byłoby bar­dzo dziwne. Ni­gdy nato­miast nie przy­szło jej do głowy, że Pan i Władca Szkoły (a przy­naj­mniej jej wam­pi­rzej czę­ści) pofa­ty­guje się oso­bi­ście, by ster­czeć nad nią i pil­no­wać, czy dobrze wyko­nała robotę. Poprzed­nio tego nie zro­bił.

- Czemu zawdzię­czam ten zaszczyt? - zapy­tała nie­przy­jem­nym tonem, wytrzy­mu­jąc jego spoj­rze­nie. W myślach oczy­wi­ście sama już sobie na to pyta­nie odpo­wie­działa: przy­szedł ją drę­czyć. Cóż by innego.

Chło­pak jesz­cze nic nie zro­bił, a już czuła iry­ta­cję. Sam jego widok tak na nią dzia­łał: miała go dość, kiedy patrzyła, jak tak sobie non­sza­lancko stał, z tym swoim dener­wu­ją­cym uśmie­chem, idio­tycz­nie białą koszulą, nie­nor­mal­nie nie­bie­skimi oczami, z drogą bły­skotką na nad­garstku i głu­pim sygne­tem na palcu.

- Mam pomysł, Lan­ford. Mniej gada­nia, wię­cej rusza­nia rącz­kami. Chyba że chcesz sie­dzieć tu do pół­nocy.

- Nikt nie chciałby spę­dzać z tobą czasu do pół­nocy - odcięła się, wra­ca­jąc do zamia­ta­nia. Nie podo­bało jej się, że są na scho­dach i chło­pak znaj­duje się nad nią.

- Pół szkoły o tym marzy - zapew­nił ją Michael z roz­ba­wie­niem.

Zawsze był wredny, ale dziś zamiast zło­ści towa­rzy­szyło temu zado­wo­le­nie. Nie trzeba było długo go znać, by wie­dzieć, że zado­wo­lony Casta­law to zde­cy­do­wa­nie gorzej niż Casta­law wku­rzony. Przy­naj­mniej dla niej. Kiedy się wście­kał, wycho­dziła na wierzch cała jego nie­doj­rza­łość. Tym­cza­sem dobry humor spra­wiał, że dosko­nale pano­wał nie tylko nad sobą, ale także nad oto­cze­niem.

Nie­do­brze.

- W takim razie jestem wielką fanką tej dru­giej połowy - burk­nęła, z fru­stra­cją zamia­ta­jąc kolejny sto­pień.

Michael jedy­nie prych­nął.

Praca szła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wała, i nie była wcale ciężka. Wię­cej wysiłku kosz­to­wało ją igno­ro­wa­nie obec­no­ści Micha­ela. Nie poma­gał fakt, że Wam­pir był zaska­ku­jąco spo­kojny. Sie­dział tam, gdzie było już czy­sto, i przy­glą­dał się jej z roz­ba­wie­niem. Gdy dystans mię­dzy nimi robił się zbyt wielki, scho­dził kilka stopni niżej i zaj­mo­wał nowe miej­sce.

Pra­wie wszyst­kie ich dotych­cza­sowe spo­tka­nia były krót­kie, prze­lotne i pełne gniewu. W ciszy i spo­koju prze­by­wali razem tylko raz, kiedy sie­działa na jego łóżku i cze­kała, aż napi­sze wypra­co­wa­nie. Wtedy Casta­law gapił się na tekst, nie na nią.

Erin była spięta. Zamia­tała z nie­na­tu­ral­nym odda­niem i robiła wszystko, żeby myśleć o czymś innym niż lider Wam­pi­rów, ale on wciąż tam był: kilka stopni nad nią i w jej gło­wie. Miała się zasta­no­wić nad waż­nymi spra­wami, ale nie mogła się sku­pić.

- Hej, Erin? - Michael zacze­pił ją nagle. Łok­cie miał wsparte na udach, sie­dział swo­bod­nie i zer­kał na nią z zain­te­re­so­wa­niem.

- Czego znowu chcesz? - wark­nęła ziry­to­wana, pod­no­sząc głowę.

Zro­zu­miała swój błąd w momen­cie, kiedy dostrze­gła triumf na jego twa­rzy. Blon­dyn uśmie­chał się paskud­nie i Erin pomy­ślała, że to koniec. Poczuła się, jakby ktoś kop­nął ją z całej siły w brzuch. Zaci­snęła dłoń na mio­tle i przez moment chciała się rzu­cić do panicz­nej ucieczki. Michael tym­cza­sem pod­niósł się z miej­sca, nie­sa­mo­wi­cie z sie­bie dumny.

- Wie­dzia­łem! - Uśmie­chał się nie­bez­piecz­nie. - Wcale nie masz przy­ja­ciółki o imie­niu Alea. Masz sio­strę, która się tak nazywa!

Kosmo­sie, jakimś cudem, gdy powie­dział to na głos, Erin poczuła się dwa razy gorzej. Zamiast ucieczki zaczęła roz­wa­żać zła­ma­nie mio­tły i wbi­cie drewna pro­sto w serce chło­paka. Może ma szczę­ście i kij jest aku­rat z sosny...

Oczy­wi­ście niczego takiego nie zro­biła. Zamiast tego stała w miej­scu, z sze­roko otwar­tymi oczami, i sły­szała w gło­wie huk towa­rzy­szący wale­niu się całego jej świata. To było to. Chwila, któ­rej bała się od momentu przy­by­cia do Mal­la­roy. Teraz wszyst­kie kosz­mary speł­niały się na jej oczach, a cie­mię­ży­cie­lem oka­zał się nie kto inny, jak znie­na­wi­dzony Casta­law.

Na początku chciała zaprze­czyć, ale szybko zro­zu­miała, że tylko się ośmie­szy. Było na to za późno. Wie­dział. Naj­pierw pod­słu­chał jej roz­mowę, potem zoba­czył zdję­cie wsta­wione przez Julie, aż wresz­cie pod­pu­ścił ją, gdy się zamy­śliła, i to wystar­czyło. Michael Casta­law odkrył jej sekret.

Chło­pak zna­lazł się nie­spo­dzie­wa­nie tuż przy niej, korzy­sta­jąc ze swo­jej sen­tu­ral­nej szyb­ko­ści. Cof­nęła się odru­chowo. Schody krę­ciły się tak cia­sno, że trzeba było z każ­dym kro­kiem odwra­cać się odro­binę w bok. Ona tego nie zro­biła, połowa jej ple­ców spo­tkała się więc z nie­przy­jem­nie zimną ścianą. Lep­sze to niż upa­dek.

Casta­law nie odpu­ścił. Wci­snął się na ten sam sto­pień i wsparł dłoń o ścianę, odgra­dza­jąc jej moż­li­wość ucieczki w dół.

- Jesteś Erin - stwier­dził z nutą nie­do­wie­rza­nia, jakby nie spo­dzie­wał się, że jego teo­ria naprawdę się potwier­dzi. Przy­glą­dał jej się teraz z cie­ka­wo­ścią, która ocie­rała się wręcz o fascy­na­cję. - Jesteś tą drugą bliź­niaczką. Czemu?

Był bli­sko. Za bli­sko. Tak bli­sko, że nie potra­fiła się sku­pić. Gdyby mogła, cof­nę­łaby się jesz­cze bar­dziej, wsiąk­nęła w ścianę i znik­nęła raz na zawsze.

- Tak, okej?! - wyrzu­ciła z sie­bie wresz­cie, nie mogąc znieść napię­cia. Głos jej nie­stety zadrżał, choć pró­bo­wała tego unik­nąć. - Jestem Erin.

Sytu­acja była opła­kana, ale wypo­wie­dze­nie wła­snego imie­nia na głos po całych tygo­dniach uda­wa­nia sio­stry i tak przy­nio­sło jej odro­binę satys­fak­cji. Może tak jest lepiej. Może czas przy­znać się do wszyst­kich kłamstw i mieć to za sobą. Przy­jąć kon­se­kwen­cje, odku­pić winy...

- Czemu? - Casta­law nie odpusz­czał. Było widać jak na dłoni, jak bar­dzo podoba mu się ta cała sytu­acja. W końcu miał nad nią wła­dzę. - Gdzie jest twoja sio­stra?

Erin zro­biło się gorąco. Miała wra­że­nie, że jed­no­cze­śnie w pło­mie­niach stoją jej skóra i umysł.

- W innej szkole - wypa­liła, bo to jako pierw­sze przy­szło jej do głowy.

Michael zmarsz­czył brwi i odsu­nął się wresz­cie na tyle, na ile pozwa­lała mu cia­sna prze­strzeń wąskich scho­dów.

- Czemu twoja sio­stra jest w innej szkole, Erin? - zapy­tał wolno, czer­piąc nie­małą satys­fak­cję z samego wyma­wia­nia jej praw­dzi­wego imie­nia.

Erin zdała sobie nagle sprawę, że mogła to prze­trwać. Casta­law poznał jej praw­dziwe imię, nie zda­wał sobie chyba jed­nak jesz­cze sprawy, że była także innego rodzaju. Jeśli tylko szybko zbu­duje wia­ry­godne kłam­stwo... Na Kosmos, jeża i wszyst­kie żywioły. Mogła to, cho­lera jasna, prze­trwać!

Zaci­snęła ręce moc­niej na mio­tle.

- Bo się zamie­ni­ły­śmy. Nie twoja sprawa, Michael - rzu­ciła ostro, pró­bu­jąc wró­cić do gry.

Wam­pir prze­krzy­wił lekko głowę, ale jego spoj­rze­nie nie stra­ciło ani tro­chę na inten­syw­no­ści.

- Czemu się zamie­ni­ły­ście? I niby jak? - Uniósł pro­wo­ku­jąco brwi. - Ucznio­wie są przy­pi­sy­wani do szkół według rejo­nów zamiesz­ka­nia, a prze­cież miesz­ka­ły­ście razem, prawda? Dosta­łaś list z innej szkoły, Lan­ford?

Drań bawił się dosko­nale, teraz to dostrze­gła. Patrzył na nią, zapę­dzoną w kozi róg, i ze spo­ko­jem zada­wał pyta­nia, które miały ją dodat­kowo pogrą­żyć. Naci­skał i cze­kał, aż Erin znów się pomyli, aż się potknie, aż zrobi fał­szywy krok.

Znów roz­wa­żyła opcję z łama­niem mio­tły i wbi­ciem mu jej w serce. Albo przy­naj­mniej w brzuch...

Miała ochotę krzy­czeć z fru­stra­cji. Daj­cie jej piłę mecha­niczną, to go potnie.

- Tak - syk­nęła ziry­to­wana i prze­mknęła pod jego ramie­niem na scho­dek niżej. Tam wró­ciła do zamia­ta­nia, żeby zająć czymś dło­nie i uciec przed kon­tak­tem wzro­ko­wym. Jej ruchy były szyb­kie, pełne ner­wo­wej ener­gii. - Alea dostała list z Mal­la­roy, ja z innej szkoły sen­tu­ral­nej, ale zamie­ni­ły­śmy się miej­scami. Koniec histo­rii.

Michael zła­pał kij od mio­tły, unie­moż­li­wia­jąc jej pracę.

- Odwal się - ostrze­gła go Erin i posłała mu groźne spoj­rze­nie. Odzy­skała pra­wie całą walecz­ność, gdy tylko zdała sobie sprawę, że jej ludzka natura ma szansę wciąż pozo­stać tajem­nicą. - Mówię poważ­nie - dodała, pró­bu­jąc znów poru­szyć mio­tłą.

Kij nawet nie drgnął, cho­ciaż Wam­pir nie wyda­wał się wkła­dać w trzy­ma­nie go wiele wysiłku.

- To nie ma sensu, Lan­ford. - Uśmiech­nął się, jakby chciał powie­dzieć "wiem, że kła­miesz", i Erin znów zro­biło się gorąco. - Poza tym, czemu mia­ły­by­ście się zamie­niać?

Teraz drań zro­bił się cie­kaw­ski. Teraz. A jak trzeba było wer­to­wać książki do wypra­co­wa­nia, to pozy­ski­wa­nie infor­ma­cji na temat roślin w ogóle jakoś go nie obcho­dziło.

- Nie twoja cho­lerna sprawa - powtó­rzyła, decy­du­jąc się na tak­tyczny upór. - Zamie­ni­ły­śmy się miej­scami i tyle! Albo mi pozwól w spo­koju posprzą­tać, albo zwol­nij mnie z tej kary. Poważ­nie, po cho­lerę się tak cze­piasz?!

- Słow­nic­two, Lan­ford - upo­mniał ją Wam­pir z uśmie­chem, wciąż pła­wiąc się w swo­jej prze­wa­dze.

Spró­bo­wała wyszarp­nąć mio­tłę ponow­nie, na marne. Zamiast tego ją więc puściła, gotowa po pro­stu odejść. Przed przy­ja­ciółmi musiała się wytłu­ma­czyć jakoś sen­sow­nie. Micha­elowi wła­ści­wie mogła po pro­stu powie­dzieć, żeby się pie­przył. Teo­re­tycz­nie. Jeśli chciała ryzy­ko­wać, że zacznie na wła­sną rękę drą­żyć temat albo pój­dzie z tą sprawą do jesz­cze kogoś innego...

Chło­pak zaci­snął wolną dłoń na jej nad­garstku. Drgnęła, wciąż nie­przy­zwy­cza­jona do tego, jak chłodna wyda­wała się skóra o tej samej tem­pe­ra­tu­rze co oto­cze­nie. Michael pocią­gnął jej rękę do sie­bie i przyj­rzał się z bli­ska bursz­ty­no­wemu iden­ty­fi­ka­to­rowi. Był dziś uło­żony w kształt kwiatka, bo Lizzy w przy­pły­wie nudy porzu­ciła ryso­wa­nie na table­cie i zamiast tego stwo­rzyła wzory z iden­ty­fi­ka­to­rów przy­ja­ciół, mozol­nie prze­cią­ga­jąc sub­stan­cje po skó­rze.

- Ta cała sprawa z iden­ty­fi­ka­to­rem... - ode­zwał się wresz­cie Casta­law, skoń­czyw­szy oglę­dziny. - Kiedy pomo­głem ci wró­cić do szkoły, bo nie mia­łaś go na nad­garstku. To było chwilę po waszej zamia­nie, prawda?

Erin kiw­nęła głową nie­mal nazbyt ocho­czo. Jeśli Michael ma zamiar wyrę­czyć ją w two­rze­niu fał­szy­wej wer­sji wyda­rzeń, nie widziała powodu, by mu w tym prze­szka­dzać. Kosmo­sie, naprawdę ist­niała szansa, że on to wszystko kupi, co? Ugry­zła się w język, żeby powstrzy­mać uśmiech.

- Więc nasza pierw­sza kłót­nia... To nie byłaś nawet ty? - Puścił wresz­cie jej nad­gar­stek i zmarsz­czył brwi w sku­pie­niu. Tym razem zamiast drwiny poja­wiło się zdu­mie­nie, co suge­ro­wało, że zaczy­nał jej wie­rzyć.

Erin ponow­nie kiw­nęła głową. Na tym eta­pie była gotowa przy­znać, że tak naprawdę jest jesz­cze trze­cia Lan­ford i są tro­jacz­kami. Może Derek chciałby się przy­łą­czyć do rodzin­nego biz­nesu fał­szo­wa­nia toż­sa­mo­ści...?

- Twoja sio­stra przy­je­chała na roz­po­czę­cie roku, po czym po tygo­dniu zna­la­zły­ście spo­sób, żeby zdjąć iden­ty­fi­ka­tory i zamie­ni­ły­ście się miej­scami. - Wam­pir bar­dziej stwier­dził niż zapy­tał. - Po co?

Mogła zre­mi­so­wać. Nie było już szansy, żeby wygrała to star­cie, bo Michael Casta­law poznał połowę jej wiel­kiego sekretu. Nie musiał jed­nak pozna­wać dru­giej połowy, teraz była już tego pewna. A to zna­czyło, że mogła zre­mi­so­wać.

- Nie spodo­bało jej się tu. Już po pierw­szym tygo­dniu nie mogła wytrzy­mać. Mnie było obo­jęt­nie, zgo­dzi­łam się więc na zamianę szkół. W końcu co za róż­nica. - Wzru­szyła ramio­nami, czu­jąc jed­no­cze­śnie, że jej walące do tej pory szybko serce wresz­cie się uspo­kaja.

- Nie podo­bało się jej? Zamie­ni­łaś trzy lata swo­jego życia, bo two­jej bliź­niaczce nie podo­bała się szkoła? - Michael prych­nął z nie­do­wie­rza­niem. - Jeste­ście idiot­kami. Albo na­dal kła­miesz...

Znowu zaczął się jej uważ­nie przy­pa­try­wać. Kiedy zaczy­nał jej wie­rzyć, robił się poważny. Gdy powra­cały wąt­pli­wo­ści, przy­po­mi­nał sobie o byciu dup­kiem. Erin coraz lepiej rozu­miała, jak się z nim obcho­dzić.

- No widzisz? Wystar­czyło jedno spo­tka­nie z tobą i moja sio­stra była gotowa zro­bić bar­dzo wiele, by zna­leźć się jak naj­da­lej stąd - odparła wyzy­wa­jąco, nie dając mu abso­lut­nie żad­nych nowych infor­ma­cji.

- Uwa­żaj, co mówisz, Lan­ford - ostrzegł ją Casta­law, nachy­la­jąc się znowu odro­binę bar­dziej w jej stronę. - Chyba nie chcesz roz­zło­ścić kogoś, kto zna twój cenny sekret.

Erin miała ochotę zdra­pać mu z twa­rzy ten podły, pewny sie­bie uśmie­szek. Być może chciała także prze­ko­nać się, jak by to było, gdyby chło­pak sta­nął jesz­cze bli­żej, ale do tego się nie przy­znała. Pie­przony, wam­pi­rzy czar. Jej życie byłoby nieco łatwiej­sze, gdyby drań nie wyglą­dał i nie pach­niał tak dobrze. Kto w tym wieku używa eks­klu­zyw­nych per­fum?! Bo były eks­klu­zywne. Widziała fla­ko­nik, kiedy ubie­rał się przy niej w dniu odda­nia pracy.

Gdyby się nad tym zasta­no­wić, to miała na kon­cie zde­cy­do­wa­nie za wiele inte­rak­cji z Casta­la­wem.

Nie­spo­dzie­wa­nie poja­wiło się teraz mię­dzy nimi znów znane jej dobrze z poprzed­nich kłótni napię­cie. To, które zda­wało się two­rzyć pole elek­tryczne w powie­trzu. Michael patrzył na nią prze­ni­kli­wie, nie do końca świa­domy, że nachyla się jesz­cze bli­żej. Erin za to zapo­mniała się wyco­fać. Chwilę tak mil­czeli i patrzyli na sie­bie, zamknięci w grze, któ­rej zasady prze­stały być jasne.

To Casta­law prze­rwał ten moment. Erin była mu wdzięczna, bo już nie do końca samej sobie ufała. Cza­sem miała wra­że­nie, że wszystko w życiu dzieje się nagle. Jeśli się na każ­dym kroku nie pil­no­wała, to od razu robiło się impul­syw­nie, inten­syw­nie i może odro­binę iro­nicz­nie.

Michael odkaszl­nął. Erin na powrót zła­pała mio­tłę.

- Do jakiej szkoły ty więc dosta­łaś wezwa­nie? - Ton Wam­pira zabrzmiał nieco mniej pew­nie. Jakby ich kon­takt zaczął nagle przy­tła­czać nie tylko ją, ale także jego. - Gdzie jest teraz twoja sio­stra?

Fakt, że osoby pocho­dzące z tego samego miej­sca zostały zapi­sane do innych szkół, był co naj­mniej podej­rzany. Michael nie miał pew­no­ści, czy należy w to wie­rzyć. Cho­ciaż w sumie Lan­ford już nie­raz dowio­dła, że absurd to jej dru­gie imię. No, może trze­cie...

Dziew­czyna prze­łknęła ślinę i zabrała się do zamia­ta­nia kolej­nego stop­nia.

Sto trzy­dzie­ści osiem szkół sen­tu­ral­nych na tere­nie całych Sta­nów, dodat­kowe szes­na­ście na tere­nie Kanady, a ona nie mogła sobie obec­nie przy­po­mnieć żad­nej nazwy. Poza szkołą sen­tu­ralną imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya, oczy­wi­ście.

Może i lepiej. Mało szcze­gó­łowe kłam­stwo łatwiej jest obro­nić i utrzy­mać.

- Jest w innej szkole, Michael - rzu­ciła nie­cier­pli­wie. Ręce na­dal tro­chę się jej trzę­sły, ale masko­wała to szyb­kimi ruchami. - Czemu mia­ła­bym ci powie­dzieć, w któ­rej? Chcesz ją spró­bo­wać drę­czyć na odle­głość? Zapo­mnij.

Ze wszyst­kich osób, które mogły ją zde­ma­sko­wać, musiał to być on. Od początku robił wszystko, żeby uprzy­krzyć jej życie, a teraz wie­dział, że ma na imię Erin i zaj­muje miej­sce swo­jej bliź­niaczki. Brawo, Erin, brawo.

O dziwo Casta­law nie ata­ko­wał dalej. Wyco­fał się zupeł­nie. Ona sprzą­tała, wciąż zanie­po­ko­jona, on podą­żał za nią w ciszy, śle­dząc każdy ruch. W jego mil­cze­niu cza­iło się coś nie­po­ko­ją­cego.

Dopiero bli­sko par­teru chło­pak ponow­nie zabrał głos:

- Mógł­bym wszyst­kim powie­dzieć.

Ten aro­gancki skur­wiel... Rzu­cił groźbę ot tak - niczym luźną suge­stię, opa­no­wa­nym, pra­wie bez­tro­skim tonem. Erin znowu zadarła głowę, obie­cu­jąc sobie w myślach, że tym razem kolor jego oczu jej nie zasko­czy.

- Nikt ci nie uwie­rzy.

- Chcesz się prze­ko­nać? - Michael zaśmiał się cicho.

Nie, nie chciała się prze­ko­ny­wać. Bar­dzo, bar­dzo nie chciała. Wzięła głę­boki oddech i wsparła się na mio­tle.

- Czego chcesz? - zapy­tała wresz­cie przez zaci­śnięte zęby.

- Niczego - odpo­wie­dział Casta­law z tym swoim sto­ic­kim spo­ko­jem, który spra­wiał, że w niej się goto­wało. Ruszył w dół. Zatrzy­mał się dosłow­nie na chwilę, kiedy ją mijał. Przy­chy­lił się bli­sko, żeby móc ode­zwać się bar­dzo cicho. - Przy­naj­mniej na razie.

Z tym ją zosta­wił.

Erin zamarła, kiedy ją mijał, i wciąż stała bez ruchu. W powie­trzu uno­siła się jego groźba. Dopiero gdy była pewna, że chło­pak jest już daleko, wypu­ściła z rąk mio­tłę i opa­dła na jeden ze stopni. Ukryła twarz w dło­niach, wypu­ściła wolno powie­trze, a potem prze­klęła siar­czy­ście.

Michael Casta­law miał ją w gar­ści.

***

Wra­ca­jąc do brac­twa Zmien­no­kształt­nych, Erin nie mogła pozbyć się wra­że­nia, że śle­dzi ją czy­jeś spoj­rze­nie. Dupek znał jej sekret i teraz znów czuła się jak pod­czas pierw­szych dni w Mal­la­roy - nie­pewna i nie­przy­go­to­wana. Prze­ko­nana, że każdy uczeń widzi w jej zacho­wa­niu coś podej­rza­nego.

Nim udało jej się dotrzeć do wła­snego pokoju, panika zmie­niła się w złość. Była wście­kła na wszystko. Na Micha­ela, bo był Micha­elem. Na Eve jakąś-tam, która wplą­tała ją w to kłam­stwo. Na całą sen­turę, za to, że ist­niała i z dnia na dzień ode­brała jej sio­strę. Na Mal­la­roy i cały głupi sojusz, za wszyst­kie pokrę­cone zasady i tajem­nice.

Czyj to był pomysł, żeby ścią­gać nasto­lat­ków do obcego miej­sca i trzy­mać ich za murami, jak w wię­zie­niu?! Kiedy posta­wiła wresz­cie stopę w pokoju, który całe szczę­ście był pusty, miała ochotę coś wal­nąć. Mocno.

Nie myśląc wiele, prze­brała się w luźne dresy, zwią­zała włosy i z deter­mi­na­cją wyma­sze­ro­wała do szkol­nej siłowni, o któ­rej ist­nie­niu wie­działa do tej pory jedy­nie z opo­wie­ści Lucasa i Tatiany.

Nie była wielką fanką ćwi­czeń. Podo­bała jej się sama wizja, jed­nak gdy przy­cho­dziło co do czego, bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo jej się nie chciało zmu­szać ciała do ruchu. Moment ni­gdy nie był wła­ściwy, była zbyt zmę­czona, zbyt roz­ko­ja­rzona lub zestre­so­wana, pano­wał za duży upał albo było za zimno... Mogła tak wyli­czać w nie­skoń­czo­ność. Teraz jed­nak czuła się tak bez­radna wobec pochła­nia­ją­cego ją gniewu, że była gotowa spró­bo­wać wszyst­kiego, by tylko jakoś go z sie­bie wyrzu­cić.

Alea prze­pra­co­wy­wała pro­blemy wewnętrzne za pomocą dłu­gich spa­ce­rów ze słu­chaw­kami w uszach. Na Erin to nie dzia­łało, bo zazwy­czaj zma­gała się z przy­tła­cza­jącą gwał­tow­no­ścią swo­ich emo­cji. Przy­cho­dziły do niej czę­sto nie­pro­szone, w cięż­kich butach, osa­cza­jąc ją niczym zor­ga­ni­zo­wana armia, i nie umiała się przed nimi bro­nić. Po czę­ści wła­śnie przez to wylą­do­wała w tej głu­piej sytu­acji z Casta­la­wem, która dopro­wa­dziła do tra­gicz­nego zde­ma­sko­wa­nia. Jeśli miała jed­nak wybie­rać mię­dzy winie­niem sie­bie a winie­niem Micha­ela, zde­cy­do­wa­nie wolała to dru­gie. Niech się chło­pak cho­ciaż raz do cze­goś przyda.

***

Siłow­nia znaj­do­wała się w głębi pierw­szego pię­tra, jesz­cze dalej niż salon i sala bilar­dowa. Obec­nie nie pano­wał tam wielki ruch, bo bramy Mal­la­roy już się otwo­rzyły i wiele osób korzy­stało z oka­zji, by odwie­dzić mia­sto. Szkoła wcale nie znaj­do­wała się na pery­fe­riach Chi­cago, jed­nak - scho­wana za wyso­kim murem i prze­siąk­nięta sen­turą - wyda­wała się zupeł­nie odizo­lo­wana. Tylko cza­sem, gdy dobie­gało ich na przy­kład nie­spo­dzie­wa­nie wycie prze­jeż­dża­ją­cej nie­opo­dal karetki, wszyst­kim przy­po­mi­nało się, że wcale nie żyją w sen­tu­ral­nej próżni.

Teraz jed­nak wyła nie karetka, ale pełen fru­stra­cji głos w gło­wie Erin. Dziew­czyna wpa­ro­wała do środka ener­gicz­nym kro­kiem, minęła maszyny, maty do ćwi­czeń i ścianę luster, aż wresz­cie jej uwagę przy­cią­gnął sek­tor z wor­kami bok­ser­skimi.

Tak. To było to.

Wcze­śniej nie przej­mo­wała się spe­cjal­nie wła­sną siłą, ale w szkole peł­nej Wam­pi­rów, Wil­ko­ła­ków i Łow­ców poczuła się nagle wyjąt­kowo słaba. Może więc ćwi­cze­nia przy­niosą jej tro­chę pożytku. Na przy­kład następ­nym razem moc­niej przy­łoży Micha­elowi.

Prze­szła do nie­po­rad­nych cio­sów, wyła­do­wu­jąc się na czar­nym worku. Ten jed­nak ledwo się koły­sał.

- Robisz to źle - usły­szała za sobą poważny głos.

Wal­nęła worek jesz­cze moc­niej.

Ostat­nie, czego było jej trzeba, to jakiś aro­gancki koleś kwe­stio­nu­jący jej formę. Liczyła, że intruz sobie pój­dzie, jeśli go zigno­ruje, ale wciąż czuła z tyłu jego obec­ność. Pod­dała się więc i odwró­ciła w jego stronę.

- Co niby robię źle? - rzu­ciła wojow­ni­czo. Potem momen­tal­nie nieco ochło­nęła.

Za nią stał Diego. Powinna poznać go po gło­sie, ale była zbyt pochło­nięta swoją zło­ścią. Łowca trzy­mał w rękach dwie pary ręka­wic bok­ser­skich, które można było wziąć ze sto­jaka w szatni. Zmie­rzył ją uważ­nym spoj­rze­niem i Erin miała wielką nadzieję, że nie poczuł się ura­żony. Co jak co, ale bez­piecz­nie zadzie­rać z Diego mogła chyba tylko Tatiana.

- Źle wypro­wa­dzasz ciosy - wyja­śnił spo­koj­nie, poda­jąc jej jedną parę ręka­wic. Jego wyraz twa­rzy był jak zawsze bez­na­miętny.

Erin kiw­nęła głową, posłusz­nie akcep­tu­jąc zarówno kry­tykę, jak i ręka­wice.

Prze­by­wa­nie z Diego bez Tatiany było dziwne. Nawet jeśli cza­sem dołą­czał do ich paczki, Erin na­dal ledwo go znała i wciąż nieco ją stre­so­wał.

Cały czas zda­wał się zacho­wy­wać czuj­ność, jakby spo­dzie­wał się jakie­goś zagro­że­nia. Nie­wiele dało się wyczy­tać z jego twa­rzy, a ton głosu, cho­ciaż spo­kojny, miał w sobie czę­sto coś suro­wego.

- Jak więc powin­nam wypro­wa­dzać ciosy...? - zapy­tała z lek­kim waha­niem, nie do końca pewna, czy w ogóle chce jego pomocy. Jedno spoj­rze­nie na Diego i nagle cała jej emo­cjo­nalna reak­cja wyda­wała się taka... nie­doj­rzała. Nie pierw­szy raz czuła się przy nim jak mała dziew­czynka, cho­ciaż był od niej star­szy o zale­d­wie dwa lata.

Diego pod­szedł bli­żej, usta­wił się odpo­wied­nio i ude­rzył w worek z impo­nu­jącą siłą. Póź­niej powtó­rzył to samo, wolno, poka­zu­jąc jej dokład­nie, jak powi­nien wyglą­dać wła­ściwy ruch.

Erin spró­bo­wała, ale chło­pak pokrę­cił głową i powtó­rzył demon­stra­cję jesz­cze wol­niej. Potem ski­nął na nią, by wyko­nała kolejną próbę, jak zawsze oszczę­dza­jąc słowa.

Nie minęło pięć minut i nie­pew­ność dziew­czyny znik­nęła. Powaga i suro­wość Diego nie prze­cho­dziły w agre­sję, tylko w mil­czącą cier­pli­wość. Wszystko wska­zy­wało na to, że pomaga jej, bo jego sym­pa­tia do Tatiany była na tyle duża, by zaha­czyć cza­sem także o jej zna­jo­mych. Erin uzna­wała to za nie­sa­mo­wi­cie uro­cze, cho­ciaż oczy­wi­ście nie powie­dzia­łaby mu tego wprost.

W ogóle ze sobą nie roz­ma­wiali. Chło­pak wyrzu­cał z sie­bie jedy­nie instruk­cje. Erin była mu wdzięczna - zarówno za szko­le­nie, jak i za mil­cze­nie. Mogła dzięki temu tak jak on wyco­fać się odro­binę w głąb sie­bie. Dosię­gnąć zło­ści i fru­stra­cji, prze­gryźć je i wypluć wraz z cio­sami. Nim się obej­rzała, ćwi­czyli wła­ści­wie razem.

- Mogła­byś wstą­pić do klubu.

Erin, zgrzana i zdy­szana, prze­rwała ćwi­cze­nie i zer­k­nęła na chło­paka z zain­te­re­so­wa­niem, ocie­ra­jąc pal­cami pot z twa­rzy.

- Jakiego klubu?

- Sztuk walki. Dla począt­ku­ją­cych. Dwie Łow­czy­nie z ostat­niego roku pro­wa­dzą zaję­cia dla chęt­nych, ja cza­sem im poma­gam.

Dziew­czyna zmarsz­czyła lekko brwi.

- Dużo to się różni od zajęć z samo­obrony? - zapy­tała i zaraz wydało jej się, że dostrzega na twa­rzy Diego cień zmę­cze­nia. Przy­wio­dło jej to na myśl Tatianę. Oboje spra­wiali wra­że­nie osób, które dużą część życia spę­dzają, tłu­ma­cząc innym rze­czy, które dla nich są oczy­wi­ste.

- Na samo­obro­nie uczą stra­te­gii obron­nych z uwzględ­nie­niem spe­cy­ficz­no­ści każ­dego z rodza­jów. W klu­bie nauczysz się mie­sza­nych tech­nik sztuk walki. Celem jest nabra­nie spraw­no­ści i opa­no­wa­nie kon­kret­nych ata­ków.

- A mogę przyjść na jedne zaję­cia i zoba­czyć, czy mi się spodoba?

Diego kiw­nął głową. Nie dało się odgad­nąć, czy jej decy­zja go cie­szy, czy wręcz prze­ciw­nie. Był wciąż tak samo obo­jętny.

- Ostatni raz - pole­cił, patrząc zna­cząco na worek.

Erin ode­tchnęła głę­boko, przy­mknęła na chwilę oczy, po czym wal­nęła w worek, wyobra­ża­jąc sobie, że to twarz Micha­ela Casta­lawa.

Łowca spoj­rzał na nią z cie­niem uzna­nia.

4.

Oczarowana

Ocze­ki­wa­nie było naj­gor­sze.

Erin miała pew­ność, że Michael będzie chciał wyko­rzy­stać odkry­cie połowy jej sekretu w jakiś iry­tu­jący spo­sób, ale wyglą­dało na to, że zamie­rzał z tym tro­chę pocze­kać. Week­end mijał więc nie­po­ko­jąco spo­koj­nie - lidera Wam­pi­rów ni­gdzie nie było widać, a więk­szość jego zwo­len­ni­ków prze­sia­dy­wała za murami, korzy­sta­jąc z otwar­tej bramy.

Erin była stwo­rzona do otwar­tej kon­fron­ta­cji. Casta­law nato­miast wie­dział, że wygrał, i dla­tego ni­gdzie mu się już nie spie­szyło. Cho­lera, była pewna, że odwle­ka­nie wszyst­kiego spra­wia mu ogromną satys­fak­cję. Widziała w tym tylko jeden plus: Michael jej nie wyda. Przy­naj­mniej nie teraz. Za dobrze się bawi jej kosz­tem. Sytu­acja ta mogła się jed­nak zmie­nić, jeśli zanadto go ziry­tuje. To ozna­czało jedno - że będzie musiała trzy­mać głowę nisko.

Z jej cha­rak­te­rem? Powo­dze­nia.

Cała ta sprawa wisiała nad nią zło­wiesz­czo niczym burzowa chmura. Sobota jakoś zle­ciała, w nie­dzielę jed­nak czuła coraz więk­szą pre­sję, zwłasz­cza że jej współ­lo­ka­torki zajęły się swoim spra­wami. Erin nie była w sta­nie zmu­sić się do odro­bie­nia lek­cji, nie miała ochoty czy­tać ani iść na siłow­nię. Osta­tecz­nie posta­no­wiła się schro­nić w brac­twie Wil­ko­ła­ków.

Zarówno Keith, jak i Lucas mieli w sobie pewien zdrowy rodzaj bez­tro­ski, który zawsze spra­wiał, że jej panika sła­bła. Mogła się przy nich zatrzy­mać. Wziąć oddech. Uwie­rzyć, że będzie dobrze lub nie będzie dobrze, ale prze­trwa to tak czy siak. Bo życie jest, jakie jest, i będzie, jakie będzie, tak długo, jak długo Kosmos ma na ten temat coś do powie­dze­nia.

Keith był jed­nak pochło­nięty swo­imi pasjami: od nauki pro­gra­mo­wa­nia przez gry kom­pu­te­rowe po klub sza­chowy. Sku­piał się czę­sto na wła­snych spra­wach i innych zna­jo­mo­ściach. Podob­nie było z Lizzy i jej zespo­łem che­er­le­ader­skim oraz pasją do ryso­wa­nia, a także z Tatianą, która dzie­liła czas mię­dzy przy­ja­ciół, Diego oraz potrzebę samot­no­ści i miłość do czy­ta­nia.

Lucas i Erin tym­cza­sem podzie­lali aku­rat to samo hobby i było to sta­wia­nie świa­do­mego oporu pędowi współ­cze­snego świata.

(Lubili mar­no­wać czas).

Wiele razy zosta­wali sami, bez reszty paczki. Czę­sto nie robili zupeł­nie nic, nawet nie roz­ma­wiali. Wspól­nie wyle­gi­wali się na kana­pie czy łóżku i igno­ro­wali prace domowe przy akom­pa­nia­men­cie ulu­bio­nych play­list Lucasa. Więk­szość skła­dała się z popu i rocka z lat sie­dem­dzie­sią­tych, osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych.

Teraz też byli sami, bo Erin tylko jego zastała w pokoju. Lucas robił coś na lap­to­pie przy biurku, ona sie­działa obok na pod­ło­dze i prze­rzu­cała strony zabra­nego z salonu komiksu. Maga­zyn wycho­dził co tydzień i ukry­wały się w nim praw­dziwe infor­ma­cje ze świata sen­tury. Sys­tem sen­tu­ral­nych cza­so­pism dzia­łał podob­nie do tego z książ­kami.

Wil­ko­łak wes­tchnął nie­spo­dzie­wa­nie nad jej głową.

- Okej, Al, co się dzieje? - zapy­tał, prze­no­sząc na nią wzrok.

Erin spoj­rzała w górę.

- Czemu mia­łoby się coś dziać?

- Robisz minę - oznaj­mił Lucas.

- Nie robię żad­nej miny.

- Robisz. Tę, którą masz zawsze, kiedy prze­gry­wasz. Plus od dwóch dni snu­jesz się po inter­na­cie jak zagu­biony kot.

Erin zmru­żyła oczy.

- Czy to jest docho­dze­nie, Cade?

- A masz jakąś zbrod­nię na sumie­niu, Lan­ford?

Chło­pak uśmiech­nął się zadzior­nie, jak zawsze przy­go­to­wany na jej słowne zaczepki. Erin przy­gry­zła lekko wewnętrzną stronę policzka. Tak się skła­dało, że miała dużo na sumie­niu.

- No dalej, Al, o co cho­dzi? - zapy­tał Wil­ko­łak już poważ­niej. W jego gło­sie dało się usły­szeć zmar­twie­nie.

- O wszystko - oznaj­miła wymi­ja­jąco po chwili mil­cze­nia i wes­tchnęła głę­boko.

Och, jak bar­dzo miała dość tego oszu­ki­wa­nia! Dopiero co sprze­dała im kolejną bzdurę - że jej bliź­niaczka jest w innej sen­tu­ral­nej szkole. Teraz musiała ukryć to, że Casta­law wie­dział wię­cej.

- Czyli...? - Chło­pak się nie pod­da­wał.

Nie chciała okła­my­wać przy­ja­ciół. Nie chciała okła­my­wać Lucasa.

Znowu wes­tchnęła.

- No, wiesz. Tęsk­nię za rodziną, za swoim mia­stem i takie tam... Do tego mamy ten durny szla­ban i już patrzeć nie mogę na te mury. Nauki też wrzu­cają nam coraz wię­cej, a teraz jesz­cze Michael nasyła na nas swo­ich fanów.

Wil­ko­łak prze­krę­cił się na obro­to­wym krze­śle, zwra­ca­jąc się w jej stronę całym cia­łem.

- No tak, mogłem się domy­ślić, że to on. - Skrzy­wił się lekko. - Co znowu zro­bił?

- Nic nowego. Nic nie zro­bił - skła­mała. - Po pro­stu stale tu jest. Cią­gle mnie wku­rza, a jak go nie ma, to wku­rzają mnie jego cho­lerni pod­dani. To jest żało­sne. Monar­chia jest oble­śna. Niczym sobie nie zasłu­żył na swoją pozy­cję! Jesz­cze w dodatku ta sprawa z klu­czami... - jęk­nęła i ukryła twarz w dło­niach. Satys­fak­cja po spo­licz­ko­wa­niu Casta­lawa wybla­kła z cza­sem i teraz było jej głów­nie wstyd, że cała szkoła widziała, jak dra­ma­tycz­nie pusz­czają jej nerwy. - On jest tak bar­dzo... Ughh! - skoń­czyła elo­kwent­nie, roz­draż­niona samym myśle­niem o Wam­pi­rze.

Lucas pokle­pał ją po gło­wie. Tro­chę tak, jak kle­pie się nabur­mu­szo­nego kota.

- Będzie dobrze, kocie.

Ano wła­śnie.

Lizzy była kró­li­kiem, Tatiana pusz­czy­kiem, a Erin kotem, cho­ciaż nawet u jej sio­stry nie była to praw­dziwa forma, tylko pierw­sza. Przy­naj­mniej z tego, co Erin wie­działa. Lucas cza­sem uży­wał wobec nich tych nazw z żar­to­bliwą sym­pa­tią. Cał­kiem to lubiła. Lubi­łaby pew­nie jesz­cze bar­dziej, gdyby nie wią­zało się bez­po­śred­nio z jej kłam­stwem na temat wła­snego rodzaju...

Jego głos doda­wał otu­chy, ale Erin i tak zmarsz­czyła nos na dźwięk prze­zwi­ska i rzu­ciła mu pełne pre­ten­sji spoj­rze­nie, bo wciąż się o to prze­ko­ma­rzali dla żar­tów. On tylko się cicho zaśmiał.

- A tak na poważ­nie - ode­zwał się zaraz znowu - to nie myśl o tym. Wszy­scy w Mal­la­roy się nakrę­cają plot­kami. Za kilka dni wybuch­nie nowa sen­sa­cja i wiel­bi­ciele Casta­lawa dadzą ci spo­kój. Nikt nie będzie pamię­tał, jak się nazy­wasz.

- Ej! - Erin żach­nęła się natych­miast teatral­nie. - Może ja lubię być sławna!

Lucas znów się zaśmiał.

- Mhm. W takim razie koniecz­nie skom­pro­mi­tuj kogoś w ponie­dzia­łek. Na przy­kład Keitha. Nie raczył wyprać swo­ich skar­pe­tek od tygo­dnia, trzyma je wszyst­kie pod łóż­kiem.

- Ha, ha - sko­men­to­wała Erin gro­bo­wym tonem, ale i tak prze­czoł­gała się kawa­łek po ziemi i unio­sła rąbek narzuty zwi­sa­ją­cej z mate­raca. Rze­czy­wi­ście w ciem­no­ści pod łóż­kiem udało jej się doj­rzeć cał­kiem impo­nu­jącą stertę naj­róż­niej­szych skar­pe­tek. Wyco­fała się natych­miast, krzy­wiąc otwar­cie.

- Fuuj! - jęk­nęła, chi­cho­cząc.

- Mhm - przy­tak­nął znów Lucas, pochy­lony z powro­tem nad ekra­nem. Też się szcze­rzył. - Acz­kol­wiek przy­znam, że ja jakiś wkład w ten stos też mam...

W inter­na­cie każdy był odpo­wie­dzialny za wła­sne pra­nie, ale nie każdy miał do niego moty­wa­cję.

- Wstyd! Macie szczę­ście, że miesz­ka­cie sami.

Cza­ro­dzie­jów do Mal­la­roy cho­dziło naj­wię­cej, Zmien­no­kształt­nych i Łow­ców tylko odro­binę mniej. Brac­two Wil­ko­ła­ków było już zna­cząco mniej­sze, bo prze­miany zda­rzały się czę­ściej wśród doro­słych niż nasto­lat­ków czy dzieci. Zde­cy­do­wana więk­szość pokoi miała więc tylko dwa łóżka, jedno z nich jed­nak można było w razie potrzeby zamie­nić w pię­trowe. Wam­pi­rów tym­cza­sem było naprawdę mało. Tak mało, że każdy z nich mógłby mieć wła­sny pokój, jed­nak w imię spra­wie­dli­wo­ści i socja­li­za­cji pozo­stano przy dwu­oso­bo­wych. Część sypialni stała więc pusta i sta­no­wiła rezerwę, zresztą jak w każ­dym brac­twie. Pozo­stałe trak­to­wano jak maga­zyny.

- Roz­ważę to - stwier­dziła Erin wresz­cie, wra­ca­jąc do pomy­słu spo­licz­ko­wa­nia kogoś publicz­nie, by odzy­skać prze­mi­ja­jącą sławę. Oczy­wi­ście żar­to­wała. Przed pozna­niem Micha­ela ni­gdy nie uwie­rzy­łaby, że jest zdolna do tak dra­ma­tycz­nego gestu. Teraz wie­rzyła, że tylko on potrafi ją aż tak wypro­wa­dzić z rów­no­wagi.

- Mhm - mruk­nął Lucas, znów sku­piony na lap­to­pie.

Erin chwilę mu się przy­glą­dała.

- Naprawdę robisz pracę domową - zauwa­żyła wresz­cie z uzna­niem.

- Naprawdę robię pracę domową - przy­znał z dumą, nawet się nie odwra­ca­jąc.

Erin praw­do­po­dob­nie powinna zająć się wła­snymi zada­niami. Zazwy­czaj, kiedy wresz­cie uda­wało jej się usa­dzić tyłek na miej­scu i otwo­rzyć książki, odkry­wała, że zdo­by­wa­nie wie­dzy jest cał­kiem przy­jemne. Zazwy­czaj. Cza­sem. Nie zawsze.

- Ale tak naprawdę-naprawdę? Czy tak bar­dziej poło­wicz­nie? - rzu­ciła nie­win­nie.

Lucas wes­tchnął dra­ma­tycz­nie i bar­dzo na pokaz.

- Naprawdę pró­buję, Al.

- Pró­bu­jesz od kilku godzin, mam wra­że­nie.

- Bo mnie co chwila roz­pra­szasz. - Uśmiech­nął się łobu­zer­sko. Tym razem się do niej odwró­cił i znów pokle­pał ją po gło­wie. Niech go cho­lera. - Znajdź sobie jakieś zaję­cie, co?

Dziew­czyna spoj­rzała na trzy­many wciąż na kola­nach komiks, po czym odło­żyła go na stertę ksią­żek i zeszy­tów, która leżała przy biurku.

- Znajdę sobie jakieś zaję­cie - oświad­czyła, celowo go papu­gu­jąc. Nie­za­leż­nie od tego, jak lubiła się z Luca­sem prze­ko­ma­rzać, cza­sami nale­żał mu się spo­kój. Ocią­gała się jed­nak z wyj­ściem dla­tego, że w następną sobotę wypa­dała peł­nia i wszel­kie plany towa­rzy­skie musiały ustą­pić jej miej­sca.

- A ty zro­bi­łaś już całą pracę domową? - zapy­tał nagle Lucas, patrząc na nią podejrz­li­wie.

Erin jęk­nęła.

- Zro­bię póź­niej? - zapro­po­no­wała, jakby to był jego inte­res, nie jej.

- Mamy nie­dzielę - uprze­dził ją Wil­ko­łak z roz­ba­wie­niem. - "Póź­niej" zaczyna się teraz. Myślisz, że czemu to robię?

Dopiero gdy poznali się naprawdę dobrze, Erin odkryła, że wylu­zo­wa­nie Lucasa ma swoje gra­nice. Cza­sem chło­pak prze­ja­wiał nie­spo­dzie­wa­nie dużo odpo­wie­dzial­no­ści. Jakby miał jakiś wewnętrzny sys­tem obronny przed sto­cze­niem się na drogę abso­lut­nej porażki. Z doświad­cze­nia wie­działa, że nie warto z tym wal­czyć.

- Z miło­ści do edu­ka­cji? - rzu­ciła z nie­po­ko­ją­cym uśmie­chem.

- Ha, ha - mruk­nął. - Sio. Lek­cje. Już.

Sie­dział na tyle bli­sko, że mógł trą­cić łydką jej ramię. Raz, drugi raz. Zanim się obej­rzała, już stał nad nią i cią­gnął do góry, by wstała z ziemi, jed­no­cze­śnie popy­cha­jąc w stronę drzwi. Gdzieś po dro­dze oboje zaczęli się strasz­nie śmiać i przez chwilę byli kłę­biącą się plą­ta­niną nóg i rąk, aż wresz­cie Erin zna­la­zła się za pro­giem, sto­jąc o wła­snych siłach.

- Pra­gnę ci ser­decz­nie podzię­ko­wać za bycie bar­dzo roz­cza­ro­wu­ją­cym kom­pa­nem nic­nie­ro­bie­nia.

- Podzię­ku­jesz mi jutro, za pomoc w mobi­li­za­cji - obie­cał Wil­ko­łak i raz jesz­cze pokle­pał ją po gło­wie, patrząc na nią z roz­ba­wie­niem.

Erin znów zmarsz­czyła nos, natych­miast przy­gła­dza­jąc włosy.

- Mogli­śmy się świet­nie bawić! - krzyk­nęła za nim z uda­waną pre­ten­sją w gło­sie. - Mogli­śmy prze­ży­wać naj­lep­sze chwile naszej mło­do­ści, ale ty wybra­łeś alge­brę!

- Żegnaj, naj­droż­sza! - odkrzyk­nął Lucas bez cie­nia żalu i znik­nął w swoim pokoju.

Erin uśmiech­nęła się sze­roko bez więk­szego powodu i ruszyła w stronę wyj­ścia z brac­twa Wil­ko­ła­ków. Zanim prze­szła cały kory­tarz, wysoka syl­wetka poja­wiła się w polu jej widze­nia.

- Peace­ma­ker!

Powi­ta­nie Keitha sły­chać było chyba na całym pię­trze. Zatrzy­mał się przed nią z sze­ro­kim uśmie­chem. W jed­nej ręce miał lap­topa, w dru­giej tabliczkę cze­ko­lady.

- Pomy­li­łaś brac­twa. Twoje jest po dru­giej stro­nie. No wiesz, obraz z zie­lo­nymi boho­ma­zami, któ­rego nikt nie rozu­mie, małe zoo za drzwiami, niska ener­ge­tyczna blon­dynka i wszech­wie­dząca wyznaw­czyni ponu­ry­zmu... Wszystko to za innymi drzwiami - oznaj­mił z powagą, kiwa­jąc głową.

Erin dźgnęła go pal­cem w brzuch.

Dosłow­nie chwilę po tym, jak Lucas wypchnął dziew­czynę ze swo­jego pokoju, drzwi znów się otwo­rzyły. Chło­pak już otwie­rał usta, prze­ko­nany, że to znowu ona, ale do środka wszedł Keith z dziw­nym wyra­zem twa­rzy.

- Alea powie­działa, że jeśli nie wypiorę skar­pet, to mnie skom­pro­mi­tuje na oczach całej szkoły i zosta­nie sławna...? - Spoj­rzał zdez­o­rien­to­wany na przy­ja­ciela, marsz­cząc pyta­jąco brwi.

Lucas odpo­wie­dział mu śmie­chem.

***

Erin cały czas spo­dzie­wała się jakie­goś ruchu ze strony Micha­ela, a mimo to gdy moment ten wresz­cie nad­szedł, czuła się cał­ko­wi­cie nie­przy­go­to­wana. Znowu.

Sze­ro­kie kory­ta­rze pełne były nasto­lat­ków, bo chwilę wcze­śniej skoń­czyły się zaję­cia. Erin stała w holu, gdzie naj­ła­twiej było zła­pać zna­jo­mych, by razem wró­cić do inter­natu. Jako ostat­nia poja­wiła się Lizzy, zbie­ga­jąc w pod­sko­kach w dół z ple­ca­kiem zarzu­co­nym na ramię, i w końcu stali całą paczką, zasta­na­wia­jąc się, co będą dziś robić.

- Nie wiem jak wy, ale ja gło­suję za bilar­dem - stwier­dził Keith, kiedy ruszyli śli­ma­czym tem­pem w stronę dzie­dzińca.

- Szansa, że uda nam się zająć stół, jest bar­dzo nie­wielka - zauwa­żyła Tatiana, jak zwy­kle balan­su­jąc mię­dzy reali­zmem a pesy­mi­zmem.

- Rów­nie nie­wielka jest szansa, że kucharki pozwolą ci wziąć wię­cej niż dwa kotlety naraz, a przy­się­gam, że chło­pak przy sto­liku obok nas miał pod­czas lun­chu na tale­rzu trzy!

- O nie - jęk­nęła Lizzy. - Tylko nie wra­cajmy do tematu kotle­tów.

- Kiedy ja wam mówię - obu­rzył się na nowo Keith - że to jest ogromna nie­spra­wie­dli­wość. Czuję się okra­dziony z kotle­tów!

- Nie za taki kraj wal­czy­łem - zgo­dził się Lucas leni­wie.

Keith zaczął wygra­żać pię­ścią jakie­muś nie­ist­nie­ją­cemu wro­gowi, zupeł­nie igno­ru­jąc uwagę Tatiany, że nikt z nich ni­gdy o żaden kraj nie wal­czył. Na szczę­ście dys­ku­sję prze­rwał czyjś pewny sie­bie głos.

Zatrzy­mali się pra­wie natych­miast, nie tyle zdzi­wieni, ile zmę­czeni. Nikt, kto miał za sobą cały dzień nauki, nie chciał uże­rać się z elitą Wam­pi­rów.

Na kory­ta­rzu po pra­wej stro­nie stał Michael Casta­law ze swoją świtą. Nie byli bli­sko. Znaj­do­wali się dobre kil­ka­na­ście metrów od paczki przy­ja­ciół, ale blon­dyn naj­wy­raź­niej wolał uży­wać dono­śnego głosu niż nóg.

- Lan­ford - powtó­rzył z per­fid­nym uśmiesz­kiem na ustach, który Erin znała zde­cy­do­wa­nie za dobrze. - Pozwól tu.

Jego bez­czel­ność nie znała gra­nic! Keith pra­wie zakrztu­sił się powie­trzem, nawet Lizzy prych­nęła.

- Jasne. Co jesz­cze? - mruk­nął Lucas, krę­cąc głową z nie­do­wie­rza­niem.

Erin słu­chała reak­cji przy­ja­ciół i wrzesz­czała. Nie na głos, w myślach. Wie­działa dosko­nale, co Michael robi. Chciał jej przy­po­mnieć, że ma prze­wagę.

Gdyby histo­ryjka, jaką mu sprze­dała, była praw­dziwa, nie musia­łaby się go słu­chać. Nie mógłby jej niczego udo­wod­nić, nikt by nie uwie­rzył, że bliź­niaczki zamie­niły się miej­scami na cały rok szkolny bez powodu. Jed­nak Erin żyła w sieci kłamstw. Jeśli Michael napo­mknąłby komu­kol­wiek o tym, co mu powie­działa, mia­łaby poważny pro­blem. Nie było dru­giej Lan­ford w innej szkole sen­tu­ral­nej. Wię­cej - obec­nie nie było dru­giej Lan­ford w ogóle w żad­nej innej szkole, nawet ludz­kiej!

Tak więc Michael miał ją w gar­ści, cho­ciaż z tro­chę innego powodu, niż mu się wyda­wało. Gdyby to nie doty­czyło jej oso­bi­ście, uzna­łaby całą sytu­ację za cał­kiem zabawną. Może nawet wartą prze­ro­bie­nia na książkę albo serial. Jed­nak doty­czyło to jej oso­bi­ście i śmiech był ostat­nią rze­czą, na którą miała ochotę.

- Nie cze­kaj­cie na mnie - powie­działa nie­wy­raź­nie, wsty­dząc się wła­snych słów i tego, że musiała na oczach przy­ja­ciół posłu­chać Casta­lawa.

Wszy­scy mieli ją za nie­ugiętą. Wszy­scy liczyli, że jest ponad jego dzie­cinne zacho­wa­nie. Tym­cza­sem ona musiała ulec.

- Roz­pra­wię się z nim i do was dołą­czę - dodała jesz­cze, pró­bu­jąc brzmieć prze­ko­nu­jąco. Jakby to na­dal była jej decy­zja, a nie roz­kaz Micha­ela. Ruszyła do przodu natych­miast po tych sło­wach, nie chcąc widzieć zdu­mio­nych, roz­cza­ro­wa­nych spoj­rzeń przy­ja­ciół i sły­szeć ich pytań "dla­czego?" i "po co?".

Szła ener­gicz­nie, sta­wia­jąc dłu­gie kroki, żeby jak naj­szyb­ciej prze­być upo­ka­rza­jącą drogę. Z każ­dym metrem coraz wyraź­niej widziała pełen samo­za­do­wo­le­nia uśmiech Wam­pira. Stał na środku kory­ta­rza z rękoma skrzy­żo­wa­nymi na tor­sie, z jak zwy­kle ide­al­nie ukła­da­ją­cymi się wło­sami, w tych swo­ich śmiesz­nie ele­ganc­kich ubra­niach. Jaki sie­dem­na­sto­la­tek z wła­snej woli łazi na co dzień w bia­łych koszu­lach?!

O ile Chri­sto­pher i Pamela z przy­jem­no­ścią przy­glą­dali się tej tor­tu­rze, nie znaj­du­jąc w tym posłu­szeń­stwie niczego dziw­nego, o tyle Jasper wolno wodził wzro­kiem od niej do swo­jego przy­ja­ciela, jakby sta­rał się coś roz­gryźć. Michael tym­cza­sem patrzył na zbli­ża­jącą się dziew­czynę z satys­fak­cją. Widział miny jej przy­ja­ciół oraz pło­nący w jej oczach gniew. Erin wyglą­dała jak tor­nado, kiedy tak parła w jego stronę z pal­cami zaci­śnię­tymi w pię­ści i ustami w cienką kre­skę. Erin. Nie Alea.

Nie­po­kój ogar­nął Casta­lawa dopiero wtedy, kiedy dziew­czyna zna­la­zła się naprawdę bli­sko i nie zwol­niła ani odro­binę. Zamiast tego chwy­ciła chło­paka za rękaw koszuli i parła na­dal naprzód, cią­gnąc go za sobą.

W nor­mal­nej sytu­acji Michael, jako Wam­pir, byłby w sta­nie sta­wić opór bez wysiłku, ale w tym momen­cie był tak zszo­ko­wany, że zamiast zatrzy­mać ją w miej­scu, patrzył na nią jedy­nie z nie­do­wie­rza­niem.

Może Pamela miała rację? Może z Erin Lan­ford jest coś bar­dzo nie tak?

Dziew­czyna zacią­gnęła go za róg i wepchnęła do pierw­szej pustej klasy, po czym mało sub­tel­nie zatrza­snęła za nimi drzwi. Dopiero gdy byli już sami, bez ewen­tu­al­nych gapiów, puściła go, nie prze­ja­wia­jąc żad­nej tro­ski o drogą, pomiętą obec­nie koszulę. Michael otrzą­snął się wresz­cie z szoku i natych­miast zmru­żył oczy.

- Co ty niby wypra­wiasz?!

- Posłu­chaj mnie uważ­nie, ty skoń­czony idioto... - zaczęła Erin ostro. Wam­pir mógłby przy­siąc, że przez chwilę zoba­czył w jej oczach praw­dziwe pło­mie­nie. - Oboje wiemy, że pozna­łeś mój sekret i ponie­waż jesteś skoń­czonym cha­mem i kom­plet­nym dup­kiem, będziesz to wyko­rzy­sty­wać, żeby się nade mną znę­cać. Wiemy też, że kochasz upo­ka­rzać innych publicz­nie, bo w ten spo­sób możesz zaspo­ka­jać jakąś powa­loną potrzebę demon­stro­wa­nia wła­dzy. Ale jeśli będziesz chciał pomia­tać mną tak jaw­nie, to wszy­scy zaczną się zasta­na­wiać, czemu ci na to pozwa­lam. Moi przy­ja­ciele zaczną się zasta­na­wiać. Będą zada­wać pyta­nia i prę­dzej czy póź­niej będę zmu­szona im wszystko powie­dzieć! Albo ktoś inny sam wpad­nie na trop całej sprawy! Zanim się obej­rzysz, ktoś spo­śród tysiąca uczniów odkryje prawdę, nauczy­ciele się dowie­dzą i zniknę z Mal­la­roy albo dostanę karę na następne dwa lata nauki. Tak czy ina­czej, sekret prze­sta­nie być sekre­tem i nie będziesz miał czym mnie szan­ta­żo­wać! Koniec z twoją słodką prze­wagą, koniec z popi­sami wła­dzy. Więc zrób sam sobie przy­sługę i naucz się dys­kre­cji - syk­nęła, zbli­ża­jąc się jesz­cze bar­dziej. - Bo obie­cuję, że jeśli pójdę przez cie­bie na dno, to dopil­nuję, żebyś też się uto­pił.

On gro­ził jej wyda­niem sekretu, ona gro­ziła mu utratą prze­wagi, jeśli to zrobi. Zna­leźli się w dziw­nym impa­sie.

Wła­ści­wie była pod wra­że­niem samej sie­bie. Nie przy­pusz­czała, że jej głos zabrzmi aż tak sta­now­czo i nie­na­wist­nie. Michael wpa­try­wał się w nią z mie­szanką zło­ści i podziwu. To dru­gie roz­po­znała dopiero po chwili i tak bar­dzo ją to zasko­czyło, że przez moment miała w gło­wie zupełną pustkę. Otrzą­snęła się jed­nak szybko, na­dal nakrę­cona krą­żącą w jej krwi zło­ścią.

- Hej! Co ty...? - Michael otwo­rzył sze­rzej oczy, bo Erin zro­biła kolejny krok do przodu, po czym pochy­liła się w jego stronę i... wsu­nęła rękę do tyl­nej kie­szeni jego spodni.

Casta­law pró­bo­wał zro­zu­mieć, jakim cudem ktoś taki jak Erin Lan­ford w ogóle ist­nieje.

Dziew­czyna odsu­nęła się od niego tak szybko, jak się przy­su­nęła. Teraz miała w dłoni jego komórkę, co natych­miast roz­ja­śniło sytu­ację.

- Kod - zażą­dała.

- Jesteś nie­nor­malna - odparł Michael, wciąż z nutą nie­do­wie­rza­nia w gło­sie. Nie ist­niał wszech­świat, w któ­rym podałby jej swój kod do tele­fonu!

Erin wyglą­dała, jakby była gotowa taki wszech­świat samo­dziel­nie wykre­ować.

- Odblo­kuj ten pie­przony tele­fon, Michael.

- Słow­nic­two - upo­mniał ją natych­miast chło­pak z nie­sma­kiem. Potem przy­ło­żył palec do czyt­nika linii papi­lar­nych, pozo­sta­wia­jąc komórkę w jej rękach. Był... zain­try­go­wany.

Erin przez moment agre­syw­nie stu­kała pal­cami w ekran, po czym wci­snęła urzą­dze­nie w dło­nie Wam­pira.

- Następ­nym razem, jeśli będziesz cze­goś chciał, to napisz, zamiast robić scenę - rzu­ciła ostro i odwró­ciła się na pię­cie.

Zatrzy­mała się jesz­cze na chwilę przy drzwiach, odwra­ca­jąc się w jego stronę po raz ostatni.

- Zamor­duję cię, Casta­law - oznaj­miła z deter­mi­na­cją. - Kie­dyś, kiedy to wszystko już się skoń­czy, znajdę cię i zamor­duję gołymi rękoma.

Z tym zło­wro­gim poże­gna­niem wyma­sze­ro­wała z klasy.

- Nie mogę się docze­kać, żeby zoba­czyć, jak pró­bu­jesz - mruk­nął Michael sam do sie­bie, zer­ka­jąc w stronę wyj­ścia.

Był pod wra­że­niem. Choć oczy­wi­ście czuł w sobie ukłu­cie iry­ta­cji, nie było w nim gniewu. Od kiedy trzy dni temu odkrył, że Alea to Erin, żył w prze­ko­na­niu, że gra jest skoń­czona. Nie był sobie w sta­nie wyobra­zić, żeby dziew­czyna zna­la­zła odwagę, by prze­ciw­sta­wić mu się po raz kolejny, a jed­nak... Było w tym coś eks­cy­tu­ją­cego. Nie pamię­tał, czy od czasu prze­miany kie­dy­kol­wiek czuł aż tyle emo­cji jed­no­cze­śnie.

Dziew­czyna była naiwna, impul­sywna i zdrowo pokrę­cona, bio­rąc pod uwagę fakt, że pod­szy­wała się pod wła­sną sio­strę. Miała iry­tu­ją­cych przy­ja­ciół, żało­sne maniery i brak jej było pod­sta­wo­wej dys­cy­pliny. Ale nie była nudna. To musiał jej przy­znać.

Spoj­rzał na wyświe­tlacz tele­fonu i uśmiech­nął się do sie­bie. Nowy kon­takt został zapi­sany jako "nie­na­wi­dzę cię".

"Napisz moją pracę z histo­rii na pią­tek. Pięć stron". Klik­nął wyślij, po czym wresz­cie sam też opu­ścił klasę, popra­wia­jąc pognie­cioną koszulę. Dźwięk nad­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści ode­zwał się już po chwili.

"Odpieprz się".

"Słow­nic­two, Lan­ford".

"Pro­szę, odpieprz się".

Przez kilka minut jego tele­fon mil­czał, po czym otrzy­mał kolejną wia­do­mość.

"Jaki jest temat pracy?"

Michael Casta­law uśmiech­nął się sze­roko.

***

Lizzy była z ich paczki naj­lep­sza z histo­rii i Erin udało się ją namó­wić, żeby pomo­gła jej opra­co­wać temat zada­nia w zamian za napi­sa­nie krót­kiego eseju na angiel­ski. Wyda­wało się to o tyle istotne, że Michael był o rok wyżej od Erin i dziew­czyna musiała wszyst­kiego dowie­dzieć się od zera, bo sama jesz­cze tego mate­riału nie prze­ra­biała. Kosmo­sowi niech będą dzięki za inter­net i niskie, kochane Zmien­no­kształtne.

W czwar­tek Erin musiała prze­rwać grę w karty z Keithem w salo­nie, żeby oso­bi­ście dostar­czyć lide­rowi Wam­pi­rów sen­tu­ralny komiks infor­ma­cyjny z jadalni do jego pokoju.

W sobotę chło­pak z per­fid­nym uśmie­chem kazał jej zro­bić pra­nie i poża­ło­wał tego w nie­dzielę, kiedy odkrył, że Erin abso­lut­nie, cał­ko­wi­cie, zupeł­nie nie­chcący wrzu­ciła ama­ran­towy ręcz­nik do pralki peł­nej jego bia­łych koszul i wszyst­kie zro­biły się paste­lowo różowe.

Więc ponie­dzia­łek dziew­czyna spę­dziła, uni­ka­jąc Micha­ela jak ognia, bo chło­pak był gotowy roze­rwać ją na strzępy. Mimo to, jej zda­niem, było warto.

We wto­rek to ona poża­ło­wała, bo oka­zało się, że Wam­pir w paste­lo­wym różu wygląda lepiej niż dobrze.

Ich rela­cja zda­wała się nieco sta­bi­li­zo­wać. Nikt jesz­cze ni­gdy nie dzia­łał Erin na nerwy tak bar­dzo jak Michael. I nikt jesz­cze ni­gdy nie odno­sił się do Micha­ela z taką aro­gan­cją, jak robiła to Erin. Jed­nak Lider Wam­pi­rów fak­tycz­nie ogra­ni­czył publiczne upo­ka­rza­nie dziew­czyny do mini­mum, a ona prze­łknęła dumę i zaczęła w tajem­nicy przed innymi wyko­ny­wać jego pole­ce­nia, by unik­nąć więk­szych kło­po­tów. Oczy­wi­ście mogłaby w ogóle nie wie­rzyć w jego groźby, z nadzieją że ni­gdy nie odwa­żyłby się jej wydać, ale miała zbyt dużo do stra­ce­nia, by tak ryzy­ko­wać. Nie cho­dziło prze­cież tylko o pozy­cję w szkole, cho­dziło o przy­krywkę sio­stry, o bez­pie­czeń­stwo osób, z któ­rymi Alea prze­by­wała... Kto wie, może cho­dziło o czy­jeś życie.

Bio­rąc to wszystko pod uwagę, życie Erin w Mal­la­roy nabrało pew­nego rytmu. Nie był on ani tro­chę spo­kojny, ale przy­naj­mniej nie naty­kała się już co chwilę na wiel­kie nie­spo­dzianki.

Naj­bar­dziej nie­po­ko­jące było teraz to, że głę­boko, głę­boko, głę­boko w środku Erin to wszystko odro­binkę, chyba, być może, troszkę lubiła. Na widok Micha­ela jakiś gło­sik w kącie jej umy­słu rzu­cał z zado­wo­le­niem: "O, będzie się działo". Wsty­dziła się tego sama przed sobą. Czy naprawdę upa­dła aż tak nisko? Albo może tak despe­racko potrze­bo­wała cudzej uwagi? No fatal­nie. Okrop­nie. Tra­ge­dia. Zde­cy­do­wa­nie powinna zna­leźć sobie jakieś hobby i zająć myśli czym innym.

Acz­kol­wiek, jeśli miała być szczera, to pró­bo­wała. Nie raz. Nie mogła się jed­nak przy niczym zatrzy­mać na dłu­żej. Zaczy­nała i nie koń­czyła albo wręcz prze­ciw­nie - wcią­gała się za mocno, prze­sa­dzała i nie­długo potem porzu­cała daną aktyw­ność, czu­jąc prze­syt.

Wszystko dookoła niej zda­wało się zawsze pędzić za szybko i jed­no­cze­śnie wlec zbyt wolno. Zapo­mi­nała, gubiła się, wra­cała, wpa­dała w impul­sywne obse­sje, czuła nie­wy­tłu­ma­czalny wstręt i iry­ta­cję, wal­czyła z wła­snymi emo­cjami... Może coś z nią było nie tak, a może była bar­dzo zwy­czajną szes­na­sto­latką. Kto to tam, cho­lera, wie.

Tęsk­niła za sio­strą. Alea potra­fiła nadać im obu rytm, bez któ­rego Erin zde­cy­do­wa­nie za czę­sto się poty­kała. Z dru­giej strony Erin była impul­sem, któ­rego Alei - czę­sto ostroż­nej, wąt­pią­cej w sie­bie - potra­fiło bra­ko­wać. Dopeł­niały się.

***

Dzwo­nek zaga­nia­jący uczniów na lek­cje roz­legł się w całym budynku w momen­cie, kiedy Keith wepchnął sobie do ust ostatni kawa­łek kanapki.

- Mówi­łam, że się przez niego spóź­nimy - mruk­nęła Tatiana, kiedy kie­ro­wali się szyb­kim kro­kiem w stronę dzie­dzińca.

- Hej! Wiesz co mawiają - obro­nił się Keith, abso­lut­nie nie­ura­żony. - Czwartki są po to, żeby wszystko robić wol­niej, a spóź­nie­nia się nie liczą.

Erin zaśmiała się cicho, popy­cha­jąc cięż­kie drzwi pro­wa­dzące do seg­mentu szkol­nego.

- Keith, nikt ni­gdy tak nie powie­dział. Wymy­śli­łeś to sekundę temu! - Pokrę­ciła głową z roz­ba­wie­niem. - A poza tym pocze­kaj, prze­cież dzi­siaj jest ponie­dzia­łek, a nie czwar­tek!

Tatiana ski­nęła im w mil­cze­niu głową na poże­gna­nie i odłą­czyła się, by pójść do swo­jej sali.

- No, to tym bar­dziej, w ponie­działki to już w ogóle. - Keith mach­nął ręką w kie­runku scho­dów. - Patrz­cie, wszy­scy na­dal idą. Nie jeste­śmy nawet ostatni! W ogóle, to chyba jeste­śmy za wcze­śnie. Spójrz­cie na ten korek! Cho­ler­cia, mogłem jesz­cze jedno sudoku mach­nąć w jadalni.

- Nie mogłeś - zapew­nił go Lucas, wspi­na­jąc się zaraz za przy­ja­cie­lem po scho­dach.

Keith tym razem nie wyol­brzy­miał. Na dru­gim pię­trze zbie­rał się tłum. Coś na górze głów­nych scho­dów blo­ko­wało przej­ście i ucznio­wie zaczęli tło­czyć się na kory­ta­rzu dookoła.

Przy­ja­ciele przy­sta­nęli, zdu­mieni.

- Co jest? - mruk­nęła Erin sama do sie­bie.

Lizzy prze­stę­po­wała nie­spo­koj­nie z nogi na nogę, roz­glą­da­jąc się na boki.

- Em, nie wiem, czemu nie może­cie iść na górę, ale ja mam teraz lek­cję na tym pię­trze i no wie­cie, już jest późno...

Keith uśmiech­nął się, kiwa­jąc ręką uspo­ka­ja­jąco.

- Bie­gnij, blondi. Póź­niej ci opo­wiemy, co to za akcja.

Dziew­czyna poma­chała im na poże­gna­nie i znik­nęła w tłu­mie.

- Czyli dzi­siaj nie ma fizyki? - zapy­tał Lucas, wycią­ga­jąc szyję, żeby doj­rzeć coś wię­cej. - Bo mi tam się wcale nie spie­szy. Nie dokoń­czy­łem pracy domo­wej.

Keith uśmiech­nął się łobu­zer­sko. Erin tym­cza­sem chwy­ciła ich obu za ręce i pocią­gnęła do przodu, przez tłum. Po kilku kuk­sań­cach w żebra i paru nadep­nię­ciach na stopy zna­leźli się wystar­cza­jąco bli­sko, by zoba­czyć mały stru­my­czek wody, który leni­wie spły­wał po stop­niach. Na ostat­nim z nich stała jedna z nauczy­cie­lek sztuki, instru­ując wszyst­kich, by pozo­stali niżej.

- Pani pro­fe­sor! - Erin porzu­ciła przy­ja­ciół i sama prze­śli­zgnęła się cał­kiem bli­sko. Na samym przo­dzie robiło się nagle luź­niej, ponie­waż uczniów pło­szyła wolno two­rząca się na pod­ło­dze kałuża. - Pani pro­fe­sor, co się dzieje? Czy zaję­cia zostały odwo­łane?

Kobieta spoj­rzała w cztery różne kie­runki, zanim wresz­cie zna­la­zła Erin wzro­kiem.

- Musimy wszy­scy cze­kać na ofi­cjalny komu­ni­kat. Obec­nie zostań­cie, pro­szę, na miej­scu, aby... - urwała, żeby spio­ru­no­wać wzro­kiem jakie­goś ucznia, który spró­bo­wał wbiec na górę. - Kochani, bar­dzo pro­szę się cof­nąć! - ode­zwała się tym razem do wszyst­kich. - No, już, już, do tyłu! Chyba nie chce­cie zmo­czyć sobie butów? Tutaj jest kałuża. Halo, pro­szę, niech wszy­scy się cofną!

Choć miała dono­śny głos, brak w nim było sta­now­czo­ści. W dodatku pró­bo­wała zapro­wa­dzić porzą­dek, ale sama chyba nie do końca wie­działa, co się dzieje, przez co wszystko sta­wało się jedy­nie bar­dziej cha­otyczne. Kilka osób fak­tycz­nie się cof­nęło. Ktoś pochy­lił się, by zamo­czyć rękę w wodzie.

Kałuża u stóp scho­dów wolno powięk­szała się, zasi­lana przez stru­my­czek spły­wa­jący ze stopni. Erin przy­glą­dała się mu z zacie­ka­wie­niem, nie­spe­cjal­nie roz­pa­cza­jąc z powodu braku zajęć.

- Lide­rzy, pro­szę do mnie! - ode­zwał się głos nieco już zde­spe­ro­wa­nej nauczy­cielki. Tłum wymy­kał się spod kon­troli. - Pro­szę, niech ktoś tu natych­miast wezwie lide­rów bractw!

Kilka osób ruszyło się z miej­sca. Erin kątem oka dostrze­gła Isa­aca Szy­man­skiego wyła­nia­ją­cego się z tłumu. Z cięż­kim wes­tchnie­niem się­gnęła do kie­szeni po swój tele­fon.

"Rusz swój kró­lew­ski tyłek na dru­gie pię­tro. Główne schody".

Odpo­wiedź Micha­ela przy­szła pra­wie natych­miast.

"Dla­czego miał­bym mar­no­wać na cie­bie mój kró­lew­ski czas?"

Erin wywró­ciła oczami i zdu­siła jęk poiry­to­wa­nia, po czym wystu­kała szybko kolejną wia­do­mość, nie mar­nu­jąc czasu na gierki.

"Coś się dzieje, wołają wszyst­kich lide­rów. Chodź tu".

Ledwo spoj­rzała znad ekranu, tele­fon zaczął wibro­wać w jej dłoni. Ode­brała połą­cze­nie, nie patrząc na wyświe­tlacz.

- Możesz po pro­stu tu przyjść?! - syk­nęła. Odpo­wie­działa jej cisza.

- Jasne, tylko daj mi stówę i dwa­na­ście godzin - ode­zwał się wresz­cie na pół zdu­miony, na pół roz­ba­wiony głos Bethany. Erin otwo­rzyła sze­rzej oczy.

- B?! Aj, wybacz! Myśla­łam, że to ktoś inny.

- Luz, luz. Dobrze cię sły­szeć! Wła­ści­wie nie przy­pusz­cza­łam, że odbie­rzesz, bo to pora zajęć. - Zro­biła pauzę. - Co to za hałas? Jesteś na ulicy...?

Tłum dookoła Erin być dość gło­śny.

- Em, nie. Jestem... - Spoj­rzała w dół i z cichym jękiem odkryła, że pod­czas gdy wszy­scy cofali się, uni­ka­jąc wody, ona została jak głu­pia w miej­scu, zajęta wysy­ła­niem wia­do­mo­ści. - Jestem w kałuży - przy­znała z ubo­le­wa­niem.

- Wiesz co? - rzu­ciła Bethany po kolej­nej pau­zie. - Nie chcę wie­dzieć.

Erin zaśmiała się cicho i poczuła falę tęsk­noty (nie mylić z falą wody). Obie z Beth miały teraz na gło­wie zupeł­nie inne sprawy i ich kon­takt prze­stał być regu­larny.

- B, w sumie skoro to pora zajęć, to jak ty do mnie dzwo­nisz? Zerwa­łaś się z lek­cji? - zmie­niła temat. Erin pamię­tała narze­ka­nia przy­ja­ciółki, że ponie­dział­kowe poranki ma wiecz­nie prze­ła­do­wane.

Bethany prych­nęła z roz­ba­wie­niem.

- Nie. Nacią­gnę­łam coś sobie pod­czas ostat­niego tre­ningu. Teraz cała grupa biega, a ja sie­dzę i się nudzę. Jaka jest twoja wymówka?

- Nie mam poję­cia. Każą stać pod scho­dami. W wyda­rze­nie zaan­ga­żo­wana jest woda, tyle wiem.

- Brzmi eks­cy­tu­jąco. - W gło­sie Bethany sły­chać było nutę roz­tar­gnie­nia. Erin natych­miast wyczuła, że coś jest nie tak. Zanim jed­nak zdą­żyła zapy­tać, przy­ja­ciółka prze­szła do sedna. - Posłu­chaj, Erin, rodzice chcą mnie odwie­dzić w ten week­end. No wiesz, zoba­czyć pokój, zjeść razem obiad, takie tam.

Erin prze­łknęła gło­śno ślinę, zupeł­nie już nie zwra­ca­jąc uwagi na to, że woda powoli prze­siąka przez mate­riał jej butów.

- Będą oczy­wi­ście chcieli cię zoba­czyć... Czy jesteś w sta­nie wpaść i, no wiesz, pouda­wać? Bo ja jestem zaje­bi­sta, wia­domo, ale nie dam rady być trze­cią sio­strą Lan­ford. A jak zacznę kła­mać, czemu cię aku­rat nie ma w week­end, to boję się, że oni to potem wyga­dają twoim sta­rym i wszystko wyleci w powie­trze...

W te waka­cje Alea, Erin, Julie i Bethany poje­chały wspól­nie na letni obóz, gdzie zro­bione zostało nie­szczę­sne zdję­cie wrzu­cone nie­dawno do inter­netu. W poprzed­nie waka­cje były w domu Beth, przez co obie bliź­niaczki miały oka­zję dobrze poznać jej nie­zwy­kle sym­pa­tycz­nych rodzi­ców. Ozna­czało to także, że ich rodzice mie­wali jakiś kon­takt. Bethany utrzy­my­wała więc przed swoją rodziną, że na­dal mieszka w pokoju z Erin. Na wszelki wypa­dek.

Erin poczuła zde­cy­do­wa­nie zbyt dobrze już znany ucisk w żołądku. Wcze­śniej nazy­wała go "muszę kła­mać i boję się, że mnie nakryją", ostat­nimi czasy jed­nak lepiej pasu­jące zaczęło jej się wyda­wać krót­sze, bar­dziej chwy­tliwe: "Jestem do dupy".

Mogłaby wygrze­bać oszczęd­no­ści i wsko­czyć do pociągu w week­end, jasne. Gdyby nie to, że miała cho­lerny szla­ban, który sama na sie­bie ścią­gnęła, razem z rosnącą liczbą innych pro­ble­mów. Może powinna zain­te­re­so­wać się szy­deł­ko­wa­niem? Lub robie­niem na dru­tach. To było ostat­nimi czasy modne i zatrzy­ma­łoby ją na tyłku, z dala od głu­pich pomy­słów.

Gdzieś nad głową prze­le­ciało jej pole­ce­nie pro­fe­sorki, żeby prze­szła do tyłu i odsu­nęła się od wody. Prze­su­nęła się w bok wła­ści­wie na ślepo.

- Mam szla­ban. Mam kre­tyń­ski szla­ban, B. Nie wypusz­czą mnie za mury nawet w week­end - wyznała, zła na samą sie­bie, że musi roz­cza­ro­wać Bethany, która od początku tej sza­lo­nej histo­rii cały czas ją wspie­rała. Chciała być tą przy­ja­ciółką, na któ­rej można pole­gać, nie tą, którą wiecz­nie trzeba rato­wać z opre­sji! - Przy­kro mi. Cho­lera, B, tak bar­dzo cię prze­pra­szam...

Ktoś wyrwał jej tele­fon z ręki. Erin drgnęła gwał­tow­nie, zasko­czona, po czym obró­ciła się gniew­nie w stronę napast­nika.

Przed nią stał Michael Casta­law, który wła­śnie abso­lut­nie bez­czel­nie zakoń­czył połą­cze­nie. Wła­ści­wie nie miała poję­cia, czemu spo­dzie­wała się cze­goś innego. Poświę­ci­łaby teraz chwilkę na roz­wa­że­nie, czy trudno jest nabyć piłę mecha­niczną, gdyby nie dowie­działa się jakiś czas temu, że kości Wam­pi­rów są pra­wie nie­moż­liwe do uszko­dze­nia.

- Do jasnej cho­lery, Michael! - rzu­ciła z iry­ta­cją, się­ga­jąc ręką po swój tele­fon. - To była ważna roz­mowa.

Nie tylko musiała zmu­sić Bethany do kolej­nych kłamstw przed rodzi­cami, jesz­cze prze­rwała roz­mowę w pół słowa z winy tego dra­nia.

- Słow­nic­two, Lan­ford - odparł Wam­pir pra­wie auto­ma­tycz­nie.

Erin zda­rzało się prze­kli­nać, to fakt. Zwłasz­cza w jego towa­rzy­stwie, bo zawsze wysta­wiał jej nerwy na próbę. Michael znaj­do­wał jakąś satys­fak­cję w zwra­ca­niu jej za każ­dym razem uwagi. Jakby oboje nie mieli waż­niej­szych spraw na gło­wie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki