1.
Samokontrola i jej braki
Generalnie winę ponosiła Cynthia Strike. Kiedy używała telefonu
komórkowego, jej obowiązkiem było upewnienie się, że Alei Lanford nie ma
w pobliżu. Powinna być bardziej uważna, szczególnie gdy dzwoniła osoba
szpiegująca dla nich w Mallaroy.
- Dzisiaj zaczynają się testy samokontroli. Mam coś w związku z tym
zrobić?
Cynthia, wyraźnie niezadowolona, zmarszczyła brwi.
- To już? - rzuciła nieprzyjemnym tonem. Wrzesień przeleciał w zawrotnym
tempie i nie przyzwyczaiła się jeszcze, że już jest październik, a przecież najwyraźniej trwał on od siedmiu dni. - Nie. Jeszcze nic nie
rób. Dam ci znać, kiedy coś zdecyduję - oznajmiła po chwili
zastanowienia. - Coś jeszcze?
Po drugiej stronie linii zapanowała na chwilę podejrzana cisza.
- Wczoraj wdała się w... bardzo publiczną kłótnię z dziedzicem Castalawów
- zdradziła wreszcie osoba. - Nie wszystkich tutaj to oczywiście
obchodzi, ale dziewczyna zdecydowanie nie jest tak niezauważalna, jak
byście sobie życzyli.
- Co dokładnie oznacza "bardzo publiczna kłótnia"? Wyrażaj się jaśniej,
nie mam całego dnia. - Cynthia westchnęła głośno.
- Spoliczkowała go w obecności połowy szkoły.
- Rewelacyjnie. - Kobieta zaczęła masować skronie wolną dłonią. - Jak
tak dalej pójdzie, to okaże się, że zostawienie tam Alei Lanford byłoby
mniejszym problemem niż wysłanie Erin do Mallaroy na jej miejsce!
- Wysłaliście moją siostrę do Mallaroy?!
Zresztą może Cynthia nie ponosiła całej winy i jakaś jej część leżała
jednak po stronie Eve Monday? Dziewczyna miała szkolić Aleę poza domem.
Gdzieś na połaci dzikiej, wyschniętej trawy po drugiej stronie szosy,
która przecinała to odludzie, biegnąc - jak się wydawało - znikąd
donikąd. Powinny tam siedzieć jeszcze dobrą godzinę i to dlatego Cynthia
straciła czujność.
Gdy tylko usłyszała oskarżenie, natychmiast przerwała połączenie i odwróciła się gwałtownie w stronę dziewczyny.
Wreszcie: może wszystkiemu winna była Alea Lanford. Lub, mówiąc
dokładniej, może sytuacja została przez nią przynajmniej w jakimś
stopniu zaaranżowana. W końcu nigdy wcześniej nie poruszała się po domu
tak cicho, jak zrobiła to tym razem. Cynthia powinna usłyszeć
trzaśnięcie drzwi frontowych lub skrzypienie paneli podłogowych pod jej
ludzkim ciężarem. Tymczasem ta mała Zmiennokształtna podkradła się
bezszelestnie, mimo braku zwierzęcej formy, i teraz stała tuż przed nią.
- Erin jest w Mallaroy?! - spytała dziewczyna z niedowierzaniem. - W szkole z Wilkołakami i WAMPIRAMI? - Była wściekła. - Zmusiliście moją
LUDZKĄ siostrę, żeby poszła do tej cholernej szkoły, i nikt mi nic nie
powiedział?! Ile to już trwa?!
- Co tu się... - Eve, zwabiona hałasem, weszła do sypialni gościnnej, w której Cynthia odbywała rozmowę.
- Erin jest w Mallaroy! - rzuciła Alea wojowniczo, odwracając się do
niej gwałtownie, ponieważ Cynthia na razie zachowała milczenie.
Eve zerknęła na starszą Zmiennokształtną. Jej spojrzenie zahaczyło o ściskany przez kobietę w dłoni telefon komórkowy. Zobaczyła skrzywiony
wyraz twarzy Cynthii, a następnie wściekłość płonącą w oczach Alei i sama dopowiedziała sobie resztę.
- Cholera - mruknęła i uniosła dłoń, żeby potrzeć nieco nerwowo szyję. -
Aleo, nie powiem ci, żebyś się uspokoiła, bo za dużo razy w życiu ktoś
we mnie rzucał tym tekstem. Ale nie ma sensu rozmawiać o tym, kiedy
jesteś tak wzburzona.
Nie wyglądała na bardzo przejętą. Zresztą Cynthia też nie. Były raczej
tylko niezadowolone. Trochę... sfrustrowane. Tymczasem wściekłość Alei
Lanford rozchodziła się niewidzialnymi, ale zdecydowanie wyczuwalnymi
falami. W jej zielonkawych oczach umarła cała uprzejmość, cała
cierpliwość i wyrozumiałość.
- Pieprz się - rzuciła w odpowiedzi do Eve przez zaciśnięte zęby. Bardzo
rzadko zdarzało jej się przeklinać. - Byłam spokojna. Byłam posłuszna,
byłam grzeczna i wykonywałam każde wasze polecenie! A teraz jestem
wkurwiona! - Palce miała zaciśnięte w pięści. Wykonała kilka kroków do
tyłu, żeby odsunąć się od stojącej w progu Eve. Chciała mieć obie
Zmiennokształtne w zasięgu wzroku, zamiast stać pomiędzy nimi. - Nie
tylko manipulujecie życiem mojej siostry i narażacie ją na
niebezpieczeństwo, ale w dodatku przez cały ten czas mnie
okłamywałyście!
Cynthia zerknęła na chwilę gdzieś w bok, potem przeniosła wzrok na Eve.
Zajmowanie się kryzysami dziewczyny nie było wpisane w zakres jej
obowiązków i nie zamierzała tego zmieniać z powodu nagłego wybuchu.
Eve wyczuła nastawienie Cynthii i posłała jej krótkie, pełne irytacji
spojrzenie, a potem skupiła całą uwagę na rozwścieczonej Alei.
- Erin zgodziła się nam pomóc, nikt jej nie zmuszał - wyjawiła wreszcie.
Nie chciała znowu kłamać, nie mogła też jednak wyjawić całej prawdy.
Musiała więc dobierać słowa ostrożnie. - Gdyby nie ona, miałybyśmy na
karku protektorów szukających Alei Lanford, może nawet zaangażowano by w to ludzką policję i twoich rodziców... Tymczasem dzięki niej musimy bronić
cię tylko przed tymi, którzy nie znają twojej tożsamości i starają się
jedynie zlokalizować ślady senturalne potomka Saldera.
W głowie Alei gniew pulsował ciemnoczerwonym światłem, utrudniając
znacząco ocenę sytuacji. Miała mało wprawy z emocjami, które pojawiały
się tak gwałtownie i z taką mocą. Zazwyczaj potrafiła do wszystkiego
podchodzić racjonalnie. Teraz czuła się więc całkowicie bezsilna:
oszukana przez Zmiennokształtne, odizolowana od wszystkich i wszystkiego, co znała, i pokonana przez własne uczucia. Mimo to nie
opuściła głowy i nie zniżyła głosu.
- Więc dlaczego to nie ja jestem w Mallaroy?! Na początku miałam z wami
wyjechać tylko na tydzień! To też było kłamstwo?! Czy po prostu dopiero
później wpadło wam do głowy, że można nas podmienić, i wcisnęliście mi
bzdury o tym, że wszystko zostało odpowiednio zaaranżowane?! - bardziej
krzyczała, niż mówiła. - Do jasnej cholery, Eve! Jak mam ci teraz ufać?!
W tych ostatnich słowach oprócz gniewu rozbrzmiała także nuta goryczy.
Alea zdążyła polubić tę dziesięć lat starszą od siebie Zmiennokształtną.
Co więcej - naprawdę ją podziwiała. Może też trochę jej zazdrościła?
Darzyła ją rodzajem sympatii, którego sama nie potrafiła jeszcze
zidentyfikować. Zanim miała jednak okazję to przeanalizować, wszystko
rozpadło się na kawałeczki.
- Czy ty zapominasz o tym, co jest tu stawką?! - wtrąciła się Cynthia
ostro, wyraźnie zniecierpliwiona wybuchem Alei. - My wykonujemy
polecenia Gallaghera, on odpowiada przed jeszcze innymi osobami. Nie
zdajesz sobie nawet sprawy, ilu ludzi jest w to zaangażowanych i jak
wiele rzeczy wciąż się zmienia! Pozwól, że ci przypomnę: działamy w sytuacji kryzysowej. W obliczu wielkiego zagrożenia, przed którym
próbujemy uratować cały rodzaj. Nasze plany ulegają zmianom, bo muszą, a nie dlatego, że chcemy ci zrobić na złość.
Alea nigdy jeszcze nie czuła tak wielkiej ochoty, by przywalić komuś
pięścią w nos.
- A co z moją siostrą?! - syknęła, odwracając wściekłe spojrzenie na
Cynthię. Z nią dziewczyna nigdy nie nawiązała takiej relacji jak z Eve,
niewiele więc ją powstrzymywało. - Co z jej życiem? Z jej przyszłością?
Jej szkołą! I nie pytam teraz, jak się wam udało zorganizować ten chory,
nielegalny przekręt, tylko jakim cudem nie macie wyrzutów sumienia! -
Urwała i wreszcie wzięła głębszy oddech. Gdy znowu się odezwała, jej ton
był lodowaty, bo pojawiające się w nim opanowanie nie umniejszyło jej
złości. - My mamy po szesnaście lat. Umknęło wam to gdzieś po drodze?
Czy po prostu wykorzystywanie dzieci jest częścią tej waszej słynnej
polityki?
Cynthia skrzywiła się wyraźnie, słysząc ten ostatni komentarz. W oczach
Eve błysnęło nawet coś podobnego do współczucia.
- Młoda, to naprawdę nie jest tak - zaczęła niemal przepraszająco. -
Wiem, że to wszystko jest cholernie trudne, ale naszym zadaniem naprawdę
jest zapewnić wam bezpieczeństwo...
Alea prychnęła głośno, mając wciąż przed oczami wyobraźni widok swojej
ludzkiej siostry w szkole z tymi Wilkołakami i Wampirami, o których tyle
złego zdążyła się już nasłuchać od swoich pseudoopiekunek.
Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zapragnęła porozmawiać z Erin, ale
jednocześnie straciła całą determinację, by się tego domagać. Jeśli jej
siostra była w Mallaroy, każdy kontakt z nią niósł ze sobą ryzyko
zdemaskowania. Zwłaszcza że Alea mogła bezpiecznie używać tylko kartki i długopisu. Kto wie, czy w Mallaroy nie sprawdzali listów przed
przekazaniem ich uczniom...
Chyba że cała ta senturalna lokalizacja też była bzdurą. Eve i Cynthia
odsunęły ją od komórki i laptopa, twierdząc, że Łowcy mają jakieś
dziwaczne systemy śledzące oparte na mieszaninie sentury z telekomunikacją. Może w ten sposób chciały ją jedynie odizolować od
siostry i utrzymać w niewiedzy?
Zaczynało jej się kręcić w głowie. Wściekłość przekształciła się w bezradność, w panikę, w zgorzkniałą rezygnację, w ironię i niedowierzanie, aż wreszcie wskoczył awaryjny tryb odrętwienia, który
chronił serce przed pęknięciem i mózg przed przegrzaniem.
Prychnęła raz jeszcze.
- No i po co to wszystko, co? - rzuciła. Jakimś cudem jej ton brzmiał
jeszcze bardziej lodowato. - Na co tyle wysiłku?! Czym jest to wielkie
straszne niebezpieczeństwo, o którym w kółko mówicie, nie udzielając
absolutnie żadnych informacji. Poza pustymi formułkami takimi jak:
"Zagłada całego rodzaju! Największe zagrożenie w całej naszej
historii!" - zaczęła je przedrzeźniać, patrząc to na jedną, to na drugą.
Nastolatka spodziewała się natychmiastowej odpowiedzi, tymczasem cisza
się przeciągała. Coś dziwnego zawisło w powietrzu i złość Alei stopniała
nieco, zastąpiona podejrzliwością. Im dużej przesuwała wzrok między
kobietami, tym wyraźniej dostrzegała, że coś jest nie tak. Szczególnie
Eve wydawała się teraz spięta, a mowa jej ciała i wyraz twarzy były
wyjątkowo...
- O Kosmosie, ty nie wiesz - oznajmiła nagle Alea, patrząc w zdumieniu
na Eve. - Ty nie masz zielonego pojęcia, czym jest to Wielkie
Niebezpieczeństwo! - powtórzyła i tym razem w jej głosie odezwała się
nuta histerii. - A ty wiesz? - zwróciła się gwałtownie w stronę Cynthii
i teraz to jej przyglądała się badawczo. Starszą Zmiennokształtną
trudniej jednak było rozszyfrować. Alea podniosła ręce w przypływie
całkowitej rezygnacji i zaśmiała się gorzko, patrząc w sufit. - To jest
chore. Cała ta sytuacja jest powalona, a wy jesteście jakimiś
wariatkami!
- Dla bezpieczeństwa misji nie każdy otrzymuje wszystkie informacje... -
zaczęła Eve, ale na jej twarzy wciąż widniał grymas.
Alea zaśmiała się znowu, jeszcze bardziej histerycznie, tracąc wszelką
nadzieję.
Widziała biuro Martina Gallaghera. Odwiedziła go w budynku firmowym,
znalazła jego nazwisko w kilku książkach o senturalnej polityce, które
Eve jej podsunęła. Francis Rowe też istniała, coś więc musiało być
prawdą. Ale czy intryga była na tyle wielopiętrowa, że nawet podróżujące
z nią na koniec kraju kobiety nie zostały wtajemniczone w to, co tak
naprawdę się działo?!
Wszystko wydało jej się nagle tak głupie, naiwne i nierealne. Nie
chciała płakać i nie miała siły walczyć z wiatrakami. Pozostało jej więc
jedynie gorzko się śmiać.
***
Mimo wczesnej godziny przy ścianie plotek zebrał się spory tłum. Wieść o napisie rozbiegła się szybko (jak zawsze!) i wiele osób chciało go
zobaczyć na własne oczy, zapewne licząc po cichu, że wybuchnie kolejna
ekscytująca afera. Wczorajsze rozstrzygnięcie gry o klucze i dramatyczne
spoliczkowanie Michaela Castalawa przez Aleę Lanford wciąż stanowiło
ważny temat śniadaniowych dyskusji.
Lucas usłyszał informację jako pierwszy i razem z Keithem złapali
dziewczyny w holu między ich bractwami, by mogli razem odwiedzić salę
bilardową przed zejściem do jadalni. Kiedy zatrzymali się pod ścianą,
spojrzenia wielu osób zwróciły się w ich stronę.
- Mówiłam - stwierdziła ponuro Tatiana, ale Erin nie mogła powstrzymać
dumnego uśmiechu, który cisnął się jej na usta.
Napis głosił: "Castalaw 0 - 1 Lanford".
Michael mógł się wypchać.
- Heeej! Wygrywamy! - wrzasnął entuzjastycznie Keith, otaczając Erin
silnym ramieniem i przyciągając ją bliżej. Jakby patrzyli na wynik
jakiegoś prawdziwego meczu. Może i tak właśnie było? Napis zdawał się
ostatecznym potwierdzeniem, że wybuchła szkolna wojna. Erin nie była
dumna z tego, że znowu straciła nad sobą panowanie i zrobiła wielką
scenę. Czuła jednak satysfakcję, że sprzeciwiła się nieznośnemu
Castalawowi i w dodatku ktoś przyznał jej za to punkty.
Lucas jako pierwszy zauważył grupę Wampirów wchodzących do sali i pociągnął Erin delikatnie za łokieć.
- Czas na śniadanie - oznajmił, zaganiając wszystkich w stronę drzwi.
Tatiana była do całej sprawy nastawiona oczywiście dość pesymistycznie,
jednak przede wszystkim niewiele ją takie publiczne przepychanki
interesowały. Lizzy czuła dumę, choć trochę się bała, Keith ekscytował
się brakiem nudy. Lucas natomiast miał mieszane odczucia.
Nie zamierzał uciekać ze strachu przed dumnym liderem, ale jednocześnie
nie widział sensu tak wszystkiego roztrząsać. Lubił wybierać swoje
bitwy, przekonany, że nie na każdego warto marnować energię. Drani
takich jak lider Wampirów wolał zbywać obojętnym wzruszeniem ramion, niż
angażować się z nimi w jakiekolwiek potyczki. Tymczasem Lanford ciągnęła
ich prosto w kierunku szkolnego tornada, zdeterminowana, a zarazem
całkiem urocza w swoim uporze. Lubił patrzeć, jak ta dziewczyna stawia
na swoim, miał jednak nieprzyjemne wrażenie, że to źle się skończy.
Czekały ich jeszcze dwa lata nauki w jednej szkole z Castalawem. Gdy
Wampir wreszcie ukończy Mallaroy, czeka to także Tatianę, ich paczka
zmieni się więc znacząco. Czy naprawdę warto poświęcać czas na
spektakularne kłótnie z kimś tak nieistotnym?
- Ależ ja nie planuję żadnych spektakularnych kłótni! - odparła z niejakim oburzeniem Erin, kiedy ją o to zapytał. Wchodzili właśnie do
jadalni.
Lucas prychnął, nie kryjąc swoich wątpliwości.
- Dobra, dobra. - Zmiękł jednak nieco pod jej roześmianym spojrzeniem. -
Po prostu pamiętaj, że bycie w centrum uwagi to zawsze jeden wielki ból
dupy. Wszyscy się potem wszystkiego czepiają.
Miał rację. Erin przyszło do głowy, że Lucas miewa rację prawie tak
często jak Tatiana. Wpadła na niego chwilę po przekroczeniu murów
Mallaroy i od tego czasu trzymali się razem. A przynajmniej ona się go
trzymała, bo jego obecność sprawiała, że czuła się komfortowo. Jak gdyby
swoboda chłopaka - taka ogólna, życiowa - udzielała się jej za każdym
razem, gdy na niego patrzyła.
- Zapamiętam, o mistrzu - rzuciła zaczepnie.
Wilkołak odwzajemnił uśmiech, kręcąc z niedowierzaniem głową. Oparł się
przesadnie mocno o jej ramię, próbując oddać jej cały swój ciężar, i dostał za to kuksańca. Przepychali się aż do bufetu, po drodze wciągając
w to Keitha. Dopiero gdy w piątkę dotarli z tacami do swojego stolika,
miny im zrzedły.
- Co to ma być?! - wypalił Keith z oburzeniem, uparcie nieznający
pojęcia "dyskrecja".
Ich stolik był zajęty. Siedziało przy nim sześć osób, wszystkie ze
złotymi identyfikatorami pobłyskującymi na skórze, i spoglądało na nich
wrogo. Ich miny były jednocześnie zdegustowane i pełne triumfu, jakby
coś chcieli zademonstrować. I chyba im się to zresztą udało, biorąc pod
uwagę fakt, że Michael Castalaw przyglądał się całej scenie z rozbawieniem ze swojego miejsca po drugiej stronie jadalni.
Erin zmarszczyła brwi z niezadowoleniem. Wampiry, które ich podsiadły,
ewidentnie odgrywały się za wczorajszą zniewagę wobec swojego lidera.
Robiły to jednak w tak dziecinny sposób, że chciało jej się śmiać.
Niestety ten infantylny sposób działał. Z kilku stolików obok dobiegł
ich drwiący chichot, z innych szepty. W końcu byli przecież w liceum. W jaki inny sposób można określić swój status społeczny niż przez
kretyńskie stoliki w stołówce?
Dziewczyna najchętniej by to zignorowała i sądząc po palcach, które
zaciskały się na jej talii i nieznacznie popychały do przodu, Lucas
także tego pragnął. Tylko że wiele osób już się na nią gapiło. Michael -
cóż za zaskoczenie - również.
Jeśli Erin teraz odwróci się posłusznie i zacznie szukać innego miejsca,
straci w oczach tych wszystkich, którzy dopiero co przyznali jej punkty.
Castalaw z pewnością odczuje satysfakcję i nim się obejrzą, jego
paskudna dominacja powróci. Irytowała się na samą myśl o tym. Zacisnęła
palce mocniej na krawędziach czerwonej tacy.
- Kończycie już? - zapytała ostro, patrząc wymownie na Wampiry przy ich
stoliku. Cztery z nich nie miały przed sobą zupełnie nic. Tylko dwa piły
krew z czarnych butelek.
- Nie - odezwał się jeden - ale za to ty jesteś skończona, Peacebreaker.
Jego towarzysze zachichotali złowrogo, zarabiając kolejne, pełne uznania
kiwnięcia głowami ze strony elity Wampirów.
Erin wywróciła oczami. Co za dziecinada!
- Och, przepraszam bardzo. Jest jakiś regulamin, który mówi, że muszę
padać na kolana przed liderem Wampirów? Bo to byłoby jedyne nieżałosne
wytłumaczenie waszego zachowania - rzuciła, tracąc już cierpliwość. Nie
tylko ona miała dość. Kiedy jedna z dziewczyn otwierała usta, by znów ją
zaatakować, przerwał jej Keith.
- Ej! - zawołał z cieniem niedowierzania w głosie. - Powaliło was? Nie
widzieliście nigdy stołu? Na niebiosa, nieboskłon i ziemski przysiad, no
ja nie wytrzymam! Nic nawet nie jecie, to o co wam chodzi?! Będziecie
ten blat przerabiać na deski i sprzedawać na sztuki? Bo jakbyście nie
wiedzieli, to on jest, kurna, plastikowy!
Wilkołak wyrzucał z siebie z oburzeniem pół żarty, pół obelgi i paczka
jego przyjaciół musiała natychmiast zdusić śmiech rodzący się w ich
gardłach. Niektóre podsłuchujące ich osoby nie czuły jednak takiej
potrzeby i naokoło rozległo się kilka rozbawionych prychnięć.
Wampirom przy stole na chwilę odjęło mowę. Widać było po ich twarzach,
że zaczynają robić się na serio złe, ale Erin miała to gdzieś. Lucas
tymczasem rozglądał się za innym wolnym stolikiem. Jak na złość
wszystkie wyglądały na zajęte. Zeszli na śniadanie na ostatnią chwilę,
czyli tak jak większość uczniów. Kolejna afera wisiała w powietrzu.
Z pomocą przyszła im niespodziewanie niska dziewczyna z ciemnymi włosami
i z butelką krwi w dłoni.
- Chodźcie usiąść ze mną - rzuciła.
Miała uprzejmy wyraz twarzy i pogodny głos, ale było w nim także coś
stanowczego. Spojrzała prosto na Erin z miną nieznoszącą sprzeciwu, a ona kiwnęła głową właściwie odruchowo, zupełnie zaskoczona.
Napięcie opadło, tak samo jak uwaga gapiów. Paczka przyjaciół ruszyła
posłusznie za Wampirzycą, zostawiając wredną grupę bez słowa.
Dopiero kiedy zajęli miejsca przy jednym z większych stolików niedaleko
okien, Erin zdała sobie sprawę, że kojarzy ich nową znajomą - to była
Uprzejma Wampirzyca, która pomogła jej kiedyś na korytarzu w swoim
bractwie - i przypomniała, że nie wszyscy tam są fanami Michaela!
- Jestem Sofía - przedstawiła się teraz z uśmiechem. - A to jest moja
osoba partnerska, Lux, ale obecnie nie ma ochoty na interakcje
społeczne.
Skinieniem głowy wskazała jasnowłosą osobę z onyksowym identyfikatorem
na odsłoniętych obojczykach, która siedziała obok i w milczeniu
konsumowała słodką bułkę. Tatiana zapałała do niej natychmiastową
sympatią.
Jak się okazało, Uprzejma Wampirzyca Sofía była z piątego roku i miała
tak naprawdę już dwadzieścia jeden lat, chociaż wyglądała oczywiście na
mniej. Biła od niej dojrzałość pomieszana z serdecznością. Szybko dała
im znać, że wcale nie zamierza się opowiadać po którejś ze stron
przesadnie dramatycznego szkolnego sporu.
- Castalaw po prostu mnie czasem wkurza - przyznała, kiedy Lucas
dopytał, czemu im w takim razie pomogła. - Trafiłam do Mallaroy rok
wcześniej niż on i wierzcie mi, dało się tu żyć bez dziedzica
Królewskiej Krwi. Ale teraz już nikt w to nie wierzy. Rody są nam
potrzebne do bezpiecznego nieżycia, prawda, ale przecież nie znaczy to,
że trzeba się codziennie kłaniać przed jakimś blondasem! No, ale połowa
mojego bractwa nagle uznała, że tak powinno być. To takie... niedojrzałe.
- Pokręciła głową z pobłażaniem, pociągając łyk krwi ze szklanej
butelki.
Keith uśmiechnął się szeroko.
- Dziękuję! Ktoś wreszcie powiedział to na głos! - stwierdził uradowany.
Wampiry miały swój świat i swoje zasady, które inne rodzaje powinny
szanować, jeśli chciały, by ich własne też szanowano. Nie było jednak
sekretem, że archaiczna monarchia budziła powszechny niesmak. Może
przełknąć ją było łatwiej na innych kontynentach, gdzie za dziedzica nie
robił nadęty drań.
Towarzystwo Sofíi i Lux okazało się bardzo przyjemne i jedzone
pospiesznie śniadanie można było uznać za udane. Erin rozpraszał jednak
fakt, że wiele osób zerkało w ich stronę. Wczorajsze spoliczkowanie
Castalawa sprawiło, że niektórzy pokazywali ją sobie palcami, plotkując
przy swoich stolikach, a chichoty i miny temu towarzyszące nie zawsze
były życzliwe. Te szepty były dla niej bardziej dotkliwe niż
bezpośrednie ataki Castalawa. Uderzały zewsząd, wzmocnione jej własną
paranoją oraz kompleksami. Pewnie jej wygląd też podlegał surowym
ocenom. Mogła się przynajmniej lepiej ubrać albo staranniej nałożyć
korektor na twarz...
No i był jeszcze Michael. Michael Castalaw również się na nią gapił, z tym swoim perfidnym uśmiechem na ustach. Nie patrzyła oczywiście w jego
stronę, ale i tak wiedziała. Czuła, jak wzrok błękitnych oczu wypala jej
dziurę w plecach.
No i to by było na tyle, jeśli chodzi o trzymanie głowy nisko i nieprzyciąganie kłopotów.
***
- Gapisz się - mruknął Jasper, nie przejmując się specjalnie morderczym
spojrzeniem, jakie posłał mu w odpowiedzi Michael.
Pamela prychnęła, udając, że ją także zirytował Jasper. W rzeczywistości
jednak złościło ją to, że Michael rzeczywiście się gapił. Mniej lub
bardziej ostentacyjnie, ale jego spojrzenie wędrowało co chwila w stronę
Lanford i jej żałosnych przyjaciół, od kiedy tylko pojawili się w jadalni.
Lider miał dzisiejszego ranka wyśmienity humor. Przede wszystkim
dlatego, że Jasper zadbał, by nie zobaczył napisu na ścianie w sali
bilardowej. Z pewnością informacja ta dotrze do Castalawa, nim dzień się
skończy, ale w ten sposób mogli liczyć chociaż na spokojny poranek.
Pamela, która była królową plotek i wiedziała już o wszystkim,
zdecydowanie nie popierała ukrywania prawdy przed Michaelem.
- Chcę siedzieć rano przy stole, który nadal jest w jednym kawałku -
wyjaśnił Jasper ze znużeniem, kiedy na osobności zarzuciła mu kłamstwo.
To była jedna z wielu różnic pomiędzy nimi: Pamela gotowa była paść
przed Michaelem na kolana, podczas gdy Jasper mógł co najwyżej opaść na
jego kanapę, żeby zagrać w gry wideo.
Siedzieli więc teraz przy swoim stoliku w jadalni i Michael miał
wyśmienity humor. Cała elita wspólnie przyglądała się z daleka sytuacji,
w jakiej znalazła się paczka irytujących znajomych irytującej
Zmiennokształtnej. Castalaw nawet stąd widział, jak Lanford zaciska
usta, i był pewien, że jej oczy wypełniają się gniewem. Piękny widok.
Patrzył, jak jeden z jej żałosnych kumpli stara się ją delikatnie
odciągnąć i jak drugi gada coś idiotycznego. Jakby to mogło cokolwiek
wskórać. Prychnął, kiedy paczka wreszcie zrezygnowała i powlekła się
usiąść gdzie indziej, w towarzystwie Wampirzycy, której imię oczywiście
znał, bo taki był jego królewski obowiązek, nigdy jednak by się do tego
nie przyznał. Być może i z nią trzeba będzie zrobić porządek. Na razie
jednak upił łyk krwi i odwrócił się do swoich towarzyszy.
- Ktoś wie, kto to jest? - zapytał, ruchem głowy wskazując grupę, która
tak ostentacyjnie podsiadła Lanford i jej przyjaciół. Wszyscy wzruszyli
ramionami, więc chłopak westchnął ciężko.
- Dowiedz się - polecił, patrząc na Pamelę.
To nie było tak, że jej nie lubił. Jednak niczym mu nie imponowała i stawała się męcząca, z tą przesadzoną słodyczą i ciągłym udawaniem
kogoś, kim nie była. Najchętniej w ogóle by się z nią nie zadawał, ale
Paytonowie byli bliskimi sojusznikami Castalawów i ich dziedzice powinni
być widywani publicznie razem. Skoro już więc tu siedziała, mogła się na
coś przydać.
- Niech przyjdą wieczorem do sali bilardowej, chcę z nimi zagrać -
polecił Michael, raz jeszcze zerkając na nieznaną, choć najwyraźniej
wierną mu grupę.
Czarodzieje zdobyli pierwszeństwo do sali, nie mieli jej jednak zupełnie
na wyłączność. W tygodniu szkolnym późnym wieczorem zazwyczaj tylko
niepotrzebujące snu Wampiry miały czas na zabawę, nie powinno być więc
problemu z wolnym stołem.
Pamela uśmiechnęła się paskudnie, po czym wstała z miejsca. Odrzuciła do
tyłu lśniące, czarne, idealnie równo obcięte włosy, wygładziła obcisłą
spódniczkę i ruszyła przed siebie, stukając obcasami. Za nią zerwały się
Mandy i Becky - dwie wierne pomocniczki, które czasem nazywała
znajomymi.
Christopher konsekwentnie ignorował wszystko naokoło, skupiając się na
drugiej już butelce krwi. Za to Jasper uśmiechnął się lekko, choć bez
przekonania, odprowadzając Pamelę wzrokiem. Wiedział dobrze, co Michael
planował. Chciał publicznie wynagrodzić osoby, które dokuczyły Lanford,
żeby szybko narodzili się ich naśladowcy.
Zerknął na przyjaciela, ale ten patrzył już gdzie indziej: znowu na Aleę
Lanford. Jasper też na nią spojrzał i zastanowił się, jak silna jest w rzeczywistości i ile będzie w stanie wytrzymać.
***
Wszyscy powinni się spieszyć na poranne zajęcia, ale zamiast tego w holu
internatu zebrał się tłum. Uczniowie gromadzili się po obu stronach
drzwi prowadzących na dziedziniec, gdzie znajdowały się wielkie tablice
ogłoszeniowe umieszczone za szkłem.
- Aleo, rozwieszono listy! - obwieściła Lizzy z entuzjazmem, którego
nikt nie powinien mieć tak wcześnie rano.
- Jakie listy? - Erin zmarszczyła brwi. - O co chodzi?
- O Test Samokontroli, jak mniemam - mruknęła Tatiana. Wszyscy
przystanęli kawałek za tłumem. - Wampiry przechodzą je w momencie
przyjęcia do szkoły, pierwszoroczni Czarodzieje skończyli swoje chyba
tydzień temu. Od dziś jest kolej na nowych Zmiennokształtnych.
Lizzy pokiwała głową, szeroko uśmiechnięta, tymczasem Erin zamarła,
czując nagły ucisk strachu w żołądku.
Test Samokontroli. O cholera.
Jasne, dla Lizzy było to pewnie ekscytujące wydarzenie, bo kiedy ona
przechodziła swój test na pierwszym roku, nie miała się czego bać.
Dorastała w rodzinie Zmiennokształtnych, przeszła przemianę dość
wcześnie i w dodatku jej pierwsza forma okazała się od razu właściwą.
Doskonale panowała nad swoimi zdolnościami, a ponieważ miała w Mallaroy
starszego brata, wiedziała też zawsze, czego się spodziewać.
Zresztą żaden senturalny nie musiał się bać - najgorsze, co mogło ich
spotkać po oblaniu Testu Samokontroli, to przymusowe zapisanie na
zajęcia z samokontroli. Sytuacja wyglądała nieco inaczej w przypadku
kogoś, kto był człowiekiem i podszywał się pod siostrę bliźniaczkę na
prośbę jakiejś super-duper ważnej (ale chyba sekretnej) organizacji
politycznej. Tak się składało, że Erin znała jedną taką osobę.
Kosmosie, nawet nie zauważyła, jak mocno Mallaroy ją wessało. Gry,
przyjaźnie, kłótnie, kary... Zaczęła żyć z dnia na dzień, niesiona przez
burzliwe emocje i ekscytujące wydarzenia. Przyzwyczaiła się już nawet do
reagowania na imię Alea. I to do tego stopnia, że nie wytrącało jej to z rozmowy. Nie zapomniała, że jest człowiekiem, ale straciła czujność.
Wszystko przez to, że różnice między rodzajami wcale nie były tak
odczuwalne, jak mogłoby się wydawać. Kiedy siedziała na lekcjach fizyki
lub angielskiego, nie miało znaczenia, kto ma jakiego koloru
identyfikator. Wszyscy byli przede wszystkim nastolatkami: młodymi
osobami szukającymi rozrywki, męczącymi się z zadaniami domowymi i przeklinającymi poranne wstawanie. W szkolnej społeczności najbardziej
odstawały te Wampiry, które były wyjątkowo mało empatyczne, oraz ci
Łowcy, których cechowała przerażająca wręcz praktyczność, ale w ich
bractwach także nie brakowało osób zupełnie zwyczajnych. Ponieważ każdy
był inny, wszyscy stawali się w pewnym stopniu tacy sami.
Erin nie czuła się tu już obco. Wręcz przeciwnie: znalazła w Mallaroy
swoje miejsce, niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobnie to
brzmiało. To zdecydowanie złagodziło jej lęk przed zdemaskowaniem.
Teraz nagle strach powrócił ze zdwojoną siłą.
- Jesteś tam? - Keith pstryknął palcami przed nosem Erin i dziewczyna
powróciła na ziemię, ale ręce trzęsły się jej nieznacznie.
- Dlaczego ja o tym zapomniałam?! - wypaliła nienaturalnie wysokim
głosem, na granicy paniki.
- Jeśli mielibyśmy zrobić listę powodów... - zaczęła pesymistycznie
Tatiana, ewidentnie nie zamierzając kończyć zdania.
Oba Wilkołaki wyszczerzyły się, wyłapując żart mimo jej poważnego tonu.
- Myślałam, że wiesz! - jęknęła tymczasem Lizzy. - Może nie masz
dzisiaj... - dodała i porzuciła przyjaciół, by sprawdzić listę.
Erin przez chwilę myślała, że kolana się pod nią ugną (nie myliła się).
Strach stał się widoczny na jej twarzy, co nie uszło uwadze Lucasa.
Chłopak zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc, czemu standardowy test
wywołuje w niej aż tak wielkie emocje.
Lizzy przecisnęła się przez tłum z powrotem w ich stronę.
- O każdej pełnej godzinie piątka uczniów musi się stawić pod gabinetem
Rady! - oświadczyła odrobinę zdyszana. - Al, ty jesteś wpisana na
czternastą!
- Dzisiaj?! - Erin zaczęły pocić się dłonie, kiedy liczyła w myślach,
ile godzin zostało do czternastej. - Dlaczego moja kolej jest tak
wcześnie...? - zapytała lekko zachrypniętym od emocji głosem. Była na
trzecim roku i miała nazwisko na L. Kosmos nie mógł być aż tak wredny.
- Kolejność jest losowa, bo element zaskoczenia dodaje realności -
wyjaśniła Tatiana spokojnie.
- Lista na każdy dzień pojawia się dopiero rano! - potwierdziła
entuzjastycznie Lizzy.
Poprawka: Kosmos mógł i był aż tak wredny.
Erin chwilę rozglądała się dookoła, próbując uspokoić pędzące myśli.
Musiała wziąć się w garść i znaleźć odpowiedź na jedno ważne pytanie:
czy Test Samokontroli wymagał przemiany w zwierzę? Jeśli tak, to pójdzie
na dno w zawrotnym tempie i pociągnie za sobą prawdziwą Aleę Lanford.
Już otwierała usta, żeby dowiedzieć się tego od przyjaciół, ale ich
uwagę odciągnął Lucas.
- Twój Łowca się zbliża, Tatiano - ostrzegł z nieco łobuzerskim
uśmiechem.
Wszyscy stanęli bardziej prosto, bo sam widok Diego prowokował do
przybrania nienagannej postawy. Tatiana nie odwróciła się i spróbowała
zachować obojętny wyraz twarzy. Przez chwilę jej się to nawet udawało,
potem silna ręka objęła ją nagle w talii. W ciemnych oczach
Zmiennokształtnej błysnęło zaskoczenie, zaraz po nim zmieszanie z domieszką zadowolenia. Łowca przyciągnął ją delikatnie bliżej siebie i otoczył ją zapach świeżego prania i znajomego już dezodorantu.
Gest był... nad wyraz oczywisty. Zwłaszcza jak na tego konkretnego,
wyjątkowo powściągliwego i poważnego chłopaka. Wszyscy nagle zaczęli
wyglądać na niezwykle zaabsorbowanych własnymi butami lub sufitem.
Tatiana odwróciła głowę i posłała Diego karcące spojrzenie. Odpowiedział
jej cieniem zaczepnego uśmiechu. Spróbowała subtelnie wyplątać się z jego objęć, jednak z marnym skutkiem.
Niezręczna cisza na chwilę wybiła Erin z rytmu rozpaczy.
- Spóźniacie się na pierwsze zajęcia - oznajmił beznamiętnym tonem
Łowca, nadal patrząc tylko na Tatianę.
- Tak jak połowa szkoły... - zauważył Lucas, zerkając na tłum kłębiący się
wciąż pod tablicami ogłoszeniowymi. Powiedział to jednak cicho i bez
przekonania, bo powaga Diego wszystkich ich nieco onieśmielała.
- Alea ma dziś Test Samokontroli! - palnęła Lizzy nerwowo i przesadnie
głośno, próbując jakoś ich usprawiedliwić. Albo może po prostu
rozładować napięcie.
Rozpacz powróciła.
Diego przeniósł wzrok na Erin i dziewczyna zadrżała lekko. Łowca miał
zdolność zachowywania emocji dla siebie, przez co wyraz jego twarzy
wydawał się całkowicie obojętny. Powinno to wzbudzać równie neutralne
reakcje, u Erin jednak zawsze wywoływało stres. Może dlatego, że nosiła
w sobie wiele niewygodnych sekretów, a on zdawał się zawsze przeglądać
wszystkich na wylot.
- Nie masz się czego bać - odezwał się wreszcie Diego, zaskakując
zebranych. Mimo beznamiętnego tonu brzmiało to bowiem jak próba dodania
otuchy. Chłopak chyba nie dostrzegł w oczach Erin całej sterty kłamstw,
wyłapał za to panikę. Prawdopodobnie czuł też jakąś potrzebę okazywania
im uprzejmości ze względu na swoje uczucia wobec Tatiany. - Jeśli nie
zmienisz się w zwierzę pod wpływem emocji, zdasz. Jeśli nie zdasz,
zostaniesz zapisana na zajęcia, gdzie otrzymasz szkolenie z samokontroli. Żeby zmniejszyć ryzyko przypadkowej zmiany przy ludziach.
Ach! Bingo! Erin otrzymała odpowiedź na stresujące ją pytanie, nim
zdążyła je zadać. Lodowate palce strachu wypuściły wreszcie jej żołądek
z bolesnego uścisku. Nie będzie musiała się zmienić w zwierzę. Chyba
wprost przeciwnie! O jeżu, była jednak szansa, że i ten kryzys uda jej
się przetrwać!
Nie potrafiła powstrzymać głębokiego westchnienia ulgi. Keith przyczepił
się do tego dźwięku, odzyskując uśmiech, który zbladł nieco po
pojawieniu się Łowcy.
- Gdzie się podziała odważna dziewczyna policzkująca liderów na środku
szkoły, co, Al? - rzucił żartobliwie.
Raz jeszcze Diego ubiegł ją, nim zdążyła odpowiedzieć.
- To nie była odwaga, tylko głupota - zauważył surowo. Wszyscy na nowo
ucichli. Wszyscy poza Tatianą, która westchnęła ostentacyjnie.
- Jedno nie wyklucza drugiego - zauważyła ponuro, wyplątując się w końcu
z jego uścisku.
Przyjaciele nie byli w stanie powiedzieć, czy Zmiennokształtna broni
teraz Erin, czy zaczepnie przekomarza się z Diego. Ona i jej Łowca mieli
swój własny, półniemy sposób komunikowania się, którego nikt inny nie
pojmował.
- Ale z tym spóźnieniem to on miał rację... - zauważyła nieśmiało Lizzy.
Tłum znacznie się przerzedził.
Ruszyli w stronę dziedzińca wspólnie, jednak już po kilku krokach
Tatiana i Diego zostali nieco w tyle. Keith już zamierzał odwrócić się i ich pospieszyć, ale Lizzy szturchnęła go i pokręciła subtelnie głową.
Dali więc parze spokój, zostawiając ich samych, nikt nie skomentował
tego na głos, ale nie omieszkali wymienić między sobą znaczących
spojrzeń.
***
- Moi znajomi się ciebie boją. - Tatiana podniosła oskarżycielskie
spojrzenie na Diego.
Łowca wzruszył ramionami.
- To dobrze - oznajmił beznamiętnie. - Może przestaną cię wciągać w kłopoty.
- Też miałeś karę.
- Przez ciebie, Lennox.
Chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tatiana niespecjalnie zgadzała
się z jego oceną odpowiedzialności, ale nie zamierzała się kłócić.
Dziedziniec pustoszał w zawrotnym tempie, bo było już po dzwonku. Oni
wciąż stali w miejscu.
W sposób, o którym nie należało wspominać, Tatiana pozyskała plan lekcji
Diego i wiedziała, że zaczyna on dzisiaj zajęcia dopiero o drugiej.
Kusiło ją, żeby ominąć własną historię sentury i spędzić okienko w jego
towarzystwie. Oczywiście Łowca wcale nie musiał wiedzieć, że poświęca z jego powodu dobrą frekwencję. Może dzisiaj wyjątkowo odwołali jej
pierwsze zajęcia? Brzmiało to całkiem wiarygodnie. Nie takie rzeczy się
zdarzały.
Odpłynęła niechcący myślami w stronę tego niewinnego kłamstewka i Diego
przesunął delikatnie palcem po jej podbródku, by przywołać jej uwagę.
- Martwisz się o Aleę? - zapytał, błędnie odczytując jej minę.
Pokręciła głową, tym samym zmuszając go, by zabrał dłoń. Przesunął ją
teraz na talię dziewczyny.
- Jak jej się nie uda, to będzie chodzić na zajęcia i tyle. To normalne.
Wielu osobom się nie udaje - zauważyła z charakterystyczną ponurą nutą w głosie. Nie była z nim jednak do końca szczera.
Nie uszło jej uwadze, że czasem zwykłe zdanie czy komentarz potrafią
wywołać u upartej, odważnej Alei nieuzasadnioną nerwowość. Cała sprawa
czasem Tatianę niepokoiła. W połączeniu z dziwaczną historią ze zdjętym
identyfikatorem na początku roku... Cóż. Alea Lanford albo coś przed nimi
ukrywała, albo miała talent do tworzenia problemów tam, gdzie ich nie
powinno być. Tak czy inaczej, Tatiana miała złe przeczucia. Nie
zamierzała jednak zdradzać sekretów przyjaciółki, wolała więc w ogóle
nie poruszać tego tematu z Diego.
Łowca przyglądał się jej cały czas, ale teraz w jego czarnych oczach
pojawiła się czujność. Wyglądało na to, że oboje musieli płacić pewną
cenę za podobieństwa, które postrzegali w sobie nawzajem jako
atrakcyjne: byli cisi, ale przenikliwi i zawsze zwracali uwagę na
szczegóły.
- Ten test jest po prostu paskudny, wiesz? - rzuciła wreszcie markotnie
Tatiana, próbując zamknąć temat. - Nigdy nie musiałeś przez to
przechodzić. Nie wiesz, jak to jest.
- Ty oczywiście zdałaś za pierwszym razem. - Diego oświadczył, zamiast
zapytać. Dłoń leżąca wciąż na jej talii zacisnęła się lekko w intymnym
geście uznania. - Jak było?
- Paskudnie - powtórzyła z uporem, ale tym razem nie powstrzymała
delikatnego uśmiechu.
Pocałował ją wolno i spokojnie. Wiedziała dokładnie, co się szykuje, ale
i tak wydawało jej się to niespodziewane. Mieli za sobą ponad miesiąc
wspólnej nauki, półrandek i długich rozmów, ale wciąż każdy pocałunek
zaskakiwał ją tak samo.
Jakiś czas temu uznała, że związek nie jest dla niej, bo nie potrafi
sobie wyobrazić wspólnego spędzania z kimś czasu. Wystarczyło kilka
godzin w towarzystwie innych osób i już czuła się emocjonalnie
wyczerpana, tęskniąc za chwilą samotności. Ciągle nie mogła uwierzyć, że
obecność Diego nie męczy jej ani trochę.
- Lepiej już idź - mruknął Łowca cicho, gdy wreszcie się rozdzielili. -
Jesteś spóźniona na historię sentury.
Pocałował ją w czoło i odszedł. Tatiana poczuła gorąco wybuchające na
policzkach, ale podniosło ją nieco na duchu, że nie tylko ona znała
cudzy plan na pamięć.
***
Jedyne, o czym Erin potrafiła myśleć w czasie porannych zajęć, to Test
Samokontroli. To, że siedziała w klasie bez wsparcia znajomych, bo tego
ranka ich plany zupełnie się nie pokrywały, bynajmniej nie pomagało.
Co godzinę przez radiowęzeł wzywane były wytypowane osoby. Za każdym
razem Erin zalewała nowa fala zimnego potu, choć doskonale wiedziała,
kiedy ma nadejść jej kolej. Gdy wreszcie usłyszała własne nazwisko (i imię siostry), jej żołądek i tak ścisnął się boleśnie. Zachwiała się
lekko, wstając z miejsca, i ruszyła w stronę sekretariatu, przez który
wchodziło się do gabinetu Rady Dyrektorów.
Przy drzwiach Erin spotkała dwójkę innych Zmiennokształtnych. Sekretarka
Samantha powitała ich jedynie złowrogim łypnięciem, poprawiając grube
oprawki okularów. Ich intensywny fiolet podkreślał fiołkowe drobinki w jej jasnoszarych oczach.
- Macie to wypić - odezwała się swoim ropuchowatym głosem, wskazując
palcem na niewielkie papierowe kubeczki stojące na kontuarze przed jej
biurkiem. Wyraz jej twarzy mówił jasno, że byłaby znacznie szczęśliwsza,
gdyby ich tu nie było. - I nie odzywać się ani słowem!
Dwie inne osoby siedziały już grzecznie na wąskiej ławeczce pod ścianą.
Erin popatrzyła na nie nerwowo, potem wymieniła niepewne spojrzenia z tymi, którzy wkroczyli do pomieszczenia wraz z nią. Nic nie integruje w szkole bardziej niż niepewność.
Sekretarka mruknęła coś niewyraźnie, po czym powtórzyła już głośniej:
- Pić. Do dna. I ani słowa. Podkreślam, potem ani słowa! Jeśli po
wypiciu zaczniecie gadać, to cały efekt się zmarnuje. No, raz, raz! -
pogoniła ich i na nowo utkwiła wzrok w monitorze komputera,
pozostawiając uczniów samych sobie.
Erin niepewnie sięgnęła po papierowy kubeczek, po czym zajrzała do
środka. Jego zawartość stanowił przezroczysty płyn, który mienił się
perłowym blaskiem w dziwnym świetle. Pochyliła się nad nim niepewnie i uderzył ją zapach plaży - albo raczej mokrego piasku. Zmarszczyła brwi.
Picie podejrzanej substancji było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę.
Co jeśli dla ludzi jest to trujące?! Ta myśl pojawiła się w jej głowie
nagle i Erin zamarła. Tymczasem chłopak obok niej uniósł kubek w geście
toastu, a potem wypił całą zawartość jednym haustem i odszedł do
pozostałych, w milczeniu opierając się o ścianę. Erin chwilę jeszcze
zwlekała, było jednak jasne, że nie ma już jak wykręcić się z tej
sytuacji. Zamknęła oczy, wstrzymała oddech i wlała sobie ciecz do ust.
Następnie o mało jej nie wypluła.
W kubku płyn wydawał się niewiele gęstszy od wody, ale w jej ustach
nabrał konsystencji gęstego żelu. Nie miał praktycznie żadnego smaku,
był jednak dziwacznie chłodny, a jego odstręczająca konsystencja
sprawiła, że dziewczyna wzdrygnęła się dwa razy, zanim udało jej się
przełknąć. Kiedy to wreszcie zrobiła, rozejrzała się dookoła niepewnie,
w obawie że wszystko zacznie wirować. Jednak nic takiego się nie
wydarzyło.
Chwilę poświęciła na pozbycie się dziwnej, żelowej substancji z języka,
po czym wyrzuciła kubeczek do śmietnika i przysiadła obok innych.
Ten etap przetrwała. No i co dalej?
Jakby w odpowiedzi na jej pytanie w drzwiach gabinetu pojawił się
Benedict Alard i zanim ktokolwiek zdążył choćby spojrzeć w jego stronę,
uniósł ostrzegawczo dłoń.
- Nic nie mówić! - zaalarmował, po czym usatysfakcjonowany ciszą, skinął
im głową na powitanie. Uśmiechnął się też, już spokojniej, i zerknął na
trzymaną w ręku listę.
- Bandini? - wyczytał pierwsze nazwisko i znów dodał szybko: - Nic nie
mów!
Ciemnowłosa dziewczyna z identyfikatorem roztartym na kości policzkowej
podniosła się z ławeczki z lekko zmarszczonymi brwiami. Oboje zaraz
zniknęli w gabinecie.
Erin Lanford pozostało czekać. I czekać. I czekać... Przez zakaz
otwierania ust pozostali uczniowie nie mogli nawet rozładować napięcia
jakąś głupią rozmową o pogodzie. Zamiast tego cisnęli się wszyscy w rogu
sekretariatu, mniej lub bardziej zestresowani.
Erin zdecydowanie należała do tych bardziej.
Wreszcie drzwi otworzyły się ponownie i ciemnowłosa Zmiennokształtna
opuściła gabinet. Wyglądała... niepokojąco. Była potargana, miała wypieki
na policzkach i lekko załzawione oczy. Erin zemdliło na ten widok.
Co oni jej tam zrobili?!
- Lanford - wyczytał Benedict Alard i podniósł wzrok na Erin.
Ewidentnie pamiętał ją z powodu kary. Dziewczyna nie mogła się ruszyć z miejsca. Nie chodziło o to, że nie chciała. Nogi po prostu odmawiały jej
posłuszeństwa. Otworzyła szerzej oczy, rozpaczliwie licząc, że ziemia
się rozstąpi i ją pochłonie. Była człowiekiem. Była cholernym
człowiekiem i Mallaroy to ostatnie miejsce, w jakim powinna się znaleźć!
- Aleo - powtórzył profesor z charakterystyczną dla siebie
serdecznością. - Nic ci się nie stanie. - Kiwnął na nią zachęcająco ręką
i zaraz szybko dodał znowu: - Tylko proszę, nic nie mów.
Erin wreszcie udało się ruszyć z miejsca i powlokła się do gabinetu z sercem walącym w klatce piersiowej tak głośno, że z pewnością wszyscy w pomieszczeniu mogli je usłyszeć. Przynajmniej tak jej się zdawało.
W gabinecie za biurkiem czekała Lucille Landerson, odrobinę
przygarbiona. Uśmiechnęła się lekko na widok dziewczyny i pomarszczoną
dłonią wskazała jej miejsce na jednym z foteli. Benedict Alard oparł się
o zamknięte drzwi, pogodny, choć też wyraźnie zmęczony.
Erin usiadła, rozglądając się nerwowo dookoła. Nie dostrzegła żadnych
narzędzi tortur, co było całkiem dobrą wiadomością. Nie żeby się ich
spodziewała, ale z drugiej strony...
- Rozpoczniemy teraz twój Test Samokontroli - oznajmiła profesor
Landerson spokojnie. Erin po raz kolejny poczuła zaskoczenie, jak silny
głos ma ta krucho wyglądająca staruszka. - Napój, który przyjęłaś,
znacznie wzmocni przeżywane przez ciebie emocje, kiedy tylko zaczniesz
mówić. W ten sposób sprawdzimy, czy mimo wewnętrznego rozchwiania jesteś
zdolna utrzymać przemianę pod kontrolą. Jeśli zachowasz ludzką formę
przez cały czas trwania testu, zostaniesz zwolniona z obowiązku
uczęszczania na lekcje Samokontroli. Zawsze jednak możesz zapisać się na
nie dobrowolnie. Jeśli silne emocje spowodują u ciebie niekontrolowaną
transformację, zostaniesz zapisana na Samokontrolę i poddana testowi
ponownie pod koniec roku szkolnego. Celem jest oczywiście
zminimalizowanie ryzyka przypadkowej demonstracji senturalnych zdolności
na oczach ludzi. Czy wszystko jest jasne?
Erin skinęła niepewnie głową. Zasady brzmiały dla niej bardzo
korzystnie, ale stresowała się i tak, bo wciąż nie była pewna, czy
substancja, którą przyjęła, działa na ludzi tak samo jak na
senturalnych. Wszystko wciąż mogło się źle potoczyć. Wszystko zawsze
mogło się źle potoczyć.
Profesor Landerson odchyliła się do tyłu, usadawiając wygodniej na
szerokim krześle.
- Zanim przejdziemy do części testowej, będziesz musiała odpowiedzieć na
kilka podstawowych pytań. Wywar zacznie działać już po kilku zdaniach,
bądź więc przygotowana na drobne trudności. Czy możemy zaczynać?
Erin kiwnęła głową raz jeszcze i przesunęła dłońmi po udach, wycierając
spocone dłonie o dżinsy.
- Świetnie. Powiedz, kiedy przemieniłaś się po raz pierwszy?
- Siedemnastego sierpnia tego roku - odparła Erin nieco sztywno, z lekkim niepokojem. Doskonale pamiętała ten dzień: Alea wbiegła do ich
wspólnego pokoju z szaloną informacją, że zmieniła się w kota, i od tego
momentu nic już nie było takie samo.
Stara czarodziejka pokiwała wolno głową i zanotowała coś na kartce,
całkowicie ignorując w pełni sprawny komputer stojący tuż obok.
- W jakie zwierzę?
- W burego kota, podobnego do tego, który mieszkał u sąsiadów...
Coś zaczynało się dziać. Trudno było określić, co takiego. Erin była
zestresowana, jasne, ale teraz stres ten wypełnił cały żołądek i zaczął
pełznąć w górę po jej kręgosłupie.
- Ile razy zmieniłaś się od tamtego czasu?
To brzmiało jak przesłuchanie. Jakby wiedzieli, że zmieniła się nie ona,
ale Alea. Chcieli złapać ją na kłamstwie. Czy wszystko to było jakąś
wielką intrygą przygotowaną specjalnie po to, by ją zdemaskować?!
Czuła, jak stres pełznie coraz wyżej, do jej gardła, i nagle wydało jej
się, że nie może oddychać. Pokój zawirował, jej myśli szalały już bez
nadzoru. Wiedzą, o Kosmosie, wiedzą!
- Cztery - wyrzuciła wreszcie z siebie odpowiedź.
To było kłamstwo. Brudne, paskudne kłamstwo. Alea zmieniła się dwa razy,
a później straciły kontakt. Musiała jednak zawyżyć liczbę, żeby brzmieć
bardziej wiarygodnie. Serce waliło jej w piersi. Odzyskała oddech i dla
odmiany wciągała teraz powietrze nerwowo: płytko i szybko, jakby właśnie
przebiegła długi dystans.
- Czy odkryłaś swoją prawdziwą formę?
Jasne, że tak. Człowiek. To jest jej prawdziwa forma!
Na czole dziewczyny pojawiły się kropelki potu.
Nie była Zmiennokształtną. Była oszustką, skończoną oszustką! Zrobiło
jej się nagle niedobrze na myśl o własnych kłamstwach i miała ochotę
ukarać samą siebie za to, jak traktowała przyjaciół w Mallaroy. Nic im
nie powiedziała, a oni tak bardzo ją wspierali... O tak, była najgorszym
człowiekiem na świecie. Tak beznadziejnym, że nikt już nigdy nie
powinien jej wybaczyć. Świat nie potrzebował takich ludzi jak ona.
- Aleo? - Silny głos profesor Landerson wyrwał ją ze spirali okrutnych
myśli. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że uciekła w głąb własnej głowy
i nawet nie odpowiedziała na pytanie.
Odetchnęła głęboko, próbując odzyskać kontrolę.
- Nie - wykrztusiła łamiącym się głosem. - Nie odkryłam prawdziwej
formy.
Nagle ogarnęła ją ciekawość. Czy Alea już swoją odkryła? Chciała to
wiedzieć. Tak bardzo zapragnęła zdobyć tę informację, że zacisnęła ręce
na podłokietnikach fotela, gotowa wybiec z gabinetu i rozpocząć próby
skontaktowania się z siostrą. Musiała wiedzieć. Musiała! Natychmiast.
Ciekawość wiła się w niej jak wąż i dziewczyna zaczęła się wiercić w fotelu, skacząc wzrokiem od ściany do ściany.
- To koniec formalności - oświadczyła tymczasem Czarodziejka. Zapisała
ostatnią rzecz na kartce i podniosła głowę, by uważnie przyjrzeć się
dziewczynie. Erin czuła, że profesor Alard też na nią patrzy. - Powiedz
mi teraz coś o swoich rodzicach.
Nastolatka uśmiechnęła się nieznacznie, potem szerzej, a po chwili
szczerzyła się już jak idiotka na samą myśl o rodzicach.
- Tęsknię za nimi - oświadczyła, już bez cienia stresu i mogłaby
przysiąc, że w powietrzu poczuła nagle znajomy zapach domu. - Ale tak
bez przesady, bo odkąd pamiętam, wyjeżdżali często na konferencje... To
znaczy, nie żebym czuła się samotna! - Zapewniła szybko. - Zawsze miałam
przy sobie siostrę. Rodzice po prostu lubią pracować i czasem bywa to
wkurw... umm - zmieszała się, bo przez nieuwagę prawie przeklęła w gabinecie dyrektorów - bywa to wkurzające... ale tak generalnie to są
super. Zawsze nas wspierają. Dereka też, chociaż on udaje starego
dziadka...
Mogłaby mówić w nieskończoność. Sama myśl o rodzinie sprawiała, że czuła
się bezpiecznie i komfortowo, a przy tym beztrosko. Miała ochotę
podzielić się śmiesznymi historiami, opowiedzieć o wakacyjnych wyjazdach
i ulubionych przepisach. Śmiać się ze wzruszenia i wzdychać z lekkiej
tęsknoty. Po chwili jej rozważania powędrowały jednak w stronę Alei i na
nowo ogarnął ją paraliżujący strach. Zaczęła drżeć w miękkim fotelu,
wyobrażając sobie jednocześnie dwa horrory: że ją tu nakryją oraz że jej
siostra jest teraz gdzieś sama na końcu świata i wcale nie ma się
dobrze.
Wszystko to zdawało się ciągnąć godzinami. Po raz pierwszy odczuła, jak
dosłowne znaczenie może mieć zwrot "emocjonalny rollercoaster". Dziwny,
pachnący piaskiem wywar sprawił, że każda najmniejsza kropla emocji
zmieniała się w jej głowie w ocean i ciało zalewały burzliwe fale uczuć.
Jakby naprawdę przeżywała tu zarówno najwspanialsze, jak i najgorsze
momenty swojego życia.
Podczas opowiadania o Bethany wpadła w niekontrolowany chichot,
przypominając sobie wszystkie wspólne żarty. Zapytana o otrzymaną karę
zaczęła mówić o Michaelu i tym razem nie była w stanie powstrzymać
siarczystych przekleństw. Gdy padło pytanie o smutne wspomnienie, Erin
zaczęła szlochać jak małe dziecko z powodu rybki, która zdechła, kiedy
ona i Alea miały po osiem lat.
Z tego wszystkiego zapomniała na chwilę, dlaczego w ogóle się tu
znajduje. Przypomniała jej o tym dopiero Lucille Landerson, oznajmiając,
że dziewczyna przeszła Test Samokontroli pomyślnie.
Cóż. Jeśli chodziło o niezmienianie się w zwierzęta, Erin była prawdziwą
profesjonalistką. Mogła się nie zmieniać niezależnie od sytuacji.
Benedict Alard podał jej kolejny, jeszcze mniejszy papierowy kubeczek z dziwną pigułką, która miała zniwelować działanie żelowego wywaru.
Przełknęła ją bez popijania i przez chwilę trwali tak w trójkę w niezręcznym milczeniu. Nauczyciele nie zamierzali jej bowiem wypuścić,
dopóki w pełni nie ochłonie.
Opuściła gabinet potargana i zaczerwieniona, na chwiejnych nogach.
Zatrzymała się za zakrętem korytarza, gdzie akurat nikogo nie było.
Dopiero w samotności, z dala od gabinetu Rady, poczuła prawdziwą ulgę.
Wzięła głęboki oddech i wypuszczając powietrze, oparła się o chłodną
ścianę, przymykając na chwilę oczy.
Udało się. Przeżyła. Po raz kolejny najadła się strachu, ale wciąż była
w Mallaroy i nikt nie odkrył jej sekretu.
Prawie usłyszała łomot kamienia, który spadł z jej serca.
***
Alea miała wrażenie, że obiektyw kamery obserwuje ją czujnie, niczym oko
żywej istoty. Wiedziała, że to irracjonalna myśl wywołana przez stres,
nie zatrzymało to jednak dreszczy, które przebiegły po jej plecach.
Bała się. Wściekłość wezbrała i odpłynęła niczym fala, pozostawiając po
sobie mniej dynamiczne, ale trwalsze emocje. Gorycz i strach. W ciągu
szesnastu lat życia zdążyła się już nauczyć, że o ile odczuwać warto
wiele, o tyle okazywać - już niekoniecznie. W każdym razie nie zawsze.
Siedziała więc sztywno na drewnianym krześle i przyglądała się swojemu
miniaturowemu odbiciu w rogu ekranu, próbując sprawiać wrażenie
niewzruszonej. Wychodziło jej to całkiem, całkiem, bo jeśli nawet nie
była niewzruszona, to na pewno zdeterminowana.
Eve opuściła kuchnię, kiedy tylko ustawiła laptopa ze słuchawkami na
stole i zainicjowała połączenie. Alea była jednak pewna, że czają się
obie z Cynthią gdzieś za rogiem - w otwartym na przedpokój salonie lub
na korytarzu po drugiej stronie kuchni. Nie dawały jej prywatności, ale
jedynie jej iluzję. Wyglądało na to, że był to motyw przewodni całej ich
dotychczasowej znajomości.
Okno z obrazem z cudzej kamery wreszcie ożyło, ukazując Martina
Gallaghera.
Alea odkaszlnęła nerwowo, czując, jak pod wpływem przenikliwego
spojrzenia szarych oczu wzbiera w niej zwątpienie. Wzrok mężczyzny nie
tracił swojej przenikliwości nawet zapośredniczony przez ekran laptopa.
Gallagher nic nie powiedział. Nawet się nie przywitał. Włączył obraz i po prostu siedział w swoim słabo oświetlonym gabinecie, wpatrując się w Aleę Lanford z bardzo czytelnym rozczarowaniem.
Ona wytrzymała i jego milczenie, i jego spojrzenie. On wytrzymał jej
upór. Sięgnął poza kadr po papierosa, a gdy go zapalił, Alea mogła
przysiąc, że czuje zapach dymu.
Odkaszlnęła raz jeszcze, bo zaschło jej w gardle.
- Myślałam, że używanie laptopa naraża mnie na zlokalizowanie.
Martin podrapał się po orlim nosie. Alea dowiedziała się już, że jego
prawdziwą formą jest orzeł. Zastanawiała się, czy ta zbieżność jest
przypadkowa.
- Naraża - przyznał spokojnie, lekko zachrypnięty. - Jest to jeden z wielu powodów mojego niezadowolenia, ale jeśli dobrze rozumiem, nie dało
się przemówić ci do rozsądku. - Gallagher znalazł chwilę na tę szopkę
tylko dlatego, że Eve doniosła mu o całkowitej odmowie współpracy ze
strony Alei. Kobiety bały się, że jeśli nie ustąpią jej chociaż trochę,
naprawdę będzie próbowała uciec. - Cynthia musiała się mocno postarać,
by umożliwić to połączenie...
- Oczywiście, że tak... - mruknęła Alea sama do siebie z powątpiewaniem,
czując, jak irytacja wypiera część strachu. Ponad miesiąc żyła odcięta
od komórki i laptopa, po czym wystarczyło tupnąć nogą i nagle Cynthia
znalazła rozwiązanie. Jasne.
- ...ale i tak nie jest to w pełni bezpieczne. Nie możemy rozmawiać długo
- skończył Martin spokojnie, chociaż celowo głośniej niż wcześniej, i dopiero wtedy skomentował jej wtrącenie. - Nie rób tego.
- Słucham? - Alea poczuła się zdezorientowana.
- Nie udawaj teraz upartego, rozwydrzonego bachora - sprecyzował
mężczyzna dość obojętnym tonem. - Zdążyłaś nam już pokazać, że potrafisz
być bardzo dojrzała.
Alea zacisnęła mocno dłonie na ramie krzesła. Podłokietniki były
drewniane, stawiły więc natychmiast opór, ale i tak napierała coraz
mocniej i mocniej, czując rozpaczliwą potrzebę, by się w coś wbić.
Wgryźć. Coś złapać.
Nie odwróciła wzroku.
- To było wtedy, kiedy myślałam, że mówicie prawdę - zauważyła.
"Nie okazuj strachu" - przypominała sobie z każdą kolejną chmurą dymu,
która wypływała na ekran z ust Martina Gallaghera.
- Ach, tak. - Mężczyzna pokiwał głową z rezygnacją, a potem wygładził
czarną brodę. Teraz dostrzegła, że jest zmęczony. Wszystko w jego
ruchach i tonie sugerowało, że nie bierze jej buntu na poważnie, ale
oczy... To właśnie jego wzrok karmił jej lęki. - Eve powiedziała mi, że
zażądałaś powrotu do Mallaroy? - rzucił prawie pytająco, jakby nie był
pewien, czy dobrze zapamiętał. - By zająć miejsce swojej siostry...
- Tak - odparła twardo.
Od tego się zaczęło. Wczoraj przyłapała Cynthię na rozmowie przez
telefon i wyszło na jaw, że Erin jest w Mallaroy. Od tego czasu Alea
mocowała się na słowa z dwiema starszymi Zmiennokształtnymi.
Chciała wracać. Nie czuła się już bezpiecznie. Miała wrażenie, że coś
wyrwało ją ze snu i teraz, po fakcie, im dłużej analizowała nocne wizje,
tym bardziej przypominały one koszmar. Chciała wrócić tam, gdzie było
jej miejsce. Dla siebie i dla siostry. Nie było mowy, żeby świadomie
pozwoliła tym Zmiennokształtnym na trzymanie Erin w senturalnej szkole.
Z Wampirami?! Z tak wielkim sekretem spoczywającym na jej barkach?!
Od tego się zaczęło, a skończyło się właśnie tym: rozmową wideo między
Zmiennokształtnym politykiem i nastolatką, w której on pokładał jakieś
nadzieje.
- A jeśli ci powiem, że twoja siostra całkiem dobrze się w tej szkole
odnajduje? - zapytał po chwili, unosząc lekko krzaczaste brwi.
Gdyby onieśmielał ją trochę mniej, Alea prychnęłaby głośno.
- Skąd mam wiedzieć, że to nie kolejne kłamstwo? - zapytała odważnie.
Dłonie drżały jej mimo wszystko. Zaczęły, gdy tylko rozluźniła uścisk na
podłokietnikach krzesła. Całe szczęście pozostawały jednak poza kadrem.
Martin Gallagher westchnął ciężko. Demonstrował swoje rozczarowanie bez
skrępowania. Alea nie potrafiła powiedzieć, czy było to szczere, czy
jedynie próbował ją w ten sposób zmanipulować. Obstawiała to drugie.
- Mam ważniejsze rzeczy do roboty niż konstruowanie kłamstw na potrzeby
szesnastolatki - oznajmił z cieniem irytacji w głosie i jakby dla
podkreślenia tych słów zerknął na zegarek. - Więc? Jak wygląda sytuacja?
- Papieros zniknął gdzieś poza kadrem, zapewne w popielniczce. - Wiele
osób ma zginąć, bo poczułaś się urażona? Nie możemy wyjawić ci
wszystkich tajnych informacji o zagrożeniu na skalę pięciu rodzajów,
więc obrazisz się i przestaniesz nam pomagać?
- To nie tak - zaoponowała, czując, jak jej mentalna zbroja trzeszczy
pod wpływem tych prawie kpiących oskarżeń. - Przekręcasz moje słowa.
- Nie. - Martin na powrót się odprężył i odchylił do tyłu. Naciskał i odpuszczał. Jakby próbował zbudować w niej jakąś odporność. - Ustawiam
po prostu wszystko we właściwej perspektywie. Jesteś zła, urażona i chcesz wracać do domu. Coś się nie zgadza?
Albo nie był w stanie dostrzec, że złość i uraza są jedynie przykrywką
dla strachu, albo nie chciało mu się nawet próbować. Tak czy inaczej,
Alea poczuła dziwną mieszankę triumfu i samotności.
- Jestem nieufna - poprawiła go ostrożnie. Nie mogła sobie pozwolić na
rozzłoszczenie tego mężczyzny, ale coś jej mówiło, że zupełnym
podporządkowaniem także nie wzbudzi w nim empatii. Gallagher ewidentnie
chciał patrzeć na nią tak jak na Eve lub Cynthię. Jakby była kolejnym
dorosłym żołnierzem w jego dziwacznej armii. - Kłamaliście na temat
mojej siostry. Skąd mam wiedzieć, czy nie kłamiecie także na temat
całego tego Wielkiego Niebezpieczeństwa? Nie mówicie mi niczego ważnego.
- Mówimy - zaprzeczył mężczyzna, po czym sięgnął po kolejnego papierosa.
Alei zaczynało się robić duszno od samego patrzenia. - Mówimy tyle, ile
możemy ci bezpiecznie powiedzieć: że nadciąga zagrożenie, którego główną
ofiarą będą Wampiry i Wilkołaki, ale przez sojusz pięciu rodzajów my
także pójdziemy z nimi na dno. Dlatego musimy się uzbroić do walki i zerwać łączące nas układy.
Tak, Alea znała dalszy ciąg tej przemowy: była pierwszą od bardzo dawna
Zmiennokształtną potomkinią Salderów, którzy posiadali niegdyś specjalną
zdolność imaginacji. Prowadzono więc badania na jej krwi, by sprawdzić,
czy nie da się tych obudzonych nagle na nowo zdolności jakoś przekazać
pozostałym przedstawicielom rodzaju, żeby mieli większe szanse na
przetrwanie. Drugim poruszanym tematem była Zmiennokształtna prezydentka
Francis Rowe, która odmawiała chronienia własnego rodzaju poprzez
złamanie sojuszu, bo jej żona była Wilkołaczką. Gallagher zamierzał ją
zdyskredytować i zrzucić z urzędu. Istnienie Alei było mu tu bardzo na
rękę, bo Rowe podczas kampanii wyborczej kłamała na temat własnego
powiązania z historycznymi Salderami.
- Powiedzieliśmy ci bardzo, bardzo dużo - powtórzył Gallagher. - O nadejściu Wielkiego Niebezpieczeństwa nie wie prawie nikt poza liderami
i reprezentantami senturalnych rodzajów. Myślisz, że zaangażowalibyśmy
tyle osób w kreowanie tak skomplikowanego kłamstwa specjalnie dla
ciebie? - prychnął cicho. - Po co?
Alea nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Słowa Martina brzmiały
logicznie. Prosto i przekonująco. A jednak nie mogła pozbyć się uczucia,
że jest tą postacią z horroru, która schodzi do piwnicy pierwsza,
podczas gdy widzowie krzyczą, żeby zawracała. Jeszcze niewiele ponad
miesiąc temu była w domu z rodziną. Teraz, na innym końcu kraju, nie
wiedziała nic i nie miała nad niczym kontroli.
Może winna była jednak sentura, nie ona sama, Eve Monday, Cynthia Strike
czy Martin Gallagher? Może cała jej dezorientacja, strach i złe
przeczucia brały się z tego, że jej świat bezpowrotnie wywrócono do góry
nogami. Paranoicznie doszukiwała się wielkiego podstępu, ponieważ w rzeczywistości jakaś jej część nie była gotowa zaakceptować tego, co
odkrywała.
Poczuła cień wstydu. Oto siedziała przed laptopem, zabierając czas
ważnemu, wiecznie zajętemu politykowi, bo... co? Bo chciała wrócić do
domu...?
Coraz częściej miała problemy ze zrozumieniem, co sama czuje i czego
chce. Brakowało jej gruntu pod nogami. A także perspektywy.
Odkaszlnęła nerwowo po raz kolejny.
- Ale jakie mam dowody? - zapytała cicho. - Poza waszymi słowami? Skąd
mam wiedzieć, w co wierzyć... - Pytanie wydało jej się teraz idiotyczne i nie była właściwie pewna, po co je zadaje.
- Nie dostałaś senturalnych książek? Nie widziałaś naszych senturalnych
gazet? Francis Rowe istnieje i jest prezydentką Zmiennokształtnych. Ja
istnieję, byłaś w biurze, w którym pracuję. Sojusz istnieje, dostałaś
list od jednej ze szkół i rozmawiałaś przez telefon z ich reprezentantem
- zaczął wymieniać dowody. - Aleo. Wiem, że zrobienie ze mnie wroga
przyniesie ci zapewne na chwilę ulgę. Jakiś cel, w którym możesz
ulokować wszystkie negatywne emocje. To bardzo zrozumiałe, ale naiwne.
Bądź, proszę, rozsądna. Myślisz, że... co? Uknuliśmy to wszystko, żeby cię
porwać? Po co? - zapytał raz jeszcze. Potem pokręcił głową z niedowierzaniem. - Wiesz, ile to wszystko kosztuje? Wynajęcie każdego
domu, w którym się zatrzymałyście. Opłacenie benzyny na podróż przez
kraj. Pokrycie kosztów życia: twoich, Cynthii i Eve. Rekompensata dla
nich za zakłócenie personalnego i profesjonalnego czasu tak
niestandardową misją. Zorganizowanie transportu pobieranych ci próbek
krwi we właściwych warunkach oraz fundusz na prace laboratoryjne.
Wszelkie senturalne zapewnienia waszego bezpieczeństwa... Wiesz, ile
środków zostało na to przeznaczone? - Słychać było, że nie oczekuje
odpowiedzi. - Myślisz, że zainwestowalibyśmy tego rodzaju sumy w bezcelowe uprowadzenie zmiennokształtnej nastolatki z Illinois? Ocknij
się, Aleo. Wszystko dookoła ciebie jasno wskazuje, że jesteś częścią
czegoś znacznie większego i niezwykle ważnego. Zachowuj się adekwatnie.
Ostatnie słowa miały zabrzmieć karcąco, ale Alea, siedząc ze spuszczoną
głową i wpatrując się we własne kolana, odnalazła w nich coś na
pograniczu groźby. Przez chwilę nie podnosiła wzroku, chowając tym samym
twarz przed kamerą i przed przenikliwym spojrzeniem Gallaghera.
Kosmosie. Chciała wierzyć temu zanurzonemu w papierosowym dymie
politykowi. Prawie mu wierzyła. A jednak jakieś złe przeczucie wlazło
jej pod skórę i wciąż nie potrafiła go z siebie wyrzucić.
Wdech i wydech. Musiała znaleźć jakieś miejsce między czujnością a paranoją.
Chciała im pomóc. Nadal, cały czas. Brakowało jej jednak twardego,
niezbywalnego znaku, że to wszystko zmierza we właściwym kierunku. Tylko
czy nie zawsze tak jest? Czy nie każde ryzyko wiąże się ze zwątpieniem?
Podniosła głowę, żeby znowu spojrzeć mężczyźnie w oczy.
- Czy moja siostra naprawdę jest tam bezpieczna?
Wszystko w jej tonie i głosie wskazywało na to, że już dała się
przekonać. Martin jedynie pokiwał głową. Potem znowu zerknął na zegarek.
Rozmowa dobiegała końca. Alea czuła, że zyskała wszystko i nic. Znów
zacisnęła ręce na krześle i wygrzebała z siebie ostatnie porcje
determinacji. Gallagher cały czas ją onieśmielał. Nawet gdy ją irytował,
pozostawał... większy, starszy, ważniejszy. Powinna pewnie do niego mówić
"proszę pana", ale obcowanie z Eve ją od tego odwiodło. Tak czy inaczej,
nie było mowy o równorzędnej rozmowie i może dlatego robiła takie
dziwaczne wolty.
- Mam jedno życzenie - oznajmiła nieco ciszej, niż planowała. -
Rozmawiamy teraz, więc jednak da się jakoś zabezpieczyć połączenie...
- Wyjątkowo. Z wielkim trudem i dużymi kosztami - wszedł jej w słowo
Martin, przewidując, do czego zmierza. - Kontakt z Erin zrodzi nie tylko
ryzyko, że system Łowców cię zlokalizuje, ale także narazi twoją siostrę
na problemy w Mallaroy. Ktoś zawsze może ją tam podsłuchać, wszystko
może wyjść na jaw. Eve i Cynthia już ci to tłumaczyły.
Alea wyprostowała się na krześle.
- Nie mam na myśli Erin.
***
Wspólne wieczory w salonie stały się już pewnym rytuałem dla paczki
przyjaciół z trzeciego roku (oraz Tatiany, która była na roku czwartym).
Przychodzili usiąść na kanapach w jednym z kątów salonu, żeby przez
chwilę udawać, że nie muszą odrabiać lekcji. Chociaż, mówiąc szczerze,
nad zadaniami szkolnymi także często pracowali razem, mimo nieco różnych
przedmiotów i niespójnych planów zajęć.
Teraz siedzieli rozwaleni: Keith na wielkim miękkim fotelu, Tatiana i Lizzy na grubych poduchach, Erin i Lucas na kanapie naprzeciwko. Między
nimi leżał niewielki dywanik, na którym bezwstydnie rozpłaszczył się
Yorick.
Leżał na plecach, zupełnie rozciągnięty, eksponując jasne futro na
brzuchu, i nie poruszył się zupełnie przez ostatnie dziesięć minut.
- Czy on jeszcze żyje? - zapytał Keith z cieniem wątpliwości i nachylił
się, by dźgnąć zwierzę lekko palcem. Yorick otworzył jedno oko i posłał
Wilkołakowi tak mordercze spojrzenie, że ten cofnął dłoń gwałtownie, jak
oparzony. - Demon, nie królik - wymamrotał pod nosem.
Lizzy udała, że tego nie usłyszała.
- Więc? - głos zabrał Lucas. - Jak ci dzisiaj poszło?
Erin wzruszyła lekko ramionami.
- No, zdałam. - Uśmiechnęła się zadowolona.
- Naprawdę?! Super! - Lizzy uśmiechnęła się promiennie. - Wiesz, nie
chciałam wcześniej nic mówić, żeby cię nie stresować, ale wydawało mi
się, że może być ci ciężej, bo jesteś Echem. Wszystko jest jakby... dwa
razy bardziej nowe, co nie?
Przyjaciele nigdy jeszcze nie widzieli Erin w zwierzęcej formie.
Utrzymywała przed nimi, że wciąż nie ma prawie żadnej kontroli nad
swoimi mocami. Status Echa - osoby senturalnej, która urodziła się w rodzinie od kilku pokoleń zupełnie ludzkiej - sprawiał, że było to
bardziej wiarygodne. Nic więc dziwnego, że wszyscy po cichu oczekiwali
od niej negatywnego rezultatu z Testu Samokontroli.
Erin poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie Tatiany, ale nie spojrzała
na przyjaciółkę. Zamiast tego uśmiechnęła się trochę na siłę.
Jasne, że zdała. Nietrudno zdać, jak jest się cholernym człowiekiem. Nie
mogła im jednak powiedzieć prawdy, postanowiła więc rozluźnić atmosferę
żartem.
- Lucas, czy możesz powiedzieć Lizzy, dlaczego zdałam? - zapytała słodko
i zamrugała ostentacyjnie rzęsami, próbując wcielić się w Pamelę Payton
w czasie rozmowy z Michaelem Castalawem.
Wilkołak podjął grę bez mrugnięcia okiem. By wejść w rolę, ułożył ramię
na oparciu kanapy za dziewczyną i rozpostarł nogi szerzej, uśmiechając
się perfidnie.
- Oczywiście, słońce. - Przeszedł momentalnie od udawania Michaela do
udawania Jaspera, a potem kontynuował już we własnym stylu. - Widzisz,
moja droga Elizabeth - spojrzał na Lizzy, która zmarszczyła nos na
dźwięk swojego pełnego imienia - nasza kochana Alea Lanford jest, można
powiedzieć, oazą spokoju. Jest jak trzcina na wietrze: mocna, ale
elastyczna. Jest, mówiąc bardziej precyzyjnie, zdolna w pełni
kontrolować swoje emocje, czego oczywiście mamy liczne dowody. Zapytaj o to chociażby lidera Wampirów.
Keith i Lizzy parsknęli śmiechem. Wargi Tatiany drgnęły. Erin
szturchnęła Lucasa łokciem.
- I ty? I ty, Brutusie, przeciw mnie?! - Załkała teatralnie, choć
powstrzymywała szeroki uśmiech.
W chwilach takich jak ta czuła, że naprawdę odnalazła w Mallaroy swoje
miejsce i tęsknota za rodziną oraz dawnymi przyjaciółmi stawała się
bardzo odległa. Potem przypominała sobie, że ma to wszystko tylko do
grudnia. Jeszcze niedawno błagała, żeby Alea wróciła. A teraz? Nie była
w stanie sobie wyobrazić, jak obie udźwigną kolejną zamianę.
Jej rozmyślania przerwały wibracje komórki. Z niechęcią odkleiła się od
poduszek kanapy i wygrzebała telefon z kieszeni dżinsów. Skrzywiła się
lekko na widok napisu "mama" na wyświetlaczu. Jej ukochana matka Wenona
Lanford była osobą niezwykle wyedukowaną, ale jakimś cudem wciąż nie
zdobyła jeszcze wiedzy na temat tego, że rozmowy telefoniczne mogą trwać
krócej niż pół godziny.
- Dom - rzuciła do znajomych i podniosła się, by znaleźć bardziej
prywatne miejsce na rozmowę.
***
- Halo? Córeczko?
- Cześć, mamo! - Na wszelki wypadek Erin przybrała wyjątkowo radosny
ton. - Co tam?
- Wszystko dobrze, wszystko dobrze. Słuchaj, dziecko, pamiętasz, że za
tydzień są urodziny ojca, tak? Może wrócisz do domu? Spędzilibyśmy razem
weekend. Hmm?
Erin na chwilę ogarnęła ekscytacja. Czasem łapała się na tym, że emocje,
które odczułaby w dawnym życiu, wyrywały się naprzód i dopiero po nich
pojawiała się świadomość obecnych komplikacji. A obecne komplikacje były
takie, że udawała przed matką obie bliźniaczki jednocześnie, w tym jako
Alea do końca października nie mogła opuszczać Mallaroy z powodu kary za
wybryki związane z grą o klucz (bójki, sabotaż radiowęzła, włamanie do
pokoi liderów oraz, ekhem, pożar). Oznaczało to jeszcze trzy długie
tygodnie bez weekendowych wypadów do miasta.
Znajdowała się na mało uczęszczanym korytarzu za salą bilardową i obecnie nikogo innego tam nie było. Oparła się więc bezwstydnie czołem o chłodną ścianę w geście desperacji.
- Hej, słuchasz mnie? - ponagliła ją mama. - Zamierzam upiec tort! -
Erin natychmiast się skrzywiła, ale jej rodzicielka nie mogła jej
zobaczyć, więc kontynuowała: - Wiem, że rok temu wyszedł mi paskudny.
Tak samo jak dwa lata temu i trzy. Oraz cztery i pięć. Twoja matka nie
jest dobra w kuchni, co na to poradzę? Nic. To znaczy, nie no. Poradzę.
Coś poradzę. W tym roku już wyjdzie, tak myślę. Derek upiera się,
żebyśmy zamówili zapasowy w cukierni, ale ja takiego braku wiary w moje
umiejętności tolerować nie będę, prawda? Przyjedź, to mnie wesprzesz!
Skoro twój brat ewidentnie nie ma zamiaru...
- Mamo - Erin udało się znaleźć moment, by przerwać ten monolog - bardzo
bym chciała przyjechać, ale nie mogę. Mam mnóstwo roboty, wiesz, jak to
jest... W dodatku wszystko jest nadal dość nowe tu w Mallaroy, trzeba
zrobić jak najlepsze wrażenie, skoro dali to superstypendium...
- Erin, dziecko, co ty wygadujesz? - przerwała jej kobieta z rozbawionym
zniecierpliwieniem. - Przecież to Alea jest w Mallaroy! Co ty mi tu
ściemniasz za siostrę, co? No poważnie, dziewczyno...
Erin gwałtownie odsunęła komórkę od ucha, żeby na nią szybko spojrzeć.
Cholera jasna. Pomyliła telefony. Miały z Aleą dokładnie ten sam model i Erin celowo zmieniła kolorową nakładkę siostry na kopię swojej własnej,
przezroczystej. Dzięki temu wyglądały prawie identyczne i nikt nie mógł
jej przyłapać na tym, że w ciągu dnia wielokrotnie używa dwóch różnych
komórek. Zazwyczaj dobrze jej szło pilnowanie, który jest który. Każdy
miał własne miejsce w jej plecaku i inną tapetę. Dzisiaj całą jej uwagę
pochłonął jednak Test Samokontroli. Pisała z bratem jako Alea, potem z Beth jako Erin. W którymś momencie musiała się zakręcić i w jej kieszeni
wylądowała nie ta komórka, która powinna.
Co za głupi, głupi błąd.
- Em. No tak - rzuciła zmieszana. - Miałam na myśli Aleę, mamo. W sensie, ja mam dużo roboty u siebie, a ona nie będzie mogła przyjechać z powodu intensywnej nauki w Mallaroy...
- Dziecko, przecież wiem! - Wenona Lanford zaśmiała się cicho pod nosem.
- Rozmawiałam już z Aleą. Dzwonię do CIEBIE i pytam się CIEBIE, przestań
mi mówić o swojej siostrze. Doprawdy, dziewczynki, od was coś wyciągnąć
to jest prawdziwe święto. Pomyślałby kto, że każda informacja jest
jakimś wielkim sekretem!
Erin zakrztusiła się powietrzem i dostała napadu dzikiego kaszlu. Kiedy
wreszcie złapała oddech, jej oczy łzawiły, a policzki były czerwone.
- Halo? Erin? Oddychasz? Co się tam dzieje? Nie no, doprawdy, rozmowa z tobą to jest prawdziwa przygoda, córeczko...
- Jak to rozmawiałaś z Aleą?!
Wszystkie rozmowy z rodzicami w imieniu siostry przez ostatni miesiąc
odbywała ona! I z pewnością takiej rozmowy nie odbyła! Prawdziwa Alea
miała być zupełnie odcięta od urządzeń telefonicznych! Co się, cholera,
znowu działo?!
Myśli Erin galopowały. Miała już dziesięć teorii i każda brzmiała
nierealnie.
- Jak to "jak to"? - żachnęła się Wenona. - Zadzwoniła do mnie chwilę
temu. Widzisz, Erin, niektóre dzieci same dzwonią do swoich matek pełne
ochoty na rozmowę. Inne tymczasem krztuszą się do słuchawki po tygodniu
milczenia.
- Mamo!
- No już, już. Alea zadzwoniła, nie zachowuj się, jakby to był aż tak
wielki skandal. Pożyczyła nawet specjalnie telefon od jakiejś znajomej,
bo jej się akurat rozładował...
- Masz ten numer?! - wypaliła Erin, z trudem się kontrolując. - Tej
znajomej? Możesz mi go podać?!
- Dziecko, czy wszystko w porządku? - zapytała po krótkiej pauzie
Wenona. Wcześniej mówiła wciąż dość żartobliwym tonem, teraz
spoważniała, ewidentnie zauważając, że wzburzenie córki jest zbyt
wielkie jak na tak błahą sprawę. - Czy ty i twoja siostra jesteście w trakcie jakiejś kłótni...?
- Nie - zaprzeczyła Erin po krótkiej pauzie. Matka podsunęła jej
nieświadomie całkiem wiarygodną wymówkę, ale dziewczyna wolała nie
komplikować wszystkiego jeszcze bardziej. - Wszystko jest okej. Po
prostu... mam pilną sprawę i się akurat nie mogę do niej dobić. Pewnie
nadal ma rozładowaną komórkę, tak jak powiedziałaś... - Przymknęła oczy i znowu oparła się o ścianę, tym razem plecami. - Dopiero się zaczynam
przyzwyczajać, że nie mam jej już na wyciągnięcie ręki, wiesz? - dodała
i tym razem nie musiała kłamać. - Do tej pory byłyśmy zawsze razem...
- Och, córeczko - westchnęła ze współczuciem kobieta. - Wiem, że to musi
być dla ciebie trudne. Zresztą dla was obu. Alea przynajmniej pięć razy
podkreślała, żebym się do ciebie odezwała, i przekazała pozdrowienia od
niej. Pięć razy! Pozdrowienia przekazane przeze mnie? Ha! Przecież wy z pewnością prowadzicie równolegle trzy różne konwersacje w trzech różnych
aplikacjach, co? Czasem obie jesteście rozkosznymi dziwadłami, naprawdę.
No, ale. Co do numeru: ta jej znajoma chyba zaraz wyjeżdża. Coś takiego...
Nie wiem, ale Alea od razu mi powiedziała, że to jakaś jednorazowa
sytuacja i nie mam go sobie nawet zapisywać. No więc musisz ją złapać
inaczej, córciu. Ale pozdrawiam cię od twojej siostry serdecznie.
Proszę. Żeby nie było, że obiecałam, a nie zrobiłam!
A więc to był jednorazowy kontakt? O czym rozmawiały? Jak miała o to
zapytać, nie wzbudzając kolejnych podejrzeń?! Kosmosie! Co za bałagan...
- Czyli Alea będzie mogła przyjechać czy nie? - dopytała się Erin,
łapiąc się jeszcze tej jednej nadziei. Może u jej siostry coś się
zmieniło? Może wraca już teraz, nie w grudniu...? No, ale przecież cała ta
tajna organizacja dałaby chyba o tym Erin znać!
Tymczasem Wenona Lanford westchnęła głośno.
- Erin Lanford, rozmowa z tobą jest katastrofą - oznajmiła dramatycznie.
- Alea nie przyjedzie, ma za dużo pracy. Sama przecież mi to chwilę temu
powiedziałaś! Ona twierdziła dokładnie to samo. Bardzo to niefortunne,
ale cóż, jest w prestiżowej szkole, niech się uczy i korzysta, ile może!
No a ty? Na pewno nie dasz rady wpaść chociaż na sobotę? Ojciec bardzo
się ucieszy! Pomyśl o torcie, Erin. Pomyśl o torcie.
Niezależnie od tego, jakim imieniem się do niej zwracano, Erin nadal nie
mogła się ruszyć z Mallaroy. Obecnie to nie mogła się nawet ruszyć z korytarza. Stała i patrzyła w sufit, starając sobie jakoś to wszystko
poukładać, ale prawda była taka, że już zupełnie nie wiedziała, na czym
stoi.
- Naprawdę nie mogę, mamo - westchnęła wreszcie ciężko. - Dostałam
szlaban za jeden głupi wybryk i muszę siedzieć w internacie - dodała,
wiedząc, że bez tego argumentu będzie musiała przetrwać kolejne
dwadzieścia minut przekonywania, a obecnie nie miała w sobie na to siły.
Miała ochotę zaśmiać się ponuro, bo jej dwie role mieszały się coraz
bardziej.
Dobra. Nieważne. Pozytywy. Erin w końcu otrzymała znak, że Alea ma się
dobrze. Zadzwoniła do matki i zachowywała się najwyraźniej normalnie,
podtrzymując całą przykrywkę, a potem kazała pozdrowić Erin. Wszystko
wskazywało na to, że jest wciąż uwikłana w coś dziwacznego, ale
bezpieczna.
- Erin Lanford. - Tym razem ton jej matki zrobił się naprawdę surowy. -
Jesteś poza domem ledwo sześć tygodni i już wpadłaś w kłopoty? No błagam
cię! Jaki wybryk?!
Ups. Po namyśle: mogła jednak tę informację zostawić dla siebie.
- Yyy. Mamo? Bo ja muszę kończyć, wiesz? No ja wiem, wiem, bardzo dziwny
zbieg okoliczności, ale akurat w tym momencie muszę się rozłączyć. Też
cię kocham! Pozdrów tatę i Dereka! No i Aleę. Ha, ha. Okej, super,
dzięki, paaaa!
Rozłączyła się szybko i odetchnęła głęboko, wracając wzrokiem na sufit.
Okłamywanie matki wyssało z niej resztki energii, ale udało jej się
chyba pomyślnie wybrnąć z wszystkich komplikacji.
Niestety nowe problemy od pewnego czasu czekały za rogiem.
Wiecie, jak wielkiego miała pecha?
TAK wielkiego:
- Alea ma się dobrze, Lanford? Może pozdrowisz ją także ode mnie?
Michael Castalaw stał na korytarzu zaledwie kawałek od niej i uśmiechał
się kpiąco. Wyglądał bardzo dobrze i bardzo irytująco, czyli tak jak
zawsze.
W ciągu szkolnego tygodnia sala bilardowa nie cieszyła się wielką
popularnością, więc choć Wampiry przegrały rywalizację o pierwszeństwo,
elita Wampirów umówiła się na grę bez lęku, że zabraknie stołu. Jasper,
Pamela i Christopher czekali już w sali, w towarzystwie grupy, która
heroicznie pozbawiła Erin i jej przyjaciół miejsca podczas śniadania.
Michael tymczasem wybrał okrężną drogę. Chciał zebrać myśli przed
kolejnym pokazem władzy, jednak zamiast tego wpadł na Lanford.
Erin nie zareagowała na jego zaczepkę od razu, bo była zbyt zaskoczona.
Czy Castalaw słyszał całą rozmowę?! Nie, niemożliwe. Zauważyłaby go, to
po pierwsze. A po drugie, gdyby usłyszał jej wielki sekret, uśmiechałby
się paskudniej.
- No co jest, Lanford? - Michael wsunął nonszalancko dłonie do kieszeni
ciemnych spodni i zbliżył się kilka kroków. - Jeszcze chwilę temu
mówiłaś o sobie w trzeciej osobie, a teraz nie chcesz mówić wcale?
Drań.
- Zjeżdżaj, Michael, jestem zajęta - warknęła jednocześnie zła i zestresowana.
Wykonała krok, próbując go ominąć. Zaszedł jej drogę.
- Mów tak do mnie dalej, to długo w tej szkole nie pociągniesz.
Wciąż uśmiechał się podle i Erin zdała sobie nagle sprawę, że chłopak ma
dobry humor. Castalaw w każdym stanie był gotów uprzykrzać jej życie,
ale gdy miał dobry humor, miał też nad sobą kontrolę i stawał się
trudniejszym przeciwnikiem. Brakowało jej teraz na to i czasu, i siły.
- Jest mi tu bardzo dobrze, dziękuję za troskę - rzuciła, nie kryjąc
zniecierpliwienia. - Mogę przejść?!
Znów wykonała krok, by go ominąć, ale on po raz kolejny zablokował jej
drogę. Nie wpychał się jednak wcale przesadnie w jej przestrzeń osobistą
i Erin musiała z niechęcią przyznać, że z ich dwójki to ona bardziej
zasługiwała na miano fizycznego dręczyciela. Dręczycielki. Koniec końców
dała mu niedawno w twarz.
Szkoda, że to gościa nie zachęciło do trzymania się od niej z daleka.
- No, nie wiem. Czy Alea zgadza się, żebyś przeszła?
Erin poczuła, że musi zamknąć ten temat, zanim chłopak zacznie brać go
na poważnie.
- Słyszałeś kiedyś, że kilka osób może nosić to samo imię? - zapytała
wyzywająco. Chciała przejść, chciała wrócić do salonu i udawać, że nie
jest uwikłana w dziwaczne intrygi. NIE chciała za to użerać się z księciem Wampirów. - Tak się składa, że mam przyjaciółkę Aleę.
Zadowolony? Zjeżdżaj mi z drogi, Michael, mówię poważnie.
Wampir zmarszczył brwi i zaczął przyglądać się jej uważniej. Cokolwiek
dostrzegł, sprawiło, że spoważniał nieco, a przynajmniej dał sobie
spokój z podłym uśmieszkiem. W odpowiedzi nie padła także żadna nowa
zaczepka.
Zapadła cisza. Castalaw po prostu się gapił. Im dłużej to trwało, tym
trudniej Erin było odnaleźć się w sytuacji. Bez bariery z ciętych
komentarzy i grymasów niechęci niewiele broniło ją przed wampirzym
czarem. Kosmosie, najwyższy czas wrócić do śledzenia jakiegoś boysbandu.
Może jak się napatrzy na ładnych chłopaków w internecie, to kontakt z jednym na żywo nie będzie taki... rozpraszający.
Dziwaczne napięcie rosło. Zerknęła bez celu na swoją komórkę, potem
gdzieś w bok, a następnie na rękę ze złotą smugą i sygnetem na palcu, aż
wreszcie znów na twarz Wampira.
Michael przez chwilę wydawał się jeszcze poważny, potem nagle odprężył
się, przeczesał palcami jasne włosy i na jego usta wypełzł wolno
uśmieszek osoby, która wie, jak wygląda, i potrafi zauważyć, gdy robi to
na kimś wrażenie.
Erin zdała sobie sprawę, że się gapiła i że została przyłapana. Oraz, co
gorsza, że chłopak celowo to wyreżyserował.
- Och, pieprz się - rzuciła, maskując wstyd irytacją, i ominęła go, tym
razem na wszelki wypadek torując sobie przejście ręką, gdyby znów
zachciało mu się zachodzić jej drogę.
Nie zachciało mu się. Zamiast tego odwrócił się, by odprowadzić ją
wzrokiem.
- Karna godzina za niestosowne słownictwo, Lanford! - zawołał jeszcze
radośnie.
Erin miała ochotę wrzeszczeć.
Tego samego wieczoru na ścianie plotek ktoś nabazgrał kredą wielką,
białą jedynkę przy istniejącym już zerze i teraz podziwiany jeszcze
niedawno przez wszystkich napis głosił: "Castalaw 10 - 1 Lanford".
2.
Odmienne perspektywy
Na samym południu Arizony, za skrzyżowaniem dwóch asfaltowych dróg
donikąd i zapomnianą stacją benzynową przycupnął przydrożny bar, w towarzystwie kilku niskich zielonych krzewów i połaci prawie
pomarańczowej od upałów trawy. Na piaszczystym parkingu czekały trzy
samochody: dwie terenówki i jeden stary kabriolet. Słońce stało wysoko,
gotowe zagrać kluczową rolę w scenie jakiegoś współczesnego westernu.
Daleko na horyzoncie majaczyły sylwetki gór.
Sytuacja wyglądała następująco: Cynthia siedziała przy klejącym się
lekko stoliku z obcym mężczyzną. Zza baru łypał na nich właściciel, a zza brudnej szyby podglądała ich Alea ukryta w skórze kota. Ją tymczasem
obserwowała Eve, schowana w samochodzie. Dopiero co przybrała ludzką
formę i włożyła na siebie wygrzebane z bagażnika szorty i biały top.
Cynthia mimo upału miała na sobie długie ciemne spodnie cargo z wypchanymi kieszeniami i uprząż z bronią. Właśnie to sprawiło, że Alea
zdecydowała się ją śledzić.
Po rozmowie z Martinem zawisła w dziwnej przestrzeni między zrozumieniem
a podejrzliwością. Nie czuła się zagrożona, ale nie potrafiła też zaufać
Zmiennokształtnym. Gdy Cynthia cofnęła się do domu po plecak, Alea
skorzystała z otwartych drzwi pojazdu i upewniwszy się, że nikt jej nie
widzi, wślizgnęła się w zwierzęcej postaci pod tylne siedzenie.
Bycie kotem opanowała już naprawdę dobrze i dopiero po dobrych pięciu
godzinach skóra zaczynała ją piec, dając znak, że nie jest to jej
prawdziwa forma. Była przyzwyczajona do kociej perspektywy, innych
kolorów i nowego sposobu odbierania dźwięków oraz zapachów. Gdy tylko
przestało to być kołujące (i mdlące), stało się uzależniające. Z każdą
zmianą rzeczywistość otwierała się przed nią na nowo - ta sama, ale
rejestrowana zupełnie inaczej. Alea miała w głowie coraz więcej obrazów
pochodzących z punktu widzenia innego niż ten ludzki. Nie potrafiła
sobie nawet wyobrazić, jak niezwykłe musi być opanowanie większej liczby
form.
Teraz chodziło jednak nie o zbieranie wrażeń, ale informacji.
Cynthia nie miała pojęcia, że Alea zabrała się z nią na przejażdżkę, a Alea nie miała pojęcia, że Eve ani na chwilę nie straciła jej z oczu i zakradła się do bagażnika pod postacią kuny. Ustawiły się nieświadomie
niczym domino i dlatego gdy obcy mężczyzna niespodziewanie zerwał się z miejsca i zaatakował, nastąpiła reakcja łańcuchowa.
Właściciel baru zaczął krzyczeć coś po hiszpańsku, Cynthia i jej
przeciwnik rzucili się na siebie i przetoczyli po podłodze, nie
przerywając szarpaniny. Alea nastroszyła futro i syknęła z przerażenia,
próbując nadążyć za nimi wzrokiem zza szyby.
- Nie ruszaj się stąd! - krzyknęła Eve, wyskakując z samochodu. Była
uzbrojona, ale nie w pistolet, tylko w drewniany kołek.
Alea drgnęła, zaskoczona jej nagłym pojawieniem się. Potem przekręciła
kocią głowę, próbując zorientować się, czy słowa rzeczywiście skierowane
są do niej.
- Aleo! Wiem, że to ty! Zostań na miejscu! - powtórzyła Eve ostro i szarpnęła drzwi, po czym wpadła do baru przy akompaniamencie starego
dzwonka zawieszonego pod sufitem.
Alea jednym susem dotarła do progu i wślizgnęła się do środka w ślad za
Zmiennokształtną, ignorując polecenie. Nie miała nawet czasu poczuć się
zażenowana tym, że jej misja śledcza najwyraźniej od samego początku
była fiaskiem.
Ledwo drzwi się za nią zamknęły, w barze zrobiło się cicho. Alea
wskoczyła na najbliższy stolik, chociaż łapy trochę jej drżały,
powędrowała wzrokiem w głąb pomieszczenia i... zamarła.
Na drewnianej posadzce leżało wyciągnięte bezwładnie ciało wysokiego
mężczyzny, a z jego piersi sterczało coś złowieszczo.
- ?Mierda! ?Llamen a una ambulancia! - wrzasnął właściciel baru:
starszy barczysty mężczyzna z piwnym brzuchem, gdy tylko otrząsnął się z szoku. - ?Llamen a la policía!
Cynthia otarła wierzchem dłoni krew z rozciętej wargi i podniosła się z kolan, zaciskając zęby z bólu, gdy obite miejsca dały o sobie znać.
- ?No! - Eve mówiła biegle po hiszpańsku (i zadowalająco po
francusku). Tylko ona zrozumiała, że mężczyzna domaga się wezwania
karetki pogotowia oraz policji. Ruszyła w jego stronę, wciąż ściskając w ręku kołek. - Nadie está herido - oznajmiła stanowczo, że nikomu nic
się nie stało. Brzmiało to w obecnej sytuacji trochę idiotycznie.
Cynthia poderwała wzrok, wyrwana z oszołomienia po wygranej bójce.
Wyglądało na to, że z piersi napastnika wystawała rękojeść noża, który
musiała mieć schowany w kieszeni. Teraz jej mina zdradzała jasno, że
absolutnie nie spodziewała się spotkać Eve.
- Co ty tu robisz!? - warknęła wściekle, dodatkowo rozdrażniona jeszcze
tym, że nie rozumiała, co mówią. Alei chyba jak na razie nawet nie
dostrzegła.
Tymczasem brzuchaty właściciel zmrużył oczy i przyglądał się Eve
podejrzliwie zza baru. Zsunął wzrok na przedmiot, który trzymała w dłoni. Zmarszczył brwi, a potem jego wyraz twarzy się zmienił, jakby
wreszcie coś zrozumiał. Zapytał po hiszpańsku, skąd są.
Eve odparła wymijająco, że nie stąd. Kątem oka zerkała na Cynthię, która
wyraźnie traciła cierpliwość. Potem skierowała uwagę z powrotem na
barmana.
- ?Hablas íngles?
Mężczyzna zrobił urażoną minę.
- Jasne, że mówię po angielsku. Tu jest nadal Arizona, panienko! -
prychnął i ruszył z miejsca, by wyjść zza lady.
- To ty zacząłeś mówić po hiszpańsku! - obruszyła się Eve.
- Bo po hiszpańsku jestem lepszym aktorem - burknął właściciel. - Jak tu
wparowałaś, to myślałem, że jesteś człowiekiem.
Okazało się, że cały ten czas trzymał nisko w dłoniach strzelbę,
zasłoniętą przed ich wzrokiem przez bar. Teraz wsparł jej lufę o ramię z westchnieniem i powiódł wzrokiem po obu kobietach.
Cynthia otrzepała kolana z pyłu.
- A ty jesteś...? - zapytała ostro. Głos miała zachrypnięty, ale jej twarz
odzyskała już swój surowy wyraz.
Mężczyzna wykonał lekki ruch podbródkiem i spłowiałymi zasłonami
wiszącymi w oknach szarpnął nagle magiczny wiatr jego żywiołu. Na głos
nie zadeklarował niczego, zamiast tego zbliżył się do ciała z kolejnym
westchnieniem.
Cynthia obserwowała go czujnie.
- A kot to kot czy jest was trójka? - zapytał brzuchaty Czarodziej,
kucając przy Wampirze.
Dopiero teraz uwaga najstarszej Zmiennokształtnej powędrowała na przód
lokalu, gdzie Alea wciąż stała na jednym ze stołów w postaci kota,
niezdolna oderwać wzroku od nieżywego ciała.
- Eve! - syknęła Cynthia, rozpoznając zwierzę. Odwróciła się gwałtownie
do współpracowniczki. - Coś ty wymyśliła?! - Wściekła się. - Po co tu
jesteś i co ona tu robi?
- Miałam to pod kontrolą - odparła Eve niecierpliwie. Zaciskała i rozluźniała dłoń na niepotrzebnym już kołku.
- Panienki, trzeba go wziąć na zaplecze, bo inaczej jak ktoś tu wejdzie,
to wasze problemy będą na mojej głowie. No więc kłótnie zostawcie sobie
na potem - rzucił właściciel z cieniem kpiny w głosie, po czym odłożył
broń na jedno z pustych krzeseł i już miał pochylić się nad ciałem
Wampira, gdy nagle coś go tknęło. Przekręcił głowę, by spojrzeć na Eve.
- No, chyba że zamierzasz tego jeszcze użyć? - Spojrzał wymownie na
kołek.
- Nie - odpowiedziała za nią Cynthia i sama też się pochyliła, łapiąc
jeden z chłodnawych nadgarstków. - Nie zamierza.
Razem z właścicielem zaczęli ciągnąć Wampira po brudnej podłodze w stronę baru.
Eve wydęła wargi.
- Nie moja wina, że się coś takiego odwaliło - zauważyła uparcie. -
Miałaś odbyć spotkanie biznesowe, nie walkę! Młoda potrzebuje bardziej
stymulującej nauki, próba śledzenia ciebie była...
- Eve. - Cynthia przerwała jej ostro, posyłając gniewne spojrzenie. Było
ono nieco bardziej złowrogie niż zazwyczaj, bo jednocześnie ciągnęła
właśnie po ziemi ciało nieprzytomnego Wampira, z którego wystawał nóż. -
Weź się nią zajmij, co? Do cholery jasnej, nie będziemy teraz o tym
dyskutować!
Wreszcie Eve zdała sobie sprawę, że Alea rzeczywiście zdradza symptomy
szoku. Stała nadal na stoliku prawie nieruchomo, nie licząc lekkiego
drżenia, a jej futro było wciąż lekko nastroszone.
- Aleo? - Eve odłożyła na bok drewniany kołek i zbliżyła się do
nastolatki, a następnie przykucnęła, by ich oczy znalazły się na tym
samym poziomie. - Hej, Aleo? Wszystko jest w porządku. To jest Wampir,
okej? Jego zabić może tylko sosnowy kołek wbity w serce. Cynthia użyła
metalowego noża, więc po prostu stracił przytomność. Wydaje się martwy,
bo już wcześniej był nieżywy, ale za jakiś czas się przebudzi. Okej?
Rozumiesz mnie? Wszystko jest w porządku. Chodź, zaczekasz na nas w samochodzie.
Jej ton był łagodny i mówiła przesadnie wolno. Wydawało się to może
trochę śmieszne, ale prawda była taka, że Alea zapewne nigdy nie
widziała na własne oczy prawdziwej, brutalnej bójki. Ani tym bardziej
śmierci. Dopiero teraz, gdy zrozumiała, że trup nie jest tak naprawdę
trupem, jej ciało odpuściło i mogła się znowu ruszyć. Nadal jednak lekko
drżała.
Przez chwilę rozważała zmianę formy, żeby móc zadać pytania. Bariera w postaci futra i innej percepcji otoczenia zapewniała jej jednak obecnie
pewien komfort, zrezygnowała więc z tego pomysłu. Poza tym nie była
jeszcze pewna, o co najlepiej zapytać. Dała się więc zagonić Eve na
zewnątrz i do samochodu, pozostając na czterech łapach.
- Spotkanie biznesowe z Wampirem na południu Arizony? - rzucił tymczasem
właściciel pytająco, gdy wraz z Cynthią dotarli na zaplecze. Wydawał się
mało przejęty, ale najwyraźniej słuchał ich uważnie.
Chwilę stali nad ciałem, przyglądając się, jak leży bezwładnie na
szarych kafelkach.
Cynthia nie odpowiedziała. Zamiast tego odwróciła się i ruszyła z powrotem do sali. Mężczyzna podążył za nią z kolejnym prychnięciem.
- Pytam, bo każdy wie, że po tym całym sojuszu został tu śmietnik.
Wszystkie Wampiry Castalawów, którym nie spodobały się zmiany, zeszły do
Meksyku i niżej, jeśli im się nie uśmiechała przeprowadzka na inny
kontynent. Tam może i nadal podlegają królowi, ale nie prawom
międzyrodzajowej współpracy, nie? Największe skupiska są w Sonorze -
ciągnął, mając na myśli stan w Meksyku - ale część krąży wciąż po naszej
stronie, niechętna opuścić kraj mimo wstrętu do nowego ładu. No i to są
takie rzeczy, które raczej każdy kojarzy... Z czystej ciekawości więc
pytam, jaki biznes chciałaś tu robić z Wampirem z południa Arizony, hm?
- powtórzył, opierając się o ladę do przygotowywania zamówień, która
kryła się za wyższym kontuarem.
Kobieta zdążyła w tym czasie wyjść już zupełnie zza baru i rozglądała
się dookoła, sprawdzając, czy czegoś ważnego nie przeoczyła. Dwa krzesła
zostały połamane, co jednak jej nie wzruszyło.
- Halo, halo! Mówię do ciebie. - Czarodziej nie odpuszczał.
- Miałam z nim umówione spotkanie w prywatnej sprawie - rzuciła Cynthia
sucho, nadal na niego nie patrząc. Przeszła kilka kroków i podniosła z ziemi portfel, który wypadł z jej kieszeni podczas szarpaniny. - Nie
spodziewałam się konfliktu.
- A zareagowałaś z wprawą osoby bardzo się spodziewającej - zauważył
mężczyzna i uśmiechnął się irytująco. - Piwko? - zaproponował następnie,
po czym wrócił do tematu, nie czekając na odpowiedź. - Sonora powoli
robi się paskudna, jeśli chodzi o Wampiry. Osiem lat temu te podłe od
nas się zwaliły na głowę tym spokojnym u nich i się tam przepychają
coraz mocniej, mimo królewskich interwencji. Niedługo wszystko trafi
szlag. Umówiona czy nie, nie spodziewaj się niczego dobrego, jak
spotykasz w okolicy Wampira. No, chyba że się skądś znacie i lokalizacja
była bardziej przypadkowa...
Cynthia powstrzymała ostentacyjne wywrócenie oczami. Natarczywy barman
niczego nie wiedział o niej, o jej zadaniu i o tym, co poszło dzisiaj
nie tak, ale jakoś nie potrafił przestać jej pouczać. Musiała teraz
szybko dopasować plan do tych niespodziewanych wydarzeń. Pewnie też
skontaktować się z Gallagherem i zdać raport. Ostatnie, czego
potrzebowała, to gadanina jakiegoś starego pijaka, który myśli, że wie
więcej od niej.
Jej myśli przerwał kolejny brzęk dzwonka nad drzwiami.
- Jedna tequila! - poprosiła głośno Eve, wkraczając z powrotem do baru.
- Aj, co za dzień - dodała już sama do siebie, opadając ciężko na
stołek.
Właściciel prychnął (znowu), ale odwrócił się, by złapać właściwą
butelkę.
- Chyba sobie żartujesz - zirytowała się znów Cynthia. - Gdzie jest
Alea?
- Czeka w samochodzie. Wszystko jest pod kontrolą. - Eve machnęła na
towarzyszkę ręką, wyraźnie lekceważąc już całe zajście. Czasem była
dojrzałą, zdolną Zmiennokształtną wyszkoloną przez Gallaghera do zadań
specjalnych. Kiedy indziej zachowywała się jak głupia, zbuntowana
nastolatka. Cynthia obecnie miała już pod opieką jedną zbuntowaną
nastolatkę. Nie było mowy, żeby zajmowała się dwiema.
- Zostawiłaś ją tam samą? Tak po prostu?
- Tak. Niby czemu nie? - rzuciła młodsza Zmiennokształtna prowokująco.
Barman podsunął jej zamówionego szota z ćwiartką limonki na wierzchu.
Skinęła mu głową w ramach podziękowania, po czym przechyliła się lekko w bok i sięgnęła po sól stojącą przy serwetkach. - To nie jest porwanie,
Strike - dodała, polizawszy wierzch dłoni. - Zachowujesz się, jakby
dziewczyna cały czas knuła przeciw nam. Daj jej spokój. Jak ją będziesz
próbowała trzymać siłą w pokoju, to naprawdę zachce jej się uciec.
Cynthia z irytacją patrzyła, jak Eve beztrosko połyka alkohol.
- Dlatego pozwoliłaś jej mnie śledzić? Kiedy wykonuję ważne polecenie od
G... Martina. - W ostatniej chwili powstrzymała się przed użyciem
nazwiska, świadoma, że mężczyzna za barem wciąż się im przysłuchuje.
Nawet nie próbował tego ukryć: opierał się o ladę i patrzył na nie z zainteresowaniem. - Wiesz, jakie to jest irytujące, że w ogóle muszę ci
tłumaczyć, że to było skrajnie głupie i nieodpowiedzialne?! Mogłaś mnie
przynajmniej uprzedzić!
- Przestań na mnie warczeć - zirytowała się Eve. Poprawiła siedzące na
czubku głowy okulary słoneczne, odgarniając długie włosy z twarzy. -
Nigdzie cię to nie zaprowadzi. Nie zgadzasz się z moimi metodami? Okej.
Przyjęłam. Ale nie jesteś moją szefową, Strike. Mogę robić to, co uważam
za słuszne, a tak się składa, że Alea potrzebuje wyzwań. Sama się
wpakowała do terenówki i zobaczyłam w tym okazję do nauki. Minęło sześć
tygodni, a dziewczyna wciąż zna jedynie swoją pierwszą formę. Martin się
niecierpliwi. Działanie w terenie, pod wpływem emocji, niezależność... To
wszystko było dla niej dzisiaj pożytecznym doświadczeniem. Nigdy nie
pozwoliłabym jej usłyszeć niczego ważnego, jasne? Miałam wszystko pod
kontrolą. To tobie się dzisiaj sprawy posypały, chica - dokończyła
ironicznie.
Cynthia zacisnęła dłonie w pięści, a potem bardzo, bardzo wolno je
rozprostowała.
- Przyszło ci może kiedyś do głowy, że ona jest dzieckiem? Że nie
powinna znajdować się w tak niebezpiecznych sytuacjach? Że powinnaś
korygować jej niedojrzałe zachowanie i chronić przed zagrożeniem, a nie
dawać na to przyzwolenie w ramach jakiegoś treningu?!
Na twarzy Eve pojawił się grymas niezadowolenia.
- Teraz ci się zebrało na troskę? Nie możemy jej obarczać sprawami,
które przytłaczają nawet dorosłych, oczekiwać od niej dojrzałego
zachowania, szkolić jak osoby dorosłej, a potem nagle wyciągać z rękawa
serię zasad adekwatnych dla beztroskiej nastolatki. Nie możesz sobie
wybierać, kiedy widzisz ją jako dziecko, a kiedy nie!
- Niczego nie rozumiesz! - Cynthia straciła resztki cierpliwości. Tak
skrajnie nie zgadzała się ze zdaniem Eve, że ledwo była w stanie jej
słuchać. - Gdyby sprawy potoczyły się dzisiaj odrobinę inaczej, może
zobaczyłaby na własne oczy czyjąś śmierć! Czemu tak desperacko chcesz ją
wystawiać na paskudne rzeczy, których wcale nie musi już teraz
doświadczać? W tym wieku? To byłaby trauma!
- Patrząc na to, jak mają się sprawy, prędzej czy później i tak
przyjdzie jej oglądać jakieś trupy - mruknęła Eve, nie dając się ani
trochę przekonać. - Niektórych życie zmusza, żeby dorastali szybciej,
Strike. Pogódź się z tym. Ja widywałam martwe ciała, jak byłam młodsza
niż ona, i jakoś żyję.
Cynthia była bardzo daleka od pogodzenia się z tym. Ona i Eve musiały
już kilka razy ze sobą pracować i poznały swoje demony. Zazwyczaj
potrafiły obchodzić je z daleka, ale tym razem starsza Zmiennokształtna
nie chciała się wycofać.
- Bogowie - rzuciła z niedowierzaniem i nutą drwiny. - Więc o to chodzi?
Chcesz, żeby stała się tak samo cyniczna i zniszczona jak ty? Żeby
wszystko przeżarło ją do tego stopnia, by na ślepo wykonywała każdy
rozkaz? Opamiętaj się, Eve. Martin nie potrzebuje kolejnego zepsutego
żołnierzyka! Wystarczy, że ty masz na jego punkcie...
- Dość! - Eve zerwała się z miejsca, przerywając Cynthii gwałtownie.
Potem wzięła głęboki oddech i nasunęła na oczy ciemne okulary, chociaż
wciąż były w środku lokalu. - Bo też zacznę teoretyzować na temat
twojego zachowania - ostrzegła chłodno.
Nie powiedziała na głos tego, co obecnie myślała: że troska Cynthii jest
źle ulokowana; że kobieta miesza teraz emocje przeszłości i teraźniejszości, bo kiedyś utraciła własne dziecko. Eve nie była aż tak
okrutna.
Poznały swoje demony. Potrafiły je obchodzić z daleka, owszem. Potrafiły
je jednak także rozpoznać z bliska.
- Wy to ewidentnie się musicie czegoś napić. - Ciszę przerwał głos
właściciela baru. Wydawał się ich rozmową bardziej zaintrygowany niż
zmieszany czy poruszony.
Obie obrzuciły go wściekłymi spojrzeniami. Potem Eve westchnęła ciężko i uniosła lekko ręce, sygnalizując tym samym zawieszenie broni.
- Czas spadać - rzuciła, patrząc ponownie na Cynthię. - Idziesz?
Kobieta również odzyskała panowanie nad sobą i pokręciła głową.
- Muszę jakoś doprowadzić do końca ten bałagan, niczego jeszcze nie
zorganizowałam - mruknęła niechętnie. - Zabierz dziewczynę samochodem,
ja znajdę sobie jakiś transport do domu. Najwyżej do ciebie zadzwonię,
żebyś przyjechała.
Eve zmarszczyła nos.
- Jakbym wiedziała, że mam prowadzić, tobym sobie odpuściła szota -
rzuciła z oskarżycielską nutą.
- To trzeba było myśleć - odparła ostro Cynthia, wciąż rozdrażniona. -
No to sobie idźcie na spacer. Nie wiem, Eve, to twój problem. To, że mi
weszłaś w paradę, nie znaczy, że mam nagle wolny dzień.
- Dobra. Cziluj. Mogę prowadzić.
Nie wszystko, co robiła Eve Monday, było warte naśladowania. Albo
legalne. Właściwie znaczna większość jej życia składała się z mniejszych
lub większych wykroczeń wykonywanych w aurze pewnego cynicznego
lekceważenia. Nie znaczyło to jednak, że nie można było jej zaufać.
Wręcz przeciwnie, była świetna w wykonywaniu poleceń. Po prostu
polecenia, jakie otrzymywała, zazwyczaj niewiele miały wspólnego z przestrzeganiem prawa.
Wymieniła z Cynthią jeszcze kilka krótkich, wciąż odrobinę wrogich słów,
zapłaciła barmanowi i ruszyła do drzwi.
Alea, która cały ten czas podsłuchiwała pod drzwiami, w kilku susach
wróciła na siedzenie otwartego wciąż samochodu i tam też Eve ją
znalazła.
- W porządku? - zapytała Zmiennokształtna, siadając za kierownicą
terenówki.
Dziewczyna skinęła kocim łebkiem.
- Wampirowi nic nie będzie, jakby co - dodała, wyjeżdżając na drogę, bo
chociaż Cynthia była wkurzająca, część jej troski o stan Alei pewnie
miała sens. Eve powiedziała to jednak tylko po to, żeby nastolatkę
uspokoić. Nie miała pojęcia, co Strike zamierzała zrobić. Sosnowy kołek
został w barze. Opuściła szybę, żeby zapalić papierosa, i znów zerknęła
na Aleę w postaci kota. - Tak czy inaczej, jak widzisz, porzucenie
Wampirów i Wilkołaków w celu uratowania się przed nadciągającym
zagrożeniem nie jest AŻ TAK ciężkim wyborem. Nie mówię, że draniom się
należy, ale kiedy mamy tylko dwie opcje... zdecydowanie nie są to rodzaje,
za które warto umierać.
***
Niecałe dwa dni wystarczyły, by zwolennikom Castalawa znudziło się
okupowanie cudzego stolika i przyjaciele mogli powrócić na swoje
ulubione miejsca. Erin i tak nie omieszkała rzucić przez ramię
morderczego spojrzenia w stronę wampirzej elity, zanim zajęła się swoim
lunchem.
- Ej - zagadnęła, przełknąwszy łyżkę kokosowego jogurtu - wiemy, za co
Christopher Flynn był w KRATER-ze? Bo już tam kiedyś był, nie?
Lucas zmarszczył brwi.
- Czemu pytasz?
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Po prostu wydaje mi się to trochę powalone, że jest w tej
szkole. Cały czas jest agresywny, chyba nikt nie czuje się przy nim
bezpiecznie, a nauczyciele ciągle go tu trzymają...
Wciąż pamiętała swoje pierwsze starcie z Flynnem. Wpadła wtedy do pokoju
Michaela zaraz po rozpoczęciu szkolnej gry i zobaczyła, że ich bractwo
nie ma klucza. Myślała, że Christopher ją zabije. Był to jednocześnie
jej pierwszy bliski kontakt z jakimkolwiek Wampirem i potem trochę
zajęło jej pozbycie się niechęci wobec całego ich rodzaju. O ile teraz
już rozumiała, że istnieje wśród nich tyle samo dupków co osób
życzliwych, o tyle Christophera wciąż nie mogła znieść. Nawet z daleka.
- Podobno złapał krwawą gorączkę niedługo po przemianie - szepnęła
Lizzy, nachylając się mocniej do grupy. Z nich wszystkich była najlepiej
zorientowana w szkolnych plotkach. W dużej mierze dlatego, że należała
do grupy cheerleaderskiej Mallaroy. - Trafił najpierw do KRATER-u,
dopiero potem wysłali go do szkoły.
- Mhm. - Erin zamyśliła się na chwilę. - Jestem w stanie sobie to
wyobrazić.
Krwawa gorączka przebiegała trochę tak, jakby Wampir wpadł w tryb
polowania i nie potrafił z niego wyjść. Zapach krwi stawał się wyraźny,
reszta zmysłów słabła nieco i ukryte kły wychodziły na wierzch. W parze
z niekontrolowanym pragnieniem wywołanym chorobą było to wyjątkowo
niebezpieczne. Najczęściej dotykało to osobniki bardzo młode lub bardzo
głodne. Były to zdarzenia rzadkie, zwłaszcza współcześnie, kiedy dostęp
do krwi został przez królewskie rody zmodernizowany. Wampiry założyły
niejeden prywatny szpital i niejeden bank krwi miał nieśmiertelnych
pracowników (lub śmiertelnych, ale przekupionych).
Dzisiaj niektórym zdarzało się jednak niekiedy chorować, ale dawniej
makabryczne epizody przytrafiały się częściej. To właśnie z powodu
krwawej gorączki Wampiry przeniknęły do ludzkich baśni i mitów jako
okrutne drapieżniki. Było to oczywiście bardzo nielogiczne. Nawet jeśli
Wampiry postrzegałyby ludzi wyłącznie jako jedzenie, ich celowe
zabijanie po każdym posiłku stanowiłoby niepotrzebne marnotrawstwo.
Z twarzy Erin nie schodził grymas i Lizzy odezwała się ponownie, z usprawiedliwieniem.
- Ale jeśli ta plotka jest prawdziwa, no to nadal... To jest choroba,
wiesz? - zauważyła nieśmiało. - Nie mówię, że Christopher jest przyjemną
osobą, ale myślę, że akurat za to nie powinniśmy go oceniać. Po to mamy
szkoły sojuszu - dodała. - Żeby lepiej siebie poznać i zwalczać
uprzedzenia...
- Lizzy - odezwał się Keith uroczyście - jesteś za dobra na ten świat.
Erin i Tatiana odruchowo pokiwały głowami. Blondynka zarumieniła się
lekko.
- Roztoczyłeś wokół siebie jakąś taką... aurę seryjnego mordercy -
oznajmił tymczasem Lucas, machnąwszy ręką. Jakby obrazował, gdzie
konkretnie owa aura się pojawiła.
Erin próbowała powstrzymać uśmiech. Keith odwrócił się do przyjaciela z nieco teatralnym oburzeniem.
- Stary! Ja tu ją komplementuję, a ty mi z mordercami wyjeżdżasz?!
- Nie no, ja wiem. Ja też uważam, że Lizzy ma piękną duszę - zapewnił go
Lucas. - Ale co ci poradzę, że brzmiało to trochę złowieszczo? -
Nachylił się do przodu, tak jak chwilę wcześniej Lizzy, i wyszeptał,
naśladując przyjaciela: - Lizzy. Lizzy, jesteś za dobra na ten świat...
Pora go opuścić...
Lizzy zachichotała.
- Mówiłem, żebyś nie oglądał tyle horrorów, bo ci się mózg wypaczy -
oznajmił tymczasem Keith.
Tatiana odchrząknęła znacząco. Wszyscy obecni znali dobrze jej
zamiłowanie do opowieści kryminalnych i filmów grozy.
- Powiedział gość, który kupił specjalnego laptopa, żeby móc grać w gry
w internecie... - rzucił Lucas, ale widać było, że jest to zupełnie
przyjacielska przepychanka.
- Stereotypy o przemocy i grach komputerowych są krzywdzące! - bronił
się Keith.
- O Wampirach też - mruknęła Tatiana pod nosem.
- Zresztą Lizzy i tak żaden seryjny zabójca nie dopadnie - dodał Keith z przekonaniem.
- Ani seryjna zabójczyni - wtrąciła Erin, dla zasady.
- Ani seryjna zabójczyni - zgodził się Keith, kontynuując wątek. -
Widzieliście tego jej królika? Jak on na takiego mordercę łypnie, to się
biedak sam stawi na komendę policji...
Lizzy pokręciła przecząco głową, zawsze gotowa bronić niewinności
Yoricka (w którą nikt poza nią nie wierzył).
Tatiana w milczeniu próbowała oszacować, jak wiele dziwacznych i pozbawionych sensu tematów jej znajomi poruszą jeszcze przed końcem
posiłku. Zazwyczaj obstawiali od trzech od pięciu, chociaż rekord
wynosił dziewięć.
***
- Ci to się dobrze bawią, co? - rzucił Jasper, spoglądając w stronę
stolika Lanford i jej znajomych. Ponieważ Michael wciąż wykazywał
podejrzane zainteresowanie Zmiennokształtną, Jasper także zaczął zwracać
na nią uwagę. Głównie po to, żeby zebrać amunicję i móc potem dręczyć
przyjaciela. W ciągu dwóch lat znajomości z młodym Castalawem jeszcze
nigdy nie przyłapał go na szczerym zainteresowaniu jakąś dziewczyną,
była to więc okazja, której nie miał zamiaru przepuścić. Zwłaszcza kiedy
chłopak wkładał wiele wysiłku w udawanie, że żadnego zainteresowania nie
odczuwa.
Pamela prychnęła pogardliwie i zgrabnym ruchem odrzuciła do tyłu włosy.
Christopher i Michael również nie podjęli tematu, chociaż ten drugi
powędrował w stronę wspomnianej grupy wzrokiem. Jasper nie miał jednak
ochoty na ciszę, brnął więc dalej.
- Poważnie, zazdroszczę - westchnął ciężko. - Żeby się tak dobrze bawić,
chociaż musimy się już któryś tydzień kisić w szkole... Ja tu od zmysłów
odchodzę, a zostały jeszcze trzy tygodnie! Trzy tygodnie bez wychodzenia
na miasto! Jak tak dalej pójdzie, to zacznę chodzić po pokojach i przepraszać wszystkie osoby, którym złamałem serce, żeby mieć jakieś
towarzystwo... - Jego uśmieszek zrobił się na chwilę bardziej sprośny,
szybko jednak na jego twarz powróciła rezygnacja. - No, zabija mnie to,
kochani. Raz już umarłem, a i tak mnie to zabija.
- Tak to jest, jak się sypia z każdym jak leci - rzuciła Pamela z niesmakiem.
Jasper rozsiadł się wygodniej i posłał jej powątpiewające spojrzenie.
- Payton, jeśli to było na temat moich preferencji, to czuję potrzebę
wyjaśnienia sprawy - oznajmił spokojnie i splótł dłonie na brzuchu. W jego oczach błąkało się jakieś rozbawienie. - Jestem biseksualny i się
puszczam. A nie: puszczam się dlatego, że jestem biseksualny. To istotna
różnica.
Michael wydał z siebie rozbawione westchnienie.
- Blake próbuje ci wyjaśnić, że bycie niezdecydowanym draniem nie ma nic
wspólnego z jego orientacją seksualną - oznajmił, zerkając na skwaszoną
Wampirzycę.
- Przepraszam, ja jestem akurat bardzo zdecydowany na bycie draniem -
zaoponował Jasper natychmiast, po czym uśmiechnął się przebiegle.
- Ale to jest gejowskie - mruknął tymczasem Christopher tonem, który nie
pozostawiał wątpliwości, że z niejasnych przyczyn uznawał ten
przymiotnik za obelgę.
Rozbawienie na twarzy Jaspera zostało najpierw zastąpione przez
irytację, potem znużenie. Odwrócił głowę w stronę swojego współlokatora
i przełknął ciężkie westchnienie.
- Chris, przysięgam, że jestem jedyną osobą przy tym stole, która
chociaż trochę cię lubi, więc byłoby dla ciebie korzystne, gdybyś
przestał zapominać, że poza kobietami kręcą mnie także faceci - oznajmił
spokojnie, a potem dodał już pogodniej: - Uwierz mi, słońce, że im
szybciej wybijesz sobie z głowy tę swoją toksyczną wizję męskości, tym
szybciej cię dupa przestanie o wszystko boleć.
Christopher zrobił urażoną minę.
- Widzę cię na korytarzach tylko z laskami... - zauważył, jakby to w jakikolwiek sposób go usprawiedliwiało.
Jasper westchnął teraz już głośno, ale tym razem nie chodziło o zdecydowany brak błyskotliwości u młodszego Wampira. Do tego akurat był
zdecydowanie przyzwyczajony. Przytłaczało go wciąż to, że utknął w Mallaroy. Przede wszystkim z powodu kary, która miała trzymać ich w szkole jeszcze trzy długie tygodnie, ale też tak ogólnie - że miał
dwadzieścia lat i musiał siedzieć w licealnej stołówce.
- Tak, no cóż, nie moja wina, że na piątym roku nie został już żaden
chłopak w moim typie, a wszyscy pozostali uczniowie to dzieciaki -
odparł, przenosząc wzrok na sufit. - Poza Wampirami - dodał, bo przecież
w przypadku ich rodzaju podział na roczniki nie zawsze pokrywał się z wiekiem. - Wyjdź ze mną kiedyś w weekend na miasto, to się napatrzysz.
- Nie - odparł Flynn pospiesznie.
Jasper nie widział jego twarzy, ale usłyszał przerażenie w głosie i wyszczerzył się sam do siebie. Homofobia Christophera nie dotykała go
osobiście, bo był już zdecydowanie ponad to. Jako człowiek by się pewnie
przejął, przytłoczony nierównościami w klatce zwanej światem. Jako
Wampir wiele rzeczy miał po prostu gdzieś, zbawiony przez wypaczoną
emocjonalność nieżycia. W dodatku Flynn był raczej prostą i podatną na
głupoty osobą, przez co Jasper nigdy nie brał jego uprzedzeń na
poważnie. Chłopak nie rozumiał, że sam był ofiarą systemu, którego
bronił. Może kiedyś Jasper znajdzie cierpliwość, żeby mu to wytłumaczyć.
Kiedyś.
- A jednak jakimś cudem ciągle widzę, jak podrywasz te "dzieci" -
zauważyła Pamela z fałszywą słodyczą.
To już zmusiło Jaspera do odklejenia wzroku od sufitu. Posłał Wampirzycy
niezadowolone spojrzenie.
- W ramach żartu. No kurwa, Payton...
- Cóż. - Dziewczyna wzruszyła ramionami, nie dając się tak łatwo zbyć.
Jej też się nudziło, a w przeciwieństwie do paczki Lanford elicie
Wampirów najlepiej wychodziło docinanie sobie, nie zaś wspólny śmiech. -
One są raczej bardzo poważne, kiedy ten flirt odwzajemniają.
Jasper prawie się wzdrygnął.
- Odwal się. Serio. Wiesz dobrze, że akurat w tej jednej kwestii znam
pojęcie przyzwoitości. Widzę granice, jasne? Jak któreś z młodych się do
mnie spróbuje naprawdę przykleić z podtekstem, to się zagłodzę do stanu
całkowitego paraliżu i przeczekam, aż ktoś mnie wybudzi, gdy będę już
wystarczająco stary, by nie kisić się w liceum w ramach integracji.
W jego głosie rozbrzmiała znów typowa, leniwa żartobliwość, ale wzrok
miał znacznie poważniejszy. Cztery, pięć, sześć czy jeszcze więcej lat
różnicy między osobami w dorosłym związku nie było dla niego niczym
problematycznym. Kiedy jednak on miał lat dwadzieścia, a młodsi
uczniowie piętnaście czy czternaście... Nie. Kategorycznie, absolutnie
nie.
Pamela była dzisiaj jednak najwyraźniej w jednym z tych swoich
nieznośnych humorków, bo nie zamierzała odpuszczać. Czepiała się go z nudów, wiedział to doskonale.
- Wiesz, Michael i Flynn też są od ciebie całe trzy lata młodsi, a nie
szczędzisz im sprośnych żarcików - zauważyła, wciąż uśmiechając się
słodko. Był to ten rodzaj słodyczy, którego można się było spodziewać po
truciźnie. - Ale to już nie problem, tak?
Chłopak przekrzywił lekko głowę i przyjrzał się Wampirzycy z większym
zainteresowaniem. Przyszło mu nagle bowiem do głowy, że może w swojej
dramatycznej (i jak na razie nieskutecznej) wędrówce po względy Michaela
dziewczyna uznała nagle i jego za potencjalnego rywala? Och, to
zdecydowanie zapewniłoby mu jakąś rozrywkę.
- To się nie liczy - oznajmił jednak ostatecznie i machnął niedbale
dłonią. - Jesteście Wampirami. Nieważne, jak głęboko was zdemoralizuję,
bo macie całą wieczność na przepracowanie tego u terapeuty.
- Czyli jak się do ciebie przyklei jakiś bardzo młody Wampir, to jednak
całą przyzwoitość odłożysz na bok...? - kontynuowała bezlitośnie Pamela.
Na wszystkie bóstwa świata, laska potrafiła nawet jego czasem pozbawić
cierpliwości.
- Nie kręcą mnie osoby małoletnie! Czy jak to sobie wytatuuję na czole,
to się zamkniesz? - Oferta była błaha, niełatwo bowiem było znaleźć
miejsce, które oferowało tatuaże dla skóry ze zdolnością błyskawicznego
gojenia się. - Weź sobie odpuść, co? - zaproponował. - Wszyscy wiemy,
jak jest. Byłaś nikim, zupełnie nikim gdzieś na dnie, aż nagle zgarnęli
cię sławni Paytonowie i zmienili w księżniczkę. No i super. Uspokój się,
słoneczko. Zwolnij trochę. Doczołgałaś się na górę, już nie musisz po
wszystkich dookoła deptać, żeby poczuć się wyższa. Kompleksy źle
działają na skórę, Pam-pam.
- Moja skóra jest martwa, skurwielu.
Jasper uśmiechnął się nagle szeroko.
- Touché - rzucił bez cienia urazy.
Michael całkiem przestał zwracać na nich uwagę. Jego wzrok wędrował
gdzieś dalej, do zupełnie innego stolika.
3.
Prawdziwa forma i tożsamość
- Spaliłam nasze naleśniki - oznajmiła Alea, gdy tylko Eve pojawiła się
w kuchni.
Zmiennokształtna zamiast powitania uniosła puszkę z energetykiem w geście toastu. Potem opadła ciężko na jedno z krzeseł i podrapała się w gołe udo. Miała na sobie tylko obszerny T-shirt i majtki.
- Nie miałaś dzisiaj rano iść na spacer? - zapytała po chwili, chociaż
doskonale znała odpowiedź na to pytanie.
- Byłam zajęta paleniem naleśników.
Eve posłała Alei spojrzenie pełne usprawiedliwionego rozczarowania i zwątpienia, ale zatrzymały je ciemne szkła okularów przeciwsłonecznych.
Znajdowały się w pomieszczeniu.
Eve wyglądała i zachowywała się tak, jakby wstała z łóżka w środku dnia
po bardzo długiej i intensywnej imprezie. Powtarzało się to każdego
ranka. Alea jeszcze nie miała okazji doświadczyć w jej towarzystwie ani
jednej imprezy, a spędzały razem właściwie większość czasu.
Podsumowując: Eve Monday była fascynująca. Alea bardzo uważała, żeby nie
zdradzić tej opinii światu, ale tak właśnie myślała. Wszystko, co
starsza od niej o dziesięć lat Zmiennokształtna robiła, było albo
ciekawe, albo imponujące, albo odważne, albo po prostu przyjemnie
beztroskie. Fascynowała Aleę wciąż od nowa i to nawet wtedy, gdy ją
jednocześnie wkurzała. Lub okłamywała. Nawet gdy Alea była na nią
wściekła, nie potrafiła wyzbyć się jakiegoś dziwacznego podziwu.
Eve wsparła jedną piętę na siedzeniu krzesła i przesunęła dłonią okulary
na czubek głowy, jednocześnie odgarniając cześć długich, gęstych włosów
do tyłu. Tym razem nic już Alei nie uchroniło przed karcącym
spojrzeniem.
- Nie ma znaczenia, na ile spacerów pójdę, okej? - rzuciła nastolatka
obronnie. - Widziałam już wszystkie skunksy, kojoty, króliki pustynne,
pająki, grzechotniki i stonogi w okolicy. Nieważne, ile będę łazić
wzdłuż drogi, nic się nie zmieni. Przejrzałam atlas zwierząt z dziesięć
razy, od początku do końca. Nadal nic. Próbuję - dodała z nutą
frustracji skierowaną do samej siebie. - Na serio próbuję, ale nic do
mnie nie przemawia. Nie czuję... skłonności do żadnego ze zwierząt. Wiem,
że mam szukać prawdziwej formy, i szukam, ale to nic nie daje. Jeden
spacer więcej niczego nie zmieni!
- Naleśnik się pali - oznajmiła Eve.
Alea zaklęła pod nosem i odwróciła się gwałtownie w stronę kuchenki, po
czym zrzuciła naleśnik z patelni. Był czarny na spodzie i dołączył do
pokaźnej sterty pozostałych, równie przypalonych.
Ani Cynthia, ani Eve nie były zainteresowane żadną aktywnością, która
tradycyjnie odbywała się w kuchni. Po pierwszych dwóch tygodniach życia
na zupkach chińskich, kanapkach ze stacji benzynowych i posiłkach z puszek postapokaliptyczna dieta straciła swój urok. Pod Waszyngtonem
przez kilka dni mieszkały w domu, potem podróż przez kraj wygnała je do
hoteli i moteli, ale gdy dotarły do Arizony, znów osiadły w domu. Z pewnością stało się tak ze względów bezpieczeństwa - lokale do wynajęcia
nie miały recepcjonistów i portierów, kamer ani zmieniających się wciąż
gości.
Tu, na zadupiu, w domu należącym tylko do nich, były same. Alea zaczęła
stopniowo podrzucać Cynthii coraz dłuższe listy zakupów i podjęła próby
gotowania mniej śmieciowatego jedzenia. Szło jej różnie, ale szybko
odkryła, że praca w kuchni potrafi oderwać jej myśli od stresu
związanego z obecną sytuacją: nauką nowych umiejętności, trudnymi
treningami, nieodkrytą wciąż prawdziwą formą, pobieraniem krwi...
- Jeśli to ma być twoja próba przeproszenia za wymknięcie się stąd
wczoraj i śledzenie Cynthii, no to powiem ci, że słabo... - rzuciła Eve,
przyglądając się krytycznie spalonej stercie naleśników.
- Może wiedziałam, że mnie cały czas obserwujesz, i uznałam, że mogę,
skoro nie reagowałaś? - rzuciła Alea niewinnie.
Nie czuła wyrzutów sumienia. Zapłaciła już cenę za swój wybryk: całą noc
nie mogła zasnąć, najpierw nawiedzana obrazami obezwładnionego Wampira,
który naprawdę wyglądał jak trup, potem prześladowana kłótnią
Zmiennokształtnych, którą podsłuchała. Nie dowiedziała się może niczego
nowego na temat całego tego... politycznego działania, w które je
wplątali, ale poznała lepiej nastawienie obu kobiet do swojej własnej
osoby. Fakt, że się nie dogadywały, dodatkowo wzbudzał jej nieufność.
Od kiedy dowiedziała się, że Erin jest w Mallaroy, nie mogła otrząsnąć
się z wrażenia, że wszystko dookoła pędzi za szybko i plącze się po
drodze. Martin Gallagher podczas dwóch rozmów, które miała okazję z nim
odbyć, był opanowany i niezwykle pewny siebie, ale on siedział daleko
stąd, w stolicy kraju. Tymczasem tu znajdowały się tylko wiecznie z jakiegoś powodu wściekła Cynthia, fascynująca Eve i ona sama, niezdolna
nawet do odkrycia swojej prawdziwej formy. To miała być droga do
uratowania całego rodzaju? Trzy Zmiennokształtne bawiące się w dysfunkcyjny dom na kompletnym zadupiu? Serio?
- Uważaj sobie, młoda - rzuciła Eve w odpowiedzi na zupełny brak skruchy
Alei, ale zaraz jej usta wygięły się w zaczepnym uśmiechu.
Dziewczyna wzruszyła niewinnie ramionami i nałożyła niezbyt apteczne
naleśniki na dwa talerze, po czym zajęła miejsce po drugiej stronie
kuchennego stołu.
Eve sięgnęła po syrop klonowy, potem po masło, następnie po dżem z aronii, a na końcu po cukier puder. Zafascynowanie Alei nie mijało.
- Młoda, ja wiem, że to nie są komfortowe warunki - odezwała się po
chwili Eve dość poważnym tonem, oblizawszy kciuk z syropu. Wzrok miała
utkwiony w śniadaniu, nie w nastolatce. - Ale musimy na ciebie naciskać
z tą prawdziwą formą. A potem naciskać dwa razy bardziej. Wszyscy łazimy
po omacku ze sprawą Saldera. Nie wiadomo, czy eksperymenty z próbkami
twojej krwi dadzą te same efekty, zanim zaczniesz używać specjalnych
zdolności i potem. Nie wiemy, czy te zdolności się muszą, kumasz,
obudzić, tak jak się budzi w nas sentura w momencie dojrzewania, chociaż
nosimy ją w sobie od urodzenia. Jak na razie ledwo się uporałaś z pierwszą formą. Musimy ci znaleźć tę prawdziwą, bo to pewnie najszybsza
droga do reszty mocy. Tak? Jeśli więc proszę cię, abyś poszła na spacer
i poobcowała z przypadkowymi zwierzętami dookoła, to idziesz na spacer.
Comprendes?
Eve była w piżamie, miała potargane włosy i trzymała kawałek naleśnika w brudnych od syropu palcach, a jednak gdy podniosła wreszcie spojrzenie
na Aleę, emanował od niej autorytet. Nosiła w sobie nieskończone pokłady
pewności siebie, a pod jej pozorną niechlujnością i lenistwem drzemały
niezłomna lojalność i gotowość do wypełnienia zleconej misji.
Alea kiwnęła głową.
- A jak wbrew zasadom wykręcasz nam numer i chowasz się w samochodzie,
to potem przepraszasz - dodała Eve na koniec i wróciła do jedzenia.
Nastolatka uciekła wzrokiem na własny talerz i bez przekonania trąciła
naleśnik widelcem. Nie chciała przepraszać. Duma nie pozwalała jej
ukorzyć się i powiedzieć: sorry, że podjęłam aktywną próbę zobaczenia,
co tu się tak naprawdę dzieje. Nawet przed osobą wzbudzającą w niej tyle
podziwu co Eve. Postanowiła więc szybko zmienić temat.
- Może coś się wam jednak pomyliło? - zasugerowała ostrożnie. - Może ja
nie mam tych mocy? Bo próbuję. Naprawdę próbuję, Eve. Ale wciąż niczego
nie czuję. Nie wiem, jak znaleźć tę prawdziwą formę, nie mam żadnego
instynktu! A co dopiero jakieś dodatkowe zdolności...
- Masz, masz. - Eve machnęła ręką, jakby chciała fizycznie odgonić
wątpliwości nastolatki. - Jesteście z Erin senturalnie identyczne,
pamiętasz? To jest dowód na pokrewieństwo z Salderem, w historii tej
rodziny był raz właśnie taki przypadek bliźniaków: człowiek i Zmiennokształtny, którego ciało samo z siebie senturalnie dopasowywało
się do niego w najmniejszym szczególe - przypomniała. - Nie dobijaj się,
tylko trenuj więcej. Odkrywanie i opanowywanie formy to zawsze bardzo
długi proces. My po prostu działamy pod presją czasu, dlatego muszę cię
tak dręczyć. Ale nic nie jest z tobą nie tak, młoda. Wyluzuj.
Alea kiwnęła głową bez przekonania, a potem zabrała się wreszcie
poważnie do jedzenia, jednocześnie zatapiając się we własnych myślach.
Problem z Eve polegał na tym, że miała niejako dwie różne strony. Z jednej była tą chaotyczną, fascynującą dziewczyną, która oferowała Alei
porady i przyjaźń. Nietrudno ją było polubić, z tą niezłomną
bezpośredniością, pogardą dla norm, zadziornym charakterkiem i niepowtarzalnym stylem. Alea czuła się przy niej dobrze. Komfortowo, nie
tak jak z Cynthią. Z drugiej strony Eve mimo wszystko była tu tak
naprawdę w pracy. Otrzymała polecenia. Działała dla Martina. Alea nie
mogła wykluczyć opcji, że Eve z nią pogrywa: przybiera rolę zaczepnej
przyjaciółki specjalnie po to, by uśpić jej czujność.
- Hej. - Eve przełknęła wielki kęs i trąciła dziewczynę nogą pod stołem,
najwyraźniej zaniepokojona jej milczeniem. - Wiem, że to jest dużo. Jak
wszystko spada tak nagle. Cała sentura, cała nowa rzeczywistość...
Alea dała się wyrwać z własnych rozważań i zmarszczyła lekko brwi,
podnosząc znów wzrok na towarzyszkę.
- Też jesteś echem?
- Nope. - Eve pokręciła głową. - Ale gdy osiągnęłam zmiennokształtną
dojrzałość, byłam... - W bardzo niespotykany dla siebie sposób urwała
zdanie w połowie i widać było, że szuka innych, lepszych słów. -
Dorastałam bez rodziców - oznajmiła wreszcie wprost. - W systemie, który
nie dbał o takich jak ja. Kiedy obudziły się moje moce, to najpierw
spanikowałam, a potem w przypływie czternastoletniego geniuszu po prostu
zwiałam - wyjaśniła i zrobiła krótką przerwę, by pochłonąć kolejny
kawałek lekko spalonego naleśnika, który oderwała lepkimi od syropu
palcami. - To było dwanaście lat temu. Na terenie Stanów nie było
jeszcze spójnego systemu lokalizowania nowych przemian. Czarodzieje już
mieli opanowany ten wynalazek, ale nie było powodu, żeby się przejmowali
Zmiennokształtnymi. To, w jaki sposób odkryto twoją senturalność: że już
dzień po przemianie widzieli, kim jesteś, i do ciebie dzwonili, to są
efekty sojuszu i rodzajowej współpracy. W tym kraju sprawy pięciu
senturalnych rodzajów zaczęły się tak głęboko przeplatać dopiero te
osiem lat temu. W dwa lata powołano do życia szkoły, Czarodzieje
upowszechnili sieć lokalizowania nowych przemian, Łowcom przekazano
fundusze, żeby utworzyli międzyrodzajowy departament protektorów, na
kształt senturalnej policji, Wilkołaki oddały KRATER i przebudowano go
na więzienie także dla pozostałych rodzajów... - wyliczała spokojnie Eve.
- To jest wszystko totalnie nowa era. Kiedy ja miałam czternaście lat,
tego nie było. Każdy pilnował tylko swojego nosa. Znacznie więcej spraw
wpadało w szczeliny nieuwagi.
- No i jak sobie poradziłaś?
- Podstawy ogarnęłam sama. - Eve wzruszyła ramionami. - Martin mnie
przyłapał, jak próbowałam go okraść, bo po zwianiu z ośrodka byłam, jak
by to powiedzieć, w dupie. Gdy się zorientował, że nie mam nikogo i nie
wiem nic o senturze, to... - Odkaszlnęła, udając, że to przypadek, a nie
niespodziewany przypływ emocji. Upiła łyk energetyka. - Zajął się
wszystkim. Znalazł dla mnie miejsce u osób Zmiennokształtnych, sam mnie
tam zawiózł. Zanim się to udało ogarnąć, dowiedziałam się od niego o senturze prawie wszystkiego. Załatwiono mi nowe papiery, nowe imię.
Drugą szansę. Co kilka miesięcy nawet specjalnie sprawdzał, czy wszystko
jest u mnie okej. Kiedy rok później przeprowadził się do Kanady, wysłał
mi paczkę ze słodyczami. - W jej oczach na chwilę błysnęła przeszłość.
Wydała się Alei nagle młodsza. Zagubiona. Trwało to jednak tylko moment
i zaraz wróciła na miejsce jej charakterystyczna pewność siebie. -
Osiągnięcie Zmiennokształtnej dojrzałości dało mi nowe życie, ale gdyby
nie Martin, pewnie byłoby ono jeszcze bardziej parszywe niż to pierwsze.
Tymczasem dzięki niemu jestem dziś tutaj. Naleśniki mogłyby być trochę
mniej spalone, ale poza tym? Nie jest źle - podsumowała, przełamując
poważną atmosferę żartem, i mrugnęła porozumiewawczo.
Alea przez moment milczała, próbując zdecydować, co należy zrobić z tym
nowym zwierzeniem.
- To dlatego mu tak bezgranicznie ufasz? - zapytała po chwili wolno.
Kilka dni temu wraz z informacją o pobycie Erin w Mallaroy na jaw wyszło
także to, że Eve wcale nie wie, czym jest nadciągające Wielkie
Niebezpieczeństwo. Jasne było tylko, że nadciąga, by zniszczyć Wampiry i Wilkołaki, i jeśli sojusz nie zostanie złamany, Zmiennokształtni,
Czarodzieje oraz Łowcy zostaną wciągnięci w brutalny spór, który nie ma
z nimi nic wspólnego. Eve operowała tak samo jak Alea: na ślepo,
wierząc, że Martin Gallagher ma lepsze rzeczy do roboty niż wymyślanie
tak wielkich kłamstw. Co dokładnie wiedziała Cynthia Strike, pozostawało
zagadką.
Alea nie zgodziłaby się im pomagać, gdyby nie wierzyła w prawdziwość
zagrożenia, wciąż jednak zmagała się z kolejnymi falami zwątpienia.
Zwłaszcza od kiedy okazało się, że kłamali na temat Erin. Nie potrafiła
sobie wyobrazić, jakim cudem Eve funkcjonuje tak od lat. Czy Martin
nigdy nic jej nie mówił, czy ta sytuacja była wyjątkowa?
Eve chwilę mierzyła nastolatkę czujnym spojrzeniem, mieląc myśli w głowie w rytm przeżuwania naleśników. Nie wydawała się szczególnie
przejęta.
- Martin zawsze ma rację - oświadczyła wreszcie. - To dokładnie tak
wkurwiające, jak można podejrzewać, a jednak tak po prostu jest. Też
kiedyś chciałam z tym walczyć, ale mi przeszło. Jego umysł pracuje w jakiś zupełnie inny, znacznie lepszy sposób. Ja, ty, Cynthia i większość
innych osób widzimy drogę. On widzi całą mapę. Znam go dwanaście lat.
Pracuję dla niego na poważnie od sześciu: od kiedy wrócił z Kanady, bo
zmiany administracyjne, które zaszły w wyniku sojuszu, sprawiły, że jego
pozycja prezydenta Zmiennokształtnej Kanady została wchłonięta przez
prezydent Francis Rowe ze Stanów. - Eve lubiła wykorzystywać każdą
okazję na przypominanie Alei senturalnych faktów politycznych,
ekonomicznych lub historycznych. Albo właściwie: nie lubiła, ale płacili
jej za to. - Znam go dwanaście lat, pracuję dla niego od sześciu -
powtórzyła - i zawsze wszystkie jego działania, niezależnie od tego, jak
kontrowersyjne lub niepokojące by się wydawały, na końcu okazywały się
najlepszym rozwiązaniem. Martin siedzi zarówno w senturalnej, jak i ludzkiej polityce od bardzo dawna. Ma oficjalne i nieoficjalne kontakty,
ogromną wiedzę historyczną i tą cholernie irytującą umiejętność widzenia
wszystkiego. Więc jeśli mi mówi, że coś musi zostać zrobione, to nie
potrzebuję znać szczegółów. Masz rację, nie wiem, co tak naprawdę
nadchodzi - przyznała otwarcie. - Ale wiem, że liderzy pięciu rodzajów
na naszych terenach odkryli to niebezpieczeństwo ponad rok temu. Że
Wilkołaki i Wampiry przyznały się do zainicjowania sojuszu z pełną
świadomością, co nadchodzi, po to, żeby wykorzystać pozostałe rodzaje do
walki. Wiem, że nasza kochana Wielka Piątka uznała: okej, cool,
nieważne, jesteśmy razem - wyliczała dalej Eve i przez chwilę w jej
głosie słychać było nutę ironii. - Zdaję sobie sprawę, że Martin wie, co
nadchodzi, i wie, że nas to zabije, jeśli jako rodzaj się nie wyłamiemy
z tego paktu. To mi wystarczy. Tak jak powiedziałam, młoda, Martin
zawsze, zawsze wie, co będzie dalej. Rozumie akcje i reakcje naszej
rzeczywistości, ma w głowie planszę z widokiem na wszystkie posunięcia.
Nie można na tym pieprzonym świecie uniknąć zła, ale można wybrać to
najmniejsze. Jeśli według Martina najmniejszym złem w tym przypadku jest
poświęcenie Wampirów i Wilkołaków, to ja mu wierzę. A jeśli poświęcenie
całych dwóch rodzajów jest nieuniknione, to nie muszę wiedzieć, co
nadchodzi, by zrozumieć, że jest to coś cholernie, cholernie, cholernie
wielkiego i przerażającego.
Wreszcie Eve zakończyła swoją przemowę. Alea nie zabrała głosu, próbując
najpierw w myślach jakoś się do tego wszystkiego ustosunkować. Na jej
ciele pojawiła się gęsia skórka.
Eve wyglądała znów prawie beztrosko.
- Musimy znaleźć twoją prawdziwą formę, młoda - rzuciła jeszcze,
powracając do tematu obowiązków. - I to szybko.
***
- Hej, Michael! Pamiętasz, jak ci mówiłem, że Lanford to mocna siódemka?
Jasper siedział rozwalony na kanapie, z nogami wyciągniętymi na
poduszkach i przeglądał coś w telefonie. Był oczywiście w pokoju lidera
Wampirów. Castalaw stał akurat przy szafie i szukał czegoś ze
zmarszczonymi brwiami. Christopher grał na konsoli, Pamela siedziała
natomiast na łóżku i robiła serię selfie. Złoty identyfikator rozciągał
się na jej skórze niczym naszyjnik.
- Nic mnie to nie obchodzi - mruknął Michael, nie patrząc na
przyjaciela. - Poza tym mówiłem ci, że masz przestać oceniać innych za
pomocą głupiej skali.
- No więc cofam to - oświadczył Jasper, niezrażony zupełnie nastawieniem
przyjaciela. - Jest zdecydowanie dziewiątką.
- Nadal mam to gdzieś - odparł blondyn, teraz już trochę ostrzej,
dziwnie zirytowany. - Poza tym ma szesnaście lat, nie? Odwal się od
niej, zanim Pamela znowu oskarży cię o nielegalne upodobania.
Jasper wywrócił oczami. Nie miał żadnych romantycznych intencji wobec
szkolnej Peacemaker, przemianowanej na Peacebreaker. Za to sądząc po
reakcji, Michael chyba jakieś miał. Między królewiczem i Lanford
ewidentnie było pewne napięcie. Jasper był zdeterminowany, by dobrze się
bawić na pokładzie tego statku.
- Serio, musisz to zobaczyć - naciskał dalej, kiwając ręką na Michaela.
Lider prychnął, zirytowany, ale zbliżył się wreszcie do kanapy.
Przyjaciel natychmiast wepchnął mu w ręce swój telefon. Na ekranie
wyświetlone było zdjęcie jakiejś szatynki. Po jednej jej stronie
uśmiechała się Alea, po drugiej... kolejna Alea. Tyle tylko, że z tego, co
mówił opis, ta druga miała na imię Erin.
Castalawa zatkało, dosłownie. Gapił się na zdjęcie kilka długich sekund,
wodząc spojrzeniem od jednej Alei do drugiej. Były identyczne.
- Ma bliźniaczkę, uwierzysz? - Jasper zaśmiał się cicho sam do siebie,
po czym zabrał telefon z rąk Michaela i podsunął go pod nos
Christopherowi.
Za nimi, na łóżku, Pamela wydała z siebie poirytowane parsknięcie.
- To, że dziewczyna ma bliźniaczkę, nie sprawia, że jest nagle
atrakcyjniejsza, wiecie?
- Sprawia - odpowiedzieli wszyscy trzej natychmiast, niemal
równocześnie.
- Uwierz mi - dodał z pełnym przekonaniem Jasper.
- Faceci - burknęła pod nosem Pamela z niechęcią.
Christopher szybko stracił zainteresowanie i powrócił do grania. Jasper
na nowo zaczął bawić się komórką, więc Michael sięgnął po własną.
Wyszukał profil dziewczyny, u której Jasper znalazł zdjęcie, i opadł na
fotel, wciąż się przyglądając. Długą chwilę trwał tak ze zmarszczonymi
brwiami i skupionym wyrazem twarzy. Jak gdyby widział na obrazku
znacznie więcej niż jego przyjaciel.
Nie uszło to uwadze Pameli.
W tym roku dopełniła się jej trzyletnia przemiana szlachetnej krwi.
Wampirzyca przeżyła dziewiętnaście lat i na tyle też wyglądała, ale była
na czwartym roku wraz z resztą elity. Nie stawiało jej to w wiele
lepszej sytuacji od Jaspera. Różnica polegała na tym, że ona miała tylko
jeden obiekt zainteresowań - Michaela. Co więcej, uwielbiała go przede
wszystkim ze względu na jego status. Ostatnie, czego potrzebowała po
trzech latach ciągłych przysług i pochwał, to żeby Castalaw
zainteresował się nagle jakąś głupią smarkulą innego rodzaju.
- Grupa cheerleaderska chce przejąć salę w godzinach naszych treningów -
odezwała się głośno.
- Mhm? - Castalaw nadal całą uwagę poświęcał zdjęciu.
- My byłyśmy tam pierwsze i w przeciwieństwie do tego żałosnego klubu
naprawdę musimy ćwiczyć - nie odpuszczała dziewczyna.
- To ty nie jesteś cheerleaderką? - zapytał głupio Christopher, nie
odrywając wzroku od gry.
Rzadko zdarzało się, by ktoś poświęcał jej uwagę kosztem własnej
aktywności. Pamela wydęła wargi, niezadowolona.
- Jestem w klubie tanecznym, idioto - syknęła do Flynna. Chłopak był w szkolnej drużynie od dwóch lat, widział wszystkie pokazy grupy
cheerleaderskiej i jakoś do dzisiaj nie zarejestrował, że nie ma jej
wśród nich?! Zaraz jednak zwróciła całą swoją uwagę z powrotem na
Michaela. - Chcą nas przerzucić na godziny wieczorne, ale ja nie mam
zamiaru ćwiczyć wieczorem - naciskała, czekając, aż wreszcie się nią
zainteresuje.
Michael był zajęty. Dwie Alee patrzące na niego ze zdjęcia obudziły w nim jakąś myśl i teraz gonił ją po swojej głowie, by móc w pełni
zrozumieć. Wreszcie na jego twarzy pojawił się pełen satysfakcji
uśmiech. Mruknął coś cicho, sam do siebie. Potem chwilę jeszcze
przyglądał się zdjęciu, już wyraźnie zrelaksowany i pewniejszy niż
wcześniej, po czym wsunął komórkę do kieszeni.
- Poszli z tym do profesor Johnson i ona jest skłonna wziąć ich stronę.
- Pamela nie odpuszczała.
Michael machnął wreszcie ręką i zerknął na nią kątem oka.
- Już, okej, zgoda - rzucił z cieniem irytacji. Myślami wciąż był gdzie
indziej. - Załatwię wam tę salę. Zadowolona?
Pokryte krwistoczerwoną szminką usta Wampirzycy rozciągnęły się w słodkim uśmiechu. Kiwnęła głową z satysfakcją i wróciła do robienia
sobie sesji w znacznie lepszym humorze.
Jasper oderwał na chwilę wzrok od komórki i łypnął podejrzliwie na
przyjaciela. Michael był najpierw przesadnie spięty, a teraz nagle
podejrzanie zadowolony. Doświadczenie mówiło, że lepiej było od razu
śledzić źródła takich dziwnych zmian emocjonalnych u młodego lidera
Wampirów
- No co? - burknął Castalaw, czując na sobie jego pytające spojrzenie.
Jasper nie zdążył rozpocząć śledztwa, bo głos zabrał Christopher,
zainspirowany jęczeniem Pameli.
- Dostałem karne godziny - przyznał się z grymasem.
- Za co? - Castalaw zerknął w jego stronę. Wiedział, do czego to
zmierza, i na jego twarzy już pojawiło się specyficzne zmęczenie. Tak
samo na dworskie Wampiry patrzył czasem Regan Castalaw, kiedy tydzień
był wyjątkowo długi, a sprawy wymagające.
- Być może trochę za mocno popchnąłem pierwszoroczniaka, który stał mi
na drodze. - Flynn wzruszył ramionami.
- Pobiłeś pierwszoroczniaka? - zapytała drwiąco Pamela. - Bardzo
dojrzałe, Flynn. Bardzo to też musiało być trudne.
Christopher zacisnął palce na kontrolerze.
- Zamknij się, idiotko.
- Jak mnie nazwałeś?
Zaczęli rzucać w siebie piorunujące spojrzenia.
Jasper wsunął ręce pod głowę i przeniósł wzrok na sufit, rozważając
drzemkę.
- Wilkołak? - zapytał tymczasem Michael znudzonym tonem, nic sobie nie
robiąc z wzajemnej wrogości tamtej dwójki. Nie było żadną nowością, że
Pamela i Christopher się nie cierpią. W ich czwórce tylko Michael i Jasper naprawdę się lubili. Payton była z nimi, bo wampirzej szlachcie
wypadało się trzymać blisko Castalawów. Christopher dzielił pokój z Jasperem, więc zawsze plątał się obok, a poza tym Michael wolał mieć go
na oku i choć częściowo kontrolować jego agresję.
- Czarodziej - poprawił go Flynn, odwracając wreszcie wzrok od Pameli.
Czasem Castalaw nie mógł uwierzyć, że on i Christopher byli w tym samym
wieku. Zwłaszcza gdy fizycznie tamten miał wieczne piętnaście lat.
- Jesteś idiotą - oznajmił Michael wprost, choć nadal sprawiał wrażenie
niewzruszonego. - Kto cię ukarał?
- Cabrera.
No tak. Lider Łowców potrafił patrolować korytarze w wolnym czasie, jak
gdyby był jednym z nauczycieli.
Christopher wciąż patrzył wyczekująco, Castalaw skinął więc krótko
głową.
- Sprzeciwię się. Zostanie jego słowo przeciw mojemu i dobrze wiemy, że
puszczą to w niepamięć. - Uśmiechnął się sam do siebie na myśl o własnych możliwościach. Czy Regan Castalaw byłby dumny, że jego dziedzic
wciąż ma wszystko w tej szkole pod kontrolą...? Zaraz jednak wrócił
myślami do Flynna. - Robię to ostatni raz. Przestań się wreszcie czepiać
pierwszaków.
Więcej próśb chwilowo nie było. Michael westchnął cicho i rozsiadł się
wygodniej w fotelu. Potem powiódł wzrokiem po trójce zebranej w jego
pokoju i westchnął raz jeszcze, tym razem nieco teatralnie.
- Moglibyście chociaż udawać, że nie trzymacie się ze mną ze względu na
moją pozycję i pieniądze - rzucił, ale widać było wyraźnie, że wcale nie
jest zły. Wręcz przeciwnie. Przepełniało go zadowolenie i dziwaczne
poczucie spełnienia.
- Ja udaję cały czas - oznajmił natychmiast Jasper i uśmiechnął się
zaczepnie, chociaż oczy miał już zamknięte.
Michael próbował powstrzymać szczere rozbawienie, bo niszczyło ono jego
władczy wizerunek, ale ostatecznie musiał zaśmiać się cicho pod nosem.
Akurat Jasper, może jako jedyny Wampir w całej szkole, niczego od niego
nie chciał i nie oczekiwał. Zgodnie więc z zasadami kosmicznego porządku
nazywanego także potocznie ironią otrzymywał zawsze najwięcej.
***
Erin miewała lepszy humor.
Niepokój o siostrę przycichł nieco, gdy okazało się, że Alea mogła
porozmawiać z ich matką i nie była to wcale jakaś desperacka próba
proszenia o pomoc. Erin wciąż czuła jednak rozczarowanie, że sama nie
miała szansy na rozmowę z bliźniaczką. Nie chciało jej się rozważać
dlaczego. Z pewnością stał za tym jakiś skomplikowany powód związany z intrygą, w którą je obie uwikłano. Tak czy inaczej - tęskniła. Była
przyzwyczajona do spędzania czasu bez rodziców i brata. Samuela i Wenonę
Lanford często pochłaniała praca, Derek był małym samotnikiem z wyboru.
Jednak brak towarzystwa Alei wydawał się jej wciąż nowością, chociaż
minął już ponad miesiąc ich rozłąki.
Drugim problemem były wieczne kłamstwa. Nieraz udawała w przeszłości
Aleę, jednak zawsze tylko na chwilę. Teraz odgrywała rolę obu sióstr
jednocześnie przed wszystkimi i przez cały czas. Im lepsza się w tym
stawała, tym mniej ją to męczyło, ale rosły za to wyrzuty sumienia.
Jedyną osobą, z którą miała relację nieskażoną ściemnianiem, była
obecnie Bethany.
Trzeci problem nazywał się Michael Castalaw. Bo jakżeby inaczej? Chłopak
oczywiście dotrzymał słowa i wystawił jej karne godziny, a sekretariat
je, oczywiście, zatwierdził. Tak więc w piątek po zajęciach, kiedy wielu
starszych uczniów szykowało się do wyjścia poza mury, ona siedziała w salonie i odliczała minuty do siedemnastej. Tym razem miała stawić się
bezpośrednio przy portierni sektora szkolnego. Nietrudno było się
domyślić, że ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, to praca porządkowa
na rzecz szkoły pod nadzorem nadętej Pameli Payton.
- Dlaczego nam nie powiedziałaś! - odezwał się nagle nad jej głową
oskarżycielski głosik Lizzy.
Erin momentalnie ogarnął irracjonalny lęk.
O Kosmosie. Wiedzą.
- O czym? - zapytała dziwnie zachrypniętym głosem, bo nagle zaschło jej
w gardle.
- O tym, że przychodzisz w zestawie - wyjaśnił uprzejmie Keith.
Wcześniej pochylał się nad Lizzy, oglądając coś w jej komórce, teraz
wsparł ręce na biodrach i patrzył na Erin wyczekująco. Ona jednak wciąż
nie rozumiała, o co chodzi.
Jej przerażony, zdezorientowany wyraz twarzy musiał wreszcie wzbudzić w przyjaciołach litość, bo pokręcili głowami z rozbawieniem.
- Masz bliźniaczkę. - Tatiana mierzyła Erin uważnym spojrzeniem.
Siedziała po przeciwnej stronie niskiego stolika, z własną komórką w ręku.
O Kosmosie! Wiedzą, wiedzą, wszyscy wiedzą!
- O czym wy mówicie? - zapytała Erin z nutą desperacji w głosie, po
części uznając, że zgrywanie głupiej jest dobrą taktyką, po części
szczerze zdezorientowana rozwojem wydarzeń.
Lucas opadł swobodnie na kanapę, tuż obok niej.
- Mówimy o tym. - Podsunął dziewczynie pod nos komórkę, na której
otworzone było zdjęcie. - Nigdy nie wspominałaś o Erin.
Usłyszenie własnego imienia z ust znajomego Wilkołaka po tygodniach
podszywania się pod siostrę było przedziwnym doświadczeniem. Od
wybuchnięcia histerycznym śmiechem Erin dzielił obecnie tylko krok.
Zamiast tego zmusiła się jednak, by spojrzeć uważniej.
Zdjęcie okazało się najnowszym postem Julie. Było to ujęcie ich trójki
siedzącej na werandzie domku nad jeziorem, z kolorowymi lodami w rękach
i szerokimi uśmiechami na ustach. Zostało zrobione w zeszłe wakacje,
kiedy bliźniaczki Bethany i Julie poprosiły swoich rodziców o zapisanie
ich na ten sam obóz letni.
Przed przyjazdem do Mallaroy Erin specjalnie dezaktywowała lub surowo
ocenzurowała konta społecznościowe Alei. "Detoks od social mediów" -
brzmiały ostatnie posty. Zostawiła jedynie Messengera i to była jej
podstawa komunikacji ze wszystkimi, którzy mieli ją za Aleę. Tymczasem u siebie poukrywała wszystkie wspólne zdjęcia. Wszystko to, by uniknąć
dodatkowych pytań i komplikacji, dopóki musi być dwiema osobami naraz.
Jednak tego dnia Julie - najwyraźniej w przypływie nostalgii - wrzuciła
ich wspólne zdjęcie i przeciekło ono do internetowej bańki Lizzy.
Był to kryzys, ale niewielki. Najważniejsze sekrety wciąż pozostawały
ukryte.
- Ymm, no tak. - Erin odchrząknęła nieporadnie i uśmiechnęła się lekko,
odzyskując grunt pod nogami. - Mam bliźniaczkę.
- To jest takie super! - zawołała Lizzy radośnie. - Dlaczego nic nie
mówiłaś?!
Wszyscy patrzyli teraz na dziewczynę wyczekująco.
Erin właściwie nie wiedziała, co dalej. Tłumaczenie, że tylko jedna z nich jest Zmiennokształtna, było samo w sobie skomplikowane i podejrzane, a w dodatku spychało myśli innych na sprawę istnienia
ludzkiej Lanford. Po to wszystko ukryła! Teraz jednak musiała wyjaśnić,
czemu w ciągu sześciu tygodni słowem nie wspomniała o... Erin. Kosmosie,
jej życie zmieniało się w komediodramat (z przewagą dramatu).
Miała wypieki na twarzy, a mdłości nie czuła wyłącznie dlatego, że
wyrobiła sobie już odporność na stres. Gdyby miała zacząć liczyć, ile
razy była pewna, że ktoś ją zdemaskował, szybko zabrakłoby jej palców.
Widziała po minach przyjaciół, że mają więcej pytań, i nie dziwiło jej
to wcale. Nie czuła się jednak gotowa odpowiedzieć na żadne z nich.
Potrzebowała strategii. Jedno złe słowo, jedno nieprzemyślane kłamstwo i mogła się pogrzebać.
Powinna powiedzieć, że Erin jest człowiekiem, czy może skłamać, że
trafiła do innej szkoły sojuszu? Albo jest Zmiennokształtna, ale uczy
się w domu z powodu jakiejś choroby... Czy to w ogóle dopuszczalne w senturalnym prawie...? O matko, co za bałagan.
Nie pomagał fakt, że jej nowi przyjaciele byli bystrzy. Zwłaszcza
Tatiana ją teraz niepokoiła - starsza Zmiennokształtna do dzisiaj nie
otrzymała wyjaśnienia, czemu Erin zdjęła na początku września
identyfikator, a w rozwiązywaniu łamigłówek była mistrzynią.
Jak to się mówi? Kłamstwo ma krótkie nogi? Cóż, Erin miała nogi
przeciętnej długości i czuła, że wykonuje maraton życia.
Z pomocą przyszedł jej czas. Siedemnasta zbliżała się wielkimi krokami i w przypływie desperacji Erin zerknęła teatralnie na zegarek, po czym
podniosła się szybko z miejsca.
- Kurczę, muszę iść na karne godziny - oświadczyła, udając niechęć. -
Pogadamy potem, okej? Bo teraz jak ten temat ruszymy, to nie skończymy...
Właściwie to tej niechęci w głosie nie musiała wcale udawać. Szorowanie
czegoś pod okiem podłej Wampirzycy było może opcją lepszą od obecnego
przesłuchania, ale nadal paskudną. Da jej to jednak chociaż szansę na
zaplanowanie kolejnego kroku.
Musiała wyznaczać specjalny czas na planowanie, jak skutecznie okłamywać
własnych przyjaciół. Rewelacyjnie. Fenomenalnie. Dajesz, Erin, dajesz.
Maraton prosto do piekła.
- Prześlij królowej Wampirów moje ukłony! - poprosił błagalnie Keith,
oczywiście się zgrywając.
- Myślisz, że Pamela jest królową? - zapytał z powątpiewaniem Lucas.
- Ona na to bardzo wyraźnie liczy... - zgodziła się Lizzy.
Tatiana westchnęła ciężko.
- Jeśli sama nadzieja daje tytuł, to mamy sporo królowych - zauważyła.
Wilkołaki zachichotały złowieszczo.
- Tabun królowych! - stwierdził Lucas.
Choć Michael wcale nie miał opinii podrywacza, nie było sekretem, że
wiele dziewczyn jest nim zauroczonych. Jakim cudem, Erin nie miała
pojęcia. Jej chwile słabości tłumaczyło przynajmniej to, że była
człowiekiem podatnym na wampirzy czar...
- Stado królowych! - podchwycił Keith. - Cała, prywatna hodowla
królowych. Królowe, powiedziałbym, niepermanentne. Królowe tymczasowe.
Królowe, którym korona z czasem przechodzi!
- Królowe, które ostatecznie wyrastają z mody na monarchię, śmiem
twierdzić. - Lucas się uśmiechnął.
- Naiwne dziewczyny, które kiedyś przejrzą na oczy - zgodziła się
Tatiana.
- Tymczasem Michael na zawsze pozostanie idiotą - dokończyła Erin z uśmieszkiem. Nic jej tak nie poprawiało humoru, jak kpiny z lidera
Wampirów.
- A wiecie, że między nim i Pamelą naprawdę ani razu nic nie było? Ani
jednego razu, nic! Tak przynajmniej mówią... - odezwała się ściszonym
głosem Lizzy, gotowa do plotkowania.
Keith uniósł lekko jedną brew.
- Ani razu? Przecież laska klęka przed nim przy każdej okazji... - Ledwo
skończył mówić, zdał sobie sprawę, że można było znaleźć w tym seksualny
podtekst, i zamachał rozpaczliwie rękami. - Nie w tym sensie! Na
niebiosa...
Lucas parsknął śmiechem, a Lizzy zaczerwieniła się lekko i wbiła wzrok
we własne trampki. Tatiana wywróciła oczami.
- Wszyscy w grupie cheerleaderskiej twierdzą, że to Jasper jest
podrywaczem - ciągnęła Lizzy, nadal trochę skrępowana. - Michael jest
strasznie wybredny i wszystkie dziewczyny odrzuca.
Erin się skrzywiła.
- Jeśli skończyliście już debatować na temat życia romantycznego
Michaela Castalawa, pozwólcie, że pójdę harować ciężko w robocie, którą
mi załatwił. Do później. Życzcie mi szczęścia!
Przyjaciele pożegnali ją chórem życzeń. Nieświadomi, że tym razem żadne
się nie spełni.
***
W drodze do głównego wejścia do szkoły, przy którym znajdowało się
zaplecze woźnego, Erin chciała skupić się na problemie odkrytej
bliźniaczki, ale rozmowa przyjaciół sprawiła, że utknął jej w głowie na
nowo obraz lekko pijanego Michaela prowadzącego jakąś dziewczynę do
pokoju. Lizzy zdawała się mieć jednak rację, że to Jasper słynął w szkole z serii romansów ze starszymi uczniami. Castalaw, jeśli był
zaangażowany w jakieś związki, trzymał je skutecznie w sekrecie.
- Tak, Erin. Brawo - mruknęła sama do siebie, przemierzając opustoszały
korytarz. - Poświęcaj jeszcze więcej czasu na rozważanie, jak się ma
życie prywatne lidera Wampirów. Daleko cię to zaprowadzi - fuknęła i skręciła w lewo, po czym zatrzymała się gwałtownie.
Znalazła się twarzą w twarz, a raczej twarzą w pysk, z Yorickiem. Może
to działała jej wyobraźnia, ale wydało jej się, że królik posłał jej
spojrzenie najbardziej pogardliwe ze wszystkich dotychczasowych.
Dziewczyna skrzyżowała ręce w obronnym geście, zerkając na niego z cieniem wstydu.
- To nie ja zaczęłam ten temat! - rzuciła, jakby błagała o litość.
Yorick nie zmienił jednak wyrazu oczu, co zmusiło ją do dalszych
wyjaśnień. - Nienawidzę go. Może sobie być, z kim chce. Nic mnie to nie
obchodzi - zapewniła królika stanowczo. Nie mogła pozbyć się wrażenia,
że siebie samą także musi o tym przekonywać.
Yorick siedział jednak nadal w miejscu, mierząc ją pełnym politowania
spojrzeniem, jakby była jednym wielkim rozczarowaniem. Erin prychnęła
zdenerwowana i wyminęła go energicznym krokiem.
- No dalej, gadaj z królikiem - ponownie skarciła siebie pod nosem. -
Pewnie jest mądrzejszy od ciebie.
Przed schodami raz jeszcze się odwróciła. Yorick siedział tam, gdzie go
zostawiła, i łypał na nią w dalszym ciągu z pogardą.
- Demon, nie królik - zacytowała często używane przez Keitha powiedzenie
i zbiegła w dół, kierując się w stronę portierni.
***
- Karne godziny, co? - Woźny Jack studiował jeszcze przez chwilę
papierek, który dostała z sekretariatu, po czym wręczył go jej z powrotem i wytarł dłoń o swój bordowy sweter. - Nie wyglądasz mi na
niegrzeczną osóbkę. Ta szkoła za bardzo was dręczy, dzieciaki.
Kaszlnął cicho, po czym uśmiechnął się ciepło i pokiwał głową ze
współczuciem.
- Będziesz musiała zamieść kręcone schodki w południowym skrzydle
sektora szkolnego. Ale tylko zamieść. Broń Boże, nie szorować! Prawie
nikt ich nie używa i powiem ci szczerze, że ekipa sprzątająca bardziej
udaje, że je sprząta, niż faktycznie sprząta. Ale no, niech to będzie
nasz sekret. W każdym razie, dziecinko, nie próbuj ich doczyścić na
poważnie, bo spędzisz tam cały tydzień. Tylko tak, no wiesz, siup-siup
miotłą i tyle. Nikt się nie dowie.
Mrugnął do niej porozumiewawczo, a potem zniknął w portierni.
Przygarbiony, przeszedł przez małe akwarium i wcisnął się na zaplecze.
Za przymkniętymi drzwiami przez chwilę dało się słyszeć głośne szuranie
i stłumiony jęk, a następnie ciche pomruki przypominające krótką
rozmowę.
Staruszek wrócił z wielką miotłą, małą szufelką i czarnym workiem na
śmieci. Erin uśmiechnęła się do niego uprzejmie. On zmarszczył gniewnie
brwi.
- Co się tak szczerzysz? Hm?! Zabieraj te rzeczy i zmiataj pracować! -
warknął, wciskając jej w ręce miotłę. - Głupie, rozpuszczone bachory -
dodał już ciszej, niby do samego siebie, ale chyba wcale mu nie
przeszkadzało, że Erin usłyszała.
Dziewczyna wzdrygnęła się, kiedy portier na nią naskoczył, ale szybko
zamknęła usta, zabrała rzeczy i zniknęła mu z oczu. Nie potrzebowała
więcej problemów.
Po szkole krążyły dwie teorie: że istnieją dwaj identyczni portierzy o imieniu Jack lub że jest jeden i bardzo szybko zmienia mu się humor.
Jeśli chodziło o Erin, to absolutnie bez żadnego konkretnego powodu
znacznie bardziej prawdopodobna wydawała jej się teoria o zamieniających
się wciąż miejscami bliźniakach. Gdzieś już o tym słyszała...
***
Wąskie, kręte schody, które miała posprzątać, chyba naprawdę były
praktycznie nieużywane, bo w ciągu półtora miesiąca spędzonego w Mallaroy nigdy ich nie odkryła. Wyglądały jak schody na wieżę, w której
zamknięto księżniczkę - ledwo oświetlone, z kamiennymi, krótkimi
stopniami - wiły się ciasnym tunelem od parteru aż na ostatnie piętro. W niczym nie przypominały przestronnych wind i szerokich schodów, które
można było znaleźć w innych częściach szkoły. No i były w opłakanym
stanie. Pokrywały je kurz, brud i pajęczyny.
Erin stanęła na samym dole i przeklęła cicho.
- Dlaczego ja? - zapytała ponuro ścianę i zaczęła się wspinać, żeby
sprzątać, schodząc.
(Ściana nie odpowiedziała).
Dotarła na trzecie piętro z lekkimi zawrotami głowy, podpierając się
miotłą jak laską. Schody okazały się tak kręte, że wchodzenie po nich
przez wszystkie kondygnacje dawało mniej więcej ten sam rezultat co
kręcenie się wokół własnej osi. Tylko z bólem w udach w ramach bonusu.
Dała sobie chwilę na pomarudzenie, potem zabrała się do pracy. Już po
kilku schodkach wypracowała rytm i jej ciało zaczęło poruszać się prawie
automatycznie, podczas gdy ona pogrążyła się w rozważaniach, jak
najlepiej wyjaśnić znajomym fakt, że miała sekretną bliźniaczkę. Taka
tam drobnostka, o której zapomniała wspomnieć...
- No proszę. Jednak do czegoś się nadajesz. - Drwiący głos wyrwał ją z transu. Zadarła gwałtownie głowę i poczuła znajomy ucisk w żołądku.
Michael Castalaw stał na szczycie schodów z rękoma w kieszeniach
eleganckich spodni i patrzył na nią prowokująco. Jego wargi wyginał
dobrze jej już znany, kpiący uśmieszek, a błękitne oczy spoglądały
przeszywająco.
Po plecach Erin przebiegł dreszcz. Nie była na niego, cholera jasna,
gotowa. Spodziewała się Pameli, może Christophera. Ewentualnie, w ostateczności, Jaspera, chociaż to już byłoby bardzo dziwne. Nigdy
natomiast nie przyszło jej do głowy, że Pan i Władca Szkoły (a przynajmniej jej wampirzej części) pofatyguje się osobiście, by sterczeć
nad nią i pilnować, czy dobrze wykonała robotę. Poprzednio tego nie
zrobił.
- Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? - zapytała nieprzyjemnym tonem,
wytrzymując jego spojrzenie. W myślach oczywiście sama już sobie na to
pytanie odpowiedziała: przyszedł ją dręczyć. Cóż by innego.
Chłopak jeszcze nic nie zrobił, a już czuła irytację. Sam jego widok tak
na nią działał: miała go dość, kiedy patrzyła, jak tak sobie
nonszalancko stał, z tym swoim denerwującym uśmiechem, idiotycznie białą
koszulą, nienormalnie niebieskimi oczami, z drogą błyskotką na
nadgarstku i głupim sygnetem na palcu.
- Mam pomysł, Lanford. Mniej gadania, więcej ruszania rączkami. Chyba że
chcesz siedzieć tu do północy.
- Nikt nie chciałby spędzać z tobą czasu do północy - odcięła się,
wracając do zamiatania. Nie podobało jej się, że są na schodach i chłopak znajduje się nad nią.
- Pół szkoły o tym marzy - zapewnił ją Michael z rozbawieniem.
Zawsze był wredny, ale dziś zamiast złości towarzyszyło temu
zadowolenie. Nie trzeba było długo go znać, by wiedzieć, że zadowolony
Castalaw to zdecydowanie gorzej niż Castalaw wkurzony. Przynajmniej dla
niej. Kiedy się wściekał, wychodziła na wierzch cała jego niedojrzałość.
Tymczasem dobry humor sprawiał, że doskonale panował nie tylko nad sobą,
ale także nad otoczeniem.
Niedobrze.
- W takim razie jestem wielką fanką tej drugiej połowy - burknęła, z frustracją zamiatając kolejny stopień.
Michael jedynie prychnął.
Praca szła szybciej, niż się spodziewała, i nie była wcale ciężka.
Więcej wysiłku kosztowało ją ignorowanie obecności Michaela. Nie pomagał
fakt, że Wampir był zaskakująco spokojny. Siedział tam, gdzie było już
czysto, i przyglądał się jej z rozbawieniem. Gdy dystans między nimi
robił się zbyt wielki, schodził kilka stopni niżej i zajmował nowe
miejsce.
Prawie wszystkie ich dotychczasowe spotkania były krótkie, przelotne i pełne gniewu. W ciszy i spokoju przebywali razem tylko raz, kiedy
siedziała na jego łóżku i czekała, aż napisze wypracowanie. Wtedy
Castalaw gapił się na tekst, nie na nią.
Erin była spięta. Zamiatała z nienaturalnym oddaniem i robiła wszystko,
żeby myśleć o czymś innym niż lider Wampirów, ale on wciąż tam był:
kilka stopni nad nią i w jej głowie. Miała się zastanowić nad ważnymi
sprawami, ale nie mogła się skupić.
- Hej, Erin? - Michael zaczepił ją nagle. Łokcie miał wsparte na udach,
siedział swobodnie i zerkał na nią z zainteresowaniem.
- Czego znowu chcesz? - warknęła zirytowana, podnosząc głowę.
Zrozumiała swój błąd w momencie, kiedy dostrzegła triumf na jego twarzy.
Blondyn uśmiechał się paskudnie i Erin pomyślała, że to koniec. Poczuła
się, jakby ktoś kopnął ją z całej siły w brzuch. Zacisnęła dłoń na
miotle i przez moment chciała się rzucić do panicznej ucieczki. Michael
tymczasem podniósł się z miejsca, niesamowicie z siebie dumny.
- Wiedziałem! - Uśmiechał się niebezpiecznie. - Wcale nie masz
przyjaciółki o imieniu Alea. Masz siostrę, która się tak nazywa!
Kosmosie, jakimś cudem, gdy powiedział to na głos, Erin poczuła się dwa
razy gorzej. Zamiast ucieczki zaczęła rozważać złamanie miotły i wbicie
drewna prosto w serce chłopaka. Może ma szczęście i kij jest akurat z sosny...
Oczywiście niczego takiego nie zrobiła. Zamiast tego stała w miejscu, z szeroko otwartymi oczami, i słyszała w głowie huk towarzyszący waleniu
się całego jej świata. To było to. Chwila, której bała się od momentu
przybycia do Mallaroy. Teraz wszystkie koszmary spełniały się na jej
oczach, a ciemiężycielem okazał się nie kto inny, jak znienawidzony
Castalaw.
Na początku chciała zaprzeczyć, ale szybko zrozumiała, że tylko się
ośmieszy. Było na to za późno. Wiedział. Najpierw podsłuchał jej
rozmowę, potem zobaczył zdjęcie wstawione przez Julie, aż wreszcie
podpuścił ją, gdy się zamyśliła, i to wystarczyło. Michael Castalaw
odkrył jej sekret.
Chłopak znalazł się niespodziewanie tuż przy niej, korzystając ze swojej
senturalnej szybkości. Cofnęła się odruchowo. Schody kręciły się tak
ciasno, że trzeba było z każdym krokiem odwracać się odrobinę w bok. Ona
tego nie zrobiła, połowa jej pleców spotkała się więc z nieprzyjemnie
zimną ścianą. Lepsze to niż upadek.
Castalaw nie odpuścił. Wcisnął się na ten sam stopień i wsparł dłoń o ścianę, odgradzając jej możliwość ucieczki w dół.
- Jesteś Erin - stwierdził z nutą niedowierzania, jakby nie spodziewał
się, że jego teoria naprawdę się potwierdzi. Przyglądał jej się teraz z ciekawością, która ocierała się wręcz o fascynację. - Jesteś tą drugą
bliźniaczką. Czemu?
Był blisko. Za blisko. Tak blisko, że nie potrafiła się skupić. Gdyby
mogła, cofnęłaby się jeszcze bardziej, wsiąknęła w ścianę i zniknęła raz
na zawsze.
- Tak, okej?! - wyrzuciła z siebie wreszcie, nie mogąc znieść napięcia.
Głos jej niestety zadrżał, choć próbowała tego uniknąć. - Jestem Erin.
Sytuacja była opłakana, ale wypowiedzenie własnego imienia na głos po
całych tygodniach udawania siostry i tak przyniosło jej odrobinę
satysfakcji. Może tak jest lepiej. Może czas przyznać się do wszystkich
kłamstw i mieć to za sobą. Przyjąć konsekwencje, odkupić winy...
- Czemu? - Castalaw nie odpuszczał. Było widać jak na dłoni, jak bardzo
podoba mu się ta cała sytuacja. W końcu miał nad nią władzę. - Gdzie
jest twoja siostra?
Erin zrobiło się gorąco. Miała wrażenie, że jednocześnie w płomieniach
stoją jej skóra i umysł.
- W innej szkole - wypaliła, bo to jako pierwsze przyszło jej do głowy.
Michael zmarszczył brwi i odsunął się wreszcie na tyle, na ile pozwalała
mu ciasna przestrzeń wąskich schodów.
- Czemu twoja siostra jest w innej szkole, Erin? - zapytał wolno,
czerpiąc niemałą satysfakcję z samego wymawiania jej prawdziwego
imienia.
Erin zdała sobie nagle sprawę, że mogła to przetrwać. Castalaw poznał
jej prawdziwe imię, nie zdawał sobie chyba jednak jeszcze sprawy, że
była także innego rodzaju. Jeśli tylko szybko zbuduje wiarygodne
kłamstwo... Na Kosmos, jeża i wszystkie żywioły. Mogła to, cholera jasna,
przetrwać!
Zacisnęła ręce mocniej na miotle.
- Bo się zamieniłyśmy. Nie twoja sprawa, Michael - rzuciła ostro,
próbując wrócić do gry.
Wampir przekrzywił lekko głowę, ale jego spojrzenie nie straciło ani
trochę na intensywności.
- Czemu się zamieniłyście? I niby jak? - Uniósł prowokująco brwi. -
Uczniowie są przypisywani do szkół według rejonów zamieszkania, a przecież mieszkałyście razem, prawda? Dostałaś list z innej szkoły,
Lanford?
Drań bawił się doskonale, teraz to dostrzegła. Patrzył na nią, zapędzoną
w kozi róg, i ze spokojem zadawał pytania, które miały ją dodatkowo
pogrążyć. Naciskał i czekał, aż Erin znów się pomyli, aż się potknie, aż
zrobi fałszywy krok.
Znów rozważyła opcję z łamaniem miotły i wbiciem mu jej w serce. Albo
przynajmniej w brzuch...
Miała ochotę krzyczeć z frustracji. Dajcie jej piłę mechaniczną, to go
potnie.
- Tak - syknęła zirytowana i przemknęła pod jego ramieniem na schodek
niżej. Tam wróciła do zamiatania, żeby zająć czymś dłonie i uciec przed
kontaktem wzrokowym. Jej ruchy były szybkie, pełne nerwowej energii. -
Alea dostała list z Mallaroy, ja z innej szkoły senturalnej, ale
zamieniłyśmy się miejscami. Koniec historii.
Michael złapał kij od miotły, uniemożliwiając jej pracę.
- Odwal się - ostrzegła go Erin i posłała mu groźne spojrzenie.
Odzyskała prawie całą waleczność, gdy tylko zdała sobie sprawę, że jej
ludzka natura ma szansę wciąż pozostać tajemnicą. - Mówię poważnie -
dodała, próbując znów poruszyć miotłą.
Kij nawet nie drgnął, chociaż Wampir nie wydawał się wkładać w trzymanie
go wiele wysiłku.
- To nie ma sensu, Lanford. - Uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć
"wiem, że kłamiesz", i Erin znów zrobiło się gorąco. - Poza tym, czemu
miałybyście się zamieniać?
Teraz drań zrobił się ciekawski. Teraz. A jak trzeba było wertować
książki do wypracowania, to pozyskiwanie informacji na temat roślin w ogóle jakoś go nie obchodziło.
- Nie twoja cholerna sprawa - powtórzyła, decydując się na taktyczny
upór. - Zamieniłyśmy się miejscami i tyle! Albo mi pozwól w spokoju
posprzątać, albo zwolnij mnie z tej kary. Poważnie, po cholerę się tak
czepiasz?!
- Słownictwo, Lanford - upomniał ją Wampir z uśmiechem, wciąż pławiąc
się w swojej przewadze.
Spróbowała wyszarpnąć miotłę ponownie, na marne. Zamiast tego ją więc
puściła, gotowa po prostu odejść. Przed przyjaciółmi musiała się
wytłumaczyć jakoś sensownie. Michaelowi właściwie mogła po prostu
powiedzieć, żeby się pieprzył. Teoretycznie. Jeśli chciała ryzykować, że
zacznie na własną rękę drążyć temat albo pójdzie z tą sprawą do jeszcze
kogoś innego...
Chłopak zacisnął wolną dłoń na jej nadgarstku. Drgnęła, wciąż
nieprzyzwyczajona do tego, jak chłodna wydawała się skóra o tej samej
temperaturze co otoczenie. Michael pociągnął jej rękę do siebie i przyjrzał się z bliska bursztynowemu identyfikatorowi. Był dziś ułożony
w kształt kwiatka, bo Lizzy w przypływie nudy porzuciła rysowanie na
tablecie i zamiast tego stworzyła wzory z identyfikatorów przyjaciół,
mozolnie przeciągając substancje po skórze.
- Ta cała sprawa z identyfikatorem... - odezwał się wreszcie Castalaw,
skończywszy oględziny. - Kiedy pomogłem ci wrócić do szkoły, bo nie
miałaś go na nadgarstku. To było chwilę po waszej zamianie, prawda?
Erin kiwnęła głową niemal nazbyt ochoczo. Jeśli Michael ma zamiar
wyręczyć ją w tworzeniu fałszywej wersji wydarzeń, nie widziała powodu,
by mu w tym przeszkadzać. Kosmosie, naprawdę istniała szansa, że on to
wszystko kupi, co? Ugryzła się w język, żeby powstrzymać uśmiech.
- Więc nasza pierwsza kłótnia... To nie byłaś nawet ty? - Puścił wreszcie
jej nadgarstek i zmarszczył brwi w skupieniu. Tym razem zamiast drwiny
pojawiło się zdumienie, co sugerowało, że zaczynał jej wierzyć.
Erin ponownie kiwnęła głową. Na tym etapie była gotowa przyznać, że tak
naprawdę jest jeszcze trzecia Lanford i są trojaczkami. Może Derek
chciałby się przyłączyć do rodzinnego biznesu fałszowania tożsamości...?
- Twoja siostra przyjechała na rozpoczęcie roku, po czym po tygodniu
znalazłyście sposób, żeby zdjąć identyfikatory i zamieniłyście się
miejscami. - Wampir bardziej stwierdził niż zapytał. - Po co?
Mogła zremisować. Nie było już szansy, żeby wygrała to starcie, bo
Michael Castalaw poznał połowę jej wielkiego sekretu. Nie musiał jednak
poznawać drugiej połowy, teraz była już tego pewna. A to znaczyło, że
mogła zremisować.
- Nie spodobało jej się tu. Już po pierwszym tygodniu nie mogła
wytrzymać. Mnie było obojętnie, zgodziłam się więc na zamianę szkół. W końcu co za różnica. - Wzruszyła ramionami, czując jednocześnie, że jej
walące do tej pory szybko serce wreszcie się uspokaja.
- Nie podobało się jej? Zamieniłaś trzy lata swojego życia, bo twojej
bliźniaczce nie podobała się szkoła? - Michael prychnął z niedowierzaniem. - Jesteście idiotkami. Albo nadal kłamiesz...
Znowu zaczął się jej uważnie przypatrywać. Kiedy zaczynał jej wierzyć,
robił się poważny. Gdy powracały wątpliwości, przypominał sobie o byciu
dupkiem. Erin coraz lepiej rozumiała, jak się z nim obchodzić.
- No widzisz? Wystarczyło jedno spotkanie z tobą i moja siostra była
gotowa zrobić bardzo wiele, by znaleźć się jak najdalej stąd - odparła
wyzywająco, nie dając mu absolutnie żadnych nowych informacji.
- Uważaj, co mówisz, Lanford - ostrzegł ją Castalaw, nachylając się
znowu odrobinę bardziej w jej stronę. - Chyba nie chcesz rozzłościć
kogoś, kto zna twój cenny sekret.
Erin miała ochotę zdrapać mu z twarzy ten podły, pewny siebie uśmieszek.
Być może chciała także przekonać się, jak by to było, gdyby chłopak
stanął jeszcze bliżej, ale do tego się nie przyznała. Pieprzony,
wampirzy czar. Jej życie byłoby nieco łatwiejsze, gdyby drań nie
wyglądał i nie pachniał tak dobrze. Kto w tym wieku używa ekskluzywnych
perfum?! Bo były ekskluzywne. Widziała flakonik, kiedy ubierał się przy
niej w dniu oddania pracy.
Gdyby się nad tym zastanowić, to miała na koncie zdecydowanie za wiele
interakcji z Castalawem.
Niespodziewanie pojawiło się teraz między nimi znów znane jej dobrze z poprzednich kłótni napięcie. To, które zdawało się tworzyć pole
elektryczne w powietrzu. Michael patrzył na nią przenikliwie, nie do
końca świadomy, że nachyla się jeszcze bliżej. Erin za to zapomniała się
wycofać. Chwilę tak milczeli i patrzyli na siebie, zamknięci w grze,
której zasady przestały być jasne.
To Castalaw przerwał ten moment. Erin była mu wdzięczna, bo już nie do
końca samej sobie ufała. Czasem miała wrażenie, że wszystko w życiu
dzieje się nagle. Jeśli się na każdym kroku nie pilnowała, to od razu
robiło się impulsywnie, intensywnie i może odrobinę ironicznie.
Michael odkaszlnął. Erin na powrót złapała miotłę.
- Do jakiej szkoły ty więc dostałaś wezwanie? - Ton Wampira zabrzmiał
nieco mniej pewnie. Jakby ich kontakt zaczął nagle przytłaczać nie tylko
ją, ale także jego. - Gdzie jest teraz twoja siostra?
Fakt, że osoby pochodzące z tego samego miejsca zostały zapisane do
innych szkół, był co najmniej podejrzany. Michael nie miał pewności, czy
należy w to wierzyć. Chociaż w sumie Lanford już nieraz dowiodła, że
absurd to jej drugie imię. No, może trzecie...
Dziewczyna przełknęła ślinę i zabrała się do zamiatania kolejnego
stopnia.
Sto trzydzieści osiem szkół senturalnych na terenie całych Stanów,
dodatkowe szesnaście na terenie Kanady, a ona nie mogła sobie obecnie
przypomnieć żadnej nazwy. Poza szkołą senturalną imienia Flanagana
Mallaroya, oczywiście.
Może i lepiej. Mało szczegółowe kłamstwo łatwiej jest obronić i utrzymać.
- Jest w innej szkole, Michael - rzuciła niecierpliwie. Ręce nadal
trochę się jej trzęsły, ale maskowała to szybkimi ruchami. - Czemu
miałabym ci powiedzieć, w której? Chcesz ją spróbować dręczyć na
odległość? Zapomnij.
Ze wszystkich osób, które mogły ją zdemaskować, musiał to być on. Od
początku robił wszystko, żeby uprzykrzyć jej życie, a teraz wiedział, że
ma na imię Erin i zajmuje miejsce swojej bliźniaczki. Brawo, Erin,
brawo.
O dziwo Castalaw nie atakował dalej. Wycofał się zupełnie. Ona
sprzątała, wciąż zaniepokojona, on podążał za nią w ciszy, śledząc każdy
ruch. W jego milczeniu czaiło się coś niepokojącego.
Dopiero blisko parteru chłopak ponownie zabrał głos:
- Mógłbym wszystkim powiedzieć.
Ten arogancki skurwiel... Rzucił groźbę ot tak - niczym luźną sugestię,
opanowanym, prawie beztroskim tonem. Erin znowu zadarła głowę, obiecując
sobie w myślach, że tym razem kolor jego oczu jej nie zaskoczy.
- Nikt ci nie uwierzy.
- Chcesz się przekonać? - Michael zaśmiał się cicho.
Nie, nie chciała się przekonywać. Bardzo, bardzo nie chciała. Wzięła
głęboki oddech i wsparła się na miotle.
- Czego chcesz? - zapytała wreszcie przez zaciśnięte zęby.
- Niczego - odpowiedział Castalaw z tym swoim stoickim spokojem, który
sprawiał, że w niej się gotowało. Ruszył w dół. Zatrzymał się dosłownie
na chwilę, kiedy ją mijał. Przychylił się blisko, żeby móc odezwać się
bardzo cicho. - Przynajmniej na razie.
Z tym ją zostawił.
Erin zamarła, kiedy ją mijał, i wciąż stała bez ruchu. W powietrzu
unosiła się jego groźba. Dopiero gdy była pewna, że chłopak jest już
daleko, wypuściła z rąk miotłę i opadła na jeden ze stopni. Ukryła twarz
w dłoniach, wypuściła wolno powietrze, a potem przeklęła siarczyście.
Michael Castalaw miał ją w garści.
***
Wracając do bractwa Zmiennokształtnych, Erin nie mogła pozbyć się
wrażenia, że śledzi ją czyjeś spojrzenie. Dupek znał jej sekret i teraz
znów czuła się jak podczas pierwszych dni w Mallaroy - niepewna i nieprzygotowana. Przekonana, że każdy uczeń widzi w jej zachowaniu coś
podejrzanego.
Nim udało jej się dotrzeć do własnego pokoju, panika zmieniła się w złość. Była wściekła na wszystko. Na Michaela, bo był Michaelem. Na Eve
jakąś-tam, która wplątała ją w to kłamstwo. Na całą senturę, za to, że
istniała i z dnia na dzień odebrała jej siostrę. Na Mallaroy i cały
głupi sojusz, za wszystkie pokręcone zasady i tajemnice.
Czyj to był pomysł, żeby ściągać nastolatków do obcego miejsca i trzymać
ich za murami, jak w więzieniu?! Kiedy postawiła wreszcie stopę w pokoju, który całe szczęście był pusty, miała ochotę coś walnąć. Mocno.
Nie myśląc wiele, przebrała się w luźne dresy, związała włosy i z determinacją wymaszerowała do szkolnej siłowni, o której istnieniu
wiedziała do tej pory jedynie z opowieści Lucasa i Tatiany.
Nie była wielką fanką ćwiczeń. Podobała jej się sama wizja, jednak gdy
przychodziło co do czego, bardzo, bardzo, bardzo jej się nie chciało
zmuszać ciała do ruchu. Moment nigdy nie był właściwy, była zbyt
zmęczona, zbyt rozkojarzona lub zestresowana, panował za duży upał albo
było za zimno... Mogła tak wyliczać w nieskończoność. Teraz jednak czuła
się tak bezradna wobec pochłaniającego ją gniewu, że była gotowa
spróbować wszystkiego, by tylko jakoś go z siebie wyrzucić.
Alea przepracowywała problemy wewnętrzne za pomocą długich spacerów ze
słuchawkami w uszach. Na Erin to nie działało, bo zazwyczaj zmagała się
z przytłaczającą gwałtownością swoich emocji. Przychodziły do niej
często nieproszone, w ciężkich butach, osaczając ją niczym zorganizowana
armia, i nie umiała się przed nimi bronić. Po części właśnie przez to
wylądowała w tej głupiej sytuacji z Castalawem, która doprowadziła do
tragicznego zdemaskowania. Jeśli miała jednak wybierać między winieniem
siebie a winieniem Michaela, zdecydowanie wolała to drugie. Niech się
chłopak chociaż raz do czegoś przyda.
***
Siłownia znajdowała się w głębi pierwszego piętra, jeszcze dalej niż
salon i sala bilardowa. Obecnie nie panował tam wielki ruch, bo bramy
Mallaroy już się otworzyły i wiele osób korzystało z okazji, by
odwiedzić miasto. Szkoła wcale nie znajdowała się na peryferiach
Chicago, jednak - schowana za wysokim murem i przesiąknięta senturą -
wydawała się zupełnie odizolowana. Tylko czasem, gdy dobiegało ich na
przykład niespodziewanie wycie przejeżdżającej nieopodal karetki,
wszystkim przypominało się, że wcale nie żyją w senturalnej próżni.
Teraz jednak wyła nie karetka, ale pełen frustracji głos w głowie Erin.
Dziewczyna wparowała do środka energicznym krokiem, minęła maszyny, maty
do ćwiczeń i ścianę luster, aż wreszcie jej uwagę przyciągnął sektor z workami bokserskimi.
Tak. To było to.
Wcześniej nie przejmowała się specjalnie własną siłą, ale w szkole
pełnej Wampirów, Wilkołaków i Łowców poczuła się nagle wyjątkowo słaba.
Może więc ćwiczenia przyniosą jej trochę pożytku. Na przykład następnym
razem mocniej przyłoży Michaelowi.
Przeszła do nieporadnych ciosów, wyładowując się na czarnym worku. Ten
jednak ledwo się kołysał.
- Robisz to źle - usłyszała za sobą poważny głos.
Walnęła worek jeszcze mocniej.
Ostatnie, czego było jej trzeba, to jakiś arogancki koleś kwestionujący
jej formę. Liczyła, że intruz sobie pójdzie, jeśli go zignoruje, ale
wciąż czuła z tyłu jego obecność. Poddała się więc i odwróciła w jego
stronę.
- Co niby robię źle? - rzuciła wojowniczo. Potem momentalnie nieco
ochłonęła.
Za nią stał Diego. Powinna poznać go po głosie, ale była zbyt
pochłonięta swoją złością. Łowca trzymał w rękach dwie pary rękawic
bokserskich, które można było wziąć ze stojaka w szatni. Zmierzył ją
uważnym spojrzeniem i Erin miała wielką nadzieję, że nie poczuł się
urażony. Co jak co, ale bezpiecznie zadzierać z Diego mogła chyba tylko
Tatiana.
- Źle wyprowadzasz ciosy - wyjaśnił spokojnie, podając jej jedną parę
rękawic. Jego wyraz twarzy był jak zawsze beznamiętny.
Erin kiwnęła głową, posłusznie akceptując zarówno krytykę, jak i rękawice.
Przebywanie z Diego bez Tatiany było dziwne. Nawet jeśli czasem dołączał
do ich paczki, Erin nadal ledwo go znała i wciąż nieco ją stresował.
Cały czas zdawał się zachowywać czujność, jakby spodziewał się jakiegoś
zagrożenia. Niewiele dało się wyczytać z jego twarzy, a ton głosu,
chociaż spokojny, miał w sobie często coś surowego.
- Jak więc powinnam wyprowadzać ciosy...? - zapytała z lekkim wahaniem,
nie do końca pewna, czy w ogóle chce jego pomocy. Jedno spojrzenie na
Diego i nagle cała jej emocjonalna reakcja wydawała się taka...
niedojrzała. Nie pierwszy raz czuła się przy nim jak mała dziewczynka,
chociaż był od niej starszy o zaledwie dwa lata.
Diego podszedł bliżej, ustawił się odpowiednio i uderzył w worek z imponującą siłą. Później powtórzył to samo, wolno, pokazując jej
dokładnie, jak powinien wyglądać właściwy ruch.
Erin spróbowała, ale chłopak pokręcił głową i powtórzył demonstrację
jeszcze wolniej. Potem skinął na nią, by wykonała kolejną próbę, jak
zawsze oszczędzając słowa.
Nie minęło pięć minut i niepewność dziewczyny zniknęła. Powaga i surowość Diego nie przechodziły w agresję, tylko w milczącą cierpliwość.
Wszystko wskazywało na to, że pomaga jej, bo jego sympatia do Tatiany
była na tyle duża, by zahaczyć czasem także o jej znajomych. Erin
uznawała to za niesamowicie urocze, chociaż oczywiście nie powiedziałaby
mu tego wprost.
W ogóle ze sobą nie rozmawiali. Chłopak wyrzucał z siebie jedynie
instrukcje. Erin była mu wdzięczna - zarówno za szkolenie, jak i za
milczenie. Mogła dzięki temu tak jak on wycofać się odrobinę w głąb
siebie. Dosięgnąć złości i frustracji, przegryźć je i wypluć wraz z ciosami. Nim się obejrzała, ćwiczyli właściwie razem.
- Mogłabyś wstąpić do klubu.
Erin, zgrzana i zdyszana, przerwała ćwiczenie i zerknęła na chłopaka z zainteresowaniem, ocierając palcami pot z twarzy.
- Jakiego klubu?
- Sztuk walki. Dla początkujących. Dwie Łowczynie z ostatniego roku
prowadzą zajęcia dla chętnych, ja czasem im pomagam.
Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi.
- Dużo to się różni od zajęć z samoobrony? - zapytała i zaraz wydało jej
się, że dostrzega na twarzy Diego cień zmęczenia. Przywiodło jej to na
myśl Tatianę. Oboje sprawiali wrażenie osób, które dużą część życia
spędzają, tłumacząc innym rzeczy, które dla nich są oczywiste.
- Na samoobronie uczą strategii obronnych z uwzględnieniem
specyficzności każdego z rodzajów. W klubie nauczysz się mieszanych
technik sztuk walki. Celem jest nabranie sprawności i opanowanie
konkretnych ataków.
- A mogę przyjść na jedne zajęcia i zobaczyć, czy mi się spodoba?
Diego kiwnął głową. Nie dało się odgadnąć, czy jej decyzja go cieszy,
czy wręcz przeciwnie. Był wciąż tak samo obojętny.
- Ostatni raz - polecił, patrząc znacząco na worek.
Erin odetchnęła głęboko, przymknęła na chwilę oczy, po czym walnęła w worek, wyobrażając sobie, że to twarz Michaela Castalawa.
Łowca spojrzał na nią z cieniem uznania.
4.
Oczarowana
Oczekiwanie było najgorsze.
Erin miała pewność, że Michael będzie chciał wykorzystać odkrycie połowy
jej sekretu w jakiś irytujący sposób, ale wyglądało na to, że zamierzał
z tym trochę poczekać. Weekend mijał więc niepokojąco spokojnie - lidera
Wampirów nigdzie nie było widać, a większość jego zwolenników
przesiadywała za murami, korzystając z otwartej bramy.
Erin była stworzona do otwartej konfrontacji. Castalaw natomiast
wiedział, że wygrał, i dlatego nigdzie mu się już nie spieszyło.
Cholera, była pewna, że odwlekanie wszystkiego sprawia mu ogromną
satysfakcję. Widziała w tym tylko jeden plus: Michael jej nie wyda.
Przynajmniej nie teraz. Za dobrze się bawi jej kosztem. Sytuacja ta
mogła się jednak zmienić, jeśli zanadto go zirytuje. To oznaczało jedno
- że będzie musiała trzymać głowę nisko.
Z jej charakterem? Powodzenia.
Cała ta sprawa wisiała nad nią złowieszczo niczym burzowa chmura. Sobota
jakoś zleciała, w niedzielę jednak czuła coraz większą presję, zwłaszcza
że jej współlokatorki zajęły się swoim sprawami. Erin nie była w stanie
zmusić się do odrobienia lekcji, nie miała ochoty czytać ani iść na
siłownię. Ostatecznie postanowiła się schronić w bractwie Wilkołaków.
Zarówno Keith, jak i Lucas mieli w sobie pewien zdrowy rodzaj beztroski,
który zawsze sprawiał, że jej panika słabła. Mogła się przy nich
zatrzymać. Wziąć oddech. Uwierzyć, że będzie dobrze lub nie będzie
dobrze, ale przetrwa to tak czy siak. Bo życie jest, jakie jest, i będzie, jakie będzie, tak długo, jak długo Kosmos ma na ten temat coś do
powiedzenia.
Keith był jednak pochłonięty swoimi pasjami: od nauki programowania
przez gry komputerowe po klub szachowy. Skupiał się często na własnych
sprawach i innych znajomościach. Podobnie było z Lizzy i jej zespołem
cheerleaderskim oraz pasją do rysowania, a także z Tatianą, która
dzieliła czas między przyjaciół, Diego oraz potrzebę samotności i miłość
do czytania.
Lucas i Erin tymczasem podzielali akurat to samo hobby i było to
stawianie świadomego oporu pędowi współczesnego świata.
(Lubili marnować czas).
Wiele razy zostawali sami, bez reszty paczki. Często nie robili zupełnie
nic, nawet nie rozmawiali. Wspólnie wylegiwali się na kanapie czy łóżku
i ignorowali prace domowe przy akompaniamencie ulubionych playlist
Lucasa. Większość składała się z popu i rocka z lat siedemdziesiątych,
osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Teraz też byli sami, bo Erin tylko jego zastała w pokoju. Lucas robił
coś na laptopie przy biurku, ona siedziała obok na podłodze i przerzucała strony zabranego z salonu komiksu. Magazyn wychodził co
tydzień i ukrywały się w nim prawdziwe informacje ze świata sentury.
System senturalnych czasopism działał podobnie do tego z książkami.
Wilkołak westchnął niespodziewanie nad jej głową.
- Okej, Al, co się dzieje? - zapytał, przenosząc na nią wzrok.
Erin spojrzała w górę.
- Czemu miałoby się coś dziać?
- Robisz minę - oznajmił Lucas.
- Nie robię żadnej miny.
- Robisz. Tę, którą masz zawsze, kiedy przegrywasz. Plus od dwóch dni
snujesz się po internacie jak zagubiony kot.
Erin zmrużyła oczy.
- Czy to jest dochodzenie, Cade?
- A masz jakąś zbrodnię na sumieniu, Lanford?
Chłopak uśmiechnął się zadziornie, jak zawsze przygotowany na jej słowne
zaczepki. Erin przygryzła lekko wewnętrzną stronę policzka. Tak się
składało, że miała dużo na sumieniu.
- No dalej, Al, o co chodzi? - zapytał Wilkołak już poważniej. W jego
głosie dało się usłyszeć zmartwienie.
- O wszystko - oznajmiła wymijająco po chwili milczenia i westchnęła
głęboko.
Och, jak bardzo miała dość tego oszukiwania! Dopiero co sprzedała im
kolejną bzdurę - że jej bliźniaczka jest w innej senturalnej szkole.
Teraz musiała ukryć to, że Castalaw wiedział więcej.
- Czyli...? - Chłopak się nie poddawał.
Nie chciała okłamywać przyjaciół. Nie chciała okłamywać Lucasa.
Znowu westchnęła.
- No, wiesz. Tęsknię za rodziną, za swoim miastem i takie tam... Do tego
mamy ten durny szlaban i już patrzeć nie mogę na te mury. Nauki też
wrzucają nam coraz więcej, a teraz jeszcze Michael nasyła na nas swoich
fanów.
Wilkołak przekręcił się na obrotowym krześle, zwracając się w jej stronę
całym ciałem.
- No tak, mogłem się domyślić, że to on. - Skrzywił się lekko. - Co
znowu zrobił?
- Nic nowego. Nic nie zrobił - skłamała. - Po prostu stale tu jest.
Ciągle mnie wkurza, a jak go nie ma, to wkurzają mnie jego cholerni
poddani. To jest żałosne. Monarchia jest obleśna. Niczym sobie nie
zasłużył na swoją pozycję! Jeszcze w dodatku ta sprawa z kluczami... -
jęknęła i ukryła twarz w dłoniach. Satysfakcja po spoliczkowaniu
Castalawa wyblakła z czasem i teraz było jej głównie wstyd, że cała
szkoła widziała, jak dramatycznie puszczają jej nerwy. - On jest tak
bardzo... Ughh! - skończyła elokwentnie, rozdrażniona samym myśleniem o Wampirze.
Lucas poklepał ją po głowie. Trochę tak, jak klepie się naburmuszonego
kota.
- Będzie dobrze, kocie.
Ano właśnie.
Lizzy była królikiem, Tatiana puszczykiem, a Erin kotem, chociaż nawet u jej siostry nie była to prawdziwa forma, tylko pierwsza. Przynajmniej z tego, co Erin wiedziała. Lucas czasem używał wobec nich tych nazw z żartobliwą sympatią. Całkiem to lubiła. Lubiłaby pewnie jeszcze
bardziej, gdyby nie wiązało się bezpośrednio z jej kłamstwem na temat
własnego rodzaju...
Jego głos dodawał otuchy, ale Erin i tak zmarszczyła nos na dźwięk
przezwiska i rzuciła mu pełne pretensji spojrzenie, bo wciąż się o to
przekomarzali dla żartów. On tylko się cicho zaśmiał.
- A tak na poważnie - odezwał się zaraz znowu - to nie myśl o tym.
Wszyscy w Mallaroy się nakręcają plotkami. Za kilka dni wybuchnie nowa
sensacja i wielbiciele Castalawa dadzą ci spokój. Nikt nie będzie
pamiętał, jak się nazywasz.
- Ej! - Erin żachnęła się natychmiast teatralnie. - Może ja lubię być
sławna!
Lucas znów się zaśmiał.
- Mhm. W takim razie koniecznie skompromituj kogoś w poniedziałek. Na
przykład Keitha. Nie raczył wyprać swoich skarpetek od tygodnia, trzyma
je wszystkie pod łóżkiem.
- Ha, ha - skomentowała Erin grobowym tonem, ale i tak przeczołgała się
kawałek po ziemi i uniosła rąbek narzuty zwisającej z materaca.
Rzeczywiście w ciemności pod łóżkiem udało jej się dojrzeć całkiem
imponującą stertę najróżniejszych skarpetek. Wycofała się natychmiast,
krzywiąc otwarcie.
- Fuuj! - jęknęła, chichocząc.
- Mhm - przytaknął znów Lucas, pochylony z powrotem nad ekranem. Też się
szczerzył. - Aczkolwiek przyznam, że ja jakiś wkład w ten stos też mam...
W internacie każdy był odpowiedzialny za własne pranie, ale nie każdy
miał do niego motywację.
- Wstyd! Macie szczęście, że mieszkacie sami.
Czarodziejów do Mallaroy chodziło najwięcej, Zmiennokształtnych i Łowców
tylko odrobinę mniej. Bractwo Wilkołaków było już znacząco mniejsze, bo
przemiany zdarzały się częściej wśród dorosłych niż nastolatków czy
dzieci. Zdecydowana większość pokoi miała więc tylko dwa łóżka, jedno z nich jednak można było w razie potrzeby zamienić w piętrowe. Wampirów
tymczasem było naprawdę mało. Tak mało, że każdy z nich mógłby mieć
własny pokój, jednak w imię sprawiedliwości i socjalizacji pozostano
przy dwuosobowych. Część sypialni stała więc pusta i stanowiła rezerwę,
zresztą jak w każdym bractwie. Pozostałe traktowano jak magazyny.
- Rozważę to - stwierdziła Erin wreszcie, wracając do pomysłu
spoliczkowania kogoś publicznie, by odzyskać przemijającą sławę.
Oczywiście żartowała. Przed poznaniem Michaela nigdy nie uwierzyłaby, że
jest zdolna do tak dramatycznego gestu. Teraz wierzyła, że tylko on
potrafi ją aż tak wyprowadzić z równowagi.
- Mhm - mruknął Lucas, znów skupiony na laptopie.
Erin chwilę mu się przyglądała.
- Naprawdę robisz pracę domową - zauważyła wreszcie z uznaniem.
- Naprawdę robię pracę domową - przyznał z dumą, nawet się nie
odwracając.
Erin prawdopodobnie powinna zająć się własnymi zadaniami. Zazwyczaj,
kiedy wreszcie udawało jej się usadzić tyłek na miejscu i otworzyć
książki, odkrywała, że zdobywanie wiedzy jest całkiem przyjemne.
Zazwyczaj. Czasem. Nie zawsze.
- Ale tak naprawdę-naprawdę? Czy tak bardziej połowicznie? - rzuciła
niewinnie.
Lucas westchnął dramatycznie i bardzo na pokaz.
- Naprawdę próbuję, Al.
- Próbujesz od kilku godzin, mam wrażenie.
- Bo mnie co chwila rozpraszasz. - Uśmiechnął się łobuzersko. Tym razem
się do niej odwrócił i znów poklepał ją po głowie. Niech go cholera. -
Znajdź sobie jakieś zajęcie, co?
Dziewczyna spojrzała na trzymany wciąż na kolanach komiks, po czym
odłożyła go na stertę książek i zeszytów, która leżała przy biurku.
- Znajdę sobie jakieś zajęcie - oświadczyła, celowo go papugując.
Niezależnie od tego, jak lubiła się z Lucasem przekomarzać, czasami
należał mu się spokój. Ociągała się jednak z wyjściem dlatego, że w następną sobotę wypadała pełnia i wszelkie plany towarzyskie musiały
ustąpić jej miejsca.
- A ty zrobiłaś już całą pracę domową? - zapytał nagle Lucas, patrząc na
nią podejrzliwie.
Erin jęknęła.
- Zrobię później? - zaproponowała, jakby to był jego interes, nie jej.
- Mamy niedzielę - uprzedził ją Wilkołak z rozbawieniem. - "Później"
zaczyna się teraz. Myślisz, że czemu to robię?
Dopiero gdy poznali się naprawdę dobrze, Erin odkryła, że wyluzowanie
Lucasa ma swoje granice. Czasem chłopak przejawiał niespodziewanie dużo
odpowiedzialności. Jakby miał jakiś wewnętrzny system obronny przed
stoczeniem się na drogę absolutnej porażki. Z doświadczenia wiedziała,
że nie warto z tym walczyć.
- Z miłości do edukacji? - rzuciła z niepokojącym uśmiechem.
- Ha, ha - mruknął. - Sio. Lekcje. Już.
Siedział na tyle blisko, że mógł trącić łydką jej ramię. Raz, drugi raz.
Zanim się obejrzała, już stał nad nią i ciągnął do góry, by wstała z ziemi, jednocześnie popychając w stronę drzwi. Gdzieś po drodze oboje
zaczęli się strasznie śmiać i przez chwilę byli kłębiącą się plątaniną
nóg i rąk, aż wreszcie Erin znalazła się za progiem, stojąc o własnych
siłach.
- Pragnę ci serdecznie podziękować za bycie bardzo rozczarowującym
kompanem nicnierobienia.
- Podziękujesz mi jutro, za pomoc w mobilizacji - obiecał Wilkołak i raz
jeszcze poklepał ją po głowie, patrząc na nią z rozbawieniem.
Erin znów zmarszczyła nos, natychmiast przygładzając włosy.
- Mogliśmy się świetnie bawić! - krzyknęła za nim z udawaną pretensją w głosie. - Mogliśmy przeżywać najlepsze chwile naszej młodości, ale ty
wybrałeś algebrę!
- Żegnaj, najdroższa! - odkrzyknął Lucas bez cienia żalu i zniknął w swoim pokoju.
Erin uśmiechnęła się szeroko bez większego powodu i ruszyła w stronę
wyjścia z bractwa Wilkołaków. Zanim przeszła cały korytarz, wysoka
sylwetka pojawiła się w polu jej widzenia.
- Peacemaker!
Powitanie Keitha słychać było chyba na całym piętrze. Zatrzymał się
przed nią z szerokim uśmiechem. W jednej ręce miał laptopa, w drugiej
tabliczkę czekolady.
- Pomyliłaś bractwa. Twoje jest po drugiej stronie. No wiesz, obraz z zielonymi bohomazami, którego nikt nie rozumie, małe zoo za drzwiami,
niska energetyczna blondynka i wszechwiedząca wyznawczyni ponuryzmu...
Wszystko to za innymi drzwiami - oznajmił z powagą, kiwając głową.
Erin dźgnęła go palcem w brzuch.
Dosłownie chwilę po tym, jak Lucas wypchnął dziewczynę ze swojego
pokoju, drzwi znów się otworzyły. Chłopak już otwierał usta, przekonany,
że to znowu ona, ale do środka wszedł Keith z dziwnym wyrazem twarzy.
- Alea powiedziała, że jeśli nie wypiorę skarpet, to mnie skompromituje
na oczach całej szkoły i zostanie sławna...? - Spojrzał zdezorientowany na
przyjaciela, marszcząc pytająco brwi.
Lucas odpowiedział mu śmiechem.
***
Erin cały czas spodziewała się jakiegoś ruchu ze strony Michaela, a mimo
to gdy moment ten wreszcie nadszedł, czuła się całkowicie
nieprzygotowana. Znowu.
Szerokie korytarze pełne były nastolatków, bo chwilę wcześniej skończyły
się zajęcia. Erin stała w holu, gdzie najłatwiej było złapać znajomych,
by razem wrócić do internatu. Jako ostatnia pojawiła się Lizzy,
zbiegając w podskokach w dół z plecakiem zarzuconym na ramię, i w końcu
stali całą paczką, zastanawiając się, co będą dziś robić.
- Nie wiem jak wy, ale ja głosuję za bilardem - stwierdził Keith, kiedy
ruszyli ślimaczym tempem w stronę dziedzińca.
- Szansa, że uda nam się zająć stół, jest bardzo niewielka - zauważyła
Tatiana, jak zwykle balansując między realizmem a pesymizmem.
- Równie niewielka jest szansa, że kucharki pozwolą ci wziąć więcej niż
dwa kotlety naraz, a przysięgam, że chłopak przy stoliku obok nas miał
podczas lunchu na talerzu trzy!
- O nie - jęknęła Lizzy. - Tylko nie wracajmy do tematu kotletów.
- Kiedy ja wam mówię - oburzył się na nowo Keith - że to jest ogromna
niesprawiedliwość. Czuję się okradziony z kotletów!
- Nie za taki kraj walczyłem - zgodził się Lucas leniwie.
Keith zaczął wygrażać pięścią jakiemuś nieistniejącemu wrogowi, zupełnie
ignorując uwagę Tatiany, że nikt z nich nigdy o żaden kraj nie walczył.
Na szczęście dyskusję przerwał czyjś pewny siebie głos.
Zatrzymali się prawie natychmiast, nie tyle zdziwieni, ile zmęczeni.
Nikt, kto miał za sobą cały dzień nauki, nie chciał użerać się z elitą
Wampirów.
Na korytarzu po prawej stronie stał Michael Castalaw ze swoją świtą. Nie
byli blisko. Znajdowali się dobre kilkanaście metrów od paczki
przyjaciół, ale blondyn najwyraźniej wolał używać donośnego głosu niż
nóg.
- Lanford - powtórzył z perfidnym uśmieszkiem na ustach, który Erin
znała zdecydowanie za dobrze. - Pozwól tu.
Jego bezczelność nie znała granic! Keith prawie zakrztusił się
powietrzem, nawet Lizzy prychnęła.
- Jasne. Co jeszcze? - mruknął Lucas, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Erin słuchała reakcji przyjaciół i wrzeszczała. Nie na głos, w myślach.
Wiedziała doskonale, co Michael robi. Chciał jej przypomnieć, że ma
przewagę.
Gdyby historyjka, jaką mu sprzedała, była prawdziwa, nie musiałaby się
go słuchać. Nie mógłby jej niczego udowodnić, nikt by nie uwierzył, że
bliźniaczki zamieniły się miejscami na cały rok szkolny bez powodu.
Jednak Erin żyła w sieci kłamstw. Jeśli Michael napomknąłby komukolwiek
o tym, co mu powiedziała, miałaby poważny problem. Nie było drugiej
Lanford w innej szkole senturalnej. Więcej - obecnie nie było drugiej
Lanford w ogóle w żadnej innej szkole, nawet ludzkiej!
Tak więc Michael miał ją w garści, chociaż z trochę innego powodu, niż
mu się wydawało. Gdyby to nie dotyczyło jej osobiście, uznałaby całą
sytuację za całkiem zabawną. Może nawet wartą przerobienia na książkę
albo serial. Jednak dotyczyło to jej osobiście i śmiech był ostatnią
rzeczą, na którą miała ochotę.
- Nie czekajcie na mnie - powiedziała niewyraźnie, wstydząc się własnych
słów i tego, że musiała na oczach przyjaciół posłuchać Castalawa.
Wszyscy mieli ją za nieugiętą. Wszyscy liczyli, że jest ponad jego
dziecinne zachowanie. Tymczasem ona musiała ulec.
- Rozprawię się z nim i do was dołączę - dodała jeszcze, próbując
brzmieć przekonująco. Jakby to nadal była jej decyzja, a nie rozkaz
Michaela. Ruszyła do przodu natychmiast po tych słowach, nie chcąc
widzieć zdumionych, rozczarowanych spojrzeń przyjaciół i słyszeć ich
pytań "dlaczego?" i "po co?".
Szła energicznie, stawiając długie kroki, żeby jak najszybciej przebyć
upokarzającą drogę. Z każdym metrem coraz wyraźniej widziała pełen
samozadowolenia uśmiech Wampira. Stał na środku korytarza z rękoma
skrzyżowanymi na torsie, z jak zwykle idealnie układającymi się włosami,
w tych swoich śmiesznie eleganckich ubraniach. Jaki siedemnastolatek z własnej woli łazi na co dzień w białych koszulach?!
O ile Christopher i Pamela z przyjemnością przyglądali się tej torturze,
nie znajdując w tym posłuszeństwie niczego dziwnego, o tyle Jasper wolno
wodził wzrokiem od niej do swojego przyjaciela, jakby starał się coś
rozgryźć. Michael tymczasem patrzył na zbliżającą się dziewczynę z satysfakcją. Widział miny jej przyjaciół oraz płonący w jej oczach
gniew. Erin wyglądała jak tornado, kiedy tak parła w jego stronę z palcami zaciśniętymi w pięści i ustami w cienką kreskę. Erin. Nie Alea.
Niepokój ogarnął Castalawa dopiero wtedy, kiedy dziewczyna znalazła się
naprawdę blisko i nie zwolniła ani odrobinę. Zamiast tego chwyciła
chłopaka za rękaw koszuli i parła nadal naprzód, ciągnąc go za sobą.
W normalnej sytuacji Michael, jako Wampir, byłby w stanie stawić opór
bez wysiłku, ale w tym momencie był tak zszokowany, że zamiast zatrzymać
ją w miejscu, patrzył na nią jedynie z niedowierzaniem.
Może Pamela miała rację? Może z Erin Lanford jest coś bardzo nie tak?
Dziewczyna zaciągnęła go za róg i wepchnęła do pierwszej pustej klasy,
po czym mało subtelnie zatrzasnęła za nimi drzwi. Dopiero gdy byli już
sami, bez ewentualnych gapiów, puściła go, nie przejawiając żadnej
troski o drogą, pomiętą obecnie koszulę. Michael otrząsnął się wreszcie
z szoku i natychmiast zmrużył oczy.
- Co ty niby wyprawiasz?!
- Posłuchaj mnie uważnie, ty skończony idioto... - zaczęła Erin ostro.
Wampir mógłby przysiąc, że przez chwilę zobaczył w jej oczach prawdziwe
płomienie. - Oboje wiemy, że poznałeś mój sekret i ponieważ jesteś
skończonym chamem i kompletnym dupkiem, będziesz to wykorzystywać, żeby
się nade mną znęcać. Wiemy też, że kochasz upokarzać innych publicznie,
bo w ten sposób możesz zaspokajać jakąś powaloną potrzebę demonstrowania
władzy. Ale jeśli będziesz chciał pomiatać mną tak jawnie, to wszyscy
zaczną się zastanawiać, czemu ci na to pozwalam. Moi przyjaciele zaczną
się zastanawiać. Będą zadawać pytania i prędzej czy później będę
zmuszona im wszystko powiedzieć! Albo ktoś inny sam wpadnie na trop
całej sprawy! Zanim się obejrzysz, ktoś spośród tysiąca uczniów odkryje
prawdę, nauczyciele się dowiedzą i zniknę z Mallaroy albo dostanę karę
na następne dwa lata nauki. Tak czy inaczej, sekret przestanie być
sekretem i nie będziesz miał czym mnie szantażować! Koniec z twoją
słodką przewagą, koniec z popisami władzy. Więc zrób sam sobie przysługę
i naucz się dyskrecji - syknęła, zbliżając się jeszcze bardziej. - Bo
obiecuję, że jeśli pójdę przez ciebie na dno, to dopilnuję, żebyś też
się utopił.
On groził jej wydaniem sekretu, ona groziła mu utratą przewagi, jeśli to
zrobi. Znaleźli się w dziwnym impasie.
Właściwie była pod wrażeniem samej siebie. Nie przypuszczała, że jej
głos zabrzmi aż tak stanowczo i nienawistnie. Michael wpatrywał się w nią z mieszanką złości i podziwu. To drugie rozpoznała dopiero po chwili
i tak bardzo ją to zaskoczyło, że przez moment miała w głowie zupełną
pustkę. Otrząsnęła się jednak szybko, nadal nakręcona krążącą w jej krwi
złością.
- Hej! Co ty...? - Michael otworzył szerzej oczy, bo Erin zrobiła kolejny
krok do przodu, po czym pochyliła się w jego stronę i... wsunęła rękę do
tylnej kieszeni jego spodni.
Castalaw próbował zrozumieć, jakim cudem ktoś taki jak Erin Lanford w ogóle istnieje.
Dziewczyna odsunęła się od niego tak szybko, jak się przysunęła. Teraz
miała w dłoni jego komórkę, co natychmiast rozjaśniło sytuację.
- Kod - zażądała.
- Jesteś nienormalna - odparł Michael, wciąż z nutą niedowierzania w głosie. Nie istniał wszechświat, w którym podałby jej swój kod do
telefonu!
Erin wyglądała, jakby była gotowa taki wszechświat samodzielnie
wykreować.
- Odblokuj ten pieprzony telefon, Michael.
- Słownictwo - upomniał ją natychmiast chłopak z niesmakiem. Potem
przyłożył palec do czytnika linii papilarnych, pozostawiając komórkę w jej rękach. Był... zaintrygowany.
Erin przez moment agresywnie stukała palcami w ekran, po czym wcisnęła
urządzenie w dłonie Wampira.
- Następnym razem, jeśli będziesz czegoś chciał, to napisz, zamiast
robić scenę - rzuciła ostro i odwróciła się na pięcie.
Zatrzymała się jeszcze na chwilę przy drzwiach, odwracając się w jego
stronę po raz ostatni.
- Zamorduję cię, Castalaw - oznajmiła z determinacją. - Kiedyś, kiedy to
wszystko już się skończy, znajdę cię i zamorduję gołymi rękoma.
Z tym złowrogim pożegnaniem wymaszerowała z klasy.
- Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak próbujesz - mruknął Michael
sam do siebie, zerkając w stronę wyjścia.
Był pod wrażeniem. Choć oczywiście czuł w sobie ukłucie irytacji, nie
było w nim gniewu. Od kiedy trzy dni temu odkrył, że Alea to Erin, żył w przekonaniu, że gra jest skończona. Nie był sobie w stanie wyobrazić,
żeby dziewczyna znalazła odwagę, by przeciwstawić mu się po raz kolejny,
a jednak... Było w tym coś ekscytującego. Nie pamiętał, czy od czasu
przemiany kiedykolwiek czuł aż tyle emocji jednocześnie.
Dziewczyna była naiwna, impulsywna i zdrowo pokręcona, biorąc pod uwagę
fakt, że podszywała się pod własną siostrę. Miała irytujących
przyjaciół, żałosne maniery i brak jej było podstawowej dyscypliny. Ale
nie była nudna. To musiał jej przyznać.
Spojrzał na wyświetlacz telefonu i uśmiechnął się do siebie. Nowy
kontakt został zapisany jako "nienawidzę cię".
"Napisz moją pracę z historii na piątek. Pięć stron". Kliknął wyślij, po
czym wreszcie sam też opuścił klasę, poprawiając pogniecioną koszulę.
Dźwięk nadchodzącej wiadomości odezwał się już po chwili.
"Odpieprz się".
"Słownictwo, Lanford".
"Proszę, odpieprz się".
Przez kilka minut jego telefon milczał, po czym otrzymał kolejną
wiadomość.
"Jaki jest temat pracy?"
Michael Castalaw uśmiechnął się szeroko.
***
Lizzy była z ich paczki najlepsza z historii i Erin udało się ją
namówić, żeby pomogła jej opracować temat zadania w zamian za napisanie
krótkiego eseju na angielski. Wydawało się to o tyle istotne, że Michael
był o rok wyżej od Erin i dziewczyna musiała wszystkiego dowiedzieć się
od zera, bo sama jeszcze tego materiału nie przerabiała. Kosmosowi niech
będą dzięki za internet i niskie, kochane Zmiennokształtne.
W czwartek Erin musiała przerwać grę w karty z Keithem w salonie, żeby
osobiście dostarczyć liderowi Wampirów senturalny komiks informacyjny z jadalni do jego pokoju.
W sobotę chłopak z perfidnym uśmiechem kazał jej zrobić pranie i pożałował tego w niedzielę, kiedy odkrył, że Erin absolutnie,
całkowicie, zupełnie niechcący wrzuciła amarantowy ręcznik do pralki
pełnej jego białych koszul i wszystkie zrobiły się pastelowo różowe.
Więc poniedziałek dziewczyna spędziła, unikając Michaela jak ognia, bo
chłopak był gotowy rozerwać ją na strzępy. Mimo to, jej zdaniem, było
warto.
We wtorek to ona pożałowała, bo okazało się, że Wampir w pastelowym różu
wygląda lepiej niż dobrze.
Ich relacja zdawała się nieco stabilizować. Nikt jeszcze nigdy nie
działał Erin na nerwy tak bardzo jak Michael. I nikt jeszcze nigdy nie
odnosił się do Michaela z taką arogancją, jak robiła to Erin. Jednak
Lider Wampirów faktycznie ograniczył publiczne upokarzanie dziewczyny do
minimum, a ona przełknęła dumę i zaczęła w tajemnicy przed innymi
wykonywać jego polecenia, by uniknąć większych kłopotów. Oczywiście
mogłaby w ogóle nie wierzyć w jego groźby, z nadzieją że nigdy nie
odważyłby się jej wydać, ale miała zbyt dużo do stracenia, by tak
ryzykować. Nie chodziło przecież tylko o pozycję w szkole, chodziło o przykrywkę siostry, o bezpieczeństwo osób, z którymi Alea przebywała...
Kto wie, może chodziło o czyjeś życie.
Biorąc to wszystko pod uwagę, życie Erin w Mallaroy nabrało pewnego
rytmu. Nie był on ani trochę spokojny, ale przynajmniej nie natykała się
już co chwilę na wielkie niespodzianki.
Najbardziej niepokojące było teraz to, że głęboko, głęboko, głęboko w środku Erin to wszystko odrobinkę, chyba, być może, troszkę lubiła. Na
widok Michaela jakiś głosik w kącie jej umysłu rzucał z zadowoleniem:
"O, będzie się działo". Wstydziła się tego sama przed sobą. Czy naprawdę
upadła aż tak nisko? Albo może tak desperacko potrzebowała cudzej uwagi?
No fatalnie. Okropnie. Tragedia. Zdecydowanie powinna znaleźć sobie
jakieś hobby i zająć myśli czym innym.
Aczkolwiek, jeśli miała być szczera, to próbowała. Nie raz. Nie mogła
się jednak przy niczym zatrzymać na dłużej. Zaczynała i nie kończyła
albo wręcz przeciwnie - wciągała się za mocno, przesadzała i niedługo
potem porzucała daną aktywność, czując przesyt.
Wszystko dookoła niej zdawało się zawsze pędzić za szybko i jednocześnie
wlec zbyt wolno. Zapominała, gubiła się, wracała, wpadała w impulsywne
obsesje, czuła niewytłumaczalny wstręt i irytację, walczyła z własnymi
emocjami... Może coś z nią było nie tak, a może była bardzo zwyczajną
szesnastolatką. Kto to tam, cholera, wie.
Tęskniła za siostrą. Alea potrafiła nadać im obu rytm, bez którego Erin
zdecydowanie za często się potykała. Z drugiej strony Erin była
impulsem, którego Alei - często ostrożnej, wątpiącej w siebie -
potrafiło brakować. Dopełniały się.
***
Dzwonek zaganiający uczniów na lekcje rozległ się w całym budynku w momencie, kiedy Keith wepchnął sobie do ust ostatni kawałek kanapki.
- Mówiłam, że się przez niego spóźnimy - mruknęła Tatiana, kiedy
kierowali się szybkim krokiem w stronę dziedzińca.
- Hej! Wiesz co mawiają - obronił się Keith, absolutnie nieurażony. -
Czwartki są po to, żeby wszystko robić wolniej, a spóźnienia się nie
liczą.
Erin zaśmiała się cicho, popychając ciężkie drzwi prowadzące do segmentu
szkolnego.
- Keith, nikt nigdy tak nie powiedział. Wymyśliłeś to sekundę temu! -
Pokręciła głową z rozbawieniem. - A poza tym poczekaj, przecież dzisiaj
jest poniedziałek, a nie czwartek!
Tatiana skinęła im w milczeniu głową na pożegnanie i odłączyła się, by
pójść do swojej sali.
- No, to tym bardziej, w poniedziałki to już w ogóle. - Keith machnął
ręką w kierunku schodów. - Patrzcie, wszyscy nadal idą. Nie jesteśmy
nawet ostatni! W ogóle, to chyba jesteśmy za wcześnie. Spójrzcie na ten
korek! Cholercia, mogłem jeszcze jedno sudoku machnąć w jadalni.
- Nie mogłeś - zapewnił go Lucas, wspinając się zaraz za przyjacielem po
schodach.
Keith tym razem nie wyolbrzymiał. Na drugim piętrze zbierał się tłum.
Coś na górze głównych schodów blokowało przejście i uczniowie zaczęli
tłoczyć się na korytarzu dookoła.
Przyjaciele przystanęli, zdumieni.
- Co jest? - mruknęła Erin sama do siebie.
Lizzy przestępowała niespokojnie z nogi na nogę, rozglądając się na
boki.
- Em, nie wiem, czemu nie możecie iść na górę, ale ja mam teraz lekcję
na tym piętrze i no wiecie, już jest późno...
Keith uśmiechnął się, kiwając ręką uspokajająco.
- Biegnij, blondi. Później ci opowiemy, co to za akcja.
Dziewczyna pomachała im na pożegnanie i zniknęła w tłumie.
- Czyli dzisiaj nie ma fizyki? - zapytał Lucas, wyciągając szyję, żeby
dojrzeć coś więcej. - Bo mi tam się wcale nie spieszy. Nie dokończyłem
pracy domowej.
Keith uśmiechnął się łobuzersko. Erin tymczasem chwyciła ich obu za ręce
i pociągnęła do przodu, przez tłum. Po kilku kuksańcach w żebra i paru
nadepnięciach na stopy znaleźli się wystarczająco blisko, by zobaczyć
mały strumyczek wody, który leniwie spływał po stopniach. Na ostatnim z nich stała jedna z nauczycielek sztuki, instruując wszystkich, by
pozostali niżej.
- Pani profesor! - Erin porzuciła przyjaciół i sama prześlizgnęła się
całkiem blisko. Na samym przodzie robiło się nagle luźniej, ponieważ
uczniów płoszyła wolno tworząca się na podłodze kałuża. - Pani profesor,
co się dzieje? Czy zajęcia zostały odwołane?
Kobieta spojrzała w cztery różne kierunki, zanim wreszcie znalazła Erin
wzrokiem.
- Musimy wszyscy czekać na oficjalny komunikat. Obecnie zostańcie,
proszę, na miejscu, aby... - urwała, żeby spiorunować wzrokiem jakiegoś
ucznia, który spróbował wbiec na górę. - Kochani, bardzo proszę się
cofnąć! - odezwała się tym razem do wszystkich. - No, już, już, do tyłu!
Chyba nie chcecie zmoczyć sobie butów? Tutaj jest kałuża. Halo, proszę,
niech wszyscy się cofną!
Choć miała donośny głos, brak w nim było stanowczości. W dodatku
próbowała zaprowadzić porządek, ale sama chyba nie do końca wiedziała,
co się dzieje, przez co wszystko stawało się jedynie bardziej
chaotyczne. Kilka osób faktycznie się cofnęło. Ktoś pochylił się, by
zamoczyć rękę w wodzie.
Kałuża u stóp schodów wolno powiększała się, zasilana przez strumyczek
spływający ze stopni. Erin przyglądała się mu z zaciekawieniem,
niespecjalnie rozpaczając z powodu braku zajęć.
- Liderzy, proszę do mnie! - odezwał się głos nieco już zdesperowanej
nauczycielki. Tłum wymykał się spod kontroli. - Proszę, niech ktoś tu
natychmiast wezwie liderów bractw!
Kilka osób ruszyło się z miejsca. Erin kątem oka dostrzegła Isaaca
Szymanskiego wyłaniającego się z tłumu. Z ciężkim westchnieniem sięgnęła
do kieszeni po swój telefon.
"Rusz swój królewski tyłek na drugie piętro. Główne schody".
Odpowiedź Michaela przyszła prawie natychmiast.
"Dlaczego miałbym marnować na ciebie mój królewski czas?"
Erin wywróciła oczami i zdusiła jęk poirytowania, po czym wystukała
szybko kolejną wiadomość, nie marnując czasu na gierki.
"Coś się dzieje, wołają wszystkich liderów. Chodź tu".
Ledwo spojrzała znad ekranu, telefon zaczął wibrować w jej dłoni.
Odebrała połączenie, nie patrząc na wyświetlacz.
- Możesz po prostu tu przyjść?! - syknęła. Odpowiedziała jej cisza.
- Jasne, tylko daj mi stówę i dwanaście godzin - odezwał się wreszcie na
pół zdumiony, na pół rozbawiony głos Bethany. Erin otworzyła szerzej
oczy.
- B?! Aj, wybacz! Myślałam, że to ktoś inny.
- Luz, luz. Dobrze cię słyszeć! Właściwie nie przypuszczałam, że
odbierzesz, bo to pora zajęć. - Zrobiła pauzę. - Co to za hałas? Jesteś
na ulicy...?
Tłum dookoła Erin być dość głośny.
- Em, nie. Jestem... - Spojrzała w dół i z cichym jękiem odkryła, że
podczas gdy wszyscy cofali się, unikając wody, ona została jak głupia w miejscu, zajęta wysyłaniem wiadomości. - Jestem w kałuży - przyznała z ubolewaniem.
- Wiesz co? - rzuciła Bethany po kolejnej pauzie. - Nie chcę wiedzieć.
Erin zaśmiała się cicho i poczuła falę tęsknoty (nie mylić z falą wody).
Obie z Beth miały teraz na głowie zupełnie inne sprawy i ich kontakt
przestał być regularny.
- B, w sumie skoro to pora zajęć, to jak ty do mnie dzwonisz? Zerwałaś
się z lekcji? - zmieniła temat. Erin pamiętała narzekania przyjaciółki,
że poniedziałkowe poranki ma wiecznie przeładowane.
Bethany prychnęła z rozbawieniem.
- Nie. Naciągnęłam coś sobie podczas ostatniego treningu. Teraz cała
grupa biega, a ja siedzę i się nudzę. Jaka jest twoja wymówka?
- Nie mam pojęcia. Każą stać pod schodami. W wydarzenie zaangażowana
jest woda, tyle wiem.
- Brzmi ekscytująco. - W głosie Bethany słychać było nutę roztargnienia.
Erin natychmiast wyczuła, że coś jest nie tak. Zanim jednak zdążyła
zapytać, przyjaciółka przeszła do sedna. - Posłuchaj, Erin, rodzice chcą
mnie odwiedzić w ten weekend. No wiesz, zobaczyć pokój, zjeść razem
obiad, takie tam.
Erin przełknęła głośno ślinę, zupełnie już nie zwracając uwagi na to, że
woda powoli przesiąka przez materiał jej butów.
- Będą oczywiście chcieli cię zobaczyć... Czy jesteś w stanie wpaść i, no
wiesz, poudawać? Bo ja jestem zajebista, wiadomo, ale nie dam rady być
trzecią siostrą Lanford. A jak zacznę kłamać, czemu cię akurat nie ma w weekend, to boję się, że oni to potem wygadają twoim starym i wszystko
wyleci w powietrze...
W te wakacje Alea, Erin, Julie i Bethany pojechały wspólnie na letni
obóz, gdzie zrobione zostało nieszczęsne zdjęcie wrzucone niedawno do
internetu. W poprzednie wakacje były w domu Beth, przez co obie
bliźniaczki miały okazję dobrze poznać jej niezwykle sympatycznych
rodziców. Oznaczało to także, że ich rodzice miewali jakiś kontakt.
Bethany utrzymywała więc przed swoją rodziną, że nadal mieszka w pokoju
z Erin. Na wszelki wypadek.
Erin poczuła zdecydowanie zbyt dobrze już znany ucisk w żołądku.
Wcześniej nazywała go "muszę kłamać i boję się, że mnie nakryją",
ostatnimi czasy jednak lepiej pasujące zaczęło jej się wydawać krótsze,
bardziej chwytliwe: "Jestem do dupy".
Mogłaby wygrzebać oszczędności i wskoczyć do pociągu w weekend, jasne.
Gdyby nie to, że miała cholerny szlaban, który sama na siebie ściągnęła,
razem z rosnącą liczbą innych problemów. Może powinna zainteresować się
szydełkowaniem? Lub robieniem na drutach. To było ostatnimi czasy modne
i zatrzymałoby ją na tyłku, z dala od głupich pomysłów.
Gdzieś nad głową przeleciało jej polecenie profesorki, żeby przeszła do
tyłu i odsunęła się od wody. Przesunęła się w bok właściwie na ślepo.
- Mam szlaban. Mam kretyński szlaban, B. Nie wypuszczą mnie za mury
nawet w weekend - wyznała, zła na samą siebie, że musi rozczarować
Bethany, która od początku tej szalonej historii cały czas ją wspierała.
Chciała być tą przyjaciółką, na której można polegać, nie tą, którą
wiecznie trzeba ratować z opresji! - Przykro mi. Cholera, B, tak bardzo
cię przepraszam...
Ktoś wyrwał jej telefon z ręki. Erin drgnęła gwałtownie, zaskoczona, po
czym obróciła się gniewnie w stronę napastnika.
Przed nią stał Michael Castalaw, który właśnie absolutnie bezczelnie
zakończył połączenie. Właściwie nie miała pojęcia, czemu spodziewała się
czegoś innego. Poświęciłaby teraz chwilkę na rozważenie, czy trudno jest
nabyć piłę mechaniczną, gdyby nie dowiedziała się jakiś czas temu, że
kości Wampirów są prawie niemożliwe do uszkodzenia.
- Do jasnej cholery, Michael! - rzuciła z irytacją, sięgając ręką po
swój telefon. - To była ważna rozmowa.
Nie tylko musiała zmusić Bethany do kolejnych kłamstw przed rodzicami,
jeszcze przerwała rozmowę w pół słowa z winy tego drania.
- Słownictwo, Lanford - odparł Wampir prawie automatycznie.
Erin zdarzało się przeklinać, to fakt. Zwłaszcza w jego towarzystwie, bo
zawsze wystawiał jej nerwy na próbę. Michael znajdował jakąś satysfakcję
w zwracaniu jej za każdym razem uwagi. Jakby oboje nie mieli
ważniejszych spraw na głowie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki