Mallaroy. Tom I - A.M. Juna

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Początek początku

Alea Lan­ford poko­nała schody, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie naraz, po czym wpa­dła do pokoju zdy­szana z powodu biegu w sierp­nio­wym upale i nad­miaru emo­cji.

- Sta­łam się kotem! - rzu­ciła, odwra­ca­jąc się w stronę swo­jej sio­stry.

Jej wygląd był w tej chwili rów­nie dra­ma­tyczny co słowa. Brą­zowe, się­ga­jące łopa­tek włosy, zazwy­czaj pro­ste, obec­nie ster­czały na wszyst­kie strony, potar­gane. Biały top miała wło­żony na lewą stronę, a zwiewną spód­nicę tyłem na przód. Oczy dziew­czyny, które w zależ­no­ści od oświe­tle­nia wyda­wały się bar­dziej zie­lone lub bar­dziej szare, z dro­bin­kami zagu­bio­nej żółci przy źre­ni­cach, były teraz sze­roko otwarte. Dało się w nich doj­rzeć mie­szankę stra­chu i nie­do­wie­rza­nia. Twarz pokry­wał róż rumieńca.

- Myśla­łam, że poszłaś na spa­cer...? - zapy­tała Erin, nie do końca rozu­mie­jąc. Wcze­śniej leżała roz­wa­lona na łóżku i słu­chała muzyki, gapiąc się w sufit. Teraz odrzu­ciła słu­chawki na bok i unio­sła się na łok­ciu, by spoj­rzeć na sio­strę.

Erin wyglą­dała tak samo jak Alea. To zna­czy, pomi­ja­jąc ubra­nia, strach oraz nie­do­wie­rza­nie.

Sio­stry Lan­ford były bliź­niacz­kami. W wieku czter­na­stu lat prze­szły kry­zys indy­wi­du­al­no­ści i robiły wszystko, żeby wyglą­dać ina­czej. (Tylko włosy zosta­wiły w spo­koju, na wszelki wypa­dek, bo cza­sem sytu­acje wyma­gały zamiany miejsc...) Faza odmien­no­ści minęła jed­nak dość szybko. Dziś miały lat szes­na­ście i nie prze­szka­dzało im, że posia­dają takie same lekko zadarte nosy, okrą­głe uszy, szorst­kie łok­cie, pełne uda i sze­ro­kie stopy.

- Poszłam na spa­cer! - odparła Alea, wciąż nie mogąc uspo­koić odde­chu. - Cho­dzi­łam dookoła osie­dla, żeby w ciszy i spo­koju nawdy­chać się świe­żego powie­trza i zasta­no­wić się nad swoim życiem...

- Bar­dzo zdrowe - wtrą­ciła Erin, kiwa­jąc głową z apro­batą. - Bar­dzo potrzebne.

- I NATRA­FI­ŁAM... - kon­ty­nu­owała gło­śno Alea, pod­kre­śla­jąc w ten spo­sób, że nie należy jej teraz prze­ry­wać - ...na kota naszych sąsia­dów. Na jed­nej z tych wąskich ście­żek, za skle­pem spo­żyw­czym. Nie było tam nikogo poza nami. To zna­czy, tylko ja i kot. I... wtedy zmie­ni­łam się w niego - dokoń­czyła już cicho. Brzmiała nie­pew­nie, jakby sama nie mogła uwie­rzyć w to, co mówi. Wisiała na­dal wzro­kiem na swo­jej bliź­niaczce, ale nie usia­dła na łóżku obok niej. Stała pośrodku pokoju, odro­binę bez­radna. - Byłam kotem, a po chwili znowu czło­wie­kiem. Tylko że... no wiesz. Bez ubrań. Leżały na ziemi, E! Musia­łam się ubrać! Na środku ścieżki! Poza tym wszystko było przez chwilę takie... Pofa­lo­wane. Nie wiem, jak to opi­sać. Pra­wie się porzy­ga­łam.

Erin zde­cy­do­wała się pod­nieść do pozy­cji w pełni sie­dzą­cej. Chwilę bawiła się brze­giem obszer­nej bluzki, którą miała na sobie. Podra­pała się w nos. Popra­wiła potar­ganą kitkę. Wresz­cie jej wzrok spo­czął na sio­strze.

- Czy pamię­tasz... - zaczęła wolno, prze­krzy­wia­jąc lekko głowę. W jej gło­sie cza­iła się nuta podejrz­li­wo­ści. - Czy pamię­tasz - powtó­rzyła - jak usta­li­ły­śmy, że jeśli będziemy miały kie­dyś oka­zję pierw­szy raz w życiu zapa­lić zioło, to zro­bimy to razem...?

- Erin. - Alea skrzy­żo­wała ręce pod biu­stem. Wyraz jej twa­rzy mówił jasno, że ma obec­nie ogra­ni­czoną cier­pli­wość na chaos, który jej sio­stra zazwy­czaj trzy­mała przy sobie niczym zwie­rzątko domowe. Było to dość iro­niczne, bio­rąc pod uwagę fakt, że to nie Erin zmie­niła się w kota. - Ja mówię poważ­nie, okej? Wiem, że to brzmi tak nie­moż­li­wie, że aż się wydaje śmieszne, i obie­cuję, że za pięć minut będę sobie z tego razem z tobą żar­to­wać, ale obec­nie potrze­buję, żebyś wzięła pod uwagę fakt, że albo coś się stało z moją głową i trzeba mnie zabrać na bada­nia, albo ten świat jest inny, niż nam się przez szes­na­ście lat wyda­wało, i wła­śnie zmie­niłam się w kota.

Uśmiech na war­gach Erin stra­cił nieco na sze­ro­ko­ści, gdy dotarło do niej wresz­cie, że jej sio­stra jest śmier­tel­nie poważna.

- Nie podoba mi się żadna z tych opcji - powie­działa wolno i pokle­pała miej­sce na mate­racu obok sie­bie, czu­jąc nagłą potrzebę, żeby mieć Aleę bli­żej.

- No mnie też nie! - rzu­ciła druga nasto­latka, opa­da­jąc ciężko na łóżko. - Nie pytam, co zamó­wimy na obiad, tylko mówię, że byłam kotem! O Kosmo­sie... - Głos się jej lekko zała­mał. Ukryła twarz w dło­niach.

- Okej. - Widząc u swo­jej sio­stry rosnącą fru­stra­cję, Erin wsko­czyła w odpo­wie­dzialny tryb, z tyłu głowy mie­ląc wszyst­kie moż­liwe roz­wią­za­nia sytu­acji, na jakie potra­fiła wpaść. - Okej. Dobra. Spo­koj­nie. - Pokle­pała Aleę po ple­cach. - Kosmos na­dal jest. Damy radę. - Urwała na moment i zmarsz­czyła brwi. - A możesz to bycie kotem powtó­rzyć...?

Alea spró­bo­wała. Przy­ło­żyła się do zada­nia sta­ran­nie, zamy­ka­jąc oczy i wra­ca­jąc myślami do tego dziw­nego uczu­cia, któ­rego jesz­cze nie­dawno doświad­czyła. Nie miała jed­nak poję­cia, co robi. Nie wyda­rzyło się nic.

Sie­działy na łóżku, niczym na wyspie, a ota­cza­jąca je rze­czy­wi­stość zda­wała się prze­cie­kać im przez palce, wpa­da­jąc we wzbu­rzone fale nie­wia­do­mego. Uchy­liły drzwi do zupeł­nie innego świata, peł­nego nie­bez­pie­czeństw i rze­czy pozor­nie nie­moż­li­wych, który - choć jesz­cze o tym nie wie­działy - już nie­długo miał nie­od­wra­cal­nie zmie­nić ich życie.

Tego samego dnia wie­czo­rem drzwi te otwo­rzyły się na dobre z hukiem. Alea zmie­niła się ponow­nie, w ich wspól­nym pokoju. Tym razem Erin stała obok. Na wła­sne oczy widziała, jak jej bliź­niaczka kuli się, po czym znika w fał­dach wła­snych ubrań, by po chwili wychy­nąć z nich w postaci burego kota, łudząco podob­nego do kota ich sąsia­dów. Na kilka krót­kich sekund (które wyda­wały się trwać bar­dzo długo) dwie pary zie­lon­ka­wych oczu - jedna ludzka, druga kocia - skrzy­żo­wały spoj­rze­nia. Sio­stry zamarły i zda­wało się, że zamarł także czas. Erin zaczęło szu­mieć w gło­wie. Wstrzy­mała oddech i miała wra­że­nie, że ni­gdy go już nie odzy­ska.

To, co znane, prze­stało być znane. Oczy­wi­ste stało się nie­zro­zu­miałe. Świat na­dal ist­niał i chyba nawet miał się dobrze, ale bliź­niaczki Lan­ford były skłonne uwie­rzyć, że roz­padł się wła­śnie na kawałki.

(W rze­czy­wi­sto­ści świat od zawsze skła­dał się z dwóch czę­ści i sio­strom, po szes­na­stu latach życia w jed­nej, przy­szło wła­śnie odkryć tę drugą).

* * *

Tele­fon zadzwo­nił trzy razy. Pierw­sze dwa Alea zigno­ro­wała, bo numer był nie­znany. Za trze­cim...

- Halo?

- Halo? - odpo­wie­działa Erin pyta­jąco ze swo­jego końca pokoju. Dopiero potem pod­nio­sła głowę i zdała sobie sprawę, że Alea mówi do komórki. Obie spę­dzały ostat­nie dni let­nich waka­cji na wyle­gi­wa­niu się i prze­glą­da­niu social mediów na zmianę z oglą­da­niem seriali. Był to spraw­dzony spo­sób na zahar­to­wa­nie psy­chiki przed kolej­nym rokiem nauki.

- Dzień dobry - ode­zwał się trzeci, rów­nież dam­ski głos, tym razem sły­szalny wyłącz­nie przez Aleę w gło­śniku urzą­dze­nia. - Kon­tak­tuję się z panią w imie­niu Szkoły Sty­pen­dial­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya - oznaj­mił głos z pełną pro­fe­sjo­na­li­zmu życz­li­wo­ścią. Potem, po krót­kiej pau­zie, padło jesz­cze: - Roz­ma­wiam z panią Aleą Lan­ford.

Ostat­nie zda­nie nie było pyta­niem. Wypo­wie­dziane zostało twier­dząco i to z nie­zbi­tym prze­ko­na­niem, które spra­wiło, że Alea poczuła w żołądku ucisk stra­chu. Ta pew­ność wyda­wała się jakaś... dziwna. Nie­po­ko­jąca. Nie na miej­scu. Jakby ktoś ją obser­wo­wał.

- To będzie bar­dzo ważna roz­mowa, a prze­ka­zane przeze mnie infor­ma­cje powta­rzać można jedy­nie oso­bom upo­waż­nio­nym - kon­ty­nu­owała kobieta po dru­giej stro­nie linii. Jej uprzej­mość nie malała, do tonu wkra­dła się jed­nak nuta znu­że­nia.

Po dru­giej stro­nie pokoju Erin porzu­ciła swo­jego lap­topa i usia­dła czuj­nie, z prze­krzy­wioną lekko głową, przy­glą­da­jąc się poczy­na­niom sio­stry. Z Alei wręcz pro­mie­nio­wał dys­kom­fort i cho­ciaż pozo­sta­wał bez­gło­śny, zdo­łał przy­kuć uwagę jej bliź­niaczki. Znały się na wylot. Całe życie orbi­to­wały wokół sie­bie jak dwa zde­ter­mi­no­wane księ­życe, które zgu­biły pla­netę. Cza­sem mogło się wyda­wać, że wręcz czy­tają sobie w myślach.

- Dzwo­nię oczy­wi­ście z powodu pani wczo­raj­szej prze­miany. Gra­tu­luję osią­gnię­cia zmien­no­kształt­nej doj­rza­ło­ści. W zaist­nia­łej sytu­acji...

Alea się roz­łą­czyła.

- Kto to był? - zapy­tała natych­miast Erin, szcze­rze zanie­po­ko­jona wyra­zem twa­rzy swo­jej sio­stry.

- Szkoła - wydu­siła z sie­bie Alea, wciąż nie do końca rozu­mie­jąc, co się wła­śnie stało.

Na ekra­nie komórki znów poja­wiło się połą­cze­nie przy­cho­dzące.

- Jaka szkoła? Nasza szkoła? Po co? - naci­skała dalej Erin, zeska­ku­jąc z łóżka. Prze­ma­sze­ro­wała przez pokój i opa­dła na mate­rac obok sio­stry.

- Inna szkoła - wyja­śniła Alea, wciąż gapiąc się w jakiś nie­ist­nie­jący punkt. Potem wzdry­gnęła się nagle, jakby wytrą­cona z transu, i odwró­ciła gwał­tow­nie do Erin. - Jakaś kobieta z jakiejś szkoły! Wie­działa, kim jestem i że się... - wciąż miała pro­blem z wypo­wia­da­niem cze­goś tak nie­do­rzecz­nego na głos. - Pogra­tu­lo­wała mi zmien­no­kształt­nej doj­rza­ło­ści! - syk­nęła wresz­cie roz­go­rącz­ko­wana.

- Co to niby zna­czy?! - spy­tała Erin, także ści­sza­jąc głos. Wibru­jący wciąż tele­fon zaczy­nał ją roz­pra­szać.

- Nie wiem - odszep­nęła Alea. - Roz­łą­czy­łam się.

- O jeżu... - jęk­nęła Erin.

- No spa­ni­ko­wa­łam!

Komórka mię­dzy nimi uci­chła. Dziew­czyny zamarły, kiedy wibro­wa­nie powró­ciło.

- Okej. - Alea prze­cze­sała ner­wowo pal­cami włosy. Jeden z jej wielu pier­ścion­ków pra­wie zaha­czył o potar­gane kosmyki. - Okej - powtó­rzyła bar­dziej do sie­bie niż do sio­stry. - Okej, okej. Odbiorę. Odbiorę to. Teraz. Odbie­ram to - obwie­ściła, nie wyko­nała jed­nak żad­nego ruchu.

- Okej - zgo­dziła się Erin jak echo, podzie­la­jąc stres bliź­niaczki. - Tylko daj na gło­śnik.

Alea zmarsz­czyła lekko nos.

- Ona jesz­cze mi powie­działa, że nikt nie może tej roz­mowy słu­chać - wyja­śniła pospiesz­nie, teraz bojąc się, że zwleka za długo i zaraz tele­fon prze­sta­nie dzwo­nić. - Tak że musisz być kom­plet­nie cicho - ostrze­gła.

Nie było nawet mowy o tym, żeby naprawdę zasto­so­wały się do pole­ce­nia. Albo raczej - obec­ność Erin się nie liczyła. Były jedną osobą w dwóch egzem­pla­rzach! Teo­re­tycz­nie. Zasad­ni­czo. W pew­nym sen­sie. Pra­wie. No, nie do końca, ale.

Erin ski­nęła głową i odsu­nęła się kawa­łek, żeby mikro­fon nie zła­pał przy­pad­kiem jej odde­chu. Albo czkawki. Co, jeśli dosta­nie czkawki...?

Alea wzięła do ręki tele­fon i raz jesz­cze ode­brała połą­cze­nie, tym razem usta­wia­jąc tryb gło­śno­mó­wiący.

- Em, halo? - rzu­ciła nie­pew­nie. - Tu Alea. Lan­ford. Bar­dzo prze­pra­szam, chyba nas... coś roz­łą­czyło.

Erin wyszcze­rzyła się, słu­cha­jąc odro­binę nie­zgrab­nego kłam­stwa sio­stry. Alea zro­biła nie­winną minę.

- W porządku - odparł głos z słu­chawki, zupeł­nie nie­prze­jęty i wciąż tak samo pro­fe­sjo­nal­nie uprzejmy. - Cie­szę się, że udało się nam połą­czyć. Czy ma pani teraz czas na roz­mowę? Jest kilka waż­nych infor­ma­cji, które muszę prze­ka­zać.

Pani. Obie sio­stry Lan­ford zawsze czuły się tro­chę dziw­nie, gdy ktoś zwra­cał się do nich w ten spo­sób. Jasne, było to uprzejme, ale w ich gło­wach pozo­sta­wało zare­zer­wo­wane dla poważ­nych doro­słych. Gdy Alea sły­szała skie­ro­wany do sie­bie zwrot "pani", ogar­niał ją natych­miast irra­cjo­nalny nie­po­kój, że oto będzie od niej zaraz wyma­gane wię­cej, niż wypada wyma­gać od szes­na­sto­latki.

- Yyy - rzu­ciła nad wyraz elo­kwent­nie. - Tak. Mam czas. Mogę roz­ma­wiać - oznaj­miła, a potem dodała pospiesz­nie, nie­zdolna się powstrzy­mać: - Prze­pra­szam, ale co to jest "zmien­no­kształtna doj­rza­łość"?

- Zmien­no­kształtna doj­rza­łość osią­gana jest przez Zmien­no­kształt­nych w momen­cie, gdy prze­bu­dzają się ich zdol­no­ści. Zazwy­czaj dzieje się to mię­dzy trzy­na­stym a szes­na­stym rokiem życia.

Alea, do tej pory wpa­trzona w komórkę, pod­nio­sła gwał­tow­nie głowę, łapiąc wzrok Erin. Z nie­do­wie­rza­niem poru­szyła ustami, wypo­wia­da­jąc bez­gło­śnie: "zmien­no­kształtni!". Erin roz­ło­żyła bez­rad­nie ręce w odpo­wie­dzi.

- Na początku muszę spraw­dzić, czy posia­dane przeze mnie dane są wła­ściwe - kon­ty­nu­owała kobieta, która naj­wy­raź­niej nie zamie­rzała się przed­sta­wić. - Roz­ma­wiam z Aleą Lan­ford uro­dzoną ósmego marca, zamiesz­kałą w mie­ście Colum­bia, w sta­nie Illi­nois.

- Zga­dza się.

- Pani pierw­sza prze­miana w zwie­rzę nastą­piła wczo­raj.

- Em. Tak? - potwier­dziła Alea, tym razem z lek­kim zawa­ha­niem. Jej umysł na­dal nie mógł przy­wyk­nąć do tego, że jej dwu­krotna już prze­miana w kota jest prawdą. Wciąż cze­kała po cichu, aż sta­nie się coś, co pod­waży real­ność całej tej sprawy.

- Świet­nie - oznaj­miła tym­cza­sem kobieta, nie­świa­doma wewnętrz­nego kry­zysu nasto­latki, a potem odchrząk­nęła cicho. - W naszej bazie danych nie znaj­duje się żaden Zmien­no­kształtny z panią spo­krew­niony. Czy dys­po­nuje pani wie­dzą na temat zmien­no­kształt­no­ści swo­ich rodzi­ców?

Alea nie dys­po­no­wała wie­dzą na temat żad­nej zmien­no­kształt­no­ści. Zde­cy­do­wa­nie nie takiej, która mia­łaby coś wspól­nego z jej rodzi­cami.

- Moi rodzice też mają... moce? - odparła pyta­niem na pyta­nie.

Po dru­giej stro­nie połą­cze­nia zapa­no­wała na moment cisza.

- Zmien­no­kształt­ność jest dzie­dziczna. Zakła­dać więc należy, że przy­naj­mniej jeden rodzic należy do tego rodzaju. Czy dobrze rozu­miem, że w chwili obec­nej nie posiada pani żad­nej wie­dzy na temat sen­tury?

Erin zro­biła prze­sad­nie dra­ma­tyczną minę, a potem poru­szyła ustami, prze­sy­ła­jąc w stronę sio­stry bez­gło­śne: "że co?!". Alea podzie­lała te emo­cje, ale pozo­stała bar­dziej opa­no­wana.

- Prze­pra­szam, ale jeśli mam być szczera, to gene­ral­nie nie mam poję­cia, co się dzieje. Może pani... em, bez­piecz­nie zało­żyć, że nie posia­dam żad­nej wie­dzy na żaden temat. Jeśli cho­dzi o... zmien­no­kształt­ność. Oraz... sen­turę - dodała. Obce słowo ukła­dało się dzi­wacz­nie na jej języku.

- Rozu­miem - oznaj­miła spo­koj­nie i wciąż dość pogod­nie kobieta, zupeł­nie nie­zbita z tropu. Zaczy­nała im obu przy­po­mi­nać robota. - Natura odpo­wiada za ist­nie­nie ludzi. Sen­tura odpo­wiada za ist­nie­nie Zmien­no­kształt­nych, Cza­ro­dzie­jów, Łow­ców, Wam­pi­rów i Wil­ko­ła­ków. Całej reszty dowie się pani w Szkole Sen­turalnej. Przy ludziach pro­szę uży­wać nazwy "Szkoła Sty­pen­dialna".

Kobieta po dru­giej stro­nie linii zro­biła krótką pauzę. Tak, jakby była w sta­nie prze­wi­dzieć, że Lan­ford się... zawiesi. To zna­czy obie Lan­ford się zawie­siły, ale udział Erin w roz­mo­wie pozo­sta­wał tajem­nicą. Patrzyły na sie­bie w osłu­pie­niu, a w ich gło­wach natłok nie­do­rzecz­nych infor­ma­cji zma­gał się z szu­mem abso­lut­nej pustki.

- Par­don? - wykrztu­siła wresz­cie Alea, nie potra­fiąc wydo­być z sie­bie niczego bar­dziej zło­żo­nego.

- Pod przy­krywką sys­temu sty­pen­dial­nego pozy­sku­jemy wszyst­kich sen­tu­ral­nych uczniów w wieku lice­al­nym, nie­za­leż­nie od ich wyni­ków w natu­ral­nej nauce i sta­tusu mate­rial­nego, nie wzbu­dza­jąc podej­rzeń wśród ludzi - kon­ty­nu­owała kobieta. Brzmiała tak, jakby czy­tała to z jakiejś ulotki rekla­mo­wej. - Każdy sen­tu­ralny ma bez­względny obo­wią­zek sta­wić się w wyzna­czo­nej pla­cówce. Pokry­wamy oczy­wi­ście wszel­kie koszty naucza­nia oraz pobytu w inter­na­cie.

W gło­wie Alei poja­wiła się zbłą­kana myśl, że cała ta sen­tura musi być bar­dzo, bar­dzo bogata. Tym­cza­sem w oczach Erin bły­snęło nagłe zro­zu­mie­nie.

Kiedy cho­dziły jesz­cze do szkoły pod­sta­wo­wej, w kla­sie wyżej był chło­piec, który zapa­dał w pamięć z powodu fio­le­to­wych oczu. Muta­cja ta ucho­dziła za wyjąt­kową, ponie­waż naukowcy do dzi­siaj nie potra­fili jed­no­znacz­nie powie­dzieć, co dokład­nie powo­duje taki kolor i jakie są zasady jego dzie­dzi­cze­nia. Erin pamię­tała dobrze, jak ich nauczy­cielka od mate­ma­tyki lamen­to­wała, gdy oka­zało się, że ten słaby w nauce chło­pak po ukoń­cze­niu pierw­szego etapu edu­ka­cji otrzy­mał miej­sce w eks­klu­zyw­nej Szkole Sty­pen­dial­nej, pod­czas gdy pry­mu­sami z jej przed­miotu nikt się nie zain­te­re­so­wał.

- Jutro lub poju­trze powi­nien do pani dojść ofi­cjalny list infor­mu­jący o przy­ję­ciu do Szkoły Sty­pen­dial­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya w Chi­cago, wraz z istot­nymi doku­men­tami - ode­zwał się ponow­nie głos w tele­fo­nie, wytrą­ca­jąc Erin z zamy­śle­nia i Aleę z kry­zysu toż­sa­mo­ści. - Nie będzie w nim niczego zwią­za­nego z sen­turą, ale każdy sen­tu­ralny w tym kraju wie, czym tak naprawdę są Szkoły Sty­pen­dialne. Podzie­le­nie się tym listem z rodziną powinno pani umoż­li­wić odkry­cie, po kim z rodzi­ców lub dziad­ków odzie­dzi­czyła pani swoje zdol­no­ści.

Sio­stry wymie­niły się znowu spoj­rze­niami nad tele­fo­nem komór­ko­wym. Im dłu­żej trwała ofi­cjalna roz­mowa, tym bar­dziej wszystko sta­wało się praw­dziwe. Nie­do­wie­rza­nie i lekko histe­ryczne roz­ba­wie­nie wypie­rane były z wolna przez strach, stres i zagu­bie­nie. A także coś na kształt pod­eks­cy­to­wa­nia.

Kolejne minuty roz­mowy wypeł­nione zostały następ­nymi daw­kami infor­ma­cji. Jak się oka­zało, dopusz­czano spe­cjalne pro­ce­dury wta­jem­ni­cze­nia ludz­kich człon­ków naj­bliż­szej rodziny lub part­ne­rów, wyma­gało to jed­nak dopeł­nie­nia kon­kret­nych for­mal­no­ści. Alea otrzy­mała instruk­cje, by sku­pić się na ziden­ty­fi­ko­wa­niu osoby zmien­no­kształt­nej w swo­jej rodzi­nie (abso­lut­nie nor­malne zada­nie), bo reszta decy­zji powinna odbyć się pod jej nad­zo­rem. W ciągu naj­bliż­szych dni odwie­dzić jej dom miał jakiś repre­zen­tant Szkoły Sty­pen­dial­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya, by zała­twić for­mal­no­ści z rodzi­cami (lub prze­ko­nać ich do zmiany szkoły przez córkę, jeśli okażą się nie­chętni). Przy tej oka­zji Alea musiała także odpo­wie­dzieć na serię pytań o ewen­tu­alne utrud­nie­nia zwią­zane z otrzy­ma­niem ich zgody. (Nie­peł­no­spraw­ność? Nie­ty­powa sytu­acja rodzinna? Aler­gie lub cho­roby prze­wle­kłe?) Oraz zade­kla­ro­wać, czy posiada jakieś wyróż­nie­nia aka­de­mic­kie lub inny, nie­zwią­zany z tra­dy­cyjną nauką talent, który może zostać wyko­rzy­stany jako pre­tekst do zaofe­ro­wa­nia jej sty­pen­dium. (Radziła sobie dobrze na histo­rii i geo­gra­fii, to by było na tyle). Aż wresz­cie dziew­czyna została uprze­dzona, że przez pierw­sze tygo­dnie, a może nawet mie­siące będzie miała zapewne trud­no­ści z przy­bie­ra­niem zwie­rzę­cej formy (cał­ko­wi­cie nor­malne, nie należy się stre­so­wać).

Przy­tła­cza­jące? Ha. Przy­tła­cza­jący był koniec lata. Przej­ście z jed­nej rze­czy­wi­sto­ści do dru­giej zasłu­gi­wało na znacz­nie bar­dziej dra­ma­tyczne okre­śle­nie.

- Jeśli chce pani zacząć edu­ko­wać się na wła­sną rękę, mogę podać kilka ksią­żek, które opi­sują pod­stawy sen­tury - dodała kobieta.

Bliź­niaczki przez chwilę patrzyły na sie­bie bez­rad­nie, a potem Alea wyra­ziła chęć.

* * *

- Aleo?! Dziew­czynki, czy to wy? Aleo, kocha­nie, nawet nie wiesz, jak się cie­szę!

Ich matka ruszyła pospiesz­nie w stronę przed­po­koju, gdy tylko usły­szała otwie­rane drzwi fron­towe. Bliź­niaczki zamarły z tor­bami w rękach i wymie­niły zanie­po­ko­jone spoj­rze­nia.

- Aleo! Jak mogłaś nam nic nie powie­dzieć?! Jestem z cie­bie taka dumna! Ale żeby to trzy­mać w sekre­cie? Na pewno dosta­łaś już jakie­goś maila... Ach, ależ jestem dumna! - powta­rzała Wenona Lan­ford, ści­ska­jąc w ręku kopertę z listem. - Erin, ty pew­nie wie­dzia­łaś, co? Oj, dziew­czyny, wy to jeste­ście... Aleo, no niech cię uści­skam!

Kobieta ruszyła do przodu z zamia­rem przy­tu­le­nia córki, ale w ostat­niej chwili zawa­hała się, zer­ka­jąc to na jedną, to na drugą. Były dzi­siaj podob­nie ubrane, co zda­rzało się bar­dzo rzadko.

Mię­dzy bliź­niacz­kami, nawet jed­no­ja­jo­wymi, zauwa­żalne są zazwy­czaj jakieś róż­nice, a bli­skie osoby potra­fią je odróż­nić na pierw­szy rzut oka. Jed­nak nie w przy­padku sióstr Lan­ford. One od samego początku wyglą­dały jak swoje iden­tyczne kopie i nie zmie­niło się to z upły­wem lat, wpra­wia­jąc nawet leka­rzy w osłu­pie­nie. Zarówno ich rodzice, jak i sie­dem lat młod­szy brat Derek czy bli­scy przy­ja­ciele roz­po­znać je potra­fili tylko po spo­so­bie mówie­nia i gesty­ku­lo­wa­nia oraz stylu ubie­ra­nia się.

- To ja - rzu­ciła Alea, odkła­da­jąc na zie­mię papie­rowe torby. W jed­nej były zdo­by­cze z second handu, w dru­giej książki fan­tasy.

Jak się oka­zało, wszyst­kie sen­tu­ralne infor­ma­cje publi­ko­wane były we współ­pracy z pisa­rzami: wie­dzę o dzi­wacz­nym, nad­przy­ro­dzo­nym świe­cie prze­my­cano w zmy­ślo­nych histo­riach czy­ty­wa­nych przez ludzi dla roz­rywki. Każda z takich ksią­żek opa­trzona była na ostat­niej stro­nie lub skrzy­dełku logo z literą "S". Kie­dyś sym­bol ten był pie­czę­cią, potem logo spe­cja­li­stycz­nego wydaw­nic­twa, a teraz poja­wiał się w pra­wie wszyst­kich sen­tu­ral­nych publi­ka­cjach, dru­ko­wany gdzieś na ostat­niej stro­nie. Towa­rzy­szyły mu zawsze liczby, które wska­zy­wały na strony zawie­ra­jące praw­dziwą wie­dzę.

Cha­rak­te­ry­styczny sym­bol "S" znaj­do­wał się także nad wej­ściem do każ­dej z Sen­tu­ral­nych Szkół, o czym jedna z bliź­nia­czek miała się już nie­ba­wem prze­ko­nać.

- Ależ oczy­wi­ście, że to ty! - rzu­ciła matka z cie­niem obu­rze­nia w gło­wie, otrzą­sa­jąc się ze zwąt­pie­nia. Uści­snęła Aleę mocno, na chwilę unie­moż­li­wia­jąc jej oddy­cha­nie.

Wenona Lan­ford była osobą bar­dzo zde­cy­do­waną, zaradną, inte­li­gentną i wprost stwo­rzoną do tego, by kie­ro­wać ludźmi. Miała brą­zowe włosy zazwy­czaj upięte w modną aku­rat fry­zurę, bar­dzo jasną cerę z impo­nu­jącą liczbą pie­przy­ków i plecy na zawsze wypro­sto­wane przez zaję­cia bale­towe w dzie­ciń­stwie. Odzna­czała się także nad­wagą. Sama mówiła o sobie, że jest po pro­stu gruba, i robiła to z abso­lutną pew­no­ścią, bez jakie­go­kol­wiek wstydu czy nega­tyw­nych kono­ta­cji, macha­jąc lek­ce­wa­żąco ręką na pozor­nie łagod­niej­sze ter­miny, takie jak "puszy­sta" czy "okrą­gła". Była osobą grubą i nie­zwy­kle atrak­cyjną. (Szok!) Nie­któ­rzy się przez to pozbie­rać nie mogli. Była też zazwy­czaj naj­bar­dziej ele­gancka i naj­le­piej ubrana w każ­dym pomiesz­cze­niu, do któ­rego wkra­czała. Ten szyk i gra­cja kon­tra­sto­wały w pra­wie komiczny spo­sób z jej spo­so­bem mówie­nia i gesty­ku­lo­wa­nia - im gło­śniej i zama­szy­ściej, tym lepiej.

- Mamo, z całym sza­cun­kiem, zaraz udu­sisz mi sio­strę - ostrze­gła Erin, przy­glą­da­jąc się kry­tycz­nie trwa­ją­cemu wciąż uści­skowi. Korzy­sta­jąc z nie­uwagi matki, zabrała z jej dłoni pogiętą już nieco kopertę i zaj­rzała do środka.

Tak jak się spo­dzie­wała, był to list od Szkoły Sty­pen­dial­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya w Chi­cago, która pra­gnęła pogra­tu­lo­wać Alei Lan­ford zna­le­zie­nia się na liście uczniów. Erin prze­łknęła ślinę i spró­bo­wała zigno­ro­wać ukłu­cie bólu gdzieś pod żebrami, które nazwała zawo­dem przede wszyst­kim po to, by nie nazy­wać go zazdro­ścią.

Od kiedy Alea wpa­dła do pokoju, twier­dząc, że posiada... moce, jakaś część Erin z nie­cier­pli­wo­ścią wycze­ki­wała na swoją kolej. Sta­wało się jed­nak coraz bar­dziej jasne, że to ni­gdy nie nadej­dzie.

Prze­cież były takie same! Może mie­wały inne hobby czy gusta, ale to nie zna­czyło nic. Całe życie bez pro­blemu zamie­niały się miej­scami, cza­sem dla zabawy, cza­sem zdo­by­cia lep­szych ocen, cza­sem, by obejść zasady wpro­wa­dzone przez rodzi­ców. Na co dzień odróż­niał je głów­nie styl ubie­ra­nia się - Erin wolała za duże T-shirty w neu­tral­nych kolo­rach, luźne dżinsy i pro­stą biżu­te­rię, Alea śle­dziła trendy, lubiła dziwne wzory, akcenty kolo­ry­styczne i liczne akce­so­ria. Nie­mal wszystko inne je łączyło. Aż do teraz. Teraz wyglą­dało na to, że poja­wiła się mię­dzy nimi bar­dzo duża, bar­dzo nie­spra­wie­dliwa róż­nica.

Erin kochała swoją sio­strę i nie była zazdro­sna. Wcale nie była.

- Och, jestem taka dumna - powtó­rzyła znowu ich matka, odsu­wa­jąc się w końcu od Alei na pół kroku. Potem powę­dro­wała wzro­kiem w stronę Erin i jej uśmiech stał się nieco bar­dziej zadziorny. - Cie­bie, Erin, oczy­wi­ście na­dal z ojcem kochamy - dodała.

Dziew­czyna wydała z sie­bie przy­ta­ku­jące mruk­nię­cie.

- Miło wie­dzieć, że wasza miłość do córki nie jest warun­ko­wana jej osią­gnię­ciami aka­de­mic­kimi - rzu­ciła cynicz­nie, było to jed­nak w dużej mie­rze na pokaz. Obie z matką jedy­nie się prze­ko­ma­rzały.

Alei nie umknął fakt, że Erin użyła ter­minu "osią­gnię­cia aka­de­mic­kie". Krót­kie zer­k­nię­cie w bok pozwo­liło jej usta­lić, że dobór słów nie był przy­pad­kowy. Ona sama wciąż czuła ucisk w żołądku, nie było bowiem jesz­cze jasne, czego matka jej gra­tu­luje.

- No więc, mamo - zaczęła, gdy już zła­pała porządny oddech i prze­su­nęła torby z zaku­pami ze środka przed­po­koju pod ścianę. - Co dokład­nie wiesz o tej sieci Szkół Sty­pen­dial­nych? - zapy­tała nie­win­nie. Erin wycią­gnęła kopertę w jej stronę i Alea przy­jęła ją z wdzięcz­no­ścią, czu­jąc potrzebę, by zająć czymś dło­nie. - Sły­sza­łaś o nich?

- Chyba zro­bimy jakieś zdję­cie rodzinne, żeby zapa­mię­tać ten moment... - roz­ma­rzyła się kobieta, na chwilę zapo­mi­na­jąc o sto­ją­cych obok nasto­lat­kach. - Moja wła­sna córka!

- Mamo, bła­gam cię, wystar­czy! - jęk­nęła Alea. Nie­wie­dza zaczy­nała ją fru­stro­wać. - Sły­sza­łaś moje pyta­nie?

- Oj, dziecko, daj mi się cie­szyć! - skar­ciła ją Wenona. - I tak, sły­sza­łam, spo­koj­nie - dodała, kła­dąc wojow­ni­czo jedną dłoń na bio­drze. - Oczy­wi­ście, że sły­sza­łam o szko­łach! Wszy­scy rodzice, któ­rzy chcą dla swo­ich dzieci jak naj­le­piej, o nich sły­szeli!

Osiem lat temu po całym kraju roze­szła się nowina, że roz­po­częto budowę sieci pry­wat­nych, pre­sti­żo­wych pla­có­wek edu­ka­cyj­nych, które miały zamiar wdro­żyć nowo­cze­sne roz­wią­za­nia i zmie­nić spo­sób rozu­mie­nia ter­minu "osią­gnię­cia aka­de­mic­kie". Po dwóch latach w całym kraju zało­żono sto trzy­dzie­ści osiem szkół sty­pen­dial­nych, które szybko zyskały roz­głos z powodu nie­ty­po­wego sys­temu rekru­ta­cji i cał­ko­wi­tego braku opłat. W Kana­dzie w tym samym cza­sie otwo­rzono ich szes­na­ście.

- To pry­watne pla­cówki, które same rekru­tują uczniów. Same. I to wcale nie taką wielką ich liczbę, pod­kre­ślam! - kon­ty­nu­owała Wenona, tak jakby już dzie­liła się infor­ma­cjami z innymi rodzi­cami, a nie z cór­kami. - Syn Peter­so­nów ubie­gał się o przy­ję­cie w zeszłym roku. Wie­cie, jaki z niego przy­kładny uczeń, a i tak otrzy­mał odmowę. A ty?! - Spoj­rzała na Aleę, uśmie­cha­jąc się sze­roko. - Pełne sty­pen­dium! Ha!

Ich matka nie była sen­tu­ralna. Ich matka nie była sen­tu­ralna. Ich matka nie była sen­tu­ralna! Alea nie zauwa­żyła paniki, dopóki ta nie eks­plo­do­wała gdzieś z tyłu jej głowy.

Erin pra­wie poczuła we wła­snych mię­śniach dreszcz, który prze­szedł przez ciało jej sio­stry.

- A tata już wie? Mówi­łaś mu? - zapy­tała matkę, obej­mu­jąc na chwilę Aleę ramie­niem.

- Tak, tak. - Kobieta mach­nęła ręką. - Wasz ojciec wie, ale uto­nął w ostat­nich wyni­kach naszych badań i nie wypły­nie z gabi­netu, póki się z nimi nie upora - oznaj­miła.

- I coś powie­dział? Na temat szkoły? - pod­jęła Alea, ukry­wa­jąc drże­nie głosu. Oddała list w ręce Erin i zgar­nęła torby, prze­miesz­cza­jąc się w ślad za matką do salonu. Poczuła nagle, że ma nogi jak z waty.

- Też jest dumny - zapew­niła Wenona, nagle zaab­sor­bo­wana wła­snymi myślami. - No, ale żeby infor­mo­wać tak w ostat­niej chwili... Rok szkolny zaczyna się tam tydzień póź­niej niż stan­dar­dowo, ale prze­cież i tak za moment! Opła­ci­li­śmy już kolejny rok dla was obu w Blo­oming­ton, razem z poko­jami. Będzie to teraz trzeba szybko odkrę­cić - mam­ro­tała głów­nie do sie­bie. - No ale wasz ojciec to zała­twi. SAMU­ELU! - Pod­nio­sła nagle głos, pra­wie przy­pra­wia­jąc wła­sne córki o zawał. - Samu­elu, trzeba odzy­skać nasze pie­nią­dze!

Wszystko wska­zy­wało na to, że ojciec także nie był sen­tu­ralny. Bliź­niaczki pozo­sta­wiły matkę w salo­nie i pomknęły po scho­dach na górę, pra­wie wpa­da­jąc po dro­dze na młod­szego brata.

Sytu­acja zaczy­nała robić się... skom­pli­ko­wana. To zna­czy nie żeby ist­nie­nie Wam­pi­rów, Wil­ko­ła­ków, Łow­ców, Cza­ro­dzie­jów i Zmien­no­kształt­nych samo w sobie nie było skom­pli­ko­wane. Ale kiedy na doda­tek twoi wła­śni rodzice nie mają o tym poję­cia? Poten­cjal­nie pro­ble­ma­tyczne.

* * *

Szybko się oka­zało, że sen­tura jest wszę­dzie. Prze­nika się wciąż z naturą w każ­dym miej­scu. Na przy­kład: dęby były natu­ralne, pod­czas gdy sosny - sen­turalne. Alea miała trud­no­ści z oceną, czy jest to infor­ma­cja pocie­sza­jąca, czy wręcz prze­ciw­nie. Z jed­nej strony poczuła odro­binę ulgi na myśl, że nie trafi do jakie­goś zupeł­nie obcego wymiaru. Z dru­giej - wszech­obec­ność sen­tury ozna­czała, że wszystko, co wyda­wało się znane i nor­malne, mogło skry­wać jakiś sekret. Tak jak, naj­wy­raź­niej, sosny. Tak jak - z czym wciąż nie mogła się do końca pogo­dzić - jej wła­sne ciało.

Co gor­sza, Alea pozo­sta­wała w swo­jej rodzi­nie ano­ma­lią. Dziad­ko­wie od strony matki miesz­kali w sta­nie Ver­mont, dziew­czyna pochwa­liła się im więc miej­scem w Szkole Mal­la­roya przez tele­fon. Sądząc po ich reak­cji, nie byli sen­tu­ralni. Jej ojciec tym­cza­sem był adop­to­wany i nie posia­dali infor­ma­cji na temat jego bio­lo­gicz­nych rodzi­ców.

W przed­ostat­nim tygo­dniu sierp­nia w domu zapa­no­wała dziwna atmos­fera - wid­nie­jący na hory­zon­cie począ­tek roku szkol­nego dla każ­dego ozna­czał teraz coś innego i wzbu­dzał odmienne emo­cje.

Pań­stwo Lan­ford byli mikro­bio­lo­gami mor­skimi, z czym wią­zały się czę­ste wyjazdy na kon­fe­ren­cje i do sta­cji badaw­czych. Dwa lata temu otrzy­mali eks­cy­tu­jącą ofertę reali­za­cji pro­jektu badaw­czego za gra­nicą, który wyma­gałby nie­obec­no­ści obojga w tym samym cza­sie. Po wielu rodzin­nych dys­ku­sjach skoń­czyło się to tak: sio­stry, które aku­rat roz­po­czy­nały naukę w szkole śred­niej, wybrały pla­cówkę z inter­na­tem, a ich wów­czas sied­mio­letni brat zamiesz­kał w Austra­lii z cio­cią, która szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści miała syna w tym samym wieku.

Gdy po dzie­się­ciu mie­sią­cach pro­jekt badaw­czy rodzi­ców dobiegł końca, Derek wró­cił na stałe do domu. Bliź­niaczki tym­cza­sem grzecz­nie, ale sta­now­czo oznaj­miły, że mają już w szkole uło­żone życie towa­rzy­skie, lubią swo­ich nauczy­cieli oraz dobrze im się żyje w inter­na­cie, więc nie zamie­rzają się ni­gdzie prze­no­sić. No i zostały.

Lan­for­do­wie byli rodziną pełną miło­ści, ale nie głę­bo­kiej przy­jaźni. Rodzice trak­to­wali dzieci jak part­ne­rów i nie­raz pole­gali na ich nie­za­leż­no­ści, pochło­nięci pasją zawo­dową. Derek od szó­stego roku życia upie­rał się przy nosze­niu ele­ganc­kich koszul i muszek, miał mózg intro­wer­tycz­nego geniu­sza, oczy starca i drobne ciałko dziecka, a więk­szość czasu poświę­cał na sza­chy, gry wideo lub samo­dzielną naukę. Bliź­niaczki tym­cza­sem żyły we wła­snym świe­cie (z nie­po­ko­jącą liczbą nie­win­nych prze­krę­tów i dłu­gim cza­sem wyle­gi­wa­nia się w łóż­kach). Dora­stały odro­binę ska­żone nad­mierną potrzebą samo­wy­star­czal­no­ści, ale były w tym zawsze razem.

Wizja spę­dze­nia kolej­nego roku szkol­nego z dala od rodzin­nego domu nie była więc niczym nowym. Nic jed­nak nie przy­go­to­wało sióstr na to, że będą jechać w dwa zupeł­nie różne miej­sca. Erin do zna­nej im pla­cówki w małym i dość nud­nym mia­steczku Blo­oming­ton. Alea do nowego miej­sca peł­nego Wil­ko­ła­ków czy Łow­ców...

- A pod­ręcz­niki? - rzu­ciła nie­spo­dzie­wa­nie Wenona Lan­ford, gdy sie­dzieli przy obie­dzie. - Czy na pewno napi­sali, że sami wam zapew­nią pod­ręcz­niki? No prze­cież nie będziesz takich cięż­kich rze­czy wozić...

- Zapew­nią - odparł ze spo­koj­nym uśmie­chem ojciec, poma­ga­jąc bliź­niacz­kom wymik­so­wać się z dys­ku­sji.

Samuel Lan­ford, odmien­nie od żony, zazwy­czaj dążył do tego, żeby nie brać udziału w inte­rak­cjach spo­łecz­nych, a gdy już został do tako­wych zmu­szony, wycho­dził z zało­że­nia, że lepiej powie­dzieć mniej niż wię­cej.

- A mun­durki?! Noszą tam mun­durki? Bo ja rozu­miem, że to jest pla­cówka pre­sti­żowa i ucznio­wie muszą się pre­zen­to­wać god­nie, ale żeby tak pozba­wiać mło­dych wła­snego stylu...

- Mun­durki są, ale dzieci muszą je wkła­dać tylko pod­czas ofi­cjal­nych uro­czy­sto­ści - wyja­śnił wciąż tak samo spo­kojny Samuel Lan­ford. Trosz­czył się o córkę tak jak matka, robił to jed­nak po cichu: zapo­zna­jąc się z ogro­mem infor­ma­cji dostęp­nych na stro­nie inter­ne­to­wej Szkół Sty­pen­dial­nych i na witry­nie pla­cówki w Chi­cago. (W wer­sji dla ludzi, oczy­wi­ście).

- A pokoje? Czy są wystar­cza­jąco duże i zapew­niają pry­wat­ność? Nie ma nic gor­szego niż takie małe cia­sne klitki...

- Mamo! - Erin prze­rwała matce zde­cy­do­wa­nym tonem, wbi­ja­jąc wide­lec w ziem­niak. Potem spoj­rzała zna­cząco na swoją sio­strę. Alea dłu­bała sztuć­cami w tale­rzu, nie jedząc pra­wie nic.

Dereka cie­szył powrót do szkoły (co oka­zy­wał, utrzy­mu­jąc bar­dzo poważny wyraz twa­rzy), ich matka była prze­jęta, ojciec sub­tel­nie zatro­skany, a tym­cza­sem Alea? Od kiedy Alea Lan­ford nie zna­la­zła wśród naj­bliż­szych nikogo sen­tu­ral­nego, zagu­bie­nie zaczęło sączyć się powoli do jej głowy i teraz two­rzyło tam już pokaź­nych roz­mia­rów jezioro.

Jasne, mogła spró­bo­wać roz­po­cząć całe te ofi­cjalne pro­ce­dury wta­jem­ni­cza­nia rodzi­ców, tylko co jej po tym? I tak nie będą znali oni odpo­wie­dzi na jej tysiące pytań. W dodatku oboje byli bio­lo­gami. Sen­tury nie da się zba­dać w naukowy spo­sób - tyle już z Erin zro­zu­miały. Ina­czej dawno zosta­łaby odkryta. Alea nie wyobra­żała sobie, jak jej rodzice mie­liby dalej z pasją zaj­mo­wać się swo­imi bada­niami, nagle obar­czeni świa­do­mo­ścią, że połowy rze­czy nie widzą i ni­gdy nie zoba­czą przy pomocy swo­jego ludz­kiego sprzętu.

Miała więc Erin. Tylko Erin i aż Erin, i to by jej w zupeł­no­ści wystar­czyło, gdyby nie fakt, że oto musiały się roz­dzie­lić. Na cały rok szkolny. Z Erin u boku, Alea byłaby gotowa iść dziar­sko w nie­znane. Pew­nie jesz­cze śmia­łyby się po dro­dze. Ale sama? Gdyby decy­zja nale­żała do niej: eks­cy­tu­jąca nowa moc i wielka przy­goda czy dal­sze dzie­le­nie swo­jego życia z Erin... wybór nie byłby wcale łatwy.

Wyboru jed­nak nie dostała. Jedyne, co mogły teraz zro­bić, to odli­czać dni do roz­łąki i pró­bo­wać nauczyć się wię­cej o nowym świe­cie. Nie­ła­two było jed­nak brać sen­tu­ralną wie­dzę na poważ­nie, jeśli na kolej­nej stro­nie czy­ta­nej książki jakiś Wam­pir, doświad­czyw­szy kil­ku­set lat nie­ży­cia, docho­dzi do wnio­sku, że nic nie inte­re­suje go bar­dziej niż sie­dem­na­sto­let­nia dziew­czyna (wysoce podej­rzane) i wyznaje jej miłość.

- To było w sumie dobre pyta­nie - ode­zwała się Erin, gdy już udało im się uciec od stołu do wła­snego pokoju. - O mun­dur­kach - dopre­cy­zo­wała w zamy­śle­niu. - Myślisz, że Zmien­no­kształtni dostają też wer­sje zwie­rzęce? Takie, wiesz, kubraczki dla psów i kotów...

- Dobra, dobra. Super­śmieszne - rzu­ciła Alea ponuro, wywra­ca­jąc oczami.

- A jak ktoś jest na przy­kład wężem - kon­ty­nu­owała Erin, szcze­rze zaab­sor­bo­wana. - To myślisz, że mu dają po pro­stu... skar­petę? Taką jedną...

Okej. Po krót­kim namy­śle Alea była w sta­nie uznać, że wizja spę­dze­nia całego roku szkol­nego bez Erin nie była wcale aż tak tra­giczna.

* * *

Repre­zen­tant szkoły przy­je­chał następ­nego dnia po połu­dniu, umó­wiw­szy się uprzed­nio z rodzi­cami przez tele­fon. Był nudny. Fru­stru­jąco nudny.

Zdo­łał zamie­nić słowo z Aleą tylko raz, na samym wej­ściu, gdy zapa­no­wało zamie­sza­nie zwią­zane z przej­ściem od drzwi fron­to­wych do salonu. Zapy­tał tylko, czy ktoś poza nią jest w rodzi­nie sen­tu­ralny, a ona powie­działa, że chyba nie. Było to bar­dzo dzi­waczne. Alea czuła, że nie tylko dla niej. Ofi­cjalna roz­mowa tele­fo­niczna, którą odbyła z jakąś inną pra­cow­nicą, poka­zała jasno, że cała ta sen­tura ma zor­ga­ni­zo­wany sys­tem. Tym­cza­sem oto nudny gość w nud­nym gar­ni­tu­rze po nud­nej czter­dzie­stce pytał ją szep­tem w progu o to, kto jest jakiego rodzaju. Myślała o tym cały czas, pod­czas gdy on i jej rodzice dopeł­niali ludz­kich for­mal­no­ści.

Brak osoby sen­tu­ral­nej w jej naj­bliż­szej rodzi­nie musiał być bar­dziej nie­co­dzienny, niż na początku zakła­dała. Przy­naj­mniej u Zmien­no­kształt­nych. Wyczy­tały już z Erin, że Łow­ców, Wil­ko­łaki i Wam­piry się prze­mie­nia. Zupeł­nie praw­do­po­dobne jest więc, że wszy­scy inni w rodzi­nie są ludźmi, ale jed­no­cze­śnie nie da się być po prze­mia­nie tak samot­nym jak ona, bo prze­cież już na star­cie potrzebne są dwie osoby: prze­mie­niony i prze­mie­niający. Nawet Wil­ko­łaki miały tyle przy­zwo­ito­ści, żeby wywę­szyć nowo ugry­zioną osobę i wpro­wa­dzić ją w zasady sen­tury. Cza­ro­dziej­stwo tym­cza­sem było dzie­dziczne, tak jak zmien­no­kształt­ność, ale moce tam­tych prze­ja­wiały się pra­wie od razu po uro­dze­niu.

Z powodu nie­świa­do­mo­ści rodzi­ców w roz­mo­wie nie padało nic na temat sen­tury. Męż­czy­zna przed­sta­wił cały pro­gram naucza­nia, ale przy­naj­mniej połowa z tego musiała być kom­pletną ściemą, bo wszystko było ludz­kie. Tym­cza­sem prawne aspekty trans­feru nie inte­re­so­wały Alei w ogóle. W efek­cie, gdy tylko dostała pozwo­le­nie, poże­gnała się grzecz­nie i umknęła na górę do pokoju, gdzie cze­kała na nią nie­cier­pli­wie sio­stra.

- No i? - rzu­ciła Erin, kiedy tylko Alea się poja­wiła.

- Powie­dzia­ła­bym ci, ale szkoda mi ener­gii, bo wiem, że pod­słu­chi­wa­łaś.

Erin zro­biła dra­ma­tycz­nie ura­żoną minę, ale nie zaprze­czyła.

- Gość wygląda jak naj­bar­dziej prze­ciętny czło­wiek świata - przy­znała.

- Prawda? Ja wiem, że cho­dzi wła­śnie o to, że sen­tury gołym okiem nie widać, ale myśla­łam, że teraz już będę w sta­nie przy­naj­mniej powie­dzieć, jakiego facet jest rodzaju!

Para­dok­sal­nie tym razem Aleę nie­po­ko­iła nor­mal­ność. Począw­szy od prze­cięt­nego wyglądu męż­czy­zny do poru­sza­nych przez niego w roz­mo­wie z rodzi­cami tema­tów - wszystko było do bólu zwy­czajne i nasto­latka zaczy­nała się zasta­na­wiać, czy to nie jest jed­nak jakiś wielki dow­cip lub prze­kręt. Od pierw­szego dnia prze­miany jej zdol­no­ści nie dały o sobie znać ponow­nie ani razu. Jeśli tak dalej pój­dzie, zaraz będzie w sta­nie sama sie­bie z powro­tem prze­ko­nać, że tylko jej się wyda­wało.

Dokład­nie w tym momen­cie do pokoju dziew­czyn przez otwarte okno wsko­czyła kuna. Zwie­rzę wylą­do­wało na łóżku Erin, prze­bie­gło po mate­racu, zesko­czyło na zie­mię i zmie­niło się w nagą kobietę. Poziom nor­mal­no­ści w pomiesz­cze­niu natych­miast zna­cząco spadł. Bliź­niaczki znów na moment się zawie­siły, wpa­trzone w intruzkę z otwar­tymi ustami.

Kobieta wyglą­dała młodo - przed trzy­dziestką. Miała cał­kiem spory biust, wyraź­nie miękki brzuch i wytre­no­wane mię­śnie ud. Jed­nak mimo nago­ści naj­więk­szą uwagę przy­cią­gał jej łobu­zer­ski uśmiech i odważne, pra­wie wojow­ni­cze spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu. Prze­nio­sła wzrok na sto­jące obok sie­bie sio­stry i zaśmiała się krótko.

- No nie­źle. Naprawdę jeste­ście takie same - rzu­ciła z roz­ba­wie­niem, roz­cze­su­jąc pal­cami potar­gane kasz­ta­nowe włosy.

- No taka jest jakby idea bycia bliź­niaczką - oznaj­miła Erin z nutą wro­go­ści w gło­sie. Jej słowa stłu­miły nieco dło­nie, w któ­rych ukryła swoją twarz, kiedy pierw­sza fala szoku minęła. Czuła się dziw­nie, patrząc na nagie ciało obcej osoby.

Kobieta z lek­kim opóź­nie­niem zro­zu­miała tę reak­cję.

- Ach, sorry - wes­tchnęła i odwró­ciła się tyłem. Jej wzrok padł na szla­frok zwi­sa­jący z opar­cia krze­sła. Chwy­ciła go bez pyta­nia i narzu­ciła na opa­lone ciało. Nie był nawet spe­cjal­nie cia­sny. Może odro­binę przy­krótki. - Jak się cały dzień jest nagim zwie­rzę­ciem, to potem bycie nagim czło­wie­kiem wydaje się zupeł­nie nor­malne.

Alea tym­cza­sem miała chwi­lowy pro­blem z odzy­ska­niem zdol­no­ści mówie­nia. Została prak­tycz­nie zahip­no­ty­zo­wana posta­cią nie­zna­jo­mej, gdy tylko ta się przed nimi poja­wiła. Powinna pójść w ślady sio­stry i prze­stać się gapić, ale jakoś jej to nie wycho­dziło.

- To chyba nie jest kuna - wydu­siła z sie­bie wresz­cie cicho. W jej gło­wie ewi­dent­nie zro­bił się jakiś korek myślowy. - Jeżu, czy to jest sen? Ona mi wygląda na postać, która się obja­wia we śnie...

Stało się jasne, że mózg Alei prze­cho­dził obec­nie restart. Erin zer­k­nęła na sio­strę naj­pierw w szoku, potem z cie­niem podejrz­li­wo­ści, odno­to­wu­jąc sobie z tyłu głowy, by zapy­tać ją póź­niej, jakie kon­kret­nie miewa ostat­nio sny... Jed­nak na razie sku­piła uwagę na spra­wach bie­żą­cych.

- Chyba nie rozu­miem, co się teraz dzieje - oznaj­miła, prze­no­sząc spoj­rze­nie z Alei na intruzkę.

- Dzięki - rzu­ciła tym­cza­sem kobieta w odpo­wie­dzi na pokraczny i chyba nie­kon­tro­lo­wany kom­ple­ment, posy­ła­jąc Alei sze­roki uśmiech. - A jeśli cho­dzi o cie­bie - skie­ro­wała uwagę na Erin - wrzuć na niż­szy bieg, maleńka, okej? Wiem, jak działa bycie bliź­niaczką. Mówię o tym, że jeste­ście teraz total­nie iden­tyczne. Tak, no wiesz, total­nie. Nie mów, że innych to nie szo­kuje.

Tym razem żadna z sióstr nie zna­la­zła wła­ści­wych słów. Były przy­zwy­cza­jone do zasko­cze­nia, jakie wywo­ły­wało ich podo­bień­stwo, co nie zna­czyło, że zawsze potra­fiły na nie zare­ago­wać.

Kobieta rozej­rzała się dookoła z nie­spe­cjal­nie dużym zain­te­re­so­wa­niem, a potem z roz­tar­gnie­niem wzięła jakąś ozdobną figurkę z zagra­co­nego blatu. Zaczęła ją obra­cać bez­myśl­nie w dłoni.

- No to która to Alea? - zapy­tała, znów roz­cią­ga­jąc pełne usta w łobu­zer­skim uśmie­chu. Odsta­wiła figurkę i zer­k­nęła w bok na swoje roz­mów­czy­nie. Zaraz jed­nak jej uwaga wró­ciła na biurko. Cze­ka­jąc na odpo­wiedź, prze­cią­gnęła pal­cem po sto­sie roman­sów.

Alea pod­nio­sła rękę, na­dal nie czu­jąc się na siłach, by coś powie­dzieć. Ich nie­pro­szony gość miał w sobie coś, co spra­wiało, że potra­fiła się tylko czer­wie­nić ze wstydu.

- Cool. - Dziew­czyna ski­nęła jej głową w ramach spóź­nio­nego powi­ta­nia. - Eve Mon­day - przed­sta­wiła się w ramach rewanżu. Potem odwró­ciła się, oparła o biurko udami, skrzy­żo­wała ręce pod biu­stem i utkwiła wzrok w bliź­niacz­kach na dobre. - Jesteś Echem, Aleo. Jeśli jesz­cze ci tego nikt nie powie­dział, to już wiesz.

Erin przy­glą­dała się Eve Mon­day z coraz więk­szą podejrz­li­wo­ścią i z coraz moc­niej zmru­żo­nymi oczami. Głu­pie imię i dziwne nazwi­sko.

Alea prze­łknęła ślinę.

- Myśla­łam, że jestem Zmien­no­kształtna?

- Zmien­no­kształtni to twój rodzaj, tak. Echo to ter­min okre­śla­jący osobę, u któ­rej w rodzi­nie zdol­no­ści sen­tu­ralne cał­ko­wi­cie zanik­nęły, a potem po wielu poko­le­niach nagle poja­wiają się nie­spo­dzie­wa­nie. Mówi się, że sen­tura wtedy "odbija się na kimś echem" - wyja­śniła spo­koj­nie. Bez­tro­sko. - Może się to zda­rzyć Cza­ro­dzie­jom lub Zmien­no­kształt­nym. Bo wcale nie jest tak, że musi się im uro­dzić sen­tu­ralne dziecko. Szanse na czło­wieka są niż­sze, ale są. No i bywa tak, że w ciągu kilku poko­leń rodzina głów­nie sen­turalna zmie­nia się w ludzką. A potem może poja­wić się Echo. - Wzru­szyła ramio­nami. - Łowcy i Wil­ko­łaki rodzą tylko ludzi, a Wam­piry nie żyją, tak że im to się może odbić co naj­wy­żej krwią, nie?

Dopiero gdy Erin poczuła, jak coś gorz­kiego roz­lewa się jej w myślach, zdała sobie sprawę, że na­dal cze­kała na swoją prze­mianę. Z jakie­goś powodu dopiero ta krótka wypo­wiedź Eve prze­ko­nała ją na dobre, że nic takiego się nie wyda­rzy. Nie była zazdro­sna. Wcale nie była.

- Sorry, ale co ty tu robisz? - wypa­liła ostrzej, niż zamie­rzała, szu­ka­jąc upu­stu dla nie­przy­jem­nych emo­cji, które nagle w niej wez­brały.

- Sorry, ale wpa­dłam w tro­sce o twoją sio­strę - odparła Eve z odro­binę nie­bez­piecz­nym uśmie­chem, bez pro­blemu dopa­so­wu­jąc swoją ener­gię do ener­gii Erin. - Nie wierz we wszystko, co będą ci mówili w tej szkole, Aleo. Jesteś Echem, nie masz więc jak zwe­ry­fi­ko­wać otrzy­my­wa­nych od nich infor­ma­cji, ostrze­gam zatem: część tego ich pie­prze­nia o soju­szu jest czy­sto pro­pa­gan­dowa. Wyglą­dasz mi na mądrą osobę, więc po pro­stu... miej oczy sze­roko otwarte, to moja rada.

- Yyy - zaczęła Alea. Jej rumie­niec w końcu zelżał i zaczy­nała docho­dzić do sie­bie, ale i tak musiała urwać i odkaszl­nąć cicho. - I posta­no­wi­łaś... wsko­czyć tu przez okno, żeby mi to powie­dzieć? Nie zro­zum mnie źle, nie pró­buję być nie­miła, ale kim ty jesteś? Poza tym, że Eve Mon­day, Zmien­no­kształtną.

Eve wyszcze­rzyła się z dzi­waczną apro­batą.

- Mówi­łam, że wyglą­dasz na mądrą osobę. Jestem człon­ki­nią... Jak by to pro­sto powie­dzieć... - Urwała na chwilę. - No to może tak. Pra­cuję dla pew­nej poli­tycz­nej grupy Zmien­no­kształt­nych. Może być?

- Szcze­rze, to teraz jest jesz­cze gorzej - oznaj­miła Erin. - Pra­cow­nicy grup poli­tycz­nych nie powinni raczej wska­ki­wać przez okna do sypialni nasto­la­tek.

- Erin... - jęk­nęła bła­gal­nie Alea, posy­ła­jąc sio­strze zna­czące spoj­rze­nie.

Eve zachi­cho­tała.

- Nie­złe. To, co powiem teraz, jest top secret - oznaj­miła, nagle poważ­nie­jąc. - Jesteś nie tylko Echem, Aleo. Jesteś Echem z pew­nego bar­dzo cie­ka­wego rodu Zmien­no­kształt­nych, który już dawno temu wygasł. Mia­łaś może nie­ty­powe prze­miany?

Ach. Rewe­la­cyj­nie. Tego wła­śnie bliź­niacz­kom teraz bra­ko­wało: wię­cej sekre­tów i dziw­nych mocy.

- Prze­mie­ni­łam się dwa razy w kota sąsia­dów - odparła Alea wolno. - Czy to jest nie­ty­powe?

- Nie. To jest, jeśli mam być szczera, bar­dzo nudne - odparła Eve bez ogró­dek. - Cóż. Teraz to nie­istotne. Tak czy ina­czej jestem tu, żeby cię ostrzec. - Jej ton z bez­tro­skiego, a nawet lekko zaczep­nego, zmie­nił się w cał­ko­wi­cie poważny. W brą­zo­wych oczach prze­stała na chwilę tań­czyć bun­tow­ni­cza iskierka. - Wiem, że się nie znamy. Wiem, że poja­wiam się tu zni­kąd i mówię ci dziwne rze­czy, i trudno temu zaufać, ale obie­cuję ci, że robię to w twoim inte­re­sie. Tak jak powie­dzia­łam: w tej szkole nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. Jeśli zaczniesz zauwa­żać, że twoje moż­li­wo­ści odbie­gają od tych pod­sta­wo­wych, nie mów im. Nie mów nikomu, bo ścią­gniesz na sie­bie straszne rze­czy. Rozu­miesz? Nie daj się nabrać na ten cały pokój i życie w pięk­nie zor­ga­ni­zo­wa­nym sys­te­mie. Tam wszy­scy kła­mią.

Zapewne była to tylko ich wyobraź­nia, ale obie sio­stry odnio­sły wra­że­nie, że w pokoju zro­biło się nagle zim­niej i ciem­niej. W ich gło­wach poja­wiły się dzie­siątki nowych pytań, ale coś w spo­so­bie mówie­nia Eve suge­ro­wało, że nie mają po co ich zada­wać.

- Wybacz­cie całe to napię­cie - rzu­ciła Eve po chwili, naj­wy­raź­niej wyczy­tu­jąc nie­po­kój z min bliź­nia­czek. - To jest dziwna sytu­acja także dla mnie. A przy tym zaska­ku­jąco wiel­kiej wagi. Chcia­ła­bym powie­dzieć ci wię­cej albo nie musieć mówić nic, ale to nie mój wybór. - Znowu wzru­szyła ramio­nami. - Ale obie­cuję ci, Aleo - oznaj­miła z deter­mi­na­cją. - Wam obu, wła­ści­wie. Tu po pro­stu cho­dzi o twoje bez­pie­czeń­stwo. Nie ufaj wszyst­kim i nie mów nikomu o tej mocy - powtó­rzyła. Wyglą­dała na szcze­rze prze­jętą. Wska­zy­wał na to także fakt, że była gotowa wła­mać się przez okno tylko po to, żeby je ostrzec. Szkoda tylko, że nie było wciąż jasne, przed czym.

Alea już miała zary­zy­ko­wać i mimo wszystko dokład­nie o to zapy­tać, ale Eve ją ubie­gła.

- O - rzu­ciła, uno­sząc palec, i prze­chy­liła głowę w stronę uchy­lo­nych wciąż drzwi od pokoju. - Nudziarz z dołu wresz­cie skoń­czył. W takim razie czas na mnie.

- Przy­je­cha­li­ście tu razem?! - zdu­miała się natych­miast Alea, bo nie paso­wało to zupeł­nie do wszyst­kiego, co zostało do tej pory powie­dziane.

- Och, nie, nie. - Eve znowu uśmiech­nęła się łobu­zer­sko. - Nie jestem tu z nim, tylko po to, żeby mieć na niego oko. W związku z czym... Adiós! Trzy­maj­cie się, piękne!

Przez sekundę Erin myślała, że dziew­czyna upada na kolana. Zaraz jed­nak szla­frok opadł bez­wład­nie na pod­łogę, a z jego fał­dów w stronę okna czmych­nęła brą­zowa kuna. Sio­stry chwilę stały w bez­ru­chu i patrzyły w ślad za zwie­rzę­ciem. Im bar­dziej chciały jakoś prze­rwać ciszę, tym bar­dziej się ona prze­cią­gała.

- Weź mi powiedz, czy ja dobrze rozu­miem - zaczęła wresz­cie Alea. - Dzwoni do mnie super­sz­koła i mówi, że umiem się zmie­niać w kota, ale mam nie mówić ludziom. A potem przy­cho­dzi naga laska i mówi, że umiem się zmie­niać w super­kota, ale mam nie mówić o tym w szkole.

- No. - Erin zaczęła wolno kiwać głową. - No tak. Na moje oko to kiedy poje­dziesz do tej szkoły, pojawi się sta­rzec z laską innego typu i białą brodą i powie, że masz wyru­szyć na wyprawę, ale nie możesz o tym mówić kobie­cie kunie. A jak pój­dziesz na wyprawę, to spo­tkasz błysz­czą­cego Wam­pira, który powie, że ma skórę mor­dercy, ale nie możesz powie­dzieć już zupeł­nie nikomu.

- Okej - odparła Alea bez­na­mięt­nie. - Faj­nie.

2.

Siostrzyczko, gdzie jesteś?

Rok szkolny zaczy­nał się dla Erin w ostat­nim tygo­dniu sierp­nia, dla Alei na początku wrze­śnia. W dodatku Blo­oming­ton leżało pra­wie dokład­nie mię­dzy ich rodzinną Colum­bią na połu­dnio­wym zacho­dzie stanu Illi­nois a Chi­cago na pół­noc­nym wscho­dzie. Dzięki temu nie­trudno było prze­ko­nać rodzi­ców (oraz opie­ku­nów inter­natu), by pozwo­lili Alei spę­dzić jej ostatni wolny week­end w daw­nej szkole. Miała prze­no­co­wać w pokoju sio­stry, a potem odbyć osta­teczną podróż do Szkoły Sty­pen­dial­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya już sama, pocią­giem.

To Alea naci­skała naj­moc­niej na taki układ. Całe waka­cje spę­dziła w prze­ko­na­niu, że po let­niej roz­łące wróci do dobrze już zna­nego miej­sca i uści­ska szkol­nych przy­ja­ciół. Po czym nagle wszystko się zmie­niło. Nie mogła zostać w Blo­oming­ton, chciała jed­nak mieć przy­naj­mniej szansę poże­gnać się ze wszyst­kimi oso­bi­ście.

Bliź­niaczki miały za chwilę roz­po­cząć jede­na­stą klasę: trzeci rok z czte­ro­let­niego liceum. Miały być Junior­kami (tylko rok pod Senio­rami) i wresz­cie doświad­czyć, jak to jest pra­wie wszyst­kich koja­rzyć i pra­wie wszystko wie­dzieć - rozu­mieć, któ­rego nauczy­ciela uni­kać, które szafki się zaci­nają i które jedze­nie w sto­łówce powo­duje ból żołądka. Dla Erin wszystko to wciąż stało otwo­rem. Alea zaczy­nała od nowa. Cze­kało ją wej­ście do obcej szkoły, do obcej rze­czy­wi­sto­ści, od razu na trzeci rok. Jakby tego było mało, nauka we wszyst­kich tych eli­tar­nych, wybit­nych, nie­zwy­kłych, osza­ła­mia­ją­cych, no cho­lera, magicz­nych - dosłow­nie i w prze­no­śni - Szko­łach Sty­pen­dial­nych trwała nie cztery, a pięć lat. Co ozna­czało, że Erin wyprze­dzi ją w życiu o rok i kto wie, czy Alea kie­dy­kol­wiek ją potem dogoni...?

Była pod­eks­cy­to­wana. Jasne, że była. Kto by nie chciał mieć spe­cjal­nych mocy i fascy­nu­ją­cych sekre­tów? Ale uczu­cie to wcale nie zama­zy­wało wszyst­kich innych, które także ści­skały ją za serce. Zmiany bowiem zacho­dzą nie­mal zawsze po posta­cią wymiany: sta­rego na nowe. Aby coś zyskać, coś trzeba utra­cić. Alea Lan­ford nie była jesz­cze do końca pogo­dzona ze swo­imi stra­tami.

* * *

Ponie­waż począ­tek szkoły śred­niej był cza­sem, gdy bliź­niaczki prze­cho­dziły kry­zys indy­wi­du­al­no­ści, uparły się wów­czas, żeby nie miesz­kać w tym samym pokoju. Alea wylą­do­wała więc z Julie - sen­ty­men­talną dziew­czyną, którą Kosmos chyba po pro­stu wycią­gnął z Romea i Julii, i wrzu­cił do tej rze­czy­wi­sto­ści. Erin dzie­liła mały pokoik z Bethany - sprytną, uszczy­pliwą bru­netką. Razem stwo­rzyły zgraną czwórkę i spę­dziły dwa lata na wspól­nym popeł­nia­niu błę­dów, który to pro­ces nie­któ­rzy nazy­wają dora­sta­niem.

Erin wyje­chała do Blo­oming­ton pierw­sza i pięć dni spę­dzone bez niej w domu rodzin­nym było dla Alei nie­przy­jemną próbką tego, jak dziw­nie będzie prze­żyć cały rok oddziel­nie.

W sobotę wresz­cie dołą­czyła do bliź­niaczki i wraz z Julie oraz Bethany spę­dziły dzień na słodko-gorz­kiej cele­bra­cji roz­łąki. W nie­dzielę trójka wciąż zapi­sana do szkoły musiała zgło­sić się na dodat­kowe szko­le­nia BHP. Alea dała znać, że pój­dzie w tym cza­sie na ostatni, sen­ty­men­talny spa­cer po budynku, gdy więc Erin i Bethany powró­ciły do pokoju, nie­obec­ność dziew­czyny nie była wcale podej­rzana. To zna­czy, dopóki Erin nie zoba­czyła zosta­wio­nej na poduszce kartki papieru.

Eve mnie potrze­buje. Wrócę po rze­czy w sobotę. Ominę pierw­szy tydzień szkoły. Kryj mnie. - A

- Kochana Aleo, była­bym wdzięczna, gdyby twoje wia­do­mo­ści brzmiały mniej jak list od pory­wa­cza - wymam­ro­tała pod nosem Erin. Ze zmarsz­czo­nymi brwiami obró­ciła kartkę kilka razy w dło­niach, upew­nia­jąc się, że nie ma w niej żad­nego dodat­ko­wego, sekret­nego prze­sła­nia. Potem prze­nio­sła wzrok na poduszkę, gdzie leżał tele­fon komór­kowy sio­stry. - No do cho­lery jasnej... - dodała, tym razem już wcale nie roz­ba­wiona.

Czemu, czemu, czemu Alea zosta­wiła swój tele­fon i więk­szość rze­czy? Miała wyje­chać, ow­szem, ale jutro rano, na roz­po­czę­cie roku w Chi­cago! Dokąd poje­chała z tą obcą Zmien­no­kształtną i po co? Na całe pięć dni, ot tak?!

- Co ta dziew­czyna odwala, co? Kim jest Eve? Sobota jest pra­wie za tydzień!

Erin nie­mal pod­sko­czyła w miej­scu. Potem odwró­ciła się gwał­tow­nie, zgnia­ta­jąc kartkę w dłoni, ale było za późno. Bethany ewi­dent­nie prze­czy­tała jej przez ramię całą treść. Sku­bana potra­fiła być nie­sa­mo­wi­cie cicha.

- Nie­ważne - wes­tchnęła Erin, pró­bu­jąc zdu­sić w sobie iry­ta­cję. Wie­działa, że Alea jest roz­sądna. Nie poje­cha­łaby w ciemno bez powodu, nie zosta­wi­łaby komórki, gdyby nie musiała, i poże­gna­łaby się oso­bi­ście, gdyby mogła. Racjo­nalna strona Erin to rozu­miała. W żaden spo­sób nie poma­gało to jed­nak uspo­koić emo­cji. Fru­stra­cja. Nie­po­kój. Zagu­bie­nie. Pismo było Alei, oko­licz­no­ści wrzesz­czały jed­nak: porwa­nie! Tylko że w grę wcho­dziła także cała ta sza­lona sen­tura, przez którą sce­na­riusz sta­wał się nagle mniej mroczny i bar­dziej praw­do­po­dobny. Albo może wła­śnie nie...?

W pokoju zaczy­nało się robić cia­sno od samych domy­słów Erin. Dobrze, że przy­naj­mniej Julie teraz z nimi nie było, bo zabra­kłoby miej­sca.

Bethany w mil­cze­niu obser­wo­wała, jak Erin zaczyna ner­wowo krą­żyć po ich nie­wiel­kiej wspól­nej prze­strzeni. Nasto­latka zgar­nęła komórkę Alei, przez chwilę bez­myśl­nie otwie­rała i zamy­kała kolejne apli­ka­cje, potem prze­szła do biurka z dziw­nie nie­obec­nym spoj­rze­niem. Zaj­rzała do szafy, zaj­rzała do torby. Widać było, że potwier­dza to, co i tak już wie­działa - Alea wzięła ze sobą tylko kilka rze­czy i znik­nęła.

Potem nagle w oczach Erin bły­snęło coś nowego. Dziew­czyna zamarła, a następ­nie raz jesz­cze pode­szła do biurka. Tym razem chwy­ciła swój leżący na krze­śle ple­cak i zaczęła w nim ner­wowo grze­bać, aż wresz­cie zna­la­zła port­fel. Otwo­rzyła go i zamarła ponow­nie.

- Dobra, co się dzieje? - ode­zwała się w końcu Bethany, która wresz­cie usia­dła na swoim łóżku, ale nie spusz­czała wzroku z przy­ja­ciółki.

- Jak ci powiem, że nie mogę ci nic powie­dzieć, ale musisz mi pomóc, to mi pomo­żesz? - zapy­tała Erin wolno, odkła­da­jąc port­fel na blat i odwra­ca­jąc się do Bethany.

- Nie - odparła dziew­czyna natych­miast z gro­bową miną.

- Beth, ja mówię poważ­nie - jęk­nęła Erin. - To jest mega­ważne.

- No ja też mówię poważ­nie - nie odpusz­czała Bethany, wciąż odro­binę wojow­ni­czo nasta­wiona. - Laska, nie wiem, co ty i Alea znowu wykom­bi­no­wa­ły­ście, ale to jest o krok za daleko, okej? Ona sobie w sekre­cie poje­chała gdzieś na kilka dni? Powa­liło ją? My mamy po szes­na­ście lat, prze­cież z tego będą pro­blemy dla szkoły i dla waszych rodzi­ców, jak coś się sta­nie! Jak mi nie powiesz, co się dzieję, to wstanę i pójdę do sekre­ta­riatu ogło­sić, że ktoś porwał twoją sio­strę.

- O jeżu, no prze­cież...

- Nie no, poważ­nie mówię. - Bethany wzru­szyła ramio­nami. - Jeśli mam ci pomóc, to musisz mi dokład­nie powie­dzieć w czym i dla­czego. I nawet nie pró­buj kła­mać, E. Wiesz dobrze, że zawsze potra­fię roz­po­znać, kiedy kła­miesz!

* * *

- Dobrze - oznaj­miła wolno Bethany, kiedy wysie­działy już odpo­wied­nio długą chwilę po tym, jak Erin skoń­czyła ner­wowo opo­wia­dać całą histo­rię. - Pozwól, że ja pod­su­muję. Alea poje­chała z jakąś obcą Zmien­no­kształtną, pod­mie­niła ci w port­felu twoje świeżo upie­czone prawko jazdy na swoje i napi­sała "kryj mnie". I twój piękny umysł uznał, że to zna­czy, że musisz jutro pójść na roz­po­czę­cie roku w szkole peł­nej dziw­nych istot, o któ­rej nie powin­naś wie­dzieć i nie powin­naś mi mówić. I w dodatku chcesz, żebym ja w tym cza­sie wszyst­kim mówiła, że leżysz tu w łóżku chora.

- Dla­czego patrzysz na mnie, jak­bym postra­dała zmy­sły? - zapy­tała Erin, lekko ura­żona.

- Och, no nie wiem - rzu­ciła teatral­nie jej przy­ja­ciółka. - Może dla­tego, że Al pew­nie miała na myśli, żebyś... nie wiem. W sumie to nie wiem. Mam też pyta­nie za sto punk­tów, czemu ta kre­tynka zosta­wiła swój tele­fon! Zresztą tak czy ina­czej, twoje prze­ko­na­nie, że musisz poje­chać za nią teraz do Chi­cago, to jest jakiś żart.

Erin zmru­żyła oczy.

- Podej­rza­nie szybko i spo­koj­nie zaak­cep­to­wa­łaś tę część, która mówi o ist­nie­niu Zmien­no­kształt­nych, Łow­ców, Cza­ro­dzie­jów, Wam­pi­rów i Wil­ko­ła­ków - zauwa­żyła.

- Meh. - Beth mach­nęła ręką lek­ce­wa­żąco. - Po pro­stu i tak uwa­żam, że świat jest powa­lony. Ist­nie­nie Zmien­no­kształt­nych nie rusza mnie bar­dziej od kata­strofy kli­ma­tycz­nej.

- To chyba nie jest zdrowe.

- Dobra, nie zmie­niaj tematu! Wiesz, co nie jest zdrowe? Czło­wiek w szkole dla Wam­pi­rów! Serio, Erin, no nie możesz mówić poważ­nie o tym wyjeź­dzie. Alea ma wró­cić w sobotę, tak? No to omi­nie ją pierw­szy tydzień nauki. To nie koniec świata. Po cho­lerę ty się masz tam pchać?!

- Nie rozu­miesz! - Erin zaczy­nała się nie­cier­pli­wić. Wszystko było skom­pli­ko­wane i wyma­gało wyja­śnie­nia, a przy tym cały czas czuła, że zdra­dza nie swoje sekrety. Miała wra­że­nie, że nie ma wyboru, ale i tak cią­żyło jej na sumie­niu zdra­dze­nie zaufa­nia Alei. - Ta baba ze szkoły, która do nas dzwo­niła...

- Do Alei - popra­wiła ją uprzej­mie Bethany.

- ...pod­kre­ślała, że trzeba się sta­wić na roz­po­czę­cie. Że to jest super­o­bo­wiąz­kowe. Te szkoły sty­pen­dialne nie są wybo­rem. Oni mają jakieś dziwne wewnętrzne poli­tyki i roz­ka­zują całej mło­dzieży sen­tu­ral­nej tam być. To jest jakiś dzi­waczny nad­zór! Wie­dzą, kto nowy się prze­mie­nił, mają też jakiś sys­tem dobro­wol­nej reje­stra­cji... No jeżu, nie mam poję­cia, jak to wszystko działa, ale jak Alea się nie pojawi, to zaczną jej szu­kać. Skon­tak­tują się z rodzi­cami, to oczy­wi­ste, i już wtedy będzie wielki roz­pier­dol! Ale potem zaczną jej pew­nie szu­kać tak... wiesz. Sen­tu­ralną poli­cją, czy co oni tam mają w tym swoim sys­temie. A Eve...

- Kobieta-kuna - wyja­śniła Beth, przede wszyst­kim samej sobie.

- ...Eve mówiła, że to wszystko nie jest takie, jak się wydaje. Że im nie można ufać. Więc jak jutro na roz­po­czę­ciu w szkole Alea się nie pojawi, to będzie roz­pier­dol z rodzi­cami i roz­pier­dol z Eve, i pew­nie roz­pier­dol z nami, bo tu powinni nas pil­no­wać, a zgu­bili Aleę. I na stówę uznają, że my wie­dzia­ły­śmy o jej ucieczce i nikomu nie powie­dzia­ły­śmy.

- Erin?

- Co?!

- My wiemy o jej ucieczce i nikomu nie mówimy.

- O mój jeżu! - jęk­nęła Erin dra­ma­tycz­nie, jakby nasta­wie­nie przy­ja­ciółki ją wykań­czało, ale kąciki jej ust drgnęły ku górze.

Uwaga była nie tylko słuszna, ale także cał­kiem zabawna. W taki gorzki, tro­chę bez­radny spo­sób. Napię­cie mię­dzy nimi w dziwny spo­sób zostało roz­ła­do­wane. Beth na­dal sie­działa na swoim łóżku, Erin cho­dziła tam i z powro­tem, jakby buzu­jąca w niej ener­gia nie pozwa­lała jej się zatrzy­mać w miej­scu. W końcu jed­nak sta­nęła, zwró­cona twa­rzą do przy­ja­ciółki, i wsparła ręce na bio­drach z deter­mi­na­cją.

- Słu­chaj. Ja wiem, że to brzmi, jak­bym postra­dała zmy­sły, ale tylko na początku. Bilety na pociąg są kupione. Pojadę jutro, spę­dzę pięć dni jako Alea, wrócę tu w pią­tek, w sobotę przy­je­dzie Alea. Oddam jej tele­fon, odzy­skam swoje prawko, poga­damy sobie, a potem ona poje­dzie do Chi­cago i nikt się ni­gdy o niczym nie dowie. Ta dam! Pro­ste. - Erin nawet samej sie­bie do końca nie prze­ko­nała, ale była gotowa upar­cie brnąć w dys­ku­sję, aż Bethany się ugnie i zgo­dzi jej pomóc.

- Chcesz wie­dzieć, co myślę? - zapy­tała przy­ja­ciółka z cięż­kim wes­tchnię­ciem.

- A myślisz coś, o czym chcia­ła­bym wie­dzieć? - zręcz­nie odbiła piłeczkę Erin.

- Nie.

- No to nie chcę.

- To masz pecha. - Beth wzru­szyła ramio­nami. - Słu­chaj. Wy obie jeste­ście chyba jakieś uza­leż­nione od adre­na­liny. Jedna lezie w tajem­nicy za prak­tycz­nie obcą osobą, cho­lera wie, po co i dokąd, druga się chce pchać do jakiejś magicz­nej szkoły.

- Sen­tu­ral­nej - popra­wiła ją Erin.

- Nie­ważne. Nie pozwolę ci na to sza­leń­stwo, E.

Z jed­nej strony Bethany zda­wała się mieć abso­lutną rację. Erin rozu­miała, jak nie­bez­pieczne jest to, co chciała zro­bić. Tylko że Bethany nie sły­szała ostrze­żeń szkoły na temat zła­ma­nia prze­pi­sów ani ostrze­żeń Eve na temat szkoły. Nie widziała na wła­sne oczy, jak ktoś zamie­nia się w zwie­rzę. Nie okła­my­wała swo­ich rodzi­ców i nie stała w obli­czu ryzyka, że wszystko zaraz wybuch­nie w jeden wielki chaos. Może Erin reago­wała teraz emo­cjo­nal­nie, ale i bez tych emo­cji powody pozo­sta­wały takie same! Bethany tym­cza­sem zda­wała się wchła­niać to wszystko jak jakiś film. Trudno było się jej dzi­wić, nie dostała żad­nego dowodu, tylko masę wia­do­mo­ści, które brzmiały jak kom­pletne sza­leń­stwo. Może i wie­rzyła swo­jej przy­ja­ciółce, ale chyba jej pod­świa­do­mość jesz­cze nie do końca dała się prze­ko­nać, że to jest... prawda. Dla Beth Erin i Alea znowu zamie­niały się miej­scami z jakie­goś tylko dla nich waż­nego powodu. Erin czuła tym­cza­sem, że musi to zro­bić, bo ina­czej prze­wróci się pierw­szy klo­cek wiel­kiego, strasz­li­wego domina.

- Beth, ja cie­bie nie pytam o pozwo­le­nie. Ja cię infor­muję z nadzieją, że zde­cy­du­jesz się mi pomóc.

- Tak, Erin. Racja. - Przy­ja­ciółka przy­brała wojow­ni­czy, iro­niczny ton. - Wła­śnie poin­for­mo­wa­łaś mnie, że wybie­rzesz się do szkoły peł­nej nie­ludz­kich stwo­rów, z któ­rych na pewno przy­naj­mniej część będzie mogła zro­bić sobie z cie­bie kola­cję. I to żeby ukryć fakt, że twoją sio­strę ktoś prak­tycz­nie porwał. To świetny plan, ma tylko jedną wadę: JEST DO DUPY.

Erin z obu­rze­nia aż otwo­rzyła usta.

- Myślisz, że mam wybór? Słu­cha­łaś mnie w ogóle, kiedy ci mówi­łam, że jeśli Alea się tam nie stawi, to nie tylko zaczną stre­so­wać naszych rodzi­ców, ale jesz­cze kogoś na nią naślą?! Roz­pęta się pie­kło! Roz­pęta się okropne pie­kło tylko dla­tego, że jej przez chwilę nie będzie. Pod­czas gdy tak się składa, że ja mogę być Aleą!

- MOGŁAŚ, Erin, MOGŁAŚ być Aleą! Jeśli dobrze zro­zu­mia­łam, twoja sio­stra oka­zała się czymś wię­cej niż czło­wie­kiem! Niby jak to obej­dziesz? A poza tym może powinni jej szu­kać? Może powinni nie­po­koić two­ich rodzi­ców? Co to w ogóle za sytu­acja, żeby szes­na­sto­latka sobie zni­kała na pięć dni z kimś obcym!

- Hej! - Erin pod­nio­sła głos, wyrzu­ca­jąc z sie­bie to jedno słowo ostro, jak ostrze­że­nie. W jej oczach pło­nął ogień. - To jest Alea! To ona zna wszyst­kie fakty, nie my! To ona może pod­jąć naj­lep­szą decy­zję, co z tym zro­bić, więc jeśli mnie popro­siła, żebym ją kryła, to będę ją kryć. Rozu­miemy się?! To jest jej sekret. To ona będzie musiała spę­dzić cały rok w miej­scu, które jest dziwne, kon­tro­lu­jące i naj­wy­raź­niej nie można mu ufać. Więc zro­bię to, o co mnie popro­siła. Nie każ mi żało­wać, że ci to wszystko powie­dzia­łam, Beth - dodała, wciąż roz­złosz­czona, jed­nak już spo­koj­niej­szym tonem.

Bethany wzdry­gnęła się lekko. Erin potra­fiła wybuch­nąć, ale ni­gdy dotąd na nią. Przez chwilę widać było w jej oczach strach, jed­nak jego powo­dem nie była sama złość Erin. Cho­dziło raczej o to, że dopiero ta pełna pasji reak­cja uświa­do­miła Bethany, że to wszystko dzieje się naprawdę. Do tego momentu było wciąż cał­ko­wi­cie odre­al­nione, teraz nabrało cię­żaru i osia­dło mię­dzy nimi w małym pokoju.

W jed­nym Erin z pew­no­ścią miała rację - to nie one wie­działy, co się tak naprawdę dzieje.

Cisza się prze­cią­gała. Wresz­cie Beth zaci­snęła usta i ski­nęła głową. Wyglą­dało na to, że muszą trzy­mać się razem.

- Rozu­miem - powie­działa. Patrzyła, jak ogień w oczach Erin gaśnie i pozo­sta­wia po sobie jedy­nie puste spoj­rze­nie. Nasto­latka opa­dła na krze­sło jak szma­ciana lalka.

- Sorry - rzu­ciła Erin po chwili. - To wszystko jest po pro­stu... Nie chcia­łam na cie­bie nasko­czyć.

Bethany kiw­nęła głową na znak pojed­na­nia i znowu przez moment pozwo­liły sobie na wspólne mil­cze­nie. Erin odchy­liła głowę i spoj­rzała w sufit.

- Sio­strzyczko, gdzie jesteś? - szep­nęła cicho.

Sufit nie odpo­wie­dział.

Gdy napię­cie zelżało, Bethany na powrót pod­jęła temat, teraz z nieco wymu­szoną nutą swo­body w gło­sie.

- Naprawdę myślisz, że uda ci się uda­wać Aleę w tej szkole imie­nia Fala­flona czy jak mu tam?

- Fla­na­gana. Fla­na­gana Mal­la­roya - popra­wiła ją Erin i na jej ustach poja­wił się cień uśmie­chu.

- Jeżu, Fla­na­gan. - Beth też uśmiech­nęła się nie­śmiało. - Jak szkoła, któ­rej patron ma tak na imię, może być w ogóle brana na poważ­nie? To musiał być nie­zły gość, ten Mal­la­roy, skoro mimo takiego imie­nia zro­bili z niego patrona...

- No...

- To już Fala­fel Mal­la­roy byłby lep­szy...

Spoj­rzały na sie­bie i nagle wybu­chły śmie­chem. To nie był wesoły, bez­tro­ski śmiech. To był gło­śny, nagły śmiech pełen nie­pew­no­ści. Taki, który ma zmyć stres z umy­słu i nie­po­kój z twa­rzy. Był im potrzebny i zadzia­łał. Kiedy w końcu udało im się opa­no­wać, obie czuły się odro­binę lepiej.

- Dobra, E, a tak serio. Mówi­łaś, że coś tam już czy­ta­ły­ście o tych innych rodza­jach? Naprawdę możesz tam jechać jako czło­wiek? Tak, żeby się nie dać zjeść ani zde­ma­sko­wać...

- Wydaje mi się, że naprawdę tak - przy­tak­nęła ostroż­nie Erin.

Wie­działa już, że tylko Wil­ko­łaki potra­fią tak po pro­stu roz­po­znać innych przed­sta­wi­cieli swo­jego rodzaju - jakimś wil­czym instynk­tem i tro­chę po zapa­chu. Wam­piry tym­cza­sem wyczu­wały zapach ludz­kiej krwi, ale tylko po wej­ściu w tryb polo­wa­nia. Był to, jeśli dobrze zro­zu­miała, spe­cy­ficzny trans i tylko wtedy ujaw­niały się ich kły. Tekst, który czy­tały z Aleą, zapew­niał jed­nak, że mało kto to prak­ty­kuje. We współ­cze­snym świe­cie Wam­piry pozy­ski­wały krew w cywi­li­zo­wany spo­sób. Ryzyko, że ktoś przy niej wej­dzie w tryb polo­wa­nia, była równa z tym, że w sto­łówce pozo­stali ucznio­wie będą patro­szyć zło­wione przez sie­bie ryby.

Erin nie czuła się pewna ani swo­jej decy­zji, ani swo­jego bez­pie­czeń­stwa. To zna­czy - stre­so­wała się jak cho­lera już teraz, cho­ciaż nawet nie opu­ściła jesz­cze wła­snego inter­natu. Wyda­wało jej się jed­nak, że irra­cjo­nalny jest wła­śnie ten strach, a nie jej plan. Wszy­scy wyglą­dali jak ludzie. Alea była Echem, miała prawo na niczym się nie znać. Dodat­kowo dopiero co obu­dziły się jej zdol­no­ści, nor­malne więc było, że nie potra­fiła nad nimi w pełni pano­wać i zmie­nić się na zawo­ła­nie. Dawało to Erin ide­alne warunki, by się pod nią pod­szyć. Poza tym to była szkoła! Jak nie­bez­pieczny mógł być budy­nek pełen nasto­lat­ków, nie­za­leż­nie od ich rodzaju?

Da radę. Prawda? Da radę. A jeśli ją nakryją... W naj­gor­szym wypadku sta­nie się po pro­stu to, co sta­łoby się i tak, gdyby żadna z bliź­nia­czek nie poja­wiła się na roz­po­czę­ciu. Prawda...?

Jeśli nawet ręce jej się tro­chę trzę­sły, gdy prze­pa­ko­wy­wała walizki, nikt nie musiał o tym wie­dzieć.

- Mogę zadać ci obraź­liwe pyta­nie? - ode­zwała się Bethany, kiedy świa­tło było zga­szone i obie leżały w swo­ich łóż­kach.

- Mhm - mruk­nęła Erin. Była wykoń­czona stre­su­ją­cym dniem i jed­no­cze­śnie zbyt prze­jęta, by zasnąć.

- Czy w jakimś małym stop­niu nie robisz tego też dla sie­bie? Nie tylko dla Alei...

- Co? - odparła Erin zbyt szybko, a potem zaci­snęła usta, pod­czas gdy wstyd objął ją w talii gorą­cymi dłońmi.

- No wiesz - rzu­ciła cicho Beth. Ton miała łagodny. Wyro­zu­miały. Pra­wie prze­pra­sza­jący. - Czy nie pchasz się tam też dla­tego, żeby to wszystko zoba­czyć. Cza­ro­dzie­jów, Łow­ców? Cały ten inny świat. Bo Alea jest teraz jego czę­ścią, prawda? A my... my nie. My jeste­śmy na­dal tutaj i jutro rano zaczy­namy od mate­ma­tyki.

- Zazdro­ścisz jej? - zapy­tała Erin szep­tem, omi­ja­jąc wła­sną odpo­wiedź.

Przez moment leżały w ciszy.

- Tro­chę tak - przy­znała wresz­cie Bethany.

- Ja tro­chę też - zgo­dziła się ledwo sły­szal­nie Erin Lan­ford.

3.

Za murami

Tak­sówka pra­wie naje­chała na jej stopy, z roz­pędu poko­nu­jąc kra­węż­nik. Stary kie­rowca miał srogą twarz i wiel­kie pomarsz­czone dło­nie. Pomógł dziew­czy­nie zała­do­wać rze­czy do bagaż­nika, po czym zaczął bez­tro­ską kon­wer­sa­cję.

Czy podoba jej się mia­sto? Czy jest pierw­szy raz? Czy na długo?

Erin odpo­wia­dała krótko, z uprzej­mym uśmie­chem, i marzyła, żeby się zamknął. Prze­py­chali się przez ulice dobre czter­dzie­ści minut i już kilka razy odnio­sła wra­że­nie, że nad­kła­dają drogi, cho­ciaż w ogóle prze­cież nie znała Chi­cago. Wie­działa, że zapłaci kata­stro­ficz­nie wielką sumę za tę prze­jażdżkę. Pew­nie całą gotówkę, jaką dali jej rodzice. Roz­wa­żała nawet przez moment, czy się na końcu nie pokłó­cić albo może teatral­nie roz­pła­kać w celu wzbu­dze­nia lito­ści, ale kie­rowca był sta­rym, wiel­kim face­tem. Nie miała odwagi.

Z każdą kolejną minutą dziew­czyna czuła, jak nie­wi­dzialna dłoń zaci­ska się coraz moc­niej na jej żołądku. W nocy spała bez­na­dziej­nie, w podróży w ogóle. W dodatku pociąg miał opóź­nie­nie i nad Erin wisiało teraz widmo spóź­nie­nia na uro­czy­stość roz­po­czę­cia roku w Szkole Sen­tu­ral­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya.

Kie­rowca w któ­rymś momen­cie zamilkł. Dziew­czyna została sam na sam z nie­spo­koj­nymi myślami i oka­zało się to tak nie­przy­jemne, że pra­wie zatę­sk­niła za jego nud­nymi pyta­niami. Wle­piła wzrok w widok za szybą, żeby jakoś się roz­pro­szyć.

Dom jej rodzi­ców znaj­do­wał się w małej Colum­bii, ale tuż obok pokaź­nego Saint Louis, Erin myślała więc, że wiel­kie mia­sta nie są jej obce. Jed­nak, jak się oka­zało, wcale nie była gotowa na kolosa, jakim było Chi­cago. Wie­żowce pięły się do nieba niczym posągi wznie­sione dla kapi­ta­li­stycz­nych bóstw. Lustrzane szyby budyn­ków błysz­czały maje­sta­tycz­nie w górze, w dole kolo­rowe szyldy zapra­szały gdzie­nie­gdzie do skle­pów i kawiarni. Wszystko drgało w ryt­mie pośpie­chu, a hałas prze­bi­jał się nawet do samo­chodu, mimo zasu­nię­tych szyb. Budyn­ków nie było tylko tam, gdzie pod kołami pojaz­dów prze­su­wał się asfalt.

Gdy tak­sówka wresz­cie się zatrzy­mała, miej­ski gąszcz dookoła zdą­żył się nieco prze­rze­dzić - budynki były niż­sze, ulice mniej zatło­czone, widać było nawet jakieś skrawki zie­leni - nie­mniej wciąż znaj­do­wali się bez żad­nych wąt­pli­wo­ści w mie­ście. Erin ze skrzy­wioną miną zapła­ciła nie­bo­tycz­nie wysoką cenę za prze­jazd i wysko­czyła na chod­nik. Dopiero kiedy potężna walizka na kół­kach i nie­wiele mniej­sza torba zna­la­zły się bez­piecz­nie przy jej sto­pach, dziew­czyna rozej­rzała się uważ­niej. Poczuła przede wszyst­kim zasko­cze­nie. Była prze­ko­nana, że szkoła będzie się znaj­do­wała na jakimś odlu­dziu. Na obrze­żach mia­sta albo w ogóle kawa­łek za nim. W szcze­rym polu, gdzie nikt się nie zapusz­cza i skąd trudno się wydo­stać.

- Prze­pra­szam, ale czy to na pewno ten adres?! - zapy­tała, puka­jąc w szybę tak­sówki. Gdy ta zje­chała w dół, Erin powtó­rzyła pyta­nie raz jesz­cze, tym razem gło­śniej, prze­krzy­ku­jąc sil­niki samo­cho­dów.

Kie­rowca kiw­nął głową.

- Tu, zaraz za rogiem na lewo! - Wska­zał nie­chęt­nie ręką w stronę skrzy­żo­wa­nia znaj­du­ją­cego się kawa­łek dalej. - Nie wje­cha­łem na teren, bo nawet od tak­só­wek wyma­gają doku­men­tów! Szkoda czasu! Doj­dzie panienka, to dosłow­nie za rogiem! Tu parę­na­ście metrów do skrzy­żo­wa­nia, w lewo wzdłuż muru i już panienka jest w bra­mie!

Nie cze­ka­jąc na jej odpo­wiedź, zamknął szybę i odje­chał. Erin prych­nęła pod nosem. Za tyle pie­nię­dzy mógł ją cho­ciaż zawieźć dokład­nie na miej­sce, a nie gdzieś obok!

Chi­cago nie bez powodu nazy­wane było wietrz­nym mia­stem. Wiatr uty­kał na uli­cach oto­czo­nych budyn­kami i szar­pał wszyst­kich za włosy i ubra­nia, szu­ka­jąc drogi ucieczki. Dzień był cie­pły, więc Erin miała na sobie krótki rękaw i teraz na jej przed­ra­mio­nach poja­wiła się gęsia skórka.

Minęła kawiar­nię urzą­dzoną na par­te­rze biu­rowca i obe­szła róg budynku, skrę­ca­jąc w lewo, jak pole­cił jej tak­sów­karz. Nie­omal prze­je­chała komuś po sto­pach kołami cięż­kiej walizy.

Po prze­ciw­nej, pra­wej stro­nie jezdni wszystko wyglą­dało wciąż nor­mal­nie - cią­gnące się budynki, chod­nik, śmiet­niki, lampy uliczne. Po lewej stro­nie jakiś czas jesz­cze bie­gła ściana tego samego biu­rowca, dalej poja­wiał się kawa­łek zie­leni zasa­dzo­nej przed wąskim apar­ta­men­tow­cem, a potem... wyra­stał mur. Był tak wysoki, że musiała zadrzeć głowę, żeby dosię­gnąć wzro­kiem szczytu.

Przy­sta­nęła, zszo­ko­wana. Mur wypeł­niał prze­strzeń miej­ską niczym kolejny budy­nek, ale zda­wał się nie koń­czyć, ogra­dza­jąc komicz­nie wręcz wielki obszar. Wszyst­kie budowle naokoło błysz­czały oknami, tym­cza­sem on stra­szył swoją solidną powierzch­nią.

Nie wie­dząc wła­ści­wie czemu, Erin pomy­ślała o pie­nią­dzach. Szkoły Sty­pen­dialne poja­wiły się sześć lat temu jak grzyby po desz­czu. Sto trzy­dzie­ści osiem na tere­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych, szes­na­ście w Kana­dzie. To nie mogło być tanie, zwłasz­cza jeśli budo­wali w dużych mia­stach. Cała ta orga­ni­za­cja sen­tu­ralna musiała nie­sa­mo­wi­cie dobrze radzić sobie w natu­ral­nej eko­no­mii i dziew­czynę ogar­nął nagle nie­po­kój, że szkoła będzie pełna roz­pusz­czo­nych, boga­tych dzie­cia­ków...

Ktoś potrą­cił ją, prze­cho­dząc pospiesz­nie obok i wyry­wa­jąc z zamy­śle­nia. Dotarło do niej, że ma bar­dzo mało czasu, jeśli w ogóle nie jest spóź­niona - tele­fon wrzu­ciła do ple­caka i nie wie­działa nawet, która jest godzina. Ruszyła więc pospiesz­nie do przodu wzdłuż muru i szła tak długo, aż w zasięgu jej wzroku poja­wiła się brama. Oba jej olbrzy­mie skrzy­dła stały otwo­rem, zapra­sza­jąc zarówno pie­szych, jak i pojazdy. Zapro­sze­nie to jed­nak tra­ciło nieco na sym­pa­tycz­no­ści, gdy lądo­wało się wzro­kiem na trzech zagra­dza­ją­cych drogę straż­ni­kach. Ubrani byli wszy­scy w szare uni­formy z wyszy­tym sym­bo­lem "S" - tym samym, które dziew­czyny zna­la­zły na książ­kach fan­tasy.

To był jed­nak fatalny pomysł. Erin nie miała poję­cia, czemu dociera to do niej dopiero teraz, ale dotarło i zmu­siło do ponow­nego zatrzy­ma­nia się. Jak mogła w ogóle na coś podob­nego wpaść? Prze­cież jest czło­wie­kiem!

Gapiła się na straż­ni­ków, pani­ku­jąc po cichu, i nie­chcący zła­pała z jed­nym kon­takt wzro­kowy. Męż­czy­zna nie odwró­cił oczu, Erin prze­łknęła więc ślinę i ruszyła do bramy, czu­jąc dodat­kową pre­sję.

- Doku­menty? - ode­zwał się męż­czy­zna, gdy dzie­liło ich tylko kilka kro­ków.

Nasto­latka zamarła prze­ra­żona. Czyżby już ją roz­szy­fro­wali? W pierw­szej sekun­dzie, zanim zdą­żyła zro­bić choćby jeden krok?! Nie, nie­moż­liwe. Tak­sów­karz prze­cież mówił, że spraw­dzają doku­menty już przy bra­mie...

Weź się w garść.

Zdjęła rękę z uchwytu walizki, a potem zrzu­ciła z ramie­nia torbę. Jeśli jutro obu­dzi się z zakwa­sami, nie będzie zdzi­wiona. Było to tym przy­krzej­sze, że tar­gała ze sobą głów­nie rze­czy sio­stry. Drżą­cymi rękoma wycią­gnęła z ple­caka prawo jazdy Alei oraz jeden z doku­men­tów, który przy­szedł w liście. Męż­czy­zna zer­k­nął na obie rze­czy i kiw­nął głową.

- Główne wej­ście do szkoły, pierw­sze pię­tro i na lewo. Tam jest sekre­ta­riat.

Podzię­ko­wała mu nie­na­tu­ral­nie wyso­kim gło­sem, zała­do­wała na sie­bie z powro­tem ple­cak i torbę, chwy­ciła za rączkę walizki i ruszyła dalej.

Ponad murami widać było na­dal zwy­kłe budynki, ale Erin i tak czuła się, jakby wkro­czyła do innego świata. Gwar ruchli­wych ulic i hałas skrzy­żo­wań został po dru­giej stro­nie. Przez bramę wcho­dziło się na bru­ko­wany plac, na któ­rym stało w tej chwili kil­ka­na­ście samo­cho­dów, dalej roz­po­czy­nały się wąskie pasma zadba­nych traw­ni­ków, aż wresz­cie wyra­stał ogromny budy­nek.

Budowla była wyraź­nie współ­cze­sna, widać było w niej jed­nak tęsk­notę za kolum­nami, łukami i syme­trią archi­tek­tury sta­ro­żyt­nych Gre­ków i Rzy­mian. Kre­mowy budy­nek wzno­sił się na cztery kon­dy­gna­cje, każda wyraź­nie wyż­sza od stan­dar­do­wych. Miał duże, wąskie okna, pła­ski dach i impo­nu­jące wej­ście umiesz­czone dokład­nie pośrodku fasady. Pro­wa­dziło do niego kilka niskich stopni z łagod­nymi pod­jaz­dami dla wóz­ków inwa­lidz­kich.

Wszę­dzie krę­cili się ucznio­wie. Erin zaczęła roz­glą­dać się ner­wowo na wszyst­kie strony, nie potra­fiąc zdu­sić nie­po­koju. Bała się, że ktoś nagle wytknie ją pal­cem i wrza­śnie "czło­wiek!". Albo gorzej, jakiś Wam­pir rzuci się na nią znie­nacka, obna­ża­jąc kły. Jeśli wie­rzyć w to, co czy­tała, był to strach irra­cjo­nalny, ale co z tego? Ude­rzał wciąż tak samo mocno. Przy­naj­mniej wszy­scy wyglą­dali jak ludzie, co przy­nio­sło jej odro­binę ulgi. Ow­szem, kilka osób przyj­rzało jej się podejrz­li­wie, ale chyba z powodu ogrom­nego bagażu i zadyszki, a nie skan­da­licz­nej tajem­nicy.

Przed samym wej­ściem zro­biła krótki przy­sta­nek, wykoń­czona fizycz­nie i nie­go­towa psy­chicz­nie. Wie­działa jed­nak, że nie ma wiele czasu. Po chwili powie­trze roz­darł ryk karetki pogo­to­wia mkną­cej przez ulice gdzieś po dru­giej stro­nie muru i Erin uznała to za sygnał, że czas iść dalej. Wzięła głę­boki oddech, z gry­ma­sem nie­chęci chwy­ciła znów bagaże i wkro­czyła do szkoły.

Hol był ogromny, jak naj­wy­raź­niej wszystko w tej pokrę­co­nej szkole. Sło­neczną prze­strzeń ota­czały dookoła wyso­kie kolumny, sze­ro­kie schody bie­gły w górę zarówno z lewej, jak i pra­wej strony, a gdy zadarło się głowę, zamiast sufitu widać było kolejne pię­tro i zaga­da­nych uczniów opar­tych leni­wie o barierki.

Erin nie zorien­to­wała się, że nie­da­leko cze­kają windy, i wdra­pała się z baga­żami na pierw­sze pię­tro po scho­dach. Głów­nie dzięki sile swo­jego uporu, bo tej w rękach i nogach już nie­mal nie posia­dała. Była znowu zdy­szana, spo­cona i na pewno wyglą­dała tra­gicz­nie. Tym­cza­sem wszy­scy inni mieli na sobie ele­ganc­kie mun­durki szkolne, gotowi na uro­czy­ste roz­po­czę­cie roku. Ope­ra­cja "wto­pić się w tłum" nie zaczęła się pomyśl­nie. Prze­klęła w myślach spóź­niony pociąg i miej­skie korki.

* * *

Porzu­ciw­szy torby przy ścia­nie, zapu­kała w drzwi z ciem­nego drewna opa­trzone tabliczką "Sekre­ta­riat", a potem wkro­czyła do środka, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Spie­szyło jej się, okej?

Przy ukry­tym czę­ściowo za kon­tu­arem biurku sie­działa blada, znu­żona kobieta. Miała mocny maki­jaż, pur­pu­rowy obci­sły żakiet i tego samego koloru kol­czyki w kształ­cie roz­gwiazd. Pod­nio­sła głowę, popra­wiła oku­lary w wyra­zi­stych opraw­kach i zmie­rzyła Erin scep­tycz­nym spoj­rze­niem jasno­sza­rych oczu. Przy­wo­dziła dziew­czy­nie na myśl jej surową nauczy­cielkę geo­gra­fii, zde­cy­do­wa­nie nad­uży­wa­jącą per­fum.

- W czym mogę pomóc? - ode­zwała się sekre­tarka. Głos miała ropu­cho­waty. Erin po raz kolejny wyjęła z ple­caka nieco już pomięte doku­menty i poło­żyła je na kon­tu­arze.

- Wła­śnie dotar­łam i powie­dziano mi, że mam się tu zgło­sić.

Sekre­tarka zer­k­nęła na kartkę.

- Dowód toż­sa­mo­ści - ode­zwała się bez­na­mięt­nym tonem.

Erin wrę­czyła kobie­cie prawo jazdy Alei. Ta zaczęła stu­kać w kla­wia­turę kom­pu­tera. Póź­niej chwilę prze­glą­dała coś na ekra­nie, aż w końcu odchrząk­nęła i wstała z miej­sca.

Ścianę za nią cał­ko­wi­cie zakry­wały szafki i półki, a przed nimi pię­trzyły się wiel­kie kar­tony. Kilka z nich stało nawet przed kon­tu­arem, obok nasto­latki. Sekre­tarka zer­k­nęła znów na Erin.

- Spodnie czy spód­niczka? - zapy­tała ze znu­że­niem. - I roz­miar.

- Em. - Erin pojęła, że cho­dzi o mun­du­rek, ale nie była pewna swo­jej odpo­wie­dzi. Ona czuła się naj­bar­dziej kom­for­towo w spodniach i nie pamię­tała, kiedy ostat­nio miała na sobie coś innego. Była jed­nak teraz ofi­cjal­nie Aleą, a ta lubiła być na bie­żąco z modą i nosiła wszystko: spodnie, spód­niczki, sukienki. - Spód­niczka - zade­cy­do­wała. - M albo L. Róż­nie bywa - dodała. Nie ufała roz­mia­rów­kom, a w dodatku zawsze wolała rze­czy za luźne niż te "w sam raz".

Sekre­tarka zmie­rzyła ją wzro­kiem uważ­niej, ewi­dent­nie pró­bu­jąc oce­nić roz­miar. Potem wes­tchnęła ciężko i osta­tecz­nie coś wybrała.

- Koszula z kro­jem męskim czy dam­skim? - zapy­tała znowu.

- Męskim - odparła Erin natych­miast, tym razem bez cie­nia zawa­ha­nia. Wzdry­gała się na samą myśl o mate­riale cia­sno opi­na­ją­cym jej talię i przy­le­ga­ją­cym pod pachami.

Do czar­nej spód­niczki i bia­łej koszuli dołą­czył czarny, wąski kra­wat. Każda rzecz zapa­ko­wana była w cienką, foliową kopertę. "Pla­stik", usły­szała Erin w swo­jej gło­wie, wypo­wie­dziane peł­nym nie­chęci gło­sem jej sio­stry. Po chwili na kon­tu­arze wylą­do­wał także klucz z nume­rem 465.

- Musisz zejść na dół i wyjść na dzie­dzi­niec. Drzwi, które zoba­czysz na wprost, pro­wa­dzą do inter­natu. Twoje brac­two będzie na samej górze, z wej­ściem pod sym­bo­lem oka.

Erin ski­nęła głową, po czym spoj­rzała nie­spo­koj­nie na zegar na ścia­nie. Zostało pół godziny do roz­po­czę­cia roku szkol­nego.

Sekre­tarka wyła­pała jej wzrok.

- Spie­szymy się, co? Nic dziw­nego, jesteś chyba ostat­nia z ostat­nich. Wstyd, spóź­niać się już pierw­szego dnia.

Kobieta znów się odwró­ciła i otwo­rzyła jesz­cze inną szu­fladę w wiel­kim regale pod ścianą. Grze­bała w niej i grze­bała, a gdy wresz­cie skoń­czyła, prze­szła do następ­nej. Erin prze­stą­piła z nogi na nogę.

- Legi­ty­ma­cja - oznaj­miła sekre­tarka, kła­dąc obok klu­cza pla­sti­kową kartę.

Doku­ment nie róż­nił się spe­cjal­nie od legi­ty­ma­cji Erin. Miał inne zdję­cie, inny kolor i użyto innego fontu, ale dane zawie­rał te same. No pra­wie. Kosmo­sowi niech będą dzięki, że for­mal­no­ści rodzice i Alea wypeł­nili wcze­śniej, bo gdyby teraz jesz­cze została tu zarzu­cona papie­rami, na pewno nie zdą­ży­łaby na czas.

Spró­bo­wała zmie­ścić wszyst­kie nowe rze­czy do pod­ręcz­nego ple­caka, ale udało jej się tam wepchnąć tylko połowę mun­durka. Koszulę musiała wziąć w dło­nie, klucz od pokoju wci­snęła do kie­szeni spodni i była gotowa odejść.

- Wycią­gnij lewą rękę - roz­ka­zała tym­cza­sem swoim znu­żo­nym tonem sekre­tarka. Erin wyko­nała pole­ce­nie, zasko­czona. - Dłoń tu. - Popu­kała w drew­niany blat kon­tu­aru. - Odwrot­nie - dodała znie­cier­pli­wiona, gdy nasto­latka uło­żyła rękę wierz­chem do góry.

Kobieta posta­wiła obok ręki Erin naczy­nie wyglą­da­jące jak olbrzymi pojem­nik na mydło w pły­nie. Przez jego szklane ścianki widać było dziwną masę w kolo­rze brą­zo­wego bursz­tynu. Miała ona nawet cha­rak­te­ry­styczny dla niego połysk i nie­rów­no­ści w bar­wie oraz złote i czarne dro­binki. Sekre­tarka przy­su­nęła dłoń Erin pod meta­lowy kra­nik i przy­ci­snęła pompkę kilka razy, aż na skórę nasto­latki wylała się nie­wielka por­cja zim­nej, mokrej masy o kon­sy­sten­cji żelu. Następ­nie zmu­siła dziew­czynę do zaśnię­cia pal­ców w pięść i wymam­ro­tała pod nosem słowa, które brzmiały jak w obcym języku.

Erin przy­glą­dała się temu wszyst­kiemu z głę­bo­kim nie­po­ko­jem, zbyt zagu­biona, by jak­kol­wiek zare­ago­wać. Kiedy tylko sekre­tarka skoń­czyła szep­tać, nasto­latka poczuła mro­wie­nie w miej­scu, gdzie wyci­śnięto na nią nie­my­dło. Uczu­cie to za chwilę roz­prze­strze­niło się po całym ciele, a potem minęło.

- Otwórz dłoń - pole­ciła kobieta, pusz­cza­jąc ją.

Erin wolno roz­pro­sto­wała palce i wcią­gnęła gło­śno powie­trze, zasko­czona.

Wizu­al­nie nie­wiele się zmie­niło. Wyglą­dało to wciąż tak, jakby ktoś poło­żył duży bursz­tyn - czy też por­cję żelu w kolo­rze bursz­tynu - na wewnętrz­nej stro­nie jej dłoni. Masa zacho­wała cha­rak­te­ry­styczny blask, przej­rzy­stość, i orga­niczne dro­binki, pro­blem pole­gał na tym, że stała się pła­ska. Nie roz­gnio­tła się w pię­ści Erin, tylko... wsią­kła w ciało. Z bli­ska widać było nawet pod kolo­rem i poły­skiem natu­ralną fak­turę dłoni. Gdy dziew­czyna prze­su­nęła po tym miej­scu pal­cem pra­wej ręki, poczuła wyłącz­nie cie­pło skóry.

Bursz­tyn był widoczny, ale nie­wy­czu­walny. Dopa­so­wy­wał się do ruchów ciała, niczym zago­jony tatuaż, wyglą­dał jed­nak wciąż trój­wy­mia­rowo. Jak gdyby zamiast wysta­wać ponad jej skórę, biegł teraz do wewnątrz, zaj­mu­jąc prze­strzeń w głębi orga­ni­zmu. Mózg Erin nie mógł pogo­dzić się z tym, jak bar­dzo sprzecz­nych infor­ma­cji dostar­czały mu bodźce wizu­alne i doty­kowe.

- To jest twój iden­ty­fi­ka­tor rodzaju. - Bez­na­miętny głos sekre­tarki prze­bił się przez jej szok. - Na tere­nie budynku pozo­staje w obec­nej for­mie. Gdy wyj­dziesz na zewnątrz, nabie­rze cech twar­dej biżu­te­rii i jego obec­ność sta­nie się wyczu­walna. Masz obo­wią­zek nosić go w widocz­nym miej­scu: na dowol­nym nad­garstku lub na szyi.

Erin gapiła się na swoją dłoń, raz po raz zaci­ska­jąc lekko palce, jakby ocze­ki­wała, że bursz­ty­nowa masa wypły­nie z jej skóry na wierzch i sta­nie się na powrót żelem.

- Uło­że­nie iden­ty­fi­ka­tora zmie­niać można przez pocie­ra­nie - dokoń­czyła sekre­tarka.

Zdez­o­rien­to­wa­nie musiało być bar­dzo widoczne na twa­rzy Erin, przyj­rzaw­szy się jej bowiem uważ­niej, kobieta wes­tchnęła z nie­chę­cią.

- W ten spo­sób. - Przy­ci­snęła pulchny palec wska­zu­jący do wto­pio­nego w skórę dziew­czyny bursz­tynu i prze­cią­gnęła go w stronę nad­garstka. Masa prze­su­nęła się, sta­wia­jąc jed­nak odro­binę oporu: jakby ktoś roz­cie­rał miękką pla­ste­linę o stół. Erin nie poczuła zupeł­nie nic poza doty­kiem kobiety.

Chwilę obra­cała rękę na różne strony, przy­glą­da­jąc się nowej deko­ra­cji z fascy­na­cją. Osta­tecz­nie doszła do dwóch kon­klu­zji. Po pierw­sze, iden­ty­fi­ka­tor rodzaju był zaje... super. Abso­lut­nie nie­sa­mo­wity. Po dru­gie, nie dało się go zdjąć.

- Prze­pra­szam - zagad­nęła ostroż­nie, opie­ra­jąc się o kon­tuar i sta­jąc na pal­cach, by lepiej widzieć sie­dzącą za nim kobietę, która wró­ciła już do stu­ka­nia w kla­wia­turę. - A co, jeśli będę chciała to zdjąć?

Sekre­tarka zmru­żyła oczy.

- A czemu mia­ła­byś to robić? - zapy­tała wolno. Chwilę przy­pa­try­wała się jej podejrz­li­wie, po czym opu­ściła wzrok, uzna­jąc roz­mowę za skoń­czoną.

Erin ogar­nęła nowa fala paniki, a wraz z nią znany już za dobrze ucisk w żołądku. O, Kosmo­sie, niby jak miała zamie­nić się z Aleą miej­scami w sobotę, kiedy jakiś magiczny iden­ty­fi­ka­tor rodzaju przy­ssał się do niej lepiej od pijawki?!

- Uro­czy­stość roz­po­czę­cia roku roz­po­czyna się za dwa­dzie­ścia jeden minut - oznaj­miła oschle kobieta.

Dwa­dzie­ścia jeden?! Okej, Erin nie miała teraz czasu na mar­twie­nie się czym­kol­wiek.

Jakimś cudem udało jej się wynieść ze wszyst­kimi rze­czami na kory­tarz, jed­nak już po kilku kro­kach zro­zu­miała, że daleko tak nie zaj­dzie. Zarzu­cony tym razem tylko na jedno ramię ple­cak już się zsu­wał i nie miała go jak popra­wić, bo jedną dło­nią cią­gnęła walizkę, a w dru­giej trzy­mała koszulę. Pasek wiel­kiej torby zwi­nął się i wbi­jał się jej bole­śnie w ciało. Nie bar­dzo wie­działa, dokąd iść, bra­ko­wało jej sił, żeby wszystko tam zanieść, a już na pewno nie miała poję­cia, jak zdą­żyć na czas. Do tego została wła­śnie zaob­rącz­ko­wana jakimś bursz­ty­no­wym glu­tem, który abso­lut­nie niwe­czył cały plan zamiany z Aleą! Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że była wykoń­czona podróżą i stre­sem, roz­czo­chrana i pew­nie śmier­działa!

Jakaś zapad­nia otwo­rzyła się nagle w jej gło­wie i emo­cje wylały się bez­li­to­śnie, pla­miąc wszystko na czarno. Zatrzy­mała się gwał­tow­nie na środku kory­ta­rza, pozwa­la­jąc ple­ca­kowi osta­tecz­nie zsu­nąć się z ramie­nia i upaść na pod­łogę. Zrzu­ciła też torbę, nie mogąc wytrzy­mać bólu, i po raz pierw­szy od dawna poczuła, jak łzy zbie­rają jej się w oczach.

- Pomóc ci?

Spo­kojny głos o przy­jem­nym brzmie­niu ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie tuż obok. Erin zaci­snęła usta, zamru­gała szybko, pozby­wa­jąc się nad­miaru wil­goci z oczu, i odwró­ciła głowę.

Kawa­łek za nią stał młody chło­pak i uśmie­chał się przy­jaź­nie. Miał brą­zowe, nie­sfor­nie krę­cone włosy i nieco łobu­zer­skie spoj­rze­nie. Biała koszula, zamiast zostać regu­la­mi­nowo wło­żona w czarne spodnie, zwi­sała swo­bod­nie, pognie­ciona nieco na samym dole. Jego kra­wat był prze­krzy­wiony, a man­kiety ręka­wów pod­wi­nięte nie­dbale.

- Pomóc ci? - powtó­rzył pyta­nie i wtedy zorien­to­wała się, że bez­czel­nie się na niego gapi, mil­cząc. Wypu­ściła gło­śno powie­trze.

- Tak. Kurde, bła­gam - dodała, nie kry­jąc głę­bo­kiej ulgi, i pod­su­nęła mu jeden z bagaży.

Kry­zys minął. Wzięła się w garść i pozwo­liła sobie zer­k­nąć na nie­zna­jo­mego ponow­nie, tym razem z cie­ka­wo­ścią. Chło­pak się­gnął po torbę, a póź­niej wycią­gnął rękę także po walizkę. Na jego pra­wym nad­garstku błysz­czała srebrna smuga, roz­tarta w nie­rów­no­mierną obręcz. Tak jak w przy­padku bursz­tynu Erin metal był cał­ko­wi­cie zin­te­gro­wany ze skórą i ewi­dent­nie pozba­wiony swo­jej twar­do­ści.

- Jestem Lucas - przed­sta­wił się, rusza­jąc w stronę wind w końcu kory­ta­rza. Nie była to droga, którą tutaj przy­szła, ale posta­no­wiła mu zaufać.

- Erin - odpo­wie­działa odru­chowo w ślad za nim, po czym zamarła.

O jeżu na wło­ściach. Gdyby jej nie wyprze­dził, zoba­czyłby teraz, jak przez jej twarz prze­biega prze­ra­że­nie. Pod­bie­gła kilka kro­ków, żeby się z nim zrów­nać, i posta­no­wiła uda­wać, że nic się nie stało. W mil­cze­niu prze­jęła walizkę, nie zga­dza­jąc się, by tasz­czył oba jej bagaże.

- Ja jestem Alea i jestem cho­ler­nie spóź­niona. Ratu­jesz mi życie.

Chło­pak uśmiech­nął się sze­roko. Jeśli usły­szał jej wpadkę, nie dał tego po sobie poznać.

- Nie ma sprawy. Miesz­kamy na tym samym pię­trze - odparł, kiwa­jąc zna­cząco w stronę jej nad­garstka.

- Też jesteś... em, Zmien­no­kształtny? - zapy­tała, na­dal nie potra­fiąc rzu­cać sen­tu­ral­nymi ter­mi­nami bez lek­kiego zawa­ha­nia. Brzmiały dla niej wciąż tro­chę... śmiesz­nie. Zupeł­nie nie­re­al­nie.

Lucas zaśmiał się pod nosem.

- Widzę, Aleo, że jesteś nie tylko spóź­niona, ale także zupeł­nie nie­do­in­for­mo­wana. Pierw­szy rok?

- Trzeci - popra­wiła go, gdy wsia­dali do windy. - Ale pierw­szy rok tutaj. Jestem... prze­mie­ni­łam się nie­dawno i jestem... Echem? Nic nie wiem. Tak, wiesz, kom­plet­nie nic nie wiem.

- Ach... - W piw­nych oczach Lucasa poja­wiło się zain­try­go­wa­nie. Winda dotarła na dół i chło­pak skie­ro­wał ich na dzie­dzi­niec. - Bursz­tyn jest dla Zmien­no­kształt­nych, sre­bro dla Wil­ko­ła­ków. Nasze brac­twa są naprze­ciwko sie­bie, na ostat­nim pię­trze - wyja­śnił. - Jeste­śmy na tym samym roku - dodał jesz­cze. - Tylko że ja tra­fi­łem tutaj pod koniec pierw­szego.

- O! - ucie­szyła się Erin, od razu mając nadzieję, że tra­fią im się wspólne zaję­cia. Potem sobie przy­po­mniała, że to nie jej szkoła. - To nie jest takie tro­chę... nie­wła­ściwe, że nas ozna­czają rodza­jami? I gru­pują w poko­jach? Powie­dzieli mi, że szkoły powo­łano w celach inte­gra­cyj­nych...

Lucas chciał odpo­wie­dzieć, ale wcho­dzili wła­śnie do inter­natu i musieli wymi­nąć sporą grupę uczniów, która spie­szyła się w drugą stronę. Kiedy w końcu prze­pchnęli się do środka, powi­tał ich kolejny wielki hol, cho­ciaż nie tak ogromny jak ten w sek­to­rze szkol­nym. Dokład­nie na wprost znaj­do­wały się nie­praw­do­po­dob­nie sze­ro­kie schody, które zwę­żały się w miarę wzno­sze­nia do góry. Już miała wewnętrz­nie jęk­nąć, myśląc, że Lucas kie­ruje się w ich stronę, ale chło­pak odbił na prawo, gdzie znaj­do­wały się windy.

- Ta szkoła jest po to, żeby­śmy żyli w pokoju i wię­cej o sobie nawza­jem wie­dzieli. Nikt nie mówi, że mamy się trzy­mać za rączki i tań­czyć razem dookoła ogni­ska. Zwłasz­cza kiedy każdy rodzaj jest tro­chę spe­cy­ficzny, na swój wła­sny spo­sób. Poza tym to jest głów­nie dla bez­pie­czeń­stwa. - Uniósł rękę, pod­kre­śla­jąc, że ma na myśli iden­ty­fi­ka­tor. - Nauczy­ciele wolą mieć świa­do­mość, kto jest kim. Lepiej dla wszyst­kich, moim zda­niem. Posadź nas nie­chcący z Wam­pi­rami w jed­nej ławce, to nikt się niczego nie nauczy, bo czter­na­ście lat temu nasze rodzaje w tym kraju urzą­dziły sobie nawza­jem poli­tyczną masa­krę i nikomu jesz­cze na dobre nie prze­szła ta nie­chęć.

Wyszcze­rzył się na koniec, jakby był to powód do dumy. Erin prze­tra­wiała to, co usły­szała, w mil­cze­niu. Na­dal też jesz­cze nie do końca pogo­dziła się z fak­tem, że roz­ma­wia z Wil­ko­ła­kiem. A pro­pos...

- A to nie jest tro­chę okrutne, że aku­rat wy nosi­cie sre­bro? - zapy­tała, kiedy wsia­dali do windy. Czy­tała z Aleą, że Wil­ko­łaki mogą umrzeć tylko od ran zada­nych sre­brem (lub ze sta­ro­ści). Wszyst­kie inne obra­że­nia, cho­ciaż goiły się bole­śnie i w ludz­kim tem­pie, koń­czyły się zawsze rege­ne­ra­cją orga­ni­zmu. Lucas, nie­świa­domy jej toku myślo­wego, non­sza­lancko przy­ci­snął numer trzy. - W sumie, to w ogóle jest fak­tycz­nie sre­bro i bursz­tyn czy tylko tak wygląda?

- Sku­bań­stwo jest magiczne, więc kto wie, co do tego dodali. Ale chyba praw­dziwe metale i mine­rały są uży­wane, żeby to zro­bić. - Wzru­szył ramio­nami. Widać było, że po roku z kawał­kiem, który spę­dził w tej szkole, iden­ty­fi­ka­tory już nie robią na nim wra­że­nia. - Łowcy to onyks, Cza­ro­dzieje to perła, a Wam­piry to złoto, jakby co. Odpo­wia­da­jąc na twoje pierw­sze pyta­nie: sre­bro jest wraż­liwe na sen­tu­ralną ener­gię księ­życa. Tak samo jak nasz rodzaj. Rany nim zadane są dla nas wyjąt­kowo nie­bez­pieczne, dla­tego że w pew­nym sen­sie nada­jemy na tych samych falach. Tro­chę tak jak to powie­dze­nie, że naj­moc­niej zra­nić cię może osoba, z którą jesteś emo­cjo­nal­nie naj­bli­żej, nie? Więc to nie tak, że nie­na­wi­dzimy sre­bra. Wręcz prze­ciw­nie.

Było to... sen­sowne. Szo­ku­jąco sen­sowne.

Wysie­dli z windy. Nieco na prawo znaj­do­wały się drzwi pro­wa­dzące na duży kamienny bal­kon, na lewo z pod­łogi wyła­niały się krę­cone schody. Pro­wa­dziły tylko w dół, bo znaj­do­wali się na ostat­nim pię­trze.

Lucas gestem zapro­sił ją, by ruszyła przo­dem przez nie­wielki hol. Dwie pary ciem­nych, wyso­kich, dwu­skrzy­dło­wych drzwi znaj­do­wały się dokład­nie naprze­ciwko sie­bie, a nad każ­dym ze skrzy­deł wysoko pod sufi­tem wisiał obraz.

Po jed­nej stro­nie z płótna patrzyło na nich oko z dzi­wacz­nie elip­tyczną źre­nicą. Obraz pogrą­żony był w boga­tych odcie­niach ciem­nych zie­leni i bursz­ty­no­wych brą­zów. Z abs­trak­cyj­nych smug farby wyła­niały się roz­po­zna­walne kształty, wciąż jed­nak nieco zde­for­mo­wane, jakby wycią­gnięte z sen­nej wizji - nad okiem cią­żyła powieka z mchu, za nim drzewa wycią­gały gałę­zie w różne strony, two­rząc leśny pół­mrok, a wśród nich cho­wały się syl­wetki naj­róż­niej­szych zwie­rząt. Całość była rów­nie hip­no­ty­zu­jąca, co nie­po­ko­jąca.

Naprze­ciwko w ramie zamknięto wilka. W sza­rej sier­ści mie­niły się plamy sre­bra, odbi­jane przez wyma­lo­wany na górze księ­życ w pełni na tle aksa­mit­nych gra­na­tów noc­nego nieba. Erin już miała odwró­cić wzrok, gdy nagle zdała sobie sprawę, że zwie­rzę nie jest samo. Wśród gru­bych warstw ciem­nej farby, które po zmru­że­niu oczu wyglą­dały jak skały, prze­my­kały kolejne, wil­cze posta­cie.

- Mogę wejść? - zapy­tał Lucas, kie­ru­jąc się pod drzwi z okiem, za któ­rymi znaj­do­wało się, jak to okre­śliła sekre­tarka, brac­two Zmien­no­kształt­nych.

Erin spoj­rzała na niego dziw­nie.

- To wasz teren - wyja­śnił chło­pak i spoj­rzał wymow­nie na jej iden­ty­fi­ka­tor. - Nasze pię­tro żyje w przy­jaźni, ale i tak zasady mówią, że musisz wyra­zić zgodę. Wer­bal­nie - dodał i mru­gnął zaczep­nie. Naj­wy­raź­niej Erin nie była sub­telna w swoim popa­da­niu w pełne zdzi­wie­nia mil­cze­nie.

- Właź - rzu­ciła z uda­waną nie­cier­pli­wo­ścią, licząc, że odwróci jego uwagę od lek­kiego rumieńca, który wziął się abso­lut­nie zni­kąd i bez powodu. Total­nie bez powodu.

Lucas uśmiech­nął się sze­roko, choć na­dal z tą cha­rak­te­ry­styczną nutą abso­lut­nego spo­koju, i pchnął drzwi. Były cięż­kie. Na takie zresztą wyglą­dały - nie­po­trzeb­nie wyso­kie, nie­po­trzeb­nie grube, z wiel­kimi zawia­sami. Siła, z jaką chło­pak na nie naparł, osta­tecz­nie to potwier­dziła.

Brac­two Zmien­no­kształt­nych wyglą­dało zaska­ku­jąco prze­cięt­nie: kory­tarz - wąski w porów­na­niu z tymi, któ­rymi szła do tej pory - i rzędy zwy­kłych drzwi, każde ozna­czone liczbą zaczy­na­jącą się od czwórki. Erin odnio­sła wra­że­nie, że są to pierw­sze drzwi nor­mal­nych roz­mia­rów, jakie zoba­czyła od czasu wej­ścia do szkoły. Wolną ręką wygrze­bała z kie­szeni klucz, by przy­po­mnieć sobie numer pokoju. Gdy zatrzy­mali się wresz­cie we wła­ści­wym miej­scu, Lucas spoj­rzał na nią z kolej­nym, lekko łobu­zer­skim uśmie­chem.

- Spa­dam zła­pać swo­jego współ­lo­ka­tora - oznaj­mił. - Prze­bie­raj się szybko i leć do auli, bo ina­czej się spóź­nisz. To będzie miej­sce dokład­nie nad głów­nym holem czę­ści szkol­nej, tylko na dru­gim pię­trze. Znaj­dziesz je na pewno, bo każdy tam teraz idzie.

Erin kiw­nęła głową i dopiero wtedy poczuła, że jej kitka cał­ko­wi­cie się pod­dała i zwisa teraz luźno gdzieś przy uchu, potar­gana. Ach, no tak, zupeł­nie zapo­mniała, że wygląda obec­nie fatal­nie.

- Dzięki za pomoc z tor­bami - rzu­ciła i uśmiech­nęła się szcze­rze. - Oca­li­łeś mnie.

- Nie ma sprawy. - Wil­ko­łak wsu­nął ręce do kie­szeni spodni, zamiast odejść. - Słu­chaj, tak jak wspo­mnia­łem, ja zosta­łem prze­mie­niony nie­całe pół­tora roku temu. Wrzu­cili mnie tu na ostat­nie mie­siące nauki w pierw­szym roku liceum. Zupełny szok. Wiem pew­nie lepiej, co teraz czu­jesz jako Echo, niż więk­szość Zmien­no­kształt­nych, któ­rzy mają sen­tu­ralne rodziny. No i mówię ci, będzie okej. Ta szkoła to jakiś obłęd, ale nie tylko w nega­tyw­nym sen­sie.

- Ehm... dzięki? - Erin nie kryła nie­po­koju, który na nowo ją ogar­nął. Lucas natych­miast wychwy­cił zmianę w jej nastroju.

- Hej, spo­koj­nie. Trzy­maj się z dala od elity Wam­pi­rów, uni­kaj sza­lo­nych Cza­ro­dzie­jów i nie pró­buj żar­to­wać z Łow­cami, to będziesz bez­pieczna. - Uśmiech­nął się prze­kor­nie, ale chyba nie do końca kpił. - Do zoba­cze­nia w auli - dodał i tym razem fak­tycz­nie odszedł.

Erin została sama na pustym kory­ta­rzu. Więk­szość uczniów pew­nie dawno już cze­kała na roz­po­czę­cie, dla­tego całe brac­two było takie opu­sto­szałe. Musiała się spie­szyć. Jeżu, spie­szyła się przez ostat­nią godzinę i zaczy­nała mieć tego stanu ser­decz­nie dość.

Wsu­nęła klucz do zamka, ale nie chciał się prze­krę­cić we wła­ściwą stronę. Naci­snęła więc klamkę i oka­zało się, że drzwi są już otwarte. Zatrzy­mała się na moment, nim pchnęła je dalej. Przy­mknęła oczy, wzięła głę­boki oddech i przy­po­mi­na­jąc sobie, żeby tym razem przed­sta­wić się jako Alea, otwo­rzyła pokój numer 465.

Pomiesz­cze­nie było nie­wiel­kie, ale przy­tulne, z bia­łymi ścia­nami i meblami z jasnego drewna. Po pra­wej stro­nie na poje­dyn­czym łóżku sie­działy dwie dziew­czyny. Erin posta­wiła swoje torby na ziemi i zawie­siła wzrok na współ­lo­ka­tor­kach.

- Jesteś! - wykrzyk­nęła jedna, zry­wa­jąc się z miej­sca. Była niska, miała pełne policzki i piegi roz­sy­pane po jasnej twa­rzy. Część blond wło­sów spięła w dwa uro­cze koczki, reszta opa­dała do ramion, lekko pofa­lo­wana. Przez chwilę wyglą­dała, jakby miała zamiar rzu­cić się Erin w ramiona. Potem jakby dogo­niło ją zmie­sza­nie. Spu­ściła wzrok i popra­wiła beżowe oku­lary na nosie, onie­śmie­lona. Osta­tecz­nie wycią­gnęła jedy­nie rękę. - Nazy­wam się Lizzy, będziemy razem miesz­kać - przed­sta­wiła się już znacz­nie ciszej. Pod jej brwiami migo­tały sztuczne dia­men­ciki: zwień­cze­nie kolo­ro­wego, arty­stycz­nego maki­jażu.

- Alea - odpo­wie­działa Erin nieco oszo­ło­miona i uści­snęła jej dłoń.

Druga dziew­czyna zda­wała się prze­ci­wień­stwem pierw­szej loka­torki. Była szczu­pła, wysoka i na przy­by­cie Erin zare­ago­wała raczej obo­jęt­nie: pod­nio­sła się wolno, bez entu­zja­zmu. Czarne, bar­dzo drobne loki ścięte miała tak krótko, że dosko­nale widoczne były jej uszy z nie­wiel­kimi srebr­nymi kol­czy­kami. Biżu­te­ria poły­ski­wała wyraź­nie na tle chłod­nego brązu skóry.

- Tatiana Len­nox - przed­sta­wiła się, mie­rząc nową współ­lo­ka­torkę uważ­nym spoj­rze­niem ciem­nych oczu. Ton miała zdy­stan­so­wany i nie pode­szła bli­żej.

- Cze­ka­ły­śmy na cie­bie! Musisz się pospie­szyć, bo zaraz wszyst­kie będziemy spóź­nione - zauwa­żyła nie­śmiało Lizzy. - Prze­bierz się tutaj, będziemy na kory­ta­rzu.

Erin nie trzeba było dwa razy powta­rzać. Wygrze­bała z torby dez­odo­rant i nało­żyła go pospiesz­nie pod pachy, wcią­gnęła na sie­bie koszulę i spód­niczkę, ponow­nie splą­tała włosy w nie­dbały węzeł z tyłu głowy i zer­k­nęła w duże lustro zawie­szone na drzwiach. Na jego kra­wę­dziach przy­cze­pione były różne naklejki i kilka zdjęć. Zro­biła sobie men­talną notatkę, że to będzie dobre miej­sce na zawie­sze­nie kolek­cji pola­ro­idów Alei. Odbi­cie suge­ro­wało, że nie wyglą­dała tra­gicz­nie. A jeśli nawet było ina­czej, miała to chwi­lowo tro­chę gdzieś.

* * *

Tatiana i Lizzy pokie­ro­wały ją w stronę krę­co­nych scho­dów. Podobno z czę­ści miesz­kal­nej budynku można było dostać się do szkol­nej na skróty przez bal­kony nad dzie­dziń­cem, ale nie zostały one jesz­cze otwarte. Ozna­czało to, że musiały zejść na sam dół.

Poko­nu­jąc kolejne poziomy spi­ral­nych scho­dów, Erin zer­kała na boki z zacie­ka­wie­niem mimo pośpie­chu. Pię­tro niżej znaj­do­wał się taki sam hol z taką samą parą usta­wio­nych naprze­ciwko sie­bie drzwi, ale obrazy oczy­wi­ście się róż­niły. Jeden - ską­pany w zło­cie i kar­ma­zy­no­wej czer­wieni - był zaska­ku­jąco reali­stycz­nym por­tre­tem gru­po­wym trzech kobiet. W dru­gim prze­wa­żał fio­let oraz łagodne odcie­nie jasnych sza­ro­ści, które budo­wały dzi­waczne, tro­chę nie­po­ko­jąco powy­krę­cane drzewo. Ostatni, na pierw­szym pię­trze, przed­sta­wiał antyczną kuszę w kolo­rze pia­sko­wej żółci na tle ciem­nych brą­zów i głę­bo­kiej czerni.

Minęły główne wej­ście do inter­natu, które umiesz­czono nie­ty­powo na dru­giej kon­dy­gna­cji, i wybie­gły na dzie­dzi­niec przez tylne drzwi na par­te­rze. Wpa­dły do sek­tora szkol­nego, wspięły się na wiel­kie schody, odbiły znów w prawo i sta­nęły (cóż za nie­spo­dzianka) w potęż­nych drzwiach pro­wa­dzą­cych do ogrom­nej sali, zatło­czo­nej i wypeł­nio­nej szme­rami roz­mów.

Aula była wysoka na dwie kon­dy­gna­cje i wyglą­dała jak wyjąt­kowo duża, wyjąt­kowo ele­gancka sala wykła­dowa. Lekko zaokrą­glona scena wypo­sa­żona w ekran do pro­jek­cji została umiesz­czona na pode­ście, a sie­dze­nia wzno­siły się amfi­te­atral­nie w górę w pię­ciu osob­nych sek­to­rach. Ściana za ich naj­wyż­szym rzę­dem została prze­szklona. Przez szyby zoba­czyć można było kory­tarz, a po jego dru­giej stro­nie okna z wido­kiem na zewnątrz budynku.

Zdy­szane nasto­latki dotarły na ostat­nią chwilę. Pra­wie wszy­scy ucznio­wie sie­dzieli już na miej­scach, pod­czas gdy część kadry nauczy­ciel­skiej usta­wiła się z tyłu sceny i widać było, że już szy­kują się do prze­mó­wie­nia. Lizzy i Tatiana natych­miast pokie­ro­wały Erin w stronę kon­kret­nego sek­tora. Gdy tylko zna­la­zły trzy wolne miej­sca i usia­dły, dziew­czyna powró­ciła do roz­glą­da­nia się.

W pierw­szym (licząc od lewej) z pię­ciu dłu­gich sek­to­rów, które cią­gnęły się od sceny w dole po prze­szkloną ścianę na górze, więk­szość osób sie­działa spo­koj­nie. Ucznio­wie ci mieli dość wyspor­to­wane syl­wetki, miny głów­nie sku­pione lub nieco bez­na­miętne i roz­ma­wiali szep­tem, ewi­dent­nie mając na uwa­dze to, że uro­czy­stość ma się lada chwila roz­po­cząć. Erin była za daleko, by przyj­rzeć się ich twa­rzom, ale gdyby nie to, dostrze­głaby, że w gru­pie prze­waża ciemny kolor oczu. Tęczówki ciem­niały pod­czas trans­for­ma­cji w Łowcę: o ton, dwa, a cza­sem aż do czerni. Na ich nad­garst­kach pobły­ski­wał wto­piony w skórę czarny onyks.

Osoby z następ­nego sek­tora w oczach miały fio­let. Nie­które elek­try­zo­wały fioł­kową barwą, inne lśniły kolo­rem ciem­nej śliwki, który z daleka łatwo było pomy­lić z brą­zem czy czer­nią, jesz­cze inne zawie­rały jedy­nie lawen­dowe dro­binki przy źre­nicy. Tym, co łączyło wszyst­kich, były także nitki bieli we wło­sach - zazwy­czaj nie­zau­wa­żalne lub pozo­ru­jące lek­kie siwie­nie, jed­nak w skraj­nych przy­pad­kach utwo­rzyć mogły całe pasma bez koloru. Wśród naj­róż­niej­szych kolo­rów skóry każdy, co do jed­nego, odzna­czał się chłodną tona­cją. Ich iden­ty­fi­ka­tor przy­po­mi­nał masę per­łową. Cza­ro­dzieje.

W kolej­nym sek­to­rze uczniów łączył jedy­nie fakt, że każdy wyda­wał się Erin nie­sa­mo­wi­cie atrak­cyjny wizu­al­nie, nie­za­leż­nie od wagi, wzro­stu, typu urody czy ubioru. Wła­ści­wie osoby te były odro­binę zbyt ide­alne, co suge­ro­wało dzia­ła­nie jakiejś sen­tu­ral­nej sztuczki. Nawet w ich wier­ce­niu się czy robie­niu nieatrak­cyjnych min było coś peł­nego gra­cji. Erin dopiero po chwili dostrze­gła poły­sku­jące wszę­dzie złoto iden­ty­fi­ka­tora ozna­cza­ją­cego wam­pi­ryzm i wzdry­gnęła się, zaże­no­wana, jak łatwo oszu­kał ją urok dra­pież­ni­ków. Pocie­szyć się mogła tylko tym, że grupa ta była zde­cy­do­wa­nie mniej liczna od pozo­sta­łych.

Wśród Zmien­no­kształt­nych nie widać było niczego szcze­gól­nego. Podob­nie sprawy się miały z Wil­ko­ła­kami obok. Podej­rze­wała, że nie przy­pad­kiem ich inter­naty znaj­dują się na tym samym pię­trze. Łączyła ich zdol­ność trans­for­ma­cji - na zupeł­nie innych zasa­dach i w inny spo­sób, ale jed­nak - i u obu rodza­jów sen­tura ulo­ko­wała się przez to w cało­ści po ich zwie­rzę­cych stro­nach. W ludz­kich for­mach wyglą­dali abso­lut­nie zwy­czaj­nie - bez piętna magii w kolo­rze oczu czy wło­sów, bez aury nie­śmier­tel­nego piękna.

Erin uśmiech­nęła się blado, gdy nie­chcący skrzy­żo­wała wzrok z Lizzy. Kiedy wcho­dziła do szkoły, odczuła ulgę, że wszy­scy wyglą­dają jak ludzie. Tym­cza­sem teraz wyszło na jaw, że sen­tura po pro­stu roz­mywa się w natu­rze. Wystar­czyło ich zgro­ma­dzić rodza­jami i róż­nice zaczy­nały być dostrze­galne. Miała cho­lerne szczę­ście, że przy­szło jej uda­wać Zmien­no­kształtną. Nie uszłaby za Łowcę czy Cza­ro­dzieja.

W sali robiło się coraz gło­śniej, szmery znie­cier­pli­wio­nych uczniów odbi­jały się echem od wyso­kiego sufitu. Erin było tro­chę duszno. Plamy słońca, które docie­rało tu zza okien przez szklaną ścianę, padły aku­rat na sek­tor Zmien­no­kształt­nych. W końcu z gło­śni­ków roz­miesz­czo­nych naokoło ode­zwało się chrząk­nię­cie. Powoli wszy­scy zaczęli milk­nąć.

Na środku pode­stu przed mikro­fo­nem stała przy­gar­biona kobieta. Wyda­wała się chwiejna i słaba, zje­dzona przez czas: skórę w kolo­rze suro­wej umbry pokry­wała sieć głę­bo­kich zmarsz­czek, wypro­sto­wane i spięte w kok włosy siwiały inten­syw­nie. Zakasz­lała cicho, nim zaczęła mówić.

- Sza­nowne uczen­nice, sza­nowni ucznio­wie - jej głos oka­zał się pełen siły - witam was w Szkole Sen­tu­ral­nej imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya.

Lizzy nachy­liła się w stronę Erin.

- Na któ­rym będziesz roku? - szep­nęła. - Ja zaczy­nam trzeci, a Tatiana czwarty.

Erin spoj­rzała na star­szą Zmien­no­kształtną. Tatiana odpo­wie­działa nieco wymu­szo­nym uśmie­chem. Nie prze­pa­dała za spę­dza­niem czasu w miej­scach peł­nych innych osób. Ani za roz­mową z nie­zna­jo­mymi. A także za pozna­wa­niem nowych osób... Gene­ral­nie, naj­le­piej się czuła we wła­snym towa­rzy­stwie.

- Też trzeci - odszep­nęła Erin. Potem zmarsz­czyła lekko brwi. - Ej, a czemu to liceum ma pięć lat? - zapy­tała, nachy­la­jąc się bli­żej.

Lizzy nie odpo­wie­działa, tylko spoj­rzała wycze­ku­jąco na Tatianę. Ta chwilę przy­glą­dała się współ­lo­ka­tor­kom scep­tycz­nie, jakby roz­wa­żała, czy powinna zabrać głos. Wresz­cie wes­tchnęła i roz­po­częła cichy wykład.

- Dla zapasu. Cza­ro­dzieje i Zmien­no­kształtni rodzą się tacy, jacy są, ale u tych dru­gich zdol­ność ujaw­nia się dopiero w wieku nasto­let­nim. Wam­piry, Łowcy i Wil­ko­łaki są prze­mie­niani, co zna­czy, że każdy może się nagle stać jed­nym z nich. Wszyst­kim rzą­dzi przy­pa­dek. Jeśli chcą nas razem wycho­wać w jed­nej szkole, to wia­domo, że lepiej mieć zapas.

- Zapas... zapas czego? - Erin zmarsz­czyła brwi.

- Zapas lat. Ty tra­fi­łaś tu na trzeci rok - zauwa­żyła Tatiana. Ton miała tro­chę ponury. - Gdyby to było nor­malne liceum, spę­dzi­ła­byś tylko dwa lata na ucze­niu się o nowym porządku. A tak, spę­dzisz trzy. Nikt z doro­słych naj­wy­raź­niej nie czuł wyrzu­tów sumie­nia, okra­da­jąc nas z roku życia - dodała gorzko. - A ludzi łatwo prze­ko­nać, że to nowy model tego eli­tar­nego naucza­nia.

- Szzz! - Ktoś obok je uci­szył, z iry­ta­cją przy­kła­da­jąc palec do ust. Erin posłusz­nie zamil­kła, choć nie bra­ko­wało jej kolej­nych pytań. Spró­bo­wała sku­pić uwagę na sta­ruszce, która kon­ty­nu­owała prze­mowę.

- Jestem pewna, że wielu z was dosko­nale nas zna - zmie­rzyła tłum bystrym spoj­rze­niem ciem­no­fio­le­to­wych oczu - ale pozwól­cie, że ze względu na nowo przy­by­łych ofi­cjal­nie przed­sta­wię teraz naszą Radę Pię­ciu.

Wśród słu­cha­czy prze­szedł szmer. Ci, któ­rzy byli w szkole od kilku lat, znali wszyst­kie prze­mó­wie­nia na pamięć i już zaczy­nali się nie­cier­pli­wić. Tym­cza­sem Erin z zacie­ka­wie­niem spo­glą­dała na podest.

- Zacznę może od zmian. Z przy­kro­ścią oświad­czam, że musie­li­śmy poże­gnać się z Abra­ha­mem Hor­to­nem. Od dzi­siaj miej­sce Łowcy w Radzie przej­mie Mar­ga­ret John­son, która w tym roku prze­nio­sła się do nas na stałe. - Cza­ro­dziejka gestem zapro­siła do przodu wysoką, zaska­ku­jąco młodą kobietę, z wło­sami koloru słomy sple­cio­nymi w gruby war­kocz. - Pro­fe­sor John­son będzie także pro­wa­dziła zaję­cia z samo­obrony.

Łow­czyni zatrzy­mała się w lek­kim roz­kroku, splo­tła dło­nie za ple­cami i obie­gła salę czuj­nym spoj­rze­niem ciem­nych, prak­tycz­nie czar­nych oczu, które kon­tra­sto­wały mocno z jej jasną cerą. Z tłumu uczniów wyrwały się poje­dyn­cze gwizdy i okrzyki - wśród setek doj­rze­wa­ją­cych nasto­lat­ków zna­la­zło się kil­koro na tyle nie­przy­zwo­itych, by na głos sko­men­to­wać atrak­cyj­ność nowej człon­kini Rady.

Lizzy wes­tchnęła z wyraźną zazdro­ścią, naj­wy­raź­niej także ujęta silną syl­wetką i urodą Mar­ga­ret John­son.

- Kolejna człon­kini rady, Sim­ran Dhami - kon­ty­nu­owała stara Cza­ro­dziejka, kiedy tylko tłum się uspo­koił.

Do mło­dej Łow­czyni dołą­czyła kobieta w ele­ganc­kiej bor­do­wej sukience. Minę miała sku­pioną i trzy­mała się nie­na­gan­nie pro­sto. Cho­ciaż prze­żyła już wiele, wiele lat, jej ciało zasty­gło w wieku około czter­dziestki: dłu­gie ciemne włosy nie rosły ani nie wypa­dały, skóra nie mogła zyskać nowych zmarsz­czek. Także była piękna, ale w ten chłodny, surowy spo­sób, który Erin zaczęła już koja­rzyć z Wam­pi­rami.

- Char­les Ormond - wyli­czał dalej zachryp­nięty głos sta­ruszki. Natych­miast poja­wił się obok niej duży męż­czy­zna z krza­cza­stą brodą na widocz­nie zaru­mie­nio­nej twa­rzy. Naj­gło­śniej­sze wiwaty roz­le­gły się w sek­to­rze Wil­ko­ła­ków, ale osoby z innych bractw też dały wyraz sym­pa­tii. - Oraz Bene­dict Alard.

Ostat­nim zapo­wie­dzia­nym był wysoki, przy­stojny męż­czy­zna z czar­nymi krę­co­nymi wło­sami. Wsu­nął jedną rękę do kie­szeni dobrze skro­jo­nego sza­rego gar­ni­turu i poma­chał uczniom z lek­kim zakło­po­ta­niem. Okla­ski roz­le­gły się naokoło Erin, gło­śniej niż dotych­czas, i dziew­czyna zro­zu­miała, że musi być on Zmien­no­kształt­nym.

- Na koniec zostaję ja sama, Lucille Lan­der­son. Teraz Char­les, wpro­wadź, pro­szę, naszych uczniów w histo­rię szkoły.

Pod­czas gdy brzu­chaty Wil­ko­łak zamie­niał się przy mikro­fo­nie miej­scem z Lucille, Erin zwró­ciła się w stronę współ­lo­ka­to­rek.

- Czym jest wła­ści­wie ta Rada Pię­ciu? - wyszep­tała.

- To jest Rada Pię­ciu Dyrek­to­rów - wyja­śniła Lizzy.

Erin zmarsz­czyła brwi, nie do końca rozu­mie­jąc.

- Mamy tu aż pię­ciu dyrek­to­rów?!

- Pięć razy wię­cej pro­ble­mów, pięć razy wię­cej zasad i pięć razy dłu­żej się czeka na jaką­kol­wiek decy­zję - potwier­dziła Tatiana ponuro.

Erin trudno w to było uwie­rzyć.

- Po cho­lerę jed­nej szkole pię­ciu dyrek­to­rów? - drą­żyła dalej temat przy­ci­szo­nym gło­sem, pod­czas gdy Char­les Ormond opo­wia­dał o tym, jak osiem lat temu przed­sta­wi­ciele pię­ciu rodza­jów, nazy­wani cza­sem także Wielką Piątką, ofi­cjal­nie zawarli poli­tyczny sojusz obej­mu­jący teren Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Kanady. Zaczął się wtedy dwu­letni pro­ces inte­gro­wa­nia rodza­jo­wych admi­ni­stra­cji, czego wyra­zem były mię­dzy innymi obo­wiąz­kowe szkoły sen­tu­ralne, otwarte w obu kra­jach. Ze słów Wil­ko­łaka Erin dowie­działa się też, że Lucille Lan­der­son jest nie tylko dyrek­torką Mal­la­roy, ale także przy­wód­czy­nią jed­nego z waż­nych cza­ro­dziej­skich kla­nów i obecną repre­zen­tantką całego rodzaju Cza­ro­dzie­jów w sto­sun­kach poli­tycznych. Co w uprosz­cze­niu ozna­czało, że na podium stała jedna z naj­waż­niej­szych Cza­ro­dzie­jek tego kraju i jedna z pię­ciu osób, które pod­pi­sały wielki sojusz osiem lat temu.

- Nie gadaj, tylko słu­chaj - szep­nęła Tatiana, pozo­sta­wia­jąc pyta­nie Erin bez odpo­wie­dzi.

- Każdy z naszych rodza­jów ma indy­wi­du­alną histo­rię, ale jak wiemy, wiele razy w prze­szło­ści przy­cho­dziło nam się spo­tkać: zarówno we współ­pracy, jak i w spo­rach - kon­ty­nu­ował Char­les Ormond, raz po raz odchrzą­ku­jąc gło­śno i odgar­nia­jąc potar­gane włosy z twa­rzy. - Zapi­sały się też w prze­szło­ści bru­talne akty nie­na­wi­ści, z któ­rych dzi­siaj możemy wycią­gać naukę, aby ich nie powtó­rzyć. Jak z pew­no­ścią wie­cie, sojusz to rewo­lu­cyjny krok, chcemy bowiem nie tylko cie­szyć się poko­jo­wymi sto­sun­kami, ale także zacząć wresz­cie budo­wać wspólną poli­tykę i eko­no­mię - tak, by Stany Zjed­no­czone i Kanada stały się przy­kła­dem zor­ga­ni­zo­wa­nej sen­tury, w pełni wyko­rzy­stu­ją­cej poten­cjał zarówno naszych rodza­jów, jak i roz­wi­ja­ją­cego się wciąż świata dookoła. Szkoły sen­tu­ralne są waż­nym kro­kiem w tych zmia­nach. To wy, nowe poko­le­nie sen­tury, macie szcze­gólną oka­zję, by odrzu­cić dotych­cza­sowe uprze­dze­nia i nie­po­koje. Pozwól­cie, by zmiany stały się... em... - Dopiero zająk­nię­cie niskiego, głę­bo­kiego głosu pro­fe­sora przy­cią­gnęło uwagę Erin i dostrze­gła, że męż­czy­zna czyta z kartki. - ...by stały się ważną czę­ścią waszego życia i pozwo­liły wam kro­czyć w przy­szłość nie tylko z wza­jem­nym sza­cun­kiem, ale także w przy­jaźni.

Ktoś obok dziew­czyn prych­nął cicho pod nosem. Nie było to spe­cjal­nie zaska­ku­jące. Erin była w szkole dopiero chwilę, a już odnio­sła wra­że­nie, że do przy­jaźni pię­ciu rodza­jom jesz­cze daleko.

- Czyli Rada Pię­ciu jest po to, żeby uczcić zgodę pię­ciu rodza­jów? Taka meta­fora i w ogóle? - wyszep­tała znów Erin, nie potra­fiąc powstrzy­mać cie­ka­wo­ści. - Nie jest to mega­nie­prak­tyczne? Z takiej strony, wie­cie, logi­stycz­nej...

Rada Pię­ciu Dyrek­to­rów, Wielka Piątka poli­tycz­nych przed­sta­wi­cieli rodza­jów... Kosmo­sie. Gdyby raz zapo­mnieli w tytu­łach pod­kre­ślić, ile ich jest, toby się sie­bie nie doli­czyli? Wszystko to wyda­wało się Erin tro­chę zbyt pom­pa­tyczne.

- Każda szkoła ma Radę Pię­ciu zamiast jed­nego dyrek­tora, żeby unik­nąć kon­flik­tów - prze­rwała jej odro­binę już znie­cier­pli­wiona Tatiana. - Słu­cha­łaś tego prze­mó­wie­nia czy nie?

Lizzy pokle­pała Erin sym­bo­licz­nie po ramie­niu, sły­sząc ton przy­ja­ciółki.

- Nie martw się, ona w ten spo­sób wyraża miłość - pocie­szyła ją, a potem uśmiech­nęła się pro­mien­nie do Tatiany. Star­sza Zmien­no­kształtna odwró­ciła głowę, żeby nie miały szansy dostrzec sym­pa­tii w jej ciem­nych oczach, bo źle się czuła, zdra­dza­jąc innym wła­sne emo­cje. Lizzy tym­cza­sem nachy­liła się jesz­cze bli­żej do Erin.

- Słu­chaj, tak jak pro­fe­sor Ormond powie­dział, sojusz zawarto osiem lat temu. To bar­dzo nie­dawno, co nie? Zwłasz­cza jeśli weź­miemy pod uwagę, że Wam­piry są dłu­go­wieczne, a Cza­ro­dzieje zazwy­czaj bez pro­blemu docie­rają do setki! No a poli­tyka sen­tu­ralna jest skom­pli­ko­wana, bo nie dość, że masz pięć rodza­jów, to jesz­cze różne podziały tery­to­rialne na każ­dym kon­ty­nen­cie. Tak że nawet jak u nas jest pokój, to gdzie indziej może trwać sen­tu­ralna wojna rodza­jowa i to też się odbija na nastro­jach. Tu, w Mal­la­roy - zaczęła, uży­wa­jąc skró­co­nej nazwy szkoły, która funk­cjo­no­wała wśród uczniów - są dzie­ciaki, któ­rych rodzice lub wuj­ko­wie albo dziad­ko­wie mogli stać po prze­ciw­nych stro­nach tego czy innego sporu. Cza­sem nawet wojny! Ostatni wielki kon­flikt Wam­pi­rów i Wil­ko­ła­ków na naszym kon­ty­nen­cie zakoń­czył się ofi­cjal­nie na przy­kład dopiero kil­ka­na­ście lat temu. Więc atmos­fera jest... no wiesz. Napięta. - Lizzy rozej­rzała się na boki szybko, ści­sza­jąc głos, jakby bała się, że ktoś osą­dzi ją za tę szczerą opi­nię. - No i wyobraź sobie - pod­jęła jed­nak zaraz - że dyrek­to­rem jest Wam­pir i na przy­kład jakiś Wil­ko­łak zostaje za coś poważ­nie uka­rany! Natych­miast robi się afera, że to jest nie­równe trak­to­wa­nie, każdy się wku­rza, jakiś sen­tu­ralny poli­tyk zaczyna histo­rią mani­pu­lo­wać na wła­sną korzyść i wszystko się mie­sza! Więc nie ma wyj­ścia, musi rzą­dzić Rada stwo­rzona z przed­sta­wi­ciela każ­dego rodzaju - zakoń­czyła, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie.

- Skąd ty to wszystko wiesz? - zapy­tała Erin z podzi­wem, bo czuła, jakby dostała wła­śnie lek­cję histo­rii. Jakby ktoś popro­sił ją o wyja­śnie­nie dyna­miki spo­łeczno-poli­tycz­nej w jej byłej, ludz­kiej szkole czy też mie­ście zamiesz­ka­nia, nie mia­łaby poję­cia, co powie­dzieć.

- Pyta­nie brzmi, dla­czego ty tego nie wiesz - wtrą­ciła się Tatiana, na nowo włą­cza­jąc się w ich szepty. Spoj­rzała przy tym na Erin uważ­niej, mru­żąc lekko oczy.

Dziew­czynę natych­miast zalał zimny pot. W pośpie­chu i zamie­sza­niu, oszo­ło­miona nowo­ściami pra­wie zapo­mniała, że to nie jej szkoła i nie jej sprawy, tylko Alei. Powinna trzy­mać język za zębami i zosta­wić wszyst­kie pyta­nia dla sio­stry.

- Yyy. Jestem Echem? - wydu­siła bar­dziej w for­mie pyta­nia niż odpo­wie­dzi. To była jej karta ratun­kowa na każdą oka­zję.

- Ooo! - Lizzy roz­pro­mie­niła się natych­miast. - Czad! Możesz mnie o wszystko pytać! - zapew­niła entu­zja­stycz­nie, przez przy­pa­dek pod­no­sząc głos na tyle, że kilka osób zer­k­nęło na nie z iry­ta­cją. - Cała moja rodzina to Zmien­no­kształtni, więc mieli pozwo­le­nie mnie wta­jem­ni­czać od dziecka. Nawet jak jesz­cze nie było wia­domo, czy mam uśpione moce, czy jestem czło­wie­kiem. No i mój brat też cho­dzi do tej szkoły! A prze­mianę prze­szłam aku­rat tak, że mnie wzięli do Mal­la­roy od razu na pierw­szy rok! Ale jestem młod­sza, bo mnie rodzice do szkoły posłali też rok wcze­śniej... - zaczęła wyrzu­cać z sie­bie infor­ma­cje entu­zja­stycz­nie, znów pod­no­sząc nieco głos. Widać było, że dopiero teraz na dobre pozbyła się nie­śmia­ło­ści. - Mam pięt­na­ście lat, ale jestem już na trze­cim roku! Trzy lata stażu w Mal­la­roy! - obwie­ściła dum­nie. - Tatiana jest na czwar­tym roku, ale w Mal­la­roy uczy się dopiero od dru­giego - dodała, włą­cza­jąc star­szą dziew­czynę do dys­ku­sji. Robiła to z wraż­li­wo­ścią osoby, o któ­rej wie­lo­krot­nie zapo­mniano.

- Prze­ła­du­jesz ją infor­ma­cjami, Lizzy - mruk­nęła ponuro Tatiana.

Erin uśmiech­nęła się, czu­jąc wdzięcz­ność jed­no­cze­śnie do obu Zmien­no­kształt­nych.

- Ej, jak to działa z Wam­pi­rami? - szep­nęła, zer­ka­jąc na lewo. Widać było, że tłum Wam­pi­rów jest naj­mniej­szy ze wszyst­kich, ale i tak było ich sporo. - Oni wszy­scy świeżo prze­mie­nieni czy...?

Nie wyobra­żała sobie niczego gor­szego, niż utknąć w liceum, w skó­rze nasto­latka, mając kil­ka­dzie­siąt lat. Jak to by w ogóle miało funk­cjo­no­wać?! Z dru­giej strony, prze­miana w tak mło­dym wieku, by póź­niej na zawsze wyglą­dać nie­doj­rzale, też wyda­wała się nie­atrak­cyjna. Cie­ka­wiło ją, czy były to w ogóle prze­miany za zgodą, czy Wam­piry ot tak posze­rzały sobie rodzaj, od czasu do czasu ata­ku­jąc nie­świa­do­mych ludzi.

- Och... - Uśmiech Lizzy przy­gasł nieco na wspo­mnie­nie Wam­pi­rów. Spoj­rzała w bok ner­wowo, jakby się bała, że ktoś z tego rodzaju je usły­szy. - Em, wszy­scy prze­mie­nieni do dwu­dzie­stego roku życia włącz­nie są tu zgar­niani. Zazwy­czaj ich cofają o dwa czy trzy lata, tak żeby jakiś czas spę­dzili pod nad­zo­rem. Bo wiesz, tu jest już cały sys­tem edu­ko­wa­nia i wta­jem­ni­cza­nia, a przy oka­zji są doro­śli, któ­rzy mogą mieć na nich oko, pro­sty dostęp do krwi i tak dalej... Tym­cza­sem sen­tu­ral­nych uni­wer­sy­te­tów nie ma. Jak ci prze­mie­nieni bli­sko dwu­dziestki mają już pozda­wane zwy­kłe przed­mioty, to cza­sem chyba jest tak, że cho­dzą tylko na te sen­tu­ralne. Żeby fak­tycz­nie się uczyli cze­goś nowego, a nie powta­rzali znany mate­riał. - Wzru­szyła ramio­nami. - No a jak ktoś serio został prze­mie­niony w wieku czter­na­stu lat... To się raczej w tych cza­sach nie zda­rza, dzieci Wam­piry są dziwne - szep­nęła kon­spi­ra­cyj­nie. - No ale to wtedy idzie nor­mal­nie na pierw­szy rok i tyle.

Pierw­szą myślą Erin było, że w życiu nie chcia­łaby cho­dzić do liceum dłu­żej, niż wyma­gał tego jej wiek. Zaraz jed­nak zdała sobie sprawę, że Wam­piry i tak pew­nie w cza­sie swo­ich dłu­gich nie­żyć powie­lały kil­ka­krot­nie wiele eta­pów.

- A Wil­ko­łaki i Łowcy? Albo Wam­piry prze­mie­nieni po dwu­dzie­stce? - dopy­ty­wała zafa­scy­no­wana.

- Jak się ktoś nie zała­pie wie­kowo do sen­tu­ral­nego liceum, to się z nim robi to, co robiło się z nami wszyst­kimi przed soju­szem i wybu­do­wa­niem tych pla­có­wek - wyja­śniła Lizzy cicho. - Każdy rodzaj ma wła­sne spo­soby i pro­gramy, zapew­nia­jące edu­ka­cję nowym człon­kom i kry­jące ich przed ludźmi.

Dziew­czyna w nie­bie­skich oku­la­rach sie­dząca tuż przed nimi wes­tchnęła osten­ta­cyj­nie i odwró­ciła się, posy­ła­jąc im roz­złosz­czone spoj­rze­nie. Erin zatrzy­mała więc resztę pytań na lep­szą oka­zję i skie­ro­wała uwagę na podium, gdzie Char­les Ormond koń­czył wła­śnie mówić, że ponie­waż zarówno sojusz, jak i same pla­cówki sen­tu­ralne funk­cjo­nują dopiero od kilku lat, ucznio­wie muszą być wyro­zu­miali dla ewen­tu­al­nych nie­do­cią­gnięć orga­ni­za­cyj­nych.

Następ­nie głos prze­jęła Sim­ran Dhami. Stu­kot obca­sów kobiety odbi­jał się echem od ścian, kiedy pod­cho­dziła do mikro­fonu.

- Moi dro­dzy ucznio­wie, czas na zasady. - Ton Wam­pi­rzycy był surowy. Gwar, który zdą­żył powstać w ciągu krót­kiej zmiany mów­ców, przy­cichł ponow­nie, nie zro­biło się jed­nak tak spo­koj­nie jak na samym początku. Wszy­scy zaczy­nali się nieco wier­cić, znu­dzeni bez­czyn­no­ścią. Naj­starsi ucznio­wie sły­szeli to wszystko już kilka razy w ciągu poprzed­nich lat.

Erin daleko było do nudy. Poczuła ciarki prze­cho­dzące po ple­cach, bo doro­sła Wam­pi­rzyca roz­ta­czała potężną, wręcz przy­tła­cza­jącą aurę.

- Iden­ty­fi­ka­to­rów nie da się zdjąć, ale każda próba będzie karana. Wszel­kie walki i spory będą karane, te na tle rodza­jo­wym ze szcze­gólną suro­wo­ścią. Po godzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej każdy uczeń musi znaj­do­wać się na tere­nie inter­natu i pozo­stać tam aż do pią­tej rano. Zła­ma­nie tej zasady będzie... karane.

Wszyst­kie waria­cje słowa "karać" Wam­pi­rzyca wypo­wia­dała z nutą nie­po­ko­ją­cego zado­wo­le­nia.

- W dni szkolne brama wjaz­dowa pozo­staje zamknięta i wszel­kie próby wyj­ścia poza mur będą karane. Brama jest otwie­rana w każdy pią­tek o czter­na­stej i zamy­kana w każdą nie­dzielę o dwu­dzie­stej dru­giej. Jeśli do tego czasu ktoś nie zdąży wró­cić, zosta­nie SUROWO uka­rany. Teren szkoły opusz­czać mogą wyłącz­nie osoby, któ­rych rodzice wyra­zili na to pisemną zgodę i jedy­nie z iden­ty­fi­ka­to­rem umiesz­czo­nym na pra­wym nad­garstku. Noco­wać poza inter­na­tem mogą wyłącz­nie osoby powy­żej osiem­na­stego roku życia, po uprzed­nim zgło­sze­niu miej­sca pobytu. Zarówno wasze wyj­ście, jak i powrót muszą być odno­to­wy­wane przez pro­tek­to­rów. Pil­nują oni także porządku w mie­ście, więc jeśli ktoś z was będzie się źle zacho­wy­wał lub nara­żał sen­turę na zde­ma­sko­wa­nie w miej­scach publicz­nych, dowiemy się... - urwała, jakby chciała zbu­do­wać napię­cie - ...i go uka­rzemy.

Na sali pano­wała ciężka atmos­fera. Ci, któ­rzy po raz pierw­szy zetknęli się z Sim­ran Dhami, wyglą­dali na prze­ra­żo­nych. Erin zde­cy­do­wa­nie się do nich zali­czała. Reszta robiła tylko krzywe miny, dosko­nale zapo­znana z liczbą zasad w Mal­la­roy.

- Cie­kawe, co wła­ści­wie MOŻNA robić w tej szkole - mruk­nęła Erin sar­ka­stycz­nie.

Lizzy zaśmiała się cicho, ale odro­binę ner­wowo.

- Wam­pi­rom przy­po­mi­nam, że w okre­sie aka­de­mic­kim mają obo­wią­zek pozy­ski­wać krew wyłącz­nie ze szkol­nej sto­łówki. Zabra­nia się korzy­sta­nia z innych źró­deł dostaw­czych. Nie­do­pusz­czalne jest także dobro­wolne wcho­dze­nie w tryb polo­wa­nia zarówno na tere­nie szkoły, jak i poza nim. Wyjąt­kiem są zaję­cia z samo­kon­troli, gdy obecny jest pro­fe­sor nad­zo­ru­jący - kon­ty­nu­owała Sim­ran. Drwiący nastrój wypa­ro­wał z Erin natych­miast, pamię­tała bowiem dobrze, że tryb ten pozwa­lał Wam­pi­rom wyczuć ludzką krew. Miała wielką nadzieję, że zanim jakie­kol­wiek zaję­cia z nim zwią­zane się roz­poczną, będzie już daleko stąd, w Blo­oming­ton. - Zmien­no­kształt­nym przy­po­mi­nam, że w zaję­ciach mają obo­wią­zek uczest­ni­czyć w ludz­kiej for­mie, by moż­liwa była pełna par­ty­cy­pa­cja. Dodat­kowo pod­kre­ślam, że na murach są kamery, a lider brac­twa oraz kadra pro­fe­sorska mają prawo w dowol­nym momen­cie doko­nać spraw­dze­nia obec­no­ści w inter­na­cie w godzi­nach ciszy noc­nej. Ser­decz­nie odra­dzam więc wymy­ka­nia się na zewnątrz. Zwra­cam się tu do wszyst­kich rodza­jów, ze szcze­gól­nym naci­skiem na Zmien­no­kształt­nych dys­po­nu­ją­cych umie­jęt­no­ścią lata­nia. Cza­ro­dzieje, nie macie prawa uży­wać zaklęć ani mocy żywio­łów na dru­giej oso­bie bez uzy­ska­nia jej wyraź­nej zgody. Łow­com przy­po­mi­nam, że mogą korzy­stać ze swo­ich wyostrzo­nych zmy­słów jedy­nie w zakre­sie nie­na­ru­sza­ją­cym cudzej pry­wat­no­ści, a pod­słu­chi­wa­nie przez ściany uzna­jemy za takie. Jeśli cho­dzi o Wil­ko­łaki, w każdą peł­nię księ­życa orga­ni­zo­wany jest wyjazd do lasu. Przy­słu­guje wam uspra­wie­dli­wiona nie­obec­ność na zaję­ciach tylko i wyłącz­nie w dniu bez­po­śred­nio po pełni. Naru­sze­nie któ­rej­kol­wiek z tych zasad będzie, oczy­wi­ście, karane.

Erin miała... tyle pytań. Tak wiele, wiele pytań!

Sim­ran Dhami zakoń­czyła prze­mó­wie­nie i wró­ciła na miej­sce z wysoko unie­sioną głową. Tym­cza­sem mikro­fon zgrzyt­nął, gdy Bene­dict Alard zdjął go ze sto­jaka. Wydatne kości policz­kowe nada­wały jego twa­rzy pewną suro­wość, ale uśmie­chał się przy­jaź­nie.

- Taaak - powie­dział wolno i chrząk­nął lekko, pocie­ra­jąc gar­baty nos. Ten krótki, bar­dzo wymowny komen­tarz natych­miast roz­luź­nił atmos­ferę. Przez salę prze­to­czył się chi­chot. Sim­ran posłała męż­czyź­nie pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie, ale on stał z przodu, tyłem do niej i nie miał szansy tego zoba­czyć. Znów odchrząk­nął.

- Jak więk­szość z was już wie, każde z bractw posiada swo­jego lidera, któ­rego zada­niem jest pil­no­wa­nie porządku i łago­dze­nie kon­flik­tów. Wybory orga­ni­zu­jemy tra­dy­cyj­nie pod koniec każ­dego roku, z myślą o następ­nym, tak że wyniki są nam już dobrze znane. Pozwól­cie więc, że przed­sta­wię osoby, które peł­nić będą te funk­cje przez naj­bliż­sze cztery kwar­tały. Zapa­mię­taj­cie te twa­rze i szu­kaj­cie ich, gdy będzie­cie potrze­bo­wali pomocy. Wszystko jasne? - Powiódł lekko roz­ba­wio­nym wzro­kiem po morzu uczniów. Bene­dict Alard ewi­dent­nie zda­wał sobie sprawę z prze­sad­nej pom­pa­tycz­no­ści tej uro­czy­sto­ści. - Świet­nie - rzu­cił, cho­ciaż nikt mu tak naprawdę nie odpo­wie­dział. - To zaczy­najmy. Lider Łow­ców, Emi­lio Cabrera, piąty rok nauki.

Z pierw­szego rzędu w sek­to­rze Łow­ców wyszedł dobrze zbu­do­wany chło­pak. Jego mun­du­rek pre­zen­to­wał się ide­al­nie - koszula była wypra­so­wana i wsu­nięta do spodni, kra­wat zawią­zany równo i zaci­śnięty pod samą szyję. Dłu­gie włosy zebrał schlud­nie do tyłu w nie­wielką kitkę. Miał bez­na­miętny wyraz twa­rzy i spra­wiał wra­że­nie osoby, która nie jest ani tro­chę zain­te­re­so­wana cudzymi pro­ble­mami. Potem nagle uśmiech­nął się życz­li­wie. Wręcz zapra­sza­jąco. Erin wyco­fała swoje zarzuty.

Jako następna poja­wiła się Nata­lie Liang, liderka Cza­ro­dzie­jów. Wysoka dziew­czyna była pod­ręcz­ni­ko­wym przy­kła­dem swo­jego rodzaju: chłodna kar­na­cja, fio­let w oczach i cien­kie białe kosmyki kry­jące się w się­ga­ją­cych pra­wie do pasa pro­stych czar­nych wło­sach.

Pod­nio­sła głowę i obie­gła salę nieco melan­cho­lij­nym, przy­ja­znym spoj­rze­niem. Per­łowa masa iden­ty­fi­ka­tora znaj­do­wała się na jej szyi, roz­pro­wa­dzona sta­ran­nie w kształt ozdob­nych zawi­ja­sów. Z dwóch opcji mun­durka wybrała spód­niczkę.

- Lider Wam­pi­rów, Michael Casta­law, czwarty rok nauki.

Po sali roze­szły się ciche szmery.

Chło­pak co prawda wło­żył koszulę ele­gancko w spodnie, ale pod­wi­nął rękawy aż do łokci i w dodatku nie zapiął jej do końca, roz­chy­lała się więc, obna­ża­jąc jasne oboj­czyki. Zacze­sał pal­cami do tyłu jasne włosy, spo­glą­da­jąc na tłum ze znu­że­niem, i na jego dłoni bły­snął rodzinny sygnet. Kiedy zadarł dodat­kowo głowę do góry, lepiej eks­po­nu­jąc wysta­jące kości policz­kowe, a jego usta roz­cią­gnęły się w kpią­cym uśmieszku, dwie rze­czy stały się dla Erin jasne.

1) Był aro­gancki.

2) Zro­bił na niej wra­że­nie.

Nie naj­lep­sza kom­bi­na­cja, jeśli Erin miała być szczera.

Coś cie­płego usa­do­wiło się w jej żołądku na widok Wam­pira i sama sie­bie tym zasko­czyła, bo prze­cież jego piękno było tak kla­syczne, że aż nudne. Mimo to nie potra­fiła ode­rwać wzroku. Wresz­cie dotarło do niej, że fascy­na­cja, którą odczu­wała, miała w sobie coś dziw­nego. Jakby nie była w niej do końca zako­rze­niona. Zde­cy­do­wa­nie winiła prze­klętą sen­turę.

- Naj­więk­sza sława i naj­mniej przy­ja­ciel­ski Wam­pir w szkole - sko­men­to­wała Lizzy z nutą stra­chu w gło­sie.

To wyrwało Erin spod uroku Micha­ela Casta­lawa. Zer­k­nęła w bok na kole­żanki. Ani Tatiana, ani Lizzy nie wyda­wały się oszo­ło­mione atrak­cyj­no­ścią Wam­pira na podium.

Pro­fe­sor Alard zapo­wie­dział Anthony'ego Tow­nera, lidera Zmien­no­kształt­nych i Lizzy zakla­skała ener­gicz­nie. Erin natych­miast ucze­piła się oka­zji, żeby sku­pić swoją uwagę na kimś innym.

Lide­rem jej brac­twa - to zna­czy, brac­twa jej sio­stry, cho­lera jasna, Erin - oka­zał się dość blady, pie­go­waty chło­pak z jasno­brą­zo­wymi, lekko krę­co­nymi wło­sami. Miał regu­la­mi­nowo wło­żony mun­du­rek, stał spo­koj­nie i patrzył przed sie­bie z pokrze­pia­jąco sym­pa­tycz­nym wyra­zem twa­rzy. Erin spodo­bały się bijące od niego rów­no­waga i spo­kój. Gdyby cała szkoła wyglą­dała tak przy­jaź­nie jak on, czu­łaby się tu znacz­nie pew­niej.

- Lider Wil­ko­ła­ków, Isaac Szy­man­ski, piąty rok nauki!

Bene­dict Alard odsu­nął się od mikro­fonu, pod­czas gdy na schodki pode­stu wcho­dził młody Wil­ko­łak. Był niż­szy od poprzed­nich dwóch lide­rów, ale znacz­nie bar­dziej umię­śniony. Miał krótko ścięte włosy, wyraźne brwi, nie­sy­me­tryczną górną wargę i tro­chę wojow­ni­cze, ale też tro­chę rado­sne spoj­rze­nie. Sta­nął w pew­nym roz­kroku i już po chwili zaczął ude­rzać piętą lewej stopy o posadzkę - nie­cier­pli­wie, ale chyba też nie cał­kiem świa­do­mie.

I to był koniec pre­zen­ta­cji. Lide­rzy wró­cili na swoje miej­sca, a Lucille Lan­der­son prze­jęła z powro­tem mikro­fon. Pouczyła ich jesz­cze krótko, by przy­kła­dali się tak samo sumien­nie do natu­ral­nych oraz sen­tu­ral­nych zajęć, i przy­po­mniała, że mają pięć dni na dekla­ra­cję uczest­nic­twa w przed­mio­tach fakul­ta­tyw­nych. Lek­cje, jak się oka­zało, ruszały dopiero od przy­szłego piątku, pod­czas gdy obecny tydzień prze­zna­czony był na inte­gra­cję i zapo­zna­nie się ze szkołą. Erin była zachwy­cona - powinna zdą­żyć zamie­nić się miej­scami z Aleą przed roz­po­czę­ciem praw­dzi­wej nauki. To jest - jak tylko znaj­dzie spo­sób, żeby wydłu­bać z sie­bie magiczny bursz­tyn.

Spoko. Nie ma pro­blemu. Luz.

Luz, luz, luz.

* * *

Erin przy­padł dolny mate­rac na łóżku pię­tro­wym. Na górze spała Lizzy, a po dru­giej stro­nie pokoju Tatiana. Gdy cere­mo­nia roz­po­czę­cia dobie­gła końca, z nasto­latki spa­dła część stresu i wresz­cie do niej dotarło, jak bar­dzo jest wykoń­czona sza­lo­nym dniem. Nie było mowy, żeby zwie­dzała tego dnia szkołę, nie­za­leż­nie od tego, jak wiel­kie wra­że­nie zdą­żył zro­bić na niej budy­nek i jak bar­dzo chciała odkryć jego sekrety.

Tatiana znik­nęła gdzieś w poszu­ki­wa­niu chwili samot­no­ści. Erin roz­pa­ko­wy­wała więc swoje rze­czy, pro­wa­dząc poga­wędkę z Lizzy. Jasno­włosa Zmien­no­kształtna była odro­binę dzie­cinna, ale nie­sa­mo­wi­cie przy­ja­zna i tro­skliwa. Erin była w sta­nie wyobra­zić sobie, że mogłyby zostać przy­ja­ciół­kami, i wła­śnie dla­tego usil­nie sta­rała się utrzy­my­wać roz­mowę z dala od istot­nych tema­tów. To nie była jej szkoła. To nie był jej pokój, nie jej współ­lo­ka­torka i nie jej przy­jaź­nie. Im mniej zaan­ga­żuje się teraz w życie szkolne, tym łatwiej będzie Alei za tydzień. Musiała więc trzy­mać dystans, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo sama miała ochotę dać się ponieść tej nowej przy­go­dzie.

Nie swo­jej przy­go­dzie.

Zmę­czona fizycz­nie i nieco przy­bita, poszła wresz­cie do jed­nej ze wspól­nych łazie­nek brac­twa, by wziąć upra­gniony prysz­nic. Spró­bo­wała zmyć z sie­bie ponure myśli wraz z bru­dem - bez­sku­tecz­nie. Wró­ciła do pokoju, padła na łóżko i zasnęła. Musiała wyglą­dać naprawdę tra­gicz­nie, bo współ­lo­ka­torki nawet nie pró­bo­wały jej obu­dzić, gdy wybie­rały się na obiad.

Ock­nęła się dopiero, gdy obie Zmien­no­kształtne były już z powro­tem w pokoju i do pomiesz­cze­nia wkro­czył dosłow­nie na pięć sekund lider brac­twa - Anthony Tow­ner - by prze­ka­zać im karty sen­tu­ral­nych przed­mio­tów.

Mal­la­roy, jak każde inne liceum, miało plat­formę inter­ne­tową z elek­tro­nicz­nym dzien­ni­kiem, nie było tam jed­nak śla­dów sen­tury. Brano bowiem pod uwagę fakt, że wiele osób będzie chciało kon­ty­nu­ować edu­ka­cję na natu­ral­nych uni­wer­sy­te­tach. Musieli więc mieć nor­malną śred­nią ze zwy­kłych przed­mio­tów. Nie mówiąc już o ryzyku zha­ko­wa­nia sys­temu czy na przy­kład jakimś postę­po­wa­niu praw­nym, które wyma­ga­łoby od szkoły ujaw­nie­nia wewnętrz­nych doku­men­tów. Infor­ma­cje o spe­cjal­nych przed­mio­tach otrzy­mali więc ana­lo­gowo, na papie­rze, wraz z instruk­cją, pod jakimi nie­win­nie brzmią­cymi nazwami znajdą je w elek­tro­nicz­nym sys­te­mie.

Erin szybko zde­cy­do­wała, że resztę wie­czoru spę­dzi zaszyta pod kocem na łóżku, zbie­ra­jąc ener­gię na jutro. Myślami wędro­wała wciąż do bliź­niaczki, któ­rej tele­fon spo­czy­wał w jej tor­bie. Nie miały żad­nej moż­li­wo­ści kon­taktu. Gdyby jaka­kol­wiek droga komu­ni­ka­cji była dostępna, Alea z pew­no­ścią dawno już by się ode­zwała, dając sio­strze znak życia i może jakieś lep­sze wyja­śnie­nie sytu­acji. Oczy­wi­ście, nie zaszko­dziło spró­bo­wać. Erin puściła więc do Alei krótką wia­do­mość na Mes­sen­ge­rze oraz Insta­gra­mie, a potem nawet napi­sała maila.

Czy Alea jest pewna tego, co robi? Czy jest bez­pieczna? Czego, do cho­lery jasnej, chce od niej ta cała Eve Mon­day? Oraz - zmie­nia­jąc odro­binę temat - czego chcia­łaby się uczyć przez naj­bliż­sze mie­siące? Erin spo­dzie­wała się, że odpo­wie­dzi na te pyta­nie uzy­ska dopiero w sobotę, na żywo, w Blo­oming­ton. Co ozna­czało, że musi wybrać przed­mioty sama i ma na to cztery dni.

Osu­nęła się w pozy­cję pół­le­żącą, wie­dząc dobrze, że jej kark nie­długo tego poża­łuje. Samo­obrona i Samo­kon­trola figu­ro­wały na liście sen­tu­ral­nych przed­mio­tów obo­wiąz­ko­wych, z czego Samo­kon­trola nie obo­wią­zy­wała Łow­ców, a reszta uczniów miała prawo się z niej zwol­nić po pomyśl­nym przej­ściu Testu Samo­kon­troli. Nasto­latka zaczy­nała się już przy­zwy­cza­jać do czy­ta­nia lub sły­sze­nia ter­mi­nów, o któ­rych isto­cie mogła jedy­nie spe­ku­lo­wać.

Histo­ria sen­tury. Pod­stawy polo­wa­nia. Rośli­no­znaw­stwo sen­tu­ralne. Runy. Sen­tu­ralna socjo­lo­gia. Wie­dza o Cza­ro­dzie­jach, Wie­dza o Łow­cach, Wie­dza o Wam­pi­rach, Wie­dza o Wil­ko­ła­kach, Wie­dza o Zmien­no­kształt­nych. Zaklę­cia i klą­twy. Zoo­lo­gia.

4.

Ogień i lód

We wto­rek Erin obu­dziła się wyspana, co dia­me­tral­nie zmie­niło jej podej­ście do życia. Wiel­kie pro­blemy wyda­wały się mniej­sze, a jej żołą­dek - pojem­niej­szy. To zna­czy, czuła się w pełni gotowa na śnia­da­nie, a wszystko inne mogło zacze­kać.

Kiedy Erin wraz ze współ­lo­ka­tor­kami zeszła na posi­łek, wiele sto­łów w jadalni dla uczniów oka­zało się już zaję­tych. Były to ładne, ale pla­sti­kowe blaty na smu­kłych nogach. Te na środku sali oraz naj­bli­żej wej­ścia były okrą­głe i ota­czało je mak­sy­mal­nie sześć krze­seł. W głębi pomiesz­cze­nia, pod dużymi oknami roz­sta­wiono stoły pro­sto­kątne, w kilku róż­nych roz­mia­rach. Na tyłach sali znaj­do­wał się bufet, przy­kle­jony ścianą do ple­ców kuchni. Posiłki nale­żało sobie nakła­dać i przy­no­sić samemu. Po dotych­cza­so­wym prze­py­chu abso­lutna prze­cięt­ność i pewna cha­otycz­ność szkol­nej sto­łówki była dla Erin tro­chę zaska­ku­jąca.

- Ej. - Dziew­czyna nachy­liła się do współ­lo­ka­to­rek, gdy usia­dły już ze swo­imi tacami przy pustym stole, i ści­szyła głos do kon­spi­ra­cyj­nego szeptu. - A jak wła­ści­wie tu kar­mią Wam­piry...?

Współ­lo­ka­torki podą­żyły jej śla­dem, zni­ża­jąc głowy.

- Lizzy, czemu ona mówi tak cicho? - zapy­tała Tatiana, paro­diu­jąc szept Erin.

- Nie mam poję­cia, może to jakaś tajem­nica? - odpo­wie­działa w podobny spo­sób młod­sza Zmien­no­kształtna.

Erin wywró­ciła oczami, chcąc dać do zro­zu­mie­nia towa­rzysz­kom, że wcale nie są zabawne, ale nie udało jej się to ani tro­chę, bo rów­no­cze­śnie się uśmiech­nęła.

- No co - obru­szyła się już zupeł­nie na niby, ata­ku­jąc owsiankę łyżką. Nie przy­po­mi­nała ona wcale nie­ape­tycz­nej brei, która koja­rzyła się jej z tym daniem. Była pełna owo­ców i miała w sobie jogurt koko­sowy oraz jakieś nie­znane jej orze­chy. Więk­szość dań nie wyglą­dała zna­jomo, mówiąc szcze­rze. - Nie chcę, żeby mnie któ­ryś usły­szał.

- Wam­pir? Nie ma szans. Chyba że będziesz krzy­czeć. - Lizzy wyszcze­rzyła się wesoło. - Łowcy, jak naj­bar­dziej, ale tylko jak wyostrzą słuch. Potra­fią pod­krę­cać swoje zmy­sły, jed­nak to wymaga sku­pie­nia i zabiera ener­gię. Mała szansa, że któ­ryś tego używa ot tak, w dro­dze na zaję­cia - wyja­śniła, pamię­ta­jąc dosko­nale, że nowa kole­żanka jest Echem i nie­wiele wie.

- Okej. - Erin kiw­nęła głową, wdzięczna za wyja­śnie­nie. - No a ta sprawa z krwią...? - drą­żyła dalej. Wam­piry wciąż stre­so­wały ją naj­bar­dziej. Nawet nie z powodu swo­jej diety, tylko dla­tego, że sta­no­wiły naj­więk­sze ryzyko, jeśli cho­dziło o zde­ma­sko­wa­nie czło­wieka. Wystar­czyło, że jeden z tu obec­nych wsko­czy sobie w jakiś super­tryb, i było po niej? Nie, dzięki.

- Widzisz tę wielką lodówkę? - Lizzy wska­zała na coś za ple­cami Erin.

Dziew­czyna odwró­ciła się i wzdry­gnęła mimo­wol­nie. Minęła lodówkę wcze­śniej. W środku stały wyłącz­nie rzędy bute­lek z ciem­nego, pra­wie czar­nego szkła. Zało­żyła, że to jakieś eks­klu­zywne soki, ale wyglą­dały tak dzi­wacz­nie, że nawet nie poświę­ciła czasu na prze­czy­ta­nie bia­łych ety­kiet. Teraz rozu­miała, czemu butelki nie były prze­zro­czy­ste. Patrze­nie na zbior­niki z krwią mogło ode­brać ape­tyt pew­nie nawet nie­jed­nej sen­tu­ral­nej oso­bie.

- Szkoła zała­twia dostawy - dodała Tatiana, o dziwo z wła­snej woli włą­cza­jąc się w roz­mowę. Przez więk­szość czasu pre­fe­ro­wała mil­cze­nie. - Ze szpi­tali pro­wa­dzo­nych przez sen­tu­ral­nych, od labo­ra­to­riów, z któ­rymi firmy Wam­pi­rów mają układy, i tak dalej.

- Czyli Wam­piry nie mają lep­szego słu­chu od ludzi? - upew­niła się Erin, wra­ca­jąc do wcze­śniej­szego tematu. Wolała dokoń­czyć owsiankę bez myśle­nia o han­dlu krwią.

Lizzy roz­pro­mie­niła się, wciąż wyraź­nie zachwy­cona tym, że zna Echo i ma oka­zję mu pomóc.

- Ogól­nie ran­king idzie tak - zaczęła entu­zja­stycz­nie. - Wam­piry są naj­szyb­sze. Jeśli cho­dzi o siłę, wygry­wają Wil­ko­łaki. A naj­le­piej wyostrzony wzrok, słuch i węch, i chyba naj­lep­szy refleks mają Łowcy. Plus Łowcy mogą korzy­stać z run. Nie wła­dają magią, ale mają ją we krwi i dzięki temu są w sta­nie samą krwią odpa­lić stan­dar­dowe runy. Więc gdyby posta­wić tę trójkę do walki, to nie jest wcale oczy­wi­ste, kto wygra.

Łowcy, runy, magia we krwi. Jasne. Odno­to­wane.

- A Zmien­no­kształtni i Cza­ro­dzieje? - zapy­tała Erin, dając się wcią­gnąć w temat. Zapo­mniała powie­dzieć "my" zamiast Zmien­no­kształtni, ale nie było to coś, co mogło ją zde­ma­sko­wać. Tak czy ina­czej - musiała się lepiej pil­no­wać.

Lizzy zer­k­nęła wycze­ku­jąc ona Tatianę. Star­sza Zmien­no­kształtna chwilę się ocią­gała, ale w końcu prze­jęła temat.

- Cza­ro­dzieje pew­nie mogliby każdy z tych rodza­jów roz­ło­żyć na łopatki jakimś zaklę­ciem, pod warun­kiem że umieją je szybko rzu­cić - oznaj­miła nie­chęt­nie, tro­chę ponuro. - A my to my. Wszystko zależy od tego, w jakie zwie­rzę potra­fisz się zmie­niać. - Zro­biła pauzę. - Wła­ści­wie to wszystko zależy od danej osoby, jej umie­jęt­no­ści i cha­rak­teru. To, że ktoś należy do jakie­goś rodzaju, nie okre­śla jego kon­dy­cji fizycz­nej albo skłon­no­ści do agre­sji. Nie powin­naś jej uczyć o rodza­jach, robiąc ran­king suk­cesu w jakiejś nie­ist­nie­ją­cej walce - pouczyła młod­szą przy­ja­ciółkę.

Lizzy wydęła lekko dolną wargę, ale zaraz potrzą­snęła głową i uśmiech­nęła się pięk­nie. Widać było, że gdy czuje się przy kimś kom­for­towo, nie­śmia­łość prze­staje tłu­mić jej cha­rak­te­rek.

- No, wie­eem - rzu­ciła z cie­niem roz­ba­wie­nia. - To było tak poglą­dowo! Ale histo­rycz­nie - dodała na swoją obronę - Cza­ro­dzieje i Zmien­no­kształtni mniej się pako­wali w walki i kon­flikty. Zwłasz­cza Cza­ro­dzieje, oni się przej­mują zawsze tylko wła­snymi spra­wami. - Tu blon­dynka nachy­liła się niżej nad sto­łem i wyszep­tała już dość kon­spi­ra­cyj­nie: - Przy usta­la­niu soju­szu robi­li­śmy podobno wraz z Cza­ro­dzie­jami za neu­tra­li­za­tor napię­cia. W szko­łach tro­chę też. Zauwa­ży­łaś wczo­raj na roz­po­czę­ciu? Albo choćby to, jak są uło­żone brac­twa na pię­trach...

Erin zamil­kła, zasta­na­wia­jąc się nad sło­wami dziew­czyny. Tatiana tym­cza­sem naj­wy­raź­niej dostrze­gła w jej minie coś, co jej się nie spodo­bało, bo znów zabrała głos.

- Znaj­dziesz agre­syw­nego Cza­ro­dzieja i słod­kiego, potul­nego Wam­pira - powtó­rzyła z ponu­rym upo­rem. - Histo­ryczny bagaż zawsze odbija się na postrze­ga­niu całego spo­łe­czeń­stwa i rela­cjach poli­tycz­nych, ale to jest nie­po­trzebne gene­ra­li­zo­wa­nie. Zazwy­czaj w dodatku krzyw­dzące i prze­kła­mane. Napię­cia były wszę­dzie, mię­dzy każ­dym rodza­jem, z wielu powo­dów.

Erin zaczy­nała rozu­mieć, że Tatiana bar­dzo dużo wie, nawet jeśli ewi­dent­nie nie lubi się tą wie­dzą dzie­lić, bo wymaga to włą­cze­nia się do roz­mowy i zabra­nia głosu.

- Skoro mię­dzy rodza­jami na­dal jest tyle napięć, to skąd taka deter­mi­na­cja, żeby nagle zawrzeć cały ten sojusz i od razu budo­wać szkoły? - zapy­tała po chwili.

Jej towa­rzyszki zer­k­nęły na sie­bie i nie odpo­wie­działy od razu. Lizzy zajęła się w końcu swoim śnia­da­niem, Tatiana potarła iden­ty­fi­ka­tor na nad­garstku.

- Tego nikt nie wie. Plotki gło­szą, że ze stra­chu, ale to tylko gada­nie.

- Ze stra­chu przed czym? - nie ustę­po­wała Erin.

Jej ponura kole­żanka spoj­rzała na nią w jakiś dziwny spo­sób.

- No wła­śnie?

* * *

Biblio­teka była oczy­wi­ście ogromna. W pobliżu wej­ścia stały dłu­gie drew­niane stoły, przy któ­rych ucznio­wie mogli czy­tać lub odra­biać lek­cje, ale pra­wie zawsze były puste. Wszy­scy wybie­rali mniej­sze blaty i biurka poukry­wane gru­pami lub poje­dyn­czo mię­dzy labi­ryn­tem rega­łów. Jak w każ­dym pomiesz­cze­niu w tej szkole, sufit był nie­na­tu­ral­nie wysoko, dodano więc wielką antre­solę. Rów­nież zasta­wiona została rega­łami peł­nymi ksią­żek, a wcho­dziło się na nią po wąskich drew­nia­nych scho­dach lub przy pomocy pod­no­śnika dla wóz­ków inwa­lidz­kich. Dodat­kowy poziom spra­wił, że biblio­teka stała się cia­śniej­sza i bar­dziej przy­tulna.

Erin tra­fiła tu po śnia­da­niu, zapro­wa­dzona przez Tatianę, która musiała głę­boko wąt­pić w jej jakie­kol­wiek zdol­no­ści orien­ta­cyjne. Biblio­teka znaj­do­wała się dokład­nie naprze­ciwko jadalni, po dru­giej stro­nie inter­na­to­wego holu.

Nasto­latka oznaj­miła, że ma zamiar poczy­tać wię­cej na temat sen­tury, żeby szybko nad­ro­bić swoje braki z pod­sta­wo­wej wie­dzy i poczuć się bar­dziej kom­for­towo wśród obcych rodza­jów. Był to cał­kiem dobry pomysł i nie do końca kłam­stwo (może nawet potem to zrobi). Przede wszyst­kim jed­nak wybrała się do biblio­teki z powodu bursz­tynu, który na­dal poły­ski­wał na jej nad­garstku - tym razem pra­wym. Prze­rzu­ciła go wczo­raj wie­czo­rem, przy­kła­da­jąc po pro­stu oba nad­garstki do sie­bie i trąc lekko. Masa prze­lała się bez­gło­śnie przez miej­sce styku, cały czas pozo­sta­jąc nie­wy­czu­walna. Erin przy oka­zji odkryła, że cho­ciaż można nią dowol­nie mani­pu­lo­wać na skó­rze, nie da się jej podzie­lić na odrębne plamy.

To był pro­blem. Dziew­czyna wie­działa bar­dzo mało o sen­tu­rze i dokład­nie nic o magii. Tak naprawdę poszła więc do biblio­teki, łudząc się, że jakimś cudem wpad­nie na książkę zawie­ra­jącą roz­wią­za­nie jej pro­blemu z iden­ty­fi­ka­to­rem.

(Nie wpa­dła).

* * *

Wie­czo­rem Tatiana pogrą­żyła się w lek­tu­rze, a Lizzy zajęła się pre­cy­zyj­nym malo­wa­niem paznokci w kolo­rowe wzory, raz po raz zer­ka­jąc na serial, który puściła na komórce. Tym­cza­sem Erin zaczy­nała się coraz bar­dziej stre­so­wać sobot­nią zamianą miejsc. Nie miała kon­taktu z Aleą, nie miała spo­sobu na zdję­cie iden­ty­fi­ka­tora, a w dodatku musiała odbyć roz­mowę z matką - i to nie jedną, a dwie. Naj­pierw jako ona sama, przez wła­sny tele­fon, póź­niej jako sio­stra, przez tele­fon Alei. Sen­tu­ralna Szkoła imie­nia Fla­na­gana Mal­la­roya naj­lep­szą edu­ka­cję zapew­niała jej na razie w dzie­dzi­nie kłam­stwa.

Erin czuła się abso­lut­nie bez­radna i zaczy­nało to ją iry­to­wać. Była osobą dość upartą, a przy tym odro­binę nie­cier­pliwą. W obli­czu wyzwań zawsze chciała dzia­łać. Cza­sem może nawet zbyt impul­syw­nie. Naj­go­rzej radziła sobie ze sta­niem w miej­scu. Z deli­kat­nymi sytu­acjami, które wyma­gały ostroż­nego nawi­go­wa­nia, cier­pli­wo­ści i głę­bo­kiej ana­lizy. Od tego była Alea.

Kiedy Tatiana zwró­ciła dziew­czy­nie uwagę, że kręci się po pokoju jak natrętna mucha - co było może i trafne, ale nie­ko­niecz­nie musiało być wypo­wia­dane na głos - Erin chwy­ciła książkę, którą spa­ko­wała Alea, i wyma­sze­ro­wała na kory­tarz. Ist­niała nie­wielka szansa, że zdoła sku­pić się na tek­ście, zresztą nie miała nastroju do czy­ta­nia fan­ta­stycz­nego romansu, ale trzy­ma­nie książki w rękach powinno dać jej pre­tekst, by zaszyć się gdzieś w kącie i poga­pić w prze­strzeń. Dzie­le­nie pokoju z dwiema innymi oso­bami mocno ogra­ni­czało oka­zje do samot­no­ści, a może tego jej wła­śnie teraz bra­ko­wało.

* * *

Salon był chyba naj­przy­jem­niej­szym miej­scem w całym inter­na­cie. Przy­po­mi­nał przy­tulną, kli­ma­tyczną kawiar­nię, pełną cie­płych kolo­rów, z licz­nymi sto­li­kami i mięk­kimi sie­dze­niami. Prze­strzeń była duża, ale stwo­rzono ilu­zję kame­ral­no­ści, budu­jąc wiele zaka­mar­ków za pomocą pseu­do­ścian z rega­łów czy wyso­kich roślin donicz­ko­wych. W podzia­łach poma­gała także pod­łoga - nie­które sek­tory umiesz­czono na pode­stach, przez co inne zda­wały się zapa­dać w dół. Powstałe w ten spo­sób sze­ro­kie stop­nie sta­wały się dodat­ko­wymi sie­dze­niami i w tym też celu leżały na nich poduszki.

Na tyłach sali w ścianę wbu­do­wano praw­dziwy komi­nek, a nad nim powie­szono wielki, pła­ski tele­wi­zor. Naokoło jasnego sto­lika do kawy stały dwa fotele i dwie kanapy na meta­lo­wych nogach.

Wie­czór był ponury i chłodny. Ktoś roz­pa­lił nawet w kominku nie­wielki, przy­jem­nie skrzący się ogień, ale ku zdu­mie­niu dziew­czyny kuszące miej­sca dookoła pozo­sta­wały zupeł­nie puste, cho­ciaż w innych czę­ściach salonu nie bra­ko­wało uczniów. Wyda­wało się to odro­binę podej­rzane, ale nie na tyle, by spło­szyć Erin Lan­ford.

Opa­dła z impe­tem na naj­więk­szą kanapę, na­dal pełna fru­stra­cji. Zsu­nęła ze stóp teni­sówki, by móc krzy­żo­wać nogi na sie­dze­niu, usa­do­wiła się wygod­nie i otwo­rzyła książkę. Posta­no­wiła przy­naj­mniej spró­bo­wać wcią­gnąć się w histo­rię, jed­nak im dłu­żej patrzyła w litery, tym głę­biej zapa­dała się we wła­sne pełne nie­po­koju myśli.

- Sie­dzisz na mojej kana­pie.

Chłodny, nie­przy­ja­zny głos ode­zwał się tuż nad głową Erin i wycią­gnął ją z men­tal­nego wiru. Intruz ją zasko­czył, ale spró­bo­wała tego nie oka­zać. Nie miała też zamiaru poświę­cać mu spe­cjal­nej uwagi, roz­draż­niona głu­pią odzywką.

- Bar­dzo doj­rzałe - rzu­ciła sar­ka­stycz­nie, celowo nie odry­wa­jąc wzroku od książki. - Ta kanapa była wolna, kiedy tu przy­szłam, i mam zamiar na niej sie­dzieć tak długo, jak mi się podoba - wypa­liła, dając upust kotłu­ją­cej się w niej od kilku godzin zło­ści. Wciąż nie pod­nio­sła wzroku.

Odpo­wie­działo jej mil­cze­nie i na początku Erin była prze­ko­nana, że ozna­czało to jej zwy­cię­stwo. Cień na kana­pie zdra­dzał, że intruz jesz­cze nie odszedł, ale przy­naj­mniej nie miał zamiaru kon­ty­nu­ować idio­tycz­nego oskar­że­nia. Zado­wo­lona, posta­no­wiła wytrwać ze wzro­kiem utkwio­nym w lek­tu­rze, aż gość sobie pój­dzie. Dopiero po chwili poja­wiło się dziw­nie zło­wro­gie prze­czu­cie. Cień był na­dal obecny, a cisza się prze­dłu­żała. W końcu dziew­czyna wolno pod­nio­sła głowę.

Michael Casta­law, lider brac­twa Wam­pi­rów, stał dokład­nie naprze­ciwko i mie­rzył ją nie­przy­chyl­nym spoj­rze­niem. Ni­gdy nie widziała takich oczu. Były nie­praw­do­po­dob­nie wręcz nie­bie­skie i pełne chłodu, jakby ktoś wykuł ich tęczówki z bryły lodowca. Wąskie usta miał teraz mocno zaci­śnięte, co nie zwia­sto­wało niczego dobrego. Wycią­gnął ręce z kie­szeni spodni i skrzy­żo­wał je na bia­łej koszuli, którą miał na sobie, cho­ciaż nie było tego dnia żad­nej ofi­cjal­nej uro­czy­sto­ści.

Drań patrzył na nią wycze­ku­jąco, jakby spo­dzie­wał się, że kiedy Erin zda sobie sprawę, z kim ma do czy­nie­nia, natych­miast zerwie się z kanapy. Za jego ple­cami, odgro­dzone sto­li­kiem do kawy, stały trzy inne Wam­piry, niczym świta. Te także się na nią gapiły.

Erin nie ruszyła się z miej­sca. Unio­sła brwi, zadarła nieco pro­wo­ku­jąco pod­bró­dek i odpo­wie­działa na spoj­rze­nie Micha­ela Casta­lawa wła­snym, rów­nie wyzy­wa­ją­cym. Nie zamie­rzała ustę­po­wać. Ani dać się roz­pro­szyć jego pięk­nej buźce...

Wyedu­ko­wała się dzi­siaj tro­chę w biblio­tece na temat wam­pi­rzego czaru. Jak się oka­zało, wszy­scy przed­sta­wi­ciele tego sen­tu­ral­nego rodzaju wyda­wali się ludziom bar­dzo atrak­cyjni, co miało uła­twić pozy­ski­wa­nie krwi. Mniej wię­cej na takiej zasa­dzie, wedle któ­rej na przy­kład pułapki mucho­łówki wabiły owady słod­kim nek­ta­rem. Dodat­kowo pod­czas ugry­zie­nia kły Wam­pira wydzie­lały jad, który dzia­łał znie­czu­la­jąco i odu­rza­jąco. Wszystko to miało jed­nak zna­cze­nie tylko dawno, dawno temu, kiedy istoty te polo­wały na swoje posiłki, niczym jakieś zwie­rzęta. Teraz czar nie posia­dał wła­ści­wie żad­nego prak­tycz­nego zasto­so­wa­nia. Po pro­stu był i wyja­śniał, czemu trudno jej było zigno­ro­wać to, jak Michael wygląda.

Wyglą­dał dobrze.

- Myślę, że się nie zro­zu­mie­li­śmy - ode­zwał się w końcu. Jego głos brzmiał spo­koj­nie, ale na ustach poja­wił się zło­śliwy uśmie­szek. - To jest moja kanapa i albo zaraz znik­niesz mi z oczu, albo będziemy roz­ma­wiali w inny spo­sób.

Och, koleś tra­fił na zły moment. Jesz­cze wczo­raj Erin prych­nę­łaby pew­nie pod nosem i ode­szła, zaże­no­wana jego zacho­wa­niem. Dzi­siaj? Cały dzień zma­gała się z nega­tyw­nymi emo­cjami. Zeszła tu na dół już sfru­stro­wana, teraz dodat­kowo wku­rzało ją, że z powodu sen­tu­ral­nego czary-mary jej ciało reago­wało na tego idiotę, jakby był coś wart. Czuła więc palącą potrzebę, by mieć ostat­nie słowo.

W gło­wie jej się nie mie­ściło, jak można mówić na głos takie tek­sty. Za kogo on się niby miał? Pozy­cja lidera na pewno nie upraw­niała go do cze­goś takiego. Dziwne, że w ogóle ją zdo­był. Dziew­czyna zamknęła ener­gicz­nie Upa­dek Mary Sue, na dobre porzu­ca­jąc czy­ta­nie.

- To ty nie zro­zu­mia­łeś, co się do cie­bie mówi - odpa­ro­wała ostro, mor­du­jąc go wzro­kiem. - Jeśli myślisz, że pójdę sobie stąd tylko dla­tego, że jakiś bez­czelny, aro­gancki dupek ubz­du­rał sobie, że może pomia­tać wszyst­kimi naokoło, to się grubo mylisz.

Zza rega­łów, roślin i oparć foteli, z innych pode­stów, wnęk i mięk­kich puf gapili się na nich ucznio­wie, już wcale się z tym nie kry­jąc. Co wię­cej, kilka spło­szo­nych osób umknęło z salonu i to może był pierw­szy wyraźny znak, że Erin wdep­nęła w kło­poty. Tym­cza­sem zna­jomi aro­ganc­kiego blon­dyna zbli­żyli się i dziew­czyna zaczęła się czuć nie­kom­for­towo osa­czona. Nie dała tego po sobie poznać. Teraz cho­dziło już o dumę, nie o kanapę.

Michael przy­glą­dał się jej inten­syw­nie. Gdzieś na dnie jego spoj­rze­nia przez moment migo­tał szok, szybko jed­nak wypa­ro­wał. Po iry­tu­ją­cym uśmieszku, który przed chwilą błą­kał się na jego ustach, nie było już śladu. Sytu­acja prze­stała go bawić.

Jego prawa dłoń drgnęła. Erin pew­nie by tego nie zauwa­żyła, gdyby nie błysz­czący sygnet rodzinny, który przy­cią­gał uwagę w świe­tle ognia z kominka. A dokład­niej - jego prawa dłoń drgnęła tak, jakby chciał coś lub kogoś gwał­tow­nie chwy­cić, ale w ostat­niej chwili się powstrzy­mał. Zamiast tego pochy­lił się wolno, aż ich twa­rze zna­la­zły się na tej samej wyso­ko­ści. Z bli­ska nie­bie­skie oczy wyglą­dały jesz­cze bar­dziej nie­sa­mo­wi­cie, ale Erin oczy­wi­ście wcale o tym nie pomy­ślała.

- Ty chyba nie wiesz, do kogo mówisz - syk­nął cicho.

W żołądku znowu poczuła dziwne cie­pło, ale zigno­ro­wała je naj­le­piej, jak potra­fiła. Pełna nie­na­wi­ści mina chło­paka suge­ro­wała, że chce ją zła­pać i siłą ścią­gnąć z miej­sca. Chciał, ale naj­wy­raź­niej był świa­dom, że to gra­nica, któ­rej się nie prze­kra­cza.

No pro­szę. Kro­pla przy­zwo­ito­ści w tej aro­ganc­kiej gło­wie? Nie­moż­liwe.

- A ty chyba nie wiesz, jak się ode mnie odwa­lić - odwark­nęła, już na poważ­nie roz­wście­czona. W jej zie­lo­nych oczach zapło­nął ogień i zde­rzył się z lodem jego tęczó­wek. Na chwilę znik­nął salon, kanapa i wszy­scy naokoło. Była tylko ona, on i pełen napię­cia poje­dy­nek na spoj­rze­nia. Wyrwał ich z niego czyjś zde­ner­wo­wany głos.

- Michael, wystar­czy! Odsuń się od niej!

Obok nich poja­wił się lider Zmien­no­kształt­nych w oto­cze­niu kilku innych star­sza­ków z bursz­ty­no­wymi iden­ty­fi­ka­to­rami na rękach. Anthony Tow­ner był lekko zdy­szany - musiał tu przy­biec, naj­wy­raź­niej przez kogoś wezwany.

Wam­pir skie­ro­wał swoje spoj­rze­nie na nowego rywala.

- Tow­ner, a jakże - rzu­cił z nie­sma­kiem. - Chyba zapo­mnia­łeś nauczyć swo­ich dzie­cia­ków sza­cunku - dodał chłodno.

Erin miała ochotę ude­rzyć go pro­sto w żebra. Albo w kro­cze. Powstrzy­mała się, bo gra­nice dzia­łały w dwie strony, a poza tym nie mogła zaro­bić dla Alei kary już dru­giego dnia. Co wię­cej, wszy­scy się na­dal gapili, pod­cho­dząc coraz bli­żej. Zaczęło się robić tłoczno i nagle dziew­czyna przy­po­mniała sobie, kim jest i gdzie jest. Jak wiele ryzy­kuje, ścią­ga­jąc na sie­bie uwagę. Serce zaczęło walić jej w piersi.

- Ona jest nowa, wielu rze­czy jesz­cze nie wie. - Głos Anthony'ego był spo­kojny, choć silny. Widoczne było od razu, że posta­no­wił grać to na korzyść Wam­pira, żeby nie wsz­czy­nać kolej­nej kłótni. Był wyraź­nie poiry­to­wany, ale zamiast bro­nić prawa Erin do sie­dze­nia na wol­nym meblu, rzu­cał jakąś wymówkę: - Odsuń się, daj jej tro­chę miej­sca. Zaraz pój­dziemy - oznaj­mił tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu, a potem zer­k­nął na Erin, która na­dal sie­działa na kana­pie ze skrzy­żo­wa­nymi nogami. - Włóż buty.

Erin prze­łknęła dumę i nie powie­działa już nic. Dło­nie lekko jej teraz drżały. Schy­liła się tylko, by wyko­nać pole­ce­nie. Pod­czas gdy ona wsu­wała teni­sówki na stopy, Anthony i Michael mie­rzyli się wzro­kiem. Lider Zmien­no­kształt­nych, mimo zupeł­nie prze­cięt­nej syl­wetki, miał w sobie cha­ry­zmę i opa­no­wa­nie godne praw­dzi­wego przy­wódcy. Wam­pir stał tym­cza­sem sztywno i ema­no­wała od niego zło­wroga ener­gia. Kątem oka zer­k­nął na tłum i roz­wa­żał swoją odpo­wiedź, ewi­dent­nie nie chcąc źle wypaść przed widow­nią. Wresz­cie prych­nął osten­ta­cyj­nie i odsu­nął się prze­sad­nie daleko w bok, jakby znie­sma­czyła go nagle sama myśl, że dziew­czyna go nie­chcący dotknie pod­czas wsta­wa­nia.

- Zabie­raj ją stąd - pole­cił ostro, gdy Erin była już u boku swo­jego lidera.

Anthony bez słowa objął ją ramie­niem i zaczął pro­wa­dzić do wyj­ścia. Za nimi podą­żyli Zmien­no­kształtni, z któ­rymi się poja­wił.

- Ma mnie prze­pro­sić! - rzu­cił jesz­cze za nimi żąda­nie Michael, roz­sia­da­jąc się wygod­nie na beżo­wej kana­pie.

Anthony spoj­rzał na niego z nie­chę­cią przez ramię.

- Zrobi to - zgo­dził się zimno i wypro­wa­dził dziew­czynę z salonu.

* * *

Erin zapro­wa­dzono w peł­nej napię­cia ciszy do brac­twa Zmien­no­kształt­nych, ale nie do jej wła­snego pokoju. Pomiesz­cze­nie, w któ­rym się zna­la­zła, nie dość, że było więk­sze, to jesz­cze zostało prze­zna­czone tylko dla jed­nej osoby. Oprócz łóżka, dużej szafy i biurka był tu także niski sto­lik z fote­lem i kanapą oraz dodat­kowe regały.

Dziew­czyna, przy­tło­czona mie­szanką zło­ści i stra­chu, wyco­fała się do wła­snej głowy pod­czas tej wędrówki. Miała wra­że­nie, że dociera do niej tylko połowa bodź­ców. Ktoś posa­dził ją na fotelu i dopiero wtedy rozej­rzała się dookoła odro­binę nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem.

- Pokój lidera. Nie­zły wypas, co? - ode­zwał się zna­jomy szept przy jej uchu. Nad fote­lem pochy­lała się Lizzy, uśmiech­nięta, ale z zatro­ska­nym spoj­rze­niem. Obok niej stała Tatiana z miną zdra­dza­jącą lekki dys­kom­fort.

- Aleo... Jesteś Alea, tak? - Anthony sam sobie prze­rwał, żeby się upew­nić.

Dziew­czyna ski­nęła głową

- Więc, Aleo - pod­jął lider. Po tych dwóch sło­wach jego ser­decz­ność wypa­ro­wała. - Co ty sobie myśla­łaś!?

Spoj­rzał na nią z mie­szanką wyrzutu i nie­do­wie­rza­nia, a potem się odwró­cił, jakby potrze­bo­wał chwili, by zebrać myśli. Prze­szedł się po pomiesz­cze­niu tam i z powro­tem, prze­cze­su­jąc krę­cone włosy pal­cami. Poza nim, Erin i jej współ­lo­ka­tor­kami w pokoju zna­la­zły się jesz­cze trzy osoby, naj­praw­do­po­dob­niej z pią­tego roku. Wszy­scy mil­czeli, więc nasto­latka zmu­szona była sama sta­nąć w swo­jej obro­nie.

- Ja tylko chcia­łam poczy­tać książkę!

- Ale po co w ogóle wda­wa­łaś się z nim w kłót­nię?! Nie mogłaś zejść, jak kazał?

Teraz to Erin się roz­zło­ściła.

- Prze­pra­szam bar­dzo, nie mia­łam poję­cia, że Wam­piry są tutaj panami i wład­cami, i wszy­scy musimy przed nimi klę­kać! Głu­pia myśla­łam, że można uży­wać kanapy do sie­dze­nia...

- Tony, ona jest Echem - wtrą­ciła nie­śmiało Lizzy.

Erin spoj­rzała na nią zszo­ko­wana. Tony...?

- To jej brat - szep­nęła Tatiana, jakby odczy­tała pyta­nie z twa­rzy współ­lo­ka­torki.

Anthony w końcu zatrzy­mał się w miej­scu, po czym wes­tchnął gło­śno.

- Rozu­miem. Mogłaś więc jej kilka rze­czy wyja­śnić, Liz. Teraz już za późno. - Znowu wes­tchnął. Potem prze­niósł wzrok na Erin. - Posłu­chaj, ofi­cjalne zasady w szkole to jedno, ale zasady w inter­na­cie to dru­gie. Mamy tu kilka wła­snych usta­leń i udało ci się je zła­mać. Oczy­wi­ście, że masz prawo korzy­stać z salonu. Ale aku­rat miej­sca przy kominku, tak samo jak sala z bilar­dem, należą chwi­lowo do Wam­pi­rów. To zna­czy, można z nich korzy­stać, ale oni mają pierw­szeń­stwo.

Erin nie­spe­cjal­nie to prze­ko­ny­wało. Na­dal nie rozu­miała, czemu musieli się tak płasz­czyć przed Wam­pi­rami. Okej, miały przy­stoj­nego lidera. No i co z tego? Z pew­no­ścią miał wiele przy­wi­le­jów nawet bez tej głu­piej kanapy i jakie­goś bilardu.

- Chwi­lowo? - Unio­sła pyta­jąco brwi, łapiąc go za słowo.

Anthony kiw­nął głową.

- Na począ­tek każ­dego roku szkol­nego orga­ni­zu­jemy grę. Zasady kole­żanki wytłu­ma­czą ci póź­niej, w każ­dym razie ten rodzaj, który wygra, do końca roku ma prawo do naj­lep­szego miej­sca w salo­nie i dostaje doro­biony klucz do sali bilar­do­wej. Taką mamy umowę, a ty ją zła­ma­łaś. Zdaję sobie sprawę, że nie­świa­do­mie, ale to nie zmie­nia faktu, że będziesz musiała iść do Micha­ela i go prze­pro­sić, skoro sobie tego zaży­czył.

Erin już otwo­rzyła usta, żeby zaopo­no­wać, ale chło­pak jej prze­rwał.

- To nie musi być dzi­siaj, ale musi być zro­bione. Koniec dys­ku­sji.

Dziew­czyna roz­wa­żyła swoją sytu­ację i z gry­ma­sem na twa­rzy prze­łknęła wszyst­kie słowa pro­te­stu.

* * *

- Twój brat jest lide­rem?! - wypa­liła Erin, gdy tylko razem z Lizzy i Tatianą zna­la­zły się bez­piecz­nie same we wła­snym pokoju.

- Chcia­łaś zgi­nąć?! - zapy­tała dokład­nie w tym samym momen­cie Tatiana dra­ma­tycz­nie, pod­czas gdy Lizzy zawo­łała:

- Jesteś cała?!

Spoj­rzały po sobie, zdu­mione tą przy­pad­kową syn­chro­ni­za­cją. Następ­nie Erin i Lizzy wybu­chły gło­śnym śmie­chem, wresz­cie roz­luź­nia­jąc atmos­ferę. Tatiana uśmiech­nęła się po cichu.

Usia­dły razem na łóżku star­szej kole­żanki.

- Aleo, nie powin­naś się tak nara­żać - zaczęła wolno Tatiana, już poważ­nie. - Michael jest znany z... bycia wred­nym.

Lizzy skwa­pli­wie przy­tak­nęła kole­żance głową. Erin za to wes­tchnęła głę­boko.

- No ale jak ja mia­łam to prze­mil­czeć? On się zacho­wy­wał, jakby był lep­szy od wszyst­kich innych... - Zawa­hała się, widząc spoj­rze­nia przy­ja­ció­łek, i urwała. - No co?

Tatiana ukryła twarz w dło­niach, a Lizzy pac­nęła się ręką w czoło.

- O kur­czę, o kur­czę! Zupeł­nie zapo­mnia­ły­śmy o naj­waż­niej­szym! - wykrzyk­nęła z żało­ścią. - Myśla­łam, że po usły­sze­niu nazwi­ska dla każ­dego to jest już oczy­wi­ste, ale prze­cież ty jesteś Echem...

- O co cho­dzi? - zapy­tała Erin, zupeł­nie zdez­o­rien­to­wana.

- Aleo, on jest lep­szy! - pospie­szyła z wyja­śnie­niem Lizzy. - To jest Michael Casta­law, naj­młod­szy czło­nek Kró­lew­skiego Rodu Wam­pi­rów! Dzie­dzic Regana Casta­lawa, Ojca rodu Casta­lawów! Myślisz, że dla­czego jest lide­rem, skoro jest na czwar­tym roku, pod­czas gdy wszy­scy inni przy­wódcy bractw są z pią­tego? Dla Wam­pi­rów on jest auto­ry­te­tem nawet nie­za­leż­nie od szkol­nej hie­rar­chii!

Erin musiała prze­tra­wić to, co usły­szała.

- Każdy rodzaj ma wła­sny sys­tem rzą­dze­nia i wła­snych przy­wód­ców - zaczęła Tatiana poucza­ją­cym tonem. - Wszy­scy wybie­rani są jed­nak na pod­sta­wie jakiejś wer­sji demo­kra­cji. Poza Wam­pi­rami. U Wam­pi­rów na­dal panuje monar­chia. I to taka trudna do oba­le­nia, bo u nich krew naprawdę ma zna­cze­nie: kró­lew­ska daje dodat­kowe zdol­no­ści. Tylko że dzie­dzi­czy się je za pomocą prze­mie­nia­nia dzie­dzi­ców, a nie rodze­nia ich.

- Prze­pra­szam, co...?

- Widzia­łaś obraz nad brac­twem Wam­pi­rów? - Tatiana odpo­wie­działa na pyta­nie pyta­niem.

Erin ski­nęła głową.

- To jest por­tret trzech przod­ków Kró­lew­skiej Krwi! Nie tych fak­tycz­nie naj­star­szych, no ale pierw­szych, któ­rych wygląd jest histo­rycz­nie znany. - W tonie Zmien­no­kształt­nej było sły­chać, że szy­kuje się kolejny wykład. - Wszyst­kie Wam­piry pod­le­gają trzem pra­daw­nym rodzi­nom, które zapo­cząt­ko­wały cały rodzaj. Ród Buy­an­tów, odno­to­wany po raz pierw­szy w dzi­siej­szej Mon­go­lii, Ród Zena­wiów, który pano­wa­nie zaczy­nał na tere­nach obec­nej Etio­pii, i Ród Casta­la­wów, pier­wot­nie gdzieś z zachod­niej czę­ści Ame­ryki Połu­dnio­wej. - Tatiana wypo­wie­działa nazwi­sko Micha­ela ze szcze­gól­nym naci­skiem, jakby Erin miała szansę nie połą­czyć fak­tów.

- Te ich nazwi­ska to nie brzmią jak jakieś super­pra­dawne... - zauwa­żyła Erin, ale już nie była taka pewna sie­bie.

- No bo nazwi­ska się zmie­niają - oznaj­miła Tatiana odro­binę nie­cier­pli­wie. - Tro­chę na zasa­dzie dyna­stii... Nie­ważne.

- Tylko to wycią­gnę­łaś z jej prze­mó­wie­nia? - zapy­tała z nie­śmia­łym zdzi­wie­niem Lizzy.

- Em, nie - przy­znała Erin. - Tro­chę mnie też zasta­na­wia, po co potęż­nym, nie­śmier­tel­nym Wam­pi­rom sie­dem­na­sto­letni dzie­dzic...

Tatiana wes­tchnęła ciężko i zabrała się za kolejne, ponure wyja­śnie­nia.

W skró­cie sprawy miały się tak, że Wam­piry Kró­lew­skiej Krwi były szyb­sze, sil­niej­sze i bar­dziej odporne od pozo­sta­łych. Jeśli decy­do­wały się kogoś prze­mie­nić w zwy­kły spo­sób, sta­wał się on zwy­kłym Wam­pi­rem, ale trans­for­ma­cja i tak była wyjąt­kowo bole­sna i wyma­ga­jąca. Do tego stop­nia, że nie wszy­scy mieli szanse ją prze­trwać. Ci, któ­rym się udało, nie otrzy­my­wali jed­nak za fatygę żad­nych przy­wi­le­jów. Aby stwo­rzyć kolej­nego Wam­pira Kró­lew­skiej Krwi, który odzie­dzi­czy pra­dawną potęgę, trzeba było w cza­sie prze­miany dopil­no­wać spe­cjal­nego rytu­ału.

Cel kre­owa­nia dzie­dzi­ców był tym­cza­sem banalny i dzi­waczny jed­no­cze­śnie. Pra­dawne Wam­piry nie­ła­two było usu­nąć, jed­nak w jakimś momen­cie same podej­mo­wały one decy­zje o odej­ściu. Nie ist­niał bowiem żaden sen wieczny, w który mogły zapaść, a przy tym sypiały mało - pra­wie wcale. Trwa­nie w świe­cie, który biegł nie ich cza­sem, z baga­żem odpo­wie­dzial­no­ści, jaką u tego rodzaju nio­sła ze sobą kró­lew­ska wła­dza, osta­tecz­nie każ­demu po pro­stu... brzy­dło.

- Czyli chce­cie powie­dzieć... - zaczęła wolno Erin, kiedy wszystko już sobie poukła­dała w gło­wie - że nazwa­łam bez­czel­nym, aro­ganc­kim dup­kiem kogoś bar­dzo, bar­dzo waż­nego?

- Tak! - odpo­wie­działy jed­no­cze­śnie jej współ­lo­ka­torki z roz­ba­wie­niem w oczach.

- Ale jeśli cię to pocie­szy - dodała Tatiana spo­koj­nie - to on naprawdę jest bez­czel­nym, aro­ganc­kim dup­kiem.

Lizzy poki­wała głową, szcze­rząc się w uśmie­chu. Erin jęk­nęła i ukryła twarz w dło­niach. Nie wie­działa, co fru­stro­wało ją bar­dziej - to, że jej pod­świa­do­mość na­dal dawała się nabrać na cały ten wam­pi­rzy czar i nie potra­fiła czuć wobec Micha­ela wyłącz­nie czy­stej nie­na­wi­ści, czy to, że będzie musiała go prze­pro­sić. Wie­działa za to, jaką radę mia­łaby dla niej Bethany: "Gdy jesteś czło­wie­kiem ukry­wa­ją­cym się w sen­tu­ral­nej szkole, to spró­buj pocze­kać cho­ciaż trzy dni, zanim zaczniesz obra­żać naj­waż­niej­sze Wam­piry w oko­licy...".

Erin jęk­nęła po raz kolejny.

5.

Tajemnica, obietnica, złośnica

Tatiana Len­nox szła typo­wym dla sie­bie, tro­chę sztyw­nym kro­kiem przez kory­tarz, mija­jąc drzwi pro­wa­dzące do sal lek­cyj­nych. Zaję­cia zaczy­nały się dopiero od ponie­działku, ale seg­ment szkolny już teraz był otwie­rany w ciągu dnia, by dać moż­li­wość orga­ni­zo­wa­nia się róż­nym klu­bom i kołom nauko­wym. Dziew­czyna skrę­ciła za róg i o mały włos na kogoś nie wpa­dła. Pod­nio­sła szybko wzrok i zamarła zszo­ko­wana.

- Witaj, Tatiano - ode­zwał się niski głos.

Krót­kie ciemne włosy, prak­tycz­nie czarne oczy, śniada skóra, silne ramiona, pro­ste plecy, bez­na­miętny wyraz twa­rzy i poważne spoj­rze­nie z prze­zna­czoną tylko dla niej iskrą cie­pła. Tak pre­zen­to­wał się Diego Vélez Reyes, Łowca z pią­tego roku, zastępca lidera wła­snego brac­twa i przy oka­zji chło­pak, który poca­ło­wał ją w te waka­cje.

- Prze­stra­szy­łem cię? - zapy­tał, bo zauwa­żył, że drgnęła.

- Spie­szę się - wymam­ro­tała dziew­czyna, patrząc gdzieś w bok, i znów zaczęła iść przed sie­bie. Diego odwró­cił się za nią.

- Będziesz teraz uda­wała, że się nie znamy? - zapy­tał, nim zdą­żyła się na dobre odda­lić.

Tatiana przy­mknęła na chwilę oczy.

W te waka­cje pra­co­wała u wujka w knaj­pie nad jezio­rem jako kel­nerka. Diego zatrud­nił się jako ratow­nik. Dru­giego dnia zdali sobie sprawę, że koja­rzą się z widze­nia z Mal­la­roy. Czwar­tego dnia Tatiana już czuła się zako­chana, a przy tym gotowa wypie­rać te emo­cje do końca świata. Kiedy ostat­niego dnia pobytu ją poca­ło­wał, ucie­kła bez słowa, prze­ra­żona.

Otwo­rzyła oczy ponow­nie, wzięła głę­boki, ale cichy oddech i znów zwró­ciła się w jego stronę, cały wysi­łek wkła­da­jąc w to, by zwal­czyć zmie­sza­nie.

- Cho­dzi­li­śmy do tej samej szkoły przez ostat­nie dwa lata i ni­gdy nie mia­łeś pro­blemu z tym, że nie roz­ma­wiamy - zauwa­żyła.

Diego znów się zbli­żył. Wysoki, wyspor­to­wany, wiecz­nie czujny. Cały czas zda­wał się ocze­ki­wać ataku. Tatiana zasta­na­wiała się, czy jego mię­śnie w ogóle potra­fią się roz­luź­nić.

- Wtedy cię nie zna­łem - zauwa­żył.

Dziew­czyna zamil­kła na chwilę, modląc się o jakąś drogę ucieczki. Prze­ro­biła w swoim życiu już wiele róż­nych pod­ręcz­ni­ków, ale żaden nie nauczył jej, jak radzić sobie z wła­snym ser­cem.

- Teraz też mnie nie znasz.

- Tatiano...

Diego zawsze wyglą­dał surowo. Tro­chę zło­wrogo, ale przede wszyst­kim poważ­nie, jakby ni­gdy w życiu z niczego nie zażar­to­wał. Był oszczędny w sło­wach i, jak wielu Łow­ców, zdy­scy­pli­no­wany. Z całej obsługi w restau­ra­cji tylko ona z jakie­goś powodu zasłu­żyła sobie na odro­binę ser­decz­no­ści w jego czar­nych oczach.

Poja­wił się w jej życiu zni­kąd i w trzy tygo­dnie wszystko zepsuł! Tatiana lubiła sie­bie i swoją samot­ność. Była mało­mówna, tro­chę melan­cho­lijna i w pełni zdolna sama sobie zapew­nić roz­rywkę - nie potrze­bo­wała do tego obec­no­ści dru­giej osoby. Cza­sem wręcz prze­ciw­nie, inni wysy­sali z niej całą ener­gię i im moc­niej pró­bo­wali wcią­gnąć ją do roz­mowy, tym bar­dziej pra­gnęła już ni­gdy się nie ode­zwać.

Spory kawa­łek życia zajęło jej zro­zu­mie­nie, że może być inna niż więk­szość osób z jej krę­gów. Że nie jest im winna nic poza sza­cun­kiem. Wszy­scy zda­wali się od niej ocze­ki­wać już na star­cie, że będzie pięk­nie się śmiać, z entu­zja­zmem pod­trzy­my­wać każdą kon­wer­sa­cję, anga­żo­wać się we wspólne aktyw­no­ści i zawsze, zawsze mieć ener­gię na zabawę. Wię­cej - że będzie gło­śna, dyna­miczna, zaczepna... Nie była, więc dosta­wała wciąż sygnały, że powinna się dopa­so­wać. Jej mil­cze­nie uzna­wane było za brak wycho­wa­nia. Jej spo­kojne, wyci­szone uspo­so­bie­nie pro­wo­ko­wało podej­rze­nia, że może jest głu­pia albo nudna, albo bar­dzo nie­śmiała, albo prze­stra­szona, albo wredna, albo po pro­stu coś z nią jest nie tak. Dla­tego spory kawa­łek życia zajęło jej doj­ście do wnio­sku, że inni mogą się z takimi pomy­słami wypchać. Nie mieli prawa do jej uśmie­chu, do jej czasu ani myśli. Uro­ili sobie, że mogą tego od niej wyma­gać, ale to nie był jej obo­wią­zek - zaba­wiać ich i obna­żać swoje wnę­trze. Jeśli ktoś nie umiał tego zro­zu­mieć... Nie jej pro­blem.

Skoń­czyła z pró­bami wpa­so­wa­nia się w grona, które ocze­ki­wały, że się dla nich zmieni. Wybie­rała towa­rzy­stwo ostroż­nie i dużo czasu poświę­cała na książki, seriale czy pod­ca­sty, bez innych dookoła, bo to lubiła naj­bar­dziej. Samot­ność przy­no­siła jej szczę­ście, jed­nak mało osób potra­fiło to zro­zu­mieć, stała się więc eks­pertką w budo­wa­niu wokół sie­bie murów. Nie za bar­dzo potrze­bo­wała za nie wycho­dzić. Wciąż nie miała poję­cia, jakim cudem Diego prze­śli­zgnął się do środka. Wziął ją z zasko­cze­nia. Dostrze­gła go dopiero, gdy był już bar­dzo bli­sko i ani razu nie powie­dział jej, że powinna się uśmiech­nąć.

Nie miała poję­cia, co dalej. Nie umiała budo­wać takich rela­cji, więc gdy ją wtedy poca­ło­wał, ucie­kła. Wciąż ucie­kała.

- Czego ode mnie chcesz? - zapy­tała i miało to być pewne sie­bie, ale wyszło nie­śmiało. Jego spoj­rze­nie mocno ją krę­po­wało, bo od czasu waka­cji nie raz zła­pała się na myśle­niu o nim. Teraz czuła irra­cjo­nalny lęk, że Łowca o wszyst­kim wie.

- Chciał­bym cię prze­pro­sić - poin­for­mo­wał ją jak zwy­kle zbyt ofi­cjal­nie.

- Za co?

- Za poca­łu­nek - wyja­śnił Diego, na­dal patrząc pro­sto w jej ciem­no­brą­zowe oczy. - Już ni­gdy póź­niej cię nie zoba­czy­łem. Nie było moim zamia­rem zro­bie­nie cze­goś, co wywoła w tobie nega­tywne emo­cje.

Zmien­no­kształtna ucie­kła na chwilę wzro­kiem w bok, przy­tło­czona tym, co czuła. Gdy znów na niego spoj­rzała, w gło­wie sły­szała znane już jęki nad­wy­rę­ża­nego muru. Była pewna, że przez jej źre­nice da się doj­rzeć jego pęk­nię­cia.

- Nie powi­nie­neś cało­wać osób bez żad­nego ostrze­że­nia - mruk­nęła wresz­cie.

- Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łem tego w zwy­czaju - przy­znał. - Czy przyj­mu­jesz moje prze­pro­siny?

Wes­tchnęła, czu­jąc, jak jej żołą­dek skręca się ze wstydu i głu­piej eks­cy­ta­cji jed­no­cze­śnie.

- Tak - oznaj­miła wresz­cie.

Chło­pak ski­nął głową.

- Świet­nie. Dzię­kuję.

Odszedł, nie zdra­dza­jąc nic wię­cej, ale za rogiem jego kon­trola odro­binę się zachwiała. Wyostrzył zmysł słu­chu do gra­nic swo­ich moż­li­wo­ści tylko po to, żeby spraw­dzić, czy szyb­ciej biło jej serce.

* * *

Środa. To była pierw­sza myśl Erin po otwo­rze­niu oczu. Środa była złą wia­do­mo­ścią. Środa zna­czyła, że zostały jej nie­całe trzy dni na odkrę­ce­nie wszyst­kiego, co nawy­krę­cała w ciągu poprzed­nich dwóch. Długą chwilę leżała na ple­cach i gapiła się na belki pod mate­ra­cem Lizzy, na górze pię­tro­wego łóżka. Jej młod­sza kole­żanka wła­śnie zamy­kała za sobą drzwi pokoju, wycho­dząc do łazienki. To była dobra oka­zja na roz­mowę z Tatianą.

Erin polu­biła Lizzy pra­wie od razu, bo Lizzy trudno było nie lubić. Jeśli cho­dziło o Tatianę - potrze­bo­wała chwili, by się zorien­to­wać, że mil­cze­nie prze­ry­wane ponu­rymi komen­ta­rzami to jej nor­malny spo­sób komu­ni­ko­wa­nia się ze świa­tem, a nie wyraz nie­chęci. Jed­nak cho­ciaż z Lizzy o wiele łatwiej było się doga­dać, to Tatiana - ze swoim opa­no­wa­niem i zama­sko­waną wraż­li­wo­ścią - wydała się Erin lep­szą powier­niczką tajem­nic. Tak więc, gdy kroki blon­dynki na kory­ta­rzu uci­chły, dziew­czyna pod­nio­sła się z łóżka.

- Tatiano? - zaczęła wolno, ukła­da­jąc sobie w gło­wie to, co chce powie­dzieć. To było bar­dzo ważne; jedno złe zda­nie i mogła mieć kło­poty.

Zmien­no­kształtna była jesz­cze w piża­mie, z saty­no­wym czep­kiem na gło­wie. Czę­sto w nim spała, bo świet­nie chro­nił jej natu­ralne loki. Poduszkę także miała saty­nową i obec­nie opie­rała się o nią ple­cami, pogrą­żona w lek­tu­rze. Na dźwięk swo­jego imie­nia pod­nio­sła głowę.

- No?

- Gdyby, czy­sto teo­re­tycz­nie, ktoś chciał na jakiś czas zdjąć iden­ty­fi­ka­tor, to wiesz może, jak to zro­bić?

Wyraz twa­rzy Tatiany lekko się zmie­nił. Patrzyła teraz na kole­żankę podejrz­li­wie i z więk­szą uwagą.

- Gdyby ktoś chciał coś takiego zro­bić, to powie­dzia­ła­bym mu, że to bar­dzo głupi pomysł, i zapy­tała, czy słu­chał choć tro­chę pro­fe­sor Dhami na roz­po­czę­ciu roku - oznaj­miła wolno.

Atmos­fera w pokoju zro­biła się odro­binę napięta. Erin roz­wa­żała przez moment, czy naci­skać, ale nie czuła się bez­piecz­nie po takiej reak­cji. Wes­tchnęła więc tylko i odwró­ciła wzrok. Na jej twa­rzy poja­wiło się roz­cza­ro­wa­nie, które czujna Tatiana natych­miast dostrze­gła. Przez chwilę ze sobą wal­czyła: pomóc czy nie zawra­cać sobie głowy cudzymi pro­ble­mami? W końcu znowu się ode­zwała, tym samym tonem.

- Tak czy­sto teo­re­tycz­nie - zaczęła, powta­rza­jąc po Erin - to spró­bo­wa­ła­bym u Alex Hughes z czwar­tego roku. To geniuszka wśród Cza­ro­dzie­jów, choć mówi się, że jest też świr­nięta.

Tatiana posłała jej jesz­cze jedno, pra­wie ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, po czym wró­ciła do lek­tury, roz­mowę uzna­jąc za zakoń­czoną. Na to Erin po cichu liczyła. Gdyby to u Lizzy szu­kała rady, ta zbom­bar­do­wa­łaby ją pyta­niami, doma­ga­jąc się szcze­gó­ło­wych odpo­wie­dzi.

Erin chwilę jesz­cze sie­działa, gapiąc się na szafę, po czym wstała i zaczęła zbie­rać się do łazienki.

To było coś. Imię i nazwi­sko osoby, do któ­rej mogła się zwró­cić. Miała teraz o co zacze­pić swoją nadzieję. Jed­no­cze­śnie jed­nak czuła, że kopie wła­sny grób. Zdję­cie iden­ty­fi­ka­tora było wiel­kim wykro­cze­niem. Jak szybko zosta­nie zła­pana, jeśli zacznie pro­sić o to obce osoby? Nie podej­mo­wa­łaby takiego ryzyka, gdyby... Gdyby... po pro­stu miała jakiś wybór.

* * *

Na śnia­da­nie zeszły w trójkę. Tatiana mil­czała, Lizzy z eks­cy­ta­cją opo­wia­dała fabułę jakie­goś nowego serialu, a Erin uśmie­chała się nie­spo­koj­nie, raz po raz kiwa­jąc głową. Wystały swoje w kolejce i zajęły ten sam co wczo­raj okrą­gły sto­lik.

Ktoś rzu­cił gło­śno imię sio­stry Erin w momen­cie, kiedy wła­śnie uno­siła do ust szklankę soku poma­rań­czo­wego, i napój pra­wie wylą­do­wał na czar­nym T-shir­cie.

- Alea! - Lucas sta­nął tuż obok i patrzył na nią z tym swoim lekko łobu­zer­skim uśmie­chem na ustach. - Możemy się przy­siąść?

Obok niego zaraz poja­wił się wysoki ciem­no­skóry chło­pak w dżin­so­wych szor­tach i czer­wo­nej koszulce z krót­kim ręka­wem. Miał czarne, raczej krót­kie gęste loki, syme­tryczny sze­roki nos, odsta­jące uszy oraz ciem­no­brą­zowe, wesoło błysz­czące oczy.

- To jest Keith - przed­sta­wił kolegę Wil­ko­łak. Erin wycią­gnęła rękę i uści­snęli sobie uprzej­mie dło­nie.

- Cześć - rzu­ciła pogod­nie do obu, po czym wska­zała na przy­ja­ciółki. - Sia­daj­cie. To są Lizzy i Tatiana. Dziew­czyny, oto Lucas, dzięki któ­remu udało mi się donieść bagaże do pokoju.

Reszta tylko ski­nęła sobie gło­wami. Miesz­kali na tym samym pię­trze znacz­nie dłu­żej niż Erin i chyba koja­rzyli się z widze­nia, ale naj­wy­raź­niej wcze­śniej nie mieli oka­zji poznać się bli­żej.

Erin zer­k­nęła szybko na Lucasa, następ­nie powró­ciła uwagą do szwedz­kich nale­śni­ków na swoim tale­rzu. Była tro­chę zasko­czona tą nagłą otwar­to­ścią chło­paka. Zamie­nili ledwo kilka zdań, a ten poja­wiał się nagle, gotowy zjeść razem śnia­da­nie. Nie widziała w tym nic złego - wręcz prze­ciw­nie. Podo­bała jej się ta bez­po­śred­niość i w ogóle cały luz, jaki od Lucasa pro­mie­nio­wał.

- Jestem Wil­ko­ła­kiem - powie­dział nagle z dumą Keith, nabi­ja­jąc na wide­lec jajecz­nicę, którą dzi­siaj poda­wano podobno po nor­we­sku, z kawał­kami wędzo­nego łoso­sia.

Lucas spoj­rzał na niego jak na wariata, po czym prych­nął roz­ba­wiony. Keith chwilę jesz­cze wal­czył o poważną minę, po czym też się wyszcze­rzył. Dołą­czyła do nich ze swoim chi­cho­tem Lizzy, cho­ciaż w jej wyko­na­niu było to tro­chę ner­wowe. Oka­zy­wała nie­śmia­łość przy oso­bach, któ­rych jesz­cze dobrze nie znała.

Tatiana przy­glą­dała się wszyst­kiemu z dystan­sem.

- No co? - żach­nął się w końcu Keith, widząc, że Lucas kręci głową.

- Stary, nie możesz tak po pro­stu rzu­cać takimi tek­stami - oznaj­mił drugi Wil­ko­łak, ale na­dal się uśmie­chał. - To jest dziwne.

- Taaak? - Keith odgryzł kawa­łek chleba, po czym połknął go, ledwo prze­żu­wa­jąc. - Lizzy, co ty uwa­żasz? Nie myślisz, że gdyby każdy przed­sta­wiał się: "Cześć, jestem Keith, jestem Wil­ko­ła­kiem", to nie musie­li­by­śmy nosić tych bły­sko­tek? - Potrzą­snął lewą ręką w powie­trzu, eks­po­nu­jąc srebrny kleks na nad­garstku.

Lizzy znów się zaśmiała cicho, odro­binę zaru­mie­niona.

- Suge­ru­jesz, że wszy­scy powinni nazy­wać się Keith? - pod­jęła Erin nie­win­nie. Też już się szcze­rzyła. Chło­pak miał w sobie trudny do odpar­cia urok.

Śnia­da­nie minęło na weso­łym prze­ko­ma­rza­niu się i cho­ciaż Tatiana pozo­stała w cha­rak­te­ry­stycz­nym dla sie­bie mil­cze­niu, to nowi zna­jomi nie zda­wali się jej iry­to­wać. Erin miała wra­że­nie, jakby byli paczką dobrych kum­pli. Obec­ność sym­pa­tycz­nych, zabaw­nych Wil­ko­ła­ków spra­wiała, że czuła się dziw­nie kom­for­towo i, o Kosmo­sie, jakże bar­dzo kom­fortu teraz potrze­bo­wała!

Był taki moment, kiedy Tatiana znik­nęła, a Lizzy i Keith utknęli w kolejce po ciastka mali­nowe, przez co Erin i Lucas zostali sami przy sto­liku. Chło­pak sie­dział roz­party bez­tro­sko na krze­śle i przy­glą­dał się jej otwar­cie. Na jego ustach błą­dził stale tro­chę zadziorny, cwa­niacki uśmiech. Dziew­czyna zro­biła więc to samo - też zawie­siła na nim swoje spoj­rze­nie. Potar­gane włosy, koszulka ze spra­nym logo jakie­goś zespołu i język ciała, który mówił, że wszystko jest okej.

Odwró­ciła wzrok nieco gwał­tow­nie, gdy do głowy wpa­dła jej myśl o Alei.

"Nie twoja szkoła, Erin. Nie twoje nowe przy­jaź­nie".

Cóż. Musiała odnieść tacę i zna­leźć sza­loną Cza­ro­dziejkę. Wstała więc, poże­gnała się z Luca­sem krótko i sku­piła się na tym, co ważne.

* * *

Alex Hughes, Alex Hughes, Alex Hughes... To imię i nazwi­sko pły­wało w gło­wie Erin, gdy wspi­nała się spi­ral­nymi scho­dami na dru­gie pię­tro. Nie miała jesz­cze poję­cia, jak to roze­gra, ale czas jej ucie­kał, nie mogła więc cze­kać i się zasta­na­wiać.

Chwilę stała przed brac­twem Cza­ro­dzie­jów, gapiąc się w obraz sta­rego drzewa. Wresz­cie jedno ze skrzy­deł cięż­kich drzwi otwo­rzyło się, pocią­gnięte od środka przez niskiego cza­ro­dzieja z bia­łymi wło­sami. Obrzu­cił on Erin podejrz­li­wym spoj­rze­niem, po czym prze­kro­czył próg, wra­ca­jąc do stu­ka­nia w ekran smart­fona.

- Ehm, prze­pra­szam? Wiesz, gdzie mogę zna­leźć Alex Hughes?

Cza­ro­dziej zatrzy­mał się i nie­chęt­nie znowu pod­niósł wzrok na Erin. Widać było, że nie ma ochoty na żadną inte­rak­cję. Zaraz jed­nak, z lek­kim opóź­nie­niem, zdał sobie sprawę, o co jest pytany, i przez jego twarz prze­mknęła nie­uf­ność.

- Pokój dwie­ście sie­dem­dzie­siąt dwa, ten z literką "b". Ale ostrze­gam, ona jest świr­nięta - odparł wresz­cie i w geście zapro­sze­nia naparł na drzwi, które już zdą­żyły się zamknąć.

Brac­two Cza­ro­dzie­jów róż­niło się nieco od tego nale­żą­cego do Zmien­no­kształt­nych. Układ kory­ta­rzy i drzwi był wła­ści­wie taki sam, ale ściany zostały poma­lo­wane na deli­katny szary kolor. Do tego wszę­dzie, gdzie tylko się dało, usta­wiono rośliny donicz­kowe. Były takie odcinki, na któ­rych przy każ­dych drzwiach stała gigan­tyczna donica z jakimś kwia­tem, przez co trzeba się było poru­szać pra­wie sla­lo­mem.

Erin odna­la­zła wła­ściwy pokój, wzięła głę­boki oddech i zapu­kała.

- Otwarte! - odkrzyk­nął natych­miast czyjś głos zza ściany. Dziew­czyna ostroż­nie naci­snęła klamkę, weszła nie­pew­nie do środka i się rozej­rzała. Pokój był... osza­ła­mia­jący.

Łóżka były dwa, widać było jed­nak, że loka­torka jest tylko jedna. Wszę­dzie walały się otwarte książki, ubra­nia i inne bibe­loty. Nie bra­ko­wało także roślin. Zarówno regał, jak i komoda ugi­nały się pod cię­ża­rem przed­mio­tów, a mimo to na pod­ło­dze stały dodat­kowe pudła i jedna skrzy­nia. Przede wszyst­kim jed­nak uwagę przy­cią­gały róż­nych roz­mia­rów klatki dla pta­ków, usta­wione w przy­pad­ko­wych miej­scach, cho­ciaż po pta­kach nie było śladu. Wypchane zostały przy­pad­ko­wymi rze­czami - od biżu­te­rii i lakie­rów do paznokci przez dłu­go­pisy, zeszyty i ozdobne figurki po zło­żone sta­ran­nie leg­ginsy i skar­petki. Ściany pokoju były białe, za to sufit ktoś nie­wpraw­nie poma­lo­wał złotą farbą w dziwne wzory. Erin podej­rze­wała, że mogły to być runy.

Twór­czyni tego nie­sa­mo­wi­tego cha­osu sie­działa na biurku ze skrzy­żo­wa­nymi nogami. Na kola­nach miała otwartą książkę, ale zamiast ją czy­tać, pochy­lała się w lewo, notu­jąc coś w leżą­cym obok zeszy­cie. Kiedy Erin weszła, dziew­czyna przez chwilę jesz­cze koń­czyła zapi­sy­wać zda­nie, po czym wyłą­czyła dłu­go­pis i zadarła głowę.

- Cześć! - rzu­ciła przy­jaź­nie. Wcale nie wyda­wała się prze­jęta tym, że ma do czy­nie­nia z obcą osobą.

- Alex Hughes? - upew­niła się Erin, choć pokój był chyba wystar­cza­ją­cym dowo­dem.

Cza­ro­dziejka ski­nęła głową. Jej fry­zura była rów­nie eks­cen­tryczna co pomiesz­cze­nie. Erin widziała jed­no­cze­śnie drobne kitki, koczki i war­ko­czyki, jakby dziew­czyna zaczęła się cze­sać kilka razy i za każ­dym zapo­mniała skoń­czyć. Naj­dziw­niej­sze było jed­nak chyba to, że osta­tecz­nie całość wyglą­dała cał­kiem... faj­nie. Dziw­nie, bar­dzo dziw­nie, ale rów­nież cał­kiem faj­nie.

Erin wró­ciła myślami do zada­nia, ale nie wie­działa nawet, jak zacząć. Pokój ją przy­tło­czył, a już bez tego zada­nie było trudne. Co wła­ści­wie miała powie­dzieć?

"Hej, pomo­żesz mi zła­mać regu­la­min?"

"Cześć, obca osobo, czy umiesz zro­bić coś, czego nie da się zro­bić?"

"Dzień dobry, co powiesz na to, że muszę się zamie­nić miej­scem ze swoją bliź­niaczką, bo jestem czło­wie­kiem?"

Same wybitne opcje. Erin ode­tchnęła wolno, żału­jąc, że nie jest na to wszystko lepiej przy­go­to­wana. Cóż, teraz było już za późno.

- Hej. Nazy­wam się E... Alea. Sły­sza­łam, że jesteś bar­dzo dobrą Cza­ro­dziejką... - zaczęła ostroż­nie - ...i zasta­na­wiam się, czy była­byś w sta­nie mi pomóc...

- Zależy w czym - prze­rwała jej wesoło Alex i zesko­czyła na zie­mię. To przy­cią­gnęło uwagę Erin do jej bosych stóp. Jasna skóra obkle­jona była ciemną zie­mią.

Cza­ro­dziejka pode­szła do jed­nego z łóżek, odgar­nęła na bok stos papie­rów i pokle­pała zachę­ca­jąco wolny kawa­łek mate­raca.

- Sia­daj i mów - zapro­siła, wci­ska­jąc dło­nie do kie­szeni bor­do­wych sza­ra­wa­rów. Za bluzkę robił jej czarny sta­nik spor­towy, nic wię­cej.

Ośmie­lona przy­ja­znym zacho­wa­niem dziew­czyny i jej otwar­to­ścią Erin usia­dła. Potem, zebraw­szy się w sobie, wska­zała na błysz­czący, bursz­ty­nowy ślad na swo­jej skó­rze.

- Muszę to zdjąć - oznaj­miła wprost, sta­wia­jąc na ogra­ni­czoną szcze­rość. - Tylko na kilka godzin, ale muszę.

Alex nie usia­dła obok. Stała przed nią i patrzyła z góry, marsz­cząc lekko brwi.

- No dobra, to zdej­mij. - Wzru­szyła ramio­nami. - Co ja mam z tym wspól­nego?

Erin zamru­gała kilka razy szybko, zszo­ko­wana. Zaczy­nała rozu­mieć, czemu ostrze­gano ją przed Alex. Wystrój pokoju to jedno, ale czy ta dziew­czyna naprawdę przez cztery lata pobytu w szkole nie zauwa­żyła, że ucznio­wie zdej­mują iden­ty­fi­ka­tory tylko pod­czas ferii, waka­cji i spe­cjal­nie uspra­wie­dli­wio­nych wyjaz­dów? I to przy pomocy wykwa­li­fi­ko­wa­nych Cza­ro­dzie­jów z kadry pro­fe­sor­skiej! Erin była w tej szkole trzy dni, a już to wie­działa.

Odchrząk­nęła cicho.

- No... cho­dzi o to, że nie mogę tego zdjąć. Bo to się prze­cież trzyma na magię. I dla­tego przy­szłam do cie­bie.

Alex prze­chy­liła lekko głowę, po czym potarła pal­cem masę per­łową na wierz­chu swo­jej pra­wej dłoni. Gdy zabrała palec, przyj­rzała się mu, jakby ocze­ki­wała, że iden­ty­fi­ka­tor zostawi na nim plamę. Nie zro­bił tego oczy­wi­ście - sub­stan­cja podró­żo­wała po skó­rze w cało­ści lub w ogóle.

- O kur­czę! - zawo­łała Cza­ro­dziejka zafa­scy­no­wana. W ogóle nie krę­po­wał jej fakt, że odkryła to dopiero teraz. A może wie­działa już wcze­śniej, ale zapo­mniała? - No dobra, to rozu­miem, czemu mnie potrze­bu­jesz. Chcesz się tego pozbyć tylko na kilka godzin?

- Zdjąć, nie pozbyć, ale tak - zgo­dziła się Erin.

Ta róż­nica była bar­dzo ważna. Spra­wie­nie na przy­kład, że iden­ty­fi­ka­tor roz­pły­nie się w powie­trzu, w niczym by jej nie pomo­gło. Musiała go prze­ka­zać sio­strze.

Alex usia­dła na pod­ło­dze, dokład­nie w tym miej­scu, w któ­rym stała, i przy­cią­gnęła do sie­bie naj­bli­żej leżącą książkę, po czym otwo­rzyła ją i zapi­sała coś dłu­go­pi­sem na wewnętrz­nej stro­nie okładki, jakby to był zeszyt. Erin, spę­dziw­szy szes­na­ście lat z Aleą, która nie zbli­żała się do ksią­żek nawet z ołów­kiem, wzdry­gnęła się lekko na ten widok.

- Okej - powie­działa po chwili melo­dyj­nym gło­sem Cza­ro­dziejka.

- Czyli możesz to zro­bić? - Erin się oży­wiła.

- Nie wiem. To zna­czy, pew­nie tak. Powin­nam móc. Myślę, że tak. No mogę. Mogę.

Słowa Alex nie zabrzmiały bar­dzo prze­ko­nu­jąco, ale Erin mimo wszystko ulżyło. Bała się, że Alex ją wyśmieje lub zapro­wa­dzi do dyrek­to­rów za samą suge­stię zła­ma­nia regu­la­minu.

- No i zro­bi­ła­byś to dla mnie?

Zapa­dła cisza. Alex ponow­nie zmarsz­czyła brwi i w jej fio­le­to­wych oczach na chwilę poja­wiło się głę­bo­kie sku­pie­nie. W końcu ode­tchnęła, a na jej twarz wró­cił pogodny uśmiech.

- Okej.

Erin nie mogła uwie­rzyć. Wszystko zaczy­nało iść zbyt gładko.

- Okej, że okej? To zna­czy, tak po pro­stu?

Alex znów się zamy­śliła.

- Nie. Wła­ści­wie to nie. Chcę cze­goś w zamian.

A więc jed­nak. Erin spo­dzie­wała się takiej odpo­wie­dzi. Nieco zdu­miał ją za to ton Alex. Cza­ro­dziejka sama sie­bie chyba wła­śnie zasko­czyła pomy­słem, by doma­gać się jakiejś formy wyna­gro­dze­nia. Roz­mowa z nią była zde­cy­do­wa­nie... dyna­miczna.

- Okej, to co mam zro­bić?

- A co możesz zro­bić?

Erin zatkało. Czy to nie Alex powinna sta­wiać warunki? Zawa­hała się chwilę.

- Mogę ci w zamian także w czymś pomóc.... - zapro­po­no­wała w końcu nie­pew­nie.

- Zgoda - padło natych­miast.

Pif-paf! Cza­ro­dziejka strze­lała sło­wami jak kulami z pisto­letu, za każ­dym razem tra­fia­jąc pro­sto w sta­ran­nie usta­wianą przez Erin struk­turę kon­wer­sa­cji.

- A w czym mam ci pomóc? - Dziew­czyna zaczy­nała już tro­chę tra­cić cier­pli­wość.

- Dobre pyta­nie. - Alex zamil­kła, znów marsz­cząc brwi. - Możesz... prze­te­sto­wać jakiś mój nowy wywar! Wymy­śli­łam kilka, ale nie wiem, czy dzia­łają.

- Ile jest tych mik­stur i jak mają zadzia­łać? - zapy­tała Erin podejrz­li­wie. To brzmiało nie­bez­piecz­nie. Zdą­żyła się już prze­ko­nać, że Alex jest tro­chę... nie­roz­gar­nięta. Picie nie­spraw­dzo­nych sub­stan­cji jej roboty brzmiało jak bar­dzo zły pomysł. Zwłasz­cza że cho­lera wie, jak zadzia­ła­łyby na czło­wieka.

- Są cztery i tylko dwie tru­jące! Ale wystar­czy mi, jak prze­te­stu­jesz jedną. - Uśmiech­nęła się pro­mien­nie.

- Ehm... to może nie będę testo­wała tej tru­ją­cej? - zapro­po­no­wała nie­śmiało Erin. - W ogóle może naj­pierw upew­nisz się, że będą nie­groźne?

Alex zro­biła dziwną minę, po czym się roze­śmiała.

- O rany, fak­tycz­nie. Głu­pio byłoby, gdy­bym dała ci tru­ci­znę. Okej, zadbam o wszystko. Kiedy chcesz zdej­mo­wać ten iden­ty­fi­ka­tor?

Erin na­dal nie była prze­ko­nana, ale jaki miała wybór? Alex w końcu zadała sen­sowne pyta­nie, trzeba więc było brnąć dalej.

- W sobotę. Rano muszę to zdjąć i dobrze byłoby, gdy­bym mogła cho­dzić bez aż do wie­czora. A potem znów zało­żyć.

Alex zła­pała jej dłoń i prze­krę­ciła lekko, żeby przyj­rzeć się uważ­niej bursz­ty­no­wemu iden­ty­fi­ka­to­rowi.

- To cho­ler­nie dużo roboty. - Puściła Erin i znowu potarła wła­sną, per­łową plamę. - Zaklę­cia z naj­wyż­szej półki. Żeby je zneu­tra­li­zo­wać, potrze­bo­wa­ła­bym nie­zwy­kle rzad­kiej rośliny. Nie bez powodu ostrze­gają nas, że nie da się tego zdjąć. - Mówiła bez­tro­sko. Pew­nym, pogod­nym tonem, jakby wcale nie prze­ka­zy­wała złych wie­ści. Erin zdała sobie nagle sprawę, że Cza­ro­dziejka napo­mknęła o prze­mó­wie­niu na auli, a prze­cież jesz­cze kilka minut temu nie pamię­tała zupeł­nie, że iden­ty­fi­ka­tor jest magiczny! Zaczęło jej się nagle wyda­wać, że całe to sza­leń­stwo jest jedy­nie grą aktor­ską pro­wa­dzoną przez zupeł­nie nor­malną, zdolną dziew­czynę. Posta­no­wiła jed­nak zosta­wić ten temat. Miała już dość na gło­wie.

- Niech zgadnę: nie będziesz w sta­nie zdo­być tej rośliny? - Erin skrzy­wiła się, czu­jąc roz­cza­ro­wa­nie, ale znów się myliła.

- Nie, no coś ty. Mam ją tutaj, to ta. - Alex wska­zała na para­pet, gdzie w doniczce stała smętna roślinka. Była wysoka na jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, miała grubą łodygę i drobne listki. Część z nich już uschła, reszta okla­pła smutno. Zie­mia pod kwia­tem była sucha jak wiór. Erin wymu­siła u sie­bie uśmiech, z powąt­pie­wa­niem przy­glą­da­jąc się rośli­nie. Alex mówiła dalej:

- Cho­dzi o to, że mam trzy dni, żeby wszystko przy­go­to­wać. To bar­dzo mało jak na takie wyzwa­nie. Ale spoko, da się to zała­twić.

Uśmiech­nęła się tak, jakby cho­dziło o prze­sta­wie­nie samo­chodu, bo zawa­dza komuś w manew­ro­wa­niu. Erin zaczy­nała mieć coraz wię­cej wąt­pli­wo­ści, ale sza­lona Cza­ro­dziejka była jej jedyną opcją.

- No to... - Odchrząk­nęła, wciąż z pew­nego rodzaju nie­do­wie­rza­niem, że wszystko poszło tak pro­sto. - To mamy umowę?

- Mamy, jeśli obie­cu­jesz, że prze­te­stu­jesz mój elik­sir!

Nasto­latka zawa­hała się po raz ostatni, po czym ski­nęła głową.

- Obie­cuję - oznaj­miła wresz­cie i wycią­gnęła dłoń w stronę Alex.

Jakby się nad tym zasta­no­wić, picie nie­prze­te­sto­wa­nych elik­si­rów było jedną z naj­głup­szych rze­czy, na jakie mogła się zgo­dzić. Głup­sze było chyba tylko pod­szy­wa­nie się pod Zmien­no­kształtną bliź­niaczkę w szkole dla nie­na­tu­ral­nych istot. Tak że tego.

* * *

Pamela Pay­ton bęb­niła bro­ka­to­wymi paznok­ciami w blat dłu­giego biblio­tecz­nego stołu.

- Prze­sta­niesz w końcu?! - zaata­ko­wał ją Isaac Szy­man­ski, lider Wil­ko­ła­ków.

Dziew­czyna nie zare­ago­wała. Była Wam­pi­rem, a Wam­piry nie zni­żają się do poziomu psów tylko dla­tego, że tamte szcze­kają.

- Ty cho­lerna... - zaczął Isaac znowu, ale Anthony Tow­ner prze­rwał mu, uno­sząc lekko rękę.

- Ej, spo­koj­nie, zała­twmy to szybko i będzie po spra­wie - zapro­po­no­wał.

- Już zała­twi­li­śmy - zauwa­żył cier­pli­wym tonem Emi­lio Cabrera, lider Łow­ców. Jego czarne oczy śle­dziły uważ­nie wszyst­kich zebra­nych przy stole. - Wszystko jest usta­lone, tylko bra­kuje nam Cza­ro­dziejki.

- Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, bra­kuje nam też pijawki - zauwa­żył Isaac, spo­glą­da­jąc pro­wo­ka­cyj­nie w stronę Wam­pi­rzycy.

Pamela wygła­dziła ręką czarne włosy, popra­wiła krótką, pro­stą grzywkę i dopiero wtedy odwró­ciła głowę w stronę Wil­ko­łaka. Unio­sła ide­al­nie wysty­li­zo­wane brwi, po czym prych­nęła z pogardą.

Wyglą­dała na dzie­więt­na­ście lat i tyle też miała, cho­ciaż była dopiero na czwar­tym roku. Prze­mie­niono ją w wieku lat szes­na­stu, jed­nak doko­nał tego czło­nek rodu szla­chec­kiego - poni­żej Kró­lew­skiej Krwi, ponad zwy­kłymi nie­śmier­tel­ni­kami - przez co jej ciało zmie­niało się fizycz­nie jesz­cze przez trzy lata.

- W imie­niu Micha­ela jestem tutaj ja - odparła Pamela, wykrzy­wia­jąc pocią­gnięte krwi­sto­czer­woną szminką usta, jakby odzy­wa­nie się do pozo­sta­łych lide­rów było dla niej praw­dzi­wym cier­pie­niem.

- Za dużo schod­ków dla jego wyso­ko­ści? - zapy­tał Isaac.

Dziew­czyna prych­nęła.

- Zbyt śmie­ciowe towa­rzy­stwo - popra­wiła go, uśmie­cha­jąc się per­fid­nie.

- Dość - uspo­koił ich znów Anthony, bła­ga­jąc w myślach, żeby Nata­lie już się poja­wiła. Jak na zawo­ła­nie liderka Cza­ro­dzie­jów weszła do biblio­teki i powio­dła dookoła zacie­ka­wio­nym spoj­rze­niem.

- Spóź­ni­łam się? - zapy­tała melo­dyj­nym gło­sem.

Nikt jej nie odpo­wie­dział, wszy­scy jedy­nie spoj­rzeli na nią nie­cier­pli­wie. Emi­lio prze­szedł do kon­kre­tów.

- Wszystko jest już usta­lone, wymiana będzie w pią­tek. Czy Cza­ro­dzieje się zga­dzają?

Dziew­czyna ski­nęła głową. Wie­dzieli, że się zgo­dzi, ale for­mal­no­ści były for­mal­no­ściami. Każde nie­do­pil­no­wa­nie wymo­gów nara­żało ich na póź­niej­sze spory, a mieli ich wystar­cza­jąco dużo nawet bez pre­tek­stów.

- Świet­nie - pod­su­mo­wał Łowca. - Wszystko już jasne. Możemy iść.

Pamela wstała ze swo­jego miej­sca i wygła­dziła obci­słą bluzkę. Takie spo­tka­nia zawsze prze­bie­gały paskud­nie i Wam­pi­rzyca ni­gdy by się nie zgo­dziła w nich uczest­ni­czyć, gdyby nie to, że to sam lider ją popro­sił. Michael Casta­law chciał, by coś dla niego zro­biła, jak mogła więc odmó­wić?

Opu­ściła biblio­tekę jako ostat­nia, kie­ru­jąc się do pokoju lidera swo­jego brac­twa.

* * *

- Usta­lone? - przy­wi­tał ją wład­czy ton Micha­ela, który stał wła­śnie przy biurku. Pamela uśmiech­nęła się do niego słodko i z zado­wo­le­niem ski­nęła głową.

Pokój Casta­lawa był urzą­dzony bogato, ale w nowo­cze­snym stylu. Na jed­nej z sza­rych kanap sie­dział Jasper Blake. W pra­wej ręce trzy­mał kon­tro­ler od kon­soli, lewą chwilę pocie­rał włosy ścięte przy samej czaszce, potem prze­cią­gnął się leni­wie i wró­cił do gry. Miej­sce na fotelu obok zajął Chri­sto­pher Flynn, który teraz patrzył na Pamelę z typo­wym dla sie­bie, peł­nym okru­cień­stwa uśmie­chem.

Nie lubiła go. Wła­ści­wie żad­nego z nich nie lubiła, ale byli naj­bli­żej Micha­ela, musiała więc ich tole­ro­wać.

Jasper był iry­tu­jąco obo­jętny na wszyst­kie jej pro­blemy. Miał kości policz­kowe jesz­cze bar­dziej wydatne niż Michael i idio­tyczne kol­czyki w uszach, ponie­waż w pełni zago­jone dziurki nie zni­kały po prze­mia­nie w Wam­pira. Nie było dnia, żeby nie oglą­dała się za nim jakaś głu­pia, zauro­czona osoba, ale jedyne, co go naprawdę inte­re­so­wało, to impre­zo­wa­nie poza murami szkoły. Jakim cudem ten zbla­zo­wany pod­ry­wacz stał się naj­lep­szym przy­ja­cie­lem kró­le­wi­cza Wam­pi­rów - Pamela nie miała poję­cia. Ją iry­to­wało samo patrze­nie na niego.

Chri­sto­pher Flynn był jed­nak według niej jesz­cze gor­szy, bo w prze­ci­wień­stwie do Jaspera odzna­czał się abso­lutną, nie­za­prze­czalną, nie­wy­obra­żalną wręcz tępotą. Oraz, co gor­sze, nie potra­fił się nawet dobrze ubrać. Był agre­sywny i nikt go nie lubił, dosłow­nie nikt, może poza wła­śnie Jaspe­rem. I całe szczę­ście, bo dzie­lili jeden pokój. Był blady i pra­wie pół głowy niż­szy od swo­ich towa­rzy­szy, a przy tym wyglą­dał mło­dziej, bo prze­mie­niono go bar­dzo wcze­śnie.

Cała ich czwórka znaj­do­wała się na przed­ostat­nim roku, ale wam­pi­ryzm i głu­pie zasady szkolne spra­wiły, że wiek mieli nie­spójny. Chri­sto­phera prze­mie­nił zwy­kły nie­śmier­tel­nik w wieku lat pięt­na­stu i taki też wizu­al­nie pozo­stał. Tra­fił od razu na drugi rok, więc teraz miał lat sie­dem­na­ście. Jasper też nie miał szla­chet­nej krwi. Wyglą­dał na osiem­na­ście lat, a w rze­czy­wi­sto­ści miał już dwa­dzie­ścia. Wrzu­cono go po prze­mia­nie na drugi rok w myśl idei, że czasu Wam­pi­rów zmar­no­wać i tak się nie da, bo mają go aż nadto. Pamela była rok od Jaspera młod­sza men­tal­nie i rok star­sza fizycz­nie z powodu krwi Pay­to­nów, która odro­czyła zamro­że­nie jej roz­woju o trzy lata. Michael z kolei miał lat sie­dem­na­ście, czyli tyle, co Chri­sto­pher, ale w prze­ci­wień­stwie do Flynna wyglą­dał na swój wiek. Dzie­się­cio­let­nia faza dopeł­nia­nia prze­miany Kró­lew­skiej Krwi spra­wiła, że mógł pójść do szkoły jako Wam­pir w ade­kwat­nym wieku, nie ryzy­ku­jąc utknię­cia w skó­rze dziecka na całe nie­ży­cie. Jego ciało miało się sta­rzeć jesz­cze sześć lat.

Albo w skró­cie: Michael Casta­law miał naj­le­piej, Pamela Pay­ton była wiecz­nie zazdro­sna, Chri­sto­pher Flynn wyglą­dał jak dzie­ciak, a radził sobie z emo­cjami niczym nie­mowlę, a Jasper Blake był na to wszystko odro­binę za stary.

- Zacznie się w pią­tek - oznaj­miła Pamela, odrzu­ca­jąc włosy do tyłu wyćwi­czo­nym ruchem.

- Pią­tek? Tak się boją, że aż to odwle­kają? - zadrwił Chris, popra­wia­jąc posta­wione na żel brą­zowe włosy.

- Nie mają się czego bać - zauwa­żył Jasper, na chwilę odry­wa­jąc się od gry wideo. - W naj­gor­szym wypadku posma­kują tej samej porażki, co rok temu. A w naj­lep­szym nas poko­nają. Nawet to się nie­raz zda­rzało.

- Zamknij gębę, Jasper, nie wiesz, co mówisz - syk­nęła dziew­czyna, pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem. Potem zer­k­nęła szybko w stronę lidera.

Michael spoj­rzał na zna­jo­mych chłodno.

- Może i się kie­dyś zda­rzało - stwier­dził spo­koj­nie - ale wtedy nie ja tu rzą­dzi­łem.

Zapa­dła cisza. Pamela Pay­ton roz­cią­gnęła poma­lo­wane szminką wargi w sze­ro­kim uśmie­chu i spoj­rzała na niego z apro­batą.

6.

Ładne ściany, brzydkie charaktery

- Alea? Aleo! Jesteś tu?!

Ktoś pstryk­nął dziew­czy­nie pal­cami przed nosem i nasto­latka natych­miast wró­ciła na zie­mię. Sie­dzieli całą paczką przy śnia­da­niu, ale Erin poświę­cała wię­cej uwagi wła­snym myślom niż nowym zna­jo­mym.

- Co cię tak pochła­nia? - zapy­tał Keith, tak ener­gicz­nie przy tym wbi­ja­jąc wide­lec w mene­men, że kawa­łek jajka wystrze­lił do góry i pra­wie spadł na Lucasa. Chło­pak odsu­nął się natych­miast od przy­ja­ciela na bez­pieczną odle­głość i rów­nież zawie­sił pyta­jące spoj­rze­nie na Erin. Tatiana i Lizzy poszły w jego ślady i dziew­czyna poczuła się jak na jakimś prze­słu­cha­niu. To było wła­śnie naj­gor­sze w całym tym ukry­wa­niu się i utrzy­my­wa­niu sekre­tów. Każde pyta­nie lub spoj­rze­nie mogło spra­wić, że serce biło jej szyb­ciej ze stresu.

- Jest pią­tek, trzeba wybrać przed­mioty, a ja na­dal nie mam poję­cia jakie - mruk­nęła. "Co moja sio­stra chce, żebym jej wybrała" byłoby wła­ściw­szym stwier­dze­niem, ale tę wer­sję Erin zacho­wała dla sie­bie.

Alea znik­nęła jak kamień rzu­cony w wodę i nie dało się z nią skon­tak­to­wać. Oczy­wi­ście, Erin miała jako takie poję­cie, co jej bliź­niaczka by wybrała, ale nie podo­bało jej się podej­mo­wa­nie decy­zji za nią. W dodatku wszystko to sta­no­wiło mniej­szy pro­blem. Więk­szy pole­gał na tym, że wiel­kimi kro­kami zbli­żała się sobota.

Już jutro miała zdjąć iden­ty­fi­ka­tor i prze­ka­zać go sio­strze oraz raz na zawsze opu­ścić szkołę. Nie­stety, nie mogła całego planu potwier­dzić z Aleą ani poszu­kać u niej słów wspar­cia. Tele­fon bliź­niaczki cią­żył jej w kie­szeni, gdy zabie­rała go gdzieś ze sobą, i wypa­lał meta­fo­ryczną dziurę w jej walizce, kiedy trzy­mała go w pokoju. Wszyst­kie inne kanały infor­ma­cyjne - tak jak się spo­dzie­wała - zawio­dły.

Ufała Alei. Wie­działa, że skoro obie­cała ona wró­cić w sobotę, to wróci. Jeśli tego nie zrobi, będzie to ozna­czało, że coś poszło nie po jej myśli - że wyjazd wcale nie był bez­pieczny, że Eve nie nale­żało ufać, lub może ktoś z sieci sen­tu­ral­nych szkół, przed któ­rymi Eve je ostrze­gała, pokrzy­żo­wał im plany. Te myśli prze­ra­żały Erin znacz­nie bar­dziej niż sie­dze­nie w szkole peł­nej Wam­pi­rów. Zarówno ona, jak i Alea zawę­dro­wały w bar­dzo odle­głe miej­sca, obie w ciemno. Cza­sem wyda­wało się to tak nie­re­alne, że aż śmieszne. Innym razem Erin nacho­dziła myśl, że są nie­od­po­wie­dzial­nymi idiot­kami i tyle.

- Dziew­czyno, masz poważne pro­blemy z kon­cen­tra­cją.

Głos Lucasa dobiegł do niej dziw­nie stłu­miony i zdała sobie sprawę, że znów się wyłą­czyła. Na szczę­ście Wil­ko­łak nie był ziry­to­wany, tylko roz­ba­wiony. Patrzył na nią tym swoim zawa­diac­kim, tro­chę zaczep­nym spoj­rze­niem, z cie­ka­wo­ścią, która odro­binę ją krę­po­wała. A wierz­cie lub nie, Erin Lan­ford rzadko się to zda­rzało.

- Prze­pra­szam, co mówi­łeś?

- Nie­ważne. - Mach­nął obo­jęt­nie ręką. - Po pro­stu wybierz to, przy czym będziesz się dobrze bawić. Albo nie wybie­raj tego, czego nie lubisz.

- Albo wybierz to, co lubisz. Albo nie wybie­raj tego, przy czym się źle bawisz - dodał teatral­nie Keith. Słowa Lucasa rze­czy­wi­ście zabrzmiały tro­chę idio­tycz­nie.

Tatiana nie powie­działa nic na głos, ale jej mina zdra­dzała, że ta roz­mowa jej nie impo­nuje. Lizzy posłała jej jeden ze swo­ich słod­kich uśmie­chów, który zawsze poja­wiał się, gdy czuła, że jej współ­lo­ka­torka zbliża się do dzien­nego limitu inte­rak­cji towa­rzy­skich.

Keith musiał coś z tej inte­rak­cji wyczy­tać.

- Luzuj, Len­nox - rzu­cił, szcze­rząc się sze­roko. - Lep­szego towa­rzy­stwa niż my w tej szkole nie znaj­dziesz!

- Ona nas wszyst­kich uwiel­bia w mil­cze­niu - wyja­śniła Lizzy nie­win­nie i przy­tknęła przy­ja­ciółce palce do policz­ków, pró­bu­jąc siłą roz­cią­gnąć jej usta w uśmie­chu. Tatiana trzep­nęła ją po łapach.

- Lizzy, co ty wypra­wiasz?!

- Au! No wiesz co...!

- Na twoim miej­scu bym uwa­żał, gdzie pchasz te swoje małe rączki. - Lucas się zaśmiał.

- Nie wie­rzę - mruk­nęła Tatiana sama do sie­bie. - Jeste­ście cza­sem bar­dzo dzie­cinni - oznaj­miła już gło­śniej, niby z wyrzu­tem, a jed­nak kąciki jej peł­nych warg zaczęły wbrew woli lekko wędro­wać ku górze.

- Nie jeste­śmy! - odkrzyk­nęli jed­no­cze­śnie Lizzy i Keith, spoj­rzeli na sie­bie zdu­mieni i wybu­chli śmie­chem. Erin powio­dła wzro­kiem po twa­rzach towa­rzy­szy, krę­cąc głową z uda­waną dez­apro­batą.

- No dobra, wariaci. - Wstała z krze­sła i pod­nio­sła swoją tacę. - Zmy­wam się stąd, póki jesz­cze nie gapi się na was cała sto­łówka.

Rzu­ciła im poże­gnalny uśmiech i ruszyła na poważ­nie pomy­śleć o nie­szczę­snej liście przed­mio­tów. Głów­nie po to, żeby nie zacząć myśleć o iden­ty­fi­ka­to­rze, bo wtedy wpa­dała zawsze w krótką panikę, że może Alex Hughes niczego nie zrobi i wszystko szlag trafi.

- Nie­głu­pie - zde­cy­do­wała Tatiana. Prze­łknęła ostatni kęs gofra i rów­nież się pod­nio­sła. - Do zoba­cze­nia w biblio­tece.

Przy stole została więc już tylko trójka. Lizzy uświa­do­miła sobie nagle, że jest sama z dwoma chło­pa­kami, i poczuła dys­kom­fort.

Cho­ciaż cho­dziła do Mal­la­roy już trzeci rok, nie zdo­była wła­ści­wie żad­nych bli­skich przy­ja­ciół. Cza­sem wyda­wało jej się, że ma cha­rak­ter, który po pro­stu trudno jest polu­bić. Na początku zna­jo­mo­ści była nie­śmiała i zestre­so­wana, potem robiła się chyba za gło­śna i zbyt nachalna. Nikt nie brał jej na poważ­nie. Do tej pory tylko Tatiana dała jej poczu­cie praw­dzi­wego kom­fortu i akcep­ta­cji, mimo swo­jego ponu­rego, powścią­gli­wego uspo­so­bie­nia.

Spoj­rzała teraz na Wil­ko­łaki, prze­stra­szona wizją, że jej nie polu­bią. W gru­pie coś takiego zawsze się roz­my­wało, ale kiedy była z nimi sam na sam?

Wbiła wzrok w talerz po calen­tado.

Posił­kami w Mal­la­roy zarzą­dzał Wam­pir, co można było uznać za dość iro­niczne, bo jedyną rze­czą, któ­rej orga­nizm ich rodzaju nie odrzu­cał, była krew bez sen­tury, a więc krew ludzka. Wszystko inne zwra­cali w kon­wul­sjach. Naczelny kucharz zacho­wał jed­nak nabytą pod­czas życia pasję do goto­wa­nia, a dłu­go­wieczne ist­nie­nie pozwo­liło mu poznać wiele róż­nych miejsc i kul­tur oraz ich potrawy. Dla­tego też dar­mowy bufet każ­dego dnia ofe­ro­wał dania z róż­nych stron świata. Dziś Keith ata­ko­wał wyko­naną po turecku jajecz­nicę z pomi­do­rami i papryką, Tatiana mogła cie­szyć się bel­gij­skim gofrem śnia­da­nio­wym, a Lizzy kolum­bij­skim calen­tado z dodat­kiem awo­kado i arepy z mąki kuku­ry­dzia­nej.

Nie­koń­czącą się róż­no­rod­ność sma­ków, jakie poja­wiały się w szkol­nej sto­łówce, można było postrze­gać jako pewną meta­forę. Sen­tura, ist­nie­jąc obok natury, prze­ci­nała różne kręgi spo­łeczne i kul­tu­rowe, dorzu­ca­jąc kolejną war­stwę zwy­cza­jów i porząd­ków. Rodzaje two­rzyły w nie­któ­rych obsza­rach życia nowe podziały i rywa­li­za­cje, inne za to prze­ła­my­wały lub zmie­niały zna­cząco.

- Ehm, ja... ja też muszę już iść - oznaj­miła wresz­cie tro­chę ner­wowo Lizzy, prze­ra­żona odej­ściem współ­lo­ka­to­rek. Zerwała się z miej­sca i umknęła jak spło­szone zwie­rzę. Na kory­ta­rzu dogo­niła Tatianę i dopiero wtedy ode­tchnęła z ulgą, czu­jąc się znów pew­nie.

Tatiana była samot­niczką z wyboru. Uni­kała tłu­mów, ale wcale się ich nie bała. Raczej ją one męczyły. Nie pró­bo­wała się zmie­niać i dopa­so­wać do innych, i może dla­tego wła­śnie Lizzy podzi­wiała ją i polu­biła nie­mal natych­miast, gdy rok temu z powodu roszad w brac­twie wylą­do­wały w tym samym pokoju.

Wil­ko­łaki tym­cza­sem spo­koj­nie koń­czyły posi­łek w jadalni. Lucas prze­cią­gnął się, pro­stu­jąc ręce nad głową i odchy­la­jąc się nieco do tyłu na krze­śle.

- Lubię je - stwier­dził jakby od nie­chce­nia. Keith zer­k­nął na niego pyta­jąco, nie prze­sta­jąc prze­żu­wać. Lucas jed­nak wytrzy­mał to spoj­rze­nie w mil­cze­niu. Opu­ścił ręce i wzru­szył ramio­nami.

- No spoko - sko­men­to­wał więc Keith, kiedy już prze­łknął. - Ja też. Cie­bie też lubię, ty lubisz mnie. Pozo­staje więc nam się modlić, że one lubią nas, i możemy stwo­rzyć pierw­szy na świe­cie pię­cio­oso­bowy trój­kąt przy­jaźni - zde­cy­do­wał, po czym wepchnął sobie do ust kolejną por­cję jajek.

Lucas tylko prych­nął z roz­ba­wie­niem, ale spoj­rze­nie miał pełne szcze­rej sym­pa­tii.

* * *

- Nie­na­wi­dzę cię.

To było pierw­sze, co Erin usły­szała po ode­bra­niu połą­cze­nia przez Bethany. Zaśmiała się cicho.

- Cześć, B, miło cię sły­szeć.

- O nie, moja droga, nie pró­buj mi tu wci­snąć żad­nego miło­sły­sze­nia. Wiesz, jak ciężko jest uda­wać, że mam w pokoju chorą kole­żankę?! Tydzień. Pra­wie TYDZIEŃ już cię nie ma. Co ty sobie wyobra­żasz?! Wiesz, co dziś musia­łam zro­bić? Sztuczne rzygi!!

- Feee... B, możesz oszczę­dzić mi szcze­gó­łów?

- Nie ma mowy. Wysłu­chasz o każ­dej ohyd­nej czyn­no­ści, jaką wyko­na­łam. Wszy­scy się robili podejrz­liwi, zwłasz­cza nasze sąsiadki, bo nikt nie widział ani kawałka cie­bie od soboty. Pie­lę­gniarka szkolna się też zaczęła inte­re­so­wać. Musia­łam powie­dzieć, że prze­cho­dzisz naj­gor­szą mie­siączkę świata, i się­gnąć po dra­styczne środki - jęk­nęła nasto­latka. - No więc słu­chaj i żałuj za swoje grze­chy. Mąka, płatki owsiane, sok poma­rań­czowy, chleb porwany na kawałki, masło orze­chowe i ana­nas kan­dy­zo­wany. Wyobraź sobie, jak to wszystko mie­szam w jedną, paskudną breję w misce, a potem osten­ta­cyj­nie wyno­szę do łazienki. Że niby wiesz, rzy­gasz. To było o-krop-ne!

Erin wybu­chła śmie­chem, przez co po dru­giej stro­nie linii Bethany wcią­gnęła ze świ­stem powie­trze.

- Serio, B, założę się, że ten rekwi­zyt nie był aż tak nie­zbędny... - Wie­działa, że jej przy­ja­ciółka lubi iść na całość i zawsze tro­chę za bar­dzo się anga­żuje. - Zda­jesz sobie sprawę, że jestem twoją dozgonną dłuż­niczką, prawda? - dodała jed­nak zaraz poważ­niej, bo rozu­miała, jak cięż­kie zada­nie zrzu­ciła na swoją przy­ja­ciółkę. Alea ryzy­ko­wała coś dla Eve, Erin dla Alei, Bethany dla Erin... Łań­cuch kłamstw się wydłu­żał.

- No raczej - mruk­nęła Bethany. - No to mów, jak ci idzie.

Erin wes­tchnęła.

- Na­dal liczę, że pięć­dzie­siąt pro­cent planu i pięć­dzie­siąt pro­cent szczę­ścia da sto pro­cent suk­cesu.

- O nie... Ale wró­cisz tu w sobotę? Słowo daję, Erin, jesz­cze kilka dni i wszystko wyj­dzie na jaw, więc lepiej zabie­raj ten swój zakła­many tyłek z powro­tem do Blo­oming­ton, póki jesz­cze go masz!

- Już, już, spo­koj­nie, Mistrzu Sztucz­nych Wymio­cin. Będę w sobotę po połu­dniu i mam nadzieję, że Alea też.

* * *

Lucas zna­lazł Erin na bal­ko­nie przy ich brac­twach, kiedy koń­czyła zapi­sy­wać Aleę na przed­mioty fakul­ta­tywne w dzien­niku elek­tro­nicz­nym. Była tak sku­piona na stu­ka­niu w ekran tele­fonu, że nie usły­szała nawet, gdy się zbli­żał, i drgnęła gwał­tow­nie, kiedy sta­nął tuż obok.

Chło­pak uśmiech­nął się sze­roko i zro­bił krok do tyłu, dając jej wię­cej prze­strzeni.

- Coś ty taka ner­wowa, hm...? - mruk­nął i posłał jej zain­try­go­wane spoj­rze­nie.

Erin odwró­ciła się i odpo­wie­działa wła­snym uśmie­chem. Była zazwy­czaj osobą dość bez­po­śred­nią i bez­tro­ską, ale w Mal­la­roy nie miała na to miej­sca. Z powodu wła­snych oszustw oraz dla­tego, że ota­czały ją nagle sen­tu­ralne istoty. Lucas przy­po­mi­nał jej o tym, co sama zgu­biła gdzieś po dro­dze: swo­bodę.

- Nudzi ci się? - zapy­tała żar­to­bli­wie, bo wciąż stał przed nią na bal­ko­nie bez­czyn­nie z rękoma w kie­szeni i tylko się gapił.

Chło­pak pokrę­cił prze­cząco głową.

- Nie. Szu­ka­łem cię - wyja­śnił. Piwne oczy patrzyły na nią przy­jaź­nie. - Czas na roz­po­czę­cie roku. Powie­dzia­łem Tatia­nie, że cię znajdę.

Dziew­czyna unio­sła jedną brew.

- Roz­po­czę­cie roku? - zapy­tała zdez­o­rien­to­wana. - Dru­gie?

Tym razem chło­pak kiw­nął głową.

- Tak. W ponie­dzia­łek było to ofi­cjalne, szkolne. Teraz zaczyna się nasze pry­watne, uczniow­skie. Chodź - rzu­cił i odwró­cił się na pię­cie, nie tłu­ma­cząc niczego wię­cej.

* * *

Zeszli krę­co­nymi scho­dami na par­ter inter­natu i odbili do biblio­teki. Pano­wał tam straszny ścisk. Erin z nie­do­wie­rza­niem roz­glą­dała się na boki, ledwo mogąc cokol­wiek dostrzec zza ple­ców innych uczniów. Wszy­scy gro­ma­dzili się dookoła naj­więk­szego, dłu­giego stołu, który usta­wiony był naprze­ciw wej­ścia. Dziew­czyna dała się cią­gnąć Luca­sowi przez tłum, jed­no­cze­śnie zadzie­ra­jąc głowę do góry. Nawet biblio­teczna antre­sola pękała w szwach. W końcu udało im się prze­pchać do miej­sca, w któ­rym stały Lizzy i Tatiana. Po chwili dołą­czył do nich także Keith.

- Rok w rok to samo - mruk­nęła ciem­no­włosa Zmien­no­kształtna ponuro, spla­ta­jąc ręce za ple­cami.

Nie­na­wi­dziła takich tłum­nych wyda­rzeń. Było na nich za gło­śno i za duszno. Igno­ro­wała uczniow­skie roz­po­czę­cia aż do zeszłego roku, kiedy przy­dzie­lono jej pokój z pełną ener­gii Lizzy. Entu­zjazm blon­dynki zawsze wycho­dził zwy­cię­sko ze star­cia z nie­chę­cią Tatiany.

Erin wsparła się na ramie­niu Lucasa i sta­nęła na pal­cach, żeby lepiej widzieć. Na środku dłu­giego stołu znaj­do­wała się spo­rych roz­mia­rów drew­niana, obro­towa taca. Usta­wiono na niej w rów­nych odstę­pach pięć iden­tycz­nych, podłuż­nych szka­tu­łek z ciem­nego drewna. Przed nimi stali lide­rzy bractw.

Nata­lie Liang usta­wiła się naj­bar­dziej z boku i jak zwy­kle wyda­wała się odro­binę nie­za­in­te­re­so­wana wszyst­kim dookoła. Obok niej Emi­lio lustro­wał zebra­nych groź­nym spoj­rze­niem ciem­nych oczu. Nie­da­leko za nim usta­wił się jego zastępca Diego i Tatiana na chwilę zawie­siła na nim wzrok. Jed­nak kiedy tylko spoj­rzał w jej kie­runku, odwró­ciła gwał­tow­nie głowę. Potem zer­k­nęła ner­wowo na przy­ja­ciółki, zasta­na­wia­jąc się, czy to zauwa­żyły. Anthony i Isaac roz­ma­wiali o czymś, nachy­leni do sie­bie, by poko­nać hałas w pomiesz­cze­niu. Raz po raz zer­kali na szka­tułki. Spra­wiali wra­że­nie zre­lak­so­wa­nych i w dobrym humo­rze, ale wystar­czyło, żeby lider Wil­ko­ła­ków spoj­rzał w stronę lidera Wam­pi­rów, by atmos­fera od razu zro­biła się napięta. Ten ostatni stał na samym środku i zaszczy­cał wszyst­kich swoim pod­łym uśmiesz­kiem. Za ple­cami miał czar­no­włosą dziew­czynę, która gapiła się na niego z uzna­niem.

- Kto to? - spy­tała Erin na tyle gło­śno, by Tatiana mogła ją usły­szeć w tłu­mie. - Ta dziew­czyna obok Micha­ela, z grzywką?

- Pamela Pay­ton, zastęp­czyni lidera - odpo­wie­działa nie­chęt­nie jej przy­ja­ciółka.

- Podobno ni­gdy nie odda­liła się od Casta­lawa na wię­cej niż metr - dodał Keith.

Erin ponow­nie spoj­rzała na Pamelę. Wam­pi­rzyca miała skwa­szoną minę, jakby wła­śnie zja­dła cytrynę. Obok niej dostrze­gła dwóch innych Wam­pi­rów - tych samych, któ­rzy byli w salo­nie pod­czas idio­tycz­nej sceny z kanapą. Nikt z tej wam­pi­rzej elity nie wyglą­dał przy­jaź­nie.

Michael samym swoim wyra­zem twa­rzy dopro­wa­dzał ją do szału. Nie­na­wi­dziła takich zadu­fa­nych w sobie osób. Nie dość, że był prze­ko­nany o wła­snej wspa­nia­ło­ści, to jesz­cze świet­nie pre­zen­to­wał się w bia­łej koszuli ze sta­ran­nie pod­wi­nię­tymi ręka­wami... Chwila, co? Pie­przony wam­pi­rzy czar, serio. Erin miała ochotę coś (albo kogoś) kop­nąć.

Wam­pir dostrzegł ją w tłu­mie i uśmiech­nął się jesz­cze wred­niej. No tak, Anthony obie­cał mu, że dziew­czyna go prze­prosi.

- Nie­do­cze­ka­nie - mruk­nęła Erin, podej­mu­jąc walkę na spoj­rze­nia.

Nie po raz pierw­szy poczuła się, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodo­wa­tej wody. Błę­kitne oczy Casta­lawa były zimną, bez­kre­sną otchła­nią i jeśli czło­wiek się nie pil­no­wał, mógł zostać w nią wcią­gnięty.

Minęło pięć, może dzie­sięć sekund, a Erin cią­gle nie potra­fiła odwró­cić spoj­rze­nia. Z pomocą przy­szedł jej Isaac. Nie­cier­pliwy lider Wil­ko­ła­ków nie miał zamiaru dłu­żej cze­kać.

- Cicho, wstrętne gaduły! - krzyk­nął i w biblio­tece rze­czy­wi­ście zro­biło się nieco ciszej. - Jak niby moje brac­two ma wygrać tę grę, jeśli jej nie zaczniemy, he?!

Jego oczy błysz­czały, a usta wykrzy­wił uśmiech zado­wo­le­nia. Wszyst­kie obecne w sali Wil­ko­łaki odpo­wie­działy entu­zja­stycz­nymi okrzy­kami. Sły­chać było wśród nich także prze­cią­głe naśla­do­wa­nie wil­czego wycia, było ono jed­nak cał­ko­wi­cie ludz­kie - wewnętrzny żart, który sto­so­wali czę­sto, będąc w swo­ich czło­wie­czych for­mach. Sto­jący obok Erin Keith dołą­czył do reszty, a potem wyszcze­rzył się ura­do­wany. Lucas jedy­nie pokrę­cił z roz­ba­wie­niem głową.

Wśród człon­ków pozo­sta­łych rodza­jów część wyra­ziła iry­ta­cję, część roz­ba­wie­nie. Inni wyglą­dali przede wszyst­kim na znie­cier­pli­wio­nych cze­ka­niem.

- Typowe - rzu­cił pro­wo­ku­jąco Casta­law, kiedy wycie zaczy­nało cich­nąć.

- Dość, zaczy­namy - zarzą­dził szybko Anthony, chcąc unik­nąć spo­rów. - Michael?

Wam­pir się­gnął do kie­szeni i wydo­był z niej klucz. Wyglą­dał bar­dzo zwy­czaj­nie; srebrny, nie za mały, nie za duży. Teraz z kolei to wśród Wam­pirów nastą­pił wybuch entu­zja­zmu. W biblio­tece roz­brzmiały okla­ski, jakby ktoś wła­śnie coś wygrał.

Erin patrzyła na to wszystko ze zdu­mie­niem. Wresz­cie miała oka­zję wyraź­nie odczuć, jak sil­nie przy­wią­zani są tu wszy­scy do wła­snych rodza­jów. Miała wra­że­nie, że jest na jakimś meczu, pod­czas któ­rego widzo­wie entu­zja­stycz­nie wspie­rają wła­sne dru­żyny.

- Co się wła­ści­wie dzieje? - zapy­tała znów Tatianę.

- Dzieje się to, przez co Wam­piry o mało nie sko­pały ci tyłka w salo­nie - burk­nęła. - To gra. Zresztą po pro­stu słu­chaj.

Kiedy w końcu wszy­scy się uspo­ko­ili, głos zabrał Emi­lio Cabrera.

- Witam - zaczął dość uro­czy­ście. - Dla wszyst­kich nowych przy­bliżę zasady. Od pię­ciu już lat brac­twa rywa­li­zują na początku każ­dego roku o naj­lep­sze miej­sca inter­natu. Reguły są pro­ste. Mamy pięć szka­tu­łek. Cztery będą puste, w jed­nej znaj­dzie się ten klucz. - Wska­zał na trzy­many przez Micha­ela przed­miot. - Każdy z lide­rów losuje jedną szka­tułkę i zabiera ją do swo­jego pokoju. Celem gry jest oczy­wi­ście zdo­by­cie klu­cza od sali bilar­do­wej. Jeśli tra­fił się on waszemu brac­twu pod­czas loso­wa­nia, macie szczę­ście i musi­cie go tylko upil­no­wać. Jeśli nie, musi­cie dowie­dzieć się, kto ma klucz, i spró­bo­wać go ukraść. Nie można cho­wać swo­jego klu­cza poza poko­jem lidera brac­twa. Nie można go także prze­cho­wy­wać poza szka­tułką. Gra trwa mie­siąc. Dzi­siaj jest piąty wrze­śnia, piąty paź­dzier­nika to nie­dziela i nie wszy­scy będą obecni w szkole. Usta­li­li­śmy zatem, że koń­czymy ofi­cjal­nie szó­stego paź­dzier­nika, sie­dem­na­sta trzy­dzie­ści, tu, w biblio­tece. Brac­two, które znaj­dzie się w posia­da­niu klu­cza, wygrywa. Nagro­dami są pierw­szeń­stwo do naj­wy­god­niej­szej czę­ści salonu i całej sali bilar­do­wej.

Erin zmarsz­czyła brwi.

- Tyle zachodu o jakąś kanapę?

Mina Tatiany mówiła "mnie nie pytaj", więc dziew­czyna prze­nio­sła wzrok na resztę zna­jo­mych.

- Nie jakąś kanapę. To jest jedy­nie miej­sce z komin­kiem i tele­wi­zo­rem! - odpo­wie­dział obru­szony Keith. - Poza tym głów­nie cho­dzi o salę bilar­dową. Byłaś tam w ogóle?

Erin pokrę­ciła głową. Wil­ko­łak wywró­cił oczami.

- Boszz, dziew­czyno! To jest praw­dziwa impre­zow­nia! Naj­lep­sze miej­sce!

- Tak naprawdę - wtrą­cił się Lucas, nachy­la­jąc do Erin, by dobrze go sły­szała - tu cho­dzi o rywa­li­za­cję. Mamy tu pięć rodza­jów, każdy chce być naj­lep­szy. Gra pozwala te napię­cia prze­nieść na coś bar­dziej sen­sow­nego. Dodat­kowo dzięki temu wieczne spory o te naj­lep­sze miej­sca ogra­ni­czają się potem do wewnętrz­nych kłótni w brac­twie zwy­cięz­ców. Nie eska­luje to w nic mię­dzy­ro­dza­jo­wego. Wszystko brzmi głu­pio i pom­pa­tycz­nie, ja wiem - dodał z roz­ba­wie­niem w gło­sie. - Ale to w grun­cie rze­czy jest cał­kiem dobre roz­wią­za­nie. Oczy­wi­ście raz na jakiś czas zda­rzy się bun­tow­niczka, która roz­siada się nie tam, gdzie trzeba, ale to dzieje się naprawdę rzadko...

Mru­gnął do niej poro­zu­mie­waw­czo. Erin wes­tchnęła cicho, wywra­ca­jąc oczami.

- Ha, ha - mruk­nęła ponuro.

Zasta­na­wiała się wcze­śniej, czy Lucas wie­dział o jej star­ciu z Micha­elem. Teraz już miała odpo­wiedź.

Nie była pewna, jak odnieść się do całej tej gry o klu­cze. Z jed­nej strony była to kolejna rzecz, która zamiast jed­no­czyć, zda­wała się dzie­lić uczniów według ich rodza­jów. Z dru­giej - jej żądna rywa­li­za­cji natura już dawała o sobie znać i Erin czuła pod­eks­cy­to­wa­nie na samą myśl, ile z taką grą może być zabawy. Zasady brzmiały pro­sto, ale w prak­tyce? Naj­pierw trzeba byłoby stwo­rzyć jakiś wywiad i dowie­dzieć się, kto ma klucz. Póź­niej zapla­no­wać akcję odbi­cia go...

"Stop, dziew­czyno, stop!" - zawo­łał głos w jej gło­wie. Prze­cież jutro miało jej już tu nie być!

Otrzą­snęła się z wojow­ni­czych myśli i sku­piła wzrok na tym, co działo się przed nią.

Michael, który miał klucz z powodu zeszło­rocz­nego zwy­cię­stwa, wło­żył go do jed­nej ze szka­tu­łek, po czym wszyst­kie zamknięto. Emi­lio z dużą siłą zakrę­cił paterą i przez chwilę skrzynki roz­myły się w wielką, krą­żącą plamę. Poru­szały się tak szybko, że nie było szans na upil­no­wa­nie wzro­kiem tej, która zawie­rała klucz. W końcu je zatrzy­mano.

Pierw­sza w kolejce była Nata­lie. Wybrała losowo jedną ze szka­tu­łek, wzięła ją w ręce. Anthony uło­żył pozo­stałe cztery w rów­nych od sie­bie odstę­pach i znów zakrę­cił paterą. Gdy ta się zatrzy­mała, po następną szka­tułkę się­gnął Michael. Cały pro­ces znów się powtó­rzył, tym razem z trzema szka­tuł­kami. Gapie zaczęli szep­tać mię­dzy sobą coraz gło­śniej, w miarę jak loso­wa­nie i krę­ce­nie zaczy­nało się od początku kolejny i kolejny raz. W końcu każdy z lide­rów miał w rękach swoją szka­tułkę i pozo­stało jedy­nie pyta­nie - kto ma klucz? A przede wszyst­kim - w czy­ich rękach będzie się on znaj­do­wać dokład­nie za mie­siąc? Wiele się mogło wyda­rzyć w tak dłu­gim cza­sie.

Gdy wycho­dzący z biblio­teki tłum prze­rze­dził się zna­cząco, Michael ruszył do wyj­ścia z dum­nie zadartą głową. Zwol­nił jed­nak nie­spo­dzie­wa­nie, mija­jąc Erin, po czym zatrzy­mał się i odwró­cił w jej stronę.

- Nie zapo­mnia­łaś o czymś? - zapy­tał z wyż­szo­ścią.

Dziew­czyna zaci­snęła usta, roz­złosz­czona jego imper­ty­nen­cją. Chciała coś odpo­wie­dzieć, ale nie miała aku­rat pomy­słu, jak się spryt­nie odgryźć.

Poczuła, że ktoś staje tuż za nią, i zer­k­nęła w bok. Lucas. Wil­ko­łak miał zamiar się ode­zwać, ale Michael wyczuł to i nie mógł zmar­no­wać oka­zji, żeby kogoś zigno­ro­wać. Uśmiech­nął się więc tylko per­fid­nie i odszedł ze swoją świtą, nie dając Luca­sowi szansy na powie­dze­nie cze­go­kol­wiek.

Erin miała ochotę pobiec za nim tylko po to, żeby dać mu w mordę.

- Jak ja go... Co za dupek! No po pro­stu nie mogę! - wyrzu­ciła z sie­bie, wście­kła.

Lizzy poki­wała skwa­pli­wie głową, choć w jej oczach widać było jesz­cze cień prze­ra­że­nia. Keith mach­nął ręką.

- Na takich idio­tów nie ma rady - skwi­to­wał i szturch­nął zaczep­nie przy­ja­ciela, któ­remu gniew zastygł na twa­rzy.

Przy­ja­ciele ruszyli dalej, nie zaszli jed­nak daleko. Już po kilku kro­kach ktoś ode­zwał się za ich ple­cami.

- Aleo, pozwól do mojego pokoju. Teraz.

Erin odwró­ciła się zdu­miona, sły­sząc głos lidera Zmien­no­kształt­nych. Anthony Tow­ner szedł ramię w ramię z Isa­akiem Szy­man­skim i miał bar­dzo zde­ter­mi­no­wane spoj­rze­nie. Nasto­latka i jej towa­rzy­sze spoj­rzeli na niego zdez­o­rien­to­wani. Lizzy nawet otwo­rzyła usta, żeby zapy­tać o coś brata, on jed­nak uci­szył ją gestem.

- Na górze - popro­sił i wyszedł z biblio­teki. Nie pozo­stało im nic innego, jak pójść w jego ślady.

* * *

Erin wspi­nała się po krę­co­nych scho­dach zanie­po­ko­jona. Co tym razem zro­biła nie tak? Fak­tycz­nie, obie­cała prze­pro­sić lidera Wam­pi­rów i jesz­cze tego nie zro­biła, no ale bez prze­sady! Nie wie­działa dokład­nie, jaką wła­dzę nad uczniem posia­dał lider brac­twa. Co jeśli da jej jakiś szla­ban i jutrzej­sze plany zamiany z Aleą wezmą w łeb?

Lucas i Keith poszli z dziew­czy­nami, ale zostali pod drzwiami brac­twa Zmien­no­kształt­nych. Za to, o dziwo, wszedł tam Isaac. Potem Anthony odmó­wił wej­ścia do swo­jego pokoju Tatia­nie, a nawet Lizzy i koniec koń­ców w pomiesz­cze­niu zna­la­zła się jedy­nie Erin w towa­rzy­stwie dwóch lide­rów - Wil­ko­łaka i Zmien­no­kształt­nego - oraz ich zastęp­czyń. Przez cały ten czas wszy­scy byli dziw­nie mil­czący. Anthony i Isaac posta­wili swoje szka­tułki na biurku pod oknem i unie­śli wieczka, zaglą­da­jąc do środka. Wil­ko­łak zaklął cicho. Obaj wyglą­dali na roz­cza­ro­wa­nych.

- To prawda? - zapy­tał Anthony, kiedy wieczka zostały na powrót zamknięte. Odwró­cił się do niej. - Nie prze­pro­si­łaś go jesz­cze?

A więc rze­czy­wi­ście o to cho­dziło? Erin zro­biło się tro­chę głu­pio, ale jed­no­cze­śnie poczuła iry­ta­cję.

- Mam lep­sze rze­czy do roboty, niż prze­pra­szać kogoś tak okrop­nego - wypa­liła, bo gdyby choć raz ugry­zła się w język, świat by się zawa­lił.

Isaac oparł się o blat biurka i uśmiech­nął z roz­ba­wie­niem.

- Ha, dziew­czyna wie, co mówi! To mi się podoba.

Anthony zigno­ro­wał jego nie­wła­ściwy komen­tarz i wbił spoj­rze­nie w Erin. Dziew­czyna poczuła, że posu­nęła się za daleko, i pra­wie poża­ło­wała swo­jego bez­po­śred­niego uspo­so­bie­nia. Pra­wie.

- To dobrze - powie­dział wresz­cie jej lider. - Usiądź, pro­szę.

Erin zatkało. Pochwa­lił ją?! Była prze­ko­nana, że dosta­nie jakąś karę. Tym­cza­sem Zmien­no­kształtny był... zado­wo­lony? Usia­dła w fotelu, tym samym, który zaj­mo­wała jesz­cze nie tak dawno temu po nie­szczę­snej inte­rak­cji z Micha­elem Casta­la­wem.

- Nie rozu­miem - powie­działa szcze­rze, patrząc na chło­paka pyta­jąco. Isa­aca już nie widziała, bo znaj­do­wał się za jej ple­cami.

- Roz­po­częła się gra - zaczął Anthony, ewi­dent­nie dążąc do wyja­śnie­nia. - Naj­trud­niej­sze jest usta­le­nie, kto ma klucz, i naszym zda­niem możesz nam teraz w tym pomóc. Plotki w tej szkole roz­cho­dzą się bar­dzo szybko, każdy wie, że zro­bi­łaś scenę Casta­la­wowi i on ocze­kuje prze­pro­sin. Nikogo nie zdziwi, jak wma­sze­ru­jesz teraz do brac­twa Wam­pi­rów. Wpusz­czą cię bez mru­gnię­cia okiem. Więc uwa­żamy, że powin­naś iść prze­pro­sić go teraz. Zaraz. Wtedy będzie szansa na to, że pod­słu­chasz lub zoba­czysz coś waż­nego, bo wszy­scy kon­cen­trują się na grze tuż po jej roz­po­czę­ciu.

Tego się nie spo­dzie­wała.

- A czy wy nie powin­ni­ście rywa­li­zo­wać też mię­dzy sobą? - zapy­tała i odwró­ciła głowę, patrząc ponad opar­ciem fotela na Isa­aca.

- Młoda nic nie wie? - zdzi­wił się Wil­ko­łak, już drugi raz zacho­wu­jąc się tak, jakby nie było jej w pomiesz­cze­niu. Jess, wysoka i silna zastęp­czyni lidera Wil­ko­łaków, rzu­ciła mu z tego powodu zmę­czone spoj­rze­nie.

- Jest Echem - wyja­śnił krótko Anthony, ewi­dent­nie czu­jąc pre­sję czasu. - Aleo - zwró­cił się do Erin - musisz prze­pro­sić Micha­ela i spró­bo­wać wyko­rzy­stać tę oka­zję, by się cze­goś dowie­dzieć. Może choćby zauwa­żysz, gdzie trzyma szka­tułkę. Zgoda? Tylko naprawdę szybko!

Dziew­czyna była na­dal sko­ło­wana. Gdy kiw­nęła wresz­cie głową, lider Zmien­no­kształt­nych już kie­ro­wał ją deli­kat­nie za drzwi, gdzie cze­kały Lizzy i Tatiana. Obrzu­ciły star­szych uczniów podejrz­li­wymi spoj­rze­niami, ale nie dano im czasu na pyta­nia. Zapro­wa­dzono Erin aż do spi­ral­nych scho­dów. Dalej musiała sobie radzić sama.

Okej. Ma prze­pro­sić Micha­ela Dupka Casta­lawa? Pro­szę bar­dzo. Nie ma naj­mniej­szego pro­blemu. Pój­dzie do niego w tej sekun­dzie i powie mu w twarz, co myśli o tym jego per­fid­nym uśmieszku, poszuka cho­ler­nej szka­tułki, a potem może dorzuci na koniec jakieś prze­pro­siny. Nie. Ma. Naj­mniej­szego. Pro­blemu. Och, na samą myśl o blon­dy­nie czuła złość. Dolną połowę scho­dów poko­nała, tupiąc gło­śno i nawet nie zda­jąc sobie z tego sprawy.

Dopiero pod por­tre­tem dwóch onie­śmie­la­ją­cych kobiet i bla­dego męż­czy­zny oprzy­tom­niała nieco i w końcu dotarło do niej, co dokład­nie ją czeka. Musiała wejść za wiel­kie drzwi, do sek­tora wypeł­nio­nego Wam­pi­rami, a potem w dodatku do pokoju Micha­ela. Wzdry­gnęła się, ale zaraz zapa­no­wała nad nie­chę­cią. Jutro już miało jej tu nie być, mogła więc przy­naj­mniej zamknąć temat i nie zosta­wiać tak nie­przy­jem­nego zada­nia niczego nie­świa­do­mej sio­strze. Odchrząk­nęła bez kon­kret­nego powodu, popra­wiła kitkę i - z poczu­ciem nowej goto­wo­ści - pchnęła mocno jedno ze skrzy­deł wiel­kich drzwi. Poważ­nie, czyj to był pomysł, by robić je tak mon­stru­alne? Ledwo udało jej się wśli­zgnąć do środka.

Oto­czyła ją ciem­ność. Przy­naj­mniej takie miała wra­że­nie przez pierw­sze kilka sekund. Ściany na kory­ta­rzu w brac­twie Wam­pi­rów poma­lo­wane były na czarno. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, jakim cudem wydano na to zgodę, ale efekt był eks­tra. Szkoda, że tutejsi miesz­kańcy już nie­ko­niecz­nie.

Zdą­żyła już się dowie­dzieć, że pokoje lide­rów są w każ­dym brac­twie w tym samym miej­scu, ruszyła więc do przodu pew­nym kro­kiem, cho­ciaż tak naprawdę spo­dzie­wała się, że ktoś ją zatrzyma. Nie wie­rzyła, że wszyst­kie Wam­piry znały jej twarz i wie­działy, że Michael ocze­kuje prze­pro­sin! Chyba nie doce­niła jed­nak siły plotki. Albo może egzal­ta­cji, z jaką rodzaj ten reago­wał na obra­że­nie swo­jego dzie­dzica. Była bowiem tylko w mil­cze­niu odpro­wa­dzana spoj­rze­niami przez tych, któ­rzy zwró­cili uwagę na jej bursz­ty­nowy iden­ty­fi­ka­tor. Nie­które z nich były wro­gie, nie­które - ku jej zdu­mie­niu - życz­liwe lub roz­ba­wione. Nikt nie kazał jej zawró­cić.

Zatrzy­mała się przed wła­ści­wymi drzwiami i chwilę zwle­kała. Choć czer­pała z podej­mo­wa­nia wyzwań dużą przy­jem­ność, to i tak zawsze ją stre­so­wały. Uzna­wała to jed­nak za coś nor­mal­nego. Para­li­żu­jący strach był pro­ble­mem. Stres? Czę­ścią każ­dej przy­gody.

Wresz­cie wzięła głę­boki oddech i bez puka­nia pchnęła drzwi, wcho­dząc do środka.

Ścian w tym pomiesz­cze­niu nie poma­lo­wano na czarno, ale na ele­gancką, antyczną biel. Jakby pie­przony Casta­law nie mógł żyć oto­czony zwy­kłą bielą, która znaj­do­wała się u wszyst­kich innych. Pokój powi­nien być kopią tego, w któ­rym miesz­kał Anthony, a jed­nak zda­wał się nieco więk­szy. Wszystko było schlud­nie poukła­dane, meble wyglą­dały na dro­gie i biło od nich zimne, surowe piękno. Nawet klosz pod sufi­tem miał nie­ty­powy kształt i wyglą­dał bar­dziej jak droga rzeźba niż osłona żarówki. Jeżu...

Erin wpa­ro­wała do pokoju bez uprze­dze­nia i jej wzrok natych­miast padł na sto­jące dokład­nie na wprost biurko. Leżała na nim dobrze jej już znana szka­tułka. Jej wieczko było otwarte i uka­zy­wało pusty śro­dek - żad­nego klu­cza.

Michael stał z boku, a przy nim - niczym cień - czu­wała Pamela. Jasper zdą­żył już roz­siąść się na kana­pie, a Chri­sto­pher wspie­rał się o ścianę z nie­za­do­wo­loną miną.

W jed­nej chwili spoj­rze­nia wszyst­kich skie­ro­wały się na intruza. Gdyby czas zwol­nił, Erin mogłaby dostrzec jak w oczach Wam­pi­rów prze­wi­jają się emo­cje. Szok, zdu­mie­nie, strach, iry­ta­cja, bez­rad­ność - prze­le­ciały jak na kole for­tuny, aż końcu wypa­dła wście­kłość. Erin miała wra­że­nie, że wszy­scy prze­stali oddy­chać. A póź­niej roz­pę­tało się pie­kło.

Michael z trza­skiem zamknął wieczko szka­tułki i skie­ro­wał się w stronę dziew­czyny, mor­du­jąc ją lodo­wa­tym spoj­rze­niem. Pamela odsko­czyła od niego, prze­stra­szona hukiem, ale zaraz nabrała gło­śno powie­trza - odruch zupeł­nie jej już nie­po­trzebny do prze­trwa­nia, ale na tyle zako­rze­niony w pamięci ciała, że wciąż obecny - i wsparła ręce na bio­drach.

- Co ty sobie, kurwa, wyobra­żasz?! - wydarła się. - Nie masz prawa tu być!

Jasper naj­pierw drgnął i otwo­rzył sze­rzej oczy ze zdu­mie­nia. Zaraz jed­nak na jego usta wró­cił leniwy uśmiech i chło­pak roz­parł się na kana­pie, z rado­ścią ocze­ku­jąc roz­ryw­ko­wej afery.

Naj­go­rzej zare­ago­wał Chri­sto­pher. Flynn nad­uży­wał siły fizycz­nej wobec innych, jakby prze­moc była jego nar­ko­ty­kiem. Kiedy tylko mógł, pro­wo­ko­wał bójki, a jeśli nie wyszedł z jakiejś zwy­cię­sko, cho­dził ze skwa­szoną miną tak długo, aż nada­rzała się kolejna oka­zja. O tak, Chri­sto­pher nie­na­wi­dził prze­gry­wać. Źle zno­sił jaką­kol­wiek kry­tykę, uwagi pod swoim adre­sem, nawet drobne żar­ciki czy zaczepki. A prze­graną? Tej nie potra­fił znieść w ogóle.

W pierw­szej chwili Erin była pewna, że chło­pak ją zabije. Myśl ta brzmiała bar­dzo absur­dal­nie, ale kiedy czło­wiek patrzy na ogar­nię­tego furią Wam­pira, to trudno o inną. Była prze­ko­nana, że jest gotów skrę­cić jej kark. Póź­niej poczuła ból.

Chri­sto­pher pchnął dziew­czynę na drzwi, które chwilę temu się za nią zamknęły, i Erin z impe­tem ude­rzyła w nie ple­cami i tyłem głowy. Wydała z sie­bie przy tym zdu­szony okrzyk - bar­dziej zasko­cze­nia niż bólu, cho­ciaż ten drugi nie był nie­obecny - po czym zaczęła gwał­tow­nie mru­gać, pró­bu­jąc na nowo odzy­skać ostrość widze­nia.

- Ty pie­przony zwie­rzaku! Kto ci pozwo­lił tutaj przy­cho­dzić?!

Chri­sto­pher ude­rzył ręką w drzwi tuż obok jej twa­rzy. Erin wzdry­gnęła się, gdy huk roz­brzmiał tuż przy jej uchu, i wytrzesz­czyła teraz oczy w abso­lut­nej panice. Ktoś taki naprawdę mógł być uczniem?! Kogo oni w tej szkole trzy­mali? Chciała zacząć krzy­czeć, ale nie mogła nawet nabrać powie­trza w płuca, spa­ra­li­żo­wana stra­chem.

- Ej... - Jasper przy­glą­dał się sce­nie i już nie wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. Chciał chyba uspo­koić Chri­sto­phera jakimś komen­ta­rzem, ale nic z tego nie wyszło.

- Myślisz, że możesz tu sobie tak wcho­dzić, co? - mówił dalej Chris, osa­cza­jąc wciąż Erin pod drzwiami. - Zamor­duję cię! Zamor­duję, ty pie­przona...

Pamela na­dal utrzy­my­wała swoją wyzy­wa­jącą pozy­cję, cho­ciaż w jej oczach widać było nie­po­kój. Szanse jed­nak, że był to nie­po­kój o Erin, były nie­wiel­kie. Mar­twiła się pew­nie raczej o to, o co Flynn - że ich pusta skrzynka została zde­ma­sko­wana.

Casta­law patrzył. Stał kilka kro­ków dalej i przy­glą­dał się ze spo­ko­jem osoby, która miała wszystko pod kon­trolą. Nie prze­pa­dał za Flyn­nem, trzy­mał go jed­nak przy sobie z dwóch powo­dów: ze względu na Jaspera oraz ponie­waż okru­cień­stwo Chri­sto­phera było stra­te­gicz­nie przy­datne. Michael sam nie miał ochoty na takie wybryki, ale musiał przy­znać, że na rękę było mu sia­nie stra­chu wśród Wam­pi­rów, któ­rymi miał wła­dać.

Pro­blem pole­gał na tym, że Casta­law się prze­li­czył. Widać było wyraź­nie na jego twa­rzy moment, w któ­rym zdał sobie z tego sprawę. Roz­wście­czony Chri­sto­pher w jed­nej chwili walił dło­nią w drzwi obok głowy Erin, w dru­giej naprawdę jej dotknął - zaci­snął palce na szyi dziew­czyny i zaczął ją dusić. Strach, który poja­wił się na twa­rzy nasto­latki, przez uła­mek sekundy odbił się także w błę­kit­nych oczach lidera Wam­pi­rów.

- Hej! - Jasper pod­niósł głos, zszo­ko­wany zacho­wa­niem Flynna, który prze­moc fizyczną zacho­wy­wał zazwy­czaj dla chło­pa­ków. Nim jed­nak krót­ko­włosy Wam­pir zdą­żył zro­bić cokol­wiek wię­cej, Casta­law już łapał Chri­sto­phera za kark.

- Wystar­czy! - syk­nął wście­kle, po czym odcią­gnął go tak gwał­tow­nie, że tam­ten zato­czył się do tyłu, potknął o wła­sne stopy i pra­wie upadł na pod­łogę. Udało mu się jed­nak utrzy­mać na nogach. Pochy­lony, na ugię­tych kola­nach, ode­tchnął ciężko kilka razy, po czym wypro­sto­wał się i spoj­rzał z nie­na­wi­ścią na Erin.

Dziew­czyna gło­śno nabrała powie­trza w płuca, gdy tylko jej gar­dło zostało oswo­bo­dzone. Potem nogi się pod nią ugięły i roz­trzę­siona osu­nęła się na zie­mię, zachłan­nie łapiąc oddech. Kaszl­nęła kilka razy i zaczęła maso­wać szyję, wciąż czu­jąc na skó­rze ucisk. Była to reak­cja wywo­łana paniką, w rze­czy­wi­sto­ści Chri­sto­pher nie zdą­żył zadać jej żad­nych poważ­nych obra­żeń. Przy­naj­mniej fizycz­nych. Mimo że cisnął nią także o drzwi. Ale psy­chicz­nie? Serce biło nie­wy­obra­żal­nie szybko w jej piersi, a oczy miała pełne łez.

Ponie­waż wylą­do­wała na pod­ło­dze, sto­jący wciąż przy drzwiach lider Wam­pi­rów góro­wał teraz nad nią, wier­cąc w jej opusz­czo­nej gło­wie dziurę swoim prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Zdą­żył już ukryć więk­szość oznak wła­snych emo­cji i teraz wyglą­dał jedy­nie na bar­dziej sztyw­nego niż zwy­kle.

- Ona widziała, Michael! - wark­nął na­dal nabu­zo­wany Chri­sto­pher. - Widziała, że nie mamy klu­cza. Pięć minut! Ta durna gra trwa jakieś pięć minut, a te par­szywe zwie­rzo­łaki już mają nad nami prze­wagę! Kurwa! Słowo daję, zatłukę tę cho­lerną gów­niarę jak psa!

Casta­law wolno obró­cił głowę w jego stronę.

- Usiądź, Chris - wyce­dził przez zaci­śnięte zęby.

- Nie sły­szysz, co mówię?! Wydy­mali nas, pie­przone bydlaki! Jeste­śmy do tyłu i niby jak to nad­ro­bimy, co?!

Erin docho­dziła powoli do sie­bie, ale jej ciało i tak wciąż się trzę­sło. Jakby mię­śnie uspo­ka­jały się wol­niej od umy­słu. Pod­nio­sła głowę i dostrze­gła, że Michael wciąż był wście­kły, ale już nie na nią.

W prze­ci­wień­stwie do Flynna Casta­law wal­czył, by nad sobą zapa­no­wać. Cie­kawe, jak długo da radę... Erin nie chciało się wie­rzyć, że na­dal ma do czy­nie­nia z uczniami liceum. Czy agre­sja była nie­od­łączną czę­ścią wam­pi­ry­zmu? Czy te piękne istoty były wszyst­kie zupeł­nie zepsute w środku? Prze­żarte gnie­wem i gory­czą? W tej chwili była gotowa w to uwie­rzyć. Musiała się wyno­sić. Kosmo­sie, nie chciała tu być ani sekundy dłu­żej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki