1.
Początek początku
Alea Lanford pokonała schody, przeskakując po dwa stopnie naraz, po czym
wpadła do pokoju zdyszana z powodu biegu w sierpniowym upale i nadmiaru
emocji.
- Stałam się kotem! - rzuciła, odwracając się w stronę swojej siostry.
Jej wygląd był w tej chwili równie dramatyczny co słowa. Brązowe,
sięgające łopatek włosy, zazwyczaj proste, obecnie sterczały na
wszystkie strony, potargane. Biały top miała włożony na lewą stronę, a zwiewną spódnicę tyłem na przód. Oczy dziewczyny, które w zależności od
oświetlenia wydawały się bardziej zielone lub bardziej szare, z drobinkami zagubionej żółci przy źrenicach, były teraz szeroko otwarte.
Dało się w nich dojrzeć mieszankę strachu i niedowierzania. Twarz
pokrywał róż rumieńca.
- Myślałam, że poszłaś na spacer...? - zapytała Erin, nie do końca
rozumiejąc. Wcześniej leżała rozwalona na łóżku i słuchała muzyki,
gapiąc się w sufit. Teraz odrzuciła słuchawki na bok i uniosła się na
łokciu, by spojrzeć na siostrę.
Erin wyglądała tak samo jak Alea. To znaczy, pomijając ubrania, strach
oraz niedowierzanie.
Siostry Lanford były bliźniaczkami. W wieku czternastu lat przeszły
kryzys indywidualności i robiły wszystko, żeby wyglądać inaczej. (Tylko
włosy zostawiły w spokoju, na wszelki wypadek, bo czasem sytuacje
wymagały zamiany miejsc...) Faza odmienności minęła jednak dość szybko.
Dziś miały lat szesnaście i nie przeszkadzało im, że posiadają takie
same lekko zadarte nosy, okrągłe uszy, szorstkie łokcie, pełne uda i szerokie stopy.
- Poszłam na spacer! - odparła Alea, wciąż nie mogąc uspokoić oddechu. -
Chodziłam dookoła osiedla, żeby w ciszy i spokoju nawdychać się świeżego
powietrza i zastanowić się nad swoim życiem...
- Bardzo zdrowe - wtrąciła Erin, kiwając głową z aprobatą. - Bardzo
potrzebne.
- I NATRAFIŁAM... - kontynuowała głośno Alea, podkreślając w ten sposób,
że nie należy jej teraz przerywać - ...na kota naszych sąsiadów. Na jednej
z tych wąskich ścieżek, za sklepem spożywczym. Nie było tam nikogo poza
nami. To znaczy, tylko ja i kot. I... wtedy zmieniłam się w niego -
dokończyła już cicho. Brzmiała niepewnie, jakby sama nie mogła uwierzyć
w to, co mówi. Wisiała nadal wzrokiem na swojej bliźniaczce, ale nie
usiadła na łóżku obok niej. Stała pośrodku pokoju, odrobinę bezradna. -
Byłam kotem, a po chwili znowu człowiekiem. Tylko że... no wiesz. Bez
ubrań. Leżały na ziemi, E! Musiałam się ubrać! Na środku ścieżki! Poza
tym wszystko było przez chwilę takie... Pofalowane. Nie wiem, jak to
opisać. Prawie się porzygałam.
Erin zdecydowała się podnieść do pozycji w pełni siedzącej. Chwilę
bawiła się brzegiem obszernej bluzki, którą miała na sobie. Podrapała
się w nos. Poprawiła potarganą kitkę. Wreszcie jej wzrok spoczął na
siostrze.
- Czy pamiętasz... - zaczęła wolno, przekrzywiając lekko głowę. W jej
głosie czaiła się nuta podejrzliwości. - Czy pamiętasz - powtórzyła -
jak ustaliłyśmy, że jeśli będziemy miały kiedyś okazję pierwszy raz w życiu zapalić zioło, to zrobimy to razem...?
- Erin. - Alea skrzyżowała ręce pod biustem. Wyraz jej twarzy mówił
jasno, że ma obecnie ograniczoną cierpliwość na chaos, który jej siostra
zazwyczaj trzymała przy sobie niczym zwierzątko domowe. Było to dość
ironiczne, biorąc pod uwagę fakt, że to nie Erin zmieniła się w kota. -
Ja mówię poważnie, okej? Wiem, że to brzmi tak niemożliwie, że aż się
wydaje śmieszne, i obiecuję, że za pięć minut będę sobie z tego razem z tobą żartować, ale obecnie potrzebuję, żebyś wzięła pod uwagę fakt, że
albo coś się stało z moją głową i trzeba mnie zabrać na badania, albo
ten świat jest inny, niż nam się przez szesnaście lat wydawało, i właśnie zmieniłam się w kota.
Uśmiech na wargach Erin stracił nieco na szerokości, gdy dotarło do niej
wreszcie, że jej siostra jest śmiertelnie poważna.
- Nie podoba mi się żadna z tych opcji - powiedziała wolno i poklepała
miejsce na materacu obok siebie, czując nagłą potrzebę, żeby mieć Aleę
bliżej.
- No mnie też nie! - rzuciła druga nastolatka, opadając ciężko na łóżko.
- Nie pytam, co zamówimy na obiad, tylko mówię, że byłam kotem! O Kosmosie... - Głos się jej lekko załamał. Ukryła twarz w dłoniach.
- Okej. - Widząc u swojej siostry rosnącą frustrację, Erin wskoczyła w odpowiedzialny tryb, z tyłu głowy mieląc wszystkie możliwe rozwiązania
sytuacji, na jakie potrafiła wpaść. - Okej. Dobra. Spokojnie. -
Poklepała Aleę po plecach. - Kosmos nadal jest. Damy radę. - Urwała na
moment i zmarszczyła brwi. - A możesz to bycie kotem powtórzyć...?
Alea spróbowała. Przyłożyła się do zadania starannie, zamykając oczy i wracając myślami do tego dziwnego uczucia, którego jeszcze niedawno
doświadczyła. Nie miała jednak pojęcia, co robi. Nie wydarzyło się nic.
Siedziały na łóżku, niczym na wyspie, a otaczająca je rzeczywistość
zdawała się przeciekać im przez palce, wpadając we wzburzone fale
niewiadomego. Uchyliły drzwi do zupełnie innego świata, pełnego
niebezpieczeństw i rzeczy pozornie niemożliwych, który - choć jeszcze o tym nie wiedziały - już niedługo miał nieodwracalnie zmienić ich życie.
Tego samego dnia wieczorem drzwi te otworzyły się na dobre z hukiem.
Alea zmieniła się ponownie, w ich wspólnym pokoju. Tym razem Erin stała
obok. Na własne oczy widziała, jak jej bliźniaczka kuli się, po czym
znika w fałdach własnych ubrań, by po chwili wychynąć z nich w postaci
burego kota, łudząco podobnego do kota ich sąsiadów. Na kilka krótkich
sekund (które wydawały się trwać bardzo długo) dwie pary zielonkawych
oczu - jedna ludzka, druga kocia - skrzyżowały spojrzenia. Siostry
zamarły i zdawało się, że zamarł także czas. Erin zaczęło szumieć w głowie. Wstrzymała oddech i miała wrażenie, że nigdy go już nie odzyska.
To, co znane, przestało być znane. Oczywiste stało się niezrozumiałe.
Świat nadal istniał i chyba nawet miał się dobrze, ale bliźniaczki
Lanford były skłonne uwierzyć, że rozpadł się właśnie na kawałki.
(W rzeczywistości świat od zawsze składał się z dwóch części i siostrom,
po szesnastu latach życia w jednej, przyszło właśnie odkryć tę drugą).
* * *
Telefon zadzwonił trzy razy. Pierwsze dwa Alea zignorowała, bo numer był
nieznany. Za trzecim...
- Halo?
- Halo? - odpowiedziała Erin pytająco ze swojego końca pokoju. Dopiero
potem podniosła głowę i zdała sobie sprawę, że Alea mówi do komórki.
Obie spędzały ostatnie dni letnich wakacji na wylegiwaniu się i przeglądaniu social mediów na zmianę z oglądaniem seriali. Był to
sprawdzony sposób na zahartowanie psychiki przed kolejnym rokiem nauki.
- Dzień dobry - odezwał się trzeci, również damski głos, tym razem
słyszalny wyłącznie przez Aleę w głośniku urządzenia. - Kontaktuję się z panią w imieniu Szkoły Stypendialnej imienia Flanagana Mallaroya -
oznajmił głos z pełną profesjonalizmu życzliwością. Potem, po krótkiej
pauzie, padło jeszcze: - Rozmawiam z panią Aleą Lanford.
Ostatnie zdanie nie było pytaniem. Wypowiedziane zostało twierdząco i to
z niezbitym przekonaniem, które sprawiło, że Alea poczuła w żołądku
ucisk strachu. Ta pewność wydawała się jakaś... dziwna. Niepokojąca. Nie
na miejscu. Jakby ktoś ją obserwował.
- To będzie bardzo ważna rozmowa, a przekazane przeze mnie informacje
powtarzać można jedynie osobom upoważnionym - kontynuowała kobieta po
drugiej stronie linii. Jej uprzejmość nie malała, do tonu wkradła się
jednak nuta znużenia.
Po drugiej stronie pokoju Erin porzuciła swojego laptopa i usiadła
czujnie, z przekrzywioną lekko głową, przyglądając się poczynaniom
siostry. Z Alei wręcz promieniował dyskomfort i chociaż pozostawał
bezgłośny, zdołał przykuć uwagę jej bliźniaczki. Znały się na wylot.
Całe życie orbitowały wokół siebie jak dwa zdeterminowane księżyce,
które zgubiły planetę. Czasem mogło się wydawać, że wręcz czytają sobie
w myślach.
- Dzwonię oczywiście z powodu pani wczorajszej przemiany. Gratuluję
osiągnięcia zmiennokształtnej dojrzałości. W zaistniałej sytuacji...
Alea się rozłączyła.
- Kto to był? - zapytała natychmiast Erin, szczerze zaniepokojona
wyrazem twarzy swojej siostry.
- Szkoła - wydusiła z siebie Alea, wciąż nie do końca rozumiejąc, co się
właśnie stało.
Na ekranie komórki znów pojawiło się połączenie przychodzące.
- Jaka szkoła? Nasza szkoła? Po co? - naciskała dalej Erin, zeskakując z łóżka. Przemaszerowała przez pokój i opadła na materac obok siostry.
- Inna szkoła - wyjaśniła Alea, wciąż gapiąc się w jakiś nieistniejący
punkt. Potem wzdrygnęła się nagle, jakby wytrącona z transu, i odwróciła
gwałtownie do Erin. - Jakaś kobieta z jakiejś szkoły! Wiedziała, kim
jestem i że się... - wciąż miała problem z wypowiadaniem czegoś tak
niedorzecznego na głos. - Pogratulowała mi zmiennokształtnej
dojrzałości! - syknęła wreszcie rozgorączkowana.
- Co to niby znaczy?! - spytała Erin, także ściszając głos. Wibrujący
wciąż telefon zaczynał ją rozpraszać.
- Nie wiem - odszepnęła Alea. - Rozłączyłam się.
- O jeżu... - jęknęła Erin.
- No spanikowałam!
Komórka między nimi ucichła. Dziewczyny zamarły, kiedy wibrowanie
powróciło.
- Okej. - Alea przeczesała nerwowo palcami włosy. Jeden z jej wielu
pierścionków prawie zahaczył o potargane kosmyki. - Okej - powtórzyła
bardziej do siebie niż do siostry. - Okej, okej. Odbiorę. Odbiorę to.
Teraz. Odbieram to - obwieściła, nie wykonała jednak żadnego ruchu.
- Okej - zgodziła się Erin jak echo, podzielając stres bliźniaczki. -
Tylko daj na głośnik.
Alea zmarszczyła lekko nos.
- Ona jeszcze mi powiedziała, że nikt nie może tej rozmowy słuchać -
wyjaśniła pospiesznie, teraz bojąc się, że zwleka za długo i zaraz
telefon przestanie dzwonić. - Tak że musisz być kompletnie cicho -
ostrzegła.
Nie było nawet mowy o tym, żeby naprawdę zastosowały się do polecenia.
Albo raczej - obecność Erin się nie liczyła. Były jedną osobą w dwóch
egzemplarzach! Teoretycznie. Zasadniczo. W pewnym sensie. Prawie. No,
nie do końca, ale.
Erin skinęła głową i odsunęła się kawałek, żeby mikrofon nie złapał
przypadkiem jej oddechu. Albo czkawki. Co, jeśli dostanie czkawki...?
Alea wzięła do ręki telefon i raz jeszcze odebrała połączenie, tym razem
ustawiając tryb głośnomówiący.
- Em, halo? - rzuciła niepewnie. - Tu Alea. Lanford. Bardzo przepraszam,
chyba nas... coś rozłączyło.
Erin wyszczerzyła się, słuchając odrobinę niezgrabnego kłamstwa siostry.
Alea zrobiła niewinną minę.
- W porządku - odparł głos z słuchawki, zupełnie nieprzejęty i wciąż tak
samo profesjonalnie uprzejmy. - Cieszę się, że udało się nam połączyć.
Czy ma pani teraz czas na rozmowę? Jest kilka ważnych informacji, które
muszę przekazać.
Pani. Obie siostry Lanford zawsze czuły się trochę dziwnie, gdy ktoś
zwracał się do nich w ten sposób. Jasne, było to uprzejme, ale w ich
głowach pozostawało zarezerwowane dla poważnych dorosłych. Gdy Alea
słyszała skierowany do siebie zwrot "pani", ogarniał ją natychmiast
irracjonalny niepokój, że oto będzie od niej zaraz wymagane więcej, niż
wypada wymagać od szesnastolatki.
- Yyy - rzuciła nad wyraz elokwentnie. - Tak. Mam czas. Mogę rozmawiać -
oznajmiła, a potem dodała pospiesznie, niezdolna się powstrzymać: -
Przepraszam, ale co to jest "zmiennokształtna dojrzałość"?
- Zmiennokształtna dojrzałość osiągana jest przez Zmiennokształtnych w momencie, gdy przebudzają się ich zdolności. Zazwyczaj dzieje się to
między trzynastym a szesnastym rokiem życia.
Alea, do tej pory wpatrzona w komórkę, podniosła gwałtownie głowę,
łapiąc wzrok Erin. Z niedowierzaniem poruszyła ustami, wypowiadając
bezgłośnie: "zmiennokształtni!". Erin rozłożyła bezradnie ręce w odpowiedzi.
- Na początku muszę sprawdzić, czy posiadane przeze mnie dane są
właściwe - kontynuowała kobieta, która najwyraźniej nie zamierzała się
przedstawić. - Rozmawiam z Aleą Lanford urodzoną ósmego marca,
zamieszkałą w mieście Columbia, w stanie Illinois.
- Zgadza się.
- Pani pierwsza przemiana w zwierzę nastąpiła wczoraj.
- Em. Tak? - potwierdziła Alea, tym razem z lekkim zawahaniem. Jej umysł
nadal nie mógł przywyknąć do tego, że jej dwukrotna już przemiana w kota
jest prawdą. Wciąż czekała po cichu, aż stanie się coś, co podważy
realność całej tej sprawy.
- Świetnie - oznajmiła tymczasem kobieta, nieświadoma wewnętrznego
kryzysu nastolatki, a potem odchrząknęła cicho. - W naszej bazie danych
nie znajduje się żaden Zmiennokształtny z panią spokrewniony. Czy
dysponuje pani wiedzą na temat zmiennokształtności swoich rodziców?
Alea nie dysponowała wiedzą na temat żadnej zmiennokształtności.
Zdecydowanie nie takiej, która miałaby coś wspólnego z jej rodzicami.
- Moi rodzice też mają... moce? - odparła pytaniem na pytanie.
Po drugiej stronie połączenia zapanowała na moment cisza.
- Zmiennokształtność jest dziedziczna. Zakładać więc należy, że
przynajmniej jeden rodzic należy do tego rodzaju. Czy dobrze rozumiem,
że w chwili obecnej nie posiada pani żadnej wiedzy na temat sentury?
Erin zrobiła przesadnie dramatyczną minę, a potem poruszyła ustami,
przesyłając w stronę siostry bezgłośne: "że co?!". Alea podzielała te
emocje, ale pozostała bardziej opanowana.
- Przepraszam, ale jeśli mam być szczera, to generalnie nie mam pojęcia,
co się dzieje. Może pani... em, bezpiecznie założyć, że nie posiadam
żadnej wiedzy na żaden temat. Jeśli chodzi o... zmiennokształtność. Oraz...
senturę - dodała. Obce słowo układało się dziwacznie na jej języku.
- Rozumiem - oznajmiła spokojnie i wciąż dość pogodnie kobieta, zupełnie
niezbita z tropu. Zaczynała im obu przypominać robota. - Natura
odpowiada za istnienie ludzi. Sentura odpowiada za istnienie
Zmiennokształtnych, Czarodziejów, Łowców, Wampirów i Wilkołaków. Całej
reszty dowie się pani w Szkole Senturalnej. Przy ludziach proszę używać
nazwy "Szkoła Stypendialna".
Kobieta po drugiej stronie linii zrobiła krótką pauzę. Tak, jakby była w stanie przewidzieć, że Lanford się... zawiesi. To znaczy obie Lanford się
zawiesiły, ale udział Erin w rozmowie pozostawał tajemnicą. Patrzyły na
siebie w osłupieniu, a w ich głowach natłok niedorzecznych informacji
zmagał się z szumem absolutnej pustki.
- Pardon? - wykrztusiła wreszcie Alea, nie potrafiąc wydobyć z siebie
niczego bardziej złożonego.
- Pod przykrywką systemu stypendialnego pozyskujemy wszystkich
senturalnych uczniów w wieku licealnym, niezależnie od ich wyników w naturalnej nauce i statusu materialnego, nie wzbudzając podejrzeń wśród
ludzi - kontynuowała kobieta. Brzmiała tak, jakby czytała to z jakiejś
ulotki reklamowej. - Każdy senturalny ma bezwzględny obowiązek stawić
się w wyznaczonej placówce. Pokrywamy oczywiście wszelkie koszty
nauczania oraz pobytu w internacie.
W głowie Alei pojawiła się zbłąkana myśl, że cała ta sentura musi być
bardzo, bardzo bogata. Tymczasem w oczach Erin błysnęło nagłe
zrozumienie.
Kiedy chodziły jeszcze do szkoły podstawowej, w klasie wyżej był
chłopiec, który zapadał w pamięć z powodu fioletowych oczu. Mutacja ta
uchodziła za wyjątkową, ponieważ naukowcy do dzisiaj nie potrafili
jednoznacznie powiedzieć, co dokładnie powoduje taki kolor i jakie są
zasady jego dziedziczenia. Erin pamiętała dobrze, jak ich nauczycielka
od matematyki lamentowała, gdy okazało się, że ten słaby w nauce chłopak
po ukończeniu pierwszego etapu edukacji otrzymał miejsce w ekskluzywnej
Szkole Stypendialnej, podczas gdy prymusami z jej przedmiotu nikt się
nie zainteresował.
- Jutro lub pojutrze powinien do pani dojść oficjalny list informujący o przyjęciu do Szkoły Stypendialnej imienia Flanagana Mallaroya w Chicago,
wraz z istotnymi dokumentami - odezwał się ponownie głos w telefonie,
wytrącając Erin z zamyślenia i Aleę z kryzysu tożsamości. - Nie będzie w nim niczego związanego z senturą, ale każdy senturalny w tym kraju wie,
czym tak naprawdę są Szkoły Stypendialne. Podzielenie się tym listem z rodziną powinno pani umożliwić odkrycie, po kim z rodziców lub dziadków
odziedziczyła pani swoje zdolności.
Siostry wymieniły się znowu spojrzeniami nad telefonem komórkowym. Im
dłużej trwała oficjalna rozmowa, tym bardziej wszystko stawało się
prawdziwe. Niedowierzanie i lekko histeryczne rozbawienie wypierane były
z wolna przez strach, stres i zagubienie. A także coś na kształt
podekscytowania.
Kolejne minuty rozmowy wypełnione zostały następnymi dawkami informacji.
Jak się okazało, dopuszczano specjalne procedury wtajemniczenia ludzkich
członków najbliższej rodziny lub partnerów, wymagało to jednak
dopełnienia konkretnych formalności. Alea otrzymała instrukcje, by
skupić się na zidentyfikowaniu osoby zmiennokształtnej w swojej rodzinie
(absolutnie normalne zadanie), bo reszta decyzji powinna odbyć się pod
jej nadzorem. W ciągu najbliższych dni odwiedzić jej dom miał jakiś
reprezentant Szkoły Stypendialnej imienia Flanagana Mallaroya, by
załatwić formalności z rodzicami (lub przekonać ich do zmiany szkoły
przez córkę, jeśli okażą się niechętni). Przy tej okazji Alea musiała
także odpowiedzieć na serię pytań o ewentualne utrudnienia związane z otrzymaniem ich zgody. (Niepełnosprawność? Nietypowa sytuacja rodzinna?
Alergie lub choroby przewlekłe?) Oraz zadeklarować, czy posiada jakieś
wyróżnienia akademickie lub inny, niezwiązany z tradycyjną nauką talent,
który może zostać wykorzystany jako pretekst do zaoferowania jej
stypendium. (Radziła sobie dobrze na historii i geografii, to by było na
tyle). Aż wreszcie dziewczyna została uprzedzona, że przez pierwsze
tygodnie, a może nawet miesiące będzie miała zapewne trudności z przybieraniem zwierzęcej formy (całkowicie normalne, nie należy się
stresować).
Przytłaczające? Ha. Przytłaczający był koniec lata. Przejście z jednej
rzeczywistości do drugiej zasługiwało na znacznie bardziej dramatyczne
określenie.
- Jeśli chce pani zacząć edukować się na własną rękę, mogę podać kilka
książek, które opisują podstawy sentury - dodała kobieta.
Bliźniaczki przez chwilę patrzyły na siebie bezradnie, a potem Alea
wyraziła chęć.
* * *
- Aleo?! Dziewczynki, czy to wy? Aleo, kochanie, nawet nie wiesz, jak
się cieszę!
Ich matka ruszyła pospiesznie w stronę przedpokoju, gdy tylko usłyszała
otwierane drzwi frontowe. Bliźniaczki zamarły z torbami w rękach i wymieniły zaniepokojone spojrzenia.
- Aleo! Jak mogłaś nam nic nie powiedzieć?! Jestem z ciebie taka dumna!
Ale żeby to trzymać w sekrecie? Na pewno dostałaś już jakiegoś maila...
Ach, ależ jestem dumna! - powtarzała Wenona Lanford, ściskając w ręku
kopertę z listem. - Erin, ty pewnie wiedziałaś, co? Oj, dziewczyny, wy
to jesteście... Aleo, no niech cię uściskam!
Kobieta ruszyła do przodu z zamiarem przytulenia córki, ale w ostatniej
chwili zawahała się, zerkając to na jedną, to na drugą. Były dzisiaj
podobnie ubrane, co zdarzało się bardzo rzadko.
Między bliźniaczkami, nawet jednojajowymi, zauważalne są zazwyczaj
jakieś różnice, a bliskie osoby potrafią je odróżnić na pierwszy rzut
oka. Jednak nie w przypadku sióstr Lanford. One od samego początku
wyglądały jak swoje identyczne kopie i nie zmieniło się to z upływem
lat, wprawiając nawet lekarzy w osłupienie. Zarówno ich rodzice, jak i siedem lat młodszy brat Derek czy bliscy przyjaciele rozpoznać je
potrafili tylko po sposobie mówienia i gestykulowania oraz stylu
ubierania się.
- To ja - rzuciła Alea, odkładając na ziemię papierowe torby. W jednej
były zdobycze z second handu, w drugiej książki fantasy.
Jak się okazało, wszystkie senturalne informacje publikowane były we
współpracy z pisarzami: wiedzę o dziwacznym, nadprzyrodzonym świecie
przemycano w zmyślonych historiach czytywanych przez ludzi dla rozrywki.
Każda z takich książek opatrzona była na ostatniej stronie lub
skrzydełku logo z literą "S". Kiedyś symbol ten był pieczęcią, potem
logo specjalistycznego wydawnictwa, a teraz pojawiał się w prawie
wszystkich senturalnych publikacjach, drukowany gdzieś na ostatniej
stronie. Towarzyszyły mu zawsze liczby, które wskazywały na strony
zawierające prawdziwą wiedzę.
Charakterystyczny symbol "S" znajdował się także nad wejściem do każdej
z Senturalnych Szkół, o czym jedna z bliźniaczek miała się już niebawem
przekonać.
- Ależ oczywiście, że to ty! - rzuciła matka z cieniem oburzenia w głowie, otrząsając się ze zwątpienia. Uścisnęła Aleę mocno, na chwilę
uniemożliwiając jej oddychanie.
Wenona Lanford była osobą bardzo zdecydowaną, zaradną, inteligentną i wprost stworzoną do tego, by kierować ludźmi. Miała brązowe włosy
zazwyczaj upięte w modną akurat fryzurę, bardzo jasną cerę z imponującą
liczbą pieprzyków i plecy na zawsze wyprostowane przez zajęcia baletowe
w dzieciństwie. Odznaczała się także nadwagą. Sama mówiła o sobie, że
jest po prostu gruba, i robiła to z absolutną pewnością, bez
jakiegokolwiek wstydu czy negatywnych konotacji, machając lekceważąco
ręką na pozornie łagodniejsze terminy, takie jak "puszysta" czy
"okrągła". Była osobą grubą i niezwykle atrakcyjną. (Szok!) Niektórzy
się przez to pozbierać nie mogli. Była też zazwyczaj najbardziej
elegancka i najlepiej ubrana w każdym pomieszczeniu, do którego
wkraczała. Ten szyk i gracja kontrastowały w prawie komiczny sposób z jej sposobem mówienia i gestykulowania - im głośniej i zamaszyściej, tym
lepiej.
- Mamo, z całym szacunkiem, zaraz udusisz mi siostrę - ostrzegła Erin,
przyglądając się krytycznie trwającemu wciąż uściskowi. Korzystając z nieuwagi matki, zabrała z jej dłoni pogiętą już nieco kopertę i zajrzała
do środka.
Tak jak się spodziewała, był to list od Szkoły Stypendialnej imienia
Flanagana Mallaroya w Chicago, która pragnęła pogratulować Alei Lanford
znalezienia się na liście uczniów. Erin przełknęła ślinę i spróbowała
zignorować ukłucie bólu gdzieś pod żebrami, które nazwała zawodem przede
wszystkim po to, by nie nazywać go zazdrością.
Od kiedy Alea wpadła do pokoju, twierdząc, że posiada... moce, jakaś część
Erin z niecierpliwością wyczekiwała na swoją kolej. Stawało się jednak
coraz bardziej jasne, że to nigdy nie nadejdzie.
Przecież były takie same! Może miewały inne hobby czy gusta, ale to nie
znaczyło nic. Całe życie bez problemu zamieniały się miejscami, czasem
dla zabawy, czasem zdobycia lepszych ocen, czasem, by obejść zasady
wprowadzone przez rodziców. Na co dzień odróżniał je głównie styl
ubierania się - Erin wolała za duże T-shirty w neutralnych kolorach,
luźne dżinsy i prostą biżuterię, Alea śledziła trendy, lubiła dziwne
wzory, akcenty kolorystyczne i liczne akcesoria. Niemal wszystko inne je
łączyło. Aż do teraz. Teraz wyglądało na to, że pojawiła się między nimi
bardzo duża, bardzo niesprawiedliwa różnica.
Erin kochała swoją siostrę i nie była zazdrosna. Wcale nie była.
- Och, jestem taka dumna - powtórzyła znowu ich matka, odsuwając się w końcu od Alei na pół kroku. Potem powędrowała wzrokiem w stronę Erin i jej uśmiech stał się nieco bardziej zadziorny. - Ciebie, Erin,
oczywiście nadal z ojcem kochamy - dodała.
Dziewczyna wydała z siebie przytakujące mruknięcie.
- Miło wiedzieć, że wasza miłość do córki nie jest warunkowana jej
osiągnięciami akademickimi - rzuciła cynicznie, było to jednak w dużej
mierze na pokaz. Obie z matką jedynie się przekomarzały.
Alei nie umknął fakt, że Erin użyła terminu "osiągnięcia akademickie".
Krótkie zerknięcie w bok pozwoliło jej ustalić, że dobór słów nie był
przypadkowy. Ona sama wciąż czuła ucisk w żołądku, nie było bowiem
jeszcze jasne, czego matka jej gratuluje.
- No więc, mamo - zaczęła, gdy już złapała porządny oddech i przesunęła
torby z zakupami ze środka przedpokoju pod ścianę. - Co dokładnie wiesz
o tej sieci Szkół Stypendialnych? - zapytała niewinnie. Erin wyciągnęła
kopertę w jej stronę i Alea przyjęła ją z wdzięcznością, czując
potrzebę, by zająć czymś dłonie. - Słyszałaś o nich?
- Chyba zrobimy jakieś zdjęcie rodzinne, żeby zapamiętać ten moment... -
rozmarzyła się kobieta, na chwilę zapominając o stojących obok
nastolatkach. - Moja własna córka!
- Mamo, błagam cię, wystarczy! - jęknęła Alea. Niewiedza zaczynała ją
frustrować. - Słyszałaś moje pytanie?
- Oj, dziecko, daj mi się cieszyć! - skarciła ją Wenona. - I tak,
słyszałam, spokojnie - dodała, kładąc wojowniczo jedną dłoń na biodrze.
- Oczywiście, że słyszałam o szkołach! Wszyscy rodzice, którzy chcą dla
swoich dzieci jak najlepiej, o nich słyszeli!
Osiem lat temu po całym kraju rozeszła się nowina, że rozpoczęto budowę
sieci prywatnych, prestiżowych placówek edukacyjnych, które miały zamiar
wdrożyć nowoczesne rozwiązania i zmienić sposób rozumienia terminu
"osiągnięcia akademickie". Po dwóch latach w całym kraju założono sto
trzydzieści osiem szkół stypendialnych, które szybko zyskały rozgłos z powodu nietypowego systemu rekrutacji i całkowitego braku opłat. W Kanadzie w tym samym czasie otworzono ich szesnaście.
- To prywatne placówki, które same rekrutują uczniów. Same. I to wcale
nie taką wielką ich liczbę, podkreślam! - kontynuowała Wenona, tak jakby
już dzieliła się informacjami z innymi rodzicami, a nie z córkami. - Syn
Petersonów ubiegał się o przyjęcie w zeszłym roku. Wiecie, jaki z niego
przykładny uczeń, a i tak otrzymał odmowę. A ty?! - Spojrzała na Aleę,
uśmiechając się szeroko. - Pełne stypendium! Ha!
Ich matka nie była senturalna. Ich matka nie była senturalna. Ich matka
nie była senturalna! Alea nie zauważyła paniki, dopóki ta nie
eksplodowała gdzieś z tyłu jej głowy.
Erin prawie poczuła we własnych mięśniach dreszcz, który przeszedł przez
ciało jej siostry.
- A tata już wie? Mówiłaś mu? - zapytała matkę, obejmując na chwilę Aleę
ramieniem.
- Tak, tak. - Kobieta machnęła ręką. - Wasz ojciec wie, ale utonął w ostatnich wynikach naszych badań i nie wypłynie z gabinetu, póki się z nimi nie upora - oznajmiła.
- I coś powiedział? Na temat szkoły? - podjęła Alea, ukrywając drżenie
głosu. Oddała list w ręce Erin i zgarnęła torby, przemieszczając się w ślad za matką do salonu. Poczuła nagle, że ma nogi jak z waty.
- Też jest dumny - zapewniła Wenona, nagle zaabsorbowana własnymi
myślami. - No, ale żeby informować tak w ostatniej chwili... Rok szkolny
zaczyna się tam tydzień później niż standardowo, ale przecież i tak za
moment! Opłaciliśmy już kolejny rok dla was obu w Bloomington, razem z pokojami. Będzie to teraz trzeba szybko odkręcić - mamrotała głównie do
siebie. - No ale wasz ojciec to załatwi. SAMUELU! - Podniosła nagle
głos, prawie przyprawiając własne córki o zawał. - Samuelu, trzeba
odzyskać nasze pieniądze!
Wszystko wskazywało na to, że ojciec także nie był senturalny.
Bliźniaczki pozostawiły matkę w salonie i pomknęły po schodach na górę,
prawie wpadając po drodze na młodszego brata.
Sytuacja zaczynała robić się... skomplikowana. To znaczy nie żeby
istnienie Wampirów, Wilkołaków, Łowców, Czarodziejów i Zmiennokształtnych samo w sobie nie było skomplikowane. Ale kiedy na
dodatek twoi właśni rodzice nie mają o tym pojęcia? Potencjalnie
problematyczne.
* * *
Szybko się okazało, że sentura jest wszędzie. Przenika się wciąż z naturą w każdym miejscu. Na przykład: dęby były naturalne, podczas gdy
sosny - senturalne. Alea miała trudności z oceną, czy jest to informacja
pocieszająca, czy wręcz przeciwnie. Z jednej strony poczuła odrobinę
ulgi na myśl, że nie trafi do jakiegoś zupełnie obcego wymiaru. Z drugiej - wszechobecność sentury oznaczała, że wszystko, co wydawało się
znane i normalne, mogło skrywać jakiś sekret. Tak jak, najwyraźniej,
sosny. Tak jak - z czym wciąż nie mogła się do końca pogodzić - jej
własne ciało.
Co gorsza, Alea pozostawała w swojej rodzinie anomalią. Dziadkowie od
strony matki mieszkali w stanie Vermont, dziewczyna pochwaliła się im
więc miejscem w Szkole Mallaroya przez telefon. Sądząc po ich reakcji,
nie byli senturalni. Jej ojciec tymczasem był adoptowany i nie posiadali
informacji na temat jego biologicznych rodziców.
W przedostatnim tygodniu sierpnia w domu zapanowała dziwna atmosfera -
widniejący na horyzoncie początek roku szkolnego dla każdego oznaczał
teraz coś innego i wzbudzał odmienne emocje.
Państwo Lanford byli mikrobiologami morskimi, z czym wiązały się częste
wyjazdy na konferencje i do stacji badawczych. Dwa lata temu otrzymali
ekscytującą ofertę realizacji projektu badawczego za granicą, który
wymagałby nieobecności obojga w tym samym czasie. Po wielu rodzinnych
dyskusjach skończyło się to tak: siostry, które akurat rozpoczynały
naukę w szkole średniej, wybrały placówkę z internatem, a ich wówczas
siedmioletni brat zamieszkał w Australii z ciocią, która szczęśliwym
zbiegiem okoliczności miała syna w tym samym wieku.
Gdy po dziesięciu miesiącach projekt badawczy rodziców dobiegł końca,
Derek wrócił na stałe do domu. Bliźniaczki tymczasem grzecznie, ale
stanowczo oznajmiły, że mają już w szkole ułożone życie towarzyskie,
lubią swoich nauczycieli oraz dobrze im się żyje w internacie, więc nie
zamierzają się nigdzie przenosić. No i zostały.
Lanfordowie byli rodziną pełną miłości, ale nie głębokiej przyjaźni.
Rodzice traktowali dzieci jak partnerów i nieraz polegali na ich
niezależności, pochłonięci pasją zawodową. Derek od szóstego roku życia
upierał się przy noszeniu eleganckich koszul i muszek, miał mózg
introwertycznego geniusza, oczy starca i drobne ciałko dziecka, a większość czasu poświęcał na szachy, gry wideo lub samodzielną naukę.
Bliźniaczki tymczasem żyły we własnym świecie (z niepokojącą liczbą
niewinnych przekrętów i długim czasem wylegiwania się w łóżkach).
Dorastały odrobinę skażone nadmierną potrzebą samowystarczalności, ale
były w tym zawsze razem.
Wizja spędzenia kolejnego roku szkolnego z dala od rodzinnego domu nie
była więc niczym nowym. Nic jednak nie przygotowało sióstr na to, że
będą jechać w dwa zupełnie różne miejsca. Erin do znanej im placówki w małym i dość nudnym miasteczku Bloomington. Alea do nowego miejsca
pełnego Wilkołaków czy Łowców...
- A podręczniki? - rzuciła niespodziewanie Wenona Lanford, gdy siedzieli
przy obiedzie. - Czy na pewno napisali, że sami wam zapewnią
podręczniki? No przecież nie będziesz takich ciężkich rzeczy wozić...
- Zapewnią - odparł ze spokojnym uśmiechem ojciec, pomagając
bliźniaczkom wymiksować się z dyskusji.
Samuel Lanford, odmiennie od żony, zazwyczaj dążył do tego, żeby nie
brać udziału w interakcjach społecznych, a gdy już został do takowych
zmuszony, wychodził z założenia, że lepiej powiedzieć mniej niż więcej.
- A mundurki?! Noszą tam mundurki? Bo ja rozumiem, że to jest placówka
prestiżowa i uczniowie muszą się prezentować godnie, ale żeby tak
pozbawiać młodych własnego stylu...
- Mundurki są, ale dzieci muszą je wkładać tylko podczas oficjalnych
uroczystości - wyjaśnił wciąż tak samo spokojny Samuel Lanford.
Troszczył się o córkę tak jak matka, robił to jednak po cichu:
zapoznając się z ogromem informacji dostępnych na stronie internetowej
Szkół Stypendialnych i na witrynie placówki w Chicago. (W wersji dla
ludzi, oczywiście).
- A pokoje? Czy są wystarczająco duże i zapewniają prywatność? Nie ma
nic gorszego niż takie małe ciasne klitki...
- Mamo! - Erin przerwała matce zdecydowanym tonem, wbijając widelec w ziemniak. Potem spojrzała znacząco na swoją siostrę. Alea dłubała
sztućcami w talerzu, nie jedząc prawie nic.
Dereka cieszył powrót do szkoły (co okazywał, utrzymując bardzo poważny
wyraz twarzy), ich matka była przejęta, ojciec subtelnie zatroskany, a tymczasem Alea? Od kiedy Alea Lanford nie znalazła wśród najbliższych
nikogo senturalnego, zagubienie zaczęło sączyć się powoli do jej głowy i teraz tworzyło tam już pokaźnych rozmiarów jezioro.
Jasne, mogła spróbować rozpocząć całe te oficjalne procedury
wtajemniczania rodziców, tylko co jej po tym? I tak nie będą znali oni
odpowiedzi na jej tysiące pytań. W dodatku oboje byli biologami. Sentury
nie da się zbadać w naukowy sposób - tyle już z Erin zrozumiały. Inaczej
dawno zostałaby odkryta. Alea nie wyobrażała sobie, jak jej rodzice
mieliby dalej z pasją zajmować się swoimi badaniami, nagle obarczeni
świadomością, że połowy rzeczy nie widzą i nigdy nie zobaczą przy pomocy
swojego ludzkiego sprzętu.
Miała więc Erin. Tylko Erin i aż Erin, i to by jej w zupełności
wystarczyło, gdyby nie fakt, że oto musiały się rozdzielić. Na cały rok
szkolny. Z Erin u boku, Alea byłaby gotowa iść dziarsko w nieznane.
Pewnie jeszcze śmiałyby się po drodze. Ale sama? Gdyby decyzja należała
do niej: ekscytująca nowa moc i wielka przygoda czy dalsze dzielenie
swojego życia z Erin... wybór nie byłby wcale łatwy.
Wyboru jednak nie dostała. Jedyne, co mogły teraz zrobić, to odliczać
dni do rozłąki i próbować nauczyć się więcej o nowym świecie. Niełatwo
było jednak brać senturalną wiedzę na poważnie, jeśli na kolejnej
stronie czytanej książki jakiś Wampir, doświadczywszy kilkuset lat
nieżycia, dochodzi do wniosku, że nic nie interesuje go bardziej niż
siedemnastoletnia dziewczyna (wysoce podejrzane) i wyznaje jej miłość.
- To było w sumie dobre pytanie - odezwała się Erin, gdy już udało im
się uciec od stołu do własnego pokoju. - O mundurkach - doprecyzowała w zamyśleniu. - Myślisz, że Zmiennokształtni dostają też wersje zwierzęce?
Takie, wiesz, kubraczki dla psów i kotów...
- Dobra, dobra. Superśmieszne - rzuciła Alea ponuro, wywracając oczami.
- A jak ktoś jest na przykład wężem - kontynuowała Erin, szczerze
zaabsorbowana. - To myślisz, że mu dają po prostu... skarpetę? Taką jedną...
Okej. Po krótkim namyśle Alea była w stanie uznać, że wizja spędzenia
całego roku szkolnego bez Erin nie była wcale aż tak tragiczna.
* * *
Reprezentant szkoły przyjechał następnego dnia po południu, umówiwszy
się uprzednio z rodzicami przez telefon. Był nudny. Frustrująco nudny.
Zdołał zamienić słowo z Aleą tylko raz, na samym wejściu, gdy zapanowało
zamieszanie związane z przejściem od drzwi frontowych do salonu. Zapytał
tylko, czy ktoś poza nią jest w rodzinie senturalny, a ona powiedziała,
że chyba nie. Było to bardzo dziwaczne. Alea czuła, że nie tylko dla
niej. Oficjalna rozmowa telefoniczna, którą odbyła z jakąś inną
pracownicą, pokazała jasno, że cała ta sentura ma zorganizowany system.
Tymczasem oto nudny gość w nudnym garniturze po nudnej czterdziestce
pytał ją szeptem w progu o to, kto jest jakiego rodzaju. Myślała o tym
cały czas, podczas gdy on i jej rodzice dopełniali ludzkich formalności.
Brak osoby senturalnej w jej najbliższej rodzinie musiał być bardziej
niecodzienny, niż na początku zakładała. Przynajmniej u Zmiennokształtnych. Wyczytały już z Erin, że Łowców, Wilkołaki i Wampiry
się przemienia. Zupełnie prawdopodobne jest więc, że wszyscy inni w rodzinie są ludźmi, ale jednocześnie nie da się być po przemianie tak
samotnym jak ona, bo przecież już na starcie potrzebne są dwie osoby:
przemieniony i przemieniający. Nawet Wilkołaki miały tyle przyzwoitości,
żeby wywęszyć nowo ugryzioną osobę i wprowadzić ją w zasady sentury.
Czarodziejstwo tymczasem było dziedziczne, tak jak zmiennokształtność,
ale moce tamtych przejawiały się prawie od razu po urodzeniu.
Z powodu nieświadomości rodziców w rozmowie nie padało nic na temat
sentury. Mężczyzna przedstawił cały program nauczania, ale przynajmniej
połowa z tego musiała być kompletną ściemą, bo wszystko było ludzkie.
Tymczasem prawne aspekty transferu nie interesowały Alei w ogóle. W efekcie, gdy tylko dostała pozwolenie, pożegnała się grzecznie i umknęła
na górę do pokoju, gdzie czekała na nią niecierpliwie siostra.
- No i? - rzuciła Erin, kiedy tylko Alea się pojawiła.
- Powiedziałabym ci, ale szkoda mi energii, bo wiem, że podsłuchiwałaś.
Erin zrobiła dramatycznie urażoną minę, ale nie zaprzeczyła.
- Gość wygląda jak najbardziej przeciętny człowiek świata - przyznała.
- Prawda? Ja wiem, że chodzi właśnie o to, że sentury gołym okiem nie
widać, ale myślałam, że teraz już będę w stanie przynajmniej powiedzieć,
jakiego facet jest rodzaju!
Paradoksalnie tym razem Aleę niepokoiła normalność. Począwszy od
przeciętnego wyglądu mężczyzny do poruszanych przez niego w rozmowie z rodzicami tematów - wszystko było do bólu zwyczajne i nastolatka
zaczynała się zastanawiać, czy to nie jest jednak jakiś wielki dowcip
lub przekręt. Od pierwszego dnia przemiany jej zdolności nie dały o sobie znać ponownie ani razu. Jeśli tak dalej pójdzie, zaraz będzie w stanie sama siebie z powrotem przekonać, że tylko jej się wydawało.
Dokładnie w tym momencie do pokoju dziewczyn przez otwarte okno
wskoczyła kuna. Zwierzę wylądowało na łóżku Erin, przebiegło po
materacu, zeskoczyło na ziemię i zmieniło się w nagą kobietę. Poziom
normalności w pomieszczeniu natychmiast znacząco spadł. Bliźniaczki znów
na moment się zawiesiły, wpatrzone w intruzkę z otwartymi ustami.
Kobieta wyglądała młodo - przed trzydziestką. Miała całkiem spory biust,
wyraźnie miękki brzuch i wytrenowane mięśnie ud. Jednak mimo nagości
największą uwagę przyciągał jej łobuzerski uśmiech i odważne, prawie
wojownicze spojrzenie brązowych oczu. Przeniosła wzrok na stojące obok
siebie siostry i zaśmiała się krótko.
- No nieźle. Naprawdę jesteście takie same - rzuciła z rozbawieniem,
rozczesując palcami potargane kasztanowe włosy.
- No taka jest jakby idea bycia bliźniaczką - oznajmiła Erin z nutą
wrogości w głosie. Jej słowa stłumiły nieco dłonie, w których ukryła
swoją twarz, kiedy pierwsza fala szoku minęła. Czuła się dziwnie,
patrząc na nagie ciało obcej osoby.
Kobieta z lekkim opóźnieniem zrozumiała tę reakcję.
- Ach, sorry - westchnęła i odwróciła się tyłem. Jej wzrok padł na
szlafrok zwisający z oparcia krzesła. Chwyciła go bez pytania i narzuciła na opalone ciało. Nie był nawet specjalnie ciasny. Może
odrobinę przykrótki. - Jak się cały dzień jest nagim zwierzęciem, to
potem bycie nagim człowiekiem wydaje się zupełnie normalne.
Alea tymczasem miała chwilowy problem z odzyskaniem zdolności mówienia.
Została praktycznie zahipnotyzowana postacią nieznajomej, gdy tylko ta
się przed nimi pojawiła. Powinna pójść w ślady siostry i przestać się
gapić, ale jakoś jej to nie wychodziło.
- To chyba nie jest kuna - wydusiła z siebie wreszcie cicho. W jej
głowie ewidentnie zrobił się jakiś korek myślowy. - Jeżu, czy to jest
sen? Ona mi wygląda na postać, która się objawia we śnie...
Stało się jasne, że mózg Alei przechodził obecnie restart. Erin zerknęła
na siostrę najpierw w szoku, potem z cieniem podejrzliwości, odnotowując
sobie z tyłu głowy, by zapytać ją później, jakie konkretnie miewa
ostatnio sny... Jednak na razie skupiła uwagę na sprawach bieżących.
- Chyba nie rozumiem, co się teraz dzieje - oznajmiła, przenosząc
spojrzenie z Alei na intruzkę.
- Dzięki - rzuciła tymczasem kobieta w odpowiedzi na pokraczny i chyba
niekontrolowany komplement, posyłając Alei szeroki uśmiech. - A jeśli
chodzi o ciebie - skierowała uwagę na Erin - wrzuć na niższy bieg,
maleńka, okej? Wiem, jak działa bycie bliźniaczką. Mówię o tym, że
jesteście teraz totalnie identyczne. Tak, no wiesz, totalnie. Nie mów,
że innych to nie szokuje.
Tym razem żadna z sióstr nie znalazła właściwych słów. Były
przyzwyczajone do zaskoczenia, jakie wywoływało ich podobieństwo, co nie
znaczyło, że zawsze potrafiły na nie zareagować.
Kobieta rozejrzała się dookoła z niespecjalnie dużym zainteresowaniem, a potem z roztargnieniem wzięła jakąś ozdobną figurkę z zagraconego blatu.
Zaczęła ją obracać bezmyślnie w dłoni.
- No to która to Alea? - zapytała, znów rozciągając pełne usta w łobuzerskim uśmiechu. Odstawiła figurkę i zerknęła w bok na swoje
rozmówczynie. Zaraz jednak jej uwaga wróciła na biurko. Czekając na
odpowiedź, przeciągnęła palcem po stosie romansów.
Alea podniosła rękę, nadal nie czując się na siłach, by coś powiedzieć.
Ich nieproszony gość miał w sobie coś, co sprawiało, że potrafiła się
tylko czerwienić ze wstydu.
- Cool. - Dziewczyna skinęła jej głową w ramach spóźnionego powitania. -
Eve Monday - przedstawiła się w ramach rewanżu. Potem odwróciła się,
oparła o biurko udami, skrzyżowała ręce pod biustem i utkwiła wzrok w bliźniaczkach na dobre. - Jesteś Echem, Aleo. Jeśli jeszcze ci tego nikt
nie powiedział, to już wiesz.
Erin przyglądała się Eve Monday z coraz większą podejrzliwością i z coraz mocniej zmrużonymi oczami. Głupie imię i dziwne nazwisko.
Alea przełknęła ślinę.
- Myślałam, że jestem Zmiennokształtna?
- Zmiennokształtni to twój rodzaj, tak. Echo to termin określający
osobę, u której w rodzinie zdolności senturalne całkowicie zaniknęły, a potem po wielu pokoleniach nagle pojawiają się niespodziewanie. Mówi
się, że sentura wtedy "odbija się na kimś echem" - wyjaśniła spokojnie.
Beztrosko. - Może się to zdarzyć Czarodziejom lub Zmiennokształtnym. Bo
wcale nie jest tak, że musi się im urodzić senturalne dziecko. Szanse na
człowieka są niższe, ale są. No i bywa tak, że w ciągu kilku pokoleń
rodzina głównie senturalna zmienia się w ludzką. A potem może pojawić
się Echo. - Wzruszyła ramionami. - Łowcy i Wilkołaki rodzą tylko ludzi,
a Wampiry nie żyją, tak że im to się może odbić co najwyżej krwią, nie?
Dopiero gdy Erin poczuła, jak coś gorzkiego rozlewa się jej w myślach,
zdała sobie sprawę, że nadal czekała na swoją przemianę. Z jakiegoś
powodu dopiero ta krótka wypowiedź Eve przekonała ją na dobre, że nic
takiego się nie wydarzy. Nie była zazdrosna. Wcale nie była.
- Sorry, ale co ty tu robisz? - wypaliła ostrzej, niż zamierzała,
szukając upustu dla nieprzyjemnych emocji, które nagle w niej wezbrały.
- Sorry, ale wpadłam w trosce o twoją siostrę - odparła Eve z odrobinę
niebezpiecznym uśmiechem, bez problemu dopasowując swoją energię do
energii Erin. - Nie wierz we wszystko, co będą ci mówili w tej szkole,
Aleo. Jesteś Echem, nie masz więc jak zweryfikować otrzymywanych od nich
informacji, ostrzegam zatem: część tego ich pieprzenia o sojuszu jest
czysto propagandowa. Wyglądasz mi na mądrą osobę, więc po prostu... miej
oczy szeroko otwarte, to moja rada.
- Yyy - zaczęła Alea. Jej rumieniec w końcu zelżał i zaczynała dochodzić
do siebie, ale i tak musiała urwać i odkaszlnąć cicho. - I postanowiłaś...
wskoczyć tu przez okno, żeby mi to powiedzieć? Nie zrozum mnie źle, nie
próbuję być niemiła, ale kim ty jesteś? Poza tym, że Eve Monday,
Zmiennokształtną.
Eve wyszczerzyła się z dziwaczną aprobatą.
- Mówiłam, że wyglądasz na mądrą osobę. Jestem członkinią... Jak by to
prosto powiedzieć... - Urwała na chwilę. - No to może tak. Pracuję dla
pewnej politycznej grupy Zmiennokształtnych. Może być?
- Szczerze, to teraz jest jeszcze gorzej - oznajmiła Erin. - Pracownicy
grup politycznych nie powinni raczej wskakiwać przez okna do sypialni
nastolatek.
- Erin... - jęknęła błagalnie Alea, posyłając siostrze znaczące
spojrzenie.
Eve zachichotała.
- Niezłe. To, co powiem teraz, jest top secret - oznajmiła, nagle
poważniejąc. - Jesteś nie tylko Echem, Aleo. Jesteś Echem z pewnego
bardzo ciekawego rodu Zmiennokształtnych, który już dawno temu wygasł.
Miałaś może nietypowe przemiany?
Ach. Rewelacyjnie. Tego właśnie bliźniaczkom teraz brakowało: więcej
sekretów i dziwnych mocy.
- Przemieniłam się dwa razy w kota sąsiadów - odparła Alea wolno. - Czy
to jest nietypowe?
- Nie. To jest, jeśli mam być szczera, bardzo nudne - odparła Eve bez
ogródek. - Cóż. Teraz to nieistotne. Tak czy inaczej jestem tu, żeby cię
ostrzec. - Jej ton z beztroskiego, a nawet lekko zaczepnego, zmienił się
w całkowicie poważny. W brązowych oczach przestała na chwilę tańczyć
buntownicza iskierka. - Wiem, że się nie znamy. Wiem, że pojawiam się tu
znikąd i mówię ci dziwne rzeczy, i trudno temu zaufać, ale obiecuję ci,
że robię to w twoim interesie. Tak jak powiedziałam: w tej szkole nie
wszystko jest takie, jakie się wydaje. Jeśli zaczniesz zauważać, że
twoje możliwości odbiegają od tych podstawowych, nie mów im. Nie mów
nikomu, bo ściągniesz na siebie straszne rzeczy. Rozumiesz? Nie daj się
nabrać na ten cały pokój i życie w pięknie zorganizowanym systemie. Tam
wszyscy kłamią.
Zapewne była to tylko ich wyobraźnia, ale obie siostry odniosły
wrażenie, że w pokoju zrobiło się nagle zimniej i ciemniej. W ich
głowach pojawiły się dziesiątki nowych pytań, ale coś w sposobie
mówienia Eve sugerowało, że nie mają po co ich zadawać.
- Wybaczcie całe to napięcie - rzuciła Eve po chwili, najwyraźniej
wyczytując niepokój z min bliźniaczek. - To jest dziwna sytuacja także
dla mnie. A przy tym zaskakująco wielkiej wagi. Chciałabym powiedzieć ci
więcej albo nie musieć mówić nic, ale to nie mój wybór. - Znowu
wzruszyła ramionami. - Ale obiecuję ci, Aleo - oznajmiła z determinacją.
- Wam obu, właściwie. Tu po prostu chodzi o twoje bezpieczeństwo. Nie
ufaj wszystkim i nie mów nikomu o tej mocy - powtórzyła. Wyglądała na
szczerze przejętą. Wskazywał na to także fakt, że była gotowa włamać się
przez okno tylko po to, żeby je ostrzec. Szkoda tylko, że nie było wciąż
jasne, przed czym.
Alea już miała zaryzykować i mimo wszystko dokładnie o to zapytać, ale
Eve ją ubiegła.
- O - rzuciła, unosząc palec, i przechyliła głowę w stronę uchylonych
wciąż drzwi od pokoju. - Nudziarz z dołu wreszcie skończył. W takim
razie czas na mnie.
- Przyjechaliście tu razem?! - zdumiała się natychmiast Alea, bo nie
pasowało to zupełnie do wszystkiego, co zostało do tej pory powiedziane.
- Och, nie, nie. - Eve znowu uśmiechnęła się łobuzersko. - Nie jestem tu
z nim, tylko po to, żeby mieć na niego oko. W związku z czym... Adiós!
Trzymajcie się, piękne!
Przez sekundę Erin myślała, że dziewczyna upada na kolana. Zaraz jednak
szlafrok opadł bezwładnie na podłogę, a z jego fałdów w stronę okna
czmychnęła brązowa kuna. Siostry chwilę stały w bezruchu i patrzyły w ślad za zwierzęciem. Im bardziej chciały jakoś przerwać ciszę, tym
bardziej się ona przeciągała.
- Weź mi powiedz, czy ja dobrze rozumiem - zaczęła wreszcie Alea. -
Dzwoni do mnie superszkoła i mówi, że umiem się zmieniać w kota, ale mam
nie mówić ludziom. A potem przychodzi naga laska i mówi, że umiem się
zmieniać w superkota, ale mam nie mówić o tym w szkole.
- No. - Erin zaczęła wolno kiwać głową. - No tak. Na moje oko to kiedy
pojedziesz do tej szkoły, pojawi się starzec z laską innego typu i białą
brodą i powie, że masz wyruszyć na wyprawę, ale nie możesz o tym mówić
kobiecie kunie. A jak pójdziesz na wyprawę, to spotkasz błyszczącego
Wampira, który powie, że ma skórę mordercy, ale nie możesz powiedzieć
już zupełnie nikomu.
- Okej - odparła Alea beznamiętnie. - Fajnie.
2.
Siostrzyczko, gdzie jesteś?
Rok szkolny zaczynał się dla Erin w ostatnim tygodniu sierpnia, dla Alei
na początku września. W dodatku Bloomington leżało prawie dokładnie
między ich rodzinną Columbią na południowym zachodzie stanu Illinois a Chicago na północnym wschodzie. Dzięki temu nietrudno było przekonać
rodziców (oraz opiekunów internatu), by pozwolili Alei spędzić jej
ostatni wolny weekend w dawnej szkole. Miała przenocować w pokoju
siostry, a potem odbyć ostateczną podróż do Szkoły Stypendialnej imienia
Flanagana Mallaroya już sama, pociągiem.
To Alea naciskała najmocniej na taki układ. Całe wakacje spędziła w przekonaniu, że po letniej rozłące wróci do dobrze już znanego miejsca i uściska szkolnych przyjaciół. Po czym nagle wszystko się zmieniło. Nie
mogła zostać w Bloomington, chciała jednak mieć przynajmniej szansę
pożegnać się ze wszystkimi osobiście.
Bliźniaczki miały za chwilę rozpocząć jedenastą klasę: trzeci rok z czteroletniego liceum. Miały być Juniorkami (tylko rok pod Seniorami) i wreszcie doświadczyć, jak to jest prawie wszystkich kojarzyć i prawie
wszystko wiedzieć - rozumieć, którego nauczyciela unikać, które szafki
się zacinają i które jedzenie w stołówce powoduje ból żołądka. Dla Erin
wszystko to wciąż stało otworem. Alea zaczynała od nowa. Czekało ją
wejście do obcej szkoły, do obcej rzeczywistości, od razu na trzeci rok.
Jakby tego było mało, nauka we wszystkich tych elitarnych, wybitnych,
niezwykłych, oszałamiających, no cholera, magicznych - dosłownie i w przenośni - Szkołach Stypendialnych trwała nie cztery, a pięć lat. Co
oznaczało, że Erin wyprzedzi ją w życiu o rok i kto wie, czy Alea
kiedykolwiek ją potem dogoni...?
Była podekscytowana. Jasne, że była. Kto by nie chciał mieć specjalnych
mocy i fascynujących sekretów? Ale uczucie to wcale nie zamazywało
wszystkich innych, które także ściskały ją za serce. Zmiany bowiem
zachodzą niemal zawsze po postacią wymiany: starego na nowe. Aby coś
zyskać, coś trzeba utracić. Alea Lanford nie była jeszcze do końca
pogodzona ze swoimi stratami.
* * *
Ponieważ początek szkoły średniej był czasem, gdy bliźniaczki
przechodziły kryzys indywidualności, uparły się wówczas, żeby nie
mieszkać w tym samym pokoju. Alea wylądowała więc z Julie -
sentymentalną dziewczyną, którą Kosmos chyba po prostu wyciągnął z Romea i Julii, i wrzucił do tej rzeczywistości. Erin dzieliła mały
pokoik z Bethany - sprytną, uszczypliwą brunetką. Razem stworzyły zgraną
czwórkę i spędziły dwa lata na wspólnym popełnianiu błędów, który to
proces niektórzy nazywają dorastaniem.
Erin wyjechała do Bloomington pierwsza i pięć dni spędzone bez niej w domu rodzinnym było dla Alei nieprzyjemną próbką tego, jak dziwnie
będzie przeżyć cały rok oddzielnie.
W sobotę wreszcie dołączyła do bliźniaczki i wraz z Julie oraz Bethany
spędziły dzień na słodko-gorzkiej celebracji rozłąki. W niedzielę trójka
wciąż zapisana do szkoły musiała zgłosić się na dodatkowe szkolenia BHP.
Alea dała znać, że pójdzie w tym czasie na ostatni, sentymentalny spacer
po budynku, gdy więc Erin i Bethany powróciły do pokoju, nieobecność
dziewczyny nie była wcale podejrzana. To znaczy, dopóki Erin nie
zobaczyła zostawionej na poduszce kartki papieru.
Eve mnie potrzebuje. Wrócę po rzeczy w sobotę. Ominę pierwszy tydzień
szkoły. Kryj mnie. - A
- Kochana Aleo, byłabym wdzięczna, gdyby twoje wiadomości brzmiały mniej
jak list od porywacza - wymamrotała pod nosem Erin. Ze zmarszczonymi
brwiami obróciła kartkę kilka razy w dłoniach, upewniając się, że nie ma
w niej żadnego dodatkowego, sekretnego przesłania. Potem przeniosła
wzrok na poduszkę, gdzie leżał telefon komórkowy siostry. - No do
cholery jasnej... - dodała, tym razem już wcale nie rozbawiona.
Czemu, czemu, czemu Alea zostawiła swój telefon i większość rzeczy?
Miała wyjechać, owszem, ale jutro rano, na rozpoczęcie roku w Chicago!
Dokąd pojechała z tą obcą Zmiennokształtną i po co? Na całe pięć dni, ot
tak?!
- Co ta dziewczyna odwala, co? Kim jest Eve? Sobota jest prawie za
tydzień!
Erin niemal podskoczyła w miejscu. Potem odwróciła się gwałtownie,
zgniatając kartkę w dłoni, ale było za późno. Bethany ewidentnie
przeczytała jej przez ramię całą treść. Skubana potrafiła być
niesamowicie cicha.
- Nieważne - westchnęła Erin, próbując zdusić w sobie irytację.
Wiedziała, że Alea jest rozsądna. Nie pojechałaby w ciemno bez powodu,
nie zostawiłaby komórki, gdyby nie musiała, i pożegnałaby się osobiście,
gdyby mogła. Racjonalna strona Erin to rozumiała. W żaden sposób nie
pomagało to jednak uspokoić emocji. Frustracja. Niepokój. Zagubienie.
Pismo było Alei, okoliczności wrzeszczały jednak: porwanie! Tylko że w grę wchodziła także cała ta szalona sentura, przez którą scenariusz
stawał się nagle mniej mroczny i bardziej prawdopodobny. Albo może
właśnie nie...?
W pokoju zaczynało się robić ciasno od samych domysłów Erin. Dobrze, że
przynajmniej Julie teraz z nimi nie było, bo zabrakłoby miejsca.
Bethany w milczeniu obserwowała, jak Erin zaczyna nerwowo krążyć po ich
niewielkiej wspólnej przestrzeni. Nastolatka zgarnęła komórkę Alei,
przez chwilę bezmyślnie otwierała i zamykała kolejne aplikacje, potem
przeszła do biurka z dziwnie nieobecnym spojrzeniem. Zajrzała do szafy,
zajrzała do torby. Widać było, że potwierdza to, co i tak już wiedziała
- Alea wzięła ze sobą tylko kilka rzeczy i zniknęła.
Potem nagle w oczach Erin błysnęło coś nowego. Dziewczyna zamarła, a następnie raz jeszcze podeszła do biurka. Tym razem chwyciła swój leżący
na krześle plecak i zaczęła w nim nerwowo grzebać, aż wreszcie znalazła
portfel. Otworzyła go i zamarła ponownie.
- Dobra, co się dzieje? - odezwała się w końcu Bethany, która wreszcie
usiadła na swoim łóżku, ale nie spuszczała wzroku z przyjaciółki.
- Jak ci powiem, że nie mogę ci nic powiedzieć, ale musisz mi pomóc, to
mi pomożesz? - zapytała Erin wolno, odkładając portfel na blat i odwracając się do Bethany.
- Nie - odparła dziewczyna natychmiast z grobową miną.
- Beth, ja mówię poważnie - jęknęła Erin. - To jest megaważne.
- No ja też mówię poważnie - nie odpuszczała Bethany, wciąż odrobinę
wojowniczo nastawiona. - Laska, nie wiem, co ty i Alea znowu
wykombinowałyście, ale to jest o krok za daleko, okej? Ona sobie w sekrecie pojechała gdzieś na kilka dni? Powaliło ją? My mamy po
szesnaście lat, przecież z tego będą problemy dla szkoły i dla waszych
rodziców, jak coś się stanie! Jak mi nie powiesz, co się dzieję, to
wstanę i pójdę do sekretariatu ogłosić, że ktoś porwał twoją siostrę.
- O jeżu, no przecież...
- Nie no, poważnie mówię. - Bethany wzruszyła ramionami. - Jeśli mam ci
pomóc, to musisz mi dokładnie powiedzieć w czym i dlaczego. I nawet nie
próbuj kłamać, E. Wiesz dobrze, że zawsze potrafię rozpoznać, kiedy
kłamiesz!
* * *
- Dobrze - oznajmiła wolno Bethany, kiedy wysiedziały już odpowiednio
długą chwilę po tym, jak Erin skończyła nerwowo opowiadać całą historię.
- Pozwól, że ja podsumuję. Alea pojechała z jakąś obcą Zmiennokształtną,
podmieniła ci w portfelu twoje świeżo upieczone prawko jazdy na swoje i napisała "kryj mnie". I twój piękny umysł uznał, że to znaczy, że musisz
jutro pójść na rozpoczęcie roku w szkole pełnej dziwnych istot, o której
nie powinnaś wiedzieć i nie powinnaś mi mówić. I w dodatku chcesz, żebym
ja w tym czasie wszystkim mówiła, że leżysz tu w łóżku chora.
- Dlaczego patrzysz na mnie, jakbym postradała zmysły? - zapytała Erin,
lekko urażona.
- Och, no nie wiem - rzuciła teatralnie jej przyjaciółka. - Może
dlatego, że Al pewnie miała na myśli, żebyś... nie wiem. W sumie to nie
wiem. Mam też pytanie za sto punktów, czemu ta kretynka zostawiła swój
telefon! Zresztą tak czy inaczej, twoje przekonanie, że musisz pojechać
za nią teraz do Chicago, to jest jakiś żart.
Erin zmrużyła oczy.
- Podejrzanie szybko i spokojnie zaakceptowałaś tę część, która mówi o istnieniu Zmiennokształtnych, Łowców, Czarodziejów, Wampirów i Wilkołaków - zauważyła.
- Meh. - Beth machnęła ręką lekceważąco. - Po prostu i tak uważam, że
świat jest powalony. Istnienie Zmiennokształtnych nie rusza mnie
bardziej od katastrofy klimatycznej.
- To chyba nie jest zdrowe.
- Dobra, nie zmieniaj tematu! Wiesz, co nie jest zdrowe? Człowiek w szkole dla Wampirów! Serio, Erin, no nie możesz mówić poważnie o tym
wyjeździe. Alea ma wrócić w sobotę, tak? No to ominie ją pierwszy
tydzień nauki. To nie koniec świata. Po cholerę ty się masz tam pchać?!
- Nie rozumiesz! - Erin zaczynała się niecierpliwić. Wszystko było
skomplikowane i wymagało wyjaśnienia, a przy tym cały czas czuła, że
zdradza nie swoje sekrety. Miała wrażenie, że nie ma wyboru, ale i tak
ciążyło jej na sumieniu zdradzenie zaufania Alei. - Ta baba ze szkoły,
która do nas dzwoniła...
- Do Alei - poprawiła ją uprzejmie Bethany.
- ...podkreślała, że trzeba się stawić na rozpoczęcie. Że to jest
superobowiązkowe. Te szkoły stypendialne nie są wyborem. Oni mają jakieś
dziwne wewnętrzne polityki i rozkazują całej młodzieży senturalnej tam
być. To jest jakiś dziwaczny nadzór! Wiedzą, kto nowy się przemienił,
mają też jakiś system dobrowolnej rejestracji... No jeżu, nie mam pojęcia,
jak to wszystko działa, ale jak Alea się nie pojawi, to zaczną jej
szukać. Skontaktują się z rodzicami, to oczywiste, i już wtedy będzie
wielki rozpierdol! Ale potem zaczną jej pewnie szukać tak... wiesz.
Senturalną policją, czy co oni tam mają w tym swoim systemie. A Eve...
- Kobieta-kuna - wyjaśniła Beth, przede wszystkim samej sobie.
- ...Eve mówiła, że to wszystko nie jest takie, jak się wydaje. Że im nie
można ufać. Więc jak jutro na rozpoczęciu w szkole Alea się nie pojawi,
to będzie rozpierdol z rodzicami i rozpierdol z Eve, i pewnie rozpierdol
z nami, bo tu powinni nas pilnować, a zgubili Aleę. I na stówę uznają,
że my wiedziałyśmy o jej ucieczce i nikomu nie powiedziałyśmy.
- Erin?
- Co?!
- My wiemy o jej ucieczce i nikomu nie mówimy.
- O mój jeżu! - jęknęła Erin dramatycznie, jakby nastawienie
przyjaciółki ją wykańczało, ale kąciki jej ust drgnęły ku górze.
Uwaga była nie tylko słuszna, ale także całkiem zabawna. W taki gorzki,
trochę bezradny sposób. Napięcie między nimi w dziwny sposób zostało
rozładowane. Beth nadal siedziała na swoim łóżku, Erin chodziła tam i z powrotem, jakby buzująca w niej energia nie pozwalała jej się zatrzymać
w miejscu. W końcu jednak stanęła, zwrócona twarzą do przyjaciółki, i wsparła ręce na biodrach z determinacją.
- Słuchaj. Ja wiem, że to brzmi, jakbym postradała zmysły, ale tylko na
początku. Bilety na pociąg są kupione. Pojadę jutro, spędzę pięć dni
jako Alea, wrócę tu w piątek, w sobotę przyjedzie Alea. Oddam jej
telefon, odzyskam swoje prawko, pogadamy sobie, a potem ona pojedzie do
Chicago i nikt się nigdy o niczym nie dowie. Ta dam! Proste. - Erin
nawet samej siebie do końca nie przekonała, ale była gotowa uparcie
brnąć w dyskusję, aż Bethany się ugnie i zgodzi jej pomóc.
- Chcesz wiedzieć, co myślę? - zapytała przyjaciółka z ciężkim
westchnięciem.
- A myślisz coś, o czym chciałabym wiedzieć? - zręcznie odbiła piłeczkę
Erin.
- Nie.
- No to nie chcę.
- To masz pecha. - Beth wzruszyła ramionami. - Słuchaj. Wy obie
jesteście chyba jakieś uzależnione od adrenaliny. Jedna lezie w tajemnicy za praktycznie obcą osobą, cholera wie, po co i dokąd, druga
się chce pchać do jakiejś magicznej szkoły.
- Senturalnej - poprawiła ją Erin.
- Nieważne. Nie pozwolę ci na to szaleństwo, E.
Z jednej strony Bethany zdawała się mieć absolutną rację. Erin
rozumiała, jak niebezpieczne jest to, co chciała zrobić. Tylko że
Bethany nie słyszała ostrzeżeń szkoły na temat złamania przepisów ani
ostrzeżeń Eve na temat szkoły. Nie widziała na własne oczy, jak ktoś
zamienia się w zwierzę. Nie okłamywała swoich rodziców i nie stała w obliczu ryzyka, że wszystko zaraz wybuchnie w jeden wielki chaos. Może
Erin reagowała teraz emocjonalnie, ale i bez tych emocji powody
pozostawały takie same! Bethany tymczasem zdawała się wchłaniać to
wszystko jak jakiś film. Trudno było się jej dziwić, nie dostała żadnego
dowodu, tylko masę wiadomości, które brzmiały jak kompletne szaleństwo.
Może i wierzyła swojej przyjaciółce, ale chyba jej podświadomość jeszcze
nie do końca dała się przekonać, że to jest... prawda. Dla Beth Erin i Alea znowu zamieniały się miejscami z jakiegoś tylko dla nich ważnego
powodu. Erin czuła tymczasem, że musi to zrobić, bo inaczej przewróci
się pierwszy klocek wielkiego, straszliwego domina.
- Beth, ja ciebie nie pytam o pozwolenie. Ja cię informuję z nadzieją,
że zdecydujesz się mi pomóc.
- Tak, Erin. Racja. - Przyjaciółka przybrała wojowniczy, ironiczny ton.
- Właśnie poinformowałaś mnie, że wybierzesz się do szkoły pełnej
nieludzkich stworów, z których na pewno przynajmniej część będzie mogła
zrobić sobie z ciebie kolację. I to żeby ukryć fakt, że twoją siostrę
ktoś praktycznie porwał. To świetny plan, ma tylko jedną wadę: JEST DO
DUPY.
Erin z oburzenia aż otworzyła usta.
- Myślisz, że mam wybór? Słuchałaś mnie w ogóle, kiedy ci mówiłam, że
jeśli Alea się tam nie stawi, to nie tylko zaczną stresować naszych
rodziców, ale jeszcze kogoś na nią naślą?! Rozpęta się piekło! Rozpęta
się okropne piekło tylko dlatego, że jej przez chwilę nie będzie.
Podczas gdy tak się składa, że ja mogę być Aleą!
- MOGŁAŚ, Erin, MOGŁAŚ być Aleą! Jeśli dobrze zrozumiałam, twoja siostra
okazała się czymś więcej niż człowiekiem! Niby jak to obejdziesz? A poza
tym może powinni jej szukać? Może powinni niepokoić twoich rodziców? Co
to w ogóle za sytuacja, żeby szesnastolatka sobie znikała na pięć dni z kimś obcym!
- Hej! - Erin podniosła głos, wyrzucając z siebie to jedno słowo ostro,
jak ostrzeżenie. W jej oczach płonął ogień. - To jest Alea! To ona zna
wszystkie fakty, nie my! To ona może podjąć najlepszą decyzję, co z tym
zrobić, więc jeśli mnie poprosiła, żebym ją kryła, to będę ją kryć.
Rozumiemy się?! To jest jej sekret. To ona będzie musiała spędzić cały
rok w miejscu, które jest dziwne, kontrolujące i najwyraźniej nie można
mu ufać. Więc zrobię to, o co mnie poprosiła. Nie każ mi żałować, że ci
to wszystko powiedziałam, Beth - dodała, wciąż rozzłoszczona, jednak już
spokojniejszym tonem.
Bethany wzdrygnęła się lekko. Erin potrafiła wybuchnąć, ale nigdy dotąd
na nią. Przez chwilę widać było w jej oczach strach, jednak jego powodem
nie była sama złość Erin. Chodziło raczej o to, że dopiero ta pełna
pasji reakcja uświadomiła Bethany, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Do tego momentu było wciąż całkowicie odrealnione, teraz nabrało ciężaru
i osiadło między nimi w małym pokoju.
W jednym Erin z pewnością miała rację - to nie one wiedziały, co się tak
naprawdę dzieje.
Cisza się przeciągała. Wreszcie Beth zacisnęła usta i skinęła głową.
Wyglądało na to, że muszą trzymać się razem.
- Rozumiem - powiedziała. Patrzyła, jak ogień w oczach Erin gaśnie i pozostawia po sobie jedynie puste spojrzenie. Nastolatka opadła na
krzesło jak szmaciana lalka.
- Sorry - rzuciła Erin po chwili. - To wszystko jest po prostu... Nie
chciałam na ciebie naskoczyć.
Bethany kiwnęła głową na znak pojednania i znowu przez moment pozwoliły
sobie na wspólne milczenie. Erin odchyliła głowę i spojrzała w sufit.
- Siostrzyczko, gdzie jesteś? - szepnęła cicho.
Sufit nie odpowiedział.
Gdy napięcie zelżało, Bethany na powrót podjęła temat, teraz z nieco
wymuszoną nutą swobody w głosie.
- Naprawdę myślisz, że uda ci się udawać Aleę w tej szkole imienia
Falaflona czy jak mu tam?
- Flanagana. Flanagana Mallaroya - poprawiła ją Erin i na jej ustach
pojawił się cień uśmiechu.
- Jeżu, Flanagan. - Beth też uśmiechnęła się nieśmiało. - Jak szkoła,
której patron ma tak na imię, może być w ogóle brana na poważnie? To
musiał być niezły gość, ten Mallaroy, skoro mimo takiego imienia zrobili
z niego patrona...
- No...
- To już Falafel Mallaroy byłby lepszy...
Spojrzały na siebie i nagle wybuchły śmiechem. To nie był wesoły,
beztroski śmiech. To był głośny, nagły śmiech pełen niepewności. Taki,
który ma zmyć stres z umysłu i niepokój z twarzy. Był im potrzebny i zadziałał. Kiedy w końcu udało im się opanować, obie czuły się odrobinę
lepiej.
- Dobra, E, a tak serio. Mówiłaś, że coś tam już czytałyście o tych
innych rodzajach? Naprawdę możesz tam jechać jako człowiek? Tak, żeby
się nie dać zjeść ani zdemaskować...
- Wydaje mi się, że naprawdę tak - przytaknęła ostrożnie Erin.
Wiedziała już, że tylko Wilkołaki potrafią tak po prostu rozpoznać
innych przedstawicieli swojego rodzaju - jakimś wilczym instynktem i trochę po zapachu. Wampiry tymczasem wyczuwały zapach ludzkiej krwi, ale
tylko po wejściu w tryb polowania. Był to, jeśli dobrze zrozumiała,
specyficzny trans i tylko wtedy ujawniały się ich kły. Tekst, który
czytały z Aleą, zapewniał jednak, że mało kto to praktykuje. We
współczesnym świecie Wampiry pozyskiwały krew w cywilizowany sposób.
Ryzyko, że ktoś przy niej wejdzie w tryb polowania, była równa z tym, że
w stołówce pozostali uczniowie będą patroszyć złowione przez siebie
ryby.
Erin nie czuła się pewna ani swojej decyzji, ani swojego bezpieczeństwa.
To znaczy - stresowała się jak cholera już teraz, chociaż nawet nie
opuściła jeszcze własnego internatu. Wydawało jej się jednak, że
irracjonalny jest właśnie ten strach, a nie jej plan. Wszyscy wyglądali
jak ludzie. Alea była Echem, miała prawo na niczym się nie znać.
Dodatkowo dopiero co obudziły się jej zdolności, normalne więc było, że
nie potrafiła nad nimi w pełni panować i zmienić się na zawołanie.
Dawało to Erin idealne warunki, by się pod nią podszyć. Poza tym to była
szkoła! Jak niebezpieczny mógł być budynek pełen nastolatków,
niezależnie od ich rodzaju?
Da radę. Prawda? Da radę. A jeśli ją nakryją... W najgorszym wypadku
stanie się po prostu to, co stałoby się i tak, gdyby żadna z bliźniaczek
nie pojawiła się na rozpoczęciu. Prawda...?
Jeśli nawet ręce jej się trochę trzęsły, gdy przepakowywała walizki,
nikt nie musiał o tym wiedzieć.
- Mogę zadać ci obraźliwe pytanie? - odezwała się Bethany, kiedy światło
było zgaszone i obie leżały w swoich łóżkach.
- Mhm - mruknęła Erin. Była wykończona stresującym dniem i jednocześnie
zbyt przejęta, by zasnąć.
- Czy w jakimś małym stopniu nie robisz tego też dla siebie? Nie tylko
dla Alei...
- Co? - odparła Erin zbyt szybko, a potem zacisnęła usta, podczas gdy
wstyd objął ją w talii gorącymi dłońmi.
- No wiesz - rzuciła cicho Beth. Ton miała łagodny. Wyrozumiały. Prawie
przepraszający. - Czy nie pchasz się tam też dlatego, żeby to wszystko
zobaczyć. Czarodziejów, Łowców? Cały ten inny świat. Bo Alea jest teraz
jego częścią, prawda? A my... my nie. My jesteśmy nadal tutaj i jutro rano
zaczynamy od matematyki.
- Zazdrościsz jej? - zapytała Erin szeptem, omijając własną odpowiedź.
Przez moment leżały w ciszy.
- Trochę tak - przyznała wreszcie Bethany.
- Ja trochę też - zgodziła się ledwo słyszalnie Erin Lanford.
3.
Za murami
Taksówka prawie najechała na jej stopy, z rozpędu pokonując krawężnik.
Stary kierowca miał srogą twarz i wielkie pomarszczone dłonie. Pomógł
dziewczynie załadować rzeczy do bagażnika, po czym zaczął beztroską
konwersację.
Czy podoba jej się miasto? Czy jest pierwszy raz? Czy na długo?
Erin odpowiadała krótko, z uprzejmym uśmiechem, i marzyła, żeby się
zamknął. Przepychali się przez ulice dobre czterdzieści minut i już
kilka razy odniosła wrażenie, że nadkładają drogi, chociaż w ogóle
przecież nie znała Chicago. Wiedziała, że zapłaci katastroficznie wielką
sumę za tę przejażdżkę. Pewnie całą gotówkę, jaką dali jej rodzice.
Rozważała nawet przez moment, czy się na końcu nie pokłócić albo może
teatralnie rozpłakać w celu wzbudzenia litości, ale kierowca był starym,
wielkim facetem. Nie miała odwagi.
Z każdą kolejną minutą dziewczyna czuła, jak niewidzialna dłoń zaciska
się coraz mocniej na jej żołądku. W nocy spała beznadziejnie, w podróży
w ogóle. W dodatku pociąg miał opóźnienie i nad Erin wisiało teraz widmo
spóźnienia na uroczystość rozpoczęcia roku w Szkole Senturalnej imienia
Flanagana Mallaroya.
Kierowca w którymś momencie zamilkł. Dziewczyna została sam na sam z niespokojnymi myślami i okazało się to tak nieprzyjemne, że prawie
zatęskniła za jego nudnymi pytaniami. Wlepiła wzrok w widok za szybą,
żeby jakoś się rozproszyć.
Dom jej rodziców znajdował się w małej Columbii, ale tuż obok pokaźnego
Saint Louis, Erin myślała więc, że wielkie miasta nie są jej obce.
Jednak, jak się okazało, wcale nie była gotowa na kolosa, jakim było
Chicago. Wieżowce pięły się do nieba niczym posągi wzniesione dla
kapitalistycznych bóstw. Lustrzane szyby budynków błyszczały
majestatycznie w górze, w dole kolorowe szyldy zapraszały gdzieniegdzie
do sklepów i kawiarni. Wszystko drgało w rytmie pośpiechu, a hałas
przebijał się nawet do samochodu, mimo zasuniętych szyb. Budynków nie
było tylko tam, gdzie pod kołami pojazdów przesuwał się asfalt.
Gdy taksówka wreszcie się zatrzymała, miejski gąszcz dookoła zdążył się
nieco przerzedzić - budynki były niższe, ulice mniej zatłoczone, widać
było nawet jakieś skrawki zieleni - niemniej wciąż znajdowali się bez
żadnych wątpliwości w mieście. Erin ze skrzywioną miną zapłaciła
niebotycznie wysoką cenę za przejazd i wyskoczyła na chodnik. Dopiero
kiedy potężna walizka na kółkach i niewiele mniejsza torba znalazły się
bezpiecznie przy jej stopach, dziewczyna rozejrzała się uważniej.
Poczuła przede wszystkim zaskoczenie. Była przekonana, że szkoła będzie
się znajdowała na jakimś odludziu. Na obrzeżach miasta albo w ogóle
kawałek za nim. W szczerym polu, gdzie nikt się nie zapuszcza i skąd
trudno się wydostać.
- Przepraszam, ale czy to na pewno ten adres?! - zapytała, pukając w szybę taksówki. Gdy ta zjechała w dół, Erin powtórzyła pytanie raz
jeszcze, tym razem głośniej, przekrzykując silniki samochodów.
Kierowca kiwnął głową.
- Tu, zaraz za rogiem na lewo! - Wskazał niechętnie ręką w stronę
skrzyżowania znajdującego się kawałek dalej. - Nie wjechałem na teren,
bo nawet od taksówek wymagają dokumentów! Szkoda czasu! Dojdzie
panienka, to dosłownie za rogiem! Tu paręnaście metrów do skrzyżowania,
w lewo wzdłuż muru i już panienka jest w bramie!
Nie czekając na jej odpowiedź, zamknął szybę i odjechał. Erin prychnęła
pod nosem. Za tyle pieniędzy mógł ją chociaż zawieźć dokładnie na
miejsce, a nie gdzieś obok!
Chicago nie bez powodu nazywane było wietrznym miastem. Wiatr utykał na
ulicach otoczonych budynkami i szarpał wszystkich za włosy i ubrania,
szukając drogi ucieczki. Dzień był ciepły, więc Erin miała na sobie
krótki rękaw i teraz na jej przedramionach pojawiła się gęsia skórka.
Minęła kawiarnię urządzoną na parterze biurowca i obeszła róg budynku,
skręcając w lewo, jak polecił jej taksówkarz. Nieomal przejechała komuś
po stopach kołami ciężkiej walizy.
Po przeciwnej, prawej stronie jezdni wszystko wyglądało wciąż normalnie
- ciągnące się budynki, chodnik, śmietniki, lampy uliczne. Po lewej
stronie jakiś czas jeszcze biegła ściana tego samego biurowca, dalej
pojawiał się kawałek zieleni zasadzonej przed wąskim apartamentowcem, a potem... wyrastał mur. Był tak wysoki, że musiała zadrzeć głowę, żeby
dosięgnąć wzrokiem szczytu.
Przystanęła, zszokowana. Mur wypełniał przestrzeń miejską niczym kolejny
budynek, ale zdawał się nie kończyć, ogradzając komicznie wręcz wielki
obszar. Wszystkie budowle naokoło błyszczały oknami, tymczasem on
straszył swoją solidną powierzchnią.
Nie wiedząc właściwie czemu, Erin pomyślała o pieniądzach. Szkoły
Stypendialne pojawiły się sześć lat temu jak grzyby po deszczu. Sto
trzydzieści osiem na terenie Stanów Zjednoczonych, szesnaście w Kanadzie. To nie mogło być tanie, zwłaszcza jeśli budowali w dużych
miastach. Cała ta organizacja senturalna musiała niesamowicie dobrze
radzić sobie w naturalnej ekonomii i dziewczynę ogarnął nagle niepokój,
że szkoła będzie pełna rozpuszczonych, bogatych dzieciaków...
Ktoś potrącił ją, przechodząc pospiesznie obok i wyrywając z zamyślenia.
Dotarło do niej, że ma bardzo mało czasu, jeśli w ogóle nie jest
spóźniona - telefon wrzuciła do plecaka i nie wiedziała nawet, która
jest godzina. Ruszyła więc pospiesznie do przodu wzdłuż muru i szła tak
długo, aż w zasięgu jej wzroku pojawiła się brama. Oba jej olbrzymie
skrzydła stały otworem, zapraszając zarówno pieszych, jak i pojazdy.
Zaproszenie to jednak traciło nieco na sympatyczności, gdy lądowało się
wzrokiem na trzech zagradzających drogę strażnikach. Ubrani byli wszyscy
w szare uniformy z wyszytym symbolem "S" - tym samym, które dziewczyny
znalazły na książkach fantasy.
To był jednak fatalny pomysł. Erin nie miała pojęcia, czemu dociera to
do niej dopiero teraz, ale dotarło i zmusiło do ponownego zatrzymania
się. Jak mogła w ogóle na coś podobnego wpaść? Przecież jest
człowiekiem!
Gapiła się na strażników, panikując po cichu, i niechcący złapała z jednym kontakt wzrokowy. Mężczyzna nie odwrócił oczu, Erin przełknęła
więc ślinę i ruszyła do bramy, czując dodatkową presję.
- Dokumenty? - odezwał się mężczyzna, gdy dzieliło ich tylko kilka
kroków.
Nastolatka zamarła przerażona. Czyżby już ją rozszyfrowali? W pierwszej
sekundzie, zanim zdążyła zrobić choćby jeden krok?! Nie, niemożliwe.
Taksówkarz przecież mówił, że sprawdzają dokumenty już przy bramie...
Weź się w garść.
Zdjęła rękę z uchwytu walizki, a potem zrzuciła z ramienia torbę. Jeśli
jutro obudzi się z zakwasami, nie będzie zdziwiona. Było to tym
przykrzejsze, że targała ze sobą głównie rzeczy siostry. Drżącymi rękoma
wyciągnęła z plecaka prawo jazdy Alei oraz jeden z dokumentów, który
przyszedł w liście. Mężczyzna zerknął na obie rzeczy i kiwnął głową.
- Główne wejście do szkoły, pierwsze piętro i na lewo. Tam jest
sekretariat.
Podziękowała mu nienaturalnie wysokim głosem, załadowała na siebie z powrotem plecak i torbę, chwyciła za rączkę walizki i ruszyła dalej.
Ponad murami widać było nadal zwykłe budynki, ale Erin i tak czuła się,
jakby wkroczyła do innego świata. Gwar ruchliwych ulic i hałas
skrzyżowań został po drugiej stronie. Przez bramę wchodziło się na
brukowany plac, na którym stało w tej chwili kilkanaście samochodów,
dalej rozpoczynały się wąskie pasma zadbanych trawników, aż wreszcie
wyrastał ogromny budynek.
Budowla była wyraźnie współczesna, widać było w niej jednak tęsknotę za
kolumnami, łukami i symetrią architektury starożytnych Greków i Rzymian.
Kremowy budynek wznosił się na cztery kondygnacje, każda wyraźnie wyższa
od standardowych. Miał duże, wąskie okna, płaski dach i imponujące
wejście umieszczone dokładnie pośrodku fasady. Prowadziło do niego kilka
niskich stopni z łagodnymi podjazdami dla wózków inwalidzkich.
Wszędzie kręcili się uczniowie. Erin zaczęła rozglądać się nerwowo na
wszystkie strony, nie potrafiąc zdusić niepokoju. Bała się, że ktoś
nagle wytknie ją palcem i wrzaśnie "człowiek!". Albo gorzej, jakiś
Wampir rzuci się na nią znienacka, obnażając kły. Jeśli wierzyć w to, co
czytała, był to strach irracjonalny, ale co z tego? Uderzał wciąż tak
samo mocno. Przynajmniej wszyscy wyglądali jak ludzie, co przyniosło jej
odrobinę ulgi. Owszem, kilka osób przyjrzało jej się podejrzliwie, ale
chyba z powodu ogromnego bagażu i zadyszki, a nie skandalicznej
tajemnicy.
Przed samym wejściem zrobiła krótki przystanek, wykończona fizycznie i niegotowa psychicznie. Wiedziała jednak, że nie ma wiele czasu. Po
chwili powietrze rozdarł ryk karetki pogotowia mknącej przez ulice
gdzieś po drugiej stronie muru i Erin uznała to za sygnał, że czas iść
dalej. Wzięła głęboki oddech, z grymasem niechęci chwyciła znów bagaże i wkroczyła do szkoły.
Hol był ogromny, jak najwyraźniej wszystko w tej pokręconej szkole.
Słoneczną przestrzeń otaczały dookoła wysokie kolumny, szerokie schody
biegły w górę zarówno z lewej, jak i prawej strony, a gdy zadarło się
głowę, zamiast sufitu widać było kolejne piętro i zagadanych uczniów
opartych leniwie o barierki.
Erin nie zorientowała się, że niedaleko czekają windy, i wdrapała się z bagażami na pierwsze piętro po schodach. Głównie dzięki sile swojego
uporu, bo tej w rękach i nogach już niemal nie posiadała. Była znowu
zdyszana, spocona i na pewno wyglądała tragicznie. Tymczasem wszyscy
inni mieli na sobie eleganckie mundurki szkolne, gotowi na uroczyste
rozpoczęcie roku. Operacja "wtopić się w tłum" nie zaczęła się
pomyślnie. Przeklęła w myślach spóźniony pociąg i miejskie korki.
* * *
Porzuciwszy torby przy ścianie, zapukała w drzwi z ciemnego drewna
opatrzone tabliczką "Sekretariat", a potem wkroczyła do środka, nie
czekając na odpowiedź. Spieszyło jej się, okej?
Przy ukrytym częściowo za kontuarem biurku siedziała blada, znużona
kobieta. Miała mocny makijaż, purpurowy obcisły żakiet i tego samego
koloru kolczyki w kształcie rozgwiazd. Podniosła głowę, poprawiła
okulary w wyrazistych oprawkach i zmierzyła Erin sceptycznym spojrzeniem
jasnoszarych oczu. Przywodziła dziewczynie na myśl jej surową
nauczycielkę geografii, zdecydowanie nadużywającą perfum.
- W czym mogę pomóc? - odezwała się sekretarka. Głos miała ropuchowaty.
Erin po raz kolejny wyjęła z plecaka nieco już pomięte dokumenty i położyła je na kontuarze.
- Właśnie dotarłam i powiedziano mi, że mam się tu zgłosić.
Sekretarka zerknęła na kartkę.
- Dowód tożsamości - odezwała się beznamiętnym tonem.
Erin wręczyła kobiecie prawo jazdy Alei. Ta zaczęła stukać w klawiaturę
komputera. Później chwilę przeglądała coś na ekranie, aż w końcu
odchrząknęła i wstała z miejsca.
Ścianę za nią całkowicie zakrywały szafki i półki, a przed nimi
piętrzyły się wielkie kartony. Kilka z nich stało nawet przed kontuarem,
obok nastolatki. Sekretarka zerknęła znów na Erin.
- Spodnie czy spódniczka? - zapytała ze znużeniem. - I rozmiar.
- Em. - Erin pojęła, że chodzi o mundurek, ale nie była pewna swojej
odpowiedzi. Ona czuła się najbardziej komfortowo w spodniach i nie
pamiętała, kiedy ostatnio miała na sobie coś innego. Była jednak teraz
oficjalnie Aleą, a ta lubiła być na bieżąco z modą i nosiła wszystko:
spodnie, spódniczki, sukienki. - Spódniczka - zadecydowała. - M albo L.
Różnie bywa - dodała. Nie ufała rozmiarówkom, a w dodatku zawsze wolała
rzeczy za luźne niż te "w sam raz".
Sekretarka zmierzyła ją wzrokiem uważniej, ewidentnie próbując ocenić
rozmiar. Potem westchnęła ciężko i ostatecznie coś wybrała.
- Koszula z krojem męskim czy damskim? - zapytała znowu.
- Męskim - odparła Erin natychmiast, tym razem bez cienia zawahania.
Wzdrygała się na samą myśl o materiale ciasno opinającym jej talię i przylegającym pod pachami.
Do czarnej spódniczki i białej koszuli dołączył czarny, wąski krawat.
Każda rzecz zapakowana była w cienką, foliową kopertę. "Plastik",
usłyszała Erin w swojej głowie, wypowiedziane pełnym niechęci głosem jej
siostry. Po chwili na kontuarze wylądował także klucz z numerem 465.
- Musisz zejść na dół i wyjść na dziedziniec. Drzwi, które zobaczysz na
wprost, prowadzą do internatu. Twoje bractwo będzie na samej górze, z wejściem pod symbolem oka.
Erin skinęła głową, po czym spojrzała niespokojnie na zegar na ścianie.
Zostało pół godziny do rozpoczęcia roku szkolnego.
Sekretarka wyłapała jej wzrok.
- Spieszymy się, co? Nic dziwnego, jesteś chyba ostatnia z ostatnich.
Wstyd, spóźniać się już pierwszego dnia.
Kobieta znów się odwróciła i otworzyła jeszcze inną szufladę w wielkim
regale pod ścianą. Grzebała w niej i grzebała, a gdy wreszcie skończyła,
przeszła do następnej. Erin przestąpiła z nogi na nogę.
- Legitymacja - oznajmiła sekretarka, kładąc obok klucza plastikową
kartę.
Dokument nie różnił się specjalnie od legitymacji Erin. Miał inne
zdjęcie, inny kolor i użyto innego fontu, ale dane zawierał te same. No
prawie. Kosmosowi niech będą dzięki, że formalności rodzice i Alea
wypełnili wcześniej, bo gdyby teraz jeszcze została tu zarzucona
papierami, na pewno nie zdążyłaby na czas.
Spróbowała zmieścić wszystkie nowe rzeczy do podręcznego plecaka, ale
udało jej się tam wepchnąć tylko połowę mundurka. Koszulę musiała wziąć
w dłonie, klucz od pokoju wcisnęła do kieszeni spodni i była gotowa
odejść.
- Wyciągnij lewą rękę - rozkazała tymczasem swoim znużonym tonem
sekretarka. Erin wykonała polecenie, zaskoczona. - Dłoń tu. - Popukała w drewniany blat kontuaru. - Odwrotnie - dodała zniecierpliwiona, gdy
nastolatka ułożyła rękę wierzchem do góry.
Kobieta postawiła obok ręki Erin naczynie wyglądające jak olbrzymi
pojemnik na mydło w płynie. Przez jego szklane ścianki widać było dziwną
masę w kolorze brązowego bursztynu. Miała ona nawet charakterystyczny
dla niego połysk i nierówności w barwie oraz złote i czarne drobinki.
Sekretarka przysunęła dłoń Erin pod metalowy kranik i przycisnęła pompkę
kilka razy, aż na skórę nastolatki wylała się niewielka porcja zimnej,
mokrej masy o konsystencji żelu. Następnie zmusiła dziewczynę do
zaśnięcia palców w pięść i wymamrotała pod nosem słowa, które brzmiały
jak w obcym języku.
Erin przyglądała się temu wszystkiemu z głębokim niepokojem, zbyt
zagubiona, by jakkolwiek zareagować. Kiedy tylko sekretarka skończyła
szeptać, nastolatka poczuła mrowienie w miejscu, gdzie wyciśnięto na nią
niemydło. Uczucie to za chwilę rozprzestrzeniło się po całym ciele, a potem minęło.
- Otwórz dłoń - poleciła kobieta, puszczając ją.
Erin wolno rozprostowała palce i wciągnęła głośno powietrze, zaskoczona.
Wizualnie niewiele się zmieniło. Wyglądało to wciąż tak, jakby ktoś
położył duży bursztyn - czy też porcję żelu w kolorze bursztynu - na
wewnętrznej stronie jej dłoni. Masa zachowała charakterystyczny blask,
przejrzystość, i organiczne drobinki, problem polegał na tym, że stała
się płaska. Nie rozgniotła się w pięści Erin, tylko... wsiąkła w ciało. Z bliska widać było nawet pod kolorem i połyskiem naturalną fakturę dłoni.
Gdy dziewczyna przesunęła po tym miejscu palcem prawej ręki, poczuła
wyłącznie ciepło skóry.
Bursztyn był widoczny, ale niewyczuwalny. Dopasowywał się do ruchów
ciała, niczym zagojony tatuaż, wyglądał jednak wciąż trójwymiarowo. Jak
gdyby zamiast wystawać ponad jej skórę, biegł teraz do wewnątrz,
zajmując przestrzeń w głębi organizmu. Mózg Erin nie mógł pogodzić się z tym, jak bardzo sprzecznych informacji dostarczały mu bodźce wizualne i dotykowe.
- To jest twój identyfikator rodzaju. - Beznamiętny głos sekretarki
przebił się przez jej szok. - Na terenie budynku pozostaje w obecnej
formie. Gdy wyjdziesz na zewnątrz, nabierze cech twardej biżuterii i jego obecność stanie się wyczuwalna. Masz obowiązek nosić go w widocznym
miejscu: na dowolnym nadgarstku lub na szyi.
Erin gapiła się na swoją dłoń, raz po raz zaciskając lekko palce, jakby
oczekiwała, że bursztynowa masa wypłynie z jej skóry na wierzch i stanie
się na powrót żelem.
- Ułożenie identyfikatora zmieniać można przez pocieranie - dokończyła
sekretarka.
Zdezorientowanie musiało być bardzo widoczne na twarzy Erin,
przyjrzawszy się jej bowiem uważniej, kobieta westchnęła z niechęcią.
- W ten sposób. - Przycisnęła pulchny palec wskazujący do wtopionego w skórę dziewczyny bursztynu i przeciągnęła go w stronę nadgarstka. Masa
przesunęła się, stawiając jednak odrobinę oporu: jakby ktoś rozcierał
miękką plastelinę o stół. Erin nie poczuła zupełnie nic poza dotykiem
kobiety.
Chwilę obracała rękę na różne strony, przyglądając się nowej dekoracji z fascynacją. Ostatecznie doszła do dwóch konkluzji. Po pierwsze,
identyfikator rodzaju był zaje... super. Absolutnie niesamowity. Po
drugie, nie dało się go zdjąć.
- Przepraszam - zagadnęła ostrożnie, opierając się o kontuar i stając na
palcach, by lepiej widzieć siedzącą za nim kobietę, która wróciła już do
stukania w klawiaturę. - A co, jeśli będę chciała to zdjąć?
Sekretarka zmrużyła oczy.
- A czemu miałabyś to robić? - zapytała wolno. Chwilę przypatrywała się
jej podejrzliwie, po czym opuściła wzrok, uznając rozmowę za skończoną.
Erin ogarnęła nowa fala paniki, a wraz z nią znany już za dobrze ucisk w żołądku. O, Kosmosie, niby jak miała zamienić się z Aleą miejscami w sobotę, kiedy jakiś magiczny identyfikator rodzaju przyssał się do niej
lepiej od pijawki?!
- Uroczystość rozpoczęcia roku rozpoczyna się za dwadzieścia jeden minut
- oznajmiła oschle kobieta.
Dwadzieścia jeden?! Okej, Erin nie miała teraz czasu na martwienie się
czymkolwiek.
Jakimś cudem udało jej się wynieść ze wszystkimi rzeczami na korytarz,
jednak już po kilku krokach zrozumiała, że daleko tak nie zajdzie.
Zarzucony tym razem tylko na jedno ramię plecak już się zsuwał i nie
miała go jak poprawić, bo jedną dłonią ciągnęła walizkę, a w drugiej
trzymała koszulę. Pasek wielkiej torby zwinął się i wbijał się jej
boleśnie w ciało. Nie bardzo wiedziała, dokąd iść, brakowało jej sił,
żeby wszystko tam zanieść, a już na pewno nie miała pojęcia, jak zdążyć
na czas. Do tego została właśnie zaobrączkowana jakimś bursztynowym
glutem, który absolutnie niweczył cały plan zamiany z Aleą! Nie
wspominając już o tym, że była wykończona podróżą i stresem,
rozczochrana i pewnie śmierdziała!
Jakaś zapadnia otworzyła się nagle w jej głowie i emocje wylały się
bezlitośnie, plamiąc wszystko na czarno. Zatrzymała się gwałtownie na
środku korytarza, pozwalając plecakowi ostatecznie zsunąć się z ramienia
i upaść na podłogę. Zrzuciła też torbę, nie mogąc wytrzymać bólu, i po
raz pierwszy od dawna poczuła, jak łzy zbierają jej się w oczach.
- Pomóc ci?
Spokojny głos o przyjemnym brzmieniu odezwał się niespodziewanie tuż
obok. Erin zacisnęła usta, zamrugała szybko, pozbywając się nadmiaru
wilgoci z oczu, i odwróciła głowę.
Kawałek za nią stał młody chłopak i uśmiechał się przyjaźnie. Miał
brązowe, niesfornie kręcone włosy i nieco łobuzerskie spojrzenie. Biała
koszula, zamiast zostać regulaminowo włożona w czarne spodnie, zwisała
swobodnie, pognieciona nieco na samym dole. Jego krawat był
przekrzywiony, a mankiety rękawów podwinięte niedbale.
- Pomóc ci? - powtórzył pytanie i wtedy zorientowała się, że bezczelnie
się na niego gapi, milcząc. Wypuściła głośno powietrze.
- Tak. Kurde, błagam - dodała, nie kryjąc głębokiej ulgi, i podsunęła mu
jeden z bagaży.
Kryzys minął. Wzięła się w garść i pozwoliła sobie zerknąć na
nieznajomego ponownie, tym razem z ciekawością. Chłopak sięgnął po
torbę, a później wyciągnął rękę także po walizkę. Na jego prawym
nadgarstku błyszczała srebrna smuga, roztarta w nierównomierną obręcz.
Tak jak w przypadku bursztynu Erin metal był całkowicie zintegrowany ze
skórą i ewidentnie pozbawiony swojej twardości.
- Jestem Lucas - przedstawił się, ruszając w stronę wind w końcu
korytarza. Nie była to droga, którą tutaj przyszła, ale postanowiła mu
zaufać.
- Erin - odpowiedziała odruchowo w ślad za nim, po czym zamarła.
O jeżu na włościach. Gdyby jej nie wyprzedził, zobaczyłby teraz, jak
przez jej twarz przebiega przerażenie. Podbiegła kilka kroków, żeby się
z nim zrównać, i postanowiła udawać, że nic się nie stało. W milczeniu
przejęła walizkę, nie zgadzając się, by taszczył oba jej bagaże.
- Ja jestem Alea i jestem cholernie spóźniona. Ratujesz mi życie.
Chłopak uśmiechnął się szeroko. Jeśli usłyszał jej wpadkę, nie dał tego
po sobie poznać.
- Nie ma sprawy. Mieszkamy na tym samym piętrze - odparł, kiwając
znacząco w stronę jej nadgarstka.
- Też jesteś... em, Zmiennokształtny? - zapytała, nadal nie potrafiąc
rzucać senturalnymi terminami bez lekkiego zawahania. Brzmiały dla niej
wciąż trochę... śmiesznie. Zupełnie nierealnie.
Lucas zaśmiał się pod nosem.
- Widzę, Aleo, że jesteś nie tylko spóźniona, ale także zupełnie
niedoinformowana. Pierwszy rok?
- Trzeci - poprawiła go, gdy wsiadali do windy. - Ale pierwszy rok
tutaj. Jestem... przemieniłam się niedawno i jestem... Echem? Nic nie wiem.
Tak, wiesz, kompletnie nic nie wiem.
- Ach... - W piwnych oczach Lucasa pojawiło się zaintrygowanie. Winda
dotarła na dół i chłopak skierował ich na dziedziniec. - Bursztyn jest
dla Zmiennokształtnych, srebro dla Wilkołaków. Nasze bractwa są
naprzeciwko siebie, na ostatnim piętrze - wyjaśnił. - Jesteśmy na tym
samym roku - dodał jeszcze. - Tylko że ja trafiłem tutaj pod koniec
pierwszego.
- O! - ucieszyła się Erin, od razu mając nadzieję, że trafią im się
wspólne zajęcia. Potem sobie przypomniała, że to nie jej szkoła. - To
nie jest takie trochę... niewłaściwe, że nas oznaczają rodzajami? I grupują w pokojach? Powiedzieli mi, że szkoły powołano w celach
integracyjnych...
Lucas chciał odpowiedzieć, ale wchodzili właśnie do internatu i musieli
wyminąć sporą grupę uczniów, która spieszyła się w drugą stronę. Kiedy w końcu przepchnęli się do środka, powitał ich kolejny wielki hol, chociaż
nie tak ogromny jak ten w sektorze szkolnym. Dokładnie na wprost
znajdowały się nieprawdopodobnie szerokie schody, które zwężały się w miarę wznoszenia do góry. Już miała wewnętrznie jęknąć, myśląc, że Lucas
kieruje się w ich stronę, ale chłopak odbił na prawo, gdzie znajdowały
się windy.
- Ta szkoła jest po to, żebyśmy żyli w pokoju i więcej o sobie nawzajem
wiedzieli. Nikt nie mówi, że mamy się trzymać za rączki i tańczyć razem
dookoła ogniska. Zwłaszcza kiedy każdy rodzaj jest trochę specyficzny,
na swój własny sposób. Poza tym to jest głównie dla bezpieczeństwa. -
Uniósł rękę, podkreślając, że ma na myśli identyfikator. - Nauczyciele
wolą mieć świadomość, kto jest kim. Lepiej dla wszystkich, moim zdaniem.
Posadź nas niechcący z Wampirami w jednej ławce, to nikt się niczego nie
nauczy, bo czternaście lat temu nasze rodzaje w tym kraju urządziły
sobie nawzajem polityczną masakrę i nikomu jeszcze na dobre nie przeszła
ta niechęć.
Wyszczerzył się na koniec, jakby był to powód do dumy. Erin przetrawiała
to, co usłyszała, w milczeniu. Nadal też jeszcze nie do końca pogodziła
się z faktem, że rozmawia z Wilkołakiem. A propos...
- A to nie jest trochę okrutne, że akurat wy nosicie srebro? - zapytała,
kiedy wsiadali do windy. Czytała z Aleą, że Wilkołaki mogą umrzeć tylko
od ran zadanych srebrem (lub ze starości). Wszystkie inne obrażenia,
chociaż goiły się boleśnie i w ludzkim tempie, kończyły się zawsze
regeneracją organizmu. Lucas, nieświadomy jej toku myślowego,
nonszalancko przycisnął numer trzy. - W sumie, to w ogóle jest
faktycznie srebro i bursztyn czy tylko tak wygląda?
- Skubaństwo jest magiczne, więc kto wie, co do tego dodali. Ale chyba
prawdziwe metale i minerały są używane, żeby to zrobić. - Wzruszył
ramionami. Widać było, że po roku z kawałkiem, który spędził w tej
szkole, identyfikatory już nie robią na nim wrażenia. - Łowcy to onyks,
Czarodzieje to perła, a Wampiry to złoto, jakby co. Odpowiadając na
twoje pierwsze pytanie: srebro jest wrażliwe na senturalną energię
księżyca. Tak samo jak nasz rodzaj. Rany nim zadane są dla nas wyjątkowo
niebezpieczne, dlatego że w pewnym sensie nadajemy na tych samych
falach. Trochę tak jak to powiedzenie, że najmocniej zranić cię może
osoba, z którą jesteś emocjonalnie najbliżej, nie? Więc to nie tak, że
nienawidzimy srebra. Wręcz przeciwnie.
Było to... sensowne. Szokująco sensowne.
Wysiedli z windy. Nieco na prawo znajdowały się drzwi prowadzące na duży
kamienny balkon, na lewo z podłogi wyłaniały się kręcone schody.
Prowadziły tylko w dół, bo znajdowali się na ostatnim piętrze.
Lucas gestem zaprosił ją, by ruszyła przodem przez niewielki hol. Dwie
pary ciemnych, wysokich, dwuskrzydłowych drzwi znajdowały się dokładnie
naprzeciwko siebie, a nad każdym ze skrzydeł wysoko pod sufitem wisiał
obraz.
Po jednej stronie z płótna patrzyło na nich oko z dziwacznie eliptyczną
źrenicą. Obraz pogrążony był w bogatych odcieniach ciemnych zieleni i bursztynowych brązów. Z abstrakcyjnych smug farby wyłaniały się
rozpoznawalne kształty, wciąż jednak nieco zdeformowane, jakby
wyciągnięte z sennej wizji - nad okiem ciążyła powieka z mchu, za nim
drzewa wyciągały gałęzie w różne strony, tworząc leśny półmrok, a wśród
nich chowały się sylwetki najróżniejszych zwierząt. Całość była równie
hipnotyzująca, co niepokojąca.
Naprzeciwko w ramie zamknięto wilka. W szarej sierści mieniły się plamy
srebra, odbijane przez wymalowany na górze księżyc w pełni na tle
aksamitnych granatów nocnego nieba. Erin już miała odwrócić wzrok, gdy
nagle zdała sobie sprawę, że zwierzę nie jest samo. Wśród grubych warstw
ciemnej farby, które po zmrużeniu oczu wyglądały jak skały, przemykały
kolejne, wilcze postacie.
- Mogę wejść? - zapytał Lucas, kierując się pod drzwi z okiem, za
którymi znajdowało się, jak to określiła sekretarka, bractwo
Zmiennokształtnych.
Erin spojrzała na niego dziwnie.
- To wasz teren - wyjaśnił chłopak i spojrzał wymownie na jej
identyfikator. - Nasze piętro żyje w przyjaźni, ale i tak zasady mówią,
że musisz wyrazić zgodę. Werbalnie - dodał i mrugnął zaczepnie.
Najwyraźniej Erin nie była subtelna w swoim popadaniu w pełne zdziwienia
milczenie.
- Właź - rzuciła z udawaną niecierpliwością, licząc, że odwróci jego
uwagę od lekkiego rumieńca, który wziął się absolutnie znikąd i bez
powodu. Totalnie bez powodu.
Lucas uśmiechnął się szeroko, choć nadal z tą charakterystyczną nutą
absolutnego spokoju, i pchnął drzwi. Były ciężkie. Na takie zresztą
wyglądały - niepotrzebnie wysokie, niepotrzebnie grube, z wielkimi
zawiasami. Siła, z jaką chłopak na nie naparł, ostatecznie to
potwierdziła.
Bractwo Zmiennokształtnych wyglądało zaskakująco przeciętnie: korytarz -
wąski w porównaniu z tymi, którymi szła do tej pory - i rzędy zwykłych
drzwi, każde oznaczone liczbą zaczynającą się od czwórki. Erin odniosła
wrażenie, że są to pierwsze drzwi normalnych rozmiarów, jakie zobaczyła
od czasu wejścia do szkoły. Wolną ręką wygrzebała z kieszeni klucz, by
przypomnieć sobie numer pokoju. Gdy zatrzymali się wreszcie we właściwym
miejscu, Lucas spojrzał na nią z kolejnym, lekko łobuzerskim uśmiechem.
- Spadam złapać swojego współlokatora - oznajmił. - Przebieraj się
szybko i leć do auli, bo inaczej się spóźnisz. To będzie miejsce
dokładnie nad głównym holem części szkolnej, tylko na drugim piętrze.
Znajdziesz je na pewno, bo każdy tam teraz idzie.
Erin kiwnęła głową i dopiero wtedy poczuła, że jej kitka całkowicie się
poddała i zwisa teraz luźno gdzieś przy uchu, potargana. Ach, no tak,
zupełnie zapomniała, że wygląda obecnie fatalnie.
- Dzięki za pomoc z torbami - rzuciła i uśmiechnęła się szczerze. -
Ocaliłeś mnie.
- Nie ma sprawy. - Wilkołak wsunął ręce do kieszeni spodni, zamiast
odejść. - Słuchaj, tak jak wspomniałem, ja zostałem przemieniony niecałe
półtora roku temu. Wrzucili mnie tu na ostatnie miesiące nauki w pierwszym roku liceum. Zupełny szok. Wiem pewnie lepiej, co teraz
czujesz jako Echo, niż większość Zmiennokształtnych, którzy mają
senturalne rodziny. No i mówię ci, będzie okej. Ta szkoła to jakiś
obłęd, ale nie tylko w negatywnym sensie.
- Ehm... dzięki? - Erin nie kryła niepokoju, który na nowo ją ogarnął.
Lucas natychmiast wychwycił zmianę w jej nastroju.
- Hej, spokojnie. Trzymaj się z dala od elity Wampirów, unikaj szalonych
Czarodziejów i nie próbuj żartować z Łowcami, to będziesz bezpieczna. -
Uśmiechnął się przekornie, ale chyba nie do końca kpił. - Do zobaczenia
w auli - dodał i tym razem faktycznie odszedł.
Erin została sama na pustym korytarzu. Większość uczniów pewnie dawno
już czekała na rozpoczęcie, dlatego całe bractwo było takie opustoszałe.
Musiała się spieszyć. Jeżu, spieszyła się przez ostatnią godzinę i zaczynała mieć tego stanu serdecznie dość.
Wsunęła klucz do zamka, ale nie chciał się przekręcić we właściwą
stronę. Nacisnęła więc klamkę i okazało się, że drzwi są już otwarte.
Zatrzymała się na moment, nim pchnęła je dalej. Przymknęła oczy, wzięła
głęboki oddech i przypominając sobie, żeby tym razem przedstawić się
jako Alea, otworzyła pokój numer 465.
Pomieszczenie było niewielkie, ale przytulne, z białymi ścianami i meblami z jasnego drewna. Po prawej stronie na pojedynczym łóżku
siedziały dwie dziewczyny. Erin postawiła swoje torby na ziemi i zawiesiła wzrok na współlokatorkach.
- Jesteś! - wykrzyknęła jedna, zrywając się z miejsca. Była niska, miała
pełne policzki i piegi rozsypane po jasnej twarzy. Część blond włosów
spięła w dwa urocze koczki, reszta opadała do ramion, lekko pofalowana.
Przez chwilę wyglądała, jakby miała zamiar rzucić się Erin w ramiona.
Potem jakby dogoniło ją zmieszanie. Spuściła wzrok i poprawiła beżowe
okulary na nosie, onieśmielona. Ostatecznie wyciągnęła jedynie rękę. -
Nazywam się Lizzy, będziemy razem mieszkać - przedstawiła się już
znacznie ciszej. Pod jej brwiami migotały sztuczne diamenciki:
zwieńczenie kolorowego, artystycznego makijażu.
- Alea - odpowiedziała Erin nieco oszołomiona i uścisnęła jej dłoń.
Druga dziewczyna zdawała się przeciwieństwem pierwszej lokatorki. Była
szczupła, wysoka i na przybycie Erin zareagowała raczej obojętnie:
podniosła się wolno, bez entuzjazmu. Czarne, bardzo drobne loki ścięte
miała tak krótko, że doskonale widoczne były jej uszy z niewielkimi
srebrnymi kolczykami. Biżuteria połyskiwała wyraźnie na tle chłodnego
brązu skóry.
- Tatiana Lennox - przedstawiła się, mierząc nową współlokatorkę uważnym
spojrzeniem ciemnych oczu. Ton miała zdystansowany i nie podeszła
bliżej.
- Czekałyśmy na ciebie! Musisz się pospieszyć, bo zaraz wszystkie
będziemy spóźnione - zauważyła nieśmiało Lizzy. - Przebierz się tutaj,
będziemy na korytarzu.
Erin nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wygrzebała z torby dezodorant i nałożyła go pospiesznie pod pachy, wciągnęła na siebie koszulę i spódniczkę, ponownie splątała włosy w niedbały węzeł z tyłu głowy i zerknęła w duże lustro zawieszone na drzwiach. Na jego krawędziach
przyczepione były różne naklejki i kilka zdjęć. Zrobiła sobie mentalną
notatkę, że to będzie dobre miejsce na zawieszenie kolekcji polaroidów
Alei. Odbicie sugerowało, że nie wyglądała tragicznie. A jeśli nawet
było inaczej, miała to chwilowo trochę gdzieś.
* * *
Tatiana i Lizzy pokierowały ją w stronę kręconych schodów. Podobno z części mieszkalnej budynku można było dostać się do szkolnej na skróty
przez balkony nad dziedzińcem, ale nie zostały one jeszcze otwarte.
Oznaczało to, że musiały zejść na sam dół.
Pokonując kolejne poziomy spiralnych schodów, Erin zerkała na boki z zaciekawieniem mimo pośpiechu. Piętro niżej znajdował się taki sam hol z taką samą parą ustawionych naprzeciwko siebie drzwi, ale obrazy
oczywiście się różniły. Jeden - skąpany w złocie i karmazynowej
czerwieni - był zaskakująco realistycznym portretem grupowym trzech
kobiet. W drugim przeważał fiolet oraz łagodne odcienie jasnych
szarości, które budowały dziwaczne, trochę niepokojąco powykręcane
drzewo. Ostatni, na pierwszym piętrze, przedstawiał antyczną kuszę w kolorze piaskowej żółci na tle ciemnych brązów i głębokiej czerni.
Minęły główne wejście do internatu, które umieszczono nietypowo na
drugiej kondygnacji, i wybiegły na dziedziniec przez tylne drzwi na
parterze. Wpadły do sektora szkolnego, wspięły się na wielkie schody,
odbiły znów w prawo i stanęły (cóż za niespodzianka) w potężnych
drzwiach prowadzących do ogromnej sali, zatłoczonej i wypełnionej
szmerami rozmów.
Aula była wysoka na dwie kondygnacje i wyglądała jak wyjątkowo duża,
wyjątkowo elegancka sala wykładowa. Lekko zaokrąglona scena wyposażona w ekran do projekcji została umieszczona na podeście, a siedzenia wznosiły
się amfiteatralnie w górę w pięciu osobnych sektorach. Ściana za ich
najwyższym rzędem została przeszklona. Przez szyby zobaczyć można było
korytarz, a po jego drugiej stronie okna z widokiem na zewnątrz budynku.
Zdyszane nastolatki dotarły na ostatnią chwilę. Prawie wszyscy uczniowie
siedzieli już na miejscach, podczas gdy część kadry nauczycielskiej
ustawiła się z tyłu sceny i widać było, że już szykują się do
przemówienia. Lizzy i Tatiana natychmiast pokierowały Erin w stronę
konkretnego sektora. Gdy tylko znalazły trzy wolne miejsca i usiadły,
dziewczyna powróciła do rozglądania się.
W pierwszym (licząc od lewej) z pięciu długich sektorów, które ciągnęły
się od sceny w dole po przeszkloną ścianę na górze, większość osób
siedziała spokojnie. Uczniowie ci mieli dość wysportowane sylwetki, miny
głównie skupione lub nieco beznamiętne i rozmawiali szeptem, ewidentnie
mając na uwadze to, że uroczystość ma się lada chwila rozpocząć. Erin
była za daleko, by przyjrzeć się ich twarzom, ale gdyby nie to,
dostrzegłaby, że w grupie przeważa ciemny kolor oczu. Tęczówki ciemniały
podczas transformacji w Łowcę: o ton, dwa, a czasem aż do czerni. Na ich
nadgarstkach pobłyskiwał wtopiony w skórę czarny onyks.
Osoby z następnego sektora w oczach miały fiolet. Niektóre elektryzowały
fiołkową barwą, inne lśniły kolorem ciemnej śliwki, który z daleka łatwo
było pomylić z brązem czy czernią, jeszcze inne zawierały jedynie
lawendowe drobinki przy źrenicy. Tym, co łączyło wszystkich, były także
nitki bieli we włosach - zazwyczaj niezauważalne lub pozorujące lekkie
siwienie, jednak w skrajnych przypadkach utworzyć mogły całe pasma bez
koloru. Wśród najróżniejszych kolorów skóry każdy, co do jednego,
odznaczał się chłodną tonacją. Ich identyfikator przypominał masę
perłową. Czarodzieje.
W kolejnym sektorze uczniów łączył jedynie fakt, że każdy wydawał się
Erin niesamowicie atrakcyjny wizualnie, niezależnie od wagi, wzrostu,
typu urody czy ubioru. Właściwie osoby te były odrobinę zbyt idealne, co
sugerowało działanie jakiejś senturalnej sztuczki. Nawet w ich wierceniu
się czy robieniu nieatrakcyjnych min było coś pełnego gracji. Erin
dopiero po chwili dostrzegła połyskujące wszędzie złoto identyfikatora
oznaczającego wampiryzm i wzdrygnęła się, zażenowana, jak łatwo oszukał
ją urok drapieżników. Pocieszyć się mogła tylko tym, że grupa ta była
zdecydowanie mniej liczna od pozostałych.
Wśród Zmiennokształtnych nie widać było niczego szczególnego. Podobnie
sprawy się miały z Wilkołakami obok. Podejrzewała, że nie przypadkiem
ich internaty znajdują się na tym samym piętrze. Łączyła ich zdolność
transformacji - na zupełnie innych zasadach i w inny sposób, ale jednak
- i u obu rodzajów sentura ulokowała się przez to w całości po ich
zwierzęcych stronach. W ludzkich formach wyglądali absolutnie zwyczajnie
- bez piętna magii w kolorze oczu czy włosów, bez aury nieśmiertelnego
piękna.
Erin uśmiechnęła się blado, gdy niechcący skrzyżowała wzrok z Lizzy.
Kiedy wchodziła do szkoły, odczuła ulgę, że wszyscy wyglądają jak
ludzie. Tymczasem teraz wyszło na jaw, że sentura po prostu rozmywa się
w naturze. Wystarczyło ich zgromadzić rodzajami i różnice zaczynały być
dostrzegalne. Miała cholerne szczęście, że przyszło jej udawać
Zmiennokształtną. Nie uszłaby za Łowcę czy Czarodzieja.
W sali robiło się coraz głośniej, szmery zniecierpliwionych uczniów
odbijały się echem od wysokiego sufitu. Erin było trochę duszno. Plamy
słońca, które docierało tu zza okien przez szklaną ścianę, padły akurat
na sektor Zmiennokształtnych. W końcu z głośników rozmieszczonych
naokoło odezwało się chrząknięcie. Powoli wszyscy zaczęli milknąć.
Na środku podestu przed mikrofonem stała przygarbiona kobieta. Wydawała
się chwiejna i słaba, zjedzona przez czas: skórę w kolorze surowej umbry
pokrywała sieć głębokich zmarszczek, wyprostowane i spięte w kok włosy
siwiały intensywnie. Zakaszlała cicho, nim zaczęła mówić.
- Szanowne uczennice, szanowni uczniowie - jej głos okazał się pełen
siły - witam was w Szkole Senturalnej imienia Flanagana Mallaroya.
Lizzy nachyliła się w stronę Erin.
- Na którym będziesz roku? - szepnęła. - Ja zaczynam trzeci, a Tatiana
czwarty.
Erin spojrzała na starszą Zmiennokształtną. Tatiana odpowiedziała nieco
wymuszonym uśmiechem. Nie przepadała za spędzaniem czasu w miejscach
pełnych innych osób. Ani za rozmową z nieznajomymi. A także za
poznawaniem nowych osób... Generalnie, najlepiej się czuła we własnym
towarzystwie.
- Też trzeci - odszepnęła Erin. Potem zmarszczyła lekko brwi. - Ej, a czemu to liceum ma pięć lat? - zapytała, nachylając się bliżej.
Lizzy nie odpowiedziała, tylko spojrzała wyczekująco na Tatianę. Ta
chwilę przyglądała się współlokatorkom sceptycznie, jakby rozważała, czy
powinna zabrać głos. Wreszcie westchnęła i rozpoczęła cichy wykład.
- Dla zapasu. Czarodzieje i Zmiennokształtni rodzą się tacy, jacy są,
ale u tych drugich zdolność ujawnia się dopiero w wieku nastoletnim.
Wampiry, Łowcy i Wilkołaki są przemieniani, co znaczy, że każdy może się
nagle stać jednym z nich. Wszystkim rządzi przypadek. Jeśli chcą nas
razem wychować w jednej szkole, to wiadomo, że lepiej mieć zapas.
- Zapas... zapas czego? - Erin zmarszczyła brwi.
- Zapas lat. Ty trafiłaś tu na trzeci rok - zauważyła Tatiana. Ton miała
trochę ponury. - Gdyby to było normalne liceum, spędziłabyś tylko dwa
lata na uczeniu się o nowym porządku. A tak, spędzisz trzy. Nikt z dorosłych najwyraźniej nie czuł wyrzutów sumienia, okradając nas z roku
życia - dodała gorzko. - A ludzi łatwo przekonać, że to nowy model tego
elitarnego nauczania.
- Szzz! - Ktoś obok je uciszył, z irytacją przykładając palec do ust.
Erin posłusznie zamilkła, choć nie brakowało jej kolejnych pytań.
Spróbowała skupić uwagę na staruszce, która kontynuowała przemowę.
- Jestem pewna, że wielu z was doskonale nas zna - zmierzyła tłum
bystrym spojrzeniem ciemnofioletowych oczu - ale pozwólcie, że ze
względu na nowo przybyłych oficjalnie przedstawię teraz naszą Radę
Pięciu.
Wśród słuchaczy przeszedł szmer. Ci, którzy byli w szkole od kilku lat,
znali wszystkie przemówienia na pamięć i już zaczynali się
niecierpliwić. Tymczasem Erin z zaciekawieniem spoglądała na podest.
- Zacznę może od zmian. Z przykrością oświadczam, że musieliśmy pożegnać
się z Abrahamem Hortonem. Od dzisiaj miejsce Łowcy w Radzie przejmie
Margaret Johnson, która w tym roku przeniosła się do nas na stałe. -
Czarodziejka gestem zaprosiła do przodu wysoką, zaskakująco młodą
kobietę, z włosami koloru słomy splecionymi w gruby warkocz. - Profesor
Johnson będzie także prowadziła zajęcia z samoobrony.
Łowczyni zatrzymała się w lekkim rozkroku, splotła dłonie za plecami i obiegła salę czujnym spojrzeniem ciemnych, praktycznie czarnych oczu,
które kontrastowały mocno z jej jasną cerą. Z tłumu uczniów wyrwały się
pojedyncze gwizdy i okrzyki - wśród setek dojrzewających nastolatków
znalazło się kilkoro na tyle nieprzyzwoitych, by na głos skomentować
atrakcyjność nowej członkini Rady.
Lizzy westchnęła z wyraźną zazdrością, najwyraźniej także ujęta silną
sylwetką i urodą Margaret Johnson.
- Kolejna członkini rady, Simran Dhami - kontynuowała stara
Czarodziejka, kiedy tylko tłum się uspokoił.
Do młodej Łowczyni dołączyła kobieta w eleganckiej bordowej sukience.
Minę miała skupioną i trzymała się nienagannie prosto. Chociaż przeżyła
już wiele, wiele lat, jej ciało zastygło w wieku około czterdziestki:
długie ciemne włosy nie rosły ani nie wypadały, skóra nie mogła zyskać
nowych zmarszczek. Także była piękna, ale w ten chłodny, surowy sposób,
który Erin zaczęła już kojarzyć z Wampirami.
- Charles Ormond - wyliczał dalej zachrypnięty głos staruszki.
Natychmiast pojawił się obok niej duży mężczyzna z krzaczastą brodą na
widocznie zarumienionej twarzy. Najgłośniejsze wiwaty rozległy się w sektorze Wilkołaków, ale osoby z innych bractw też dały wyraz sympatii.
- Oraz Benedict Alard.
Ostatnim zapowiedzianym był wysoki, przystojny mężczyzna z czarnymi
kręconymi włosami. Wsunął jedną rękę do kieszeni dobrze skrojonego
szarego garnituru i pomachał uczniom z lekkim zakłopotaniem. Oklaski
rozległy się naokoło Erin, głośniej niż dotychczas, i dziewczyna
zrozumiała, że musi być on Zmiennokształtnym.
- Na koniec zostaję ja sama, Lucille Landerson. Teraz Charles, wprowadź,
proszę, naszych uczniów w historię szkoły.
Podczas gdy brzuchaty Wilkołak zamieniał się przy mikrofonie miejscem z Lucille, Erin zwróciła się w stronę współlokatorek.
- Czym jest właściwie ta Rada Pięciu? - wyszeptała.
- To jest Rada Pięciu Dyrektorów - wyjaśniła Lizzy.
Erin zmarszczyła brwi, nie do końca rozumiejąc.
- Mamy tu aż pięciu dyrektorów?!
- Pięć razy więcej problemów, pięć razy więcej zasad i pięć razy dłużej
się czeka na jakąkolwiek decyzję - potwierdziła Tatiana ponuro.
Erin trudno w to było uwierzyć.
- Po cholerę jednej szkole pięciu dyrektorów? - drążyła dalej temat
przyciszonym głosem, podczas gdy Charles Ormond opowiadał o tym, jak
osiem lat temu przedstawiciele pięciu rodzajów, nazywani czasem także
Wielką Piątką, oficjalnie zawarli polityczny sojusz obejmujący teren
Stanów Zjednoczonych i Kanady. Zaczął się wtedy dwuletni proces
integrowania rodzajowych administracji, czego wyrazem były między innymi
obowiązkowe szkoły senturalne, otwarte w obu krajach. Ze słów Wilkołaka
Erin dowiedziała się też, że Lucille Landerson jest nie tylko dyrektorką
Mallaroy, ale także przywódczynią jednego z ważnych czarodziejskich
klanów i obecną reprezentantką całego rodzaju Czarodziejów w stosunkach
politycznych. Co w uproszczeniu oznaczało, że na podium stała jedna z najważniejszych Czarodziejek tego kraju i jedna z pięciu osób, które
podpisały wielki sojusz osiem lat temu.
- Nie gadaj, tylko słuchaj - szepnęła Tatiana, pozostawiając pytanie
Erin bez odpowiedzi.
- Każdy z naszych rodzajów ma indywidualną historię, ale jak wiemy,
wiele razy w przeszłości przychodziło nam się spotkać: zarówno we
współpracy, jak i w sporach - kontynuował Charles Ormond, raz po raz
odchrząkując głośno i odgarniając potargane włosy z twarzy. - Zapisały
się też w przeszłości brutalne akty nienawiści, z których dzisiaj możemy
wyciągać naukę, aby ich nie powtórzyć. Jak z pewnością wiecie, sojusz to
rewolucyjny krok, chcemy bowiem nie tylko cieszyć się pokojowymi
stosunkami, ale także zacząć wreszcie budować wspólną politykę i ekonomię - tak, by Stany Zjednoczone i Kanada stały się przykładem
zorganizowanej sentury, w pełni wykorzystującej potencjał zarówno
naszych rodzajów, jak i rozwijającego się wciąż świata dookoła. Szkoły
senturalne są ważnym krokiem w tych zmianach. To wy, nowe pokolenie
sentury, macie szczególną okazję, by odrzucić dotychczasowe uprzedzenia
i niepokoje. Pozwólcie, by zmiany stały się... em... - Dopiero zająknięcie
niskiego, głębokiego głosu profesora przyciągnęło uwagę Erin i dostrzegła, że mężczyzna czyta z kartki. - ...by stały się ważną częścią
waszego życia i pozwoliły wam kroczyć w przyszłość nie tylko z wzajemnym
szacunkiem, ale także w przyjaźni.
Ktoś obok dziewczyn prychnął cicho pod nosem. Nie było to specjalnie
zaskakujące. Erin była w szkole dopiero chwilę, a już odniosła wrażenie,
że do przyjaźni pięciu rodzajom jeszcze daleko.
- Czyli Rada Pięciu jest po to, żeby uczcić zgodę pięciu rodzajów? Taka
metafora i w ogóle? - wyszeptała znów Erin, nie potrafiąc powstrzymać
ciekawości. - Nie jest to meganiepraktyczne? Z takiej strony, wiecie,
logistycznej...
Rada Pięciu Dyrektorów, Wielka Piątka politycznych przedstawicieli
rodzajów... Kosmosie. Gdyby raz zapomnieli w tytułach podkreślić, ile ich
jest, toby się siebie nie doliczyli? Wszystko to wydawało się Erin
trochę zbyt pompatyczne.
- Każda szkoła ma Radę Pięciu zamiast jednego dyrektora, żeby uniknąć
konfliktów - przerwała jej odrobinę już zniecierpliwiona Tatiana. -
Słuchałaś tego przemówienia czy nie?
Lizzy poklepała Erin symbolicznie po ramieniu, słysząc ton przyjaciółki.
- Nie martw się, ona w ten sposób wyraża miłość - pocieszyła ją, a potem
uśmiechnęła się promiennie do Tatiany. Starsza Zmiennokształtna
odwróciła głowę, żeby nie miały szansy dostrzec sympatii w jej ciemnych
oczach, bo źle się czuła, zdradzając innym własne emocje. Lizzy
tymczasem nachyliła się jeszcze bliżej do Erin.
- Słuchaj, tak jak profesor Ormond powiedział, sojusz zawarto osiem lat
temu. To bardzo niedawno, co nie? Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że
Wampiry są długowieczne, a Czarodzieje zazwyczaj bez problemu docierają
do setki! No a polityka senturalna jest skomplikowana, bo nie dość, że
masz pięć rodzajów, to jeszcze różne podziały terytorialne na każdym
kontynencie. Tak że nawet jak u nas jest pokój, to gdzie indziej może
trwać senturalna wojna rodzajowa i to też się odbija na nastrojach. Tu,
w Mallaroy - zaczęła, używając skróconej nazwy szkoły, która
funkcjonowała wśród uczniów - są dzieciaki, których rodzice lub wujkowie
albo dziadkowie mogli stać po przeciwnych stronach tego czy innego
sporu. Czasem nawet wojny! Ostatni wielki konflikt Wampirów i Wilkołaków
na naszym kontynencie zakończył się oficjalnie na przykład dopiero
kilkanaście lat temu. Więc atmosfera jest... no wiesz. Napięta. - Lizzy
rozejrzała się na boki szybko, ściszając głos, jakby bała się, że ktoś
osądzi ją za tę szczerą opinię. - No i wyobraź sobie - podjęła jednak
zaraz - że dyrektorem jest Wampir i na przykład jakiś Wilkołak zostaje
za coś poważnie ukarany! Natychmiast robi się afera, że to jest nierówne
traktowanie, każdy się wkurza, jakiś senturalny polityk zaczyna historią
manipulować na własną korzyść i wszystko się miesza! Więc nie ma
wyjścia, musi rządzić Rada stworzona z przedstawiciela każdego rodzaju -
zakończyła, uśmiechając się promiennie.
- Skąd ty to wszystko wiesz? - zapytała Erin z podziwem, bo czuła, jakby
dostała właśnie lekcję historii. Jakby ktoś poprosił ją o wyjaśnienie
dynamiki społeczno-politycznej w jej byłej, ludzkiej szkole czy też
mieście zamieszkania, nie miałaby pojęcia, co powiedzieć.
- Pytanie brzmi, dlaczego ty tego nie wiesz - wtrąciła się Tatiana, na
nowo włączając się w ich szepty. Spojrzała przy tym na Erin uważniej,
mrużąc lekko oczy.
Dziewczynę natychmiast zalał zimny pot. W pośpiechu i zamieszaniu,
oszołomiona nowościami prawie zapomniała, że to nie jej szkoła i nie jej
sprawy, tylko Alei. Powinna trzymać język za zębami i zostawić wszystkie
pytania dla siostry.
- Yyy. Jestem Echem? - wydusiła bardziej w formie pytania niż
odpowiedzi. To była jej karta ratunkowa na każdą okazję.
- Ooo! - Lizzy rozpromieniła się natychmiast. - Czad! Możesz mnie o wszystko pytać! - zapewniła entuzjastycznie, przez przypadek podnosząc
głos na tyle, że kilka osób zerknęło na nie z irytacją. - Cała moja
rodzina to Zmiennokształtni, więc mieli pozwolenie mnie wtajemniczać od
dziecka. Nawet jak jeszcze nie było wiadomo, czy mam uśpione moce, czy
jestem człowiekiem. No i mój brat też chodzi do tej szkoły! A przemianę
przeszłam akurat tak, że mnie wzięli do Mallaroy od razu na pierwszy
rok! Ale jestem młodsza, bo mnie rodzice do szkoły posłali też rok
wcześniej... - zaczęła wyrzucać z siebie informacje entuzjastycznie, znów
podnosząc nieco głos. Widać było, że dopiero teraz na dobre pozbyła się
nieśmiałości. - Mam piętnaście lat, ale jestem już na trzecim roku! Trzy
lata stażu w Mallaroy! - obwieściła dumnie. - Tatiana jest na czwartym
roku, ale w Mallaroy uczy się dopiero od drugiego - dodała, włączając
starszą dziewczynę do dyskusji. Robiła to z wrażliwością osoby, o której
wielokrotnie zapomniano.
- Przeładujesz ją informacjami, Lizzy - mruknęła ponuro Tatiana.
Erin uśmiechnęła się, czując wdzięczność jednocześnie do obu
Zmiennokształtnych.
- Ej, jak to działa z Wampirami? - szepnęła, zerkając na lewo. Widać
było, że tłum Wampirów jest najmniejszy ze wszystkich, ale i tak było
ich sporo. - Oni wszyscy świeżo przemienieni czy...?
Nie wyobrażała sobie niczego gorszego, niż utknąć w liceum, w skórze
nastolatka, mając kilkadziesiąt lat. Jak to by w ogóle miało
funkcjonować?! Z drugiej strony, przemiana w tak młodym wieku, by
później na zawsze wyglądać niedojrzale, też wydawała się nieatrakcyjna.
Ciekawiło ją, czy były to w ogóle przemiany za zgodą, czy Wampiry ot tak
poszerzały sobie rodzaj, od czasu do czasu atakując nieświadomych ludzi.
- Och... - Uśmiech Lizzy przygasł nieco na wspomnienie Wampirów. Spojrzała
w bok nerwowo, jakby się bała, że ktoś z tego rodzaju je usłyszy. - Em,
wszyscy przemienieni do dwudziestego roku życia włącznie są tu
zgarniani. Zazwyczaj ich cofają o dwa czy trzy lata, tak żeby jakiś czas
spędzili pod nadzorem. Bo wiesz, tu jest już cały system edukowania i wtajemniczania, a przy okazji są dorośli, którzy mogą mieć na nich oko,
prosty dostęp do krwi i tak dalej... Tymczasem senturalnych uniwersytetów
nie ma. Jak ci przemienieni blisko dwudziestki mają już pozdawane zwykłe
przedmioty, to czasem chyba jest tak, że chodzą tylko na te senturalne.
Żeby faktycznie się uczyli czegoś nowego, a nie powtarzali znany
materiał. - Wzruszyła ramionami. - No a jak ktoś serio został
przemieniony w wieku czternastu lat... To się raczej w tych czasach nie
zdarza, dzieci Wampiry są dziwne - szepnęła konspiracyjnie. - No ale to
wtedy idzie normalnie na pierwszy rok i tyle.
Pierwszą myślą Erin było, że w życiu nie chciałaby chodzić do liceum
dłużej, niż wymagał tego jej wiek. Zaraz jednak zdała sobie sprawę, że
Wampiry i tak pewnie w czasie swoich długich nieżyć powielały
kilkakrotnie wiele etapów.
- A Wilkołaki i Łowcy? Albo Wampiry przemienieni po dwudziestce? -
dopytywała zafascynowana.
- Jak się ktoś nie załapie wiekowo do senturalnego liceum, to się z nim
robi to, co robiło się z nami wszystkimi przed sojuszem i wybudowaniem
tych placówek - wyjaśniła Lizzy cicho. - Każdy rodzaj ma własne sposoby
i programy, zapewniające edukację nowym członkom i kryjące ich przed
ludźmi.
Dziewczyna w niebieskich okularach siedząca tuż przed nimi westchnęła
ostentacyjnie i odwróciła się, posyłając im rozzłoszczone spojrzenie.
Erin zatrzymała więc resztę pytań na lepszą okazję i skierowała uwagę na
podium, gdzie Charles Ormond kończył właśnie mówić, że ponieważ zarówno
sojusz, jak i same placówki senturalne funkcjonują dopiero od kilku lat,
uczniowie muszą być wyrozumiali dla ewentualnych niedociągnięć
organizacyjnych.
Następnie głos przejęła Simran Dhami. Stukot obcasów kobiety odbijał się
echem od ścian, kiedy podchodziła do mikrofonu.
- Moi drodzy uczniowie, czas na zasady. - Ton Wampirzycy był surowy.
Gwar, który zdążył powstać w ciągu krótkiej zmiany mówców, przycichł
ponownie, nie zrobiło się jednak tak spokojnie jak na samym początku.
Wszyscy zaczynali się nieco wiercić, znudzeni bezczynnością. Najstarsi
uczniowie słyszeli to wszystko już kilka razy w ciągu poprzednich lat.
Erin daleko było do nudy. Poczuła ciarki przechodzące po plecach, bo
dorosła Wampirzyca roztaczała potężną, wręcz przytłaczającą aurę.
- Identyfikatorów nie da się zdjąć, ale każda próba będzie karana.
Wszelkie walki i spory będą karane, te na tle rodzajowym ze szczególną
surowością. Po godzinie dwudziestej drugiej każdy uczeń musi znajdować
się na terenie internatu i pozostać tam aż do piątej rano. Złamanie tej
zasady będzie... karane.
Wszystkie wariacje słowa "karać" Wampirzyca wypowiadała z nutą
niepokojącego zadowolenia.
- W dni szkolne brama wjazdowa pozostaje zamknięta i wszelkie próby
wyjścia poza mur będą karane. Brama jest otwierana w każdy piątek o czternastej i zamykana w każdą niedzielę o dwudziestej drugiej. Jeśli do
tego czasu ktoś nie zdąży wrócić, zostanie SUROWO ukarany. Teren szkoły
opuszczać mogą wyłącznie osoby, których rodzice wyrazili na to pisemną
zgodę i jedynie z identyfikatorem umieszczonym na prawym nadgarstku.
Nocować poza internatem mogą wyłącznie osoby powyżej osiemnastego roku
życia, po uprzednim zgłoszeniu miejsca pobytu. Zarówno wasze wyjście,
jak i powrót muszą być odnotowywane przez protektorów. Pilnują oni także
porządku w mieście, więc jeśli ktoś z was będzie się źle zachowywał lub
narażał senturę na zdemaskowanie w miejscach publicznych, dowiemy się... -
urwała, jakby chciała zbudować napięcie - ...i go ukarzemy.
Na sali panowała ciężka atmosfera. Ci, którzy po raz pierwszy zetknęli
się z Simran Dhami, wyglądali na przerażonych. Erin zdecydowanie się do
nich zaliczała. Reszta robiła tylko krzywe miny, doskonale zapoznana z liczbą zasad w Mallaroy.
- Ciekawe, co właściwie MOŻNA robić w tej szkole - mruknęła Erin
sarkastycznie.
Lizzy zaśmiała się cicho, ale odrobinę nerwowo.
- Wampirom przypominam, że w okresie akademickim mają obowiązek
pozyskiwać krew wyłącznie ze szkolnej stołówki. Zabrania się korzystania
z innych źródeł dostawczych. Niedopuszczalne jest także dobrowolne
wchodzenie w tryb polowania zarówno na terenie szkoły, jak i poza nim.
Wyjątkiem są zajęcia z samokontroli, gdy obecny jest profesor
nadzorujący - kontynuowała Simran. Drwiący nastrój wyparował z Erin
natychmiast, pamiętała bowiem dobrze, że tryb ten pozwalał Wampirom
wyczuć ludzką krew. Miała wielką nadzieję, że zanim jakiekolwiek zajęcia
z nim związane się rozpoczną, będzie już daleko stąd, w Bloomington. -
Zmiennokształtnym przypominam, że w zajęciach mają obowiązek
uczestniczyć w ludzkiej formie, by możliwa była pełna partycypacja.
Dodatkowo podkreślam, że na murach są kamery, a lider bractwa oraz kadra
profesorska mają prawo w dowolnym momencie dokonać sprawdzenia obecności
w internacie w godzinach ciszy nocnej. Serdecznie odradzam więc
wymykania się na zewnątrz. Zwracam się tu do wszystkich rodzajów, ze
szczególnym naciskiem na Zmiennokształtnych dysponujących umiejętnością
latania. Czarodzieje, nie macie prawa używać zaklęć ani mocy żywiołów na
drugiej osobie bez uzyskania jej wyraźnej zgody. Łowcom przypominam, że
mogą korzystać ze swoich wyostrzonych zmysłów jedynie w zakresie
nienaruszającym cudzej prywatności, a podsłuchiwanie przez ściany
uznajemy za takie. Jeśli chodzi o Wilkołaki, w każdą pełnię księżyca
organizowany jest wyjazd do lasu. Przysługuje wam usprawiedliwiona
nieobecność na zajęciach tylko i wyłącznie w dniu bezpośrednio po pełni.
Naruszenie którejkolwiek z tych zasad będzie, oczywiście, karane.
Erin miała... tyle pytań. Tak wiele, wiele pytań!
Simran Dhami zakończyła przemówienie i wróciła na miejsce z wysoko
uniesioną głową. Tymczasem mikrofon zgrzytnął, gdy Benedict Alard zdjął
go ze stojaka. Wydatne kości policzkowe nadawały jego twarzy pewną
surowość, ale uśmiechał się przyjaźnie.
- Taaak - powiedział wolno i chrząknął lekko, pocierając garbaty nos.
Ten krótki, bardzo wymowny komentarz natychmiast rozluźnił atmosferę.
Przez salę przetoczył się chichot. Simran posłała mężczyźnie pełne
dezaprobaty spojrzenie, ale on stał z przodu, tyłem do niej i nie miał
szansy tego zobaczyć. Znów odchrząknął.
- Jak większość z was już wie, każde z bractw posiada swojego lidera,
którego zadaniem jest pilnowanie porządku i łagodzenie konfliktów.
Wybory organizujemy tradycyjnie pod koniec każdego roku, z myślą o następnym, tak że wyniki są nam już dobrze znane. Pozwólcie więc, że
przedstawię osoby, które pełnić będą te funkcje przez najbliższe cztery
kwartały. Zapamiętajcie te twarze i szukajcie ich, gdy będziecie
potrzebowali pomocy. Wszystko jasne? - Powiódł lekko rozbawionym
wzrokiem po morzu uczniów. Benedict Alard ewidentnie zdawał sobie sprawę
z przesadnej pompatyczności tej uroczystości. - Świetnie - rzucił,
chociaż nikt mu tak naprawdę nie odpowiedział. - To zaczynajmy. Lider
Łowców, Emilio Cabrera, piąty rok nauki.
Z pierwszego rzędu w sektorze Łowców wyszedł dobrze zbudowany chłopak.
Jego mundurek prezentował się idealnie - koszula była wyprasowana i wsunięta do spodni, krawat zawiązany równo i zaciśnięty pod samą szyję.
Długie włosy zebrał schludnie do tyłu w niewielką kitkę. Miał
beznamiętny wyraz twarzy i sprawiał wrażenie osoby, która nie jest ani
trochę zainteresowana cudzymi problemami. Potem nagle uśmiechnął się
życzliwie. Wręcz zapraszająco. Erin wycofała swoje zarzuty.
Jako następna pojawiła się Natalie Liang, liderka Czarodziejów. Wysoka
dziewczyna była podręcznikowym przykładem swojego rodzaju: chłodna
karnacja, fiolet w oczach i cienkie białe kosmyki kryjące się w sięgających prawie do pasa prostych czarnych włosach.
Podniosła głowę i obiegła salę nieco melancholijnym, przyjaznym
spojrzeniem. Perłowa masa identyfikatora znajdowała się na jej szyi,
rozprowadzona starannie w kształt ozdobnych zawijasów. Z dwóch opcji
mundurka wybrała spódniczkę.
- Lider Wampirów, Michael Castalaw, czwarty rok nauki.
Po sali rozeszły się ciche szmery.
Chłopak co prawda włożył koszulę elegancko w spodnie, ale podwinął
rękawy aż do łokci i w dodatku nie zapiął jej do końca, rozchylała się
więc, obnażając jasne obojczyki. Zaczesał palcami do tyłu jasne włosy,
spoglądając na tłum ze znużeniem, i na jego dłoni błysnął rodzinny
sygnet. Kiedy zadarł dodatkowo głowę do góry, lepiej eksponując
wystające kości policzkowe, a jego usta rozciągnęły się w kpiącym
uśmieszku, dwie rzeczy stały się dla Erin jasne.
1) Był arogancki.
2) Zrobił na niej wrażenie.
Nie najlepsza kombinacja, jeśli Erin miała być szczera.
Coś ciepłego usadowiło się w jej żołądku na widok Wampira i sama siebie
tym zaskoczyła, bo przecież jego piękno było tak klasyczne, że aż nudne.
Mimo to nie potrafiła oderwać wzroku. Wreszcie dotarło do niej, że
fascynacja, którą odczuwała, miała w sobie coś dziwnego. Jakby nie była
w niej do końca zakorzeniona. Zdecydowanie winiła przeklętą senturę.
- Największa sława i najmniej przyjacielski Wampir w szkole -
skomentowała Lizzy z nutą strachu w głosie.
To wyrwało Erin spod uroku Michaela Castalawa. Zerknęła w bok na
koleżanki. Ani Tatiana, ani Lizzy nie wydawały się oszołomione
atrakcyjnością Wampira na podium.
Profesor Alard zapowiedział Anthony'ego Townera, lidera
Zmiennokształtnych i Lizzy zaklaskała energicznie. Erin natychmiast
uczepiła się okazji, żeby skupić swoją uwagę na kimś innym.
Liderem jej bractwa - to znaczy, bractwa jej siostry, cholera jasna,
Erin - okazał się dość blady, piegowaty chłopak z jasnobrązowymi, lekko
kręconymi włosami. Miał regulaminowo włożony mundurek, stał spokojnie i patrzył przed siebie z pokrzepiająco sympatycznym wyrazem twarzy. Erin
spodobały się bijące od niego równowaga i spokój. Gdyby cała szkoła
wyglądała tak przyjaźnie jak on, czułaby się tu znacznie pewniej.
- Lider Wilkołaków, Isaac Szymanski, piąty rok nauki!
Benedict Alard odsunął się od mikrofonu, podczas gdy na schodki podestu
wchodził młody Wilkołak. Był niższy od poprzednich dwóch liderów, ale
znacznie bardziej umięśniony. Miał krótko ścięte włosy, wyraźne brwi,
niesymetryczną górną wargę i trochę wojownicze, ale też trochę radosne
spojrzenie. Stanął w pewnym rozkroku i już po chwili zaczął uderzać
piętą lewej stopy o posadzkę - niecierpliwie, ale chyba też nie całkiem
świadomie.
I to był koniec prezentacji. Liderzy wrócili na swoje miejsca, a Lucille
Landerson przejęła z powrotem mikrofon. Pouczyła ich jeszcze krótko, by
przykładali się tak samo sumiennie do naturalnych oraz senturalnych
zajęć, i przypomniała, że mają pięć dni na deklarację uczestnictwa w przedmiotach fakultatywnych. Lekcje, jak się okazało, ruszały dopiero od
przyszłego piątku, podczas gdy obecny tydzień przeznaczony był na
integrację i zapoznanie się ze szkołą. Erin była zachwycona - powinna
zdążyć zamienić się miejscami z Aleą przed rozpoczęciem prawdziwej
nauki. To jest - jak tylko znajdzie sposób, żeby wydłubać z siebie
magiczny bursztyn.
Spoko. Nie ma problemu. Luz.
Luz, luz, luz.
* * *
Erin przypadł dolny materac na łóżku piętrowym. Na górze spała Lizzy, a po drugiej stronie pokoju Tatiana. Gdy ceremonia rozpoczęcia dobiegła
końca, z nastolatki spadła część stresu i wreszcie do niej dotarło, jak
bardzo jest wykończona szalonym dniem. Nie było mowy, żeby zwiedzała
tego dnia szkołę, niezależnie od tego, jak wielkie wrażenie zdążył
zrobić na niej budynek i jak bardzo chciała odkryć jego sekrety.
Tatiana zniknęła gdzieś w poszukiwaniu chwili samotności. Erin
rozpakowywała więc swoje rzeczy, prowadząc pogawędkę z Lizzy. Jasnowłosa
Zmiennokształtna była odrobinę dziecinna, ale niesamowicie przyjazna i troskliwa. Erin była w stanie wyobrazić sobie, że mogłyby zostać
przyjaciółkami, i właśnie dlatego usilnie starała się utrzymywać rozmowę
z dala od istotnych tematów. To nie była jej szkoła. To nie był jej
pokój, nie jej współlokatorka i nie jej przyjaźnie. Im mniej zaangażuje
się teraz w życie szkolne, tym łatwiej będzie Alei za tydzień. Musiała
więc trzymać dystans, niezależnie od tego, jak bardzo sama miała ochotę
dać się ponieść tej nowej przygodzie.
Nie swojej przygodzie.
Zmęczona fizycznie i nieco przybita, poszła wreszcie do jednej ze
wspólnych łazienek bractwa, by wziąć upragniony prysznic. Spróbowała
zmyć z siebie ponure myśli wraz z brudem - bezskutecznie. Wróciła do
pokoju, padła na łóżko i zasnęła. Musiała wyglądać naprawdę tragicznie,
bo współlokatorki nawet nie próbowały jej obudzić, gdy wybierały się na
obiad.
Ocknęła się dopiero, gdy obie Zmiennokształtne były już z powrotem w pokoju i do pomieszczenia wkroczył dosłownie na pięć sekund lider
bractwa - Anthony Towner - by przekazać im karty senturalnych
przedmiotów.
Mallaroy, jak każde inne liceum, miało platformę internetową z elektronicznym dziennikiem, nie było tam jednak śladów sentury. Brano
bowiem pod uwagę fakt, że wiele osób będzie chciało kontynuować edukację
na naturalnych uniwersytetach. Musieli więc mieć normalną średnią ze
zwykłych przedmiotów. Nie mówiąc już o ryzyku zhakowania systemu czy na
przykład jakimś postępowaniu prawnym, które wymagałoby od szkoły
ujawnienia wewnętrznych dokumentów. Informacje o specjalnych
przedmiotach otrzymali więc analogowo, na papierze, wraz z instrukcją,
pod jakimi niewinnie brzmiącymi nazwami znajdą je w elektronicznym
systemie.
Erin szybko zdecydowała, że resztę wieczoru spędzi zaszyta pod kocem na
łóżku, zbierając energię na jutro. Myślami wędrowała wciąż do
bliźniaczki, której telefon spoczywał w jej torbie. Nie miały żadnej
możliwości kontaktu. Gdyby jakakolwiek droga komunikacji była dostępna,
Alea z pewnością dawno już by się odezwała, dając siostrze znak życia i może jakieś lepsze wyjaśnienie sytuacji. Oczywiście, nie zaszkodziło
spróbować. Erin puściła więc do Alei krótką wiadomość na Messengerze
oraz Instagramie, a potem nawet napisała maila.
Czy Alea jest pewna tego, co robi? Czy jest bezpieczna? Czego, do
cholery jasnej, chce od niej ta cała Eve Monday? Oraz - zmieniając
odrobinę temat - czego chciałaby się uczyć przez najbliższe miesiące?
Erin spodziewała się, że odpowiedzi na te pytanie uzyska dopiero w sobotę, na żywo, w Bloomington. Co oznaczało, że musi wybrać przedmioty
sama i ma na to cztery dni.
Osunęła się w pozycję półleżącą, wiedząc dobrze, że jej kark niedługo
tego pożałuje. Samoobrona i Samokontrola figurowały na liście
senturalnych przedmiotów obowiązkowych, z czego Samokontrola nie
obowiązywała Łowców, a reszta uczniów miała prawo się z niej zwolnić po
pomyślnym przejściu Testu Samokontroli. Nastolatka zaczynała się już
przyzwyczajać do czytania lub słyszenia terminów, o których istocie
mogła jedynie spekulować.
Historia sentury. Podstawy polowania. Roślinoznawstwo senturalne. Runy.
Senturalna socjologia. Wiedza o Czarodziejach, Wiedza o Łowcach, Wiedza
o Wampirach, Wiedza o Wilkołakach, Wiedza o Zmiennokształtnych. Zaklęcia
i klątwy. Zoologia.
4.
Ogień i lód
We wtorek Erin obudziła się wyspana, co diametralnie zmieniło jej
podejście do życia. Wielkie problemy wydawały się mniejsze, a jej
żołądek - pojemniejszy. To znaczy, czuła się w pełni gotowa na
śniadanie, a wszystko inne mogło zaczekać.
Kiedy Erin wraz ze współlokatorkami zeszła na posiłek, wiele stołów w jadalni dla uczniów okazało się już zajętych. Były to ładne, ale
plastikowe blaty na smukłych nogach. Te na środku sali oraz najbliżej
wejścia były okrągłe i otaczało je maksymalnie sześć krzeseł. W głębi
pomieszczenia, pod dużymi oknami rozstawiono stoły prostokątne, w kilku
różnych rozmiarach. Na tyłach sali znajdował się bufet, przyklejony
ścianą do pleców kuchni. Posiłki należało sobie nakładać i przynosić
samemu. Po dotychczasowym przepychu absolutna przeciętność i pewna
chaotyczność szkolnej stołówki była dla Erin trochę zaskakująca.
- Ej. - Dziewczyna nachyliła się do współlokatorek, gdy usiadły już ze
swoimi tacami przy pustym stole, i ściszyła głos do konspiracyjnego
szeptu. - A jak właściwie tu karmią Wampiry...?
Współlokatorki podążyły jej śladem, zniżając głowy.
- Lizzy, czemu ona mówi tak cicho? - zapytała Tatiana, parodiując szept
Erin.
- Nie mam pojęcia, może to jakaś tajemnica? - odpowiedziała w podobny
sposób młodsza Zmiennokształtna.
Erin wywróciła oczami, chcąc dać do zrozumienia towarzyszkom, że wcale
nie są zabawne, ale nie udało jej się to ani trochę, bo równocześnie się
uśmiechnęła.
- No co - obruszyła się już zupełnie na niby, atakując owsiankę łyżką.
Nie przypominała ona wcale nieapetycznej brei, która kojarzyła się jej z tym daniem. Była pełna owoców i miała w sobie jogurt kokosowy oraz
jakieś nieznane jej orzechy. Większość dań nie wyglądała znajomo, mówiąc
szczerze. - Nie chcę, żeby mnie któryś usłyszał.
- Wampir? Nie ma szans. Chyba że będziesz krzyczeć. - Lizzy wyszczerzyła
się wesoło. - Łowcy, jak najbardziej, ale tylko jak wyostrzą słuch.
Potrafią podkręcać swoje zmysły, jednak to wymaga skupienia i zabiera
energię. Mała szansa, że któryś tego używa ot tak, w drodze na zajęcia -
wyjaśniła, pamiętając doskonale, że nowa koleżanka jest Echem i niewiele
wie.
- Okej. - Erin kiwnęła głową, wdzięczna za wyjaśnienie. - No a ta sprawa
z krwią...? - drążyła dalej. Wampiry wciąż stresowały ją najbardziej.
Nawet nie z powodu swojej diety, tylko dlatego, że stanowiły największe
ryzyko, jeśli chodziło o zdemaskowanie człowieka. Wystarczyło, że jeden
z tu obecnych wskoczy sobie w jakiś supertryb, i było po niej? Nie,
dzięki.
- Widzisz tę wielką lodówkę? - Lizzy wskazała na coś za plecami Erin.
Dziewczyna odwróciła się i wzdrygnęła mimowolnie. Minęła lodówkę
wcześniej. W środku stały wyłącznie rzędy butelek z ciemnego, prawie
czarnego szkła. Założyła, że to jakieś ekskluzywne soki, ale wyglądały
tak dziwacznie, że nawet nie poświęciła czasu na przeczytanie białych
etykiet. Teraz rozumiała, czemu butelki nie były przezroczyste.
Patrzenie na zbiorniki z krwią mogło odebrać apetyt pewnie nawet
niejednej senturalnej osobie.
- Szkoła załatwia dostawy - dodała Tatiana, o dziwo z własnej woli
włączając się w rozmowę. Przez większość czasu preferowała milczenie. -
Ze szpitali prowadzonych przez senturalnych, od laboratoriów, z którymi
firmy Wampirów mają układy, i tak dalej.
- Czyli Wampiry nie mają lepszego słuchu od ludzi? - upewniła się Erin,
wracając do wcześniejszego tematu. Wolała dokończyć owsiankę bez
myślenia o handlu krwią.
Lizzy rozpromieniła się, wciąż wyraźnie zachwycona tym, że zna Echo i ma
okazję mu pomóc.
- Ogólnie ranking idzie tak - zaczęła entuzjastycznie. - Wampiry są
najszybsze. Jeśli chodzi o siłę, wygrywają Wilkołaki. A najlepiej
wyostrzony wzrok, słuch i węch, i chyba najlepszy refleks mają Łowcy.
Plus Łowcy mogą korzystać z run. Nie władają magią, ale mają ją we krwi
i dzięki temu są w stanie samą krwią odpalić standardowe runy. Więc
gdyby postawić tę trójkę do walki, to nie jest wcale oczywiste, kto
wygra.
Łowcy, runy, magia we krwi. Jasne. Odnotowane.
- A Zmiennokształtni i Czarodzieje? - zapytała Erin, dając się wciągnąć
w temat. Zapomniała powiedzieć "my" zamiast Zmiennokształtni, ale nie
było to coś, co mogło ją zdemaskować. Tak czy inaczej - musiała się
lepiej pilnować.
Lizzy zerknęła wyczekując ona Tatianę. Starsza Zmiennokształtna chwilę
się ociągała, ale w końcu przejęła temat.
- Czarodzieje pewnie mogliby każdy z tych rodzajów rozłożyć na łopatki
jakimś zaklęciem, pod warunkiem że umieją je szybko rzucić - oznajmiła
niechętnie, trochę ponuro. - A my to my. Wszystko zależy od tego, w jakie zwierzę potrafisz się zmieniać. - Zrobiła pauzę. - Właściwie to
wszystko zależy od danej osoby, jej umiejętności i charakteru. To, że
ktoś należy do jakiegoś rodzaju, nie określa jego kondycji fizycznej
albo skłonności do agresji. Nie powinnaś jej uczyć o rodzajach, robiąc
ranking sukcesu w jakiejś nieistniejącej walce - pouczyła młodszą
przyjaciółkę.
Lizzy wydęła lekko dolną wargę, ale zaraz potrząsnęła głową i uśmiechnęła się pięknie. Widać było, że gdy czuje się przy kimś
komfortowo, nieśmiałość przestaje tłumić jej charakterek.
- No, wieeem - rzuciła z cieniem rozbawienia. - To było tak poglądowo!
Ale historycznie - dodała na swoją obronę - Czarodzieje i Zmiennokształtni mniej się pakowali w walki i konflikty. Zwłaszcza
Czarodzieje, oni się przejmują zawsze tylko własnymi sprawami. - Tu
blondynka nachyliła się niżej nad stołem i wyszeptała już dość
konspiracyjnie: - Przy ustalaniu sojuszu robiliśmy podobno wraz z Czarodziejami za neutralizator napięcia. W szkołach trochę też.
Zauważyłaś wczoraj na rozpoczęciu? Albo choćby to, jak są ułożone
bractwa na piętrach...
Erin zamilkła, zastanawiając się nad słowami dziewczyny. Tatiana
tymczasem najwyraźniej dostrzegła w jej minie coś, co jej się nie
spodobało, bo znów zabrała głos.
- Znajdziesz agresywnego Czarodzieja i słodkiego, potulnego Wampira -
powtórzyła z ponurym uporem. - Historyczny bagaż zawsze odbija się na
postrzeganiu całego społeczeństwa i relacjach politycznych, ale to jest
niepotrzebne generalizowanie. Zazwyczaj w dodatku krzywdzące i przekłamane. Napięcia były wszędzie, między każdym rodzajem, z wielu
powodów.
Erin zaczynała rozumieć, że Tatiana bardzo dużo wie, nawet jeśli
ewidentnie nie lubi się tą wiedzą dzielić, bo wymaga to włączenia się do
rozmowy i zabrania głosu.
- Skoro między rodzajami nadal jest tyle napięć, to skąd taka
determinacja, żeby nagle zawrzeć cały ten sojusz i od razu budować
szkoły? - zapytała po chwili.
Jej towarzyszki zerknęły na siebie i nie odpowiedziały od razu. Lizzy
zajęła się w końcu swoim śniadaniem, Tatiana potarła identyfikator na
nadgarstku.
- Tego nikt nie wie. Plotki głoszą, że ze strachu, ale to tylko gadanie.
- Ze strachu przed czym? - nie ustępowała Erin.
Jej ponura koleżanka spojrzała na nią w jakiś dziwny sposób.
- No właśnie?
* * *
Biblioteka była oczywiście ogromna. W pobliżu wejścia stały długie
drewniane stoły, przy których uczniowie mogli czytać lub odrabiać
lekcje, ale prawie zawsze były puste. Wszyscy wybierali mniejsze blaty i biurka poukrywane grupami lub pojedynczo między labiryntem regałów. Jak
w każdym pomieszczeniu w tej szkole, sufit był nienaturalnie wysoko,
dodano więc wielką antresolę. Również zastawiona została regałami
pełnymi książek, a wchodziło się na nią po wąskich drewnianych schodach
lub przy pomocy podnośnika dla wózków inwalidzkich. Dodatkowy poziom
sprawił, że biblioteka stała się ciaśniejsza i bardziej przytulna.
Erin trafiła tu po śniadaniu, zaprowadzona przez Tatianę, która musiała
głęboko wątpić w jej jakiekolwiek zdolności orientacyjne. Biblioteka
znajdowała się dokładnie naprzeciwko jadalni, po drugiej stronie
internatowego holu.
Nastolatka oznajmiła, że ma zamiar poczytać więcej na temat sentury,
żeby szybko nadrobić swoje braki z podstawowej wiedzy i poczuć się
bardziej komfortowo wśród obcych rodzajów. Był to całkiem dobry pomysł i nie do końca kłamstwo (może nawet potem to zrobi). Przede wszystkim
jednak wybrała się do biblioteki z powodu bursztynu, który nadal
połyskiwał na jej nadgarstku - tym razem prawym. Przerzuciła go wczoraj
wieczorem, przykładając po prostu oba nadgarstki do siebie i trąc lekko.
Masa przelała się bezgłośnie przez miejsce styku, cały czas pozostając
niewyczuwalna. Erin przy okazji odkryła, że chociaż można nią dowolnie
manipulować na skórze, nie da się jej podzielić na odrębne plamy.
To był problem. Dziewczyna wiedziała bardzo mało o senturze i dokładnie
nic o magii. Tak naprawdę poszła więc do biblioteki, łudząc się, że
jakimś cudem wpadnie na książkę zawierającą rozwiązanie jej problemu z identyfikatorem.
(Nie wpadła).
* * *
Wieczorem Tatiana pogrążyła się w lekturze, a Lizzy zajęła się
precyzyjnym malowaniem paznokci w kolorowe wzory, raz po raz zerkając na
serial, który puściła na komórce. Tymczasem Erin zaczynała się coraz
bardziej stresować sobotnią zamianą miejsc. Nie miała kontaktu z Aleą,
nie miała sposobu na zdjęcie identyfikatora, a w dodatku musiała odbyć
rozmowę z matką - i to nie jedną, a dwie. Najpierw jako ona sama, przez
własny telefon, później jako siostra, przez telefon Alei. Senturalna
Szkoła imienia Flanagana Mallaroya najlepszą edukację zapewniała jej na
razie w dziedzinie kłamstwa.
Erin czuła się absolutnie bezradna i zaczynało to ją irytować. Była
osobą dość upartą, a przy tym odrobinę niecierpliwą. W obliczu wyzwań
zawsze chciała działać. Czasem może nawet zbyt impulsywnie. Najgorzej
radziła sobie ze staniem w miejscu. Z delikatnymi sytuacjami, które
wymagały ostrożnego nawigowania, cierpliwości i głębokiej analizy. Od
tego była Alea.
Kiedy Tatiana zwróciła dziewczynie uwagę, że kręci się po pokoju jak
natrętna mucha - co było może i trafne, ale niekoniecznie musiało być
wypowiadane na głos - Erin chwyciła książkę, którą spakowała Alea, i wymaszerowała na korytarz. Istniała niewielka szansa, że zdoła skupić
się na tekście, zresztą nie miała nastroju do czytania fantastycznego
romansu, ale trzymanie książki w rękach powinno dać jej pretekst, by
zaszyć się gdzieś w kącie i pogapić w przestrzeń. Dzielenie pokoju z dwiema innymi osobami mocno ograniczało okazje do samotności, a może
tego jej właśnie teraz brakowało.
* * *
Salon był chyba najprzyjemniejszym miejscem w całym internacie.
Przypominał przytulną, klimatyczną kawiarnię, pełną ciepłych kolorów, z licznymi stolikami i miękkimi siedzeniami. Przestrzeń była duża, ale
stworzono iluzję kameralności, budując wiele zakamarków za pomocą
pseudościan z regałów czy wysokich roślin doniczkowych. W podziałach
pomagała także podłoga - niektóre sektory umieszczono na podestach,
przez co inne zdawały się zapadać w dół. Powstałe w ten sposób szerokie
stopnie stawały się dodatkowymi siedzeniami i w tym też celu leżały na
nich poduszki.
Na tyłach sali w ścianę wbudowano prawdziwy kominek, a nad nim
powieszono wielki, płaski telewizor. Naokoło jasnego stolika do kawy
stały dwa fotele i dwie kanapy na metalowych nogach.
Wieczór był ponury i chłodny. Ktoś rozpalił nawet w kominku niewielki,
przyjemnie skrzący się ogień, ale ku zdumieniu dziewczyny kuszące
miejsca dookoła pozostawały zupełnie puste, chociaż w innych częściach
salonu nie brakowało uczniów. Wydawało się to odrobinę podejrzane, ale
nie na tyle, by spłoszyć Erin Lanford.
Opadła z impetem na największą kanapę, nadal pełna frustracji. Zsunęła
ze stóp tenisówki, by móc krzyżować nogi na siedzeniu, usadowiła się
wygodnie i otworzyła książkę. Postanowiła przynajmniej spróbować
wciągnąć się w historię, jednak im dłużej patrzyła w litery, tym głębiej
zapadała się we własne pełne niepokoju myśli.
- Siedzisz na mojej kanapie.
Chłodny, nieprzyjazny głos odezwał się tuż nad głową Erin i wyciągnął ją
z mentalnego wiru. Intruz ją zaskoczył, ale spróbowała tego nie okazać.
Nie miała też zamiaru poświęcać mu specjalnej uwagi, rozdrażniona głupią
odzywką.
- Bardzo dojrzałe - rzuciła sarkastycznie, celowo nie odrywając wzroku
od książki. - Ta kanapa była wolna, kiedy tu przyszłam, i mam zamiar na
niej siedzieć tak długo, jak mi się podoba - wypaliła, dając upust
kotłującej się w niej od kilku godzin złości. Wciąż nie podniosła
wzroku.
Odpowiedziało jej milczenie i na początku Erin była przekonana, że
oznaczało to jej zwycięstwo. Cień na kanapie zdradzał, że intruz jeszcze
nie odszedł, ale przynajmniej nie miał zamiaru kontynuować idiotycznego
oskarżenia. Zadowolona, postanowiła wytrwać ze wzrokiem utkwionym w lekturze, aż gość sobie pójdzie. Dopiero po chwili pojawiło się dziwnie
złowrogie przeczucie. Cień był nadal obecny, a cisza się przedłużała. W końcu dziewczyna wolno podniosła głowę.
Michael Castalaw, lider bractwa Wampirów, stał dokładnie naprzeciwko i mierzył ją nieprzychylnym spojrzeniem. Nigdy nie widziała takich oczu.
Były nieprawdopodobnie wręcz niebieskie i pełne chłodu, jakby ktoś wykuł
ich tęczówki z bryły lodowca. Wąskie usta miał teraz mocno zaciśnięte,
co nie zwiastowało niczego dobrego. Wyciągnął ręce z kieszeni spodni i skrzyżował je na białej koszuli, którą miał na sobie, chociaż nie było
tego dnia żadnej oficjalnej uroczystości.
Drań patrzył na nią wyczekująco, jakby spodziewał się, że kiedy Erin zda
sobie sprawę, z kim ma do czynienia, natychmiast zerwie się z kanapy. Za
jego plecami, odgrodzone stolikiem do kawy, stały trzy inne Wampiry,
niczym świta. Te także się na nią gapiły.
Erin nie ruszyła się z miejsca. Uniosła brwi, zadarła nieco prowokująco
podbródek i odpowiedziała na spojrzenie Michaela Castalawa własnym,
równie wyzywającym. Nie zamierzała ustępować. Ani dać się rozproszyć
jego pięknej buźce...
Wyedukowała się dzisiaj trochę w bibliotece na temat wampirzego czaru.
Jak się okazało, wszyscy przedstawiciele tego senturalnego rodzaju
wydawali się ludziom bardzo atrakcyjni, co miało ułatwić pozyskiwanie
krwi. Mniej więcej na takiej zasadzie, wedle której na przykład pułapki
muchołówki wabiły owady słodkim nektarem. Dodatkowo podczas ugryzienia
kły Wampira wydzielały jad, który działał znieczulająco i odurzająco.
Wszystko to miało jednak znaczenie tylko dawno, dawno temu, kiedy istoty
te polowały na swoje posiłki, niczym jakieś zwierzęta. Teraz czar nie
posiadał właściwie żadnego praktycznego zastosowania. Po prostu był i wyjaśniał, czemu trudno jej było zignorować to, jak Michael wygląda.
Wyglądał dobrze.
- Myślę, że się nie zrozumieliśmy - odezwał się w końcu. Jego głos
brzmiał spokojnie, ale na ustach pojawił się złośliwy uśmieszek. - To
jest moja kanapa i albo zaraz znikniesz mi z oczu, albo będziemy
rozmawiali w inny sposób.
Och, koleś trafił na zły moment. Jeszcze wczoraj Erin prychnęłaby pewnie
pod nosem i odeszła, zażenowana jego zachowaniem. Dzisiaj? Cały dzień
zmagała się z negatywnymi emocjami. Zeszła tu na dół już sfrustrowana,
teraz dodatkowo wkurzało ją, że z powodu senturalnego czary-mary jej
ciało reagowało na tego idiotę, jakby był coś wart. Czuła więc palącą
potrzebę, by mieć ostatnie słowo.
W głowie jej się nie mieściło, jak można mówić na głos takie teksty. Za
kogo on się niby miał? Pozycja lidera na pewno nie uprawniała go do
czegoś takiego. Dziwne, że w ogóle ją zdobył. Dziewczyna zamknęła
energicznie Upadek Mary Sue, na dobre porzucając czytanie.
- To ty nie zrozumiałeś, co się do ciebie mówi - odparowała ostro,
mordując go wzrokiem. - Jeśli myślisz, że pójdę sobie stąd tylko
dlatego, że jakiś bezczelny, arogancki dupek ubzdurał sobie, że może
pomiatać wszystkimi naokoło, to się grubo mylisz.
Zza regałów, roślin i oparć foteli, z innych podestów, wnęk i miękkich
puf gapili się na nich uczniowie, już wcale się z tym nie kryjąc. Co
więcej, kilka spłoszonych osób umknęło z salonu i to może był pierwszy
wyraźny znak, że Erin wdepnęła w kłopoty. Tymczasem znajomi aroganckiego
blondyna zbliżyli się i dziewczyna zaczęła się czuć niekomfortowo
osaczona. Nie dała tego po sobie poznać. Teraz chodziło już o dumę, nie
o kanapę.
Michael przyglądał się jej intensywnie. Gdzieś na dnie jego spojrzenia
przez moment migotał szok, szybko jednak wyparował. Po irytującym
uśmieszku, który przed chwilą błąkał się na jego ustach, nie było już
śladu. Sytuacja przestała go bawić.
Jego prawa dłoń drgnęła. Erin pewnie by tego nie zauważyła, gdyby nie
błyszczący sygnet rodzinny, który przyciągał uwagę w świetle ognia z kominka. A dokładniej - jego prawa dłoń drgnęła tak, jakby chciał coś
lub kogoś gwałtownie chwycić, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
Zamiast tego pochylił się wolno, aż ich twarze znalazły się na tej samej
wysokości. Z bliska niebieskie oczy wyglądały jeszcze bardziej
niesamowicie, ale Erin oczywiście wcale o tym nie pomyślała.
- Ty chyba nie wiesz, do kogo mówisz - syknął cicho.
W żołądku znowu poczuła dziwne ciepło, ale zignorowała je najlepiej, jak
potrafiła. Pełna nienawiści mina chłopaka sugerowała, że chce ją złapać
i siłą ściągnąć z miejsca. Chciał, ale najwyraźniej był świadom, że to
granica, której się nie przekracza.
No proszę. Kropla przyzwoitości w tej aroganckiej głowie? Niemożliwe.
- A ty chyba nie wiesz, jak się ode mnie odwalić - odwarknęła, już na
poważnie rozwścieczona. W jej zielonych oczach zapłonął ogień i zderzył
się z lodem jego tęczówek. Na chwilę zniknął salon, kanapa i wszyscy
naokoło. Była tylko ona, on i pełen napięcia pojedynek na spojrzenia.
Wyrwał ich z niego czyjś zdenerwowany głos.
- Michael, wystarczy! Odsuń się od niej!
Obok nich pojawił się lider Zmiennokształtnych w otoczeniu kilku innych
starszaków z bursztynowymi identyfikatorami na rękach. Anthony Towner
był lekko zdyszany - musiał tu przybiec, najwyraźniej przez kogoś
wezwany.
Wampir skierował swoje spojrzenie na nowego rywala.
- Towner, a jakże - rzucił z niesmakiem. - Chyba zapomniałeś nauczyć
swoich dzieciaków szacunku - dodał chłodno.
Erin miała ochotę uderzyć go prosto w żebra. Albo w krocze. Powstrzymała
się, bo granice działały w dwie strony, a poza tym nie mogła zarobić dla
Alei kary już drugiego dnia. Co więcej, wszyscy się nadal gapili,
podchodząc coraz bliżej. Zaczęło się robić tłoczno i nagle dziewczyna
przypomniała sobie, kim jest i gdzie jest. Jak wiele ryzykuje, ściągając
na siebie uwagę. Serce zaczęło walić jej w piersi.
- Ona jest nowa, wielu rzeczy jeszcze nie wie. - Głos Anthony'ego był
spokojny, choć silny. Widoczne było od razu, że postanowił grać to na
korzyść Wampira, żeby nie wszczynać kolejnej kłótni. Był wyraźnie
poirytowany, ale zamiast bronić prawa Erin do siedzenia na wolnym meblu,
rzucał jakąś wymówkę: - Odsuń się, daj jej trochę miejsca. Zaraz
pójdziemy - oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu, a potem zerknął na
Erin, która nadal siedziała na kanapie ze skrzyżowanymi nogami. - Włóż
buty.
Erin przełknęła dumę i nie powiedziała już nic. Dłonie lekko jej teraz
drżały. Schyliła się tylko, by wykonać polecenie. Podczas gdy ona
wsuwała tenisówki na stopy, Anthony i Michael mierzyli się wzrokiem.
Lider Zmiennokształtnych, mimo zupełnie przeciętnej sylwetki, miał w sobie charyzmę i opanowanie godne prawdziwego przywódcy. Wampir stał
tymczasem sztywno i emanowała od niego złowroga energia. Kątem oka
zerknął na tłum i rozważał swoją odpowiedź, ewidentnie nie chcąc źle
wypaść przed widownią. Wreszcie prychnął ostentacyjnie i odsunął się
przesadnie daleko w bok, jakby zniesmaczyła go nagle sama myśl, że
dziewczyna go niechcący dotknie podczas wstawania.
- Zabieraj ją stąd - polecił ostro, gdy Erin była już u boku swojego
lidera.
Anthony bez słowa objął ją ramieniem i zaczął prowadzić do wyjścia. Za
nimi podążyli Zmiennokształtni, z którymi się pojawił.
- Ma mnie przeprosić! - rzucił jeszcze za nimi żądanie Michael,
rozsiadając się wygodnie na beżowej kanapie.
Anthony spojrzał na niego z niechęcią przez ramię.
- Zrobi to - zgodził się zimno i wyprowadził dziewczynę z salonu.
* * *
Erin zaprowadzono w pełnej napięcia ciszy do bractwa Zmiennokształtnych,
ale nie do jej własnego pokoju. Pomieszczenie, w którym się znalazła,
nie dość, że było większe, to jeszcze zostało przeznaczone tylko dla
jednej osoby. Oprócz łóżka, dużej szafy i biurka był tu także niski
stolik z fotelem i kanapą oraz dodatkowe regały.
Dziewczyna, przytłoczona mieszanką złości i strachu, wycofała się do
własnej głowy podczas tej wędrówki. Miała wrażenie, że dociera do niej
tylko połowa bodźców. Ktoś posadził ją na fotelu i dopiero wtedy
rozejrzała się dookoła odrobinę nieprzytomnym spojrzeniem.
- Pokój lidera. Niezły wypas, co? - odezwał się znajomy szept przy jej
uchu. Nad fotelem pochylała się Lizzy, uśmiechnięta, ale z zatroskanym
spojrzeniem. Obok niej stała Tatiana z miną zdradzającą lekki
dyskomfort.
- Aleo... Jesteś Alea, tak? - Anthony sam sobie przerwał, żeby się
upewnić.
Dziewczyna skinęła głową
- Więc, Aleo - podjął lider. Po tych dwóch słowach jego serdeczność
wyparowała. - Co ty sobie myślałaś!?
Spojrzał na nią z mieszanką wyrzutu i niedowierzania, a potem się
odwrócił, jakby potrzebował chwili, by zebrać myśli. Przeszedł się po
pomieszczeniu tam i z powrotem, przeczesując kręcone włosy palcami. Poza
nim, Erin i jej współlokatorkami w pokoju znalazły się jeszcze trzy
osoby, najprawdopodobniej z piątego roku. Wszyscy milczeli, więc
nastolatka zmuszona była sama stanąć w swojej obronie.
- Ja tylko chciałam poczytać książkę!
- Ale po co w ogóle wdawałaś się z nim w kłótnię?! Nie mogłaś zejść, jak
kazał?
Teraz to Erin się rozzłościła.
- Przepraszam bardzo, nie miałam pojęcia, że Wampiry są tutaj panami i władcami, i wszyscy musimy przed nimi klękać! Głupia myślałam, że można
używać kanapy do siedzenia...
- Tony, ona jest Echem - wtrąciła nieśmiało Lizzy.
Erin spojrzała na nią zszokowana. Tony...?
- To jej brat - szepnęła Tatiana, jakby odczytała pytanie z twarzy
współlokatorki.
Anthony w końcu zatrzymał się w miejscu, po czym westchnął głośno.
- Rozumiem. Mogłaś więc jej kilka rzeczy wyjaśnić, Liz. Teraz już za
późno. - Znowu westchnął. Potem przeniósł wzrok na Erin. - Posłuchaj,
oficjalne zasady w szkole to jedno, ale zasady w internacie to drugie.
Mamy tu kilka własnych ustaleń i udało ci się je złamać. Oczywiście, że
masz prawo korzystać z salonu. Ale akurat miejsca przy kominku, tak samo
jak sala z bilardem, należą chwilowo do Wampirów. To znaczy, można z nich korzystać, ale oni mają pierwszeństwo.
Erin niespecjalnie to przekonywało. Nadal nie rozumiała, czemu musieli
się tak płaszczyć przed Wampirami. Okej, miały przystojnego lidera. No i co z tego? Z pewnością miał wiele przywilejów nawet bez tej głupiej
kanapy i jakiegoś bilardu.
- Chwilowo? - Uniosła pytająco brwi, łapiąc go za słowo.
Anthony kiwnął głową.
- Na początek każdego roku szkolnego organizujemy grę. Zasady koleżanki
wytłumaczą ci później, w każdym razie ten rodzaj, który wygra, do końca
roku ma prawo do najlepszego miejsca w salonie i dostaje dorobiony klucz
do sali bilardowej. Taką mamy umowę, a ty ją złamałaś. Zdaję sobie
sprawę, że nieświadomie, ale to nie zmienia faktu, że będziesz musiała
iść do Michaela i go przeprosić, skoro sobie tego zażyczył.
Erin już otworzyła usta, żeby zaoponować, ale chłopak jej przerwał.
- To nie musi być dzisiaj, ale musi być zrobione. Koniec dyskusji.
Dziewczyna rozważyła swoją sytuację i z grymasem na twarzy przełknęła
wszystkie słowa protestu.
* * *
- Twój brat jest liderem?! - wypaliła Erin, gdy tylko razem z Lizzy i Tatianą znalazły się bezpiecznie same we własnym pokoju.
- Chciałaś zginąć?! - zapytała dokładnie w tym samym momencie Tatiana
dramatycznie, podczas gdy Lizzy zawołała:
- Jesteś cała?!
Spojrzały po sobie, zdumione tą przypadkową synchronizacją. Następnie
Erin i Lizzy wybuchły głośnym śmiechem, wreszcie rozluźniając atmosferę.
Tatiana uśmiechnęła się po cichu.
Usiadły razem na łóżku starszej koleżanki.
- Aleo, nie powinnaś się tak narażać - zaczęła wolno Tatiana, już
poważnie. - Michael jest znany z... bycia wrednym.
Lizzy skwapliwie przytaknęła koleżance głową. Erin za to westchnęła
głęboko.
- No ale jak ja miałam to przemilczeć? On się zachowywał, jakby był
lepszy od wszystkich innych... - Zawahała się, widząc spojrzenia
przyjaciółek, i urwała. - No co?
Tatiana ukryła twarz w dłoniach, a Lizzy pacnęła się ręką w czoło.
- O kurczę, o kurczę! Zupełnie zapomniałyśmy o najważniejszym! -
wykrzyknęła z żałością. - Myślałam, że po usłyszeniu nazwiska dla
każdego to jest już oczywiste, ale przecież ty jesteś Echem...
- O co chodzi? - zapytała Erin, zupełnie zdezorientowana.
- Aleo, on jest lepszy! - pospieszyła z wyjaśnieniem Lizzy. - To jest
Michael Castalaw, najmłodszy członek Królewskiego Rodu Wampirów!
Dziedzic Regana Castalawa, Ojca rodu Castalawów! Myślisz, że dlaczego
jest liderem, skoro jest na czwartym roku, podczas gdy wszyscy inni
przywódcy bractw są z piątego? Dla Wampirów on jest autorytetem nawet
niezależnie od szkolnej hierarchii!
Erin musiała przetrawić to, co usłyszała.
- Każdy rodzaj ma własny system rządzenia i własnych przywódców -
zaczęła Tatiana pouczającym tonem. - Wszyscy wybierani są jednak na
podstawie jakiejś wersji demokracji. Poza Wampirami. U Wampirów nadal
panuje monarchia. I to taka trudna do obalenia, bo u nich krew naprawdę
ma znaczenie: królewska daje dodatkowe zdolności. Tylko że dziedziczy
się je za pomocą przemieniania dziedziców, a nie rodzenia ich.
- Przepraszam, co...?
- Widziałaś obraz nad bractwem Wampirów? - Tatiana odpowiedziała na
pytanie pytaniem.
Erin skinęła głową.
- To jest portret trzech przodków Królewskiej Krwi! Nie tych faktycznie
najstarszych, no ale pierwszych, których wygląd jest historycznie znany.
- W tonie Zmiennokształtnej było słychać, że szykuje się kolejny wykład.
- Wszystkie Wampiry podlegają trzem pradawnym rodzinom, które
zapoczątkowały cały rodzaj. Ród Buyantów, odnotowany po raz pierwszy w dzisiejszej Mongolii, Ród Zenawiów, który panowanie zaczynał na terenach
obecnej Etiopii, i Ród Castalawów, pierwotnie gdzieś z zachodniej części
Ameryki Południowej. - Tatiana wypowiedziała nazwisko Michaela ze
szczególnym naciskiem, jakby Erin miała szansę nie połączyć faktów.
- Te ich nazwiska to nie brzmią jak jakieś superpradawne... - zauważyła
Erin, ale już nie była taka pewna siebie.
- No bo nazwiska się zmieniają - oznajmiła Tatiana odrobinę
niecierpliwie. - Trochę na zasadzie dynastii... Nieważne.
- Tylko to wyciągnęłaś z jej przemówienia? - zapytała z nieśmiałym
zdziwieniem Lizzy.
- Em, nie - przyznała Erin. - Trochę mnie też zastanawia, po co
potężnym, nieśmiertelnym Wampirom siedemnastoletni dziedzic...
Tatiana westchnęła ciężko i zabrała się za kolejne, ponure wyjaśnienia.
W skrócie sprawy miały się tak, że Wampiry Królewskiej Krwi były
szybsze, silniejsze i bardziej odporne od pozostałych. Jeśli decydowały
się kogoś przemienić w zwykły sposób, stawał się on zwykłym Wampirem,
ale transformacja i tak była wyjątkowo bolesna i wymagająca. Do tego
stopnia, że nie wszyscy mieli szanse ją przetrwać. Ci, którym się udało,
nie otrzymywali jednak za fatygę żadnych przywilejów. Aby stworzyć
kolejnego Wampira Królewskiej Krwi, który odziedziczy pradawną potęgę,
trzeba było w czasie przemiany dopilnować specjalnego rytuału.
Cel kreowania dziedziców był tymczasem banalny i dziwaczny jednocześnie.
Pradawne Wampiry niełatwo było usunąć, jednak w jakimś momencie same
podejmowały one decyzje o odejściu. Nie istniał bowiem żaden sen
wieczny, w który mogły zapaść, a przy tym sypiały mało - prawie wcale.
Trwanie w świecie, który biegł nie ich czasem, z bagażem
odpowiedzialności, jaką u tego rodzaju niosła ze sobą królewska władza,
ostatecznie każdemu po prostu... brzydło.
- Czyli chcecie powiedzieć... - zaczęła wolno Erin, kiedy wszystko już
sobie poukładała w głowie - że nazwałam bezczelnym, aroganckim dupkiem
kogoś bardzo, bardzo ważnego?
- Tak! - odpowiedziały jednocześnie jej współlokatorki z rozbawieniem w oczach.
- Ale jeśli cię to pocieszy - dodała Tatiana spokojnie - to on naprawdę
jest bezczelnym, aroganckim dupkiem.
Lizzy pokiwała głową, szczerząc się w uśmiechu. Erin jęknęła i ukryła
twarz w dłoniach. Nie wiedziała, co frustrowało ją bardziej - to, że jej
podświadomość nadal dawała się nabrać na cały ten wampirzy czar i nie
potrafiła czuć wobec Michaela wyłącznie czystej nienawiści, czy to, że
będzie musiała go przeprosić. Wiedziała za to, jaką radę miałaby dla
niej Bethany: "Gdy jesteś człowiekiem ukrywającym się w senturalnej
szkole, to spróbuj poczekać chociaż trzy dni, zanim zaczniesz obrażać
najważniejsze Wampiry w okolicy...".
Erin jęknęła po raz kolejny.
5.
Tajemnica, obietnica, złośnica
Tatiana Lennox szła typowym dla siebie, trochę sztywnym krokiem przez
korytarz, mijając drzwi prowadzące do sal lekcyjnych. Zajęcia zaczynały
się dopiero od poniedziałku, ale segment szkolny już teraz był otwierany
w ciągu dnia, by dać możliwość organizowania się różnym klubom i kołom
naukowym. Dziewczyna skręciła za róg i o mały włos na kogoś nie wpadła.
Podniosła szybko wzrok i zamarła zszokowana.
- Witaj, Tatiano - odezwał się niski głos.
Krótkie ciemne włosy, praktycznie czarne oczy, śniada skóra, silne
ramiona, proste plecy, beznamiętny wyraz twarzy i poważne spojrzenie z przeznaczoną tylko dla niej iskrą ciepła. Tak prezentował się Diego
Vélez Reyes, Łowca z piątego roku, zastępca lidera własnego bractwa i przy okazji chłopak, który pocałował ją w te wakacje.
- Przestraszyłem cię? - zapytał, bo zauważył, że drgnęła.
- Spieszę się - wymamrotała dziewczyna, patrząc gdzieś w bok, i znów
zaczęła iść przed siebie. Diego odwrócił się za nią.
- Będziesz teraz udawała, że się nie znamy? - zapytał, nim zdążyła się
na dobre oddalić.
Tatiana przymknęła na chwilę oczy.
W te wakacje pracowała u wujka w knajpie nad jeziorem jako kelnerka.
Diego zatrudnił się jako ratownik. Drugiego dnia zdali sobie sprawę, że
kojarzą się z widzenia z Mallaroy. Czwartego dnia Tatiana już czuła się
zakochana, a przy tym gotowa wypierać te emocje do końca świata. Kiedy
ostatniego dnia pobytu ją pocałował, uciekła bez słowa, przerażona.
Otworzyła oczy ponownie, wzięła głęboki, ale cichy oddech i znów
zwróciła się w jego stronę, cały wysiłek wkładając w to, by zwalczyć
zmieszanie.
- Chodziliśmy do tej samej szkoły przez ostatnie dwa lata i nigdy nie
miałeś problemu z tym, że nie rozmawiamy - zauważyła.
Diego znów się zbliżył. Wysoki, wysportowany, wiecznie czujny. Cały czas
zdawał się oczekiwać ataku. Tatiana zastanawiała się, czy jego mięśnie w ogóle potrafią się rozluźnić.
- Wtedy cię nie znałem - zauważył.
Dziewczyna zamilkła na chwilę, modląc się o jakąś drogę ucieczki.
Przerobiła w swoim życiu już wiele różnych podręczników, ale żaden nie
nauczył jej, jak radzić sobie z własnym sercem.
- Teraz też mnie nie znasz.
- Tatiano...
Diego zawsze wyglądał surowo. Trochę złowrogo, ale przede wszystkim
poważnie, jakby nigdy w życiu z niczego nie zażartował. Był oszczędny w słowach i, jak wielu Łowców, zdyscyplinowany. Z całej obsługi w restauracji tylko ona z jakiegoś powodu zasłużyła sobie na odrobinę
serdeczności w jego czarnych oczach.
Pojawił się w jej życiu znikąd i w trzy tygodnie wszystko zepsuł!
Tatiana lubiła siebie i swoją samotność. Była małomówna, trochę
melancholijna i w pełni zdolna sama sobie zapewnić rozrywkę - nie
potrzebowała do tego obecności drugiej osoby. Czasem wręcz przeciwnie,
inni wysysali z niej całą energię i im mocniej próbowali wciągnąć ją do
rozmowy, tym bardziej pragnęła już nigdy się nie odezwać.
Spory kawałek życia zajęło jej zrozumienie, że może być inna niż
większość osób z jej kręgów. Że nie jest im winna nic poza szacunkiem.
Wszyscy zdawali się od niej oczekiwać już na starcie, że będzie pięknie
się śmiać, z entuzjazmem podtrzymywać każdą konwersację, angażować się
we wspólne aktywności i zawsze, zawsze mieć energię na zabawę. Więcej -
że będzie głośna, dynamiczna, zaczepna... Nie była, więc dostawała wciąż
sygnały, że powinna się dopasować. Jej milczenie uznawane było za brak
wychowania. Jej spokojne, wyciszone usposobienie prowokowało
podejrzenia, że może jest głupia albo nudna, albo bardzo nieśmiała, albo
przestraszona, albo wredna, albo po prostu coś z nią jest nie tak.
Dlatego spory kawałek życia zajęło jej dojście do wniosku, że inni mogą
się z takimi pomysłami wypchać. Nie mieli prawa do jej uśmiechu, do jej
czasu ani myśli. Uroili sobie, że mogą tego od niej wymagać, ale to nie
był jej obowiązek - zabawiać ich i obnażać swoje wnętrze. Jeśli ktoś nie
umiał tego zrozumieć... Nie jej problem.
Skończyła z próbami wpasowania się w grona, które oczekiwały, że się dla
nich zmieni. Wybierała towarzystwo ostrożnie i dużo czasu poświęcała na
książki, seriale czy podcasty, bez innych dookoła, bo to lubiła
najbardziej. Samotność przynosiła jej szczęście, jednak mało osób
potrafiło to zrozumieć, stała się więc ekspertką w budowaniu wokół
siebie murów. Nie za bardzo potrzebowała za nie wychodzić. Wciąż nie
miała pojęcia, jakim cudem Diego prześlizgnął się do środka. Wziął ją z zaskoczenia. Dostrzegła go dopiero, gdy był już bardzo blisko i ani razu
nie powiedział jej, że powinna się uśmiechnąć.
Nie miała pojęcia, co dalej. Nie umiała budować takich relacji, więc gdy
ją wtedy pocałował, uciekła. Wciąż uciekała.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytała i miało to być pewne siebie, ale
wyszło nieśmiało. Jego spojrzenie mocno ją krępowało, bo od czasu
wakacji nie raz złapała się na myśleniu o nim. Teraz czuła irracjonalny
lęk, że Łowca o wszystkim wie.
- Chciałbym cię przeprosić - poinformował ją jak zwykle zbyt oficjalnie.
- Za co?
- Za pocałunek - wyjaśnił Diego, nadal patrząc prosto w jej
ciemnobrązowe oczy. - Już nigdy później cię nie zobaczyłem. Nie było
moim zamiarem zrobienie czegoś, co wywoła w tobie negatywne emocje.
Zmiennokształtna uciekła na chwilę wzrokiem w bok, przytłoczona tym, co
czuła. Gdy znów na niego spojrzała, w głowie słyszała znane już jęki
nadwyrężanego muru. Była pewna, że przez jej źrenice da się dojrzeć jego
pęknięcia.
- Nie powinieneś całować osób bez żadnego ostrzeżenia - mruknęła
wreszcie.
- Nigdy wcześniej nie miałem tego w zwyczaju - przyznał. - Czy
przyjmujesz moje przeprosiny?
Westchnęła, czując, jak jej żołądek skręca się ze wstydu i głupiej
ekscytacji jednocześnie.
- Tak - oznajmiła wreszcie.
Chłopak skinął głową.
- Świetnie. Dziękuję.
Odszedł, nie zdradzając nic więcej, ale za rogiem jego kontrola odrobinę
się zachwiała. Wyostrzył zmysł słuchu do granic swoich możliwości tylko
po to, żeby sprawdzić, czy szybciej biło jej serce.
* * *
Środa. To była pierwsza myśl Erin po otworzeniu oczu. Środa była złą
wiadomością. Środa znaczyła, że zostały jej niecałe trzy dni na
odkręcenie wszystkiego, co nawykręcała w ciągu poprzednich dwóch. Długą
chwilę leżała na plecach i gapiła się na belki pod materacem Lizzy, na
górze piętrowego łóżka. Jej młodsza koleżanka właśnie zamykała za sobą
drzwi pokoju, wychodząc do łazienki. To była dobra okazja na rozmowę z Tatianą.
Erin polubiła Lizzy prawie od razu, bo Lizzy trudno było nie lubić.
Jeśli chodziło o Tatianę - potrzebowała chwili, by się zorientować, że
milczenie przerywane ponurymi komentarzami to jej normalny sposób
komunikowania się ze światem, a nie wyraz niechęci. Jednak chociaż z Lizzy o wiele łatwiej było się dogadać, to Tatiana - ze swoim
opanowaniem i zamaskowaną wrażliwością - wydała się Erin lepszą
powierniczką tajemnic. Tak więc, gdy kroki blondynki na korytarzu
ucichły, dziewczyna podniosła się z łóżka.
- Tatiano? - zaczęła wolno, układając sobie w głowie to, co chce
powiedzieć. To było bardzo ważne; jedno złe zdanie i mogła mieć kłopoty.
Zmiennokształtna była jeszcze w piżamie, z satynowym czepkiem na głowie.
Często w nim spała, bo świetnie chronił jej naturalne loki. Poduszkę
także miała satynową i obecnie opierała się o nią plecami, pogrążona w lekturze. Na dźwięk swojego imienia podniosła głowę.
- No?
- Gdyby, czysto teoretycznie, ktoś chciał na jakiś czas zdjąć
identyfikator, to wiesz może, jak to zrobić?
Wyraz twarzy Tatiany lekko się zmienił. Patrzyła teraz na koleżankę
podejrzliwie i z większą uwagą.
- Gdyby ktoś chciał coś takiego zrobić, to powiedziałabym mu, że to
bardzo głupi pomysł, i zapytała, czy słuchał choć trochę profesor Dhami
na rozpoczęciu roku - oznajmiła wolno.
Atmosfera w pokoju zrobiła się odrobinę napięta. Erin rozważała przez
moment, czy naciskać, ale nie czuła się bezpiecznie po takiej reakcji.
Westchnęła więc tylko i odwróciła wzrok. Na jej twarzy pojawiło się
rozczarowanie, które czujna Tatiana natychmiast dostrzegła. Przez chwilę
ze sobą walczyła: pomóc czy nie zawracać sobie głowy cudzymi problemami?
W końcu znowu się odezwała, tym samym tonem.
- Tak czysto teoretycznie - zaczęła, powtarzając po Erin - to
spróbowałabym u Alex Hughes z czwartego roku. To geniuszka wśród
Czarodziejów, choć mówi się, że jest też świrnięta.
Tatiana posłała jej jeszcze jedno, prawie ostrzegawcze spojrzenie, po
czym wróciła do lektury, rozmowę uznając za zakończoną. Na to Erin po
cichu liczyła. Gdyby to u Lizzy szukała rady, ta zbombardowałaby ją
pytaniami, domagając się szczegółowych odpowiedzi.
Erin chwilę jeszcze siedziała, gapiąc się na szafę, po czym wstała i zaczęła zbierać się do łazienki.
To było coś. Imię i nazwisko osoby, do której mogła się zwrócić. Miała
teraz o co zaczepić swoją nadzieję. Jednocześnie jednak czuła, że kopie
własny grób. Zdjęcie identyfikatora było wielkim wykroczeniem. Jak
szybko zostanie złapana, jeśli zacznie prosić o to obce osoby? Nie
podejmowałaby takiego ryzyka, gdyby... Gdyby... po prostu miała jakiś wybór.
* * *
Na śniadanie zeszły w trójkę. Tatiana milczała, Lizzy z ekscytacją
opowiadała fabułę jakiegoś nowego serialu, a Erin uśmiechała się
niespokojnie, raz po raz kiwając głową. Wystały swoje w kolejce i zajęły
ten sam co wczoraj okrągły stolik.
Ktoś rzucił głośno imię siostry Erin w momencie, kiedy właśnie unosiła
do ust szklankę soku pomarańczowego, i napój prawie wylądował na czarnym
T-shircie.
- Alea! - Lucas stanął tuż obok i patrzył na nią z tym swoim lekko
łobuzerskim uśmiechem na ustach. - Możemy się przysiąść?
Obok niego zaraz pojawił się wysoki ciemnoskóry chłopak w dżinsowych
szortach i czerwonej koszulce z krótkim rękawem. Miał czarne, raczej
krótkie gęste loki, symetryczny szeroki nos, odstające uszy oraz
ciemnobrązowe, wesoło błyszczące oczy.
- To jest Keith - przedstawił kolegę Wilkołak. Erin wyciągnęła rękę i uścisnęli sobie uprzejmie dłonie.
- Cześć - rzuciła pogodnie do obu, po czym wskazała na przyjaciółki. -
Siadajcie. To są Lizzy i Tatiana. Dziewczyny, oto Lucas, dzięki któremu
udało mi się donieść bagaże do pokoju.
Reszta tylko skinęła sobie głowami. Mieszkali na tym samym piętrze
znacznie dłużej niż Erin i chyba kojarzyli się z widzenia, ale
najwyraźniej wcześniej nie mieli okazji poznać się bliżej.
Erin zerknęła szybko na Lucasa, następnie powróciła uwagą do szwedzkich
naleśników na swoim talerzu. Była trochę zaskoczona tą nagłą otwartością
chłopaka. Zamienili ledwo kilka zdań, a ten pojawiał się nagle, gotowy
zjeść razem śniadanie. Nie widziała w tym nic złego - wręcz przeciwnie.
Podobała jej się ta bezpośredniość i w ogóle cały luz, jaki od Lucasa
promieniował.
- Jestem Wilkołakiem - powiedział nagle z dumą Keith, nabijając na
widelec jajecznicę, którą dzisiaj podawano podobno po norwesku, z kawałkami wędzonego łososia.
Lucas spojrzał na niego jak na wariata, po czym prychnął rozbawiony.
Keith chwilę jeszcze walczył o poważną minę, po czym też się
wyszczerzył. Dołączyła do nich ze swoim chichotem Lizzy, chociaż w jej
wykonaniu było to trochę nerwowe. Okazywała nieśmiałość przy osobach,
których jeszcze dobrze nie znała.
Tatiana przyglądała się wszystkiemu z dystansem.
- No co? - żachnął się w końcu Keith, widząc, że Lucas kręci głową.
- Stary, nie możesz tak po prostu rzucać takimi tekstami - oznajmił
drugi Wilkołak, ale nadal się uśmiechał. - To jest dziwne.
- Taaak? - Keith odgryzł kawałek chleba, po czym połknął go, ledwo
przeżuwając. - Lizzy, co ty uważasz? Nie myślisz, że gdyby każdy
przedstawiał się: "Cześć, jestem Keith, jestem Wilkołakiem", to nie
musielibyśmy nosić tych błyskotek? - Potrząsnął lewą ręką w powietrzu,
eksponując srebrny kleks na nadgarstku.
Lizzy znów się zaśmiała cicho, odrobinę zarumieniona.
- Sugerujesz, że wszyscy powinni nazywać się Keith? - podjęła Erin
niewinnie. Też już się szczerzyła. Chłopak miał w sobie trudny do
odparcia urok.
Śniadanie minęło na wesołym przekomarzaniu się i chociaż Tatiana
pozostała w charakterystycznym dla siebie milczeniu, to nowi znajomi nie
zdawali się jej irytować. Erin miała wrażenie, jakby byli paczką dobrych
kumpli. Obecność sympatycznych, zabawnych Wilkołaków sprawiała, że czuła
się dziwnie komfortowo i, o Kosmosie, jakże bardzo komfortu teraz
potrzebowała!
Był taki moment, kiedy Tatiana zniknęła, a Lizzy i Keith utknęli w kolejce po ciastka malinowe, przez co Erin i Lucas zostali sami przy
stoliku. Chłopak siedział rozparty beztrosko na krześle i przyglądał się
jej otwarcie. Na jego ustach błądził stale trochę zadziorny, cwaniacki
uśmiech. Dziewczyna zrobiła więc to samo - też zawiesiła na nim swoje
spojrzenie. Potargane włosy, koszulka ze spranym logo jakiegoś zespołu i język ciała, który mówił, że wszystko jest okej.
Odwróciła wzrok nieco gwałtownie, gdy do głowy wpadła jej myśl o Alei.
"Nie twoja szkoła, Erin. Nie twoje nowe przyjaźnie".
Cóż. Musiała odnieść tacę i znaleźć szaloną Czarodziejkę. Wstała więc,
pożegnała się z Lucasem krótko i skupiła się na tym, co ważne.
* * *
Alex Hughes, Alex Hughes, Alex Hughes... To imię i nazwisko pływało w głowie Erin, gdy wspinała się spiralnymi schodami na drugie piętro. Nie
miała jeszcze pojęcia, jak to rozegra, ale czas jej uciekał, nie mogła
więc czekać i się zastanawiać.
Chwilę stała przed bractwem Czarodziejów, gapiąc się w obraz starego
drzewa. Wreszcie jedno ze skrzydeł ciężkich drzwi otworzyło się,
pociągnięte od środka przez niskiego czarodzieja z białymi włosami.
Obrzucił on Erin podejrzliwym spojrzeniem, po czym przekroczył próg,
wracając do stukania w ekran smartfona.
- Ehm, przepraszam? Wiesz, gdzie mogę znaleźć Alex Hughes?
Czarodziej zatrzymał się i niechętnie znowu podniósł wzrok na Erin.
Widać było, że nie ma ochoty na żadną interakcję. Zaraz jednak, z lekkim
opóźnieniem, zdał sobie sprawę, o co jest pytany, i przez jego twarz
przemknęła nieufność.
- Pokój dwieście siedemdziesiąt dwa, ten z literką "b". Ale ostrzegam,
ona jest świrnięta - odparł wreszcie i w geście zaproszenia naparł na
drzwi, które już zdążyły się zamknąć.
Bractwo Czarodziejów różniło się nieco od tego należącego do
Zmiennokształtnych. Układ korytarzy i drzwi był właściwie taki sam, ale
ściany zostały pomalowane na delikatny szary kolor. Do tego wszędzie,
gdzie tylko się dało, ustawiono rośliny doniczkowe. Były takie odcinki,
na których przy każdych drzwiach stała gigantyczna donica z jakimś
kwiatem, przez co trzeba się było poruszać prawie slalomem.
Erin odnalazła właściwy pokój, wzięła głęboki oddech i zapukała.
- Otwarte! - odkrzyknął natychmiast czyjś głos zza ściany. Dziewczyna
ostrożnie nacisnęła klamkę, weszła niepewnie do środka i się rozejrzała.
Pokój był... oszałamiający.
Łóżka były dwa, widać było jednak, że lokatorka jest tylko jedna.
Wszędzie walały się otwarte książki, ubrania i inne bibeloty. Nie
brakowało także roślin. Zarówno regał, jak i komoda uginały się pod
ciężarem przedmiotów, a mimo to na podłodze stały dodatkowe pudła i jedna skrzynia. Przede wszystkim jednak uwagę przyciągały różnych
rozmiarów klatki dla ptaków, ustawione w przypadkowych miejscach,
chociaż po ptakach nie było śladu. Wypchane zostały przypadkowymi
rzeczami - od biżuterii i lakierów do paznokci przez długopisy, zeszyty
i ozdobne figurki po złożone starannie legginsy i skarpetki. Ściany
pokoju były białe, za to sufit ktoś niewprawnie pomalował złotą farbą w dziwne wzory. Erin podejrzewała, że mogły to być runy.
Twórczyni tego niesamowitego chaosu siedziała na biurku ze skrzyżowanymi
nogami. Na kolanach miała otwartą książkę, ale zamiast ją czytać,
pochylała się w lewo, notując coś w leżącym obok zeszycie. Kiedy Erin
weszła, dziewczyna przez chwilę jeszcze kończyła zapisywać zdanie, po
czym wyłączyła długopis i zadarła głowę.
- Cześć! - rzuciła przyjaźnie. Wcale nie wydawała się przejęta tym, że
ma do czynienia z obcą osobą.
- Alex Hughes? - upewniła się Erin, choć pokój był chyba wystarczającym
dowodem.
Czarodziejka skinęła głową. Jej fryzura była równie ekscentryczna co
pomieszczenie. Erin widziała jednocześnie drobne kitki, koczki i warkoczyki, jakby dziewczyna zaczęła się czesać kilka razy i za każdym
zapomniała skończyć. Najdziwniejsze było jednak chyba to, że ostatecznie
całość wyglądała całkiem... fajnie. Dziwnie, bardzo dziwnie, ale również
całkiem fajnie.
Erin wróciła myślami do zadania, ale nie wiedziała nawet, jak zacząć.
Pokój ją przytłoczył, a już bez tego zadanie było trudne. Co właściwie
miała powiedzieć?
"Hej, pomożesz mi złamać regulamin?"
"Cześć, obca osobo, czy umiesz zrobić coś, czego nie da się zrobić?"
"Dzień dobry, co powiesz na to, że muszę się zamienić miejscem ze swoją
bliźniaczką, bo jestem człowiekiem?"
Same wybitne opcje. Erin odetchnęła wolno, żałując, że nie jest na to
wszystko lepiej przygotowana. Cóż, teraz było już za późno.
- Hej. Nazywam się E... Alea. Słyszałam, że jesteś bardzo dobrą
Czarodziejką... - zaczęła ostrożnie - ...i zastanawiam się, czy byłabyś w stanie mi pomóc...
- Zależy w czym - przerwała jej wesoło Alex i zeskoczyła na ziemię. To
przyciągnęło uwagę Erin do jej bosych stóp. Jasna skóra obklejona była
ciemną ziemią.
Czarodziejka podeszła do jednego z łóżek, odgarnęła na bok stos papierów
i poklepała zachęcająco wolny kawałek materaca.
- Siadaj i mów - zaprosiła, wciskając dłonie do kieszeni bordowych
szarawarów. Za bluzkę robił jej czarny stanik sportowy, nic więcej.
Ośmielona przyjaznym zachowaniem dziewczyny i jej otwartością Erin
usiadła. Potem, zebrawszy się w sobie, wskazała na błyszczący,
bursztynowy ślad na swojej skórze.
- Muszę to zdjąć - oznajmiła wprost, stawiając na ograniczoną szczerość.
- Tylko na kilka godzin, ale muszę.
Alex nie usiadła obok. Stała przed nią i patrzyła z góry, marszcząc
lekko brwi.
- No dobra, to zdejmij. - Wzruszyła ramionami. - Co ja mam z tym
wspólnego?
Erin zamrugała kilka razy szybko, zszokowana. Zaczynała rozumieć, czemu
ostrzegano ją przed Alex. Wystrój pokoju to jedno, ale czy ta dziewczyna
naprawdę przez cztery lata pobytu w szkole nie zauważyła, że uczniowie
zdejmują identyfikatory tylko podczas ferii, wakacji i specjalnie
usprawiedliwionych wyjazdów? I to przy pomocy wykwalifikowanych
Czarodziejów z kadry profesorskiej! Erin była w tej szkole trzy dni, a już to wiedziała.
Odchrząknęła cicho.
- No... chodzi o to, że nie mogę tego zdjąć. Bo to się przecież trzyma na
magię. I dlatego przyszłam do ciebie.
Alex przechyliła lekko głowę, po czym potarła palcem masę perłową na
wierzchu swojej prawej dłoni. Gdy zabrała palec, przyjrzała się mu,
jakby oczekiwała, że identyfikator zostawi na nim plamę. Nie zrobił tego
oczywiście - substancja podróżowała po skórze w całości lub w ogóle.
- O kurczę! - zawołała Czarodziejka zafascynowana. W ogóle nie krępował
jej fakt, że odkryła to dopiero teraz. A może wiedziała już wcześniej,
ale zapomniała? - No dobra, to rozumiem, czemu mnie potrzebujesz. Chcesz
się tego pozbyć tylko na kilka godzin?
- Zdjąć, nie pozbyć, ale tak - zgodziła się Erin.
Ta różnica była bardzo ważna. Sprawienie na przykład, że identyfikator
rozpłynie się w powietrzu, w niczym by jej nie pomogło. Musiała go
przekazać siostrze.
Alex usiadła na podłodze, dokładnie w tym miejscu, w którym stała, i przyciągnęła do siebie najbliżej leżącą książkę, po czym otworzyła ją i zapisała coś długopisem na wewnętrznej stronie okładki, jakby to był
zeszyt. Erin, spędziwszy szesnaście lat z Aleą, która nie zbliżała się
do książek nawet z ołówkiem, wzdrygnęła się lekko na ten widok.
- Okej - powiedziała po chwili melodyjnym głosem Czarodziejka.
- Czyli możesz to zrobić? - Erin się ożywiła.
- Nie wiem. To znaczy, pewnie tak. Powinnam móc. Myślę, że tak. No mogę.
Mogę.
Słowa Alex nie zabrzmiały bardzo przekonująco, ale Erin mimo wszystko
ulżyło. Bała się, że Alex ją wyśmieje lub zaprowadzi do dyrektorów za
samą sugestię złamania regulaminu.
- No i zrobiłabyś to dla mnie?
Zapadła cisza. Alex ponownie zmarszczyła brwi i w jej fioletowych oczach
na chwilę pojawiło się głębokie skupienie. W końcu odetchnęła, a na jej
twarz wrócił pogodny uśmiech.
- Okej.
Erin nie mogła uwierzyć. Wszystko zaczynało iść zbyt gładko.
- Okej, że okej? To znaczy, tak po prostu?
Alex znów się zamyśliła.
- Nie. Właściwie to nie. Chcę czegoś w zamian.
A więc jednak. Erin spodziewała się takiej odpowiedzi. Nieco zdumiał ją
za to ton Alex. Czarodziejka sama siebie chyba właśnie zaskoczyła
pomysłem, by domagać się jakiejś formy wynagrodzenia. Rozmowa z nią była
zdecydowanie... dynamiczna.
- Okej, to co mam zrobić?
- A co możesz zrobić?
Erin zatkało. Czy to nie Alex powinna stawiać warunki? Zawahała się
chwilę.
- Mogę ci w zamian także w czymś pomóc.... - zaproponowała w końcu
niepewnie.
- Zgoda - padło natychmiast.
Pif-paf! Czarodziejka strzelała słowami jak kulami z pistoletu, za
każdym razem trafiając prosto w starannie ustawianą przez Erin strukturę
konwersacji.
- A w czym mam ci pomóc? - Dziewczyna zaczynała już trochę tracić
cierpliwość.
- Dobre pytanie. - Alex zamilkła, znów marszcząc brwi. - Możesz...
przetestować jakiś mój nowy wywar! Wymyśliłam kilka, ale nie wiem, czy
działają.
- Ile jest tych mikstur i jak mają zadziałać? - zapytała Erin
podejrzliwie. To brzmiało niebezpiecznie. Zdążyła się już przekonać, że
Alex jest trochę... nierozgarnięta. Picie niesprawdzonych substancji jej
roboty brzmiało jak bardzo zły pomysł. Zwłaszcza że cholera wie, jak
zadziałałyby na człowieka.
- Są cztery i tylko dwie trujące! Ale wystarczy mi, jak przetestujesz
jedną. - Uśmiechnęła się promiennie.
- Ehm... to może nie będę testowała tej trującej? - zaproponowała
nieśmiało Erin. - W ogóle może najpierw upewnisz się, że będą niegroźne?
Alex zrobiła dziwną minę, po czym się roześmiała.
- O rany, faktycznie. Głupio byłoby, gdybym dała ci truciznę. Okej,
zadbam o wszystko. Kiedy chcesz zdejmować ten identyfikator?
Erin nadal nie była przekonana, ale jaki miała wybór? Alex w końcu
zadała sensowne pytanie, trzeba więc było brnąć dalej.
- W sobotę. Rano muszę to zdjąć i dobrze byłoby, gdybym mogła chodzić
bez aż do wieczora. A potem znów założyć.
Alex złapała jej dłoń i przekręciła lekko, żeby przyjrzeć się uważniej
bursztynowemu identyfikatorowi.
- To cholernie dużo roboty. - Puściła Erin i znowu potarła własną,
perłową plamę. - Zaklęcia z najwyższej półki. Żeby je zneutralizować,
potrzebowałabym niezwykle rzadkiej rośliny. Nie bez powodu ostrzegają
nas, że nie da się tego zdjąć. - Mówiła beztrosko. Pewnym, pogodnym
tonem, jakby wcale nie przekazywała złych wieści. Erin zdała sobie nagle
sprawę, że Czarodziejka napomknęła o przemówieniu na auli, a przecież
jeszcze kilka minut temu nie pamiętała zupełnie, że identyfikator jest
magiczny! Zaczęło jej się nagle wydawać, że całe to szaleństwo jest
jedynie grą aktorską prowadzoną przez zupełnie normalną, zdolną
dziewczynę. Postanowiła jednak zostawić ten temat. Miała już dość na
głowie.
- Niech zgadnę: nie będziesz w stanie zdobyć tej rośliny? - Erin
skrzywiła się, czując rozczarowanie, ale znów się myliła.
- Nie, no coś ty. Mam ją tutaj, to ta. - Alex wskazała na parapet, gdzie
w doniczce stała smętna roślinka. Była wysoka na jakieś trzydzieści
centymetrów, miała grubą łodygę i drobne listki. Część z nich już
uschła, reszta oklapła smutno. Ziemia pod kwiatem była sucha jak wiór.
Erin wymusiła u siebie uśmiech, z powątpiewaniem przyglądając się
roślinie. Alex mówiła dalej:
- Chodzi o to, że mam trzy dni, żeby wszystko przygotować. To bardzo
mało jak na takie wyzwanie. Ale spoko, da się to załatwić.
Uśmiechnęła się tak, jakby chodziło o przestawienie samochodu, bo
zawadza komuś w manewrowaniu. Erin zaczynała mieć coraz więcej
wątpliwości, ale szalona Czarodziejka była jej jedyną opcją.
- No to... - Odchrząknęła, wciąż z pewnego rodzaju niedowierzaniem, że
wszystko poszło tak prosto. - To mamy umowę?
- Mamy, jeśli obiecujesz, że przetestujesz mój eliksir!
Nastolatka zawahała się po raz ostatni, po czym skinęła głową.
- Obiecuję - oznajmiła wreszcie i wyciągnęła dłoń w stronę Alex.
Jakby się nad tym zastanowić, picie nieprzetestowanych eliksirów było
jedną z najgłupszych rzeczy, na jakie mogła się zgodzić. Głupsze było
chyba tylko podszywanie się pod Zmiennokształtną bliźniaczkę w szkole
dla nienaturalnych istot. Tak że tego.
* * *
Pamela Payton bębniła brokatowymi paznokciami w blat długiego
bibliotecznego stołu.
- Przestaniesz w końcu?! - zaatakował ją Isaac Szymanski, lider
Wilkołaków.
Dziewczyna nie zareagowała. Była Wampirem, a Wampiry nie zniżają się do
poziomu psów tylko dlatego, że tamte szczekają.
- Ty cholerna... - zaczął Isaac znowu, ale Anthony Towner przerwał mu,
unosząc lekko rękę.
- Ej, spokojnie, załatwmy to szybko i będzie po sprawie - zaproponował.
- Już załatwiliśmy - zauważył cierpliwym tonem Emilio Cabrera, lider
Łowców. Jego czarne oczy śledziły uważnie wszystkich zebranych przy
stole. - Wszystko jest ustalone, tylko brakuje nam Czarodziejki.
- Technicznie rzecz biorąc, brakuje nam też pijawki - zauważył Isaac,
spoglądając prowokacyjnie w stronę Wampirzycy.
Pamela wygładziła ręką czarne włosy, poprawiła krótką, prostą grzywkę i dopiero wtedy odwróciła głowę w stronę Wilkołaka. Uniosła idealnie
wystylizowane brwi, po czym prychnęła z pogardą.
Wyglądała na dziewiętnaście lat i tyle też miała, chociaż była dopiero
na czwartym roku. Przemieniono ją w wieku lat szesnastu, jednak dokonał
tego członek rodu szlacheckiego - poniżej Królewskiej Krwi, ponad
zwykłymi nieśmiertelnikami - przez co jej ciało zmieniało się fizycznie
jeszcze przez trzy lata.
- W imieniu Michaela jestem tutaj ja - odparła Pamela, wykrzywiając
pociągnięte krwistoczerwoną szminką usta, jakby odzywanie się do
pozostałych liderów było dla niej prawdziwym cierpieniem.
- Za dużo schodków dla jego wysokości? - zapytał Isaac.
Dziewczyna prychnęła.
- Zbyt śmieciowe towarzystwo - poprawiła go, uśmiechając się perfidnie.
- Dość - uspokoił ich znów Anthony, błagając w myślach, żeby Natalie już
się pojawiła. Jak na zawołanie liderka Czarodziejów weszła do biblioteki
i powiodła dookoła zaciekawionym spojrzeniem.
- Spóźniłam się? - zapytała melodyjnym głosem.
Nikt jej nie odpowiedział, wszyscy jedynie spojrzeli na nią
niecierpliwie. Emilio przeszedł do konkretów.
- Wszystko jest już ustalone, wymiana będzie w piątek. Czy Czarodzieje
się zgadzają?
Dziewczyna skinęła głową. Wiedzieli, że się zgodzi, ale formalności były
formalnościami. Każde niedopilnowanie wymogów narażało ich na późniejsze
spory, a mieli ich wystarczająco dużo nawet bez pretekstów.
- Świetnie - podsumował Łowca. - Wszystko już jasne. Możemy iść.
Pamela wstała ze swojego miejsca i wygładziła obcisłą bluzkę. Takie
spotkania zawsze przebiegały paskudnie i Wampirzyca nigdy by się nie
zgodziła w nich uczestniczyć, gdyby nie to, że to sam lider ją poprosił.
Michael Castalaw chciał, by coś dla niego zrobiła, jak mogła więc
odmówić?
Opuściła bibliotekę jako ostatnia, kierując się do pokoju lidera swojego
bractwa.
* * *
- Ustalone? - przywitał ją władczy ton Michaela, który stał właśnie przy
biurku. Pamela uśmiechnęła się do niego słodko i z zadowoleniem skinęła
głową.
Pokój Castalawa był urządzony bogato, ale w nowoczesnym stylu. Na jednej
z szarych kanap siedział Jasper Blake. W prawej ręce trzymał kontroler
od konsoli, lewą chwilę pocierał włosy ścięte przy samej czaszce, potem
przeciągnął się leniwie i wrócił do gry. Miejsce na fotelu obok zajął
Christopher Flynn, który teraz patrzył na Pamelę z typowym dla siebie,
pełnym okrucieństwa uśmiechem.
Nie lubiła go. Właściwie żadnego z nich nie lubiła, ale byli najbliżej
Michaela, musiała więc ich tolerować.
Jasper był irytująco obojętny na wszystkie jej problemy. Miał kości
policzkowe jeszcze bardziej wydatne niż Michael i idiotyczne kolczyki w uszach, ponieważ w pełni zagojone dziurki nie znikały po przemianie w Wampira. Nie było dnia, żeby nie oglądała się za nim jakaś głupia,
zauroczona osoba, ale jedyne, co go naprawdę interesowało, to
imprezowanie poza murami szkoły. Jakim cudem ten zblazowany podrywacz
stał się najlepszym przyjacielem królewicza Wampirów - Pamela nie miała
pojęcia. Ją irytowało samo patrzenie na niego.
Christopher Flynn był jednak według niej jeszcze gorszy, bo w przeciwieństwie do Jaspera odznaczał się absolutną, niezaprzeczalną,
niewyobrażalną wręcz tępotą. Oraz, co gorsze, nie potrafił się nawet
dobrze ubrać. Był agresywny i nikt go nie lubił, dosłownie nikt, może
poza właśnie Jasperem. I całe szczęście, bo dzielili jeden pokój. Był
blady i prawie pół głowy niższy od swoich towarzyszy, a przy tym
wyglądał młodziej, bo przemieniono go bardzo wcześnie.
Cała ich czwórka znajdowała się na przedostatnim roku, ale wampiryzm i głupie zasady szkolne sprawiły, że wiek mieli niespójny. Christophera
przemienił zwykły nieśmiertelnik w wieku lat piętnastu i taki też
wizualnie pozostał. Trafił od razu na drugi rok, więc teraz miał lat
siedemnaście. Jasper też nie miał szlachetnej krwi. Wyglądał na
osiemnaście lat, a w rzeczywistości miał już dwadzieścia. Wrzucono go po
przemianie na drugi rok w myśl idei, że czasu Wampirów zmarnować i tak
się nie da, bo mają go aż nadto. Pamela była rok od Jaspera młodsza
mentalnie i rok starsza fizycznie z powodu krwi Paytonów, która
odroczyła zamrożenie jej rozwoju o trzy lata. Michael z kolei miał lat
siedemnaście, czyli tyle, co Christopher, ale w przeciwieństwie do
Flynna wyglądał na swój wiek. Dziesięcioletnia faza dopełniania
przemiany Królewskiej Krwi sprawiła, że mógł pójść do szkoły jako Wampir
w adekwatnym wieku, nie ryzykując utknięcia w skórze dziecka na całe
nieżycie. Jego ciało miało się starzeć jeszcze sześć lat.
Albo w skrócie: Michael Castalaw miał najlepiej, Pamela Payton była
wiecznie zazdrosna, Christopher Flynn wyglądał jak dzieciak, a radził
sobie z emocjami niczym niemowlę, a Jasper Blake był na to wszystko
odrobinę za stary.
- Zacznie się w piątek - oznajmiła Pamela, odrzucając włosy do tyłu
wyćwiczonym ruchem.
- Piątek? Tak się boją, że aż to odwlekają? - zadrwił Chris, poprawiając
postawione na żel brązowe włosy.
- Nie mają się czego bać - zauważył Jasper, na chwilę odrywając się od
gry wideo. - W najgorszym wypadku posmakują tej samej porażki, co rok
temu. A w najlepszym nas pokonają. Nawet to się nieraz zdarzało.
- Zamknij gębę, Jasper, nie wiesz, co mówisz - syknęła dziewczyna,
piorunując go wzrokiem. Potem zerknęła szybko w stronę lidera.
Michael spojrzał na znajomych chłodno.
- Może i się kiedyś zdarzało - stwierdził spokojnie - ale wtedy nie ja
tu rządziłem.
Zapadła cisza. Pamela Payton rozciągnęła pomalowane szminką wargi w szerokim uśmiechu i spojrzała na niego z aprobatą.
6.
Ładne ściany, brzydkie charaktery
- Alea? Aleo! Jesteś tu?!
Ktoś pstryknął dziewczynie palcami przed nosem i nastolatka natychmiast
wróciła na ziemię. Siedzieli całą paczką przy śniadaniu, ale Erin
poświęcała więcej uwagi własnym myślom niż nowym znajomym.
- Co cię tak pochłania? - zapytał Keith, tak energicznie przy tym
wbijając widelec w menemen, że kawałek jajka wystrzelił do góry i prawie
spadł na Lucasa. Chłopak odsunął się natychmiast od przyjaciela na
bezpieczną odległość i również zawiesił pytające spojrzenie na Erin.
Tatiana i Lizzy poszły w jego ślady i dziewczyna poczuła się jak na
jakimś przesłuchaniu. To było właśnie najgorsze w całym tym ukrywaniu
się i utrzymywaniu sekretów. Każde pytanie lub spojrzenie mogło sprawić,
że serce biło jej szybciej ze stresu.
- Jest piątek, trzeba wybrać przedmioty, a ja nadal nie mam pojęcia
jakie - mruknęła. "Co moja siostra chce, żebym jej wybrała" byłoby
właściwszym stwierdzeniem, ale tę wersję Erin zachowała dla siebie.
Alea zniknęła jak kamień rzucony w wodę i nie dało się z nią
skontaktować. Oczywiście, Erin miała jako takie pojęcie, co jej
bliźniaczka by wybrała, ale nie podobało jej się podejmowanie decyzji za
nią. W dodatku wszystko to stanowiło mniejszy problem. Większy polegał
na tym, że wielkimi krokami zbliżała się sobota.
Już jutro miała zdjąć identyfikator i przekazać go siostrze oraz raz na
zawsze opuścić szkołę. Niestety, nie mogła całego planu potwierdzić z Aleą ani poszukać u niej słów wsparcia. Telefon bliźniaczki ciążył jej w kieszeni, gdy zabierała go gdzieś ze sobą, i wypalał metaforyczną dziurę
w jej walizce, kiedy trzymała go w pokoju. Wszystkie inne kanały
informacyjne - tak jak się spodziewała - zawiodły.
Ufała Alei. Wiedziała, że skoro obiecała ona wrócić w sobotę, to wróci.
Jeśli tego nie zrobi, będzie to oznaczało, że coś poszło nie po jej
myśli - że wyjazd wcale nie był bezpieczny, że Eve nie należało ufać,
lub może ktoś z sieci senturalnych szkół, przed którymi Eve je
ostrzegała, pokrzyżował im plany. Te myśli przerażały Erin znacznie
bardziej niż siedzenie w szkole pełnej Wampirów. Zarówno ona, jak i Alea
zawędrowały w bardzo odległe miejsca, obie w ciemno. Czasem wydawało się
to tak nierealne, że aż śmieszne. Innym razem Erin nachodziła myśl, że
są nieodpowiedzialnymi idiotkami i tyle.
- Dziewczyno, masz poważne problemy z koncentracją.
Głos Lucasa dobiegł do niej dziwnie stłumiony i zdała sobie sprawę, że
znów się wyłączyła. Na szczęście Wilkołak nie był zirytowany, tylko
rozbawiony. Patrzył na nią tym swoim zawadiackim, trochę zaczepnym
spojrzeniem, z ciekawością, która odrobinę ją krępowała. A wierzcie lub
nie, Erin Lanford rzadko się to zdarzało.
- Przepraszam, co mówiłeś?
- Nieważne. - Machnął obojętnie ręką. - Po prostu wybierz to, przy czym
będziesz się dobrze bawić. Albo nie wybieraj tego, czego nie lubisz.
- Albo wybierz to, co lubisz. Albo nie wybieraj tego, przy czym się źle
bawisz - dodał teatralnie Keith. Słowa Lucasa rzeczywiście zabrzmiały
trochę idiotycznie.
Tatiana nie powiedziała nic na głos, ale jej mina zdradzała, że ta
rozmowa jej nie imponuje. Lizzy posłała jej jeden ze swoich słodkich
uśmiechów, który zawsze pojawiał się, gdy czuła, że jej współlokatorka
zbliża się do dziennego limitu interakcji towarzyskich.
Keith musiał coś z tej interakcji wyczytać.
- Luzuj, Lennox - rzucił, szczerząc się szeroko. - Lepszego towarzystwa
niż my w tej szkole nie znajdziesz!
- Ona nas wszystkich uwielbia w milczeniu - wyjaśniła Lizzy niewinnie i przytknęła przyjaciółce palce do policzków, próbując siłą rozciągnąć jej
usta w uśmiechu. Tatiana trzepnęła ją po łapach.
- Lizzy, co ty wyprawiasz?!
- Au! No wiesz co...!
- Na twoim miejscu bym uważał, gdzie pchasz te swoje małe rączki. -
Lucas się zaśmiał.
- Nie wierzę - mruknęła Tatiana sama do siebie. - Jesteście czasem
bardzo dziecinni - oznajmiła już głośniej, niby z wyrzutem, a jednak
kąciki jej pełnych warg zaczęły wbrew woli lekko wędrować ku górze.
- Nie jesteśmy! - odkrzyknęli jednocześnie Lizzy i Keith, spojrzeli na
siebie zdumieni i wybuchli śmiechem. Erin powiodła wzrokiem po twarzach
towarzyszy, kręcąc głową z udawaną dezaprobatą.
- No dobra, wariaci. - Wstała z krzesła i podniosła swoją tacę. - Zmywam
się stąd, póki jeszcze nie gapi się na was cała stołówka.
Rzuciła im pożegnalny uśmiech i ruszyła na poważnie pomyśleć o nieszczęsnej liście przedmiotów. Głównie po to, żeby nie zacząć myśleć o identyfikatorze, bo wtedy wpadała zawsze w krótką panikę, że może Alex
Hughes niczego nie zrobi i wszystko szlag trafi.
- Niegłupie - zdecydowała Tatiana. Przełknęła ostatni kęs gofra i również się podniosła. - Do zobaczenia w bibliotece.
Przy stole została więc już tylko trójka. Lizzy uświadomiła sobie nagle,
że jest sama z dwoma chłopakami, i poczuła dyskomfort.
Chociaż chodziła do Mallaroy już trzeci rok, nie zdobyła właściwie
żadnych bliskich przyjaciół. Czasem wydawało jej się, że ma charakter,
który po prostu trudno jest polubić. Na początku znajomości była
nieśmiała i zestresowana, potem robiła się chyba za głośna i zbyt
nachalna. Nikt nie brał jej na poważnie. Do tej pory tylko Tatiana dała
jej poczucie prawdziwego komfortu i akceptacji, mimo swojego ponurego,
powściągliwego usposobienia.
Spojrzała teraz na Wilkołaki, przestraszona wizją, że jej nie polubią. W grupie coś takiego zawsze się rozmywało, ale kiedy była z nimi sam na
sam?
Wbiła wzrok w talerz po calentado.
Posiłkami w Mallaroy zarządzał Wampir, co można było uznać za dość
ironiczne, bo jedyną rzeczą, której organizm ich rodzaju nie odrzucał,
była krew bez sentury, a więc krew ludzka. Wszystko inne zwracali w konwulsjach. Naczelny kucharz zachował jednak nabytą podczas życia pasję
do gotowania, a długowieczne istnienie pozwoliło mu poznać wiele różnych
miejsc i kultur oraz ich potrawy. Dlatego też darmowy bufet każdego dnia
oferował dania z różnych stron świata. Dziś Keith atakował wykonaną po
turecku jajecznicę z pomidorami i papryką, Tatiana mogła cieszyć się
belgijskim gofrem śniadaniowym, a Lizzy kolumbijskim calentado z dodatkiem awokado i arepy z mąki kukurydzianej.
Niekończącą się różnorodność smaków, jakie pojawiały się w szkolnej
stołówce, można było postrzegać jako pewną metaforę. Sentura, istniejąc
obok natury, przecinała różne kręgi społeczne i kulturowe, dorzucając
kolejną warstwę zwyczajów i porządków. Rodzaje tworzyły w niektórych
obszarach życia nowe podziały i rywalizacje, inne za to przełamywały lub
zmieniały znacząco.
- Ehm, ja... ja też muszę już iść - oznajmiła wreszcie trochę nerwowo
Lizzy, przerażona odejściem współlokatorek. Zerwała się z miejsca i umknęła jak spłoszone zwierzę. Na korytarzu dogoniła Tatianę i dopiero
wtedy odetchnęła z ulgą, czując się znów pewnie.
Tatiana była samotniczką z wyboru. Unikała tłumów, ale wcale się ich nie
bała. Raczej ją one męczyły. Nie próbowała się zmieniać i dopasować do
innych, i może dlatego właśnie Lizzy podziwiała ją i polubiła niemal
natychmiast, gdy rok temu z powodu roszad w bractwie wylądowały w tym
samym pokoju.
Wilkołaki tymczasem spokojnie kończyły posiłek w jadalni. Lucas
przeciągnął się, prostując ręce nad głową i odchylając się nieco do tyłu
na krześle.
- Lubię je - stwierdził jakby od niechcenia. Keith zerknął na niego
pytająco, nie przestając przeżuwać. Lucas jednak wytrzymał to spojrzenie
w milczeniu. Opuścił ręce i wzruszył ramionami.
- No spoko - skomentował więc Keith, kiedy już przełknął. - Ja też.
Ciebie też lubię, ty lubisz mnie. Pozostaje więc nam się modlić, że one
lubią nas, i możemy stworzyć pierwszy na świecie pięcioosobowy trójkąt
przyjaźni - zdecydował, po czym wepchnął sobie do ust kolejną porcję
jajek.
Lucas tylko prychnął z rozbawieniem, ale spojrzenie miał pełne szczerej
sympatii.
* * *
- Nienawidzę cię.
To było pierwsze, co Erin usłyszała po odebraniu połączenia przez
Bethany. Zaśmiała się cicho.
- Cześć, B, miło cię słyszeć.
- O nie, moja droga, nie próbuj mi tu wcisnąć żadnego miłosłyszenia.
Wiesz, jak ciężko jest udawać, że mam w pokoju chorą koleżankę?!
Tydzień. Prawie TYDZIEŃ już cię nie ma. Co ty sobie wyobrażasz?! Wiesz,
co dziś musiałam zrobić? Sztuczne rzygi!!
- Feee... B, możesz oszczędzić mi szczegółów?
- Nie ma mowy. Wysłuchasz o każdej ohydnej czynności, jaką wykonałam.
Wszyscy się robili podejrzliwi, zwłaszcza nasze sąsiadki, bo nikt nie
widział ani kawałka ciebie od soboty. Pielęgniarka szkolna się też
zaczęła interesować. Musiałam powiedzieć, że przechodzisz najgorszą
miesiączkę świata, i sięgnąć po drastyczne środki - jęknęła nastolatka.
- No więc słuchaj i żałuj za swoje grzechy. Mąka, płatki owsiane, sok
pomarańczowy, chleb porwany na kawałki, masło orzechowe i ananas
kandyzowany. Wyobraź sobie, jak to wszystko mieszam w jedną, paskudną
breję w misce, a potem ostentacyjnie wynoszę do łazienki. Że niby wiesz,
rzygasz. To było o-krop-ne!
Erin wybuchła śmiechem, przez co po drugiej stronie linii Bethany
wciągnęła ze świstem powietrze.
- Serio, B, założę się, że ten rekwizyt nie był aż tak niezbędny... -
Wiedziała, że jej przyjaciółka lubi iść na całość i zawsze trochę za
bardzo się angażuje. - Zdajesz sobie sprawę, że jestem twoją dozgonną
dłużniczką, prawda? - dodała jednak zaraz poważniej, bo rozumiała, jak
ciężkie zadanie zrzuciła na swoją przyjaciółkę. Alea ryzykowała coś dla
Eve, Erin dla Alei, Bethany dla Erin... Łańcuch kłamstw się wydłużał.
- No raczej - mruknęła Bethany. - No to mów, jak ci idzie.
Erin westchnęła.
- Nadal liczę, że pięćdziesiąt procent planu i pięćdziesiąt procent
szczęścia da sto procent sukcesu.
- O nie... Ale wrócisz tu w sobotę? Słowo daję, Erin, jeszcze kilka dni i wszystko wyjdzie na jaw, więc lepiej zabieraj ten swój zakłamany tyłek z powrotem do Bloomington, póki jeszcze go masz!
- Już, już, spokojnie, Mistrzu Sztucznych Wymiocin. Będę w sobotę po
południu i mam nadzieję, że Alea też.
* * *
Lucas znalazł Erin na balkonie przy ich bractwach, kiedy kończyła
zapisywać Aleę na przedmioty fakultatywne w dzienniku elektronicznym.
Była tak skupiona na stukaniu w ekran telefonu, że nie usłyszała nawet,
gdy się zbliżał, i drgnęła gwałtownie, kiedy stanął tuż obok.
Chłopak uśmiechnął się szeroko i zrobił krok do tyłu, dając jej więcej
przestrzeni.
- Coś ty taka nerwowa, hm...? - mruknął i posłał jej zaintrygowane
spojrzenie.
Erin odwróciła się i odpowiedziała własnym uśmiechem. Była zazwyczaj
osobą dość bezpośrednią i beztroską, ale w Mallaroy nie miała na to
miejsca. Z powodu własnych oszustw oraz dlatego, że otaczały ją nagle
senturalne istoty. Lucas przypominał jej o tym, co sama zgubiła gdzieś
po drodze: swobodę.
- Nudzi ci się? - zapytała żartobliwie, bo wciąż stał przed nią na
balkonie bezczynnie z rękoma w kieszeni i tylko się gapił.
Chłopak pokręcił przecząco głową.
- Nie. Szukałem cię - wyjaśnił. Piwne oczy patrzyły na nią przyjaźnie. -
Czas na rozpoczęcie roku. Powiedziałem Tatianie, że cię znajdę.
Dziewczyna uniosła jedną brew.
- Rozpoczęcie roku? - zapytała zdezorientowana. - Drugie?
Tym razem chłopak kiwnął głową.
- Tak. W poniedziałek było to oficjalne, szkolne. Teraz zaczyna się
nasze prywatne, uczniowskie. Chodź - rzucił i odwrócił się na pięcie,
nie tłumacząc niczego więcej.
* * *
Zeszli kręconymi schodami na parter internatu i odbili do biblioteki.
Panował tam straszny ścisk. Erin z niedowierzaniem rozglądała się na
boki, ledwo mogąc cokolwiek dostrzec zza pleców innych uczniów. Wszyscy
gromadzili się dookoła największego, długiego stołu, który ustawiony był
naprzeciw wejścia. Dziewczyna dała się ciągnąć Lucasowi przez tłum,
jednocześnie zadzierając głowę do góry. Nawet biblioteczna antresola
pękała w szwach. W końcu udało im się przepchać do miejsca, w którym
stały Lizzy i Tatiana. Po chwili dołączył do nich także Keith.
- Rok w rok to samo - mruknęła ciemnowłosa Zmiennokształtna ponuro,
splatając ręce za plecami.
Nienawidziła takich tłumnych wydarzeń. Było na nich za głośno i za
duszno. Ignorowała uczniowskie rozpoczęcia aż do zeszłego roku, kiedy
przydzielono jej pokój z pełną energii Lizzy. Entuzjazm blondynki zawsze
wychodził zwycięsko ze starcia z niechęcią Tatiany.
Erin wsparła się na ramieniu Lucasa i stanęła na palcach, żeby lepiej
widzieć. Na środku długiego stołu znajdowała się sporych rozmiarów
drewniana, obrotowa taca. Ustawiono na niej w równych odstępach pięć
identycznych, podłużnych szkatułek z ciemnego drewna. Przed nimi stali
liderzy bractw.
Natalie Liang ustawiła się najbardziej z boku i jak zwykle wydawała się
odrobinę niezainteresowana wszystkim dookoła. Obok niej Emilio lustrował
zebranych groźnym spojrzeniem ciemnych oczu. Niedaleko za nim ustawił
się jego zastępca Diego i Tatiana na chwilę zawiesiła na nim wzrok.
Jednak kiedy tylko spojrzał w jej kierunku, odwróciła gwałtownie głowę.
Potem zerknęła nerwowo na przyjaciółki, zastanawiając się, czy to
zauważyły. Anthony i Isaac rozmawiali o czymś, nachyleni do siebie, by
pokonać hałas w pomieszczeniu. Raz po raz zerkali na szkatułki.
Sprawiali wrażenie zrelaksowanych i w dobrym humorze, ale wystarczyło,
żeby lider Wilkołaków spojrzał w stronę lidera Wampirów, by atmosfera od
razu zrobiła się napięta. Ten ostatni stał na samym środku i zaszczycał
wszystkich swoim podłym uśmieszkiem. Za plecami miał czarnowłosą
dziewczynę, która gapiła się na niego z uznaniem.
- Kto to? - spytała Erin na tyle głośno, by Tatiana mogła ją usłyszeć w tłumie. - Ta dziewczyna obok Michaela, z grzywką?
- Pamela Payton, zastępczyni lidera - odpowiedziała niechętnie jej
przyjaciółka.
- Podobno nigdy nie oddaliła się od Castalawa na więcej niż metr - dodał
Keith.
Erin ponownie spojrzała na Pamelę. Wampirzyca miała skwaszoną minę,
jakby właśnie zjadła cytrynę. Obok niej dostrzegła dwóch innych Wampirów
- tych samych, którzy byli w salonie podczas idiotycznej sceny z kanapą.
Nikt z tej wampirzej elity nie wyglądał przyjaźnie.
Michael samym swoim wyrazem twarzy doprowadzał ją do szału. Nienawidziła
takich zadufanych w sobie osób. Nie dość, że był przekonany o własnej
wspaniałości, to jeszcze świetnie prezentował się w białej koszuli ze
starannie podwiniętymi rękawami... Chwila, co? Pieprzony wampirzy czar,
serio. Erin miała ochotę coś (albo kogoś) kopnąć.
Wampir dostrzegł ją w tłumie i uśmiechnął się jeszcze wredniej. No tak,
Anthony obiecał mu, że dziewczyna go przeprosi.
- Niedoczekanie - mruknęła Erin, podejmując walkę na spojrzenia.
Nie po raz pierwszy poczuła się, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodowatej
wody. Błękitne oczy Castalawa były zimną, bezkresną otchłanią i jeśli
człowiek się nie pilnował, mógł zostać w nią wciągnięty.
Minęło pięć, może dziesięć sekund, a Erin ciągle nie potrafiła odwrócić
spojrzenia. Z pomocą przyszedł jej Isaac. Niecierpliwy lider Wilkołaków
nie miał zamiaru dłużej czekać.
- Cicho, wstrętne gaduły! - krzyknął i w bibliotece rzeczywiście zrobiło
się nieco ciszej. - Jak niby moje bractwo ma wygrać tę grę, jeśli jej
nie zaczniemy, he?!
Jego oczy błyszczały, a usta wykrzywił uśmiech zadowolenia. Wszystkie
obecne w sali Wilkołaki odpowiedziały entuzjastycznymi okrzykami.
Słychać było wśród nich także przeciągłe naśladowanie wilczego wycia,
było ono jednak całkowicie ludzkie - wewnętrzny żart, który stosowali
często, będąc w swoich człowieczych formach. Stojący obok Erin Keith
dołączył do reszty, a potem wyszczerzył się uradowany. Lucas jedynie
pokręcił z rozbawieniem głową.
Wśród członków pozostałych rodzajów część wyraziła irytację, część
rozbawienie. Inni wyglądali przede wszystkim na zniecierpliwionych
czekaniem.
- Typowe - rzucił prowokująco Castalaw, kiedy wycie zaczynało cichnąć.
- Dość, zaczynamy - zarządził szybko Anthony, chcąc uniknąć sporów. -
Michael?
Wampir sięgnął do kieszeni i wydobył z niej klucz. Wyglądał bardzo
zwyczajnie; srebrny, nie za mały, nie za duży. Teraz z kolei to wśród
Wampirów nastąpił wybuch entuzjazmu. W bibliotece rozbrzmiały oklaski,
jakby ktoś właśnie coś wygrał.
Erin patrzyła na to wszystko ze zdumieniem. Wreszcie miała okazję
wyraźnie odczuć, jak silnie przywiązani są tu wszyscy do własnych
rodzajów. Miała wrażenie, że jest na jakimś meczu, podczas którego
widzowie entuzjastycznie wspierają własne drużyny.
- Co się właściwie dzieje? - zapytała znów Tatianę.
- Dzieje się to, przez co Wampiry o mało nie skopały ci tyłka w salonie
- burknęła. - To gra. Zresztą po prostu słuchaj.
Kiedy w końcu wszyscy się uspokoili, głos zabrał Emilio Cabrera.
- Witam - zaczął dość uroczyście. - Dla wszystkich nowych przybliżę
zasady. Od pięciu już lat bractwa rywalizują na początku każdego roku o najlepsze miejsca internatu. Reguły są proste. Mamy pięć szkatułek.
Cztery będą puste, w jednej znajdzie się ten klucz. - Wskazał na
trzymany przez Michaela przedmiot. - Każdy z liderów losuje jedną
szkatułkę i zabiera ją do swojego pokoju. Celem gry jest oczywiście
zdobycie klucza od sali bilardowej. Jeśli trafił się on waszemu bractwu
podczas losowania, macie szczęście i musicie go tylko upilnować. Jeśli
nie, musicie dowiedzieć się, kto ma klucz, i spróbować go ukraść. Nie
można chować swojego klucza poza pokojem lidera bractwa. Nie można go
także przechowywać poza szkatułką. Gra trwa miesiąc. Dzisiaj jest piąty
września, piąty października to niedziela i nie wszyscy będą obecni w szkole. Ustaliliśmy zatem, że kończymy oficjalnie szóstego października,
siedemnasta trzydzieści, tu, w bibliotece. Bractwo, które znajdzie się w posiadaniu klucza, wygrywa. Nagrodami są pierwszeństwo do
najwygodniejszej części salonu i całej sali bilardowej.
Erin zmarszczyła brwi.
- Tyle zachodu o jakąś kanapę?
Mina Tatiany mówiła "mnie nie pytaj", więc dziewczyna przeniosła wzrok
na resztę znajomych.
- Nie jakąś kanapę. To jest jedynie miejsce z kominkiem i telewizorem! -
odpowiedział obruszony Keith. - Poza tym głównie chodzi o salę
bilardową. Byłaś tam w ogóle?
Erin pokręciła głową. Wilkołak wywrócił oczami.
- Boszz, dziewczyno! To jest prawdziwa imprezownia! Najlepsze miejsce!
- Tak naprawdę - wtrącił się Lucas, nachylając do Erin, by dobrze go
słyszała - tu chodzi o rywalizację. Mamy tu pięć rodzajów, każdy chce
być najlepszy. Gra pozwala te napięcia przenieść na coś bardziej
sensownego. Dodatkowo dzięki temu wieczne spory o te najlepsze miejsca
ograniczają się potem do wewnętrznych kłótni w bractwie zwycięzców. Nie
eskaluje to w nic międzyrodzajowego. Wszystko brzmi głupio i pompatycznie, ja wiem - dodał z rozbawieniem w głosie. - Ale to w gruncie rzeczy jest całkiem dobre rozwiązanie. Oczywiście raz na jakiś
czas zdarzy się buntowniczka, która rozsiada się nie tam, gdzie trzeba,
ale to dzieje się naprawdę rzadko...
Mrugnął do niej porozumiewawczo. Erin westchnęła cicho, wywracając
oczami.
- Ha, ha - mruknęła ponuro.
Zastanawiała się wcześniej, czy Lucas wiedział o jej starciu z Michaelem. Teraz już miała odpowiedź.
Nie była pewna, jak odnieść się do całej tej gry o klucze. Z jednej
strony była to kolejna rzecz, która zamiast jednoczyć, zdawała się
dzielić uczniów według ich rodzajów. Z drugiej - jej żądna rywalizacji
natura już dawała o sobie znać i Erin czuła podekscytowanie na samą
myśl, ile z taką grą może być zabawy. Zasady brzmiały prosto, ale w praktyce? Najpierw trzeba byłoby stworzyć jakiś wywiad i dowiedzieć się,
kto ma klucz. Później zaplanować akcję odbicia go...
"Stop, dziewczyno, stop!" - zawołał głos w jej głowie. Przecież jutro
miało jej już tu nie być!
Otrząsnęła się z wojowniczych myśli i skupiła wzrok na tym, co działo
się przed nią.
Michael, który miał klucz z powodu zeszłorocznego zwycięstwa, włożył go
do jednej ze szkatułek, po czym wszystkie zamknięto. Emilio z dużą siłą
zakręcił paterą i przez chwilę skrzynki rozmyły się w wielką, krążącą
plamę. Poruszały się tak szybko, że nie było szans na upilnowanie
wzrokiem tej, która zawierała klucz. W końcu je zatrzymano.
Pierwsza w kolejce była Natalie. Wybrała losowo jedną ze szkatułek,
wzięła ją w ręce. Anthony ułożył pozostałe cztery w równych od siebie
odstępach i znów zakręcił paterą. Gdy ta się zatrzymała, po następną
szkatułkę sięgnął Michael. Cały proces znów się powtórzył, tym razem z trzema szkatułkami. Gapie zaczęli szeptać między sobą coraz głośniej, w miarę jak losowanie i kręcenie zaczynało się od początku kolejny i kolejny raz. W końcu każdy z liderów miał w rękach swoją szkatułkę i pozostało jedynie pytanie - kto ma klucz? A przede wszystkim - w czyich
rękach będzie się on znajdować dokładnie za miesiąc? Wiele się mogło
wydarzyć w tak długim czasie.
Gdy wychodzący z biblioteki tłum przerzedził się znacząco, Michael
ruszył do wyjścia z dumnie zadartą głową. Zwolnił jednak
niespodziewanie, mijając Erin, po czym zatrzymał się i odwrócił w jej
stronę.
- Nie zapomniałaś o czymś? - zapytał z wyższością.
Dziewczyna zacisnęła usta, rozzłoszczona jego impertynencją. Chciała coś
odpowiedzieć, ale nie miała akurat pomysłu, jak się sprytnie odgryźć.
Poczuła, że ktoś staje tuż za nią, i zerknęła w bok. Lucas. Wilkołak
miał zamiar się odezwać, ale Michael wyczuł to i nie mógł zmarnować
okazji, żeby kogoś zignorować. Uśmiechnął się więc tylko perfidnie i odszedł ze swoją świtą, nie dając Lucasowi szansy na powiedzenie
czegokolwiek.
Erin miała ochotę pobiec za nim tylko po to, żeby dać mu w mordę.
- Jak ja go... Co za dupek! No po prostu nie mogę! - wyrzuciła z siebie,
wściekła.
Lizzy pokiwała skwapliwie głową, choć w jej oczach widać było jeszcze
cień przerażenia. Keith machnął ręką.
- Na takich idiotów nie ma rady - skwitował i szturchnął zaczepnie
przyjaciela, któremu gniew zastygł na twarzy.
Przyjaciele ruszyli dalej, nie zaszli jednak daleko. Już po kilku
krokach ktoś odezwał się za ich plecami.
- Aleo, pozwól do mojego pokoju. Teraz.
Erin odwróciła się zdumiona, słysząc głos lidera Zmiennokształtnych.
Anthony Towner szedł ramię w ramię z Isaakiem Szymanskim i miał bardzo
zdeterminowane spojrzenie. Nastolatka i jej towarzysze spojrzeli na
niego zdezorientowani. Lizzy nawet otworzyła usta, żeby zapytać o coś
brata, on jednak uciszył ją gestem.
- Na górze - poprosił i wyszedł z biblioteki. Nie pozostało im nic
innego, jak pójść w jego ślady.
* * *
Erin wspinała się po kręconych schodach zaniepokojona. Co tym razem
zrobiła nie tak? Faktycznie, obiecała przeprosić lidera Wampirów i jeszcze tego nie zrobiła, no ale bez przesady! Nie wiedziała dokładnie,
jaką władzę nad uczniem posiadał lider bractwa. Co jeśli da jej jakiś
szlaban i jutrzejsze plany zamiany z Aleą wezmą w łeb?
Lucas i Keith poszli z dziewczynami, ale zostali pod drzwiami bractwa
Zmiennokształtnych. Za to, o dziwo, wszedł tam Isaac. Potem Anthony
odmówił wejścia do swojego pokoju Tatianie, a nawet Lizzy i koniec
końców w pomieszczeniu znalazła się jedynie Erin w towarzystwie dwóch
liderów - Wilkołaka i Zmiennokształtnego - oraz ich zastępczyń. Przez
cały ten czas wszyscy byli dziwnie milczący. Anthony i Isaac postawili
swoje szkatułki na biurku pod oknem i unieśli wieczka, zaglądając do
środka. Wilkołak zaklął cicho. Obaj wyglądali na rozczarowanych.
- To prawda? - zapytał Anthony, kiedy wieczka zostały na powrót
zamknięte. Odwrócił się do niej. - Nie przeprosiłaś go jeszcze?
A więc rzeczywiście o to chodziło? Erin zrobiło się trochę głupio, ale
jednocześnie poczuła irytację.
- Mam lepsze rzeczy do roboty, niż przepraszać kogoś tak okropnego -
wypaliła, bo gdyby choć raz ugryzła się w język, świat by się zawalił.
Isaac oparł się o blat biurka i uśmiechnął z rozbawieniem.
- Ha, dziewczyna wie, co mówi! To mi się podoba.
Anthony zignorował jego niewłaściwy komentarz i wbił spojrzenie w Erin.
Dziewczyna poczuła, że posunęła się za daleko, i prawie pożałowała
swojego bezpośredniego usposobienia. Prawie.
- To dobrze - powiedział wreszcie jej lider. - Usiądź, proszę.
Erin zatkało. Pochwalił ją?! Była przekonana, że dostanie jakąś karę.
Tymczasem Zmiennokształtny był... zadowolony? Usiadła w fotelu, tym samym,
który zajmowała jeszcze nie tak dawno temu po nieszczęsnej interakcji z Michaelem Castalawem.
- Nie rozumiem - powiedziała szczerze, patrząc na chłopaka pytająco.
Isaaca już nie widziała, bo znajdował się za jej plecami.
- Rozpoczęła się gra - zaczął Anthony, ewidentnie dążąc do wyjaśnienia.
- Najtrudniejsze jest ustalenie, kto ma klucz, i naszym zdaniem możesz
nam teraz w tym pomóc. Plotki w tej szkole rozchodzą się bardzo szybko,
każdy wie, że zrobiłaś scenę Castalawowi i on oczekuje przeprosin.
Nikogo nie zdziwi, jak wmaszerujesz teraz do bractwa Wampirów. Wpuszczą
cię bez mrugnięcia okiem. Więc uważamy, że powinnaś iść przeprosić go
teraz. Zaraz. Wtedy będzie szansa na to, że podsłuchasz lub zobaczysz
coś ważnego, bo wszyscy koncentrują się na grze tuż po jej rozpoczęciu.
Tego się nie spodziewała.
- A czy wy nie powinniście rywalizować też między sobą? - zapytała i odwróciła głowę, patrząc ponad oparciem fotela na Isaaca.
- Młoda nic nie wie? - zdziwił się Wilkołak, już drugi raz zachowując
się tak, jakby nie było jej w pomieszczeniu. Jess, wysoka i silna
zastępczyni lidera Wilkołaków, rzuciła mu z tego powodu zmęczone
spojrzenie.
- Jest Echem - wyjaśnił krótko Anthony, ewidentnie czując presję czasu.
- Aleo - zwrócił się do Erin - musisz przeprosić Michaela i spróbować
wykorzystać tę okazję, by się czegoś dowiedzieć. Może choćby zauważysz,
gdzie trzyma szkatułkę. Zgoda? Tylko naprawdę szybko!
Dziewczyna była nadal skołowana. Gdy kiwnęła wreszcie głową, lider
Zmiennokształtnych już kierował ją delikatnie za drzwi, gdzie czekały
Lizzy i Tatiana. Obrzuciły starszych uczniów podejrzliwymi spojrzeniami,
ale nie dano im czasu na pytania. Zaprowadzono Erin aż do spiralnych
schodów. Dalej musiała sobie radzić sama.
Okej. Ma przeprosić Michaela Dupka Castalawa? Proszę bardzo. Nie ma
najmniejszego problemu. Pójdzie do niego w tej sekundzie i powie mu w twarz, co myśli o tym jego perfidnym uśmieszku, poszuka cholernej
szkatułki, a potem może dorzuci na koniec jakieś przeprosiny. Nie. Ma.
Najmniejszego. Problemu. Och, na samą myśl o blondynie czuła złość.
Dolną połowę schodów pokonała, tupiąc głośno i nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Dopiero pod portretem dwóch onieśmielających kobiet i bladego mężczyzny
oprzytomniała nieco i w końcu dotarło do niej, co dokładnie ją czeka.
Musiała wejść za wielkie drzwi, do sektora wypełnionego Wampirami, a potem w dodatku do pokoju Michaela. Wzdrygnęła się, ale zaraz zapanowała
nad niechęcią. Jutro już miało jej tu nie być, mogła więc przynajmniej
zamknąć temat i nie zostawiać tak nieprzyjemnego zadania niczego
nieświadomej siostrze. Odchrząknęła bez konkretnego powodu, poprawiła
kitkę i - z poczuciem nowej gotowości - pchnęła mocno jedno ze skrzydeł
wielkich drzwi. Poważnie, czyj to był pomysł, by robić je tak
monstrualne? Ledwo udało jej się wślizgnąć do środka.
Otoczyła ją ciemność. Przynajmniej takie miała wrażenie przez pierwsze
kilka sekund. Ściany na korytarzu w bractwie Wampirów pomalowane były na
czarno. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jakim cudem wydano na to zgodę,
ale efekt był ekstra. Szkoda, że tutejsi mieszkańcy już niekoniecznie.
Zdążyła już się dowiedzieć, że pokoje liderów są w każdym bractwie w tym
samym miejscu, ruszyła więc do przodu pewnym krokiem, chociaż tak
naprawdę spodziewała się, że ktoś ją zatrzyma. Nie wierzyła, że
wszystkie Wampiry znały jej twarz i wiedziały, że Michael oczekuje
przeprosin! Chyba nie doceniła jednak siły plotki. Albo może egzaltacji,
z jaką rodzaj ten reagował na obrażenie swojego dziedzica. Była bowiem
tylko w milczeniu odprowadzana spojrzeniami przez tych, którzy zwrócili
uwagę na jej bursztynowy identyfikator. Niektóre z nich były wrogie,
niektóre - ku jej zdumieniu - życzliwe lub rozbawione. Nikt nie kazał
jej zawrócić.
Zatrzymała się przed właściwymi drzwiami i chwilę zwlekała. Choć
czerpała z podejmowania wyzwań dużą przyjemność, to i tak zawsze ją
stresowały. Uznawała to jednak za coś normalnego. Paraliżujący strach
był problemem. Stres? Częścią każdej przygody.
Wreszcie wzięła głęboki oddech i bez pukania pchnęła drzwi, wchodząc do
środka.
Ścian w tym pomieszczeniu nie pomalowano na czarno, ale na elegancką,
antyczną biel. Jakby pieprzony Castalaw nie mógł żyć otoczony zwykłą
bielą, która znajdowała się u wszystkich innych. Pokój powinien być
kopią tego, w którym mieszkał Anthony, a jednak zdawał się nieco
większy. Wszystko było schludnie poukładane, meble wyglądały na drogie i biło od nich zimne, surowe piękno. Nawet klosz pod sufitem miał
nietypowy kształt i wyglądał bardziej jak droga rzeźba niż osłona
żarówki. Jeżu...
Erin wparowała do pokoju bez uprzedzenia i jej wzrok natychmiast padł na
stojące dokładnie na wprost biurko. Leżała na nim dobrze jej już znana
szkatułka. Jej wieczko było otwarte i ukazywało pusty środek - żadnego
klucza.
Michael stał z boku, a przy nim - niczym cień - czuwała Pamela. Jasper
zdążył już rozsiąść się na kanapie, a Christopher wspierał się o ścianę
z niezadowoloną miną.
W jednej chwili spojrzenia wszystkich skierowały się na intruza. Gdyby
czas zwolnił, Erin mogłaby dostrzec jak w oczach Wampirów przewijają się
emocje. Szok, zdumienie, strach, irytacja, bezradność - przeleciały jak
na kole fortuny, aż końcu wypadła wściekłość. Erin miała wrażenie, że
wszyscy przestali oddychać. A później rozpętało się piekło.
Michael z trzaskiem zamknął wieczko szkatułki i skierował się w stronę
dziewczyny, mordując ją lodowatym spojrzeniem. Pamela odskoczyła od
niego, przestraszona hukiem, ale zaraz nabrała głośno powietrza - odruch
zupełnie jej już niepotrzebny do przetrwania, ale na tyle zakorzeniony w pamięci ciała, że wciąż obecny - i wsparła ręce na biodrach.
- Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?! - wydarła się. - Nie masz prawa tu
być!
Jasper najpierw drgnął i otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Zaraz
jednak na jego usta wrócił leniwy uśmiech i chłopak rozparł się na
kanapie, z radością oczekując rozrywkowej afery.
Najgorzej zareagował Christopher. Flynn nadużywał siły fizycznej wobec
innych, jakby przemoc była jego narkotykiem. Kiedy tylko mógł,
prowokował bójki, a jeśli nie wyszedł z jakiejś zwycięsko, chodził ze
skwaszoną miną tak długo, aż nadarzała się kolejna okazja. O tak,
Christopher nienawidził przegrywać. Źle znosił jakąkolwiek krytykę,
uwagi pod swoim adresem, nawet drobne żarciki czy zaczepki. A przegraną?
Tej nie potrafił znieść w ogóle.
W pierwszej chwili Erin była pewna, że chłopak ją zabije. Myśl ta
brzmiała bardzo absurdalnie, ale kiedy człowiek patrzy na ogarniętego
furią Wampira, to trudno o inną. Była przekonana, że jest gotów skręcić
jej kark. Później poczuła ból.
Christopher pchnął dziewczynę na drzwi, które chwilę temu się za nią
zamknęły, i Erin z impetem uderzyła w nie plecami i tyłem głowy. Wydała
z siebie przy tym zduszony okrzyk - bardziej zaskoczenia niż bólu,
chociaż ten drugi nie był nieobecny - po czym zaczęła gwałtownie mrugać,
próbując na nowo odzyskać ostrość widzenia.
- Ty pieprzony zwierzaku! Kto ci pozwolił tutaj przychodzić?!
Christopher uderzył ręką w drzwi tuż obok jej twarzy. Erin wzdrygnęła
się, gdy huk rozbrzmiał tuż przy jej uchu, i wytrzeszczyła teraz oczy w absolutnej panice. Ktoś taki naprawdę mógł być uczniem?! Kogo oni w tej
szkole trzymali? Chciała zacząć krzyczeć, ale nie mogła nawet nabrać
powietrza w płuca, sparaliżowana strachem.
- Ej... - Jasper przyglądał się scenie i już nie wyglądał na zadowolonego.
Chciał chyba uspokoić Christophera jakimś komentarzem, ale nic z tego
nie wyszło.
- Myślisz, że możesz tu sobie tak wchodzić, co? - mówił dalej Chris,
osaczając wciąż Erin pod drzwiami. - Zamorduję cię! Zamorduję, ty
pieprzona...
Pamela nadal utrzymywała swoją wyzywającą pozycję, chociaż w jej oczach
widać było niepokój. Szanse jednak, że był to niepokój o Erin, były
niewielkie. Martwiła się pewnie raczej o to, o co Flynn - że ich pusta
skrzynka została zdemaskowana.
Castalaw patrzył. Stał kilka kroków dalej i przyglądał się ze spokojem
osoby, która miała wszystko pod kontrolą. Nie przepadał za Flynnem,
trzymał go jednak przy sobie z dwóch powodów: ze względu na Jaspera oraz
ponieważ okrucieństwo Christophera było strategicznie przydatne. Michael
sam nie miał ochoty na takie wybryki, ale musiał przyznać, że na rękę
było mu sianie strachu wśród Wampirów, którymi miał władać.
Problem polegał na tym, że Castalaw się przeliczył. Widać było wyraźnie
na jego twarzy moment, w którym zdał sobie z tego sprawę. Rozwścieczony
Christopher w jednej chwili walił dłonią w drzwi obok głowy Erin, w drugiej naprawdę jej dotknął - zacisnął palce na szyi dziewczyny i zaczął ją dusić. Strach, który pojawił się na twarzy nastolatki, przez
ułamek sekundy odbił się także w błękitnych oczach lidera Wampirów.
- Hej! - Jasper podniósł głos, zszokowany zachowaniem Flynna, który
przemoc fizyczną zachowywał zazwyczaj dla chłopaków. Nim jednak
krótkowłosy Wampir zdążył zrobić cokolwiek więcej, Castalaw już łapał
Christophera za kark.
- Wystarczy! - syknął wściekle, po czym odciągnął go tak gwałtownie, że
tamten zatoczył się do tyłu, potknął o własne stopy i prawie upadł na
podłogę. Udało mu się jednak utrzymać na nogach. Pochylony, na ugiętych
kolanach, odetchnął ciężko kilka razy, po czym wyprostował się i spojrzał z nienawiścią na Erin.
Dziewczyna głośno nabrała powietrza w płuca, gdy tylko jej gardło
zostało oswobodzone. Potem nogi się pod nią ugięły i roztrzęsiona
osunęła się na ziemię, zachłannie łapiąc oddech. Kaszlnęła kilka razy i zaczęła masować szyję, wciąż czując na skórze ucisk. Była to reakcja
wywołana paniką, w rzeczywistości Christopher nie zdążył zadać jej
żadnych poważnych obrażeń. Przynajmniej fizycznych. Mimo że cisnął nią
także o drzwi. Ale psychicznie? Serce biło niewyobrażalnie szybko w jej
piersi, a oczy miała pełne łez.
Ponieważ wylądowała na podłodze, stojący wciąż przy drzwiach lider
Wampirów górował teraz nad nią, wiercąc w jej opuszczonej głowie dziurę
swoim przenikliwym spojrzeniem. Zdążył już ukryć większość oznak
własnych emocji i teraz wyglądał jedynie na bardziej sztywnego niż
zwykle.
- Ona widziała, Michael! - warknął nadal nabuzowany Christopher. -
Widziała, że nie mamy klucza. Pięć minut! Ta durna gra trwa jakieś pięć
minut, a te parszywe zwierzołaki już mają nad nami przewagę! Kurwa!
Słowo daję, zatłukę tę cholerną gówniarę jak psa!
Castalaw wolno obrócił głowę w jego stronę.
- Usiądź, Chris - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Nie słyszysz, co mówię?! Wydymali nas, pieprzone bydlaki! Jesteśmy do
tyłu i niby jak to nadrobimy, co?!
Erin dochodziła powoli do siebie, ale jej ciało i tak wciąż się trzęsło.
Jakby mięśnie uspokajały się wolniej od umysłu. Podniosła głowę i dostrzegła, że Michael wciąż był wściekły, ale już nie na nią.
W przeciwieństwie do Flynna Castalaw walczył, by nad sobą zapanować.
Ciekawe, jak długo da radę... Erin nie chciało się wierzyć, że nadal ma do
czynienia z uczniami liceum. Czy agresja była nieodłączną częścią
wampiryzmu? Czy te piękne istoty były wszystkie zupełnie zepsute w środku? Przeżarte gniewem i goryczą? W tej chwili była gotowa w to
uwierzyć. Musiała się wynosić. Kosmosie, nie chciała tu być ani sekundy
dłużej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki