Mali więźniowie - Casey Watson

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W samolocie mój mąż Mike zawsze zajmował miejsce przy oknie, więc żeby zobaczyć lądowanie, musiałam się nad nim przechylić. Zmierzwił mi włosy.

- Ależ się niecierpliwisz! - zauważył. - Nie możesz się już doczekać powrotu do domu, co?

Wracaliśmy z tygodniowych wakacji na Korfu. Spędzonych tylko we dwoje. Nieczęsta możliwość odpoczynku, którego każde z nas bardzo potrzebowało. Właśnie pożegnaliśmy się z Sophią, naszą ostatnią podopieczną, i zorganizowany na szybko urlop naprawdę nas postawił na nogi. Sophia miała zostać z nami dwa tygodnie, na zasadzie sytuacji awaryjnej, tymczasem jej pobyt przeciągnął się niemal do roku. I dał nam nieźle popalić.

Przytuliłam się do Mike'a na tyle, na ile pozwalał mi zapięty pas. Chciałam mu pokazać, że nie ma racji. A przynajmniej nie do końca.

- Kochanie - powiedziałam. - Wakacje były fantastyczne. Naprawdę. Ale znasz mnie. Tęsknię już za dzieciakami. Zwłaszcza za Levim.

Levi to nasz malutki wnuk, istny promyczek.

- Wiem - odparł Mike i przesunął się tak, żeby odsłonić mi widok za oknem. - Szczerze mówiąc, ja też tęsknię. Ale lada moment będziemy w domu... O, już lądujemy. Zobaczmy, jak mu pójdzie.

Oboje patrzyliśmy, jak samolot płynnie zbliża się do pasa. Obyło się bez podskoków. Pilot perfekcyjnie posadził maszynę na ziemi.

Sophia, już trzynastolatka, na czas leczenia psychiatrycznego została umieszczona w tymczasowym ośrodku opiekuńczo-wychowawczym. Opieka nad nią była doświadczeniem, które zostanie w nas na długo, ale teraz rokowania były dobre i nadal widywaliśmy się z nią regularnie. Wspólne przejścia jednak dały się nam wszystkim we znaki. Nie tylko temu nieszczęsnemu dziecku, ale także całej naszej rodzinie. Na szczęście znów odzyskaliśmy grunt pod nogami. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo potrzebuję zobaczyć się z własnymi dziećmi. Riley, nasza pierworodna, a zarazem matka mojego ukochanego Leviego, tuż przed naszym wyjazdem obwieściła nam, że spodziewa się drugiego dziecka. Byliśmy wniebowzięci tą wiadomością i nie mogłam się już doczekać, kiedy znów wyściskam córkę.

Chciałam też jak najszybciej zobaczyć Kierona, naszego syna. Wiedziałam, że nie odetchnie, dopóki nie wrócimy bezpiecznie do domu. Kieron cierpi na zespół Aspergera. Objawia się między innymi tym, że wszelka zmiana ustalonego porządku budzi w nim niepokój. Choć Kieron też wyjechał na kilka dni ze swoją dziewczyną Lauren i jej rodziną, to miałam świadomość, że i tak nie przestanie się o nas zamartwiać.

Dlatego bardzo się niecierpliwiłam, kiedy wreszcie znajdę się w domu i ich wszystkich zobaczę. Chciałam jak najszybciej wydostać się z lotniska w Manchesterze. Nienawidzę portów lotniczych, zwłaszcza w środku dnia, gdy panuje na nich największe zamieszanie. Pod tym względem dzień dzisiejszy nie odbiegał od normy. Szliśmy z całym tłumem niekończącymi się, pozbawionymi okien, białymi korytarzami, a potem, na skutek zaostrzonych procedur bezpieczeństwa, musieliśmy odstać swoje w wielokilometrowych kolejkach. Czasem wręcz się zastanawiałam, czy statkiem nie byłoby szybciej. W końcu udało nam się wyjść do hali bagażowej, ale jak zwykle walizki jeszcze się nie pojawiły.

Jasna cholera, pomyślałam. Całe wieki nie miałam papierosa w ustach.

- Mike - odezwałam się, wykonując wymowny gest. - Mógłbyś zaczekać na bagaże? Spotkamy się przed wejściem.

Dzięki Bogu, mój mąż uśmiechnął się pobłażliwie.

- Dobrze, idź - zgodził się. To miłe z jego strony. Sam nie pali i wiem, jak bardzo mu zależy, żebym rzuciła. I rzucę, już niedługo. Ale nie dziś.

Cmoknęłam go w policzek i wyszłam przez halę przylotów na zewnątrz, po drodze przeczesując torebkę w poszukiwaniu fajek.

Przy okazji wyciągnęłam komórkę. Pora włączyć telefon i dowiedzieć się, co słychać u najbliższych. Oczywiście w pierwszej kolejności chciałam zadzwonić do Riley, żeby sprawdzić, czy dobrze się czuje w ciąży. Poza tym domyślałam się, że córka też z radością ze mną porozmawia. Byłyśmy ze sobą bardzo zżyte, poza tym Riley zdawała sobie sprawę, ile mnie kosztowała opieka nad Sophią.

Zaledwie włączyłam aparat, moje przewidywania się potwierdziły. Telefon zasygnalizował nadejście kolejnych esemesów: wszystkie jednak informowały o wiadomościach w poczcie głosowej. Hm. Komuś najwyraźniej zależało, żeby się ze mną przywitać. Wymarzony papieros poszedł chwilowo w odstawkę. Przyłożyłam telefon do ucha i odsłuchałam nagrania.

To nie od Rile. Ale nadawca był jeden - John Fulshaw, koordynator z agencji opieki zastępczej, dla której pracowaliśmy z Mikiem. Wszystkie zostały nagrane dzisiaj i wszystkie brzmiały mniej więcej tak samo: "Casey, zadzwoń do mnie, jak tylko odsłuchasz tę wiadomość".

Jego słowa postawiły mnie na baczność. To mogło oznaczać tylko jedno: musi mieć dla nas kolejne dziecko.

W tej samej chwili zjawił się Mike, ciągnąc za sobą nasze dwie walizki. Najwyraźniej nie trzeba było czekać na nie aż tak długo. Pomachałam w jego kierunku telefonem.

- Nie zgadniesz - rzuciłam z szerokim uśmiechem. - Wydzwaniał do mnie John. Nagrał mi się na pocztę!

- Do diabła, Casey! Dopiero co wylądowaliśmy! Czego chce?

Pokręciłam głową.

- Jeszcze nie wiem. Ale mam nadzieję, że chodzi o kolejne dziecko.

Mój mąż przewrócił oczami.

- Tak szybko? - uśmiechnął się. - W porządku. Oddzwoń do niego. Równie dobrze możesz zrobić to teraz.

Coraz bardziej podekscytowana, wybrałam znajomy numer. W ciągu ostatnich dwóch lat staliśmy się sobie z Johnem naprawdę bliscy. Był teraz bardziej przyjacielem niż szefem i powoli już się przyzwyczajałam do jego dziwactw. Wiecznie wszystkim się zamartwiał i teraz też w jego głosie brzmiał niepokój.

- Nareszcie, Casey! - wykrzyknął. - Zacząłem już myśleć, że pomyliłem daty. Wróciłaś już do Anglii, prawda? Czy jesteś jeszcze na wakacjach?

- Nie, właśnie wyszliśmy z lotniska. Co się dzieje? Odniosłam wrażenie, że byłeś trochę spanikowany, kiedy nagrywałeś mi się na pocztę.

- "Trochę" to mało powiedziane. Znaleźliśmy się w sytuacji podbramkowej i szczerze mówiąc, nie wiem, do kogo innego mógłbym się zwrócić.

- Mów dalej - zachęciłam go, coraz bardziej zaintrygowana. Nic nie mogłam na to poradzić. Przy wielu swoich minusach moja praca miała też sporo plusów, takich jak ten: moment, gdy nie wiadomo, co czeka za rogiem. Jakie będzie dziecko, z jakimi problemami, z jaką ponurą historią na swoim koncie?

John westchnął głośno.

- Słuchaj, Casey, też bym wolał nie zwracać się z tym do ciebie. I możesz się nie zgodzić, wiesz o tym, prawda? Chodzi o rodzeństwo. O dwoje dzieci...

- Dwoje? Rany!

- Właśnie. To jeszcze małe dzieciaki. Starszy chłopiec i młodsza dziewczynka. Sytuacja jest dramatyczna. Trzeba je jak najszybciej zabrać od rodziców. Są bardzo zaniedbane i z tego, co słyszałem, ich stan jest tragiczny. Pod względem psychicznym i fizycznym.

- Fizycznym? Ktoś je bił?

- Nie, nie w tym rzecz. Przynajmniej z tego, co wiem. Problemem jest raczej zaniedbanie. I to poważne. Te dzieci żyły trochę jak zwierzęta. Nie chcę cię okłamywać, Casey, nie będzie łatwo. Mają poważny problem. Trzeba je okiełznać. Na pocieszenie powiem jedynie, że chodzi o bardzo krótki okres. Zostaną u was tylko przejściowo. Dwa, góra trzy tygodnie.

- No cóż... - uśmiechnęłam się do Mike'a, który przypatrywał się mi z uwagą. - Znasz mnie: lubię wyzwania. Ale dwoje... ile mają lat?

- Ehm, sześć i dziewięć. Czy jakoś tak.

Czyli to jeszcze maluchy. Przynajmniej w porównaniu z ostatnią moją podopieczną.

- Słuchaj. Muszę oczywiście najpierw omówić to z Mikiem. - Mąż uniósł brwi. - Zapytać, czy nie ma nic przeciwko, dobrze? Zadzwonię za jakiś czas.

- Jasne.

Starannie dobierałam słowa, gdy przedstawiałam sytuację Mike'owi. Nie wiedziałam, czy wolę usłyszeć zgodę, czy sprzeciw. Z jednej strony to było coś nowego i emocjonującego: wyzwanie, choć na krótko. Ale dwójka poważnie zaniedbanych dzieciaków? To dla mnie zupełna nowość. Przywykłam do opieki nad jednym trudnym dzieckiem. A tu dwoje naraz, a do tego takich małych - sprawa wymagała namysłu. Zawsze przysyłano mi nastolatki, z nimi radziłam sobie najlepiej. Nastolatki z problemami, zgadza się. Ale nie takie maluchy!

Poza tym po raz kolejny dzieci powierzono by nam na krótko, choć to akurat tak całkiem mnie nie zaskoczyło. Ale nie przeczę, trochę też zirytowało - w końcu zostaliśmy z Mikiem wyszkoleni na opiekunów specjalistycznych i mieliśmy stosować innowacyjny program zmiany zachowania. Uprzedzono nas już jednak, podobnie jak innych opiekunów, że na skutek rządowych cięć w budżecie musimy być elastyczni i podejmować się każdego rodzaju opieki, w zależności od potrzeb. Tak zapewne było rozsądniej: lepiej działać, niż siedzieć z założonymi rękami i czekać na dziecko, które sprosta odpowiednim kryteriom. Mimo to wielka szkoda, że nie mogliśmy robić tego, do czego zostaliśmy przygotowani. Już raz zastosowaliśmy wyuczony model, w przypadku Justina, naszego pierwszego podopiecznego, i zaobserwowaliśmy autentyczną poprawę. Ale co zrobić? Takie realia sektora publicznego. A słowa "poważnie zaniedbane" budziły we mnie instynkt macierzyński. Biedne szkraby. Jaka smutna historia się z nimi wiąże?

Mike patrzył na mnie z namysłem, przetrawiając to, co właśnie ode mnie usłyszał.

- Dwoje małych dzieci - powtórzył. - Jedno zaledwie sześcioletnie? Zamęczysz się na śmierć, kochanie. Masz tego świadomość, prawda?

Natychmiast się nastroszyłam. W końcu zapaliłam papierosa i ruszyłam z Mikiem w stronę parkingu.

- Bzdura - powiedziałam.

Dopiero niedawno przekroczyłam czterdziestkę i nie czułam się staruszką! Poza tym ostatnio miałam okazję przypomnieć sobie, jak męczące bywają małe dzieci. Przecież w naszym życiu pojawił się Levi. Zbyłam milczeniem uwagę Mike'a, że wnuczek przecież z nami nie mieszka. Teraz już naprawdę się wściekłam. Oczywiście, że sobie poradzimy. Przecież te dzieci nie mogą być aż tak trudne? Poza tym są wakacje. Nie trzeba się więc martwić szkołą. Będę spędzać z nimi czas na dworze, wynajdować im zajęcia. Jest park, jest basen, jest kino. Riley mi pomoże. Levi będzie zachwycony. Poza tym, przypomniałam, zostaną u nas na krótko.

Kiedy skończyłam swój wywód, twarz Mike'a wciąż wyrażała wątpliwości.

- Słuchaj, kochanie. Chodzi mi tylko o ciebie - zapewnił. - Ja wyjdę do pracy. To ty z nimi zostaniesz. - Doszliśmy już do parkingu i Mike skręcił przy szlabanie. - Ale jeśli uważasz, że dasz sobie radę, to bardzo proszę, dzwoń do Johna. Powiedz, że się zgadzasz. Zresztą pewnie i tak nie zaakceptujesz odmowy, więc równie dobrze możemy skrócić jego męki.

Nachyliłam się i go pocałowałam.

- Damy radę, skarbie. A słowo "my" jest tu kluczowe...

- No, no. Wiesz, że ciągle jeszcze mogę zmienić zdanie!

Ale nie zmienił. Nie zrobiłby tego. Znał mnie. Radośnie złapałam za telefon i wybrałam numer.

Dwadzieścia cztery godziny później w domu wrzało jak w ulu. Ucieszyła mnie reakcja dzieci. Po opiece nad Sophią, której problemy poważnie odbiły się na całej naszej rodzinie, spodziewałam się, że dzieciaki podejdą do sprawy z większą rezerwą. Kieron z miejsca zapalił się do pomysłu, że zabiorą z Lauren maluchy na kręgle. Z kolei Riley, choć trochę bardziej powściągliwa, a także świadoma - jak jej ojciec! - ile pracy jest przy takich berbeciach, też zakasała rękawy i przyłączyła się do pomocy.

Mieliśmy w domu cztery sypialnie: jedna moja i Mike'a, druga Kierona, trzecia teraz w różowe motylki i księżniczki, bo tak udekorowaliśmy ją na przybycie Sophii. Skoro jednak rodzeństwo nie miało z nami zostać na długo, nie było sensu wiele zmieniać. Uznałam, że różowy pokój idealnie nadaje się dla dziewczynki, a jej brat może zająć czwartą sypialnię, służącą obecnie za składzik sprzętu muzycznego Kierona i jego kumpla z uczelni: mikserów, wzmacniaczy i konsol potrzebnych didżejom. Trzeba tu było tylko porządnie posprzątać i wynieść wszystkie rzeczy do szopy w ogrodzie.

Zgromadziliśmy już trochę więcej informacji. Przekazał nam je niezwykle wdzięczny John, który gdyby tylko mógł, przeczołgałby się przez przewody telefoniczne, żeby mnie uściskać. Z konieczności zadowolił się jednak wylewnymi podziękowaniami i zapewnieniem, że możemy liczyć na pełne wsparcie z każdej możliwej strony. Dzieci wreszcie zyskały imiona: dziewięcioletni chłopiec to Ashton, a jego sześcioletnia siostra to Olivia.

John zapewnił mnie, że reszty dowiem się po południu, gdy zadzwoni do mnie ktoś z opieki społecznej, tymczasem jednak chciał mi jeszcze tylko powiedzieć, że nowe łóżko jest już w drodze. Na szczęście Mike, który pracował jako kierownik magazynu i miał dość własnych obowiązków, wziął sobie dwa dni wolnego, żeby przygotować pokoje dla dzieci. Dzięki temu wiedziałam przynajmniej, że maluchy będą miały przyjemne miejsce do spania.

Wczesnym popołudniem upewniłam się już, że wszystko zmierza w odpowiednim kierunku, więc zostawiłam Mike'a i Kierona przy malowaniu - znaleźli dużą puszkę niebieskiej farby, pozostałość z czasów, gdy odświeżaliśmy pokój dla Justina, naszego pierwszego podopiecznego. Ja i Riley wybrałyśmy się do miasta dokupić trochę rzeczy. Wcale nie uważałam, że to konieczne, ale słowo "zaniedbane" nie dawało mi spokoju, więc mimo że biedne dzieci miały z nami zostać na krótko, chciałam, żeby czuły się u nas bardzo dobrze. Szybko udało nam się zebrać trochę drobiazgów z okolicznych sklepów z używanymi rzeczami: książek, zabawek i puzzli, pluszaków i lalek - zwykłego, dziecięcego wyposażenia, dzięki któremu maluchy łatwiej się u nas zadomowią.

Właśnie wchodziłyśmy do domu, obładowane zdobyczami, gdy zabrzęczał telefon. Zgodnie z obietnicą dzwoniła pracownica opieki społecznej.

- Jestem Anna - przedstawiła się. Głos młody, ale bardzo profesjonalny. - Wprost nie mogę wyrazić naszej wdzięczności za pomoc. John wiele nam o was mówił i naprawdę nie wiem, jak byśmy sobie bez was poradzili. A muszę przyznać - przygotowałam się psychicznie na złe wieści, bo ton Anny wyraźnie się zmienił - że sprawa zrobiła się jeszcze pilniejsza.

Nie do końca rozumiałam, co to znaczy. W tej "branży" niemal wszystko było "pilne". A przynajmniej wtedy, gdy góra czegoś potrzebowała - bo niekoniecznie działało to w obie strony.

- Jeszcze pilniejsza?

- Musieliśmy zawiadomić rodziców. Że rano zabieramy dzieci...

- Rano? To znaczy jutro rano?

- Niestety tak. Zrobilibyśmy to już dziś, ale oczywiście musieliśmy was uprzedzić...

- A co ze wcześniejszym spotkaniem organizacyjnym? Nic o nich nie wiemy.

Powinnam się tego spodziewać, pomyślałam z przykrością, czekając na odpowiedź. Teoretycznie, zanim dziecko zostanie umieszczone w rodzinie zastępczej, trzeba przeprowadzić określoną procedurę: odbyć oficjalne spotkanie, w którym uczestniczą wszystkie zaangażowane strony, aby opieka społeczna zapoznała nowych opiekunów z sytuacją dziecka lub dzieci i aby przygotować plan działania na przyszłość. W praktyce jednak... Miałam wrażenie, że już to przerabialiśmy.

- Bardzo mi przykro, że stawiamy was pod ścianą. Oczywiście zorganizujemy spotkanie, gdy tylko rodzeństwo znajdzie się u was, i wtedy przekażemy wam wszelkie informacje.

Słyszałam niemal, jak Anna wstrzymuje oddech, szykując się na mój sprzeciw. Ale przecież się zobowiązałam, że pomogę, a poza tym te dzieciaki już potrzebowały domu.

- Dobrze - odparłam.

- Bardzo, bardzo ci dziękuję - powiedziała. Co raczej mnie zaniepokoiło.

Po niespokojnej nocy, poświęconej głównie sporządzaniu w myślach spisu rzeczy do zrobienia, usiadłam rano w ogrodzie i rozkoszowałam się cudownymi zapachami lata. Ogród wyglądał - i pachniał - naprawdę wspaniale, bo Kieron na moją prośbę skosił trawę, a Lauren wypieliła rabaty. Pomyślałam, że miejsce idealnie nadaje się dla tych nieszczęsnych maluchów: pohasają tu sobie i trochę odreagują.

Choć poprzedniego wieczoru rozmawiałam z Johnem, wciąż niewiele wiedziałam. John częściowo wycofał się z pierwotnych, mało optymistycznych informacji. Zapoznał się trochę lepiej z sytuacją i zapewniał, że dzieci nie stwarzają zbyt wielu poważnych problemów. To tylko dwójka przestraszonych maluchów, które - nie z własnej winy - zostaną odebrane rodzicom. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać powodów takiej sytuacji - istniało zbyt wiele przesłanek, by tego nie robić - ale z tego, co powiedział mi John (tyle, ile sam wiedział), rodzice po prostu nie radzili sobie z opieką nad dziećmi.

Smutne, a przy tym niestety bardzo powszechne. Odetchnęłam głęboko, ciesząc oczy feerią barw, i zaczęłam przygotowywać dla Mike'a listę zakupów. Nie opuszczała mnie przy tym myśl - i nadzieja - że sprawy ułożą się na tyle dobrze, że za jakiś czas rodzice będą mogli odzyskać dzieci.

Do tego zasadniczo sprowadzała się nasza praca: staraliśmy się dawać nadzieję na przyszłość. Nadzieję na powrót dzieci do rodzin, a jeśli to nie wchodziło w grę, to chociaż na to, że dzieciaki rozwiną swoje umiejętności społeczne, a później znajdą gdzieś miejsce na stałe - u opiekunów, którzy zapewnią im spore szanse na szczęście.

Gdy tak siedziałam i rozmyślałam, po trawniku biegał Bob. Uśmiechnęłam się na jego widok. Maluchy pokochają naszego psa. Na sto procent, bo Bob jest przeuroczy. Kieron zjawił się z nim bez uprzedzenia niemal dwa lata temu. Pies marniał w schronisku, porzucony i niechciany. Uśmiechnęłam się do siebie. Najwyraźniej ratowanie skrzywdzonych dzieci i zwierząt leżały w naturze Watsonów.

- Skończyłaś? - Mike dołączył do mnie w ogrodzie. - Pytam, bo jak mam załatwić, co trzeba, przed przyjazdem dzieciaków, to powinienem się zbierać. - Przejrzał wręczoną mu listę, nie kryjąc zdumienia. - Skarbie! Na pewno potrzebujemy tego wszystkiego? Nawet jeszcze nie wiemy, co lubią te maluchy. Nie lepiej wstrzymać się z częścią zakupów do ich przyjazdu?

- Mike, wszystkie dzieci to lubią - odparłam. - I nie denerwuj mnie. Nie dziś.

Zasalutował żartobliwie.

- Rozkaz, Wasza Królewska Mość.

- No już, pospiesz się! - nakazałam z uśmiechem. - Czas ucieka!

Okazało się, że nie minęła nawet godzina, a przed dom zajechał samochód, ledwie parę chwil po tym, jak Mike wrócił obładowany wypełnionymi po brzegi torbami. Ponieważ jakiś czas nas nie było, szafki w kuchni świeciły pustkami, więc uprzątnęliśmy wszystko w ekspresowym tempie. Wiedząc, że dzieci mogą być dość mocno przestraszone, wygoniłam Kierona i Boba do ogrodu, żeby maluchy poznawały rodzinę stopniowo - Riley i jej partner David mieli wpaść z Levim dopiero następnego dnia. Do tego czasu rodzeństwo trochę się zadomowi i zapozna ze swoim tymczasowym domem.

Mike wyszedł przed dom, żeby się przywitać i pomóc wnieść rzeczy - nasza ostatnia podopieczna przytargała ze sobą całą stertę walizek - a ja tymczasem przygotowałam kubki. Gdy wyszłam na korytarz, Mike zdążył już wrócić - w ręce trzymał jedną małą walizkę i worek na śmieci. Za nim dreptały dzieci w towarzystwie mężczyzny i kobiety - Anny, jak się domyślałam.

W końcu wszyscy zgromadzili się na progu.

W tym momencie powinnam natychmiast wprowadzić gości do środka, ale nawet ja - a naprawdę wiele już w życiu widziałam - potrzebowałam chwili, by uwierzyć w to, co widzę.

John nie miał racji. Powiedzieć "zaniedbane" to za mało. Nieszczęsne maluchy były totalnie zdziczałe. Przede wszystkim rzucił mi się w oczy brud - tak gruba warstwa, że ich wychudzone ręce i nogi wyglądały niemal jak wytatuowane. Włosy miały potargane, niemal dready, a na sobie łachmany. Wytrzeszczały przerażone oczy i przyciskały się do swoich opiekunów jak małpiątka do matki. Gdy mężczyzna próbował wyplątać się z objęć chłopca, patykowata, brązowa rączka na nowo ściskała go z całych sił.

Zaraz potem dotarł do mnie ich zapach. Wręcz nieopisany smród. Tylko wysiłkiem woli powstrzymałam się, żeby nie zasłonić nosa ręką. Można czytać Dickensa, oglądać filmowe adaptacje jego książek i wyobrażać sobie opisywane przez niego rzeczy, ale dzieci, które stały przede mną, żywcem wyjęte z dickensowskiego sierocińca, cuchnęły wręcz niewyobrażalnie. Najbardziej jednak wstrząsnął mną - gdy z uśmiechem zapraszałam gromadkę dalej do środka - widok wszy na głowach tych dzieciaków. Wielokrotnie miałam do czynienia z zawszonymi uczniami w szkole, w której kiedyś pracowałam. I jak większość matek od czasu do czasu musiałam radzić sobie z tym problemem u własnych pociech. Ale czegoś takiego jak tutaj nie widziałam nigdy. Byłam tym porażona, gdy nachyliłam się, by uściskać dziewczynkę. Jej włosy wyglądały, jakby żyły własnym życiem. Im bardziej się człowiek przyglądał, tym wyraźniej dostrzegał kotłującą się masę pasożytów. Na głowie dziecka powstała istna metropolia wszy.

Nie, pomyślałam raz jeszcze. Powiedzieć "zaniedbane" to zdecydowanie za mało. Zerknęłam na Mike'a i wiedziałam, że jego myśli idą tym samym torem. Co jeszcze odkryjemy?

Koniec wersji demonstracyjnej